Trzeba odróżnić Danów od Niemców bo ich polityka wobec pogańskich Sławian była jednak odmienna, Duńczycy po wygranej bitwie czy podboju konkretnego obszaru, często układali sobie ze Sławianami przyjazne relacje lub pozostawiali pokonanych władców jako swoich lenników u władzy, co nastąpiło właśnie po podboju Rugii.
Zależało im generalnie na tym żeby na nowo zarządzanej pod ich zwierzchnictwem ziemi był spokój i panowały dobrosąsiedzkie stosunki, nie zasiedlali zdobytych terytoriów duńskimi kolonizatorami oraz umiejętnie lawirowali między Ranami, Obodrzycami, Wieletami, Pomorzanami i Niemcami.
Natomiast niemieckim najezdzcom zależało głównie na zdobywaniu nowych obszarów metodą grabieży i eksterminacji wroga, i zgodnie z polityką Drang Nach Osten na wypychaniu Sławian coraz bardziej na wschód lub jak w przypadku Sławian Połabskich których Niemcy okresowo „odcinali” od południa, zachodu i wschodu, więc pozostało im tylko skierowanie się ku morzu, ku piractwu i również grabieży.
Niemcy dążyli do fizycznego zlikwidowania Sławian za Odrą, wszystkich zabić chrześcijańskiemu cesarstwu „nie wypada” więc tych którzy przeżyli wpędzano w stan biedy i ogromnej zależności wobec nowych „panów”, trzeba o tym zawsze pamiętać a wszędzie tam gdzie się zjawiali Niemcy następowało straszliwe pustoszenie słowiańskiej ziemi i eksterminacja lub niewola jej mieszkańców.

Na temat upadku Arkony wylano morze atramentu więc pozostawię wszystko Saxo Gramatykowi który opisał to w swojej kronice Gesta Danorum, bardzo ciekawej która poświęca dużo miejsca Sławianom, tłumaczenie polskie używa tego słowa ale w angielskich wersjach jest głównie WENDS.
Treść to niecałe 3 rozdziały księgi nr 14 Gesta Danorum, zaczniemy opowieść kronikarza od 1158 roku, 10 lat przed podbojem Rugii gdy Absalon zostaje wybrany biskupem Danii po śmierci biskupa Assera.
Absalon był bliskim współpracownikiem i doradcą króla Waldemara I i jednym z najważniejszych sprawców duńskiej ekspansji w II połowie XII wieku.
Osobiście uczestniczył jako wódz i współorganizator w morskich wyprawach przeciw m.in. Sławianom połabskim.
Saxo napisał o nim, jako o świadku opisywanych wydarzeń i jednocześnie inspiratorze powstania kroniki Gesta Danorum.
Na kartach tego dzieła jawi się nam jako barwna postać, typowy model średniowieczny czyli kulturalny i wykształcony biskup, jednocześnie gromiący Pogan i piratów z toporem w ręku, przemierzający morza na czele wojennej floty.
Czytania jest tutaj dużo, WordPress pokazuje ponad 2 godziny, starałem się zrobić ten post jak najbardziej przejrzystym, w Kronice po każdym wątku są przypisy więc u mnie są jaśniejszą czcionką + zdjęcia po tych przypisach które te wątki rozdzielają, dorzuciłem pare map i szkiców np. Chramu Świętowita.
Kroniki to najlepsze źródła jakie mamy, więc warto się z tym zapoznać, są tu ciekawe opisy zwyczajów prowadzenia wojny, przyjmowania posłów, zostawiania zakładników, negocjacji etc.
W opowieści Saxo Gramatyka uderza również to że bardzo wielu mieszkańców wysp duńskich współpracowało ze słowiańskimi piratami, czego miał świadomość król duński Waldemar jak również biskup Absalon, moim zdaniem jest to wiarygodne źródło o tamtych czasach, wiadomo że każdy pisze o swoich jak najlepiej a nie ich oczernia więc Saxo pisał o Duńczykach pozytywnie.
Co ciekawe Gesta Danorum mimo przyjętej powszechnie przez historyków daty 1168 jako oblężenia Arkony i podboju Ranów podaje za bardziej prawdopodobny rok 1169 bo wg Knytlingasaga Waldemar Wielki wylądował na Rugii w dniu Zielonych Świątek, tj 19 maja 1168 lub 8 czerwca 1169 i ta druga data w przypisach w Kronice uważana jest za bardziej prawdopodobną, bo chrzest Ranów miał mieć miejsce 15 czerwca, a więc tydzień po podboju a nie prawie miesiąc po, jeśli przyjmiemy datę 19 maja 1168.
To tyle tytułem wprowadzenia ode mnie, wszystkie zdjęcia krajobrazów to Rugia i Kap Arkona ❤
Kamil Vandal
24/12/2019

KSIĘGA 14.3
(…….)
Valdemar den Store
Gdy teraz Valdemar uporządkował te wszystkie sprawy, zaraz się wziął za zainaugurowanie swych rządów dzielnymi czynami wojennymi i pomszczeniem tych szkód, jakie wyrządzone zostały królestwu wieloletnim plądrowaniem przez piratów, tak że prawie trzecia część kraju była opuszczona i nieuprawiana, i wezwał on w tym celu całą flotę do stawienia się koło Masnedø, w celu odbycia bitwy ze Słowianami.
Gdy teraz na tingu (wiecu) mówił o tym do pospólstwa, oświadczyli starsi, którzy mieli w zwyczaju wypowiadać się w imieniu innych, że było to niebezpieczne pozwolić flocie wypłynąć, bowiem zarówno brakowało żywności, jak i wróg dowiedział się o zamierzeniach króla, tak więc koniecznym było zaczekać na lepszą okazję, by kiedyś to w korzystniejszym momencie wprowadzić w życie.
Ponadto było to całkiem lekkomyślne, powiedzieli oni, aby próbować wojennego szczęścia na narodzie, który był przygotowany i gotów do obrony, a ponadto, gdyby cały rdzeń duńskiego narodu zebrać w jednej flocie, i zostałaby ona zniszczona, to Słowianie dzięki temu jednemu zwycięstwu zawładnęliby całą Danią.
Czy nie można powiedzieć, że gdyby szczęście zwróciło się przeciw nim, to taka klęska ludzi stanowiłaby upadek całego królestwa?
Nie powinno się ryzykować życiem tak wielu szlachetnie urodzonych w jednej bitwie, jako że ci, gdyby zwyciężyli, nie zdobyliby tym specjalnej chwały, natomiast, gdyby zostali pokonani, przydaliby sobie tym największego wstydu.
Opinia ta została przyjęta przez całe zgromadzenie, i król musiał ustąpić i zaraz porzucić myśl o wyprawie, choćby mu się to nie podobało.
Gdy ponownie wstąpił on na pokład swej łodzi, zadrwił Absalon z jego słabości i przyciął mu w nadzwyczaj dowcipny sposób. Gdy on mianowicie spytał, czemu wyprawa została odwołana, a król odpowiedział, że stało się tak, by zbyt wielu dzielnych ludzi nie musiało się narażać na niebezpieczeństwo, powiedział Absalon:
”To zrealizuj swe plany z tchórzliwymi i niewolnikami, to zwycięstwo będzie ciebie niewiele kosztować, a strata nie będzie wielka, jeżeli zostaniesz pokonany, bowiem nikt nie będzie się przejmować śmiercią nędzarzy”.
Tak ten zabawny młody człowiek ulżył swej złości, w żartobliwy sposób krytykując królewską ociężałość; jego zabawne słowa zawierały bowiem krytykę króla.
Masnedø – niewielka wysepka leżąca w cieśninie pomiędzy Zelandią a Falster. 
W tym samym czasie zmarł biskup Asser w Roskilde i lud oraz duchowieństwo nie mogli uzgodnić, kogo mieli wybrać na jego miejsce.
Jednocześnie była tam niezgoda pomiędzy mieszkańcami Roskilde i wielu zginęło po obu stronach, a obcy, którzy osiedlili się w mieście, w części zostali zabici, a w części wygnani. Miejscowi jednakowoż nie zadowolili się jedynie czyniąc to z obcymi, lecz porwali się na królewskiego mistrza mincerskiego i zaszli tak daleko w swojej zaciekłości, że nie tylko zrównali jego dom z ziemią, lecz także rozkradli wszystkie jego dobra. Król rozgniewał się wielce na miasto za ten brak respektu wobec królewskiej władzy i z dużym oddziałem Zelandczyków wyruszył na nie, by je zniszczyć.
Mieszczanie wysłali posłańca do niego i prosili, by nie używał on tej broni, która była przewidziana do obrony królestwa, przeciw dzieciom własnego kraju, i wtedy oszczędził on miasto, w zamian za zapłacenie kary pieniężnej.
Zaraz potem spokojnie i przyjaźnie wkroczył on do miasta, i poszedł do domu kanoników przy kościele św.Trójcy, aby zatwierdzić tę decyzję, jaką duchowni mieli podjąć w związku z wyborem biskupa.
Pomimo, że można by sądzić, że miałby słuszne prawo powiedzieć coś w kościele, który jego przodkowie zbudowali i wzbogacili, zadeklarował on, że nie chciał przydawać sobie jakiejś władzy, która jemu się nie należała, ani wprowadzać nowych zwyczajów, bowiem wiedział dobrze, że prawo kościelne stanowiło, iż duchowieństwo w związku ze swym specjalnym prawem wyboru powinno być niezależne od władzy królewskiej.
Że był on tu na miejscu, w żaden sposób nie powinno przeszkodzić w tym, by mogli swobodnie głosować, na kogo chcieli.
Duchowni dziękowali mu za tę bogobojność i sprawiedliwość, jaką on okazał, po czym udali się na stronę, by gruntownie rozważyć wybór.
Wybrali oni wtedy trzech wysoce poważanych ludzi, do których na czwartego dodali Absalona, za jego wielką dzielność, i z pomiędzy tych czterech miał dokonać się wybór.
Valdemar poprosił wtedy, by skrycie napisali swoje głosy, każdy na swojej stronie w jednej i tej samej książce, tak, by każdy z tych czterech otrzymał swoją kartkę w niej, bowiem uważał, że była to najuczciwsza metoda głosowania, że każdy oddał swój głos na piśmie, zamiast ustnie ujawniać swoją opinię.
W głosowaniu wszyscy jednogłośnie przyznali Absalonowi ten wysoki urząd kościelny.
Zmarł biskup Asser – 18 kwietnia 1158 lub 1159 roku.
Obcy – stowarzyszeni we własnych gildiach cudzoziemscy kupcy, stanowiący zorganizowaną konkurencję dla kupców miejscowych.
Mistrz mincerski – w Średniowieczu rzemieśłnik i urzędnik królewski, zajmujący się biciem monet, kontrolą jakości i wymianą pieniądza oraz ściganiem fałszerzy, jego dom pełnił także funkcje banku (m.in. realizacja królewskich czeków – poleceń wypłaty gotówki u określonego mincerza) oraz izby skarbowej; nienawiść do królewksiego mincerza była oczywista – np okresowa wymiana pieniądza była obowiązkowa, a po wymianie otrzymywało się pieniądz gorszej jakości i w mniejszej ilości, zysk z tego procederu szedł z założenia do królewskiej kasy, jako forma opodatkowania miasta.
Prawo wyboru – niezależnie od ustaleń prawa kanonicznego, swoboda wyboru kandydata na biskupa przez duchowieństwo zależała w dużym stopniu od aktualnej pozycji kościoła w państwie, a także od międzynarodowej pozycji stolicy apostolskiej w danym momencie; król mógł również wpływać na wybór biskupa przekupstwem bądź groźbami. 
Gdy Absalon w ten sposób stał się biskupem, występował on jednocześnie jako wojownik na morzu w nie mniejszym stopniu, niż jako biskup, bowiem uważał on, że nie można było powiedzieć, że stał on na straży religii jedynie wewnątrz kraju, gdy z zewnątrz nadal groziło niebezpieczeństwo; mianowicie w nie mniejszym stopniu należało do sprawowania tego świętego urzędu zwalczanie wrogów wiary, jak odprawianie mszy w kościele.
Dlatego pozwolił w dużej części całkowicie podupaść siedzibie biskupiej, natomiast polecił nieustająco trzymać straż wzdłuż wybrzeży, by swoją czujnością dać królestwu solidną obronę. Często nie miał on innego schronienia niż szałas w lesie, a zadawalając się tak nędznym mieszkaniem odbudowywał on ojczysty dom, gdy ten leżał w gruzach.
Zelandczycy poczuli również, jak wielkie korzyści dawała im jego elokwencja, bowiem gdy jak dotąd gwałt i sprzeczki rządziły na ich tingach, swoim umiarkowaniem zaprowadził on tam spokój.
Tak wielki był jego dar wysławiania się, że ci, którzy wierzyli, że nie nadawał się on ani do działania, ani do mówienia, musieli przyznać, że głupio myśleli.
Nie wahał się on też zimową porą, gdy lód pokrywał morze, pruć fal swoimi łodziami, aby jego dobroczynnego strażowania nie zabrakło o żadnej porze roku; i by nie mówiono, że jego wielka miłość, jaką darzył kraj ojczysty, ustępowała przed czymkolwiek.
Dlatego był on w nie mniejszym stopniu jak ojciec dla ojczyzny, niż był biskupem, i zdobył on sobie świetlaną sławę jednocześnie jako wojownik i strażnik wiary.
Swoją pierwszą bitwę ze Słowianami odbył na dzień przed Niedzielą Palmową, niedaleko wioski Boeslunde.
Mianowicie, gdy mu zameldowano, że pojawili się oni nieoczekiwanie na lądzie, walczył on, wraz ze swą służbą jedynie, wszystkiego osiemnastu, z załogami 24 łodzi, i tak jak niebezpieczna była to walka, tak i szczęśliwie się dla niego skończyła.
Po tym jak pogonił on licznych jeźdźców wroga do ucieczki, zabił on prawie wszystkich pieszych.
I pomimo tej wielkiej przewagi sił, jakie miał przeciw sobie, stracił on nie więcej, niż jednego człowieka.
Tak to zainaugurował on swe działania, jako biskup i jako wojownik, tym najwspanialszym zwycięstwem.
Niektórzy z wrogów, co tchórzliwie porzucili broń i te łupy, jakie zdobyli, by ułatwić sobie ucieczkę, ratowali się kryjąc w pobliskim lesie.
Pierwsza bitwa ze Słowianami – od 1158 roku podejmowane były co roku wyprawy na Słowian, których duszą był biskup Absalon, wyprawy kulminowały zdobyciem i zniszczeniem Arkony na Rugii w 1168 (1169); wojny te, dla biskupa Absalona mające charakter wypraw krzyżowych, nie miały wielkiego poparcia w społeczeństwie duńskim.
Boeslunde – niewielka wioska na południowo-zachodniej Zelandii, w gminie Slagelse. 
W tym samym roku mialo Århus zostać straszliwie poszkodowane w napaści piratów.
Na Falster, gdzie mieszkańcy byli tak nieliczni, musiano w tym czasie sięgnąć za broń do obrony przed niezwykle wielką słowiańską flotą.
Królewski podczaszy przypadkowo trafił na Falster w zupełnie innej sprawie i musiał pogodzić się z tym, że został tam zablokowany, jak wszyscy inni.
Jeden z chłopów miał powiedzieć, narzekając na powolność królewskich doradców, że dawniejsi królowie mieli ostrogi na piętach, lecz ten, którego teraz mieli, pewnikiem miał je u palców stóp.
Podczaszy, sam tchórz, mając nieczyste sumienie, przytoczył królowi te słowa w zupełnie inny sposób niż powinien, bowiem nadał im złośliwe znaczenie, i to, co było obrazą jego samego, przedstawił jako obrazę królewskiej godności.
Rozpalił on dodatkowo jeszcze królewski gniew na Falsterian przedstawiając inne, równie bezpodstawne, oskarżenia przeciw nim, pragnąc, by za jednego niewyparzoną gębę ukarać wszystkich zagładą.
Uznał on ich bowiem winnych najgorszej zdrady, i powiedział, że mieli oni w zwyczaju wyjawiać Słowianom wszystkie przedsięwzięcia skierowane przeciw nim; tę przyjaźń, jaka czasami panowała pomiędzy nimi dla zapewnienia pokoju, uważał za występek, i tę usłużność, jaką oni im okazywali raczej ze strachu, niż przyjaźni, nazwał on niewiernością.
Mieli oni bowiem w zwyczaju chętnie przetrzymywać w niewoli tych więźniów, których Słowianie im przekazywali, i zdarzało się często, że oni, z lęku raczej, niż z dobrej woli, informowali ich, gdy Duńczycy planowali wyruszyć przeciw nim, lecz czynili to wyłącznie, by swą usłużnością zdobyć sobie ten pokój, którego nie byli w stanie zapewnić siłą.
Uwiedziony zatrutą mową tego człowieka, zdecydował król, by siłą zbrojną zniszczyć wszystko, co pozostało jeszcze na Falster, i uważał, że dla zrealizowania tego pomoc Zelandczyków była wystarczająca.
Rozkazał wtedy Absalonowi stanąć na czele ludzi z zachodniej części wyspy [Zelandii], a sam chciał dowodzić tymi ze wschodniej części, i zamiarem jego było przeprawić wojsko na Falster częściowo na dużych łodziach, a częściowo na małych szkutach. Zelandczycy, którzy przez długie lata żyli w nieprzyjaźni z Falsterianami, i bardzo liczyli, że uda im się połączonymi siłami pomścić szkody, jakie oni im wyrządzili, byli nadzwyczaj chętni do uczynienia tego, o co ich król prosił, i cieszyli się, że król chciał wypowiedzieć wojnę ich nieprzyjaciołom i miał sam stać na czele.
Realizacji tego nieszczęsnego zamiaru, do którego skłoniły króla złe słowa, zapobiegła przypadkowo nieprzezwyciężona przeszkoda.
Gdy król mianowicie chciał się udać w drogę z dużą armią, dopadła go nagle gorączka w Ringsted, i wysłał on do Absalona polecenie, by zwolnił ludzi do domów i pospieszył do niego.
W ten dogodny sposób choroba stała się narzędziem przeciw nieszczęsnym planom króla, i ta zaraza zesłana z niebios uwolniła Valdemara od grzechu, a niewinny lud od zagłady.
W jak nie tylko haniebnej, ale i żałosnej sytuacji znalazłaby się Dania, gdyby została zaatakowana przez wrogów z zewnątrz i od wewnątrz przez samego króla!
Któż mógłby wątpić, że to opatrzności bożej należy zawdzięczać, że ten, który powinien uwolnić kraj od piratów, którego wielkość zaczynała wychodzić na światło dzienne, nie zniszczył tego królestwa, które wyrwać miał z rąk wroga, bowiem stało się tak przecież lepiej, że on, który rządził krajem, zapadł w najcięższą chorobę, niż by miał stać się winnym najgorszego grzechu.
Gdy choroba z każdym dniem miała coraz ostrzejszy przebieg, nie porzucił Absalon ani na moment czuwania i modlitwy o jego zdrowie, i na koniec, gdy zwątpił, czy istniał jakiś środek, który mógłby pomóc, i zrozumiał, że jedyne, na co można było liczyć, to moc boża, przywdział on szaty biskupie, odprawił mszę i starał się w wielkiej bojaźni ducha ubłagać Boga, i prosił, by zechciał on pomóc choremu; następnie zadysponował on właściwy sakrament i udzielił go niemal umierającemu królowi.
Wzmocnionego tym naszły go zaraz poty i powrócił on do zdrowia.
Biskup, co jeszcze nie był pewien, że on wyzdrowieje, w następstwie obaw jakie żywił, zaczął nagle sam czuć się chorym i osłabionym, i gdyby łaska Niebios nie spłynęła na niego, wielka nadzieja, jaką już zdążył obudzić, utracona byłaby na samym początku.
Lecz nawet to, że był chory, nie powstrzymało go od okazywania królowi tej samej troskliwości, jak przedtem, gdy był zdrów, bowiem myśląc, że smutna wiadomość mogła pogorszyć zdrowie króla, starał się on o to, by król nie dowiedział się o jego chorobie, by uniknąć nawrotu gorączki, gdyby nieoczekiwanie dostał powód do zamartwiania się.
Gdy wyzdrowiał on, dziękowali oni obaj Bogu, bowiem On tym pożytecznym upomnieniem zapobiegł, by nie wypełnili oni swego niszczycielskiego planu, zasmucił się i zawstydził ich błądzeniem, i radował się, że łagodna kara boża zniweczyła ich bezbożny plan.
Tak przepełnieni lepszymi myślami, porzucili zamysł nachodzenia własnego ludu i zamiast tego zdecydowali się pójść na na wojnę z wrogami królestwa.
Podczaszy (Saxo: łac.pincerna) – urzędnik dworski, odpowiedzialny za podawanie napojów na ucztach, smakując je przed serwowaniem miał zapewnić, że nie były zatrute.
Ostrogi u palców stóp – czyli poganiał konia do ucieczki (bieg wsteczny), tchórzostwo.
Przyjaźń ze Słowianami – zakłada się, że w pewnym okresie na południowych wyspach Danii (m.in. na Falster) istniało słowiańskie osadnictwo, czego pozostałością w tym rejonie są zachowane do dziś nazwy miejscowe o słowiańskiej genezie, nie była więc to zwykła przyjaźń, lecz zapewne także powiązania rodzinne zasiedziałej i napływowej ludności.
Szkuta – mniejsza od sneki łódź bez pokładu, o napędzie wiosłowo-żaglowym, przeznaczona do żeglugi przybrzeżnej (do połowu ryb oraz transportu ludzi i towarów). 
Absalon, Peder [Thorstensen], Sune [Ebbesen] i Esbern [Snare] byli teraz głównymi postaciami w królewskiej radzie, i na ich mądre zalecenie postanowił on pociągnąć przeciwko wrogowi z wojskiem, co do którego bardziej chodziło o to, by mogło szybko wyruszyć, niż żeby było liczne, i by raczej raczej przybyć tam skrycie, niż uczynić to otwarcie całą flotą.
Mianowicie łatwiej jest pokonać ludzi, gdy atakuje się ich niespodziewanie, niż gdy są przygotowani na to, co ich czeka, a ponadto ma w zwyczaju pospólstwo, które ma tak wiele do powiedzenia, ignorować rozkazy przełożonych, jak mądre i korzystne by one nie były, a z drugiej strony bali się oni bardziej Słowian, niż bycia nieposłusznym rozkazom króla.
Dlatego wprowadził on tylko nielicznych w tę sprawę, gdyż był świadom, że działania wojenne należy przeprowadzać wszystkimi, zjednoczonymi siłami, lecz plany powinni tworzyć tylko nieliczni.
Gdy nie miał wątpliwości co do wierności Zelandczyków, wolał on osobiście dowodzić skańską flotą.
Gdy teraz, nie wydobrzawszy jeszcze całkowicie po chorobie, zawezwał Skanijczyków do Lund, i zalecił im udział w ekspedycji, odpowiedział arcybiskup Eskil – bowiem jemu dali, by przemawiał w ich imieniu – że nie mieli łodzi w gotowości do tak nagłej realizacji jego nakazu.
Gdy król oznajmił im, że ci, którzy go posłuchają, dostąpią jego łaski, natomiast ci, którzy się sprzeciwią, ściągną na siebie jego gniew, i tak bardzo chciał wprowadzić swój plan w życie, że wolałby raczej wypłynąć zaledwie jedną łodzią, niż zrezygnować z wyprawy, Eskil, który zrozumiał, że to było jego twarde i niewzruszone postanowienie, nie tylko włączył się do jego planu, lecz ponadto rzucił klątwę na tych, co nie szli za królem.
A nawet ponadto wziął on go na swój koszt na pokład swej łodzi, jako że król od dawna nie prowadząc wypraw nie posiadał żadnej.
Dopiero na koniec otrzymali Lolandczycy i Falsterianie polecenie dołączenia do floty, co by otrzymując wieść o tym z dużym wyprzedzeniem, nie poinformowali o tym Słowian.
Absalon, Peder, Sune i Esbern – bliscy krewni z jednego rodu Hvide, który miał teraz największy wpływ na króla.
Pospólstwo ma tak wiele do powiedzenia – tradycyjnie w skandynawskiej demokracji wszyscy zdolni do noszenia broni (możni, chłopi i niewolni) mieli bezwarunkowy obowiązek obrony kraju przed napaścią (nie podjęcie go karane było powieszeniem), natomiast król mógł wysłać z kraju wojska pospolitego ruszenia (wojska wodzów i możnych, zorganizowane w systemie leding) na ekspedycję wojenną jedynie za zgodą tingów krajowych, czyli na wyprawę królowi łatwiej było wziąć ochotników i zawodowych żolnierzy swojego hirdu lub najemników, niż starać się o podjęcie wspólnej decyzji na wielu tingach. 
Gdy flota zebrała się koło Landøre, król, który chciał ocenić swe wojsko, zdecydował ustawić swych wojowników na lądzie, aby widząc całą zebraną siłę móc stwierdzić, czy można było wraz z nimi bezpiecznie rozpocząć wojnę.
Od brzegu wysuwała się długa, miejscami poprzerywana łacha, która swym łukiem tworzyła port, w którym łodzie mogły stanąć; jest ona tak niska, że jej nie widać przy wysokiej wodzie, natomiast w czasie odpływu jest ona widoczna. Wejście do portu jest płytkie, lecz stamtąd rozszerza się on i jest wystarczająco głęboki.
Gdy jednakże wszyscy duńscy królowie, w następstwie głupiego przesądu, trzymali się z daleka od tego miejsca, ponieważ wydawało im się, że przynosiło ono nieszczęście, przybył on do następnego portu i dokonał tam dokładnego przeglądu całego wojska, bowiem wolał na własne oczy zobaczyć, jak się przedstawiało, niż oceniać je na ślepo. Ponadto wyznaczył on ludzi, którzy mieli prowadzić i ćwiczyć tych, którzy nie znali się na sztuce wojennej.
Ten przegląd wojska zabrał dwa tygodnie, i podczas gdy tak pozostawali bezczynnie, zużyli większą część swych zapasów żywności.
Wypłynęli oni wtedy powoli z portu i wyszli na morze przy dobrej pogodzie, lecz by w tajemnicy i nieoczekiwanie napaść na wroga, używali jedynie wioseł, zamiast postawić żagle.
Absalon został wysłany naprzód z 6 łodziami, by starannie wybadać, gdzie powinni dobić na wybrzeżu Rugii.
Było to mianowicie ich zamiarem, by niezauważenie dla mieszkańców podłożyć ogień pod miasto Arkonę, które znane było ze względu na stary posąg bóstwa, który się tam znajdował, i przez zaskoczenie zabić wszystkich, którzy szukali tam schronienia; gród mianowicie nie miał załogi i był tylko zamknięty, bowiem mieszkańcy miasta uważali, że nie było potrzeby bronić się przed ludźmi, jako że ich bóg wystarczająco powinien strzec miasta.
Cała ta zebrana flota, która pojawiła się bez strat, liczyła 260 łodzi.
Gdy Absalon, dla wypełnienia swej wywiadowczej misji, podpłynął teraz blisko pod Rugię, zobaczył on, na co zwrócili mu uwagę żeglarze, że królewska flota nagle wciągnęła wiosła i podniosła zamiast tego żagle.
Zadziwił się on nad tym, co to mogło znaczyć, jako że jakiś czas temu zostało zdecydowane, że pozostała flota, by wyruszyć skrycie, miała unikać płynięcia pod żaglami, i gdy zobaczył, że porzucone zostały te plany, musiał on w końcu, mimo, że sprawiało mu to ból, także i sam zawrócić, po tym jak jego towarzysze pozostawili go samego w zagrożeniu, i musiał szukać przystani na wyspie Møn, gdzie schronił się król. Absalon był wielce zagniewany, gdyż jego towarzysze zawiedli go, i rozżalony, że taka dobra okazja do zdobycia świetnego zwycięstwa została teraz zaprzepaszczona, gdy wiatr był pomyślny, a wojownicy ochotni, tak że miał w sercu żal, że musiał zawrócić z wyprawy, którą rozpoczął.
Gdy zszedł on z pokładu, został przyjęty przez Pedera, Sune i Esberna, z którymi król miał w zwyczaju się naradzać, i oni też narzekali, że król tak haniebnie porzucił pożyteczny i godny pochwały plan.
Król wysłał teraz posłańca po nich, i gdy zobaczył, jak oni byli załamani, zdziwił się i powiedział, że uznał za najbardziej słuszne stanąć przy wyspie, by uniknąć długiej żeglugi nocą; teraz będą mogli rankiem łatwiej zabrać się do roboty; dzień mianowicie jest przeznaczony do pracy, a noc do odpoczynku. Gdy jego doradcy nie odpowiedzieli, zadziwiony ich milczeniem prosił ich, by wyjawili, co ich gnębiło.
