Krąg kultur pól popielnicowych – stąd są Przodkowie Sławian Zachodnich

PRZODKOWIE SŁAWIAN ZACHODNICH WYWODZĄ SIĘ Z TZW KRĘGU KULTUR PÓL POPIELNICOWYCH CZEGO NIE ROZUMIEJĄ WSZYSCY TURBOSŁOWIAŃSCY „MĘDRCY” SZUKAJACY NAM PRZODKÓW WŚRÓD SCYTYJSKICH NOMADÓW!

Trzeba to tłuc do głów bo stepowe psy nie mają z Nami nic wspólnego i będę zwalczał poglądy że mają coś wspólnego dopóki będę aktywny w internecie.

Kultura + język + obyczaje = po tych kryteriach można szukać Przodków Sławian Zachodnich jako etnosu i tylko po tych a więc nie po haplogrupie R1a.
Genetyka może ustalić Przodków indywidualnej jednostki lub jednego wspólnego Przodka jakiejś większej grupy czy narodu jak np. tzw. Karelczyka dla Polaków ale najważniejsze dla szukania Przodków u większej grupy kulturowej/etnicznej takiej jak Sławianie Zachodni są 3 elementy czyli kultura, język i obyczaje.

Porównujemy wtedy te 3 elementy jeżeli mamy do czego się odnieść bo czasami nie ma źródeł, ale jeżeli możemy, to robimy porównanie jakichś plemion które żyły u nas przed Sławianami Zachodnimi w stosunku do nich samych.
Jeżeli nie zgadza się chociaż jeden z tych elementów w stosunku do późniejszych Sławian Zachodnich czyli nie zgadza się język, kultura albo obyczaje to tam gdzie się nie zgadza to Przodków jako tych którzy przekazali spuściznę kulturową, językową, religijną czy obyczajową – NIE MA!!

Najważniejszym obyczajem po którym można szukać Przodków u Sławian Zachodnich jest POCHÓWEK, bo jest on ściśle związany z pomysłami ludzi na życie pozagrobowe a więc jest związany z wierzeniami i sferą duchową/religijną.
U naszych Przodków we wczesnym średniowieczu przed chrystianizacją obowiązywała kremacja, zmarłego palono na stosie, a prochy przesypawano do urny i zakopywano w ziemi.
Pomysły na życie pozagrobowe związane z paleniem ciała po śmierci pojawiły się u nas w Kulturze łużyckiej i od tego momentu można mówić o Przodkach Sławian Zachodnich jako tożsamych w wierzeniach, kulturze i obyczajach do późniejszych pogańskich Sławian i to jest kluczowe i najważniejsze a nie to jaką kto miał haplogrupe!

Kultura łużycka należała do Kręgu kultur pól popielnicowych, no więc spuścizna kulturowa tamtych ludzi odzwierciedla się później u Sławian Zachodnich.
Jak można twierdzić mając trochę oleju w głowie że nomad ze stepu popijający z czaszki ludzkiej ma coś wspólnego ze Sławianami?
Nie zgadza sie tryb życia, nie zgadza się język, nie zgadzają się wierzenia i kultura, wreszcie nie zgadza sie najważniejszy obyczaj czyli wspomniany już POCHÓWEK – stepowcy to kurhany / groby szkieletowe no więc nie popielnice i kremacja.

To wszystko jest bardzo proste ale dla niektórych zbyt trudne, bo turbosłowiańskie kłamczuchy uprawiają to samo co Niemiec Kossinna tylko w drugą stronę, oni niczego nie odkłamują tylko dezinformują, bo Kossinna szukał wszędzie Teutonów a oni szukają wszędzie Sławian od Władywostoku do Atlantyku.

Mam przetłumaczone fragmenty książki – Starożytna Europa, 8000 pne do 1000 rne: Encyklopedia świata barbarzyńców, tom 1 i 2, która jest kopalnią wiedzy, np. jest tu fajny opis Biskupina, epoki żelaza czy choćby ten temat poniżej.

