Krut syn Gryna

KRUT SYN GRYNA
(rozdział XIV książki Zofii Kossak i Zygmunta Szadkowskiego pt Troja Północy)  0g

Obarczeni bogatymi darami posłowie obodrzyccy nie zdążyli jeszcze wyjechać do Radogoszczy, gdy przyszła wiadomość, że świątynia Swarożyca nie istnieje.
Wiadomość padła jak grom. Czy ziemia się rozstąpiła, czy jezioro wyszło z brzegów, karząc w ten sposób czyjąś zbrodnię lub bluźnierstwo? Nie, nie, po trzykroć nie!
Puszcza rosła jak dawniej, jezioro z trudem uwalniało się od lodu — po prostu Niemcy przyszli, gród spalili, po czym odjechali…
Chciało się potraktować niewiarogodną tę wiadomość jako bajkę, oman rzucony na umysły ludzkie, lecz opowiadający wymieniali dzień, w którym zaszło nieszczęście.
Podawali szczegóły, opisywali męstwo obrony, uprowadzenie świętego ogiera… Należało uwierzyć.
Słuchacze kamienieli ze zgrozy. Każdemu drżało na ustach pytanie: A bóg… Co?…
Spuszczali głowy, dowiadując się z toku powieści, że Swarożyc dał się spalić, jak by był zwykłym pniem drzewa, nie bogiem…01t

Redary i Doleńcy strzegący placówek nad Łabą, posłyszawszy co się stało, rzucili gromadnie stanowiska, nie opowiadając się nikomu i brnęli przez roztopy do domów, by własnymi oczami ujrzeć prawdę, w którą nie mogli uwierzyć.
Na linii obronnej powstawały luki, przez które Sasi mogli łatwo przejść Łabę z powrotem.
Obiór nowego księcia stawał się zatem sprawą palącą.
Wiec nadal obradował w Lubece, rozpatrywał kandydatów z rodu dawnych książąt plemiennych, ale zbyt wielu ich było.
Na każde wymienione imię podnosił się chór sprzeciwu tych, co sami pragnęli zostać wybrani. To skłoniło na koniec wiecowników, by za poradą bawiących tu zimą Ranów ofiarować rządy nad Obodrzycami Krutowi, księciu rańskiemu. Wnet wysłano do niego poselstwo.
Posłowie popłynęli po wzburzonym wiosennie morzu, nie wiedząc, jakie spotka ich przyjęcie.
O Ranach zgodnie mówiono: dobrzy jako sojusznicy, bo pewni i wierni, ale trudno się z nimi przyjaźnić, gdyż nieprzystępni i hardzi Wiec czekał na powrót posłów i biadał.
Przeklinał Goczałkowica Budziwoja, który uciekłszy z Lubeki w dniu śmierci Błusa, udał się wprost do Ordulfa i tam podżegał niedołężnego księcia przeciw własnemu narodowi.
Szpiedzy słowiańscy śledzący jego poczynania opowiadali, jak mu się kłaniał a korzył:

„Wiadomo jest Twojej Jasności, o największy z ludzi, jak wiernie mój ojciec Godszalk poruczone mu rządy w kraju słowiańskim na cześć Boga i dziada twego [Bernarda] sprawował, niczego nie zaniedbując… Ja też chcę naśladować ojca mego pokorę z całą wiernością i oddaniem się, poleceniom saskich książąt będąc posłusznym… Aby mi choć czczy tytuł, a wam owoce pozostać mogły…”
(Helmold, Kronika Słowian).

Słowa wypowiedziane do Ordulfa można było uważać za stracone. Kto na niego rachował, „opierał się jakoby na kiju ze trzciny i do tego połamanym” (Helmold. j. w.), natomiast dorastający syn Ordulfa, Magnus, podobny był z zaborczości i energii do dziada swego Bernarda, którego imię dotąd jeiszcze wspominano wśród Słowian ze zgrozą.
Magnus obiecał wygnańcowi „umysł swój i siły wytężyć, aby ujarzmić buntowniczych Słowian”, (j. w.).
A tu pola obsychały i zbliżał się czas siewów…
Bociany chodziły stadami po zieleniejących, zalanych wodą łęgach, klekotały na zeszłorocznych gniazdach.
Każdego z wiecowników aż rwało do domu, do robót polnych.
Z podwójną zatem niecierpliwością oczekiwano powrotu wysłańców.
Nadpłynęli szybciej, niż się spodziewano, i w zwiększonej liczbie łodzi.
Książę rański, Krut syn Gryna, z półsetką swych wojów, przybył razem z posłami obejmować władzę.
Małomówny, surowy, zgodnie z obyczajem Ranów i własnym imieniem: Krut znaczy tyleż co srogi.
Od słowa Krut pochodzi okrutny, okrucieństwo.
Ani jednego zbędnego dnia nie chciał zatrzymać się w Lubece czy Zwierzynie, ruszając natychmiast nad Łabę do wojska.
Obecność jego była tam wielce potrzebna.
Śmierć Błusa, bezczynność zimowa, a ostatnio grom radogoski, obniżyły wartość bojową słowiańskich szeregów.
— Gdyby Magnus dziś nastąpił, tyle byście go zadzierżyli, co wodę rzeszoto! — złościł się Krut.
Na psa takie wojowanie!
Gniewny objeżdżał stanowiska, sprawdzał uzbrojenie załóg.
Tu, na Łabie, rozstrzygną się losy Obodrzyców.
Ze strony Duńczyków nie groził chwilowo najazd.
Historyk Orderyk Vitalis, autor dzieła Historia Eccle-siastica zapisał pod rokiem 1069:

„W tym czasie Swen, król Duńczyków… wystawił liczną flotę… i wysłał do Anglii… Rozporządzał wielką potęgą, ściągnął wszystkie siły ze swego królestwa, do których dołączył wielkie posiłki z sąsiednich a zaprzyjaźnionych krajów… Także Lucice przysłali na wyprawę angielską oddziały posiłkowe… W ich kraju mieszkał naród liczny, który spętany błędami pogaństwa nie poznał dotąd Boga prawdziwego… Lud ten był doświadczony w walkach na lądzie i morzu…”  

Zaiste nie było obawy, aby król duński pozbywał się cennych sprzymierzeńców Wieleckich dla obrony praw Goczałkowiców! Co innego Magnus!
Ten rad chwytał powód, by wmieszać się w sprawy słowiańskie. Wiedziano, że udzielił Budziwojowi 600 wyborowych jezdnych, pozwolił zebrać siły Bardów, Holzatów, Sturmarów oraz Tetmarszów i obiecał osobiście nadciągnąć z odsieczą, gdyby tego zaszła potrzeba.
Toteż w niecały rok później Budziwój na czele wojska przekroczył Łabę, wszedł na ziemię Wągrów i obiegł warownię Płońsk (dziś Plon).
Wówczas Krut przemyślnym wybiegiem (Krut znaczy także „kręty”, wykrętny — mawiali później z uznaniem jego poddani) wywiódł po kryjomu załogę z twierdzy, pozwalając nieopatrznemu młodzikowi zająć niebroniony gród.
Gdy Budziwój wprowadził do warowni wszystkie swoje siły, Krut błyskawicznym manewrem otoczył wały wojskiem. Oblegający stali się oblężonymi.
Zapasów w twierdzy nie było.
Magnus nie nadciągał z pomocą.
Nie mógł nadciągnąć, gdyż równocześnie rozgorzała wojna pomiędzy królem Henrykiem IV a księciem Ottonem bawarskim. Króla wspomagał arcybiskup Adalbert.
Przy Ottonie stał syn Ordulfa Magnus.
Sprawa obodrzyckiego książątka zeszła na plan dalszy.

„Dnia 8 sierpnia 1071 r. zginął Butue [Budziwój] i cały kwiat Bardów przed warownią Plunę [Płońsk]. Spotężniał Krut i dzieło rąk jego… I otrzymał władzę nad całą ziemią słowiańską, a siły Sasów starte zostały. Oni sami pod władzę Kruta przeszli i dań mu płacili, oni, to jest cały kraj Nordalbingów [północna Saksonia] pomiędzy trzy ludy podzielony, pomiędzy Holzatów, Sturmarów i Tetmarszów. Wszystkie te ludy przez cały czas rządów Kruta znosiły najsroższe jarzmo poddaństwa. …W owych czasach wiele rodzin holzackich powstało i przebywszy rzekę Elbę, poszło bardzo daleko, szukając sobie dogodnych siedzib, gdzie by zawziętości prześladowania uniknąć mogli.” (Helmold, Kronika Słowian). 

kolovrat kozak

Teraz dopiero, pokonawszy natrętnego sługę Sasów, Budziwoja, Krut mógł spokojnie rozejrzeć się po swym władztwie.
Nowo zwołany wiec wszystkich plemion obwołał go jednomyślnie Wielkim Księciem.
Granice obszernego państwa Goczałkowego powiększyły się jeszcze o kraj północnych Sasów.
Słusznie pisał kronikarz, że spotężniał Krut.
Ludy słowiańskie miały nareszcie księcia oddanego starej wierze, równie jak oni nienawidzącego cudzoziemców, księcia, co bił Sasów, miast im się kłaniać.
Szczęśliwy obiór władcy należało dopełnić złożeniem bogom ofiary. Każde plemię, każdy gród posiadał własne bóstwo opiekuńcze, lecz ważność zdarzenia wymagała oddania czci najstarszemu z bogów.
Do niedawna za takiego uchodził Swarożyc.
Niestety, już go nie było. Nie istniała Radogoszcz.
Pozostawały dwa ośrodki wiary pogańskiej równe znaczeniu Rzymu dla chrześcijan.
Były nimi świątynia Trzygława w Szczecinie na ziemi Wkrzanów i Arkona na wyspie Ranie.
Do tej ostatniej Wielki Książę Obodrzycki, Krut, z rodu książąt rańskich, skierował poselstwo i kosztowne dary.
Położona naprzeciw Strzałowa, Gryfii i Wołogoszczy wyspa Rana (dziś Rugia) posiadała w owym czasie większą powierzchnię niż obecnie i mniej poszarpaną.
Nieustanna, dziewięćsetletnia działalność morza usiłującego skruszyć skalistą warownię uczyniła dziś z Rany (Rugii) kilka wysp połączonych między sobą wąskimi smugami lądu.
Lecz wtedy Rana była urodzajna, gęsto zaludniona, posiadająca liczne grody i przystanie.
Zamieszkiwał ją lud zamożny, zuchwały, skory do bitki. Mawiano na lądzie, że jeśli Ran powie:

„Tak chcą bóg i miecz” lepiej zważać na jego pięści niż na gębę.

Nie czuli braku ziemi, gdyż większą część życia spędzali na morzu. Morze żywiło i rybaków i korsarzy.
Piękne świadectwo społeczności rańskiej wystawił kronikarz Helmold:

„Ranowie… jaśnieją wielu wrodzonymi przymiotami. Odznaczają się gościnnością, a rodzicom okazują winną cześć. Nie ma też u nich ubogich ani żebraków. Skoro bowiem znajdzie się pomiędzy nimi człowiek chory czy zgrzybiały, poruczają go opiece jednego z jego potomków, który jest obowiązany pielęgnować go z całą ludzkością.”  

70487972_899920247035381_3567693495856529408_o

Brakło na Ranie borów; niewielkie laski, zwane stubnicami, stanowiły własność kapłanów lub księcia.
Były nietykalne, podobnie jak żyjąca w nich zwierzyna.
Z braku opału ludzie palili torfem, obficie znajdującym się w niektórych punktach wyspy, i szczątkami rozbitych, wyrzuconych na brzeg łodzi.
Tych również nigdy nie brakło.
Prawa łowieckie zastrzeżone były dla księcia.
W przyszłości, gdy zginą książęta rańscy, nowi właściciele wyspy ogłoszą, że poddanym wolno posiadać psa tylko o trzech nogach.
Przeto każdy, co pragnął mieć stróża zagrody, obcinał szczeniakowi jedną łapę.
Za dawnych czasów tego okrutnego zwyczaju nie znano, choć kary za łowiectwo były surowe.
Wilki nie trzymały się na wyspie, przechodziły przesmyk zimą po lodzie, lecz nim roztajało, wracały na ląd, przeto zwierzyny była na wyspie obfitość.
Jelenie, sarny, zające, wszelki zwierz drobny, i mnogość ptactwa. Głuszce, cietrzewie, jarząbki, słonki, żurawie, łabędzie, dzikie gęsi, dzikie kaczki i różne rodzaje mew. Żadne gęsi nie mogły równać się co do wielkości i gatunku puchu z tymi, które chowały gospodynie rańskie.
Co jesień długi sznur łodzi wiózł biały, pierzasty ładunek na targ do Strzałowa.
O tym także znana była gadka na lądzie: „Ogląda się, niby rańską gęś na Strzałów”.
Kiedy Subisław, syn Niebora, przedstawiciel starszyzny obodrzyckiej, i Raczek, jeden z wojów rańskich, co przybyli razem z Krutem, wprowadzili łodzie poselstwa do zatoki zwanej Bug, pełno już w niej było licznych statków i czółen. Podobnie działo się w każdej przystani.
Las masztów chwiał się naokoło wyspy.
Raczek wyjaśnił towarzyszom, że zjazd ten ma związek z świętem jesiennym. O tej porze cała ludność przynosi Swiętowitowi dary plonów ziemi i dziesięcinę ze zbiorów.
W tych dniach również każdy z Ranów, czy mężczyzna czy niewiasta, wpłaca jeden pieniążek do skarbca świątyni. Podobnie ze wszelkiego łupu wojennego czy korsarskiego trzecią część składano bogu w dowód wdzięczności za osiągnięte korzyści.
Arkona, gród święty, leżała na północno-zachodnim cyplu półwyspu Witów, a Sakso Gramatyk pozostawił dokładny jej opis:
„Pośrodku obszernego placu stała świątynia drewniana o nadzwyczaj misternej budowie… Zewnętrzne jej ściany… pokrywały płaskorzeźby, wyrażające najrozmaitsze postacie… W świątyni stał ogromny posąg [boga Swiętowita], wielkością przewyższający kształt ludzki, czterema głowami i tyluż karkami wzbudzający zadziwienie. Dwie głowy zdawały się zwracać w stronę piersi, dwie w stronę pleców. W obu parach głów jedna spoglądała wprost przed siebie, a druga na lewo. Brody i włosy miały krótko postrzyżone, tak że widoczny był zamiar rzeźbiarza, aby przedstawić sposób, w jaki noszą się Ranowie. W prawej ręce posąg trzymał wielki róg, wykonany z kosztownego kruszcu… w lewej złoty łuk i strzały…” Swiętowit miał długą szatę sięgającą łydek i stał jak człowiek, stopami na ziemi. Opodal leżało jego uzbrojenie, siodło, rząd i różny sprzęt. Bogactwem i ozdobą wykonania wyróżniał się spośród nich miecz… „(Sakso Gramatyk, Gęsta Danorum)  

slavs 1

 

Wiedziony przez Raczka Subisław razem z towarzyszami i służbą, niosącą przywiezione dary, wspięli się po stromym wzgórzu ku bramie grodu, bronnej wieżą, dzisiaj szeroko otwartej.
Za bramą cisnął się nieprzeliczony tłum ludzi, którzy nie mogąc pomieścić się na dziedzińcu, obsiedli wały wkoło gęstym wieńcem.
Złożyli już w świątyni dary owoców i zboża; teraz czekali, rychło kapłani ogłoszą rozpoczęcie święta.
Pokryte rzeźbą od zewnątrz, obite złotą blachą od wewnątrz, wrota świątyni, podobnie jak brama, były szeroko otwarte. Czekający ludzie widzieli przez nie uwijającego się w gmachu kapłana, zmiatającego pył z podłogi świątyni i rozwieszającego wieńce. Czynność, acz łatwa, zabierała mu wiele czasu, nie śmiał bowiem odetchnąć w obecności boga.
Zaciskał więc usta, a gdy już nie mógł wytrzymać, wybiegał przed wrota, by nabrać w płuca powietrza.
Z ciągłego wysiłku wstrzymywania tchu był spocony i na wpół zduszony; surowy rytuał jednak mówił, że lepiej trupem paść niż skazić boga nieczystym ludzkim oddechem.
Tylko w przytomności najstarszego z kapłanów, sprawującego ofiary, zakaz ten nie obowiązywał.
Nareszcie żerca skończył, odetchnął z radością i zawarł wrota od środka.
Znaczyło to, że uroczystość zacznie się nazajutrz o świcie.
Pogodną sierpniową noc spędził każdy tam, gdzie stał.
Noc była chłodna, lecz bliskość wzajemna ciał grzała.
Morze połyskiwało w mroku, bielejąc smugami piany.
Wiatru nie było i tylko woda chlupotała rytmicznie o skały.
Ledwie gwiazdy pobladły, a wąskie skrzydła mew jęły ciąć i rozganiać mrok, zagrzmiały rogi niewidzialnych jeszcze żerców. Brzmiały dojmująco, niosły się daleko po morzu.
Spoza świątyni wyszły pacholęta w bieli, niosące owoce, jarzyny, kłosy, zboża, leszczynowe orzechy, chmielowe szyszki, kiście prosa i makówki.
Za nimi starsi dźwigali półroczne baranki, nieśli drób, prowadzili źróbki, pędzili podświnki i cielęta.
Dziedziniec wypełnił się myczeniem, beczeniem, kwikiem, gdakaniem, rżeniem, zmieszanym z chrapliwym rykiem rogów. Teraz szli żerce.
Jeden z nich dźwigał złoty dzban, wypełniony napojem uwarzonym i ziół i miodu.
Za nim szedł najstarszy kapłan.
Wyróżniały go długie siwe włosy, spływające na ramiona, oraz równie siwa broda.
Kapłani weszli do gmachu i wśród uroczystej ciszy długowłosy żerca wyjął z dłoni posągu drogocenny róg.
Ukazał towarzyszom i stojącemu na zewnątrz ludowi, że jest pełen zeszłorocznego napoju, co samo przez się stanowiło dobrą wróżbę.
Na powierzchni płynu ciemniała warstewka pyłu, pływały po niej muchy i źdźbła ziół przyniesionych z wiatrem, niemniej kapłan wychylił ten kielich do dna z wyrazem lubości.
Podano mu złoty dzban.
Strząchnął z niego parę kropel na ziemię, napełnił róg po brzegi i ostrożnie umieścił z powrotem w prawicy boga.
Teraz tłum się poruszył, rozstąpił.
Przez ciżbę przedzierał się korowód mężów, niosących rumiany obły przedmiot, podobny z dala do wysokiej tarczy.  wends 7

Z bliska okazywało się, że to nie jest tarcza, lecz olbrzymich rozmiarów kołacz.
Pieczono go w osobnym piecu, jedynie na tę okazję raz do roku używanym, a mieszenie ciasta stanowiło przywilej niewiast z paru najprzedniejszych rodów rańskich.
Długowłosy żerca odwrócił się od posągu, a ludzie z plackiem stanęli przed nim twarzami zwróceni do tłumu.
Kołacz zasłaniał kapłana, który zza ściany ciasta zawołał:
— O ludzie, czy mnie widzicie?
— Odpowiedzieli chórem: — Nie widzimy ciebie wcale!
— Po trzykroć tak pytał i za każdym razem tysiąc głosów odgrzmiewało:
— Nie widzimy ciebie wcale!
— Za trzecim razem długowłosy opuścił piernikowy szaniec. Był łaskaw, pogodny.
Wróżba wypadła pomyślnie.
Urodzaj przyszłoroczny zapowiada się bogaty, a ludzie będą piec chleby wielkie, jak ten kołacz.
Słońce padło przez otwarte wrota do wnętrza świątyni, odbijając się złociście w rogu trzymanym przez Świętowita.
Jeszcze jedna pomyślna wróżba.
Obrzędy religijne były zakończone. Teraz zaczynało się swobodne ucztowanie, śpiewy, pląsy i znów ucztowanie, i tak przez kilka dni.
Poselstwo Wielkiego Księcia Obodrzyców przyjęto z należnym szacunkiem.
Długowłosy kapłan pochwalił dary i powiódł gości do skarbca, gdzie od wieków gromadzono cermości składane Świętowitowi, nie tylko przez Ranów, lecz również przez inne plemiona słowiańskie, a nawet ludy skandynawskie.
Sława Swiętowita rozchodziła się bowiem szeroko.
Nie ukrywając zadowolenia kapłani ukazywali posłom te bogactwa.
Największego jednak skarbu świątyni nie odsłaniano nigdy przed nikim. Nie wspominano o nim nawet.
Niejasne tylko wieści, krążące między ludem, mówiły o świętym i mocnym Znaku zwanym Stanicą.
Sprawiono dla posłów wróżbę za pomocą zakopanych w ziemię losów. Losami nazywano gładkie, małe deszczułki po jednej stronie czyste, po drugiej czernione sadzą.
Zakopane, po licznych śpiewach i zaklęciach odkopywano znowu. Długowłosy kapłan rzucał je z rozmachem w górę. Patrzano z biciem serca, którą padną stroną.
Stary wróż umiejętnie rzucał.
Prawie wszystkie tabliczki świeciły bielą.
To wieściło niechybnie panowaniu Kruta odługotrwałą pomyślność i pokój.
Nie byle jaką wiedzę mieli arkońscy kapłani, wróżby ich bowiem ziściły się słowo w słowo.
Od dnia złożenia Swiętowitowi darów przez Subisława, syna Niebora, minęło 20 lat w niezamąconym pokoju.
Błogo brzmi to słowo: pokój. Od dawna nie zaznali go Słowianie!
Tym bardziej cenili sobie obecny szczęśliwy czas.
Nie pustoszył kraju nieprzyjaciel, nie nękały coroczne najazdy tych czy innych wrogów.
Można było chwalić jawnie stare bogi, składać obiaty ubożętom czy zmarłym dziadom, nie kryjąc się z tym po lasach. Ziemia uprawiana bez trwoirego pośpiechu dawała obfite plony.
Mnożyły się świnie, rosło piękne bydło, mleczne krowy, silne woły. Komory były pełne.
Rolnicy, rybacy, łowcy, bartnicy, wszyscy żyli dostatnio, nie głodno. Nie obawiając się wroga, jęto staranniej budować chaty i chlewy. Rozrosły się grody, wzmógł handel.
Młodzież tylko z opowiadań znała grozę wojny.
Ludzie cieszyli się życiem, ufali, że tak już na zawsze zostanie. Chwalili bogów i Wielkiego Księcia, któremu zawdzięczają obecną pomyślność.
Krut on był, ale tylko Sasom, którzy skwierczeli pod jego żelazną pięścią. Dla swoich był sprawiedliwy, surowy, owszem, nie dopuszczający swawoli, ale sprawiedliwy.
Szanując swego władykę, woleliby może, aby był bardziej ludzki, przyjacielski.
Tej cechy jednak Krut syn Gryna nie posiadał.
Nikt się z nim nie poufalił, on z nikim się nie przyjaźnił. Uczestniczył, jak przystoi, w ofiarach składanych bogom, lecz nigdy nie brał udziału w świątecznych ucztach czy pląsach.
Nie zdarzyło się, by przyszedł popatrzeć na Sobótkę, gdy stosy płoną, a junaki skaczą przez płomienie.
Albo jak dziewki puszczają wianki na wodę przy śpiewkach, piskach, wybuchach śmiechu lub płaczu.
Kto żyw, przychodził patrzeć na to widowisko, tylko książę pozostawał w swym dworcu.
Jedyną jego rozrywkę stanowiły łowy, ostatnio jednak ociężał i nie kwapił się już gonić za zwierzem jak dawniej.
Domyślali się poddani, że nie tylko wiek, ale nieznane im troski powodują książęcą posępię.
Pewnie się frasuje, komu dziedzictwo zostawi.
Trzecią już ma żonę, a potomka ani śladu.
Na to inni powiadali, że wszak ród Kruta jest liczny.
Rodzeni bracia księcia mieszkają na wyspie Ranie.
Niechby usynowił bratanka i następcą po sobie naznaczył.
Troski omraczające duszę Kruta syna Gryna były liczniejsze i do rozwiązania trudniejsze, niż to sobie wyobrażali poddani. One sprawiały, że nie będąc jeszcze zbytnio pomkły w latach, postarzał mocno w ciągu ostatnich lat.
Choć po dawnemu modłą rańską golił policzki i brodę, strzygł krótko siwe włosy, to jednak kępki szpakowatej szczeci sterczące z nozdrzy i uszu, a także zjeżone brwi czyniły twarz starego księcia podobną do odyńca.
Jakoż i z usposobienia przypominał dzika samotnika, co w pojedynkę depcze gniewnie ściółkę leśną, przetrawiając w sobie niechęć ku wszystkiemu stworzeniu. Bardziej niż lata, myśli gorzkie niby piołun przygarbiły jego barczyste plecy i zbruździły czoło.  1prof

W przeciwieństwie do ludu, który przypisywał księciu zasługę panującego w kraju spokoju, Krut wiedział, iż obecne bezpieczeństwo Obodrzyców wynika mniej z jego siły niż ze słabości sąsiadów.
Walki cesarza Henryka IV z papiestwem i z własnym narodem nie ustawały, przeciwnie, były coraz zacieklejsze.
Cesarstwo nie starało się nawet uwolnić północnej Saksonii spod jego, Kruta, władzy, cóż dopiero myśleć o najeździe na ziemie słowiańskie!
Przyjdzie jednak czas, że Niemcy staną się mocne jak dawniej. O tym należy pamiętać.
Podobnie z Danią.
Na razie pochłonięta jest swoimi wewnętrznymi sprawami, lecz gdy to się zmieni?…
Krut syn Gryna pochodził z rodu władców, budowniczych państw. Umysł miał bystry, patrzący daleko.
Pojmował, że udzielonego przez bogów pokoju trzeba użyć dla stworzenia siły zdolnej się oprzeć zakusom niemieckim czy duńskim, czy jednym i drugim razem.
Uczynić pokój trwałym, niezależnym od okoliczności. Najprostszą ku temu drogą byłoby zebrać w jedno wszystkie plemiona słowiańskie, wierne starym bogom.
Wezwać do wspólnoty Wieletów, co gniją bezsilnie, utraciwszy Swarożyca. Połączyć się w jedno z Ranami i Pomorzanami.
Od Wisły po Łabę nie lada byłoby państwo.
Potęga, jakiej nikt nie śmiałby zaczepić…
Nieraz, gdy o tym myślał, zrywał się z ławy jak młody, gotów natychmiast działać, posłów słać czy samemu jechać… Niebawem zapał ostygał.
Wezwać Wieletów czyli Luciców?…
A jużci! Przyjdą ci oni?…
Od spalenia Radogoszczy gniją rzeczywiście, zgoła niepodobni do dawnych Wieletów…
Wiece straciły szacunek, każdy wiec u nich kończy się powszechną bójką.
W jednej tylko sprawie zostali twardzi po dawnemu: nienawiści do Chyżan i Czrezpienian.
Poczytują ich winnymi spalenia Radogoszczy.
Gdyby nie rzucili Świętego Związku — powiadają — niemiecki biskup nie ośmieliłby się napaść…
Że sami na Czrezpienian uderzyli, że wrogów przeciw nim zwołali, nie chcą pamiętać.
Znając zawziętość słowiańską, można wnosić, iż żadne namowy nie nakłonią ich do zgody z tamtymi… A Ranowie? Krut znał swych ziomków.
Wejdą chętnie do wspólnoty, wnosząc swoje niepospolite zalety, ale wejdą pod warunkiem, że przewodnicwo będzie do nich należało.
Żądanie słuszne, gdyż Ranowie górują nad innymi rozumem i doświadczeniem; lecz żadne z plemion lądowych tej wyższości nie uzna, wyspiarzom się nie podporządkuje…
Przeklęte koło!
Depcz, depcz, zabiegaj, wracasz do tego samego rozstaju… Bez Wieletów i Ranów, szkoda sięgać do Pomorzan.
Chodzą zresztą gadki, że książęta pomorscy są chrześcijanami w tajemnicy przed swoim ludem…
Chrześcijaństwo…
Oto była troska najcięższa, ważniejsza nawet niż brak syna i niepewność co do przyszłych losów księstwa.
Troska, której nie było z kim dzielić.
Podobne myśli nikogo poza nim nie udręczały.
Otaczający go woje i starszyzna uważali jednomyślnie, że ta wiara jest najlepsza, którą wyznawali ojcowie.
Co stare to dobre — co nowe to złe.
Niemcy mają własną wiarę, nikt im jej nie wzbrania.
Słowianie mają swoją.
Własna wiara zawsze dobra, a wierność swej wierze stanowi przednią cnotę męską.
Przed laty Krut syn Gryna dzielił te poglądy.
Obecnie dawne pewniki chwiały się w jego umyśle.
Może dlatego, że był Ranem, Krut spostrzegał więcej niż jego poddani. Pojmował, że wiara chrześcijańska, choć Niemcy głoszą, że należy do nich, nie jest wiarą niemiecką, ale powszechną.
Wyznaje ją wiele narodów, a ich liczba ciągle rośnie.
Czy rzeczywiście wszystko, czego ojcowie nie znali, jest złe i szkodliwe, zasługujące na wzgardę?
W narożnej komnacie dworca leżały w kącie na kupie księgi, pozostałość po Goczałku.
Oprócz ksiąg, karty pergaminu, jedne zapisane, inne czyste. Zazwyczaj w razie pustoszenia klasztorów lub dworców saskich, książki, o ile się tam znajdowały, były przez Słowian z zawziętością palone.
Nie przydawały się na nic, a mogły kryć w sobie czary.
Te tutaj ocalały, gdyż stary Błus kazał je zostawić.
Błus umarł, o księgach zapomniano i leżały w swoim kącie grubo przysypane pyłem.
Nie wiadomo, czy tkwiły w nich czary, w każdym bądź razie sam ich widok nawiewał dziwaczne myśli.
Patrząc na drewniane, grube okładziny, na skórzane grzbiety, Krut uprzytamniał sobie, że w całym jego państwie, wielkim i szerokim, nie znajdziesz ani jednego człowieka, który by znał tajemnicę drobnych czarnych znaków, kreślonych na tych kartach.
A jeżeli żyje taki, to nie przyzna się do swej umiejętności w obawie, że będzie posądzony o sprzyjanie chrześcijaństwu. Słowianom, wystarczały jak niegdyś zwykłe ciosna na drzewach granicznych, te same ciosna ryte w kamieniu, lub klejma do znaczenia barci czy stada.
Krut zdawał sobie sprawę z różnicy dzielącej owe pierwotne znaki od pisma.
Księża ze swoich czarnych znaczków, zapełniających karty, odczytywali wszystkie sprawy.
Umieli, patrząc na nie, powtórzyć, co się działo gdzie indziej, kiedy indziej, jak by tam byli, patrzyli…

wolves-african-beauty-african-werewolf-a-wolf-bad-wolf-Ef1c3500c72aad1d0313da235d0de2d6b

Któż może rzec, iż podobna umiejętność jest zła?
Jest dobra i pożyteczna.
Warto by ją posiąść, ale jak, skąd?…
Żaden mnich chrześcijański nie zechce uczyć poganina, ani poganinowi przystoi iść po naukę do mnicha.
Mimo swej rańskiej wyniosłości, Krut raczył nieraz rozmawiać z kupcami, którzy przyjeżdżali do Lubeki czy Roztoki, przywożąc cenne towary do wymiany na bursztyn, skóry i miód.
Wielu z tych cudzoziemców rozumiało mowę słowiańską, jeździli bowiem często wzdłuż wybrzeży bałtyckich.
Gdzie oni zresztą nie jeździli!
Znali Nowogród, Kijów, grody szwedzkie, norweskie, duńskie, niemieckie, italskie, francuskie…
Mieli o czym opowiadać!
Z Holandii przyjeżdżali znów łowcy sokołów, które złowione w sieci zawozili do Francji i tam dobrze sprzedawali.
Choć przyjeżdżali rokrocznie, za każdym razem otrzymać musieli zezwolenie księcia pana, gdyż sokoły, podobnie jak orły, łabędzie i czaple, zastrzeżone były dla książęcych łowów.
Kraju, który zamawiał sokoły, nie nazywali już Galią, jak dawniej, lecz Francją.
Przedstawiali ją jako kraj wielki i bogaty.
Krut pozwalał sokolnikom holenderskim siadywać przy kominie w wielkiej sieni zamkowej i wypytywał ich, bacząc, by nie zdradzić ciekawości, uchybiającej godności książęcej. Opowiadali chętnie, zwłaszcza o Paryżu, dawnym rzymskim grodzie, zewsząd rzeką oblanym, słynącym teraz z wiedzy.

— Są tam — powiadali — szkoły, do których zjeżdżają uczeni całego świata…
Krut kiwał głową ze zrozumieniem.
Mnisi kształcą młodych mnichów na swoich następców.
To samo czynią kapłani arkońscy.
Holender zaprzeczał żywo.
Nie o takie szkoły chodzi.
Wielu świeckich z różnych krajów przybywa do Paryża, tam toczą spory, wykazują, czyja mądrość większa…
O czym mówią owe „nauki wyzwolone”, owe „filozofie” nie wiedział, sokolnikiem będąc, a nie uczonym.
Słyszał tylko nieraz, że są to sprawy dla człowieka najważniejsze…
Krut udawał obojętność, lecz gdy Holender milkł, zachęcał go nowym pytaniem. Potem nocą bezsennie przewracał się na swym legowisku suto wymoszczonym skórami.
Nawiedzało go wrażenie, coraz częściej wracające w miarę jak się starzał, że on i jego ludzie wpadli w wilczy dół bez wyjścia, z którego dna ledwo skrawek nieba widać, a na powierzchni życie tętni, bieży, dzieją się przeróżne sprawy, o których siedzący w dole pojęcia nie mają ani mieć mogą…
Odcięci są, pogrzebani.
To znów widziało mu się, że siedzą nie w dole, a w dziupli drzewnej albo na ostrowie.
Nie na ostrowie skalistym wyniosłym, jak Rana, lecz płaskiej mieliźnie. Grzbiet mielizny stoi w miejscu, a fale mijają go, pędzą w przód…
I to porównanie złe. Kra!
Stoją na krze, co płynie i kruszy się, i topnieje…
Gdy skruszeje, pójdą na dno.
Co począć?
Nie ma wyjścia z dołu, czy dziupli, nie ma łodzi, by opuścić ostrów, nie ma gruntu, na którym zatrzymałaby się kra.
Dręczyło uczucie, że była kiedyś stosowna pora włączenia się W nurt, lecz została przeoczona.
A teraz?…
On, Krut, ima obowiązek wyprowadzić swój lud ze ślepej zatoki. Gdyby przyjąć chrześcijaństwo, jak to uczynił niegdyś polski Mieszko?

MIESZKO
Jest dość potężny, by móc zwrócić się wprost do papieża, omijając pośrednictwo Niemców.
Papież wojuje z cesarzem, więc będzie sprzyjał Krutowi, jak sprzyjał Bolkowi Śmiałemu, zezwalając na jego koronację…
Krut mógłby też zostać królem.
Pochlebcy już go nieraz tak nazywają.
Lecz cóż z imienia, jeżeli nikt go nie uzna.
Nie powie do niego: „Witaj, królu bracie” król francuski, król duński, polski, choćby z nim byli złączeni przymierzem.
Bo według nich tylko papież w Rzymie władny jest rozdawać korony.
Byli niegdyś królowie pogańscy, lecz czas ich się przeżył. Królem dzisiaj może być tylko chrześcijanin…
Więc na co czeka?
Zaczynać, zaczynać! Nie tracić czasu!
Zimny namysł studził rozbudzoną chęć.
Naród nigdy nie przystanie!
Od czasów Mieszki minęło więcej niźli sto lat.
Przez ten czas narosło tyle krzywdy, żalu, oporu, że darmo marzyć, by pójść jego śladem.
Jak nakłonić lud, któremu wpojono nienawiść do chrześcijaństwa?
Lud, gdzie matki uczą dzieci: Nie ufaj chrześcijaninowi!
Albo: kłamie jak chrześcijanin.
Gdyby on, Krut, książę mocny, ogłosił przejście na chrześcijaństwo, wezmą go zrazu za szalonego, a potem okrzyczą zdrajcą.
Wszyscy jak jeden mąż staną przeciw niemu.
Cóż ma wtedy uczynić zagrożony książę?
Wzorem Goczałka czy Budziwoja zwrócić się o pomoc do Sasów, Duńczyków albo Bawarów?
Śmiał się sam z tej myśli, ponuro jak puszczyk.
Nie było wyjścia z dołu.
Do trosk książęcych dołączał się własny niepokój.
Przyczyną jego było również chrześcijaństwo.
Zaiste, czegokolwiek człowiek myślą dotknął, natykał się na nie. Można było nienawidzić chrześcijan, a zdumiewać się wiarą, jaką wyznawali.
Inni bogowie lubili mieszkać wśród swoich, nie pragnąc innych wyznawców.
Jezus Krystus, przeciwnie, chciał wszędzie panować.
Wokół Niego kłębiło się od sprzeczności.
Krystus był niby pokorny, w stajni się pono narodził (kapłani arkońscy parskali śmiechem, słysząc tę gadkę), a zarazem taki pyszny, że innych bogów koło siebie nie mógł ścierpieć.

 

Im więcej Krut nad tym myślał, tym osobliwsze sprawy ukazywały się jego oczom.
Odkąd biskup niemiecki zniszczył przed laty Radogoszcz, Swarożyca nie ma. Spłonął.
Wieleci chodzą do dziś dnia jak bez duszy.
Nieliczni żercy ocaleni z pogromu jęli się innej pracy albo służą pomniejszym bogom. Swarożyca już nie ma.
A ileż razy Obodrzyce czy Wieleci palili świątynie chrześcijańskiego Boga!
Ogień trawił wszystko, ale Bóg uchodził cało.
Istniał nadal żywy i wieczny.
Jego wyznawcy gadali do Niego, twierdzili, że On wciąż jest przy nich obecny. Co za niepojęte sprawy!
Ulatywał z płomieni w powietrze, czy też uciekał chytrze zawczasu, że nie można Go było doścignąć?
Nie dosyć na tym.
Sami chrześcijanie czynili, co tylko mogli, by swojego Boga obalić. Acz samotny i milkliwy, Wielki Książę wiedział, co się w świecie dzieje, nie tylko z opowiadań kupców albo holenderskich sokolników.
Zdawali mu sprawę z wypadków niemieckich wiernicy, zarządzający w jego imieniu północną Saksonią, rozsyłał swoich zaufanych ludzi do innych dworów, by mu donosili, czy się tam czego przeciw Obodrzycom nie knuje.
Od nich wiedział o walkach biskupów niemieckich z papieżem, o gwałtach popełnianych w świętym mieście Rzym, o ustawicznych buntach panów chrześcijańskich przeciw swemu Kościołowi.
O co im chodziło, książę obodrzycki nie zawsze pojmował, widział jednak, że siła była zawsze po stronie króla czy książąt, a zwyciężał papież. Nie dziwneż to?
Mocny był Kościół wbrew swoim wyznawcom.
(Ogarnąłby cały świat, gdyby chrześcijanie tak go szanowali jak my Swiętowita — przemykało Krutowi przez głowę.)
Bardzo był mocny.
W roku według rachuby chrześcijańskiej 1077 papież wyklął cesarza Henryka IV i ten w styczniu w srogą zimę powędrował do Italii przez ogromne góry i śniegi błagać o przebaczenie. Papież był twardy, zamknął się w warowni zwanej Canossą i cesarz niemiecki stał dwa dni boso z odkrytą głową na śniegu i mrozie, aż się papież dał ujednać i cesarzowi przebaczył. Wprawdzie w niecały rok później znów się pogniewali, ale to inna sprawa. Boso na śniegu, jak żebrak…
W dumnym księciu rańskim krew się burzyła na samą myśl o podobnym upokorzeniu. Lecz ze słów opowiadających przekonywał się, że ta pokora nie zhańbiła cesarza w oczach poddanych i całego świata.
Raczej przeciwnie… Któż by mógł to zrozumieć?…
Przed niewielu laty zaszły wypadki budzące w nim nadzieje, że stara wiara powróci.
Sasi rozjątrzeni postępowaniem cesarza Henryka IV rozwalili twierdze, jakie on na ich ziemi postawił, zburzyli jego piękny nowy zamek w Harzburgu i spalili tam kościół z grobami przodków cesarskich.
Sasi palący kościoły — było to zaprawdę piękne widowisko! Sądzono po słowiańskiej stronie Łaby, że to sygnał śmiertelnej rozprawy z mnichami i biskupami, ale wypadki potoczyły się inaczej. Sasi zostali pokonani, obłożeni klątwą, przywódcy buntu (wśród nich Magnus, syn Ordulfa) poszli do więzienia, a lud saski musiał pod batem odbudowywać zamki niedawno burzone.
Krut pojął, że chrześcijaństwo przenika wszędzie, czego dowodem był jego własny dwór. 

e85532da01e960c2abedbd6705550756

 

Od pewnego czasu domyślał się, że jego trzecia żona Sławiena (pojął ją dla urody, choć nie pochodziła z książęcego rodu) jest w skrytości chrześcijanką.
Zauważył, że są dnie, kiedy przy posiłku nie tknie polewki ani mięsiwa, skubie tylko suchy podpłomyk i popija wodą.
— Cóż nie jesz? — pytał z początku.
Odpowiadała ze śmiechem, a to, że się już wprzód objadła, a to, że ją brzuch boli, a to iż rzepę woli niż barana…
Różne takie przyczyny znajdywała.
Niewiasta jak łasica, zawsze się wykręci.
Nic nie mówił, ale jął dawać baczenie.
Każdego tygodnia dwa dni było tego niejedzenia.
Oho, to już wiedział. Nie pytał jednak ani gdzie się tego nauczyła, od kogo, ani po co to czyni, co ją pociągnęło? Sławieny nie było na świecie, gdy krzyże znikły z ziemi obodrzyckiej. Widocznie żyli jeszcze ludzie, co pamiętali…
Nie pytał, wiedząc z góry, że prawdy się nie dowie.
Skłamie mu cokolwiek i tyle.
Udawał przeto, że niczego się nie domyśla.
Lecz drażniło go, że głupia białka zna sprawy jemu obce, sprawy, które nocą nie dają mu zasnąć, zbyt trudne dla męskiego, doświadczonego rozumu.
Niezależnie od zgryzot nękających Kruta, w latach tysiąc dziewięćdziesiątych na horyzoncie księstwa obodrzyckiego pojawiła się sprawa brzemienna w następstwa: możliwość powrotu Henryka Goczałkowica.
Małym dzieckiem uniosła go z płonącego grodu matka, królewna duńska, Sigrida, wypędzona nago przez powstańców. Dotarłszy do Danii, rychło zmarła z przebytej trwogi.
Chłopiec pozostał na dworze, jako wnuk królewski.
Swen Estrydsen miał 4 synów prawego łoża: Swena, Kanuta, Olafa (ten ostatni był przepaścisty, wiecznie głodny, więc go przezywano Głód), Eryka i piątego z nałożnicy, Nielsa.
Ich krewniak Henryk był szósty, najmłodszy.
Chowali się razem. Po śmierci Estrydsena Henryk jął się dopraszać u Kanuta, obecnie króla, pomocy w odzyskaniu dziedzictwa.

Takiej pomocy, jaką jego ojcu, Goczałkowi, okazał niegdyś król Magnus o przydomku Dobry.
Lecz Kanut, człowiek miłujący zgodę i pokój, (po śmierci uznany został przez Kościół za świętego, pierwszego patrona Danii) nie kwapił się wszczynać wojny z tęgo uzbrojonym sąsiadem obodrzyckim.
Dopiero gdy Kanut w piątym roku swego panowania (1086) został zamordowany w kaplicy św. Albana w Odensee za to, iż nakłaniał lud do płacenia dziesięciny Kościołowi, a tron objął Olaf o przydomku Głód, synowi Goczałka zabłysła nadzieja. Olaf udzielił mu statków i ludzi, z którymi Henryk jął nękać -wybrzeża wagryjskie, naprzykrzając się Krutowi.

„…kiedy Krut, książę słowiański, prześladowca imienia chrześcijańskiego, skutkiem starości upadł na siłach, syn Godszalka, Henryk, opuścił Danię… Krut wszelki przed nim przystęp zamknął, przeto on, zebrawszy u Duńczyków… pewną ilość okrętów, napadł na Aldenburg [Starogard] w ziemi Wągrów i ogromne łupy stamtąd uprowadził. Gdy zaś to po raz drugi i trzeci powtórzył… sam Krut nadspodziewanie ułożył się z Henrykiem i dozwoliwszy mu wstępu, dogodne wsie na mieszkanie mu odstąpił.” (Helmold, Kronika Słowian).

slavs 7

Wspaniałomyślność Kruta w stosunku do rywala, „nadspodziewana” — zdaniem kronikarza — jest i dla nas trudna do zrozumienia.
Dlaczego Wielki Książę Obodrzycki puścił Goczałkowica do kraju? Z poczucia sprawiedliwości, przekonania, że każdy ma prawo wrócić do ziemi swych ojców?
Przez lekceważenie niegroźnego przeciwnika?
Po to, by go mieć na oku, uprzedzać możliwe zamachy z jego strony? Może, kto wie, chciał poznać bliżej chrześcijanina, otrzymać wyjaśnienie dręczących go wątpliwości?
Nie wiemy nic, poza faktem, że nie działał pod przymusem. Któż by śmiał przymuszać Kruta syna Gryna?
Był niezależny, potężny, silniejszy niż ówczesna Dania, w której synowie Swena Estrydsena kolejno wyrywali sobie panowanie. Niemcy byli bezsilni, grzęznący w wojnie domowej, Sasi nie śmieli odetchnąć.
Z własnej woli Krut wydzielił potomkowi znienawidzonej przez lud dynastii wybrzeże wagryjskie ze znajdującymi się tam grodami i portami.
Nadspodziewany postępek zaskoczył wszystkich sąsiadów. Nie pojmując przyczyn, znaleźli najprostszą: Krut odstąpił ten obszar synowi Goczałka, by móc zamordować go sposobną porą.
„Krut nie zrobił tego w szczerych zamiarach…” (j.w.).
„Krut nie czynił tego z dobroci serca…” (Kantzow, Kronika pomorska).
Wobec powszechnej opinii Henryk uwierzył w to również. Niemniej przez kilka pierwszych lat stosunki sąsiedzkie obu książąt, starego i młodszego, acz dalekie od przyjaźni, układały się poprawnie.
Henryk odwiedzał Kruta, nieraz przebywał na jego dworze czas dłuższy. Co go do tego skłaniało, skoro trwał w przekonaniu, że Krut dybie na jego życie?

„Bowiem pani Sławiena, żona Kruta, nieraz go ocaliła uwiadamiając o zasadzkach na jego życie.”
(Helmold, Kronika Słowian).

„Sławiena, żona Kruta, która była utajoną chrześcijanką… przestrzegała Henryka, by miał się na baczności.”
(Kantzow Kronika pomorska)

Paru dobrych duńskich wojów nie odstępowało dniem i nocą swego pana.
Toteż Henryk nie tyle obawiał się miecza, co trucizny.
Przy biesiadach Sławiena podsuwała mu jadło, wskazując wzrokiem, by brał raczej z tej, nie z tamtej misy.
Miodu ani wina nie tykał, pił tylko piwo rozlewane przez służbę wszystkim biesiadnikom z tych samych wielkich dzbanów. Stary książę dostrzegał doskonale te zabiegi i szydził z nich w duchu. Szczupłe ramiona Henryka, jego wąski kark, nienawykłe trudu dłonie, budziły w Krucie nieprzezwyciężoną odrazę. Pieszczoch, królewicz, zatracona jego mać!
Boisz się trucizny, chłystku?
Trutka — broń tchórzów.
Mężowie mordują się mieczami.
Gość jesteś!
U pogan gości nie trują.
Potruł kiedyś graf Gero książąt słowiańskich przy uczcie, ale to był chrześcijanin… He… he…
Czasami drwił okrutnie z żony i Henryka, rzucając przed gościa wybrany przez siebie, odcięty własnym nożem kęs mięsa

— Jedz! To dobre… — zachęcał.
Sławiena bladła, ręce jej drżały. Henryk zmieszany bełkotał niewyraźnie, że dziękuje, że już syty…
Wzgardliwe politowanie brało górę u starego księcia nad gniewem. Odwracał wzrok, udając, że nie spostrzega, jak wybrany przezeń soczysty płat pieczeni znika pod stołem w psim pysku.
Dziwić się będą teraz, że mój ogar nie zdechł — myślał.
Czasem patrząc na Goczałkowica żałował, że nie mogą szczerze ze sobą pogadać.
Są wrogami, no więc są. Cóż to ma do rzeczy?
Czyż wrogowie muszą sobą wzajemnie pogardzać?
Jużci nie gadaliby o sukcesji ani sprawach państwa, lecz o wszystkich owych zagadnieniach, odbierających staremu księciu sen nocą.
Henryk urodzony w chrześcijaństwie powinien je chyba znać? Lecz jakże gadać otwarcie z głupcem, który przy stole gospodarza węszy w jedzeniu truciznę?
Henryk wyjeżdżał, przepadał w swoich grodach wagryjskich. Prawdopodobnie skarbił sobie przyszłych zwolenników.
Krut nie czynił nic, aby temu przeciwdziałać.
Sam się sobie dziwił, że taki jest obojętny.

crop

Starcem jeszcze się nie czuł.
Niechby kto spróbował najechać ziemie księstwa! Doświadczyłby miecza rańskiego!
Czuł, że najwyższy czas rozpocząć działanie, zapewnić po sobie następstwo swojakowi.
Zbierał się, by wezwać z Rany jednego ze swych bratanków, utwierdzić jego obiór przez powszechny wiec i odkładał wykonanie tego zamiaru z dnia na dzień.
Jak by mu przeczucie podpowiadało, że próżne to są zachody. Przesądzona dola księstwa.
Tymczasem lata mijały.
Król duński Olaf o przydomku Głód umarł w roku 1095.
Na tron wstąpił brat jego Eryk, zwany później Ejegod, czyli Dobrotliwy. Jeden z braci pojechał w tym czasie do Francji, gdzie papież zwoływał chrześcijan przeciwko poganom. Henryk Goczałkowic towarzyszył wujowi w podróży.
Nie było go blisko rok.
Mówiono wszędzie o wielkiej wyprawie wojennej, na którą poszły niezliczone wojska.
Może Henryk dołączył się do nich i już nie powróci?
Niestety, powrócił. Było to jesienią.
Siadywano znów w wielkiej sieni przed kominkiem, na którym płonęły smoliste polana.
Po jednej stronie księżna Sławiena i jej dworki przędły gorliwie, wrzeciona cicho furczały.
Krut i Henryk po drugiej, wraz z przybocznymi wojami.
Oboje księstwo i gość mieli poręczowe krzesła z wysokim oparciem, pozostali siedzieli na zwykłych stołkach lub ławach. Henryk opowiadał o owej wielkiej wyprawie wyruszającej w tym roku z Francji, Italii, Niemiec, na wezwanie papieża Urbana II odbierać Grób Święty poganom.
Opisywał miasto Clermont i wielkie tłumy zebrane, wszystkich nacji, wszystkich stanów…
Książęta, królowie, baroni, rycerze, proste woje, mieszczany, biskupi i mnisi, zwykli rolnicy, poddani, nawet żebracy i kaleki. Wszyscy razem!
Jedna myśl, jeden głos! Jeden zapał…
Bóg tak chce!
Czerwone krzyże przypięte na lewym ramieniu…

crusade-leaders

Dla grzeszników przebaczenie, dla więźniów wolność, dla morderców łaska…
Uczestnictwo w wyprawie krzyżowej gładzi wszystkie winy.
Nie rozróżnisz w tym tłumie, kto z jakiego kraju, wystarczy, że chrześcijanin…
Mówił z zapałem, przesuwając się bezwiednie ze swym krzesłem ku stronie niewieściej.
Było to wysoce niewłaściwe, odpowiednie dla grajka czy śpiewaka, lecz nie dbał o to.
Jego opowiadanie przeznaczone było dla Sławieny, nie dla pogan.
Księżna słuchała, płonącymi oczami wpatrzona w twarz mówiącego. Wrzeciono wypadało z dłoni, nić się urywała. Zmieszana supłała ją śpiesz-nie, spoglądając spod oka na męża. Nie zwracał na nią uwagi.
Zmarszczywszy brwi, zatopiony był w myślach głęboko.
I on nie tracił słowa z opowiadania Henryka.
Widział pole, wypełnione niezliczonym tłumem, zatarte różnice, jakąś wielką jedność powstającą pomiędzy skłóconymi zazwyczaj narodami, jedność będącą dziełem chrześcijaństwa. Z tej jedności on i jego ludy są wyłączone na zawsze…
Po trzydziestu kilku latach panowania (1105) Wielki Książę Krut do reszty zdziwaczał.
Nabrał nawet zwyczaju mówić głośno sam do siebie.
Księżna Sławiena wzywa tajemnie Henryka.
Strzeż się! — szepce.
— Słyszałam, jak powtarzał:
— Czas z tym skończyć! Czas z tym skończyć!
— Subisława posłał do Korenicy… Nie wiem po co… Boję się…
Czas z tym skończyć — przytwierdził Henryk i poczuł nieomal ulgę. 10 lat ciągnęło się życie zatrute urojonym niebezpieczeństwem.
Dłużej nie mógł tego znieść… I ta niewiasta… Czas z tym skończyć…
Sławiena patrzyła na niego z błagalnym oczekiwaniem.

„Zbrzydziwszy sobie na koniec męża jako już starego, zamierzała poślubić Henryka, gdyby to było można.”
(Helmold, Kronika Słowian).

Henryk oznajmił Krutowi, że wyjeżdża do Danii.
Otrzymał stamtąd wiadomość niedobrą:
Król Eryk Ejegod w drodze powrotnej z pielgrzymki do Ziemi Świętej zmarł na wyspie Cypr.
Towarzysząca mu królowa, jego żona, zmarła wcześniej na Górze Oliwnej i tamże ją pochowano.
Po Eryku zostało dwoje pacholąt nieletnich, Karrut i Świętopełk…
Nie wiadomo, kto weźmie nad nim opiekę, skoro i matki nie mają? Zapewne Niels, brat przyrodni poprzednich królów, Kanuta, Olafa, Eryka, ale z nieprawego łoża…
Mąż to zuchwały i chciwy, toteż oczekiwać można zamieszania w kraju… On, Henryk, jedzie do Danii, upomnieć się o należne mu dziedzictwo po matce, Sigridzie, zanim Niels wszystko rozgrabi. Jak długo zabawi, nie wie…
Przed wyjazdem z taką oto przyszedł sprawą:
Niemało razy korzystał z gościnności Wielkiego Księcia, rad by się teraz odpłacić ucztą pożegnalną, na którą szczerym umysłem zaprasza…
Krut patrzy na niego w milczeniu. „Szczerym umysłem…” Czemuż gęba nieszczera?
Przeklęte niech będzie kłamstwo!
Henryk czeka na odpowiedź.
W przeciwnym końcu świetlicy błysnęło białe zawicie.
Księżna, niespokojna o wynik rozmowy, przyszła niby szukać czegoś w skrzyni z przyodziewkiem.
Krut idzie ku niej.
– Chrześcijankaś czy popaśnica? — pyta obcesowo.
Struchlała, zadygotała, zapłoniła się ze strachu i obelgi.
– Nuże! Nie słyszysz? — nacierał.
Pojęła, że chce wiedzieć, czemu ona sprzyja Henrykowi.
Widno nie domyśla się niczego.
Wybierając zło mniejsze, wyjąkała:
– Chrześcijankam…

aaf7930258078fbdc24065d81ea8b442

Henryk kręcił się niespokojny.
Przeklinał swą nierozwagę.
Sami byli w tej izbie we troje…
Bał się poruszyć, skrzyknąć swoich wojów.
Stary patrzył uporczywie na żonę.
– Chrześcijankaś… Henryk woła mnie na ucztę… Mamże tam pójść?… Wszystka krew uciekła z twarzy Sławieny.
Głos jej drży, gdy spuszczając głowę odpowiada:
Przecz nie mielibyście iść do niego, panie?…

„Za Sławieny poradą Henryk zaprosił Kruta na ucztę, a gdy ten ciężki od obfitego jadła i picia, zgarbiony wychodził z domu, pewien Duńczyk na usługach jej będący siekierą go uderzył i jednym cięciem głowę mu odrąbał. Henryk zaś ożenił się ze Sławieną i otrzymał władzę i kraj.”
(Helmold, Kronika Słowian) 

27/12/2019

https://docer.pl/doc/85v5n5

photo

Arkona i Ranowie – kulisy ich podboju przez Duńczyków w 1168 na podstawie kroniki Gesta Danorum

Trzeba odróżnić Danów od Niemców bo ich polityka wobec pogańskich Sławian była jednak odmienna, Duńczycy po wygranej bitwie czy podboju konkretnego obszaru, często układali sobie ze Sławianami przyjazne relacje lub pozostawiali pokonanych władców jako swoich lenników u władzy, co nastąpiło właśnie po podboju Rugii.
Zależało im generalnie na tym żeby na nowo zarządzanej pod ich zwierzchnictwem ziemi był spokój i panowały dobrosąsiedzkie stosunki, nie zasiedlali zdobytych terytoriów duńskimi kolonizatorami oraz umiejętnie lawirowali między Ranami, Obodrzycami, Wieletami, Pomorzanami i Niemcami.

Natomiast niemieckim najezdzcom zależało głównie na zdobywaniu nowych obszarów metodą grabieży i eksterminacji wroga, i zgodnie z polityką Drang Nach Osten na wypychaniu Sławian coraz bardziej na wschód lub jak w przypadku Sławian Połabskich których Niemcy okresowo „odcinali” od południa, zachodu i wschodu, więc pozostało im tylko skierowanie się ku morzu, ku piractwu i również grabieży.
Niemcy dążyli do fizycznego zlikwidowania Sławian za Odrą, wszystkich zabić chrześcijańskiemu cesarstwu „nie wypada” więc tych którzy przeżyli wpędzano w stan biedy i ogromnej zależności wobec nowych „panów”, trzeba o tym zawsze pamiętać a wszędzie tam gdzie się zjawiali Niemcy następowało straszliwe pustoszenie słowiańskiej ziemi i eksterminacja lub niewola jej mieszkańców.

drang-2

Na temat upadku Arkony wylano morze atramentu więc pozostawię wszystko Saxo Gramatykowi który opisał to w swojej kronice Gesta Danorum, bardzo ciekawej która poświęca dużo miejsca Sławianom, tłumaczenie polskie używa tego słowa ale w angielskich wersjach jest głównie WENDS.

Treść to niecałe 3 rozdziały księgi nr 14 Gesta Danorum, zaczniemy opowieść kronikarza od 1158 roku,  10 lat przed podbojem Rugii gdy Absalon zostaje wybrany biskupem Danii po śmierci biskupa Assera.
Absalon był bliskim współpracownikiem i doradcą króla Waldemara I i jednym z najważniejszych sprawców duńskiej ekspansji w II połowie XII wieku.
Osobiście uczestniczył jako wódz i współorganizator w morskich wyprawach przeciw m.in. Sławianom połabskim.
Saxo napisał o nim, jako o świadku opisywanych wydarzeń i jednocześnie inspiratorze powstania kroniki Gesta Danorum.
Na kartach tego dzieła jawi się nam jako barwna postać, typowy model średniowieczny czyli kulturalny i wykształcony biskup, jednocześnie gromiący Pogan i piratów z toporem w ręku, przemierzający morza na czele wojennej floty.
Czytania jest tutaj dużo, WordPress pokazuje ponad 2 godziny,  starałem się zrobić ten post jak najbardziej przejrzystym, w Kronice po każdym wątku są przypisy więc u mnie są jaśniejszą czcionką + zdjęcia po tych przypisach które te wątki rozdzielają, dorzuciłem pare map i szkiców np. Chramu Świętowita.
Kroniki to najlepsze źródła jakie mamy, więc warto się z tym zapoznać, są tu ciekawe opisy zwyczajów prowadzenia wojny, przyjmowania posłów, zostawiania zakładników, negocjacji etc.
W opowieści Saxo Gramatyka uderza również to że bardzo wielu mieszkańców wysp duńskich współpracowało ze słowiańskimi piratami, czego miał świadomość król duński Waldemar jak również biskup Absalon, moim zdaniem jest to wiarygodne źródło o tamtych czasach, wiadomo że każdy pisze o swoich jak najlepiej a nie ich oczernia więc Saxo pisał o Duńczykach pozytywnie.

Co ciekawe Gesta Danorum mimo przyjętej powszechnie przez historyków daty 1168 jako oblężenia Arkony i podboju Ranów podaje za bardziej prawdopodobny rok 1169 bo wg Knytlingasaga Waldemar Wielki wylądował na Rugii w dniu Zielonych Świątek, tj 19 maja 1168 lub 8 czerwca 1169 i ta druga data w przypisach w Kronice uważana jest za bardziej prawdopodobną, bo chrzest Ranów miał mieć miejsce 15 czerwca, a więc tydzień po podboju a nie prawie miesiąc po, jeśli przyjmiemy datę 19 maja 1168.

To tyle tytułem wprowadzenia ode mnie, wszystkie zdjęcia krajobrazów to Rugia i Kap Arkona ❤

Kamil Vandal 

24/12/2019
0g

KSIĘGA 14.3

(…….)

Valdemar den Store

Gdy teraz Valdemar uporządkował te wszystkie sprawy, zaraz się wziął za zainaugurowanie swych rządów dzielnymi czynami wojennymi i pomszczeniem tych szkód, jakie wyrządzone zostały królestwu wieloletnim plądrowaniem przez piratów, tak że prawie trzecia część kraju była opuszczona i nieuprawiana, i wezwał on w tym celu całą flotę do stawienia się koło Masnedø, w celu odbycia bitwy ze Słowianami.
Gdy teraz na tingu (wiecu) mówił o tym do pospólstwa, oświadczyli starsi, którzy mieli w zwyczaju wypowiadać się w imieniu innych, że było to niebezpieczne pozwolić flocie wypłynąć, bowiem zarówno brakowało żywności, jak i wróg dowiedział się o zamierzeniach króla, tak więc koniecznym było zaczekać na lepszą okazję, by kiedyś to w korzystniejszym momencie wprowadzić w życie.
Ponadto było to całkiem lekkomyślne, powiedzieli oni, aby próbować wojennego szczęścia na narodzie, który był przygotowany i gotów do obrony, a ponadto, gdyby cały rdzeń duńskiego narodu zebrać w jednej flocie, i zostałaby ona zniszczona, to Słowianie dzięki temu jednemu zwycięstwu zawładnęliby całą Danią.
Czy nie można powiedzieć, że gdyby szczęście zwróciło się przeciw nim, to taka klęska ludzi stanowiłaby upadek całego królestwa?
Nie powinno się ryzykować życiem tak wielu szlachetnie urodzonych w jednej bitwie, jako że ci, gdyby zwyciężyli, nie zdobyliby tym specjalnej chwały, natomiast, gdyby zostali pokonani, przydaliby sobie tym największego wstydu.
Opinia ta została przyjęta przez całe zgromadzenie, i król musiał ustąpić i zaraz porzucić myśl o wyprawie, choćby mu się to nie podobało.
Gdy ponownie wstąpił on na pokład swej łodzi, zadrwił Absalon z jego słabości i przyciął mu w nadzwyczaj dowcipny sposób. Gdy on mianowicie spytał, czemu wyprawa została odwołana, a król odpowiedział, że stało się tak, by zbyt wielu dzielnych ludzi nie musiało się narażać na niebezpieczeństwo, powiedział Absalon:

”To zrealizuj swe plany z tchórzliwymi i niewolnikami, to zwycięstwo będzie ciebie niewiele kosztować, a strata nie będzie wielka, jeżeli zostaniesz pokonany, bowiem nikt nie będzie się przejmować śmiercią nędzarzy”.