Wyznaczyli oni Absalona do wyjawienia, o czym między sobą rozmawiali, i zabrał więc on głos, i powiedział:
”Czy jest to dziwne, że trudno nam wykrztusić słowo, i że tak powiem siedzą one nam w gardle, gdy mamy tak wielką żałość do udźwignięcia i gdy dławimy się z poirytowania? Bowiem rozdrażnia nas to, gdy widzimy cię zmieniającego się tak, że nic poza hańbą z tego nie wynika. Słuchasz przecie, gdy powinieneś rozkazywać, i czynisz równymi sobie tych, którymi powinieneś dowodzić, gdy gardzisz najkorzystniejszymi radami, a czynisz to, co chcą ci, którym jest obojętne, czy będzie to ku twojej hańbie czy chwale. To już jest druga wyprawa, jaką podejmujesz będąc uznanym i niezależnym jedynowładcą, i teraz należy ją odwołać równie wstydliwe, co i pierwszą. Psujemy najdogodniejszą okazję, żywności nam jeszcze trochę pozostało, spokojnie i nie spiesząc się możemy żeglować, a szukamy pretekstu do zawrócenia, bowiem nie ma tam nic, co by nas zatrzymywało, tak że jest to tylko nasze tchórzostwo, co nami kieruje, choćbyśmy nie wiem ile pretekstów nie wynajdywali, że było to najwyższą koniecznością. Czy to są te czyny, jakich chcesz dokonać w obronie królestwa, i takie rozkazy, jakimi chcesz zainaugurować swe rządy królewskie? Pomyśl teraz, że nadejdzie sztorm, tak że nie będziemy mogli wyruszyć z miejsca, cóż innego nam, zmuszonym smutną koniecznością, pozostanie, jak nie zawrócić ze wstydem do domu, po tym jak zasłużylismy sobie na najbardziej poniżające oskarżenia z powodu naszego tchórzostwa?”
Tych i innych rzeczy nie wahał się on powiedzieć królowi w najostrzejszych słowach, po cżęści z rozdrażnienia, a po części wierząc w ich przyjaźń.
Pomimo, że król był bardzo wzburzony z powodu tej swobody, z jaką tamten mówił do niego, nie chciał jednak, by wyglądało, że on bezwzględnie odrzucił tego, który go pouczał, i zdusił w sobie tę wielką złość, jaką jego twarz wystarczająco wiernie wyrażała, i odpowiedział cicho i spokojnie, że było bardzo wielu takich, którzy by mogli świadczyć o jego dokonaniach, i że Absalon nie dokonał niczego tak wielkiego, by król nie mógł już z nim konkurować, choć może nie dorównywał mu w dzielności.
Więcej nic nie powiedział, lecz poszedł zaraz do szalupy i kazał się zawieżć na swoją łódź, podczas gdy Absalon dodał jeszcze, że nie powinien on być rozgniewany na tego, który mu z pożytkiem doradza, jako że jest to dużo lepiej dostać otwarcie upomnienie od swego doradcy, niż skrycie być obgadywanym i pomawianym.
W nocy rozszalał się sztorm, i morze było tak wzburzone, że flota królewska, pomimo portu i kotwic, zdryfowała na morze i rozproszyła się, i sztormowa pogoda trwała cztery dni, i w żaden sposób się nie poprawiała.
To w dużym stopniu ułagodziło złość króla na Absalona, lecz wstydził się przyznać, że w skrytości przyznawał mu rację, i z zażenowania ukrywał on, że doszedł do lepszego zrozumienia, jako że przez ten cały czas nie rozmawiał ze swymi doradcami. Dopiero dzień później podszedł on do nich, gdy przypadkowo spotkali się na brzegu, polecił świcie odejść dalej, i powiedział tak, że pomimo, że było to jego zamierzeniem ukryć to, to mogli oni z jego twarzy wyczytać, jak bardzo był wzburzony, i trudno się dziwić, bowiem gdy pyta się ludzi o radę, powinni oni odpowiedzieć wyjaśnieniem, a nie grubiańskimi słowami.
Co oni powiedzieli, było bardzo słuszne, lecz przyszło to zbyt późno; powiedzieliby to chociaż trzy dni wcześniej, to może by tak zapobiegli wielkiemu nieszczęściu.
Zbyt późno on zareagował jako doradca, zaniechał powiedzieć o rzeczy, która nie była jeszcze zdecydowana, i narzekał na to, gdy już to się stało.
Próbować odwrócić czyn, który się dokonał, to prawie czyste wariactwo.
Dlatego nie było z tego żadnego pożytku, że go zrugali twardymi słowami, bo co się stało, to się nie odstanie, a człowiek nie jest specjalnie chętny do przyjmowania rozsądnych rad, gdy jest rozzłoszczony.
Tego, że przyszła taka sztormowa pogoda, nikt z ludzi nie mógł przewidzieć, o ile by mu tego nie objawiono z nieba, i nie miał on wątpliwości, że była to kara za jego grzechy, lecz nie powinno go to obciążać, że nie był w stanie znać z wyprzedzeniem pogody i wiatru, i przewidzieć, co się nieuchronnie miało wydarzyć.
Dlatego najlepiej było poniechać uwag wobec tego, co się stało, i użyć całej mądrości i energii do radzenia o tym, co czekało; wolałby on mianowicie raczej skończyć swe życie tym, co przyniosłoby mu sławę, niż pozwolić, by wyprawa zakończyła się niesławną klęską.
Flota zebrała się koło Landøre – u cypla w cieśninie Øresund, u wybrzeży Skanii (gdzie dzisiaj leży Landskrona); wyprawa miała miejsce zapewne w 1159.
Møn – najbardziej wysunięta na wschód z wysp leżących na południe od Zelandii, słynna ze swego wysokiego klifu wapiennego; za Waldemara Wielkiego baza morska do wypraw na Słowian, w przewężeniu wejścia do dużej zatoki Stege Nor zbudował on pilnujący tego naturalnego portu zamek Stegehus (Stegeborg), przy którym później rozwinęło się miasto kupieckie Stege. 
Peder wypowiedział teraz to samo, co Absalon, lecz łagodniejszymi słowami, i powiedział, że król nie powinien przyjmować słów swych najwierniejszych doradców z taką złością, bowiem dzielni i sławni ludzie często oddawali nędznie życie, ponieważ odrzucali dobre rady.
A ponadto, powinni byli skorzystać z wiatru, kiedy ten był korzystny, jako że ten jest zmienny i nie można nigdy mu ufać. Teraz powinni czekać, aż pogoda się uspokoi na tyle, by ludzie byli w stanie wiosłować.
Mieli jeszcze zapasów żywności na trzy dni i tylko krótki rejs do kraju wroga; jeżeli im żywności zabraknie, będą musieli zdobyć z bronią w ręku to, czego im nie straczało.
Gdy tylko zobaczą, że fale uspokoiły się na tyle, aby można było wiosłować, powinni wtedy jak najszybciej zebrać rozproszoną flotę i wyruszyć wszystkimi łodziami jednocześnie, bowiem żeglowanie upłynie dużo szybciej, gdy łodzie będą burta przy burcie.
Król pochwalił Pedera za jego radę i polecił Absalonowi uważać, kiedy pogoda będzie korzystna, i powiadomić go, jak tylko będzie możłiwe użyć wioseł.
To polecenie Absalon wykonał z przyjemnością, jako, że to była jego własna rada, która poskutkowała, i gdy sztorm najbliższej nocy wyraźnie osłabł, uradowany poszedł o świcie, po tym jak tylko odprawił mszę, do króla i zameldował mu, że pogoda poprawiła się na tyle, że można było wyruszać, chociaż trudno będzie żeglować i ludzie namęczą się z wiosłami.
Gdy król odpowiedział, że wobec tego powinni ruszać, powiedział Absalon złośliwie, że byłby to piękny kawał roboty, jaką by zrobili, gdyby zatrzymali się w połowie drogi i wrócili do miejsca, skąd wyruszyli.
Pomimo, że te cięte słowa można było uznać za dowcip, pobudziły one bardzo królewską śmiałość; nie zaniechał odpowiedzieć mu złośliwością, jako że powiedział, że gdy zawróci, zawsze będzie mógł przecież spytać Absalona, co tam słychać u Słowian.
Z początku żeglowali z usmiechem i zapałem, a ludzie ciągnęli wiosłami pełni nadziei, że wszystko pójdzie dobrze, bowiem w zatoce [Stege Nor], gdzie mieli ląd z obu stron, wiatr nie mógł wzburzyć wód, tak jak na otwartej przestrzeni; ląd, który otaczał ich ze wszystkich stron, zapobiegał mianowicie gwałtownym podmuchom. Lecz gdy łodzie zaczęły wychodzić na głębię, napotkały one sztorm niemal nie do wytrzymania.
Absalon, który nie chciał, by wyglądało, że jego czyny nie odpowiadały jego dzielnym słowom, rozpalony szlachetną ambicją, natężał wszystkie siły, pokonując ciężkie przeciwności, i zmuszał tym króla, który nie chciał być gorszy od niego, do dotrzymywania mu kroku.
Żeglowali jednak wolno i z trudnością, i było to prawie niemożłiwe, gdyż z jednej strony było wzburzone morze, a z drugiej nie było można utrzymać rytmu wiosłowania.
Z powodu gwałtownych uderzeń fal w królewską łódź, gdy sztorm był tak silny, rozluźniły się uszczelnienia desek, które zdawały się prawie rozchodzić.
Gdy król zobaczył to, po części dla uniknięcia grożącego niebezpieczeństwa, a po części, by dokończyć rejs, chciał on przejść na pokład bezpieczniejszej łodzi, i polecił dlatego Ingemarowi Skanijczykowi zbliżyć swą łódź do jego łodzi, i z mieczem w prawej, a proporcem w lewej ręce, równie szczęśliwie, co odważnie przeskoczył, i polecił ludziom Ingemara wiosłować ze wszystkich sił.
[Arcybiskup] Eskil dzielnie się trzymał i starał się jakiś czas iść w ślad za nim, jako że więcej przykładał wagi do miłości do króla, niż do kruchości łodzi, ale na koniec był on zmuszony zawrócić, raz, że zawisło nad nim zbyt wielkie niebezpieczeństwo, a dwa, że król zalecił mu to.
Wielu w swej tchórzliwości chwyciło się tej okazji do zawrócenia, jako że udawali, że nie zrozumieli, co się tam działo, lecz to udawane nieporozumienie nie powinno było im służyć za usprawiedliwienie, bowiem ta okoliczność, że król dzierżył proporzec, wystarczająco wyraźnie pokazywała, że jedynie zmienił łódź, a nie, że zamierzał zawrócić.
Niektórzy musieli także zawrócić wbrew swojej woli ze swymi nadwyrężonymi łodziami, które rozpadały się na łączeniach desek, tak że nie mogły przeciwstawiać się przelewającym się falom wzburzonego morza.
Lecz ci, którzy wiosłowali dalej do przodu, aby siły ich nie zawiodły podczas tej nieustającej pracy, musieli jeść i wiosłować jednocześnie, bowiem żegluga nie powinna była się opóźniać, nie dali wiosłom nigdy odpocząć nawet na moment, wiosłując prawą ręką, podczas gdy trzymali jedzenie w lewej. Niewielka część floty, co szczególnie chciała pokazać swą dzielność i zdobyć uznanie, z Absalonem na czele walczyła z niezwykle rozszalałym sztormem, przedzierała się przez wzburzone morze niezmordowanie wiosłując i jakby powiedzieć, pokonawszy naturę, dotarła o świcie do wyspy Hiddensee. Następnie Absalon, by nic nie pozostawić przypadkowi, polecił sławnemu ze swych dokonań na morzu kaprowi [z Roskilde] Vethemanowi dokonać zwiadu na lądzie i tak dowiedział się, że nie było żadnych wrogich łodzi w portach i że Rugianie nie spodziewali się wrogiego napadu, bowiem stada ich bydła pasły się przy brzegu bez strażników, z czego można było wnioskować, że tubylcy myśleli, że panował pokój i żadne niebezpieczeństwo nie groziło.
Król, który był zmęczony długą i ciężką żeglugą, udał się, jak tylko dotarli do portu, na łódź Absalona i położył się spać z powodu zmęczenia i nocnego czuwania.
Reszta floty, która dotarła razem z nim do Rugii, liczyła tylko 60 łodzi.
Hiddensee – długa wyspa od zachodniej strony Rugii, akweny pomiędzy nią a Rugią dają dobre schronienie dla łodzi. 
Pomiędzy nimi było 2 Hallandczyków, którzy byli bardziej szlachetnie urodzeni, niż szlachetni.
Uważali oni, że flota tak nieliczna, jaką była ona teraz, byłaby bez wątpienia narażona na duże niebezpieczeństwo, i pożeglowali do Absalona tą łodzią, którą mieli na spółkę, i powiedzieli, że muszą koniecznie zaraz rozmawiać z królem, a gdy dowiedzieli się, że on spał, zażądali, by go niezwłocznie zbudzić.
Absalon powiedział, że nie będzie bez powodu przeszkadzać królowi w śnie, którego tak potrzebował, lecz jeżeli mu by oznajmili, o co im chodzi, przekazałby to on królowi. Powiedzieli oni tedy, że ich łódź była ciężko uszkodzona, brakowało im zapasów żywności, i mieli oni daleko do domu, a teraz nadarzył im się dobry wiatr, bowiem przeciwny wiatr, który uczynił żeglugę tu tak ciężką, był teraz wiatrem sprzyjającym i uczyni ich żeglugę łatwą, gdy będą żeglować do domu, z którego to powodu raczej by woleli wykorzystać te korzystne warunki, niż kontynuować tę nieudaną i niepotrzebną wyprawę, na której bez wątpienia stracą życie, albo tonąc, albo umierając z głodu. Absalon nie tylko prosił ich, by porzucili swe przynoszące wstyd plany i w zamian przyłączyli się tam, gdzie mogliby zdobyć chwałę, lecz też nakazał im, ze względu na ich honor, zamilczeć o tym, co im przychodziło do głowy, bowiem gdyby te haniebne słowa, jakie wypowiedzieli, trafiły do innych, zostaliby na zawsze napiętnowani jako śmierdzące tchórze.
To, co opowiedzieli oni dla upiększenia swej zniewieściałej tchórzliwości, było tylko błahym pretekstem, powiedział on, bowiem z łatwością mogli naprawić swą łódź, i bez problemu można było zdobyć sobie żywność, rabując na brzegu co się dało.
Gdyby byli na tyle bezwstydni, by opuścić teraz króla, gdy znajdował się on w obliczu wroga i miał tak mało ludzi, splamiłoby to w największym stopniu ich imię i sławę. Powiedział wtedy jeden z nich, że miał w domu niecierpiące wprost zwłoki sprawy, którymi musiał się zająć w imieniu króla, a gdy Absalon zrozumiał, że w żaden sposób po dobroci nie przekonałby go, starał się go powstrzymać groźbami, oznajmiając mu, że ludzie, którzy bez zgody opuścili ekspedycję, i byli samowolni, zamiast okazać królowi posłuszeństwo, które byli jemu winni, zgodnie z prawem krajowym byli nie tylko karani utratą majątku, lecz także życia. Lecz nawet zwracając ich uwagę na to, na jakie niebezpieczeństwo się narażali, nie mógł wzbudzić w nich dzielności i mężności do porzucenia obaw, podnieśli oni żagiel i popłynęli z pomyślnym wiatrem, podczas gdy on nadal przeklinał ich i obrzucał najtwardszymi słowami.
Gdy król obudził się i Absalon opowiedział mu, co się wydarzyło, przysiągł on, że ci bezwstydni i niewierni dezerterzy zapłacą za to, co mu uczynili.
Następnie zszedł on na ląd na wyspie i zwołał dowódców łodzi, aby wysłuchać ich zdania o tym, co należało zrobić.
Wielu uważało, że najrozsądniej byłoby wrócić do domu, skoro nie można było bez ryzyka podjąć walki z wrogiem.
Król powiedział, że rada byłaby dobra, gdyby można było pójść za nią bez splamienia honoru ojczyzny i uczynienia wroga bezgranicznie zuchwałym.
Ślady obozu będą wskazywać Słowianom, że Duńczycy tu byli, a powodu do skrytego odwrotu szukać będą wyłącznie w tychże strachu.
Dlatego wolałby raczej narazić się na niebezpieczeństwo, niż na wstyd i nie pożegluje do domu bez podjęcia walki z wrogiem.
A poza tym zachowaliby się tak samo tchórzliwie, jak ci, którzy zdezerterowali pod pretekstem wątłości ich łodzi, jeżeli nie okaże się, że przewyższyli ich w odwadze i dzielności, tak jak okazali się wytrwalszymi w przetrzymywaniu przeciwności, i pożeglują do domu nie załatwiwszy sprawy.
Doradził następnie Vetheman, który na nowo wywiedział się o Rugijczykach i wiedział, że nie byli oni przygotowani na jakikolwiek atak, by pozwolił ludziom zejść na ląd; jeżeli krajowcy nie spodziewali się niczego, mogliby bez jakichkolwiek strat zabić ich i wziąć łupy; gdyby jednak okazało się, że byli oni przygotowani, mogliby bez żadnego zagrożenia zaraz się wycofać.
Jak powinni się zachować, powiedział on, będzie można wywnioskować po tym, jak oracze będą się zachowywali, bowiem gdy wykonali oni część swych dziennych zadań, mieli zawsze w zwyczaju kłaść się spać, by zebrać siły do pracy, lecz mieli to tylko w zwyczaju, gdy nic im nie groziło, i gdy czuli się bezpiecznie, tak więc jeżeli nie znaleźliby nikogo z nich śpiącego, byłby to znak, że podejrzewali coś złego.
Król powiedział, że ta propozycja pasowała by bardziej rozbójnikom, niż odpowiadała temu, co wypadało jemu jako królowi, bowiem jeszcze nikt nigdy nie słyszał, by duński król pozwolił się pogonić do ucieczki Słowianom, i nie chciał on być tym pierwszym, który by przydał sobie takiej plamy na królewskim honorze. Następnie otrzymał głos Gnemer Falsterianin, i pomimo, że uważano go za conajmniej tak mężnego, jak mądrego, dał on, co mogło wynikać z jego mądrości lub powodzenia króla, dobrą radę, która zakończyła te wielkie wątpliwości i niepewność, jakie wszystkich ogarnęły, i przekonał zgromadzenie, które nie wiedziało co czynić, do przyjęcia jego opinii.
Powiedział on mianowicie, że byłoby lekkomyślnym tak niewielkimi siłami wdać się w walkę z przeważającym wrogiem, lecz ziemia bardowska, co była oddzielona od Rugii krótką cieśniną, poprzez swe niewielkie rozmiary byłaby nadzwyczaj łatwa do splądrowania, nawet, gdyby ludzie byli tam przygotowani.
Teraz powinien król pójść do łoża i wypocząć, i dobrym snem odświeżyć nadwyrężone nocnym czuwaniem siły oraz umysł gnębiony zmartwieniami, powiedział on, i powinien przybyć tam z flotą gdy wieczór zapadnie, by wroga jeszcze bardziej zaskoczyć.
Ponadto powinni oni, gdy wejdą do tej płytkiej i wąskiej cieśniny, trzymać łodzie rozproszone i wiosłować spokojnie, by nie wystraszyć pogrążonych w spokoju i ufności krajowców głośnymi uderzeniami wioseł, i by sami nie wpłynęli na mieliznę i nie pozostali uwięzieni na łachach w następstwie tego, że nie dostali wiadomości, jak głęboko tam było i gdzie były mielizny. Wszystkiego innego obiecał on sam się wywiedzieć.
Król ochoczo przyjął jego radę i wieczorem dał sygnał do gotowości, i flotę wezwał do wyruszenia ku cieśninie.
Aby ta mogła łatwiej ją przebyć, polecił król, aby łodzie płynęły trójkami, by uniknąć opóźnień, jakie zwężenia szlaku mogły powodować, gdyby żeglowali nieuporządkowanie.
Gnemer wyszedł mu na spotkanie swoją łodzią i zameldował, że była dobra okazja do wypadu na ląd; miał kilku szpiegów ze sobą, których wysłali krajowcy, a na których się natknął.
Król ucieszył się z tego, i o zmierzchu wyruszył przez lasy, pustoszył pola i wioski z o tyle większą gwałtownością, że miało to miejsce skrycie, zaskakując i zabijając miejscowych ludzi, którzy spali w poczuciu bezpieczeństwa.
Wielu z nich wierzyło, przestraszonych dźwiękiem końskich kopyt, że byli to ich właśni wodzowie, którzy przybyli, lecz szybko zostali wyprowadzeni z błędu, gdy zostali przebici włócznią.
Wielu z nich wysunęło głowy przez drzwi i spytało, czy był to Kazimierz lub Bogusław, co przybyli, i w odpowiedzi na ich pytanie zarąbali ich tak Duńczycy.
Biskup Absalon z częścią wojska pociągnął inną drogą i wdarł się daleko w głąb lądu.
Gdy przybył on do miejsca, gdzie rozdzielony był od króla wielkim bagniskiem, i nie wiedział, gdzie wojsko króla się znajdowało, był na tyle mądry, by nie pozwolić podpalać wiosek, które plądrowano; dopiero gdy zobaczył z daleka ten ogień, który król rozpalił, uważał, że mógł on teraz zrobić tak samo, polecił zaraz podłożyć ogień pod domy, i towarzyszom broni oznajmił, gdy płomienie ogarniały całą okolicę wokół, że wyprawa przebiegła szczęśliwie.
Gdy stwierdzili, że zdobyli wystarczająco dość łupów, udali się z powrotem do swych łodzi, i pomimo, że był kawał drogi pomiędzy nimi, dawali sobie nawzajem płonącymi stosami nieustająco znak, gdzie się znajdowali, raz, by nie wyglądało, że umykali, a dwa, żeby jedna część wojska nie szturmowała zbyt szybko i nie odeszła szybciej niż druga.
Niewielkimi siłami – w 60 łodziach mogło być nie wiele więcej niż jakieś 3-4 tysiące ludzi, lecz ze względu na przewożone konie liczba wojowników mogła być dużo niższa.
Gnemer Falsterianin – sądząc po imieniu, jego znajomości terenu, języka i zwyczajów Słowian, był on zapewne słowiańskim osadnikiem na wyspie Falster, który poszedł na służbę Waldemara Wielkiego, na jego wysoką pozycję w Danii wskazywałby fakt dowodzenia łodzią oraz doradzanie królowi; jego rola jest dwuznaczna.
Ziemia bardowska – obszar z centralnym miastem Barth (pol.: Bardo) w Meklemburgii-Pomorzu Przednim na zachód od Rugii, leżącym u ujścia rzeki Barthe nad laguną Barther Bodden.
Cieśnina – zapewne Barther Strom.
Kazimierz I (Saxo: Kazymarusne), ur. przed 1135-1180 – z rodu Gryfitów, książę pomorski od 1155 lub 1156 wraz z bratem Bogusławem; uczestniczył w rajdach pirackich na Danię oraz walczył po stronie Danii przy zdobywaniu pogańskiej Arkony.
Bogusław I (Saxo: Bugisclavus), ur.przed 1127-1187 – z rodu Gryfitów, książę pomorski od 1155 lub 1157 wraz z bratem Kazimierzem, w nieustającym konflikcie lub wymuszonym sojuszu z Danią. 
Natomiast Skjalm den Skæggede, który został pozostawiony dla pilnowania floty, wypłynął z łodziami na szerokie wody, by wróg nie mógł zablokować im wąskiego wejścia do cieśniny. Gdy Rugianie napadli go ze swymi łodziami, obsadził on kilka łodzi całą załogą floty, jako że wolał on raczej spotkać wroga z dobrze obsadzonymi łodziami, niż z licznymi.
Po tym jak pożeglował przeciw nim i zmusił ich do ucieczki, zaniechał on ścigania uciekających i zawrócił do portu, by nie opóźniać wejścia na pokład towarzyszom broni, gdy ci powrócą.
Gdy został napadnięty drugi raz, bez lęku stanął do walki, a gdy znowu i znowu atakowano go, odpierał te częste napady dzielnie broniąc się, a podniecony tymi bardziej uprzykrzonymi niż ciężkimi napadami, wykorzystał okazję, by pogonić za wrogiem.
W międzyczasie przybył król nad brzeg i ku swemu wielkiemu zadziwieniu znalazł łodzie bez straży, a Skjalm zniknął, lecz gdy ten powrócił z pogoni za wrogiem, polecił król reszcie wojska wejść na pokład i podnieść żagle, by ścigać Rugian, którzy odpływali na wiosłach.
Ci jednak mieli tak wielką przewagę w czasie i wiosłowali tak mocno, że napędził on im więcej strachu, niż wykończył kogokolwiek ścigając ich.
Gdy król zobaczył dowódcę na tej łodzi, która była najbliżej niego, jak ten stanął na dziobie swej łodzi z niezwykle dziarską i zabójczą miną, chwalił go bardzo, i powiedział na koniec, że wydatek na dzielnego człowieka jest dobrą inwestycją.
Na koniec zmienił się wiatr, i nie mógł płynąć dalej, i musiał zawrócić i wiosłować równie daleko, jak daleko zaszedł na żaglu, i tak jak łatwo szło to pod żaglem, tak ciężko było powrócić na wiosłach.
Gdy Duńczycy walczyli teraz z przeciwnym prądem, skorzystali Słowianie, którzy dobrze znali wody, ze skrótu, o którym Duńczycy nie wiedzieli, i gdzie woda była głęboka, i próbowali, jako że nagle porzucili ucieczkę, zajść ich od tyłu.
Gdy Absalon zobaczył ich wypływających z ukrytych zatok, a jego towarzysze w strachu przyspieszyli wiosłowanie, wolał on pozostawać pomiędzy ostatnimi, niż być pomiędzy pierwszymi, by szlachetnie osłaniać tyły floty.
Co teraz się stało, opowiem ze wstydem.
Większa część Duńczyków, jakby nie mając poczucia wstydu, postawiła żagle i opuściła swego króla, pomimo, że widzieli wroga idącego naprzeciw niemu.
Król, który został pozostawiony w ciężkiej sytuacji jedynie z kilku łodziami, czuł większą złość do tych dezerterów, niż do wroga.
Tego dowódcę, którego nie tak dawno on chwalił, gdy ten stał na stewie swej łodzi, widział on teraz dodającego więcej żagla, by szybciej mógł odpłynąć, gdyż ten był dla niego za mały, za co król obrzucił go wyzwiskami zamiast pochwał, i powiedział, że to dobro, jakie człowiek okazuje tchórzom, jest złą inwestycją.
Z tego widać, że nie jest łatwo stwierdzić, czy jakiś człowiek rzeczywiście posiada w sobie tę dzielność, której można zaufać, dopóki nie zobaczy się go w największym zagrożeniu. Nie było to możliwe skłonić tych, którzy odpływali, do zawrócenia, ile by nie wołano za nimi, czyniono znaki do nich, wzywając na wszystkie możliwe sposoby, tak bardzo strach uczynił ich wszystkich głuchymi.
Król polecił dlatego swym ludziom przerwać wiosłowanie i zapytał tych, których miał wokół siebie, co by doradzali uczynić, a gdy inni powstrzymywali się z odpowiedzią, powiedział Absalon, że powinni starać się dopłynąć do Hiddensee i czekać tam na korzystny wiatr.
Peder [Thorstensen] powiedział wtedy, że nie powinni tego czynić w żadnym wypadku, i uzasadnił swoje zdanie tym, że jeżeli ten sztorm będzie trwał dalej, nie będą oni mogli ani zawrócić do domu, ani otrzymać wsparcia, podczas gdy Słowianie będą mogli ściągać każdego dnia coraz więcej ludzi. Dlatego powinni postawić żagle, lecz tak, by dostosować się do innych, jako że ci najszybsi żeglarze powinni zarefować żagle i nie odpływać od tych, którzy są wolniejsi, tak, by wszyscy mogli trzymać się razem.
Odważna rada Absalona musiała ustąpić nadzwyczaj rozsądnej Pedera.
Każdy z nich myślał w zgodzie ze swym wiekiem, Absalon co pasowało dzielnemu młodzieńcowi, a Peder co pasowało jego siwym włosom.
Skjalm den Skæggede (Skjalm Brodaty, Saxo: Skyalmo Barbatus) – duński wódz.
Szlachetnie osłaniać tyły floty – w przeciwieństwie do rycerskich zasad, tradycja wikińska pospolitego ruszenia wyznawała naturalną zasadę ”ratuj się kto może”, bez przejmowania się losem tych, którzy nie nadążali.
Refowanie żagla – zmniejszenie powierzchni żagla przez jego częściowe zwinięcie lub złożenie. 
Gdy teraz pozostało z całej duńskiej floty tylko 7 łodzi, Słowianie, wierząc w swą ilościową przewagę, wiosłowali do przodu z największą zawziętością, i w pogardzie dla nielicznych sił wroga wydawali dzikie okrzyki; lecz szli bardziej podnieceni niż odważni, bowiem jak tylko strzały zaczęły ich dosięgać, nie mieli już odwagi więcej wiosłować.
Krótko potem zaczęli wyciągniętymi mieczami uderzać się a to w szyje, a to w tarcze, wierząc, że mogliby wystraszyć Duńczyków takimi groźbami.
Następnie zaczęli ponownie wiosłować, krzycząc i wrzeszcząc na całe gardło, że strach było ich słuchać.
Lecz i tym razem poszło jak przedtem, bowiem jak miotana broń Duńczyków dosięgła ich znowu, zostali zmuszeni do ucieczki i powiosłowali zaraz z powrotem.
Trzecią próbę wystraszenia wroga uczynili zanurzając swe wysuszone słonecznym żarem tarcze w wodzie i unosząc je ponad kolana dla przygotowania ich do walki, żeby nie było teraz wątpliwości, że będą chcieli bić się z Duńczykami, i na koniec ponownie rozpoczęli zawzięcie wiosłować, albo pożądając zdobyczy, albo z zawstydzenia.
Tak jak zabójczo wzięli się do roboty, tak i bezowocnie to skończyli, bowiem tak jak poprzednio odstraszyły ich strzały i porzucili oni dalsze próby walki z niezwyciężoną nieustępliwością nielicznych, pomimo, że widzieli, jak Duńczycy ich wielce upokorzali i prowokowali.
