Piąta część artykułów z książkami i opracowaniami i narazie wystarczy, kolejne być może dopiero w nowym roku, tutaj tylko 50 tytułów, ale łacznie w tych pięciu częściach jest ponad 500 książek i opracowań, a niżej jest conajmniej kilkanaście bardzo ciekawych książek, które warto przeczytać, wiedza nie boli, czytamy = wiemy więcej, zapraszam do lektury 🙂
Czwarta część z książkami i opracowaniami do czytania – 127 tytułów (aktualizacja na dzień 10 grudnia), ale widzę po statystykach na blogu, że jest ,,branie” na WIEDZĘ i ludzie trochę jeszcze czytają, to bardzo dobrze, jutro jeszcze będzie link z książkami i opracowaniami o Barbarzyńcach starożytnych, a potem zrobię jakąś przerwe, bo te 5 części z 10-ciu miałem częściowo przygotowane, a kolejne 5 trzeba będzie od początku robić, grzebać w zakładkach i potem układać chronologicznie.
Przeważająca ilość poniższych opracowań i książek jest związana z tematyką piastowską, to jest około 100 linków jak dobrze policzyłem, a 20 jest związana z Jagiellonami, stety lub niestety takie mam w mojej ,,online bibliotece”, jakieś opracowanie i książka o Zygmuncie III Wazie też mi się tu zaplątały, ale on miał w sobie po kądzieli krew Jagiellonów (syn Katarzyny Jagiellonki) więc je zostawiłem, ogólnie jest co poczytać, serdecznie zapraszam 🙂
Bolesław i Peredsława : uwagi o uroczystości stanowienia władcy w związku z wejściem Chrobrego do Kijowa – Jacek Banaszkiewicz / 1990 https://rcin.org.pl/dlibra/publication/18984
Ze studiów nad elitarną kulturą ludności grodów tzw. centralnych państwa pierwszych Piastów, czyli ponownie o wczesnośredniowiecznym grzebieniu ze Stroszek pod Gieczem. Ujęcie porównawcze – Michał Kara / 2019 https://pressto.amu.edu.pl/index.php/sla/article/view/22223/21196
Wczesna, starsza i środkowa epoka bronzu w Polsce w świetle subborealnego optimum klimatycznego i jego wpływu na ruchy etniczne i zaludnienie Polski – Leon Kozłowski / 1928 https://www.wbc.poznan.pl/dlibra/publication/569802
O kamieniach mikorzyńskich. Sprawozdanie ś.p. hr. Aleksandra Przezdzieckiego odczytane dnia 13 stycznia 1870 r. na posiedzeniu Komisyi runograficznej delegowanej przez Oddział Archeologii i sztuk pięknych Towarzystwa Naukowego Krakowskiego – Aleksander Przezdziecki, Aleksander / 1872 https://www.sbc.org.pl/dlibra/publication/11818
Dusza, ciało i tabu : studia nad sakralnością praindoeuropejskiego formantu *u w łacińskiej terminologii anatomicznej – Katarzyna Tilgner / 2017 https://www.sbc.org.pl/dlibra/publication/418340
Języki słowiańskie dziś: w kręgu kategorii, struktur i procesów – pod red. Jakuba Lubomira Banasiaka, Aleksandra Kiklewicza i Julii Mazurkiewicz – Sułkowskiej / 2021 https://ispan.waw.pl/ireteslaw/handle/20.500.12528/1933
,,WIEDZA NIE BOLI” – 10 DUŻYCH POSTÓW Z KSIĄŻKAMI I RÓŻNYMI OPRACOWANIAMI DO CZYTANIA JUŻ NIEDŁUGO U MNIE NA BLOGU. Nadszedł czas, żeby 6000 linków które mam zapisane, ogarnąć i wybrać z nich ciekawe opracowania i książki, a następnie podzielić je tematycznie i chronologicznie od daty wydania.
Zrobiłem 10 kategorii tematycznych, więc będzie to seria 10 postów z bloga, żeby to miało ręce i nogi, a taki podział powoduje, że posty bedą ,,ruchome” i gdy znajdę jakiś ciekawy tytuł, lub coś przegapię i mi się przypomni, to dorzucę do danej kategorii.
Wszystkie książki i opracowania, które wrzucę, będą tylko po polsku, bo tytułów w obcych językach mam drugie tyle, to już byłoby przegięcie gdybym jeszcze miał nad nimi siedzieć!
KATEGORIE :
Kultury archeologiczne, cmentarzyska, znaleziska, skarby.
Mitologia Słowian, wierzenia, kultura ludowa, obyczaje.
Piastowie i Jagiellonowie.
Kroniki i historia Polski w całokształcie.
Polska regionalna – Pomorze, Mazury, Mazowsze, Wielkopolska, Małopolska, Śląsk etc. oraz Słowianie zza Odry.
Tematyka bałtyjska – Litwini, Prusowie i Jaćwingowie.
Książki dotyczące języka, gramatyki, słowniki, encyklopedie.
Inne ciekawe tytuły o różnej tematyce.
Kategorie spod numeru 3 i 4 osiągnęły 100 tytułów, wiec je wypuszczam jako pierwsze do czytania, nie znaczy to oczywiście, że w każdej kategorii będzie setka, tego nie jestem w stanie obiecać, ale jak skończe wszystko, to jeszcze będzie napewno aktualizacja, bo nie przejrzałem całej swojej ,,online biblioteki” więc te cyferki moga urosnąć jeszcze o kolejne tytuły w każdym wypuszczonym artykule, niżej setka z kategorii nr. 3.
Śledzenie początku narodów słowiańskich: rosprawa czytana na publiczném posiedzeniu Krolewsko-Warszawskiego Towarzystwa Przyiacioł Nauk w dniu 24 stycznia 1824 / Wawrzyniec Surowiecki https://www.wbc.poznan.pl/dlibra/publication/322542
Pogląd na dzieje Słowian zachodnio-północnych między Łabą (Elbą) a granicami dawnej Polski od czasu wystąpienia ich na widownię dziejową aż do utraty politycznego bytu i znamion narodowych – Karol Emil Sieniawski / 1881 https://www.wbc.poznan.pl/dlibra/publication/122927
Słowianie w czasach przedhistorycznych podług znalezionych w ziemi pamiątek ich bytu i z okresu panowania nad niemi Scytów, Sarmatów, Gotów i Litwinów, a rownież opisanie archeologicznych zbiorów – Józef Choynowski / 1904 http://pbc.biaman.pl/dlibra/docmetadata?id=30665
Jak słowiańscy przodkowie Pomorzan stali się Germanami. Z pochodzenia pochodzenia mieszkańców Pomorza Zachodniego w XVI w. i początkach XVII w. – Paweł Migdalski / 2016 https://wnus.edu.pl/pzp/pl/issue/72/article/418/
Testimonia najdawniejszych dziejów Słowian – seria łacińska tom 1 Starożytność i pisarze najdawniejsi – Przekład i opracowanie : Anna Kotłowska i Ryszard Grzesik przy współudz. Barbary Grunwald – Hajdasz / 2016 https://docplayer.pl/56104129-Testimonia-dziejow-slowian.html
Tożsamość Słowian zachodnich i południowych w świetle XX-wiecznych dyskusji i polemik : konteksty filologiczne i kulturoznawcze. T. 1 – Prace Naukowe Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach / 2017 https://www.sbc.org.pl/dlibra/publication/418987
Kontynuujemy czytanie książki ,,Dzieje i kultura dawnych Słowian (do X wieku)” — Jerzy Gąssowski, Warszawa, 1964, dziś część 2 pt. PIERWSI SŁOWIANIE.
Zanim przypomnę kim był autor, bo nie zrobiłem tego w części 1, tylko dałem link do mojego postu na facebooku, w którym jest ta treść (zmarł w tym roku), to powiem, że napewno nie można go nazwać oszołomem.
Ta część jest dużo ciekawsza od jedynki, a Gąssowski ani razu nie używa nazwy ,,Wandalowie”, ale są u niego Wenedowie jako Słowianie, a kultura przeworska jest kulturą słowiańską a nie germańską.
Oddziela również wyraźnie Gotów od Słowian i bardzo słusznie, oraz napisał, że Słowianie handlowali z mocno zhellenizowaną cywilizacją scytyjską, która była dla nich w jakimś stopniu atrakcyjna np. z powodu importów greckich nad Morzem Czarnym, ale ten handel ukrócił się około III wieku p.n.e gdy Scytów i ich ziemie podbili Sarmaci.
Sugeruje również że ludy, które Bizantyjczycy na początku średniowiecza nazywali ,,Sklawinami/Sklawenami” to prawdopodobnie potomkowie Lugiów, czyli z tego płynie prosty wniosek, że również Lugiowie byli Słowianami oprócz Wenedów, czym wylał mi jeszcze więcej miodu na serducho!
Za wikipedią :
Jerzy Filip Gąssowski (ur. 23 sierpnia 1926 w Siedlcach, zm. 1 lutego 2021 w Pułtusku) – polski archeolog, nauczyciel akademicki Uniwersytetu Warszawskiego i na Wydziale Historycznym Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku.
Studia ukończył w 1951 na Uniwersytecie Warszawskim. W 1958 obronił pracę doktorską Osadnictwo wczesnośredniowiecznej Sandomierszczyzny. W 1979 otrzymał tytuł profesora nauk humanistycznych. W latach 1978–1980 był wicedyrektorem Polish Studies Center Indiana University w Bloomington (USA).
W latach 1984–1987 był dyrektorem Ośrodka Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego, a w latach 1987–1989 dyrektorem Instytutu Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego. Pełni funkcję dyrektora Instytutu Antropologii i Archeologii Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku.
Prowadził badania w zakresie archeologii wczesnego średniowiecza i sztuki pradziejowej, w Polsce, Wielkiej Brytanii, Bułgarii oraz we Francji.
Po tych dwóch częściach zrobimy małą przerwę i w grudniu jeszcze będą dwie albo trzy takie wrzutki, następna część to ,,Wielkie wędrówki Słowian (V-VIII wiek)” albo może je ominę i odrazu przeskoczymy do ,,Państwa Samona”, zobaczymy, ale napewno ciąg dalszy nastąpi…
A teraz bedzie kilka postów na blogu, bo przeczytałem ją całą i zgadzam się praktycznie z kazdym słowem Autora, więc zachęcam do lektury wybranych rozdziałów, które u mnie będą w częściach.
Cała książka składa się z 9 rozdziałów i ma niecałe 200 stron, całej nie będe wrzucał, ale zeskanuje strona po stronie najciekawsze 4 lub 5 części (rozdziałów), dziś część 1 pt. PRASŁOWIANIE, 15 stron, zapraszam do przeczytania.
Pytania o pochodzenie różnych starożytnych ludów niemal od zawsze rozpalały umysły profesjonalnych badaczy i amatorów, prowadząc do tworzenia oryginalnych, a czasem karkołomnych koncepcji. Tajemnica pochodzenia Etrusków, twórców pierwszej cywilizacji miejskiej na terenie Italii, już od czasów starożytnych wzbudza liczne kontrowersje.
Starożytni autorzy, począwszy od ojca historii, Herodota i Dionizjusza z Halikarnasu przedstawiali zupełnie przeciwstawne i niemożliwe do pogodzenia teorie na ten temat.
Żyjący w I w. przed Chr. Dionizjusz z Halikarnasu uważał Etrusków za rodzimą, italską ludność, zamieszkującą Półwysep Apeniński niejako „od zawsze”: „(…) Dlatego wydaje mi się, że bliżsi prawdy są ci, którzy widzą w nich ludność autochtoniczną, a w żadnym wypadku nie napływową (…)” („Starożytności rzymskie” I, 30, 2). Podkreślał, że Etruskowie są bardzo starym ludem, a ich język i zwyczaje wyraźnie odróżniają ich od innych grup etnicznych. Dionizjusz odrzucał sugestie, że Etruskowie są przybyszami z Lidii, kraju położonego w zachodniej Azji Mniejszej, czy Pelazgami, którzy przypłynęli tu z obszarów położonych nad Morzem Egejskim. Nazywał Etrusków Tyrrenami i podkreślał, że ich język różni się zarówno od pelazgijskiego, jak i od lidyjskiego.
Etruskowie określali sami siebie nazwą Rasenna. Żyjący w V w. przed Chr. rodak Dionizjusza, Herodot utrzymywał, że Tryrrenowie byli przybyszami z Lidii, którzy wyemigrowali do Italii z powodu panującego w ich ojczyźnie głodu: „(…) wtedy król podzielił wszystkich Lidyjczyków na dwie części i jednej kazał ciągnąć losy na pozostanie w kraju, drugiej – na emigrację. I nad tą częścią, której los dał pozostać na miejscu, wyznaczył sam siebie jako króla, nad emigrantami zaś swego syna, który nazywał się Tyrrenos. Po losowaniu więc jedni z nich wywędrowali z kraju, udali się do Smyny i pobudowali sobie statki. Na nie włożyli całe ruchome mienie, jakie im było potrzebne, i odpłynęli, aby poszukać sobie środków do życia i ziemi. W końcu, minąwszy wiele ludów, przybyli oni do Umbrów, gdzie założyli miasta i po dziś dzień mieszkają. Nazwę Lidyjczyków zastąpili inną, wziętą od imienia królewskiego syna, który ich tu przywiódł: od niego tworząc swe miano, nazwali się Tyrrenami. (…)”. („Dzieje” I, 94).
Terakotowy sarkofag etruskiej pary małżeńskiej (VI w. przed Chr.), Museo Nazionale Etrusco di Villa Giulia w Rzymie (fot. (fot. Sailko, CC BY-SA 4.0, z Wikimedia Commons)
Dwaj Grecy z Halikarnasu stali się prekursorami głównych teorii dotyczących pochodzenia Etrusków: autochtonicznej, zakładającej, że Etruskowie są italskimi tubylcami i allochtonicznej, utrzymującej, że przybyli na Półwysep Apeniński z zewnątrz. Dionizjusz z Halikarnasu zwracał uwagę, że historyk Ksantos z Lidii (żył w V w. przed Chr.), który doskonale znał dzieje Azji Mniejszej w ogóle nie wspominał o migracji Tyrrenów do Italii, ani o lidyjskim władcy Tyrrenosie. Dionizjusz z niewątpliwą erudycją zrelacjonował funkcjonujące w znanej mu literaturze koncepcje pochodzenia Etrusków, dzięki czemu możemy poznać relacje autorów, których dzieła nie zachowały się do naszych czasów, takich jak wspomniany Ksantos czy Hellanikos z Lesbos.
Z drugiej strony nie możemy zapominać, że był on starożytnym mówcą, a nie współczesnym badaczem, dysponującym aparatem naukowym. Jego celem było przedstawienie Etrusków jako rdzennych, italskich barbarzyńców. Z kolei opowieść Herodota o podróży grupy Lidyjczyków do Italii została wyraźnie skonstruowana na wzór relacji o greckich kolonistach zasiedlających różne zakątki basenu Morza Śródziemnego pod wodzą najbardziej przedsiębiorczych jednostek. W starożytności dość powszechnie przyjmowano prawdziwość opowiadania ojca historii o przybyciu Tyrrenów z Azji Mniejszej. Koncepcja Dionizjusza pozostała odosobnioną ciekawostką.
Jeszcze większe zamieszanie wprowadził rzymski historyk Tytus Liwiusz, który stwierdził, że Etruskowie są spokrewnieni z alpejskim ludem Retów: „(…) Także narody alpejskie mają niewątpliwie to samo pochodzenie, głównie zaś Retowie, którzy wskutek samej przyrody zamieszkiwanych okolic tak zdziczeli, że z dawnego stanu nie pozostało im nic oprócz dźwięku mowy, i to już mocno skażonego. (…)” („Dzieje Rzymu od założenia miasta” V, 33). Pomysł Liwiusza przejął encyklopedysta Pliniusz Starszy, który spopularyzował go w swojej „Historii Naturalnej”. Trzeba pamiętać, że starożytni greccy i rzymscy autorzy pisali o wczesnej historii różnych ludów z perspektywy swoich czasów i okoliczności, w których przyszło im żyć.
Dziś, po setkach lat, historykom nie jest łatwo ocenić rzeczywistą wartość podawanych przez nich informacji. Mimo to, właśnie teorie starożytnych pisarzy wyznaczyły ramy współczesnej dyskusji o pochodzeniu Etrusków. Zwolennicy i przeciwnicy tych koncepcji do dziś ostro się spierają, przytaczając rozmaite argumenty natury historycznej, archeologicznej, antropologicznej i językowej, a ostatnio także wyniki badań genetycznych.
Sprzeczne koncepcje i kłopotliwe zabytki
Od czasów renesansu wzrastało w Italii zainteresowanie historią i kulturą Etrusków, które przybierało niekiedy postać prawdziwej obsesji. W czasach nowożytnych Etrusków uważano zwykle za italskich autochtonów. Ten pogląd stał się szczególnie popularny w XIX wieku, w czasach Risorgimento, kiedy to kulturę etruską postrzegano jako rodzimą i prężną, przeciwstawiając ją dominującym, brutalnym Rzymianom i napływowym Grekom. Innego zdania był niemiecki historyk i filolog, pochodzący z Brzegu, Karl Otfried Müller (1797-1840). Twierdził on, że Etruskowie byli mieszanką przybyszów z Grecji i zza Alp. Müller starał się wesprzeć swoją dokumentację znaleziskami archeologicznymi, które właśnie zaczęły wysuwać się na pierwszy plan w dyskusjach o pochodzeniu różnych starożytnych ludów.