Mam też oba tomy w pdf ale w języku angielskim :

Tom 1 / 521 stron
http://www.siamcostumes.com/cutters_guides/pdf/an-encyclopedia-of-the-barbarian-world-vol-1.pdf

Tom 2 / 685 stron
http://www.siamcostumes.com/cutters_guides/pdf/an-encyclopedia-of-the-barbarian-world-vol-2.pdf

Na żołto krąg kultur pól popielnicowych, późna epoka brązu 1100 rok p.n.e , w czerwonym kóleczku KULTURA ŁUŻYCKA, scytyjskich psów pijących krew z czaszek jeszcze nawet nie ma nad Morzem Czarnym, będą od VII wieku p.n.e a później ich naloty spowodują UPADEK KULTURY ŁUŻYCKIEJ – KOLEBKI SŁAWIAN ZACHODNICH.

KV.

Niżej cytat z tomu 2 :

Krąg kultur pól popielnicowych późnej epoki brązu – Peter Bogucki, str 86-92 :

Około 1300 roku p.n.e. przeważający obrzęd pogrzebowy w dużej części Europy zmienił się z pochówku szkieletowego pod małymi kopcami (zwanymi tumulusami) i na płaskich cmentarzach do kremacji, a następnie pochówku prochów w urnie. W środkowej i części południowej Europy takie pochówki urn były grupowane w skupiska po dziesiątki, a nawet tysiące grobów. Ponieważ później odkryto je pod polami uprawnymi, do takich cmentarzy zaczęto stosować termin „pole urnowe”, chociaż nie ma powodu, aby zakładać, że miejsca te były całkowicie wolne od roślinności, gdy były użytkowane.

Ten obrzęd pogrzebowy jest charakterystyczną cechą późnej epoki brązu w wielu częściach Europy kontynentalnej. Istnienie pól urnowych uznawali dziewiętnastowieczni prehistorycy, a jako pierwszy – pruski uczony Otto Tischler (1843–1891) przypisał je epoce brązu. Ich istnienie zostało zasygnalizowane wieki wcześniej, gdy średniowieczni kronikarze mówili o garnkach, które spontanicznie wyłaniały się z ziemi. Teraz wiemy, że ich wygląd był wynikiem erozji gleby znad płytkich grobów kremacyjnych. Formy metalowych artefaktów znalezionych w pochówkach pozwoliły niemieckiemu prehistorowi Paulowi Reinecke (1872–1958) ustalić podstawową chronologiczną pozycję pól urnowych w epoce brązu i zasadniczą ciągłość między późną epoką brązu a wczesną epoką żelaza w środkowej Europie.

NAZEWNICTWO

Pola urnowe stanowią niezwykłe zjawisko w europejskiej prehistorii, ponieważ stanowią po prostu powszechny wspólny obrzęd pogrzebowy, wspólny dla ludów o bardzo różnych typach artefaktów i form osadnictwa. Pomimo faktu, że niemieccy archeolodzy często mówią o „Urnenfelder kultur”, pola urn nie stanowią kultury archeologicznej w tradycyjnym sensie. Zamiast tego wspólny rytuał pogrzebowy łączy wiele regionalnych podmiotów kulturowych, dlatego bardziej właściwe jest mówienie o „kompleksie Urnfield”.

W obrębie kompleksu Urnfield jest wiele charakterystycznych podmiotów kulturowych. Jedną z takich grup jest kultura łużycka, która była rozpowszechniona w większości Polski i wschodnich Niemiec, a drugą jest kultura Knovíz w Czechach i sąsiednich częściach Niemiec. W innych miejscach zidentyfikowano mniejsze grupy regionalne. Ogólnie jednak termin „późna epoka brązu” jest zawsze bezpieczną charakterystyką, która unika nomenklatury taksonomicznej i jej kontrowersji.

CHRONOLOGIA

W latach 1902–1911 Reinecke opracował podstawową chronologię epoki brązu i wczesnej epoki żelaza w Europie Środkowej. Rozróżnił między „epoką brązu” a „epoką Hallstatt”, nazwaną tak od ogromnego cmentarza górskiego na południe od Salzburga, wykopanego przez Johanna Georga Ramsauera (1797–1876) w XIX wieku. Oba epoki podzielono na cztery etapy, oznaczone literami od A do D, na podstawie skojarzeń grobowych i skarbów. Stanowią one nadal podstawową miarę dla względnej chronologii Europy Środkowej drugiego i początku pierwszego tysiąclecia pne. Ogólnie rzecz biorąc, brąz D Reinecke’a oraz Hallstatt A i B można przyrównać do późnej epoki brązu i związanego z nimi kompleksu Urnfield. W latach kalendarzowych odpowiada to około 1300–750 p.n.e.