Zanurzając … tarcze w wodzie – zapewne mocując je na relingach burt dla stworzenia osłony przed strzałami; tarcza, posiadająca cechy indywidualne, pozwalała też identyfikować jej właściciela i stanowiła jego wizytówkę. 
Gdy królowi ukazała się Dania na horyzoncie, stopniowo słabł wiatr, i żegluga tak się ciągnęła wolno, że pomimo postawienia wszystkich żagli, stali nad ranem prawie w tym samym miejscu, co byli wieczorem.
Gdy wiatr tak zawiódł, polecił król swym ludziom usiąść do wioseł.
Na koniec spotkał on łódź [arcybiskupa] Eskila, przeszedł na jego pokład i pożeglował do Skanii.
Ci, którzy wytrwali przy nim do końca, pożeglowali na Zelandię. Peder [Thorstensen] miał teraz ochotę nabrać pewnego człowieka o imieniu Rane; był on nadzwyczaj wygadany, lecz nie za bardzo sprytny.
Peder ustawił na rufie nie tylko swych jeńców, lecz także część swych wioślarzy, by wyglądało, jakby wziął wielkie łupy, mając tylu jeńców do pochwalenia się.
Gdy Rane widział go teraz przepływającego obok, chciał pokazać, że jego łódź miała przeciek, dlatego zaczął krzyczeć na ludzi i kazał wybierać wodę, na co zaś jeden z jego ludzi odpowiedział, że nie było przecież wody w zęzach od trzech dni. ”Twoi ludzie nie za bardzo wiedzą, jak należy ci odpowiadać”, rzekł Peder.
Teraz Rane, który wstał i wysunął głowę, zobaczył tylko kilku ludzi przy wiosłach na statku Pedera, a tłum młodych ludzi na rufie, którzy nic nie robili, i którzy jak myślał byli jeńcami. Rozzłościł się on teraz, że nie uczestniczył w tym, i powiedział, że szczęście nie sprzyjało mu tak dobrze jak Pederowi, jako że nie mógł uczestniczyć w wyprawie wojennej, gdyż jego łódź niemal nie zatonęła. Na jesieni pociągnął król z licznym oddziałem Zelandczyków i Skanijczyków, i mniejszym oddziałem Jutlandczyków w okolice Arkony, gdzie wziął on wielkie łupy.
Gdy powrócili oni znowu nad brzeg, z lądu na wyspę przybyli Rugianie z wielką siłą zbrojną, z zamiarem uderzenia na Duńczyków od tyłu, gdy ci zmierzali ponownie ku łodziom, by dostać się na nie.
Duńczycy musieli uczynić przerwę na jakiś czas, bowiem powstała tak gęsta mgła, która skryła niebo w ciężkim mroku, że stracili orientację i nie wiedzieli, którą drogą powinni iść. Uwierzyć by można, że fortuna w swej łasce przygotowała tę pogodę, by dać im to zwycięstwo, jakie odnieśli.
Słowianie pobłądzili, gdy nie widzieli nic w mrokach mgły, i weszli prawie w środek wroga, a gdy Słońce nagle rozproszyło mgłę, zobaczyć można było oba wojska siedzące niemal sobie na karku.
Prislav, który swego czasu uciekł z kraju słowiańskiego, przybył pędząc konno; barbarzyńcy byli tam, powiedział on, tak więc mieli Duńczycy upragnioną okazję do podjęcia bitwy z nimi; zachęcał on ponadto wszystkich do ścigania się w dzielności ze swymi nigdy nie pokonanymi przodkami, na co król odpowiedział, że wrogowie znajdą w nich ludzi, którzy wolą śmierć niż ucieczkę.
Duńczycy, co byli nadzwyczaj zapaleni i chętni do stoczenia bitwy, wbrew swemu zwyczajowi porzucili szyk bojowy i zaczęli iść luzem na wroga, jak tylko zobaczyli którego.
Odnieśli oni także od razu zwycięstwo przy pierwszym ataku, bowiem Słowianie rzucili się do ucieczki, zanim walka naprawdę się rozpoczęła.
Podczas tego szybkiego ataku Duńczyków, dwaj królewscy drużynnicy tak gwałtownie zderzyli się razem, że obaj spadli ze swych koni; w następstwie czego przewrócił się królewski koń z królem, a on spadł tak gwałtownie na nich, że lewym łokciem przebił tarczę i wbił go w ziemię.
Absalon już był zsiadał z konia, by mu pomóc, lecz on dał mu ręką znać, że nie trzeba, jako że uważał, że byłby to szczęśliwy upadek, jakiego doznał, gdyby on tylko otrzymał satysfakcję z klęski wroga.
To wydarzenie wcale tak źle nie wróżyło, jak to wyglądało, bowiem królewski wypadek okazał się być zapowiedzią klęski wroga.
Barbarzyńcy mianowicie zostali pokonani bez walki i zabici bez tego, by Duńczycy ponieśli jakieś straty.
Duża ich część pospieszyła na łeb na szyję do tej zatoki, z której przyszli, i życie, które chcieli zachować, oddawali w falach, i utonęło tam ich tylu, co zginęło od miecza.
Część, by tym pewniej umknąć wrogowi, z rozmysłem brodziła aż po szyję w wodzie, lecz nie pomogło to im, bowiem nie mogli schować się przed Duńczykami, którzy weszli do wody za nimi i zabili ich.
Kiedy wszyscy ci, którzy byli w wodzie, zostali zabici, za wyjątkiem jednego, który stał na jakimś kamieniu, skrytym pod powierzchnią wody, i w ten sposób uniknął masakry, jaką uczyniono jego towarzyszom broni, powiedział Absalon do wojowników, którzy nie odważyli się pójść tam i zabić go, gdyż bali się, że było tam zbyt głęboko.
”Ten chłop nie jest wcale tak daleko, byście nie mogli się z nim zmierzyć, gdzie on ma grunt, wy też możecie”.
Słowa te przyjął jego brat Esbern [Snare] jako wyzwanie, i pomimo, że nie miał wątpliwości, że Słowianin stał na kamieniu ukrytym pod wodą, więcej mu zależało na wykonaniu polecenia swego brata, niż na ocaleniu życia, a gdy inni nie chcieli, wszedł on w pełnym uzbrojeniu do wody, zabarwionej na czerwono krwią wroga.
Gdy przebił swoją włócznią Słowianina, i chciał wrócić na ląd, wciągnęły go wiry do wody, i poszedł na dno, i byłby utonął, gdyby jego towarzysze nie przyszli mu z pomocą.
Chcąc wyciągnąć go z wody, pognał Olaf ostrogami konia na głębinę, gdzie ten był, i starał się on uchwycić go i wyciągnąć do góry, lecz był bliski spadnięcia z konia, i w tej potrzebie myślał on bardziej o sobie niż o innym, i porzucił próbę ocalenia przyjaciela, by ratować się samemu.
Następnie człowiek o imieniu Niels podjął się tego zadania, którego Olaf próbował, i nie mógł powstrzymać się on przed wjechaniem konno na głębię, ale okazał on więcej dzielności, niż miał szczęścia, bowiem miał te same problemy i musiał porzucić swój plan.
Gdy pomoc jeźdźców tak zawiodła, przypadło piechurom go ratować.
Gdy wyciągnęli go na ląd, myśleli wszyscy, którzy go widzieli, że był martwy, bowiem nie można było zauważyć, by oddychał, tak jego ciało napełnione było wodą.
Po tym, jak jego towarzysze przewracali go jakiś czas, zaczął on jednakże w końcu wypluwać wodę, a gdy się jej pozbył, otworzył oczy, lecz mówić nie mógł, dlatego ci, co stali wokół, okryli dobrze ubraniem jego ciało, całkiem zesztywniałe z zimna, a gdy ogrzał się, odzyskał znowu nie tylko swój wzrok, lecz i mowę, lecz przez cały dzień był tak blady na twarzy, że wyglądał jak trup.
Prislaw (Saxo:Prisclavus, Knytlinga saga: Fridleif Mjuklatsson) – postać wątpliwa historycznie, wg Saxo syn księcia Obodrzyców Niklota, miał być żonaty z raczej nieznaną córką Knuda Lavarda, a siostrą Waldemara Wielkiego, Katarzyną; Niklot, oprócz syna Warcisława (zm.1164), miał też jednak bardziej znanego syna, zwanego Pribislaw-Przybysław (zm.1178), księcia Meklemburgii 1160-78 (od którego wywodzi się dynastia książęca panująca w Meklemburgii do 1918 r); różni kronikarze mylą czasami braci i możliwe, że jest to jedna i ta sama osoba.
Uciekł z kraju słowiańskiego – chrześcijański Prislaw byłby w konflikcie interesów z ojcem, broniącym pogańskich Obodrzyców przed Niemcami i Duńczykami; jednak wg Knytlinga saga Prislaw (Fridleif) miał zostać pojmany przez Duńczyków we wcześniejszej wyprawie, pozostał z nimi i przyjął chrześcijaństwo. 
Był tam jeszcze jeden duński jeździec, którego dzielności nie należy pomijać milczeniem.
Gdy całkiem sam, bardziej zapalczywie niż ostrożnie, ścigał uciekających i wpadł pomiędzy wrogów, a barbarzyńcy wzywali go do poddania się, zignorował on to wezwanie, i zeskoczył z konia, i wolał paść raczej z mieczem w ręku, niż ocalić życie poddając się.
Wróg rzucił się na niego wielką chmarą, by go zabić, lecz każdego, kto zbliżył się do niego, zabijał on ciosem miecza, i w najmniejszym stopniu nie okazując lęku, padł on walcząc, pokryty chwalebnymi ranami, na ten stos ciał, które narąbał wokół siebie.
Nie tylko liczni wrogowie poszli za nim na śmierć, lecz ci ocalali pokonani zostali zadziwieniem nad jego dzielnością, jaką okazał on im przed śmiercią.
Swą wyróżniającą się mężnością osiągnął on, że ci Słowianie, którzy byli tego świadkami, nigdy więcej nie odważyli się stoczyć bitwy z Duńczykami.
Następnego roku Duńczycy przygotowali się znowu na wyprawę do kraju Słowian, i Rugianie, co ze względu na zadaną im niedawno klęskę nie mieli odwagi przyjąć narzuconej wojny, wysłali z tego powodu nadzwyczaj elokwentnego człowieka o imieniu Dambor, by prosił on o pokój.
Absalon przyjął go i używał sam jego łodzi w czasie wyprawy, lecz jego ludzi wziął on na utrzymanie, do czasu jego powrotu, a samego Dambora wziął do królewskiej floty.
Było bowiem w zwyczaju, że Rugianie i Duńczycy mieli prawo z wzajemnością do zatrzymania tych posłańców, którzy przyszli od wroga w czasie działań wojennych, aż do czasu powrotu z wyprawy, by nie mogli oni po powrocie do ojczyzny wyjawiać, co się działo w kraju wroga, i w ten sposób funkcjonować bardziej jako szpiedzy, niż posłowie.
Gdy nieustająco przeciwny wiatr opóźniał jednak wyprawę, i wyglądało na to, że Jutlandczycy chcieli opuścić pozostałych, gdyż wyczerpały im się zapasy żywności, pomogli Zelandczycy i Skanijczycy, hojnie przekazując im z własnych zapasów, aby tak duża część ich siły bojowej nie była zmuszona ciężką sytuacją ich opuścić.
Fiończycy natomiast przeciwnie, nie udzielili najmniejszej pomocy towarzyszom w potrzebie, choć mieli pełno wszystkiego.
Gdy Dambor to zauważył, zaproponował on pokój jedynie na równych warunkach, choć wcześniej pokornie błagał.
Ponadto zażądał on, by Absalon pośredniczył w negocjacjach z królem.
Gdy biskup zapytał go, jakie gwarancje on dawał, że mówił uczciwie, odpowiedział tamten, że jako gwarancję rzuci on kamień do wody; był bowiem u barbarzyńców ten pogański zwyczaj, że gdy zawarto porozumienie, to rzucano kamień do wody, jednocześnie modląc się do bogów o to, żeby poszli na dno jak kamień, jeżeli nie dotrzymają słowa.
Gdy Absalon jednakże zażądał teraz, by dał on zakładników, i nie chciał uznać, by fałszywy i kłamliwy przesąd obowiązywał tam, gdzie dotyczyło to ważnych spraw, Dambor był na tyle zuchwały, by również ze swej strony zażądać zakładników. Uniósł się Absalon na to i powiedział, że Rugianie nie tylko wysyłali Duńczykom zakładników, lecz także pieniądze i zaopatrzenie dla floty, podczas gdy nikt nigdy nie słyszał, żeby Duńczycy kiedykolwiek uznali i wysłali coś takiego.
Na to odpowiedział Dambor:
”W przypadku jeżeli dysponujesz tą mądrością, którą uważasz, że jesteś obdarzony, to chętnie wysłuchasz tego, co mam do powiedzenia, i starannie to przemyślisz. Każdy, kto ma choć trochę rozsądku, powinien pamiętać, że czas składa się z trzech części, i do dwóch z nich należy przykładać mniejszą wagę, lecz trzecią powinien on traktować z dużo większą uwagą, niż te dwie pozostałe – wspomina on mianowicie przeszłość, oczekuje on przyszłości i rozważa dobrze to, co znajduje się w teraźniejszości. Głupiec, w przeciwieństwie do rozsądnego, ma w zwyczaju wahać się pomiędzy nadzieją o przyszłości, a wspomnieniem rzeczy przeszłych, natomiast nie chwyta tej okazji, jaką mu daje teraźniejszość, i wypuszcza to, co ma w ręku. Również ty tak czynisz; ogarnięty bezproduktywnymi i nieprawdziwymi problemami, pilnujesz starannie wzorców przeszłości, i spekulujesz tak, co się wydarzy w przyszłości, i nie widzisz, co leży w zasięgu ręki i co masz przed oczami. Podczas gdy zagłębiasz się w pamięci o zamierzchłych czasach, uważasz błędnie, że wszystko powinno iść tak szczęśliwie w przyszłości, jak niegdyś, i gdy rozpalasz nadzieję wspomnieniami, pozwalasz teraźniejszości, ze wszystkim, co ona niesie ze sobą, przepływać obok. Przyznaję, że Duńczycy niegdyś podbili mój lud, lecz od dłuższego czasu los nam równie dobrze sprzyja, jak wam kiedyś, który wzniósł nas równie wysoko, jak kiedyś było to waszym losem. Tak bardzo, jak prześcigaliście nas niegdyś, tak my dziś przewyższamy was mocą i dobrobytem; zrządzeniem losu osiągnęliśmy dziś tak wiele, jak nigdy nie udało się tego Duńczykom. Dlatego jest głupotą z twojej strony stawiać takie żądania; gdy nierozsądnie stawiasz przed oczami zanikającą przeszłość, zapominasz, co stało się niedawno, i próbujesz postawić mi takie warunki, które, biorąc pod uwagę aktualne okoliczności, prędzej powinieneś przyjmować, niż stawiać innym. Wasze pola, żałośnie poszkodowane od naszej broni i wojska, leżą odłogiem nieuprawiane; w naszym kraju mamy obfitość wszystkiego, a mimo to wystarcza zaledwie na wyżywienie tej liczby ludzi, jaką mamy. A jednak nie oburza cię to, że moglibyśmy sie wywyższać, lecz zaledwie to, że moglibyśmy być sobie równi, pomimo, że sam widzisz, że was we wszystkim przewyższamy. Zaczekaj ze ściąganiem podatków z nas, dopóki nie osiągniecie takiego szczęścia i dobrobytu, jakie u nas panują, i dopóki nie zobaczysz nas zawodzących od nieszczęść, które teraz gnębią was samych.
Dambor (Saxo: Domborus, Knytlinga saga: Dómaburr, Kantzow: Dambore) – wódz rugijski. 
Tak mówił Dambor.
Absalon ukrył swą złość i odpowiedział mu zaledwie kilku słowami, lecz przekazał królowi, co tamten powiedział. Wyprawa została odwołana, gdyż wzburzone morze nie uspokajało się i powstrzymywało żeglugę.
Pomimo, że królowi szczęście dotąd sprzyjało przy atakach na Słowian, przyznał on jednakże, że pokonać ich było zbyt trudno, aby mógł tego dokonać własnymi siłami.
Dlatego poprosił on księcia Saksonii [Heinricha der Löwe] o zawarcie z nim sojuszu zbrojnego i obiecał mu za to wielką sumę pieniędzy.
Książę obiecał uczestniczyć w ekspedycji, raz, że ta duża zapłata skusiła go, a dwa, że miał nadzieję na podbicie swoich sąsiadów.
Król Norwegii już wcześniej ofiarował Valdemarowi, którego darzył największą przyjaźnią, łódź wykonaną z największym kunsztem w kształcie smoka.
Poprosił teraz król Absalona, by obsadził łódź wioślarzami z Roskilde i włączył tak do duńskiej floty.
Gdy Absalon dotarł [z Roskilde] do portu Isøre, pozostał on tam dłużej niż zamierzał ze względu na przeciwny wiatr, a nie było nic takiego, co drażniło go bardziej, niż to, że on, który zwykle był szybszy od innych w swych przygotowaniach, gdy trzeba było wypływać, teraz miał się spóźnić i przyjść na końcu, podczas gdy inni byli już w drodze na miejsce zbiórki.
Gdy leżał teraz on tak na rufie i spał, ogarnięty wstydem i rozżalony, ukazało mu się we śnie, że miała przyjść dobra pogoda po sztormie.
Zobaczył tam mianowicie, że pewien człowiek wołał go, i że zszedł za nim na ląd, gdzie jakiś czas wędrował razem z biskupem Toke z Børglum, który prosił, by on teraz pilnie uważał i zapamiętał dobrze to, co usłyszy.
Następnie trzykrotnie zaintonował Toke ten hymn, jaki jest w zwyczaju śpiewać w noc Bożego Narodzenia, i prosił go, by słuchał uważnie, co było śpiewane.
Gdy obudził się, wszystko co widział we śnie, było tak żywe, że wydawało mu się, że była to rzeczywistość, a nie sen, a że pamiętał, że we śnie obiecano mu, iż nastęnego dnia uda mu się ruszyć z miejsca, nabrał on takiej pewności, że pogoda się uspokoi, że wszedł do szalupy, pomimo, że sztorm w żaden sposób jeszcze się nie uspokoił, poprosił Astråda, który był zwierzchnikiem załogi na królewskiej łodzi, by pospieszył się podnieść maszt, a sam zjadł coś szybko.
Podczas gdy jadł, wszedł Astråd i zameldował, że sztorm się uspokoił, i zapytał, co miał teraz czynić.
Absalon polecił mu zaraz podnieść żagiel i pożeglować przez ujście w Isøre, a będąc już na zewnątrz miał on ominąć wyspę [Zelandię] z tej strony, na którą wiatr go skieruje.
Gdy ten teraz pospieszył wykonać rozkazy, załogi floty wojennej, która stała w tym samym porcie, ciesząc się, że sztorm nagle się uspokoił, ochoczo postawiły żagle, lecz nie mialy tyle szczęścia, co zapału, bowiem co chwila wiatr zrywał się, i kierował ich raz na wschód, a raz na zachód, tak więc ze względu na niestałe wiatry nie można było ustalić kursu jak chcieli.
Możnaby uwierzyć, że było to wolą Niebios, by Absalon nie musiał żeglować samotnie, lub z tyłu za wszystkimi, co bardzo wyraźnie było widać, gdy doszedł ich, bowiem jak tylko dołączył, rozstąpiły się chmury, i mieli tak łagodny i stały wiatr, że żegluga, co dotąd nie postępowała, teraz ruszyła jak po maśle.
Tak więc sama natura oddała Absalonowi cześć uspokajając się, podczas gdy nie chciała złagodnieć wobec innych.
Gdy stwierdził on, że królewska łódź, która została jemu powierzona, odniosła szkody w tym wielkim sztormie, i groziło jej poważne niebezpieczeństwo zatonięcia, polecił wyciągnąć ją zaraz na ląd i wstawić nową deskę, by łódź, co miała przeciek i groziła zatonięciem, stała się mocna jak nowa.
By wyglądała jeszcze piękniej, polecił on okuć stewę złocistymi gwoździami.
Książę Saksonii – Henryk Lew, zawarł koalicję z Danią w 1160; w którym to sojuszu rozpoczął ostateczny podbój Obodrzyców, a następnie wraz z królem Danii Waldemarem Wielkim podbił Wieletów, Słowian zamieszkujących pomiędzy dolną Odrą a Łabą (na wschód od Obodrzyców).
Król Norwegii – Inge Haraldsson Krokrygg; w owym czasie było dwóch królów Norwegii; jednym z nich był Inge Haraldsson Krokrygg (ok.1134-61), syn króla Haralda Gille, król wybrany w Oslo w 1136; jego brat, Sigurd Haraldsson Munn (1135-55) został wybrany królem w Trondheim (zginął walcząc przeciw Ingemu); w 1142 roku królem wybrano również ich brata, Øysteina Haraldssona (ok.1125-57), który też zginął w walce przeciw Ingemu; drugim żyjącym królem w 1160 był syn Sigurda Munna, Håkon Herdebrei (1147-62), którego na króla wybrano w 1159.
Łódź … w kształcie smoka – długa łódź z wydłużonymi stewami, ozdobnie wykończonymi w kształcie głowy smoka (węża), pod koniec XII wieku długie łodzie stały się masywniejsze, wyższe i szersze, nie zmieniając właściwie swej długości i ilości wioseł, łódź króla Norwegii Sverrego (zm.1202) z 1182 roku miała ponad 30 par wioseł i 280 ludzi załogi (czterech na jedno wiosło); Norwedzy słynni byli ze swego szkutnictwa (zwłaszcza w okolicach Trondheim), a tradycję budowy łodzi typu wikińskiego zachowali do XX wieku.
Toke (Tyge), zm.1177 – kapelan Eryka Jagnięcia, później biskup w Børglum na północy Jutlandii.
Hymn – zapewne hymn Veni redemptor gentium (Przyjdź wszech narodów zbawienie) świętego Ambrożego z Mediolanu (zm.397), najstarsza znana pieśń dotąd śpiewana w kościele. 
Po tym jak spotkał króla koło Masnedø, pożeglowali oni do wyspy Poel, i Duńczycy oraz Niemcy wspólnie napadli, każdy ze swej strony, kraj Słowian; okresowo wojska duńskie i niemieckie były tak blisko siebie, że mogli się widzieć wzajemnie.
Gdy Słowianie raz zaskoczyli i zabili kilku niemieckich wojowników, którzy odważyli się odejść zbyt daleko, by zebrać paszy dla koni, wzięli jeźdźcy pomstę za wyrządzoną szkodę używając podstępu.
Ukryli mianowicie swą broń, przywdziali proste i ubrudzone szaty na swoje kolczugi, i zabrali się do żęcia, jakby zbierali paszę, i gdy Słowianie z Niklotem na czele wyskoczyli nagle ze swej kryjówki, aby zabić tamtych, tamci wskoczyli szybko na swe konie, odrzucili sierpy i chwycili za miecze, i zabili ich. Głowę Niklota odrąbano i osadzono na tyczce, i zabrano ją do obozu, ku uciesze obu wojsk.
Gdy jego syn Prislaw, który był wygnańcem ze swej ojczyzny, gdyż umiłował on chrześcijaństwo i odrzucił pogańskie przesądy, i szukał schronienia u Duńczyków, dowiedział się o tym, właśnie kiedy siedział przy posiłku, zrobił on krótką pauzę i zafrasował się, i powiedział, że było to słuszne, że wzgardzający Bogiem tak zakończył, i nie myślał już więcej o tym, zamiast tego pokazał towarzyszom przy stole swą jak zwykle zadowoloną i radosną twarz, tak wielkie było jego opanowanie i jeszcze większy szacunek dla chrześcijaństwa, gdy odmawiał uznania za swego ojca tego, który był wrogiem chrześcijaństwa; nie jest łatwo powiedzieć, czy okazał on tym większą siłę ducha, czy pobożność.
Nie współczuł on też więcej niż przedtem swojej ojczyźnie, bowiem nadal słowem i czynami robił wszystko co mógł, by stała się ona łupem dla tych dwóch obcych narodów.
Poel – wyspa zamykająca od północy Zatokę Wismarską u wybrzeży Meklemburgii-Pomorza Przedniego; w opisywanym czasie zamieszkana przez Obodrzyców.
Każdy ze swej strony – Duńczycy atakowali od wybrzeża, Niemcy lądem od południowego zachodu.
Niklot, zm. 1160 – książę Obodrzyców od 1131, zginął w sierpniu 1160, zabity przez Niemców w Werle niedaleko Rostocku; po jego śmierci Henryk Lew oddał jego ziemie jako lenno synom Niklota, Przybysławowi i Warcisławowi.
Nie współczuł … ojczyźnie – dokładnie definiując Prislaw był zaprzańcem i zdrajcą. 
Kilka dni później przybył Valdemar do [księcia Saksonii] Heinricha [der Löwe] by rozmawiać z nim, i książę zaprowadził jego oraz Absalona, i nikogo innego więcej, do swego namiotu, i przygotował tam posiłek dla niego, do którego usługiwała duża ilośc możnych panów jako służba.
Był to wspaniały posiłek, tak gdy chodziło o ilość, jak i różnorodność, lecz jeszcze wspanialsze było posługiwanie, które bardziej miało na względzie oddanie czci gościom, niż stronę praktyczną.
Drużynnicy jedli przy osobnym stole.
Gdy Valdemar powrócił do swego obozu, zaszły tam nagle pewne wydarzenia, które wywołały u niego niepokój, a miało dla niego wielkie znaczenie wiedzieć, gdzie mógłby spotkać się razem z Heinrichem, gdyż musiał odbyć z nim rozmowę.
Gdy powiedział on, że potrzebował on jednego bystrego człowieka, który by to zadanie dla niego wykonał, jedni twierdzili, że ich konie okulały, inni, że konie nie były właściwie podkute, wszyscy wynajdywali wymówki, by ukryć swój lęk, bowiem nikt nie miał na tyle odwagi, by podjąć się tego tak niebezpiecznego poselstwa.
W międzyczasie przyszedł Absalon, który jak zwykle swój wolny czas poświęcił na rąbanie drew w lesie, i gdy został on spytany, czy wyruszyłby z tym poselstwem dla króla, odpowiedział, że bardzo chętnie.
Gdy teraz został zobowiązany do wybrania, kogo chciałby mieć ze sobą, wybrał on prawie wyłącznie krewnych, jako że uważał, że mógł bardziej im zaufać, niż obcym.
Syn tego potężnego słowiańskiego księcia Niklota, Prislaw, który został wygnany jako zdrajca przez swego ojca, ponieważ poślubił on siostrę Valdemara i przyjął chrześcijaństwo, obiecał posłużyć mu za przewodnika, gdyż znał on okolice.
Po części w nagrodę za jego wierną służbę, a po części z powodu powinowactwa, oddał on mu w lenno dużą część najważniejszych wysp.
Absalon wyruszył teraz w drogę, a gdy porozmawiał z księciem [Heinrichem], zalecił mu tenże, by pozostał on na noc u niego, lecz odpowiedział on, że gdy król z niepokojem czekał na nich, nie powinien on powiększać jego lęku, pozwalając mu czekać dłużej, niż to było konieczne, a ponadto powiedział on, że flota stała na pełnym morzu, narażona na wszelkie podmuchy wiatru.
Po tym, jak wyjaśnił tak przyczyny swojego pośpiechu, wskoczył na konia, gdy szło już ku wieczorowi.
Jednakże pewien wysoko urodzony Niemiec poszedł sam do księcia i powiedział, że to mogłoby kosztować życie duńskich posłów, jeżeli nie dostaliby więcej ludzi ze sobą, odważył się nawet ostro przemawiać do niego, gdyż pozwolił on odjechać tak małej grupie znaczących ludzi, nie dając im na drogę eskorty, przy tak wielkim zagrożeniu, jakie było na wyciągnięcie ręki. Książę polecił wezwać ich z powrotem, i zaproponował, że da im eskortę ze sobą, lecz tak jak Absalon odrzucił propozycję pozostania na noc, był on zbyt dumny, by przyjąć proponowaną eskortę na drogę, jako że uważał on, że było większą chlubą dla niego i jego ludzi narazić się na niebezpieczeństwo, niż pozwolić się chronić przez innych.