Stela z Lemnos, pochodząca z VI w. pn.e. (fot. domena publiczna, z Wikimedia Commons)
W 1885 roku w murze kościoła pobliżu wioski Kaminia na greckiej wyspie Lemnos odkryto kamienną stelę nagrobną z przedstawieniem uzbrojonego wojownika i inskrypcją w lokalnej odmianie greckiego alfabetu. Kiedy badacze przystąpili do odczytywania widocznego na steli napisu, okazało się, że jego język jest bardzo podobny do etruskiego. Znalezisko pozostawało w zgodzie z teoriami opartymi na przekazie o migracji Etrusków z Azji Mniejszej i basenu Morza Egejskiego. Pobudziło ono także badania nad językiem etruskim i jego związkami z innymi narzeczami. Archeolodzy przypomnieli sobie przekaz greckiego historyka z V w. przed Chr., Tukidydesa, który pisał o Pelazgach Tyrreńskich, zamieszkujących niegdyś wyspę Lemnos („Wojna Peloponeska” IV, 109). Populacja mówiąca lokalnym językiem lemnijskim zamieszkiwała wyspę co najmniej do VI w. przed Chr., kiedy to podbili ją Ateńczycy pod dowództwem sławnego wodza Miltiadesa. Dla wielu badaczy stela z Lemnos stała się koronnym dowodem prawdziwości relacji Herodota i Tukidydesa oraz tezy o przybyciu Etrusków na Półwysep Apeniński ze wschodniej części basenu Morza Śródziemnego.
Dla niemieckiego historyka starożytności Eduarda Meyera (1855-1930) była ona jedynie świadectwem korsarskich wypraw Tyrrenów, którzy przybyli z Italii, by zasiedlić egejską wyspę. Do dziś stela z Lemnos pozostaje jednym z najważniejszych punktów dyskusji o pochodzeniu Etrusków. W 1928 roku na wyspie odnaleziono dwa inne napisy w języku lemnijskim, tym razem widniejące na fragmentach naczynia ceramicznego, a w 2009 roku, w trakcie wykopalisk w ruinach Hefajstei, starożytnego miasta położonego w północnej części Lemnos – kolejny napis, tym razem umieszczony na kamiennym cokole. Istnienie na wyspie ludności używającej języka bliskiego etruskiemu nie może budzić już żadnych wątpliwości.
Mimo odkryć dokonanych na Lemnos, w pierwszej połowie XX wieku coraz większą popularność zaczęła zyskiwać zapożyczona od Tytusa Liwiusza idea przybycia Etrusków zza Alp, z Recji. Podchwycili ją głównie uczeni niemieccy, którzy uważali że Etruskowie przywędrowali z północy i podbili rdzenną, ludność Italii, tworząc pierwszą na Półwyspie Apenińskim miejską kulturę. Wizja panującego, wysoce cywilizowanego ludu, podbijającego półdzikich autochtonów świetnie pasowała do czasów imperializmu, kolonialnej rywalizacji i wojen światowych. Włoscy starożytnicy, którzy popierali hipotezę o migracji, woleli mówić przybyciu ze wschodu Etrusków, którzy przynieśli na italską ziemię elementy wysoko rozwiniętej kultury greckiej i „orientalizującej”. Badacze umieszczali migrację Tyrrenów z regionu egejskiego do Italii pod koniec epoki brązu, lub we wczesnej epoce żelaza.
Dziś zwolennicy teorii migracyjnej upatrują kolebkę Etrusków w basenie Morza Egejskiego. Ich hipotetyczni przodkowie, określani w inskrypcji ze steli faraona Merenptaha mianem Tursza, mieli wziąć udział w najazdach Ludów Morza na wschodnie wybrzeża Morza Śródziemnego. Do Italii dotarli w X w. przed Chr. i stali się twórcami kultury Villanova. Przybysze ze wschodu mieli się stać elitą panującą w etruskich miastach, jak twierdził m. in. brytyjski archeolog John Bryan Ward-Perkins (1912-1981). Dominacja koncepcji migracyjnej została przełamana po II wojnie światowej dzięki działalności włoskiego archeologa i etruskologa Massimo Pallotino (1909-1995). Pallotino uznał, że wszystkie starożytne świadectwa dotyczące postulowanej migracji Etrusków są bardzo niepewne i mocno problematyczne. Inskrypcja ze steli z Lemnos także nie była dla niego argumentem wspierającym tezę o wędrówce. Uważał, że migracja z basenu Morza Egejskiego do Italii pod bokiem Greków, u progu epoki historycznej była po prostu niemożliwa. Zwracał uwagę na fakt, że znaleziska archeologiczne z Etrurii nie potwierdzały przybycia jakiegokolwiek obcego ludu na ten obszar.
Panująca w Toskanii w późnej epoce brązu i we wczesnej epoce żelaza kultura Villanova płynnie przekształciła się w miejską cywilizację etruską, przesiąkniętą greckimi wpływami. Pallotino postrzegał kwestię pochodzenia Etrusków raczej jako proces kształtowania się grupy etnicznej na miejscu, niż jako wynik wędrówek różnych grup ludzkich. Poglądy włoskiego archeologa zdominowały współczesne naukowe rozważania o Etruskach. Pojawiły się teorie mające pogodzić niewątpliwy fakt obecności na Lemnos ludności mówiącej językiem zbliżonym do etruskiego z koncepcją autochtoniczną. Twórcy napisu na steli z Lemnos mieliby przywędrować na wyspę z Italii pod koniec epoki brązu i skolonizować ją. Koncepcja migracji italskiej ludności z zachodu na wschód nie zyskała jednak powszechnej akceptacji w świecie nauki.
Grób ciałopalny kultury Villanova (VIII w. przed Chr.), Museo Etrusco Guarnacci, Volterra (fot. Sailko, CC BY 3.0, z Wikimedia Commons)
Do akcji wkracza genetyka
Już w latach 50-tych XX wieku pojawiały się pomysły dotyczące zaprzęgnięcia metod biologii i antropologii do rozwiązania kwestii pochodzenia Etrusków. Niektórzy badacze porównywali szkielety współczesnych i starożytnych mieszkańców Toskanii, inni proponowali badania dotyczące grup krwi i charakterystyki genetycznej współczesnej ludności tego regionu. Jednak dopiero w początkach XXI wieku pojawiły się realne możliwości zbadania starożytnego i współczesnego DNA oraz udzielenia odpowiedzi na pytanie, skąd pochodziła populacja starożytnej Etrurii. Zespół genetyków pod kierunkiem Cristiano Vernesi’ego analizujący w 2004 roku starożytne genomy zachowane w kościach wydobytych z etruskich cmentarzysk z doliny Padu i Kampanii chciał się dowiedzieć, czy Etruskowie stanowili spójną populację charakteryzującą się wspólnym pochodzeniem, czy też raczej wspólnotę kulturową i językową, której przedstawiciele mieli bardzo różnych przodków. Pragnął także odpowiedzieć na pytanie, czy starożytna ludność wspomnianych regionów jest w jakiś sposób powiązana z ich współczesnymi mieszkańcami.
Badania wykazały, że Etruskowie byli grupą spójną pod względem genetycznym i wywodzili się od grupy wspólnych przodków. Wyniki badań wskazywały na ciągłość populacyjną od późnej epoki brązu, aż po okres rozkwitu etruskich miast. Etruskowie zamieszkiwali zatem swój ojczysty kraj od dawna i mało prawdopodobne, by byli przybyszami z zewnątrz. Z drugiej strony te same badania wykazały, że starożytna populacja Etrurii była w pewnym stopniu genetycznie powiązana z mieszkańcami wschodniej i południowej części basenu Morza Śródziemnego, choć jej DNA było ogólnie spójne z genami innych Europejczyków. Wyniki badań zespołu Vernesiego były krytykowane przez innych badaczy, głównie za pobieranie próbek DNA ze starych, potencjalnie zanieczyszczonych kolekcji muzealnych.
W 2007 roku pojawiły się wyniki badań wskazujące na powiązania etruskiego DNA z populacjami zamieszkującymi Bliski Wschód. Przez chwilę zwolennicy hipotezy migracyjnej złapali wiatr w żagle. Wyglądało na to, że już po okresie neolitycznym do Toskanii przybyła z Anatolii lub innego zakątka Bliskiego Wschodu jakaś grupa ludności. Jednak późniejsze badania wykazały, że udział bliskowschodnich genów w puli genetycznej Toskańczyków był dużo mniejszy, niż przypuszczano, a powiązania między populacjami Toskanii i Anatolii sięgają głęboko w czasy wczesnego neolitu.
Volterra, Toskania – widok z Palazzo dei Priori (domena publiczna, z Pixabay)
Przybysze czy tutejsi?
Wobec wątpliwości dotyczących interpretacji analiz ludzkiego DNA, specjaliści wpadli na pomysł, by wziąć pod lupę udomowione bydło. Przeprowadzone w 2007 roku badania genomu 11 włoskich ras bydła wskazało na występowanie bliskowschodnich haplotypów u ras wywodzących się z Toskanii. Okazało się jednak, że jest to związane po prostu z faktem, że bydło udomowiono właśnie na Bliskim Wschodzie w początkach neolitu. Występowanie bliskowschodnich haplogrup u ludzi i bydła nie musi być dowodem na migrację z Anatolii, czy innego zakątka wschodniej części basenu Morza Śródziemnego w czasach historycznych. Jest ono raczej związane z rozprzestrzenianiem się rolniczej gospodarki w Europie w czasach neolitu. Badacze wskazują, że nawet odkrycie bezsprzecznie bliskowschodnich haplotypów nie stanowi dostatecznego dowodu na wędrówkę Tyrrenów z tego regionu. W końcu, w I tysiącleciu przed Chr. różne grupy ludności przemierzały wody Morza Śródziemnego, osiedlając się i handlując w różnych miejscach, tak jak feniccy i greccy koloniści. W etruskich miastach byli obecni Sardyńczycy, Grecy, a nawet przybysze z Bliskiego Wschodu. Obok wymiany handlowej i kulturowej musiała następować także wymiana genów.
Opublikowane w 2007 roku wyniki analiz mitochondrialnego DNA populacji Toskanii przeprowadzonych przez międzynarodowy zespół uczonych wskazywały na niezwykle wysoki udział bliskowschodnich haplogrup, zwłaszcza u ludzi pochodzących z Murlo, niewielkiego miasta o etruskiej genezie. Zinterpretowano ten fakt jako dowód na stosunkowo niedawną migrację do Etrurii grup ludności pochodzących z Bliskiego Wschodu, która miała miejsce dużo później niż w neolicie, co wskazywałoby na przybycie nowej populacji już w czasach historycznych. Rezultaty tych badań i ich interpretacja zostały mocno skrytykowane, zarówno przez genetyków, jak i etruskologów. Zespół badawczy, który w 2012 roku przeprowadził badania mitochondrialnego DNA osób pochowanych na etruskich cmentarzyskach, porównał je z genami średniowiecznych i współczesnych Toskańczyków. Okazało się, że tylko niektórzy mieszkańcy dzisiejszej Toskanii pochodzą bezpośrednio od starożytnych Etrusków. Jedynie geny mieszkańców Volterry i doliny Casentino wskazały na ich pochodzenie od starożytnych Tyrrenów. Badacze wykazali, że związek Etrusków z populacją zachodniej Anatolii niewątpliwe istnieje, ale sięga on odległych czasów neolitu. Rozdzielenie populacji Etrurii i zachodniej Anatolii dokonało się ponad 5000 lat temu. Tyrrenowie byli zatem ludnością zamieszkującą Półwysep Apeniński od czasów, kiedy w Europie zaczęła się upowszechniać rolnicza gospodarka.
Opublikowane w 2019 roku wyniki analiz starożytnego i pradziejowego DNA pochodzącego ze szczątków ludzkich odkrytych na 29 stanowiskach archeologicznych z okolic Rzymu zaskoczyły nie tylko genetyków. Próbki pochodziły ze szczątków ludzkich datowanych bardzo szeroko, od neolitu po średniowiecze. Jak należało się spodziewać, wykazano dużą domieszkę bliskowschodniego, pochodzącego z północno-zachodniej Anatolii DNA w genomach neolitycznych rolników pochowanych w środkowej Italii. Znaleziono także geny łączące ich z neolitycznymi mieszkańcami Iranu i Kaukazu. W genomach 11 osobników pochodzących z epoki żelaza wykryto z kolei domieszkę genów pochodzących od koczowników zamieszkujących step nadczarnomorski. Taka domieszka jest charakterystyczna dla wielu europejskich populacji z epoki brązu i żelaza. Pochodzenie mieszkańców Italii z epoki żelaza okazało się być bardzo zróżnicowane. Genomy dwóch osobników pochodzących z Latium wykazały związki ze starożytnymi populacjami Anatolii i Armenii.
Co ciekawe, geny osób pochodzących z Latium i Etrurii nie wykazywały większych różnic. Dopiero u osobników z czasów Cesarstwa Rzymskiegoudało się wykryć sporą domieszkę genów pochodzących ze wschodniej części basenu Morza Śródziemnego. Mieszkańcy Rzymu i okolic w czasach Cesarstwa mieli wiele wspólnych genów z populacjami współczesnej Grecji, Malty, Cypru i Syrii. Dzielili też wiele alleli ze starożytnymi mieszkańcami Iranu, Libanu i Jordanii. Genetyczne dziedzictwo mieszkańców cesarskiego Rzymu odzwierciedla napływ ludności do stolicy wielkiego imperium na skutek kampanii wojennych, handlu niewolnikami oraz rozwoju dalekosiężnej wymiany w czasach Republiki i władzy cesarzy. Te czynniki miały potężny wpływ na skład genetyczny populacji Wiecznego Miasta i jego okolic, czego wyrazem był wzrost udziału genów pochodzących ze wschodniej części basenu Morza Śródziemnego, Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. W tym kontekście przypominają się ksenofobiczne uwagi rzymskiego poety i satyryka Juwenalisa z przełomu I i II w. po Chr., piszącego o Orontesie wlewającym się do Tybru („Satyry” III, 62-65), czyli o napływie bliskowschodniej populacji do Rzymu.
Etruska statuetka wotywna z brązu przedstawiająca dziecko (IV-III w. przed Chr.), Muzea Watykańskie (fot. Sailko, CC BY 3.0, z Wikimedia Commons)
Skąd zatem pochodzą Etruskowie?
Wyniki badań genetycznych pozostają w zgodzie z informacjami ze źródeł historycznych, poświadczających napływ do Rzymu Greków, Syryjczyków, Egipcjan, Żydów, Frygijczyków i innych przybyszów ze wschodu. Fakt, że te same badania nie wykazały napływu genów ze wschodu w czasach rozkwitu kultury Etrusków jest wielce znaczący. Jeśli dobrze poświadczony historycznie przepływ ludności w czasach Cesarstwa pozostawił wyraźne ślady genetyczne, to dlaczego po hipotetycznej migracji Etrusków ze wschodu nie pozostał żaden ślad?
W 2018 roku zespół genetyków kierowany przez Violę Grugni zbadał chromosomy Y 817 niespokrewnionych mieszkańców współczesnych Włoch, pochodzących z dziesięciu różnych regionów kraju w nadziei poszerzenia wiedzy o historii genetycznej populacji Półwyspu Apenińskiego i ewentualnych migracjach w przeszłości. Genetycy zwrócili uwagę na obecność haplogrupy J2a-M67*, szczególnie częstej na Bliskim Wschodzie (w Iranie, Anatolii, Palestynie), ale także na wyspach i wybrzeżach Morza Śródziemnego. Sugeruje to, że nosiciele tego genu mogli rozprzestrzenić się z Bliskiego Wschodu drogą morską. Haplogrupa J2a-M67* występuje szczególnie często w południowej Italii, a także w założonym przez Etrusków mieście Volterra. Według badaczy wskazywałoby to na Azję Mniejszą, jako miejsce pochodzenia przynajmniej części etruskiej puli genów, zgodnie ze scenariuszem przedstawionym jeszcze przez Herodota. Badacze z zespołu V. Grugni nie wykluczyli żadnej możliwości, podkreślając, że dane genetyczne mogą równie dobrze wskazywać na anatolijskie lub północnoeuropejskie pochodzenie Etrusków, jak i na ich miejscowe, italskie korzenie związane z kulturą Villanova, zgodnie z koncepcją Dionizujsza z Halikarnasu.
Mimo serii badań archeogenetycznych przeprowadzonych zarówno na współczesnej populacji Toskanii, jak i na szczątkach ludzkich pochodzących ze starożytnych pochówków, kwestia pochodzenia starożytnego ludu Etrusków wciąż pozostaje otwarta. Wyniki badań starożytnych i współczesnych genomów odnoszą się przede wszystkim do historii populacji ludzkich, a w mniejszym stopniu do dziejów kultury i języka. Grupy etniczne badane przez historyków i archeologów nie muszą się koniecznie pokrywać z odkrywanymi przez genetyków wzorcami zróżnicowania ludzkich populacji. Pochodzenie języka czy tożsamość etniczna często ma niewiele wspólnego z biologicznymi korzeniami danej populacji. Wielce złożony obraz genetycznego dziedzictwa starożytnych Etrusków wskazuje na pochodzenie ich materiału genetycznego zarówno z zachodniej Europy, jak i z Azji oraz ze wschodniej części basenu Morza Śródziemnego. Genetyczna historia tego ludu była bardziej skomplikowana, niż dotąd wydawało się badaczom.
Wyniki najnowszych badań bardziej pasują do tezy podkreślającej tubylcze pochodzenie Etrusków. Nie znaczy to jednak, że kwestia początków tego ludu została definitywnie rozwiązana. Korelacja danych pochodzących z różnych rodzajów źródeł nigdy nie była rzeczą łatwą, a w kwestii pochodzenia Etrusków staje się niebywale trudna. Badacze nie mogą ignorować ani wyników badań genetycznych, ani informacji przynoszonych przez źródła historyczne i znaleziska archeologiczne, ani kłopotliwych znalezisk, takich jak Stela z Lemnos. Właśnie dlatego początki ludu określającego się mianem Rasenna pozostaną jeszcze przez długi czas przedmiotem polemik specjalistów i kolejnych prac badawczych.