Należy zauważyć, że koniec epoki brązu to bardzo niejasna i nieprecyzyjna granica. Większość trendów w stylu artefaktów, formach osadnictwa i obrzędach pogrzebowych trwa od razu do Hallstatt C z wczesnej epoki żelaza. Dla celów tej dyskusji te jednostki chronologiczne są przede wszystkim przedmiotem zainteresowania akademickiego, chociaż dla archeologów nadal definiują skomplikowaną matrycę chronologiczną, z którą można łączyć nowe znaleziska.

DYSTRYBUCJA

Urnfields są często uważane za fenomen środkowoeuropejski i prawdą jest, że można je znaleźć w całych Niemczech, Austrii, Słowenii, Czechach, Słowacji, Węgrzech i Polsce. Ale rozciągają się również na zachód we Francji i na południe do Hiszpanii i Włoch. W Skandynawii i na Wyspach Brytyjskich nastąpiło również przejście do pochówku kremacyjnego w późnej epoce brązu, ale na tych obszarach brakuje rozległych cmentarzy z dziesiątkami pochówków, które są klasycznym wyrazem Urnfield w środkowej i zachodniej Europie kontynentalnej. Chronologicznie wydaje się, że przejście od pochówku inhumacyjnego pod taczkami do pochówku kremacyjnego na cmentarzach, jako dominujący obrzęd grobowy, nastąpiło najpierw w Europie Środkowo-Wschodniej. Stamtąd rozprzestrzenił się na zachód i północ do Niemiec i Polski oraz na południe do Włoch. Wreszcie, w pierwszych dziesięcioleciach ostatniego tysiąclecia pne, występuje we Francji i północnej Hiszpanii.

GRUPY

Kompleks Urnfield, jak można się było spodziewać, znany jest przede wszystkim z pochówków, co łączy go z wieloma innymi okresami epoki brązu w Europie. W przeciwieństwie do bogatych pochówków szkieletowych z wczesnej epoki brązu, w których zmarłym towarzyszą różnego rodzaju oznaki rangi i statusu, większość kremacji w Urnfield jest nieco mniej imponująca w porównaniu. W każdym grobie znajduje się co najmniej jedno naczynie ceramiczne zawierające prochy zmarłego i popiół ze stosu pogrzebowego. Jedynymi artefaktami, które można znaleźć w samej urnie, są te noszone jako ozdoba ciała, zazwyczaj spinki z brązu i biżuteria oraz szklane i bursztynowe koraliki. Małe doły, w których umieszczano urny, często zawierają popiół drzewny ze stosu, co sugeruje, że kremacja odbywała się blisko miejsca pochówku. Często w jamach znajdują się dodatkowe naczynia ze śladami ofiar żywności, a także inne artefakty metalowe. W Poing, w Bawarii, w jednym z grobów znaleziono części czterokołowego wagonu, a modele wagonów z brązu znaleziono w pochówkach w Urnfield w całej Europie. Chociaż kremacja stała się dominującym obrzędem pogrzebowym, nadal praktykowano inhumację. W Przeczycach w południowej Polsce 132 z 874 pochówków to kremacje, a reszta to pochówki szkieletowe.