Nie ujechali oni daleko od obozu, jak Prislaw polecił im wszystkim stanąć i powiedział:
”Gdybym tutaj dowodził, nie odmawiałbym, w tak małej grupie jak jesteśmy, przyjęcia eskorty, gdyż przygotowanie się na niebezpieczeństwo, najlepiej jak człowiek potrafi, świadczy raczej o przezorności, niż o tchórzostwie. Odwaga jest tym bardziej godna pochwały, im mniej połączona jest ona z głupotą; lecz gdy opiera się ona na lekkomyślności, jest godna nagany. Nie będzie teraz nadzwyczaj dobrze wyglądało, jeżeli będziemy prosili o to, czego przyjęciem przed chwilą wzgardziliśmy, gdy nam to proponowano. Nie pozostaje więc nam nic innego, jak zawierzyć naszej odwadze i naszej sile, i pokładać ufność w wybawienie, skoro nasza sytuacja jest tak wątpliwa. Dlatego musimy pokazać, że jesteśmy dzielnymi Duńczykami, i uczynić wszystko, co tylko można, by albo wrócić całym do domu zwyciężając, albo zdobyć sobie wieczną chwałę sławną śmiercią. Nie ma wątpliwości, że pozostawione ślady naszych koni zdradziły wrogowi naszą obecność, i że będą się starali nas zaskoczyć w drodze powrotnej. Lecz lepiej to dla was, towarzysze broni, zginąć, niż zostać wziętym do niewoli, bowiem jeżeli zostaniecie złapani, okrutną śmiercią zapłacicie za śmierć mego ojca, tak, jak byście byli jego zabójcami, i moi bracia, w najokrutniejszych torturach, utoczą z was krew, tak jakby ze świętej ofiary składanej dla niego. Dlatego dużo lepiej będzie walczyć dzielnie do końca, niż wpaść w ich ręce, gdyż w swym okrucieństwie postąpią żałośnie z wami. To doradzam ja wam, bardziej z miłości do was, niż bym sam się bał, bowiem pochodzę z takiego rodu, na który żaden Słowianin kiedykolwiek nie odważyłby się podnieść ręki. Zaklinam ja was dlatego, na dobrego i wszechmogącego Boga i na sławne pomiędzy wszystkimi narodami imię Duńczyków, byście się wyzbyli wszelkich lęków i bojaźliwości, i mężnie walczyli na śmierć i życie.”
Ta przemowa Prislawa przyjęta została przez wszystkich radosnymi okrzykami zadowolenia, i powiedział on wtedy, że nie wątpi on teraz w ich zwycięstwo, bowiem zapał wojowników jest dobrą przepowiednią, że faktycznie ataki Słowian były brane za bardziej niebezpieczne, niż były one w rzeczywistości.
Zaś posuwając się naprzód, powinni się tak ustawić w kolumnie, powiedział on, by ci młodzi, którzy byli nie tak dobrze wyposażeni, jechali w środku, tak, by z obu stron chronieni byli oni przez ciężko uzbrojonych ludzi.
Oddział podzielił on ponadto na dwie grupy, by jedna mogła przyjść na pomoc tej drugiej, a wróg stracił śmiałość, gdy zobaczyłby, że były dwie grupy.
Polecił on im też wykrzykiwać i śpiewać, by wydawało się, że było ich więcej, niż naprawdę, i że dlatego się nie bali niczego. Ten plan się powiódł, gdyż nikt ich nie zaatakował w drodze do przystani, gdzie stała flota.
Król, który czekał na nich z lękiem, bezsilny i pełen niepokoju, gdyż nie było ich tak długo, czytaniem pisma świętego starał się przegonić żal o to, że tak lekkomyślnie wysłał swych ludzi w tę podróż, a gdy dowiedział się, że wrócili, położył się zaraz spać, czego nie mógł uczynić wcześniej, bowiem tak jego umysł przepojony był obawami.
Poślubił on siostrę Valdemara – niepewne, podobnie jak sama postać Prislawa; tą siostrą miała być Katarzyna. 
Następnie pożeglowali oni do rzeki Gudager, której ujście było tak płytkie, że duże łodzie nie mogły tam wchodzić, z którego to powodu król musiał rzucić kotwicę i pozostać na zewnątrz, jako że jego łódź była zbyt wielka.
Ta część floty, którą można było użyć, gdyż łodzie nie zanużały się zbyt głęboko, popłynęła pod dowództwem Absalona w górę rzeki wąskimi zakolami, aż dotarli do miejsca, które wyglądało jak duże jezioro.
Węższy wpływ do niego zablokowali Słowianie liczną flotą, by uniemożliwić wrogowi dostęp.
Duńczycy usiłowali przegnać ją, lecz kiedy nie znali miejscowego akwenu, ani nie wiedzieli jak głęboko czy płytko tam było, wpłynęli oni na mieliznę.
Chcąc ściągnąć łodzie na głębszą wodę, gdzie było łatwiej żeglować, a nie mogąc w żaden sposób użyć wioseł, wyskoczyli za burtę, chwycili za relingi i ściągnęli łodzie z mielizny.
Słowianie stali natomiast na swych łodziach jak na szańcach i ciskali w nich włóczniami, i nie tylko że atakowali ich w ten sposób, to jeszcze wyskoczyli za burtę i szukali okazji, by walczyć w bezpośrednim starciu, lecz gdy Duńczycy dzielnie stawili im czoła, wrócili oni równie szybko na swoje łodzie, jak z nich zeskoczyli.
Dwie łodzie Prislawa weszły jako pierwsze na jezioro, lecz wskoczyło tam na nią tak wielu z tych, co stali na mieliznie, że deski burt całkiem popękały i rozlazły się.
Wtargnęli oni mianowicie tak gwałtownie na nią, że nie mogła ona unieść tego wielkiego ciężaru.
Duńska flota szła teraz w ślad i zajęła te wrogie łodzie, które Słowianie opuścili uciekając, a następnie podpalili wioski leżące nad brzegiem jeziora.
Gdy Absalon powrócił nocą, nie mógł król jeszcze zamknąć oczu, tak był niespokojny, gdyż tak długo go nie było.
Uradował on się teraz, że tamten przybył, odesłał swą łódź do domu, gdyż ze względu na swe rozmiary nie wydawała się być przydatna na tych wodach, i wszedł na pokład łodzi nieco mniejszej, i na niej pożeglował on na jezioro, gdzie wysłał on Sune [Ebbesena] z dwoma łodziami, by pustoszył we wszystkich zatokach.
Spalił on także miasto Rostock, co nie sprawiło im żadnego kłopotu, bowiem ludność tchórzliwie opuściła gród.
Spalił on też przy tej okazji posąg, któremu lud przez swe pogańskie przesądy okazywał boską cześć, tak jakby to był jakiś niebiański bóg.
Następnie zbudował on most, którym przeszedł ze swym wojskiem zmierzający do niego na rozmowy [książę] Heinrich. W tym samym momencie syn Niklota, Pribislaw, który przeszedł na drugi brzeg, zobaczył swego brata Prislawa, żeglującego jedną łodzią z Bernhardem, o którym pogłoski mówiły, że był zabójcą Niklota, zwymyślał go i zwrócił uwagę, że było to niegodne pozostawać w przyjaźni z zabójcą ojca, lecz na to odpowiedział Prislaw, że był wielce wdzięczny Bernhardowi, ponieważ ten zabrał mu bezbożnego ojca; nie chciał być on uznawany za syna człowieka, o którym było wiadomo, że był złoczyńcą.
Gudager (Goderak, Gudacr) – skandynawska nazwa rzeki Warnow (Warnawa) w Meklemburgii-Pomorzu Przednim, której ujście znajduje się koło Rostocku; nazwa Gudager w ludowej etymologii kojarzona z Bogiem.
Jezioro – rozległy zalew u ujścia rzeki Warnow ma rozmiary ok. 2 x 3 kilometry.
Reling – górna część burt, wystająca ponad pokład, zabezpiecza ludzi i przedmioty przed wypadaniem za burtę.
Rostock – słowiański gród Roztok spalili Duńczycy w 1161, na miejscu grodu w 1218 założyli oni miasto na prawie lubeckim.
Pribislaw (Przybysław), zm.1178 – syn Niklota, książę meklemburski od 1160; wraz z bratem Warcisławem lennik Henryka Lwa, przyczynił się do germanizacji terenu Obodrzyców; zmarł na skutek ran odniesionych w turnieju.
Bernhard – możliwe, że Saxo ma na myśli Bernarda III Askańczyka (ok.1140-1212), hrabiego Anhaltu (od 1170) i księcia Saksonii (od 1180 po Henryku Lwie), który rok wcześniej (1159) walczył u boku cesarza Fryderyka Barbarossy i Henryka Lwa w Italii. 
W międzyczasie rozeszły się nagle pogłoski, że rugijska i pomorska flota połączyły się, i zamierzały zablokować Duńczyków na rzece.
[Książę] Heinrich [der Löwe] przedstawił królowi [Valdemarowi], że powinien on koniecznie opuścić rzekę, by nie wpaść w kłopoty na wąskich przejściach, co też on zaraz i uczynił.
Kiedy jednak nie było widać tej połączonej floty, o której powtarzano pogłoski, powziął on podejrzenie, że ta zasadziła się w pułapce, i postanowił odpowiedzieć podstępem na podstęp.
Słowianie w rzeczywistości zaczaili się w ukrytych zatokach i wywiadywali się o możliwościach napadu na królewską flotę, w przypadku, gdyby wyruszył pustoszyć na lądzie.
Żeby teraz zwabić ich do wyjścia z ukrycia, przedstawiając im, że nadeszła okazja do realizacji ich planów, polecił on jednemu człowiekowi o imieniu Magnus podłożyć ogień we wsiach wzdłuż wybrzeża, lecz rozkazał wojownikom pozostawać na łodziach w ukryciu, jako że zakładał, że Słowianie uwierzą, że całe duńskie wojsko plądrowało i paliło, a przez to nie obawialiby się realizacji swojego zamierzenia.
Wrogowie faktycznie ułożyli taki plan, o którym on myślał.
Jak tylko Magnus podpalił osady, uwierzyli Rugianie, że wszyscy Duńczycy byli w to zaangażowani, nabrali oni odwagi i zaczęli realizować swój plan w tej wierze, że zastaną flotę pozbawioną obrońców.
Jednakże niektórzy z Duńczyków, którzy nie otrzymali wieści o tym, co król zalecił, ruszyli przedwcześnie przeciw nim, i tak zrezygnowali oni ze swego ataku i zamiast tego nagle rzucili się do ucieczki.
Pozostała duńska flota wiosłowała teraz ile było sił za nimi, lecz nie mogli ich dogonić, tak szybko tamci żeglowali.
Gdy Duńczycy zmęczyli się teraz, a dzień dodatkowo był gorący, rozciągnęli oni płachty nad łodziami.
Podczas gdy inne łodzie stały teraz w porcie, pojawił się arcybiskup Lund [Eskil], i gdy zobaczył łodzie stojące z rozpostartymi płachtami w środku dnia, zganił on ludzi za ich lenistwo i powiedział:
”Czy jest jakiś pożytek z takiego chowania waszych ciał jak w grobie, przyjaciele, gdy duch wasz jeszcze powinien być żywy?”
Tymi słowami zawstydził on wojowników, ponieważ leżeli i odpoczywali w pełni dnia, i przypomniał królowi, że zamiast próżniaczo leżeć, powinni leniwi wojownicy dostać coś do próbowania swych sił.
Król był prawie zły na słowa arcybiskupa, lecz uznał również za usprawiedliwione, że zganił on jego bezczynność, dlatego też odpowiedział, że leżąc tak pochowani mogli natychmiast powstać ze swych grobów, następnie polecił ściągnąć płachty i zaraz wziąć kurs na kraj wroga.
Przez 2 dni plądrowali oni południową część wyspy, a następnie pożeglowali do Valung.
Gdy tam wywiedzieli się, że Rugianie zamierzali wyruszyć przeciw nim, jeden z Duńczyków, w obecności swych towarzyszy broni, odrąbał kawałek włóczni, by poręczniej było użyć jej w bitwie; inni uczynili to samo, a gdy odrąbane kawałki zostały zebrane razem, powstał tam z nich zaraz cały kopiec.
Południowa część wyspy – zapewne chodzi o Rugię, wg Knytlinga saga miały być to tereny na południe od Stralsundu, a wyprawa była lądowa.
Valung (Valon, Falong, Analung) – kraina nadmorska w pobliżu cieśniny Strelasund, oddzielającej wyspę Rugię od lądu stałego, po stronie lądowej. 
Natomiast wrogowie byli bardziej nastawieni na pokój, niż na prowadzenie wojny, i Dambor został wysłany do Duńczyków na negocjacje.
Gdy ci weszli na pokład swoich łodzi, rozpalił on ognisko na plaży, by dać znać, że miał posłanie do przekazania.
Absalon zabronił jednak, by ktokolwiek wziął go na pokład, co by nie wyglądało, że Duńczykom równie zależało na pokoju, jak temu, który przyszedł prosić o to.
Gdy Dambor nie mógł wejść na pokład żadnej z ich łodzi, musiał sam sobie znalezć sposób, by się dostać do floty. Zwrócił on się przy pomocy tłumacza do Absalona i prosił go o wynegocjowanie pokoju pomiędzy królem a Rugianami; a na znak poddaństwa obiecał on dać zakładników.
Absalon udawał, że nie rozumiał, o co tamten prosił, i zamiast odpowiedzieć na jego pytanie, zaczął wyliczać te duńskie wyspy, które, jak niedawno Dambor sam jemu opowiadał, leżały odłogiem opuszczone.
Gdy Dambor przez tłumacza dowiedział się, że Absalon nie dał mu wiążącej odpowiedzi na jego prośbę, powiedział on:
”Nie bez powodu, dostojny biskupie, szukamy w tobie, a nie w kim innym, naszego reprezentanta; jest to o tyle słuszniejsze, że przynosimy dziś do ciebie swe prośby, by było jak niegdyś, gdy z pomocą twego dziada [Skjalma Hvidego] zawarliśmy pokój z Duńczykami. Jedno jego skinienie głowy było tyle warte, co słowo króla. Gdy teraz nie pozostał żaden z jego synów przy życiu, przychodzimy pokornie błagając i padamy do stóp jego wnukowi, bowiem nie chcemy szukać pomocy poza tym rodem, w którym ją znaleźliśmy. To też jest głęboko przemyślane, że pominęliśmy twego brata, pomimo, że jest starszy od ciebie, bowiem z powodu twej wysokiej pozycji i godności, bez względu na wiek daliśmy ci pierwszeństwo. Zanim nie zaprzepaściliście w waszym kraju pokoju wojną domową, okazywaliśmy stale duńskiemu królestwu wierność i posłuszeństwo, lecz gdy zaczęliście walczyć wszyscy ze sobą i zbrojnie wspierać tych, którzy walczyli o koronę, bardziej staraliśmy się odzyskać naszą wolność, niż mieszać się w spory obcego narodu, i raczej woleliśmy odpaść od was, niż zawieść tę miłość, jaką winni byliśmy naszej ojczyźnie. A cóż innego uczyniliśmy, wydając wam wojnę, ponad stworzenie wam okazji do porzucenia waszych wewnętrznych sporów i przywrócenia jedności pomiędzy wami, gdy sprawa szła o pokonanie nas? Zwróciliśmy kapiące braterską krwią wasze topory na siebie samych, woleliśmy raczej, byście swoimi wojnami przynosili szkody innym, a nie waszej ojczyźnie. Pozornie działaliśmy wobec was jak wasi wrogowie, lecz w rzeczywistości jak przyjaciele; pod maską wrogości dokonywaliśmy czynów miłości wobec was. Że ze swymi łodziami plądrowaliśmy wasz kraj, była to dobroć, jaką wam okazaliśmy, bowiem większe czyniliśmy wysiłki dla przywrócenia jedności pomiędzy wami, niż dla zdobycia łupów. Teraz, gdy spowodowaliśmy, że przestaliście błądzić i porzuciliście te wojny, w których sobie wzajemnie upuszczaliście krwi, powinniście po prawdzie nam dziękować za naszą dobroczynność. Dlaczego jedynie my, gdy teraz wszelki spór pomiędzy wami się zakończył pokojem, nie możemy wejść do waszej świątyni pojednania, której drzwi sami wam otworzyliśmy i do której drogę wam utorowaliśmy? Jak to może być, że człowiek, który nosi sławę mędrca, tak mało ceni mądrość, jaką okazaliśmy, powstrzymując w tak szczęśliwy sposób wasze błądzenie?”
Gdy zakończył on swą mowę, a Absalon nadal wymieniał te krainy w Danii, które leżały odłogiem spustoszone, zabrał ponownie głos i powiedział:
”Nie stało się nic takiego, dlaczego ty, w sumie tak łagodny, miałbyś odtrącić ludzi, którzy potrzebują twojej pomocy, gdy nikt, kto przychodzi pokornie błagając nie ma problemu z dostępem do ciebie; odepchniesz nas od siebie, to padniemy do twych stóp znowu i znowu, jak dzieci, które o tyle zapalczywiej starają się wdrapać na matczyne łono, im mocniej ona je bije. Jeżeli sądzicie, że nie ukaraliście nas odpowiednio, możecie ukoić swoją złość zadając nam o tyle więcej szkód, na ile macie ochotę. Chociaż pustoszycie nasze pola, palicie nasze wsie, zrównujecie nasze miasta z ziemią i mordujecie nasz naród, użyjemy tylko błagań, a nie broni przeciwko wam, gdyż przebaczenia, a nie wojny szukamy. Jeżeli spragnieni jesteście krwi, to nadstawimy naszych karków, byście mogli je rąbać waszym mieczem. Będziecie chcieli zrobić z nas niewolników, to cóż innego będziemy mogli zrobić, jak tylko poddać się? Lecz któż jest tak okrutny, że nie oszczędziłby tych, którzy oddają się jego władzy, i jest to przecież największą głupotą zdobywać w trudzie i znoju coś, co można dostać w spokoju i pokoju. Wiem dobrze, że cofasz się pamięcią do naszej pierwszej rozmowy, kiedy to pogardliwie mówiłem o tym, jak wyludnioną stała się Dania, i dlatego nieustannie wymieniasz te wszystkie miejsca, które spustoszyliśmy, i że nie chcesz negocjować pokoju, zanim sami nie spustoszycie u nas tyle samo miejsc z bronią w ręku. Głupi byłem, że wyjawiłem swą mądrość i mówiłem o stosunkach pomiędzy przeciwnikami w ten sposób, że to mogło jedynie nam zaszkodzić, jako że nie zastanowiłem się, że tak uważny słuchacz mógłby wiele się nauczyć z tego, co powiedziałem, bowiem byłoby lepiej, gdybym trzymał dziecinną gadkę. Lecz tego, co powiedziałem wtedy, teraz żałuję, dlatego powinieneś to także zapomnieć. Lecz jeżeli powiedziałem ci wtedy rzeczy godne zastanowienia się, to przyjmij również te teraz z uwagą równą tej, jaką poświęciłeś wtedy, gdy rozmawialiśmy po raz pierwszy. Przecież im więcej nas zabijecie, tym mniej będziecie mieli poddanych, by wam służyli. Cóż innego robicie, niszcząc nas, jak nie zjadacie własnych wnętrzności i osłabiacie swe własne siły? Jeżeli uważacie, że nie jesteśmy jeszcze wystarczająco pokarani, to wyślij nas przeciw waszym wrogom, a oddamy swe życie za was na wojnie; jeżeli zginiemy, to zaspokoi się wasze pragnienie zemsty, a jeżeli zwyciężymy, przywiedziemy tych, którzy się wam buntują, pod jarzmo. Jeżeli zostaniemy pokonani, nie będziecie mieli powodu do rozpaczy, jeżeli zwyciężymy, to serca wasze będą się radować, więc jakby nie poszło, szczęście wam będzie sprzyjało. A ponadto może się przydarzyć, jeżeli będziecie dalej z nami walczyć, że przyjdzie wam zapłacić za naszą klęskę utratą tego, którego życie będzie zbyt wielką ceną za zdobycie całej Rugii.”
Słowa te skłoniły Absalona do przedstawienia królowi prośby Rugian, i sam wstawił się on za nich. Król przyjął zakładników i wyruszył do Danii.
Z twego dziada pomocą – Skjalm Hvide, walcząc ze słowiańskimi piratami, zdobył ok. 1100 roku Rugię, a król Eryk Zawsze Dobry uczynił go tam swym zarządcą i poborcą podatków.
Żaden z jego synów – Asser Rig, Ebbe i Toke Skjalmsenowie.
Starszy brat Absalona – Esbern Snare, ur.1127, Absalon ur.1128. 
Księga 14.4.
Ode mnie :
Połowa tej księgi to spór papieski oraz walki Duńczyków z Norwegami, więc to pominę.
Po śmierci papieża Hadriana IV w 1159 doszło do sporu pomiędzy większością kardynałów, którzy poparli wybór kardynała Rolanda Bandinellego, a mniejszościową grupą stronników cesarza Fryderyka Barbarossy, którzy obrali na papieża kardynała Ottaviana di Monticellego, a kardynała Rollanda Bandinellego usunęli siłą z Rzymu; spór, który zaowocował powołaniem szeregu antypapieży, zakończył się podpisaniem w 1177 pokoju pomiędzy cesarzem a papieżem Aleksandrem III, po tej dacie krótkim epizodem ponowionego konfliktu był wybór w 1179 antypapieża Innocentego III.
Gdy król dowiedział się następnie, że wschodni Słowianie, wierząc w swe siły, odpadli i podnieśli bunt, zawiązał on sojusz wojenny z księciem Heinrichem [der Löwe] z Saksonii, a żeby więzy przyjaźni pomiędzy nimi uczynić trwalszymi, zaręczył on swego syna Knuda, co nie miał jeszcze roku, z jego córką, która jeszcze leżała w pieluchach, i którą jego żona, którą on był później odprawił, mu urodziła.
Podczas gdy teraz Heinrich przygotowywał się do ataku swym wojskiem od strony lądu, pożeglował Valdemar do kraju Słowian ze swoją flotą, i kiedy przybył na Rugię, polecił on Absalonowi zebrać wsparcie pomiędzy mieszkańcami kraju, na których przyjaźń zbytnio nie liczył.
Aby nie zwieść Heinricha, spotykając go później, niż obiecał, pożeglował on tak szybko jak możliwe do rzeki Peene.
Absalon natomiast zjawił się na tingu krajowym Rugian, pomimo, że nie miał innego zabezpieczenia ich wierności poza kilku zakładnikami; wskazali mu oni honorowe miejsce pomiędzy nimi, gdy przybył jako posłaniec od króla, a że nie rozumieli oni języka duńskiego, oznajmił on im przy pomocy tłumacza, co miał im do zakomunikowania.
I zdarzyło się, że pewien młody Rugianin ze słowiańskim sprytem udawał, że chciał kupić konia od jednego z duńskich wojowników, a gdy dosiadł go pod pretekstem, że chciał go wypróbować, uciekł on z nim.
Gdy Absalon dowiedział się o tym, poskarżył się na to na tingu, a gdy zebrany lud uznał, że to złamanie prawa i zasad uczciwości, popełnione przez pojedynczego człowieka, obciąży ich wszystkich, rozwścieczyli się i zerwawszy się pogonili na łeb i szyję za przestępcą.
Gdy świta Absalona zadziwiła się teraz wielce, a nawet się wystraszyła, bowiem pospólstwo nagle rzuciło się razem, niektórzy z krewnych tego młodzieńca, mniej z miłości do niego, lecz bardziej zawstydzeni tą hańbą, jaką okrył on ich wszystkich, padli Absalonowi do nóg i obiecali zwrócić konia z powrotem, jeżeli tylko odwiedzie on tłum od spełnienia swych zamiarów.
Absalon ulitował się nad błaganiami i łzami, wysłał ludzi, którzy uspokoili pospólstwo, i tak skończył z tym całym hałasem i wrzawą.
Konia zaraz oddano, a Absalon złajał wojownika za jego głupotę, że był niemądry i nieuważny, by się tak dać nabrać przez złodzieja.
Po tym jak król Rugian Tetzlav obiecał wsparcie dla floty, pospieszył on zaraz za Valdemarem.
Heinrich von Badewide (Henryk z Badewide), zm.1164 – hrabia Holsztynu 1137-43 w konflikcie z Adolfem II, komes Połabian 1154, hrabia Ratzeburga od 1156; żonaty z krewną króla Waldemara Wielkiego.
Gunzelin I von Hagen (Guncelin), zm.1185 – hrabia Schwerina od 1167.
Schwerin – miasto w zachodniej Meklemburgii-Pomorzu Przednim; pierwotnie założone przez Obodrzyców, zdobyte 1160 przez Henryka Lwa.
Miasto kupieckie – miasto posiadające dzięki nadanym przywilejom monopol na handel i wykonywanie rzemiosła na określonym terenie.
Regnald – hrabia Dithmarschen Reinhold z Ertheneburga, zm.1164.
Pokonali forpocztę – bitwa miała miejsce 6 lipca 1164 w Verchen (Wierzchnie) nad Kommerower See (Jeziorem Komorowskim), u ujścia z niego rzeki Peene (Piany); Verchen leży dwanaście kilometrów na południowy zachód od Demmina (Dymina). 
Gdy do Heinricha [der Löwe] dotarła o tym wieść, wpadł w słuszny gniew z powodu tej klęski, jaką ponieśli jego ludzie, i aby pomścić ją, ruszył tak szybko, jak było to możliwe, ku miastu Demmin, by podjąć jego oblężenie.
Gdy dowiedział się, że mieszkańcy sami je spalili, polecił by to, co pozostało z jego murów, zostało zrównane z ziemią, tak, żeby nie pozostał kamień na kamieniu.
Gdy nie mógł on wyładować swej złości na ludziach, musiały tedy rzeczy martwe zostać za to ukarane, i dlatego polecił on spalić miasto Gützkow, po tym jak jego wystraszeni mieszkańcy podobnie je opuścili.
Mieszkańcy w Wolgast, ogarnięci przerażeniem z powodu zniszczenia sąsiednich miast, poszli ich przykładem, opuścili miasto i przeprawili się skrycie przez rzekę z żonami i dziećmi, tak by wróg swe okrucieństwo obrócił jedynie przeciw pustym domom.
To miasto wziął król [Valdemar] sam bez trudności, pozostawił załogę w nim i zrobił tam kapra Vethemana dowódcą. Mieszkańcy miasta Usedom, co byli bardziej przestraszeni losem, jaki spotkał inne miasta, niż mieli zaufania do ochrony, jaką dawały im ich mury, poszli równie wystraszeni w ślad swych sąsiadów, lecz spalili miasto po jego opróżnieniu, by wróg nie miał z niego żadnego pożytku, bowiem woleli puścić z dymem swoje domy, niż pozostawić je wrogowi.
Po tym jak król polecił usunąć most, który prowadził przez rzekę oraz inne przeszkody, które utrudniały żeglugę, udał się on do osady Stolpe, gdzie później spotkał się z księciem [Heinrichem der Löwe].
Demmin (pol.hist. Dymin) – jeden z najstarszych grodów słowiańskich nad rzeką Peene w Meklemburgii-Pomorzu Przednim
Gützkow (Saxo: Cozcow, pol. Choćków) – niegdyś słowiański gród nad rzeką Peene, Meklemburgia-Pomorze przednie; w XII w. także kasztelania Pomorza Zachodniego.
Przeprawili się przez rzekę – z logiki wydarzeń wynika, że poprzez cieśninę Peenestrom na wyspę Uznam; Peenestrom jest jedną z trzech cieśnin, którymi odpływa woda z Zalewu Szczecińskiego, jest tam więc faktycznie prąd jak na rzece (pozostałe cieśniny to Świna i Dziwna).
Usedom (Saxo:Oznen, pol.Uznam) – Miasto w Meklemburgii-Pomorzu Przednim, leżące na wyspie Uznam.
Most poprzez rzekę – most i przeszkody wodne na wejściu na rzekę Peene z Peenestrom.
Stolpe – osada na południowym brzegu Peene, na zachód od Anklam, Meklemburgia-Pomorze Przednie. 
Aby miasto Wolgast nie zostało teraz znowu zbyt łatwo utracone, jak zostało wzięte, i nie wpadło w ręce wroga po jego odjeździe, i myśląc, że Duńczycy panowaliby zawsze nad krajem Słowian posiadając to miasto, zdecydował król [Valdemar], że Absalon, Buris [Henriksen] i Svend, który był w tym czasie biskupem Århus, powinni zamieszkać w nim, i dla większego bezpieczeństwa, by mogli oczekiwać od niego właściwego wsparcia, dał im on do towarzystwa swego syna Christoffera.
Polecił on im ponadto, by starali się pozyskać swych przyjaciół i krewnych, i skłonili ich do przyłączenia się tam, lecz jedynie Absalonowi Zelandczycy obiecali pozostać z nim w mieście, pozostali ze względu na wielkie niebezpieczeństwo, jakie było z tym związane, nie mieli odwagi ani samym pozostać razem, ani nie dało im się nikogo do tego nakłonić, pomimo że cała załoga floty nie tylko była chętna podzielić się z nimi swymi zapasami żywności, lecz także zżąć zboża na okolicznych polach i zwieźć plon pod dach, jako że król zalecił, by wojsko zebrało ziarno i przekazało je tym, którzy by pozostawali w mieście.
Panowaliby zawsze – miasto Wołogoszcz leżało w kluczowym miejscu, kontrolując tak ruch w cieśninie Peenestrom, jak i dogodne przejście na wyspę Uznam; zostało zdobyte już raz przez Duńczyków 1162, ale najwyraźniej nie dochowało wierności.
Svend, zm.1191 – jako proboszcz uczestniczył w wyprawie do kraju Słowian, od 1165 biskup Århus po zmarłym na wyprawie Eskilu (bp Århus przed 1158-ok.1165, nie mylić z Eskilem arcybiskupem Lund).
Christoffer, ok.1150-73 – nieślubny syn Waldemara Wielkiego, którego spłodził z kochanką Tove w czasach swej młodości. 
Gdy tak plan nie wypalił królowi, i ani nie mógł zmusić wrogów do stoczenia bitwy, ani do zawarcia pokoju, wpadł na sprytny pomysł, który można było tak czy inaczej wykorzystać.
Dał on mianowicie Absalonowi w tajemnicy polecenie, by wszystkie załogi starannie usunęły te pale, które znajdowały się w rzece [Peene], i wszystko inne, co przeszkadzało w żegludze, tak że byłaby ona żeglowna dla całej floty.