Czy Polanie rzeczywiście istnieli? Który gród Piastowie obrali na swe rodowe gniazdo? Czy Mieszko I był wikingiem? Od kilkudziesięciu lat archeolodzy dokopują się do fundamentów naszego kraju. Upadają fakty, uważane dotąd za pewne.
W latach 965-966 pewien zarabizowany Żyd z Hiszpanii odbył wielką podróż przez Europę podczas której dotarł aż do zachodnich krańców ziem zamieszkanych przez Słowian. Po powrocie do ojczyzny spisał relację ze swych wojaży, w której wspomniał też o państwie niejakiego Mśko. Miał to być najrozleglejszy ze słowiańskich krajów, a drużynę władcy tworzyło trzy tysiące pancernych, których „setka znaczy tyle co dziesięć setek innych”. Kraj obfitował, zdaniem podróżnika, w żywność, mięso, miód i rolę orną, a władca był dość bogaty, by swym pancernym dawać wszystko, czego potrzebowali.
W czasie, gdy Ibrahim ibn Jakub, gdyż tak zwał się ów podróżnik, najpewniej spisywał swoje przeżycia, Niemiec Widukind z Korbei zaczął pisać kronikę „Res gestae saxonicae sive annalium libri tres”. Zawarł w niej informację o niejakim królu Misacam, któremu podlegał słowiański lud Licicaviki. Żyjący wśród Wieletów niemiecki awanturnik Wichman miał wraz ze swymi gospodarzami dwa razy pokonać owego Misacam, a nawet zabić mu brata.
toczone wzmianki o Mieszku łączy jedno – są to najstarsze pisemne informacje dotyczące państwa polskiego. Historycy od dawna zgodnie podkreślali, że na karty historii wkroczyło ono wyjątkowo nagle i to w dodatku od razu jako wielki i silny organizm. Nie mogło więc powstać z dnia na dzień. Problem w tym, że próbując poznać wydarzenia w czasach wcześniejszych historycy musieli − jak pisał prof. Gerard Labuda − „poruszać się po omacku, w krainie samych domysłów i przypuszczeń”.
Trochę wiedzy o wydarzeniach przed panowaniem Mieszka zawdzięczamy, co prawda żyjącemu w XII w., Gallowi Anonimowi. Dowiadujemy się z jego kroniki, że początek dynastii Piastów dał syn oracza (kołodziej pojawił się dopiero u późniejszych autorów) Piasta imieniem Siemowit, który obalił księcia Popiela, a następnie poszerzył granice swych ziem. Niestety Gall nie pozostawił nam żadnych szczegółów, co do zasięgu tych terenów. Jego następcą był Lestek, po którym rządy objął Siemomysł. W końcu nadszedł Mieszko. Część badaczy podchodziła do tej relacji z wielkim sceptycyzmem i uznawała ją za legendę.
Co prawda więcej o początkach naszej ojczyzny pisali późniejsi średniowieczni autorzy, ale opieranie się na ich dziełach jest już prawdziwym historycznym hazardem. Wincenty Kadłubek, oprócz informacji zaczerpniętych najpewniej od Galla Anonima, funduje nam naprawdę fantastyczną podróż w przeszłość. Polacy walczą nie tylko z Juliuszem Cezarem, Galami i Aleksandrem Macedońskim, ale muszą też radzić sobie ze smokami (konkretnie – wawelskim). Wśród licznych władców Polski pojawiają się Krak, Wanda, a także dwaj Pompiliusze. Drugiego z nich konsumują myszy, co wieńczy przejmowanie władzy przez pierwszego z Piastów.
U innych kronikarzy jest nie lepiej. Pewien anonimowy autor, który napisał Kronikę Wielkopolską, wprowadził jedną z najbardziej znanych legend o początkach Polski – tę o Lechu, który postanowił założyć swą siedzibę w miejscu, gdzie biały orzeł uwił gniazdo. Tak miało powstać Gniezno. Nic więc dziwnego, że wyposażeni w takie źródła historycy niewiele mogli zdziałać.
„Na podstawie naszych kronik średniowiecznych nie sposób napisać najdawniejszych dziejów Polski” – przyznał swego czasu prof. Jerzy Strzelczyk.
Nadzieja w archeologii
Jedyną nadzieją na zdobycie nowych i w miarę pewnych informacji była archeologia. Jeszcze przed II wojną światową Józef Kostrzewski zbadał na Górze Lecha w Gnieźnie pozostałości potężnych wałów, których wiek określił na koniec VIII w. Potwierdziło to relacje Galla Anonima i innych autorów, którzy w Gnieźnie upatrywali rodowej siedziby Piastów. W mrokach spowijających początki Polski pojawił się jeden bardzo jasny punkt.
W późniejszych dekadach archeologia dostarczyła kolejnych śladów budowy państwa, między innymi podczas tzw. badań milenijnych w latach 50. i 60. W całej Wielkopolsce odkryto dziesiątki zniszczonych grodów zwanych plemiennymi, a także – budowane w tym samym czasie przez Piastów nowe grody. Były to wyraźne ślady państwotwórczej działalności poprzedników Mieszka, którzy obalali stary porządek, by stworzyć swój własny. Z czasem, dzięki wprowadzanym nowym metodom badawczym archeologia dostarczała coraz więcej informacji. Jednak nie zawsze potwierdzają one dawne relacje i hipotezy.
Na przełomie lat 80. i 90. zaczęliśmy w Wielkopolsce na nowo analizować materiały archeologiczne z głównych grodów piastowskich badanych w okresie milenijnym i doszliśmy do wniosku, że zespoły ceramiki naczyniowej oraz towarzyszące im tzw. zabytki wydzielone (w tym luksusowe „importy”) z najstarszych warstw kulturowych tych grodów pochodzą dopiero z I połowy X w. – opowiada dr hab. Michał Kara, który kieruje zespołem Pracowni Wczesnego Średniowiecza Instytut Archeologii i Etnologii Polskiej Akademii Nauk w Poznaniu.
Równolegle do tych badań dostępne polskim badaczom stało się datowanie dendrochronologiczne pozwalające bardzo dokładnie określać wiek drewna w oparciu o jego słoje. Pod koniec lat 90. daty uzyskane tą metodą z belek w wałach na Wzgórzu Lecha ujawniły, że Józef Kostrzewski pomylił się o grubo ponad sto lat. Fortyfikacje te powstały bowiem dopiero około 940 r. Coś, co uznawano za pewnik potwierdzony jednocześnie przez źródła historyczne i archeologiczne upadło z łoskotem. Gniezno okazało się zdecydowanie zbyt młode jak na pierwszy gród Piastów. Rodowej siedziby Piastów trzeba było szukać od nowa. Zaraz potem zaczął chwiać się kolejny, jak się wydawało, mocny element wczesnych dziejów Polski. Coraz więcej badaczy zaczęło dopuszczać myśl, że Polanie nigdy nie istnieli. Powróciły też głosy o znaczącym udziale wikingów w stworzeniu Polski, a nawet o skandynawskim pochodzeniu Mieszka. W jakim więc stanie jest nasza wiedza o początkach Polski?
Hełm odkryty w Gieczu
Wiking Dago podbija Słowian
Początki Polski pogrążone są niemal w całkowitych mrokach. Stan niewiadomej od dawna prowokował badaczy do wysuwania przeróżnych hipotez. Wśród nich były i takie, które przypisywały powstanie naszej ojczyzny przybyszom z zewnątrz.
W 1858 r. Karol Szajnocha zaprezentował tezę, że w VI w. na ziemie polskie napłynęli skandynawscy imigranci zwani Lachami. Wedle jego wizji Słowianie byli w stanie „historycznego niemowlęctwa”, co przejawiało się chociażby niezdolnością do stworzenia państwa. Dzięki temu przybysze łatwo stali się społeczną elitą.
Kolejną wersję tej hipotezy przedstawili w 1918 r. dwaj niemieccy historycy Lambert Schulte i Robert Holtzmann. Odwołali się do dokumentu zwanego Dagome iudex, w którym Mieszko I oddawał swoje państwo pod opiekę papieżowi. Pierwszy historyczny władca Polski jest w nim nazwany Dagome. Na tej podstawie Niemcy uznali, że był to najpewniej duński wódz imieniem Dago, który około 960 r podbił na czele swojej drużyny ziemie nad Wartą.
Ich teza okazała się niezwykle żywotna i znalazła również zwolenników w Polsce. Obecnie najbardziej znanym adwokatem Mieszka-Dago jest archeolog Zdzisław Skrok. − Nie zgadzam się z poglądem, że z kręgu lokalnych „królików” plemiennych nagle wyłonił się jeden, który zaczął podbijać innych. Sądzę, że była to interwencja z zewnątrz – mówił w 2009 r. „Archeologii Żywej”. Jego zdaniem Dago przybył jednak ze wschodu na czele wspomnianych przez ibn Jakuba trzech tysięcy wojów i ulokował się w grodzie na Ostrowie Lednickim. Skrok powołuje się na znalezione tam groby normańskie oraz liczne znaleziska w Jeziorze Lednickim broni pochodzenia skandynawskiego.
Jeden dokument a tyle problemów
Identyfikowanie Mieszka z niejakim Dago opiera się jedynie na wspomnianym „Dagome iudex”. A jest to wyjątkowo zwodnicze i ryzykowne źródło. Nie dysponujemy bowiem oryginalnym dokumentem, ale kopią niedokładnego streszczenia, które wykonał około 1080 r. włoski kardynał Deusdedit. Fakt donacji był mu potrzebny w pewnej jurystycznej rozprawie. Kardynała nie interesowało, kto i jaki kraj oddał blisko sto lat wcześniej pod opiekę Stolicy Apostolskiej (sądził zresztą, że dokument dotyczy Sardynii). Nie przyłożył się więc do szczegółów i najwyraźniej zniekształcił nieznane sobie nazwy.
Budzące poważne wątpliwości niedbałe streszczenie autorstwa Deusdedita przegrywa w konfrontacji z innymi źródłami wspominającymi o pierwszym historycznym księciu piastowskim. Imię Dago bądź podobne nie pojawia się w nich ani razu. Nikt też nie wspomina o niesłowiańskim pochodzeniu tego władcy. Co więcej, wymienione przez Galla Anonima imiona przodków Mieszka są w stu procentach słowiańskie.
Z tych też powodów hipoteza o wikingu Dago nie ma żadnego poparcia. „Trudno wiązać początki dynastii z obcymi etnicznie przybyszami, ponieważ nie upoważniają do tego źródła pisane, ani tym bardziej dane archeologiczne” − stwierdził w książce „Archeologia Polski wczesnośredniowiecznej” prof. Andrzej Buko, dyrektor IAE PAN. − Nie ma żadnych dowodów na to, że Mieszko był wikingiem. Dynastia Piastów jest przyrodzona, a nie obca − stwierdza zdecydowanie dr Kara.
A może tylko drużyna?
Inaczej jest jednak z drużyną Mieszka. Polskim historykom i archeologom częściej zdarza się pisać, że w znacznej mierze (albo nawet w całości) składała się ona z wojowników skandynawskich.
Jako dowód na poparcie takich twierdzeń przedstawia się często znajdywaną w Polsce skandynawską broń z X i XI w. oraz pochówki przypisywane przybyszom ze Skandynawii bądź wareskiej Rusi.
Na takie znaleziska natrafiono nie tylko na Lednicy, ale i na wielu stanowiskach rozsianych po całej domenie pierwszych Piastów. Do najgłośniejszych należą odkrycia w Łubowie nieopodal Ostrowa Lednickiego, Sowinkach i Luboniu pod Poznaniem, Kałdusie koło Chełmna, czy Lutomiersku koło Łodzi. Ich interpretacja jako śladów masowej obecności wikingów w czasach Mieszka nie jest jednak tak oczywista, jakby niektórzy chcieli.
− Wydaje się, że w jakimś momencie w drużynie pierwszych Piastów zaczęli pojawiać się doskonale wyekwipowani wojownicy skandynawskiego pochodzenia – uważa dr Michał Kara. Dodaje, że w tym czasie w Europie udział cudzoziemców w siłach zbrojnych był normą. Jednak w przypadku drużyny piastowskiej zwyczaj najmowania obcych mamy najlepiej poświadczone dopiero w znaleziskach datowanych na czasy Bolesława Chrobrego i Mieszka II, choć niewielkie grupy wojowników z rejonu basenu Morza Bałtyckiego mogły już wcześniej służyć polskim władcom. Kara wskazuje, że pochówki Normanów na ziemiach polskich pochodzą najwcześniej z przełomu X i XI w., ze wskazaniem na pierwszą połowę XI stulecia.
Północna tradycja pochówków
− Zawsze są to tylko nieliczne pochówki na słowiańskich cmentarzyskach, wyróżniające się specyficznym rytuałem pogrzebowym o północnych nawiązaniach – podkreśla archeolog. W Łubowie na kilkadziesiąt przebadanych grobów tylko dwa cechują się obrządkiem skandynawskim, w Sowinkach na około sto grobów– pięć lub sześć, z kolei w Lutomiersku na sto kilkadziesiąt grobów jedynie około piętnastu łączyć można z obcym rytuałem funeralnym. Tak chętnie opisywane przez Zdzisława Skroka cmentarzysko z Ostrowa Lednickiego ma ponad 1600 grobów słowiańskich i tylko… cztery, które można wiązać z wikingami.
Za pochówki Skandynawów uchodzą m.in. tzw. groby komorowe. Jednak, jak tłumaczy dr Jerzy Sikora z Uniwersytetu Łódzkiego, mogiły tego typu występowały na ziemiach polskich już w pradziejach. W początkach wczesnego średniowiecza można je natomiast spotkać na terenach zamieszkanych przez Franków, Alemanów, czy Longobardów, a także na Wyspach Brytyjskich. W IX w. groby nawiązujące do komorowych występują w Państwie Wielkomorawskim. Zdaniem archeologa można je łączyć głównie z wykształcaniem się państwowych elit, a nie jakimś etnosem.
− Szczegółowe analizy obrządku pogrzebowego nie pozwalają na wysuwanie kategorycznych sądów o obecności większych grup Skandynawów na obszarze wczesnego państwa Piastów, a już na pewno nie o ich szczególnym znaczeniu w procesie powstawania tego państwa – przekonuje Sikora. – Niewątpliwie przybysze ze Skandynawii gościli w Polsce, a zapewne także wchodzili w skład książęcych drużyn i dworu pierwszych Piastów. Jednak zakres tej penetracji trudny jest do ustalenia i zapewne często przeceniany.
Sceptycznie do masowej obecności wikingów w Polsce podchodzi też historyk dr Michał Bogacki z Zakładu Historii Wojskowej Instytut Historii UAM w Poznaniu. Jego zdaniem informacje o rzekomych stosach skandynawskiej broni są przesadzone. – Jeśli porównamy liczbę tych znalezisk z ogólną liczbą znanych nam militariów sprzed tysiąca lat, to wówczas zobaczymy, że broni skandynawskiej jest tak naprawdę niewiele. W dodatku, w odniesieniu do niektórych zabytków występujących w świadomości “masowej” jako skandynawskie, są wątpliwości do do ich rzeczywistego pochodzenia – tłumaczy historyk. Z dna Jeziora Lednickiego lub samego Ostrowa wydobyto blisko 300 sztuk broni – ostrza toporów, groty włóczni, kilka mieczy. Z tego najwyżej parę zabytków może być proweniencji skandynawskiej – dodaje.
Dr Bogacki podkreśla, że znaleziska broni skandynawskiej nie muszą za sobą pociągać obecności wikingów. – Słowiański wojownik mógł ją zdobyć w walce, kupić, albo dostać w podarunku – podkreśla historyk.
Wikingowie nie są jedynymi kandydatami na obcych twórców państwa polskiego. W ostatnich dwóch wiekach wspominano choćby o szlachcie jednego z zachodniosłowiańskich ludów (np. Obodrytów), która pod naciskiem Sasów miała ujść na ziemie polskie i tam stworzyć własne państwo. Źródła imigrantów ze skłonnościami państwowotwórczymi upatrywano też na Wielkich Morawach. Część tamtejszych elit miała uciec na północ po zniszczeniu ich kraju przez Węgrów. Jednak tezy te trudno poprzeć jakimiś dowodami.
W świetle obecnych źródeł nie powinno więc być wątpliwości, że Piastowie są miejscowym rodem. Czy jesteśmy jednak w stanie wskazać gród, który był ich pierwszą siedzibą?
Wyniki datowania dendrochronologicznego wałów w Gnieźnie spowodowały, że piastowskiego gniazda trzeba było szukać od nowa.
Badacze uznali, że powinno ono być wśród tych niezniszczonych plemiennych grodów, które w czasach Mieszka i Bolesława odgrywały istotną rolę. Na Giecz, położony 25 km od Gniezna, jako jedyny ważny ośrodek ziemi gnieźnieńskiej mający korzenie w okresie plemiennym wskazała prof. Zofia Kurnatowska.
Atutami miejsca są bogate relikty kamiennych budowli: rotundy, palatium i okazałego kościoła z początków XI w. Co prawda palatium najpewniej nigdy nie było dokończone, ale za to kościół jest uznawany za ewenement powstały na ziemiach polskich w tym okresie. Wyjątkowość grodu podkreślają też datowania dendrochronologiczne wskazujące, na to, że je go wał powstał już w drugiej połowie IX w. Wart wspomnienia jest fakt, iż Gall Anonim wymienił Giecz obok Poznania, Gniezna i Włocławka, opisując wojskową potęgę Bolesława Chrobrego. Gród miała dawać władcy 300 pancernych i 2000 tarczowników.
-Osadnictwo wokół Giecza charakteryzuje się ciągłością. W pozostałych regionach Wielkopolski centralnej taka ciągłość nam się nie rysuje – wylicza kolejną mocną stronę tego ośrodka władzy dr Kara.