Tak ten zabawny młody człowiek ulżył swej złości, w żartobliwy sposób krytykując królewską ociężałość; jego zabawne słowa zawierały bowiem krytykę króla.

Masnedø – niewielka wysepka leżąca w cieśninie pomiędzy Zelandią a Falster.  0g

W tym samym czasie zmarł biskup Asser w Roskilde i lud oraz duchowieństwo nie mogli uzgodnić, kogo mieli wybrać na jego miejsce.
Jednocześnie była tam niezgoda pomiędzy mieszkańcami Roskilde i wielu zginęło po obu stronach, a obcy, którzy osiedlili się w mieście, w części zostali zabici, a w części wygnani. Miejscowi jednakowoż nie zadowolili się jedynie czyniąc to z obcymi, lecz porwali się na królewskiego mistrza mincerskiego i zaszli tak daleko w swojej zaciekłości, że nie tylko zrównali jego dom z ziemią, lecz także rozkradli wszystkie jego dobra. Król rozgniewał się wielce na miasto za ten brak respektu wobec królewskiej władzy i z dużym oddziałem Zelandczyków wyruszył na nie, by je zniszczyć.
Mieszczanie wysłali posłańca do niego i prosili, by nie używał on tej broni, która była przewidziana do obrony królestwa, przeciw dzieciom własnego kraju, i wtedy oszczędził on miasto, w zamian za zapłacenie kary pieniężnej.
Zaraz potem spokojnie i przyjaźnie wkroczył on do miasta, i poszedł do domu kanoników przy kościele św.Trójcy, aby zatwierdzić tę decyzję, jaką duchowni mieli podjąć w związku z wyborem biskupa.
Pomimo, że można by sądzić, że miałby słuszne prawo powiedzieć coś w kościele, który jego przodkowie zbudowali i wzbogacili, zadeklarował on, że nie chciał przydawać sobie jakiejś władzy, która jemu się nie należała, ani wprowadzać nowych zwyczajów, bowiem wiedział dobrze, że prawo kościelne stanowiło, iż duchowieństwo w związku ze swym specjalnym prawem wyboru powinno być niezależne od władzy królewskiej.
Że był on tu na miejscu, w żaden sposób nie powinno przeszkodzić w tym, by mogli swobodnie głosować, na kogo chcieli.
Duchowni dziękowali mu za tę bogobojność i sprawiedliwość, jaką on okazał, po czym udali się na stronę, by gruntownie rozważyć wybór.
Wybrali oni wtedy trzech wysoce poważanych ludzi, do których na czwartego dodali Absalona, za jego wielką dzielność, i z pomiędzy tych czterech miał dokonać się wybór.
Valdemar poprosił wtedy, by skrycie napisali swoje głosy, każdy na swojej stronie w jednej i tej samej książce, tak, by każdy z tych czterech otrzymał swoją kartkę w niej, bowiem uważał, że była to najuczciwsza metoda głosowania, że każdy oddał swój głos na piśmie, zamiast ustnie ujawniać swoją opinię.
W głosowaniu wszyscy jednogłośnie przyznali Absalonowi ten wysoki urząd kościelny.

Zmarł biskup Asser – 18 kwietnia 1158 lub 1159 roku.

Obcy – stowarzyszeni we własnych gildiach cudzoziemscy kupcy, stanowiący zorganizowaną konkurencję dla kupców miejscowych.

Mistrz mincerski – w Średniowieczu rzemieśłnik i urzędnik królewski, zajmujący się biciem monet, kontrolą jakości i wymianą pieniądza oraz ściganiem fałszerzy, jego dom pełnił także funkcje banku (m.in. realizacja królewskich czeków – poleceń wypłaty gotówki u określonego mincerza) oraz izby skarbowej; nienawiść do królewksiego mincerza była oczywista – np okresowa wymiana pieniądza była obowiązkowa, a po wymianie otrzymywało się pieniądz gorszej jakości i w mniejszej ilości, zysk z tego procederu szedł z założenia do królewskiej kasy, jako forma opodatkowania miasta.

Prawo wyboru – niezależnie od ustaleń prawa kanonicznego, swoboda wyboru kandydata na biskupa przez duchowieństwo zależała w dużym stopniu od aktualnej pozycji kościoła w państwie, a także od międzynarodowej pozycji stolicy apostolskiej w danym momencie; król mógł również wpływać na wybór biskupa przekupstwem bądź groźbami.  0g

Gdy Absalon w ten sposób stał się biskupem, występował on jednocześnie jako wojownik na morzu w nie mniejszym stopniu, niż jako biskup, bowiem uważał on, że nie można było powiedzieć, że stał on na straży religii jedynie wewnątrz kraju, gdy z zewnątrz nadal groziło niebezpieczeństwo; mianowicie w nie mniejszym stopniu należało do sprawowania tego świętego urzędu zwalczanie wrogów wiary, jak odprawianie mszy w kościele.
Dlatego pozwolił w dużej części całkowicie podupaść siedzibie biskupiej, natomiast polecił nieustająco trzymać straż wzdłuż wybrzeży, by swoją czujnością dać królestwu solidną obronę. Często nie miał on innego schronienia niż szałas w lesie, a zadawalając się tak nędznym mieszkaniem odbudowywał on ojczysty dom, gdy ten leżał w gruzach.
Zelandczycy poczuli również, jak wielkie korzyści dawała im jego elokwencja, bowiem gdy jak dotąd gwałt i sprzeczki rządziły na ich tingach, swoim umiarkowaniem zaprowadził on tam spokój.
Tak wielki był jego dar wysławiania się, że ci, którzy wierzyli, że nie nadawał się on ani do działania, ani do mówienia, musieli przyznać, że głupio myśleli.
Nie wahał się on też zimową porą, gdy lód pokrywał morze, pruć fal swoimi łodziami, aby jego dobroczynnego strażowania nie zabrakło o żadnej porze roku; i by nie mówiono, że jego wielka miłość, jaką darzył kraj ojczysty, ustępowała przed czymkolwiek.
Dlatego był on w nie mniejszym stopniu jak ojciec dla ojczyzny, niż był biskupem, i zdobył on sobie świetlaną sławę jednocześnie jako wojownik i strażnik wiary.
Swoją pierwszą bitwę ze Słowianami odbył na dzień przed Niedzielą Palmową, niedaleko wioski Boeslunde.
Mianowicie, gdy mu zameldowano, że pojawili się oni nieoczekiwanie na lądzie, walczył on, wraz ze swą służbą jedynie, wszystkiego osiemnastu, z załogami 24 łodzi, i tak jak niebezpieczna była to walka, tak i szczęśliwie się dla niego skończyła.
Po tym jak pogonił on licznych jeźdźców wroga do ucieczki, zabił on prawie wszystkich pieszych.
I pomimo tej wielkiej przewagi sił, jakie miał przeciw sobie, stracił on nie więcej, niż jednego człowieka.
Tak to zainaugurował on swe działania, jako biskup i jako wojownik, tym najwspanialszym zwycięstwem.
Niektórzy z wrogów, co tchórzliwie porzucili broń i te łupy, jakie zdobyli, by ułatwić sobie ucieczkę, ratowali się kryjąc w pobliskim lesie.

Pierwsza bitwa ze Słowianami – od 1158 roku podejmowane były co roku wyprawy na Słowian, których duszą był biskup Absalon, wyprawy kulminowały zdobyciem i zniszczeniem Arkony na Rugii w 1168 (1169); wojny te, dla biskupa Absalona mające charakter wypraw krzyżowych, nie miały wielkiego poparcia w społeczeństwie duńskim.

Boeslunde – niewielka wioska na południowo-zachodniej Zelandii, w gminie Slagelse.  0g

W tym samym roku mialo Århus zostać straszliwie poszkodowane w napaści piratów.
Na Falster, gdzie mieszkańcy byli tak nieliczni, musiano w tym czasie sięgnąć za broń do obrony przed niezwykle wielką słowiańską flotą.
Królewski podczaszy przypadkowo trafił na Falster w zupełnie innej sprawie i musiał pogodzić się z tym, że został tam zablokowany, jak wszyscy inni.
Jeden z chłopów miał powiedzieć, narzekając na powolność królewskich doradców, że dawniejsi królowie mieli ostrogi na piętach, lecz ten, którego teraz mieli, pewnikiem miał je u palców stóp.
Podczaszy, sam tchórz, mając nieczyste sumienie, przytoczył królowi te słowa w zupełnie inny sposób niż powinien, bowiem nadał im złośliwe znaczenie, i to, co było obrazą jego samego, przedstawił jako obrazę królewskiej godności.
Rozpalił on dodatkowo jeszcze królewski gniew na Falsterian przedstawiając inne, równie bezpodstawne, oskarżenia przeciw nim, pragnąc, by za jednego niewyparzoną gębę ukarać wszystkich zagładą.
Uznał on ich bowiem winnych najgorszej zdrady, i powiedział, że mieli oni w zwyczaju wyjawiać Słowianom wszystkie przedsięwzięcia skierowane przeciw nim; tę przyjaźń, jaka czasami panowała pomiędzy nimi dla zapewnienia pokoju, uważał za występek, i tę usłużność, jaką oni im okazywali raczej ze strachu, niż przyjaźni, nazwał on niewiernością.
Mieli oni bowiem w zwyczaju chętnie przetrzymywać w niewoli tych więźniów, których Słowianie im przekazywali, i zdarzało się często, że oni, z lęku raczej, niż z dobrej woli, informowali ich, gdy Duńczycy planowali wyruszyć przeciw nim, lecz czynili to wyłącznie, by swą usłużnością zdobyć sobie ten pokój, którego nie byli w stanie zapewnić siłą.
Uwiedziony zatrutą mową tego człowieka, zdecydował król, by siłą zbrojną zniszczyć wszystko, co pozostało jeszcze na Falster, i uważał, że dla zrealizowania tego pomoc Zelandczyków była wystarczająca.
Rozkazał wtedy Absalonowi stanąć na czele ludzi z zachodniej części wyspy [Zelandii], a sam chciał dowodzić tymi ze wschodniej części, i zamiarem jego było przeprawić wojsko na Falster częściowo na dużych łodziach, a częściowo na małych szkutach. Zelandczycy, którzy przez długie lata żyli w nieprzyjaźni z Falsterianami, i bardzo liczyli, że uda im się połączonymi siłami pomścić szkody, jakie oni im wyrządzili, byli nadzwyczaj chętni do uczynienia tego, o co ich król prosił, i cieszyli się, że król chciał wypowiedzieć wojnę ich nieprzyjaciołom i miał sam stać na czele.
Realizacji tego nieszczęsnego zamiaru, do którego skłoniły króla złe słowa, zapobiegła przypadkowo nieprzezwyciężona przeszkoda.
Gdy król mianowicie chciał się udać w drogę z dużą armią, dopadła go nagle gorączka w Ringsted, i wysłał on do Absalona polecenie, by zwolnił ludzi do domów i pospieszył do niego.
W ten dogodny sposób choroba stała się narzędziem przeciw nieszczęsnym planom króla, i ta zaraza zesłana z niebios uwolniła Valdemara od grzechu, a niewinny lud od zagłady.
W jak nie tylko haniebnej, ale i żałosnej sytuacji znalazłaby się Dania, gdyby została zaatakowana przez wrogów z zewnątrz i od wewnątrz przez samego króla!
Któż mógłby wątpić, że to opatrzności bożej należy zawdzięczać, że ten, który powinien uwolnić kraj od piratów, którego wielkość zaczynała wychodzić na światło dzienne, nie zniszczył tego królestwa, które wyrwać miał z rąk wroga, bowiem stało się tak przecież lepiej, że on, który rządził krajem, zapadł w najcięższą chorobę, niż by miał stać się winnym najgorszego grzechu.
Gdy choroba z każdym dniem miała coraz ostrzejszy przebieg, nie porzucił Absalon ani na moment czuwania i modlitwy o jego zdrowie, i na koniec, gdy zwątpił, czy istniał jakiś środek, który mógłby pomóc, i zrozumiał, że jedyne, na co można było liczyć, to moc boża, przywdział on szaty biskupie, odprawił mszę i starał się w wielkiej bojaźni ducha ubłagać Boga, i prosił, by zechciał on pomóc choremu; następnie zadysponował on właściwy sakrament i udzielił go niemal umierającemu królowi.
Wzmocnionego tym naszły go zaraz poty i powrócił on do zdrowia.
Biskup, co jeszcze nie był pewien, że on wyzdrowieje, w następstwie obaw jakie żywił, zaczął nagle sam czuć się chorym i osłabionym, i gdyby łaska Niebios nie spłynęła na niego, wielka nadzieja, jaką już zdążył obudzić, utracona byłaby na samym początku.
Lecz nawet to, że był chory, nie powstrzymało go od okazywania królowi tej samej troskliwości, jak przedtem, gdy był zdrów, bowiem myśląc, że smutna wiadomość mogła pogorszyć zdrowie króla, starał się on o to, by król nie dowiedział się o jego chorobie, by uniknąć nawrotu gorączki, gdyby nieoczekiwanie dostał powód do zamartwiania się.
Gdy wyzdrowiał on, dziękowali oni obaj Bogu, bowiem On tym pożytecznym upomnieniem zapobiegł, by nie wypełnili oni swego niszczycielskiego planu, zasmucił się i zawstydził ich błądzeniem, i radował się, że łagodna kara boża zniweczyła ich bezbożny plan.
Tak przepełnieni lepszymi myślami, porzucili zamysł nachodzenia własnego ludu i zamiast tego zdecydowali się pójść na na wojnę z wrogami królestwa.

Podczaszy (Saxo: łac.pincerna) – urzędnik dworski, odpowiedzialny za podawanie napojów na ucztach, smakując je przed serwowaniem miał zapewnić, że nie były zatrute.

Ostrogi u palców stóp – czyli poganiał konia do ucieczki (bieg wsteczny), tchórzostwo.

Przyjaźń ze Słowianami – zakłada się, że w pewnym okresie na południowych wyspach Danii (m.in. na Falster) istniało słowiańskie osadnictwo, czego pozostałością w tym rejonie są zachowane do dziś nazwy miejscowe o słowiańskiej genezie, nie była więc to zwykła przyjaźń, lecz zapewne także powiązania rodzinne zasiedziałej i napływowej ludności.

Szkuta – mniejsza od sneki łódź bez pokładu, o napędzie wiosłowo-żaglowym, przeznaczona do żeglugi przybrzeżnej (do połowu ryb oraz transportu ludzi i towarów).  0g

Absalon, Peder [Thorstensen], Sune [Ebbesen] i Esbern [Snare] byli teraz głównymi postaciami w królewskiej radzie, i na ich mądre zalecenie postanowił on pociągnąć przeciwko wrogowi z wojskiem, co do którego bardziej chodziło o to, by mogło szybko wyruszyć, niż żeby było liczne, i by raczej raczej przybyć tam skrycie, niż uczynić to otwarcie całą flotą.
Mianowicie łatwiej jest pokonać ludzi, gdy atakuje się ich niespodziewanie, niż gdy są przygotowani na to, co ich czeka, a ponadto ma w zwyczaju pospólstwo, które ma tak wiele do powiedzenia, ignorować rozkazy przełożonych, jak mądre i korzystne by one nie były, a z drugiej strony bali się oni bardziej Słowian, niż bycia nieposłusznym rozkazom króla.
Dlatego wprowadził on tylko nielicznych w tę sprawę, gdyż był świadom, że działania wojenne należy przeprowadzać wszystkimi, zjednoczonymi siłami, lecz plany powinni tworzyć tylko nieliczni.
Gdy nie miał wątpliwości co do wierności Zelandczyków, wolał on osobiście dowodzić skańską flotą.
Gdy teraz, nie wydobrzawszy jeszcze całkowicie po chorobie, zawezwał Skanijczyków do Lund, i zalecił im udział w ekspedycji, odpowiedział arcybiskup Eskil – bowiem jemu dali, by przemawiał w ich imieniu – że nie mieli łodzi w gotowości do tak nagłej realizacji jego nakazu.
Gdy król oznajmił im, że ci, którzy go posłuchają, dostąpią jego łaski, natomiast ci, którzy się sprzeciwią, ściągną na siebie jego gniew, i tak bardzo chciał wprowadzić swój plan w życie, że wolałby raczej wypłynąć zaledwie jedną łodzią, niż zrezygnować z wyprawy, Eskil, który zrozumiał, że to było jego twarde i niewzruszone postanowienie, nie tylko włączył się do jego planu, lecz ponadto rzucił klątwę na tych, co nie szli za królem.
A nawet ponadto wziął on go na swój koszt na pokład swej łodzi, jako że król od dawna nie prowadząc wypraw nie posiadał żadnej.
Dopiero na koniec otrzymali Lolandczycy i Falsterianie polecenie dołączenia do floty, co by otrzymując wieść o tym z dużym wyprzedzeniem, nie poinformowali o tym Słowian.

Absalon, Peder, Sune i Esbern – bliscy krewni z jednego rodu Hvide, który miał teraz największy wpływ na króla.

Pospólstwo ma tak wiele do powiedzenia – tradycyjnie w skandynawskiej demokracji wszyscy zdolni do noszenia broni (możni, chłopi i niewolni) mieli bezwarunkowy obowiązek obrony kraju przed napaścią (nie podjęcie go karane było powieszeniem), natomiast król mógł wysłać z kraju wojska pospolitego ruszenia (wojska wodzów i możnych, zorganizowane w systemie leding) na ekspedycję wojenną jedynie za zgodą tingów krajowych, czyli na wyprawę królowi łatwiej było wziąć ochotników i zawodowych żolnierzy swojego hirdu lub najemników, niż starać się o podjęcie wspólnej decyzji na wielu tingach.  0g

Gdy flota zebrała się koło Landøre, król, który chciał ocenić swe wojsko, zdecydował ustawić swych wojowników na lądzie, aby widząc całą zebraną siłę móc stwierdzić, czy można było wraz z nimi bezpiecznie rozpocząć wojnę.
Od brzegu wysuwała się długa, miejscami poprzerywana łacha, która swym łukiem tworzyła port, w którym łodzie mogły stanąć; jest ona tak niska, że jej nie widać przy wysokiej wodzie, natomiast w czasie odpływu jest ona widoczna. Wejście do portu jest płytkie, lecz stamtąd rozszerza się on i jest wystarczająco głęboki.
Gdy jednakże wszyscy duńscy królowie, w następstwie głupiego przesądu, trzymali się z daleka od tego miejsca, ponieważ wydawało im się, że przynosiło ono nieszczęście, przybył on do następnego portu i dokonał tam dokładnego przeglądu całego wojska, bowiem wolał na własne oczy zobaczyć, jak się przedstawiało, niż oceniać je na ślepo. Ponadto wyznaczył on ludzi, którzy mieli prowadzić i ćwiczyć tych, którzy nie znali się na sztuce wojennej.
Ten przegląd wojska zabrał dwa tygodnie, i podczas gdy tak pozostawali bezczynnie, zużyli większą część swych zapasów żywności.
Wypłynęli oni wtedy powoli z portu i wyszli na morze przy dobrej pogodzie, lecz by w tajemnicy i nieoczekiwanie napaść na wroga, używali jedynie wioseł, zamiast postawić żagle.
Absalon został wysłany naprzód z 6 łodziami, by starannie wybadać, gdzie powinni dobić na wybrzeżu Rugii.
Było to mianowicie ich zamiarem, by niezauważenie dla mieszkańców podłożyć ogień pod miasto Arkonę, które znane było ze względu na stary posąg bóstwa, który się tam znajdował, i przez zaskoczenie zabić wszystkich, którzy szukali tam schronienia; gród mianowicie nie miał załogi i był tylko zamknięty, bowiem mieszkańcy miasta uważali, że nie było potrzeby bronić się przed ludźmi, jako że ich bóg wystarczająco powinien strzec miasta.
Cała ta zebrana flota, która pojawiła się bez strat, liczyła 260 łodzi.
Gdy Absalon, dla wypełnienia swej wywiadowczej misji, podpłynął teraz blisko pod Rugię, zobaczył on, na co zwrócili mu uwagę żeglarze, że królewska flota nagle wciągnęła wiosła i podniosła zamiast tego żagle.
Zadziwił się on nad tym, co to mogło znaczyć, jako że jakiś czas temu zostało zdecydowane, że pozostała flota, by wyruszyć skrycie, miała unikać płynięcia pod żaglami, i gdy zobaczył, że porzucone zostały te plany, musiał on w końcu, mimo, że sprawiało mu to ból, także i sam zawrócić, po tym jak jego towarzysze pozostawili go samego w zagrożeniu, i musiał szukać przystani na wyspie Møn, gdzie schronił się król. Absalon był wielce zagniewany, gdyż jego towarzysze zawiedli go, i rozżalony, że taka dobra okazja do zdobycia świetnego zwycięstwa została teraz zaprzepaszczona, gdy wiatr był pomyślny, a wojownicy ochotni, tak że miał w sercu żal, że musiał zawrócić z wyprawy, którą rozpoczął.
Gdy zszedł on z pokładu, został przyjęty przez Pedera, Sune i Esberna, z którymi król miał w zwyczaju się naradzać, i oni też narzekali, że król tak haniebnie porzucił pożyteczny i godny pochwały plan.
Król wysłał teraz posłańca po nich, i gdy zobaczył, jak oni byli załamani, zdziwił się i powiedział, że uznał za najbardziej słuszne stanąć przy wyspie, by uniknąć długiej żeglugi nocą; teraz będą mogli rankiem łatwiej zabrać się do roboty; dzień mianowicie jest przeznaczony do pracy, a noc do odpoczynku. Gdy jego doradcy nie odpowiedzieli, zadziwiony ich milczeniem prosił ich, by wyjawili, co ich gnębiło.
Wyznaczyli oni Absalona do wyjawienia, o czym między sobą rozmawiali, i zabrał więc on głos, i powiedział:

”Czy jest to dziwne, że trudno nam wykrztusić słowo, i że tak powiem siedzą one nam w gardle, gdy mamy tak wielką żałość do udźwignięcia i gdy dławimy się z poirytowania? Bowiem rozdrażnia nas to, gdy widzimy cię zmieniającego się tak, że nic poza hańbą z tego nie wynika. Słuchasz przecie, gdy powinieneś rozkazywać, i czynisz równymi sobie tych, którymi powinieneś dowodzić, gdy gardzisz najkorzystniejszymi radami, a czynisz to, co chcą ci, którym jest obojętne, czy będzie to ku twojej hańbie czy chwale. To już jest druga wyprawa, jaką podejmujesz będąc uznanym i niezależnym jedynowładcą, i teraz należy ją odwołać równie wstydliwe, co i pierwszą. Psujemy najdogodniejszą okazję, żywności nam jeszcze trochę pozostało, spokojnie i nie spiesząc się możemy żeglować, a szukamy pretekstu do zawrócenia, bowiem nie ma tam nic, co by nas zatrzymywało, tak że jest to tylko nasze tchórzostwo, co nami kieruje, choćbyśmy nie wiem ile pretekstów nie wynajdywali, że było to najwyższą koniecznością. Czy to są te czyny, jakich chcesz dokonać w obronie królestwa, i takie rozkazy, jakimi chcesz zainaugurować swe rządy królewskie? Pomyśl teraz, że nadejdzie sztorm, tak że nie będziemy mogli wyruszyć z miejsca, cóż innego nam, zmuszonym smutną koniecznością, pozostanie, jak nie zawrócić ze wstydem do domu, po tym jak zasłużylismy sobie na najbardziej poniżające oskarżenia z powodu naszego tchórzostwa?”

Tych i innych rzeczy nie wahał się on powiedzieć królowi w najostrzejszych słowach, po cżęści z rozdrażnienia, a po części wierząc w ich przyjaźń.
Pomimo, że król był bardzo wzburzony z powodu tej swobody, z jaką tamten mówił do niego, nie chciał jednak, by wyglądało, że on bezwzględnie odrzucił tego, który go pouczał, i zdusił w sobie tę wielką złość, jaką jego twarz wystarczająco wiernie wyrażała, i odpowiedział cicho i spokojnie, że było bardzo wielu takich, którzy by mogli świadczyć o jego dokonaniach, i że Absalon nie dokonał niczego tak wielkiego, by król nie mógł już z nim konkurować, choć może nie dorównywał mu w dzielności.
Więcej nic nie powiedział, lecz poszedł zaraz do szalupy i kazał się zawieżć na swoją łódź, podczas gdy Absalon dodał jeszcze, że nie powinien on być rozgniewany na tego, który mu z pożytkiem doradza, jako że jest to dużo lepiej dostać otwarcie upomnienie od swego doradcy, niż skrycie być obgadywanym i pomawianym.
W nocy rozszalał się sztorm, i morze było tak wzburzone, że flota królewska, pomimo portu i kotwic, zdryfowała na morze i rozproszyła się, i sztormowa pogoda trwała cztery dni, i w żaden sposób się nie poprawiała.
To w dużym stopniu ułagodziło złość króla na Absalona, lecz wstydził się przyznać, że w skrytości przyznawał mu rację, i z zażenowania ukrywał on, że doszedł do lepszego zrozumienia, jako że przez ten cały czas nie rozmawiał ze swymi doradcami. Dopiero dzień później podszedł on do nich, gdy przypadkowo spotkali się na brzegu, polecił świcie odejść dalej, i powiedział tak, że pomimo, że było to jego zamierzeniem ukryć to, to mogli oni z jego twarzy wyczytać, jak bardzo był wzburzony, i trudno się dziwić, bowiem gdy pyta się ludzi o radę, powinni oni odpowiedzieć wyjaśnieniem, a nie grubiańskimi słowami.
Co oni powiedzieli, było bardzo słuszne, lecz przyszło to zbyt późno; powiedzieliby to chociaż trzy dni wcześniej, to może by tak zapobiegli wielkiemu nieszczęściu.
Zbyt późno on zareagował jako doradca, zaniechał powiedzieć o rzeczy, która nie była jeszcze zdecydowana, i narzekał na to, gdy już to się stało.
Próbować odwrócić czyn, który się dokonał, to prawie czyste wariactwo.
Dlatego nie było z tego żadnego pożytku, że go zrugali twardymi słowami, bo co się stało, to się nie odstanie, a człowiek nie jest specjalnie chętny do przyjmowania rozsądnych rad, gdy jest rozzłoszczony.
Tego, że przyszła taka sztormowa pogoda, nikt z ludzi nie mógł przewidzieć, o ile by mu tego nie objawiono z nieba, i nie miał on wątpliwości, że była to kara za jego grzechy, lecz nie powinno go to obciążać, że nie był w stanie znać z wyprzedzeniem pogody i wiatru, i przewidzieć, co się nieuchronnie miało wydarzyć.
Dlatego najlepiej było poniechać uwag wobec tego, co się stało, i użyć całej mądrości i energii do radzenia o tym, co czekało; wolałby on mianowicie raczej skończyć swe życie tym, co przyniosłoby mu sławę, niż pozwolić, by wyprawa zakończyła się niesławną klęską.

Flota zebrała się koło Landøre – u cypla w cieśninie Øresund, u wybrzeży Skanii (gdzie dzisiaj leży Landskrona); wyprawa miała miejsce zapewne w 1159.

Møn – najbardziej wysunięta na wschód z wysp leżących na południe od Zelandii, słynna ze swego wysokiego klifu wapiennego; za Waldemara Wielkiego baza morska do wypraw na Słowian, w przewężeniu wejścia do dużej zatoki Stege Nor zbudował on pilnujący tego naturalnego portu zamek Stegehus (Stegeborg), przy którym później rozwinęło się miasto kupieckie Stege.  0g

Peder wypowiedział teraz to samo, co Absalon, lecz łagodniejszymi słowami, i powiedział, że król nie powinien przyjmować słów swych najwierniejszych doradców z taką złością, bowiem dzielni i sławni ludzie często oddawali nędznie życie, ponieważ odrzucali dobre rady.
A ponadto, powinni byli skorzystać z wiatru, kiedy ten był korzystny, jako że ten jest zmienny i nie można nigdy mu ufać. Teraz powinni czekać, aż pogoda się uspokoi na tyle, by ludzie byli w stanie wiosłować.
Mieli jeszcze zapasów żywności na trzy dni i tylko krótki rejs do kraju wroga; jeżeli im żywności zabraknie, będą musieli zdobyć z bronią w ręku to, czego im nie straczało.
Gdy tylko zobaczą, że fale uspokoiły się na tyle, aby można było wiosłować, powinni wtedy jak najszybciej zebrać rozproszoną flotę i wyruszyć wszystkimi łodziami jednocześnie, bowiem żeglowanie upłynie dużo szybciej, gdy łodzie będą burta przy burcie.
Król pochwalił Pedera za jego radę i polecił Absalonowi uważać, kiedy pogoda będzie korzystna, i powiadomić go, jak tylko będzie możłiwe użyć wioseł.
To polecenie Absalon wykonał z przyjemnością, jako, że to była jego własna rada, która poskutkowała, i gdy sztorm najbliższej nocy wyraźnie osłabł, uradowany poszedł o świcie, po tym jak tylko odprawił mszę, do króla i zameldował mu, że pogoda poprawiła się na tyle, że można było wyruszać, chociaż trudno będzie żeglować i ludzie namęczą się z wiosłami.
Gdy król odpowiedział, że wobec tego powinni ruszać, powiedział Absalon złośliwie, że byłby to piękny kawał roboty, jaką by zrobili, gdyby zatrzymali się w połowie drogi i wrócili do miejsca, skąd wyruszyli.
Pomimo, że te cięte słowa można było uznać za dowcip, pobudziły one bardzo królewską śmiałość; nie zaniechał odpowiedzieć mu złośliwością, jako że powiedział, że gdy zawróci, zawsze będzie mógł przecież spytać Absalona, co tam słychać u Słowian.
Z początku żeglowali z usmiechem i zapałem, a ludzie ciągnęli wiosłami pełni nadziei, że wszystko pójdzie dobrze, bowiem w zatoce [Stege Nor], gdzie mieli ląd z obu stron, wiatr nie mógł wzburzyć wód, tak jak na otwartej przestrzeni; ląd, który otaczał ich ze wszystkich stron, zapobiegał mianowicie gwałtownym podmuchom. Lecz gdy łodzie zaczęły wychodzić na głębię, napotkały one sztorm niemal nie do wytrzymania.
Absalon, który nie chciał, by wyglądało, że jego czyny nie odpowiadały jego dzielnym słowom, rozpalony szlachetną ambicją, natężał wszystkie siły, pokonując ciężkie przeciwności, i zmuszał tym króla, który nie chciał być gorszy od niego, do dotrzymywania mu kroku.
Żeglowali jednak wolno i z trudnością, i było to prawie niemożłiwe, gdyż z jednej strony było wzburzone morze, a z drugiej nie było można utrzymać rytmu wiosłowania.
Z powodu gwałtownych uderzeń fal w królewską łódź, gdy sztorm był tak silny, rozluźniły się uszczelnienia desek, które zdawały się prawie rozchodzić.
Gdy król zobaczył to, po części dla uniknięcia grożącego niebezpieczeństwa, a po części, by dokończyć rejs, chciał on przejść na pokład bezpieczniejszej łodzi, i polecił dlatego Ingemarowi Skanijczykowi zbliżyć swą łódź do jego łodzi, i z mieczem w prawej, a proporcem w lewej ręce, równie szczęśliwie, co odważnie przeskoczył, i polecił ludziom Ingemara wiosłować ze wszystkich sił.
[Arcybiskup] Eskil dzielnie się trzymał i starał się jakiś czas iść w ślad za nim, jako że więcej przykładał wagi do miłości do króla, niż do kruchości łodzi, ale na koniec był on zmuszony zawrócić, raz, że zawisło nad nim zbyt wielkie niebezpieczeństwo, a dwa, że król zalecił mu to.
Wielu w swej tchórzliwości  chwyciło się tej okazji do zawrócenia, jako że udawali, że nie zrozumieli, co się tam działo, lecz to udawane nieporozumienie nie powinno było im służyć za usprawiedliwienie, bowiem ta okoliczność, że król dzierżył proporzec, wystarczająco wyraźnie pokazywała, że jedynie zmienił łódź, a nie, że zamierzał zawrócić.
Niektórzy musieli także zawrócić wbrew swojej woli ze swymi nadwyrężonymi łodziami, które rozpadały się na łączeniach desek, tak że nie mogły przeciwstawiać się przelewającym się falom wzburzonego morza.
Lecz ci, którzy wiosłowali dalej do przodu, aby siły ich nie zawiodły podczas tej nieustającej pracy, musieli jeść i wiosłować jednocześnie, bowiem żegluga nie powinna była się opóźniać, nie dali wiosłom nigdy odpocząć nawet na moment, wiosłując prawą ręką, podczas gdy trzymali jedzenie w lewej. Niewielka część floty, co szczególnie chciała pokazać swą dzielność i zdobyć uznanie, z Absalonem na czele walczyła z niezwykle rozszalałym sztormem, przedzierała się przez wzburzone morze niezmordowanie wiosłując i jakby powiedzieć, pokonawszy naturę, dotarła o świcie do wyspy Hiddensee. Następnie Absalon, by nic nie pozostawić przypadkowi, polecił sławnemu ze swych dokonań na morzu kaprowi [z Roskilde] Vethemanowi dokonać zwiadu na lądzie i tak dowiedział się, że nie było żadnych wrogich łodzi w portach i że Rugianie nie spodziewali się wrogiego napadu, bowiem stada ich bydła pasły się przy brzegu bez strażników, z czego można było wnioskować, że tubylcy myśleli, że panował pokój i żadne niebezpieczeństwo nie groziło.
Król, który był zmęczony długą i ciężką żeglugą, udał się, jak tylko dotarli do portu, na łódź Absalona i położył się spać z powodu zmęczenia i nocnego czuwania.
Reszta floty, która dotarła razem z nim do Rugii, liczyła tylko 60 łodzi.

Hiddensee – długa wyspa od zachodniej strony Rugii, akweny pomiędzy nią a Rugią dają dobre schronienie dla łodzi.  0g

Pomiędzy nimi było 2 Hallandczyków, którzy byli bardziej szlachetnie urodzeni, niż szlachetni.
Uważali oni, że flota tak nieliczna, jaką była ona teraz, byłaby bez wątpienia narażona na duże niebezpieczeństwo, i pożeglowali do Absalona tą łodzią, którą mieli na spółkę, i powiedzieli, że muszą koniecznie zaraz rozmawiać z królem, a gdy dowiedzieli się, że on spał, zażądali, by go niezwłocznie zbudzić.
Absalon powiedział, że nie będzie bez powodu przeszkadzać królowi w śnie, którego tak potrzebował, lecz jeżeli mu by oznajmili, o co im chodzi, przekazałby to on królowi. Powiedzieli oni tedy, że ich łódź była ciężko uszkodzona, brakowało im zapasów żywności, i mieli oni daleko do domu, a teraz nadarzył im się dobry wiatr, bowiem przeciwny wiatr, który uczynił żeglugę tu tak ciężką, był teraz wiatrem sprzyjającym i uczyni ich żeglugę łatwą, gdy będą żeglować do domu, z którego to powodu raczej by woleli wykorzystać te korzystne warunki, niż kontynuować tę nieudaną i niepotrzebną wyprawę, na której bez wątpienia stracą życie, albo tonąc, albo umierając z głodu. Absalon nie tylko prosił ich, by porzucili swe przynoszące wstyd plany i w zamian przyłączyli się tam, gdzie mogliby zdobyć chwałę, lecz też nakazał im, ze względu na ich honor, zamilczeć o tym, co im przychodziło do głowy, bowiem gdyby te haniebne słowa, jakie wypowiedzieli, trafiły do innych, zostaliby na zawsze napiętnowani jako śmierdzące tchórze.
To, co opowiedzieli oni dla upiększenia swej zniewieściałej tchórzliwości, było tylko błahym pretekstem, powiedział on, bowiem z łatwością mogli naprawić swą łódź, i bez problemu można było zdobyć sobie żywność, rabując na brzegu co się dało.
Gdyby byli na tyle bezwstydni, by opuścić teraz króla, gdy znajdował się on w obliczu wroga i miał tak mało ludzi, splamiłoby to w największym stopniu ich imię i sławę. Powiedział wtedy jeden z nich, że miał w domu niecierpiące wprost zwłoki sprawy, którymi musiał się zająć w imieniu króla, a gdy Absalon zrozumiał, że w żaden sposób po dobroci nie przekonałby go, starał się go powstrzymać groźbami, oznajmiając mu, że ludzie, którzy bez zgody opuścili ekspedycję, i byli samowolni, zamiast okazać królowi posłuszeństwo, które byli jemu winni, zgodnie z prawem krajowym byli nie tylko karani utratą majątku, lecz także życia. Lecz nawet zwracając ich uwagę na to, na jakie niebezpieczeństwo się narażali, nie mógł wzbudzić w nich dzielności i mężności do porzucenia obaw, podnieśli oni żagiel i popłynęli z pomyślnym wiatrem, podczas gdy on nadal przeklinał ich i obrzucał najtwardszymi słowami.
Gdy król obudził się i Absalon opowiedział mu, co się wydarzyło, przysiągł on, że ci bezwstydni i niewierni dezerterzy zapłacą za to, co mu uczynili.
Następnie zszedł on na ląd na wyspie i zwołał dowódców łodzi, aby wysłuchać ich zdania o tym, co należało zrobić.
Wielu uważało, że najrozsądniej byłoby wrócić do domu, skoro nie można było bez ryzyka podjąć walki z wrogiem.
Król powiedział, że rada byłaby dobra, gdyby można było pójść za nią bez splamienia honoru ojczyzny i uczynienia wroga bezgranicznie zuchwałym.
Ślady obozu będą wskazywać Słowianom, że Duńczycy tu byli, a powodu do skrytego odwrotu szukać będą wyłącznie w tychże strachu.
Dlatego wolałby raczej narazić się na niebezpieczeństwo, niż na wstyd i nie pożegluje do domu bez podjęcia walki z wrogiem.
A poza tym zachowaliby się tak samo tchórzliwie, jak ci, którzy zdezerterowali pod pretekstem wątłości ich łodzi, jeżeli nie okaże się, że przewyższyli ich w odwadze i dzielności, tak jak okazali się wytrwalszymi w przetrzymywaniu przeciwności, i pożeglują do domu nie załatwiwszy sprawy.
Doradził następnie Vetheman, który na nowo wywiedział się o Rugijczykach i wiedział, że nie byli oni przygotowani na jakikolwiek atak, by pozwolił ludziom zejść na ląd; jeżeli krajowcy nie spodziewali się niczego, mogliby bez jakichkolwiek strat zabić ich i wziąć łupy; gdyby jednak okazało się, że byli oni przygotowani, mogliby bez żadnego zagrożenia zaraz się wycofać.
Jak powinni się zachować, powiedział on, będzie można wywnioskować po tym, jak oracze będą się zachowywali, bowiem gdy wykonali oni część swych dziennych zadań, mieli zawsze w zwyczaju kłaść się spać, by zebrać siły do pracy, lecz mieli to tylko w zwyczaju, gdy nic im nie groziło, i gdy czuli się bezpiecznie, tak więc jeżeli nie znaleźliby nikogo z nich śpiącego, byłby to znak, że podejrzewali coś złego.
Król powiedział, że ta propozycja pasowała by bardziej rozbójnikom, niż odpowiadała temu, co wypadało jemu jako królowi, bowiem jeszcze nikt nigdy nie słyszał, by duński król pozwolił się pogonić do ucieczki Słowianom, i nie chciał on być tym pierwszym, który by przydał sobie takiej plamy na królewskim honorze. Następnie otrzymał głos Gnemer Falsterianin, i pomimo, że uważano go za conajmniej tak mężnego, jak mądrego, dał on, co mogło wynikać z jego mądrości lub powodzenia króla, dobrą radę, która zakończyła te wielkie wątpliwości i niepewność, jakie wszystkich ogarnęły, i przekonał zgromadzenie, które nie wiedziało co czynić, do przyjęcia jego opinii.
Powiedział on mianowicie, że byłoby lekkomyślnym tak niewielkimi siłami wdać się w walkę z przeważającym wrogiem, lecz ziemia bardowska, co była oddzielona od Rugii krótką cieśniną, poprzez swe niewielkie rozmiary byłaby nadzwyczaj łatwa do splądrowania, nawet, gdyby ludzie byli tam przygotowani.
Teraz powinien król pójść do łoża i wypocząć, i dobrym snem odświeżyć nadwyrężone nocnym czuwaniem siły oraz umysł gnębiony zmartwieniami, powiedział on, i powinien przybyć tam z flotą gdy wieczór zapadnie, by wroga jeszcze bardziej zaskoczyć.
Ponadto powinni oni, gdy wejdą do tej płytkiej i wąskiej cieśniny, trzymać łodzie rozproszone i wiosłować spokojnie, by nie wystraszyć pogrążonych w spokoju i ufności krajowców głośnymi uderzeniami wioseł, i by sami nie wpłynęli na mieliznę i nie pozostali uwięzieni na łachach w następstwie tego, że nie dostali wiadomości, jak głęboko tam było i gdzie były mielizny. Wszystkiego innego obiecał on sam się wywiedzieć.
Król ochoczo przyjął jego radę i wieczorem dał sygnał do gotowości, i flotę wezwał do wyruszenia ku cieśninie.
Aby ta mogła łatwiej ją przebyć, polecił król, aby łodzie płynęły trójkami, by uniknąć opóźnień, jakie zwężenia szlaku mogły powodować, gdyby żeglowali nieuporządkowanie.
Gnemer wyszedł mu na spotkanie swoją łodzią i zameldował, że była dobra okazja do wypadu na ląd; miał kilku szpiegów ze sobą, których wysłali krajowcy, a na których się natknął.
Król ucieszył się z tego, i o zmierzchu wyruszył przez lasy, pustoszył pola i wioski z o tyle większą gwałtownością, że miało to miejsce skrycie, zaskakując i zabijając miejscowych ludzi, którzy spali w poczuciu bezpieczeństwa.
Wielu z nich wierzyło, przestraszonych dźwiękiem końskich kopyt, że byli to ich właśni wodzowie, którzy przybyli, lecz szybko zostali wyprowadzeni z błędu, gdy zostali przebici włócznią.
Wielu z nich wysunęło głowy przez drzwi i spytało, czy był to Kazimierz lub Bogusław, co przybyli, i w odpowiedzi na ich pytanie zarąbali ich tak Duńczycy.
Biskup Absalon z częścią wojska pociągnął inną drogą i wdarł się daleko w głąb lądu.
Gdy przybył on do miejsca, gdzie rozdzielony był od króla wielkim bagniskiem, i nie wiedział, gdzie wojsko króla się znajdowało, był na tyle mądry, by nie pozwolić podpalać wiosek, które plądrowano; dopiero gdy zobaczył z daleka ten ogień, który król rozpalił, uważał, że mógł on teraz zrobić tak samo, polecił zaraz podłożyć ogień pod domy, i towarzyszom broni oznajmił, gdy płomienie ogarniały całą okolicę wokół, że wyprawa przebiegła szczęśliwie.
Gdy stwierdzili, że zdobyli wystarczająco dość łupów, udali się z powrotem do swych łodzi, i pomimo, że był kawał drogi pomiędzy nimi, dawali sobie nawzajem płonącymi stosami nieustająco znak, gdzie się znajdowali, raz, by nie wyglądało, że umykali, a dwa, żeby jedna część wojska nie szturmowała zbyt szybko i nie odeszła szybciej niż druga.

Niewielkimi siłami – w 60 łodziach mogło być nie wiele więcej niż jakieś 3-4 tysiące ludzi, lecz ze względu na przewożone konie liczba wojowników mogła być dużo niższa.

Gnemer Falsterianin – sądząc po imieniu, jego znajomości terenu, języka i zwyczajów Słowian, był on zapewne słowiańskim osadnikiem na wyspie Falster, który poszedł na służbę Waldemara Wielkiego, na jego wysoką pozycję w Danii wskazywałby fakt dowodzenia łodzią oraz doradzanie królowi; jego rola jest dwuznaczna.

Ziemia bardowska – obszar z centralnym miastem Barth (pol.: Bardo) w Meklemburgii-Pomorzu Przednim na zachód od Rugii, leżącym u ujścia rzeki Barthe nad laguną Barther Bodden.

Cieśnina – zapewne Barther Strom.

Kazimierz I (Saxo: Kazymarusne), ur. przed 1135-1180 – z rodu Gryfitów, książę pomorski od 1155 lub 1156 wraz z bratem Bogusławem; uczestniczył w rajdach pirackich na Danię oraz walczył po stronie Danii przy zdobywaniu pogańskiej Arkony.

Bogusław I (Saxo: Bugisclavus), ur.przed 1127-1187 – z rodu Gryfitów, książę pomorski od 1155 lub 1157 wraz z bratem Kazimierzem, w nieustającym konflikcie lub wymuszonym sojuszu z Danią.  0g

Natomiast Skjalm den Skæggede, który został pozostawiony dla pilnowania floty, wypłynął z łodziami na szerokie wody, by wróg nie mógł zablokować im wąskiego wejścia do cieśniny. Gdy Rugianie napadli go ze swymi łodziami, obsadził on kilka łodzi całą załogą floty, jako że wolał on raczej spotkać wroga z dobrze obsadzonymi łodziami, niż z licznymi.
Po tym jak pożeglował przeciw nim i zmusił ich do ucieczki, zaniechał on ścigania uciekających i zawrócił do portu, by nie opóźniać wejścia na pokład towarzyszom broni, gdy ci powrócą.
Gdy został napadnięty drugi raz, bez lęku stanął do walki, a gdy znowu i znowu atakowano go, odpierał te częste napady dzielnie broniąc się, a podniecony tymi bardziej uprzykrzonymi niż ciężkimi napadami, wykorzystał okazję, by pogonić za wrogiem.
W międzyczasie przybył król nad brzeg i ku swemu wielkiemu zadziwieniu znalazł łodzie bez straży, a Skjalm zniknął, lecz gdy ten powrócił z pogoni za wrogiem, polecił król reszcie wojska wejść na pokład i podnieść żagle, by ścigać Rugian, którzy odpływali na wiosłach.
Ci jednak mieli tak wielką przewagę w czasie i wiosłowali tak mocno, że napędził on im więcej strachu, niż wykończył kogokolwiek ścigając ich.
Gdy król zobaczył dowódcę na tej łodzi, która była najbliżej niego, jak ten stanął na dziobie swej łodzi z niezwykle dziarską i zabójczą miną, chwalił go bardzo, i powiedział na koniec, że wydatek na dzielnego człowieka jest dobrą inwestycją.
Na koniec zmienił się wiatr, i nie mógł płynąć dalej, i musiał zawrócić i wiosłować równie daleko, jak daleko zaszedł na żaglu, i tak jak łatwo szło to pod żaglem, tak ciężko było powrócić na wiosłach.
Gdy Duńczycy walczyli teraz z przeciwnym prądem, skorzystali Słowianie, którzy dobrze znali wody, ze skrótu, o którym Duńczycy nie wiedzieli, i gdzie woda była głęboka, i próbowali, jako że nagle porzucili ucieczkę, zajść ich od tyłu.
Gdy Absalon zobaczył ich wypływających z ukrytych zatok, a jego towarzysze w strachu przyspieszyli wiosłowanie, wolał on pozostawać pomiędzy ostatnimi, niż być pomiędzy pierwszymi, by szlachetnie osłaniać tyły floty.
Co teraz się stało, opowiem ze wstydem.
Większa część Duńczyków, jakby nie mając poczucia wstydu, postawiła żagle i opuściła swego króla, pomimo, że widzieli wroga idącego naprzeciw niemu.
Król, który został pozostawiony w ciężkiej sytuacji jedynie z kilku łodziami, czuł większą złość do tych dezerterów, niż do wroga.
Tego dowódcę, którego nie tak dawno on chwalił, gdy ten stał na stewie swej łodzi, widział on teraz dodającego więcej żagla, by szybciej mógł odpłynąć, gdyż ten był dla niego za mały, za co król obrzucił go wyzwiskami zamiast pochwał, i powiedział, że to dobro, jakie człowiek okazuje tchórzom, jest złą inwestycją.
Z tego widać, że nie jest łatwo stwierdzić, czy jakiś człowiek rzeczywiście posiada w sobie tę dzielność, której można zaufać, dopóki nie zobaczy się go w największym zagrożeniu. Nie było to możliwe skłonić tych, którzy odpływali, do zawrócenia, ile by nie wołano za nimi, czyniono znaki do nich, wzywając na wszystkie możliwe sposoby, tak bardzo strach uczynił ich wszystkich głuchymi.
Król polecił dlatego swym ludziom przerwać wiosłowanie i zapytał tych, których miał wokół siebie, co by doradzali uczynić, a gdy inni powstrzymywali się z odpowiedzią, powiedział Absalon, że powinni starać się dopłynąć do Hiddensee i czekać tam na korzystny wiatr.
Peder [Thorstensen] powiedział wtedy, że nie powinni tego czynić w żadnym wypadku, i uzasadnił swoje zdanie tym, że jeżeli ten sztorm będzie trwał dalej, nie będą oni mogli ani zawrócić do domu, ani otrzymać wsparcia, podczas gdy Słowianie będą mogli ściągać każdego dnia coraz więcej ludzi. Dlatego powinni postawić żagle, lecz tak, by dostosować się do innych, jako że ci najszybsi żeglarze powinni zarefować żagle i nie odpływać od tych, którzy są wolniejsi, tak, by wszyscy mogli trzymać się razem.
Odważna rada Absalona musiała ustąpić nadzwyczaj rozsądnej Pedera.
Każdy z nich myślał w zgodzie ze swym wiekiem, Absalon co pasowało dzielnemu młodzieńcowi, a Peder co pasowało jego siwym włosom.

Skjalm den Skæggede (Skjalm Brodaty, Saxo: Skyalmo Barbatus) – duński wódz.

Szlachetnie osłaniać tyły floty – w przeciwieństwie do rycerskich zasad, tradycja wikińska pospolitego ruszenia wyznawała naturalną zasadę ”ratuj się kto może”, bez przejmowania się losem tych, którzy nie nadążali.

Refowanie żagla – zmniejszenie powierzchni żagla przez jego częściowe zwinięcie lub złożenie.  0g

Gdy teraz pozostało z całej duńskiej floty tylko 7 łodzi, Słowianie, wierząc w swą ilościową przewagę, wiosłowali do przodu z największą zawziętością, i w pogardzie dla nielicznych sił wroga wydawali dzikie okrzyki; lecz szli bardziej podnieceni niż odważni, bowiem jak tylko strzały zaczęły ich dosięgać, nie mieli już odwagi więcej wiosłować.
Krótko potem zaczęli wyciągniętymi mieczami uderzać się a to w szyje, a to w tarcze, wierząc, że mogliby wystraszyć Duńczyków takimi groźbami.
Następnie zaczęli ponownie wiosłować, krzycząc i wrzeszcząc na całe gardło, że strach było ich słuchać.
Lecz i tym razem poszło jak przedtem, bowiem jak miotana broń Duńczyków dosięgła ich znowu, zostali zmuszeni do ucieczki i powiosłowali zaraz z powrotem.
Trzecią próbę wystraszenia wroga uczynili zanurzając swe wysuszone słonecznym żarem tarcze w wodzie i unosząc je ponad kolana dla przygotowania ich do walki, żeby nie było teraz wątpliwości, że będą chcieli bić się z Duńczykami, i na koniec ponownie rozpoczęli zawzięcie wiosłować, albo pożądając zdobyczy, albo z zawstydzenia.
Tak jak zabójczo wzięli się do roboty, tak i bezowocnie to skończyli, bowiem tak jak poprzednio odstraszyły ich strzały i porzucili oni dalsze próby walki z niezwyciężoną nieustępliwością nielicznych, pomimo, że widzieli, jak Duńczycy ich wielce upokorzali i prowokowali.

Zanurzając … tarcze w wodzie – zapewne mocując je na relingach burt dla stworzenia osłony przed strzałami; tarcza, posiadająca cechy indywidualne, pozwalała też identyfikować jej właściciela i stanowiła jego wizytówkę.  Jaromarsburg | Kap Arkona

Gdy królowi ukazała się Dania na horyzoncie, stopniowo słabł wiatr, i żegluga tak się ciągnęła wolno, że pomimo postawienia wszystkich żagli, stali nad ranem prawie w tym samym miejscu, co byli wieczorem.
Gdy wiatr tak zawiódł, polecił król swym ludziom usiąść do wioseł.
Na koniec spotkał on łódź [arcybiskupa] Eskila, przeszedł na jego pokład i pożeglował do Skanii.
Ci, którzy wytrwali przy nim do końca, pożeglowali na Zelandię. Peder [Thorstensen] miał teraz ochotę nabrać pewnego człowieka o imieniu Rane; był on nadzwyczaj wygadany, lecz nie za bardzo sprytny.
Peder ustawił na rufie nie tylko swych jeńców, lecz także część swych wioślarzy, by wyglądało, jakby wziął wielkie łupy, mając tylu jeńców do pochwalenia się.
Gdy Rane widział go teraz przepływającego obok, chciał pokazać, że jego łódź miała przeciek, dlatego zaczął krzyczeć na ludzi i kazał wybierać wodę, na co zaś jeden z jego ludzi odpowiedział, że nie było przecież wody w zęzach od trzech dni. ”Twoi ludzie nie za bardzo wiedzą, jak należy ci odpowiadać”, rzekł Peder.
Teraz Rane, który wstał i wysunął głowę, zobaczył tylko kilku ludzi przy wiosłach na statku Pedera, a tłum młodych ludzi na rufie, którzy nic nie robili, i którzy jak myślał byli jeńcami. Rozzłościł się on teraz, że nie uczestniczył w tym, i powiedział, że szczęście nie sprzyjało mu tak dobrze jak Pederowi, jako że nie mógł uczestniczyć w wyprawie wojennej, gdyż jego łódź niemal nie zatonęła. Na jesieni pociągnął król z licznym oddziałem Zelandczyków i Skanijczyków, i mniejszym oddziałem Jutlandczyków w okolice Arkony, gdzie wziął on wielkie łupy.
Gdy powrócili oni znowu nad brzeg, z lądu na wyspę przybyli Rugianie z wielką siłą zbrojną, z zamiarem uderzenia na Duńczyków od tyłu, gdy ci zmierzali ponownie ku łodziom, by dostać się na nie.
Duńczycy musieli uczynić przerwę na jakiś czas, bowiem powstała tak gęsta mgła, która skryła niebo w ciężkim mroku, że stracili orientację i nie wiedzieli, którą drogą powinni iść. Uwierzyć by można, że fortuna w swej łasce przygotowała tę pogodę, by dać im to zwycięstwo, jakie odnieśli.
Słowianie pobłądzili, gdy nie widzieli nic w mrokach mgły, i weszli prawie w środek wroga, a gdy Słońce nagle rozproszyło mgłę, zobaczyć można było oba wojska siedzące niemal sobie na karku.
Prislav, który swego czasu uciekł z kraju słowiańskiego, przybył pędząc konno; barbarzyńcy byli tam, powiedział on, tak więc mieli Duńczycy upragnioną okazję do podjęcia bitwy z nimi; zachęcał on ponadto wszystkich do ścigania się w dzielności ze swymi nigdy nie pokonanymi przodkami, na co król odpowiedział, że wrogowie znajdą w nich ludzi, którzy wolą śmierć niż ucieczkę.
Duńczycy, co byli nadzwyczaj zapaleni i chętni do stoczenia bitwy, wbrew swemu zwyczajowi porzucili szyk bojowy i zaczęli iść luzem na wroga, jak tylko zobaczyli którego.
Odnieśli oni także od razu zwycięstwo przy pierwszym ataku, bowiem Słowianie rzucili się do ucieczki, zanim walka naprawdę się rozpoczęła.
Podczas tego szybkiego ataku Duńczyków, dwaj królewscy drużynnicy tak gwałtownie zderzyli się razem, że obaj spadli ze swych koni; w następstwie czego przewrócił się królewski koń z królem, a on spadł tak gwałtownie na nich, że lewym łokciem przebił tarczę i wbił go w ziemię.
Absalon już był zsiadał z konia, by mu pomóc, lecz on dał mu ręką znać, że nie trzeba, jako że uważał, że byłby to szczęśliwy upadek, jakiego doznał, gdyby on tylko otrzymał satysfakcję z klęski wroga.
To wydarzenie wcale tak źle nie wróżyło, jak to wyglądało, bowiem królewski wypadek okazał się być zapowiedzią klęski wroga.
Barbarzyńcy mianowicie zostali pokonani bez walki i zabici bez tego, by Duńczycy ponieśli jakieś straty.
Duża ich część pospieszyła na łeb na szyję do tej zatoki, z której przyszli, i życie, które chcieli zachować, oddawali w falach, i utonęło tam ich tylu, co zginęło od miecza.
Część, by tym pewniej umknąć wrogowi, z rozmysłem brodziła aż po szyję w wodzie, lecz nie pomogło to im, bowiem nie mogli schować się przed Duńczykami, którzy weszli do wody za nimi i zabili ich.
Kiedy wszyscy ci, którzy byli w wodzie, zostali zabici, za wyjątkiem jednego, który stał na jakimś kamieniu, skrytym pod powierzchnią wody, i w ten sposób uniknął masakry, jaką uczyniono jego towarzyszom broni, powiedział Absalon do wojowników, którzy nie odważyli się pójść tam i zabić go, gdyż bali się, że było tam zbyt głęboko.
”Ten chłop nie jest wcale tak daleko, byście nie mogli się z nim zmierzyć, gdzie on ma grunt, wy też możecie”.
Słowa te przyjął jego brat Esbern [Snare] jako wyzwanie, i pomimo, że nie miał wątpliwości, że Słowianin stał na kamieniu ukrytym pod wodą, więcej mu zależało na wykonaniu polecenia swego brata, niż na ocaleniu życia, a gdy inni nie chcieli, wszedł on w pełnym uzbrojeniu do wody, zabarwionej na czerwono krwią wroga.
Gdy przebił swoją włócznią Słowianina, i chciał wrócić na ląd, wciągnęły go wiry do wody, i poszedł na dno, i byłby utonął, gdyby jego towarzysze nie przyszli mu z pomocą.
Chcąc wyciągnąć go z wody, pognał Olaf ostrogami konia na głębinę, gdzie ten był, i starał się on uchwycić go i wyciągnąć do góry, lecz był bliski spadnięcia z konia, i w tej potrzebie myślał on bardziej o sobie niż o innym, i porzucił próbę ocalenia przyjaciela, by ratować się samemu.
Następnie człowiek o imieniu Niels podjął się tego zadania, którego Olaf próbował, i nie mógł powstrzymać się on przed wjechaniem konno na głębię, ale okazał on więcej dzielności, niż miał szczęścia, bowiem miał te same problemy i musiał porzucić swój plan.
Gdy pomoc jeźdźców tak zawiodła, przypadło piechurom go ratować.
Gdy wyciągnęli go na ląd, myśleli wszyscy, którzy go widzieli, że był martwy, bowiem nie można było zauważyć, by oddychał, tak jego ciało napełnione było wodą.
Po tym, jak jego towarzysze przewracali go jakiś czas, zaczął on jednakże w końcu wypluwać wodę, a gdy się jej pozbył, otworzył oczy, lecz mówić nie mógł, dlatego ci, co stali wokół, okryli dobrze ubraniem jego ciało, całkiem zesztywniałe z zimna, a gdy ogrzał się, odzyskał znowu nie tylko swój wzrok, lecz i mowę, lecz przez cały dzień był tak blady na twarzy, że wyglądał jak trup.

Prislaw (Saxo:Prisclavus, Knytlinga saga: Fridleif Mjuklatsson) – postać wątpliwa historycznie, wg Saxo syn księcia Obodrzyców Niklota, miał być żonaty z raczej nieznaną córką Knuda Lavarda, a siostrą Waldemara Wielkiego, Katarzyną; Niklot, oprócz syna Warcisława (zm.1164), miał też jednak bardziej znanego syna, zwanego Pribislaw-Przybysław (zm.1178), księcia Meklemburgii 1160-78 (od którego wywodzi się dynastia książęca panująca w Meklemburgii do 1918 r); różni kronikarze mylą czasami braci i możliwe, że jest to jedna i ta sama osoba.