Gdy wszystko, co zagradzało rzekę zostało tak usunięte z drogi, flota pożeglowała w górę rzeki.
Gdy przybyli do miejsca, gdzie rzeka była bardzo wąska, przybyli konno liczni Słowianie na oba brzegi i ranili żeglarzy z bliskiej odległości.
Tej bezwstydnej zuchwałości wroga nie mógł ścierpieć jeden dzielny człowiek o imieniu Peder Ejlefsøn, zeskoczył zaraz na ląd ze swoją załogą, wsiadł dzielnie na Słowian i pogonił ich z brzegu rzeki.
Jednakże gdy jego towarzysze broni pozostawili go tchórzliwie w trudnej sytuacji, musiał oddać życie, podczas gdy jego krajanie mogli teraz bez przeszkód żeglować dalej.
Król nie tylko niezagrożony dotarł do celu, lecz także polecił ustawić swoje łodzie ciasno obok siebie, tak że tworzyły one jeden most, po którym Heinrich [der Löwe] przeszedł z całym swoim wojskiem.
Gdy Słowianie dowiedzieli się o tym, wystraszyli się, że te miasta, które im jeszcze pozostały, także miałyby być zniszczone, i by zapobiec temu zagrożeniu, zaczęli starać się o zawarcie pokoju, który dotąd odrzucali, i zaproponowali Valdemarowi zakładników, czego jak oświadczyli, w żaden sposób nie zaproponowaliby Heinrichowi [der Löwe].
Jednakże król uważał, że byłoby to zdradą wobec jego sojusznika, gdyby zawarł pokój z wrogiem, a tamten w tym nie uczestniczył, dlatego wysłał on Thorberna do Heinricha z informacją o propozycji, jaką wrogowie jemu złożyli.
Heinrich powiedział, że chętnie by się on zgodził na te warunki, jakie król [Valdemar] z nimi uzgodnił, i zawarł wtedy układ z wrogiem, że Wolgast powinien zostać podzielony na trzy części, z których [książę rugijski] Tetzlav powinien mieć jedną, [książę pomorski] Kazimierz drugą, a syn [księcia Obodrzyców] Niklota Prislaw trzecią, jednocześnie ujście rzeki Peene powinno zostać zablokowane dla piratów, którzy mieli w zwyczaju pustoszyć Danię, a Heinrich powinien móc zachować bez przeszkód te twierdze, które on sobie podporządkował w kraju Słowian. Jednakowoż jak tylko król [Valdemar] odjechał, ludzie Kazimierza, którzy nie mogli znieść współżycia z obcymi, lecz bali się otwarcie ich atakować, zaczęli trapić Rugian rozbojami i kradzieżami, tak że doprowadzeni ci zostali do nędzy i wprost cierpiąc głód musieli wynieść się z miasta.
Na morskie rozboje patrzyli oni też przez palce i złamali oni na różne sposoby wiele innych postanowień układu.
Wolgast podzielony na trzy części – chodzi zapewne nie tylko o miasto, ale i o ziemię wołogoską; wspólną kontrolę mieli sprawować książę rugijski Tetzlav jako lennik duński oraz książę pomorski Kazimierz I jako lennik saski, trzecim miał być Prislaw, ale znika on z historii szybko i Knytlinga Saga podaje, że Kazimierz otrzymał 2/3 z podziału.
Ujście rzeki Peene – rzeka uchodzi do cieśniny Peenestrom koło Anklam, u wypływu Peenestrom z Zalewu Szczecińskiego, natomiast Peenemünde (Pianoujście) leży u wylotu cieśniny Peenestrom do Bałtyku i ruch na ujściu Peenestrom mógł być kontrolowany z Wołogoszczy. 
Księga 14.5.
Później Rugianie, gdy Heinrich [der Löwe] spowodował, że oddano im zakładników, otwarcie poczęli odnosić się wrogo do Duńczyków, i król [Valdemar], który odkrył, że jego przyjaciel [Tetzlav] okazał się równie niewierny, co wrogowie niegodni zaufania, zorganizował wtedy na wiosnę wyprawę na okolice Arkony i spustoszył je ogniem i mieczem.
Następnie udał się do pewnego portu, który mieszkańcy nazywali Por.
Zamiarem jego nie było wdać się w bitwę ze wszystkimi Rugianami na raz, bowiem uważał, że lepiej napadać ich w różnych miejscach, to tu, to tam.
Dlatego polecił Absalonowi nocą pożeglować pierwszemu do Zudaru.
By wyruszyć zaraz za nim, rozkazał on straży na łodziach pilnować, kiedy tamten podniesie kotwice, lecz ci woleli słodko spać, niż wykonywać to, co im nakazano, tak że kiedy Absalon pożeglował, nie wyruszył król za nim, a Absalon i jego ludzie nie tylko spustoszyli Zudar ogniem i mieczem, lecz także pola i okoliczne wioski.
Na wiosnę – wyprawa miała miejsce w 1165 r.
Por – niezidentyfikowany port, czyli dająca osłonę statkom zatoka, zapewne szukać jej należy na wschodnim wybrzeżu Rugii.
Zudar – półwysep, najbardziej wysunięta na południe i najbardziej oddalona od Arkony część Rugii; na półwyspie znajduje się osada o tej samej nazwie.
Dwóch z jego jeźdźców, którzy spierali się o to, który był z nich dzielniejszy, ścigali się z równą zawziętością, by dokonać jakiegoś dzielnego czynu, a gdy ujrzeli teraz, że wrogowie, po tym jak ich zepchnięto w kierunku pewnego jeziora, właśnie uciekali przez nie w łodzi, tak się zapalili, by ich ścigać, że nie bacząc na niebezpieczeństwo, i by jeden nie wyprzedził drugiego, spięli konie ostrogami, nie zważając, że ryzykują życiem, i pognali je na głębię, gdzie ich ciężkie zbroje, o których całkiem zapomnieli, pociągnęły ich na dno, tak że utonęli.
Tak pokarał żywioł wodny tych ludzi, którzy bardziej byli zawzięci w zdobywaniu chwały, niż w ratowaniu życia, i przygotował dla tych, którzy sami poszli na zatracenie, tak śmierć, jak i grób.
Żywioł wodny – nawiązująca do kultury greckiej personifikacja jednego z czterech elementów wszelkiego istnienia: ziemi, wody, powietrza i ognia. 
Gdy Absalon teraz tak zniszczył, i spalił wzdłuż i wszerz okolice, i zamierzył powrócić na swoje łodzie z wielkimi i bogatymi łupami, jakie zdobył, zobaczył, że duży oddział wrogów ruszył za nim.
Aby ich zwabić w takie miejsca, gdzie mieliby problemy z dalszym poruszaniem się, udał on, że wystraszył się ich i przekroczył dwa trudne do przebycia brody.
Gdy Słowianie bez przeszkód przekroczyli ten pierwszy, zaczęli się zastanawiać, czy przekroczyć drugi, z obawy przed tym, że nie będą mogli wydostać się z powrotem i dlatego zatrzymali się.
W tym samym czasie zdarzyło się, że dwóch zelandzkich wojowników, co nadeszli piechotą z ogromnymi łupami w wielkim tłumoku, pomylili drogę i weszli niemal prosto na słowiańskie wojsko.
Gdy dwaj słowiańscy jeźdźcy ruszyli na nich, zdecydowali oni, pomimo, że mogli bez przeszkód przejść brodem, pójść raczej w zawody z wrogiem, niż zawrócić do swych towarzyszy broni, żeby nie powiedziano, że wycofali się z tchórzostwa, bowiem nie uważali tego za słuszne, by wrogowie, których było nie więcej niż ich samych, mieli okazać się dzielniejsi.
Zatrzymali się dlatego, i by mieć większą swobodę ruchów, odrzucili swe łupy i wyciągnęli miecze.
Szczęście sprzyjało im w ich niezłomności i dzielności, jako że wyszli z tego bez szkody, bowiem żaden z tych dwóch jeźdźców nie odważył się ruszyć na nich, i podnieśli więc znowu łupy i poszli dalej.
Gdy Słowianie na nowo wysłali czterech jeźdźców, by ich wykończyli, pogonili oni tamtych w ten sam sposób z powrotem, czym wzbudzili zadziwienie tak u wrogów, jak i u swoich, i jednych wielce zawstydzili, a drugim zarówno napędzili strachu, jak i dali radość.
Gdy na koniec zaatakowało ich sześciu jeźdźców, z niezmienną siłą ducha nie ustąpili im, tak jakby swą wielką dzielnością chcieli zadrwić z tchórzostwa wrogów.
Absalon nie zwlekał teraz z wysłaniem tym dzielnym i wiernym ludziom odsieczy, dał on im równie wielu ze swych jeźdźców do pomocy, ilu widział, że było wrogów przeciw nim.
Słowianie wysłali również wsparcie dla swych ludzi, tak że było tam ich więcej i więcej.
Gdy siły teraz wzrosły po obu stronach, że wyglądało jakby jeźdźcy zebrali się do turnieju, nie mogli już dłużej Zelandczycy się przyglądać zuchwałości wroga i ruszyli gromadnie na nich całą swą siłą, i pogonili ich do ucieczki.
Brody jednakże przeszkodziły im w dłuższej pogoni, tak że zginęło tam więcej koni niż ludzi.
Gdy powrócili na swe łodzie, spotkali oni załogi w pełnym uzbrojoniu i z łopoczącymi chorągwiami; przypadkowo dowiedzieli się oni, co się wydarzyło i ruszyli teraz na odsiecz swym towarzyszom.
Można o nich prawdziwie powiedzieć, że dzielili oni to zwycięstwo razem z Absalonem, po tym jak z własnej inicjatywy przyszło im dzielnie walczyć wraz ze swymi towarzyszami broni.
Gdy w końcu straże na łodziach, pomimo, że było już zbyt późno, wezwały króla, starał się on nadrobić stracony czas polecając swym ludziom wiosłować ze wszystkich sił, lecz gdy zauważył on Zelandczyków i chciał zejść na ląd żeby plądrować, powiadomił go Absalon, że nie było już tam więcej łupów do zebrania.
Radował się on wielce, że tak mały oddział własnymi siłami dokonał wszystkiego tak energicznie, jakby on sam w tym uczestniczył.
Po tym, jak spustoszył on ogniem i mieczem inne części wyspy, wyruszył w drogę powrotną.
Gdy zbliżały się żniwa, pożeglował on ponownie tam ze swą flotą, i starał się teraz szczególnie zniszczyć zbiory na polach, by pozbawić wroga środków na zaopatrzenie miast w żywność. Gdy pewnego dnia zdarzyło mu się dotrzeć do Arkony, uważali mieszkańcy miasta, że ich dzielność nie pozwalała im się chować za murami, i wierząc w swą siłę dokonali wypadu przez jedyną bramę miasta, i ruszyli przeciw niemu.
Król próbował, pozwalając Duńczykom cofnąć się, wywabić ich dalej od murów, lecz gdy zauważył, że byli oni ostrożniejsi niż on zakładał, zaatakował ich i zmusił do szukania schronienia w mieście; jednak pilnował się, by nie podejść zbyt blisko do bramy, aby ktoś nie zabił mu konia ciskając włócznię.
Pewien zelandzki jeździec o imieniu Niels, co wyróżniał się tak urodą co i dzielnością, cisnął swą włócznię poprzez bramę i zabił jednego z wrogów, który zajął tam stanowisko, by bronić jej, po czym zawrócił swego konia i odjechał, nie ponosząc żadnej szkody.
Thorbern, który był jednym z najznakomitszych zelandzkich jeźdźców, próbował dorównać mu, dokonując podobnego czynu, lecz szczęście mu nie sprzyjało jednako, pomimo, że nie ustępował on tamtemu w dzielności; po tym jak mianowicie cisnął swą lancę w ciżbę i zranił jednego z wrogów, został on ciężko zraniony miotanym kamieniem, i mnóstwo krwi popłynęło z głowy po nim, i w następstwie tego nabawił się on długotrwałego osłabienia, i dopiero po długim czasie, z wielkimi trudnościami, powrócił do zdrowia.
Buris [Henriksen] także próbował dokonać mężnych czynów, które odpowiadałyby jego wysokiemu urodzeniu, i zaatakował z podobną odwagą tych, którzy bronili bramy, lecz też został tak mocno uderzony kamieniem w głowę, że prawie bez życia osunął się z konia.
Towarzysze broni pomogli nieprzytomnemu, tak że wrogowie nie zdołali go zabić do końca.
Rugianie jednakowoż nauczyli się z tego, że było to niebezpieczne wdawać się w walkę poza murami, skoro już wewnątrz murów wróg tak twardo ich doświadczał. 
Następnie pożeglowała cała flota do Jasmundu.
Absalon miał zawsze w zwyczaju, po tym jak odznaczył się nie tylko dzielnością, ale i najwyższymi uzdolnieniami we wszystkim, co dotyczyło sztuki wojennej, dowodzić forpocztą, gdy wojsko ruszało do marszu, a ariergardą, gdy się wycofywało, i najżwawsza duńska młodzież, która z zawzięciem starała się zdobyć łupy i chwałę, przyłączała się do niego, podczas gdy zwykle król z siłami głównymi posuwał się wolno i spokojnie w zwartej kolumnie.
Gdy Absalon teraz przebył większą część okolicy, a nie nadarzyła się jeszcze okazja do walki, polecił w końcu swej jeździe rozproszyć się w celu plądrowania, i zatrzymał przy sobie jedynie kilku ludzi jako świtę.
Zaraz potem otrzymał wiadomość, że część jego ludzi została okrążona i nie udałoby im się wydostać, jeżeli nie dostaliby wsparcia.
Nie czekał on wtedy, by przybyć im z pomocą aż do czasu, gdy udałoby mu się zwołać wojowników do siebie, lecz nie bacząc, że ma tak niewielu ludzi przy sobie, pospieszył on, pełny odwagi, na miejsce, gdzie trwali w okrążeniu, jednocześnie polecając swemu chorążemu rozwinąć chorągiew na znak, że sprawa była pilna, i że jeźdźcy powinni porzucić szukanie łupów i zebrać się przy nim.
Tak ufny był on, że uważał za słuszne wyruszyć szybko, zamiast czekać na swych towarzyszy broni.
Gdy Zelandczycy, co zostali zamknięci w zwężeniu, z którego trudno było się wydostać, zobaczyli, że nadeszła odsiecz, nabrali odwagi, i żeby nie nazywało się, że jedynie innych odwaga pozwoliła im uratować się od niebezpieczeństwa, zaczęli atakować tych, którzy trzymali ich w okrążeniu.
Gdy Słowianie w następstwie tego rzucili się do ucieczki przez pola i błota, zdarzyło się, że pewien dzielny i wysoko urodzony jeździec o imieniu Eskil, ubrany w ciężką zbroję na piechotę gonił nieuzbrojonego Słowianina, który uciekał poprzez bagno tak szybko, jak tylko nogi zdołały go nieść.
Eskil szedł jego śladem w tym grząskim błocie, i nie zatrzymywało go ani ono, ani jego ciężka zbroja, lecz biegł całkiem lekko, aż w końcu dosięgnął go i skrócił barbarzyńcę o głowę, a gdy miał on znowu twardy grunt pod nogami, nie widać było, żeby miał on stopy zanurzone w błocie, co musiało wywołać pobożne zadziwienie, i nie było przypisywane szybkości jego stóp, lecz łasce bożej, prędzej cudowi niebios, niż człowieczej dzielności.
Następnie spalili wojownicy wioski w całej okolicy, i zniszczyli i spalili cały kraj aż do wzniesienia Gora, i gdy Rugianie zrozumieli, że ich nadzieje na otrzymanie pomocy od Saksonów się nie spełnią, zjawili się koło wyspy Strale, kupili pokój u króla za pewną sumę pieniędzy i dali 4 zakładników.
Jasmund – rozległy półwysep w północno-wschodniej Rugii.
Forpoczta – awangarda, oddział poprzedzający w marszu główne siły, głównie w celu rozpoznania wroga.
Ariergarda – oddział maszerujący za głównymi siłami, służący dla zabezpieczenia tyłów przed atakiem.
Zamknięci w zwężeniu – Jasmund połączony jest z resztą wyspy wąskimi mierzejami.
Gora (Góra) – wzniesienie w centralnej Rugii, najwyższy punkt Rugard osiąga 91 m npm; dziś obok leży miasto Bergen auf Rügen.(pol.:Góra).
Pomoc od Saksonów – Rugianie mieli interweniować u Henryka Lwa w związku z atakami Duńczyków na Rugię.
Wyspa Strale – obecnie wyspa Dänholm (dosł.:Wyspa Duńczyków) w mieście Stralsund, w cieśninie Strelasund. 
Gdy Valdemar powrócił do domu, zdecydowali możni, by biorąc pod uwagę niebezpieczeństwa, które groziły Danii, oraz ciężkie czasy, jakie nadeszły, przekazać Knudowi, synowi Valdemara, tytuł królewski, nie tylko jako temu, który powinien być swego ojca następcą na tronie, lecz także po to, by mógł już dzielić z nim jego godność i by szlachetnie urodzeni trzymali się go, jako posiadającego królewską władzę, na wypadek, gdyby szczęście się odwróciło i król Valdemar zginął.
Król ucieszył się z ich mądrości i oddania, i uznał ich decyzję, jako że uważał, że nie uczyni to żadnej skazy na jego honorze, a wprost przeciwnie, przyda jemu uznania, gdyby dzielił godność królewską ze swym synem, polecił dlatego możnym obwołać Knuda królem na tingu.
Gdy teraz wszyscy wojownicy jednogłośnie uczynili to, powstrzymał się Buris [Henriksen] i nie zagłosował, co albo spowodowane było tym, że skrycie dążył do zdobycia korony, lub że nie podobał mu się taki nowy pomysł.
Gdy zorientował się, że król z tego względu powziął wobec niego podejrzenia, oświadczył on, że jego milczenie było świadectwem oddania, a nie złej woli, bowiem nie przypominał on sobie, by królestwo duńskie kiedykolwiek dzielone było przyjaźnie pomiędzy wielu królów, lecz że od zamierzchłej przeszłości było wiele przykładów, że powstawały spory o panowanie pomiędzy ojcem i synem.
Gdyby wcześniej wiedział, co król miał na myśli, nie zachowałby jednak milczenia, lecz teraz milczał, gdyż ani król, ani jego doradcy, nie powiedzieli mu nic w tej sprawie.
Tak usprawiedliwiając swe milczenie uzyskał to, że król ukrył swój gniew.
Gdy król po zakończonym w Roskilde objeździe wezwał go, by razem ze wszystkimi innymi duńskimi możnymi uroczyście złożył Knudowi przysięgę oddania i wierności, do czego wszyscy inni zaraz byli gotowi, uchylił się on od tego i wzbudził tym wielkie podejrzenie, że pragnął zdobyć koronę.
To swe pożądanie władzy ukrywał on jednakowoż podstępnie, jako że uzasadniał swą odmowę tym, że dopóki żył ten, któremu pierwszemu przysięgał wierność, nie chciał on iść na służbę innemu, że nic nie zmusi go do poddania się nowemu panu w miejsce poprzedniego, i że było to sprzeczne ze zwyczajami, jakie przyjęte były w Danii, i że było to sprzeczne z moralnością dla uczciwego człowieka, bowiem żaden mąż w Danii nie miał w zwyczaju służyć dwu panom, tylko Saksończycy mieli coś takiego w zwyczaju, bowiem pragnęli dostać tak dużo żołdu, jak to możliwe.
Gdyby powstała wrogość pomiędzy tymi dwoma, którzy mieli równie wielkie prawa do wymagania posłuszeństwa, nie byłoby przecież możliwe być im obu wiernym, do którego z nich by tedy należało się przyłączyć.
Król był równie przebiegły co on, i ukrył swą złość pod łagodnymi słowami i przyjaznym usmiechem, lecz gdy później towarzyszył on królowi w drodze do Hallandu, dał mu tenże bez słów do zrozumienia, że podejrzewał go o knucie podstępu przeciw niemu.
By uwolnić się od tego podejrzenia, obiecał Buris uczynić jak król pragnął, jeżeli ten powiększyłby jego władzę dając mu kilka jeszcze lenn, i dał dzieciom krewniaków prawo dziedziczenia tych godności i mniejszej władzy, jaką ich ojcowie posiadali, tak jak sam starał się, by uczynić Danię monarchią dziedziczną, podczas gdy przedtem była elekcyjną.
Z pomocą Absalona osiągnął on to, że dostał większą część Jutlandii, a w zamian złożył hołd Knudowi.
Lecz królewskiej przyjaźni nigdy nie odzyskał on całkowicie, bowiem król był już taki, że jak na serio rozgniewał się na kogoś, to nigdy już tak naprawdę się z nim nie pogodził.
Knud królem – został obwołany w 1165 r, miał wtedy 2 lata.
Dzieciom krewniaków – Buris, syn Henryka Skadelår, był prawnukiem króla Svenda Estridsena, a więc krewnym króla Waldemara Wielkiego oraz legalnym pretendentem do tronu po śmierci króla. 
Gdy zbliżała się wiosna, przekazał król Absalonowi, [synowi] Christofferowi i Magnusowi [Eriksenowi] dowodzenie nad mniejszą wyprawą na Słowian, jako że flota obsadzona była jedynie wschodnimi Duńczykami i Fiończykami.
Christoffer dowodził Skanijczykami, lecz Absalon kierował całością. Zaatakowali oni ziemię trzebuszańską, a że Christoffer był tak młody, otrzymał on miejsce pomiędzy ludźmi Absalona i Magnusa, by jako królewski syn mógł się on wesprzeć na godnych zaufania ludziach.
Spalili oni wioski tak całkowicie, że jeszcze dziś stoją one puste i jeszcze dziś widać ślady, jak ogień je straszliwie zniszczył. Gdy nadszedł czas, by powrócić do floty, Absalon, który dowodził ariergardą, otrzymał wiadomość, że wróg gonił ich, i pomimo że mróz był tak srogi, że forpoczty nie dało się przywołać, zaatakował on wroga jedynie z 40 jazdy, tuż przed przekroczeniem brodu, którym musiał dostać się do floty.
Po tym jak pobił wroga, zmuszając go do ucieczki, posunął się wolno w dół w kierunku rzeki, nad którą zbudował most, a gdy przebył na drugą stronę, zaniechał zniszczenia go za sobą, żeby nie wyglądało, żę lękał się czegoś.
Gdy dotarł on do brzegu, dowiedział się, że flota znalazła inny port.
Było tak wielkie zimno, że ludzie musieli kopać jamy w ziemi, żeby chronić konie, które prawie zamarzały, i nie było w całym obozie ani jednego człowieka, który mógłby użyć na raz obie ręce.
Podczas kopania znaleziono dużą ilość węży, które jednak więcej wywołały zadziwienia niż strachu, bowiem silny mróz pozbawił je całkowicie sił i były prawie bez życia.
Gdy pojawił się sprzyjający wiatr, pozwolono Skanijczykom pożeglować do domu, lecz zaraz przyszedł przeciwny wiatr, tak że nikomu nie udało się odpłynąć i wyruszyli dopiero razem z Zelandczykami i Fiończykami, gdy cała flota miała pomyślny wiatr.
Gdy przybyli oni do domu, wyznaczył król Petera i Selgrena na wychowawców dla Christoffera, by ten młody człowiek pod ich uczonym nadzorem nabrał godnych obyczajów.
Wiosna – wyprawa Absalona, Christoffera i Magnusa Eriksena do Tribsees miała miejsce na początku roku 1167.
Ziemia trzebuszańska – główne jej miasto Tribsees (Trzebusz), Meklemburgia-Pomorze Przednie, leży pomiędzy Rostockiem a Stralsundem. 
Latem król sam urządził wyprawę wojenną.
Mieszkańcy Wolgastu mianowicie na dwa sposoby złamali zawarte porozumienie; swoim złodziejstwem wygonili z miasta Rugian, którzy mieszkali razem z nimi, a ponadto otworzyli ujście rzeki Peene dla piratów.
Tuż przed wyruszeniem przeciw Lucicom otrzymał on list od Heinricha [der Löwe], który doradzał mu ostrożność wobec jednego z krewnych, który planował zdradę i pożądał korony; był to Buris [Henriksen], o którym mógł powiedzieć, że odbył on spotkanie z Norwegami, gdzie radzono o zamiarze pozbyciu się go, obiecali oni zwabić króla na spotkanie, kiedy powróci z wyprawy, i pojmać go lub pozbawić królestwa.
Najlepszym dowodem na to, że było jak mówił, byłoby, gdyby napotkał norweską flotę w drodze powrotnej z wyprawy na Słowian.
Niemal jednocześnie otrzymał król list z Norwegii, który podobnie donosił, że szykowała się zdrada.
Gdy król wyjawił sprawę niektórym ze swych doradców, lecz bez podania źródła, wzmocniły się jego podejrzenia i wiara w to, że było tak, jak listy donosiły, dodatkowo tym, że Toke, biskup Vendsyssel, zapewnił, że Buris zmusił swych wojowników do złożenia przysięgi, że będą mu wierni niezależnie od tego, co on zamierzy.
Pomimo to król trzymał sprawę w tajemnicy, pojechał w pośpiechu do ziemi ostrożneńskiej, którą spustoszył, a następnie ruszył z całą flotą do Vordingborga.
Tam wezwał on do siebie Burisa razem z innymi możnymi królestwa, wyjawił, co dotarło do niego w związku z jego knowaniami, i oskarżył go o zdradę.
Gdy Buris zaprzeczył, by miał podstępne plany wobec niego, polecił mu król pozostawać u siebie do czasu, aż wyjaśni się, czy doniesienia miały jakieś podstawy, jeżeli okazałoby się, że rzeczy miały się inaczej, niż to zostało jemu doniesione, otrzymałby zgodę na oddalenie się, bez tego, by mu się miała stać jakaś krzywda.
Na to odpowiedział Buris, że byłoby to wprost nie do przyjęcia, by ryzykować życiem, uzależniając je od wątpliwych świadectw, i taką swą mową obudził on dalsze podejrzenia, nie tylko u króla, lecz także u jego doradców.
Dlatego nie zezwolono mu nawet zobaczyć się z załogą swej łodzi, lecz został zmuszony do udania się wraz z królem do Lejre, gdzie był trzymany w łagodnym, lecz pewnym areszcie.
Biskup Toke (Tyge) – biskup Vendsyssel ok.1145-ok.1177, wówczas z siedzibą w klasztorze w Børglum na północy Jutlandii, dziś diecezja ma siedzibę w Aalborgu.
Ziemia ostrożneńska – główne jej miasto Wusterhusen (Ostrozna), Meklemburgia-Pomorze Przednie, leży na północ od Wolgastu. 
W międzyczasie Erling [Skakke] i Orm, brat Burisa, przybyli z flotą [z Norwegii], napotkali flotę jutlandzką w Djurså i pokonali ją z łatwością, gdyż nie było tam żadnego wodza.
Wzięli tam własną łódź Burisa i udali się szybko do osady zwanej Portem Kupców.
Tam spotkał ich Absalon z Zelandczykami i nie dopuścił, by zeszli na ląd.
Gdy dowiedział się że Norwedzy szczególnie ufali swoim łukom, udał się z piętnastu ludźmi na brzeg, by ich sprowokować, i wystawił się niczym nie osłonięty na ich strzały, chcąc pokazać, jak mało respektował to, w czym oni pokładali taką nadzieję.
By podejść bliżej do lądu, wsiedli teraz Norwedzy do swych szalup, lecz tymi kiwało tak bardzo, że nie mogli trafić tam, gdzie mierzyli; ich strzały spadły częściowo na ziemię, a część do wody, nie czyniąc żadnej szkody, a kiedy tak nie mogli popisać się swymi uzdolnieniami i tylko ośmieszyli się wobec Duńczyków, zawrócili zawstydzeni do swych łodzi.
Następnie w pełnej ufności doszło do spotkania pomiędzy nimi i Absalonem, który wezwał ich póki co do pozostania w spokoju tam, gdzie byli, na co oni początkowo się jednakowoż zgodzili, gdy dał im słowo, że dopóki tam byli, nie będzie próbował ich zaskoczyć ani na lądzie, ani na wodzie.
Gdy spotkanie miało się ku końcowi, rozeszli się po umówieniu, że nastęnego dnia mieli się spotkać z równą ilością uzbrojonych ludzi z obu stron.
Gdy spotkali się ponownie, zlustrował Absalon ludzi Erlinga i zobaczył, że ten miał jednego więcej ze sobą.
”Dziwi mnie to Erlingu”, powiedział on wtedy, ”że człowiek w twoim wieku, i który przeszedł tak wiele, nie stał sie mądrym odpowiednio do swego wieku.
Przybywasz do nas wiosłując w łódce do przewozu koni, i z łatwością możnaby ciebie zabić, jeżeli byśmy tego chcieli, i nie lękasz się jednak spotkać nas z większą ilością ludzi, niż zostało to ustalone, i tym dajesz nam, którzy dochowaliśmy umowy, pretekst do zerwania pokoju i zabicia ciebie.
Gdybyśmy nie trzymali się danego słowa lepiej niż ty, to oddałbyś życie za złamanie naszej umowy”.
Erling wystraszył się i zawstydził, a gdy po przeglądzie swych ludzi zobaczył, że zgadzało się to, co Absalon powiedział, zrugał on jednego ze swoich ludzi za to, że tamten poszedł razem, nie proszony o to przez nikogo, i przeprosił Absalona. Następnie prosił uporczywie o zgodę na przyniesienie wody z jezior, jako że jego wojownicy cierpieli bardzo z pragnienia. Dostał on zgodę na to, co uznał za niemałą przysługę. Następnie pospieszył on zaraz z powrotem do Norwegii, szczęśliwy, że udało mu się wymknąć z Danii bez szkody.