Słaby punkt teorii nobilitującej Giecz na mapie wczesnopiastowskich grodów związany jest z najazdem Brzetysława I. Otóż po reakcji pogańskiej i najeździe księcia czeskiego (lata 30. XI w.) Piastowie odbudowali wszystkie kluczowe grody ziemi gnieźnieńskiej z wyjątkiem… Giecza właśnie. Czyżby tak łatwo zapomnieli o swojej rodowej siedzibie?
Giecz nie jest jedynym kandydatem na grodowego lider. Prof. Buko wskazuje na odsunięty trochę od ziemi gnieźnieńskiej Kalisz. Tutaj również mamy do czynienia ze starym grodem, którego Piastowie nie zniszczyli. Co więcej znacznie go rozbudowywali, a wokół prowadzili intensywną akcję kolonizacyjną osiedlając ludzi sprowadzonych z innych terenów. W Kaliszu znaleziono również unikalne pozostałości drewnianego kościół z XI w., a więc jednego z najstarszych na ziemiach polskich.
Kalisz w odróżnieniu od Giecza posiada świadectwa kultury elitarnej, a znalezione tam skarby są starsze od gieckich. Giecz nie może pochwalić się tak bogatym zapleczem osadniczym, jakie widzimy wokół Kalisza
wylicza prof. Buko
„Koncepcja kaliska” nie jest pozbawiona wad. – Kronika Galla Anonima wyraźnie wskazuje, ze początki państwa Piastów związane są z Ziemią Gnieźnieńską. Wydaję się, że jeśli Kalisza był siedzibą rodową Piastów, to źródła pisane by o tym wspominały – mówi dr Michał Kara. Podkreśla jednak, że koncepcja prof. Buko jest bardzo ciekawą alternatywą dla hipotezy gieckiej.
Obie koncepcje wcale nie muszą być postrzegane jako wykluczające się alternatywy. Zdaniem prof. Buko, Kalisz i Giecz mogły należeć do pierwotnej domeny Piastów obejmującej ziemie nad Prosną i południową część Ziemi Gnieźnieńskiej. – Grody te stworzyły układ dwubiegunowy, który po zajeciu przez Piastów północnej części Ziemi Gnieźnieńskiej oraz zachodniej Wielkopolski został zastąpiony nowym układem Gniezno-Poznań.
Kalisz znalazł się wówczas na peryferiach tworzonego państwa i w efekcie jego ranga polityczna i ideologiczna zmalała jeszcze przed panowaniem Mieszka – mówi prof. Buko.
Archeolodzy również w Poznaniu odkryli ślady wczesnego osadnictwa. Dotąd powszechny był pogląd, że tamtejszy gród założyli dopiero Piastowie w X w. Daty dendrochronologiczne wskazały jednak, że na Ostrowie Tumskim istnieją pozostałości drewnianych domostw z końca IX w. – Wygląda na to, że mogły być otoczone jakimś systemem obronnym, chroniącym również przed powodziami – informuje archeolog prof. Hanna Kóčka-Krenz z UAM w Poznaniu. Podkreśla jednak, że konieczne są dalsze badania. Daleka jest też od wysuwania Poznania jako kandydata na pierwotną siedzibę przodków Mieszka. – Piastowie pochodzili z jednego z grodów w centralnej Wielkopolsce, ale ja bym się nie odważyła wskazać z którego. Nie mamy żadnych możliwości ustalenia tej siedzi – mówi prof. Kóčka-Krenz.
Z problematyką rodowej siedziby Piastów wiąże się pytanie o pierwszą stolicę Polski. Przez dziesiątki lat historycy spierali się o to, czy tytuł ten należy się Poznaniowi czy Gnieznu.
Na wyjątkowe znaczenie Gniezna wskazywał już Gall Anonim. W grodzie tym za panowania Chrobrego ulokowano arcybiskupstwo, złożono szczątki św. Wojciecha i goszczono Ottona III. Na Gniezno wskazuje też użyta w Dagome iudex nawa państwa civitas Schinesghe, choć w tym wypadku można mieć już pewne wątpliwości.
Poznań walczy o prym dużo większym rozmachem inwestycji w grodzie, ulokowaniem tu siedziby pierwszego biskupa Jordana, a także domniemanymi pochówkami Mieszka i Bolesława w miejscowej katedrze.
Obecnie jednak badacze przychylają się ku tezie, iż w przypadku pierwszy Piastów nie można mówić o stolicy. Władca przemieszczał się z miejsca na miejsce odwiedzają wszystkie części państwa. Było ku temu kilka ważnych powodów. Do najważniejszych należą, słaba komunikacja, która powodowała, że wódz musiał osobiście kontrolować sytuację we wszystkich regionach, oraz ograniczone możliwości wyżywienia przez jeden gród świty i drużyny księcia.
Stolica była tam, gdzie był książę. Taka sama sytuacja panowała wówczas w większości krajów Europy. Notorycznymi „włóczęgami” byli w X w. np. władcy Niemiec, Francji, Anglii, Norwegii, czy Węgier. Według prof. Strzelczyk, jeszcze nawet Władysław Jagiełło rządził, nie zagrzewając nigdzie miejsca na dłużej.
Polan nie było?
Piastowie mieli zacząć swą karierę jako władcy żyjących nad Wartą Polan. Co do istnienia tego plemienia nie było wątpliwości, choć ani razu jego nazwa nie pojawia się w źródłach sprzed panowania Bolesława Chrobrego. Historycy zazwyczaj tłumaczyli ten fakt oddaleniem Wielkopolski od ziem, gdzie istniało rozwinięte piśmiennictwo albo też tym, że był to początkowo mały lud.
Badacze podejmowali próby znalezienia śladu Polan w dawnych źródłach. Tzw. Geograf Bawarski wspomina około 845 r. o ludzie Glopeani, który miał mieć aż 400 civitates (nie jest jasne, co autor dokumentu rozumiał przez ten termin, najczęściej historycy tłumaczą go jako grodu, ale mogło chodzić o coś innego). Polscy historycy dawno temu uznali ten lud za Goplan i przyznali mu siedziby nad Jeziorem Gopło. Pojawiały się nawet hipotezy o walkach Polan z Goplanami, czego śladem miała być właśnie opowieść o Popielu, który w końcu ginie w wieży nad Jeziorem Gopło. Sęk w tym, że według Galla Anonima Popiel zginął w Gnieźnie. Miejsce jego śmierci zaczęto lokować nad Gopłem dopiero w XIV w.
Geograf Bawarski prezentował Glopean-Goplan jako ogromny lud. Wiele plemion wyliczonych w dokumencie miało, czasem dużo mniej, niż 100 civitates. Tymczasem, poza wspomnianym dokumentem, nikt o nich nie pisze. Czyżby tak wielki lud zniknął bez śladu? W oparciu o te wątpliwości powstała więc hipoteza identyfikująca Glopeani z Polanami.
Działanie takie przypomina wspomniane wcześniej „poruszanie się po omacku”. Istnieją wątpliwości, czy w ogóle należy przywiązywać uwagę do wzmianki o Glopeani. Geograf Bawarski nie jest bowiem rzetelnym słownikiem geograficznym doskonale poinformowanych badaczy. Jak wskazywała prof. Zofia Kurnatowska konkretne informacje zanikają w nim w miarę oddalenia się od granic państwa frankijskiego, aż do pojawienia się nazw zupełnie zagadkowych, wśród których są właśnie Glopeani. Jeszcze dalej idzie z krytyką prof. Urbańczyk, który w „Trudnych początkach Polski” wywody na temat „Geografa” kończy stwierdzeniem: „Analizowany dokument mógł więc być typowym produktem >>służb specjalnych<<, którym zlecono przygotowanie konkretnego raportu, ale nie chciały się one przyznać do swojej niewiedzy.”
Wspominany denar Bolesława Chrobrego
Dotąd więc najmocniejszym dowodem istnienia Polan, którzy zdaniem przeważającej liczby badaczy mieli dać nazwę naszemu państwu, jest wybita najpewniej kilka lat po roku tysięcznym moneta Bolesława Chrobrego z napisem Princes Polonie. Jednak i ów numizmat spotkał się z krytyką. Co więcej, zdaniem prof. Urbańczyka, zabytek ten niesie informację, iż… Polan nigdy nie było.
Cała sprawa swój początek bierze w hipotezie wysuniętej kilka lat temu przez niemieckiego historyka Johannesa Frieda, że nazwę Polonia nadał naszemu krajowi cesarz Otto III podczas wizyty w Gnieźnie. Weryfikując ją, prof. Urbańczyk stworzył chronologiczną listę pierwszych wzmianek nazwy Polonia bądź podobnej w źródłach. Teza niemieckiego badacza nie znalazła potwierdzenia, ale okazało się, że wzmianki o Polonii układają się w ciąg prowadzący z Polski do Rzymu!
Najstarszym źródłem, który używa takiej nazwy jest „Żywot św. Wojciecha” spisany w Rzymie przez Jana Kanapriusza w latach 999-1001. Autor określa Bolesława Chrobrego terminem Palaniorum dux. Według prof. Urbańczyka. Według prof. Urbańczyka zrobił to, by odróżnić tego władcę od jego czeskiego imiennika z tego samego okresu. Do tego momentu autorzy zachodni wspominając Chrobrego najczęściej pisali po prostu o księciu słowiańskim. Wywodzącą się od pola nazwę miała zasugerować Kanapriuszowi towarzysz św. Wojciecha Bogusza-Bedenykt, urodzony najpewniej właśnie w państwie Piastów.
Kolejne wzmianki użytej przez Kanapriusza (bądź bardzo podobnej) nazwy układają się chronologicznie w trasę wiodącą z Rzymu, przez Niemcy do Polski. Nowa nazwa, zdaniem prof. Urbańczyka, wędrowała przekazywana ustnie, gdyż w każdym miejscu zanotowano ją nieco inaczej (np. Polonia w Reichenau w 1001 r., Polonia w Kwedlinburgu i Poleniaw Merseburgu w 1002 r., Poliani w Hildesheim w 1003 r.). W końcu nazwa dociera do Polski gdzie Chrobry bije wspomnianą już monetę z napisem Princes Polonie.
Tym samym – zdaniem prof. Urbańczyka – Bolesław sam zostawił dowód na to, że Polan nigdy nie było. Gdyby bowiem był ich księciem to nazwa brzmiałaby Polania. Prof. Urbańczyk wskazuje również, że nazwa Polani, a więc najbliższa Polanom pojawi się w polskich kronikach dopiero w XIII w.
Zdaniem prof. Urbańczyka początków Polski nie należy więc upatrywać w jakimś związku plemiennym Polan, ale w wodzostwie Piastów. Przyjęcie tej tezy oznacza, że Polska i narów Polski powstały w wyniku prywatnej inicjatywy jednego rodu. I nie jest to jakiś wyjątkowy radykalizm jednego badacza. Podobnie uważa np. archeolog prof. Władysław Duczko z Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku. Jego zdaniem, rodzące się w Wielkopolsce państwo było prywatną własnością klanu. Trzy lata temu w wywiadzie dla magazynu „Sprawy Nauki” nazwał Polan tworem historyków.
Ale bynajmniej nie mamy tutaj do czynienia ze sporem na linii archeolodzy i historycy.
– Wczesne państwa nie wyrastały z plemion, one je pożerały – tłumaczy historyk dr. hab. Pleszczyński z Zakładu Historii Powszechnej Średniowiecznej Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej. – To widać wszędzie tam, gdzie zachowały się jakieś informacje o tworzeniu władzy. Jakaś grupa, czasami nawet jeden człowiek zbierał wokół siebie gotowych na wszystko ludzi, awanturników z różnych ludów i tworzył coś na kształt organizacji mafijnej, którą nazywano drużyną. Następnie ów wódz za pomocą swoich druhów niszczył strukturę władzy w plemionach, które zdołał podbić. Jednocześnie jednak tego rodzaju organizacja chroniła poddanych przed rabunkiem ze strony innych, podobnych grup. W celu wzmocnienia więzi władzy i ludu kreowano mit o wspólnym pochodzeniu, tworzono nowe plemię, wczesny naród.
Podobnie choć inaczej rozkładając akcenty, podchodzi do zagadnienia dr Kara. – Żeby państwo (monarchia) mogły zaistnieć politycznie i przestrzennie musi funkcjonować jakaś wspólnota zdolna do przyjęcia ustroju władczego, chyba że ustrój ów jest instalowany siłą, za pomocą podboju. Nie ulega jednak wątpliwości, że istotną, a nawet kluczową rolę w genezie państwa Piastów odgrywał rodzimy charyzmatyczny ród o strukturze wodzowskiej – twierdzi archeolog. W jego ocenie wspólnota Polan mogła uformować się nie jako struktura plemienna, ale jako skoncentrowana wokół Piastów organizacja polityczna o charakterze wczesnopaństwowym. Jej powstanie było zaś rezultatem procesów społeczno-kulturowo-politycznych, które zachodziły w granicach ziemi gnieźnieńskiej w X w., a zwłaszcza w drugiej połowie tego stulecia.
– Nie odstępowałbym całkowicie od obecności Polan – w sensie wspólnoty terytorialnej zamieszkującej tereny rdzennej Wielkopolski. Nie mamy jednoznacznych argumentów, by już teraz przesądzać sprawę – uważa prof. Buko. Dodaje, że społeczność, która tworzyła zręby państwa polskiego mogła po prostu nosić inną nazwę i dlatego Polanie pojawiają się w źródłach późno.
Wiemy coraz więcej
W obliczu mizerii źródeł historycznych, archeologia jest jedynym sposobem na lepsze poznanie najwcześniejszych dziejów Polski. Ma ona jednak znaczne ograniczenia. nie pozwala odtworzyć imion władców, nazw plemion, dokładnego przebiegu granic państwa, ani wielu innych informacji. Pozwala jednak zobaczyć efekty działań tych bezimiennych książąt i ludów – spalone grody, nowe inwestycje, przesiedlenia ludności. I choć archeologia zostawia nie mniej niż historia na snucie domysłów i przypuszczeń, to pozwala nam w ogólnym zarysie odtworzyć wydarzenia sprzed panowania Mieszka.
– Materialne ślady pojawienia się najstarszego organizmu państwowego – patrymonialnej domeny piastowskiej – można datować na 1. połowę X w. Proces państwowotwórczy musiał jednak zacząć się trochę wcześniej, pod koniec IX stulecia – mówi dr Kara. – Wprawdzie trwa dyskusja czy uformowana w X w. domena Piastów to już organizm państwowy, ale nie ulega wątpliwości, że w tym czasie system władczy musiał już istnieć na obszarze Ziemi Gnieźnieńskiej. Widzimy to w planowanym układzie tamtejszych grodów, w przesiedleniach ludności, kreowaniu nowego zaplecza osadniczego warowni. Od połowy X w. następuje zaś wielokierunkowe rozszerzanie domeny Piastów, które następuje drogą podbojów, ale też drogą polityczną – opowiada dr Michał Kara.
Podobną chronologię proponuje prof. Buko. – W drugiej połowie IX w. mamy do czynienia z organizowaniem pierwszych ośrodków domeny piastowskiej (Giecz i Kalisz). Pierwsze 20-lecie X w. to początek ekspansji na pozostałą część Ziemi Gnieźnieńskiej i zachodnią Wielkopolskę – mówi.
Ślady podboju są bardzo wyraźne np. w rejonie górnego i środkowego Nadobrza i w wybranych enklawach Polski Centralnej – spalone grody z porzuconym dobytkiem i elementami uzbrojenia, w tym grotami strzał.
Łącznie z około 90 wielkopolskich grodów do czasu Mieszka zachowało się tylko kilkanaście. Jednak, jak podkreśla dr Michał Kara, należy ostrożnie podchodzić do interpretacji, że każdy spalony gród padł ofiarą działań militarnych. Mogły być porzucane także z innych powodów, a palono je by nie pozostawiać niepotrzebnych już, niezasiedlonych fortyfikacji.
Są też obszary, gdzie Piastowie najwyraźniej rozciągnęli swoją władzę w bardziej pokojowy sposób. Na Kujawach, Pałukach, we wschodniej części obecnej Ziemi Lubuskiej i na Ziemi Kaliskiej nie ma wyraźniejszych śladów działań militarnych. – Wygląda na to, że te strefy Piastowie próbowali wciągnąć w orbitę swojej polityki innymi metodami, np. w drodze układów czy machinacji politycznych, także za pomocą mariaży – uważa dr Kara. Jak widać badacze różnią się, co do momentu wejścia w skład państwa Piastów Kalisza i okolic. Generalna wizja wydarzeń jest jednak podobna.
Od końca 1. połowy X w. Piastowie budują nowe grody, które lokują generalnie w dwóch skupiskach – gnieźnieńskim i kaliskim. Jedną z najważniejszych inwestycji była budowa grodu w Gnieźnie. W ten sposób, jak pisała prof. Kurnatowska, Piastowie uczynili dawne miejsce kultowe ośrodkiem mitycznym nowej wspólnoty.
Datowania dendrochronologiczne wskazują, że te rozległe inwestycje były prawdopodobnie dziełem ojca Mieszka, czyli Gallowego Siemomysła. Ten wielki budowniczy fundamentów Polski okazał się jednak strasznym pechowcem. Nie miał swojego Ibrahima ibn Jakuba i najpewniej na zawsze pozostanie jedynie władcą legendarnym.