Uciekł z kraju słowiańskiego – chrześcijański Prislaw byłby w konflikcie interesów z ojcem, broniącym pogańskich Obodrzyców przed Niemcami i Duńczykami; jednak wg Knytlinga saga Prislaw (Fridleif) miał zostać pojmany przez Duńczyków we wcześniejszej wyprawie, pozostał z nimi i przyjął chrześcijaństwo.  0g

Był tam jeszcze jeden duński jeździec, którego dzielności nie należy pomijać milczeniem.
Gdy całkiem sam, bardziej zapalczywie niż ostrożnie, ścigał uciekających i wpadł pomiędzy wrogów, a barbarzyńcy wzywali go do poddania się, zignorował on to wezwanie, i zeskoczył z konia, i wolał paść raczej z mieczem w ręku, niż ocalić życie poddając się.
Wróg rzucił się na niego wielką chmarą, by go zabić, lecz każdego, kto zbliżył się do niego, zabijał on ciosem miecza, i w najmniejszym stopniu nie okazując lęku, padł on walcząc, pokryty chwalebnymi ranami, na ten stos ciał, które narąbał wokół siebie.
Nie tylko liczni wrogowie poszli za nim na śmierć, lecz ci ocalali pokonani zostali zadziwieniem nad jego dzielnością, jaką okazał on im przed śmiercią.
Swą wyróżniającą się mężnością osiągnął on, że ci Słowianie, którzy byli tego świadkami, nigdy więcej nie odważyli się stoczyć bitwy z Duńczykami.
Następnego roku Duńczycy przygotowali się znowu na wyprawę do kraju Słowian, i Rugianie, co ze względu na zadaną im niedawno klęskę nie mieli odwagi przyjąć narzuconej wojny, wysłali z tego powodu nadzwyczaj elokwentnego człowieka o imieniu Dambor, by prosił on o pokój.
Absalon przyjął go i używał sam jego łodzi w czasie wyprawy, lecz jego ludzi wziął on na utrzymanie, do czasu jego powrotu, a samego Dambora wziął do królewskiej floty.
Było bowiem w zwyczaju, że Rugianie i Duńczycy mieli prawo z wzajemnością do zatrzymania tych posłańców, którzy przyszli od wroga w czasie działań wojennych, aż do czasu powrotu z wyprawy, by nie mogli oni po powrocie do ojczyzny wyjawiać, co się działo w kraju wroga, i w ten sposób funkcjonować bardziej jako szpiedzy, niż posłowie.
Gdy nieustająco przeciwny wiatr opóźniał jednak wyprawę, i wyglądało na to, że Jutlandczycy chcieli opuścić pozostałych, gdyż wyczerpały im się zapasy żywności, pomogli Zelandczycy i Skanijczycy, hojnie przekazując im z własnych zapasów, aby tak duża część ich siły bojowej nie była zmuszona ciężką sytuacją ich opuścić.
Fiończycy natomiast przeciwnie, nie udzielili najmniejszej pomocy towarzyszom w potrzebie, choć mieli pełno wszystkiego.
Gdy Dambor to zauważył, zaproponował on pokój jedynie na równych warunkach, choć wcześniej pokornie błagał.
Ponadto zażądał on, by Absalon pośredniczył w negocjacjach z królem.
Gdy biskup zapytał go, jakie gwarancje on dawał, że mówił uczciwie, odpowiedział tamten, że jako gwarancję rzuci on kamień do wody; był bowiem u barbarzyńców ten pogański zwyczaj, że gdy zawarto porozumienie, to rzucano kamień do wody, jednocześnie modląc się do bogów o to, żeby poszli na dno jak kamień, jeżeli nie dotrzymają słowa.
Gdy Absalon jednakże zażądał teraz, by dał on zakładników, i nie chciał uznać, by fałszywy i kłamliwy przesąd obowiązywał tam, gdzie dotyczyło to ważnych spraw, Dambor był na tyle zuchwały, by również ze swej strony zażądać zakładników. Uniósł się Absalon na to i powiedział, że Rugianie nie tylko wysyłali Duńczykom zakładników, lecz także pieniądze i zaopatrzenie dla floty, podczas gdy nikt nigdy nie słyszał, żeby Duńczycy kiedykolwiek uznali i wysłali coś takiego.
Na to odpowiedział Dambor:

”W przypadku jeżeli dysponujesz tą mądrością, którą uważasz, że jesteś obdarzony, to chętnie wysłuchasz tego, co mam do powiedzenia, i starannie to przemyślisz. Każdy, kto ma choć trochę rozsądku, powinien pamiętać, że czas składa się z trzech części, i do dwóch z nich należy przykładać mniejszą wagę, lecz trzecią powinien on traktować z dużo większą uwagą, niż te dwie pozostałe – wspomina on mianowicie przeszłość, oczekuje on przyszłości i rozważa dobrze to, co znajduje się w teraźniejszości. Głupiec, w przeciwieństwie do rozsądnego, ma w zwyczaju wahać się pomiędzy nadzieją o przyszłości, a wspomnieniem rzeczy przeszłych, natomiast nie chwyta tej okazji, jaką mu daje teraźniejszość, i wypuszcza to, co ma w ręku. Również ty tak czynisz; ogarnięty bezproduktywnymi i nieprawdziwymi problemami, pilnujesz starannie wzorców przeszłości, i spekulujesz tak, co się wydarzy w przyszłości, i nie widzisz, co leży w zasięgu ręki i co masz przed oczami. Podczas gdy zagłębiasz się w pamięci o zamierzchłych czasach, uważasz błędnie, że wszystko powinno iść tak szczęśliwie w przyszłości, jak niegdyś, i gdy rozpalasz nadzieję wspomnieniami, pozwalasz teraźniejszości, ze wszystkim, co ona niesie ze sobą, przepływać obok. Przyznaję, że Duńczycy niegdyś podbili mój lud, lecz od dłuższego czasu los nam równie dobrze sprzyja, jak wam kiedyś, który wzniósł nas równie wysoko, jak kiedyś było to waszym losem. Tak bardzo, jak prześcigaliście nas niegdyś, tak my dziś przewyższamy was mocą i dobrobytem; zrządzeniem losu osiągnęliśmy dziś tak wiele, jak nigdy nie udało się tego Duńczykom. Dlatego jest głupotą z twojej strony stawiać takie żądania; gdy nierozsądnie stawiasz przed oczami zanikającą przeszłość, zapominasz, co stało się niedawno, i próbujesz postawić mi takie warunki, które, biorąc pod uwagę aktualne okoliczności, prędzej powinieneś przyjmować, niż stawiać innym. Wasze pola, żałośnie poszkodowane od naszej broni i wojska, leżą odłogiem nieuprawiane; w naszym kraju mamy obfitość wszystkiego, a mimo to wystarcza zaledwie na wyżywienie tej liczby ludzi, jaką mamy. A jednak nie oburza cię to, że moglibyśmy sie wywyższać, lecz zaledwie to, że moglibyśmy być sobie równi, pomimo, że sam widzisz, że was we wszystkim przewyższamy. Zaczekaj ze ściąganiem podatków z nas, dopóki nie osiągniecie takiego szczęścia i dobrobytu, jakie u nas panują, i dopóki nie zobaczysz nas zawodzących od nieszczęść, które teraz gnębią was samych.

Dambor (Saxo: Domborus, Knytlinga saga: Dómaburr, Kantzow: Dambore) – wódz rugijski.  0g

Tak mówił Dambor.
Absalon ukrył swą złość i odpowiedział mu zaledwie kilku słowami, lecz przekazał królowi, co tamten powiedział. Wyprawa została odwołana, gdyż wzburzone morze nie uspokajało się i powstrzymywało żeglugę.
Pomimo, że królowi szczęście dotąd sprzyjało przy atakach na Słowian, przyznał on jednakże, że pokonać ich było zbyt trudno, aby mógł tego dokonać własnymi siłami.
Dlatego poprosił on księcia Saksonii [Heinricha der Löwe] o zawarcie z nim sojuszu zbrojnego i obiecał mu za to wielką sumę pieniędzy.
Książę obiecał uczestniczyć w ekspedycji, raz, że ta duża zapłata skusiła go, a dwa, że miał nadzieję na podbicie swoich sąsiadów.
Król Norwegii już wcześniej ofiarował Valdemarowi, którego darzył największą przyjaźnią, łódź wykonaną z największym kunsztem w kształcie smoka.
Poprosił teraz król Absalona, by obsadził łódź wioślarzami z Roskilde i włączył tak do duńskiej floty.
Gdy Absalon dotarł [z Roskilde] do portu Isøre, pozostał on tam dłużej niż zamierzał ze względu na przeciwny wiatr, a nie było nic takiego, co drażniło go bardziej, niż to, że on, który zwykle był szybszy od innych w swych przygotowaniach, gdy trzeba było wypływać, teraz miał się spóźnić i przyjść na końcu, podczas gdy inni byli już w drodze na miejsce zbiórki.
Gdy leżał teraz on tak na rufie i spał, ogarnięty wstydem i rozżalony, ukazało mu się we śnie, że miała przyjść dobra pogoda po sztormie.
Zobaczył tam mianowicie, że pewien człowiek wołał go, i że zszedł za nim na ląd, gdzie jakiś czas wędrował razem z biskupem Toke z Børglum, który prosił, by on teraz pilnie uważał i zapamiętał dobrze to, co usłyszy.
Następnie trzykrotnie zaintonował Toke ten hymn, jaki jest w zwyczaju śpiewać w noc Bożego Narodzenia, i prosił go, by słuchał uważnie, co było śpiewane.
Gdy obudził się, wszystko co widział we śnie, było tak żywe, że wydawało mu się, że była to rzeczywistość, a nie sen, a że pamiętał, że we śnie obiecano mu, iż nastęnego dnia uda mu się ruszyć z miejsca, nabrał on takiej pewności, że pogoda się uspokoi, że wszedł do szalupy, pomimo, że sztorm w żaden sposób jeszcze się nie uspokoił, poprosił Astråda, który był zwierzchnikiem załogi na królewskiej łodzi, by pospieszył się podnieść maszt, a sam zjadł coś szybko.
Podczas gdy jadł, wszedł Astråd i zameldował, że sztorm się uspokoił, i zapytał, co miał teraz czynić.
Absalon polecił mu zaraz podnieść żagiel i pożeglować przez ujście w Isøre, a będąc już na zewnątrz miał on ominąć wyspę [Zelandię] z tej strony, na którą wiatr go skieruje.
Gdy ten teraz pospieszył wykonać rozkazy, załogi floty wojennej, która stała w tym samym porcie, ciesząc się, że sztorm nagle się uspokoił, ochoczo postawiły żagle, lecz nie mialy tyle szczęścia, co zapału, bowiem co chwila wiatr zrywał się, i kierował ich raz na wschód, a raz na zachód, tak więc ze względu na niestałe wiatry nie można było ustalić kursu jak chcieli.
Możnaby uwierzyć, że było to wolą Niebios, by Absalon nie musiał żeglować samotnie, lub z tyłu za wszystkimi, co bardzo wyraźnie było widać, gdy doszedł ich, bowiem jak tylko dołączył, rozstąpiły się chmury, i mieli tak łagodny i stały wiatr, że żegluga, co dotąd nie postępowała, teraz ruszyła jak po maśle.
Tak więc sama natura oddała Absalonowi cześć uspokajając się, podczas gdy nie chciała złagodnieć wobec innych.
Gdy stwierdził on, że królewska łódź, która została jemu powierzona, odniosła szkody w tym wielkim sztormie, i groziło jej poważne niebezpieczeństwo zatonięcia, polecił wyciągnąć ją zaraz na ląd i wstawić nową deskę, by łódź, co miała przeciek i groziła zatonięciem, stała się mocna jak nowa.
By wyglądała jeszcze piękniej, polecił on okuć stewę złocistymi gwoździami.

Książę Saksonii – Henryk Lew, zawarł koalicję z Danią w 1160; w którym to sojuszu rozpoczął ostateczny podbój Obodrzyców, a następnie wraz z królem Danii Waldemarem Wielkim podbił Wieletów, Słowian zamieszkujących pomiędzy dolną Odrą a Łabą (na wschód od Obodrzyców).

Król Norwegii – Inge Haraldsson Krokrygg; w owym czasie było dwóch królów Norwegii; jednym z nich był Inge Haraldsson Krokrygg (ok.1134-61), syn króla Haralda Gille, król wybrany w Oslo w 1136; jego brat, Sigurd Haraldsson Munn (1135-55) został wybrany królem w Trondheim (zginął walcząc przeciw Ingemu); w 1142 roku królem wybrano również ich brata, Øysteina Haraldssona (ok.1125-57), który też zginął w walce przeciw Ingemu; drugim żyjącym królem w 1160 był syn Sigurda Munna, Håkon Herdebrei (1147-62), którego na króla wybrano w 1159.

Łódź … w kształcie smoka – długa łódź z wydłużonymi stewami, ozdobnie wykończonymi w kształcie głowy smoka (węża), pod koniec XII wieku długie łodzie stały się masywniejsze, wyższe i szersze, nie zmieniając właściwie swej długości i ilości wioseł, łódź króla Norwegii Sverrego (zm.1202) z 1182 roku miała ponad 30 par wioseł i 280 ludzi załogi (czterech na jedno wiosło); Norwedzy słynni byli ze swego szkutnictwa (zwłaszcza w okolicach Trondheim), a tradycję budowy łodzi typu wikińskiego zachowali do XX wieku.

Toke (Tyge), zm.1177 – kapelan Eryka Jagnięcia, później biskup w Børglum na północy Jutlandii.

Hymn – zapewne hymn Veni redemptor gentium (Przyjdź wszech narodów zbawienie) świętego Ambrożego z Mediolanu (zm.397), najstarsza znana pieśń dotąd śpiewana w kościele.  0g

Po tym jak spotkał króla koło Masnedø, pożeglowali oni do wyspy Poel, i Duńczycy oraz Niemcy wspólnie napadli, każdy ze swej strony, kraj Słowian; okresowo wojska duńskie i niemieckie były tak blisko siebie, że mogli się widzieć wzajemnie.
Gdy Słowianie raz zaskoczyli i zabili kilku niemieckich wojowników, którzy odważyli się odejść zbyt daleko, by zebrać paszy dla koni, wzięli jeźdźcy pomstę za wyrządzoną szkodę używając podstępu.
Ukryli mianowicie swą broń, przywdziali proste i ubrudzone szaty na swoje kolczugi, i zabrali się do żęcia, jakby zbierali paszę, i gdy Słowianie z Niklotem na czele wyskoczyli nagle ze swej kryjówki, aby zabić tamtych, tamci wskoczyli szybko na swe konie, odrzucili sierpy i chwycili za miecze, i zabili ich. Głowę Niklota odrąbano i osadzono na tyczce, i zabrano ją do obozu, ku uciesze obu wojsk.
Gdy jego syn Prislaw, który był wygnańcem ze swej ojczyzny, gdyż umiłował on chrześcijaństwo i odrzucił pogańskie przesądy, i szukał schronienia u Duńczyków, dowiedział się o tym, właśnie kiedy siedział przy posiłku, zrobił on krótką pauzę i zafrasował się, i powiedział, że było to słuszne, że wzgardzający Bogiem tak zakończył, i nie myślał już więcej o tym, zamiast tego pokazał towarzyszom przy stole swą jak zwykle zadowoloną i radosną twarz, tak wielkie było jego opanowanie i jeszcze większy szacunek dla chrześcijaństwa, gdy odmawiał uznania za swego ojca tego, który był wrogiem chrześcijaństwa; nie jest łatwo powiedzieć, czy okazał on tym większą siłę ducha, czy pobożność.
Nie współczuł on też więcej niż przedtem swojej ojczyźnie, bowiem nadal słowem i czynami robił wszystko co mógł, by stała się ona łupem dla tych dwóch obcych narodów.

Poel – wyspa zamykająca od północy Zatokę Wismarską u wybrzeży Meklemburgii-Pomorza Przedniego; w opisywanym czasie zamieszkana przez Obodrzyców.

Każdy ze swej strony – Duńczycy atakowali od wybrzeża, Niemcy lądem od południowego zachodu.

Niklot, zm. 1160 – książę Obodrzyców od 1131, zginął w sierpniu 1160, zabity przez Niemców w Werle niedaleko Rostocku; po jego śmierci Henryk Lew oddał jego ziemie jako lenno synom Niklota, Przybysławowi i Warcisławowi.

Nie współczuł … ojczyźnie – dokładnie definiując Prislaw był zaprzańcem i zdrajcą.  0g

Kilka dni później przybył Valdemar do [księcia Saksonii] Heinricha [der Löwe] by rozmawiać z nim, i książę zaprowadził jego oraz Absalona, i nikogo innego więcej, do swego namiotu, i przygotował tam posiłek dla niego, do którego usługiwała duża ilośc możnych panów jako służba.
Był to wspaniały posiłek, tak gdy chodziło o ilość, jak i różnorodność, lecz jeszcze wspanialsze było posługiwanie, które bardziej miało na względzie oddanie czci gościom, niż stronę praktyczną.
Drużynnicy jedli przy osobnym stole.
Gdy Valdemar powrócił do swego obozu, zaszły tam nagle pewne wydarzenia, które wywołały u niego niepokój, a miało dla niego wielkie znaczenie wiedzieć, gdzie mógłby spotkać się razem z Heinrichem, gdyż musiał odbyć z nim rozmowę.
Gdy powiedział on, że potrzebował on jednego bystrego człowieka, który by to zadanie dla niego wykonał, jedni twierdzili, że ich konie okulały, inni, że konie nie były właściwie podkute, wszyscy wynajdywali wymówki, by ukryć swój lęk, bowiem nikt nie miał na tyle odwagi, by podjąć się tego tak niebezpiecznego poselstwa.
W międzyczasie przyszedł Absalon, który jak zwykle swój wolny czas poświęcił na rąbanie drew w lesie, i gdy został on spytany, czy wyruszyłby z tym poselstwem dla króla, odpowiedział, że bardzo chętnie.
Gdy teraz został zobowiązany do wybrania, kogo chciałby mieć ze sobą, wybrał on prawie wyłącznie krewnych, jako że uważał, że mógł bardziej im zaufać, niż obcym.
Syn tego potężnego słowiańskiego księcia Niklota, Prislaw, który został wygnany jako zdrajca przez swego ojca, ponieważ poślubił on siostrę Valdemara i przyjął chrześcijaństwo, obiecał posłużyć mu za przewodnika, gdyż znał on okolice.
Po części w nagrodę za jego wierną służbę, a po części z powodu powinowactwa, oddał on mu w lenno dużą część najważniejszych wysp.
Absalon wyruszył teraz w drogę, a gdy porozmawiał z księciem [Heinrichem], zalecił mu tenże, by pozostał on na noc u niego, lecz odpowiedział on, że gdy król z niepokojem czekał na nich, nie powinien on powiększać jego lęku, pozwalając mu czekać dłużej, niż to było konieczne, a ponadto powiedział on, że flota stała na pełnym morzu, narażona na wszelkie podmuchy wiatru.
Po tym, jak wyjaśnił tak przyczyny swojego pośpiechu, wskoczył na konia, gdy szło już ku wieczorowi.
Jednakże pewien wysoko urodzony Niemiec poszedł sam do księcia i powiedział, że to mogłoby kosztować życie duńskich posłów, jeżeli nie dostaliby więcej ludzi ze sobą, odważył się nawet ostro przemawiać do niego, gdyż pozwolił on odjechać tak małej grupie znaczących ludzi, nie dając im na drogę eskorty, przy tak wielkim zagrożeniu, jakie było na wyciągnięcie ręki. Książę polecił wezwać ich z powrotem, i zaproponował, że da im eskortę ze sobą, lecz tak jak Absalon odrzucił propozycję pozostania na noc, był on zbyt dumny, by przyjąć proponowaną eskortę na drogę, jako że uważał on, że było większą chlubą dla niego i jego ludzi narazić się na niebezpieczeństwo, niż pozwolić się chronić przez innych.
Nie ujechali oni daleko od obozu, jak Prislaw polecił im wszystkim stanąć i powiedział:

”Gdybym tutaj dowodził, nie odmawiałbym, w tak małej grupie jak jesteśmy, przyjęcia eskorty, gdyż przygotowanie się na niebezpieczeństwo, najlepiej jak człowiek potrafi, świadczy raczej o przezorności, niż o tchórzostwie. Odwaga jest tym bardziej godna pochwały, im mniej połączona jest ona z głupotą; lecz gdy opiera się ona na lekkomyślności, jest godna nagany. Nie będzie teraz nadzwyczaj dobrze wyglądało, jeżeli będziemy prosili o to, czego przyjęciem przed chwilą wzgardziliśmy, gdy nam to proponowano. Nie pozostaje więc nam nic innego, jak zawierzyć naszej odwadze i naszej sile, i pokładać ufność w wybawienie, skoro nasza sytuacja jest tak wątpliwa. Dlatego musimy pokazać, że jesteśmy dzielnymi Duńczykami, i uczynić wszystko, co tylko można, by albo wrócić całym do domu zwyciężając, albo zdobyć sobie wieczną chwałę sławną śmiercią. Nie ma wątpliwości, że pozostawione ślady naszych koni zdradziły wrogowi naszą obecność, i że będą się starali nas zaskoczyć w drodze powrotnej. Lecz lepiej to dla was, towarzysze broni, zginąć, niż zostać wziętym do niewoli, bowiem jeżeli zostaniecie złapani, okrutną śmiercią zapłacicie za śmierć mego ojca, tak, jak byście byli jego zabójcami, i moi bracia, w najokrutniejszych torturach, utoczą z was krew, tak jakby ze świętej ofiary składanej dla niego. Dlatego dużo lepiej będzie walczyć dzielnie do końca, niż wpaść w ich ręce, gdyż w swym okrucieństwie postąpią żałośnie z wami. To doradzam ja wam, bardziej z miłości do was, niż bym sam się bał, bowiem pochodzę z takiego rodu, na który żaden Słowianin kiedykolwiek nie odważyłby się podnieść ręki. Zaklinam ja was dlatego, na dobrego i wszechmogącego Boga i na sławne pomiędzy wszystkimi narodami imię Duńczyków, byście się wyzbyli wszelkich lęków i bojaźliwości, i mężnie walczyli na śmierć i życie.”

Ta przemowa Prislawa przyjęta została przez wszystkich radosnymi okrzykami zadowolenia, i powiedział on wtedy, że nie wątpi on teraz w ich zwycięstwo, bowiem zapał wojowników jest dobrą przepowiednią, że faktycznie ataki Słowian były brane za bardziej niebezpieczne, niż były one w rzeczywistości.
Zaś posuwając się naprzód, powinni się tak ustawić w kolumnie, powiedział on, by ci młodzi, którzy byli nie tak dobrze wyposażeni, jechali w środku, tak, by z obu stron chronieni byli oni przez ciężko uzbrojonych ludzi.
Oddział podzielił on ponadto na dwie grupy, by jedna mogła przyjść na pomoc tej drugiej, a wróg stracił śmiałość, gdy zobaczyłby, że były dwie grupy.
Polecił on im też wykrzykiwać i śpiewać, by wydawało się, że było ich więcej, niż naprawdę, i że dlatego się nie bali niczego. Ten plan się powiódł, gdyż nikt ich nie zaatakował w drodze do przystani, gdzie stała flota.
Król, który czekał na nich z lękiem, bezsilny i pełen niepokoju, gdyż nie było ich tak długo, czytaniem pisma świętego starał się przegonić żal o to, że tak lekkomyślnie wysłał swych ludzi w tę podróż, a gdy dowiedział się, że wrócili, położył się zaraz spać, czego nie mógł uczynić wcześniej, bowiem tak jego umysł przepojony był obawami.

Poślubił on siostrę Valdemara – niepewne, podobnie jak sama postać Prislawa; tą siostrą miała być Katarzyna.  0g

Następnie pożeglowali oni do rzeki Gudager, której ujście było tak płytkie, że duże łodzie nie mogły tam wchodzić, z którego to powodu król musiał rzucić kotwicę i pozostać na zewnątrz, jako że jego łódź była zbyt wielka.
Ta część floty, którą można było użyć, gdyż łodzie nie zanużały się zbyt głęboko, popłynęła pod dowództwem Absalona w górę rzeki wąskimi zakolami, aż dotarli do miejsca, które wyglądało jak duże jezioro.
Węższy wpływ do niego zablokowali Słowianie liczną flotą, by uniemożliwić wrogowi dostęp.
Duńczycy usiłowali przegnać ją, lecz kiedy nie znali miejscowego akwenu, ani nie wiedzieli jak głęboko czy płytko tam było, wpłynęli oni na mieliznę.
Chcąc ściągnąć łodzie na głębszą wodę, gdzie było łatwiej żeglować, a nie mogąc w żaden sposób użyć wioseł, wyskoczyli za burtę, chwycili za relingi i ściągnęli łodzie z mielizny.
Słowianie stali natomiast na swych łodziach jak na szańcach i ciskali w nich włóczniami, i nie tylko że atakowali ich w ten sposób, to jeszcze wyskoczyli za burtę i szukali okazji, by walczyć w bezpośrednim starciu, lecz gdy Duńczycy dzielnie stawili im czoła, wrócili oni równie szybko na swoje łodzie, jak z nich zeskoczyli.
Dwie łodzie Prislawa weszły jako pierwsze na jezioro, lecz wskoczyło tam na nią tak wielu z tych, co stali na mieliznie, że deski burt całkiem popękały i rozlazły się.
Wtargnęli oni mianowicie tak gwałtownie na nią, że nie mogła ona unieść tego wielkiego ciężaru.
Duńska flota szła teraz w ślad i zajęła te wrogie łodzie, które Słowianie opuścili uciekając, a następnie podpalili wioski leżące nad brzegiem jeziora.
Gdy Absalon powrócił nocą, nie mógł król jeszcze zamknąć oczu, tak był niespokojny, gdyż tak długo go nie było.
Uradował on się teraz, że tamten przybył, odesłał swą łódź do domu, gdyż ze względu na swe rozmiary nie wydawała się być przydatna na tych wodach, i wszedł na pokład łodzi nieco mniejszej, i na niej pożeglował on na jezioro, gdzie wysłał on Sune [Ebbesena] z dwoma łodziami, by pustoszył we wszystkich zatokach.
Spalił on także miasto Rostock, co nie sprawiło im żadnego kłopotu, bowiem ludność tchórzliwie opuściła gród.
Spalił on też przy tej okazji posąg, któremu lud przez swe pogańskie przesądy okazywał boską cześć, tak jakby to był jakiś niebiański bóg.
Następnie zbudował on most, którym przeszedł ze swym wojskiem zmierzający do niego na rozmowy [książę] Heinrich. W tym samym momencie syn Niklota, Pribislaw, który przeszedł na drugi brzeg, zobaczył swego brata Prislawa, żeglującego jedną łodzią z Bernhardem, o którym pogłoski mówiły, że był zabójcą Niklota, zwymyślał go i zwrócił uwagę, że było to niegodne pozostawać w przyjaźni z zabójcą ojca, lecz na to odpowiedział Prislaw, że był wielce wdzięczny Bernhardowi, ponieważ ten zabrał mu bezbożnego ojca; nie chciał być on uznawany za syna człowieka, o którym było wiadomo, że był złoczyńcą.

Gudager (Goderak, Gudacr) – skandynawska nazwa rzeki Warnow (Warnawa) w Meklemburgii-Pomorzu Przednim, której ujście znajduje się koło Rostocku; nazwa Gudager w ludowej etymologii kojarzona z Bogiem.

Jezioro – rozległy zalew u ujścia rzeki Warnow ma rozmiary ok. 2 x 3 kilometry.

Reling – górna część burt, wystająca ponad pokład, zabezpiecza ludzi i przedmioty przed wypadaniem za burtę.

Rostock – słowiański gród Roztok spalili Duńczycy w 1161, na miejscu grodu w 1218 założyli oni miasto na prawie lubeckim.

Pribislaw (Przybysław), zm.1178 – syn Niklota, książę meklemburski od 1160; wraz z bratem Warcisławem lennik Henryka Lwa, przyczynił się do germanizacji terenu Obodrzyców; zmarł na skutek ran odniesionych w turnieju.

Bernhard – możliwe, że Saxo ma na myśli Bernarda III Askańczyka (ok.1140-1212), hrabiego Anhaltu (od 1170) i księcia Saksonii (od 1180 po Henryku Lwie), który rok wcześniej (1159) walczył u boku cesarza Fryderyka Barbarossy i Henryka Lwa w Italii.  0g

W międzyczasie rozeszły się nagle pogłoski, że rugijska i pomorska flota połączyły się, i zamierzały zablokować Duńczyków na rzece.
[Książę] Heinrich [der Löwe] przedstawił królowi [Valdemarowi], że powinien on koniecznie opuścić rzekę, by nie wpaść w kłopoty na wąskich przejściach, co też on zaraz i uczynił.
Kiedy jednak nie było widać tej połączonej floty, o której powtarzano pogłoski, powziął on podejrzenie, że ta zasadziła się w pułapce, i postanowił odpowiedzieć podstępem na podstęp.
Słowianie w rzeczywistości zaczaili się w ukrytych zatokach i wywiadywali się o możliwościach napadu na królewską flotę, w przypadku, gdyby wyruszył pustoszyć na lądzie.
Żeby teraz zwabić ich do wyjścia z ukrycia, przedstawiając im, że nadeszła okazja do realizacji ich planów, polecił on jednemu człowiekowi o imieniu Magnus podłożyć ogień we wsiach wzdłuż wybrzeża, lecz rozkazał wojownikom pozostawać na łodziach w ukryciu, jako że zakładał, że Słowianie uwierzą, że całe duńskie wojsko plądrowało i paliło, a przez to nie obawialiby się realizacji swojego zamierzenia.
Wrogowie faktycznie ułożyli taki plan, o którym on myślał.
Jak tylko Magnus podpalił osady, uwierzyli Rugianie, że wszyscy Duńczycy byli w to zaangażowani, nabrali oni odwagi i zaczęli realizować swój plan w tej wierze, że zastaną flotę pozbawioną obrońców.
Jednakże niektórzy z Duńczyków, którzy nie otrzymali wieści o tym, co król zalecił, ruszyli przedwcześnie przeciw nim, i tak zrezygnowali oni ze swego ataku i zamiast tego nagle rzucili się do ucieczki.
Pozostała duńska flota wiosłowała teraz ile było sił za nimi, lecz nie mogli ich dogonić, tak szybko tamci żeglowali.
Gdy Duńczycy zmęczyli się teraz, a dzień dodatkowo był gorący, rozciągnęli oni płachty nad łodziami.
Podczas gdy inne łodzie stały teraz w porcie, pojawił się arcybiskup Lund [Eskil], i gdy zobaczył łodzie stojące z rozpostartymi płachtami w środku dnia, zganił on ludzi za ich lenistwo i powiedział:

”Czy jest jakiś pożytek z takiego chowania waszych ciał jak w grobie, przyjaciele, gdy duch wasz jeszcze powinien być żywy?”

Tymi słowami zawstydził on wojowników, ponieważ leżeli i odpoczywali w pełni dnia, i przypomniał królowi, że zamiast próżniaczo leżeć, powinni leniwi wojownicy dostać coś do próbowania swych sił.
Król był prawie zły na słowa arcybiskupa, lecz uznał również za usprawiedliwione, że zganił on jego bezczynność, dlatego też odpowiedział, że leżąc tak pochowani mogli natychmiast powstać ze swych grobów, następnie polecił ściągnąć płachty i zaraz wziąć kurs na kraj wroga.
Przez 2 dni plądrowali oni południową część wyspy, a następnie pożeglowali do Valung.
Gdy tam wywiedzieli się, że Rugianie zamierzali wyruszyć przeciw nim, jeden z Duńczyków, w obecności swych towarzyszy broni, odrąbał kawałek włóczni, by poręczniej było użyć jej w bitwie; inni uczynili to samo, a gdy odrąbane kawałki zostały zebrane razem, powstał tam z nich zaraz cały kopiec.

Południowa część wyspy – zapewne chodzi o Rugię, wg Knytlinga saga miały być to tereny na południe od Stralsundu, a wyprawa była lądowa.

Valung (Valon, Falong, Analung) – kraina nadmorska w pobliżu cieśniny Strelasund, oddzielającej wyspę Rugię od lądu stałego, po stronie lądowej. 0g

Natomiast wrogowie byli bardziej nastawieni na pokój, niż na prowadzenie wojny, i Dambor został wysłany do Duńczyków na negocjacje.
Gdy ci weszli na pokład swoich łodzi, rozpalił on ognisko na plaży, by dać znać, że miał posłanie do przekazania.
Absalon zabronił jednak, by ktokolwiek wziął go na pokład, co by nie wyglądało, że Duńczykom równie zależało na pokoju, jak temu, który przyszedł prosić o to.
Gdy Dambor nie mógł wejść na pokład żadnej z ich łodzi, musiał sam sobie znalezć sposób, by się dostać do floty. Zwrócił on się przy pomocy tłumacza do Absalona i prosił go o wynegocjowanie pokoju pomiędzy królem a Rugianami; a na znak poddaństwa obiecał on dać zakładników.
Absalon udawał, że nie rozumiał, o co tamten prosił, i zamiast odpowiedzieć na jego pytanie, zaczął wyliczać te duńskie wyspy, które, jak niedawno Dambor sam jemu opowiadał, leżały odłogiem opuszczone.
Gdy Dambor przez tłumacza dowiedział się, że Absalon nie dał mu wiążącej odpowiedzi na jego prośbę, powiedział on:

”Nie bez powodu, dostojny biskupie, szukamy w tobie, a nie w kim innym, naszego reprezentanta; jest to o tyle słuszniejsze, że przynosimy dziś do ciebie swe prośby, by było jak niegdyś, gdy z pomocą twego dziada [Skjalma Hvidego] zawarliśmy pokój z Duńczykami. Jedno jego skinienie głowy było tyle warte, co słowo króla. Gdy teraz nie pozostał żaden z jego synów przy życiu, przychodzimy pokornie błagając i padamy do stóp jego wnukowi, bowiem nie chcemy szukać pomocy poza tym rodem, w którym ją znaleźliśmy. To też jest głęboko przemyślane, że pominęliśmy twego brata, pomimo, że jest starszy od ciebie, bowiem z powodu twej wysokiej pozycji i godności, bez względu na wiek daliśmy ci pierwszeństwo. Zanim nie zaprzepaściliście w waszym kraju pokoju wojną domową, okazywaliśmy stale duńskiemu królestwu wierność i posłuszeństwo, lecz gdy zaczęliście walczyć wszyscy ze sobą i zbrojnie wspierać tych, którzy walczyli o koronę, bardziej staraliśmy się odzyskać naszą wolność, niż mieszać się w spory obcego narodu, i raczej woleliśmy odpaść od was, niż zawieść tę miłość, jaką winni byliśmy naszej ojczyźnie. A cóż innego uczyniliśmy, wydając wam wojnę, ponad stworzenie wam okazji do porzucenia waszych wewnętrznych sporów i przywrócenia jedności pomiędzy wami, gdy sprawa szła o pokonanie nas? Zwróciliśmy kapiące braterską krwią wasze topory na siebie samych, woleliśmy raczej, byście swoimi wojnami przynosili szkody innym, a nie waszej ojczyźnie. Pozornie działaliśmy wobec was jak wasi wrogowie, lecz w rzeczywistości jak przyjaciele; pod maską wrogości dokonywaliśmy czynów miłości wobec was. Że ze swymi łodziami plądrowaliśmy wasz kraj, była to dobroć, jaką wam okazaliśmy, bowiem większe czyniliśmy wysiłki dla przywrócenia jedności pomiędzy wami, niż dla zdobycia łupów. Teraz, gdy spowodowaliśmy, że przestaliście błądzić i porzuciliście te wojny, w których sobie wzajemnie upuszczaliście krwi, powinniście po prawdzie nam dziękować za naszą dobroczynność. Dlaczego jedynie my, gdy teraz wszelki spór pomiędzy wami się zakończył pokojem, nie możemy wejść do waszej świątyni pojednania, której drzwi sami wam otworzyliśmy i do której drogę wam utorowaliśmy? Jak to może być, że człowiek, który nosi sławę mędrca, tak mało ceni mądrość, jaką okazaliśmy, powstrzymując w tak szczęśliwy sposób wasze błądzenie?”

Gdy zakończył on swą mowę, a Absalon nadal wymieniał te krainy w Danii, które leżały odłogiem spustoszone, zabrał ponownie głos i powiedział:

”Nie stało się nic takiego, dlaczego ty, w sumie tak łagodny, miałbyś odtrącić ludzi, którzy potrzebują twojej pomocy, gdy nikt, kto przychodzi pokornie błagając nie ma problemu z dostępem do ciebie; odepchniesz nas od siebie, to padniemy do twych stóp znowu i znowu, jak dzieci, które o tyle zapalczywiej starają się wdrapać na matczyne łono, im mocniej ona je bije. Jeżeli sądzicie, że nie ukaraliście nas odpowiednio, możecie ukoić swoją złość zadając nam o tyle więcej szkód, na ile macie ochotę. Chociaż pustoszycie nasze pola, palicie nasze wsie, zrównujecie nasze miasta z ziemią i mordujecie nasz naród, użyjemy tylko błagań, a nie broni przeciwko wam, gdyż przebaczenia, a nie wojny szukamy. Jeżeli spragnieni jesteście krwi, to nadstawimy naszych karków, byście mogli je rąbać waszym mieczem. Będziecie chcieli zrobić z nas niewolników, to cóż innego będziemy mogli zrobić, jak tylko poddać się? Lecz któż jest tak okrutny, że nie oszczędziłby tych, którzy oddają się jego władzy, i jest to przecież największą głupotą zdobywać w trudzie i znoju coś, co można dostać w spokoju i pokoju. Wiem dobrze, że cofasz się pamięcią do naszej pierwszej rozmowy, kiedy to pogardliwie mówiłem o tym, jak wyludnioną stała się Dania, i dlatego nieustannie wymieniasz te wszystkie miejsca, które spustoszyliśmy, i że nie chcesz negocjować pokoju, zanim sami nie spustoszycie u nas tyle samo miejsc z bronią w ręku. Głupi byłem, że wyjawiłem swą mądrość i mówiłem o stosunkach pomiędzy przeciwnikami w ten sposób, że to mogło jedynie nam zaszkodzić, jako że nie zastanowiłem się, że tak uważny słuchacz mógłby wiele się nauczyć z tego, co powiedziałem, bowiem byłoby lepiej, gdybym trzymał dziecinną gadkę. Lecz tego, co powiedziałem wtedy, teraz żałuję, dlatego powinieneś to także zapomnieć. Lecz jeżeli powiedziałem ci wtedy rzeczy godne zastanowienia się, to przyjmij również te teraz z uwagą równą tej, jaką poświęciłeś wtedy, gdy rozmawialiśmy po raz pierwszy. Przecież im więcej nas zabijecie, tym mniej będziecie mieli poddanych, by wam służyli. Cóż innego robicie, niszcząc nas, jak nie zjadacie własnych wnętrzności i osłabiacie swe własne siły? Jeżeli uważacie, że nie jesteśmy jeszcze wystarczająco pokarani, to wyślij nas przeciw waszym wrogom, a oddamy swe życie za was na wojnie; jeżeli zginiemy, to zaspokoi się wasze pragnienie zemsty, a jeżeli zwyciężymy, przywiedziemy tych, którzy się wam buntują, pod jarzmo. Jeżeli zostaniemy pokonani, nie będziecie mieli powodu do rozpaczy, jeżeli zwyciężymy, to serca wasze będą się radować, więc jakby nie poszło, szczęście wam będzie sprzyjało. A ponadto może się przydarzyć, jeżeli będziecie dalej z nami walczyć, że przyjdzie wam zapłacić za naszą klęskę utratą tego, którego życie będzie zbyt wielką ceną za zdobycie całej Rugii.”

Słowa te skłoniły Absalona do przedstawienia królowi prośby Rugian, i sam wstawił się on za nich. Król przyjął zakładników i wyruszył do Danii.

Z twego dziada pomocą – Skjalm Hvide, walcząc ze słowiańskimi piratami, zdobył ok. 1100 roku Rugię, a król Eryk Zawsze Dobry uczynił go tam swym zarządcą i poborcą podatków.

Żaden z jego synów – Asser Rig, Ebbe i Toke Skjalmsenowie.

Starszy brat Absalona – Esbern Snare, ur.1127, Absalon ur.1128.  0g

Księga 14.4.

Ode mnie :

Połowa tej księgi to spór papieski oraz walki Duńczyków z Norwegami, więc to pominę.
Po śmierci papieża Hadriana IV w 1159 doszło do sporu pomiędzy większością kardynałów, którzy poparli wybór kardynała Rolanda Bandinellego, a mniejszościową grupą stronników cesarza Fryderyka Barbarossy, którzy obrali na papieża kardynała Ottaviana di Monticellego, a kardynała Rollanda Bandinellego usunęli siłą z Rzymu; spór, który zaowocował powołaniem szeregu antypapieży, zakończył się podpisaniem w 1177 pokoju pomiędzy cesarzem a papieżem Aleksandrem III, po tej dacie krótkim epizodem ponowionego konfliktu był wybór w 1179 antypapieża Innocentego III.

Gdy król dowiedział się następnie, że wschodni Słowianie, wierząc w swe siły, odpadli i podnieśli bunt, zawiązał on sojusz wojenny z księciem Heinrichem [der Löwe] z Saksonii, a żeby więzy przyjaźni pomiędzy nimi uczynić trwalszymi, zaręczył on swego syna Knuda, co nie miał jeszcze roku, z jego córką, która jeszcze leżała w pieluchach, i którą jego żona, którą on był później odprawił, mu urodziła.
Podczas gdy teraz Heinrich przygotowywał się do ataku swym wojskiem od strony lądu, pożeglował Valdemar do kraju Słowian ze swoją flotą, i kiedy przybył na Rugię, polecił on Absalonowi zebrać wsparcie pomiędzy mieszkańcami kraju, na których przyjaźń zbytnio nie liczył.
Aby nie zwieść Heinricha, spotykając go później, niż obiecał, pożeglował on tak szybko jak możliwe do rzeki Peene.
Absalon natomiast zjawił się na tingu krajowym Rugian, pomimo, że nie miał innego zabezpieczenia ich wierności poza kilku zakładnikami; wskazali mu oni honorowe miejsce pomiędzy nimi, gdy przybył jako posłaniec od króla, a że nie rozumieli oni języka duńskiego, oznajmił on im przy pomocy tłumacza, co miał im do zakomunikowania.
I zdarzyło się, że pewien młody Rugianin ze słowiańskim sprytem udawał, że chciał kupić konia od jednego z duńskich wojowników, a gdy dosiadł go pod pretekstem, że chciał go wypróbować, uciekł on z nim.
Gdy Absalon dowiedział się o tym, poskarżył się na to na tingu, a gdy zebrany lud uznał, że to złamanie prawa i zasad uczciwości, popełnione przez pojedynczego człowieka, obciąży ich wszystkich, rozwścieczyli się i zerwawszy się pogonili na łeb i szyję za przestępcą.
Gdy świta Absalona zadziwiła się teraz wielce, a nawet się wystraszyła, bowiem pospólstwo nagle rzuciło się razem, niektórzy z krewnych tego młodzieńca, mniej z miłości do niego, lecz bardziej zawstydzeni tą hańbą, jaką okrył on ich wszystkich, padli Absalonowi do nóg i obiecali zwrócić konia z powrotem, jeżeli tylko odwiedzie on tłum od spełnienia swych zamiarów.
Absalon ulitował się nad błaganiami i łzami, wysłał ludzi, którzy uspokoili pospólstwo, i tak skończył z tym całym hałasem i wrzawą.
Konia zaraz oddano, a Absalon złajał wojownika za jego głupotę, że był niemądry i nieuważny, by się tak dać nabrać przez złodzieja.
Po tym jak król Rugian Tetzlav obiecał wsparcie dla floty, pospieszył on zaraz za Valdemarem.

Heinrich von Badewide (Henryk z Badewide), zm.1164 – hrabia Holsztynu 1137-43 w konflikcie z Adolfem II, komes Połabian 1154, hrabia Ratzeburga od 1156; żonaty z krewną króla Waldemara Wielkiego.

Gunzelin I von Hagen (Guncelin), zm.1185 – hrabia Schwerina od 1167.

Schwerin – miasto w zachodniej Meklemburgii-Pomorzu Przednim; pierwotnie założone przez Obodrzyców, zdobyte 1160 przez Henryka Lwa.

Miasto kupieckie – miasto posiadające dzięki nadanym przywilejom monopol na handel i wykonywanie rzemiosła na określonym terenie.

Regnald – hrabia Dithmarschen Reinhold z Ertheneburga, zm.1164.

Pokonali forpocztę – bitwa miała miejsce 6 lipca 1164 w Verchen (Wierzchnie) nad Kommerower See (Jeziorem Komorowskim), u ujścia z niego rzeki Peene (Piany); Verchen leży dwanaście kilometrów na południowy zachód od Demmina (Dymina).  0g

Gdy do Heinricha [der Löwe] dotarła o tym wieść, wpadł w słuszny gniew z powodu tej klęski, jaką ponieśli jego ludzie, i aby pomścić ją, ruszył tak szybko, jak było to możliwe, ku miastu Demmin, by podjąć jego oblężenie.
Gdy dowiedział się, że mieszkańcy sami je spalili, polecił by to, co pozostało z jego murów, zostało zrównane z ziemią, tak, żeby nie pozostał kamień na kamieniu.
Gdy nie mógł on wyładować swej złości na ludziach, musiały tedy rzeczy martwe zostać za to ukarane, i dlatego polecił on spalić miasto Gützkow, po tym jak jego wystraszeni mieszkańcy podobnie je opuścili.
Mieszkańcy w Wolgast, ogarnięci przerażeniem z powodu zniszczenia sąsiednich miast, poszli ich przykładem, opuścili miasto i przeprawili się skrycie przez rzekę z żonami i dziećmi, tak by wróg swe okrucieństwo obrócił jedynie przeciw pustym domom.
To miasto wziął król [Valdemar] sam bez trudności, pozostawił załogę w nim i zrobił tam kapra Vethemana dowódcą. Mieszkańcy miasta Usedom, co byli bardziej przestraszeni losem, jaki spotkał inne miasta, niż mieli zaufania do ochrony, jaką dawały im ich mury, poszli równie wystraszeni w ślad swych sąsiadów, lecz spalili miasto po jego opróżnieniu, by wróg nie miał z niego żadnego pożytku, bowiem woleli puścić z dymem swoje domy, niż pozostawić je wrogowi.
Po tym jak król polecił usunąć most, który prowadził przez rzekę oraz inne przeszkody, które utrudniały żeglugę, udał się on do osady Stolpe, gdzie później spotkał się z księciem [Heinrichem der Löwe].

Demmin (pol.hist. Dymin) – jeden z najstarszych grodów słowiańskich nad rzeką Peene w Meklemburgii-Pomorzu Przednim

Gützkow (Saxo: Cozcow, pol. Choćków) – niegdyś słowiański gród nad rzeką Peene, Meklemburgia-Pomorze przednie; w XII w. także kasztelania Pomorza Zachodniego.

Przeprawili się przez rzekę – z logiki wydarzeń wynika, że poprzez cieśninę Peenestrom na wyspę Uznam; Peenestrom jest jedną z trzech cieśnin, którymi odpływa woda z Zalewu Szczecińskiego, jest tam więc faktycznie prąd jak na rzece (pozostałe cieśniny to Świna i Dziwna).

Usedom (Saxo:Oznen, pol.Uznam) – Miasto w Meklemburgii-Pomorzu Przednim, leżące na wyspie Uznam.

Most poprzez rzekę – most i przeszkody wodne na wejściu na rzekę Peene z Peenestrom.

Stolpe – osada na południowym brzegu Peene, na zachód od Anklam, Meklemburgia-Pomorze Przednie.  Reste eines alten Stegs am Strand von Juliusruh (Rügen)

Aby miasto Wolgast nie zostało teraz znowu zbyt łatwo utracone, jak zostało wzięte, i nie wpadło w ręce wroga po jego odjeździe, i myśląc, że Duńczycy panowaliby zawsze nad krajem Słowian posiadając to miasto, zdecydował król [Valdemar], że Absalon, Buris [Henriksen] i Svend, który był w tym czasie biskupem Århus, powinni zamieszkać w nim, i dla większego bezpieczeństwa, by mogli oczekiwać od niego właściwego wsparcia, dał im on do towarzystwa swego syna Christoffera.
Polecił on im ponadto, by starali się pozyskać swych przyjaciół i krewnych, i skłonili ich do przyłączenia się tam, lecz jedynie Absalonowi Zelandczycy obiecali pozostać z nim w mieście, pozostali ze względu na wielkie niebezpieczeństwo, jakie było z tym związane, nie mieli odwagi ani samym pozostać razem, ani nie dało im się nikogo do tego nakłonić, pomimo że cała załoga floty nie tylko była chętna podzielić się z nimi swymi zapasami żywności, lecz także zżąć zboża na okolicznych polach i zwieźć plon pod dach, jako że król zalecił, by wojsko zebrało ziarno i przekazało je tym, którzy by pozostawali w mieście.

Panowaliby zawsze – miasto Wołogoszcz leżało w kluczowym miejscu, kontrolując tak ruch w cieśninie Peenestrom, jak i dogodne przejście na wyspę Uznam; zostało zdobyte już raz przez Duńczyków 1162, ale najwyraźniej nie dochowało wierności.

Svend, zm.1191 – jako proboszcz uczestniczył w wyprawie do kraju Słowian, od 1165 biskup Århus po zmarłym na wyprawie Eskilu (bp Århus przed 1158-ok.1165, nie mylić z Eskilem arcybiskupem Lund).

Christoffer, ok.1150-73 – nieślubny syn Waldemara Wielkiego, którego spłodził z kochanką Tove w czasach swej młodości.  0g

Gdy tak plan nie wypalił królowi, i ani nie mógł zmusić wrogów do stoczenia bitwy, ani do zawarcia pokoju, wpadł na sprytny pomysł, który można było tak czy inaczej wykorzystać.
Dał on mianowicie Absalonowi w tajemnicy polecenie, by wszystkie załogi starannie usunęły te pale, które znajdowały się w rzece [Peene], i wszystko inne, co przeszkadzało w żegludze, tak że byłaby ona żeglowna dla całej floty.
Gdy wszystko, co zagradzało rzekę zostało tak usunięte z drogi, flota pożeglowała w górę rzeki.
Gdy przybyli do miejsca, gdzie rzeka była bardzo wąska, przybyli konno liczni Słowianie na oba brzegi i ranili żeglarzy z bliskiej odległości.
Tej bezwstydnej zuchwałości wroga nie mógł ścierpieć jeden dzielny człowiek o imieniu Peder Ejlefsøn, zeskoczył zaraz na ląd ze swoją załogą, wsiadł dzielnie na Słowian i pogonił ich z brzegu rzeki.
Jednakże gdy jego towarzysze broni pozostawili go tchórzliwie w trudnej sytuacji, musiał oddać życie, podczas gdy jego krajanie mogli teraz bez przeszkód żeglować dalej.
Król nie tylko niezagrożony dotarł do celu, lecz także polecił ustawić swoje łodzie ciasno obok siebie, tak że tworzyły one jeden most, po którym Heinrich [der Löwe] przeszedł z całym swoim wojskiem.
Gdy Słowianie dowiedzieli się o tym, wystraszyli się, że te miasta, które im jeszcze pozostały, także miałyby być zniszczone, i by zapobiec temu zagrożeniu, zaczęli starać się o zawarcie pokoju, który dotąd odrzucali, i zaproponowali Valdemarowi zakładników, czego jak oświadczyli, w żaden sposób nie zaproponowaliby Heinrichowi [der Löwe].
Jednakże król uważał, że byłoby to zdradą wobec jego sojusznika, gdyby zawarł pokój z wrogiem, a tamten w tym nie uczestniczył, dlatego wysłał on Thorberna do Heinricha z informacją o propozycji, jaką wrogowie jemu złożyli.
Heinrich powiedział, że chętnie by się on zgodził na te warunki, jakie król [Valdemar] z nimi uzgodnił, i zawarł wtedy układ z wrogiem, że Wolgast powinien zostać podzielony na trzy części, z których [książę rugijski] Tetzlav powinien mieć jedną, [książę pomorski] Kazimierz drugą, a syn [księcia Obodrzyców] Niklota Prislaw trzecią, jednocześnie ujście rzeki Peene powinno zostać zablokowane dla piratów, którzy mieli w zwyczaju pustoszyć Danię, a Heinrich powinien móc zachować bez przeszkód te twierdze, które on sobie podporządkował w kraju Słowian. Jednakowoż jak tylko król [Valdemar] odjechał, ludzie Kazimierza, którzy nie mogli znieść współżycia z obcymi, lecz bali się otwarcie ich atakować, zaczęli trapić Rugian rozbojami i kradzieżami, tak że doprowadzeni ci zostali do nędzy i wprost cierpiąc głód musieli wynieść się z miasta.
Na morskie rozboje patrzyli oni też przez palce i złamali oni na różne sposoby wiele innych postanowień układu.

Wolgast podzielony na trzy części – chodzi zapewne nie tylko o miasto, ale i o ziemię wołogoską; wspólną kontrolę mieli sprawować książę rugijski Tetzlav jako lennik duński oraz książę pomorski Kazimierz I jako lennik saski, trzecim miał być Prislaw, ale znika on z historii szybko i Knytlinga Saga podaje, że Kazimierz otrzymał 2/3 z podziału.

Ujście rzeki Peene – rzeka uchodzi do cieśniny Peenestrom koło Anklam, u wypływu Peenestrom z Zalewu Szczecińskiego, natomiast Peenemünde (Pianoujście) leży u wylotu cieśniny Peenestrom do Bałtyku i ruch na ujściu Peenestrom mógł być kontrolowany z Wołogoszczy. Krude Kreideküste (Sassnitz / Rügen)

Księga 14.5.

Później Rugianie, gdy Heinrich [der Löwe] spowodował, że oddano im zakładników, otwarcie poczęli odnosić się wrogo do Duńczyków, i król [Valdemar], który odkrył, że jego przyjaciel [Tetzlav] okazał się równie niewierny, co wrogowie niegodni zaufania, zorganizował wtedy na wiosnę wyprawę na okolice Arkony i spustoszył je ogniem i mieczem.
Następnie udał się do pewnego portu, który mieszkańcy nazywali Por.
Zamiarem jego nie było wdać się w bitwę ze wszystkimi Rugianami na raz, bowiem uważał, że lepiej napadać ich w różnych miejscach, to tu, to tam.
Dlatego polecił Absalonowi nocą pożeglować pierwszemu do Zudaru.
By wyruszyć zaraz za nim, rozkazał on straży na łodziach pilnować, kiedy tamten podniesie kotwice, lecz ci woleli słodko spać, niż wykonywać to, co im nakazano, tak że kiedy Absalon pożeglował, nie wyruszył król za nim, a Absalon i jego ludzie nie tylko spustoszyli Zudar ogniem i mieczem, lecz także pola i okoliczne wioski.

Na wiosnę – wyprawa miała miejsce w 1165 r.

Por – niezidentyfikowany port, czyli dająca osłonę statkom zatoka, zapewne szukać jej należy na wschodnim wybrzeżu Rugii.

Zudar – półwysep, najbardziej wysunięta na południe i najbardziej oddalona od Arkony część Rugii; na półwyspie znajduje się osada o tej samej nazwie.

Dwóch z jego jeźdźców, którzy spierali się o to, który był z nich dzielniejszy, ścigali się z równą zawziętością, by dokonać jakiegoś dzielnego czynu, a gdy ujrzeli teraz, że wrogowie, po tym jak ich zepchnięto w kierunku pewnego jeziora, właśnie uciekali przez nie w łodzi, tak się zapalili, by ich ścigać, że nie bacząc na niebezpieczeństwo, i by jeden nie wyprzedził drugiego, spięli konie ostrogami, nie zważając, że ryzykują życiem, i pognali je na głębię, gdzie ich ciężkie zbroje, o których całkiem zapomnieli, pociągnęły ich na dno, tak że utonęli.
Tak pokarał żywioł wodny tych ludzi, którzy bardziej byli zawzięci w zdobywaniu chwały, niż w ratowaniu życia, i przygotował dla tych, którzy sami poszli na zatracenie, tak śmierć, jak i grób.

Żywioł wodny – nawiązująca do kultury greckiej personifikacja jednego z czterech elementów wszelkiego istnienia: ziemi, wody, powietrza i ognia. 0g

Gdy Absalon teraz tak zniszczył, i spalił wzdłuż i wszerz okolice, i zamierzył powrócić na swoje łodzie z wielkimi i bogatymi łupami, jakie zdobył, zobaczył, że duży oddział wrogów ruszył za nim.
Aby ich zwabić w takie miejsca, gdzie mieliby problemy z dalszym poruszaniem się, udał on, że wystraszył się ich i przekroczył dwa trudne do przebycia brody.
Gdy Słowianie bez przeszkód przekroczyli ten pierwszy, zaczęli się zastanawiać, czy przekroczyć drugi, z obawy przed tym, że nie będą mogli wydostać się z powrotem i dlatego zatrzymali się.
W tym samym czasie zdarzyło się, że dwóch zelandzkich wojowników, co nadeszli piechotą z ogromnymi łupami w wielkim tłumoku, pomylili drogę i weszli niemal prosto na słowiańskie wojsko.
Gdy dwaj słowiańscy jeźdźcy ruszyli na nich, zdecydowali oni, pomimo, że mogli bez przeszkód przejść brodem, pójść raczej w zawody z wrogiem, niż zawrócić do swych towarzyszy broni, żeby nie powiedziano, że wycofali się z tchórzostwa, bowiem nie uważali tego za słuszne, by wrogowie, których było nie więcej niż ich samych, mieli okazać się dzielniejsi.
Zatrzymali się dlatego, i by mieć większą swobodę ruchów, odrzucili swe łupy i wyciągnęli miecze.
Szczęście sprzyjało im w ich niezłomności i dzielności, jako że wyszli z tego bez szkody, bowiem żaden z tych dwóch jeźdźców nie odważył się ruszyć na nich, i podnieśli więc znowu łupy i poszli dalej.
Gdy Słowianie na nowo wysłali czterech jeźdźców, by ich wykończyli, pogonili oni tamtych w ten sam sposób z powrotem, czym wzbudzili zadziwienie tak u wrogów, jak i u swoich, i jednych wielce zawstydzili, a drugim zarówno napędzili strachu, jak i dali radość.
Gdy na koniec zaatakowało ich sześciu jeźdźców, z niezmienną siłą ducha nie ustąpili im, tak jakby swą wielką dzielnością chcieli zadrwić z tchórzostwa wrogów.
Absalon nie zwlekał teraz z wysłaniem tym dzielnym i wiernym ludziom odsieczy, dał on im równie wielu ze swych jeźdźców do pomocy, ilu widział, że było wrogów przeciw nim.
Słowianie wysłali również wsparcie dla swych ludzi, tak że było tam ich więcej i więcej.
Gdy siły teraz wzrosły po obu stronach, że wyglądało jakby jeźdźcy zebrali się do turnieju, nie mogli już dłużej Zelandczycy się przyglądać zuchwałości wroga i ruszyli gromadnie na nich całą swą siłą, i pogonili ich do ucieczki.
Brody jednakże przeszkodziły im w dłuższej pogoni, tak że zginęło tam więcej koni niż ludzi.
Gdy powrócili na swe łodzie, spotkali oni załogi w pełnym uzbrojoniu i z łopoczącymi chorągwiami; przypadkowo dowiedzieli się oni, co się wydarzyło i ruszyli teraz na odsiecz swym towarzyszom.
Można o nich prawdziwie powiedzieć, że dzielili oni to zwycięstwo razem z Absalonem, po tym jak z własnej inicjatywy przyszło im dzielnie walczyć wraz ze swymi towarzyszami broni.
Gdy w końcu straże na łodziach, pomimo, że było już zbyt późno, wezwały króla, starał się on nadrobić stracony czas polecając swym ludziom wiosłować ze wszystkich sił, lecz gdy zauważył on Zelandczyków i chciał zejść na ląd żeby plądrować, powiadomił go Absalon, że nie było już tam więcej łupów do zebrania.
Radował się on wielce, że tak mały oddział własnymi siłami dokonał wszystkiego tak energicznie, jakby on sam w tym uczestniczył.
Po tym, jak spustoszył on ogniem i mieczem inne części wyspy, wyruszył w drogę powrotną.
Gdy zbliżały się żniwa, pożeglował on ponownie tam ze swą flotą, i starał się teraz szczególnie zniszczyć zbiory na polach, by pozbawić wroga środków na zaopatrzenie miast w żywność. Gdy pewnego dnia zdarzyło mu się dotrzeć do Arkony, uważali mieszkańcy miasta, że ich dzielność nie pozwalała im się chować za murami, i wierząc w swą siłę dokonali wypadu przez jedyną bramę miasta, i ruszyli przeciw niemu.
Król próbował, pozwalając Duńczykom cofnąć się, wywabić ich dalej od murów, lecz gdy zauważył, że byli oni ostrożniejsi niż on zakładał, zaatakował ich i zmusił do szukania schronienia w mieście; jednak pilnował się, by nie podejść zbyt blisko do bramy, aby ktoś nie zabił mu konia ciskając włócznię.
Pewien zelandzki jeździec o imieniu Niels, co wyróżniał się tak urodą co i dzielnością, cisnął swą włócznię poprzez bramę i zabił jednego z wrogów, który zajął tam stanowisko, by bronić jej, po czym zawrócił swego konia i odjechał, nie ponosząc żadnej szkody.
Thorbern, który był jednym z najznakomitszych zelandzkich jeźdźców, próbował dorównać mu, dokonując podobnego czynu, lecz szczęście mu nie sprzyjało jednako, pomimo, że nie ustępował on tamtemu w dzielności; po tym jak mianowicie cisnął swą lancę w ciżbę i zranił jednego z wrogów, został on ciężko zraniony miotanym kamieniem, i mnóstwo krwi popłynęło z głowy po nim, i w następstwie tego nabawił się on długotrwałego osłabienia, i dopiero po długim czasie, z wielkimi trudnościami, powrócił do zdrowia.
Buris [Henriksen] także próbował dokonać mężnych czynów, które odpowiadałyby jego wysokiemu urodzeniu, i zaatakował z podobną odwagą tych, którzy bronili bramy, lecz też został tak mocno uderzony kamieniem w głowę, że prawie bez życia osunął się z konia.
Towarzysze broni pomogli nieprzytomnemu, tak że wrogowie nie zdołali go zabić do końca.
Rugianie jednakowoż nauczyli się z tego, że było to niebezpieczne wdawać się w walkę poza murami, skoro już wewnątrz murów wróg tak twardo ich doświadczał.  0g

Następnie pożeglowała cała flota do Jasmundu.
Absalon miał zawsze w zwyczaju, po tym jak odznaczył się nie tylko dzielnością, ale i najwyższymi uzdolnieniami we wszystkim, co dotyczyło sztuki wojennej, dowodzić forpocztą, gdy wojsko ruszało do marszu, a ariergardą, gdy się wycofywało, i najżwawsza duńska młodzież, która z zawzięciem starała się zdobyć łupy i chwałę, przyłączała się do niego, podczas gdy zwykle król z siłami głównymi posuwał się wolno i spokojnie w zwartej kolumnie.
Gdy Absalon teraz przebył większą część okolicy, a nie nadarzyła się jeszcze okazja do walki, polecił w końcu swej jeździe rozproszyć się w celu plądrowania, i zatrzymał przy sobie jedynie kilku ludzi jako świtę.
Zaraz potem otrzymał wiadomość, że część jego ludzi została okrążona i nie udałoby im się wydostać, jeżeli nie dostaliby wsparcia.
Nie czekał on wtedy, by przybyć im z pomocą aż do czasu, gdy udałoby mu się zwołać wojowników do siebie, lecz nie bacząc, że ma tak niewielu ludzi przy sobie, pospieszył on, pełny odwagi, na miejsce, gdzie trwali w okrążeniu, jednocześnie polecając swemu chorążemu rozwinąć chorągiew na znak, że sprawa była pilna, i że jeźdźcy powinni porzucić szukanie łupów i zebrać się przy nim.
Tak ufny był on, że uważał za słuszne wyruszyć szybko, zamiast czekać na swych towarzyszy broni.
Gdy Zelandczycy, co zostali zamknięci w zwężeniu, z którego trudno było się wydostać, zobaczyli, że nadeszła odsiecz, nabrali odwagi, i żeby nie nazywało się, że jedynie innych odwaga pozwoliła im uratować się od niebezpieczeństwa, zaczęli atakować tych, którzy trzymali ich w okrążeniu.
Gdy Słowianie w następstwie tego rzucili się do ucieczki przez pola i błota, zdarzyło się, że pewien dzielny i wysoko urodzony jeździec o imieniu Eskil, ubrany w ciężką zbroję na piechotę gonił nieuzbrojonego Słowianina, który uciekał poprzez bagno tak szybko, jak tylko nogi zdołały go nieść.
Eskil szedł jego śladem w tym grząskim błocie, i nie zatrzymywało go ani ono, ani jego ciężka zbroja, lecz biegł całkiem lekko, aż w końcu dosięgnął go i skrócił barbarzyńcę o głowę, a gdy miał on znowu twardy grunt pod nogami, nie widać było, żeby miał on stopy zanurzone w błocie, co musiało wywołać pobożne zadziwienie, i nie było przypisywane szybkości jego stóp, lecz łasce bożej, prędzej cudowi niebios, niż człowieczej dzielności.
Następnie spalili wojownicy wioski w całej okolicy, i zniszczyli i spalili cały kraj aż do wzniesienia Gora, i gdy Rugianie zrozumieli, że ich nadzieje na otrzymanie pomocy od Saksonów się nie spełnią, zjawili się koło wyspy Strale, kupili pokój u króla za pewną sumę pieniędzy i dali 4 zakładników.