Gdy król uznał to teraz za dowód, że Buris planował zdradę przeciwko niemu, polecił zaraz zakuć go w łańcuchy, jako winnego zdrady majestatu.
W międzyczasie Erling stanął ze swoją flotą przy skrajnym cyplu Zelandii, i gdy zgodnie ze swym zwyczajem zszedł na ląd by wysłuchać mszy, i właśnie wracał na swą łódź, wyskoczyli jeźdźcy Absalona zza zakrętu i zarąbali część jego świty, która się rozbiegła.
Hallandczycy przyjęli go równie wrogo, bowiem gdy wpłynął na rzekę Niså, zabili oni, zanim zdążył uciec, całą załogę jednej z jego łodzi.
Orm, brat Burisa – chodzi zapewne o Orma Brata Królewskiego (Orm Kongsbror) z Norwegii, który raczej bratem Burisa nie był.
Bitwa pod Djurså – bitwa morska pod Djurså (dawna nazwa Grenå) w Djurslandzie na Jutlandii miała miejsce latem 1167, była częścią wieloletniego konfliktu duńsko-norweskiego, którego ważnym elementem był spór o Viken.
Port Kupców (Saxo: Mercatorum portus) – Kopenhaga; pierwszy raz wspomniana jako Havn (Port) w 1043 przy okazji bitwy, jaka tam miała miejsce pomiędzy królem Svendem Estridsenem a norweskim królem Magnusem Dobrym; ok. 1160 miasto otrzymał biskup Absalon.
Tam, gdzie byli – Kopenhaga położona była na jednej z wielu małych wysepek w cieśninie pomiędzy Zelandią a przylegającą do niej dużą wyspą Amager.
Tego samego roku Absalon, dla zaszkodzenia piratom, zbudował nowy zamek na jednej wysp, i pomimo, że były to niezbyt silne umocnienia, dawały one krajowi wielką ochronę, bowiem piraci bali się ich i ludzie mogli poruszać się bez obaw po morzu w ich okolicy.
Zbudował nowy zamek – w 1167 Absalon rozpoczął na wyspie Slotsholmen (wówczas zwana Strandholm) budowę zamku, jego ruiny zachowały się pod budynkiem dzisiejszego parlamentu.

Duńczycy nie mogli zaraz pójść pomścić tę niesprawiedliwość, jaką Norwedzy popełnili przeciwko nim, bowiem Niemcy niewiernie złamali te obietnice, jakie dali im.
Mianowicie Bogusław z obawy przed Duńczykami szukał schronienia u Heinricha [der Löwe], i przyrzekł mu wierność i posłuszeństwo, a Heinrich nie zawahał się wtedy zerwać sojusz, jaki zawarł z królem [Valdemarem], tak jakby zawarł go przez pomyłkę i nie wart był przykładania do niego wagi.
A nawet gdy udał się nad rzekę Krempau i miał z nim tam spotkanie, wyrzucał on mu ponadto, że walczył on z jego lennikiem Bogusławem, zanim przedstawił mu, co tamtemu zarzucał; jeśli uważał, że Bogusław popełnił jakąś niesprawiedliwość wobec niego, powiedział on, powinien on wnieść oskarżenie przeciw tamtemu, zanim zaatakował go zbrojnie.
Na to odpowiedział król, że żadna siła na świecie nie byłaby w stanie powstrzymać go od ukarania tej niesprawiedliwości, jaka go spotkała, przez pomstę na wyżej wspomnianym, a gdy nie mogli dojść do porozumienia, spotkanie zakończyło się tym, że sojusz pomiędzy nimi został zerwany.
Tu chciałbym słowo po słowie przytoczyć, co pewien saksoński rycerz powiedział, który był obecny na spotkaniu króla z księciem, i słyszał, jak obojętnie mówili oni o wyprawie przeciw Słowianom.
”Mam coś do opowiedzenia”, powiedział on, ”tutaj obecnym o mym panu Heinrichu, lecz gdybym wiedział, że będzie on tu obecny, wolałbym ja raczej zamilczeć, niż przekazać to.
Kiedy on jako małe dziecko przez swych krewnych niesprawiedliwość został pozbawiony swego dziedzictwa, nie było tam raczej nikogo, kto by się nim chciał zaopiekować, tylko 4 mężów było, z których ja sam byłem jednym, którzy biorąc pod uwagę jego ojca zasługi wyciągnęli do dziecka przyjazną rękę i bronili go, gdy wszyscy inni obrócili się do niego plecami. Pilnie służyliśmy tak radą, jak i czynami, by przydać mu wszystkiego, co służyło jego dobru, a gdy wątpiliśmy, czy pomoc ludzka była wystarczająca, przywiedliśmy go przed ołtarz i złożyli w jego imieniu uroczyste przyrzeczenie, że jeżeli bóg okaże mu miłosierdzie, i pozwoli mu dojść do chwały i godności równej jego ojca, to w podziękowaniu za dobro mu okazane, przez wszystkie dni swego żywota, będzie on miał pogan w nienawiści. Spodobało się Bogu to przyrzeczenie i uczynił zaraz tak, że szlachetny cesarz Konrad wziął go w swoją opiekę i przy jego pomocy przywrócono mu dziedzictwo jego przodków. Lecz pomimo tego, że teraz my, którzy dla niego zaciągnęliśmy dług u Boga, nie ustawaliśmy w nakłanianiu go do dotrzymania obietnicy, jaką złożyliśmy w jego imieniu, jednakże czy to ze skąpstwa, czy też z braku energii, unikał on kontynuowania wojny ze Słowianami i nie okazał on wdzięczności za tę łaskę, jaką mu okazano. Tak wielka była ta gorliwość, z jaką my, którzy złożyliśmy ślubownaie w jego imieniu, przypominaliśmy mu o tym, że jeden z nas, który ze względu na swój podeszły wiek, zawsze miał w zwyczaju zapadać w sen, gdy uczestniczył w tajnych posiedzeniach książęcej rady, gdy siedzący obok obudził go i spytał, co uważał on w przedłożonej sprawie, był bardziej przepełniony myślami o tym przyrzeczeniu, jakie swego czasu składał był z innymi, niż o tym, czego dotyczyła narada, i odpowiedział, że należało poprowadzić wojsko przeciw Słowianom. Och, jakże niezwykłą stałość posiadał ten mąż, skoro nie mógł zapomnieć swego danego przyrzeczenia, choć był on jedną nogą w grobie, bowiem któż będąc w pełni władz umysłowych, uwierzyłby, że dał on tę pobożną odpowiedź z powodu zdziecinnienia? Obawiam się faktycznie, że drogi memu sercu pan ze wstydem upadnie ze szczytów powodzenia i przyjdzie mu dzielić los swych najnędzniejszych poddanych, gdyż odrzuca on swych przyjaciół pobożną radę. Ja natomiast w tej wojnie, którą ślubowałem prowadzić, otrzymałem niegdyś trzy rany zadane od przodu, a gdybym w tej samej wojnie otrzymał jeszcze dwie, to mógłbym w dniu sądu ostatecznego z godnością spoglądać na rany mojego Zbawiciela, gdyż miałbym tyle ran, co i on.”
Słowa te były zarówno przepowiednią nieszczęscia w życiu doczesnym Heinricha, jak i nagrody, jaka czekała na niego w życiu wiecznym za jego cnotliwość i odwagę.
Krempau (Kremper Au) – rzeka w Szlezwiku-Holsztynie, nad nią miasto Krempe (leży 10 km na południe od Itzehoe), spotkanie księcia Henryka Lwa z królem Waldemarem Wielkim miało miejsce w 1166; zgodnie z ustaleniami spotkania Waldemar Wielki i Henryk Lew mieli dzielić się po połowie zdobyczami na Słowiańszczyźnie, poczynionymi w przyszłości tak na lądzie, jak i morzu.
Pozbawiony swego dziedzictwa – król (a nie cesarz) Niemiec Konrad III wygnał z kraju (1138) księcia Bawarii i Saksonii Henryka Pysznego (zm.1139), ojca Henryka Lwa, Henryk Lew odzyskał dzięki Konradowi III Saksonię w 1142, a dzięki cesarzowi Fryderykowi Barbarossie w 1156 Bawarię.
Gdy król wkrótce potem udał się do Skanii, została przyniesiona tam do niego fałszywa wiadomość o tym, że Saksończycy wkroczyli do kraju.
Stanął on sam na czele Skanijczyków, których wezwał do stawienia się z bronią, następnie udał się do Slagelse, polecił Zelandczykom przygotować się do wypłynięcia i wysłał posłańca do Hulyuimmensis portus po Absalona, z którym zwykł naradzać się w wielu sprawach.
Powiadomił go ponadto, że nie obawiał się specjalnie tych plotek, do których nie miał wielkiego zaufania, i odesłał do domów ludzi, których zebrał w związku z tą fałszywą wiadomością.
Hulyuimmensis portus (łac.) – niezidentyfikowany port na Zelandii.

Absalon miał w swej świcie pewnego Islandczyka o imieniu Arnold, który, co przychodziło albo z jakiegoś daru przewidywania, albo ze zdolności mądrego odgadywania, często z niebywałą trafnością potrafił przewidzieć, co miało wydarzyć się w przyszłości, tak co dotyczyło jego samego lub jego przyjaciół, i równie zdolny był on jako wróżbita, jak i w posiadanej wiedzy o zamierzchłych czasach, i utalentowany w opowiadaniu o wydarzeniach z przeszłości.
Został zabrany na wspomnianą wyprawę z Absalonem dla uprzyjemniania czasu, i przepowiedział mu, że niedługo wda się on w walkę z piratami, lecz to, co go wysoce zadziwiło, dodał on, było to, że on sam nie będzie uczestniczyć w tej bitwie; nie mógł on odgadnąć, w jaki sposób miało by się to wydarzyć, po tym jak obiecał sobie nie opuszczać Absalona.
Gdy Absalon miał wyruszyć w drogę, zapragnął król wysłuchać jego opowieści i prosił go o pozostanie, lecz ten błagał go uporczywie, czy nie mógł by on jego zwolnić, i nie ustąpił, zanim król nie obiecał mu postarać się, by mógł wyruszyć za Absalonem o świcie.
Absalon miał 6 łodzi ze sobą, 3 z nich popłynęły w górę fiordu, by przy okazji zebrać polan na opał, a gdy nagle przyszedł odpływ, nie mogli się wymknąć, lecz osiedli na mieliznie.
Gdy Absalon, co sam stał z 3 innymi łodziami u wejścia do zatoki, i o świtaniu razem ze swym pisarzem śpiewał poranne psalmy, usłyszał jakiś hałas nadchodzący z oddali, i poprosił pisarza, by ten zobaczył, co się tam działo.
Gdy tamten powrócił i zameldował, że widział 9 długich łodzi, nie wątpił Absalon, że byli to piraci, i zawołał dlatego donośnym głosem na żeglarzy, którzy jeszcze leżeli i spali.
Zerwali się oni w największym przerażeniu, nie marnowali czasu na ubieranie się, lecz wciągnęli jedynie kolczugi, i polecił on im wtedy jak najszybciej wiosłować naprzeciw wrogom, którzy byli już tak ich blisko, że obrzucili ich kamieniami.
By wyruszyć z miejsca jeszcze szybciej, polecił on przeciąć liny kotwiczne, by mogli tak zaraz rozpocząć wiosłowanie. Słowianie jednakże uważali, że łatwo im przyjdzie zmrozić krew w żyłach Duńczyków, i żeby odebrać im odwagę przeraźliwym krzykiem, poczęli oni wrzeszczeć ze wszystkich sił, lecz gdy zauważyli, że nie przynosiło to żadnego efektu, rozpierzchli się na wszystkie strony, a jedna z ich łodzi została wzięta z całą jej załogą.
Ci, co odważyli się zagłębić w Niedźwiedzi Las, by się tam ukryć, nie mieli z tego żadnej korzyści, bowiem chłopi oczyścili ten bardzo gruntownie.
Arnold Islandczyk (prawdopodobnie Arnald Thorvaldsson) – skald w świcie Absalona w latach 1167-71, którego poezje nie zachowały się, możliwe, że był też źródłem niektórych opowieści, które później przytoczył w swej kronice Saxo; wspominany tu jego dar przewidywania wskazuje, że skald głęboko pozostawał w pogaństwie i zapewne kultywował tradycje wiary przodków nie tylko w poezji.
Niedźwiedzi Las (Saxo: Ursina sylva) – bliżej niezidentyfikowane miejsce, zapewne na Zelandii.
W tamtych dniach zbudował Esbern [Snare] Kalundborg i tak dzięki tym nowym fortyfikacjom uwolnił port od piratów. Razem z Ingvarem i Olafem przyłączył się z własnej inicjatywy do Absalona i dzielnie zwalczał piratów.
Kalundborg – miasto i port nad Kalundborg Fjord, zachodnia Zelandia; Esbern Snare zbudował ok. 1170 gród nad zatoką osłoniętą przez mierzeję Gisseløre i tworzącą naturalny port. 
Danii w tym czasie groziły największe niebezpieczeństwa ze wszystkich stron, bowiem jej sąsiedzi wypatrywali nadal okazji do napaści; z jednej strony knuli Norwedzy, z drugiej Sasi i Słowianie, aby pogrążyć ją w zniszczeniu.
W następstwie tego brakowało Duńczykom odwagi, by bez lęku ruszyć na tych wrogów, bowiem obawiali się, że gdy będą gonić jednych, to zostaną napadnięci przez drugich.
Gdy kraj znajdował się w kłopocie, przybył z pomocą pewien człowiek o imieniu Gotskalk.
Słowianie darzyli go zaufaniem, bowiem znał zarówno ich język, jak i jego ojciec znajdował się z nimi w przyjaźni, a sam także żył kiedyś pomiędzy nimi.
Zameldował on w skrytości Absalonowi, że wpadł na pewien podstęp, przy pomocy którego będzie mógł przyjaźń, jaka panowała pomiędzy Saksonami a Słowianami, zamienić we wrogość.
Mianowicie popłynąłby on do Słowian, nie jako posłaniec, lecz udając przyjaźń, tak jakby kierowany miłością przybył, by dać im dobrej, przyjacielskiej rady, i miałby on tak to zrobić, by dali się skusić jego chytrej grze i w swej łatwowierności ponownie szukali przyjaźni z Duńczykami, a odrzucili panowanie Sasów. To był zwłaszcza słowiański duch i mentalność, które nasunęły mu ten pomysł, powiedział on, bowiem mieli często w zwyczaju lekkomyślnie brać się do dzieła, i więcej okazywali we wszystkim gwałtowności, niż zastanowienia.
Absalon, który uważał, że bystrość jednego czasami przynieść może większy efekt niż wszystkie połączone siły, pochwalił Gotskalka za jego zapał, lecz przykazał mu uważać, by w imieniu Danii nie dawał on im fałszywych obietnic, bowiem od niego będzie zależało, czy honor królestwa nie zostanie splamiony, i by nie zapomniał, że Dania mając tak wielu dzielnych ludzi, wojnę winna prowadzić nie kłamstwem, lecz bronią.
Gotskalk – dworzanin i tłumacz Absalona, został wysłany z misją rozbicia niebezpiecznego dla Danii sojuszu sasko-pomorskiego.
Gotskalk wpierw udał się do Pomorzan i oznajmił im, że kierowany pamięcią o wzajemnej przyjaźni i miłością do całego ludu słowiańskiego, przybył on do nich, by obudzić ich z apatii, gdyż widział on, że to, co mogło im zaszkodzić, uważali oni za dobre i korzystne.
Powinni oni zwrócić uwagę na to, jak szkodliwe było to jarzmo, które sobie nałożyli, a ci, którym okazywali oni posłuszeństwo, starali się ostatecznie wypędzić ich z ich ojczyzny.
Mianowicie wszystko z ich ziemi, co Sasi zajęli, zaraz zabudowali oni i zaorali; nie zadowolili się mianowicie zdobyciem łupów i chwały, lecz w pragnieniu powiększenia swego królestwa starali się ufortyfikować na tych przyczółkach, które dały im zwycięstwo, na zawsze zatrzymując to, co zdobyli.
Dlatego zabili Niklota i wypędzili Pribislawa z kraju, i na szkodę całej słowiańszczyzny otoczyli Ratzeburg, Ilow i Schwerin murami i fosami.
Natomiast Duńczycy prowadzili wojnę mając zupełnie inny cel przed oczami, nie starali się popdporządkować sobie kraju wroga, lecz jedynie ustanowić pokój i stosunki dobrosąsiedzkie; bardziej ich obchodziło, by pilnować swego, a nie by zawłaszczyć cudze.
Dlatego powinno to być dla nich bardzo ważne uwolnić kraj od saksońskich okupantów, a gdy wszyscy Niemcy zostaną wypędzeni, powinni zawrzeć przyjaźń z Duńczykami, którzy byli prawdziwymi wrogami Sasów; tylko w ten sposób mogliby zapewnić swemu krajowi łaskę wiecznego pokoju.
Pobudzeni takim przedstawieniem sprawy napadli Pomorzanie te miejsca w kraju Słowian, które Sasi przejęli we władanie; zdobyli oni Ilow, lecz inne umocnienia były tak dzielnie bronione, że oparły się.
Aby nie wyglądało, że uczynili to na własną rękę, twierdzili oni, że czynili to w imieniu króla Danii.
Tak udało się Gotskalkowi poróżnić dwa narody, których siła zbrojna zagrażała Danii, i uwolnić szlachetnym kłamstwem naszą ojczyznę od grożącego jej niebezpieczeństwa, gdy ze wszystkich stron narażona ona była na napaść swych sąsiadów.
Pogłoski o tym czynie dotarły do Danii zanim Gotskalk powrócił, i gdy król, który wpierw wielce się tym zadziwił, dowiedział się od Absalona, czyje to było dzieło, bardzo go chwalił.
Ratzeburg – miasto w Szlezwiku-Holsztynie, pierwotnie słowiański gród, zajęty przez Henryka Lwa w 1143.
Ilow – gród obodrzycki, spalony w 1160 w czasie wojny z Saksonią; Meklemburgia-Pomorze Przednie.
Wypędzili Pribislawa – Przybysław, syn Niklota, po wybuchu powstania przeciw Saksonom 1163, na skutek klęski militarnej musiał udać się w 1164 na Pomorze, został przywrócony przez Henryka Lwa do władzy w 1167 jako książę Meklemburgii.
Heinrich [der Löwe] nie mógł teraz ujarzmić Słowian bez odzyskania przyjaźni króla [Valdemara], którą odrzucił, i wysłał dlatego Heinricha z Ratzeburga oraz biskupa Lubeki jako posłańców do niego, aby zaproponowali jego synowi najmłodszą córkę za małżonkę; mianowicie ta najstarsza, która była z nim zaręczona, zmarła.
Ponadto obiecali w imieniu księcia, że w odpowiednim czasie spotka się on z królem w Bremie, by formalnie potwierdzić tę propozycję.
Gdy król na wezwanie posłańców udał się tam, przybył Gunzelin [von Hagen] do niego, i przepraszał go za to, że książę ze względu na chorobę nie mógł przybyć, i obiecał, że książę jak tylko będzie to możliwe przybędzie nad rzekę Ejder.
Gdy przybył on tam, książę dotrzymał swego słowa i uzgodniono, że obaj w sojuszu powinni uczynić wyprawę na Słowian.
Książę udał się do Demmina, król do Wolgastu, ze szturmu na który jednak zrezygnował, za to spustoszył on okolice.
Również miasto Usedom, które zaledwie co zostało odbudowane, po tym jak niedawno zniszczył on je, polecił on ponownie puścić z dymem.
Wiele innych miejsc w okolicy zostało zniszczonych w ten sam sposób.
Słowianie, którzy nie byli wystarczająco silni, by się przeciwstawić, kupili pokój płacąc obu wrogom pewną sumę pieniędzy oraz dostarczając zakładników.
Heinrich z Ratzeburga – Henryk z Badewide zmarł jednak w 1164, albo więc pomyłka w chronologii, albo chodzi o jego syna Bernharda I, hrabiego Ratzeburga 1164-95.
Biskup Lubeki – Konrad I von Riddagshausen, biskup Lubeki 1164-72
Najmłodsza córka – syn Waldemara Wielkiego Knud IV pierwotnie zaręczony był z Richenzą (zm.1167), córką Henryka Lwa i Klemencji z Zähringen; druga ich córka, Gertruda Bawarska (1155-97), jako dwunastolatka wyszła za księcia Fryderyka IV Szwabskiego i wkrótce została wdową (1167); zaręczyny Gertrudy i Knuda miały miejsce w 1171, w momencie zaręczyn szesnastoletnia Gertruda była już doświadczoną kobietą, a Knud miał 8 lat, ślub miał miejsce w 1177, a małżeństwo jak się wydaje było szczęśliwe.
Spotkanie nad Ejder – do ostatecznego porozumienia króla Waldemara Wielkiego i księcia Henryka Lwa oraz zaręczyn ich dzieci doszło w czasie spotkania nad Ejder w 1171.

Gdy król pozbył się dużej części tych obaw, jakie go gnębiły, zaczął ponownie myśleć o wojnie przeciw Norwegii, która była odłożona na bok w następstwie stosunków z krajem Słowian. Dopiero na wiosnę zaczął on realizować swoje plany z liczną flotą, i w całym Viken został on przyjęty z największym respektem, ludzie tam nie tylko pozwolili mu wkroczyć, ale i wyszli mu na spotkanie z radością.
Zachował się on dlatego nie jak ich wróg, lecz jak wódz, i odbył z nimi ting zamiast stoczyć bitwę.
Był on tak zadowolony z życzliwości, jaką mu okazywano, że zapomniał on o wrogu i zbyt długo zwlekał z wyruszeniem dalej, tak że Erling [Skakke] miał dość czasu, by zebrać wielkie siły.
Mieszkańcy Viken radowali się widząc jak ogromne było wojsko Valdemara, i z przyjemnością oglądali jego flotę, której pozwolili bez przeszkód wypłynąć z portów.
Przy zwężeniach, gdzie łodzie musiały żeglować pojedynczo, wielu zebrało się na wzniesieniach, nie by czynić im szkodę, lecz by je oglądać w zadziwieniu nad ich ilością i by móc je policzyć.
Mieszkańcy Tønsbergu, którzy z jeszcze większą gorliwością niż inni okazywali królowi swoje oddanie, przyjęli go na swym terenie w uroczystej procesji, tak że nie tylko poddali mu się, lecz oddawali mu cześć niemal jakby był świętym.
Wojownicy Erlinga, którzy poprzednim razem, gdy król był tam, nie reagowali na jego przybycie, tym razem wycofali się uciekając.
Król wspiął się na klif i zadziwił się wielce nad tym, co zobaczył na jego szczycie, bowiem musiał przyznać, że była to twierdza nie do zdobycia, i że natura więcej tu uczyniła niż człowiek.
Wojna przeciw Norwegii – kolejna wyprawa miała miejsce w 1168, lecz przerwana została na skutek oporu dowódców.
Tønsberg – miasto na zachodnim brzegu Oslofjordu, prowincja (fylke) Vestfold; na płaskowyżu znajdują się ruiny umocnień zamku Tunsberghus, w średniowieczu siedziby królewskiej i największych obszarem norweskich fortyfikacji. 
Doniesiono teraz królowi, że Erling, by powstrzymać duńską flotę, obsadził zwężenia w pewnej cieśninie, która w innych okolicznościach nie stanowiłaby problemu dla żeglugi, licznymi katapultami, jako że przygotowując się na przyjęcie wroga, bardziej ufał w te utrudnienia, które miejsce samo tworzyło, niż na własne siły.
Król przeklinał teraz swoją powolność, zwołał swych doradców i wezwał ich do pośpiechu; chodziło teraz o to, by spiesząc się ze wszystkich sił odrobić to, co haniebnie utracono marnując czas, powiedział on, bowiem wygladało, że spędzali czas bez żadnego pożytku, i w bezczynności i nieróbstwie zdołali oni zużyć prawie wszystkie swoje zapasy żywności.
Zostało to teraz przyjęte w różny sposób, każdy z wodzów miał swoje zdanie; niektórzy radzili wysadzić jazdę na ląd i przepędzić obsługę katapult, a flotą przebić się przez te łodzie, które stanęły przeciw nim, inni uważali, że nie można było sobie pozwolić lekkomyślnie wtargnąć wielką flotą w tak niebezpieczne przesmyki.
Niektórzy uważali, że trzeba było zostać na otwartym morzu, ominąć wroga i dopiero wtedy zejść na ląd, bowiem w ten sposób Erling musiałby opuścić te miejsca, gdzie szukał schronienia, i byłby zmuszony bić się albo uciekać; inni wyśmiewali obawy, jakie żywiono wobec zagrożeń, jakie były daleko stąd, i powiedzieli, że nie było konieczne naradzać się, zanim się nie przyjrzało bliżej rzeczom; ci ostatni doradzali wyruszyć bez zwłoki dalej, a nie marnować dłużej czasu niespieszną żeglugą.
Gdy wszyscy tak nie mogli dojść do zgody, zabrał głos pewien człowiek o imieniu Niels Oxe, co był lepszego urodzenia niż dzielności, i powiedział, że dziwiło go to, że ludzie, co byli przy zdrowych zmysłach i mieli domy we wspaniałym kraju, mogli mieć ochotę opuścić swą piękną ojczyznę i włóczyć się po tych wszystkich pustaciach, gdzie nie natknęli się na nic innego poza stromymi klifami i nieprzebytymi górami.
Tak daleko zabrnęli oni w szaleństwie, że największą przyjemność znaleźli w najgorszych przeciwnościach, i nawet gdyby poszło tak, że król by podporządkował sobie Norwegię, otrzymałby on więcej kłopotów z obu królestw, niż miał teraz zadowolenia z posiadania jednego z nich.
Ponadto dodał, że ich zapasy żywności poczynały się kończyć, tak że wprost znajdą się w potrzebie, jeżeli żegluga miałaby się jeszcze przeciągnąć, bowiem tego, co posiadali, nie starczało nawet na żeglugę powrotną.
To, co powiedział kierowany raczej obawami niż mądrością, zdawało się, że inni w milczeniu potwierdzali, lecz Absalon, co miał inną opinię o tej mowie, rozpoczął, gdy doradcy odeszli, na osobności twardo przemawiać do króla, ponieważ ten swoim milczeniem zaaprobował opinię Nielsa, która zasługiwała na najsroższą krytykę, zamiast głośno potępić ją, dając mu surową odpowiedź; te słowa, które wypowiedział tamten bez żadnego respektu, mogły w najwyższym stopniu stać się zarzewiem buntu.
Gdyby król powiedział, że w najmniejszym stopniu nie podobało mu się jego towarzystwo, i dał mu do zrozumienia, że perspektywy na powodzenie byłyby lepsze, gdyby ten go opuścił, niż gdyby pozostawał z nim razem, to przydane tamtemu poniżenie skłoniłoby innych do milczenia z obawy, że zaznaliby takiego samego wstydu, lecz teraz, gdy przyznał on mu, lub wydawało się, że mu przyznał, rację, zamiast otwarcie zawstydzić jego tchórzliwość, nie będzie to trwało długo, jak inni zaczną myśleć, że tamtego zuchwałość nie wywołała potępienia, i będą podobnie się zachowywać.
I stało się tak też, jak on przewidywał, bowiem gdy wodzowie bardziej byli nastawieni na powrót do domu, niż dalszą żeglugę, lecz nie byli na tyle odważni, by to otwarcie przyznać, pobudzili pospólstwo do buntu, a że ludzie wiedzieli, jak dzielny był Absalon, obciążyli jego nieustępliwość winą za to, że wyprawa przeciągała się dłużej, niż się spodziewano, niektórzy byli ponadto na tyle zuchwali, że zaatakowali jego łódź kamieniami. Jego załoga niezwłocznie ruszyła przeciw nim, i pomimo, że było ich dużo więcej, uciekli oni.
Król nie dał ponieść im zaraz zasłużonej kary za ich szalony czyn, bowiem uważał, że wstyd, jakim się okryli uciekając, był wystarczającą karą.
Następnie pożeglował król do portu Ørevik, co był znany z tego wielkiego zwycięstwa, jakie odniósł tam Sivard [Ring], gdy z trzema łodziami pokonał niezliczoną flotę.
Tam niektórzy Jutlandczycy, skłonieni swych dowódców haniebnymi wezwaniami, wezwali na ting, i żądali gwałtownie wrzeszcząc zakończenia wyprawy.
Posłano kilku wojowników w przebraniu by ich pojmać, i nierozpoznani przebywali jakąś chwilę pomiędzy tamtymi, lecz gdy na koniec zostali przez nich rozpoznani, zrzucili przebrania, pochwycili za gardła tych, którzy podburzali do buntu, i zabrali ich ze sobą.
Gdy zostali oni zaprowadzeni na łodzie, polecił ich król jako karę porządnie wychłostać, a żeby karę uczynić jeszcze surowszą, kazał ich na zmianę wrzucać do wody i chłostać na nowo, gdy zostali wyciągnięci.
Następnie wyruszył król na północ w te miejsca, gdzie noce w okolicy letniego przesilenia są nadzwyczaj jasne i przypominaja tak bardzo dzień, że nie ma prawie różnicy, bowiem Słońce daje nocą tak dużo światła, że z łatwością można czytać najdrobniejsze pismo.