Ponad 2 miesiące nic nie dawałem na bloga, ale pani Justyna, którą serdecznie pozdrawiam, mieszkająca na stałe na Rugii w Niemczech napisała do mnie wczoraj mejla zaniepokojona, dlaczego nie ma żadnych tematów od dawna, i że ona chciałaby coś ciekawego poczytać w tematyce związanej z piratami morskimi, bo akurat zbliża się rocznica upadku Arkony 12 czerwca 1168…
Kobietom się nie odmawia, więc wrzucam prawie cały rozdział XVIII drugiej części mojej książki „Vandalowie i Wenedowie byli Przodkami Sławian Zachodnich”, nie ma tu chyba tylko opisu kątyny Świętowita, a w książce jest, bo skopiowałem to z moich notatek z brudnopisu, które się trochę różnią od oryginału, ale i tak wyszło prawie 60 000 znaków i około 30 stron w formacie A4, więc za dużo na post facebookowy ale na bloga pasuje idealnie.
Myślę, że nieźle to wyszło, sporo ciekawostek i cytatów z kronik opisujących naszych sławiańskich piratów morskich, o których do tej pory nie nakręcono żadnego fajnego filmu czy serialu!
WordPress pokazuje, że będzie tu 40 minut czytania, więc zapraszam do lektury 🙂
NA POCZĄTEK 10 CYTATÓW O WOLINIE, VINECIE i POMORZANACH
1) Pisał o Wolinie w poł. IX wieku Geograf Bawarski:
„Wolinianie mają 70 grodów”
2) W 965 o Wolinianach Ibrahim ibn Jakub zanotował :
„Posiadają oni potężne miasto nad Oceanem, mające 12 bram. Ma ono przystań, do której używają przepołowionych pni. Wojują z Mieszkiem a ich siła bojowa jest wielka. Nie mają króla i nie dają się prowadzić 1 władcy, a sprawującymi władzę wśród nich są starsi”
3) Inny kronikarz arabski Ibn Said napisał :
„Powiadają, że należało ono do najpotężniejszego z królów Słowian. Opisywane jest jako wielkie. Jego port na morzu otaczającym stanowi cel, w którym zbiegają się liczne okręty. Jest najpiękniejszy z portów owych stron”
4) Ciągnące się 3 km wzdłuż Dziwny miasto to było 6-8 tysięcy ludzi, na Vinecie czasami utożsamianej z Wolinem była jedyna latarnia morska na słowiańskim Bałtyku.
W XI wieku pisał Adam z Bremy:
„W jej /Odry/ ujściu przesławne miasto Jumne… Jest oczywiście największe z miast, jakie są w Europie. Zamieszkują je Słowianie łącznie z innymi narodami Grekami i barbarzyńcami. Także sascy przybysze otrzymują prawo zamieszkiwania, byleby tylko przebywając tam nie występowali z oznakami swego chrześcijaństwa. Jest tam latarnia morska, którą mieszkańcy zwą ogniem greckim”
5) O rybołówstwie w XII wieku pisał Herbord:
„Jest tam niewiarygodna obfitość ryb tak z morza, jak z rzek, jezior i stawów, za denara zaś otrzymujesz wóz świeżych śledzi”
6) Herbord o Pomorzanach :
„Lud doświadczony w walkach na lądzie i morzu, przyzwyczajony żyć z rabunku i łupieży w przyrodzonej jakiejś dzikości zawsze nieposkromiony”
7) Ten sam autor dalej:
„Taka zaś między nimi jest wiara i społeczna świadomość, że całkiem nie znajdziesz między nimi złodziei lub oszustów”
Wolin był ośrodkiem kultu Trzygłowa, stał tam jego złoty posag. Sensacją archeologiczną stała się 4-twarzowa figurka Świętowita, którego głównym ośrodkiem kultowym była Arkona na wyspie Rugii, datowana na II poł. IX wieku.
8) Wielką czcią cieszyła się w Wolinie włócznia o zardzewiałym grocie. Wg „Żywotu z Prüfening” mieszkańcy wierzyli że :
„W niej znajduje się ich obrona i rękojmia zwycięstwa”
9) O uroczystościach w mieście pisał Ebo:
„Julin zwykł był na początku każdego lata obchodzić święto jakiegoś bożka przy tłumnym udziale ludzi i pląsach”
10) A Mnich z Prüfening dodaje :
„W całym mieście urządzano przedstawienia sceniczne, wszystko zmieszane z gwarem i hałasem…”
Badania cmentarzysk pozwoliły ocenić średnią wieku zmarłych Wolinian na 28 lat czyli żyli krótko i intensywnie.
Każdy zna termin stworzony w XIX wieku czyli „wikingowie”, który odnosi się do skandynawskich piratów i handlarzy, niemalże bohaterów romantycznych i wyniesionych do poziomu popkulturowego. Wiking to nazwa nieznana przed XIX wiekiem, która oznaczała „piractwo”. Ludzie robili „wiking”, nie mogli być „wikingami” kiedyś w swoich czasach ale są Wikingami dziś dla historyków czyli piratami morskimi. Językowe niuanse dotyczące współczesnego używania słowa „Wiking” odłóżmy na bok, faktem jest, że grupa historyczna znana jako „Wikingowie” nie była jednorodnym narodem. Pierwotne znaczenie słowa Wiking/Viking nie miało narodowości. Inskrypcje runiczne sugerują, że Viking był człowiekiem, który opuścił swoją ojczyznę, szukając przygód i zysku za granicą, z sugestią, że planuje wrócić do domu ze swoją nowo zdobytą fortuną i sławą.
Słowo to istniało zarówno w formie rzeczownika (víkingr – człowiek podróżujący w poszukiwaniu przygody), jak i w formie czasownika (viking – uczestnictwo w jednej z tych przygód), nawet jego pochodzenie jest dyskutowane. W staronordyckim języku víkingr oznacza człowieka z vík, gdzie vík może mieć znaczenie zatoki, lub konkretnej zatoki zwanej Víkin na południu Norwegii. Być może nazwa została tutaj zastosowana, ale zanim Sagi Islandczyków zaczęły powstawać po końcu epoki Wikingów, słowo víkingr wciąż miało sens taki jak „najeźdźca”, lub poszukiwacz przygód, który podróżował po morzach i oceanach szukając sławy i fortuny.
Kultura pomorska została zbudowana na starszych kulturach, tak starożytnych, jak kultura ceramiki sznurowej czy późniejsza kultura łużycka, a także na wielu młodszych kulturach lokalnych wywodzących się głównie z kultury wielbarskiej. Jednak plemienna świadomość Wendów została zbudowana na brzegach Morza Bałtyckiego, aż czasem wielkie wody stały się bardziej naturalnym środowiskiem dla nich niż rozległe ziemie, które kontrolowali. Morze było dla Wendów nie tylko źródłem żywności i zasobów, ale przede wszystkim drogą do bogactwa i siły militarnej. W powszechnej świadomości okres średniowiecza w kontekście tematów „morskich” czyli piractwa, łupieżczych wypraw jakie miały wtedy miejsce na Morzu Bałtyckim, Morzu Północnym, kojarzy się prawie wyłącznie z Vikingami pochodzącymi ze Skandynawii czyli Germanami w rozumieniu Teutonami. To bardzo zafałszowany obraz rozpowszechniany metodą tzw.”hollywoodzką”. Tymczasem przez jakieś 250 lat (950-1200 r) lub więcej (skąpe dane o czasach przed X wiekiem) na wodach tych dominowali Sławianie. Winę za ten fałszywy obraz ponosi strona nasza czyli sławiańska (polska) nie dbająca o propagowanie tej wiedzy na zachodzie. Trwające wciąż prace archeologów i historyków przedstawiają zgoła inny obraz tego czasu jaki miał miejsce w rejonie mórz Bałtyckiego i Północnego a nawet północnego Atlantyku od wybrzeży Norwegii aż do Islandii i być może Grenlandii (prawdopodobnie potwierdzające to odkrycia to tylko kwestia czasu). Poczynając od końca X wieku dominującą rolę na tych morzach przejmowali Sławianie Zachodni skutecznie eliminując element germański. Sławianie jako lud byli znacznie liczniejsi od Skandynawów i większą liczbą dokonywali wypraw. Wszystkie wybrzeża bałtyckie i wyspy były regularnie napadane przez Wagrów (jedno z plemion Obodrzyców), Ranów i Pomorzan co doprowadziło do poważnego wyludnienia tych ziem. Jednak w mniejszym stopniu od Skandynawów zasiedlali oni zdobyte tereny. Średniowieczne piractwo na Bałtyku zawsze kojarzono z erą Vikingów. Sam fakt, że Sławianie nieźle poczynali sobie w tym rzemiośle jest mało znany.
Dla Pomorzan, piraci skandynawscy z którymi mieli dość dobre stosunki byli Skandami (ludzie ze Scandia), lub po prostu Niemcami, nazwy które teraz odnoszą się do Niemców, i z grubsza tłumaczy się jako „mutes”, ale w przeszłości można go było wykorzystać do ludzie z pewnego rodzaju opóźnieniem – od niemocy – z „brakiem”, czyli np. brakiem siły fizycznej i witalności, lub brakiem wspólnej mowy a który we współczesnym języku czeskim oznacza po prostu „chorobę”. Napewno Niemcy były ogólnie zbiorową nazwą dla wszystkich ludzi, którzy nie mówili językiem sławiańskim. Natomiast wszyscy, którzy mówili językiem sławiańskim i byli wzajemnie zrozumiałymi, byli Sławianami. Nie jest to wcale dziwne: języki sławiańskie zaczęły się oddzielać bardzo późno, dopiero w X wieku. Pomorscy piraci są zwykle określani jako Chąśnicy, co może być etymologicznie tłumaczone jako napad (chąsa) czy „morski atak”, a przez niektórych historyków jako Wiciędze, która jest rzadką nazwą, pochodzi od słowa Witeź ( rycerz), używanego dla bohaterów. W źródłach zagranicznych Pomorzanie i Sławianie Połabscy określani są jako Wendy, Pomorze nazywa się Vendland (czasem używane też dla Polski), albo Slavia.
CHĄŚNICY
Piraci pogańscy których „domem i miłością” było Morze Bałtyckie. Natura sławiańska to hardość ducha i wrodzona waleczność Każdy był krzepkiej postury i dysponował dużą siłą fizyczną. Używali toporów bojowych, mieczy, oszczepów, tarczy i łuków. Rzadko ubierali się w kolczugi, częściej w kaftany z nabijanymi ćwiekami. Okręty były zaliczane do łodzi długich tzw. Langskipów. Napęd stanowil żagiel i 10-14 par wioseł. Załoga to 24-30 ludzi i czasem 2-4 konie. Okręty sławiańskie były mniejsze od skandynawskich, ale szybsze i zwrotniejsze. Często robiono rekonesans przed ważną wyprawą, tak było np na Konungaheli gdzie wcześniej szpiedzy Racibora w przebraniu kupców zrobili rozeznanie portu i miasta. Nalotów często dokonywano nocą z zaskoczenia. Pirackie rajdy cechowała duża szybkość i sprawność. Brano niewolników, kosztowności, broń, czasem bydło.
KALENDARIUM WAŻNYCH WYDARZEŃ :
950-1121 – niezależność chąśników wolińskich 952 – bitwa z Dunczykami koło Rugii 975 – inwazja na Danie, układ z dunskim królem Haraldem Sinozębnym 986 – bitwa pod Hedeby z Olafem Trygvasonem i bitwa na wodach Hiorung 994 – wyprawa z Danami na Anglie, walki z królem norweskim Olafem Trygvasonem u wybrzeży Norwegii. 1000 – bitwa pod Svold na Oresundzie dunskiego Swena Widlobrodego i szwedzkiego Olafa Skoltkonunga z norweskim Olafem Trygvasonem – chąśnicy walczyli po stronie szwedzko-duńskiej. 1002 – bitwa pod Odense 1006 – kolejna wyprawa wraz z Danami na Anglię 1042 – najazd na Danie 1043 – bitwa na pustkowiu Lyrskog z królem duńskim Swenem Estrydsenem 1044 – bitwa pod Helganen z Duńczykami 1045 – chąśnicy palą duński port Aarhus 1062 – bitwa pod Nisaa, chąśnicy po stronie Estrydsena przeciw Haraldowi Hardrade 1068 – bitwa pod Frysem, chąśnicy z Danami przeciw Norwegom 1069 – wspieraja króla norweskiego Haralda Hardrade w wyprawie na Anglię, bitwa pod Stamford Bridge (Londyn) 1072 – chąśnicy palą starą Uppsalę 1096 – napad na duński Aarhus 1108 – napad na ważny port szwedzki Birke 1109 – oblegają i zajmują Ujście 1135 – chąśnicy łupią i palą Roskilde – stolicę Danii 1136 – spalenie i złupienie do szczętu norweskiej Konungaheli 1138 – rajd na Hedeby 26.VI.1147 – obodrzyccy chąśnicy łupią Lubekę, wycinają krzyżowców pod Dębinem jesień 1170 – najazd na Danię (6 grudnia bitwa u brzegów Falster) 1178-1180 – rajdy łupieżcze w Meklemburgii i na Łużycach 1184 – klęska i utrata floty pomorskiej pod Zingst 1185 – hołd lenny ks. Bogusława I kończy epokę chąśników
Pozatym wyspy – Rugia, Webrza (obodrzyccy Wagrowie), Borholm i płd. Skania.
WINETA / WOLIN / JOMSBORG
Wineta – legendarna wyspa była centrum handlu, w którym można było znaleźć ludzi z aż do Arabii lub Grecji. Jej bogactwo i egzotyczny, wieloetniczny charakter sprawiły, że Wolin został skojarzony z legendarną wyspą Wineta. Związany był także z Jomsborgiem, kolejną legendarną bazą tzw. Jomsvikingów. Prawdopodobnie o Jomsborgu pisał Adam z Bremy, kiedy opisywał osadę Jumne. Część źródeł, takich jak: Fagrskinna, Knytlinga saga i Saxo Gramatyk, wskazują na króla Danii Haralda Sinozębego, z namiestnictwa którego Jomswikingami dowodził Szwed Styrbjörn, z kolei Jómsvikinga saga, Saga o Olafie Tryggvasonie i Eyrbyggja saga sugerują jarla Palnatokiego.
Ponieważ teksty te powstały w drugiej połowie XIII wieku i zawierają wiele podobieństw do Jómsvikingasagi, przyjmuje się, że była ona źródłem informacji dla ich autorów. Natomiast rozbieżności dotyczące założyciela Jomsborga mogą wynikać z tego, iż opierano się na jednej z młodszych wersji Jómsvikingasagi, która swoje źródło mogła mieć w jednym z wcześniejszych, dziś zaginionych tekstów. Z kolei Fagrskinna czy Knytlinga saga wzorują się na najstarszej, niezachowanej do dziś wersji Jómsvikingasagi, która wskazywała Haralda Sinozębego jako założyciela Jomsborga. Wszystkie źródła mówią natomiast o bardzo podobnym motywie założenia osady, którym miały być zbrojne starcia i najazdy wymierzone w Sławian. Wyprawy te doprowadziły do opanowania Vendlandu i w konsekwencji do powstania grodu, który początkowo funkcjonować miał jako wojskowy obóz. Według sag Jomsborg stał się z czasem rozległym miastem z fortecą i dużym portem, przy którym znajdowała się kamienna wieża z katapultami. Najstarsze zapiski mówią, że port mógł pomieścić trzy statki, ale w późniejszych tekstach jest wzmianka o 360 okrętach.
Osadę zamieszkiwała zbrojna grupa wojowników zwana Jomswikingami, która miała za zadanie strzec duńskiego panowania nad okolicznym terytoriami. O jej kształcie i działaniach decydował zarządzający grodem jarl. Z czasem Jomswikingowie zaczęli podbijać także sąsiednie ziemie oraz najeżdżać wybrzeża Danii i Norwegii. Ostateczny kres ich działalności położył w XI wieku Magnus Dobry, który najechał i zniszczył Jomsborg, z osadą łączy się także postać norweskiego króla Olafa Tryggvasona, który miał tam spędzić 3 lata.
Już w X wieku Jomsborg uznał zwierzchność Mieszka I który opanował Wolin w 967 roku a potem też Bolesława Chrobrego a polski książe / król wyznaczał kolejnych poszczególnych jarlów / dowódców Jomsborga. Natomiast u ujścia Odry, na Ranie (Rugii) i w innych okolicach południowego pobrzeża bałtyckiego, aż po Wagrię zaginął wszelki ślad po bytności wikińskiej. Prymat w całości przejęli Sławianie, pod koniec XI wieku już nie Vikingowie pustoszą Europe kontynentalną, lecz piraci sławiańscy napadają na wybrzeża duńskie, szwedzkie i norweskie, bałtyckie Wendy brały też prawdopodobnie udział w wyprawach Knuta Wielkiego na Anglię. Statki Sławian przeprawiają się przez Bałtyk aż do dalekiej Birki, którą doszczętnie niszczą, dalej do Gotlandii, czy też okolic dzisiejszego Sztokholmu.
A FURRORE SCLAVORUM LIBERA NOS DOMINE – „od furii Sławian uwolnij nas Panie!” – tak modlili się mieszkańcy wybrzeży duńskich i skandynawskich, a dlaczego to o tym niżej…
Pomijając legendarne walki Wizymira, który miał odebrać Danii m.in. Rugię i Skanię, główne działania chąśników przypadają na XII wiek, pomorscy piraci używali niemożliwych do pomylenia czarnych żagli. Na dziobie umieścili czaszki zwierząt lub ich wrogów, albo od czasu do czasu wyrzeźbili jakiegoś potwora w drewnie. Byli ubrani w dzikie drapieżniki, przeważnie wilki, rzadziej dziki i niedźwiedzie, a przed atakiem wydali wyjące dźwięki. Przed walką ochlapali swoje tarcze morską wodą i rytmicznie uderzyli bronią. Niektóre grupy intonowały pieśni bitewne, ale ci bardziej zorganizowani milczeli podczas walki, aby lepiej słyszeć rozkazy. Pomorzanie i Ranowie byli z reguły ogoleni i podgalali też włosy do gołej skóry, co później robiła również polska szlachta, związku tu chyba nie ma ale powodowało to, że różnili się od praktycznie wszystkich swoich sąsiadów. Zwyczaj podgalania głów był znany i praktykowany u wszystkich plemion lechickich czyli zachodniosławiańskich, chodząc w 1000 roku po Wolinie młode Sławianki szukające męża – wojownika wiedziały odrazu kto jest od Lechitów a kto jest na przykład ze Skandynawii, Ragnar z serialu Vikings z podgoloną łepetyną i ogoloną facjatą przypomina bardziej Rana czy Pomorzanina niż człowieka ze Skandynawii, to tak na marginesie.