Jasmund – rozległy półwysep w północno-wschodniej Rugii.

Forpoczta – awangarda, oddział poprzedzający w marszu główne siły, głównie w celu rozpoznania wroga.

Ariergarda – oddział maszerujący za głównymi siłami, służący dla zabezpieczenia tyłów przed atakiem.

Zamknięci w zwężeniu – Jasmund połączony jest z resztą wyspy wąskimi mierzejami.

Gora (Góra) – wzniesienie w centralnej Rugii, najwyższy punkt Rugard osiąga 91 m npm; dziś obok leży miasto Bergen auf Rügen.(pol.:Góra).

Pomoc od Saksonów – Rugianie mieli interweniować u Henryka Lwa w związku z atakami Duńczyków na Rugię.

Wyspa Strale – obecnie wyspa Dänholm (dosł.:Wyspa Duńczyków) w mieście Stralsund, w cieśninie Strelasund.  mega 1

Gdy Valdemar powrócił do domu, zdecydowali możni, by biorąc pod uwagę niebezpieczeństwa, które groziły Danii, oraz ciężkie czasy, jakie nadeszły, przekazać Knudowi, synowi Valdemara, tytuł królewski, nie tylko jako temu, który powinien być swego ojca następcą na tronie, lecz także po to, by mógł już dzielić z nim jego godność i by szlachetnie urodzeni trzymali się go, jako posiadającego królewską władzę, na wypadek, gdyby szczęście się odwróciło i król Valdemar zginął.
Król ucieszył się z ich mądrości i oddania, i uznał ich decyzję, jako że uważał, że nie uczyni to żadnej skazy na jego honorze, a wprost przeciwnie, przyda jemu uznania, gdyby dzielił godność królewską ze swym synem, polecił dlatego możnym obwołać Knuda królem na tingu.
Gdy teraz wszyscy wojownicy jednogłośnie uczynili to, powstrzymał się Buris [Henriksen] i nie zagłosował, co albo spowodowane było tym, że skrycie dążył do zdobycia korony, lub że nie podobał mu się taki nowy pomysł.
Gdy zorientował się, że król z tego względu powziął wobec niego podejrzenia, oświadczył on, że jego milczenie było świadectwem oddania, a nie złej woli, bowiem nie przypominał on sobie, by królestwo duńskie kiedykolwiek dzielone było przyjaźnie pomiędzy wielu królów, lecz że od zamierzchłej przeszłości było wiele przykładów, że powstawały spory o panowanie pomiędzy ojcem i synem.
Gdyby wcześniej wiedział, co król miał na myśli, nie zachowałby jednak milczenia, lecz teraz milczał, gdyż ani król, ani jego doradcy, nie powiedzieli mu nic w tej sprawie.
Tak usprawiedliwiając swe milczenie uzyskał to, że król ukrył swój gniew.
Gdy król po zakończonym w Roskilde objeździe wezwał go, by razem ze wszystkimi innymi duńskimi możnymi uroczyście złożył Knudowi przysięgę oddania i wierności, do czego wszyscy inni zaraz byli gotowi, uchylił się on od tego i wzbudził tym wielkie podejrzenie, że pragnął zdobyć koronę.
To swe pożądanie władzy ukrywał on jednakowoż podstępnie, jako że uzasadniał swą odmowę tym, że dopóki żył ten, któremu pierwszemu przysięgał wierność, nie chciał on iść na służbę innemu, że nic nie zmusi go do poddania się nowemu panu w miejsce poprzedniego, i że było to sprzeczne ze zwyczajami, jakie przyjęte były w Danii, i że było to sprzeczne z moralnością dla uczciwego człowieka, bowiem żaden mąż w Danii nie miał w zwyczaju służyć dwu panom, tylko Saksończycy mieli coś takiego w zwyczaju, bowiem pragnęli dostać tak dużo żołdu, jak to możliwe.
Gdyby powstała wrogość pomiędzy tymi dwoma, którzy mieli równie wielkie prawa do wymagania posłuszeństwa, nie byłoby przecież możliwe być im obu wiernym, do którego z nich by tedy należało się przyłączyć.
Król był równie przebiegły co on, i ukrył swą złość pod łagodnymi słowami i przyjaznym usmiechem, lecz gdy później towarzyszył on królowi w drodze do Hallandu, dał mu tenże bez słów do zrozumienia, że podejrzewał go o knucie podstępu przeciw niemu.
By uwolnić się od tego podejrzenia, obiecał Buris uczynić jak król pragnął, jeżeli ten powiększyłby jego władzę dając mu kilka jeszcze lenn, i dał dzieciom krewniaków prawo dziedziczenia tych godności i mniejszej władzy, jaką ich ojcowie posiadali, tak jak sam starał się, by uczynić Danię monarchią dziedziczną, podczas gdy przedtem była elekcyjną.
Z pomocą Absalona osiągnął on to, że dostał większą część Jutlandii, a w zamian złożył hołd Knudowi.
Lecz królewskiej przyjaźni nigdy nie odzyskał on całkowicie, bowiem król był już taki, że jak na serio rozgniewał się na kogoś, to nigdy już tak naprawdę się z nim nie pogodził.

Knud królem – został obwołany w 1165 r, miał wtedy 2 lata.

Dzieciom krewniaków – Buris, syn Henryka Skadelår, był prawnukiem króla Svenda Estridsena, a więc krewnym króla Waldemara Wielkiego oraz legalnym pretendentem do tronu po śmierci króla.  0g

Gdy zbliżała się wiosna, przekazał król Absalonowi, [synowi] Christofferowi i Magnusowi [Eriksenowi] dowodzenie nad mniejszą wyprawą na Słowian, jako że flota obsadzona była jedynie wschodnimi Duńczykami i Fiończykami.
Christoffer dowodził Skanijczykami, lecz Absalon kierował całością. Zaatakowali oni ziemię trzebuszańską, a że Christoffer był tak młody, otrzymał on miejsce pomiędzy ludźmi Absalona i Magnusa, by jako królewski syn mógł się on wesprzeć na godnych zaufania ludziach.
Spalili oni wioski tak całkowicie, że jeszcze dziś stoją one puste i jeszcze dziś widać ślady, jak ogień je straszliwie zniszczył. Gdy nadszedł czas, by powrócić do floty, Absalon, który dowodził ariergardą, otrzymał wiadomość, że wróg gonił ich, i pomimo że mróz był tak srogi, że forpoczty nie dało się przywołać, zaatakował on wroga jedynie z 40 jazdy, tuż przed przekroczeniem brodu, którym musiał dostać się do floty.
Po tym jak pobił wroga, zmuszając go do ucieczki, posunął się wolno w dół w kierunku rzeki, nad którą zbudował most, a gdy przebył na drugą stronę, zaniechał zniszczenia go za sobą, żeby nie wyglądało, żę lękał się czegoś.
Gdy dotarł on do brzegu, dowiedział się, że flota znalazła inny port.
Było tak wielkie zimno, że ludzie musieli kopać jamy w ziemi, żeby chronić konie, które prawie zamarzały, i nie było w całym obozie ani jednego człowieka, który mógłby użyć na raz obie ręce.
Podczas kopania znaleziono dużą ilość węży, które jednak więcej wywołały zadziwienia niż strachu, bowiem silny mróz pozbawił je całkowicie sił i były prawie bez życia.
Gdy pojawił się sprzyjający wiatr, pozwolono Skanijczykom pożeglować do domu, lecz zaraz przyszedł przeciwny wiatr, tak że nikomu nie udało się odpłynąć i wyruszyli dopiero razem z Zelandczykami i Fiończykami, gdy cała flota miała pomyślny wiatr.
Gdy przybyli oni do domu, wyznaczył król Petera i Selgrena na wychowawców dla Christoffera, by ten młody człowiek pod ich uczonym nadzorem nabrał godnych obyczajów.

Wiosna – wyprawa Absalona, Christoffera i Magnusa Eriksena do Tribsees miała miejsce na początku roku 1167.

Ziemia trzebuszańska – główne jej miasto Tribsees (Trzebusz), Meklemburgia-Pomorze Przednie, leży pomiędzy Rostockiem a Stralsundem.  0g

Latem król sam urządził wyprawę wojenną.
Mieszkańcy Wolgastu mianowicie na dwa sposoby złamali zawarte porozumienie; swoim złodziejstwem wygonili z miasta Rugian, którzy mieszkali razem z nimi, a ponadto otworzyli ujście rzeki Peene dla piratów.
Tuż przed wyruszeniem przeciw Lucicom otrzymał on list od Heinricha [der Löwe], który doradzał mu ostrożność wobec jednego z krewnych, który planował zdradę i pożądał korony; był to Buris [Henriksen], o którym mógł powiedzieć, że odbył on spotkanie z Norwegami, gdzie radzono o zamiarze pozbyciu się go, obiecali oni zwabić króla na spotkanie, kiedy powróci z wyprawy, i pojmać go lub pozbawić królestwa.
Najlepszym dowodem na to, że było jak mówił, byłoby, gdyby napotkał norweską flotę w drodze powrotnej z wyprawy na Słowian.
Niemal jednocześnie otrzymał król list z Norwegii, który podobnie donosił, że szykowała się zdrada.
Gdy król wyjawił sprawę niektórym ze swych doradców, lecz bez podania źródła, wzmocniły się jego podejrzenia i wiara w to, że było tak, jak listy donosiły, dodatkowo tym, że Toke, biskup Vendsyssel, zapewnił, że Buris zmusił swych wojowników do złożenia przysięgi, że będą mu wierni niezależnie od tego, co on zamierzy.
Pomimo to król trzymał sprawę w tajemnicy, pojechał w pośpiechu do ziemi ostrożneńskiej, którą spustoszył, a następnie ruszył z całą flotą do Vordingborga.
Tam wezwał on do siebie Burisa razem z innymi możnymi królestwa, wyjawił, co dotarło do niego w związku z jego knowaniami, i oskarżył go o zdradę.
Gdy Buris zaprzeczył, by miał podstępne plany wobec niego, polecił mu król pozostawać u siebie do czasu, aż wyjaśni się, czy doniesienia miały jakieś podstawy, jeżeli okazałoby się, że rzeczy miały się inaczej, niż to zostało jemu doniesione, otrzymałby zgodę na oddalenie się, bez tego, by mu się miała stać jakaś krzywda.
Na to odpowiedział Buris, że byłoby to wprost nie do przyjęcia, by ryzykować życiem, uzależniając je od wątpliwych świadectw, i taką swą mową obudził on dalsze podejrzenia, nie tylko u króla, lecz także u jego doradców.
Dlatego nie zezwolono mu nawet zobaczyć się z załogą swej łodzi, lecz został zmuszony do udania się wraz z królem do Lejre, gdzie był trzymany w łagodnym, lecz pewnym areszcie.

Biskup Toke (Tyge) – biskup Vendsyssel ok.1145-ok.1177, wówczas z siedzibą w klasztorze w Børglum na północy Jutlandii, dziś diecezja ma siedzibę w Aalborgu.

Ziemia ostrożneńska – główne jej miasto Wusterhusen (Ostrozna), Meklemburgia-Pomorze Przednie, leży na północ od Wolgastu.  0g

W międzyczasie Erling [Skakke] i Orm, brat Burisa, przybyli z flotą [z Norwegii], napotkali flotę jutlandzką w Djurså i pokonali ją z łatwością, gdyż nie było tam żadnego wodza.
Wzięli tam własną łódź Burisa i udali się szybko do osady zwanej Portem Kupców.
Tam spotkał ich Absalon z Zelandczykami i nie dopuścił, by zeszli na ląd.
Gdy dowiedział się że Norwedzy szczególnie ufali swoim łukom, udał się z piętnastu ludźmi na brzeg, by ich sprowokować, i wystawił się niczym nie osłonięty na ich strzały, chcąc pokazać, jak mało respektował to, w czym oni pokładali taką nadzieję.
By podejść bliżej do lądu, wsiedli teraz Norwedzy do swych szalup, lecz tymi kiwało tak bardzo, że nie mogli trafić tam, gdzie mierzyli; ich strzały spadły częściowo na ziemię, a część do wody, nie czyniąc żadnej szkody, a kiedy tak nie mogli popisać się swymi uzdolnieniami i tylko ośmieszyli się wobec Duńczyków, zawrócili zawstydzeni do swych łodzi.
Następnie w pełnej ufności doszło do spotkania pomiędzy nimi i Absalonem, który wezwał ich póki co do pozostania w spokoju tam, gdzie byli, na co oni początkowo się jednakowoż zgodzili, gdy dał im słowo, że dopóki tam byli, nie będzie próbował ich zaskoczyć ani na lądzie, ani na wodzie.
Gdy spotkanie miało się ku końcowi, rozeszli się po umówieniu, że nastęnego dnia mieli się spotkać z równą ilością uzbrojonych ludzi z obu stron.
Gdy spotkali się ponownie, zlustrował Absalon ludzi Erlinga i zobaczył, że ten miał jednego więcej ze sobą.
”Dziwi mnie to Erlingu”, powiedział on wtedy, ”że człowiek w twoim wieku, i który przeszedł tak wiele, nie stał sie mądrym odpowiednio do swego wieku.
Przybywasz do nas wiosłując w łódce do przewozu koni, i z łatwością możnaby ciebie zabić, jeżeli byśmy tego chcieli, i nie lękasz się jednak spotkać nas z większą ilością ludzi, niż zostało to ustalone, i tym dajesz nam, którzy dochowaliśmy umowy, pretekst do zerwania pokoju i zabicia ciebie.
Gdybyśmy nie trzymali się danego słowa lepiej niż ty, to oddałbyś życie za złamanie naszej umowy”.
Erling wystraszył się i zawstydził, a gdy po przeglądzie swych ludzi zobaczył, że zgadzało się to, co Absalon powiedział, zrugał on jednego ze swoich ludzi za to, że tamten poszedł razem, nie proszony o to przez nikogo, i przeprosił Absalona. Następnie prosił uporczywie o zgodę na przyniesienie wody z jezior, jako że jego wojownicy cierpieli bardzo z pragnienia. Dostał on zgodę na to, co uznał za niemałą przysługę. Następnie pospieszył on zaraz z powrotem do Norwegii, szczęśliwy, że udało mu się wymknąć z Danii bez szkody.
Gdy król uznał to teraz za dowód, że Buris planował zdradę przeciwko niemu, polecił zaraz zakuć go w łańcuchy, jako winnego zdrady majestatu.
W międzyczasie Erling stanął ze swoją flotą przy skrajnym cyplu Zelandii, i gdy zgodnie ze swym zwyczajem zszedł na ląd by wysłuchać mszy, i właśnie wracał na swą łódź, wyskoczyli jeźdźcy Absalona zza zakrętu i zarąbali część jego świty, która się rozbiegła.
Hallandczycy przyjęli go równie wrogo, bowiem gdy wpłynął na rzekę Niså, zabili oni, zanim zdążył uciec, całą załogę jednej z jego łodzi.

Orm, brat Burisa – chodzi zapewne o Orma Brata Królewskiego (Orm Kongsbror) z Norwegii, który raczej bratem Burisa nie był.

Bitwa pod Djurså – bitwa morska pod Djurså (dawna nazwa Grenå) w Djurslandzie na Jutlandii miała miejsce latem 1167, była częścią wieloletniego konfliktu duńsko-norweskiego, którego ważnym elementem był spór o Viken.

Port Kupców (Saxo: Mercatorum portus) – Kopenhaga; pierwszy raz wspomniana jako Havn (Port) w 1043 przy okazji bitwy, jaka tam miała miejsce pomiędzy królem Svendem Estridsenem a norweskim królem Magnusem Dobrym; ok. 1160 miasto otrzymał biskup Absalon.

Tam, gdzie byli – Kopenhaga położona była na jednej z wielu małych wysepek w cieśninie pomiędzy Zelandią a przylegającą do niej dużą wyspą Amager.

Tego samego roku Absalon, dla zaszkodzenia piratom, zbudował nowy zamek na jednej wysp, i pomimo, że były to niezbyt silne umocnienia, dawały one krajowi wielką ochronę, bowiem piraci bali się ich i ludzie mogli poruszać się bez obaw po morzu w ich okolicy.

Zbudował nowy zamek – w 1167 Absalon rozpoczął na wyspie Slotsholmen (wówczas zwana Strandholm) budowę zamku, jego ruiny zachowały się pod budynkiem dzisiejszego parlamentu.

0g

Duńczycy nie mogli zaraz pójść pomścić tę niesprawiedliwość, jaką Norwedzy popełnili przeciwko nim, bowiem Niemcy niewiernie złamali te obietnice, jakie dali im.
Mianowicie Bogusław z obawy przed Duńczykami szukał schronienia u Heinricha [der Löwe], i przyrzekł mu wierność i posłuszeństwo, a Heinrich nie zawahał się wtedy zerwać sojusz, jaki zawarł z królem [Valdemarem], tak jakby zawarł go przez pomyłkę i nie wart był przykładania do niego wagi.
A nawet gdy udał się nad rzekę Krempau i miał z nim tam spotkanie, wyrzucał on mu ponadto, że walczył on z jego lennikiem Bogusławem, zanim przedstawił mu, co tamtemu zarzucał; jeśli uważał, że Bogusław popełnił jakąś niesprawiedliwość wobec niego, powiedział on, powinien on wnieść oskarżenie przeciw tamtemu, zanim zaatakował go zbrojnie.
Na to odpowiedział król, że żadna siła na świecie nie byłaby w stanie powstrzymać go od ukarania tej niesprawiedliwości, jaka go spotkała, przez pomstę na wyżej wspomnianym, a gdy nie mogli dojść do porozumienia, spotkanie zakończyło się tym, że sojusz pomiędzy nimi został zerwany.
Tu chciałbym słowo po słowie przytoczyć, co pewien saksoński rycerz powiedział, który był obecny na spotkaniu króla z księciem, i słyszał, jak obojętnie mówili oni o wyprawie przeciw Słowianom.

”Mam coś do opowiedzenia”, powiedział on, ”tutaj obecnym o mym panu Heinrichu, lecz gdybym wiedział, że będzie on tu obecny, wolałbym ja raczej zamilczeć, niż przekazać to.
Kiedy on jako małe dziecko przez swych krewnych niesprawiedliwość został pozbawiony swego dziedzictwa, nie było tam raczej nikogo, kto by się nim chciał zaopiekować, tylko 4 mężów było, z których ja sam byłem jednym, którzy biorąc pod uwagę jego ojca zasługi wyciągnęli do dziecka przyjazną rękę i bronili go, gdy wszyscy inni obrócili się do niego plecami. Pilnie służyliśmy tak radą, jak i czynami, by przydać mu wszystkiego, co służyło jego dobru, a gdy wątpiliśmy, czy pomoc ludzka była wystarczająca, przywiedliśmy go przed ołtarz i złożyli w jego imieniu uroczyste przyrzeczenie, że jeżeli bóg okaże mu miłosierdzie, i pozwoli mu dojść do chwały i godności równej jego ojca, to w podziękowaniu za dobro mu okazane, przez wszystkie dni swego żywota, będzie on miał pogan w nienawiści. Spodobało się Bogu to przyrzeczenie i uczynił zaraz tak, że szlachetny cesarz Konrad wziął go w swoją opiekę i przy jego pomocy przywrócono mu dziedzictwo jego przodków. Lecz pomimo tego, że teraz my, którzy dla niego zaciągnęliśmy dług u Boga, nie ustawaliśmy w nakłanianiu go do dotrzymania obietnicy, jaką złożyliśmy w jego imieniu, jednakże czy to ze skąpstwa, czy też z braku energii, unikał on kontynuowania wojny ze Słowianami i nie okazał on wdzięczności za tę łaskę, jaką mu okazano. Tak wielka była ta gorliwość, z jaką my, którzy złożyliśmy ślubownaie w jego imieniu, przypominaliśmy mu o tym, że jeden z nas, który ze względu na swój podeszły wiek, zawsze miał w zwyczaju zapadać w sen, gdy uczestniczył w tajnych posiedzeniach książęcej rady, gdy siedzący obok obudził go i spytał, co uważał on w przedłożonej sprawie, był bardziej przepełniony myślami o tym przyrzeczeniu, jakie swego czasu składał był z innymi, niż o tym, czego dotyczyła narada, i odpowiedział, że należało poprowadzić wojsko przeciw Słowianom. Och, jakże niezwykłą stałość posiadał ten mąż, skoro nie mógł zapomnieć swego danego przyrzeczenia, choć był on jedną nogą w grobie, bowiem któż będąc w pełni władz umysłowych, uwierzyłby, że dał on tę pobożną odpowiedź z powodu zdziecinnienia? Obawiam się faktycznie, że drogi memu sercu pan ze wstydem upadnie ze szczytów powodzenia i przyjdzie mu dzielić los swych najnędzniejszych poddanych, gdyż odrzuca on swych przyjaciół pobożną radę. Ja natomiast w tej wojnie, którą ślubowałem prowadzić, otrzymałem niegdyś trzy rany zadane od przodu, a gdybym w tej samej wojnie otrzymał jeszcze dwie, to mógłbym w dniu sądu ostatecznego z godnością spoglądać na rany mojego Zbawiciela, gdyż miałbym tyle ran, co i on.”

Słowa te były zarówno przepowiednią nieszczęscia w życiu doczesnym Heinricha, jak i nagrody, jaka czekała na niego w życiu wiecznym za jego cnotliwość i odwagę.

Krempau (Kremper Au) – rzeka w Szlezwiku-Holsztynie, nad nią miasto Krempe (leży 10 km na południe od Itzehoe), spotkanie księcia Henryka Lwa z królem Waldemarem Wielkim miało miejsce w 1166; zgodnie z ustaleniami spotkania Waldemar Wielki i Henryk Lew mieli dzielić się po połowie zdobyczami na Słowiańszczyźnie, poczynionymi w przyszłości tak na lądzie, jak i morzu.

Pozbawiony swego dziedzictwa – król (a nie cesarz) Niemiec Konrad III wygnał z kraju (1138) księcia Bawarii i Saksonii Henryka Pysznego (zm.1139), ojca Henryka Lwa, Henryk Lew odzyskał dzięki Konradowi III Saksonię w 1142, a dzięki cesarzowi Fryderykowi Barbarossie w 1156 Bawarię.

Gdy król wkrótce potem udał się do Skanii, została przyniesiona tam do niego fałszywa wiadomość o tym, że Saksończycy wkroczyli do kraju.
Stanął on sam na czele Skanijczyków, których wezwał do stawienia się z bronią, następnie udał się do Slagelse, polecił Zelandczykom przygotować się do wypłynięcia i wysłał posłańca do Hulyuimmensis portus po Absalona, z którym zwykł naradzać się w wielu sprawach.
Powiadomił go ponadto, że nie obawiał się specjalnie tych plotek, do których nie miał wielkiego zaufania, i odesłał do domów ludzi, których zebrał w związku z tą fałszywą wiadomością.

Hulyuimmensis portus (łac.) – niezidentyfikowany port na Zelandii.

0g

Absalon miał w swej świcie pewnego Islandczyka o imieniu Arnold, który, co przychodziło albo z jakiegoś daru przewidywania, albo ze zdolności mądrego odgadywania, często z niebywałą trafnością potrafił przewidzieć, co miało wydarzyć się w przyszłości, tak co dotyczyło jego samego lub jego przyjaciół, i równie zdolny był on jako wróżbita, jak i w posiadanej wiedzy o zamierzchłych czasach, i utalentowany w opowiadaniu o wydarzeniach z przeszłości.
Został zabrany na wspomnianą wyprawę z Absalonem dla uprzyjemniania czasu, i przepowiedział mu, że niedługo wda się on w walkę z piratami, lecz to, co go wysoce zadziwiło, dodał on, było to, że on sam nie będzie uczestniczyć w tej bitwie; nie mógł on odgadnąć, w jaki sposób miało by się to wydarzyć, po tym jak obiecał sobie nie opuszczać Absalona.
Gdy Absalon miał wyruszyć w drogę, zapragnął król wysłuchać jego opowieści i prosił go o pozostanie, lecz ten błagał go uporczywie, czy nie mógł by on jego zwolnić, i nie ustąpił, zanim król nie obiecał mu postarać się, by mógł wyruszyć za Absalonem o świcie.
Absalon miał 6 łodzi ze sobą, 3 z nich popłynęły w górę fiordu, by przy okazji zebrać polan na opał, a gdy nagle przyszedł odpływ, nie mogli się wymknąć, lecz osiedli na mieliznie.
Gdy Absalon, co sam stał z 3 innymi łodziami u wejścia do zatoki, i o świtaniu razem ze swym pisarzem śpiewał poranne psalmy, usłyszał jakiś hałas nadchodzący z oddali, i poprosił pisarza, by ten zobaczył, co się tam działo.
Gdy tamten powrócił i zameldował, że widział 9 długich łodzi, nie wątpił Absalon, że byli to piraci, i zawołał dlatego donośnym głosem na żeglarzy, którzy jeszcze leżeli i spali.
Zerwali się oni w największym przerażeniu, nie marnowali czasu na ubieranie się, lecz wciągnęli jedynie kolczugi, i polecił on im wtedy jak najszybciej wiosłować naprzeciw wrogom, którzy byli już tak ich blisko, że obrzucili ich kamieniami.
By wyruszyć z miejsca jeszcze szybciej, polecił on przeciąć liny kotwiczne, by mogli tak zaraz rozpocząć wiosłowanie. Słowianie jednakże uważali, że łatwo im przyjdzie zmrozić krew w żyłach Duńczyków, i żeby odebrać im odwagę przeraźliwym krzykiem, poczęli oni wrzeszczeć ze wszystkich sił, lecz gdy zauważyli, że nie przynosiło to żadnego efektu, rozpierzchli się na wszystkie strony, a jedna z ich łodzi została wzięta z całą jej załogą.
Ci, co odważyli się zagłębić w Niedźwiedzi Las, by się tam ukryć, nie mieli z tego żadnej korzyści, bowiem chłopi oczyścili ten bardzo gruntownie.

Arnold Islandczyk (prawdopodobnie Arnald Thorvaldsson) – skald w świcie Absalona w latach 1167-71, którego poezje nie zachowały się, możliwe, że był też źródłem niektórych opowieści, które później przytoczył w swej kronice Saxo; wspominany tu jego dar przewidywania wskazuje, że skald głęboko pozostawał w pogaństwie i zapewne kultywował tradycje wiary przodków nie tylko w poezji.

Niedźwiedzi Las (Saxo: Ursina sylva) – bliżej niezidentyfikowane miejsce, zapewne na Zelandii.

W tamtych dniach zbudował Esbern [Snare] Kalundborg i tak dzięki tym nowym fortyfikacjom uwolnił port od piratów. Razem z Ingvarem i Olafem przyłączył się z własnej inicjatywy do Absalona i dzielnie zwalczał piratów.

Kalundborg – miasto i port nad Kalundborg Fjord, zachodnia Zelandia; Esbern Snare zbudował ok. 1170 gród nad zatoką osłoniętą przez mierzeję Gisseløre i tworzącą naturalny port.  wends 7

Danii w tym czasie groziły największe niebezpieczeństwa ze wszystkich stron, bowiem jej sąsiedzi wypatrywali nadal okazji do napaści; z jednej strony knuli Norwedzy, z drugiej Sasi i Słowianie, aby pogrążyć ją w zniszczeniu.
W następstwie tego brakowało Duńczykom odwagi, by bez lęku ruszyć na tych wrogów, bowiem obawiali się, że gdy będą gonić jednych, to zostaną napadnięci przez drugich.
Gdy kraj znajdował się w kłopocie, przybył z pomocą pewien człowiek o imieniu Gotskalk.
Słowianie darzyli go zaufaniem, bowiem znał zarówno ich język, jak i jego ojciec znajdował się z nimi w przyjaźni, a sam także żył kiedyś pomiędzy nimi.
Zameldował on w skrytości Absalonowi, że wpadł na pewien podstęp, przy pomocy którego będzie mógł przyjaźń, jaka panowała pomiędzy Saksonami a Słowianami, zamienić we wrogość.
Mianowicie popłynąłby on do Słowian, nie jako posłaniec, lecz udając przyjaźń, tak jakby kierowany miłością przybył, by dać im dobrej, przyjacielskiej rady, i miałby on tak to zrobić, by dali się skusić jego chytrej grze i w swej łatwowierności ponownie szukali przyjaźni z Duńczykami, a odrzucili panowanie Sasów. To był zwłaszcza słowiański duch i mentalność, które nasunęły mu ten pomysł, powiedział on, bowiem mieli często w zwyczaju lekkomyślnie brać się do dzieła, i więcej okazywali we wszystkim gwałtowności, niż zastanowienia.
Absalon, który uważał, że bystrość jednego czasami przynieść może większy efekt niż wszystkie połączone siły, pochwalił Gotskalka za jego zapał, lecz przykazał mu uważać, by w imieniu Danii nie dawał on im fałszywych obietnic, bowiem od niego będzie zależało, czy honor królestwa nie zostanie splamiony, i by nie zapomniał, że Dania mając tak wielu dzielnych ludzi, wojnę winna prowadzić nie kłamstwem, lecz bronią.

Gotskalk – dworzanin i tłumacz Absalona, został wysłany z misją rozbicia niebezpiecznego dla Danii sojuszu sasko-pomorskiego.

Gotskalk wpierw udał się do Pomorzan i oznajmił im, że kierowany pamięcią o wzajemnej przyjaźni i miłością do całego ludu słowiańskiego, przybył on do nich, by obudzić ich z apatii, gdyż widział on, że to, co mogło im zaszkodzić, uważali oni za dobre i korzystne.
Powinni oni zwrócić uwagę na to, jak szkodliwe było to jarzmo, które sobie nałożyli, a ci, którym okazywali oni posłuszeństwo, starali się ostatecznie wypędzić ich z ich ojczyzny.
Mianowicie wszystko z ich ziemi, co Sasi zajęli, zaraz zabudowali oni i zaorali; nie zadowolili się mianowicie zdobyciem łupów i chwały, lecz w pragnieniu powiększenia swego królestwa starali się ufortyfikować na tych przyczółkach, które dały im zwycięstwo, na zawsze zatrzymując to, co zdobyli.
Dlatego zabili Niklota i wypędzili Pribislawa z kraju, i na szkodę całej słowiańszczyzny otoczyli Ratzeburg, Ilow i Schwerin murami i fosami.
Natomiast Duńczycy prowadzili wojnę mając zupełnie inny cel przed oczami, nie starali się popdporządkować sobie kraju wroga, lecz jedynie ustanowić pokój i stosunki dobrosąsiedzkie; bardziej ich obchodziło, by pilnować swego, a nie by zawłaszczyć cudze.
Dlatego powinno to być dla nich bardzo ważne uwolnić kraj od saksońskich okupantów, a gdy wszyscy Niemcy zostaną wypędzeni, powinni zawrzeć przyjaźń z Duńczykami, którzy byli prawdziwymi wrogami Sasów; tylko w ten sposób mogliby zapewnić swemu krajowi łaskę wiecznego pokoju.
Pobudzeni takim przedstawieniem sprawy napadli Pomorzanie te miejsca w kraju Słowian, które Sasi przejęli we władanie; zdobyli oni Ilow, lecz inne umocnienia były tak dzielnie bronione, że oparły się.
Aby nie wyglądało, że uczynili to na własną rękę, twierdzili oni, że czynili to w imieniu króla Danii.
Tak udało się Gotskalkowi poróżnić dwa narody, których siła zbrojna zagrażała Danii, i uwolnić szlachetnym kłamstwem naszą ojczyznę od grożącego jej niebezpieczeństwa, gdy ze wszystkich stron narażona ona była na napaść swych sąsiadów.
Pogłoski o tym czynie dotarły do Danii zanim Gotskalk powrócił, i gdy król, który wpierw wielce się tym zadziwił, dowiedział się od Absalona, czyje to było dzieło, bardzo go chwalił.

Ratzeburg – miasto w Szlezwiku-Holsztynie, pierwotnie słowiański gród, zajęty przez Henryka Lwa w 1143.

Ilow – gród obodrzycki, spalony w 1160 w czasie wojny z Saksonią; Meklemburgia-Pomorze Przednie.

Wypędzili Pribislawa – Przybysław, syn Niklota, po wybuchu powstania przeciw Saksonom 1163, na skutek klęski militarnej musiał udać się w 1164 na Pomorze, został przywrócony przez Henryka Lwa do władzy w 1167 jako książę Meklemburgii.

Heinrich [der Löwe] nie mógł teraz ujarzmić Słowian bez odzyskania przyjaźni króla [Valdemara], którą odrzucił, i wysłał dlatego Heinricha z Ratzeburga oraz biskupa Lubeki jako posłańców do niego, aby zaproponowali jego synowi najmłodszą córkę za małżonkę; mianowicie ta najstarsza, która była z nim zaręczona, zmarła.
Ponadto obiecali w imieniu księcia, że w odpowiednim czasie spotka się on z królem w Bremie, by formalnie potwierdzić tę propozycję.
Gdy król na wezwanie posłańców udał się tam, przybył Gunzelin [von Hagen] do niego, i przepraszał go za to, że książę ze względu na chorobę nie mógł przybyć, i obiecał, że książę jak tylko będzie to możliwe przybędzie nad rzekę Ejder.
Gdy przybył on tam, książę dotrzymał swego słowa i uzgodniono, że obaj w sojuszu powinni uczynić wyprawę na Słowian.
Książę udał się do Demmina, król do Wolgastu, ze szturmu na który jednak zrezygnował, za to spustoszył on okolice.
Również miasto Usedom, które zaledwie co zostało odbudowane, po tym jak niedawno zniszczył on je, polecił on ponownie puścić z dymem.
Wiele innych miejsc w okolicy zostało zniszczonych w ten sam sposób.
Słowianie, którzy nie byli wystarczająco silni, by się przeciwstawić, kupili pokój płacąc obu wrogom pewną sumę pieniędzy oraz dostarczając zakładników.

Heinrich z Ratzeburga – Henryk z Badewide zmarł jednak w 1164, albo więc pomyłka w chronologii, albo chodzi o jego syna Bernharda I, hrabiego Ratzeburga 1164-95.

Biskup Lubeki – Konrad I von Riddagshausen, biskup Lubeki 1164-72

Najmłodsza córka – syn Waldemara Wielkiego Knud IV pierwotnie zaręczony był z Richenzą (zm.1167), córką Henryka Lwa i Klemencji z Zähringen; druga ich córka, Gertruda Bawarska (1155-97), jako dwunastolatka wyszła za księcia Fryderyka IV Szwabskiego i wkrótce została wdową (1167); zaręczyny Gertrudy i Knuda miały miejsce w 1171, w momencie zaręczyn szesnastoletnia Gertruda była już doświadczoną kobietą, a Knud miał 8 lat, ślub miał miejsce w 1177, a małżeństwo jak się wydaje było szczęśliwe.

Spotkanie nad Ejder – do ostatecznego porozumienia króla Waldemara Wielkiego i księcia Henryka Lwa oraz zaręczyn ich dzieci doszło w czasie spotkania nad Ejder w 1171.

0g

Gdy król pozbył się dużej części tych obaw, jakie go gnębiły, zaczął ponownie myśleć o wojnie przeciw Norwegii, która była odłożona na bok w następstwie stosunków z krajem Słowian. Dopiero na wiosnę zaczął on realizować swoje plany z liczną flotą, i w całym Viken został on przyjęty z największym respektem, ludzie tam nie tylko pozwolili mu wkroczyć, ale i wyszli mu na spotkanie z radością.
Zachował się on dlatego nie jak ich wróg, lecz jak wódz, i odbył z nimi ting zamiast stoczyć bitwę.
Był on tak zadowolony z życzliwości, jaką mu okazywano, że zapomniał on o wrogu i zbyt długo zwlekał z wyruszeniem dalej, tak że Erling [Skakke] miał dość czasu, by zebrać wielkie siły.
Mieszkańcy Viken radowali się widząc jak ogromne było wojsko Valdemara, i z przyjemnością oglądali jego flotę, której pozwolili bez przeszkód wypłynąć z portów.
Przy zwężeniach, gdzie łodzie musiały żeglować pojedynczo, wielu zebrało się na wzniesieniach, nie by czynić im szkodę, lecz by je oglądać w zadziwieniu nad ich ilością i by móc je policzyć.
Mieszkańcy Tønsbergu, którzy z jeszcze większą gorliwością niż inni okazywali królowi swoje oddanie, przyjęli go na swym terenie w uroczystej procesji, tak że nie tylko poddali mu się, lecz oddawali mu cześć niemal jakby był świętym.
Wojownicy Erlinga, którzy poprzednim razem, gdy król był tam, nie reagowali na jego przybycie, tym razem wycofali się uciekając.
Król wspiął się na klif i zadziwił się wielce nad tym, co zobaczył na jego szczycie, bowiem musiał przyznać, że była to twierdza nie do zdobycia, i że natura więcej tu uczyniła niż człowiek.

Wojna przeciw Norwegii – kolejna wyprawa miała miejsce w 1168, lecz przerwana została na skutek oporu dowódców.

Tønsberg – miasto na zachodnim brzegu Oslofjordu, prowincja (fylke) Vestfold; na płaskowyżu znajdują się ruiny umocnień zamku Tunsberghus, w średniowieczu siedziby królewskiej i największych obszarem norweskich fortyfikacji.  0g

Doniesiono teraz królowi, że Erling, by powstrzymać duńską flotę, obsadził zwężenia w pewnej cieśninie, która w innych okolicznościach nie stanowiłaby problemu dla żeglugi, licznymi katapultami, jako że przygotowując się na przyjęcie wroga, bardziej ufał w te utrudnienia, które miejsce samo tworzyło, niż na własne siły.
Król przeklinał teraz swoją powolność, zwołał swych doradców i wezwał ich do pośpiechu; chodziło teraz o to, by spiesząc się ze wszystkich sił odrobić to, co haniebnie utracono marnując czas, powiedział on, bowiem wygladało, że spędzali czas bez żadnego pożytku, i w bezczynności i nieróbstwie zdołali oni zużyć prawie wszystkie swoje zapasy żywności.
Zostało to teraz przyjęte w różny sposób, każdy z wodzów miał swoje zdanie; niektórzy radzili wysadzić jazdę na ląd i przepędzić obsługę katapult, a flotą przebić się przez te łodzie, które stanęły przeciw nim, inni uważali, że nie można było sobie pozwolić lekkomyślnie wtargnąć wielką flotą w tak niebezpieczne przesmyki.
Niektórzy uważali, że trzeba było zostać na otwartym morzu, ominąć wroga i dopiero wtedy zejść na ląd, bowiem w ten sposób Erling musiałby opuścić te miejsca, gdzie szukał schronienia, i byłby zmuszony bić się albo uciekać; inni wyśmiewali obawy, jakie żywiono wobec zagrożeń, jakie były daleko stąd, i powiedzieli, że nie było konieczne naradzać się, zanim się nie przyjrzało bliżej rzeczom; ci ostatni doradzali wyruszyć bez zwłoki dalej, a nie marnować dłużej czasu niespieszną żeglugą.
Gdy wszyscy tak nie mogli dojść do zgody, zabrał głos pewien człowiek o imieniu Niels Oxe, co był lepszego urodzenia niż dzielności, i powiedział, że dziwiło go to, że ludzie, co byli przy zdrowych zmysłach i mieli domy we wspaniałym kraju, mogli mieć ochotę opuścić swą piękną ojczyznę i włóczyć się po tych wszystkich pustaciach, gdzie nie natknęli się na nic innego poza stromymi klifami i nieprzebytymi górami.
Tak daleko zabrnęli oni w szaleństwie, że największą przyjemność znaleźli w najgorszych przeciwnościach, i nawet gdyby poszło tak, że król by podporządkował sobie Norwegię, otrzymałby on więcej kłopotów z obu królestw, niż miał teraz zadowolenia z posiadania jednego z nich.
Ponadto dodał, że ich zapasy żywności poczynały się kończyć, tak że wprost znajdą się w potrzebie, jeżeli żegluga miałaby się jeszcze przeciągnąć, bowiem tego, co posiadali, nie starczało nawet na żeglugę powrotną.
To, co powiedział kierowany raczej obawami niż mądrością, zdawało się, że inni w milczeniu potwierdzali, lecz Absalon, co miał inną opinię o tej mowie, rozpoczął, gdy doradcy odeszli, na osobności twardo przemawiać do króla, ponieważ ten swoim milczeniem zaaprobował opinię Nielsa, która zasługiwała na najsroższą krytykę, zamiast głośno potępić ją, dając mu surową odpowiedź; te słowa, które wypowiedział tamten bez żadnego respektu, mogły w najwyższym stopniu stać się zarzewiem buntu.
Gdyby król powiedział, że w najmniejszym stopniu nie podobało mu się jego towarzystwo, i dał mu do zrozumienia, że perspektywy na powodzenie byłyby lepsze, gdyby ten go opuścił, niż gdyby pozostawał z nim razem, to przydane tamtemu poniżenie skłoniłoby innych do milczenia z obawy, że zaznaliby takiego samego wstydu, lecz teraz, gdy przyznał on mu, lub wydawało się, że mu przyznał, rację, zamiast otwarcie zawstydzić jego tchórzliwość, nie będzie to trwało długo, jak inni zaczną myśleć, że tamtego zuchwałość nie wywołała potępienia, i będą podobnie się zachowywać.
I stało się tak też, jak on przewidywał, bowiem gdy wodzowie bardziej byli nastawieni na powrót do domu, niż dalszą żeglugę, lecz nie byli na tyle odważni, by to otwarcie przyznać, pobudzili pospólstwo do buntu, a że ludzie wiedzieli, jak dzielny był Absalon, obciążyli jego nieustępliwość winą za to, że wyprawa przeciągała się dłużej, niż się spodziewano, niektórzy byli ponadto na tyle zuchwali, że zaatakowali jego łódź kamieniami. Jego załoga niezwłocznie ruszyła przeciw nim, i pomimo, że było ich dużo więcej, uciekli oni.
Król nie dał ponieść im zaraz zasłużonej kary za ich szalony czyn, bowiem uważał, że wstyd, jakim się okryli uciekając, był wystarczającą karą.
Następnie pożeglował król do portu Ørevik, co był znany z tego wielkiego zwycięstwa, jakie odniósł tam Sivard [Ring], gdy z trzema łodziami pokonał niezliczoną flotę.
Tam niektórzy Jutlandczycy, skłonieni swych dowódców haniebnymi wezwaniami, wezwali na ting, i żądali gwałtownie wrzeszcząc zakończenia wyprawy.
Posłano kilku wojowników w przebraniu by ich pojmać, i nierozpoznani przebywali jakąś chwilę pomiędzy tamtymi, lecz gdy na koniec zostali przez nich rozpoznani, zrzucili przebrania, pochwycili za gardła tych, którzy podburzali do buntu, i zabrali ich ze sobą.
Gdy zostali oni zaprowadzeni na łodzie, polecił ich król jako karę porządnie wychłostać, a żeby karę uczynić jeszcze surowszą, kazał ich na zmianę wrzucać do wody i chłostać na nowo, gdy zostali wyciągnięci.

Następnie wyruszył król na północ w te miejsca, gdzie noce w okolicy letniego przesilenia są nadzwyczaj jasne i przypominaja tak bardzo dzień, że nie ma prawie różnicy, bowiem Słońce daje nocą tak dużo światła, że z łatwością można czytać najdrobniejsze pismo.
Tu jutlandzcy możni, skłonieni albo lękiem, albo zniecierpliwieniem, wezwali otwarcie króla do zawrócenia do domu i żądali, by wyprawa z braku żywności została przerwana; trwałby on tak dalej twardo przy swym zamyśle, powiedzieli oni, to mogliby w przyszłym roku powrócić do Norwegii, lecz zamiast kręcić się wszystkimi zakolami w Viken, powinni ruszyć prostą drogą z Vendsyssel.
Swe pragnienie dodatkowo popierali narzekaniem pospólstwa na brak żywności, bowiem nie było nikogo tam pomiędzy nimi, kto by nie krzyczał, że aby zapobiec głodowi należało jak najszybciej zawrócić do domu.
Gdy tłum wykrzykiwał tak, nie pozostało nic innego królowi, jak odstąpić od swych planów i zakończyć wyprawę.
Żeby jednak wróg nie wykręcił się zupełnie bez strat, zabrał on jednakże ze sobą najwspanialsze łodzie, jakie znaleźć można było w całej Norwegii i tak dał Danii obcą flotę.
Tak zaprzepaściła niecierpliwość niektórych Jutlandczyków największe nadzieje na zwycięstwo; bowiem gdyby nie zabrakło odpowiedniej wytrzymałości, Dania podporządkowałaby sobie Norwegię.
Ci z norweskiej szlachty, którzy przyłączyli się do króla gdy przybył, w zawstydzeniu opuścili ojczyznę i poszli za nim, gdy wracał do Danii.

Niels zwany Oxe (Saxo: Nicoalus Bos) – przydomek oznacza wół; nie należy mylić z duńskim rodem szlacheckim Oxe.

Ørevik (Saxo: Porturiam) – zatoka na wschodnim wybrzeżu wyspy Stord, w gminie Stord, prowincja (fylke) Hordaland, zach. Norwegia.

Sivard Ring – król duński i syn króla norweskiego o tym samym imieniu, patrz ks.IX.

Letnie przesilenie – ok. 21 czerwca; t.zw. białe noce powstają, gdy przy Słońcu chowającym się nie więcej niż płytko pod horyzontem, jego promienie nadal rozświetlają górne warstwy atmosfery; zjawisko to jest szczególnie dobrze obserwowalne w okolicach kół podbiegunowych i dalej na północ, występuje m.in.w północnej Norwegii.  0g

Podczas gdy to się działo, odpadli Rugianie; czując się bezpieczni, gdy król zajęty był tak daleko, nabrali oni odwagi. Gdy zima miała się ku końcowi, dowiedzieli się oni, że postanowił on udać się na wyprawę wojenną przeciw nim, i wysłali do niego pewnego nadzwyczaj sprytnego i elokwentnego człowieka, by wyszukanymi pochlebstwami skłonił go do porzucenia swych planów.
Gdy nie mógł on jednak nic wskórać, nie chciał on wrócić do domu zanim Duńczycy by nie wyruszyli, by nie wzbudzić podejrzeń u swoich rodaków odradzaniem im prowadzenia wojny, lub doprowadzając ich do nieszczęścia, doradzając im ją.
Prosił on przeto Absalona, by mógł pozostać w jego świcie dopóki jego rodacy nie zwrócą się do niego o radę, bowiem głupim ludziom bardziej podobają się te rady, których sami szukają, niż te, które im się proponuje.
Król zaatakował teraz Rugię w różnych miejscach i zdobył wszędzie łupy, lecz nigdzie nie znalazł okazji do walki, a pragnąc utoczyć wrogiej krwi przystąpił do oblężenia Arkony.

Nie znalazł okazji do walki – Rugianie zostali nieustającymi napadami Duńczyków doprowadzeni do biologicznych granic możliwości stawiania oporu.

Oblężenie Arkony – 1168 lub 1169; wg Knytlingasaga Waldemar Wielki wylądował na Rugii w dniu Zielonych Świątek, tj 19 maja 1168 lub 8 czerwca 1169, ta druga data jest bardziej prawdopodobna, skoro chrzest Rugian miał mieć miejsce 15 czerwca.  arkona 2

Miasto to leży na szczycie wysokiego klifu i jest od wschodu, południa i północy silnie umocnione, nie sztucznie, lecz przez naturę, jako że strome krawędzie klifu niczym mury wznosiły się tak wysoko, że żadna strzała nie mogła dosięgnąć szczytu. Z tych trzech stron osłaniane jest też morzem, lecz od strony zachodniej otoczone jest wałem wysokim na pięćdziesiąt łokci, którego dolna część zbudowana była z ziemi, podczas gdy górna miała konstrukcję drewnianą, wypełnioną torfem.
Po północnej stronie znajduje się źródło, do którego mieszkańcy przychodzili ubezpieczoną ścieżką, którą Erik Emune swego czasu zablokował im, tak że pokonał ich on przy oblężeniu zarówno brakiem wody, jak i siłą zbrojną.
W środku miasta był tam otwarty plac, na którym stała nadzwyczaj misternie wykonana świątynia z drewna, której okazywano wielką cześć, nie tylko ze względu na jej wspaniałość, lecz także dlatego, że znajdował się tam w niej posąg bóstwa.
Z zewnątrz świątynia przyciągała wzrok różnymi starannie wyrzeźbionymi obrazami wspaniałej roboty, które jednakowoż były prymitywnie i niedbale pomalowane.
Było tam tylko jedno wejście, lecz sama świątynia podzielona była na dwie przestrzenie, z których zewnętrzna biegła wzdłuż ścian i miała czerwony sufit, podczas gdy wewnętrzna opierała się na czterech filarach i zamiast ścian miała zasłony i nic wspólnego z zewnętrzną poza sufitem i pojedynczymi belkami. W świątyni stał wspomniany posąg w nadludzkich rozmiarach. Miał on cztery głowy i tyle samo szyj, z których dwie zwrócone były do przodu, a dwie do tyłu; tak samo z tych dwu głów zwróconych do przodu, jak i tych dwu zwróconych do tyłu, jedna patrzyła w prawo, a druga w lewo.
Ogolona broda i przystrzyżone włosy wskazywały, że artysta, który wyrzeźbił posąg, miał na względzie zwyczaj, jaki panował pomiędzy Rugianami.
W prawym ręku posąg trzymał róg, zrobiony z różnych metali; ten wypełniał doświadczony kapłan raz w roku winem, i z zachowania napoju wróżył, jaki będzie przyszłoroczny plon. Lewą rękę miał posąg zgiętą i wspartą na boku.
Tunika sięgała goleni, zrobionych z różnych gatunków drewna, które były tak dyskretnie połączone z kolanami, że jedynie uważnie się przyglądając można było zauważyć złączenia. Stopy były całkiem przy podłodze, lecz to, na czym stał, ukryte było w ziemi.
Obok widać było uprząż i siodło oraz inne jego insygnia, z których szczególnie zadziwiający był nadzwyczaj wielki miecz, którego pochwa i uchwyt były ze srebra i ozdobione przepysznie wspaniałą robotą.

Miasto leży – Arkona położona była na półwyspie Wittow, na cyplu tworzącym północny skraj Rugii, kredowy klif ma tu 45 m wysokości i ulega stałej erozji – część dawnego grodu osunęła się już do morza.

Erik Emune – zdobył Arkonę w 1136.

Posąg bóstwa – Świętowit (Saxo: Suantovitus) – lokalne bóstwo opiekuńcze czczone na Rugii w Arkonie, etymologia nazwy nie jest w pełni jasna, zakłada się, że oznacza święty pan, nie jest ustalone też jakie znaczenie miała u bóstw słowiańskich wielogłowość.

Wino – zapewne miód pitny.

aryan 11

Kult boga sprawowano w następujący sposób: raz w roku, gdy żniwa zbliżały się ku końcowi, zbierał się cały lud wyspy przed świątynią, składano bydło w ofierze i spożywano uroczysty posiłek ku chwale bogów.
Kapłan, który w odróżnieniu od tego, co było raczej obyczajem mieszkańców kraju, miał długie włosy i brodę, zwykle na dzień przed świętym obrządkiem szedł do świątyni, której próg jedynie on miał prawo przekroczyć, i sprzątał i porządkował starannie, przy czym musiał uważać, by wstrzymywać oddech, tak że za każdym razem, gdy potrzebował zaczerpnąć powietrza, musiał spieszyć do drzwi, by bóg nie został skażony tym, że jakiś człowiek oddychał w jego bliskości.
Dzień później, gdy lud rozłożył się obozem przed drzwiami świątyni, brał kapłan róg z ręki figury i sprawdzał dokładnie, czy napój w nim znikał, co uważano za ostrzeżenie, że będzie nieurodzaj w roku następnym., w związku z czym zobowiązywał on lud do oszczędzania aktualnych plonów, by zachować coś z nich na rok następny.
Jeżeli napój nie znikał, wróżyło to pomyślny rok; w zależności od tego, co róg przepowiadał, nakazywał on więc ludziom albo oszczędzać aktualne zbiory, albo korzystać z nich do syta. Następnie wylewał on wino jako ofiarę u stóp posągu, napełniał róg na nowo i udawał, jakby pił na jego cześć, jednocześnie wzniosłymi słowami prosił on o powodzenie dla siebie i ludności kraju, o bogactwo i o zwycięstwo, po czym przykładał róg do ust i pił to szybko jednym haustem, po czym ponownie napełniał go i wkładał ponownie w prawą rękę posągu.
Było tam też ofiarowane ciasto miodowe owalnego kształtu, które było prawie na wysokość człowieka.
To ustawiał kapłan pomiędzy sobą a ludem, i pytał następnie, czy go widzieli; gdy odpowiadali oni, że tak, wypowiadał on życzenie, by nie zobaczyli go w następnym roku, przy czym sens tego nie był, że życzył on sobie lub ludowi śmierć, lecz żeby rok był pomyślny [a ciasto większe].
Następnie błogosławił on lud w imieniu boga, pouczał ich, by okazywali mu swój szacunek częstymi ofiarami, których oczekiwał jako słusznej zapłaty za zwycięstwa na lądzie i morzu.
A gdy to zostawało dokonane, spędzali resztę dnia na wielkiej uczcie, gdzie objadali się do syta darami ofiarnymi, tak że to, co zostało poswięcone bogu, pożerali oni sami.
Na tej uczcie uważano za czyn miły bogu upić się, a za grzech pozostawać trzeźwym.
Na potrzeby kultu musiał każdy mężczyzna i kobieta rocznie płacić jedną monetę, a bóg ponadto otrzymywał jedną trzecią łupów, jakie zdobyli, bowiem uważali, że powinni dziękować mu za jego pomoc.
Było też przydzielonych mu 300 koni i tyluż wojowników, którzy walczyli dla niego, i którzy musieli przez to oddawać kapłanowi całe łupy, jakie zdobyli, czy było to wzięte z bronią w ręku, czy ukradzione; za te pieniądze, które wpływały tam z tego tytułu, polecał on przygotowywać wszelkie szlachetne precjoza i różne ozdoby do świątyni, które przechowywał w zamkniętych skrzyniach, w których też oprócz mnóstwa pieniędzy przechowywano liczne sztuki purpury, które były całkiem zniszczone upływem czasu, jak i liczne dary, częściowo od ludu, a częściowo od indywidualnych osób, które były dane im jako dary ofiarne dla pozyskania szczęścia i powodzenia.
Cała słowiańszczyzna okazywała temu bóstwu swą cześć opłacając się jemu, a nawet sąsiedni królowie składali dary, nie patrząc na popełniane przez nich świętokradztwo; pomiędzy innym król Danii Svend [Grathe] podarował wspaniale wykonany puchar, aby zdobyć jego przychylność, za które to świętokradztwo przyszło mu później zapłacić nieszczęsną śmiercią.
Ten bożek miał ponadto równiez inne świątynie w różnych miejscach, które nie cieszyły się tak wielkim uznaniem, jak ta w Arkonie.
Miał on także swego własnego białego konia; uważano za świętokradztwo wyrwanie włosa z jego grzywy lub ogona, i nikomu poza kapłanem nie wolno było go karmić, ani jeździć na nim, żeby to boskie zwierze nie utraciło dostojnego wyglądu, gdyby było często używane.
Rugianie uważali, że na tym koniu Svantovit – tak zwano bożka – jeździł, gdy walczył przeciw wrogom swej świętości, i dowód na to widzieli zwłaszcza w tym, że pomimo, iż w nocy pozostawał w stojni, najczęściej z rana był mokry i spocony, tak jakby wrócił prosto z walki i biegł długą drogę.
Także odczytywano ostrzeżenia z zachowania konia w następujący sposób: gdy zamierzano prowadzić wojnę z jednym czy drugim krajem, miała w zwyczaju służba świątynna ustawiać sześć włóczni, po dwie na krzyż, w równych odstępach od siebie i z ostrzem wbitym w ziemię.
Gdy wyprawa miała ruszyć, wiódł kapłan konia, po tym jak odmówił uroczystą modlitwę, w uprzęży z przedsionka i prowadził tak, by ten skakał nad włóczniami; jeżeli ten podniósł prawą nogę przed lewą, uważano to za przepowiednię, że wojna będzie miała korzystny wynik, lecz jeżeli uniósł ten choćby jeden raz lewą nogę jako pierwszą, rezygnowano z zamyślonego ataku, a nawet decydowano o podniesieniu kotwic nie wcześniej, niż gdy zobaczyli go trzy razy pod rząd skaczącego przez włócznie, jeżeli ten podniósł prawą nogę przed lewą, uważano to za przepowiednię, że wojna będzie miała korzystny wynik, lecz jeżeli uniósł ten choćby jeden raz lewą nogę jako pierwszą, rezygnowano z zamyślonego ataku, a nawet decydowano o podniesieniu kotwic nie wcześniej, niż gdy zobaczyli go trzy razy pod rząd skaczącego przez włócznie tak, jak przyjmowali za dobrą wróżbę.

Król Svend – Svend Grathe w czasie wojny domowej szukał wsparcia też i u pogan.

Również inne świątynie – istniały u Słowian Zachodnich inne świątynie, lecz stały tam posągi lokalnych bogów (m.in. Trygława w Szczecinie).

Także gdy mieli wyruszyć w innych sprawach, przyjmowali wróżbę z pierwszego, napotkanego zwierzęcia.
Gdy wróżba była dobra, jechali dalej zadowoleni, była ona zła, to spieszyli do domu z powrotem.
Nie było im też nieznane rzucanie losów, rzucali oni mianowicie na swój podołek trzy kawałki drewna jako losy, były one białe z jednej strony, a czarne po drugiej, i białe przepowiadało szczęście, czarne nieszczęście.
Nawet kobiety nie stroniły od oddawania się takim praktykom. Gdy siedziały przy palenisku, czasami robiły przypadkowe kreski w popiele i liczyły je razem, jeżeli liczba była parzysta, wierzyły one, że wróżyło to szczęście, gdy była nieparzysta, brały to za zły znak.

radionetplus.ru

Król opanowany był pragnieniem zniszczenia ich umocnień w nie mniejszym stopniu, niż zaglady pogańskiego kultu, jaki panował w tym mieście; uważał mianowicie, że gdyby ujarzmił Arkonę, tym samym całe pogaństwo na Rugii zostałoby wytępione, bowiem nie miał wątpliwości, że dopóki ten posąg tam pozostawał, było mu łatwiej zdobyć umocnienia kraju, niż pokonać pogański kult.
By szybciej doprowadzić do końca oblężenia, na jego polecenie wszyscy wojownicy w wielkim trudzie przynosili z pobliskich lasów liczne pnie, nadające się do budowy z nich maszyn oblężniczych.
Podczas gdy rzemieślnicy teraz zabrali się do ich budowy, przybył on pewnego razu i powiedział, że nie będzie żadnej korzyści z tego, że zadali sobie tak wiele trudu, i że miasto wpadnie w ich ręce szybciej, niż liczyli na to.
Gdy go zapytano, dlaczego tak przypuszczał, odpowiedział on, że wywnioskował to z tego, że jak Rugianie swego czasu zostali podbici przez cesarza Karola Wielkiego i nakazano im przywozić trybut do św. Wita w Corvey, który stał się znany dzięki swej męczeńskiej śmierci, gdy Karol zmarł, skwapliwie po odzyskaniu wolności mieli oni zrzucić jarzmo niewolnictwa i powrócić do pogaństwa; mieli wtedy w Arkonie wznieść posąg tego bożka, który nazwali świętym Witem, na którego kult zużyli pieniądze, które wcześniej oddawano do św. Wita do Corvey, z którym teraz nie chcieli mieć nic do czynienia, bowiem wystarczał im, jak mówili, ten święty Wit, którego mieli u siebie, i nie mieli potrzeby podporządkowywać się obcemu.
Dlatego święty Wit, gdy zbliża się teraz jego dzień, zniszczy ich mury jako karę za to, że przedstawili go w tak barbarzyńskim wyobrażeniu; zasłużyli sobie na to, by on ich ukarał, ponieważ ustanowili bluźnierczy kult zamiast jego świętego upamiętnienia.
Nie zostało mu to objawione we śnie, powiedział król, ani nie wywnioskował on tego z żadnego wydarzenia, jakie by się przydarzyło, miał on tylko nieodparte przeświadczenie, że tak miało się stać.
To przewidywanie wzbudziło więcej zdziwienia u wszystkich, niż wiary w nie, a że ta wyspa, na której Arkona leżała, a co nazywała się Wittow, oddzielona była od Rugii jedynie wąską cieśniną, która zaledwie była na tyle szeroka, co niewielka rzeka, i obawiano się, że arkonianie mogliby otrzymać wsparcie tą drogą, wysłano tam ludzi, by strzegli przejścia i przeszkodzili wrogowi przeprawić się tamtędy.
Z resztą wojska obległ on miasto, szczególnie kładąc nacisk na ustawienie katapult w pobliżu wałów.
Na Absalona nałożono obowiązek podzielenia ludzi i wskazania im, gdzie mają rozbić obóz, i w tym celu wymierzył on dokładnie ziemię pomiędzy brzegami z obu stron.
W międzyczasie wypełnili arkonianie bramę miasta wielką ilością ziemi, by uczynić wrogowi trudniejszym atakowanie jej, i zablokowali dojście do niej murem z darni, i to uczyniło ich tak pewnymi siebie, że zaniechali obsadzenia wieży ponad bramą, lecz jedynie zawiesili tam kilka chorągwi i proporców. Jedno z insygniów, które odznaczało się tak kolorem, co i rozmiarami, zwano Stanica, i Rugianie żywili dla tej chorągwi tak wielką cześć, jak prawie do wszystkich swych bogów razem, bowiem gdy niesiono ją przed nimi, uważali oni, że posiadali wystarczającą moc, by ruszyć na bogów i ludzi, i że nie było wtedy takiej rzeczy, której by nie mieli prawa uczynić, gdyby chcieli, plądrować miasta, burzyć ołtarze, czynić rzeczy niegodne i obracać domy na Rugii w ruinę.
Byli tak wielce przesądni, gdy chodziło o tę szmatę, że przydawali jej władzy i mocy więcej, niż królewska, i czcili ją jak boski sztandar, ba, nawet ci, którzy zostali poszkodowani, okazywali chorągwi największy szacunek i cześć, niezależnie od tego, ile cierpień i szkód ona by im nie przyniosła.