Tu jutlandzcy możni, skłonieni albo lękiem, albo zniecierpliwieniem, wezwali otwarcie króla do zawrócenia do domu i żądali, by wyprawa z braku żywności została przerwana; trwałby on tak dalej twardo przy swym zamyśle, powiedzieli oni, to mogliby w przyszłym roku powrócić do Norwegii, lecz zamiast kręcić się wszystkimi zakolami w Viken, powinni ruszyć prostą drogą z Vendsyssel.
Swe pragnienie dodatkowo popierali narzekaniem pospólstwa na brak żywności, bowiem nie było nikogo tam pomiędzy nimi, kto by nie krzyczał, że aby zapobiec głodowi należało jak najszybciej zawrócić do domu.
Gdy tłum wykrzykiwał tak, nie pozostało nic innego królowi, jak odstąpić od swych planów i zakończyć wyprawę.
Żeby jednak wróg nie wykręcił się zupełnie bez strat, zabrał on jednakże ze sobą najwspanialsze łodzie, jakie znaleźć można było w całej Norwegii i tak dał Danii obcą flotę.
Tak zaprzepaściła niecierpliwość niektórych Jutlandczyków największe nadzieje na zwycięstwo; bowiem gdyby nie zabrakło odpowiedniej wytrzymałości, Dania podporządkowałaby sobie Norwegię.
Ci z norweskiej szlachty, którzy przyłączyli się do króla gdy przybył, w zawstydzeniu opuścili ojczyznę i poszli za nim, gdy wracał do Danii.
Niels zwany Oxe (Saxo: Nicoalus Bos) – przydomek oznacza wół; nie należy mylić z duńskim rodem szlacheckim Oxe.
Ørevik (Saxo: Porturiam) – zatoka na wschodnim wybrzeżu wyspy Stord, w gminie Stord, prowincja (fylke) Hordaland, zach. Norwegia.
Sivard Ring – król duński i syn króla norweskiego o tym samym imieniu, patrz ks.IX.
Letnie przesilenie – ok. 21 czerwca; t.zw. białe noce powstają, gdy przy Słońcu chowającym się nie więcej niż płytko pod horyzontem, jego promienie nadal rozświetlają górne warstwy atmosfery; zjawisko to jest szczególnie dobrze obserwowalne w okolicach kół podbiegunowych i dalej na północ, występuje m.in.w północnej Norwegii. 
Podczas gdy to się działo, odpadli Rugianie; czując się bezpieczni, gdy król zajęty był tak daleko, nabrali oni odwagi. Gdy zima miała się ku końcowi, dowiedzieli się oni, że postanowił on udać się na wyprawę wojenną przeciw nim, i wysłali do niego pewnego nadzwyczaj sprytnego i elokwentnego człowieka, by wyszukanymi pochlebstwami skłonił go do porzucenia swych planów.
Gdy nie mógł on jednak nic wskórać, nie chciał on wrócić do domu zanim Duńczycy by nie wyruszyli, by nie wzbudzić podejrzeń u swoich rodaków odradzaniem im prowadzenia wojny, lub doprowadzając ich do nieszczęścia, doradzając im ją.
Prosił on przeto Absalona, by mógł pozostać w jego świcie dopóki jego rodacy nie zwrócą się do niego o radę, bowiem głupim ludziom bardziej podobają się te rady, których sami szukają, niż te, które im się proponuje.
Król zaatakował teraz Rugię w różnych miejscach i zdobył wszędzie łupy, lecz nigdzie nie znalazł okazji do walki, a pragnąc utoczyć wrogiej krwi przystąpił do oblężenia Arkony.
Nie znalazł okazji do walki – Rugianie zostali nieustającymi napadami Duńczyków doprowadzeni do biologicznych granic możliwości stawiania oporu.
Oblężenie Arkony – 1168 lub 1169; wg Knytlingasaga Waldemar Wielki wylądował na Rugii w dniu Zielonych Świątek, tj 19 maja 1168 lub 8 czerwca 1169, ta druga data jest bardziej prawdopodobna, skoro chrzest Rugian miał mieć miejsce 15 czerwca. 
Miasto to leży na szczycie wysokiego klifu i jest od wschodu, południa i północy silnie umocnione, nie sztucznie, lecz przez naturę, jako że strome krawędzie klifu niczym mury wznosiły się tak wysoko, że żadna strzała nie mogła dosięgnąć szczytu. Z tych trzech stron osłaniane jest też morzem, lecz od strony zachodniej otoczone jest wałem wysokim na pięćdziesiąt łokci, którego dolna część zbudowana była z ziemi, podczas gdy górna miała konstrukcję drewnianą, wypełnioną torfem.
Po północnej stronie znajduje się źródło, do którego mieszkańcy przychodzili ubezpieczoną ścieżką, którą Erik Emune swego czasu zablokował im, tak że pokonał ich on przy oblężeniu zarówno brakiem wody, jak i siłą zbrojną.
W środku miasta był tam otwarty plac, na którym stała nadzwyczaj misternie wykonana świątynia z drewna, której okazywano wielką cześć, nie tylko ze względu na jej wspaniałość, lecz także dlatego, że znajdował się tam w niej posąg bóstwa.
Z zewnątrz świątynia przyciągała wzrok różnymi starannie wyrzeźbionymi obrazami wspaniałej roboty, które jednakowoż były prymitywnie i niedbale pomalowane.
Było tam tylko jedno wejście, lecz sama świątynia podzielona była na dwie przestrzenie, z których zewnętrzna biegła wzdłuż ścian i miała czerwony sufit, podczas gdy wewnętrzna opierała się na czterech filarach i zamiast ścian miała zasłony i nic wspólnego z zewnętrzną poza sufitem i pojedynczymi belkami. W świątyni stał wspomniany posąg w nadludzkich rozmiarach. Miał on cztery głowy i tyle samo szyj, z których dwie zwrócone były do przodu, a dwie do tyłu; tak samo z tych dwu głów zwróconych do przodu, jak i tych dwu zwróconych do tyłu, jedna patrzyła w prawo, a druga w lewo.
Ogolona broda i przystrzyżone włosy wskazywały, że artysta, który wyrzeźbił posąg, miał na względzie zwyczaj, jaki panował pomiędzy Rugianami.
W prawym ręku posąg trzymał róg, zrobiony z różnych metali; ten wypełniał doświadczony kapłan raz w roku winem, i z zachowania napoju wróżył, jaki będzie przyszłoroczny plon. Lewą rękę miał posąg zgiętą i wspartą na boku.
Tunika sięgała goleni, zrobionych z różnych gatunków drewna, które były tak dyskretnie połączone z kolanami, że jedynie uważnie się przyglądając można było zauważyć złączenia. Stopy były całkiem przy podłodze, lecz to, na czym stał, ukryte było w ziemi.
Obok widać było uprząż i siodło oraz inne jego insygnia, z których szczególnie zadziwiający był nadzwyczaj wielki miecz, którego pochwa i uchwyt były ze srebra i ozdobione przepysznie wspaniałą robotą.
Miasto leży – Arkona położona była na półwyspie Wittow, na cyplu tworzącym północny skraj Rugii, kredowy klif ma tu 45 m wysokości i ulega stałej erozji – część dawnego grodu osunęła się już do morza.
Erik Emune – zdobył Arkonę w 1136.
Posąg bóstwa – Świętowit (Saxo: Suantovitus) – lokalne bóstwo opiekuńcze czczone na Rugii w Arkonie, etymologia nazwy nie jest w pełni jasna, zakłada się, że oznacza święty pan, nie jest ustalone też jakie znaczenie miała u bóstw słowiańskich wielogłowość.
Wino – zapewne miód pitny.

Kult boga sprawowano w następujący sposób: raz w roku, gdy żniwa zbliżały się ku końcowi, zbierał się cały lud wyspy przed świątynią, składano bydło w ofierze i spożywano uroczysty posiłek ku chwale bogów.
Kapłan, który w odróżnieniu od tego, co było raczej obyczajem mieszkańców kraju, miał długie włosy i brodę, zwykle na dzień przed świętym obrządkiem szedł do świątyni, której próg jedynie on miał prawo przekroczyć, i sprzątał i porządkował starannie, przy czym musiał uważać, by wstrzymywać oddech, tak że za każdym razem, gdy potrzebował zaczerpnąć powietrza, musiał spieszyć do drzwi, by bóg nie został skażony tym, że jakiś człowiek oddychał w jego bliskości.
Dzień później, gdy lud rozłożył się obozem przed drzwiami świątyni, brał kapłan róg z ręki figury i sprawdzał dokładnie, czy napój w nim znikał, co uważano za ostrzeżenie, że będzie nieurodzaj w roku następnym., w związku z czym zobowiązywał on lud do oszczędzania aktualnych plonów, by zachować coś z nich na rok następny.
Jeżeli napój nie znikał, wróżyło to pomyślny rok; w zależności od tego, co róg przepowiadał, nakazywał on więc ludziom albo oszczędzać aktualne zbiory, albo korzystać z nich do syta. Następnie wylewał on wino jako ofiarę u stóp posągu, napełniał róg na nowo i udawał, jakby pił na jego cześć, jednocześnie wzniosłymi słowami prosił on o powodzenie dla siebie i ludności kraju, o bogactwo i o zwycięstwo, po czym przykładał róg do ust i pił to szybko jednym haustem, po czym ponownie napełniał go i wkładał ponownie w prawą rękę posągu.
Było tam też ofiarowane ciasto miodowe owalnego kształtu, które było prawie na wysokość człowieka.
To ustawiał kapłan pomiędzy sobą a ludem, i pytał następnie, czy go widzieli; gdy odpowiadali oni, że tak, wypowiadał on życzenie, by nie zobaczyli go w następnym roku, przy czym sens tego nie był, że życzył on sobie lub ludowi śmierć, lecz żeby rok był pomyślny [a ciasto większe].
Następnie błogosławił on lud w imieniu boga, pouczał ich, by okazywali mu swój szacunek częstymi ofiarami, których oczekiwał jako słusznej zapłaty za zwycięstwa na lądzie i morzu.
A gdy to zostawało dokonane, spędzali resztę dnia na wielkiej uczcie, gdzie objadali się do syta darami ofiarnymi, tak że to, co zostało poswięcone bogu, pożerali oni sami.
Na tej uczcie uważano za czyn miły bogu upić się, a za grzech pozostawać trzeźwym.
Na potrzeby kultu musiał każdy mężczyzna i kobieta rocznie płacić jedną monetę, a bóg ponadto otrzymywał jedną trzecią łupów, jakie zdobyli, bowiem uważali, że powinni dziękować mu za jego pomoc.
Było też przydzielonych mu 300 koni i tyluż wojowników, którzy walczyli dla niego, i którzy musieli przez to oddawać kapłanowi całe łupy, jakie zdobyli, czy było to wzięte z bronią w ręku, czy ukradzione; za te pieniądze, które wpływały tam z tego tytułu, polecał on przygotowywać wszelkie szlachetne precjoza i różne ozdoby do świątyni, które przechowywał w zamkniętych skrzyniach, w których też oprócz mnóstwa pieniędzy przechowywano liczne sztuki purpury, które były całkiem zniszczone upływem czasu, jak i liczne dary, częściowo od ludu, a częściowo od indywidualnych osób, które były dane im jako dary ofiarne dla pozyskania szczęścia i powodzenia.
Cała słowiańszczyzna okazywała temu bóstwu swą cześć opłacając się jemu, a nawet sąsiedni królowie składali dary, nie patrząc na popełniane przez nich świętokradztwo; pomiędzy innym król Danii Svend [Grathe] podarował wspaniale wykonany puchar, aby zdobyć jego przychylność, za które to świętokradztwo przyszło mu później zapłacić nieszczęsną śmiercią.
Ten bożek miał ponadto równiez inne świątynie w różnych miejscach, które nie cieszyły się tak wielkim uznaniem, jak ta w Arkonie.
Miał on także swego własnego białego konia; uważano za świętokradztwo wyrwanie włosa z jego grzywy lub ogona, i nikomu poza kapłanem nie wolno było go karmić, ani jeździć na nim, żeby to boskie zwierze nie utraciło dostojnego wyglądu, gdyby było często używane.
Rugianie uważali, że na tym koniu Svantovit – tak zwano bożka – jeździł, gdy walczył przeciw wrogom swej świętości, i dowód na to widzieli zwłaszcza w tym, że pomimo, iż w nocy pozostawał w stojni, najczęściej z rana był mokry i spocony, tak jakby wrócił prosto z walki i biegł długą drogę.
Także odczytywano ostrzeżenia z zachowania konia w następujący sposób: gdy zamierzano prowadzić wojnę z jednym czy drugim krajem, miała w zwyczaju służba świątynna ustawiać sześć włóczni, po dwie na krzyż, w równych odstępach od siebie i z ostrzem wbitym w ziemię.
Gdy wyprawa miała ruszyć, wiódł kapłan konia, po tym jak odmówił uroczystą modlitwę, w uprzęży z przedsionka i prowadził tak, by ten skakał nad włóczniami; jeżeli ten podniósł prawą nogę przed lewą, uważano to za przepowiednię, że wojna będzie miała korzystny wynik, lecz jeżeli uniósł ten choćby jeden raz lewą nogę jako pierwszą, rezygnowano z zamyślonego ataku, a nawet decydowano o podniesieniu kotwic nie wcześniej, niż gdy zobaczyli go trzy razy pod rząd skaczącego przez włócznie, jeżeli ten podniósł prawą nogę przed lewą, uważano to za przepowiednię, że wojna będzie miała korzystny wynik, lecz jeżeli uniósł ten choćby jeden raz lewą nogę jako pierwszą, rezygnowano z zamyślonego ataku, a nawet decydowano o podniesieniu kotwic nie wcześniej, niż gdy zobaczyli go trzy razy pod rząd skaczącego przez włócznie tak, jak przyjmowali za dobrą wróżbę.
Król Svend – Svend Grathe w czasie wojny domowej szukał wsparcia też i u pogan.
Również inne świątynie – istniały u Słowian Zachodnich inne świątynie, lecz stały tam posągi lokalnych bogów (m.in. Trygława w Szczecinie).
Także gdy mieli wyruszyć w innych sprawach, przyjmowali wróżbę z pierwszego, napotkanego zwierzęcia.
Gdy wróżba była dobra, jechali dalej zadowoleni, była ona zła, to spieszyli do domu z powrotem.
Nie było im też nieznane rzucanie losów, rzucali oni mianowicie na swój podołek trzy kawałki drewna jako losy, były one białe z jednej strony, a czarne po drugiej, i białe przepowiadało szczęście, czarne nieszczęście.
Nawet kobiety nie stroniły od oddawania się takim praktykom. Gdy siedziały przy palenisku, czasami robiły przypadkowe kreski w popiele i liczyły je razem, jeżeli liczba była parzysta, wierzyły one, że wróżyło to szczęście, gdy była nieparzysta, brały to za zły znak.

Król opanowany był pragnieniem zniszczenia ich umocnień w nie mniejszym stopniu, niż zaglady pogańskiego kultu, jaki panował w tym mieście; uważał mianowicie, że gdyby ujarzmił Arkonę, tym samym całe pogaństwo na Rugii zostałoby wytępione, bowiem nie miał wątpliwości, że dopóki ten posąg tam pozostawał, było mu łatwiej zdobyć umocnienia kraju, niż pokonać pogański kult.
By szybciej doprowadzić do końca oblężenia, na jego polecenie wszyscy wojownicy w wielkim trudzie przynosili z pobliskich lasów liczne pnie, nadające się do budowy z nich maszyn oblężniczych.
Podczas gdy rzemieślnicy teraz zabrali się do ich budowy, przybył on pewnego razu i powiedział, że nie będzie żadnej korzyści z tego, że zadali sobie tak wiele trudu, i że miasto wpadnie w ich ręce szybciej, niż liczyli na to.
Gdy go zapytano, dlaczego tak przypuszczał, odpowiedział on, że wywnioskował to z tego, że jak Rugianie swego czasu zostali podbici przez cesarza Karola Wielkiego i nakazano im przywozić trybut do św. Wita w Corvey, który stał się znany dzięki swej męczeńskiej śmierci, gdy Karol zmarł, skwapliwie po odzyskaniu wolności mieli oni zrzucić jarzmo niewolnictwa i powrócić do pogaństwa; mieli wtedy w Arkonie wznieść posąg tego bożka, który nazwali świętym Witem, na którego kult zużyli pieniądze, które wcześniej oddawano do św. Wita do Corvey, z którym teraz nie chcieli mieć nic do czynienia, bowiem wystarczał im, jak mówili, ten święty Wit, którego mieli u siebie, i nie mieli potrzeby podporządkowywać się obcemu.
Dlatego święty Wit, gdy zbliża się teraz jego dzień, zniszczy ich mury jako karę za to, że przedstawili go w tak barbarzyńskim wyobrażeniu; zasłużyli sobie na to, by on ich ukarał, ponieważ ustanowili bluźnierczy kult zamiast jego świętego upamiętnienia.
Nie zostało mu to objawione we śnie, powiedział król, ani nie wywnioskował on tego z żadnego wydarzenia, jakie by się przydarzyło, miał on tylko nieodparte przeświadczenie, że tak miało się stać.
To przewidywanie wzbudziło więcej zdziwienia u wszystkich, niż wiary w nie, a że ta wyspa, na której Arkona leżała, a co nazywała się Wittow, oddzielona była od Rugii jedynie wąską cieśniną, która zaledwie była na tyle szeroka, co niewielka rzeka, i obawiano się, że arkonianie mogliby otrzymać wsparcie tą drogą, wysłano tam ludzi, by strzegli przejścia i przeszkodzili wrogowi przeprawić się tamtędy.
Z resztą wojska obległ on miasto, szczególnie kładąc nacisk na ustawienie katapult w pobliżu wałów.
Na Absalona nałożono obowiązek podzielenia ludzi i wskazania im, gdzie mają rozbić obóz, i w tym celu wymierzył on dokładnie ziemię pomiędzy brzegami z obu stron.
W międzyczasie wypełnili arkonianie bramę miasta wielką ilością ziemi, by uczynić wrogowi trudniejszym atakowanie jej, i zablokowali dojście do niej murem z darni, i to uczyniło ich tak pewnymi siebie, że zaniechali obsadzenia wieży ponad bramą, lecz jedynie zawiesili tam kilka chorągwi i proporców. Jedno z insygniów, które odznaczało się tak kolorem, co i rozmiarami, zwano Stanica, i Rugianie żywili dla tej chorągwi tak wielką cześć, jak prawie do wszystkich swych bogów razem, bowiem gdy niesiono ją przed nimi, uważali oni, że posiadali wystarczającą moc, by ruszyć na bogów i ludzi, i że nie było wtedy takiej rzeczy, której by nie mieli prawa uczynić, gdyby chcieli, plądrować miasta, burzyć ołtarze, czynić rzeczy niegodne i obracać domy na Rugii w ruinę.
Byli tak wielce przesądni, gdy chodziło o tę szmatę, że przydawali jej władzy i mocy więcej, niż królewska, i czcili ją jak boski sztandar, ba, nawet ci, którzy zostali poszkodowani, okazywali chorągwi największy szacunek i cześć, niezależnie od tego, ile cierpień i szkód ona by im nie przyniosła.
Święty Wit w Corvey – relikwie zmarłego w 303 r. świętego Wita sprowadzono w 836 do opactwa benedyktyńskiego Corvey nad Wezerą, dwa km od Höxter, Nadrenia-Północna Westfalia, ufundowanego przez cesarza Ludwika Pobożnego, syna Karola Wielkiego, w 815, w dopiero co podbitej i chrystianizowanej Saksonii; od 833 Corvey miało przywilej na bicie monety, stało się też szybko jednym z ważniejszych centrów religijnych i politycznych państwa Franków.
Posąg świętego Wita – trudno odnieść się do legendy, niektórzy historycy zakładają proces odwrotny: święty Wit miałby zyskać popularność na Słowiańszczyźnie ze względu na zbieżność imienia ze Świętowitem, św. Wit był już wtedy bardzo popularny w Niemczech.
Dzień świętego Wita – 15 czerwca.
Wittow – do Średniowiecza wyspa, dziś półwysep; północna część Rugii, połączona z nią wąską mierzeją.
Stanica (Saxo: stanitia) – u pogańskich Słowian świątynna chorągiew wojenna, której przypisywano boską moc. 
W międzyczasie wojsko zabrało się do różnych prac, jakich oblężenie wymagało; jedni budowali szopy dla koni, inni wznosili namioty i podejmowali się innych niezbędnych rzeczy. Podczas gdy król, ze względu na wielki gorąc, jaki był za dnia, przebywał spokojnie w swoim namiocie, niektórzy duńscy chłopcy, którzy w podnieceniu odważyli się podejść do samego wału obronnego, poczęli procami ciskać kamienie na umocnienia.
Arkonianie przyjmowali raczej ze śmiechem niż przestrachem ich pomysły, i powstrzymali się od użycia broni przeciw takiej zabawie, tak że woleli raczej patrzeć na chłopaków, niż pogonić ich.
Pojawili się tam też młodzieńcy, którzy poszli w zawody z chłopcami i w ten sam sposób prowokowali mieszkańców miasta, i znudzili się tamci bezczynnym przyglądaniem i zmuszeni chwycili za broń.
Więcej teraz młodzieży porzuciło swą pracę i pobiegli, by przyjść swym towarzyszom z odsieczą, lecz rycerstwo potraktowało to wszystko jak dziecięcego psikusa.
Tak to, co z początku nie miało żadnego znaczenia i o czym nie byłoby warto wspominać, szybko przemieniło się w gwałtowną walkę, której nie można było lekceważyć, i dziecięca zabawa rozrosła się z czasem do starcia na serio pomiędzy mężczyznami.
Ziemia, którą brama była wypełniona, zapadła się w międzyczasie i utworzyła tam dziurę czy szczelinę, tak, że powstało tam duże otwarcie pomiędzy wieżą a ścianą z darni. To zauważył pewien nadzwyczaj odważny młodzieniec, o którym po prawdzie więcej nic nie wiadomo, i stwierdził on wtedy, że nadarzała się dobra okazja do wprowadzenie w życie tego, co zamyśliwano; poprosił on wtedy swych towarzyszy, by mu pomogli dostać się na górę, skoro by to uczynili, zaraz miasto zostałoby wzięte, a zwycięstwo zdobyte.
Gdy zapytali się go, w jaki sposób by mogli być mu pomocni, powiedział on, że powinni wetknąć swe włócznie pomiędzy płaty darni, tak by mógł się wspiąć po nich jak po drabinie.
Gdy w ten sposób dostał się na górę i zobaczył, że wewnątrz dziury mógł być pewien, że wrogowie z żadnej strony nie mogli mu czynić szkody, zażądał on trochę słomy, którą mógłby podpalić.
Gdy zapytali oni go, czy miał coś do rozpalenia ognia, odpowiedział, że miał on ze sobą krzesiwo i krzemień, i przykazał im, by mu pomogli zejść na dół, gdy ogień się rozpali. Gdy teraz rozglądali się oni za czymś, co mógłby użyć do podpalenia, wpadło im przez przypadek w ręce to, czego szukali; przybył tam mianowicie jeden z wozem słomy, która miała być użyta do czego innego; zabrali oni teraz to, rzucali snopki jeden drugiemu i podawali na włóczniach temu młodemu człowiekowi, i wkrótce otwór był wypełniony całkowicie słomą, co odbyło się bez żadnego zagrożenia, jako że wieża była całkowicie opuszczona.
Mieszkańcy miasta nie mieli mianowicie pojęcia, co tam się działo, a niezwykłe rozmiary wieży przyczyniły się dodatkowo do ich zmylenia, a jej szerokie z obu stron przyziemie posłużyło Duńczykom do osłony.
Gdy ogień chwycił, a wieża nagle stanęła w płomieniach, ten, co rozpalił ogień i uczynił tak pierwszy krok do zdobycia towarzyszom zwycięstwa, zszedł z ich pomocą na dół.
Krzesiwo i krzemień – krzesiwo, czyli kawałek żelaza o wysokiej zawartości węgla, uderzane o krzemień dawało iskry, które padając np na lnianą szmatkę lub hubkę (wysuszony grzyb) rozpalały ją, do czasu wynalezienia zapałek w XIX w. był to podstawowy zestaw do krzesania ognia, noszony zwykle w woreczku przy pasie.
Gdy mieszkańcy miasta zauważyli dym, byli tak zszokowani nieoczekiwanym zagrożeniem, że nie wiedzieli, czy wpierw rzucić się mieli do gaszenia, czy na wroga, a gdy w końcu oprzytomnieli, wszystkimi siłami zabrali się za pożar, i zaczęli, bez zważania na wroga, zwalczać płomienie, podczas gdy Duńczycy starali się przeszkodzić im w gaszeniu, i z równą zawziętością starali się oni podtrzymać ogień, z jaką tamci go tłumili.
Gdy arkonianom w końcu zabrakło wody, leli mleko na płomienie, lecz im bardziej je zalewali, tym mocniej wybuchały, i miało to taki skutek, że ogień rozprzestrzeniał się ze wszystkich sił.
Wszystkie te tam krzyki i wrzaski skłoniły króla do wyjścia z obozu i sprawdzenia co tam się działo, a gdy zobaczył jak rzeczy się miały, został bardzo zaskoczony i nie mógł ocenić prawidłowo, czy pożar ten mógł mieć znaczenie dla wzięcia miasta, dlatego też spytał on Absalona, co powinni uczynić. Poprosił on króla, by nie mieszał się w dziecięce psikusy, ani nie angażował się w coś zbyt pospiesznie, zanim sprawa zostałaby zbadana, i prosił usilnie o przyzwolenie, by wpierw mógł sprawdzić, czy pożar mógłby pomóc im w zdobyciu miasta.
Udał się następnie niezwłocznie by zbadać sprawę, i poszedł do bramy biorąc jedynie ze sobą hełm i tarczę, i wezwał młodych ludzi, którzy próbowali szturmować ją, by rozszerzyli pożar.
Ci dokładali do ognia ze wszystkich rogów, aż zajęły się słupy i podpory, podłoga w wieży się przepaliła i płomień wzniósł się aż do szczytu, i zamienił wszystkie chorągwie bożka i inne insygnia w popiół. Gdy Absalon zameldował to królowi, kazał ten na wniosek Absalona otoczyć miasto, i usiadł zaraz na krześle poza obozem by obserwować walkę.
Pewien nadzwyczaj dzielny młody człowiek w duńskim wojsku wielce zawziął się, by dostać się do przedpiersia przed innymi, a gdy został on śmiertelnie raniony, postarał się by upaść tak, aby wyglądało, że zeskoczył z własnej woli, a nie, że padł na ziemię ubity, tak że trudno powiedzieć, czy przydał on sobie największej chwały walcząc, czy umierając.
Pomorzanie, którzy mieli to za zaszczyt walczyć w obecności króla, także okazali pod dowództwem Kazimierza i Bogusława niecodzienną odwagę, dzielnie atakując miasto, a król przyglądał im się wtedy także z podziwem i zadowoleniem, patrząc jak wspaniale walczyli.
Gdy Rugianie byli tak narażeni na podwójne niebezpieczeństwo, ugięlo się wielu przed ogniem, podczas gdy inni padli od włóczni wroga, i nikt nie wiedział, czy bardziej się trzeba było bać ognia czy wroga, lecz niektórzy porzucili wzgląd na swe własne dobro i bronili miasta tak wytrzymale i nieustępliwie, że nie ulegli wcześniej, niż gdy płonący wał legł w gruzach, a ci, którzy padli na murach miasta, pochłonięci zostali przez te same płomienie, jak na wspólnym stosie; bowiem taką miłość żywili do murów rodzinnego miasta, że prędzej woleli paść razem z nimi, niż przeżyć ich upadek.
Gdy mieszkańcy miasta nie mieli już żadnej nadziei, i przed oczami mieli tylko śmierć i zagładę, jeden z nich, co był na przedpiersiu, krzyknął donośnie do Absalona i zażądał rozmowy z nim.
Absalon polecił mu pójść w najspokojniejszy koniec miasta, jak najdalej od wrzawy i przelewu krwi, i tam spytał go wtedy, czego ten sobie życzył.
Wezwał on wtedy, jednocześnie dodając do słów szczególnej mimiki i gestykulacji, do powstrzymania ataku Duńczyków, aż do czasu, kiedy mieszkańcy miasta mogliby się poddać.
Na to powiedział Absalon, że nie może być mowy o przerwaniu szturmu, chyba, że oni powstrzymają się od gaszenia ognia.
Na ten warunek poszli Słowianie, po czym Absalon natychmiast przedstawił królowi tamtego prośbę.
Król polecił zaraz wezwać z pola bitwy wodzów, by naradzić się z nimi w tej sprawie, i Absalon powiedział wtedy, że należało uczynić to, o co Słowianie prosili, bowiem im dłużej się to przeciągało, tym trudniej będzie mieszkańcom miasta ugasić ogień, a gdy nie będą mogli tego uczynić, ogień ich pokona, nawet, gdyby Duńczycy nie przyłożyli do tego ręki, tak więc nawet jeżeli nic nie uczynią, to pozwolając ogniowi szerzyć zniszczenie osiągną oni to, czego by nie dali rady własnymi siłami.
Pomimo, że jakiś czas by się powstrzymywali od walki, nie można by ich nazwać bezczynnymi, gdy bez narażania się na jakiekolwiek niebezpieczeństwo, pozwalali innym siłom walczyć za siebie.