Skandynawscy i sławiańscy piraci byli oczywistymi rywalami, jednak ich motywacje i cele były zupełnie inne, Skandynawowie potrzebowali nowych ziem i ludzi ze względu na problemy wewnętrzne. Brakowało im środków na utrzymanie ich niewielkiej, ale rosnącej populacji i cierpieli na problemy zdrowotne z powodu chowu wsobnego wywołanego przez trudny teren, który oddzielał nawet stosunkowo bliskie wioski i miasta. I odwrotnie, Pomorzanie mieli wszystko, czego potrzebowali do dostatniego życia; jedynymi motywami, którymi dzielili się z Norsemenami, była pasja do bogactwa i chwały. Mimo że bałtyckie Wendy nie miały ambicji kolonialnych, możemy powiedzieć, że to, czym są obecnie wyspy w południowej Danii, które znajdowały się pod ich kontrolą w tym czasie, miało status kolonii. Wiadomości te potwierdzają nazwy miejscowe z południowych wysp duńskich, niewątpliwie sławiańskie. Wzdłuż południowych wybrzeży wysp duńskich powtarzają się nazwy takie, jak „Vindeby”, „Vindehalle”, Vindeltrp”, na wyspach Langeland, Aero, Tasinge, także Vindebyhalt na Zelandii. Fakty te potwierdzają wyniki prac archeologicznych. Na Falsterii przy rzeczce Fribrodre (Przybrodzie?) odkryto stocznię z końca XI w. w której dokonywano remontów łodzi bez użycia nitów żelaznych – drewnianymi kołkami, co uznaje się za charakterystyczne dla sławiańskiego szkutnictwa.
Prawdopodobnie największą różnicą pomiędzy piratami sławiańskimi i normańskimi jest fakt, że Sławianie kontynuowali to rzemiosło nawet po chrystianizacji; ich „złoty wiek” piractwa datowany jest na X-XII wiek, Skandynawowie przez cały wiek XII mieli stały kontakt południowym wybrzeżem Bałtyku, na ich penetrację kupiecką wskazują różne “importy” skandynawskie: ozdoby, narzędzia, broń. Dowodem obecności kupców – wojowników są również groby wikińskie. Przybysze z drugiej strony Bałtyku bywali również współpracownikami Sławian w ich zbójeckich zajęciach. W późniejszych czasach, z których zdaje nam relację Sakso Gramatyk, Sławianie napadali na Danię tak często i intensywnie, że część mieszkańców wysp nawiązała z nimi współpracę i się im wysługiwała. Szczególnie mieszkańców Laalandii i Falsterii podejrzewano wręcz o sprzyjanie słowiańskim piratom i o donoszenie im o ruchach duńskiej floty.
I tak mieszkańcy Falstrii i Lolandii wykupywali się Sławianom dorocznym haraczem. Wyprawę duńską na Sławian w roku 1158 organizowano w tajemnicy przez Laalandczykami i Falsterczykami:
“Później Lalandczycy i Falstriaci dostali rozkaz przyłączenia się do floty, żeby wiedząc wcześniej nie powiadomili skrycie Słowian o sprawie”
Mieszkańcy Falsterii mieli też współpracować czynnie ze Sławianami, przetrzymując uprowadzonych przez nich jeńców, w duńskiej kronice czytamy :
“Gdy Słowianie podążali powoli, Absalon zdziwiony opóźnieniem skierował się na Falstrię, skąd wysłał dwie łodzie z całej floty, żeby wybadały co wrogowie robią. Jednej z łodzi kazał powtórzyć Zelandczykom, drugiej zaś Falsterczykom, że, jak sądzę, jeśli u nich zdarzy się jeniec od wroga, reszta floty zaatakuje, żeby go uwolnić. Zelandczycy, którzy to usłyszeli, przywołali łódź i zapewniali, że dołożą starań, żeby nie było konieczności uwalniać niesprawiedliwie więzionych”
Swoich szpiegów miała również druga strona, dla biskupa Absalona pracował niejaki Nicolas Falstericus, donoszący o poczynaniach Sławian:
“Mikołaj Falsterski, ponieważ znał język narodu słowiańskiego, w celu wybadania wroga oddzielnie wysłany został do Jaromara”
Szpieg duński działał również na wyspie MØn, skąd miał donosić w zamian za srebro szpieg miał donosić o ruchach floty sławiańskiej:
“To mianowicie w tym miejscu umówione było płacenie 12 grzywien srebra rocznie. Ustalili więc, że jeśli więcej niż cztery pirackie okręty zaatakują Danię, powiadomi Absalona. Nie co innego skłoniło go do tego niż obietnica ocalenia, ponieważ przed układem z sobą zawartym wspierał piratów”
Był to więc przekupiony współpracownik piratów, używając współczesnego terminu – podwójny agent, po stronie duńskiej walczyli również uciekinierzy ze Slawii, jak na przykład, Przycław, syn Niklota, brat obodrzyckiego Przybysława.
PRZYCZYNY PIRACTWA SŁAWIAN Helmold włożył w usta księcia Przybysława słowa oskarżenia wobec Niemców, którzy zmusili Sławian do szukania szczęścia na morzu:
„Wasi książęta bowiem z taką surowością nas łupią, że z powodu danin i najtwardszego poddaństwa nam lepsza jest śmierć niźli żywot. Oto tego roku my, mieszkańcy tego maleńkiego skrawka kraju, zapłaciliśmy księciu owe tysiąc grzywien, dalej hrabiemu tyleż set, a jeszcze nie wywiązaliśmy się ze wszystkiego, lecz uciska się nas codziennie i krzywdzi aż do całkowitego wyniszczenia”.
I dalej:
”W jakiż sposób znajdziemy czas na tę nową religię, by budować kościoły i przyjmować chrzest my, którym codziennie się zapowiada usunięcie z ziemi? Gdyby chociaż była okolica, do której moglibyśmy zbiec. Oto gdy przechodzimy Trawnę, czeka nas tam podobna klęska, gdy kierujemy się do rzeki Piany, spotyka ona nas również. Cóż więc pozostaje nam innego, jak opuścić ziemię,udać się na morze i zamieszkać w głębinach? Gdzie jest nasza wina, jeśli wypędzeni z ojczyzny siejemy niepokój na morzu i wymuszamy środki do życia od Duńczyków i kupców żeglujących po morzach? Czyż nie jest to wina książąt, którzy nas popychają do tego?”
W opinii Helmolda,przybywającego na probostwie w Wagrii i opisującego dzieje podboju i chrystianizacji tamtejszych ziem, Sławianin jest wręcz synonimem pirata, już we wstępie do swojej kroniki scharakteryzował pirackie zajęcia mieszkańców wybrzeża sławiańskiego:
„To są plemiona Winulów rozsypane po krainach , ziemiach i wyspach morskich. Cały ten lud oddany jest bałwochwalstwu, przebywa stale w ruchu i podróży, uprawia piractwo godzące z jednej strony w Duńczyków, z drugiej – w Sasów. Dlatego już nie raz i na wszelkie sposoby wielcy cesarze i kapłani zadawali sobie trud , by owe buntownicze i niewierne szczepy przywieść w jakiś sposób do uznania imienia Bożego i łaski wiary świętej”
Pomorze na tamte czasy było bogate, na planszy wojownik bałtyckich Wendów i całe spektrum rodzajów broni której mógł potencjalnie używać.
Helmold wskazuje, że głównym obiektem ataków piratów była Dania:
“Albowiem Dania po większej części składa się z wysp otoczonych zewsząd morzem, przeto niełatwo ustrzec je przed najazdem piratów. Znajdują się tam bowiem przylądki bardzo odpowiednie na kryjówki dla Słowian, wyruszając z nich niepostrzeżenie napadają na nie spodziewających się z zasadzki. Słowianie bowiem są szczególnie mocni w nagłych i nieoczekiwanych najazdach. Dlatego to w ostatnim czasie ten zbójecki zwyczaj u nich do tego stopnia się zadomowił, że porzuciwszy niemal w całości pożytki, jakie daje uprawa roli, skierowali swe siły ku wyprawom morskim. Jedyną przeto pokładali nadzieję w okrętach i one stanowiły dla nich jedyne bogactwo”
Musimy pamiętać, że powyższe słowa Helmolda odnoszą się do późnego etapu podboju ziemi Obodrytów i Wagrów, uprawa roli na wciąż pustoszonych przez wojnę terenach nie miała sensu, oprócz tego Sławianie byli wypierani przez nowych osadników z zachodu w ramach niemieckiego Drang nach Osten.
W tej sytuacji pozostało im tylko zdobywanie środków do życia na morzu, interesujące jest, że kapłani chrześcijańscy nie wahali się przyjmować u piratów gościny. Helmold przebywał u piratów – Cieszymira i Przybysława i pisał w swojej Kronice że nie ma ludu serdeczniejszego i bardziej gościnnego niż słowiański.
Po chrystianizacji Ranów mieszkańców Rugii nie nazywa się już piratami, choć trudno przypuszczać, że od razu pozbyli się starych przyzwyczajeń, trwało to napewno jedno lub dwa pokolenia zanim piractwo całkiem zarzucono. Można sądzić, że dopóki Sławianie – Pomorzanie, Obodryci, Wieleci, znajdowali się „poza” ówczesna cywilizacją, a więc byli Poganami i nie podlegali chrześcijańskiemu księciu, każda ich działalność wojenna mogła być zwana „rabunkiem”, a oni sami „barbarzyńcami” czy „piratami”. Duńczycy mieli też swoich korsarzy, z usług których korzystali duńscy królowie. W roku 1164 duński król Waldemar pozostawił w zdobytej Wołogoszczy pirata Wethemanna, a dla piratów i rabusiów, rabujących swoich współplemieńców, również na Pomorzu nie znano litości. Na wolińskim Wzgórzu Wisielców odkryto grób interpretowany jako skazańca. W grobie leżał mężczyzna bez głowy, która leżała obok, a między jego nogami odnaleziono ślady słupa. Wiemy, że obcięcie głowy i wystawienie jej na słupie koło uczęszczanego szlaku wodnego było w późnym średniowieczu sposobem karania piratów, widać więc że i wśród Sławian nie każdy pirat znajdował schronienie, a za wystąpienie przeciw miejscowemu prawu srogo karano.
Bardzo opłacalne było uprowadzanie ludności, niewykluczone, że handel ludźmi mógł być jednym z fundamentów bogactwa Pomorza w X-XII wieku, ciężko jednak oszacować jego skalę. O handlu tym wspomina Gall Anonim:
„A ilekroć łupiąc Polskę przyprowadzali (Pomorzanie) ze sobą jeńców z działu Bolesławowego, to natychmiast wysyłali ich na sprzedaż na wyspy barbarzyńców, jeśli zaś cokolwiek , czy to łupy, czy ludzi, przez pomyłkę zagarnęli z działu Zbigniewowego, to bezzwłocznie i bez zapłaty mu to odsyłali”
Być może dlatego że brat Krzywoustego – Zbigniew był ze związku sławiańskiego Władysława Hermana i był „urodzony z Pomorzanki”
Pomorze było pośrednikiem przekazującym srebro ze szlaków bałtyckich do Wielkopolski i na Śląsk. Wniosek z tego, że stąd pochodziła co najmniej część towaru – niewolników, jaki wymieniono na arabskie srebro, uprowadzaniem ludzi zajmowali się np. sławiańscy Obodrzyce.
I tak w czasie wyprawy na Wagrię Niklot odszedł z łupem i jeńcami, a po jego śmierci proceder ten wcale nie zanikł, bo po zdobyciu Orle przez Niemców i Duńczyków:
„Polecił książę, by ktokolwiek z Duńczyków znajdował się w grodzie jako jeniec odzyskał wolność. I wyszła ich olbrzymia liczba”
Podobne łupy uprowadził z Pomorza biskup Absalon, jak pisał Saxo :
“Absalon jednak, pamiętając, że pomoc ta została przez niego przyniesiona wbrew rozkazowi króla, aby nie doświadczyć jego niechęci, postanowił łaskę , którą zraził sobie lekceważeniem,odzyskać za cenę łupów. Kazał więc pędzić przed sobą do obozu szeregi bydła i prowadzić jeńców i tym widokiem ułagodził nieco wzrok króla na swoje przybycie”
Po ostatecznym podboju Sławianie nadal napadali na Danię, ale tym razem na rozkaz saski:
„Książę [Henryk Lew] pełen oburzenia zwołał książąt słowiańskich i wezwał ich, by pomścili się na Duńczykach”.
Następnie :
„Przybyło wojsko słowiańskie, zajęło całą ową ziemię, zburzyło kościoły, lud wzięło do niewoli, a każdego stawiającego opór zabijało mieczem”
Korzyści z jeńców były trzech rodzajów. Po pierwsze służyli jako siła robocza, o czym świadczy choćby wzmianka u Helmolda o rezultacie wyprawy krzyżowej z 1147 roku:
„Z niewoli słowiańskiej zwolniono wszystkich starców i niezdatnych, zatrzymując pozostałych, których krzepki wiek czynił zdolnymi do pracy”
Po drugie można było jeńca sprzedać, wiemy, że niewolnikami handlowano na targu w Mechlinie – Meklemburgu:
“Słyszałem od innych, że w Mechlinie naliczono w dzień targowy 700 jeńców duńskich przeznaczonych na sprzedaż, gdyby tylko było dość kupujących”
Po trzecie wreszcie, można za nich było otrzymać okup, którego cena była zróżnicowana w zależności od osoby jeńca, mniej cenni jeńcy nie mogli oczekiwać dobrego traktowania w niewoli:
“Widzieliśmy kajdany i rozmaite narzędzia tortur, którymi dręczono chrześcijan przywiezionych z Danii. Ujrzeliśmy tam kapłanów Pana wycieńczonych długotrwałym przebywaniem w więzieniu i nie był w stanie pomóc im biskup ani siłą, ani przez wstawiennictwo”
Jeden dobry jeniec mógł być warty więcej, niż cała gromada innych. Szczeciński możny, Miecław (‚Mizlao’), za namową biskupa wypuścił swoich brańców, ale najcenniejszych zatrzymał:
„Gdy usłyszał, że wchodzi, jeniec trzymany w tamtym miejscu wydał z siebie płaczliwy głos i wyciągnął z jamy rękę. Poruszony tym sługa Boży Wodalryk zbliżył się, żeby widzieć kim on jest. Zobaczył młodzieńca nieszczęśliwie za kark, kolana i stopy związanego żelazem. I w najpewniejszej relacji tak od niego usłyszał: Sługo boży, ulituj się nade mną i wyślij swoich ludzi, żeby mnie wyciągnęli z tego straszliwego jarzma niewoli. Jestem synem księcia duńskiego i książę Miecław trzyma mnie tu związanego, aby mój ojciec dał mu pięćset grzywien”
Ataki na Danię miały być jednym z głównych powodów i pretekstów do wyprawy krzyżowej na Wendów w roku 1147 która generalnie zakończyła się fiaskiem:
„Trzecia armia krzyżowców złożyła śluby podjęcia wyprawy na ludy Słowian, przede wszystkim na ludy Obodrytów i Luciców, którzy z nami graniczą, by pomścić śmierć i zagładę, którą przynieśli wyznawcom Chrystusa, szczególnie zaś Duńczykom”
Piractwo nasiliło się wraz z niemieckim podbojem, jednak kwitło także wcześniej i na innych terenach. Nie da się jednak tym samym wytłumaczyć ekspansji morskiej Pomorza, czy takich arcypiratów, jak Ranowie, wydaje się, że jedną z przyczyn była słabość Danii. Sławianie korzystali z walk wewnętrznych Duńczyków, rabując zajętych wojną domową, a także sami biorąc w niej udział w charakterze najemników, albo strony wspierającej któregoś pretendenta. Aktywność korsarska Sławian bynajmniej nie zaczęła się w XI czy XII wieku, ale dużo wcześniej… już norweski skald Guthorm Sindri opiewając czyny Hakona Dobrego (920-961) wspomniał, że Skania stanowiła siedzibę dla sławiańskich wojowników.
Wg przekazu Adama Bremeńskiego w ręce piratów sławiańskich wpadł król duński Swen Widłobrody, ale o tym samym wydarzeniu Thietmar napisał, że król duński musiał wykupywać się od Normanów. Kwestia ta jest nie do rozstrzygnięcia, ponieważ z jednej strony Adam Bremeński korzystał z miejscowej i skandynawskiej tradycji, za to był bardziej oddalony w czasie, z kolei Thietmar, który nienawidził Sławian co można wyczytać między wierszami jego kroniki i choć niemal współczesny – wszystkie napady morskie z reguły przypisywał Normanom.
Ciekawą sprawą jest również fakt że cesarz niemiecki wymienia Morze bałtyckie jako „Mare Rugianorum” w liście w 946 roku.