Święty Wit w Corvey – relikwie zmarłego w 303 r. świętego Wita sprowadzono w 836 do opactwa benedyktyńskiego Corvey nad Wezerą, dwa km od Höxter, Nadrenia-Północna Westfalia, ufundowanego przez cesarza Ludwika Pobożnego, syna Karola Wielkiego, w 815, w dopiero co podbitej i chrystianizowanej Saksonii; od 833 Corvey miało przywilej na bicie monety, stało się też szybko jednym z ważniejszych centrów religijnych i politycznych państwa Franków.

Posąg świętego Wita – trudno odnieść się do legendy, niektórzy historycy zakładają proces odwrotny: święty Wit miałby zyskać popularność na Słowiańszczyźnie ze względu na zbieżność imienia ze Świętowitem, św. Wit był już wtedy bardzo popularny w Niemczech.

Dzień świętego Wita – 15 czerwca.

Wittow – do Średniowiecza wyspa, dziś półwysep; północna część Rugii, połączona z nią wąską mierzeją.

Stanica (Saxo: stanitia) – u pogańskich Słowian świątynna chorągiew wojenna, której przypisywano boską moc.  0g

W międzyczasie wojsko zabrało się do różnych prac, jakich oblężenie wymagało; jedni budowali szopy dla koni, inni wznosili namioty i podejmowali się innych niezbędnych rzeczy. Podczas gdy król, ze względu na wielki gorąc, jaki był za dnia, przebywał spokojnie w swoim namiocie, niektórzy duńscy chłopcy, którzy w podnieceniu odważyli się podejść do samego wału obronnego, poczęli procami ciskać kamienie na umocnienia.
Arkonianie przyjmowali raczej ze śmiechem niż przestrachem ich pomysły, i powstrzymali się od użycia broni przeciw takiej zabawie, tak że woleli raczej patrzeć na chłopaków, niż pogonić ich.
Pojawili się tam też młodzieńcy, którzy poszli w zawody z chłopcami i w ten sam sposób prowokowali mieszkańców miasta, i znudzili się tamci bezczynnym przyglądaniem i zmuszeni chwycili za broń.
Więcej teraz młodzieży porzuciło swą pracę i pobiegli, by przyjść swym towarzyszom z odsieczą, lecz rycerstwo potraktowało to wszystko jak dziecięcego psikusa.
Tak to, co z początku nie miało żadnego znaczenia i o czym nie byłoby warto wspominać, szybko przemieniło się w gwałtowną walkę, której nie można było lekceważyć, i dziecięca zabawa rozrosła się z czasem do starcia na serio pomiędzy mężczyznami.
Ziemia, którą brama była wypełniona, zapadła się w międzyczasie i utworzyła tam dziurę czy szczelinę, tak, że powstało tam duże otwarcie pomiędzy wieżą a ścianą z darni. To zauważył pewien nadzwyczaj odważny młodzieniec, o którym po prawdzie więcej nic nie wiadomo, i stwierdził on wtedy, że nadarzała się dobra okazja do wprowadzenie w życie tego, co zamyśliwano; poprosił on wtedy swych towarzyszy, by mu pomogli dostać się na górę, skoro by to uczynili, zaraz miasto zostałoby wzięte, a zwycięstwo zdobyte.
Gdy zapytali się go, w jaki sposób by mogli być mu pomocni, powiedział on, że powinni wetknąć swe włócznie pomiędzy płaty darni, tak by mógł się wspiąć po nich jak po drabinie.
Gdy w ten sposób dostał się na górę i zobaczył, że wewnątrz dziury mógł być pewien, że wrogowie z żadnej strony nie mogli mu czynić szkody, zażądał on trochę słomy, którą mógłby podpalić.
Gdy zapytali oni go, czy miał coś do rozpalenia ognia, odpowiedział, że miał on ze sobą krzesiwo i krzemień, i przykazał im, by mu pomogli zejść na dół, gdy ogień się rozpali. Gdy teraz rozglądali się oni za czymś, co mógłby użyć do podpalenia, wpadło im przez przypadek w ręce to, czego szukali; przybył tam mianowicie jeden z wozem słomy, która miała być użyta do czego innego; zabrali oni teraz to, rzucali snopki jeden drugiemu i podawali na włóczniach temu młodemu człowiekowi, i wkrótce otwór był wypełniony całkowicie słomą, co odbyło się bez żadnego zagrożenia, jako że wieża była całkowicie opuszczona.
Mieszkańcy miasta nie mieli mianowicie pojęcia, co tam się działo, a niezwykłe rozmiary wieży przyczyniły się dodatkowo do ich zmylenia, a jej szerokie z obu stron przyziemie posłużyło Duńczykom do osłony.
Gdy ogień chwycił, a wieża nagle stanęła w płomieniach, ten, co rozpalił ogień i uczynił tak pierwszy krok do zdobycia towarzyszom zwycięstwa, zszedł z ich pomocą na dół.

Krzesiwo i krzemień – krzesiwo, czyli kawałek żelaza o wysokiej zawartości węgla, uderzane o krzemień dawało iskry, które padając np na lnianą szmatkę lub hubkę (wysuszony grzyb) rozpalały ją, do czasu wynalezienia zapałek w XIX w. był to podstawowy zestaw do krzesania ognia, noszony zwykle w woreczku przy pasie.

Gdy mieszkańcy miasta zauważyli dym, byli tak zszokowani nieoczekiwanym zagrożeniem, że nie wiedzieli, czy wpierw rzucić się mieli do gaszenia, czy na wroga, a gdy w końcu oprzytomnieli, wszystkimi siłami zabrali się za pożar, i zaczęli, bez zważania na wroga, zwalczać płomienie, podczas gdy Duńczycy starali się przeszkodzić im w gaszeniu, i z równą zawziętością starali się oni podtrzymać ogień, z jaką tamci go tłumili.
Gdy arkonianom w końcu zabrakło wody, leli mleko na płomienie, lecz im bardziej je zalewali, tym mocniej wybuchały, i miało to taki skutek, że ogień rozprzestrzeniał się ze wszystkich sił.
Wszystkie te tam krzyki i wrzaski skłoniły króla do wyjścia z obozu i sprawdzenia co tam się działo, a gdy zobaczył jak rzeczy się miały, został bardzo zaskoczony i nie mógł ocenić prawidłowo, czy pożar ten mógł mieć znaczenie dla wzięcia miasta, dlatego też spytał on Absalona, co powinni uczynić. Poprosił on króla, by nie mieszał się w dziecięce psikusy, ani nie angażował się w coś zbyt pospiesznie, zanim sprawa zostałaby zbadana, i prosił usilnie o przyzwolenie, by wpierw mógł sprawdzić, czy pożar mógłby pomóc im w zdobyciu miasta.
Udał się następnie niezwłocznie by zbadać sprawę, i poszedł do bramy biorąc jedynie ze sobą hełm i tarczę, i wezwał młodych ludzi, którzy próbowali szturmować ją, by rozszerzyli pożar.
Ci dokładali do ognia ze wszystkich rogów, aż zajęły się słupy i podpory, podłoga w wieży się przepaliła i płomień wzniósł się aż do szczytu, i zamienił wszystkie chorągwie bożka i inne insygnia w popiół. Gdy Absalon zameldował to królowi, kazał ten na wniosek Absalona otoczyć miasto, i usiadł zaraz na krześle poza obozem by obserwować walkę.
Pewien nadzwyczaj dzielny młody człowiek w duńskim wojsku wielce zawziął się, by dostać się do przedpiersia przed innymi, a gdy został on śmiertelnie raniony, postarał się by upaść tak, aby wyglądało, że zeskoczył z własnej woli, a nie, że padł na ziemię ubity, tak że trudno powiedzieć, czy przydał on sobie największej chwały walcząc, czy umierając.
Pomorzanie, którzy mieli to za zaszczyt walczyć w obecności króla, także okazali pod dowództwem Kazimierza i Bogusława niecodzienną odwagę, dzielnie atakując miasto, a król przyglądał im się wtedy także z podziwem i zadowoleniem, patrząc jak wspaniale walczyli.
Gdy Rugianie byli tak narażeni na podwójne niebezpieczeństwo, ugięlo się wielu przed ogniem, podczas gdy inni padli od włóczni wroga, i nikt nie wiedział, czy bardziej się trzeba było bać ognia czy wroga, lecz niektórzy porzucili wzgląd na swe własne dobro i bronili miasta tak wytrzymale i nieustępliwie, że nie ulegli wcześniej, niż gdy płonący wał legł w gruzach, a ci, którzy padli na murach miasta, pochłonięci zostali przez te same płomienie, jak na wspólnym stosie; bowiem taką miłość żywili do murów rodzinnego miasta, że prędzej woleli paść razem z nimi, niż przeżyć ich upadek.
Gdy mieszkańcy miasta nie mieli już żadnej nadziei, i przed oczami mieli tylko śmierć i zagładę, jeden z nich, co był na przedpiersiu, krzyknął donośnie do Absalona i zażądał rozmowy z nim.
Absalon polecił mu pójść w najspokojniejszy koniec miasta, jak najdalej od wrzawy i przelewu krwi, i tam spytał go wtedy, czego ten sobie życzył.
Wezwał on wtedy, jednocześnie dodając do słów szczególnej mimiki i gestykulacji, do powstrzymania ataku Duńczyków, aż do czasu, kiedy mieszkańcy miasta mogliby się poddać.
Na to powiedział Absalon, że nie może być mowy o przerwaniu szturmu, chyba, że oni powstrzymają się od gaszenia ognia.
Na ten warunek poszli Słowianie, po czym Absalon natychmiast przedstawił królowi tamtego prośbę.
Król polecił zaraz wezwać z pola bitwy wodzów, by naradzić się z nimi w tej sprawie, i Absalon powiedział wtedy, że należało uczynić to, o co Słowianie prosili, bowiem im dłużej się to przeciągało, tym trudniej będzie mieszkańcom miasta ugasić ogień, a gdy nie będą mogli tego uczynić, ogień ich pokona, nawet, gdyby Duńczycy nie przyłożyli do tego ręki, tak więc nawet jeżeli nic nie uczynią, to pozwolając ogniowi szerzyć zniszczenie osiągną oni to, czego by nie dali rady własnymi siłami.
Pomimo, że jakiś czas by się powstrzymywali od walki, nie można by ich nazwać bezczynnymi, gdy bez narażania się na jakiekolwiek niebezpieczeństwo, pozwalali innym siłom walczyć za siebie.
Ta rada uzyskała ogólną aprobatę, a król zawarł pokój z arkonianami na tych warunkach, że posąg miał zostać przekazany razem ze wszystkimi należącymi do świątyni skarbami, a wszyscy pojmani chrześcijanie mieli odzyskać wolność bez okupu i miano zaprowadzić kult chrześcijański, tak jak był praktykowany w Danii.
Wszystkie dobra ziemskie, które oddane były bóstwu, miały z największym pożytkiem służyć kościołowi chrześciajńskiemu. Gdyby jakiekolwiek okoliczności tego wymagały, mieli oni iść za Duńczykami na wezwanie do pospolitego ruszenia, i nie mieli prawa nigdy odmówić stawienia się przy wojsku, gdy król polecał to im.
Ponadto powinni płacić rocznie trybut w wysokości 40 srebrnych monet od każdej pary wołów, i tyluż dostarczyć zakładników dla zapewnienia, że dochowają oni tych warunków.

Przedpiersie – podwyższone od strony wroga ziemią bądź murem stanowisko obronne, często na wałach i murach.

Pomorzanie – w ataku Waldemara Wielkiego na Rugię i w zdobyciu Arkony uczestniczyli książęta pomorscy, bracia Bogusław I i Kazimierz I, ze swymi wojskami.

Mury miasta – Arkona z trzech stron broniona była wysokim klifem morskim, z czwartej strony posiadała mur z dołu ziemny, a u góry drewniany, ze strażnicami i przedpiersiami, o długości ok. 250 metrów i wysokości zapewne kilkunastu-dwudziestu paru metrów.

Pokój z arkonianami – Duńczycy po zwycięstwie nie dokonali kolonizacji Rugii, uczynili to Niemcy, natomiast księstwo rugijskie (wyspa Rugia i przyległe tereny) było wasalem Danii do 1325, a później stało się częścią Pomorza Zachodniego; na wniosek króla Waldemara Wielkiego i arcybiskupa Eskila, wbrew protestom Henryka Lwa, papież włączył Rugię do diecezji Roskilde (której biskupem był wówczas Absalon) i pozostało tak do czasów reformacji w XVI w., natomiast kontynentalna część księstwa podlegała biskupowi Schwerinu; pokój nie zakończył pirackich rajdów Słowian na Danię.  0g

Gdy wojownicy, którzy spragnieni byli wrogiej krwi i łupów, usłyszeli to, zaraz powstało pomiędzy nimi wielkie zgorzknienie i poruszenie; zaczęli oni głośno narzekać, że zabrano im nagrodę za zwycięstwo, teraz, kiedy byli tak bliscy jej zdobycia, tak że nie dostali nic poza ranami i bliznami za ich wielki wysiłek, a także na to, że nie dostali prawa, co sami uważali za im należne, by pomścić wszystkie te szkody, jakie zadał im wróg, którego oni teraz niemal pokonali; teraz, mówili oni, powinno się myśleć o ich dobru, co niemal bez wysiłku mogliby wziąć wspaniałą pomstę za tamtych wszystkie rozbójnicze wyprawy i za wszystkie te nieszczęścia, jakie tamci uczynili w Danii.
Grozili oni, że opuszczą króla, gdyż ten nie pozwolił im wziąć miasta, i wolał nędzną sumę pieniędzy za tak wielkie zwycięstwo.
Król, który rozzłościł się na takie gadanie, wyszedł z wodzami z obozu, by być z dala od tych wszystkich krzyków i wrzasków, i zapytał ich, czy uważali, że należało przyjąć kapitulację miasta, czy dać je w nagrodę wojownikom.
Gdy ci wezwali Absalona, by powiedział, co sądzi o sprawie, powiedział on, że warownię można byłoby wziąć, lecz nie bez długotrwałego oblężenia.
On wiedział dobrze, mówił, że lud będzie sobie fałszywie tłumaczył jego słowa, lecz raczej wolałby wzbudzić niezadowolenie ludu, który przyjmie to w zły sposób, dając dobrą i pożyteczną radę, niż narazić dobro swych towarzyszy niemądrze spełniając ich oczekiwania.
Nawet jeżeli ogień, rozpalony prędzej cudem boskim, niż ręką człowieka, zamieni w popiół najwyższą część wału, który zbudowany był z drewna i ziemi, to najniższa część, zbudowana solidniej, nie zostanie zniszczona ogniem, a była ona tak wysoka, że nie byłoby łatwym dobrać się wrogowi do skóry.
Ponadto jeszcze dochodziło, że mieszkańcy miasta naprawili prawie wszystkie te miejsca, które strawił ogień, wypełniając ubytki gliną, i że płomienie nie tylko przyniosły im szkody, lecz służyły im też za osłonę, jako że ich gwałtowność w nie mniejszym stopniu przeszkadzała Duńczykom w szturmowaniu, jak tamtym w obronie.
I jeżeli ponadto nie okaże się arkonianom łaski, to w następstwie tego inne miasta Rugian, skłonione twardą koniecznością do dzielności, będą się przeciwstawiać o tyle silniej, im większa będzie ich desperacja; jeżeli natomiast dowiedzieli by się, że został zawarty pokój z Arkoną łatwo będzie skłonić je do pójścia za przykładem i będą myśleć o swym ocaleniu, a kiedy teraz trzeba uznać za lepsze zdobycie wielu miast jedną bitwą, niż uparte trwanie przy oblężeniu jednego miasta, nie powinno się propozycji kapitulacji odrzucać.
Gdyby więcej osób miało inne zdanie, należałoby w każdym razie zakładników odesłać nieposzkodowanych, aby nie mówiono, że zostali potraktowani bez dochowania danego słowa, i że Duńczycy, wbrew swym zwyczajom, podstępnie złamali dane obietnice.
Do tej opinii nie zaniechał przyłączyć się arcybiskup Eskil, jako że stwierdził, iż pospólstwo winno słuchać się swych wodzów, a nie wodzowie pospólstwa, i że nie wypadało, by wyżsi niższym dawali podejmować decyzje.
Ponadto nie można było osiągnąć bardziej pożądanego zwycięstwa, niż zmuszenie pogańskiego ludu nie tylko do płacenia trybutu, lecz także do przyjęcia chrześcijaństwa. Wytłumaczył im także, że byłoby lepiej przysłużyć się arkonianom pomocą przeciw innym wrogom, niż w zawziętości pozbawić ich życia, jako że zmuszenie do poddaństwa wrogów jest lepsze niż ich zabicie, gdyż miłosierdzie jest lepsze od okrucieństwa.
Ponadto było lepiej zdobyć jedną bitwą wiele grodów, niż preferować szturm jednego od zdobycia ich wszystkich.
Przez takie przedstawienie sprawy przekonał on wodzów do uznania swej i Absalona opinii, a król dzięki nim upewnił się w swym zamiarze zignorowania niezadowolenia wojowników. Absalon polecił im teraz pójść i dobrze się pożywić, a sam zabrał się do przygotowywania do przyjęcia zakładników, z których część stanowiły dzieci, a część rodzice, którzy otrzymali prawo do pójścia w miejsce dzieci do następnego dnia.

Gdy on tak w początkach następnej nocy leżał i spał, był tam pewien Słowianin, co głośnym krzykiem wzywał Gotskalka, którego Absalon używał za tłumacza u Słowian, i prosił, by mógł on rozmawiać z nim.
Gotskalk obudził się na to i krzyknął do niego, pytając, czego ten chciał, na co ten zażądał rozmowy z Absalonem, a gdy otrzymał prawo zbliżenia się i podszedł do Absalona, który wyszedł ze swego namiotu, zwócił się do niego przy pomocy tłumacza i zaczął natarczywie prosić go o zgodę na doniesienie mieszkańcom Charenzy wieści, jak wiodło się ludziom wArkonie i na wezwanie ich do pójścia na podobne warunki, aby zapobiec ich zagładzie, by nie zaniechali skorzystania z miłosierdzia dla siebie samych i miasta, po czym wracając przyniesie od nich posłanie następnego dnia, tak powiedział. Powiedział on ponadto, że nazywał się Granze, a jego ojciec Littog, i że miał dom w Charenzie, i wcale nie był mieszkańcem Arkony, lecz że był tam obcy, i że nie przybył tam z własnej woli, lecz został przysłany z innymi oddziałami pomocniczymi.
Aby nie myślał on, że było to kłamstwem, pokazał on mu ranę, jaką miał na ramieniu, i że nie mógł być swym współmieszkańcom do pomocy, jako że nie mógł jego używać. Absalon, który ocenił, że tak ciężko ranny człowiek nie mógł udzielić wrogom specjalnej pomocy, i że nie miało większego znaczenia, czy doradzałby on im bić się, czy poddać się, skierował jego prośbę do rozstrzygnięcia królowi, polecił zaraz obudzić Valdemara i przedstawił mu sprawę.
Król polecił mu uczynić, co sam uważał za słuszne, i odpowiedział wtedy Słowianinowi, że król przyznał mu to, o co prosił, z wyjątkiem tych trzech dni rozejmu, jakich on żądał, bowiem uważał na to, aby nie dać wrogom zbyt długiego terminu na umocnienie miasta, lecz żeby zupełnie nie pozbawić go czasu, dał mu cały następny dzień i poinformował go, że jeżeli w ustalonym terminie nie pojawiłby się na brzegu morza najbliżej miasta [Charenzy] ze wszystkimi rugijskimi wodzami, wszelkie dalsze negocjacje zostałyby zerwane.

Charenza – centralny gród Rugian, miejsce kultu bogów Rugiewita, Porewita i Porenuta, w 1180 stolica księstwa Rugii została przeniesiona z Charenzy do grodu Góra.

Granza, syn Littoga – z rodu książąt rugijskich, dalszy krewny księcia Tetzlava.

0g

Dzień później polecił król Esbernowi [Snare] i Sune [Ebbesenowi] wywrócić posąg boga, a gdy nie dało się tego zrobić bez mieczy i toporów, po tym jak zerwane zostały zasłony zawieszone w świątyni, przykazali oni dokładnie ludziom, którzy mieli wykonać tę pracę, by uważali kiedy ten ciężki posąg miałby upadać, by nie mówiono, gdyby zostali zmiażdżeni jego ciężarem, że była to kara, którą spuścił na nich zagniewany bóg.
W międzyczasie zebrał się wokół świątyni wielki tłum mieszkańców miasta, żywiąc nadzieję, że Svantovit ze swej złości i boskiej mocy ukarze tych, którzy zadali mu taki gwałt. Gdy posąg został przerąbany przy stopach, upadł ten na najbliższą ścianę; Sune wtedy, aby wyciagnąć go, polecił swoim ludziom zburzyć ścianę, lecz upomniał ich, by w swym zapale burzenia nie zapomnieli o niebezpieczeństwie, jakie im groziło, i by nieostrożnie nie narażali się, że posąg upadając zmiażdżyłby ich.
Ten spadł na ziemię z wielkim hukiem.
Świątynia była cała wokół przykryta purpurą, która dobrze jaśniała, lecz była tak przegniła od długotrwałego zawieszenia, że nie wytrzymywała dotyku.
Wisiały tam również rzadkie rogi dzikich zwierząt, które były godne nie mniejszej uwagi ze względu na swą szczególną naturę, jak ze względu na cześć, jaką im oddawano.
Widziano jakiegoś potwora w postaci czarnego zwierza, który wybiegł stamtąd, lecz ten znikł nagle.
Polecono teraz mieszkańcom obwiązać linę wokół posągu bóstwa i wyciągnąć go poza miasto, lecz ci nie mieli sami odwagi uczynić tego ze względu na dawny przesąd, i nakazali więźniom i obcym, którzy przybyli do miasta dla zarobku, zrobić to zamiast nich, jako że uważali, że najlepiej byłoby gniew boga skierować na głowy tak nędznych ludzi, jako że sądzili, że to bóstwo, któremu zawsze okazywali oni tak wielką cześć, nie zawaha się ciężko pokarać tych, którzy je poniżyli.
W międzyczasie słychać było, jak mieszkańcy miasta w różnoraki sposób wymieniali uwagi o tym, co się działo, niektórzy lamentowali nad tym cierpieniem, jakie zadano ich bogu, podczas gdy inni śmiali się z niego, i nie było żadnej wątpliwości, że ta mądra część ludności czuła się w najwyższym stopniu wielce zawstydzona tą naiwnością, z jaką przez tak wiele lat dawali się oni wciągać w tak głupi kult.
Gdy posąg został przeciągnięty do obozu, zebrani wojownicy przyglądali się mu z zadziwieniem, i dopiero gdy plebs napatrzył się jemu dość, pozwolili sobie wodzowie na przyjemność obejrzenia go.
Reszta dnia upłynęła na przyjmowaniu zakładników, którzy nie zostali dostarczeni poprzedniego dnia.
Pisarze wodzów zostali także wysłani do miasta, by nauczać nieoświecony lud wiary chrześcijańskiej i by nawrócić go z ich pogaństwa na prawdziwą wiarę.
Gdy zbliżał się wieczór, wzięli się wszyscy kucharze za rąbanie posągu swymi siekierami, i porąbali go na tak małe kawałki, by mozna je było użyć w paleniskach.
Sądzę, że Rugianie musieli się wstydzić swego pradawnego kultu, gdy widzieli boga swych ojców i dziadów, któremu mieli w zwyczaju oddawać tak wielką cześć, haniebnie rzucanego do ognia i użytego do gotowania strawy ich wrogom.
Następnie spalili Duńczycy także świątynię i zbudowali w jej miejsce kościół z tego drewna, które było użyte na budową machin oblężniczych, i zamienili oni tak narzędzia służące prowadzeniu wojny w dom pokoju, i użyli tego, co miało niszczyć ciała wrogów, w zbawienie dla ich dusz.
Ponadto na dzień ten wyznaczono wydanie przez Rugian tych skarbów, które były ofiarowane i poświęcone Svantovitowi.
Gdy usatysfakcjonowani z dokonanych rzeczy ustalili, że Absalon powinien sprawdzić obietnice Granzy z Charenzy, pożeglował on nocną porą z trzedziestoma łodziami po tym, jak wezwał króla do podążenia za nim o świcie.
Wieść o wzięciu Arkony napędziła mieszkańcom Charenzy takiego strachu, że zjawili się oni w miejscu wyznaczonym przez Absalona przed ustalonym czasem.
Granza, który był konno, zakrzyknął i zapytał, kto dowodził flotą, gdy byli oni jeszcze kawał drogi od lądu, a gdy dowiedział się, że był to Absalon, powiedział, że nazywał się Granza, i że władca Tetzlav, jego brat Jaromar oraz cała najdostojniejsza szlachta rugiańska byli tam obecni.
Absalon przyjął ich w dobrej wierze na pokład swej łodzi, a gdy oni we wszystkim poszli za przykładem arkonian w sprawie kapitulacji, zatrzymał on ich u siebie do czasu, aż przybył król. Ten we wszystkich punktach zgodził się na porozumienie, a Absalon wybrał ze wszystkich rugijskich możnych jedynie Jaromara i udał się razem z nim i z biskupem Svendem z Århus do Charenzy; innych polecił on swemu bratu Esbernowi [Snare] ugościć, by nie dać im poruszać się, zanim by on nie wrócił z powrotem, by bezpiecznie móc się udać do miasta.
Wziął tylko 30 swoich drużynników ze sobą, i większość z nich odesłał na prośbę mieszkańców Charenzy, by nie wywoływali bójek w mieście, tak że przybył tam mając większe zaufanie, niż siłę zbrojną.

Jaromar I, zm.1218 – syn księcia rugijskiego Racława (przed 1105-41), brat Tetzlava; po tym, jak Tetzlav nie pojawia się w dokumentach po 1170, rządzi zapewne samodzielnie Rugią, lennik Danii.  0g

Charenza jest ze wszystkich stron otoczona mokradłami i bagnami, i dostęp do niej jest tam tylko jedną drogą poprzez bród, który też jest bagnisty i trudny, a jeżeli ktoś nieostrożnie zejdzie na którąś ze stron, nieuchronnie tonie w nim.
Gdy człowiek już przebył to grzęzawisko, wchodziło się na ścieżkę, która pomiędzy bagnem i wałem prowadziła do bramy. By nadać teraz swej kapitulacji uroczysty charakter, mieszkańcy Charenzy, w ilości 6 tysięcy, wyszli uzbrojeni przez bramę i ustawili się z ostrzami włóczni wbitymi w ziemię po obu stronach tej drogi, którą mieli przybyć Duńczycy.
Biskup Svend zadziwił się na ten widok i spytał, co miało to oznaczać, że wróg wyszedł tak, na co Absalon odpowiedział, że nie powinien on się obawiać, było to jedynie dla okazania swego poddaństwa; gdyby ich zamiarem było uczynić im szkody, mogliby tego łatwiej dokonać w mieście.
Jak wielką odwagą musiał być obdarzony ten człowiek, skoro bez dalszego rozważania wątpliwości zawierzał swe życie woli uzbrojonego wroga!
Wojownicy z nabraną jego przykładem odwagą, bez drgnienia powieki czy nerwowego ruchu, poszli za nim równie stanowczo co on, bowiem przy Absalonie czuli się bardziej bezpiecznie, niż żywili obaw wobec ilości wroga.
Gdy Duńczycy przebyli grzęzawisko i wyszli na drogę, która wiodła wzdłuż wałów, Rugianie, którzy wszędzie stali oddziałami, padli na twarz, jakby chcieli okazać cześć istotom wyższym, a po tym jak powstali ponownie, szli przyjaźnie za nimi, tak że wjazd Absalona odbył się z wielką przyjemnością dla mieszkańców, którzy pragnęli wyjść jemu naprzeciw.
Został przez nich przyjęty nie jak ten, co przybywał dla wykonania specjalnego zadania, lecz jako ten, co niósł pokój całemu krajowi.
Miasto to było znane z 3 wielce szanowanych świątyń, które były wyposażone z wielkim kunsztem i przepychem.
Ten szczególny szacunek, jakimi darzeni byli ich bogowie, sprawił, że stali się obiektem czci nie mniejszej, niż cześć okazywana wspólnemu bogowi kraju w Arkonie.
W czasie pokoju miasto było raczej puste, lecz teraz wypełnione było ludźmi, którzy pobudowali sobie domy, co miały trzy piętra, tak że to najniższe dźwigało piętro środkowe i najwyższe.
Stały one tak blisko siebie, że nie było tam ani kawałka ziemi, na który mógłby upaść kamień w wypadku, gdyby miasto było ostrzeliwane z katapult.
Lecz domy z powodu brudu, jaki tam panował, były tak pełne smrodu, że ten męczył ciała w takim samym stopniu jak lęk męczył dusze, tak że dla Duńczyków stało się jasne, że mieszkańcy nie byliby w stanie wytrzymać oblężenia.
Nie dziwili się więc też dłużej, że ci tak szybko poddali się, gdy widać było wyraźnie, w jak nieszczęsnej sytuacji tamci się znaleźli.

Największa ze świątyń miała swe najświętsze miejsce w samym środku, i tak ono jak i sama świątynia miała zasłony zamiast ścian; sufit opierał się tylko na kolumnach.
Ludzie Absalona potrzebowali dlatego jedynie zerwać zasłony wokół przedsionka, by się zabrać za te wokół najświętszego miejsca. Gdy zostały one ściągnięte, ukazał się tam posąg z drewna dębowego, przedstawiający boga, którego zwano Rugievitem, i który ze wszech miar przedstawiał sobą wstrętny i ośmieszający wygląd.
Mianowicie jaskółki pod jego twarzą zbudowały gniazda i w wielkich ilościach zrzucały odchody po jego piersi.
Tak, ten bóg zasłużył niewątpliwie, by jego posąg został tak wstrętnie zapaskudzony przez ptaki.
Miał on 7 ludzkich twarzy, zebranych pod wspólnym szczytem głowy; artysta dał mu 7 różnych mieczy, które wisiały w pochwach na jednym pasie, ósmy trzymał on wyciągnięty w prawym ręku; był on tak trwale umocowany żelaznym nitem, że nie szło tego wydostać bez odrąbania ręki, co też i się stało.
Był on ponadnaturalnej grubości, i tak wysoki, że Absalon, stojąc na palcach, ledwie mógł dotknąć brody małym toporem, jaki miał zwyczaj trzymać w dłoni.
Bóg ten, jak wierzyli, miał moc jak Mars i utrzymywali, że rządził wojną.
Nie było nic w tym posągu, na co można by patrzeć z przyjemnością, bowiem był on niezgrabny i brzydki.
Duńczycy poczęli teraz, ku wielkiemu przerażeniu całego miasta, rąbać swymi toporami z całych sił jego nogi, a gdy zostały one przerąbane, upadł korpus na ziemię z wielkim hukiem.

0g
Gdy mieszkańcy miasta zobaczyli to, wzgardzili oni bezsilnością ich boga, i swą cześć zamienili w pogardę. Wojowie z drużyny, którzy nie zadowolili się jedynie obaleniem go, z jeszcze większym zapałem wzięli się za posąg Porevita, którego czczono w następnej świątyni.
Ten miał 5 głów, lecz żadnej broni.
Gdy ten był już porąbany, udali się oni do świątyni Porenuta. Ten bożek miał cztery twarze i jedną dodatkową, która umieszczona była na piersiach; lewą ręką trzymał on za ją za czoło, a prawą podtrzymywał jej brodę.
Ten padł także pod ciosami toporów służby Absalona.
Absalon polecił teraz mieszkańcom spalić te posągi, lecz ci prosili go, by zwolnił on ich od tego, i by miał on zmiłowanie nad przepełnionym miastem i nie narażał ich na śmierć w pożarze, tak jak oszczędził on ich od śmierci od miecza; bowiem jeżeli ogień rozszerzył by się i zająłby się jakiś dom, bez wątpienia całe miasto zamieniłoby się w popiół, jako że domy stały tak blisko siebie.
Polecił on więc im wyciągnąć go z miasta, lecz ci długo byli niechętni i usprawiedliwiali swą niechęć przesądem, jako że obawiali się oni, że bóg będzie chciał ich pokarać niemocą ich członków, których użyliby do wykonanaia takiego polecenia. Lecz gdy na koniec Absalon wytłumaczył im, że moc boga była w istocie niewielka, skoro nie mógł pomóc sam sobie, nabrali nadziei, że uda im się uniknąć kary, i pospieszyli wykonać jego rozkaz.
Faktycznie nie było to dziwne, że bali się oni mocy tych bogów, gdy myśleli oni, jak często byli karani przez nich za swą rozwiązłość; mianowicie, gdy mężczyźni w mieście byli z kobietami, zdarzało im się jak psom, że nie mogli się ponownie rozłączyć, i spotykało się ich czasami zawieszonych na drągu, ku pośmiewisku innych ludzi.
Ze względu na ten odrażający znak, który w rzeczywistości jest sprawką szatana, czcili oni te nędzne posągi i wierzyli, że był to objaw ich mocy.
By jeszcze lepiej pokazać, jak godne pogardy były te posągi, stanął biskup Svend na jednym z nich, gdy mieszkańcy wyciągali go z miasta, czym nie tylko dodał im ciężaru, lecz także powiększył pohańbienie, nie tylko dał ludziom więcej do ciągnięcia, lecz także więcej do zawstydzenia, gdy obcy kapłan deptał stopami bogów ich przodków.
Podczas gdy Svend podjął się tego, poświęcił Absalon trzy cmentarze na polach miejskich i powrócił dopiero wieczorem do Charenzy.
Gdy posągi były już spalone, wyruszył on razem z Jaromarem i dotarł do floty późno w nocy, gdzie nakłonił go spożycia razem wieczerzy.
Absalon nie spał już 3 noce z rzędu i całe to czuwanie odbiło się na jego oczach, że prawie nic nie widział.

Rugievit (Saxo: Rugiaevit, pol.Rujewit, Rugiewit) – siedmiotwarzowe lokalne bóstwo, czczone przez Rugian w Charenzie, opiekun wyspy Rugii, imię oznacza Pan Rugii, bóg wojny i zapewne związany z kultem płodności.

Mars – w mitologii rzymskiej bóg wojny.

Porevit (pol.Porewit) – pięciotwarzowe lokalne bóstwo, czczone przez Rugian w Charenzie, jego rola jest nieznana.

Porenut – pięciotwarzowe lokalne bóstwo (jedna z nich na piersiach), czczone przez Rugian w Charenzie, jego rola jest nieznana.

Odrażający znak – tu: med. penis captivus, skurcz mięśni wokół pochwy, uniemożliwiający wyjęcie członka podczas stosunku, występuje u niektórych gatunków jako prawidłowy element kopulacji, u ludzi więcej legendarnych opowieści (zwłaszcza współczesnych) niż naukowo opracowanych przypadków; niektórzy skłaniają się ku wyjaśnieniu podobnych przypadków lękiem, mającym podłoże w wychowaniu religijnym lub łamaniu tabu.

Poświęcił … trzy cmentarze – chrześcijanie powinni być chowani w poświęconej ziemi, a zapewne Absalon planował wznieść na nich jeden kościół za każdą zburzoną świątynię, tak by przenieść wiernych i ich różnorakie pogańskie kulty do chrześcijańskich świątyń już pod nowym patronem.

Następnego dnia spotkali się pisarze i kapelani wodzów w swych szatach duchownych i ochrzcili lud kraju, podobnie też w wielu miejscach wznieśli kościoły i tak powstały domy boże w miejsce tych opuszczonych ruin.
Tego samego dnia przyjęto również brakujących zakładników. Jednocześnie zażądali książęta pomorscy zgody na powrót do domu, i po tym jak byli przyjaciółmi króla, rozstali się we wrogości, bowiem liczyli oni, że Tetzlav zostałby zdetronizowany, a oni sami panowaliby nad Rugią w nagrodę za ich służbę wojenną.
Później stało się to zarzewiem długotrwałej wojny pomiędzy nimi i Duńczykami.
Wieczorem podnieśli Duńczycy kotwice i pożeglowali pod tę wyspę, która leżała najbliżej lądu stałego.
Tu Rugianie dostarczyli królowi 7 jednako wielkich skrzyń pełnych pieniędzy, które były ofiarowywane ich bogom.
Gdy dokonano tego, król polecił ogłosić, że teraz ludzie mogli wracać do domu.

Pisarz – sekretarz, osoba duchowna, jako że pisania i łaciny uczono jedynie w szkołach biskupich, kształcących duchowieństwo na różne potrzeby.

Wyspa najbliżej lądu stałego – taką wyspą była wspomniana wcześniej wyspa Strela.  1kruto 2

Gdy Absalon powrócił do Danii, wysłał on nowych kapłanów na Rugię, a tych, których pozostawił tam, kazał wezwać z powrotem.
Ci nowi zabrali tam ze sobą nie tylko szaty duchowne, lecz także żywność, by nie musieli żyjąc na cudzy koszt dokładać ciężaru tym, których mieli uczyć chrześcijaństwa, nakazując się utrzymywać.
Nie brakowało też tam cudów na potwierdzenie ich nauczania, bowiem wielu Rugian, co byli słabowici i niedomagali, zostało przywróconych do zdrowia poprzez swe żarliwe modlitwy, co jak wierzę, Bóg uczynił bardziej dla przekonania ludu, niż ze względu na świętość kapłanów.
Natomiast ci, którzy odrzucili chrześcijaństwo, zostali pokarani wszelaką słabowitością, tak że było to jasne, że Bóg tak nagradzał tych, którzy przyjmowali jego słowa, jak i karał tych, którzy je lekceważyli.
Zdarzył się też tam ostatnio sławny cud, o jakim nigdy dotąd nie słyszano.
Pewna kobieta została niesprawiedliwie oskarżona przez swego męża o cudzołóstwo, i gdy miała w próbie żelaza oczyścić się z tego hańbiącego oskarżenia, żelazo, które miała nieść, samo, nie bacząc na ciężar, uniosło się nagle w powietrzu, tak jakby starało się uniknąć dotknięcia jej niewinnej ręki, i szło za nią w oddaleniu tam gdzie szła, a gdy podeszła ona do ołtarza, gdzie powinna je rzucić, spadło ono samo na ziemię, ku bogobojnemu zadziwieniu obecnych.
To nie tylko przywróciło cześć oskarżonej kobiecie, lecz także tych, co widzieli to, utrwaliło w wierze, i zaprawdę nie można powiedzieć, by ta kobieta, co musiała mieć wyjątkowo wielką wiarę w czystość swego ducha i ciała, działała lekkomyśłnie, poddając się tak niebezpiecznej próbie, by dowieść swej niewinności.
Gdy wszystkie wody królestwa, nawet po tym, jak Rugia została zdobyta, nadal nawiedzane były przez piratów, Duńczycy mądrze zdecydowali, że należało policzyć całą flotę, i że co czwarta łódź miała patrolować wody, tak długo, jak pora roku na to pozwalała, tak że niektórzy czyniąc to stale, oszczędzali wszystkim innym pracy, którą musieliby inaczej wykonywać. Duńczycy mianowicie teraz z niewielu ludźmi, którzy nieustająco byli na morzu, dokonywali tego samego, co na wielkich wyprawach od czasu do czasu.
Zdecydowano, że do służby wybierać miano młodych ludzi, nie żonatych, aby tęsknota za żoną nie osłabiała ich wojennej dzielności i zapału.
Otrzymali oni Absalona i Christoffera [Valdemarsena] za wodzów, i nie zadowalali się oni trzymaniem się granic wód wewnętrznych, lecz także odwiedzali wybrzeża Rugii i zatoki ziemi Luciców.  RUGIA MAX 1

 

CAŁA KRONIKA TU OD INTERESUJĄCEGO NAS ROZDZIAŁU 14.3 :

https://sites.google.com/site/margreteerykiunia/44-saxo/ksiega-14-3

50 prezentów do czytania na Szczodre Gody :)

Mimo że mam juz tutaj 335 książek
https://vandalskaslavia.home.blog/2019/07/20/na-perunowe-duzo-kronik-i-ksiazek-o-tematyce-historycznej-i-slawianskiej/

Tu 100
https://vandalskaslavia.home.blog/2019/09/17/ksiazki-100-ciekawych-tytulow/

i tu 50 kamyczków rzuconych w Kościółek
https://vandalskaslavia.home.blog/2019/08/25/50-ksiazek-o-chrzescijanstwie-religii-katolickiej-papiezach-i-watykanie/

to na Szczodre Gody porządkując swoje zakładki na komputerze dorzuce jeszcze 50 linków, w których jest kilkanaście książek, kilka prac doktorskich i innych opracowań, kilka mam już w tym pierwszym linku np. Bogusławskiego, Szafarzyka, Mitologię Słowian Gieysztora czy Kronikę Helmolda ale dobre rzeczy należy przypominać.
Życzę wszystkim którzy czytają mojego bloga wszystkiego dobrego na nadchodzące świąteczne dni 🙂

szczodre-gody-nasze-rodzime-wi-to_orig

1) Roland Steinacher. Studien zur vandalischen Geschichte Die Gleichsetzung der Ethnonyme Wenden, Slawen und Vandalen vom Mittelalter bis ins 18. Jahrhundert. Praca doktorska 210 stron (translator)
http://wanclik.free.fr/VANDALES-DISSERTATION.htm

2) Polska jako Wandalia. Koncepcja wandalska w dziejopisarstwie polskim wieków średnich. Wojciech Paszyński
http://cejsh.icm.edu.pl/cejsh/element/bwmeta1.element.desklight-2315440e-6be3-4639-aa00-20ad10ab143f

3) KULTURA WIELBARSKA NAD ŁYNĄ, PASŁĘKĄ i GÓRNĄ DRWĘCĄ.
Adam Cieśliński

https://studylibpl.com/doc/1151225/pruthenia-pismo-po%C5%9Bwi%C4%99cone-prusom-i-ludom-ba%C5%82tyjskim

4) Lugiowie i Wandalowie a ziemie polskie w starożytności
Kazimierz Jan Paczesny
https://www.academia.edu/24406389/Lugiowie_i_Wandalowie_a_ziemie_polskie_w_staro%C5%BCytno%C5%9Bci

5) Testimonia najdawniejszych dziejów Słowian, seria łacińska, wydana w 2016 przez Instytut Slawistyki PAN. Anna Kotłowska i Ryszard Grzesiuk przy współudziale Barbary Grunwald – Hajdasz
https://docplayer.pl/56104129-Testimonia-dziejow-slowian.html

6) Kolendo, Jerzy. Wenetowie w Europie środkowej i wschodniej: lokalizacja i rzeczywistość etniczna
http://bazhum.muzhp.pl/media/files/Przeglad_Historyczny/Przeglad_Historyczny-r1984-t75-n4/Przeglad_Historyczny-r1984-t75-n4-s637-653/Przeglad_Historyczny-r1984-t75-n4-s637-653.pdf

7) MAREK WILCZYŃSKI. Zagraniczna i wewnętrzna polityka afrykańskiego państwa Wandalów
https://docplayer.pl/105240493-Marek-wilczynski-zagraniczna-i-wewnetrzna-polityka-afrykanskiego-panstwa-wandalow.html

8) KAZIMIERZ TYMIENIECKI – ZE STUDIÓW NAD STAROŻYTNOŚCIAMI SŁOWIAŃSKIMI. LUGIOWIE I SWEWOWIE
http://bazhum.muzhp.pl/media//files/Przeglad_Historyczny/Przeglad_Historyczny-r1950-t41/Przeglad_Historyczny-r1950-t41-s102-132/Przeglad_Historyczny-r1950-t41-s102-132.pdf

9) Aleksander Małecki – Mity etnogenetyczne w samoświadomości historycznej na przykładzie historiografi i polsko-niemieckiego pogranicza w XVI w
https://docplayer.pl/51367869-Slowianie-w-rodzinie-ludow-europejskich-slusznie-moga-byc-uwazani-za.html

10) Jerzy Kolendo ZIEMIE U POŁUDNIOWO-WSCHODNICH WYBRZEŻY BAŁTYKU W ŹRÓDŁACH ANTYCZNYCH.
https://docplayer.pl/25518109-Ziemie-u-poludniowo-wschodnich-wybrzezy-baltyku-w-zrodlach-antycznych.html

11) Jerzy Strzelczyk – Zapomniane narody Europy
https://docplayer.pl/64100771-Zapomniane-narody-europy.html

12) О Słowianach, mieszkających niegdyś między Renem a Łabą, Salą i granicą czeską. REFERAT Z ODCZYTU W. KĘTRZYŃSKIEGO.
http://www.archeo.uw.edu.pl/swarch/Swiatowit-r1900-t2-s159-164.pdf

13) SWEWI SĄ SŁOWIANIE, A GERMANOWIE NIE SĄ WYŁĄCZNIE NIEMCY. W.A Maciejowski (pierwsze 15 stron)
https://sbc.org.pl/Content/91194/ii4620-1852_3.pdf

14) BROŃ JAKO WYRAZ ZMIAN W OBRZĄDKU POGRZEBOWYM. Bartosz Kontny.
http://www.archeo.uw.edu.pl/swarch/Swiatowit-r2002-t4_(45)-nB-s101-144.pdf

15) Nieznane oblicze Związku Lugijskiego – o mennictwie celtyckim na ziemiach polskich. Małgorzata i Mirosław Andrałojć
http://archeo.edu.pl/mennictwoceltyckie/Nieznane%20oblicze%20v8%20final.pdf

16) Mennictwo celtyckie na Kujawach. Małgorzata i Mirosław Andrałojć
http://archeo.edu.pl/mennictwoceltyckie/mennictwo%20celtyckie%20na%20Kujawach%20v9.pdf

17) ALEKSANDER BRÜCKNER. DZIEJE KULTURY POLSKIEJ
Tom I Od czasów prehistorycznych do 1506 r
http://delibra.bg.polsl.pl/Content/24931/BCPS_28248_1939_Dzieje-kultury-polsk.pdf

18) DAWNA WYTWÓRCZOŚĆ NA ZIEMIACH POLSKICH – Katalog wystawy w Muzeum Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie
http://muzeumgniezno.pl/fotki/files/files/publikacje/e_wyd_Dawna_wytworczosc_2015.pdf

19) WIADOMOŚCI ARCHEOLOGICZNE – PAŃSTWOWE MUZEUM ARCHEOLOGICZNE w Warszawie
https://wiadomosci-archeologiczne.pl/tomy-online/

20) Światowit : rocznik poświęcony archeologii przeddziejowej i badaniom pierwotnej kultury polskiej i słowiańskiej
Tomy z lat 1899-2014
http://bazhum.muzhp.pl/czasopismo/185/

21) BARBARZYŃCY WG SALWIANA Z MARSYLII http://cejsh.icm.edu.pl/cejsh/element/bwmeta1.element.desklight-5caa62f0-359e-4dad-b0be-5389c580c045

22) DAWNE SIEDZIBY SŁOWIAN (I wiek p.n.e – VI wiek n.e.) W. Hensel
https://repozytorium.amu.edu.pl/bitstream/10593/8109/1/01_Witold_Hensel.pdf

23) DZIEJE SŁOWIAŃSZCZYZNY PÓLNOCNO-ZACHODNIEJ DO POŁOWY XIII wieku. Bogusławski 4 tomy
https://www.sbc.org.pl/dlibra/publication/4460/edition/4382#structure

24) ALEKSANDER GIEYSZTOR – MITOLOGIA SŁOWIAN
http://shron1.chtyvo.org.ua/Heishtor_Aleksand/Mitologia_Sowian_pol.pdf

25) GOCI GNIAZDOWI. Wojciech Kempa
https://www.magnapolonia.org/wp-content/uploads/2017/09/goci_gniazdowi.pdf

26) SŁAWOMIR KLEC PILEWSKI. ZIEMIA PRUSÓW – Terra Incognita
http://prusowie.pl/dane/Ziemia_Pruso%CC%81w_Terra_Incognita_Ziemia_Nieznana.pdf

27) Szafarzyk – Sławiańskie Starożytności 1 i 2
https://books.google.pl/books?id=m6x5wrdxackC&dq=
https://books.google.pl/books?id=fXSArXxDCKUC&hl=

28) LUDWIK PIOTROWICZ- GOCI I GEPIDOWIE NAD DOLNĄ W ISŁĄ I ICH WĘDRÓWKA KU MORZU CZARNEMU I DACJI
http://www.archiwumpz.iz.poznan.pl/Content/964/C_II_472-C_II_473BP-1951_5-6_64.pdf

29) GOCI W WIELKOPOLSCE. Tadeusz Makiewicz
https://web.archive.org/web/20120414235502/http://www.muzarp.poznan.pl/archweb/gazociag/title5.htm

30) KRONIKA SŁAWIAN HELMOLDA
http://biblioteka.kijowski.pl/sredniowiecze/helmhold%20-%20kronika%20s%E5%82owian.pdf

31) Janusz Piontek, Iwanek B., 2010. Ludność kutury łużyckiej a problem dotyczący Słowian
https://www.academia.edu/7728650/Piontek_J._Iwanek_B._2010._Ludno%C5%9B%C4%87_kutury_%C5%82u%C5%BCyckiej_a_problem_pochodzenia_S%C5%82owian

32) Janusz Piontek. Słowianie zachodni – Tutejsi czy przybysze?
https://www.academia.edu/13278079/S%C5%82owianie_zachodni_-_tutejsi_czy_przybysze

33) Janusz Piontek. Antropologia o pochodzeniu Słowian
https://www.academia.edu/36551313/Antropologia_o_pochodzeniu_S%C5%82owian

34) Janusz Piontek. Wokół zagadnień etnogenezy Słowian 2013
https://www.academia.edu/7728653/Piontek_J._2013._Wok%C3%B3%C5%82_zagadnie%C5%84_etnogenezy_S%C5%82owian

35) Wandale i Sarmaci w nowej perspektywie. Roman Zaroff
https://www.academia.edu/36134228/The_Vandals_and_Sarmatians_in_a_New_Perspective

36) Feliks Koneczny. Cywilizacja bizantyjska
http://uduchowieni.pl/wp-content/uploads/2011/09/Feliks-Koneczny-Cywilizacja-Bizantyjska.pdf

37) „WĘDRUJACE” KASZUBY. UJĘCIE ANTROPOLOGICZNE
Mariusz Filip
https://repozytorium.amu.edu.pl/bitstream/10593/13819/1/Wedrujace_Kaszuby__Ujecie_antropologiczne.pdf

38) Anna Juras. Etnogeneza Słowian w świetle badań kopalnego DNA
Praca doktorska
https://repozytorium.amu.edu.pl/bitstream/10593/2702/1/Anna%20Juras%20Praca%20doktorska.pdf

39) Anna Szarek. Mity i wierzenia grobowe plemion germańskich od okresu wpływów rzymskich do początku czasów wikińskich.
Rozprawa doktorska napisana pod kierunkiem prof. dra hab. Marka Wilczyńskiego
http://rep.up.krakow.pl/xmlui/bitstream/handle/11716/4169/Anna%20Szarek-praca_doktorska.pdf

40) Cywilizacja Bogów – Leszek Wiktor Klimek
https://kupdf.net/download/cywilizacja-bog-oacute-w-leszek-wiktor-klimek_59f527e5e2b6f5821d3759a0_pdf

41) Archeologia o schyłkowym pogaństwie. 1997 Jerzy Gąssowski
https://www.academia.edu/24624407/Archeologia_o_schy%C5%82kowym_poga%C5%84stwie

42) Projekt Gutenberg EBook Historia Attili i jego następców
(1/2), autor: Amédée Thierry
http://www.gutenberg.org/files/36207/36207-h/36207-h.htm

43) Projekt Gutenberg EBook Historia Attili i jego następców
(2/2), autor: Amédée Thierry
http://www.gutenberg.org/files/36260/36260-h/36260-h.htm

44) Babilońskie pochodzenie Hermesa-Węża-Boga i Kaduceusza (translator)
https://www.jstor.org/stable/497115?seq=1#metadata_info_tab_contents

45) Historia Trójcy (translator)
https://www.trinityhistory.com/chapters/chapter-1-the-history-of-the-trinity

46) GUTHONES. KINSMEN OF THE LITHUANIAN PEOPLE BY ALEXANDER M. RACKUS, M.D. (translator)
http://lituani.com/Guthones.pdf

47) BOGINI RHEA NA PÓŁNOCNYM I POŁUDNIOWYM KOŃCU STAROŻYTNEGO WENECKIEGO SZLAKU BURSZTYNOWEGO (translator)
Andres Pääbo (Ontario, Canada) 2015
http://www.paabo.ca/papers/rhea3.pdf

48) MARAVA i MARKOMANI. Oskár Cvengrosch (translator)
http://www.marava.sgo.sk

49) VENETI BYLI AUTOCHTONAMI W Karyntii. Stjepan Pantelić (translator)
http://www.korenine.si/zborniki/zbornik01/htm/pantelic.htm

50) Narodziny Rusi Od Hyperborei do Rurika. G. Markov (rosyjski i translator)
http://samlib.ru/m/markow_g_n/rozhdenierusiotgiperboreidorjurika.shtml

Kamil Vandal 

23/12/2019

ŻELAZO W STAROŻYTNOŚCI

Żelazo nie było pierwszym metalem, który pojawił się w historii społeczeństwa ludzkiego. Aczkolwiek okres pomiędzy czwartym a trzecim tysiącleciem p.n.e., z którego pochodzą pierwsze zachowane do naszych czasów wyroby z metali, dostarcza ciągle nowych faktów, pewne jest niemal, że pierwszymi metalami otrzymywanymi przez człowieka były: złoto, miedź, srebro, ołów, a potem dopiero żelazo.

Meteoryt

Dokładna chronologia, określająca daty rozpoczęcia wytwarzania po- szczególnych metali nie została jeszcze ustalona i wątpliwe jest czy dokładność w tej dziedzinie zostanie kiedykolwiek osiągnięta, rzeczą jednak osiągalną jest ustalenie kolejności, w jakiej pojawiały się w społeczeństwie ludzkim poszczególne metale oraz przybliżona data tego pojawienia.

Niezwykle ciekawe i poznawane dopiero dzieje ludów zamieszkujących międzyrzecze Tygrysu i Eufratu dostarczają licznych świadectw ich wysokiej umiejętności obróbki metali; niektóre zachowane do dziś fragmenty sztuki zdobniczej osiągają wysoki poziom artystyczny, chociaż pochodzą, jak np. słynny królewski naszyjnik złoty z Grobów Królewskich w Ur, z okresu ok. 2600 lat p.n.e.

Wielkie ośrodki ludzkie Mezopotamii znały wyroby z miedzi już ok. 3400 lat p.n.e. Z tego okresu pochodzą już miedziane ostrza włóczni, szpilki itp. Zagadkowy ciągle lud Sumerów, który w dolinie międzyrzecza przyniósł swoją cywilizację pomiędzy 4 a 3 tysiącleciem p.n.e., znał i rozwijał sztukę otrzymywania i obróbki takich metali i stopów, jak złoto, srebro, elektron, ołów, miedź i brąz. Jednak początki otrzymywania np. miedzi należy przesunąć w czasie do okresu wcześniejszego, przy czym pierwszymi ośrodkami tej sztuki były prawdopodobnie rejony na wschód od Morza Kaspijskiego w kierunku Hindukuszu (obecnie północno—wschodnia Persja) lub rejon południowego Kaukazu, wschodni Taurus, część Armenii.

Miedź w stanie rodzimym ujawniła się niewątpliwie wcześniej niż miedź otrzymywana z malachitu; pierwotna technika otrzymywania tej ostatniej może być jedynie przedmiotem domysłów. Faktem jest jednak, że ten wczesny okres rozwoju ludzkości znał już dwupoziomowy piec garncarski, w którym miedź rodzima mogła zostać przetopiona bądź malachit lub azuryt mógł zostać poddany redukcji do stanu metalicznego.

Wykopaliska w Ur dostarczyły również pierwszych, bardzo nielicznych wyrobów żelaznych, z których pewne ocenia się jako pochodzące z trzeciego tysiąclecia p.n.e. Z podobnego okresu pochodzą prawdopodobnie nieliczne ozdoby żelazne okresu przed dynastycznego w El Gerzeh w Egipcie. Wyroby żelazne, których wiek ustalić możemy dokładniej, odnalezione zostały w innych okolicach. W Syrii odnaleziono dwa przedmioty żelazne, których pochodzenie sięga roku 2500 p.n.e.; z podobnego okresu pochodzą dalsze nieliczne znaleziska żelazne w Azji Mniejszej i Tell Asmar w Egipcie. Fragmenty nieobrobionego żelaza pochodzącego z grobów okresu 1800 lat p.n.e. znaleziono na Cyprze. Najstarsze żelazo odnalezione w Troi pochodzi z dwunastego wieku p.n.e. W Grecji pojawia się ok. 1300 roku, a na Krecie ok. 1200 roku p.n.e.

Zlota-maska-tutanchamona-7afa021d0c7471405eba92f36ee0db7acfe85d91

W krypcie grobowej Faraona Tutenchamona, zmarłego ok. 1350 roku p.n.e., odnaleziono wśród cennych i artystycznie wysoko stojących wyrobów ze złota i drogich kamieni również kilka wyrobów żelaznych sztylet o ostrzu z żelaza, miniaturowe podparcie głowy oraz inne żelazne drobiazgi. Sposób obróbki np. podparcia głowy (miniatura ta ma wysokość 4 cm, szerokość 5,1 cm) jest raczej nieudolny i wskazuje na niewielkie doświadczenie, jeśli, chodzi o obróbkę nowego metalu, umieszczenie zaś nielicznych wyrobów żelaznych w krypcie grobowej Faraona wskazuje na niezwykłą wartość, jaką im w tym czasie przypisywano. Dodać należy, że badania powyższych znalezisk wykazały, że żelazo w nich nie jest pochodzenia meteorycznego, ale otrzymane zostało przez człowieka.

Obok tych nielicznych znalezisk odnaleziono również wyroby z żelaza meteorycznego. Skład chemiczny tych wyrobów, a szczególnie pewna zawartość niklu, zapewnił im większą odporność na działanie korozji.

Aczkolwiek trwające ciągle badania dorzucić mogą nowe fakty do historii żelaza, to obecny pogląd w tej dziedzinie wskazuje na stosunkowo późne pojawienie się tego metalu w historii ludzkości. Pogląd, że żelazo poprzedzało inne metale w historii cywilizacji i że wskutek procesów utleniania, (wobec których żelazo meteoryczne wykazywało większą odporność) wyroby żelazne z tych wczesnych okresów nie dotrwały do naszych czasów uznaje się obecnie za niesłuszny. Współczesna archeologia potrafi ustalić na podstawie odcisków, jakie pozostawić powinny utlenione wyroby żelazne np. w ziemi, lub na podstawie analizy tlenków, jakie pozostały, czy takie wyroby rzeczywiście istniały. Tymczasem badania archeologiczne wczesnych okresów nie ujawniają takich znalezisk. Ponadto należy wziąć pod uwagę, iż otrzymywanie metalu o tak cennych właściwościach nie mogło nie spowodować rozwoju wytwórczości oraz pojawienia się liczniejszych wyrobów w ciągu kilkunastu co najmniej stuleci. Tymczasem okres ten nie dostarcza nam wcale licznych śladów żelaza. Wymienione uprzednio znaleziska są niezwykle rzadkie, a fakt np. odnalezienia nieobrobionej próbki żelaza z okresu ok. 1800 roku p.n.e. na Cyprze wskazuje, iż metal ten, ze względu na swoją rzadkość stanowić mógł w tym czasie i miejscu akcesorium kultu religijnego.

Należy przypuszczać, iż wytwarzanie żelaza rozpoczęło się etapami, w którym przypadkowość doprowadziła do pieca topiącego miedź rudę żelaza, zaś spostrzegawczość ludzi obsługujących piec spowodowała odkrycie wśród żużla i popiołu kawałków tworzywa, które zresztą swoim wyglądem i właściwościami nie przypominały metalu. Takie kawałki rozlatywały się po prostu pod uderzeniem młota i długi okres minął zapewne nim zorientowano się, do jakich zadziwiających rezultatów dojść można, jeśli np. kawałki te przekuwać się będzie wielokrotnie w stanie gorącym, po uprzednim nagrzaniu w redukującej atmosferze, którą osiągano otaczając kawałki nieznanego tworzywa węglem drzewnym. Takie wielokrotne przekuwanie powodowało zgrzewanie cząstek żelaza i wyciśnięcie na zewnątrz cząstek niemetalicznych. Otrzymane tym sposobem żelazo zgrzewne było zapewne pierwszym żelazem, jakie człowiek wytworzył. Wiele, więc wskazuje na to, iż pierwsze żelazo nie wymagało od razu stworzenia od rębnej techniki wytwarzania, ale powstało jako produkt uboczny rozwiniętych już technik otrzymywania metalu i w wyniku przypadkowych bądź intuicyjnych odkryć w zakresie przekuwania produktu, którego zewnętrzy wygląd i własności na zimno na pewno przez dłuższe okresy nie budziły zainteresowania.

Przypuszcza się obecnie, że te pierwsze odkrycia dokonane zostały na terenach państwa Hetytów, azjatyckiego ludu, który w drugim tysiącleciu p.n.e. utworzył potężne państwo. Kraj stanowiący trzon tego państwa, nazwany znacznie później Kapadocją, znajdował się we wschodniej części centralnego płaskowyżu Azji Mniejszej; wg dzisiejszego stanu rejon ten znajduje się w przeważającej części nad środkowym biegiem rzeki Kizil Irmak w Turcji. Płaskowyż tworzący ten kraj otoczony jest łańcuchami górskimi oddzielającymi go od Morza Czarnego i Śródziemnego. Góry te dostarczają licznych surowców dla wyrobu metali, a ludność miejscowa opanowała wcześnie technikę ich wytopu.