Ta rada uzyskała ogólną aprobatę, a król zawarł pokój z arkonianami na tych warunkach, że posąg miał zostać przekazany razem ze wszystkimi należącymi do świątyni skarbami, a wszyscy pojmani chrześcijanie mieli odzyskać wolność bez okupu i miano zaprowadzić kult chrześcijański, tak jak był praktykowany w Danii.
Wszystkie dobra ziemskie, które oddane były bóstwu, miały z największym pożytkiem służyć kościołowi chrześciajńskiemu. Gdyby jakiekolwiek okoliczności tego wymagały, mieli oni iść za Duńczykami na wezwanie do pospolitego ruszenia, i nie mieli prawa nigdy odmówić stawienia się przy wojsku, gdy król polecał to im.
Ponadto powinni płacić rocznie trybut w wysokości 40 srebrnych monet od każdej pary wołów, i tyluż dostarczyć zakładników dla zapewnienia, że dochowają oni tych warunków.
Przedpiersie – podwyższone od strony wroga ziemią bądź murem stanowisko obronne, często na wałach i murach.
Pomorzanie – w ataku Waldemara Wielkiego na Rugię i w zdobyciu Arkony uczestniczyli książęta pomorscy, bracia Bogusław I i Kazimierz I, ze swymi wojskami.
Mury miasta – Arkona z trzech stron broniona była wysokim klifem morskim, z czwartej strony posiadała mur z dołu ziemny, a u góry drewniany, ze strażnicami i przedpiersiami, o długości ok. 250 metrów i wysokości zapewne kilkunastu-dwudziestu paru metrów.
Pokój z arkonianami – Duńczycy po zwycięstwie nie dokonali kolonizacji Rugii, uczynili to Niemcy, natomiast księstwo rugijskie (wyspa Rugia i przyległe tereny) było wasalem Danii do 1325, a później stało się częścią Pomorza Zachodniego; na wniosek króla Waldemara Wielkiego i arcybiskupa Eskila, wbrew protestom Henryka Lwa, papież włączył Rugię do diecezji Roskilde (której biskupem był wówczas Absalon) i pozostało tak do czasów reformacji w XVI w., natomiast kontynentalna część księstwa podlegała biskupowi Schwerinu; pokój nie zakończył pirackich rajdów Słowian na Danię. 
Gdy wojownicy, którzy spragnieni byli wrogiej krwi i łupów, usłyszeli to, zaraz powstało pomiędzy nimi wielkie zgorzknienie i poruszenie; zaczęli oni głośno narzekać, że zabrano im nagrodę za zwycięstwo, teraz, kiedy byli tak bliscy jej zdobycia, tak że nie dostali nic poza ranami i bliznami za ich wielki wysiłek, a także na to, że nie dostali prawa, co sami uważali za im należne, by pomścić wszystkie te szkody, jakie zadał im wróg, którego oni teraz niemal pokonali; teraz, mówili oni, powinno się myśleć o ich dobru, co niemal bez wysiłku mogliby wziąć wspaniałą pomstę za tamtych wszystkie rozbójnicze wyprawy i za wszystkie te nieszczęścia, jakie tamci uczynili w Danii.
Grozili oni, że opuszczą króla, gdyż ten nie pozwolił im wziąć miasta, i wolał nędzną sumę pieniędzy za tak wielkie zwycięstwo.
Król, który rozzłościł się na takie gadanie, wyszedł z wodzami z obozu, by być z dala od tych wszystkich krzyków i wrzasków, i zapytał ich, czy uważali, że należało przyjąć kapitulację miasta, czy dać je w nagrodę wojownikom.
Gdy ci wezwali Absalona, by powiedział, co sądzi o sprawie, powiedział on, że warownię można byłoby wziąć, lecz nie bez długotrwałego oblężenia.
On wiedział dobrze, mówił, że lud będzie sobie fałszywie tłumaczył jego słowa, lecz raczej wolałby wzbudzić niezadowolenie ludu, który przyjmie to w zły sposób, dając dobrą i pożyteczną radę, niż narazić dobro swych towarzyszy niemądrze spełniając ich oczekiwania.
Nawet jeżeli ogień, rozpalony prędzej cudem boskim, niż ręką człowieka, zamieni w popiół najwyższą część wału, który zbudowany był z drewna i ziemi, to najniższa część, zbudowana solidniej, nie zostanie zniszczona ogniem, a była ona tak wysoka, że nie byłoby łatwym dobrać się wrogowi do skóry.
Ponadto jeszcze dochodziło, że mieszkańcy miasta naprawili prawie wszystkie te miejsca, które strawił ogień, wypełniając ubytki gliną, i że płomienie nie tylko przyniosły im szkody, lecz służyły im też za osłonę, jako że ich gwałtowność w nie mniejszym stopniu przeszkadzała Duńczykom w szturmowaniu, jak tamtym w obronie.
I jeżeli ponadto nie okaże się arkonianom łaski, to w następstwie tego inne miasta Rugian, skłonione twardą koniecznością do dzielności, będą się przeciwstawiać o tyle silniej, im większa będzie ich desperacja; jeżeli natomiast dowiedzieli by się, że został zawarty pokój z Arkoną łatwo będzie skłonić je do pójścia za przykładem i będą myśleć o swym ocaleniu, a kiedy teraz trzeba uznać za lepsze zdobycie wielu miast jedną bitwą, niż uparte trwanie przy oblężeniu jednego miasta, nie powinno się propozycji kapitulacji odrzucać.
Gdyby więcej osób miało inne zdanie, należałoby w każdym razie zakładników odesłać nieposzkodowanych, aby nie mówiono, że zostali potraktowani bez dochowania danego słowa, i że Duńczycy, wbrew swym zwyczajom, podstępnie złamali dane obietnice.
Do tej opinii nie zaniechał przyłączyć się arcybiskup Eskil, jako że stwierdził, iż pospólstwo winno słuchać się swych wodzów, a nie wodzowie pospólstwa, i że nie wypadało, by wyżsi niższym dawali podejmować decyzje.
Ponadto nie można było osiągnąć bardziej pożądanego zwycięstwa, niż zmuszenie pogańskiego ludu nie tylko do płacenia trybutu, lecz także do przyjęcia chrześcijaństwa. Wytłumaczył im także, że byłoby lepiej przysłużyć się arkonianom pomocą przeciw innym wrogom, niż w zawziętości pozbawić ich życia, jako że zmuszenie do poddaństwa wrogów jest lepsze niż ich zabicie, gdyż miłosierdzie jest lepsze od okrucieństwa.
Ponadto było lepiej zdobyć jedną bitwą wiele grodów, niż preferować szturm jednego od zdobycia ich wszystkich.
Przez takie przedstawienie sprawy przekonał on wodzów do uznania swej i Absalona opinii, a król dzięki nim upewnił się w swym zamiarze zignorowania niezadowolenia wojowników. Absalon polecił im teraz pójść i dobrze się pożywić, a sam zabrał się do przygotowywania do przyjęcia zakładników, z których część stanowiły dzieci, a część rodzice, którzy otrzymali prawo do pójścia w miejsce dzieci do następnego dnia.
Gdy on tak w początkach następnej nocy leżał i spał, był tam pewien Słowianin, co głośnym krzykiem wzywał Gotskalka, którego Absalon używał za tłumacza u Słowian, i prosił, by mógł on rozmawiać z nim.
Gotskalk obudził się na to i krzyknął do niego, pytając, czego ten chciał, na co ten zażądał rozmowy z Absalonem, a gdy otrzymał prawo zbliżenia się i podszedł do Absalona, który wyszedł ze swego namiotu, zwócił się do niego przy pomocy tłumacza i zaczął natarczywie prosić go o zgodę na doniesienie mieszkańcom Charenzy wieści, jak wiodło się ludziom wArkonie i na wezwanie ich do pójścia na podobne warunki, aby zapobiec ich zagładzie, by nie zaniechali skorzystania z miłosierdzia dla siebie samych i miasta, po czym wracając przyniesie od nich posłanie następnego dnia, tak powiedział. Powiedział on ponadto, że nazywał się Granze, a jego ojciec Littog, i że miał dom w Charenzie, i wcale nie był mieszkańcem Arkony, lecz że był tam obcy, i że nie przybył tam z własnej woli, lecz został przysłany z innymi oddziałami pomocniczymi.
Aby nie myślał on, że było to kłamstwem, pokazał on mu ranę, jaką miał na ramieniu, i że nie mógł być swym współmieszkańcom do pomocy, jako że nie mógł jego używać. Absalon, który ocenił, że tak ciężko ranny człowiek nie mógł udzielić wrogom specjalnej pomocy, i że nie miało większego znaczenia, czy doradzałby on im bić się, czy poddać się, skierował jego prośbę do rozstrzygnięcia królowi, polecił zaraz obudzić Valdemara i przedstawił mu sprawę.
Król polecił mu uczynić, co sam uważał za słuszne, i odpowiedział wtedy Słowianinowi, że król przyznał mu to, o co prosił, z wyjątkiem tych trzech dni rozejmu, jakich on żądał, bowiem uważał na to, aby nie dać wrogom zbyt długiego terminu na umocnienie miasta, lecz żeby zupełnie nie pozbawić go czasu, dał mu cały następny dzień i poinformował go, że jeżeli w ustalonym terminie nie pojawiłby się na brzegu morza najbliżej miasta [Charenzy] ze wszystkimi rugijskimi wodzami, wszelkie dalsze negocjacje zostałyby zerwane.
Charenza – centralny gród Rugian, miejsce kultu bogów Rugiewita, Porewita i Porenuta, w 1180 stolica księstwa Rugii została przeniesiona z Charenzy do grodu Góra.
Granza, syn Littoga – z rodu książąt rugijskich, dalszy krewny księcia Tetzlava.

Dzień później polecił król Esbernowi [Snare] i Sune [Ebbesenowi] wywrócić posąg boga, a gdy nie dało się tego zrobić bez mieczy i toporów, po tym jak zerwane zostały zasłony zawieszone w świątyni, przykazali oni dokładnie ludziom, którzy mieli wykonać tę pracę, by uważali kiedy ten ciężki posąg miałby upadać, by nie mówiono, gdyby zostali zmiażdżeni jego ciężarem, że była to kara, którą spuścił na nich zagniewany bóg.
W międzyczasie zebrał się wokół świątyni wielki tłum mieszkańców miasta, żywiąc nadzieję, że Svantovit ze swej złości i boskiej mocy ukarze tych, którzy zadali mu taki gwałt. Gdy posąg został przerąbany przy stopach, upadł ten na najbliższą ścianę; Sune wtedy, aby wyciagnąć go, polecił swoim ludziom zburzyć ścianę, lecz upomniał ich, by w swym zapale burzenia nie zapomnieli o niebezpieczeństwie, jakie im groziło, i by nieostrożnie nie narażali się, że posąg upadając zmiażdżyłby ich.
Ten spadł na ziemię z wielkim hukiem.
Świątynia była cała wokół przykryta purpurą, która dobrze jaśniała, lecz była tak przegniła od długotrwałego zawieszenia, że nie wytrzymywała dotyku.
Wisiały tam również rzadkie rogi dzikich zwierząt, które były godne nie mniejszej uwagi ze względu na swą szczególną naturę, jak ze względu na cześć, jaką im oddawano.
Widziano jakiegoś potwora w postaci czarnego zwierza, który wybiegł stamtąd, lecz ten znikł nagle.
Polecono teraz mieszkańcom obwiązać linę wokół posągu bóstwa i wyciągnąć go poza miasto, lecz ci nie mieli sami odwagi uczynić tego ze względu na dawny przesąd, i nakazali więźniom i obcym, którzy przybyli do miasta dla zarobku, zrobić to zamiast nich, jako że uważali, że najlepiej byłoby gniew boga skierować na głowy tak nędznych ludzi, jako że sądzili, że to bóstwo, któremu zawsze okazywali oni tak wielką cześć, nie zawaha się ciężko pokarać tych, którzy je poniżyli.
W międzyczasie słychać było, jak mieszkańcy miasta w różnoraki sposób wymieniali uwagi o tym, co się działo, niektórzy lamentowali nad tym cierpieniem, jakie zadano ich bogu, podczas gdy inni śmiali się z niego, i nie było żadnej wątpliwości, że ta mądra część ludności czuła się w najwyższym stopniu wielce zawstydzona tą naiwnością, z jaką przez tak wiele lat dawali się oni wciągać w tak głupi kult.
Gdy posąg został przeciągnięty do obozu, zebrani wojownicy przyglądali się mu z zadziwieniem, i dopiero gdy plebs napatrzył się jemu dość, pozwolili sobie wodzowie na przyjemność obejrzenia go.
Reszta dnia upłynęła na przyjmowaniu zakładników, którzy nie zostali dostarczeni poprzedniego dnia.
Pisarze wodzów zostali także wysłani do miasta, by nauczać nieoświecony lud wiary chrześcijańskiej i by nawrócić go z ich pogaństwa na prawdziwą wiarę.
Gdy zbliżał się wieczór, wzięli się wszyscy kucharze za rąbanie posągu swymi siekierami, i porąbali go na tak małe kawałki, by mozna je było użyć w paleniskach.
Sądzę, że Rugianie musieli się wstydzić swego pradawnego kultu, gdy widzieli boga swych ojców i dziadów, któremu mieli w zwyczaju oddawać tak wielką cześć, haniebnie rzucanego do ognia i użytego do gotowania strawy ich wrogom.
Następnie spalili Duńczycy także świątynię i zbudowali w jej miejsce kościół z tego drewna, które było użyte na budową machin oblężniczych, i zamienili oni tak narzędzia służące prowadzeniu wojny w dom pokoju, i użyli tego, co miało niszczyć ciała wrogów, w zbawienie dla ich dusz.
Ponadto na dzień ten wyznaczono wydanie przez Rugian tych skarbów, które były ofiarowane i poświęcone Svantovitowi.
Gdy usatysfakcjonowani z dokonanych rzeczy ustalili, że Absalon powinien sprawdzić obietnice Granzy z Charenzy, pożeglował on nocną porą z trzedziestoma łodziami po tym, jak wezwał króla do podążenia za nim o świcie.
Wieść o wzięciu Arkony napędziła mieszkańcom Charenzy takiego strachu, że zjawili się oni w miejscu wyznaczonym przez Absalona przed ustalonym czasem.
Granza, który był konno, zakrzyknął i zapytał, kto dowodził flotą, gdy byli oni jeszcze kawał drogi od lądu, a gdy dowiedział się, że był to Absalon, powiedział, że nazywał się Granza, i że władca Tetzlav, jego brat Jaromar oraz cała najdostojniejsza szlachta rugiańska byli tam obecni.
Absalon przyjął ich w dobrej wierze na pokład swej łodzi, a gdy oni we wszystkim poszli za przykładem arkonian w sprawie kapitulacji, zatrzymał on ich u siebie do czasu, aż przybył król. Ten we wszystkich punktach zgodził się na porozumienie, a Absalon wybrał ze wszystkich rugijskich możnych jedynie Jaromara i udał się razem z nim i z biskupem Svendem z Århus do Charenzy; innych polecił on swemu bratu Esbernowi [Snare] ugościć, by nie dać im poruszać się, zanim by on nie wrócił z powrotem, by bezpiecznie móc się udać do miasta.
Wziął tylko 30 swoich drużynników ze sobą, i większość z nich odesłał na prośbę mieszkańców Charenzy, by nie wywoływali bójek w mieście, tak że przybył tam mając większe zaufanie, niż siłę zbrojną.
Jaromar I, zm.1218 – syn księcia rugijskiego Racława (przed 1105-41), brat Tetzlava; po tym, jak Tetzlav nie pojawia się w dokumentach po 1170, rządzi zapewne samodzielnie Rugią, lennik Danii. 
Charenza jest ze wszystkich stron otoczona mokradłami i bagnami, i dostęp do niej jest tam tylko jedną drogą poprzez bród, który też jest bagnisty i trudny, a jeżeli ktoś nieostrożnie zejdzie na którąś ze stron, nieuchronnie tonie w nim.
Gdy człowiek już przebył to grzęzawisko, wchodziło się na ścieżkę, która pomiędzy bagnem i wałem prowadziła do bramy. By nadać teraz swej kapitulacji uroczysty charakter, mieszkańcy Charenzy, w ilości 6 tysięcy, wyszli uzbrojeni przez bramę i ustawili się z ostrzami włóczni wbitymi w ziemię po obu stronach tej drogi, którą mieli przybyć Duńczycy.
Biskup Svend zadziwił się na ten widok i spytał, co miało to oznaczać, że wróg wyszedł tak, na co Absalon odpowiedział, że nie powinien on się obawiać, było to jedynie dla okazania swego poddaństwa; gdyby ich zamiarem było uczynić im szkody, mogliby tego łatwiej dokonać w mieście.
Jak wielką odwagą musiał być obdarzony ten człowiek, skoro bez dalszego rozważania wątpliwości zawierzał swe życie woli uzbrojonego wroga!
Wojownicy z nabraną jego przykładem odwagą, bez drgnienia powieki czy nerwowego ruchu, poszli za nim równie stanowczo co on, bowiem przy Absalonie czuli się bardziej bezpiecznie, niż żywili obaw wobec ilości wroga.
Gdy Duńczycy przebyli grzęzawisko i wyszli na drogę, która wiodła wzdłuż wałów, Rugianie, którzy wszędzie stali oddziałami, padli na twarz, jakby chcieli okazać cześć istotom wyższym, a po tym jak powstali ponownie, szli przyjaźnie za nimi, tak że wjazd Absalona odbył się z wielką przyjemnością dla mieszkańców, którzy pragnęli wyjść jemu naprzeciw.
Został przez nich przyjęty nie jak ten, co przybywał dla wykonania specjalnego zadania, lecz jako ten, co niósł pokój całemu krajowi.
Miasto to było znane z 3 wielce szanowanych świątyń, które były wyposażone z wielkim kunsztem i przepychem.
Ten szczególny szacunek, jakimi darzeni byli ich bogowie, sprawił, że stali się obiektem czci nie mniejszej, niż cześć okazywana wspólnemu bogowi kraju w Arkonie.
W czasie pokoju miasto było raczej puste, lecz teraz wypełnione było ludźmi, którzy pobudowali sobie domy, co miały trzy piętra, tak że to najniższe dźwigało piętro środkowe i najwyższe.
Stały one tak blisko siebie, że nie było tam ani kawałka ziemi, na który mógłby upaść kamień w wypadku, gdyby miasto było ostrzeliwane z katapult.
Lecz domy z powodu brudu, jaki tam panował, były tak pełne smrodu, że ten męczył ciała w takim samym stopniu jak lęk męczył dusze, tak że dla Duńczyków stało się jasne, że mieszkańcy nie byliby w stanie wytrzymać oblężenia.
Nie dziwili się więc też dłużej, że ci tak szybko poddali się, gdy widać było wyraźnie, w jak nieszczęsnej sytuacji tamci się znaleźli.
Największa ze świątyń miała swe najświętsze miejsce w samym środku, i tak ono jak i sama świątynia miała zasłony zamiast ścian; sufit opierał się tylko na kolumnach.
Ludzie Absalona potrzebowali dlatego jedynie zerwać zasłony wokół przedsionka, by się zabrać za te wokół najświętszego miejsca. Gdy zostały one ściągnięte, ukazał się tam posąg z drewna dębowego, przedstawiający boga, którego zwano Rugievitem, i który ze wszech miar przedstawiał sobą wstrętny i ośmieszający wygląd.
Mianowicie jaskółki pod jego twarzą zbudowały gniazda i w wielkich ilościach zrzucały odchody po jego piersi.
Tak, ten bóg zasłużył niewątpliwie, by jego posąg został tak wstrętnie zapaskudzony przez ptaki.
Miał on 7 ludzkich twarzy, zebranych pod wspólnym szczytem głowy; artysta dał mu 7 różnych mieczy, które wisiały w pochwach na jednym pasie, ósmy trzymał on wyciągnięty w prawym ręku; był on tak trwale umocowany żelaznym nitem, że nie szło tego wydostać bez odrąbania ręki, co też i się stało.
Był on ponadnaturalnej grubości, i tak wysoki, że Absalon, stojąc na palcach, ledwie mógł dotknąć brody małym toporem, jaki miał zwyczaj trzymać w dłoni.
Bóg ten, jak wierzyli, miał moc jak Mars i utrzymywali, że rządził wojną.
Nie było nic w tym posągu, na co można by patrzeć z przyjemnością, bowiem był on niezgrabny i brzydki.
Duńczycy poczęli teraz, ku wielkiemu przerażeniu całego miasta, rąbać swymi toporami z całych sił jego nogi, a gdy zostały one przerąbane, upadł korpus na ziemię z wielkim hukiem.

Gdy mieszkańcy miasta zobaczyli to, wzgardzili oni bezsilnością ich boga, i swą cześć zamienili w pogardę. Wojowie z drużyny, którzy nie zadowolili się jedynie obaleniem go, z jeszcze większym zapałem wzięli się za posąg Porevita, którego czczono w następnej świątyni.
Ten miał 5 głów, lecz żadnej broni.
Gdy ten był już porąbany, udali się oni do świątyni Porenuta. Ten bożek miał cztery twarze i jedną dodatkową, która umieszczona była na piersiach; lewą ręką trzymał on za ją za czoło, a prawą podtrzymywał jej brodę.
Ten padł także pod ciosami toporów służby Absalona.
Absalon polecił teraz mieszkańcom spalić te posągi, lecz ci prosili go, by zwolnił on ich od tego, i by miał on zmiłowanie nad przepełnionym miastem i nie narażał ich na śmierć w pożarze, tak jak oszczędził on ich od śmierci od miecza; bowiem jeżeli ogień rozszerzył by się i zająłby się jakiś dom, bez wątpienia całe miasto zamieniłoby się w popiół, jako że domy stały tak blisko siebie.
Polecił on więc im wyciągnąć go z miasta, lecz ci długo byli niechętni i usprawiedliwiali swą niechęć przesądem, jako że obawiali się oni, że bóg będzie chciał ich pokarać niemocą ich członków, których użyliby do wykonanaia takiego polecenia. Lecz gdy na koniec Absalon wytłumaczył im, że moc boga była w istocie niewielka, skoro nie mógł pomóc sam sobie, nabrali nadziei, że uda im się uniknąć kary, i pospieszyli wykonać jego rozkaz.
Faktycznie nie było to dziwne, że bali się oni mocy tych bogów, gdy myśleli oni, jak często byli karani przez nich za swą rozwiązłość; mianowicie, gdy mężczyźni w mieście byli z kobietami, zdarzało im się jak psom, że nie mogli się ponownie rozłączyć, i spotykało się ich czasami zawieszonych na drągu, ku pośmiewisku innych ludzi.
Ze względu na ten odrażający znak, który w rzeczywistości jest sprawką szatana, czcili oni te nędzne posągi i wierzyli, że był to objaw ich mocy.
By jeszcze lepiej pokazać, jak godne pogardy były te posągi, stanął biskup Svend na jednym z nich, gdy mieszkańcy wyciągali go z miasta, czym nie tylko dodał im ciężaru, lecz także powiększył pohańbienie, nie tylko dał ludziom więcej do ciągnięcia, lecz także więcej do zawstydzenia, gdy obcy kapłan deptał stopami bogów ich przodków.
Podczas gdy Svend podjął się tego, poświęcił Absalon trzy cmentarze na polach miejskich i powrócił dopiero wieczorem do Charenzy.
Gdy posągi były już spalone, wyruszył on razem z Jaromarem i dotarł do floty późno w nocy, gdzie nakłonił go spożycia razem wieczerzy.
Absalon nie spał już 3 noce z rzędu i całe to czuwanie odbiło się na jego oczach, że prawie nic nie widział.
Rugievit (Saxo: Rugiaevit, pol.Rujewit, Rugiewit) – siedmiotwarzowe lokalne bóstwo, czczone przez Rugian w Charenzie, opiekun wyspy Rugii, imię oznacza Pan Rugii, bóg wojny i zapewne związany z kultem płodności.
Mars – w mitologii rzymskiej bóg wojny.
Porevit (pol.Porewit) – pięciotwarzowe lokalne bóstwo, czczone przez Rugian w Charenzie, jego rola jest nieznana.
Porenut – pięciotwarzowe lokalne bóstwo (jedna z nich na piersiach), czczone przez Rugian w Charenzie, jego rola jest nieznana.
Odrażający znak – tu: med. penis captivus, skurcz mięśni wokół pochwy, uniemożliwiający wyjęcie członka podczas stosunku, występuje u niektórych gatunków jako prawidłowy element kopulacji, u ludzi więcej legendarnych opowieści (zwłaszcza współczesnych) niż naukowo opracowanych przypadków; niektórzy skłaniają się ku wyjaśnieniu podobnych przypadków lękiem, mającym podłoże w wychowaniu religijnym lub łamaniu tabu.
Poświęcił … trzy cmentarze – chrześcijanie powinni być chowani w poświęconej ziemi, a zapewne Absalon planował wznieść na nich jeden kościół za każdą zburzoną świątynię, tak by przenieść wiernych i ich różnorakie pogańskie kulty do chrześcijańskich świątyń już pod nowym patronem.
Następnego dnia spotkali się pisarze i kapelani wodzów w swych szatach duchownych i ochrzcili lud kraju, podobnie też w wielu miejscach wznieśli kościoły i tak powstały domy boże w miejsce tych opuszczonych ruin.
Tego samego dnia przyjęto również brakujących zakładników. Jednocześnie zażądali książęta pomorscy zgody na powrót do domu, i po tym jak byli przyjaciółmi króla, rozstali się we wrogości, bowiem liczyli oni, że Tetzlav zostałby zdetronizowany, a oni sami panowaliby nad Rugią w nagrodę za ich służbę wojenną.
Później stało się to zarzewiem długotrwałej wojny pomiędzy nimi i Duńczykami.
Wieczorem podnieśli Duńczycy kotwice i pożeglowali pod tę wyspę, która leżała najbliżej lądu stałego.
Tu Rugianie dostarczyli królowi 7 jednako wielkich skrzyń pełnych pieniędzy, które były ofiarowywane ich bogom.
Gdy dokonano tego, król polecił ogłosić, że teraz ludzie mogli wracać do domu.
Pisarz – sekretarz, osoba duchowna, jako że pisania i łaciny uczono jedynie w szkołach biskupich, kształcących duchowieństwo na różne potrzeby.
Wyspa najbliżej lądu stałego – taką wyspą była wspomniana wcześniej wyspa Strela. 
Gdy Absalon powrócił do Danii, wysłał on nowych kapłanów na Rugię, a tych, których pozostawił tam, kazał wezwać z powrotem.
Ci nowi zabrali tam ze sobą nie tylko szaty duchowne, lecz także żywność, by nie musieli żyjąc na cudzy koszt dokładać ciężaru tym, których mieli uczyć chrześcijaństwa, nakazując się utrzymywać.
Nie brakowało też tam cudów na potwierdzenie ich nauczania, bowiem wielu Rugian, co byli słabowici i niedomagali, zostało przywróconych do zdrowia poprzez swe żarliwe modlitwy, co jak wierzę, Bóg uczynił bardziej dla przekonania ludu, niż ze względu na świętość kapłanów.
Natomiast ci, którzy odrzucili chrześcijaństwo, zostali pokarani wszelaką słabowitością, tak że było to jasne, że Bóg tak nagradzał tych, którzy przyjmowali jego słowa, jak i karał tych, którzy je lekceważyli.
Zdarzył się też tam ostatnio sławny cud, o jakim nigdy dotąd nie słyszano.
Pewna kobieta została niesprawiedliwie oskarżona przez swego męża o cudzołóstwo, i gdy miała w próbie żelaza oczyścić się z tego hańbiącego oskarżenia, żelazo, które miała nieść, samo, nie bacząc na ciężar, uniosło się nagle w powietrzu, tak jakby starało się uniknąć dotknięcia jej niewinnej ręki, i szło za nią w oddaleniu tam gdzie szła, a gdy podeszła ona do ołtarza, gdzie powinna je rzucić, spadło ono samo na ziemię, ku bogobojnemu zadziwieniu obecnych.
To nie tylko przywróciło cześć oskarżonej kobiecie, lecz także tych, co widzieli to, utrwaliło w wierze, i zaprawdę nie można powiedzieć, by ta kobieta, co musiała mieć wyjątkowo wielką wiarę w czystość swego ducha i ciała, działała lekkomyśłnie, poddając się tak niebezpiecznej próbie, by dowieść swej niewinności.
Gdy wszystkie wody królestwa, nawet po tym, jak Rugia została zdobyta, nadal nawiedzane były przez piratów, Duńczycy mądrze zdecydowali, że należało policzyć całą flotę, i że co czwarta łódź miała patrolować wody, tak długo, jak pora roku na to pozwalała, tak że niektórzy czyniąc to stale, oszczędzali wszystkim innym pracy, którą musieliby inaczej wykonywać. Duńczycy mianowicie teraz z niewielu ludźmi, którzy nieustająco byli na morzu, dokonywali tego samego, co na wielkich wyprawach od czasu do czasu.
Zdecydowano, że do służby wybierać miano młodych ludzi, nie żonatych, aby tęsknota za żoną nie osłabiała ich wojennej dzielności i zapału.
Otrzymali oni Absalona i Christoffera [Valdemarsena] za wodzów, i nie zadowalali się oni trzymaniem się granic wód wewnętrznych, lecz także odwiedzali wybrzeża Rugii i zatoki ziemi Luciców. 
CAŁA KRONIKA TU OD INTERESUJĄCEGO NAS ROZDZIAŁU 14.3 :
https://sites.google.com/site/margreteerykiunia/44-saxo/ksiega-14-3