Z wieku XII mamy wiele szczegółowych informacji między innymi od Saxo Gramatyka i Helmolda, wynika z nich, że piraci sławiańscy, byli wręcz zadomowieni w Danii. Flota Sławian pojawiała się koło Fiony:
„Krótko potem siły Słowian taką na Fionii uczyniły klęskę, że gdyby ponownie czegoś takiego doświadczyła, pozostałaby nieuprawiana, a dochody z niej zmniejszone do połowy, całkiem zostałyby zrujnowane”
Inny razem burza rozbiła flotę Sławian i wyrzuciła ją na wybrzeże Hallandu:
„Tejże nocy flota Słowian płynąca na Hallandię w sile 1500 statków rozbiła się. Ci, którzy żywi wydostali się na brzeg, byli zabijani żelazem”
Gdy wojsko Sławian pustoszyło Falsterię i Zelandię, Sakso Gramatyk narzekał:
„W tym czasie bezczelność Słowian długo karmiona nieszczęściami Danii, (…) zaatakowała nas okrutnie piractwem”
Wyspy wykupywały się piratom, nie dowierzając swojej sile militarnej. Na pustkowiach powstawały siedziby piratów, którzy z bliska nękali Duńczyków. Ciągły rabunek rujnował rolnictwo, bano się przewozić pieniądze między wyspami w obawie przed napadami. Sławianie nękali także napadami siebie nawzajem. I tak pretendujący do tronu księstwa obodrzyckiego:
“Henryk, syn Gotszalka, opuścił Danię, by powrócić do ziemi swoich ojców. Atoli ponieważ mu Krut zamknął w całości dostęp, ów zebrawszy pewną liczbę okrętów duńskich i słowiańskich uderzył na Starogard i cała prowincję nadmorską Słowian i uprowadził z niej ogromny łup. A gdy dokonał tego po raz drugi i trzeci, powstał wielki popłoch wśród wszystkich Słowian zamieszkujących wyspy i brzeg morza”
Podobnie postąpił niejaki Race z rodu Kruta, tyle ze wobec Lubeki. Jak widać odwetowym, rabunkowo – niszczycielskim najazdom wewnątrz sławiańskim sprzyjały konflikty dynastyczne, osobne miejsce należy się Ranom. I tak Helmold wspomina o dwóch najazdach Ranów na Lubekę. Wyprawa za życia księcia Henryka zakończyła się ich porażką dzięki posiłkom niemieckim, natomiast po śmierci Henryka Lubeka została przez Ranów spalona:
“ Wszakże niewiele upłynęło czasu, a oto Rugianie uderzyli na pozbawione okrętów miasto i zburzyli przedmieście wraz z grodem”
Wg Helmolda Sławianie napadali też Sasów i to razem z Duńczykami:
„Również Duńczycy, korzystając z pomocy Słowian pustoszą najpierw Nordalbingów, następnie Sasów załabskich, napawają też Sasów wielkim przerażeniem”
Sakso Gramatyk pisał o wzajemnych rabunkach między plemionami niemieckimi:
„Rozumie się, że Fryzowie wraz z Holzatami i Ditmarszami, liczący na bezkarność z powodu nieobecności zarządcy, przybywali za dnia dla rabunku, w nocy dla kradzieży, i, gdzie władza nie sprostała, grabili nawet najgłębsze części grobów rozkopując je motykami, w podkopach ukrywali się przed strażami”
Tak więc wszyscy mieszkańcy wybrzeży Bałtyku rabowali u sąsiadów nie wyłączając nadmorskich plemion niemieckich – Nordalbingów, Helmold nie miał o nich najlepszego zdania:
“[Hrabia Adolf] wiele zaś trudu włożył w poskramianie buntów Holzatów. Lud to bowiem był wolny i zawzięty, nieokrzesany i nieujarzmiony, odmawiający dźwigania jarzma pokoju”
Trudno w tym wszystkim odróżnić działalność zbójecką od wojennej. Kronikarz napadanego ludu nazywa napastników rabusiami i piratami, natomiast swoich gdy napadają i rabują uważa za wojowników.
Siedziby piratów znajdowały się wzdłuż całego wybrzeża sławiańskiego. Sakso pisał o brzegach rugijskich i lutyckich zatokach jako o siedzibach piratów:
“[Absalom i Krzysztof] nie zadowolili się rodzimymi morzami, ale przeszukiwali i wybrzeża rugijskie i zatoki lutyckie”
Złą sławą siedziby pirackiej cieszyło się wybrzeże Wagrii. Starogardzkie możnowładztwo trudniło się niewątpliwie korsarstwem. Już Adam Bremeński wspomniał o piratach zamieszkujących sąsiednią wyspę Fehmarn, a Helmold napisał, że Starogard i cała Wagria była zamieszkana przez najwaleczniejszych mężów ze względu na ciągłe walki z Sasami i Duńczykami. Przez całą pierwszą połowę XII wieku pobliskie wybrzeża pełne były siedzib pirackich, a wśród nich Starogard zajmował czołowe miejsce.
Wyprawy morskie nie mogły być podejmowane przez wyzutych z ziemi wieśniaków. Organizacją łupieskich wypraw zajmowali się możni, bądź sami książęta. U Wagrów był to na przykład, wspomniany przez Helmolda Rochel:
„a książę tego kraju zwał się Rochel; pochodził on z rodu Kruta, a był straszliwym piratem i bałwochwalcą [pirata et idolatra maximus]”
Ten stan rzeczy utrzymał się jeszcze jakiś czas po opanowaniu Wagrii przez Adolfa Holsztyńskiego, mimo podboju niemieckiego pozostawiono wybrzeże dawnym mieszkańcom :
„Zaś Starogard i Lutjenburg oraz inne ziemie położone nad morzem dał hrabia do uprawy Słowianom, zobowiązując ich do płacenia czynszu”
W kronikach są też ciekawe paradoksy, Sławianie – Poganie są „barbarzyńcami czcącymi demony” ale już po chrzcie dla tych samych ludzi jest zachwyt i podziw np. Helmold zachwycał się jak to „nasi Sławianie” dali łupnia Duńczykom :
“Syn zaś królewski imieniem Krzysztof, urodzony z nałożnicy, udał się z tysiącem pancernych, jak podają, do Starogardu,który po duńsku nazywa się Brandenhuse i spustoszyli jego nadmorskie tereny. (…) Gdy Duńczycy wycofywali się, poszli Słowianie za nimi w ślad i odbili swoje straty dziesięciokrotnie”
Wspomniany Rochel od Kruta nie był jakimś wyjątkiem, możnym organizującym wyprawy pirackie był np. Wyszak – właściciel 6 statków, cudownie ocalony z duńskiej niewoli. Jego pomnik stoi dziś na Wałach Chrobrego w Szczecinie.
Możnym jest również Mścisław, przetrzymujący zakładników. Oprócz tych postaci, niewątpliwych piratów, w źródłach występują też inni pomorscy, obodrzyccy i rugijscy panowie. Kimś takim był wyżej wspomniany Przybysław, który tłumaczył misjonarzom przyczyny sławiańskiego piractwa. Inny możny to Cieszymir, u którego przetrzymywano uprowadzonych chrześcijan. Z Pomorza znamy kolejną postać, Niedamira, właściciela co najmniej 3 łodzi. Nie wiemy o jego dokonaniach pirackich, ale z pewnością odbywał dalekie podróże, ponieważ chrześcijaninem został w Saksonii, inny Pomorzanin, mieszkaniec Szczecina, Domasław, również został chrześcijaninem zapewne na obczyźnie, natomiast po małżeństwie ze Szczecinianką wrócił do obyczaju pogańskiego. Duże znaczenie kupców – wojowników potwierdza relacja Sakso Gramatyka o Domaborze, możnym rugijskim, prowadzącym negocjacje z Danią w imieniu Ranów.
Szczególnie wyraźnie widoczne jest znaczenie polityczne możnych na Pomorzu. W żywotach Ottona z Bambergu ciągle jest mowa o jakichś radach możnych, spotkaniach i o negocjacjach z nimi, a oprócz księcia, także “sclavicae nobilitatis” składają hołd duńskiemu królowi po podboju Pomorza. “Sapientiores”, “primores”, “primates”, “nobiles acpotentes”, “maiores natu ac sapientiores” – ludzie ci decydowali o losach miast. Była to niewątpliwie warstwa kupiecko-piracka opierająca się również na własności ziemskiej, posiadająca do dyspozycji siłę niewolną i ludność uzależnioną w wyniku rozmaitych procesów gospodarczych. Wydaje się, że to działalność przede wszystkim tej grupy była motorem morskich wypraw rabunkowych ponieważ mieli środki, mieli łodzie i cieszyli się autorytetem. Wyprawy na Duńczyków były też organizowane przez książąt pomorskich – wyprawę na Konungahelę o której zaraz będzie poprowadził Racibor zwany Królem Morskim.
Helmold wspomina również o “jaskini zbójów” – przystani piratów nad rzeczką Krempiną, w rejonie dzisiejszego Neustadt. Zatoki i ujścia rzek od Trawny aż do Piany dawały schronienie piratom. Siedzibą piracką był niewątpliwie gród Orle nad Warnawą, gdzie przetrzymywano mnóstwo jeńców duńskich, również Dubin był wg Sakso siedliskiem piratów: “Wkrótce Dubin, znany piracki gród, został oblężony z dwóch stron…” Nie inaczej postrzegano wyspę Rugię. W relacjach Sakso i Helmolda każdy mieszkaniec tej wyspy to w zasadzie synonim rozbójnika morskiego. Bardzo złą sławą okrutnych zbójów cieszyli się Wkrzanie, którym w 954 roku w walkach z Niemcami pomagał Siemomysł – ojciec Mieszka I.
Również miasta nad Pianą – Wołogoszcz, Uznam, Godźków – dały się we znaki mieszkańcom duńskich wysp, zamknięcie ujścia Piany dla piratów było jedną z przyczyn najazdów duńskich roku 1163:
„Co więc dla nich przed królem postanowił, że nie tylko sami będą poddanymi, ale także nikogo z piratów do ujścia swojej rzeki nie dopuszczą i tym samym postanowieniem będą trzymać je bezpiecznym”
i w 1164 :
“Następnie latem ponowili wyprawę; ponieważ Wołogoszczanie podwójnie złamali sojusz; oto i rugijskich sojuszników przez bramę poza mury wypędzili i piratom pozwalali wypływać przez ujście rzeki Piany”
Z tym wszystkim wiązać się miało wciąż uprawiane, mimo niemieckiego podboju, „bałwochwalstwo” czyli pogaństwo :
„Nadal bowiem składali oni ofiary demonom a nie Bogu i dokonywali łupieskich napadów na ziemię duńską”(Saxo Gramatyk)
Takie połączenie, morskiego rabunku, groźniejszego niż lądowego, bo bardziej nieprzewidywalnego,współżycia z dzikim i wzbudzającym strach morskim żywiołem, oraz trwanie w pogaństwie czyniło ze Sławian w oczach okolicznych chrześcijańskich ludów prawdziwe demony w ludzkiej skórze.
Należy dodać, że także organizacja plemienna Sławian, nie tylko wczesnofeudalna, niejako sankcjonowała rozbój. W sławiańskiej kątynie losowano gdzie ma odbyć się wyprawa (pieszo czy łodziami), więc to bóg Wendów wskazywał cel napadu. Część łupów oddawano na ofiarę bóstwu plemienia, resztę zachowywano. W ten sposób piractwo nie było moralnie złe, bo rabunek dokonywał się „przy współudziale i za zgodą” sławiańskich bogów. SWAROŻYC (wróżba z konia i włóczni) i WELES (losy zakopane wcześniej z ziemi) dawali „zielone światło” na viking i byli niejako „wspólnikami’ pirackich wypraw jeśli obie wróżby wypadły pomyślnie. W rzeczywistości dla niektórych pomorskich plemion głównym źródłem wzrostu gospodarczego było piractwo, np dla Ranów.
Rani lub Rujani (niemiecki : Ranen , Rujanen) czyli Ranowie były plemieniem zachodniosławiańskim mieszkającym na tej wyspie która dziś leży w północno-wschodnich Niemczech. Mówi się że Ranowie byli odpryskiem Obodrzyców jak również mogli być czy poprostu byli związani ze starożytnymi Rugiami, Skirami i Swebami których są potomkami. Jako ciekawostkę dodam że Ranowie też używali czarnych żagli, jak Pomorzanie którzy w listach książąt pomorskich nazywają ich „naszymi braćmi” czy „serdecznymi przyjaciółmi” (być może wspólny rodowód od Kruta jak pisał Żeromski) zupełnie jak 500 czy 600 lat wcześniej flota Genzeryka na Mare Vandali (Mare Nostrum – Morze Śródziemne) bo Vandali też śmigali na czarnych żaglach, czy to zbieg okoliczności czy poprostu pamięć o przodkach czyli Vandalach? Byli jednym z ostatnich, którzy najdłużej trzymali się slawiańskiego Pogaństwa, a wpływ ich centrum religijnego na Arkonę sięgał daleko poza plemienne granice.
„Ranowie zaś, których inni nazywają Rujanami, są ludem okrutnym, mieszkającym w środku morza. Nade wszystko oddani bałwochwalstwu, dzierżą pierwszeństwo wśród wszystkich ludów słowiańskich, posiadają króla i bardzo sławną świątynię. Stąd też z powodu szczególnej służby bożej w tejże świątyni zajmują pierwsze miejsce w poważaniu i choć sami nakładają jarzmo poddaństwa na innych, sami żadnego jarzma nie znoszą…” (Helmold)
Na karty historii dostali się dzięki kilku ówczesnym kronikarzom, głównie biskupom pełniących rolę dzisiejszych ‚rzeczników prasowych’ pracujących na rzecz władców ościennych (Dania, Polska, Cesarstwo Niemieckie). Każdy z nich kombinował jak tylko mógł by zawładnąć bogatą wyspą i przebogatym skarbcem pogańskiej świątyni w Arkonie stanowiącej centrum kultowe całej zachodniej Slawii. Ostatnie w Europie wielkie sanktuarium kultu Świętowita leżało w miejscu obronnym, na wysuniętym w morze cypelku półwyspu Wittow, dla pewności odcięte od reszty wyspy głęboką fosą i masywnym wałem.
Punkt szczytowy słowiańskiego piractwa przypada na pierwszą połowę XII wieku. Król duński Magnus Dobry, który najczęściej wyprawiał się na Sławian, był świadkiem początków ich korsarstwa. Około 1043 roku Magnus wyprawia się na Wolin, niszczy dawny wikiński gród Jomsborg, po czym w drodze powrotnej w pobliżu Rany przegrywa bitwę morską z tymi wyspiarzami. Jednak około 1059 roku Ranowie zostali zmuszeni do płacenia trybutu królowi duńskiemu Swenowi Estrydsenowi. Zależność ta była także tymczasowa, trwała bowiem do około 1086 roku. Pomimo owej zależności Ranowie przejawiali ogromną aktywność na morzu. Pisał o nich około 1070 r. Adam Bremeński a „Saga rodu Knytlingów” wielokrotnie wspomina o napadach Ranów i Pomorzan na statki kupców skandynawskich. Ale nie tylko źródła pisane mówią o agresywnej działalności Ranów na morzu. Ponownie musieli Ranowie ugiąć się pod jarzmem duńskim około 1100 roku, w tym bowiem czasie król duński Eryk Dobry (Eiegod), pamiętając, że byli oni niegdyś zależni od króla Swena Estrydsena, przedsięwziął wyprawę zbrojną. Źródła skandynawskie nie wspominają o żadnych większych przedsięwzięciach piratów słowiańskich na przestrzeni lat 1100-1136. Ale był to spokój tylko pozorny. Ranowie szczególnie dali się we znaki mieszkańcom wybrzeży duńskich. Wyspa Rana wraz z sąsiednimi wysepkami, półwyspami, głęboko w ląd wciętymi zatokami oraz płytkimi cieśninami, wreszcie samym położeniem na skrzyżowaniu wielkich szlaków handlowych na Bałtyku, stwarzała wymarzone warunki do morskiego rozbójnictwa, nie ominęli też Ranowie tej sprzyjającej okoliczności. W rozboju znaleźli tyle uroku, że z czasem uznali go za nie przynoszący ujmy zawód. Organizowane przez nich niewielkie ekspedycje wyprawiały się po żywność, zaspokajając równocześnie podstawowe potrzeby powstającej klasy feudałów. Siła tych wypraw leżała w nagłym, niespodziewanym ataku. Szybkie i zwrotne statki Ranów mogły w krótkim czasie przerzucić całą ekspedycję na wrogie wybrzeże a ich siły zwiększyły się do kilkudziesięciu, a nawet setek łodzi, z których wszystkie mogły również transportować konie.
ŁODZIE
Pomorskie okręty przeznaczone do piractwa na otwartym morzu były zazwyczaj adaptacjami statków handlowych. W tym przypadku dokonano modyfikacji drewnianych osłon po bokach, które zostały dodatkowo podniesione w celu ochrony przed pociskami. Część statku została zarezerwowana dla trzymania dwóch koni na pokładzie. Największe pomorskie okręty wykorzystywane do piractwa w XII wieku mogły pomieścić 44 ludzi i 2 konie i miały około 20 m długości. Oczywiście potrzebne były też lżejsze i bardziej wyspecjalizowane jednostki dla rzek i wybrzeży.