Hetyci-1300

Prawdopodobne jest, że sztuka otrzymywania żelaza była tu odkryta najwcześniej i ukrywana jako tajemnica przez pewien okres. O ile trudne jest ustalenie czy przed datą ok. 1400 roku p.n.e. żelazo było już tu otrzymywane, o tyle istnieje niemal pewność, iż przed tą datą nigdzie, poza krajem Hetytów, żelaza nie wytwarzano. Hetyci w tym mniej więcej czasie za pośrednictwem swoich sąsiadów zaczęli sprzedawać pewne niewielkie ilości nowego metalu, który był w tym okresie pięciokrotnie droższy od złota i czterdziestokrotnie droższy od srebra. Wspominany już uprzednio sztylet z grobu Tutenchamona został najprawdopodobniej wykonany przez Hetytów lub, co bardziej prawdopodobne, zrobiony z dostarczonego przez nich żelaza. Hetyci bowiem, nawet w okresie kiedy mieli monopol na wytwarzanie żelaza, nie osiągnęli wysokiego poziomu jego przetwórstwa. Pod tym względem lepsi okazali się w końcu odbiorcy tego metalu.

Prawdopodobnie Ramzes II ponowił swoją prośbę i poparł ją złotem, ale efekt jest nieznany (podobno zresztą złoto przesłane królowi Hetytów było niskiej jakości). Ostatecznie jedyną bronią żelazną z tego okresu (oprócz sztyletu Tutenchamona) okazały się znaleziska w grobie Ramzesa III z ok. 1200 roku p.n.e. Wszystko to wskazuje oczywiście na niezwykłą rzadkość tego metalu w omawianym okresie.

Ramzes3

Państwo Hetytów rozpadło się ok. roku 1230 p.n.e. i wiedza o metodach otrzymywania żelaza rozprzestrzeniła się razem z emigrantami. Ośrodkami prymitywnego hutnictwa stały się teraz: sąsiedztwo Taurus, Kaukazu oraz Armenia. Obok tych ośrodków wystąpiły inne: w Syrii, Północnej Persji oraz część wschodniego wybrzeża rzeki Jordan—Midian i Edom. Świat antyczny tego okresu posiadał już rozwinięte trasy handlowe, którymi metale, takie jak miedź i brąz oraz żelazo, wędrowały do bogatych użytkowników. Nowy metal mimo swych doskonałych właściwości wchodził w użycie powoli. Technika jego otrzymywania była trudna i pracochłonna. Jeszcze przez stulecia miedź i brąz używane były równolegle z żelazem do tych samych wyrobów, -w których zresztą żelazo nieporównanie lepiej spełniało swoją rolę. Bardzo powolny był proces wprowadzania tego metalu w Egipcie, który długo opierał się na imporcie żelaza i ostatecznie rozpoczął produkcję własną przypuszczalnie ok. 600 roku p.n.e. Asyryjczycy, którzy nie dysponowali własnymi rudami żelaza, również opierali się na imporcie, aczkolwiek pierwsza wzmianka o żelazie pochodzi tu z okresu ok. 1100 roku p.n.e. Dopiero ok. 800 roku p.n.e. produkcja wyrobów z żelaza poczyna. się rozwijać, głównie w związku z potrzebami uzbrojenia. Z okresu panowania Sargona II (VIII wiek p.n.e.) pochodzi znalezisko ok. 160 t żelaza w formie prętów, będących materiałem dla produkcji broni, oraz gotowych wyrobów.

Sargon-2

Rozwój umiejętności otrzymywania oraz przetwarzania żelaza w innych częściach świata antycznego dokonywał się w rezultacie powstawania i upadku miast 1. państw, ruchów ludności zwycięskiej i zwyciężonej oraz działalności kupieckiej, głównie Fenicjan. Silny rozwój hutnictwa żelaza dokonał się między rokiem 1400 a 1200 p.n.e., potem jednak rozwój ten osłabił i brąz pozostał niezagrożone. w tym czasie jako metal użytkowy mniej więcej do roku 800 p.n.e. Czynnikami, które po tym okresie przyspieszyły prawdopodobnie proces rozwoju produkcji żelaza, były:

a. powstanie ośrodków hutnictwa żelaza w Europie centralnej, głównie w Hallstatt,

b. odkrycie, że wyroby żelazne można utwardzać przez odpowiednią obróbkę cieplną.

greek-scaled1000

Należy brać pod uwagę, że to, co robili Hetyci, a następnie przejęli prymitywni hutnicy okresu starożytności, było produktem żelaznym dość miękkim, łatwo kowalnym i dlatego przydatnym do produkcji różnych wyrębów użytkowych, głównie gospodarczego i zdobniczego charakteru. Aby jednak konkurować z brązem przy produkcji ostrzy i innych części uzbrojenia takie żelazo musiało zostać nawęglone i — w dzisiejszym pojęciu tego określenia — nabrać charakteru stali. Drugim zabiegiem polepszają- cym jakość wyrobu było studzenie hartujące. Nie ulega wątpliwości, że oba te zabiegi powstały w różnych okresach. Nawęglanie towarzyszyło wytwarzaniu żelaza niemal od początku — nagrzewanie przed przekuciem dokonywane w węglu drzewnym powodowało już pewne niewielkie nawęglenie powierzchni metalu. W każdym razie badania wyrobów żelaznych z najdawniejszych okresów ujawniają zawartość węgla większą nieco w partiach powierzchniowych niż wewnętrznych. Niewątpliwie powoli zaczęto sobie uświadamiać pewne związki pomiędzy czasem i temperaturą nagrzewania metalu w otoczeniu węgla drzewnego a twardością produktu,  ale samo nawęglanie powierzchniowe nie mogło zadecydować o wyższości takiego żelaza nad brązem, przynajmniej, jeśli chodzi o produkcję zbrojeniową.
Proces studzenia hartującego pojawił się znacznie później, w każdym razie znany był już ok. 900 roku p.n.e. W Asyrii i Egipcie znano go już pomiędzy rokiem 800 a 700 p.n.e. Proces ten znany był również Grekom, Rzymianie zaś nieco później dodali do niego trudniejszy, wymagający precyzyjniejszej technologii, proces odpuszczania. Tak spreparowane żelazo zaczęło zdecydowanie wypierać brąz, zwłaszcza w dziedzinie uzbrojenia, ale nawęglanie żelaza, jego hartowanie czy późniejsze już odpuszczanie wymagało doświadczenia nieskończenie większego od tego, które było niezbędne dla otrzymania zwykłego zgrzewnego  żelaza z rud. 

Żadna z dwóch podstawowych czynności — nawęglanie czy studzenie hartujące — nie jest łatwa do kontrolowania przy braku odpowiednich urządzeń mierzących temperaturę i czas, pomyślne zaś ukończenie wyrobu zawiera w sobie pomyślne zakończenie każdego z kilku etapów wytwarzania nawęglanie w otwartym palenisku zawiera w sobie zasadniczy element przypadkowości, studzenie zaś hartujące czy odpuszczanie wymagają również znacznego doświadczenia. Zbyt mała zawartość węgla powoduje miękkość produktu, a zbyt gwałtowne chłodzenie czy niedostateczne odpuszczenie — ich kruchość. Starożytni kowale byli nieustannie zmuszani do nawigowania bez mapy wąskim przejściem pomiędzy Scyllą miecza, który giął się i nie ciął, a Charybdą takiego, który się po prostu rozlatywał. Trudno się dziwić temu, że kiedy rzeczywiście otrzymano dobry miecz, przechodziło to niemal do legendy, a jego cudowne właściwości przypisywano  interwencji sił nadprzyrodzonych i dobrej woli bogów. Na przełomie drugiego i pierwszego tysiąclecia p.n.e. wytwórczość żelaza obejmowała już rejon Morza Egejskiego oraz obszary wschodniego brzegu śródziemnomorskiego. Żelazo poczęło się teraz rozprzestrzeniać do południowo-wschodniej Europy, obejmując część Bałkanów. Półwysep Apeniński objęty został wytwórczością żelaza W wyniku ruchów ludności z południa i północy, przy czym obie grupy znały żelazo.

ba77ac3f1c78b8e02bed020fbbf8b713

Najstarszymi, dużymi ośrodkami produkcji żelaza wewnątrz kontynentu europejskiego stały się: Hallstatt w Alpach Salzburskich a nieco później La Tne, leżące w sąsiedztwie północnego krańca jeziora Neuchatel. Ośrodki te w ciągu wielu wieków dostarczały żelaznych wyrobów dla potrzeb Europy. Rozwój ośrodków w Halistatt i La Tne oraz rozprzestrzenianie się produkcji żelaza w licznych krajach Europy jest w ogromnej mierze zasługą Celtów. Niezmierne podboje Celtów, obejmujące obszar Europy od Morza Czarnego do brzegów Oceanu Atlantyckiego aż po Hiszpanię, Portugalię, Włochy, wreszcie Anglię, oznaczały stopniowe rozszerzenie kręgu żelaza, którego głównymi ośrodkami w Europie były Halistatt i La Tne. Europa więc dość późno poznała żelazo. Metal ten, ze swojego przypuszczalnego miejsca urodzenia w Azji Mniejszej, rozprzestrzeniał się raczej w kierunku Armenii, Gór Kaukazu a stamtąd dopiero w kierunku wschodnim. Prawdopodobne jest, że Indie w swej części północnej właśnie z zachodniej Azji przejęły ok. roku tysięcznego p.n.e. sztukę wytwarzania żelaza, którą zresztą bardzo rozwinęły. Indie zasłynęły zwłaszcza z produkcji broni, którą świat antyczny znal i cenił. Kiedy jeden z królów indyjskich ofiarował Aleksandrowi Wielkiemu około 15 kg żelaza, uznane to było za ogromną hojność, co tłumaczyć można doskonałymi właściwościami metalu, któremu obróbka nadała przypuszczalnie cechy dobrej stali. W Chinach żelazo zaczęło wypierać brąz dopiero około roku 200 p.n.e.

dymarka-scaled620

Okres starożytności dał światu grupę metali, których historia jest długa i bogata w szczegóły i domysły.  Poniższa chronologia podaje przybliżone daty rozpoczęcia użytkowania metali przez świat starożytny:

złoto  przed 5000 lat p.n.e.

miedź (z wytopu) ok. 4200 lat p.n.e.

srebro ok. 4000 lat p.n.e.

ołów ok. 3500 lat p.n.e.

cyna ok. 1750 lat p.n.e.

żelazo (z wytopu). . ok. 1500 lat p.n.e.

rtęć ok. 750 lat p.n.e. 

Kolejne odkrycia dalszych metali, takich jak platyna i antymon, nastąpiły dopiero w XVI wieku naszej ery. Niska technika otrzymywania żelaza w okresie antycznym powodowała małą wydajność urządzeń oraz niskie wykorzystanie surowców. Urządzeniem, które służyło do otrzymywania półproduktu hutniczego, tzn. gąbczastej bryły będącej mieszaniną grudek żelaza i żużla, była dymarka, której budowa wykazuje duże różnice w różnych okresach i na różnych terenach. Dymarka była urządzeniem, które stosowane było przez hutników żelaza w całym świecie i na przestrzeni kilku tysięcy lat. Najdawniejszymi dymarkami były wykopywane w ziemi niewielkie kotlinki, często wyłożone kamieniem lub wylepiane od wewnątrz gliną. Do tej kotlinki, uprzednio wysuszonej, sypano na dno węgiel drzewny już rozżarzony (lub dopiero rozniecano ogień), a następnie sypano na przemian rozdrobnioną rudę i węgiel drzewny. Spełniał on rolę paliwa i reduktora. Jeżeli piec umieszczono korzystnie na zboczu wzniesienia od strony nawietrznej, to przebijając kanał równolegle do trzonu pieca i wykładając go kamieniami i gliną stworzyć można było dość silny dmuch oraz drogę dla usunięcia żużla. Spaliny odprowadzano pionowym przewodem. Taki piec z dmuchem naturalnym nie powinien być nazywany właściwie dymarką, gdyż określenie „dymarka” zawiera w sobie pojęcie pieca, do którego się dmucha (przy użyciu miechów), ale literatura dość powszechnie przyjęła to określenie dla wszystkich prymitywnych pieców starożytności, bez względu na rodzaj dmuchu. W ogóle sprawa dmuchu, tzn. pojawienia się dmuchu miechowego, jest najbardziej sporną ze wszystkich dotyczących prymitywnych dymarek i skomplikowana nie tylko przez odległość w czasie okresu, który badamy, ale i przez fakt, iż miechy były w użyciu wcześniej niż sięga nasza znajomość początków metalurgii żelaza. Najprawdopodobniej wczesny okres hutnictwa żelaza — to piece z dmuchem naturalnym a więc uzależnione od położenia od nawietrznej strony zbocza i właściwości klimatycznych (wiatru); potem zaś pojawiają się piece z dmuchem miechowym ręcznym. Rozdział w czasie obu technik jest ciągle nie ustalony nawet dla pojedynczych rejonów wytwórczości i jest prawdopodobne, że oba sposoby dostarczania dmuchu występować mogły jednocześnie dla różnych rejonów wytwórczości żelaza. Powietrze wdmuchiwano do pieca za pomocą miechów poruszanych siłą rąk lub nóg przez dyszę, którą skierowywano ukośnie w dół, ku trzonowi pieca. Taki warunek był niezbędny, jeśli piec nie był umieszczony na zboczu; w tych warunkach również usuwanie żużla mogło się odbywać po zakończeniu wytopu. Niektóre z tych pieców służyły do jednej operacji, inne znów nadawały się do więcej niż jednego wytopu.

dymarka_2-scaled620

Piece dołowe zachowały się do czasów nowożytnych w niektórych prymitywnych społeczeństwach, ale tam, gdzie rozwój społeczny wymagał dużych ilości żelaza, pojawiły się dość wcześnie piece naziemne, które stopniowo nabrały charakteru szybowych. Taki piec miał początkowo wysokość bardzo niewielką, zbudowany był z kamienia i wyłożony gliną, miał z boku dyszę, przez którą wdmuchiwano powietrze za pomocą miecha. Oraz drugi otwór, przez który usuwano żużel oraz tzw. łupę, czyli opławek. Piece te nadawały się do wielokrotnego użytku. Bywały również piece na ziemne budowane nietrwale i do jednorazowego użytku, jako tzw. Piece ulowe. Zużycie jednostkowe rudy i węgla drzewnego było ogromne, mimo iż starano się używać raczej rudy bogate i łatwo redukcyjne. Ilość zużytego węgla drzewnego kilkakrotnie przewyższała ilość otrzymywanego żelaza, ilość tlenków żelaza w żużlu dochodziła do 50÷60%. Nic więc dziwnego, że w latach 1860—1885 w Belgii przetopiono ok. miliona ton tzw. żużli saraceńskich, w których zawartść żelaza była wystarczająco wysoka, aby zapewnić ekonomiczność procesu.

Oplawek otrzymany w dymarce poddawany był z kolei dalszej przeróbce. która polegała na zagrzaniu i przekuwaniu. To przekuwanie w stanie gorącym powodowało zgrzewanie się ziarn metalu i usuwanie żużla. Przekuwanie również powodowało zmianę kształtu żelaza, które zazwyczaj formowano w kształt pręta. Zarówno przy uruchamianiu miechów dostarczających dmuchu, jak i przy przekuwaniu żelaza wykorzystywano wyłącznie siłę mięśni; zastosowanie energii spadku wody do napędu miechów czy młota dokonało się znacznie później.

Rozwój Imperium Rzymskiego oznaczał rozwój wytwórczości żelaza w obrębie licznych prowincji wchodzących w skład Imperium. Wpływ hutnictwa żelaza Rzymian na obszary leżące poza granicami Imperium był również znaczny, aczkolwiek rejony te rozwijały metalurgię żelaza najczęściej na podstawie własnych doświadczeń. Własną metalurgię żelaza rozwinęły w okresie rzymskim Chiny i Indie, własnymi drogami kroczyło hutnictwo żelaza północno – wschodniej Europy, w tym polskie. Ta odrębność rozwoju hutnictwa żelaza krajów leżących poza Imperium nie oznacza, iż kraje tam leżące nie utrzymywały stosunków handlowych z Rzymem. Stosunki te, jak wiemy, istniały i to silnie rozwinięte. Hutnictwo żelaza ziem polskich, którego stan w okresie starożytnym jest ciągle jeszcze przedmiotem badań, którego istnienie w większej skali w okresie halsztackim jest wątpliwe, w okresie zaś przed rzymskim — lateńskim nie budzi raczej wątpliwości, rozwinęło się bardzo silnie w okresie wpływów rzymskich, a załamało się w czasie, gdy Imperium Rzymskie uległo rozpadowi. Liczne odkryte, zwłaszcza w ostatnich latach, ośrodki prymitywnego hutnictwa na ziemiach polskich pozwalają ustalić datę rozpoczęcia wytwórczości żelaza na mniej więcej połowę VIII wieku p.n.e., zaś szczytowe osiągnięcia tego hutnictwa — to okres III i IV wieku naszej ery. Potem na przełomie V i VI wieku następuje upadek hutnictwa żelaza związany niewątpliwie w zasadniczy sposób z upadkiem Imperium Rzymskiego — odbiorcy żelaza.

O sposobie wytwarzania żelaznego opławka typową dla okresu rzymskiego „techniką świętokrzyską”, a więc sposobem, który częściowo odtworzyć możemy na podstawie resztek piecowisk tego rejonu, dowiedzieć się możemy z prac wykonanych w rejonie świętokrzyskim.

Rejon ten w obecnym stanie inwentaryzacji obejmuje obszar około 800 km2 i tylko w drobnej części został dokładnie zbadany. I tak badania obszaru ok. 500 ha leżących wokół kopalni Rudki (która była niewątpliwie dostawcą hematytowej rudy) ujawniły Ok. 280 piecowisk obejmujących ok. 30 000 kotlinek, czyli stosowanych tu jednorazowo ognisk dymarskich. Można się na razie jedynie domyślać całkowitych rozmiarów ośrodka hutniczego tego rejonu, badanie zaś odnalezionych piecowisk pozwoliło na dokonanie następujących ustaleń:

  1. piece dołowe stosowane w tym rejonie służyły do jednorazowego użytku, miały kształt nieco zniekształconego walca, lekko zbieżnego ku górze o średnicy najczęściej od 40 do 45 cm i podobnej głębokości; niekiedy wyprawiane były gliną;
  2. aczkolwiek nie znaleziono żadnych śladów sztucznego dmuchu, to badanie możliwości przeprowadzenia procesu bez dmuchania wykazało niewątpliwie konieczność stosowania miechów; w przeciwnym przypadku temperatura osiągnięta byłaby za niska;
  3. przeprowadzone doświadczenia wykazały niezwykle niski uzysk żelaza z rudy oraz bardzo wysokie zużycie jednostkowe węgla drzewnego jako nieuniknione konsekwencje prymitywnego sposobu wytapiania; obliczenie wykorzystania Fe w rudzie, przy objęciu obliczeniem strat powstałych przy kilkakrotnym przekuwaniu opławka, daje wskaźnik uzysku ok. 17÷18%, zaś jednostkowe zużycie węgla drzewnego wynosi 13÷20 kg na 1 kg gotowego produktu.

Te niezwykle wysokie liczby charakteryzujące jednostkowe zużycie rudy i węgla drzewnego w procesie dymarskim pozwalają ocenić wielkość potrzeb surowcowych, które pojawią się w momencie, gdy produkcja żelaza zacznie wzrastać, a technologia nie ulegnie zasadniczej zmianie. Należy przypuszczać, że na omawianym etapie rozwoju hutnictwa starożytnego rozmiary produkcji żelaza były tego rodzaju, iż nie powodowały np. zasadniczego ubytku w stanie lasów, tak jak w okresie późniejszym. Również energia spadku wody nie została jeszcze wykorzystana i dlatego ówczesne ośrodki hutnicze nie związały się jeszcze z rzekami. Wytopy prowadzono pod gołym niebem, stąd praca uzależniona była od pory roku i warunków atmosferycznych.

19/12/2019

Linki źródłowe :
https://fantasticoss.wordpress.com/2012/07/26/zelazo-w-starozytnosci-1/
https://fantasticoss.wordpress.com/2012/07/26/zelazo-w-starozytnosci-2/
https://fantasticoss.wordpress.com/2012/07/30/zelazo-w-starozytnosci-3/
https://fantasticoss.wordpress.com/2012/08/03/zelazo-w-starozytnosci-4/
https://fantasticoss.wordpress.com/2012/08/13/zelazo-w-starozytnosci-odslona-5-2/
https://fantasticoss.wordpress.com/2012/08/16/zelazo-w-starozytnosci-6-2/
https://fantasticoss.wordpress.com/2012/08/20/zelazo-w-starozytnosci-czesc-7/

Kultura Vinča – największa prehistoryczna cywilizacja w Europie

vincansko-pismo

Najpierw trochę plansz a potem coś do czytania. Wyżej pełna lista symboli Vinca z tego artykułu (http://www.ancient-wisdom.com/serbiavinca.htm) mamy nawet podobny symbol do „Ręce Boga” czy dzwonią dzwoneczki?

A niżej porównanie pisma Vinca z językiem Etrusków.

i_051

W TEMACIE SWASTYKI 😉

bca1ed56c60240c3cb5e3d35873109a1

„POLSKI AKCENT” WSPÓLNY Z KULTURĄ VINCA

Waza z Bronocic – ceramiczna waza z rysunkiem interpretowanym jako najstarszy znany dowód używania pojazdu kołowego.
Jej wiek szacuje się za pomocą datowania radiowęglowego na 3635–3370 p.n.e. i zaliczana jest do kultury pucharów lejkowatych.
Obecnie przechowywana w Muzeum Archeologicznym w Krakowie

Zdjęcie na doniczce symbolicznie przedstawia kluczowe elementy prehistorycznego środowiska ludzkiego.
Najważniejszym elementem dekoracji jest pięć podstawowych przedstawień czegoś, co wydaje się być wózkiem / wagonem. Reprezentują pojazd z wałem dla zwierząt pociągowych i czterema kołami. Łączące je linie prawdopodobnie reprezentują osie.
Okrąg na środku prawdopodobnie symbolizuje pojemnik do zbioru. Inne obrazy na doniczce to drzewo, rzeka i coś, co może być polami przecinającymi się przez drogi / rowy lub układ wioski.

Oznaczenia napisów w doniczce Bronocice mogą reprezentować rodzaj „symbolicznego pisma”, który zasugerowała Marija Gimbutas w swoim modelu języka staroeuropejskiego, podobnym do logografii kultury Vinča (5700–4500 pne).
https://www.wikiwand.com/en/Bronocice_pot

Bronocice_drawn

2 MAPY :

vina-culture-5d2d9eb1-9b4b-4e4a-bd64-f6ac559b9e9-resize-750

143

Kultura Vinča – największa prehistoryczna cywilizacja w Europie – wskazuje na populację o wysokim stopniu wyrafinowania i zamiłowania do sztuki i mody

Na długo przed rozkwitem Grecji i Rzymu, jeszcze wcześniej niż pierwsze miasta w Mezopotamii i Egipcie, na południe od Dunaju żył naród wyprzedzający swój czas w handlu, sztuce i rzemiośle. Podczas wykwitów cywilizacja „starej Europy” była jedną z najbardziej zaawansowanych kultur na świecie.
W swojej książce „Tajemnice cywilizacji Dunaju” Harald Haarmann udowadnia, że ​​Bałkany zamieszkiwała cywilizacja, która opracowała pierwszy język pisany.
Haarmann nazywa tę kulturę „starą Europą”.
Centrum pierwszej cywilizacji, w znanym świecie, znajdowało się w Serbii. 

Kultura Vinča

W 1908 r. Odkryto największą prehistoryczną osadę neolityczną w Europie we wsi Vinča, zaledwie kilka kilometrów od stolicy Serbii Belgradu, nad brzegiem Dunaju. Vinča została odkryta w latach 1918–1934 i została ujawniona jako odrębna cywilizacja.
Istotnie, już w VI tysiącleciu pne, 3000 lat przed dynastycznym Egiptem, kultura Vinča była już w pełni rozwiniętą cywilizacją.
Typowe miasto składało się z domów o skomplikowanych układach architektonicznych i kilku pokojach zbudowanych z drewna pokrytego błotem. Domy stały wzdłuż ulic, dzięki czemu Vinča była pierwszą osadą miejską w Europie, ale była znacznie starsza niż miasta Mezopotamii i Egiptu. A samo miasto Vinča było tylko jedną z kilku metropolii, a inne w Divostin, Potporanj, Selevac, Płocnik i Predionica.

Archeolodzy doszli do wniosku, że :

„w 5. i na początku 4. tysiąclecia pne, tuż przed upadkiem w Europie Środkowo-Wschodniej,„ starzy Europejczycy ”mieli miasta o znacznej koncentracji ludności, świątynie o wysokości kilku pięter, święte pismo, przestronne 4-5 pokojowe domy, profesjonalną ceramikę, tkactwo, hutnictwo miedzi i złota oraz innych rzemieślników produkujących szereg wyrafinowanych towarów. Istniała kwitnąca sieć szlaków handlowych, którymi przez setki kilometrów krążyły między innymi obsydian, muszle, marmur, miedź i sól”

Kultura Vinca rozkwitała od 5500 do 3500 pne na terenach dzisiejszej Bośni, Serbii, Rumunii i Macedonii. Swoją nazwę zawdzięcza dzisiejszej miejscowości Vinca, 10 km na wschód od Belgradu nad Dunajem, gdzie ustalono ponad 150 osad Vinca.
W miasteczkach nie ma dowodów na wojnę lub obronę i wydaje się, że Vinca była pokojowym społeczeństwem łączącym rolnictwo z handlem.
Stworzyli pierwsze znane europejskie przykłady skryptu „proto” pisma i byli pierwszymi ludźmi na świecie znanymi z wytopu miedzi.
Istnieli w podobnym stanie przez prawie 2000 lat, po czym wydaje się, że rozproszyły się po Morzu Śródziemnym i na Morzu Egejskim.

Osady Vinča były znacznie większe niż jakakolwiek inna współczesna kultura europejska, w niektórych przypadkach przewyższając miasta Morza Egejskiego i wczesną epokę bliskowschodnią 1000 lat później. Największe obiekty, o powierzchni ponad 300 000 m2 mogły być domem dla nawet 2500 osób.
Powiedziano nam, że mieszkali w przestronnych mieszkaniach i chowali zmarłych na pobliskiej nekropolii.
Mieli warsztaty, co oznacza wykwalifikowaną siłę roboczą.
Pracowali z kilkoma stylami ceramiki i mieli swój szczególny artystyczny odcisk palca, który jest widoczny zarówno we wczesnych kulturach kreteńskich, jak i sumeryjskich, które powstały po upadku środkowej części Europy.

Domy były skierowane na północny wschód i południowy zachód i były oddzielone ulicami. Vinca mieli piece w swoich domach, poprzedzając Rzymian w korzystaniu z tych urządzeń.
Używali specjalnych dziur tylko na śmieci i mieli taką samą tradycję jak wspólcześni ludzie, aby grzebać zmarłych na cmentarzach.

Wśród odkrytych artefaktów znaleziono dużą liczbę figurek wykonanych z gliny i innych artefaktów przedstawiających czczone bóstwa i kobiety w minispódniczkach, krótkich bluzkach, noszących biżuterię.
Trudno uwierzyć, że kobiety, które żyły kilka tysięcy lat temu, nosiły spódniczki mini, chyba że kult Matki Bogini był bardzo rozpowszechniony i dotarł zarówno do południowo-wschodniej części Europy, jak i starożytnych Indii.
Podobne, wykonane z gliny ceramicznej, figurki Bogini Matki znaleziono w wyrobiskach w Mohenjo-Daro, położonych wzdłuż rzeki Indus w starożytnych Indiach (współczesny Pakistan).
Oznaczałoby to, że kobiety nosiły nowoczesne ubrania co najmniej 7500 lat temu!

Pierwsza znana forma systemu pisania

Pierwsza znana forma systemu pisania na świecie została stworzona w kulturze Vinča, z około 700 znakami i symbolami, głównie rzeźbionymi w wyrobach ceramicznych.
Różne style figur zoomorficznych i antropomorficznych są cechami charakterystycznymi kultury, podobnie jak symbole Vinča, które są wczesną formą proto-pisania.
Niektórzy historycy i etymolodzy obecnie uważają, że język Vinča był w tym samym czasie językiem proto-serbskim, ale przyszła analiza i dalsze ustalenia z pewnością rzucą na ten temat więcej światła.
Z pewnością reprezentują najwcześniejszą formę pisania, jaką kiedykolwiek znaleziono i sprzed tysięcy pism egipskich i sumeryjskich.
http://www.intelllnet.com/listing/vinca/

Ciekawe video, niecałe 5 minut
https://www.youtube.com/watch?time_continue=56&v=5xTkoW9OitI&feature=emb_logo

Na planszy figurki Venus, Bogini Matki i inne znalezione na terenie Europy i również w tej kulturze.

vincamap

Niżej materiał serbskich archeologów, tłumaczenie Google, pod nazwiskami Autorów jest link źródłowy, miłego czytania, to tyle ode mnie 😉

Kamil Vandal

17/12/2019

 

Nikola Tasic
Dragoslav Srejovic
Bratislav Stojanovic

Vinca

Centrum Kultury Neolitycznej w Regionie Dunaju

Belgrad, 1990


 



Centrum kultury neolitycznej Vinča w regionie Dunaju


Położenie geograficzne i historia badań

 

Vinča i inne osady neolityczne w Serbii
(kliknij mapę, aby powiększyć widok)

Stanowisko archeologiczne Belo brdo w Vinči, na prawym brzegu Dunaju, 14 km w dół rzeki od Belgradu, zajmuje powierzchnię około 10 hektarów. Wysoki drewniany taras i warstwy kulturowe opadają na obrzeża, tworząc wzgórze, które dominuje środowisko. Położenie tego miejsca zapewnia takie warunki do długiego pobytu społeczności ludzkich: z jednej strony rzekę, ze wszystkimi jej zaletami, od obfitości ryb po zdolność do komunikowania się ze światem, i dolinę Bolecicy, z drugiej, która łączyła Vinca z zapleczem bogaty w minerały i rudy (Avala, kopalnia), zwierzęta łowieckie i żyzne gleby. Położenie geograficzne Vinca zapewniło jej mieszkańcom mediacyjną rolę między kulturami, które rozwinęły się na południu aż do Morza Egejskiego, a na północy do Europy Środkowej. Odruchy znaczących wydarzeń i zmian w kulturze materialnej i duchowej znajdują odzwierciedlenie w poszczególnych poziomach warstwy kulturowej o grubości około 10 m, spowodowanych długim pobytem ludzi w tym miejscu. Dlatego zrozumiałe jest, że Vinca jest uważana za wiarygodny punkt odniesienia w naukach archeologicznych Europy Środkowej i Południowo-Wschodniej do badania występowania i rozwoju dużej liczby kultur neolitycznych i eneolitycznych na tych obszarach.

Pierwsze wykopaliska archeologiczne w Vinči rozpoczął Miloje M. Vasić w 1908 r. Na powierzchni około 400 m 2. Z niewielkimi przerwami prace te trwały do ​​początku I wojny światowej. Prace zostały przywrócone dopiero w 1924 r., Ale krótko, ponieważ możliwości materialne zubożałego państwa były niewielkie. Szczęśliwe okoliczności, które wzbudziły wielką nadzieję, gdy dzięki pismom pisarza Aleca Browna i Johna Lintona Myresa, profesora z University of Oxford, reklama Timesa trafiła w ręce M. Vasica. , w którym Sir Charles Hyde oferuje pomoc finansową na badania antyków. Korzystne rekomendacje z poprzednich badań w Vinca i przy pomocy angielskich przyjaciół pozwoliły uzyskać znaczne zasoby finansowe, które umożliwiły eksplorację na dużą skalę. Badania te spotkały się również z dużym zainteresowaniem, szczególnie w prasie angielskiej (Birmingham Post, Man, Illustrated London News). Tak więc w latach 1929–1931 Vinca stała się przedmiotem zainteresowania nauk archeologicznych i stała się miejscem znanym w całym świecie naukowym.

Vinča – wykopaliska w 1924 r

Z czterema tomami monografii Prehistoric Vinca (Belgrad 1932, 1936) i około czterdziestoma jednostkami bibliograficznymi z pióra M. Vasić, drugi etap badań Vinca został zakończony. Od odnowienia ankiety Vinca minęło 47 lat. W tym czasie miejsce pozostawiono dzikim wykopaliskom, zniszczeniu profili przez różnych amatorów i kolekcjonerów. Wraz z ustanowieniem Komitetu Badań Archeologicznych w Vinči w Serbskiej Akademii Nauk i Sztuki, aw szczególności przy zaangażowaniu Przewodniczącego tego Komitetu, akademika Vasy Cubrilovica i wiceprzewodniczącego Jovana Todorovica, nowe wykopaliska rozpoczęto w 1978 r.

Vinča – wykopaliska w 1931 r

Początkowo, gdy badano warstwy epoki metalu i średniowiecza, badania prowadziła Nikola Tasić we współpracy z Gordaną Vujović, a od 1982 r., Kiedy rozpoczęły się prace nad warstwami neolitu, przejęli akademicy Milutin Garašanin i Dragoslav Srejović.

Vinča – wykopaliska z 1985 r

W ciągu ostatnich dziesięciu lat w Vinca eksplorowano dużą starą serbską nekropolię i pozostałości z epoki brązu i miedzi oraz rozpoczęto rewizję wykopalisk osad neolitycznych przy użyciu nowoczesnych metod archeologicznych.

Vinca i jej kultura

Vinca to największa i najbardziej wszechstronnie zbadana osada neolityczna w Europie. W tym miejscu, gdzie figlarna ulga Sumadija spotyka równinę Banat po drugiej stronie doliny Bolecica i Dunaj, miała miejsce między 4500 a 3500 ne. n. e. metropolia treści bogata w kulturę. Dlatego Vinca jest terminem określającym zenit kultury neolitycznej w dzisiejszej Europie.

Warstwa kulturowa Vinca, o wysokości około 10,5 m, zapewnia niezwykle interesujący i ekscytujący obraz. Podobnie jak na wystawnym dywanie, warstwy żółtej, żółtej, brązowej, jesionowej i czarnej powstają pionowo nad sobą, powstają z resztek zrujnowanych osad, spalonych chat, dużych rowów oraz przykrytych dołów i grobów. Każda z tych warstw, oznaczająca różne etapy życia w Vinca, zawiera prawdziwe skarby różnych przedmiotów: narzędzia i broń z kamienia i kości, przybory do codziennego użytku, bogato zdobione wazony rytualne, dużą liczbę antropomorficznych i zoomorficznych figurek, biżuterię różnego rodzaju rzadkich, drogie materiały i niezliczone inne przedmioty, wykonane w samej Vinca lub uzyskane z odległych obszarów, z Europy Środkowej, regionu Dolnego Dunaju lub Morza Śródziemnego.

Warstwa kulturowa w Vinči o grubości 10,5 metra

Chociaż prehistoryczne osadnictwo w Vinca było odkrywane przez lata, zbadano tylko jego centralną część. Jednak w badanym obszarze znaleziono tysiące przedmiotów, które obecnie zdobią wiele kolekcji muzealnych, a prace nad ich nauczaniem trwają z niesłabnącym zainteresowaniem nawet dziś. Na podstawie tych licznych i bardzo różnorodnych obiektów, a także pozostałości architektury i użytych surowców, można niezawodnie zrekonstruować całą historię Vinca, czyli kulturę materialną i duchową wielu pokoleń, które w niej żyły.

Vinča – grób kultury Bodrogkerestur

Pierwszy rozdział historii Vinca jest zachowany tylko we fragmentach i nie jest wystarczająco jasny. Na podstawie skromnych pozostałości najstarszej osady, odkrytej około 10,5 m pod powierzchnią, można wywnioskować, że Vinca była zamieszkana po raz pierwszy w czasach, gdy kultura neolityczna (kultura Starčevo) przekroczyła już zenit i zaczynała zbliżać się do końca, prawdopodobnie gdzieś około 4800 AD W tym czasie jugosłowiańska część regionu Dunaju była gęsto zaludniona, a założenie pierwszej osady w Vinči powinno prawdopodobnie zostać odcięte przez niewielką grupę kolonistów, którzy opuścili pobliską większą osadę, położoną w południowym Banacie, w poszukiwaniu wolnych pól i pastwisk. Chociaż ich osada w Vinci była stosunkowo krótkotrwała i na małą skalę, i chociaż nie udało się odkryć nowych w ich stworzeniu, w szczególności osadnicy zostawili dokument w Vinca, niezwykle ważny dla poznania ich wyglądu fizycznego i kultury duchowej. Jest to duży grób z dostępem i dziewięcioma szkieletami, który został odkryty w centrum najstarszej osady w 1931 roku. To odkrycie, unikalne w kulturze neolitycznej Europy Południowo-Wschodniej, pokazuje, że pierwsi rolnicy regionu Dunaju należeli do specjalnego rodzaju antropologicznego, który łączy cechy starej populacji europejskiej z cechami łaskawego Morza Śródziemnego. Ta sama fuzja starożytnych Bałkanów, rdzennych żywiołów z Morzem Śródziemnym jest obserwowana w kulturze Starčevo, to znaczy w kulturze pierwszych mieszkańców Vinčy. Tak więc najstarsze siedliska w Vinči mają, podobnie jak inne siedliska tego czasu w regionie Dunaju, najczęściej elipsoidalne podstawy zakopane w drewnie i dachy namiotu z wikliny, trzciny i słomy leżące bezpośrednio na podstawie. Te chaty namiotowe, zgrupowane w najstarszej osadzie Vinče według pewnego systemu wokół chaty centralnej, żywo przypominają architekturę starszej kultury mezolitycznej naddunajskiej (kultura Lepenski Vir).

Antropomorficzna figurka Vinca

Dla tych samych tradycji połączone są kolumnowe postacie antropomorficzne z tamtych czasów, a także niezbrane naczynia ceramiczne, których formy wyraźnie wskazują na starsze wzory wykonane z kamienia lub drewna. Jednak niektóre techniki zdobnicze stosowane w ceramice (na przykład malowane wazony), a także niektóre rzadkie materiały używane do wyrobu biżuterii (spondilus, paligorskit) wyraźnie wskazują, że nosiciele kultury Starč utrzymywali relacje z mieszkańcami Morza Egejskiego i szerszego wschodniego regionu Morza Śródziemnego. Będę miał jeszcze bliższe kontakty z obszarami leżącymi na północ od południowego regionu Dunaju. Potwierdzają to noże wulkaniczne (obsydian), które mieszkańcy najstarszej osady w Vinči zaopatrzą z górnych Potisji.

 

Antropomorficzna figurka Vinca

Na podstawie dostępnych materiałów archeologicznych można stwierdzić, że pierwsi mieszkańcy Vinca będą żyli w dobrych stosunkach sąsiedzkich zarówno z mieszkańcami basenu panońskiego, jak i południowymi regionami Półwyspu Bałkańskiego. Najstarsza osada w Vinči nie była ani ogrodzona, ani ufortyfikowana, a znaleziska z chat namiotowych są związane z żmudnym i spokojnym życiem chłopów, których codzienne życie było pełne ciężkiej pracy przy produkcji narzędzi kamiennych i różnych wyrobów ceramicznych, a na pewno ze stałą dbałością o uprawy, ponieważ bydło i połów. Mieszkańcy najstarszej osady w Vinca przez długi czas nie mogli jednak zbierać zasłużonych owoców swoich wysiłków. Już w połowie 5. tysiąclecia rozpoczęły się ruchy łańcuchowe populacji neolitycznych w Tracji i dolnym Dunaju, które później wpłynęły również na obszary wokół Vinca. Zawirowania te spowodowane były przenikaniem światła anatolijskiej kultury chalkolitycznej typu Chan Hassan – Baysulchan, która podróżowała przez Półwysep Bałkański w dwóch kierunkach: szlaki lądowe, od południowo-wschodniej Tracji do regionu Dunaju oraz komunikacja morska, od środkowej Grecji do północnej Dalmacji. W wyniku tego nurtu, w którym formy anadolijskie łączą się z lokalnymi formami rdzennymi, powstają one na całym Półwyspie Bałkańskim i na Środkowym Dunaju przez kulturę neolitu. W związku z tym, w kontakcie z nowymi osadnikami, kultura naddunajskiego miasta Starčevo staje się nową kulturą Vinča. Zawirowania te spowodowane były przenikaniem światła anatolijskiej kultury chalkolitycznej typu Chan Hassan – Baysulchan, która podróżowała przez Półwysep Bałkański w dwóch kierunkach: szlaki lądowe, od południowo-wschodniej Tracji do regionu Dunaju oraz komunikacja morska, od środkowej Grecji do północnej Dalmacji. W wyniku tego nurtu, w którym formy anadolijskie łączą się z lokalnymi formami rdzennymi, powstają one na całym Półwyspie Bałkańskim i na Środkowym Dunaju przez kulturę neolitu. W związku z tym, w kontakcie z nowymi osadnikami, kultura naddunajskiego miasta Starčevo staje się nową kulturą Vinča. Zawirowania te spowodowane były przenikaniem światła anatolijskiej kultury chalkolitycznej typu Chan Hassan – Baysulchan, która podróżowała przez Półwysep Bałkański w dwóch kierunkach: szlaki lądowe, od południowo-wschodniej Tracji do regionu Dunaju oraz komunikacja morska, od środkowej Grecji do północnej Dalmacji. W wyniku tego nurtu, w którym formy anadolijskie łączą się z lokalnymi formami rdzennymi, powstają one na całym Półwyspie Bałkańskim i na Środkowym Dunaju przez kulturę neolitu. W związku z tym, w kontakcie z nowymi osadnikami, kultura naddunajskiego miasta Starčevo staje się nową kulturą Vinča. od południowo-wschodniej Tracji do Dunaju i komunikacji morskiej, od środkowej Grecji po północną Dalmację. W wyniku tego nurtu, w którym formy anadolijskie łączą się z lokalnymi formami rdzennymi, powstają one na całym Półwyspie Bałkańskim i na Środkowym Dunaju przez kulturę neolitu. W związku z tym, w kontakcie z nowymi osadnikami, kultura naddunajskiego miasta Starčevo staje się nową kulturą Vinča. od południowo-wschodniej Tracji do Dunaju i komunikacji morskiej, od środkowej Grecji po północną Dalmację. W wyniku tego nurtu, w którym formy anadolijskie łączą się z lokalnymi formami rdzennymi, powstają one na całym Półwyspie Bałkańskim i na Środkowym Dunaju przez kulturę neolitu. W związku z tym, w kontakcie z nowymi osadnikami, kultura naddunajskiego miasta Starčevo staje się nową kulturą Vinča.

Miniaturowy ołtarz z Vinca

W tych niespokojnych czasach Vinca całkowicie się odprężyła, prawdopodobnie około 4500 r. Trudno oszacować, ile czasu minęło przed odnowieniem i entuzjazmem nowego życia w Vinca. Z pewnością ten okres nie był długi, ponieważ tuż nad opuszczonymi siedliskami namiotów wzniesiono nową dużą osadę, której mieszkańcy pozostali na tej ziemi od pokoleń, pielęgnując i rozprzestrzeniając przez prawie 1000 lat szczególną kulturę młodszego neolitu, do którego Vinca została nazwana.

Kubek od Vinca

Duch nowej kultury i nowego sposobu życia przejawia się wyraźnie w architekturze. Przy budowie nowej osady szczególną uwagę zwrócono na układ domów. Niestety, tylko podstawy zostaną z nich zachowane, ale ustalono, że wszystkie będą zorientowane w kierunku południowo-wschodnim-północno-zachodnim, że będą miały prostokątne, prawie kwadratowe podstawy, pionowe ściany i dach z dwiema liniami wodnymi.

Zoomorficzne naczynie z Vinca

Drewno i glina były nadal używane jako materiał budowlany, ale sam proces budowy został wzbogacony o nowe szczegóły i wiedzę, takie jak wyrównywanie, podłoża stabilizujące, izolacja przeciwwilgociowa, układanie ścian i malowanie. Przez tysiące lat Vinca pozostaje szorstką, ogrodzoną dzielnicą z tym samym systemem komunikacji. Z czasem tylko przestrzeń życiowa jest powiększana i w miarę funkcjonalna. Podczas gdy pierwsze domy będą regularnie jednokomórkowe i wystarczą na życie tylko jednej małej rodziny, w mniejszych miejscowościach odkryję duże prostokątne budynki o powierzchni od 40 do 60 m2 z większą liczbą pokoi i wbudowanymi „meblami” (banki, piece, mangan, dolapi, stoły).

Wazon rytualny od Vinca

Ciągłość kultury jeszcze bardziej uwidaczniają poruszające się znaleziska archeologiczne, przede wszystkim dzieła ceramiczne – przybory i figurki antropomorficzne. Te dwie duże grupy odkryć, za pomocą których wyrażane jest i artystycznie rozwijane poczucie artystycznego projektu, są niezwykle wrażliwe na wszystkie sytuacje życiowe wielu pokoleń Vinca, to znaczy na dynamikę kultury Vinca jako całości. Na podstawie cech stylistycznych ceramiki i antropomorficznych tworzyw sztucznych najłatwiej jest określić podstawowe etapy życia w Vinči, to znaczy można przeprowadzić periodyzację kultury młodszego neolitu w środkowym Dunaju.

Garnek z rzeźbioną dekoracją Vinca

Podstawę, wzrost i najwyższy wzrost kultury Vinca ilustrują znaleziska archeologiczne odkryte w Vinca na głębokościach od dziewięciu do sześciu metrów. W tym okresie, który można datować z grubsza między 4500 a 3800 ne, mieszkańcy Vinčy i ich plemiona osiągnęli kulturę o szczególnym stylu, która promieniuje daleko i dominuje w większości Europy Środkowej i Południowo-Wschodniej. Kultura Vinča była własnością około 4000 ne. n. e. terytorium większe niż terytorium jakiejkolwiek innej kultury neolitycznej w Europie, a niektóre jego osady, takie jak Vinca, Potporanj, Selevac lub Divostin, przekroczą nie tylko wszystkie równoczesne osady neolityczne, ale także pierwsze miasta, które później pojawią się w Mezopotamii pod względem wielkości i liczby mieszkańców. , Morze Egejskie i Egipt. Społeczności tych dużych osad dostosują swoje podstawowe działania do lokalnych warunków. Dlatego w niektórych osadach większą uwagę poświęcono rolnictwu i inwentarzowi żywemu, a w niektórych rzemieślnikom i handlowi, podczas gdy u tych, którzy mają w pobliżu rzadkie surowce, rozpocznie się wydobycie i różnego rodzaju rzemiosło.

Antropomorficzne naczynie z Vinca

Specjalistyczne działania umożliwią szybki wzrost gospodarczy, rozwarstwienie społeczne i ogólne wzbogacenie wszystkich społeczności kultury Vinca. Społeczności na Sumadija, Banat i Śremie, poprzez staranną uprawę ziemi i opiekę nad dużym bydłem, stworzyły nadwyżki produktów, które umożliwiły im pozyskiwanie surowców z sąsiednich grup etniczno-kulturowych, których nie mieli na swoim terytorium, przede wszystkim obsydian Erdelj, cenny surowiec do produkcji sierpów. i precyzyjne narzędzia. Z drugiej strony stabilność gospodarki pozwoliła społeczności Vinca uwolnić niektórych członków z bezpośredniej produkcji, to znaczy skierować ich do specjalnych działań, przede wszystkim w celu zlokalizowania lokalnych surowców lub przetworzenia ich.

Trójnożna miska od Vinca

W ten sposób mieszkańcy Vinčy dotarli do cynobru, który wydobyto w skale Hollow poniżej Avala, a także niektórych innych rzadkich skał i minerałów (alabaster, marmur). Z tych powodów Vinca stała się największym rynkiem w Europie Południowo-Wschodniej, nie tylko ze względu na wyjątkową wartość własnych produktów, ale także ze względu na rzadkie surowce lub przedmioty sprowadzane z Transylwanii, górnego Potissi, dolnego Dunaju, a nawet z wybrzeży Morza Egejskiego i Adriatyku. .

Antropomorficzna figurka Vinca

Szeroka wymiana dóbr i rozwój komunikacji uwolniły twórców kultury Vinca od konwulsyjnego przywiązania do małego kawałka ziemi i nawyków rodowych, dały początek ich wyobraźni i umożliwiły przepowiadanie nowych światów oraz ustanowienie relacji zaufania do przyrody, życia i przyszłości. Vinca i kilka innych osad neolitycznych w pobliżu Vrsac (Potporanj), Kragujevac (Grivac, Divostin), Tito Mitrovica (Valac) i Prisztina (Predionica) stają się głównymi ośrodkami religijnymi, a jednocześnie artystycznymi hotspotami, które są kluczowe dla twórczości wszystkich społeczności środkowego neolitu i Europa Południowo-Wschodnia. Setki tysięcy glinianych figurek i rytualnych waz odkrytych w tych osadach,

Siedząca antropomorficzna figurka Vinca

Różnorodność tematyczna glinianych figurek (nagie lub wyszkolone postacie kobiet i mężczyzn w pozycji stojącej, klęczącej lub siedzącej, figury z maskami twarzowymi, hermafrodytyczne) i ich rozwój stylistyczny od form naturalistycznych do realistycznych do dość abstrakcyjnych są pewnym dowodem na to, że w kulturze Vinca dominuje powstała prymitywna magia, to znaczy powstała jasna myśl religijna. Myśl ta, sądząc po wyglądzie glinianych bożków i różnych obiektów kulturowych, wyraża się w rytuałach i motywach związanych z porami roku, siewem i żniwami, rodzeniem i umieraniem, a także ciągłą odnową życia, najbardziej wyrazistym przedstawieniem kobiety z dzieckiem w ramionach.

Wazon kultury ciągu z Vinca

Społeczności, które żyły między wyżynami Kuchayna i Deli John, w pobliżu jaskiń, dużych szczelin i ciepłych źródeł, wcześnie wyczuły, że w trzewiach ziemi, w całkowitej ciemności, formuje się i dojrzewa wiele różnych skał i minerałów. Członkowie tych społeczności byli pierwszymi w Europie, którzy przeniknęli do tego zaczarowanego świata podziemnego, ujawnili owoce swoich dni i przy pomocy ognia zmusili ich do przekształcenia się w nową materię – metale, w tym przypadku miedź. Wraz z odkryciem wielkiej tajemnicy transformacji materii ci pierwsi europejscy górnicy i kowale zostali uwikłani w procesy kosmicznego życia i związani ze specjalnym światem bogów i bohaterów. Po odkryciu miedzi ich wyobraźnia zamieszkiwała całą przyrodę niezliczonymi tajemniczymi istotami – laskami, wróżkami i elfami, który przyłączył się do demonów zbóż i duchów drzew owocowych. Ten szczególny święty świat, który został ustanowiony w kulturze wincentyńskiej najpóźniej na początku czwartego tysiąclecia pne, odbywał się na Półwyspie Bałkańskim aż do czasów chrześcijaństwa, a jego część prawdopodobnie została włączona do fundamentów najstarszej odnotowanej mitologii europejskiej – starożytnych mitów greckich o Demetrze. , Do Dionizosa i boskiego kowala Hefajstosa.

Wazon kultury ciągu z Vinca

Kultura Vinča była w zenicie do około 3800 roku. n. e. Pozostałości osady i ruchome znaleziska archeologiczne odkryte na głębokościach między szóstym a drugim metrem warstwy kultury Vinča, pochodzące z metody S-14 między 3700 a 3500 ne, pokazują, że Vinča stopniowo traci swoje poprzednie znaczenie i że kultura Vinča jako całość lekko gaśnie. Najpierw należy zauważyć, że osady z tej części warstwy kulturowej są znacznie mniejsze niż poprzednie i że w pewnym momencie rozpoczyna się budowa nowego systemu obronnego. Chociaż lokalna produkcja wszelkiego rodzaju narzędzi i wyrobów ceramicznych trwa nadal, charakterystyczne jest, że liczba importowanych przedmiotów rośnie, a wzory z obcych kultur stają się coraz bardziej irytujące. Oczywiście zamiast promiennej metropolii Vinca jest teraz tylko miejscem, które łączy elementy z wielu różnych stron. To ogólne zmęczenie, przejawiające się zarówno w nieoryginalnej produkcji ceramiki, jak i w produkcji figur antropomorficznych, jest spowodowane wynalazkiem i rosnącym wykorzystaniem metali, głównie miedzi i złota. Odkrycie tych metali zaburza wcześniejszą równowagę kulturową i rozpoczyna rozpad struktury neolitycznego świata.

Miska od Vinca

Wszystkie te wydarzenia silnie wpłynęły na kulturę materialną i duchową ludności Vinca. W pierwszej chwili zachęty z boku miały pozytywny wpływ, ponieważ łącząc tradycyjne formy z elementami nowego stylu, w Vinca powstał krótkotrwały renesans kultury, charakteryzujący się przede wszystkim oryginalnymi formami antropomorficznego tworzywa sztucznego i nowymi technikami zdobnictwa na ceramice. Dzięki tej nowej syntezie stylistycznej figurki antropomorficzne zachowują jeszcze bardziej realistyczne kształty, ale wcześniej trójwymiarowe modelowane powierzchnie stają się płaskie, a detale z tworzywa sztucznego są stopniowo schematyczne i przekształcane w trudne do zrozumienia postacie ozdobne.

Antropomorficzna figurka Vinca

Niektóre statuetki zostały również wykorzystane do malowania, aby jeszcze bardziej podkreślić obrazowy charakter nowego stylu ozdobnego. Dlatego rzeźbione lub malowane detale na figurkach Vincy nie oznaczają ani garnituru, ani wytatuowanych znaków, ale powstają w wyniku rozwoju stylu, który przechodzi od trójwymiarowych realistycznych form do form liniowo-abstrakcyjnych. Powstanie tego stylu musi być związane z techniką cięcia i ozdabiania blachy i kości. Podobnie jak we wcześniejszych stadiach kultury Vinca, glina determinowała podstawowe formy antropomorficznych statuetek, tak więc w młodszym etapie figurki wykonane z blachy i kości stały się nośnikami w stylu liniowo-abstrakcyjnym, który został mniej więcej przeniesiony na inne rodzaje materiałów.

Prosopomorficzna okładka od Vinca

W przeciwieństwie do liczb, naczynia są w większości nie ozdobione. Ten pozornie sprzeczny fakt dobrze wpasowuje się w podstawową koncepcję stylistyczną trzeciego wymiaru i przestrzennego rozbicia motywów dekoracyjnych. Dlatego faworyzowane są tylko dekoracje malowane pastowatą farbą lub wkładką, podczas gdy inne techniki zdobnicze są w dużej mierze zaniedbywane. Ciągłe motywy dekoracyjne (płynna spirala, meander) nie są już stosowane, ale wszystkie ozdoby są ograniczone przestrzennie (styl metopowy) lub przywiązane do poszczególnych części wazonu.

Figura antropomorficzna (The Lady of Vinca)

Ten ścisły styl tektoniczny na ceramice, a także ozdobne i abstrakcyjne formy tworzyw sztucznych, jest wyrazem poważniejszego kryzysu spowodowanego wprowadzeniem metali w jeszcze bardziej rolniczym środowisku. Wraz z rozwojem metalurgii miedzi stopniowo tworzą się nowe stosunki gospodarcze i społeczne, które są sprzeczne z tradycyjnym stylem życia. Mieszkańcy Vinca nie byli gotowi zaakceptować postępowej struktury gospodarczej i społecznej, a nowi bogowie dotarli już do kultur sąsiednich obszarów. W tej sytuacji życiowej dawni bogowie Vinca musieli być wywyższeni w jak największym stopniu i przeciwstawić się ich bóstwom partyjnym. Stąd w Vinca powstaje nowa religijność, udokumentowana znanym schematem ikonograficznym matki z dzieckiem w ramionach, generalnego żywiciela rodziny i wielkiej kochanki. Te utwory, bez prawdziwej mocy i twarzy, zostały spalone wraz z chatami ich twórców na początku inwazyjnych kultur epoki miedzi. W warstwie kulturowej Vinca, około 2 m pod powierzchnią, do dziś można zobaczyć paleniska ostatniej osady. Horyzont ten stanowi ostatni ważny rozdział historii Vinca – historię około piętnastu wieków, wypełnioną znaczącymi osiągnięciami kulturalnymi i ekscytującymi wydarzeniami.

Relief przedstawiający matkę z dzieckiem z Vinca

W Vinca życie trwało później, aż do przybycia Rzymian do naszego regionu, ale już nie z taką samą intensywnością lub w tej samej przestrzeni. Dziś wiele odkryć z epoki miedzi, brązu i żelaza znane jest z Vinca (a także ze starej serbskiej miejscowości – por. PR). Będą to jednak tylko wskazówki, często bardzo ważne dla zrozumienia niektórych zjawisk w prehistorycznej kulturze środkowego regionu Dunaju, ale te dla historii Vinca będą miały drugorzędne znaczenie. Wydaje się, że gleba Vinca zachowała swoją atrakcyjną siłę w cywilizacji naszego stulecia. Tuż obok prehistorycznej osady stoi imponujący budynek Instytutu Nauk Jądrowych „Boris Kidrich”.

Vinča – park archeologiczny

Model parku archeologicznego w Vinca

W centralnym planie rozwoju miast w Belgradzie strefa przybrzeżna Dunaju w strefie Vinca została uznana za park archeologiczny. Ten przyszły park archeologiczny w Vinči będzie składał się z Muzeum Neolitycznego Środkowego Dunaju, Międzynarodowego Centrum Studiów Neolitycznego Środkowego Dunaju, bloku konserwatorskiego i warsztatowego, a także wolnej powierzchni parku (autor projektu: architekt-urbanista, Bratislav Stojanovic, członek zarządu SASA ds. Badań archeologicznych w Vinca).

 

Antropomorficzna figurka Vinca

Muzeum neolityczne Środkowego Dunaju powinno zachować wybraną część samego miejsca („miejsce jako stała ekspozycja”), zapewnić ekspozycję muzealną przedmiotów znalezionych w Vinči, pozwolić na ekspozycję wybranych przedmiotów z innych neolitycznych miejsc w regionie środkowego Dunaju i zapewnić miejsce na wystawy tematyczne. Zaprojektowane w ten sposób muzeum jest częściowo „membraną architektoniczną”, która chroni i prezentuje to miejsce – pionowy profil warstw kulturowych od najwyższego do najgłębszego, o wysokości około 10 m, i najstarsza prehistoryczna osada w Vinči. Odwiedzający będą poruszać się po rampach i schodach z jednej wystawy do drugiej; będzie to wyjątkowa przestrzeń przecinająca płaskowyże i galerie, który zapewni wgląd w życie, które miało miejsce w tym miejscu w odległej prehistorycznej przeszłości. Pozostała część sekcji ma charakter klasycznego muzeum archeologicznego, w którym będę wystawiać wybrane eksponaty, jako ogólne i zharmonizowane informacje naukowe i kulturalne dotyczące znalezisk archeologicznych w środkowym regionie Dunaju. Międzynarodowe Centrum Badań Neolitu Regionu Środkowego Dunaju powinno stać się miejscem wymiany doświadczeń, współpracy i harmonizacji zasięgu naukowego archeologów na temat neolitu Europy Południowo-Wschodniej. Odbędą się tam odpowiednie międzynarodowe kongresy, sympozja, konferencje, seminaria i podobne spotkania. Międzynarodowe Centrum Badań Neolitu Regionu Środkowego Dunaju powinno stać się miejscem wymiany doświadczeń, współpracy i harmonizacji zasięgu naukowego archeologów na temat neolitu Europy Południowo-Wschodniej. Odbędą się tam odpowiednie międzynarodowe kongresy, sympozja, konferencje, seminaria i podobne spotkania. Międzynarodowe Centrum Badań Neolitu Regionu Środkowego Dunaju powinno stać się miejscem wymiany doświadczeń, współpracy i harmonizacji zasięgu naukowego archeologów na temat neolitu Europy Południowo-Wschodniej. Odbędą się tam odpowiednie międzynarodowe kongresy, sympozja, konferencje, seminaria i podobne spotkania.

Antropomorficzna figurka Vinca
(„bliźniaki syjamskie”)

Główna zawartość centrum to: sala do spotkań plenarnych, konferencji, wykładów, ogłoszeń, mniejsze sale do pracy w grupach, tj. Do pracy na zlecenie, indywidualne pokoje robocze, biblioteka, biura organizatorów działań międzynarodowych i bieżąca praca centrum. Warto wspomnieć o korzyściach, jakie Belgrad zapewnia dla takich działań, jak znaczące centrum naszego kraju, z takimi instytucjami jak Serbska Akademia Nauk i Sztuki, Centrum Archeologii na Wydziale Filozoficznym, Muzeum Narodowe, Muzeum Miasta Belgradu, Centrum Sawy w Nowym Belgradzie i RYS.

Blok konserwatorski i warsztatowy zapewnia akceptację ustaleń z terenu, ich klasyfikację i rekonstrukcję, a także rysowanie i fotografowanie. Istnieją również laboratoria do określania chronologii absolutnej za pomocą metod fizykochemicznych oraz laboratorium do analiz paleozoologicznych i paleobotanicznych. Przewiduje się również inne warsztaty i laboratoria (warsztaty konserwatorskie, laboratorium fotograficzne itp.). Istnieje również centralne archiwum: pliki, biblioteka zdjęć, biblioteka filmów oraz inne materiały archiwalne i dokumentacyjne.

Obiekty te, Muzeum Neolityczne Środkowego Dunaju, Międzynarodowe Centrum oraz blok konserwatorski i warsztatowy, mieszczą się w wyjątkowym budynku architektonicznym. Chociaż każda z tych treści stanowi kompletną jednostkę funkcjonalną i może istnieć niezależnie – jest jednocześnie częścią zsynchronizowanego celu i roli Parku Archeologicznego jako całości.

Zoomorficzna figurka Vinca

 

3. Wolne obszary – park zajmie większość stanowiska archeologicznego. (Całkowity obszar chroniony wynosi sześć hektarów na większej wysokości i około dwóch hektarów strefy przybrzeżnej). Dzięki samemu obiektowi architektonicznemu, z częściowo otwartymi i zadaszonymi częściami wszystko jest zielone. Ta zielona przestrzeń, poprzecinana ścieżkami, będzie odgrywać odpowiednią rolę estetyczną i dendrologiczną w szerszym krajobrazie obszarów przybrzeżnych i chronionego środowiska naturalnego miasta. Zazielenienie będzie podążać za nierozwiniętym charakterem krajobrazu. Przy wyborze zielonych kultur zostanie podjęta próba utrzymania pewnej ciągłości botanicznej, od prehistorii do współczesności, w tej części regionu Dunaju.

Niższy, przybrzeżny płaskowyż, forteca przybrzeżna i przestrzeń aż do profilu pionowego zostaną ułożone jako użyteczny obszar trawiasty zgodnie z szerszą koncepcją urbanistyczną krajobrazu wybrzeża Dunaju.