Łodzie sławiańskie z okresu wczesnego średniowiecza miały charakterystyczne cechy konstrukcyjne: wykonywano je z dębiny, w sylwecie przypominały łodzie wikingów, dna miały spłaszczone (chociaż wytwarzano je z klepek łączonych na zakładkę). Technika budowy wywodziła się ze sposobu, w jaki modyfikowano dłubanki, przytwierdzając do nich klepki burtowe, a następnie mocując do ich boków usztywnienia, wręgi. Łodzie klepkowe budowano podobnie. Do stępki mocowano najpierw dziobnicę i tylnicę. Wycinano je z naturalnie wyrośniętych krzywulców, nadając zazwyczaj ich zewnętrznym krawędziom łukowe, zaokrąglone kształty. W rezultacie łodzie miały podobnie uformowane dzioby i rufy, a połączone ze sobą stępka, dziobnica i tylnica stanowiły tzw. zestaw trzonowy. Gdy był gotowy, układano kolejno, na zakładkę, pasy poszycia i mocowano je od tylnicy ku dziobnicy tak, by ewentualne łączenia dwóch klepek w pas zamykane były zgodnie z opływem wody. Styki uszczelniano mchem i spajano drewnianymi kołkami o średnicy 10–15 mm, które z powodzeniem zastępowały żelazne gwoździe, wówczas jeszcze rzadko stosowane na Słowiańszczyźnie. Po umocowaniu znacznej części poszycia lub po zakończeniu jego układania, wstawiano do środka usztywnienia (taki sposób budowy kadłuba nazywany jest techniką skorupową). Były nimi denniki – belki lub krzywulce dopasowywane do miejsca przylegania, oraz przedłużające je na burtach wręgi. Nad dennikami układano poziomo belki, które pełniły też funkcje ław. Usztywnienia były mocowane do klepek poszycia drewnianymi kołkami o większej niż w szwach poszycia średnicy (do 30 mm). Do zachowania kierunku używano steru-wiosła lub specjalnej szerokiej płetwy mocowanej przegubowo do burty (zawsze prawej) w rufowej części kadłuba. Głównym napędem słowiańskich łodzi morskich był od około X wieku prostokątny żagiel, rozpinany na maszcie stawianym w specjalnym klocu mocowanym do wręgów. W wypadku braku wiatru poruszano łódź wiosłami opieranymi w dulkach-widełkach z naturalnych krzywulców, mocowanych do górnych krawędzi burt lub w specjalnie wyciętych otworach w klepkach burtowych. Z końca XII wieku pochodzi najstarsze przedstawienie łodzi sławiańskiej, ukazanej na jednej z kwater drzwi katedry gnieźnieńskiej, obrazujących sceny z życia św. Wojciecha.
Główną przewagą okrętu słowiańskiego nad skandynawskim było to, że mógł on pływać po płytkich wodach. Piraci rzucali długie haki, aby złapać wrogie statki i przyciągnąć je bliżej. Czasem wiązali kilka statków, tworząc „mury” lub „mosty” na rzekach i w taki sposób mogli przechytrzyć swoich wrogów.
Na zdjęciu Królowa południowego wybrzeża Bałtyku czyli łódź bojowa Orunia I która miała : 9 par wioseł, 18-20 piratów na pokładzie, wymiary w przybliżeniu : 13 metrów długości, 2,5 metra szerokości, 0,7 metra wysokości.
Odnaleziona w 1931 roku w Oruni koło Gdańska.
A tu zdjęcia po jej odrestaurowaniu, skleiłem cztery w jedno :
Łodzie z Ralswieku (Rugia) – w 1967 i 1968r. znaleziono tam fragmenty statków handlowych z IX – X w. z których największy miał 13-14 m długoci i 3-4 m szerokości. Zbudowane były z desek dębowych, miały poszycie klinkierowe a poszczególne klepki łączone były z wręgami przy pomocy drewnianych kołków. Szczeliny zapychano pakułami i zalewano smołą.
W 1153 roku Duńczycy stworzyli rozkaz rycerski, który działał na morzu i który istniał, aby chronić duńskie wybrzeże przed piratami. Helmold opisuje, że duńscy żołnierze obawiali się szalonych Ranów którzy, jak twierdzi, szczególnie lubili walczyć z Duńczykami i atakowali w środku nocy. Opisuje również, w jaki sposób jeden rycerz, znany ze swojej odwagi, gdy zobaczył czarne żagle na otwartym morzu, podniósł żagle w przeciwnym kierunku i, jak twierdzi Helmold, nawet zaszył dodatkowe kawałki materiału, aby złapać więcej wiatru i szybciej uciec, ale strach nie zawsze był jednostronny. Czasami zdarzały się dość niedorzeczne sytuacje, kiedy dwie floty czekały, aż mgła się podniesie, tylko po to, by zacząć uciekać na widok drugiej floty. Czasami zdarzały się przypadki „grywania myśliwego i zdobyczy”.
Lekka kawaleria, którą także transportowano morzem, zapewniała szybkość na lądzie, co decydowało niejednokrotnie o zaskoczeniu osad położonych dalej od brzegu morza. Konie pozwalały równocześnie na szybką ucieczkę w wypadku grożącego niebezpieczeństwa. Zupełnie inny charakter miała wspólna wyprawa Ranów, Pomorzan, Obodrytów i Luciców na stolicę Danii Roskildę w roku 1135. Jakie były przyczyny tej wyprawy, jaki przebieg działań, czy zdobyto tylko miasto, czy także i gród, nie da się niestety odpowiedzieć. Sam fakt jednak, że zaatakowano stolicę nieprzyjacielskiego kraju, a więc miejsce zazwyczaj dobrze bronione, świadczy o dużym rozmachu tej wyprawy.
Ale największy sławiański i piracki rajd odbył się pod przewodnictwem pomorskiego księcia Racibora I z dynastii Gryfitów. Wielu badaczy sugeruje, że zainspirował i zasponsorował go Bolesław Krzywousty, który chciał w ten sposób osłabić Duńczyków. Inna wersja mówi że był to niejako atak wyprzedzający bo Duńczycy potajemnie zjednoczyli się z Saksonami, aby zakończyć sławiański „terror” na Bałtyku. Pomorscy szpiedzy odkryli spisek, a Racibor zgromadził olbrzymią flotę, by rzucić się na duńskie wybrzeże i zniszczyć całą flotę wroga, po czym spalił chrześcijańskie serce Skandynawii, Konungahelę. To położone w głębokim, utworzonym przez uchodzące do morza wody rzeki Götafeld fiordzie, w odległości 10 km od jej ujścia miasto pełniło rolę ważnego ośrodka morskiego i lądowego handlu Norwegii. Od strony morza broniły go wysokie i strome brzegi fiordu, od lądu natomiast potężny gród.
Wyprawa miała charakter ogólnosławiański. Jak podaje Snorre Sturlason, miało być 650 statków sławiańskich, na każdym z nich 44 ludzi i dwa konie. A zatem 28600 ludzi! Być może jest to zawyżona liczba co wcale nie umniejsza rozmachowi tej wyprawy. Ludność Rany oblicza się dla tego okresu w granicach 15,000-20,000 ludzi. Według obliczeń historyków-demografów dla społeczeństw rolniczych – do nich bowiem zaliczamy Sławian połabskich, a wśród nich i Ranów – w XII wieku wystawienie 1 wojownika na 10 mieszkańców to maksimum możliwości. A przecież dziejopisowie zgodnie świadczą, że Ranowie mieli obok Pomorzan najpotężniejszą flotę, czyli wg tych obliczeń byli zdolni wystawić 2000 wojowników. Tyle samo Pomorzanie, a nieco mniej Lucice i Obodryci. Liczba 10,000 wojowników przedstawia realne możliwości Sławian połabskich i Pomorzan, do tego jakieś zaplecze cywilne jeśli było, to wszystkich ludzi atakujących Konungahellę mogło być w granicach 15,000 co w sumie tylko jest na plus Sławian bo 2 x mniejszymi silami niż opisują to Skandynawowie zgnietli te dobrze ufortyfikowaną twierdzę. Mieszkańcy Konungaheli zostali zaskoczeni całkowicie. Czytałem opisy bitwy po angielsku i wg nich np. Racibor musiał dyscyplinować wściekłych i agresywnych Ranów którzy wtedy byli Poganami i wpadali w szał bitewny, a on był już chrześcijaninem i były z tym problemy plus komplikacje wynikały z tego że książe pomorski nie chciał mieć reputacji pirata i łupieżcy tak oficjalnie do końca natomiast Ranowie łupili wszystko i wszystkich bez wyjątku nie zważając na „reputację”
Większość mieszkańców była na wczesnej mszy, gdy do kościoła wpadł konno niejaki Ejnar z wieścią, że nieprzyjacielski statki ukazały się we fiordzie. Natychmiast też ludność przystąpiła do obrony, ale już Sławianie, którzy szczęśliwie ominęli wbite w dno fiordu pale, stoczyli bitwę z flotą norweską. Mieli stracić w niej 170 okrętów, jednocześnie flota norweska przestała istnieć. Po bitwie w porcie Wendy wysiadły na ląd i przystąpili do oblężenia grodu. Miasto stało się łupem najeźdźców, jedynie potężnie obwarowany gród bronił się zaciekle, ale po długiej walce obrońcy Konungaheli musieli ulec. Wszystkich zdolnych do pracy mężczyzn i kobiety Sławianie wzięli do niewoli, rannych, niedołężnych lub zbyt młodych podobno zabili. Ruiny grodu i miasta stały się ofiarą ognia. Konungahela, jedno z największych miast handlowych, przestała istnieć. Dotkliwa klęska Norwegów stała się przyczyną kilku następnych po sobie wypraw odwetowych. W następnym roku roczniki duńskie odnotowują 3 starcia Skandynawów ze Sławianami. Sigurt Slembe, wielmoża norweski, którego interesy zapewne bezpośrednio zostały naruszone w Konungaheli, przedsięwziął na własną rękę 2 wyprawy przeciwko grasującym na Bałtyku statkom sławiańskim. W pierwszej bitwie w okolicach Zelandii zwyciężył, zniszczył 8 statków, a ich załogi wymordował. Niedobitków, którzy dotarli do lądu, powiesił, jak to zwykle czyniono z piratami. Podobny był wynik drugiej bitwy morskiej Sigurta Slembe z piratami sławiańskimi, która się rozegrała między wyspami Man i Arö. Podczas gdy Sigurt Slembe zdobywał na polach bitew ze Sławianami opiewaną później przez skaldów sławę, w Danii trwały przygotowania ogólnopaństwowe do rozprawy ze sławiańskimi rozbójnikami morskimi. Król duński Eryk II Emune zdecydował się wyprawić na Ranów, gdyż ci swymi napadami na wybrzeża wysp duńskich najbardziej dawali się we znaki. Ogromna flota duńska, licząca według Saxo Grammatyka 1100 łodzi morskich, co oczywiście jest znowu kronikarską przesadą, wypłynęła na podbój Rany. Celem ataku stała się Arkona – centralny ośrodek kultu religijnego wyspiarzy. Uprzedzeni Ranowie zamknęli się w grodzie i rozpoczęło się długotrwałe oblężenie. Ranowie zorganizowali odsiecz: idąc nocą wzdłuż brzegu po znanych tylko rybakom mieliznach, zaatakowali nie spodziewających się z tej strony uderzenia Duńczyków. Mimo olbrzymich strat we flocie Duńczycy nie odstąpili od grodu, który nie był przygotowany na długotrwałe oblężenie i zmożona głodem Arkona poddała się. Obrońcy jej zobowiązali się przyjąć chrześcijaństwo pod warunkiem, że świątynia i posąg Świętowita nie zostaną zniszczone. Król Eryk Emune pozostawił na wyspie biskupa misyjnego i towarzyszących mu misjonarzy, aby szerzyli chrześcijaństwo, a sam, zaniepokojony zamieszkami w Danii, zmuszony został do zwinięcia wyprawy i pośpiesznego powrotu do kraju, gdzie wkrótce zginął w wirze walk dynastycznych. Skoro tylko zniknęły w morskiej dali żagle duńskich statków, Ranowie wypędzili duńskiego biskupa, sami natomiast pozostali wierni pogańskiemu Świętowitowi. Duńczycy brali udział w krucjacie 1147 roku mimo uciążliwych dla kraju pirackich napadów Sławian. Ranowie wyludnili duńskie wybrzeża na całe dziesięciolecia!!!
Nic w tym dziwnego, w nieszczęsnym bowiem dla Danii okresie między śmiercią króla Mikołaja w 1134 roku a objęciem władzy przez Waldemara I Wielkiego w 1157 roku, wyspy duńskie wielokrotnie stawały się łupem korsarzy sławiańskich. Krucjata z 1147 nie odwróciła Sławian od rozbójniczego procederu na morzu. Wprost przeciwnie, Ranowie, których powaga wśród innych plemion Sławian połabskich po zwycięstwie przy ujściu Warnawy nad Duńczykami wzrosła do maksimum, zaczęli przejawiać nie spotykaną dotąd inicjatywę. Ich korsarska działalność doprowadziła do zamarcia handlu bałtyckiego, niejednokrotnie też uniemożliwiła swobodną żeglugę pomiędzy poszczególnymi wyspami duńskimi.
Mnisi z klasztoru w Kołbaczu zamieścili w swym roczniku pod datą 23 i 24 maja 1150 roku następującą notkę:
„Była bitwa koło Arkony w Slawii, po czym Sławianie wyprawili się na Skanię”.
Niewątpliwie przyczyną wyprawy Skanów na Ranów była chęć odwetu za sromotną porażkę, którą ci ponieśli w czasie nieszczęsnej krucjaty przed trzema laty przy ujściu Warnawy, ale były i głębsze przyczyny tego przedsięwzięcia. Zamknięcie handlu bałtyckiego oraz łowisk śledzi przy brzegach wyspy Rany dla chrześcijan postawiły Skanów wobec rozpaczliwej wprost sytuacji gospodarczej. Groził głód. Jedynym wyjściem było uderzenie w sprawców tego stanu, ale duńska wyprawa nie powiodła się. Skanowie ponieśli klęskę, na domiar złego Ranowie wyprawili się natychmiast na wybrzeże skandynawskie, które pirackim zwyczajem spustoszyli, doprowadzając kraj do jeszcze większej ruiny gospodarczej. Nie słabnąca aktywność Sławian zmusiła Duńczyków do pewnych kroków obronnych, konieczność tego zrozumiał jeden z pretendentów do tronu duńskiego Swen Grade, który u brzegu wyspy Fionii i Zelandii zbudował dwa grody….
„aby były postrachem dla piratów i schronieniem dla mieszkańców”
jak pisał Saxo Gramatyk, ale nie na wiele się zdało to przedsięwzięcie. Przypuszczalnie w roku 1151 Sławianie nagłym atakiem zburzyli doszczętnie oba nowo zbudowane grody, po czym stoczyli bitwę, w której Swen Grade, „walcząc z wielkim męstwem”, poniósł klęskę.
W roku 1153 stolica Danii Roskilde już po raz drugi stanęła w obliczu niebezpiecznego najazdu Ranów i pomorskich Wendów. Sławianie, dysponujący olbrzymią liczbą statków, rycerzy i koni, dowiedziawszy się, że książę Waldemar wyjechał ze stolicy, postanowili ją zaskoczyć. Dlatego też nie palili osad w okolicy, aby ich dymy pożarów nie zdradziły. Konnica zdołała dotrzeć do murów miasta, gdzie doszło do starcia z oddziałem pod dowództwem rycerza Ratulfa. To pierwsze starcie zadecydowało o losie wyprawy. Duńczycy zdołali w tym czasie zorganizować obronę, a przedłużenie się bitwy pozwoliło im przejść do ataku. Sławianie musieli pośpiesznie powrócić na statki, nie był to jeszcze koniec działań zbrojnych. Swen Grade, w polityce wewnętrznej przeciwnik Waldemara, rozumiejąc, jaką groźbę stanowią Sławianie dla Danii jako całość, uderzył na ich powracającą z Zelandii flotę i odniósł nad nią zwycięstwo. Nie na wiele się to zdało. Najazdy Sławian nie tylko nie ustały, lecz przeciwnie, jeszcze się wzmogły!!!
W Roskildzie, która już dwukrotnie przeżywała najazdy piratów sławiańskich, utworzono specjalny zakon rycerski, którego celem miało być zabezpieczenie wybrzeży duńskich przed podobnymi najazdami. Początkowo „zakon”, który zresztą nie różnił się od innych organizacji korsarskich, posiadał zaledwie 28 statków, ale wojna z rozbójnikami sławiańskimi pozwoliła mu zgarnąć 82 statki, które zasiliły jego flotę. Nie znamy dalszych losów tej organizacji. Mimo uznania, jakim cieszyła się w Danii, nie przyniosła ona spokoju na Bałtyku. Mniejsze i większe wyprawy pustoszyły nadal wybrzeża duńskie.
Oto jak opisuje zniszczenia spowodowane przez sławiańskich piratów Saxo Grammatyk:
„W owym czasie rozzuchwalili się piraci; od granic Sławian aż po Eidorę wszystkie wsie od wschodu, opuszczone przez mieszkańców, leżały bez uprawy roli. Zelandię od południa zalegała pustka”.
Łupieskie wyprawy Sławian nie ograniczały się zasięgiem do południowych wysp duńskich. Niejedna z nich sięgnęła północnych części Jutlandii. Roczniki duńskie odnotowują kilkakrotnie olbrzymie dewastacje w posiadłościach biskupa w Aarhus. O wysokości strat poniesionych przez biskupów w Aarhus może świadczyć spisany w roku 1183, a więc 15 lat po upadku Rany i podboju Pomorza przez Waldemara, testament, w którym biskup Swen określa swe majątki jako :
„wielkie w liczbie, ale małe w cenie z powodu położenia nad morzem i narażenia na najazdy Pogan”.
Okres działalności piratów słowiańskich na morzu zamyka duża wyprawa floty w 1184, liczącej według jednych źródeł 600, a innych 1500 statków, która pojawiła się w Sundzie. W chwili, gdy przepływała koło wyspy Joluholm, gwałtowna burza morska zniszczyła większość statków.
Podsumowując temat – Przewaga militarna Sławian w XII wieku na Bałtyku była miażdżąca.. Sławą i opinią rozbójnictwa morskiego Skandynawowie muszą podzielić się ze Sławianami, niestety niewiele jest relacji kronikarskich, które by mówiły bezpośrednio o pirackiej działalności Sławian. Jeżeli z tych nielicznych przekazów pisemnych rysuje się obraz takiej potęgi morskiej Słowian, to trzeba przyznać, że….. MIT NIEPODZIELNEJ ERY WIKINGÓW ZOSTAŁ BRUTALNIE UNICESTWIONY PRZEZ BAŁTYCKICH WENDÓW!!!