Tak więc Park Archeologiczny, choć sam w sobie, będzie także rodzajem wycieczek wycieczkowo-turystycznych i rekreacyjnych na wybrzeżu Belgradu. Dlatego będzie nadal pielęgnować nawyk połowów z wybrzeża, dostęp do łodzi, a także łodzi rekreacyjnych i łodzi miejskich. Na wybrzeżu planowana jest również mała informacja turystyczna.

W połączonych, półotwartych przestrzeniach, a także w całym parku, można będzie oglądać eksponaty zewnętrzne. Z reguły będą to zrekonstruowane domy prehistoryczne, czyli części domów, modele osad lub ich części, wszystkie zgodnie z posiadanymi informacjami i które zostaną uzyskane podczas badań. Te eksponaty będą miały charakter edukacyjny; z czasem będą wypełniać, zmieniać lub zastępować – w oparciu o nowe wyniki i ustalenia.


Bibliografia

 

1908 MM Vasic, Elementy południowo-wschodnie w prehistorycznej cywilizacji Serbów, Rocznik Szkoły Brytyjskiej w Atenach XIV, Ateny, 319-342.

1910 MM Vasic, Die Hauptergebnisse der prahistorischen Ausgrabung in Vinca and Jahre 1908, Prahistorische Zeitschrift II, Berlin, 1, 23-39.

1911 MM Vasic, Die Datierung der Vincaschicht, Prahistorische Zeitschrift III, Berlin, 126-132.

1932 MM Vasic, Prehistoric Vinca I, Belgrad.

1936 MM Vasic, Prehistoric Vinca II-IV, Belgrad.

1939 F. Holste, Zur Chronologischen Stellung der Vinca Keramik, Wiener Prahistorische Zeitschrift XXVI / 1, Wien, 1-21.

1950 V. Milojcic, Koros – Starcevo – Vinca, Reinecke Festschrift, Mainz, 108-118.

1951 М. Garašanin, Chronologia grupy Vinča, Lublana.

1957 D. Srejović – B. Jovanovic, Przegląd kamiennych narzędzi i broni z Vinca, Archaeological Journal VIII / 3-4, 256-296.

1959. Д. Srejović – B. Jovanovic, Bone Tools and Weapons and Jewelry from Vinca, Starinar IX-X, 181-190.

1964 Z. Letica, The Neolithic Figurines from Vinca, Archaeology 17/1, New York, 26-32.

1972 I. Schwidetzky, Menschliche Skelettreste von Vinca, Journal of the Anthropological Society of Jugoslavia 8-9, Belgrad, 101-112.

1979 G. Marjanovic-Vujovic, Necropole Medievale Vinca, Inventaria Archaeologica, fasc. 22, Zagrzeb, Y 209-218.

UKOCHANA i ZNISZCZONA PIĘKNA SŁOWIAŃSZCZYZNA

Artykuł to fragment książki Antoniego Wacyka pt „Kultura bezdziejów. Rzecz o dziejowej degradacji narodu polskiego”, cała książka jest warta przeczytania bo pokazuje w jaki sposób Lechita – Sławianin stał się Polakiem – katolikiem. Na dole będzie link do całej książki Wacyka.
To przekształcenie to był długi i skomplikowany proces w sumie nie zakończony bo dziś wciąż istnieją ludzie którzy kultywują dawne wierzenia, tradycje i obyczaje i chwała im wszystkim za to, ale generalnie proces ten trwał setki lat, i myślę że rozbiory w Polsce są taką ważną datą gdy polskie stare tradycje zaczęły odchodzić w zapomnienie, wcześniej różnie to bywało, przypomnę że do XIII wieku nie istniała w Polsce sieć kościelna umożliwiająca jakąkolwiek skuteczną chrystianizację.
Jeszcze w XV wieku kazania w kościele w języku polskim należały do rzadkości, łaciny żaden prosty człowiek nie rozumiał, więc jak nie rozumiał to nie miał jak się tym zachwycić nawet, a 100 lat po zwycięskiej bitwie pod Grunwaldem kolejne ustawy synodalne wciąż zakazują czczenia „ydola Polonorum” bo Polacy wszystkich stanów świeckich powszechnie unikają ewangelizacji.
Katolizacja Polski rozpoczęła się w II połowie XVI wieku wraz z przybyciem Jezuitów do Braniewa w 1565 roku, do tej daty myślę że znakomita większość ludzi mimo chrztów i innych kościelnych wymuszonych sakramentów była tak naprawdę Poganami, natomiast władcy pod każdą szerokością geograficzną podchodzą do religii instrumentalnie jako tzw „opium dla mas” i myślę że u nas też tak było, zarówno Mieszko, Bolesław Chrobry i następcy mimo fundowania kościołów, dawania przywilejów duchownym i innych gestów traktowali religię jako jeden z instrumentów potrzebnych do umacniania swojej władzy, wiedzieli że stara tradycja szczególnie na wsiach ciężko się wykorzeniała z głów skoro ludność obchodziła takie święta sławiańskie jak Kupała, Dziady i inne.
To tyle tytułem wstępu ode mnie a teraz już Antoni Wacyk : 0g

Według tych co spreparowali nasze dzieje, wynikało by, że historia Polski zaczyna się w piątek, dnia 7 marca 966.
Przedtem była pustka i nic więcej.
Rozległe, zagospodarowane państwo, liczna i dobrze uzbrojona armia, dziedziczna władza książęca – wszystko to spłynęło na Mieszka I za jednym zamachem kropidła, wraz z chrztem.
Poprzednie kilka wieków dziejów naszych, poprzednich 14-stu co najmniej postaci władców naszych uznano za niebyłe, między bajki włożono.
Od niego, od Mieszka, od 15-tego władcy Polski zaczyna się dopiero jej historia.
W ten sposób każe nam pojmować naszą przeszłość historiozofia, której źródło i natchnienie stanowią autorytety takie jak:

Gall – ksiądz katolicki w. XII
Cholewa – biskup katolicki w. XIII
Kadłubek – biskup katolicki w. XIII
Boguchwał- biskup katolicki w. XIII
Długosz – arcybiskup katolicki w. XV
Kromer – biskup katolicki w. XVI
Naruszewicz – biskup katolicki w. XVIII

i legion innych, zasłużonych w wiekowe dzieje wynaradawiania słowiańskiej duszy polskiej, niszczenia w ogóle wszystkiego co było słowiańskie, a więc apostołom obcego Boga wrogie i nienawistne.
Nie dziwi więc , że to co dziś w szkole polskiej podaje się dziecku polskiemu jako historię ojczystą, jest jednym pasmem fałszów, legend i przemilczeń!
Bajeczne dzieje Polski nie kończą się – ale zaczynają datą 966.
Wtedy gdy śródziemnomorska kultura antyczna dobiegała swego kresu, w innej części Europy, w basenie morza słowiańskiego, Bałtyku, poczęła kiełkować i puszczać pierwsze pędy samorodna kultura słowiańska. 0g

Wyrastając na rodzimym podłożu potężnej, olbrzymie połacie Europy obejmującej, a jednolitej masy biologicznej słowiańskiej, kultura ta posiadała zdrowe, naturalne warunki rozwoju o nieograniczonych wprost możliwościach.
Realizacja tych możliwości, poprzez pełne samookreślenie się masy biologicznej, zorganizowanie budzących się energii duszy słowiańskiej, wymagała czynnika nieodzownego w każdym procesie kulturotwórczym – czasu.
Poziom kulturowo-cywilizacyjny i tendencje rozwojowe plemion zachodnio-słowiańskich w czasie, gdy Europa staczała sie w niż średniowiecza, pozwalały rokować najśmielsze nadzieje.
W tym okresie Słowianie posiadają już zdrowy, tchnący wiarą we własne siły człowieka system religijny z jego piękną mitologią, który to system religijny, bazujący się na twórczych, nieskaleczonych żadnym urazem psychicznym instynktach duszy ludzkiej, stanowił mocną podstawę tworzącej się kultury.
Światowid, Bóg wszystkich bogów i bożyców, pan świata ludzi, czczony wszędzie gdzie brzmiała piękna mowa słowiańska, był uosobieniem mocy i twórstwa, władcą ognia i wojny, dawcą wszelkiego żywota.
Sławił Światowida szczęk oręża, huk burzy i piorunów, a nie jękliwe zawodzenia litanii.
Religia Słowian nie była religią cierpiętnictwa, strachu i przebaczania wrogom.
Nie szczepiła pochwały nauki o marnościach tego świata.
Dusza dziecka słowiańskiego wolną była od kompleksów niższości, nie wpajano jej bowiem samopoczucia poczętego w grzechu skazańca za cudze winy.
Religia naszych przodków była pogodna, słoneczna, budząca optymizm i radość życia, była tworem ludzi zdrowych na ciele i umyśle.
Wyrosła na podłożu tej religii etyka i moralność Słowian, ich życie obyczajowe budzi w nas uczucie czci i dumy.
Gdy w roku 1124 biskup niemiecki Otto wybrał się do Pomorzan ze światłem objawionych prawd, dostał taką odprawę:

„Między chrześcijanami – rzekli przedniejsi obywatele Szczecina – spotykają się złodzieje i piraci. Jednych ludzi pozbawia się stopy, innych oczu; pełno w nich zbrodni i kar wszelkiego rodzaju; chrześcijanin nienawidzi chrześcijanina: zdala od nas z taką religią.” wschód slońca 2

Pomorzanie mieli pełne prawo tak mówić.
Współczesny autor wyprawy Ottona stwierdza mianowicie fakt, iż „taka panuje u nich uczciwość i wzajemne zaufanie, że nie znając u siebie zupełnie kradzieży i oszustw, schowki i skrzynie trzymają niezamknięte.
Niezwyczajni zamknięć i kluczy, wielce się dziwowali, widząc juki i skrzynie biskupa pozamykane.”
Świadectwo to nie jest bynajmniej odosobnione.
Helmold, kronikarz z drugiej połowy XII w., wyliczając wspaniałości miasta Wolina, kończy w ten sposób:

„Poza tym, jeśli chodzi o moralność i gościnność, trudno by znaleźć lud bardziej zacny i szlachetny.”

A oto obraz stosunków społecznych w królestwie Ranów:

” – nie znaleźć u nich kiedykolwiek żebraka albo kogoś w niedostatku. Skoro tylko podeszły wiek czyni któregoś z nich słabym i ułomnym ,zostaje on powierzony opiece potomka, obowiązanego sprawować ją z największą starannością.”

Tenże Helmold o Prusakach:

” Nadzwyczaj ludzcy wobec potrzebujących pomocy, wychodzą nawet na morze na ratunek znajdującym się w niebezpieczeństwie lub napadniętym przez piratów.
Wiele uznania godnych rzeczy można by powiedzieć o tym ludzie odnośnie ich moralności, gdyby tylko posiadali wiarę w Chrystusa, którego misjonarzy okrutnie prześladują.”

Wysoki poziom etyczny i obyczajowy naszych przodków, jakże dodatnio świadczących o ich kulturze, nie był wcale wynikiem jakiejś wrodzonej rzekomo Słowianom dobroduszności i miękkości serca.
Słowianie nie byli ludem ślamazarnych, sentymentalnych niedołęgów, za jakich chcą ich mieć nasi rzepichopiastowi historycy. 

Słusznie zauważa obcy autor:

„Pisarze słowiańscy, jak Szafarzyk, lubują się w przedstawianiu naszych przodków jako plemiona spokojne, nienapastliwe, niczego do szczęścia nie pragnące jak tylko spokoju z sąsiadami. Jednakże wydaje się nie być na to żadnego dowodu, są to raczej sny o dawnym wieku złotym, ponieważ, niewątpliwie, skoro tylko Słowianie pojawiają się na arenie historii, widzimy ich jako naród wojowniczy, agresywny i nie znający spokoju.” 0post 3

Smutne to, a zarazem znamienne, że prawdy o Słowianach szukać nam trzeba u obcych, a nie u swoich pisarzy.
Nie gnuśnych ciemięgów, ale wojowniczych zdobywców widział w Słowianach Karol Wielki, wznosząc przeciwko nim łańcuch twierdz wzdłuż Łaby i Sali.
Podobnie Duńczycy, zagrożeni przez Słowian w samym istnieniu, zabezpieczają przed nimi swój półwysep Wałem Duńskim.
W oczach Helmolda Polacy i Czesi są dzielni w boju, lecz niezwykle twardego serca w łupiestwie i zabijaniu.

Mówiąc zaś o Słowianach w ogóle, tenże kronikarz powiada:

„Ponadto ludom słowiańskim wrodzone jest okrucieństwo, nie znające granic, niespokojność ducha, co poprzez ląd i morze daje sie we znaki okolicznym krajom. Trudno powiedzieć o różnych sposobach śmierci, zadawanych przez nich wyznawcom Chrystusa.”

Wobec tych co z bronią w ręku szli rabować ich ziemie i dusze, Słowianie umieli być okrutni i nic dziwnego, że wówczas ucięte głowy niemieckich biskupów toczyły się pod stopy słowiańskiego boga w Radogoszczy.
Jeśli przeto apostoł Niemiec św. Bonifacy nazywa naszych przodków „najbardziej odrażającą i najbardziej zbrodniczą z ras ludzkich” – to wiadomo kiedy i w stosunku do kogo okazywali się Słowianie takimi.
Natomiast o cechującej ich wielkoduszności i szlachetności wobec słabych i bezbronnych możemy sądzić z następujących zdarzeń.
Poprzednikiem Ottona w próbach nawracania Słowian był hiszpański mnich, też biskup, Bernard.
Ducha bardzo ewangelicznego, ów świętobliwy biskup zjawił się wśród Pomorzan bez odpowiedniej świty, boso, w nędznym habicie zakonnym, pełen natomiast apostolskiego zapału.
Wzbudził ogólne lekceważenie i wzgardę, Pomorzanie bowiem, podobnie jak Ranowie, nie mieli u siebie biedoty ani żebractwa, ubóstwo uważali za nieprzyzwoitość, w żadnym wypadku nie dającą się pogodzić z powagą stanu kapłańskiego.
Patrzyli tedy na obdartego, a nieproszonego gościa jak na włóczęgę szukającego łatwego chleba. Gdy jednak biskup, gwałtem pragnąc aureoli męczeństwa, porwał się w Wolinie na święty posąg czy też obraz, gospodarze orzekli, że musi to być chyba nieodpowiedzialny za swe czyny maniak, niespełna rozumu.
Wsadzili szaleńca na statek i odstawili całego a zdrowego, lecz bez korony męczeńskiej, poza granice kraju. 0post 4

Upłynie 6 wieków „dobroczynnego” oddziaływania katolicyzmu, a na tej samej ziemi słowiańskiej, w Toruniu świat ujrzy ze zgrozą inną zgoła reakcję obrażonego w swych uczuciach religijnych społeczeństwa.
Padnie wówczas 13-cie wyroków śmierci, około 40 osób pójdzie do więzienia.
Krwawa Łaźnia Toruńska z 1724 r. to tylko jeden z przykładów katolickiej caritas w interpretacji Jezuitów.
Wracając do Słowian – zdrowie moralne i tężyzna duchowa naszych przodków czyniły ich zdolnymi do przejawiania imponującej aktywności życiowej, nie krępowanej żadnymi tendencjami kwietystycznymi.
Zamożność i dostatek Słowian Zachodnich budziły podziw u cudzoziemców, którzy z racji swego stosunku do pogaństwa nie byli wcale skorzy do przesady w pochwałach.
Towarzysz św. Ottona, notując mnogość zwierzyny i bydła, obfitość pszenicy i miodu w kraju Pomorzan, nie waha się napisać, że „gdyby miała winną latorośl, oliwki i figi, sądziłbyś że jest to ziemia obiecana, z powodu bogactwa drzew owocowych.”
O nich to, o naszych przodkach napisze obcy historyk z ubiegłego stulecia:

„Te wendyjskie ludy znały górnictwo, którego nauczyły się od Markomanów, i pozostawiły po sobie najstarsze ustawodawstwo górnicze. Byli oni narodem tak skrzętnym i rolnictwu tak oddanym, że każdą połać ziemi, którą zamieszkiwali, obracali na uprawę wszelkich gatunków zboża i owoców.”

Gdy taki był obraz życia pogańskich Słowian, to w tym samym czasie w Europie chrześcijańskiej, nękanej przez plagi, krucjaty i głód, kwitło w najlepsze ludożerstwo.
W biskupim mieście Troyes można było kupić na targu mięso ludzkie – ba! – upieczone w dodatku.
Słowianie Zachodni, chociaż celowali w rolnictwie, byli również ludem morskim i w tej dziedzinie przodowali sąsiadom, o czym świadczyć może szczegół, że sztuka solenia śledzi znaną była Pomorzanom wcześniej niż Duńczykom i Niemcom z nad morza Północnego, którzy dopiero u Słowian nauczyli się tej umiejętności.
Handel solą i śledziami kwitł w „słonym Kołobrzegu”, gdzie zawijały statki z dalekich stron i gdzie też zaopatrywało się w produkty morza bliskie zaplecze – Polska.
Pomorski bursztyn szedł szeroko w świat, znali go i cenili Rzymianie, Grecy, Arabowie. 0post 5
Każdego kto przystępuje do badania przeszłości Pomorza, uderzyć musi duża ilość osiedli, miast i portów, rozsianych gęsto pomiędzy Łabą a ujściem Wisły.
Starogard, Welegrad, Arkona – miasto 30-sto tysięczne w 12 wieku.
Roztoka, Dymin, Wolgast, Wszedom, Wolin, Szczecin, Kołobrzeg, Kamień – tętniły ruchem i życiem.
Miasta te posiadały z reguły własną organizację samorządową, z burmistrzem, radą miejską, urzędnikami, z własnym ustawodawstwem, systemem podatkowym, itp.
W Szczecinie, gdzie targi odbywały się 2 razy w tygodniu, znajdowało się specjalne podwyższenie na rynku, na które wchodziło się po stopniach, a które służyło urzędnikom miejskim do obwieszczania ludności rozporządzeń władz.
A oto jak wyglądała perła Bałtyku, legendarna, Wineta, słowiański Wolin, o którym kronikarz zapisał co następuje:

„Opowiada się o tym mieście rzeczy nadzwyczajne i prawie nie do wiary, wymienię przeto nieco godnych przekazania szczegółów o nim. Było to prawdziwie największe ze wszystkich miast Europy, a mieszkali tam Słowianie i ludność mieszana z innych narodów, Greków i barbarzyńców. Cudzoziemscy Sasowie również otrzymywali zezwolenie mieszkania tam na równych prawach z innymi, pod jednym warunkiem, a to żeby w czasie swego pobytu w mieście nie wyznawali otwarcie wiary chrześcijańskiej. Przez cały czas aż do zburzenia miasta jego mieszkańcy błądzili w wierzeniach pogańskich. Poza tym, jeśli chodzi o moralność i gościnność, trudno by znaleźć lud bardziej szlachetny i zacny. Bogate w towary wszystkich narodów, Jumne obfitowało we wszystko co było przyjemne i rzadkie.”

Na uwagę zasługuje również stolica Ratarów Radogoszcz, w ustach Helmolda:

” Bardzo szeroko znana Retra, siedziba bałwochwalstwa, gdzie została wzniesiona wielka świątynia, poświęcona demonom, z których najważniejszym jest Radgast. Jego posąg ozdobiony jest złotem a łoże okryte purpurą. Zajmująca środek miasta warownia ma dziewięć bram, dostępu do niej broni ze wszystkich stron głębokie jezioro. Drewniany most użycza przejścia jedynie tym, którzy pragną złożyć ofiary lub zasięgnąć rady wyroczni.”0post 6

O budownictwie Słowian możemy z całą pewnością powiedzieć, że stało na poziomie dalekim od prymitywu.
Świątynie słowiańskie były prawdziwymi dziełami sztuki, świadczącymi o wysokim smaku artystycznym i zamiłowaniu do piękna u ich twórców, biegłych w architekturze, rzeźbiarstwie i malarstwie.
Bije mocniej serce słowiańskie, gdy wyobraźnia chłonie opisy dawnej praojców świetności: „w mieście Szczecinie były cztery kontyny, lecz jedna z nich najokazalsza, zbudowana była z zadziwiającą sztuką i pięknie zdobiona, miała bowiem wewnątrz i zewnątrz rzeźby, obrazy postaci ludzkich, ptaków i dzikich zwierząt, które ze ścian spoglądały, a tak wiernie i naturalnie były przedstawione, że wydawały się jak żywe i życiem tchnące, i, co określiłbym jako rzadkość, żadna niepogoda, śnieg czy deszcz, nie były w stanie zaszkodzić świeżości barw malowideł zewnętrznych lub zamazać tego, co sprawiła sztuka malarzy.”
Tak wyglądały dzieła słowiańskich mistrzów.
Po nich przyjdą inni, zniszczą nienawistne im Piękno, a na jego gruzach obkadzać poczną swoje szpetne bohomazy.
Wspomnieć tu również należy o innym mieście pomorskim, Guckowie, gdzie mieszkańcy, zagrożeni przymusową chrystianizacją, używali wszelkich zabiegów by ocalić tamtejszy chram, który, uważany za wielkie dzieło sztuki, stanowił ozdobę miasta i przedmiot chluby ludności. Nie pomogło nic, i piękna świątynia guckowska podzieliła los wszelkich innych pomników sztuki słowiańskiej.
Zagładzie uległo piśmiennictwo słowiańskie, o którym wiemy, że było, a o którego poziomie możemy się dziś jedynie domyślać, porównując osiągnięcia naszych przodków w innych dziedzinach umiejętności ludzkich.
O roli, jaką słowa pisane odgrywało w życiu publicznym Pomorzan, sądzić możemy z tego, że gdy w roku 1128 książę Warcisław zwołuje wiec ogólnokrajowy i w tym celu rozsyła wici, są one pisane i zawierają wyszczególnienie spraw mających być przedmiotem obrad. 1żeromski

Już w X wieku Boso, biskup Merseburga, nawracacz Słowian, uważa za wskazane napisać dla nich liturgię katolicką w języku i alfabetem słowiańskim.
Mowę słowiańską znał również cesarz Niemiec Otto I.
Jeśli wierzyć kronice Prokosza, sztuka pisania znaną była naszym przodkom na długie wieki przed erą Gallów i Kadłubków.
Przed nimi istniał długi poczet dziejopisów pogańskich, najstarszym z których miał być Wojan, ojciec historii polskiej, twórca pisma słowiańskiego.
Sięgamy tu w pełną tajemnic epokę Lechów, Wicimirów, Kraków, Przemysławów, Leszków, Ziemowitów – epokę wykreśloną z historii naszej, uznaną za bajeczną, psuje ona bowiem harmonię rzepichopiastowej legendy.
Mówiliśmy już o tym, jak to Słowianie Zachodni, posiadając morze, umieli uczynić zeń źródło gospodarczego dobrobytu i teren pokojowej pionierskiej pracy.
Równie przedsiębiorczymi byli oni w dziedzinie morskiej sztuki wojennej.
Słowianie pierwsi z ludów pobrzeża bałtyckiego poczęli budować statki zdolne do przewozu wojsk konnych.
Tak jest; czego nie mogła dać kawalerii Czarnieckiego niedołężna Rzeczpospolita, jazda Pomorzan miała 500 lat przedtem.
W roku 1136 książę Racibor, załadowawszy swą armię na 250 statków, po 44 ludzi i po 2 konie na każdym, płynie z tym wojskiem około 300 mil morzem i ląduje po drugiej stronie Bałtyku na skandynawskim brzegu.
Tam zdobywa leżące przy ujściu rzeki Goty bogate i silnie bronione miasto Konungahella, przy czym zagony jazdy osłaniają oblegającą miasto piechotę.
Opisując szczegółowo przebieg oblężenia, kronikarz wymienia imiona dowódców wojsk Racibora, a mianowicie Unibor i Dunimir.
O śmiałej tej wyprawie długo było głośno na całej Północy. 0post 8
Dziś – które dziecko polskie zna imiona bohaterów, pomni dni sławy, kiedy to skaliste brzegi Skandynawii grzmiały echem kopyt słowiańskich koni.
Bardziej niż daleka ojczyzna Wikingów, wystawione były na najazdy Pomorzan, zarówno z morza jak i lądu, bliskie dzierżawy Duńczyków, starych nieprzyjaciół i rywali o władztwo Bałtyku.
I gdy czytamy, jak to król Danii Svein posyła w r. 1157 dary dla Światowida w Arkonie – m. in. kosztowny puchar złoty – widzimy w tym nie sentyment, ale gest polityczny dla pozyskania względów groźnych na morzu Ranów.
Dary chrześcijańskiego monarchy u stóp słowiańskiego Boga – cóż za wspaniały widok!
W tejże Arkonie w której stał Święty Biały Koń którego według wierzeń Ranów dosiadał nocą sam Światowid.
Tak było w one dni sławy i potęgi, kiedy zdawało się, że rozlany szeroko na olbrzymich przestrzeniach od Peloponezu po Jutlandię żywioł słowiański decydować będzie o obliczu Europy.
Sławę Trygława śpiewały nie tylko fale Bałtyku, kamienne twarze dumnego bożyca patrzyły również ze szczytów Karkonoszy w modrą toń Jadranu, Adriatyckiego morza.  

0post 7

Nie raz nie dwa szczerbił się miecz słowiański o mury złotego Carogrodu, a zbrojne zadrugi niosły swe panowanie hen aż do Grecji na Jońskie wybrzeża.
Na przełomie VIII w. zanosiło się na to, że Europa stanie się słowiańską.
To nie nastąpiło, przeciwnie, następne stulecia przynoszą już tylko powolne lecz ciągłe cofanie się Słowiańszczyzny, upadek jej kulturowy, niewolę duchową i utratę samodzielności politycznej ludów słowiańskich.
Dotyczy to w pierwszym rzędzie Słowiańszczyzny Zachodniej.
Jest rzeczą niezmiernej dla nas wagi zdanie sobie sprawy z tego, jak się to stało.
Od razu trzeba stwierdzić, że to co na ten temat mają do powiedzenia nasi uczeni, razi płycizną i brakiem krytycyzmu.
Nauka nasza orzekła bezapelacyjnie, że powodem nieodegrania przez ludy słowiańskie poważniejszej roli historycznej były wrodzone rzekomo Słowianom bierne cechy ich charakteru, a w szczególności skłonność do anarchii i niezdolność organizacyjna.
Fenomen katastrofy dziejowej Słowian trzeba było w jakiś sposób wytłumaczyć, przyjęto więc podsuniętą przez obcych tezę o „improduktivite slave”.
Teoria o nietwórczości słowiańskiej powstała w czasie, gdy Słowianin jest już tylko pojęciem biologicznym, a dawno przestał istnieć jako typ duchowy, reprezentujący własną, słowiańską kulturę.
Z czasów gdy ta ostatnia była wartością żywą, historia przekazała nam zgoła odmienny obraz Słowianina jako typu człowieka.
Możemy o nim sądzić choćby na podstawie tego, co wyżej zostało zebrane fragmentarycznie w odniesieniu do Słowian Zachodnich, do których my należymy. Zarzut anarchizmu Słowian wydaje się tym mniej przekonywujący, skoro się zważy, że wszystkie narody Europy wykluwały się wśród nieopisanego zamętu i chaosu walk wewnętrznych, kiedy to twory państwowo-polityczne znikały równie szybko jak powstawały, a liczba udzielnych księstw i ksiąstewek w łonie jednej i tej samej masy biologicznej szła, jak w Niemczech, w dziesiątki i setki. Ci zaś, co w dobrej wierze anarchizmem słowiańskim chcieliby tłumaczyć stan rzeczy w Polsce w epoce zwanej saską – stawiają się sami poza nawias ludzi myślących. 111

Porażka dziejowa Słowiańszczyzny, to przede wszystkim zagadnienie kulturowe.
Żywioł słowiański przestaje być samodzielnym podmiotem historii a staje się jej przedmiotem z chwilą, gdy zniszczeniu ulega motor duchowy, który tę olbrzymią masę biologiczną wprawił w ruch, nadawał jej wyraz i kierunek, stanowił o jej spoistości wewnętrznej i prężności na zewnątrz.
Motoru tego zabrakło, gdy zniszczona została kultura słowiańska.
Przyczyny klęski danego typu kulturowego mogą być trojakie: zetknięcie się z innym, wyższym typem kultury; zniszczenie mechaniczne przez wrogie siły fizyczne; niemoc wewnętrzna jako skutek zaszczepienia elementów rozkładowych z zewnątrz.
Pomijamy tu wypadek śmierci naturalnej typu kulturowego z powodu jego przeżycia się, o czym w odniesieniu do młodej kultury słowiańskiej nie można mówić.
Na jej zniszczenie złożyły się trzy pierwsze przyczyny.
Zachód Europy, znajdując się w bezpośrednim i długotrwałym zasięgu kultury grecko-rzymskiej, miał czas i możliwość wysunięcia się na przód w swym rozwoju według wzorów już gotowych, po które trza było jeno ręką sięgnąć do bezpańskiego skarbca po starożytnych.
Chrześcijaństwo, ta swoista kategoria kulturowa, zanim usadowi się w duszy Zachodu ze skutkami widocznymi dopiero w późnym średniowieczu, jest na początku tego okresu raczej tylko instrumentem szerzenia bezsprzecznie najwyższej w ówczesnym świecie cywilizacji rzymskiej, względnie tego co po niej pozostało.
Cesarstwo rzymskie Karola Wielkiego to nie tylko wyraz ambicji politycznych, ale również świadectwo latynizacji Zachodu.
W starciu z tym uformowanym już i okrzepłym duchowo Zachodem młode, występujące dopiero na drogę rozwoju Słowiaństwo było z natury rzeczy stroną słabszą, i to właśnie, nasza młodość kulturowa zadecydowała o wyniku walki.
Bo chociaż piękne osiągnięcia możemy zapisać na dobro Słowian Zachodu, to jednak jako całość Sławia w stosunku do swych wrogów, dysponujących bogatym dziedzictwem Rzymu, była konkurentem na dorobku, wartością kulturową młodszą, – i to ją zgubiło.
Wynikiem zetknięcia się dwóch obcych sobie światów może być tylko walka, nieubłagana, na śmierć i życie, a toczy się ona nie tylko wtedy gdy szczęka oręż i leje się krew.
Wojny są jedynie epizodami w bezkrwawych zmaganiach o zwycięstwo własnego sposobu pojmowania życia – stawka, która w każdym momencie dziejów mobilizuje ludzi przeciwko ludziom, ideę przeciwko idei, kulturę przeciw kulturze.
Świat słowiański i świat Zachodu to były moce nawzajem się wykluczające i najbardziej sobie wrogie.
Toteż z łatwością przyszło chrześcijaństwu poruszyć przeciwko Słowianom całą potęgę Zachodu, rozpalić wyobraźnię świeżo pozyskanych dla krzyża ludów, które z zapałem i gorliwością neofitów podejmują hasło walki z pogaństwem.

Qc7VGzg (1)

Wyprawy krzyżowe, o czym nasi historycy wolą milczeć, szły nie tylko do Palestyny.
Krucjacie z 1147, związanej z imieniem Bernarda z Clairvaux, przyświeca jako jeden z celów złamanie dumnych Słowian połabskich. Zebrane wówczas wojska dzielą się na trzy części: jedna z przeznaczeniem do Azji, druga do Hiszpanii przeciwko Arabom, trzecia zaś armia rusza na podbój Sławii.
Wyprawie, która ściągnęła panów i książąt z całych Niemiec, przewodzi z ramienia papieża jego legat i biorą w niej udział „wszyscy biskupi Saksonii”
W sławnej pamięci pozostanie bohaterska postać Niklota, księcia zagrożonych w pierwszym rzędzie Obotrytów, który nie czeka na wroga bezczynnie, uderza pierwszy, pustoszy jego ziemie, a równocześnie, budując twierdze na własnej granicy i zabiegając o pomoc sąsiadów, nie zaniedbuje niczego dla odparcia najazdu.
Krucjata z roku 1147 nie była pierwszą ani ostatnią.
Wyprawy na Słowian, organizowane przez papiestwo, groźne były tym bardziej, że pokrywały się całkowicie z interesem politycznym Niemiec.
Katolicki krzyż i germański miecz złączyły się we wspólnym wysiłku, by nieść znienawidzonej Sławii niewolę duchową i zagładę fizyczną.
Skuteczny odpór połączonym siłom wrogów dać tylko mogła zjednoczona moc słowiańska i nie brak dowodów, że świadomość tego istniała wśród poszczególnych plemion, zwłaszcza połabskich.
Z biegiem czasu zarysowują się tam trzy większe ośrodki krystalizowania się jedności słowiańskiej: związek Serbo-Łużycki, związek Weletów i związek Obotrytów.
Tym ostatnim często stają w potrzebie Pomorzanie, Czesi w utrzymaniu się Lutyckiego szańca widzą swój własny dobrze zrozumiany interes.
Właśnie Czesi karzą śmiercią odstępcę wiary ojców, Wacława, który inaczej niż to czyniła jego matka, dzielna Drahomira, pozostawił bez pomocy napadniętych Połabian i ukorzył się przed Niemcami.
Nim doszło do nierozumnych walk Krzywoustego z Pomorzanami, musiały istnieć jakieś ściślejsze związki pomiędzy tymi ostatnimi a Polakami, skoro Nestor żyjący w XII w. mógł pisać o jednym wielkim plemieniu Lechitów, w skład którego wchodzili oprócz Polan także i Pomorzanie, Wieleci oraz Obotryci, ponadto Mazowszanie, Wiślanie i inni.
Proces politycznego jednoczenia Sławii Zachodniej, zapoczątkowany powstaniem rozległego państwa Samona w VII w., imperium wielko-morawskiego w IX w. a związków połabskich w tym samym względnie późniejszym czasie – zwolna, ale postępował, a jego pierwsze etapy, znaczone nietrwałością tych tworów, należą do normalnych zjawisk w przebiegu krystalizacji wspólnoty rasowo-kulturowej.
Niestety, za Łabą proces ten, z przyczyn o których już mówiliśmy, dokonywa się szybciej.
W chwili gdy świat germański rusza na podbój Sławii, nie jest ona jeszcze dojrzałą kulturowo na tyle, by poczucie wspólnoty krwi i ducha skupić mogło rozstrzelony żywioł słowiański w jedną potężną całość, świadomą siebie, swych przeznaczeń i celów.
Odruchy samozachowawcze młodej, nieobjawionej jeszcze samej sobie duszy słowiańskiej są nieraz ślepe, często wprost samobójcze.
W momencie gdy na przedpolach Polski krwawią się Połabianie, którzy bohatersko opierają się germanizacji i katoliczeniu – w tym momencie Mieszko I otrzymuje chrzest, tym samym wprowadza bezwiednie wroga na tyły wiernych obrońców słowiańskiej ziemi i kultury.
Historycy nasi rozpływają się w pochwałach kroku Mieszka, jako aktu mądrości politycznej. Poglądy ich zgodne są na tym punkcie z bezinteresowną opinią członków Towarzystwa Jezusowego.
I Mieszko wbija nóż w plecy Połabskich Słowian… aach
Ponieważ wprowadzenie chrześcijaństwa do Polski, poza tym że było ciosem w plecy walczących Połabian, rozsadzeniem Lechii od wewnątrz, nie tylko że nie odsunęło od Polski niebezpieczeństwa germanizacji, ale przeciwnie, skutecznie torowało jej drogę.
Poddanie się chrześcijaństwu postawiło Polskę w roli klienta Zachodu, skazywało na trwałą zależność odeń w dziedzinie najbardziej decydującej o stosunku wzajemnym narodów, bo kulturowej.
Zmuszona do wyrzeczenia się tego wszystkiego co stanowiło dotąd jej własne oblicze duchowe, Polska wchodzi do społeczności narodów zachodnich jako nowicjusz, długo bez jakichkolwiek szans na dorównanie, a tym bardziej na przodownictwo swoim mistrzom.
Wyższość Zachodu reprezentowały wobec Polski, zwłaszcza w początkowym okresie, Niemcy, i to zaważyło fatalnie na dalszym układzie sił na naszych zachodnich granicach.
Uczynić trwałym dzieło Chrobrego, podnieść je do roli wszechsłowiańskiego imperium, nadać mu siłę atrakcyjną w oczach wycinanych na progu Polski plemion tego samego języka, tej samej wiary i ducha – mogło tylko pogaństwo.
Pogaństwo jako więź kulturowa, wspólna tej olbrzymiej masie ludzkiej, słowiańską mową słowiańskiego Światowida sławiącej. 
Tej mocy drzemiącej w ich sercach i duszach, przodkowie nasi nie byli jeszcze w pełni świadomi.

Idea zjednoczenia Sławii pod wodzą Polski straciła swą moc z chwilą, gdy zgasły znicze w Poznaniu, Gnieźnie, Krakowie.
Na miejsce zniczów postawiono, mieczem obcym chronione, krzyże – symbole zagłady tego wszystkiego co było duszą Słowiańszczyzny.
I, równocześnie, symbole wciskania się niemczyzny. 1flaga 2
Bez znaczenia pozostaje podkreślany w podręcznikach historii szczegół, że pierwsze forpoczty chrześcijaństwa dostały się do Polski nie prost z Niemiec, a drogą okrężną przez Pragę.
O chrześcijaństwie, a tym mniej o katolicyźmie czeskim z tego okresu nie można mówić poważnie, zważywszy, że długo po Cyrylu i Metodym i św. Wacławie, wciąż silne pogaństwo kilkakrotnie odzyskuje władzę nad krajem, jak za Drahomiry i Bolesława I, który panowanie swoje rozpoczyna rzezią chrześcijańskich księży.
Św. Wojciech dwukrotnie uchodzić musiał przed wzburzonym ludem, z Pragi do Rzymu, a okoliczności które skłoniły nieszczęsnego biskupa do udania się do Prusów były zgoła dramatyczne.
Wydaje się, że zwątpiwszy w nawrócenie zatwardziałych w pogaństwie rodaków, a wiedząc z doświadczenia, że do Rzymu, jako wygnaniec, nie ma po co wracać – w samobójczej, aureolą męczeństwa opromienionej śmierci poszukał końca swych zawodów i upokorzeń.
Słowianie, dopóki byli Wolni, żywili uczucia dalekie od miłości w stosunku do świętych patronów, narzuconych im później przez Rzym.
Jakże straszliwą wymowę posiada to, że zarówno św. Wacław, symbol upadku godności narodowej, jak i św. Stanisław, zdrajca swego króla, zostali patronami, jeden Czech, drugi – Polski! 
Zanim do tego dojść mogło, długo lała się krew i dymiły zgliszcza po całej ziemi naszej.
Podobnie jak to było nad Łabą, na Pomorzu, w Czechach i gdzie indziej, katolicyzm wchodził do Polski po trupach – o tym trzeba pamiętać.
Wprowadzany siłą, katolicyzm w Polsce długo jeszcze nie ważył się zapuszczać swych korzeni poza obręb miast i warowni, a cudzoziemskimi mnichami obsadzonych klasztorów.
Lud w swej masie trwał mocno w wierze ojców.
Po śmierci Mieszka II w r. 1034 zwycięskie pogaństwo zmiata z ziemi polskiej i te nieliczne placówki katolicyzmu i niemczyzny.
Na chwałę Światowida płoną, gdzie je zdążono postawić, kościoły.
Kazimierz Mnich (Odnowiciel) z jego niemieckim otoczeniem uchodzić musi z kraju, lud wszędzie wycina znienawidzonych księży.
Oprócz momentów religijnych i, mówiąc językiem dzisiejszym, patriotycznych, w tym wybuchu żywiołowej nienawiści mas ludowych grały też swoją rolę względy socjalne.
Krzyż oznaczał nie tylko wyrzeczenie się ojczystych bogów i obyczajów, ale również uciążliwe dziesięciny na rzecz kleru, z czym wszystkim wolny kmieć słowiański nie mógł się pogodzić bez walki.
Liczne powstania poniewolonych już plemion nadłabskich często na tym wybuchały tle i tym też w dużej mierze należy tłumaczyć zaciekłość, z jaką lud za Masława wyrzynał apostołów zagranicznej wiary.
To co u ludu było odruchem instynktownym, naturalną reakcją wobec obcości, wśród światlejszych elementów, skupionych wokół Masława, księcia Mazowsza, wyrażało się w świadomym dążeniu do odbudowy państwa na zasadach rodzimego pogaństwa.
Masław dostrzegał jasno niebezpieczeństwo krzyża, zdawał sobie sprawę, że chrześcijaństwo i słowiańszczyzna to są dwa światy nawzajem się wykluczające, że nie ma dla nich miejsca obok siebie razem na ziemi polskiej. Tragedią Masława było, że w tej przełomowej epoce tak jasno jak on patrzyło w Polsce niewielu.
Rozumiemy pobudki katolickich historyków, usiłujących pomniejszyć wypadki doby Masława, a jego samego sprowadzić do wymiarów zwyczajnego awanturnika.
Wyniosła postać pogańskiego władcy nie pasuje im do rzewnego obrazku rzepichopiastowej Polski, radośnie padającej w objęcia krzyża.
Z historii naszej nic nie wymaże faktu, że w sto lat prawie po owym reklamowanym roku 966 – w samym sercu polski powiewał dumnie sztandar Światowida.
Masław nie cierpiał katolicyzmu całą mocą swej słowiańskiej duszy, jak mówi podanie, darować głosicielom swoistej czystości duch ich pogardy dla spraw cielesnej higieny, co w oczach Słowian, zamiłowanych w swoich łaźniach, piętnowało katolickich mnichów mianem brudasów.
Takimi też byli ci pionierzy wytworzonej w zaduchu cel pustelniczych doktryny, że poniżenie człowieka dodaje chwały Bogu, że niechlujstwo ciała jest cnotą, a czystość osobista oznaką grzesznej pychy.
Słowiańska łaźnia, ten piękny i charakterystyczny szczegół życia naszych przodków, znika w miarę szerzenia się katolicyzmu i staje się na wsi polskiej zamierzchłym wspomnieniem w epoce saskiej, kiedy kościół i karczma stanowiły jedyne ośrodki życia zbiorowego ludności wiejskiej, kiedy na głowach bogobojnych owieczek rosły kołtuny, i kiedy w stolicy „postępowy” król bił własne wszy za pomocą srebrnego młotka.
Wróćmy jednak do czasów stokroć interesujących.
Na to co się działo w Polsce po wygnaniu Mnicha, nie mógł patrzyć obojętnie ani papież ani cesarz niemiecki, jednakowo zainteresowani.
Masław, zanim zdołał zorganizować kraj, osłabiony walkami wewnętrznymi i najazdami sąsiadów, ma do czynienia z powracającym na czele rot niemieckich Mnichem.
Walka trwa przez całe 6 lat, w ciągu których mnich raz za razem ponosi porażki, jest bity w każdej co roku ponawianej próbie opanowania Mazowsza, gdzie Masław trzyma się mocno.
Dopiero nowa pomoc zagraniczna, tym razem Jarosława Kijowskiego, uzyskana przez Mnicha za cenę Grodów Czerwieńskich, przechyla ostatecznie szalę na rzecz chrześcijaństwa.
W roku 1047 na polach Płocka dochodzi do rozstrzygającej bitwy…..i w bitwie tej, pod stosami 15 000 poległych wojów Masława pada Polska słowiańska. 1slowo

Wprawdzie katolicyzm długo jeszcze nie czuje się pewnie w roli zwycięscy – walki z odradzającym się wciąż pogaństwem wypełniają w Polsce cały wiek XI i XII, – ale wynik tych rozpaczliwych bojów jest już z góry przesądzony.
Pomorze, ostatni bastion Pogaństwa, po upadku Masława może się spodziewać od Polski wszystkiego prócz pomocy.
W roku 1168 przestaje bić serce Słowiańszczyzny – pada królewska Rana.
Potomków tych co z imieniem Peruna na ustach gromili zastępy krzyżowców, uczono zawodzić pieśń mnichów klasztornych: „O Gloriosa Domina”, która to kantyczka w przeróbce na język polski, jako pieśń św, Wojciecha, nazywa się dziś starodawnym hymnem rycerstwa polskiego!
Z pozbawionym głosu narodem samozwańczy opiekunowie mogli robić i robili co chcieli.
Z chwilą zniszczenia rodzimej kultury co była siłą cementującą je w jedną całość, poszczególne kraje słowiańskie tracą samodzielność swego rozwoju, a co za tym idzie politycznych i wszelkich innych.
Zawsze gotowe sie ujawnić w każdym wielkim organizmie tendencje odśrodkowe nie mają już żadnego hamulca, pomiędzy licznymi ludami jednej niegdyś Sławii wyrasta stale pogłębiająca się przepaść różnic religijnych, językowych, cywilizacyjnych.
Rozbici na mnóstwo karłowatych tworów państwowych Słowianie stają się jako piasek na pustyni miotany wichurą.
Burze dziejowe przewalać się odtąd będą bezkarnie po ziemiach słowiańskich, niosąc żywiołowi słowiańskiemu śmierć, zniszczenie i niewolę.
Połabianie giną do szczętu niemal, Ruś jęczy przez wieki pod knutem Tatara, Południe odcięte od zaplecza fatalnym klinem madziarskim pada łupem Islamu i okazyjnie krucjat papieskich.
Czechy po zastrzyku chrystianizmu wiją się w konwulsjach choroby wewnętrznej, której symptomy, w postaci na pozór łagodniejszej ale tym bardziej straszliwe w skutkach, wystąpią w Polsce w całej swej grozie nieco później, w epoce saskiej.
Losy Polski stanowią najbardziej wstrząsający akt w tragedii biosu słowiańskiego.
Polska, której duchowy rozwój zwichnięto u kolebki, ma na tyle sił żywotnych, by przez dość długi okres następny swych dziejów cieszyć się względną jeszcze pomyślnością i rozrostem. Kryzys wybuchnie dopiero pod koniec XVI wieku, gdy hamowany dotąd proces katoliczenia wystąpi ze zdwojoną gwałtownością, po czym sparaliżowany, uśpiony w letargu katolickiego błogostanu naród stanie się bezwolnym obiektem bezbolesnej już operacji rozbiorów. k1

Operacji oczywiście przez katolicyzm ani przewidzianej ani pożądanej, niemniej przezeń zawinionej.
Zbliżamy się do zakończenia niniejszych rozważań.
Zmierzają one do wykazania, że Polska Ideologia Grupy, polski charakter narodowy, zanim wykształcił się w swą dzisiejszą postać, przeszedł trzy fazy rozwojowe.
W fazie pierwszej, gdy naród oddycha atmosferą własnej, rodzimej kultury, charakter ten jest słowiańskim.
W rzędzie kategorii kulturowych stanowi typ zdecydowanie dodatni, jest charakterem twórczym, mocnym, jest pięknym okazem możliwości rozwojowych człowieczeństwa.
Tym piękniejszym i drogim, że naszym własnym.
Stajemy ze czcią przed cieniami przodków co wspaniałym duchem słowiańskim ożywieni tworzyli wielkość naszej Rodzicy – Sławii, szeroko po świecie roznosili chwałę jej imienia.
W XII wieku gasną znicze co chwale tej dodawały blasku.
W mrokach nocy co zaległa ojczystą jego ziemię ginie szlachetny typ Słowianina.
Następną fazę w historii Polskiej Ideologii Grupy możemy określić jako okres fermentacji duszy narodowej, w której silne są jeszcze pierwiastki słowiańskie, a nalot chrześcijaństwa, przechodzącego swój własny kryzys, zbyt słaby jest jeszcze by je zdławić.
Rozpędem dawnej jeszcze żywotności idąc, naród dochodzi do znacznej potęgi polityczno-wojskowej, nie może ona jednak stać się fundamentem pod budowę równie potężnego ośrodka kulturowo-cywilizacyjnego co byłby zdolny przetworzyć oblicze Europy środkowo-wschodniej i żywiołowi polskiemu trwałe w niej przewodnictwo zapewnić.
Nie może, bo chociaż ramię jeszcze silne, dusza narodu jest okaleczała.
Duch narodu, ten istotny motor dziejotwórczy, jest już pozbawiony dopływu oryginalnej siły napędowej, jest już traktowany coraz obficiej mieszanką doń się nie nadającą.
Motor duchowy polski zacina się, zwalnia obroty, w końcu staje i zastyga w bezruchu.
Następuje to z chwilą gdy po brzemiennym w skutki przełomie kulturowym w Polsce pod koniec XVI wieku katolicyzm, ten sztucznie na pniu biologicznym narodu zaszczepiony system duchowy, przyjmuje się w pełni i staje się odtąd jedyną treścią wypełniającą dusze milionów.
Rodzi się i pleni polakatolik, jedyny odtąd obywatel Wielkiej Parafii Nadwiślańskiej jaką staje się Polska.
Polak-katolik – ślepy janczar tych co z jego domu uczynią przedmurze chrześcijaństwa i umierać każą za ideały wiodące naród prostą drogą do zatraty.
W tym to okresie, jako prawe dziecko katolicyzmu, zostaje wykształcona Polska Ideologia Grupy w jej dzisiejszej postaci, w okresie tym krystalizuje się ostatecznie to co dziś zwie się polskim charakterem narodowym.
Przebieg tego procesu będzie tematem dalszych rozważań.
Tutaj należy jedynie stwierdzić, że charakter narodowy polski, jedyny czynnik decydujący o losach narodu, jest, od fatalnego przełomu w wieku XVI do dziś, – produktem katolickiej kultury.
Charakter ten nie ma w sobie nic a nic ze Słowiańszczyzny, jest jaskrawym zaprzeczeniem twórczego ducha starożytnych przodków naszych.  

KSIĄŻKA CAŁA TUTAJ 

http://toporzel.pl/teksty/bezd.html

16/12/2019

 

NAJWAŻNIEJSI PRZEDCHRZEŚCIJAŃSCY BOGOWIE POLSCY (panteon Długosza)

Każda społeczność przedchrześcijańska tworzyła własną wizję wierzeń i własną mitologię, wszystkie te mitologie były oparte o 4 żywioły świata (plansza) i cykle wegetacji przyrody, wierzenia te były zawsze w związku i w zgodzie z naturą.

8ad9cca686bc63dc397a78b55a746ba3_1920

 

Bogowie polscy :

– Jasz (Jessa, Piorun)
– Nyja (Żmij, Weles)
– Łado (Swarożyc, Dadźbóg)
– Kuj (Kowal, Swaróg)
– Lel i Polel
– Łada (Dziedzileyla, Lela)
– Trzy Zorze (Zarzyce)
– Dziewanna
– Boginki
– Marzanna
– Jan Sobótkowy
– Leleń

Bogowie Polan

Na stronie http://www.bogowiepolscy.net/ o tych bogach są wspaniałe opracowania których 6 będzie niżej w linkach w pdf bo dobrze mieć wszystko w jednym miejscu, nie dawałem tylko plansz z wizerunkami Bogów z tej strony bo być może są w jakiś sposób zastrzeżone ponieważ potrafiły mi „znikać” z arykułów gdy kilku z nich użyłem, więc plansze są oczywiście umowne z Pinterestu, ale pozatym bardzo dużo głębokiej wiedzy nie tylko w tym temacie na tej stronie i napisano tam tak :

„Wiele atramentu przelano w kwestii panteonu Długosza. Myślę, że niepotrzebnie, ponieważ jest on stosunkowo wiarygodnym historykiem. Wątpliwości co do tego zasiał na dobre Aleksander Brückner, dla którego informacje Długosza pozostawały w sprzeczności z teorią ewolucjonizmu. Nie mając argumentów Brückner po prostu uznał, że Długosz polski panteon sobie zmyślił. W rzeczywistości można to powiedzieć o autorach wszystkich źródeł z owych czasów […] Najważniejsze jest to, co w sobie przekaz zawiera. Struktury opisujące rzeczywistość potrafią nie zmieniać się przez tysiąclecia [a porządkowane i badane powinny być] zgodnie z ich zbieżnością z rekonstruowanymi strukturami praindoeuropejskimi.”

„Jeżeli bowiem uznać, że przekaz Długosza może odnosić się do żywych wciąż w jego czasach wierzeń, albo, że korzystał on ze starszych – wartościowych źródeł i nie narzucał swojej metodologicznej idealizacji w postaci kalek z mitologii grecko – rzymskiej (w formie, jaka mogła być mu znana), to w porządku – można uznać przekaz za wartościowy w kwestii szukania w nim danych na potwierdzenie, lub zaprzeczenie kolejnych hipotez.”

„Aleksander Brückner, swym przesadnym krytycyzmem w stosunku do ocalałych okruchów informacji na temat panteonu Polski pogańskiej na dziesiątki lat skrępował i zahamował rozmach badawczy dociekliwości naukowych w zakresie studiów religioznawczych usiłujących zrekonstruować religię przedchrześcijańską Polski wczesnośredniowiecznej […] onieśmielił [Brückner] badaczy w podejmowanych próbach rewizji jego wprost totalnie negatywnego stosunku do średniowiecznych przekazów źródłowych w tej materii. I dopiero teraz można zauważyć usiłowania zmierzające do przezwyciężenia tego impasu. Hiperkrytycyzm Brücknera szczególnie złośliwie zaatakował informacje na temat panteonu polskiego przekazane przez Długosza, którego pomawia o sfingowanie bóstw pogańskich z niezrozumiałych dlań przyśpiewek ludowych, aklamacji weselnych: Jesza, Łado i Leli […] Brückner i jemu podobni zdają się też zapominać o tym, że religia tak Greków i Rzymian, jak i Germanów czy Słowian, jako ludów należących do tej samej rodziny indoeuropejskiej, kształtując się na gruncie analogicznych szczebli społeczno-gospodarczego rozwoju, przybierała zbliżone, różniące się tylko nazwą czy drugorzędnymi szczegółami formy zgodnie z teorią odbicia sformułowaną przez materializm historyczny.”

„Słownik staropolski” podaje definicję, że to jakieś okrzyki i rzekomo imiona bożków. Ostrożność wynikła z miażdżącej krytyki Brücknera jest jednak niezrozumiała w świetle źródeł piętnastowiecznych, które przecież wszystkie bez wyjątku charakteryzują owe imiona expressis verbis jako nomina idolorum, określając ich imiona jako idola [bóstwo], diabolos, wreszcie w duchu humanistycznym – deos et deas, a więc – tak czy inaczej – jako bóstwa. Dlaczego mielibyśmy kwestionować te kwalifikacje źródłowe?” 

Pozatym Postylla Łukasza z Wielkiego Koźmina z 1405 roku której Brückner nie znał, cytat :

„Ale Brückner przeoczył przekaz, który najprawdopodobniej był dla Długosza najpierwszym źródłem. Chodzi o Postyllę Łukasza z Wielkiego Koźmina. Magister Lucas, teolog i prawnik, był od roku 1411 do 1412 rektorem Akademii Krakowskiej (bakalaureat uzyskał w Pradze i później, jako jedyny mistrz krakowski bronił Husa); wysunięto hipotezę, że jest on autorem Kazań Gnieźnieńskich. Swą łacińską Postyllę kazań niedzielnych, dedykowaną Wojciechowi Jastrzębcowi, ułożył najpewniej w latach [1405-1412]. W kazaniu na Zielone Świątki tak mówi:

[tłumaczenie z łacińskiego oryginału]

„Należałoby zwrócić uwagę na tych, którzy dzisiaj mówią rzeczy bezbożne w tańcach lub gdzie indziej na widowiskach, rozważają w sercu rzeczy nieczyste, wykrzykują i wymieniają imiona bożków, i zastanowić się, czy jest możliwe <ich> nawrócenie do Boga Ojca. Na pewno nie. Albowiem nie wolno dopuszczać do uszu swobodnie tych świąt, które niestety obchodzą wedle tego, co pozostało z obrządków przeklętych pogan, jakimi byli nasi przodkowie, chyba że dla ukarania, tak jak niegdyś podniósł się krzyk mieszkańców Sodomy i Gomory. Albowiem na tym święcie swobodnie stawały się nieprzyzwoite obnażenia i inne obrzydliwości, o których Apostoł powiada, że nie godzi się ich nawet nazywać z powodu Boga Ojca. Takich rzeczy jednak, dzięki temu, że przybyło kaznodziejów, zaprzestaje się, a w wielu miejscach już się zaprzestało […] Nie ma innego imienia pod niebem, w którym możemy zostać zbawieni. Albowiem nie zbawia się człowiek w imię Łado, Jassa, !Quia, Nija, tylko w imię Jezusa Chrystusa […] Nie Łada, nie Jassa, nie Nija, które są skądinąd imionami bożków tu w Polsce czczonych, jak zaświadczają niektóre kroniki samych Polaków…”

„Przypominam sobie, iż w młodości czytałem w pewnej kronice, że były w Polsce bóstwa, skąd też do naszych czasów dociera taki obrzęd, a mianowicie tańce wykonywane przez dziewczęta z mieczami, jak gdyby na ofiarę bożkom pogańskim, a nie Bogu, i przez chłopców uzbrojonych w miecze i kije, które nawzajem sobie rozłupywali…”
http://www.bogowiepolscy.net/postylla.html 

Kilka cytatów z Jana Długosza :

„Na ich cześć ustanawiane były i urządzane igrzyska w pewnych porach roku, dla przeprowadzenia których nakazywano zbierać się w miastach tłumom mieszkańców obojga płci ze wsi i osiedli. Odprawiano zaś je prze bezwstydne i lubieżne przyśpiewki i ruchy, przez klaskanie w dłonie i podnietliwe zginanie się oraz inne miłosne pienia, klaskanie i uczynki przy równoczesnym przywoływaniu wspomnianych bogów i bogiń z zachowaniem rytuału. Obrządek tych igrzysk, raczej niektóre jego szczątki [istnieją] u Polaków aż do naszych czasów, mimo że wyznają oni chrześcijaństwo od 500 lat, powtarzane są co roku na Zielone Święta i przypominają dawne zabobony pogańskie dorocznym igrzyskiem, zwanym po polsku „Stado”, co tłumaczy się po łacinie grex, kiedy to stada narodu zbierają się na nie i podzieliwszy się na gromady, czyli stadka w podnieceniu i rozjątrzeniu umysłu odprawiają igrzyska, skłonni do rozpusty, gnuśności i pijatyki.”

„A ponieważ prawie we wszystkich miastach, miasteczkach i znaczniejszych wsiach Polski zachowywano posągi bogów i bogiń i święte gaje, które niszczono i łamano wolniej, niż opiewał rozkaz księcia Mieczysława, więc później Mieczysław naznaczył na rozbicie i zniszczenie ich we wszystkich stronach Polski dzień 7 marca.[…] Dokonane wówczas zniszczenie i zatopienie fałszywych bogów i boginek bywa przedstawione i wznawiane w niedziele W. Postu Laetare; w tym dniu wielu polskich wsiach noszą na wysokich tykach wyobrażenia Dziewanny i Marzanny, wrzucają je do trzęsawisk i topią; tradycja tego staroświeckiego zwyczaju aż dotąd u Polaków nie zaginęła.”

„Lubo zaś królestwo Polskie równo i płasko położone, i ztąd głównie pierwiastkowo nazwane, mniej ma gór niż inne kraje, ma ich jednakie, niemało, tak skalistych jako i ziemnych, z których celniejsze opiszemy. Łysej górze (Kalwaryi) dla jej głośnej sławy pierwszeństwo damy, jako przodkującej innym górom. Po niej pójdzie Wawel, przy nim bowiem i rządów skład najwyższy i królów stolica. Łysa góra, w ziemi Sandomierskiej, blisko miasteczka Opatowa, wysoka, prawie zawsze zimnem skrzepła, często zamglona, lub sypiąca śniegami albo deszczami; w wielu miejscach wypuszcza z siebie krynice. Jeżeli wierzyć można staremu podaniu gminnemu, sławna była niegdyś olbrzymami, którzy na niej zbudowali zamek, jak świadczą ogromne kupy gruzów i głazów. […] Nie wiadomo który z olbrzymów i kiedy zbudował ów zamek z tak długiemi ścianami, z tak ogromnych i niepożytych głazów, i tak wielkim trudem. Potwornych zwalisk tej olbrzymiej budowy, ogromnych kup gruzów i kamieni, ani ciernie, ani kolczyste rośliny, ani gęsto drzewa i mchy zakryć nie mogły.”

„Pewnego więc czasu, gdy Bolesław [Chrobry] zabawiał się łowami w lasach swoich około miasteczka Kielc, a miał w towarzystwie swojem książęcia Emeryka, zdarzyło się, że w pogoni za jeleniem [strażnikiem drzewa świata] wybiegł był na wyżynę gór, które Łysą górą nazywają, a nad które nie ma wyższych w Polsce. Tu, poniechawszy rogacza, poczęli z podziwieniem przypatrywać. się rozwalinom odwiecznej budowy, które skutkiem powszechnego potopu i dawności czasu zsypały się w ogromne skał pokłady, jakie i dziś oglądamy. Powiadają, bowiem, że to miejsce miało być niegdyś mieszkaniem i twierdzą olbrzymów, mężów wielkiej siły, którzy tu przez jakiś czas przebywali i mieli swoje siadło.”

Oraz:

„Łada bogini polska, którą na Mazowszu w miejscowości i wsi Łada czczono.”

Oczywiście bogini Łada nie wyklucza istnienia boga męskiego o takim samym imieniu Łada / Łado czy Łada jako sławiańskie określenie wodza, wojownika lub pana młodego.
http://www.bogowiepolscy.net/relacja-dlugosza.html 

Jan Długosz zasługuje na poważne potraktowanie nie tylko ze względu na bycie wybitnym historykiem swoich czasów – mamy informacje o żywych obrzędach czy wierzeniach jakie opisuje zarówno przed jak i długo po nim.
Na szczęście kolejne badania „Olimpu Długosza”, od Włodzimierza Szafrańskiego i Aleksandra Gieysztora zaczynając, ukazują zupełnie inny, wręcz fascynujący obraz wierzeń dawnych plemion prapolskich

Długosz ubolewał, w pierwszym tomie „Liber beneficiorum” („Księgi uposażeń”, napisanej w latach 1470-1480), że bardzo rzadko kazano do ludu po polsku i że wszyscy Polacy, z wyjątkiem nielicznych, zakonników albo uczonych [najczęściej księży], unikali nauki ewangelicznej.
W „Rocznikach” zaś pisał, że obrządki „ludorum” odprawianych ku czci bóstw pogańskich, co prawda w postaci szczątkowej, zachowały się do jego czasów, były więc powtarzane w drugiej połowie XV wieku – powiada – po 500 latach chrześcijaństwa u Polaków.

Trzeba rozpowszechniać gdzie się da polskie nazwy bogów sławiańskich bo przecież „Polacy nie gęsi”..

„Albowiem […] Łado, Jassa, Kuja, Nija […] które są […] imionami bożków tu w Polsce czczonych, jak zaświadczają niektóre kroniki samych Polaków…”
— Łukasz z Wielkiego Koźmina (1370 – 1412)

Poniżej sylwetki i skrócona charakterystyka  3 bogów i 3 bogiń polskich, a szczegółowa w linkach pdf.
Wyjątkowym bogiem Lechitów jest Jessa / Piorun i przy nim są 2 linki w pdf  i 2 charakterystyki bo skupia on kompetencje boga wszechwładnego (Świętowit) i boga gromowładnego (Perun).

1) JASZ / JESSA / PIORUN / ŚWIĘTOWIT

4f472057ccb34dd7aa19405d3c8e33ec

„Naprzód tedy Polacy, Pomorczycy, Mazurowie ty naprzedniejsze bogi mieli: Jowisza, którego zwali Jessa, tego chwalili za wszechmocnego i za dawcę wszech dóbr…” – Maciej Stryjkowski (1547 – 1593)

Najbardziej tajemniczy z Bogów dawnych Polaków: niebiański Jassa, a właściwie Jasz lub Jasza.
Po blisko półrocznych poszukiwaniach, w których materiały zebrali i przedyskutowali wspólnie Grzegorz Niedzielski, Kazimierz Perkowski i Wojciech Jóźwiak, można wskazać na następujące powiązania:

1. W źródłach historycznych bóg Jassa / Jessa jest jednym z bogów wymienianych najczęściej, a określanych jako polski:
– Koźmińczyk (1405-1412),(Yassa, żywy obrzęd wiosenny i nieznane wcześniejsze kroniki).
– Statua provincialia (1420), (Yassa).
– Sermones Cunradi (1423), (Yassa/Ysaya).
– Postilla Husitae przed (1450) (Yesse).
– Glosa przy S.Adalberti (vita ~1450), (agyejsze).
– Roczniki Długosza (1455), (bóg Jowisz-Jessa).
– Kronika Miechowity (1521), (Jessa).

2. Polański Jassa / Jessa czczony był, jak wynika ze źródeł średniowiecznych, przede wszystkim w okolicach równonocy wiosennej, ale prawdopodobnie i jesiennej (oraz poranka i zachodu) poprzez uczty ofiarne z wykorzystaniem głazów z wnękami ofiarnymi. Analiza porównawcza wskazuje, iż mógł to być bóg-wojownik na białym rumaku, ale także przyjazny gospodarz i dostarczyciel dóbr, analogicznie jak zachodniolechicki Świętowit i ożywiający przyrodę jak zachodniolechicki Jarowit i wschodniosłowiański Jaryło – bogowie o cechach gromowładnych.

3. Najbardziej prawidłowa wymowa to Jasz/Jasza lub Jas/Jasa choć w zależności od regionu mogły pojawiać się inne formy, np Jaś/Jaśa (por. polscy: Jasień=Jaś=Jaszink). Większość znaczeń o takich rdzeniach ulega licznym modyfikacjom. Imię Jassa wykazuje silne związki znaczeniowe z jasnością niebios, po czym najprawdopodobniej ekspanduje na inne pola znaczeniowe (jaść, jasion, jasieł itd).

4. Sławianie w odniesieniu do polskiego Jassy/Jessy kwalifikują się do grupy ludów indoeuropejskich gdzie rdzeń *ansu (pan, władca, bóg) przechodzi na bóstwa najwyższe i niebiańskie, czyli również: Celtowie – Esus, Germanie – Ass, Sarmaci – Uaszo (również plemię Jassowie), Persowie – Asza/Asura.
Spokrewnione znaczeniowo indoeuropejskie *awes-, aus-, *awsa- (świecić, błyszczeć) objawia się natomiast w imieniu kaszubskiego boga Jaster/Jastrzebóg (jak dotąd ignorowanego w komparatystyce), a kulturowo najbliższego polańskiemu Jassie/Jessie.
Oraz u rosyjskiego boga Usień/Awsień, a na gruncie bałtosłowiańskim u łotewskiego boga Jeusens/Jusens/Usinsz.

5. Interpretatio romana w odniesieniu do Jassy wydaje się być najbardziej prawidłowe, jeśli w pierwszym rzędzie zastosować je nie tyle do Jowisza co do dwu- lub czterogłowego Janusa, uważanego za poprzednika Jowisza. Janus dzierży klucz (por. polski herb Jasieńczyk i góra kultowa św.Piotr/Połom na kopcach jasienickich) analogicznie jak u wszystkich Słowian ludowy św. Jerzy, który otrzymuje klucz od Matki Boskiej lub Marzanny(sic!). Janus jest również bogiem wędrującym jak słowiańscy Świętowit i Jaryło oraz postacie władców wędrujących z legend polskich.

6. Wiele wskazuje za tym, że święte zwierzęta Jassy/Jessy (obok wspomnianego powyżej białego rumaka) to orzeł, jastrząb i jaskółka.
Jesion podobnie jak dąb, posiada wszelkie znamiona drzewa gromowego, w tym w wierzeniach ludowych moc odstraszającą węże (symbolizujące świat bóstw podziemi).
Zwrócić tu można uwagę także na kwiat jasieniec piaskowy oraz chaber, dawniej zwany również jasieńcem.
http://www.bogowiepolscy.net/gfx/file/Jassa-Jasz-bog-Polan.pdf 

Za sprawą grupy badaczy pragnących ujednolicić imiona bogów sławiańskich, wdarło się do naszej świadomości takie oto przeświadczenie, że bóg gromowładny nosił u Polan/ Lechitów i na zachodniej Slavii imię Perun.
Tyle, że… właściwie nie wiadomo kto tego dowiódł i czy w ogóle ktoś uznał to za pewnik, pozatym wyraźnie przeczą temu zarówno źródła historyczne, tradycja staropolska, badania językowe i wreszcie żywe do dziś porzekadła.
Wszystkie one bez wyjątku wskazują jednoznacznie na imię PIORUN lub GROM.

perun (1)

 

1. W „Kronice” Marcina Bielskiego z 1551 czytamy:

„Bogá iednego chwalili / zwłaszcza tego który gromy spráwował / bo sie gromu bali”, a jego syn, sekretarz Zygmunta III Wazy, Joachim Bielski w uzupełnionym wydaniu „Kroniki” pisze „chwalili i Pioruna, Ruś zwłaszcza”.

2. Maciej Stryjkowski w roku 1577 w „O początkach…” pisze:

„Kryste tys Mieszka śleporodzonego oświecił, Polskęś przywiódł do krztu swego, Tobie ustąpił Grom, Ladon, Marzanna, Pogwizd, Ziewanna”.

Co bardzo interesujące Grom zastępuje tu strukturalnie Jasza (łac. Yassa lub Jessa) czyli w źródłach staropolskich najważniejsze imię polskiego gromowładcy.

3. W roku 1584 ksiądz Jakub Wujek, rektor kolegiów jezuickich i uznany tłumacz Biblii w swojej „Postylli Większej” napisał:

„Byłá kiedyś Polská nászá ćiemnośćiami / kiedy miásto práwego á żywego Bogá / ládá Dyabelstwa / Iesze / Lády / Nije / Márzány / Ziewány / Zyzylie / Zywe / Pogody / Pochwisty / Lelipoleli / Pioruny / Gwiazdy / Węże chwaliłá”.

4. Stanisław Sarnicki żyjący w latach 1532-1597 stwierdza:

„Bóg gromów Piorunem był nazywany od starych Polaków”

5. Przytoczmy teraz znamienny zapis etnograficzny z terenu południowej Polski:

„Piorun jest to chłop olbrzymiego wzrostu, doskonały strzelec, który nieustannie poluje na tajemniczego ptaka, zwanego latawcem. […] Chłop ogląda cudownego ptaka, a wtem zbliża się do niego olbrzymiego wzrostu człowiek ze strzelbą na plecach i torbą myśliwską przy boku.
– Jam jest Piorun! – odzywa się – już siedem lat chodzę za tym ptakiem, już bardzo dużo prochu wystrzelałem, a nie mogłem go nigdy trafić. Jeżeli mi go sprzedasz, dostaniesz w zamian rożek prochu i rożek śrutu […] bylebyś tylko tych rzeczy na ziemi nie kładł […] zwierza śrutem, który ci dałem, nigdy nie chybisz. Chłop przystał i Piorun zniknął. Odtąd polował ciągle i zawsze obładowany zwierzyną wracał do domu.” — Wisła, t. VII, Warszawa, 1893, str. 114.

6. Encyklopedia Orgelbranda z 1898 roku podaje hasło: „[staroruski] Perun, polski Piorun, litewski Perkunas, łotewski Perkous, jedno z najważniejszych bóstw pogańskich Sławian, Litwinów i pokrewnych im narodów, któremu przypisywali, że władnie gromem i że zsyła na ziemię urodzajny deszcz”.

7. Zgodnie z powyższą tradycją jeszcze w 1904 roku Jan Karłowicz w „Opisie ziem zamieszkanych przez Polaków” tak określa gromowładcę:

„Głównem znamieniem wiary aryjskiej był tak zwany dualizm, to jest przekonanie, że we wszechświecie działają dwie wrogie sobie potęgi: dobra, jasna, słoneczna, niebieska, gromowładna — Piorun i zła, ciemna, szkodliwa, kryjąca słońce w mroku chmur i nocy — Bies, Czart, Złe, Licho, zwane później Dyabłem, Szatanem.”

8. W roku 1926 hiperkrytyczny Aleksander Bruckner w swoim słowniku etymologicznym języka polskiego postuluje pierwotne, sławiano-bałtyjskie imię boga w brzmieniu Pierkyn-Piorun, z którego powstałby staropolski Piorun i staroruski Perun:

„ Piorun, (ludowe, śląskie, pieron, bez przegłosu), piorunować , itd.; prasłowiańska nazwa ‘gromu’; pozornie od piorę » prać, wedle biegun ; w istocie zniekształcony dawny «pieryn z ‘pierkyn, lit. Perkunas, do-I słownie: »dębowiec«, od nazwy ‘dębu’, ‘perky, łac. guerats (z «percus), niem. Fóhre (inne drzewo); był to bóg gromowy litwo-słowiański, najwyższy (stąd u Finów nazwa ‘djabła’, pergene), porównaj czeskie prkno (p. parkan). Postać peryn ocalała na Bałkanie i Rusi w nazwach miejscowych; ludowe pienin, pieroński, jest starsze niż piorun, tzn. jeszcze bez przegłosu pierwotnego ie.  Kult pierwotnego boga-gromowca, Pierkyna-Pioruna, ustąpił przed nowszemi, wznowił się na Rusi Kijowskiej za Warjagów, czcicieli Thora-Pioruna. My niemal jedyni zachowaliśmy nazwę piorun dla ‘gromu’, inni Sławianie jej nie znają, mają tylko grom ; ależ i nasza nazwa [obecnie] nie ma żadnego mitycznego znaczenia: ponieważ piorun z nieba spada, więc djabłów tropi, lecz to mit nie pogański, tylko chrześcijański; pomijamy fałszerstwa słowackie o ich bogu paromte ; i serb. perunika, ‘kaczopysk’. niczego nie dowodzi. U nas piorunkami zwano ‘grosze’ na początku XVI wieku, z czeskiego perunek, »Po«» grosz’, a wypadła z niemi podobna katastrofa, jak z tymfami w 150 lat później.”

Zdumiewa przy okazji powszechna (obecnie) legenda miejska, która głosi iż to jakoby Bruckner postuluje dla Polan boga o imieniu Perun!

9. Aleksander Gieysztor w swojej Mitologii Słowian z 1986 roku w kwestii słowiańskiego gromowładcy dokonuje czynów iście akrobatycznych (sięgając nawet do wierzeń starożytnych Hetytów) i prawdopodobnie dopiero tutaj zaczyna się zamieszanie, być może polegające na niezrozumieniu jego wywodu o następującej treści:

„Nie wydaje się, to dziś imieniem bóstwa utworzonym z wyrazu pospolitego „piorun”, zachowanego tylko w polszczyźnie. Stało się raczej odwrotnie: dawna nazwa teologiczna uległa laicyzacji i dała początek terminowi na oznaczenie zjawiska atmosferycznego [a więc równie dobrze Piorun -> piorun], którego niezwykłość nie wymaga komentarza. W językach litewskim i łotewskim ten sam wyraz służy do nazywania i bóstwa, i gromu”.

Jak widzimy Gieysztor w żadnym momencie nie stwierdza tu, że nie funkcjonowało u Polan takie imię jak Piorun. Wręcz wskazuje na taką możliwość.
Oczywiście bezdyskusyjnym jest, że Aleksander Gieysztor znaczenie sławiańskiego imienia gromowładcy wywodzi od postulowanego rdzenia *per-, ale czy tylko?
Czyni to również od takich słów jak „prać/piorę” (tu wyraźnie nie zgadza się z Brucknerem) czyli jednoznacznie związanych z omawianym tutaj Piorunem.
Do tego Gieysztor podaje jako możliwe funkcjonowanie u Lechitów takich imion bogów jak Piorunic i Pioruniec.
I to nie koniec, badacz ten przytacza nazwę miejscową „Piorunowy Dział” nad Popradem. Rzecz jasna usiłuje odnaleźć i Peruna.
Nieco rozpaczliwie poszukując w Polsce imienia Perun podaje nazwę miejscową „Przeginia” opatrując to znamiennymi uwagami: „w Polsce plon poszukiwawczy jest jakby skromniejszy”, „być może” i „strona etymologiczna tego wywodu może budzić wątpliwość”.

10. Andrzej Bańkowski w swoim słowniku etymologicznym j. polskiego z roku 2000 przy haśle PIORUN wskazuje na nazwy odnoszące się do postaci, nie tylko zjawiska:

„Uderzeniowy spływ elektryczności z chmury do ziemi, któremu towarzyszy zjawisko optyczne (por. BŁYSKAWICA) i akustyczne (por. GROM, GRZMOT)’ około 1420 (= łacińskie fulmen w „Wokabularzu Trydenckim”), nazwy osobowe: Piorun 1391, Piorunek 1432, Piorunowski 1426, nazwy miejscowe: Piorunkowice około 1300 na Śląsku, Piorunowo 1390 w Wielkopolsce wschodniej, na Mazowszu południowym (dziś Piorunów koło Łaska, koło Turska, koło Błonia sochaczewskiego); wymarłe per-unъ ‚pracz-uderzacz’, reliktowo tylko w polskim (skąd też zapożyczenie do białoruskiego, ukraińskiego), od vb. wymarłego pьr-a-ti, pere-, por. PRAĆ; *per-oun-o-s, skąd też greckie. keraunós ‚piorun’ (już u Homera plēgeìs keraunõi ‚uderzony piorunem’), eufem. zamiast ºperaunós. Stąd też staroruski Perunъ, imię boga piorunów, replika staroszwedzkiego imienia takiego boga (staroislandzki Thor-r) […] W przekleństwach piorun (głównie małopolskich, śląskich pieron, pierón) zwykle za wzorem niemieckim, por. „niech go piorun trzaśnie!” […] ładniej brzmi starsze „bodaj to pioruny biły! (1794); polskim obyczajem piorun eufem. zamiast diabeł (np. idź do pioruna! […])”

Widzimy w skojarzeniu wierzeniowym brak współczesnego Peruna ale wszędzie mamy PIORUNA.

„Idzicie wszyscy do Pioruna” — zaklęcie polskie

Imiona gromowładnego boga w naszej tradycji (prócz imienia Jasz i Jesza) to przede wszystkim PIORUN, Pierun, Pieron lub Grom.
http://www.bogowiepolscy.net/piorun.html

2) MARZANNA / MOKOSZ – MATKA ZIEMIA

tumblr_n08x13sckV1t26my0o1_1280 (1)

„A sthąd ieszcże dziś ten obycżay maią w wielkiey Polsce y w Sląsku iż siódmego dnia Márca thopią Marzanę vbrawszy iako niewiastę wyszedszy ze wsi spiewając: Smierć sie wije po płothu szukaięcy kłopotu […] Zwali tego bałwana Marzana, tak bym rzekł, że to był bóg Mars, jako Ziewana Diana.” – z kronik Marcina i Joachima Bielskich, 1564-1597 r.

Marzanna – niezwykle ważna bogini w wierzeniach polskich, czeskich i słowackich, równocześnie najbliższa pierwotnemu obrazowi Matki Ziemi.
Co ważne, w Polsce nieprzerwanie pamiętana do dzisiaj, bezpośrednio lub pośrednio w unikatowo rozbudowanych kultach maryjnych.
W ciągu ostatnich dwóch dekad temat ten doczekał się wielu solidnych i aktualnych opracowań naukowych. Niestety nie zawsze znane są one szerzej.
Powoduje to częste i dość niefortunne postrzeganie Marzanny jako prostej personifikacji zimy i śmierci.
W rzeczywistości liczne ślady kultu Marzanny lokują ją szczególnie w wierzeniach zachodniosłowiańskich jako Władczynię Życia i Śmierci, patronkę urodzaju, matkę bogów najbliższą obrazowi Matki Ziemi i pierwotnemu morzu w którym przebywa niczym sumeryjska prabogini Tiamat.

1. Źródła wspominające boginię Marzannę i/lub poświęcony jej obrzęd należą do szczególnie bogatych, a obserwacje obrzędów ludowych zawarte w tekstach zależnych od kronik Jana Długosza czynią i te relacje wartościowymi.
Dysponujemy również źródłami wcześniejszymi od przekazu Jana Długosza:
– Glosa do Mater Verborum XIIIw. (Marzanna jako Hekate/Proserpina).
– Statuty Andrzeja Łaskarza ok. 1420 (próba zakazu obrzędu i jego opis).
– Roczniki Długosza 1455 (Marzanna jako Ceres, bogini zbóż i rolnictwa).
– Kronika Miechowity 1521 (Marzanna, bogini zbóż i rolnictwa, opis obrzędu).
– Marcin Kromer, De origine… , 1555 (Marzanna-Ziewonia, opis obrzędu).
– Marcin Bielski 1564 (Marza, bogini „marsowa” i opis obrzędu).
– Aleksander Gwagnin, Kronika sarmacji europejskiej, 1578 (opis obrzędu – Śląsk).
– Maciej Stryjkowski 1582 (Marzanna „Ziewonna” i opis obrzędu).
– Joachim Bielski 1597 (Marzanna, bogini „marsowa” i opis obrzędu)

2. Bazując na badaniach akademickich ostatnich dwóch dekad (między innymi ustalenia takich badaczy jak Andrzej Kempiński, Radoslav Katičić, Leszek Kolankiewicz i Jolanta Krzysztoforska Doschek) należy zdecydowanie odrzucić niezbyt trafne postrzeganie Marzanny jako zawężonego i abstrakcyjnego wyobrażenia zimy i śmierci.
W wierzeniach politeistycznych w ten sposób nie rozumowano, a bóstwa zaświatowe w typie Marzanny patronują zarówno życiu, urodzajowi, plonom, bogactwu jak i zimie, czarom, wojnie, śmierci, oraz zaświatowym siedzibom przodków.
Co więcej jako atrybuty Marzanny identyfikuje się przede wszystkim wieniec, wianek, ubiór panny młodej, korale, złote jabłko, złoty klucz do otwarcia ziemi/wiosny (lub zaświatów) i zżęte zboże.
Powyższe przykłady trudno uznać za jednoznacznie związane z zimą czy z współcześnie zawężonym rozumieniem śmierci.
Należy także pamiętać, iż w wierzeniach ludowych, jak i staropolskich legendach herbowych, takie znaczenia jak woda, morze, moczary, las, pieczary, jaskinie, zima, sen i noc w przypadku opowieści mitycznej stanowią formę bramy do podziemi lub dosłownie pełnią rolę metaforycznego wyobrażenia zaświatów. 
Stąd zestawianie w źródłach ziewonnej Marzanny z rzymską rolniczą Cererą, czy w ramach inkulturacji z Matką Boską Zielną (Dożynkową), stanowi jedynie pozorną sprzeczność. Bogini Cerera/Ceres to nie tylko patronka urodzaju ale i świata zmarłych, a Matka Boska Zielna to dawniej również Matka Boska Zaśnięcia i Śmierci.

3. Marzanna eksponowana jest szczególnie w wierzeniach zachodniosławiańskich choć pojawia się u większości ludów sławiańskich).
Jej najbardziej znane imiona to: Marzanna, Marzana, Marza również Marysia z pieśni obrzędowych i kaszubska Morzeczka Morska Panna (Polska), Mořena (Morżena), Mařena (Marżena), Mařina (Marżina), Mařana (Marżana), Mařoska (Marżoska), Morana, Maréna, Marca, Mara (Czechy/Morawy), Morena, Marejna, Marmoriena, Muriena, Mumuriena, Mamuriena (Słowacja), Marena (Ukraina), Mara (Białoruś / Bułgaria / Chorwacja) i Marinka (Rosja).
Z kolei na obszarze bałtyjskim znane są Morė, Māra, Marsza i Masza.
Teonim, od którego utworzone zostało imię Marzanny, związany jest przede wszystkim z indoeuropejskim *mar „mający związek z wodą“ czyli również z polskim „morze”, poświadczonym w: hetyckim marmar(r)a-, mammarra-, mamara „błoto, toń“, litewskim márės, gockim marei, łotewskim märe, łacińskim mare „morze“, osetyńskim mal „głęboka, stojąca woda“, armeńskim mavr „błoto“, rosyjskim morie „morze“, staroislandzkim muir.
W kulturze ludowej zwrot „za morzem” znaczy tyle co – w innym świecie, w zaświatach, za śmiertelnymi wodami i przywołuje obraz kosmicznych wód, którymi włada ludowa Matka Boska spoczywająca „na morzu, na kamieniu” niczym sumeryjska prabogini Tiamat (por. nasze ludowe: „Przed stworzeniem świata nie było nic, tylko niebo i morze”).
Rdzeń *mar- / *mor-, poza związkami ze śmiercią (morem) i wodami – morzem (w kontekście mitycznym tożsamym z zaświatami) poszerzyć można o dalszy zakres skojarzeń. Przede wszystkim, należy do nich czas zimy, nocy i snu („mróz”, „mrok”, „marzenie” i tym podobne).
Odnotować można tu również zjawisko częstego upodabniania pojęć zima i ziemia (np. lit. żiema i żemē, prus. zema i zeme, łac. hiems i humus ). Interesującą analogię stanowi także bułgarska i serbska Baba Marta, w podaniach niezadowolona ze sprawności swojego partnera Lutego.
Stanowi to zapewne echo dawnej pary zaświatowej (np. Marzanny i Nyji).
Babę Martę i Lutego wyobrażano za pomocą kukiełek, podobnie jak na Śląsku Marzannę i Marzanioka

4. Wyraźne powiązanie bogini Marzanny z pierwotnym morzem oraz wczesnowiosenne zaślubienie jej z młodym bogiem niebios/płodności każe identyfikować ją (przynajmniej na obszarze zachodniosłowiańskim) jako boginię naczelną i najbliższą pierwotnemu obrazowi Matki Ziemi.
Wiosenny partner bogini Marzanny przybiera na obszarze Słowiańszczyzny różne imiona, są to między innymi Zielony Jerzy, Piękny Jerzy (por. Jarowit i Jaryło), a unikatowo w Polsce Jaś, opisywany w folklorze jako wojownik i kawalerzysta – przywołuje to wcześniejszą postać boga Jasza (Jassy/Jessy), bóstwa wymienianego najczęściej w staropolskich źródłach „przeddługoszowych”.
Idąc dalej, w żywym w Polsce do dziś obrzędzie topienia Marzanny (zwyczajowo pomiędzy M.B. Gromnicznej, a Roztwornej) należy upatrywać nie tyle, najwyraźniej poddanego chrystianizacji, rytuału odpędzenia zimy co raczej, w kontekście agrarnym, pierwotnej wiary w odmłodzenie bogini.
Woda w wierzeniach ludowych posiada taką moc, a uwzględniając relacje o przystrajaniu Latka/Gaika w postać żeńskiej lalki możliwa jest tu także wiara w przemianę Marzanny w postać jej córki (wg części relacji Dziewanny). Możliwe, iż oba te wątki występowały, w zależności od regionu, równolegle. Warto także zauważyć, iż pojawianie się w obrazie Marzanny i Dziewanny (i bliskiej im kaszubskiej Welewity) symboliki wieńca i ofiarowania ziaren zbóż nawiązuje do relacji Jana Długosza, czy wprost do kultu bogiń w typie greckiej Demeter.

5. Na obszarze indoeuropejskim jako wyraźnie spokrewnione z boginią Marzanną wymienić można rzymską Dea Maricę, mityczną matkę plemion latyńskich, nimfę słonych wód i partnerkę Faunusa, germańską Panią Holdę i celtycką Cailleach Bheur.
Dwie ostatnie postacie posiadają uderzająco zbieżną charakterystykę obrzędową do Marzanny, w tym zmienny wizerunek: pięknej dziewczyny lub boskiej wiedźmy, a w późniejszych wierzeniach ludowych pełnią podobną rolę żeńskich postaci uosabiających zimę i śmierć.
Identycznie jak Marzannę pozbawiono je natomiast aspektu pań płodnej ziemi.
Kolejnych podobieństw szukać należy u takich bogiń jak rzymska Ceres/Cerera (bogini rolnictwa, urodzaju, świata pozagrobowego), Prozerpina (zaświatowa patronka wschodzącego zboża) oraz u greckich Hekate (bogini czarów i ciemności) i Demeter (podziemna bogini zbóż i „dawczyni jabłek”).
Ponadto współcześni badacze tematu wskazują na intrygujący związek Marzanny z rzymskim Marsem, pierwotnie (identycznie jak Marzanna) bóstwem rolniczym.
Na uwagę zasługują tu przede wszystkim słowackie formy imienia naszej bogini – Marmoriena, Muriena, Mumuriena, Mamuriena w zestawieniu z agrarnym Marsem w wariantach Marmor, Mamers, Mamurius Veturius oraz ptak poświęcony obu tym bóstwom – gęś – w wierzeniach wiązany nie tylko z hodowlą i rolnictwem ale postrzegany również jako symbol waleczności i odwagi (w kontekście Marsa najczęściej u Galo-Rzymian, w tym w pochówkach wojowników).

6. Na terenie Europy kulty ludowe zastępowano najczęściej stopniowo – inkulturowano je poprzez zestawienie z wybranymi postaciami kręgu wierzeń chrześcijańskich.
Nie inaczej stało się z boginią Marzanną, gdzie skojarzono ją w pierwszym rzędzie z Matką Boską i świętą Barbarą (często zestawianą w parę z św. Mikołajem, zwykle zastępującym dawnego boga podziemi, np. Nyję).
Co warte podkreślenia, echa kultu Marzanny trwają do dziś, albo bezpośrednio(!), albo w unikatowo rozbudowanych na terenie Polski kultach maryjnych.
Może to świadczyć o dawnej, niezwykłej randze tej bogini. Przypomnijmy także liczne i barwne przydomki jakimi obdarzano u nas Matkę Boską: Gromniczna, Zagrzewna, Roztworna, Ożywiająca, Strumienna, Kwietna, Wiosenna, Siewna, Jagodna, Zielna, Zaśnięcia i Śmierci.
Jako szczególnie związany z Marzanną jawi się przedostatni przytoczony tytuł – „Zielna” (obecnie przydomek ten często zastępuje się już w pełni katolickim pojęciem Wniebowzięcia NMP).
Co szczególne, jak podaje Zygmunt Gloger, MB Zielna zwana również Dożynkową to w Polsce dawniej także Matka Boska Zaśnięcia i Śmierci.
Właśnie pod wezwaniem MB Zielnej zbudowano kluczową Archikatedrę Gnieźnieńską, jak również kościół w świętokrzyskiej Świętomarzy, jeden z najstarszych w Polsce – oba te miejsca wiązane są przez kroniki jak i podania lokalne z pierwotnym kultem bogini Marzanny.

7. Przywołana tu nazwa miejscowa – Świętomarz – nie jest przypadkowa. Jak zauważają językoznawcy Aleksander Brückner i Witold Taszycki Marza to pierwotny staropolski odpowiednik imienia Maria.
Jednak Marza to również jeden z wariantów imienia bogini Marzanny (w relacji Marcina Bielskiego) ponadto niezwykle zbliżony do wariantu podstawowego.
Należy przy tym zaznaczyć, iż staropolska Marza była w wymowie zwalczana i dopiero w XVI wieku całkowicie wyparta przez bardziej „poprawną” Marię.
Stąd właśnie nazwa kieleckiej Świętomarzy (dawniej Święta Marza), wywodzonej przez ks. Jana Wiśniewskiego – badacza regionu z obszaru diecezji sandomierskiej – od kultu bogini Marzanny (i inne nazwy miejscowe jak Nowe Marzy, Marzenin, Marzęcin, Marzęcino).
W świetle niezwykłej żywotności obrzędów/pieśni (polskich, czeskich, słowackich) poświęconych bogini Marzannie, jak również licznych staropolskich relacji kronikarskich, powyższe zbieżności trudno uznać za przypadkowe.

8. Wieńce, zboża, kwiaty i zioła zwyczajowo ofiarowywane Matce Boskiej Zielnej to również najważniejsze dary dla Matki Boskiej Częstochowskiej.
Uwzględniając kolejno: wyjątkowość kultu Czarnej Madonny (powszechnie wiązanej przecież z echem kultu Matki Ziemi), zadane na jej ciemnym obliczu „rytualne” rany (namalowane celowo i pojawiające się na innych ikonach, por. obrzędy rozrywania wyobrażenia Marzanny, relacja o bogini Ilirów, mit bogini Tiamat) oraz wspomnianą staropolską formę Marza, to najprawdopodobniejszy staje się dawny związek z boginią Marzanną.
Wspomnieć można tu również słynną pieśń rycerstwa polskiego – Bogurodzicę.
Ten uroczysty hymn dla Marzy, wykonywany przez wojowników, staje się jeszcze bardziej wyjątkowy gdy uwzględnić: wcześniejsze przekazy o wizerunku bogini niesionej na wojnę przez zachodniolechickich Lutyków, pojęcie wojny jako częstej kompetencji Wielkiej Matki czy wreszcie interesujące zestawianie Marzanny z Marsem (w kronikach staropolskich jak i przez badaczy współczesnych).
Kolejnym wartym uwagi wątkiem jest trwanie wyobrażenia bogini w herbach i legendach herbowych.
Tu wskazać można przede wszystkim na herb pomorskiego Białego Boru, gdzie zarówno symbolika jak i legenda nawiązują bezpośrednio do obrazu etnograficznego bogini Marzanny.

9. Symbolika towarzysząca bogini Marzannie należy do wyjątkowo bogatej.
Oprócz wymienionych już powyżej – wieńca, ubioru panny młodej, korali, złotego jabłka, zżętego zboża i złotego klucza – wyodrębnić można następujące związane z Marzanną rośliny i zwierzęta: przede wszystkim jabłoń, pierwotnie najwyraźniej święte drzewo tej bogini, następnie mrozoodporna marzana barwierska, której korzenia używano do uzyskiwania barwy czerwonej oraz kwitnąca na biało marzanka wonna, roślina jadalna o działaniu uspokajającym (co interesujące używano jej analogicznie jak chmielu, w charakterze przyprawy do piwa) i również mrozoodporny wrotycz pospolity zwany maruną, marunką, kusą maryną, roślina o znaczeniu obrzędowym i magicznym, ponadto o działaniu psychoaktywnym, umieszczana obowiązkowo w wiankach dla Matki Boskiej Zielnej.
Zwierzę związane z Marzanną to przede wszystkim gęś, w wierzeniach ptak symbolizujący waleczność i odwagę, następnie żmija, której odpowiednikiem/partnerem pozostaje męski Żmij.
Na koniec zauważyć można iż wyobrażenie Marzanny wykonywano w Polsce nie tylko ze słomy zbożowej ale również konopi siewnej.
Poniżej pełne opracowanie.
http://www.bogowiepolscy.net/gfx/file/Marzanna-Cerera-Hekate.pdf

3) ŁADO / DADŹBÓG / SWAROŻYC

s1200

Jeden z najważniejszych bogów dawnych Polaków – Łado.
Na końcu krótkiej charakterystyki w pdf artykuł „Łada – wódz i bóg wojny czy strażnik ładu i prawa?” autorstwa Grzegorza Niedzielskiego.
W swojej pracy Grzegorz Niedzielski wskazuje na następujące powiązania:

1. Liczne, w tym staropolskie źródła historyczne wspominające bóstwo Łada/Łado:
– Lado z powtórzeniem jako Lada (Postylla Łukasza z Wielkiego Koźmina, 1405)
– Lado (Statua provincialia breviter -1420 r.)
– Lado (Sermones per circulum anni Cunradi, 1423 r.)
– Alado (Postilla Husitae anonymi, przed 1450 r.)
– Alado (glosa przy S. Adalberti vita – 1450 r.)
– Łada/Lyada/Mars (Kroniki sławnego Królestwa Polskiego Jana Długosza, 1455 r.)

2. Znaczenie imienia Łada w przypadku boga męskiego należy wiązać z takimi pojęciami jak ład, prawo i porządek. Staropolskie „ładny” to dziś „uporządkowany”, „należyty” i „przykładny”, a nasze dawne „ładzić” to „porządkować”, „szykować” czy wręcz „układać”.
Na obszarze bałtosłowiańskim „łada” to określenie pana młodego, wojownika oraz triumfującego wodza.
Dysponujemy także relacją Macieja Stryjkowskiego z XVI wieku opisującą żywy kult boga Didis Lado na obszarze Litwy.
Co istotne, składano bogu Didis Lado w ofierze koguty podobnie jak Swarożycowi, czyli zwierzęta w wierzeniach związane z ogniem i słońcem.

3. Wyraźne powiązania na tle indoeuropejskim.
Tutaj przede wszystkim perski heros solarny, chroniący zasiewy Aulad i celtycki bóg światła, słońca i licznych umiejętności Lugh, również iryjski bóg światła Nuadu (walijski Llûd Llaw). Solarno-ogniowy bóg prawa i wojny Mitra oraz nordyccy bóg Lóður i wykazujący cechy solarne bóg Tyr (szwedzki i norweski Ullr), zwany także Marsem thingowym, patron wiecu i prawa wojennego.
Tyr to pierwotnie bóg naczelny, zastąpiony w późniejszym okresie przez Odyna i Thora.

4. Szczegółowa analiza symboliki polskiego herbu Łada wskazuje kolejno na: analogię strzały do obdarzającej zwycięstwem runy Tiwaz (poświęconej bogu Tyrowi). Wideł/strzały rozszczepionej również do mitycznego symbolu triumfu i zwycięskiej mocy boga.
Lwa z mieczem i podkowy tworzących analogie do wyobrażeń solarnego Mitry.
Dodatkowo wskazanie, iż w mazowieckim rodzie Ładziców (herbu Łada) popularne było imię Dadźbóg nawiązujące bezpośrednio do solarnego boga Dadźbóg z terenu Rusi Kijowskiej (której władcy tytułowali się „wnukami dadźbogowymi”).
W tym kontekście zastanawiające podobieństwo jednego z herbów Łada do wyobrażenia z denara bitego przez jednego z pierwszych władców Polski – Mieszka (denar zaopatrzono też w solarne swastyki).

5. Św. Wit z Sierpca i tajemnicze kamienie (najprawdopodobniej fragment świętego żarna) wmurowane w sierpecką Farę.
Postać świętego Wita w zabiegu inkulturacyjnym zastępuje tu najwyraźniej boga solarnoogniowego poprzez: kocioł/taflę roztopionego metalu, wyobrażenie z kogutem (w wierzeniach kur to zwierzę ogniowo-solarne, również składane w ofierze bogu Didis Lado) i psem (por. Mitra/Mithra), a nawet zbieżny czas wspomnienia ze świętem bałtyjskiego boga Didis Lado.
Z kolei kamień wmurowany w ścianę sierpeckiej Fary zawiera wyobrażenie koguta wskazującego na symbol identyczny do centralnego elementu z herbu Łada.

6. Św. Michał jako postać zastępująca w Polsce pierwotnego boga ładu, prawa, wojny i ognia. Wyraźny związek inkulturacyjny uwidacznia się tu poprzez powiązania z ogniem, wojną, prawem, patronowaniu przysięgom, również małżeńskim i dębem, który w polskich wierzeniach ludowych poświęcony jest nie tylko gromowładcy jak się powszechnie uważa ale również, co zwykle jest pomijane słońcu i bogowi słońca.
Istnieją także lub istniały miejsca kultu św. Michała identyfikowane z wcześniejszym kultem pogańskim.
Są to przede wszystkim krakowska Skałka, lubelska fara (wraz z kultowym dębem) oraz góra Michałek na Kopcach Jasienickich.
Jeszcze w czasach bitwy pod Grunwaldem w Polsce powszechnie przysięgano na Słońce, a także uroczyście witano jego wschód.

„Marsa nazywali Ładą. Wyobraźnia poetów uczyniła go wodzem i bogiem wojny. Modlili się do niego o zwycięstwa nad wrogami oraz o odwagę dla siebie, cześć mu oddając bardzo dzikimi obrządkami.” (Roczniki… Jana Długosza, 1455 –1480)
http://www.bogowiepolscy.net/gfx/file/Lada_bog_wojny_i_prawa.pdf

4) ŁADA / DZIEDZILEYLA / LELA / WENUS

LJKJxf5Oz7o

Dziedzileyla / Łada / Lela – niebiańska bogini Polan /Lechitów.
Wielu badaczy mitologii słowiańskiej od dawna uznaje jej kult za pewny lub prawdopodobny, a wyniki poszukiwań okazują się tu nadspodziewanie owocne.
Na końcu charakterystyki w pdf artykuł Grzegorza Niedzielskiego – „Pani Lela – polańska Wenus”, w którym autor wskazuje kolejno na:

1. Bogate informacje źródłowe wspominające imię Lela, jego liczne warianty oraz współgrające z nim, jak wnioskują badacze tematu, określenie/imię Łada:

– Łada jako Wenus (glosy do Mater Verborum, XIII w.)
– Yleli (Statua provincialia breviter -1420 r.)
– Ylely (Sermones per circulum anni Cunradi, 1423 r.)
– Dzidzileyla jako Wenera/Wenus (J. Długosz 1455 r.)
– Łada, bogini mazowiecka (J. Długosz 1464–1480 r.)
– Dzidzililya i Łada (Chronica Polonorum, 1521 r.)
– Leli (Powieść rzeczy istej 1550 r.)
– Zezylia jako Wenera/Wenus (M. Kromer, 1555 r.)
– Zizilia i przyśpiew „Łado, Lelu moja” (M. Stryjkowski, 1582 r.)
– Zyzylia (J. Wujek, 1584 r.)

2. Staropolskie imię bogini – Dzidzilela / Dzydzilejla – poprzez znaczenie staropolskiego pojęcia dziedziczka jako władczyni, rosyjską rozdzielną formę Didi-Łada, bałtyjskiego boga Dzidzis Lado (czyli Wielki Łado w dialekcie dzukijskim) i wreszcie chorwackiej i serbskiej Królowej Ljelji należałoby współcześnie – w języku polskim – rozumieć rozdzielnie jako Pani Lela, Królowa Lela lub Wielka Lela.

3. Kult bogini Leli / Lejli posiada szerokie poświadczenie w folklorze ludów słowiańskich. W pierwszym rzędzie należy wymienić tu wiosenny obrzęd Królowej Ljelji na terenie Chorwacji i Serbii, w szczególności taniec dziewcząt z mieczami, co ważne analogiczny taniec dziewcząt z mieczami opisuje dla Polski Łukasz z Wielkiego Koźmina w 1405 roku. Warto dodać, że taniec ten w Chorwacji jest nadal żywy i został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Następnie przyśpiew „Łado, Lelu moja” wspomniany w „Kronice Polskiej” Macieja Stryjkowskiego oraz odnotowanie kultu bóstwa Leli na Łysej Górze – jednym z najważniejszych sanktuariów pogańskich na terenie Polski (por. badania prof. Jerzego Gąssowskiego).
Dodatkowo przywołać można rosyjskie i ukraińskie pieśni weselne z przyśpiewami „Łado, Lelu”, dziewczynę zwaną obrzędowo Lalej i wreszcie postać południowosłowiańskiej Dodoli / Diduli / Didilji, a wracając do Polski wiosenne zabawy zwane Dziedziłami, wiosenne obchody pól z Królewną i nietypowy, wiosenny kult św. Otylii – dawniej Otoliji – w Urzędowie.
Z kolei na obszarze bałtyjskim analogiczne cechy „wenusjańskie” zaobserwować można u bogiń o imionach Laima i Saule.

4. Ślady kultu bogini Leli / Lejli ujawniają szerokie powiązania indoeuropejskie.
Świadczy to – jak wskazują badacze tematu – o niezwykłej pierwotności imienia naszej bogini.
Dla przykładu wymienić można tu nordycką, łączoną z Freją boginię Frigg, określaną epitetem ELJA, następnie mityczna rzymska Rea ILJA (Sylvia), hetycka bogini Lelwani / Lilwani / Leluwani, hinduska Lalita i wiele innych.
Dodatkowo takie pojęcia jak polskie / wielkopolskie lelać, lulać, białoruskie lalejeć/lalejić, niemieckie lalen/lallen, angielskie lull, sanskryckie lēlāyati / lālayati wyraźnie krążą wokół takich pojęć jak mowa dziecięca, piastowanie dziecka, kołysanie/lulanie (również w znaczeniu magicznym), usypianie (również w odniesieniu do przodków), zabawa, głaskanie, poruszanie (tam i z powrotem), pieszczoty (w zależności od kontekstu także dorosłych kochanków), falowanie, przelewanie się wody oraz iskrzenie czystych, jasnych wód.
Imię Lela oznacza więc, zgodnie z wnioskami badaczy tematu, „tą która kołysze”, jednakże w powyższym szerokim znaczeniu tego zwrotu.

5. Przedstawiając obraz bogini wenusjańskiej należy pamiętać o szerokim spektrum rozmaitych czarów miłosnych i zabiegów jakie miały zapewnić życzliwość bogini.
Dotyczy to zarówno związków krótkotrwałych jak i stałych, znalezienia partnera, uwodzenia, obrzędów weselnych, łagodzenia konfliktów w powstałym związku (por. ziele lubczyka), powodzenia i zdrowia w czasie ciąży jak i wychowania dziecka, opieki nad rodziną i domostwem (por. znak ochronny rozeta / leluja), a nawet zapewnienia opieki nad zmarłymi przodkami (por. polskie porzekadło „pójść do Leli/Lalii”) co pozostaje w ścisłym związku z fazami i cyklami planety Wenus – Gwiazdy Lelowej.

6. Za święte rośliny bogini Leli uznać można w pierwszym rzędzie drzewo – lipę i kwiat – lilię złotogłów, zwaną u ludu leliwą – identycznie jak stary polski herb szlachecki – Leliwa / Leliwita, następnie określenie pięknej dziewczyny – leliwka / lelija i wreszcie samej planety Wenus(!) – Leliwa / Gwiazda Lelowa.
Z kolei święte zwierzęta lub zoomorficzna postać bogini to biedronka „boża krówka” i kukułka „zaklęta królewna”, obie zwane u ludu zazulą / zieziulą, niemal identycznie jak późne imiona bogini – Zizilia i Zezylia oraz przypisywane obu właściwości (por. kukułka jako berło greckiej bogini Hery). Pozwala to wysnuć przypuszczenie iż spisujący relacje kronikarze staropolscy posiadali weryfikowaną wiedzę na temat ówczesnych wierzeń ludowych.

„Wenerę nazywali Lechici Dzidzileylą i mieli ją za boginię małżeństwa, więc też upraszali ją o błogosławienie potomstwem i darowanie im obfitości synów i córek.”(Jan Długosz)
http://www.bogowiepolscy.net/lela-lejla-1.html

5) NYJA (NIJA, NYA) / WELES / PLUTON

nyja-max-2

Nyja lub Nija – lechicki bóg podziemi, bogactwa, czarów, wodnych głębin i świata zmarłych.
W Polsce czczony jeszcze na początku XV wieku.
Do dziś związany z tak znanymi postaciami jak Boruta czy Rokita.
Co warte podkreślenia ślady jego kultu należą do najlepiej zbadanych, ale mimo to nie zawsze znane są szerzej.
W opracowaniu w pdf które jest w linku na dole charakterystyki Grzegorz Niedzielski podejmuje się całościowego omówienia dotychczasowych badań oraz wskazuje na kolejne warte uwagi powiązania.

1. W przypadku lechickiego boga podziemi dysponujemy bogatym staropolskim materiałem źródłowym z nawiązaniem bezpośrednim do imienia Nyja/Nija, a także dwoma źródłami uznanymi przez badaczy (Jerzy Strzelczyk, Leszek Kolankiewicz) za alternatywną lub zniekształconą formę
imienia Nyja:
– Nija/Nia (Postylla Łukasza z Wielkiego Koźmina, żywe obrzędy, 1405 r.)
– Tija/Tya (Statua provincialia breviter, 1420 r.)
– Yaya/ ya ya (Sermones per circulum anni Cunradi, 1423 r.)
– Nija/Nya (Traktat o ortografii polskiej Jakuba Parkoszowica, 1440 r.)
– Nija/Nya jako Pluton (Kroniki sławnego Królestwa Polskiego Jana Długosza, 1455)
– Nija/Nya (Kronika Polaków Macieja z Miechowa, 1521 r.)
– Nia jako pan zaświatów, nocy i deszczów (Kronika Polska Macieja Stryjkowskiego, 1582 r.)

2. Imię Nija/Nyja według różnych badaczy pochodzi od następujących pokrewnych znaczeń: prasłowiańskiego „navь” czyli „zmarły”, czasownika „nyti” czyli „butwieć, rozkładać się” (w koncepcji Aleksandera Brücknera) i staropolskiego „nyć” czyli „schnąć, umierać” (w koncepcji Stanisława Urbańczyka). Co bardzo interesujące, prasłowo „navь” („zmarły”) jak wskazują badacze (między innymi językoznawca prof. Zbigniew Gołąb) było wspólne dla ludów słowiańskich, bałtyjskich i germańskich (litewskie „nõvé”, łotewskie „náve”, pruskie „nowis”, gockie „naus” w dop. „naweis”, staroangielskie „neo”, staroislandzkie „nár”) wykazując zarazem szerokie powiązania indoeuropejskie.
Jak przypuszcza Grzegorz Jagodziński, do grupy tej można włączyć również znój, czyli „spracowanie, utrudzenie”, a możliwe, że nawet znicz – „tlący się na grobach płomień”.
W rozpatrywaniu znaczenia imienia Nyji kluczowym śladem okazuje się również językowa jedność prasłowiańskiego „navь” czyli „umarły” z indoeuropejskim *nāu czyli „płynąć”, a w szczególności z łacińskim „navis” (okręt „pływak”, w rekonstrukcji pierwotnie „łódź umarłych”).
Na powiązanie takie wskazuje uznany językoznawca, filolog, etymolog i slawista Oleg Trubaczow.
Tu należy od razu dodać wywodzące się z tego samego znaczenia greckie „naus”, albańskie „anije”, germańskie „nihhus/niccus” czyli „duch wód, wodnik, pływak” i wiele innych.

3. Uwzględniając powyższe powiązania językowe odnotować można następujące bóstwa i postacie mityczne spokrewnione z bóstwem Nyją/Niją: Wodny Muż Nikus / Nykus wraz z partnerką Wodną Panną na Łużycach, polskie diabły ludowe o imionach Niuk, Niełuk, śląskiego wodnika Nikela, kaszubskiego Nëczka i leśnego diabła Nikołaja (por. popularne kojarzenie dawnych bogów chtonicznych z św. Mikołajem), boginki Nejki (odpowiedniczki Nyczek, Niawek i Nawek) na podkarpackim Pokuciu.
Idąc poza obszar słowiański greckiego boga Enyaliosa i boginię Enyo, greckie nimfy wodne Najady, nordyckiego boga morza i bogactw Njorda również Njerda z jego siedzibą zwaną Nóatún (nóa – „okręt”) oraz fińskiego boga Ahti (którego postać kształtowała się również pod wpływem wierzeń indoeuropejskich, wyraźnego odpowiednika bałtyjskiego Welniasa i staroruskiego Welesa), a określanego w zaklęciach ludowych również jako Nihti, Nitti i Nyytti, występującego z partnerką Vellamo/Vellimys (por. kaszubska Welewita).

4. Za sprawą epoki romantyzmu oraz współczesnego postulatu Tadeusza Witczaka istnieje zauważalny trend przedstawiania Nyji jako bogini.
Należy jednak zauważyć, iż po pierwsze dzieje się to wbrew przekazom źródłowym, a po drugie jak zauważa sam Tadeusz Witczak (a co w cytowaniu jego pracy bywa często pomijane) w archaicznych wierzeniach greckich funkcjonowali zarówno bogini Enyo jak i bóg Enyalios (w wierzeniach późniejszych jest to już tylko przydomek niszczycielskiego Aresa, a pamięć o bogini Enyo zanika).
Pamiętajmy również, że w ewolucji wierzeń świat podziemny staje się domeną najpierw bogini, a dopiero potem pary bogów np. Hades (na planszy „przerobiony” przez mnie na Nyje bo nie ma fajnych grafik Nyji) i Proserpina czy w wierzeniach ludowych Śląska Marzanna i Marzaniok.

„Plutona nazywali Niją uważając go za boga podziemi i stróża oraz opiekuna dusz, gdy ciała opuszczą. Do niego modlili się o to, aby wprowadzeni byli po śmierci do lepszych siedzib w podziemiach. Temu bogu wybudowano w mieście Gnieźnie najważniejszą świątynię, do której pielgrzymowano ze wszystkich stron.” (Jan Długosz)1nyja 1

5. Rodzima i poświadczona nazwa świata zmarłych to Wyraj lub Raj.
Badacze wskazują ponadto na jej powiązania z językiem perskim gdzie rayí to „bogactwo, szczęście” lub „las” tu rozumiany jako wyobrażenie zaświatów.
Dodatkowo w ramach współczesnego postulatu językowego używane jest pojęcie Nawia jako bazujące na określeniu dusz zmarłych czyli „nawji/nawek” (w rzeczywistości są to także „nejki, nyczki, niawki, niauki, miauki, mawki, majki”). Językoznawca i filolog prof. Mikołaj Rudnicki daje tu kolejną, w oparciu o ten sam źródłosłów, hipotezę wartą ostrożnego zaprezentowania.
Zdaniem tego badacza byłby to także Nów, okres gdy według wierzeń ludowych księżyc znika z nieba, a przebywając w Nowiu świeci zmarłym (u ludu był to także czas stosowania czarnej magii).
Tu „nowy” w znaczeniu „nowość” byłby więc wtórnym lub nakładającym się wobec odniesienia do „zmarły” czy także jako „mający się dopiero odrodzić”.
W niniejszym artykule przedstawiamy hipotezę Mikołaja Rudnickiego wraz z obszernym cytatem i pozostawiamy ocenie czytelników.
Przy okazji kolejni badacze przekonująco wskazują na prawdopodobny związek Nyji i księżyca, czyli syna księcia, staropolskiego knędza (stosowane czasem „kniaź” to zapożyczenie nowożytne).
Księżyc może tu pełnić rolę przewodnika wraz z nieodłącznym siwkiem wierzchowcem (tak księżyc kodowany jest w bajkach ludowych i w heraldyce), o pomoc którego rywalizują bóg podziemi i bóg niebios.

6. Warto również przypomnieć, iż współczesne Boże Narodzenie to dawne święto przesilenia zimowego, u nas Szczodre Gody, święto posiadające swój odpowiednik w całej Europie (np. Yule Log), a z którym ściśle związany jest dawny bóg zaświatów – dawca bogactwa (a więc i prezentów) protoplasta św. Mikołaja.
Na tym tle wyraźnym odpowiednikiem Nyji jest południowosłowiański bóg podziemi, szczególnie serbski i chorwacki starzec Badnjak.
W wigilię zwaną tam badnią do dziś obrzędowo palona jest sękata kłoda wyobrażająca brodę/głowę Badnjaka, patrona bydła, bogactwa i płodności (kłoda to dawniej także centralny element germańskiego Yule Log).
Postać Badnjaka najczęściej wiązana jest przez badaczy z wedyjskim wężem głębin Ahi Budhnją, a co interesujące obrzędowy kołacz/chleb poświęcony serbskiemu Badnjakowi przyozdabiany był wizerunkiem węża i zwał się Njiwa („pole”, identyczny źródłosłów posiada nordycki bóg morza Njord od ie. „patrzeć ku dołowi”).
Obrzędową rolę Badnjaka pełnił w Polsce Podłaźnik (a obecnie choinka) i prawdopodobnie sękacz / dziad, analogicznie jak francuskie polano bożonarodzeniowe, ciasto wyobrażające kłodę jako brodę starca.

7. Rozpatrując postać boga podziemi jakim jest Nyja oraz zakres jego kompetencji należy pamiętać, że w wierzeniach ludowych, ale także w staropolskich legendach herbowych, takie znaczenia jak woda, głębiny, moczary, jaskinia, loch, a nawet las i noc w przypadku opowieści mitycznej stanowią formę bramy do podziemi lub dosłownie pełnią rolę metaforycznego wyobrażenia zaświatów.
Stąd popularni do dziś łęczycki Boruta i kaliski Rokita, zwani diabłami polskimi, pojawiają się najczęściej właśnie w takich okolicznościach (tu również polscy wodnicy Rokita, Rokicki, Wierzbicki, Łoziński).
Z kolei w inkulturacji chrześcijańskiej dawnego boga zaświatów na terenie Polski wyraźnie zastępują św. Wojciech i błogosławiony Bogumił wykazując się takimi cechami jednoznacznie chtonicznymi jak patronowanie wędrówce dusz, bogactwu, hodowli bydła, wyraźnym związkiem z wodami, rytualnej dekapitacji, wędrówce w łodzi opatrzonej głową smoka, ludowym konotacjom astrologicznym, potrójnej postaci (cecha pana zaświatów) i wielu innych.
Na szczególną uwagę zasługuje tu hagiograficzny wątek ukrycia głowy św. Wojciecha w dziupli będąc niemal identycznym do podania o ukryciu w dziupli posągu wolińskiego Trygława (boga wiązanego przede wszystkim ze sferą podziemi), zbieżność ta wręcz zdumiewa.
Przywołać tu można także trójgłowego Borutę pod postacią czarnego konia czy trójgłową laskę sędziowską z Kurzelowa uważaną za przykład trwania wątków pogańskich w sztuce gotyku.

8. Za święte zwierzęta i/lub zoomorficzną postać prapolskiego boga podziemi należałoby uznać w pierwszym rzędzie czarnego (wronego) konia, ale również siwka (tu bóg podziemi jest jego pierwotnym właścicielem tracąc go następnie na rzecz pana niebios), byka, tura, bociana w folklorze zwanego księdzem Wojtkiem, przewodnika dusz ludzkich od i do Wyraju. Następnie sowę, raka, żmiję i mitycznego smoka / żmija.
Z kolei święte drzewo boga podziemi to w Polsce przede wszystkim wierzba, często siedziba wodnika, w jednym z gatunków zwana nawet Rokitą.
Tu w szczególności wierzby posiadające dziuplę i/lub rosnące w bezpośrednim pobliżu zbiorników wodnych.
Święte rośliny wiązane ze strefą chtoniczną to także chmiel i czarny bez wyróżniając się szeregiem wierzeń ludowych w tym zakresie.
To zaledwie część ustaleń i powiązań wskazanych w poniższym tekście autorstwa Grzegorza Niedzielskiego
http://www.bogowiepolscy.net/gfx/file/Nyja_pan_zaswiatow.pdf

6) DZIEWANNA – PANI LASÓW I GAJÓW / DIANA

dziewanna

„A jako że państwu Lechitów wydarzyło się powstać na obszarze zawierającym lasy i gaje, o których starożytni wierzyli […] że Diana rości sobie władztwo nad nimi […] przeto […] Diana w ich języku Dziewanną zwana [wraz z ] Marzanną cieszyły się szczególnym kultem i szczególnym nabożeństwem.” (Jan Długosz)

Dziewanna w przekazach etnograficznych oraz źródłach staropolskich to bogini młodości, wiosny, zwierząt, łowów i dzikiej przyrody.
Zapamiętana szczególnie w wierzeniach polskich i łużyckich jako opiekunka lasów i borów.  Powszechnie utożsamiona z Dianą-Artemidą oraz z wczesnowiosennym, iglastym Gaikiem/Latkiem – który i dziś zwykle towarzyszy wyobrażeniu bogini Marzanny.
W opracowaniu Grzegorza Niedzielskiego mamy takie główne punkty :

1. Omówienie licznych, w tym staropolskich źródeł historycznych wspominających boginię Dziewannę (lub jej odpowiedniczkę) oraz związany z boginią obrzęd powitania wiosny.
– Słowo św. Grzegorza o bałwochwalcach XIV w. (bóstwo Diva).
– Roczniki Długosza 1455 (Dziewanna-Diana jako bogini lasów i gajów).
– Kronika Miechowity 1521 (Dziewanna jako bogini Diana).
– Marcin Kromer, De origine… , 1555 (Ziewonia-Marzanna, opis obrzędu).
– Aleksander Gwagnin, Kronika Sarmacji…, 1578 (Diania – Ziewonia, opis obrzędu na Śląsku).
– Maciej Stryjkowski 1582 (Dziewanna-Ziewonna-Marzanna i opis obrzędu).
– Joachim Bielski 1597 (Ziewana-Diana-Marzanna i opis obrzędu).
– Marcin z Urzędowa 1543–1553 (opis żywego obrzędu Sobótki ku czci „Artemidy-Diany”).

2. Kolejne szczególnie istotne ślady to przekazy etnograficzne o łużyckiej bogini Dziwicy (polującej z psami) oraz o zaklęciu ludowym do dziewanny (rośliny) z terenu lubelskiego, a dotyczącym uleczenia bydła.
Oba zapisy (opublikowane przez Oskara Kolberga) są w artykule pdf na końcu charakterystyki.
Warte odnotowania są również Dziwożony – boginki z polskich wierzeń ludowych (opisywane jako szkaradne lub piękne), jak wynika z przeprowadzonej rekonstrukcji pierwotnie zapewne istoty z orszaku bogini (lub zniekształcony ślad samej bogini).
Następnie z terenu Słowiańszczyzny południowej boginki Samodivy – w wierzeniach ludowych piękne, jasnowłose, w szatach z piór (umożliwiających latanie), uwodzące młodzieńców i identycznie jak staropolska Dziewanna i łużycka Dziwica zamieszkujące lasy, władające łukiem, a nawet dosiadające zwierząt, np. jeleni.
Powracając do Polski, w odniesieniu do ludowej wiedzy o gwiazdach, takie określenia wieczornej Wenus jak: Zwierzynka, Zwiernica, Zwierza Gwiazda, Wilcza Gwiazda, Gwiazda Wołu, Gwiazda Zającowa i Gwiazda Bydlęca pozwala łączyć pojęcie Gwiazdy Wieczornej z boginią Dziewanną jak i łużycką Dziwicą. W powyższym kontekście kolejna interesująca postać to dolnośląska Waleska (Valeska, Walaszka) – piękna, złotowłosa, niezwykle silna, polująca, władająca magicznym łukiem, równocześnie legendarna założycielka Kłodzka.
Warto również zauważyć, iż na podstawie źródeł i zapisów etnograficznych niezwykle trudno orzec czy Dziewanna i Marzanna to w istocie jedna czy dwie boginie.
Bardzo możliwe, że oba rozumienia ich postaci funkcjonowały równolegle, np. w zależności od regionu.

3. Poszukując powiązań na tle indoeuropejskim należałoby wziąć pod uwagę imiona bogiń utworzone od praindoeuropejskiego rdzenia *di-„świecić jaśnieć”.
Tu w pierwszym rzędzie utożsamiana z Dziewanną rzymska Diana czy łączona z Ceres bogini Dea Dia (por. utożsamienie Ceres i Marzanny oraz zjawisko jedności Marzanny i Dziewanny w obrzędowości ludowej) i celtycka/galijska bogini Divona/Devona.
Ponadto takie znaczenia jak: dziewiczość (w pierwotnym znaczeniu młodości), władanie lasami, patronowanie wiośnie i zwierzętom, wszelkim ziołom, obdarzanie światłem i ogniem – pozwalają uwzględnić (oprócz wspomnianej Diany) grecką „dawczynię ognia”, „światłonośną”, dzierżącą pochodnię i odzianą w żółte szaty Artemidę, a także celtycką ognistą Brigid. Warte uwagi są także liczne i wyraźne zbieżności obrzędowe – w odniesieniu do bogiń wspomnianych powyżej – u ludów słowiańskich, germańskich, celtyckich, jak i starożytnych Greków i Rzymian.

4. Jak wynika z przedstawionych powiązań – unikatowy polski/ludowy kult Matki Boskiej Gromnicznej uznać można za jeden z najważniejszych śladów pamięci o bogini Dziewannie (por. ziele dziewanny zwane „królewską świecą” i stanowiące dawniej podstawowy materiał do wytwarzania knotów do świec, przyozdabianie świec-gromnic gałązkami świerka i tym podobne).
Wskazać można tu na szereg „światłonośnych”, „leśnych iglastych” i „wilczych” powiązań z: litewską boginią Žvėrūną, celtyckim świętem Imbolc i kultem bogini Brygid, boginiami Dianą (zwaną także Luciną) i dzierżącą pochodnię Artemidą, a także z symboliką innego święta – Dnia św. Łucji zastępującej tu kult dawnej, germańskiej bogini Lusse – odpowiedniczki rzymskiej Diany.

5. Za świętą roślinę bogini Dziewanny należy uznać w pierwszym rzędzie światłolubną i kwitnącą na żółto dziewannę (Verbascum L.), która według wierzeń ludowych posiada moc uleczenia zwierząt, ponadto zwana jest „panną-dziewanną”, „panną-dziwaną”, „matką wszystkich ziół”, uznawana za warkoczyki ludowej Matki Boskiej, w tradycji dająca światło świecy i sobótkowy ogień (por. ogniste cechy bogini Artemidy). Kolejne zioła, których symbolika wskazuje na związki z dawną boginią lasów i gajów to przede wszystkim bylica, w Polsce podobnie jak dziewanna nazywana „matką wszystkich ziół” (jej nazwa łacińska – „Artemisia” – pochodzi wręcz od imienia bogini Artemidy) oraz dziurawiec zwany w Polsce zielem boginki.
Wszystkie trzy powyższe zioła związane są trwale w tradycji ludowej z ogniem/światłem i Nocą Świętojańską / Sobótką.
Drzewa poświęcone bogini Dziewannie – poprzez silnie utożsamiany z nią wczesnowiosenny i obowiązkowo iglasty Gaik (Latko) – to przede wszystkim wiecznie zielone sosna i świerk.
Co interesujące gałęzie drzew iglastych wykorzystywano również do przystrajania posągów rzymskiej Diany (sosnowy wianek) i poświęcano greckiej Artemidzie (jodła).
Święte zwierzęta Dziewanny to psy, szczególnie myśliwskie, następnie wilki i co prawdopodobne na tle powiązań przedstawionych w tekście, jeleń i zając.
http://www.bogowiepolscy.net/gfx/file/Dziewanna-Diana-Artemida.pdf

Kamil Vandal 

25/11/2019