W Undenheim w Niemczech dwoje dzieci zostało pochowanych bez kremacji pod solidnymi drewnianymi konstrukcjami kostnicowymi w dołach wyłożonych kamieniem, w towarzystwie wielu naczyń i artefaktów z brązu. Niektóre cmentarze w Urnfield są ogromne. Ten w Kietrzu na Śląsku w południowej Polsce ma ponad 3000 pochówków w ciągu wielu lat wykopalisk. Szacuje się, że na cmentarzu w Zuchering-Ost w Bawarii pierwotnie znajdowało się blisko 1000, podczas gdy Moravičany na Morawach przyniosły 1260 kremacji. Inne są mniejsze, jak na przykład 262 groby w Vollmarshausen w środkowych Niemczech. Jeszcze więcej przyniosło kilkadziesiąt lub mniej pochówków. Wykopano setki cmentarzy w Urnfield, a prawdopodobnie wiele innych zostało zniszczonych przez uprawę i rozwój. Na niektórych cmentarzach w Urnfield istnieją dowody na to, że niektóre z grobów zostały zróżnicowane poprzez zastosowanie kopców lub drewnianych konstrukcji kostnic. Na przykład w Zirc-Alsómajer na Węgrzech zbudowano ponad osiemdziesiąt kopców nad grobami po kremacji, z których niektóre znajdowały się w małych cysternach wykonanych z płyt wapiennych.

W Kietrzu groby znajdowały się od czasu do czasu między dołkami posłupowymi, co sugerowało budowę małej drewnianej konstrukcji zadaszonej nad jamą zawierającą urnę i towary nagrobne. Jeden z najbardziej monumentalnych grobów w Urnfield znajduje się w miejscowości Očkov na Słowacji, gdzie jedna osoba została skremowana na ogromnym stosie wraz z wieloma przedmiotami z brązu i złota, których stopione ślady znaleziono wśród popiołów. Wśród grobów były naczynia zawierające płyny, być może związane z ucztowaniem. Nad pogrzebanym popiołem wzniesiono kopiec o wysokości około 6 metrów, a wokół niego wzniesiono kamienny mur. Niektóre z najbardziej niezwykłych pochówków w Urnfield to tak zwane „dziurki od klucza” w północno-zachodnich Niemczech i Holandii. W tych miejscach centralny pochówek kremacyjny otoczony jest małym rowem o średnicy około 3 do 4 metrów, który jest przedłużony z jednej strony, aby zamknąć wydłużony obszar. W Telgte w północno-zachodnich Niemczech wykopano trzydzieści pięć takich rowów z dziurkami od klucza (ponieważ z góry przypominają dużą dziurkę od klucza), wraz z innymi pochówkami kremacyjnymi, które otoczono okrągłymi i owalnymi rowami.

Przyjęcie kremacji jako dominującego obrzędu pogrzebowego sugeruje fundamentalną zmianę w podejściu do roli ciała w życiu pozagrobowym. Kiedy chowane są nienaruszone zwłoki, przypuszczalnie odbywa się to z przekonaniem, że ciało odgrywa ważną rolę w królestwie, z którym spotka się zmarły, podczas gdy kremacja sugeruje, że zewnętrzna forma i wygląd ciała nie mają związku z tą duchową koncepcją. Szybkie przyjęcie kremacji jako najpowszechniejszej formy obrzędu pogrzebowego sugeruje, że ta zmiana nastawienia została szybko i powszechnie zaakceptowana w większości krajów Europy.

ROZLICZENIA

Ponieważ kompleks Urnfield jest zdefiniowany na podstawie rytuału pogrzebowego, jest nieco zaskakujące, że znana jest stosunkowo duża liczba osad. W ten sposób archeolodzy wiedzą coś o życiu ludzi, których prochy znajdują się w urnach. Ludzie z późnej epoki brązu w Europie Środkowej mieszkali w różnych typach osad, jednych ufortyfikowanych, a innych nie. Wiele z nich było dużymi, otwartymi osadami obejmującymi wiele hektarów, podczas gdy niektóre to zwarte twierdze w naturalnie dających się obronić miejscach, takich jak półwyspy i wyspy na jeziorach. W Unterhaching, niedaleko Monachium, duża, otwarta osada z późnej epoki brązu pozostawiła ślady około 80 domów na powierzchni około 15 hektarów.

Domy były prostokątnymi konstrukcjami słupowymi z czterema głównymi słupkami narożnymi i kilkoma słupami wzdłuż ścian. Osadę podobnego rozmiaru znaleziono w Zedau we wschodnich Niemczech, gdzie 78 małych prostokątnych domów było rozsianych po całym terenie. Niektóre były małymi kwadratowymi domami tylko z czterema słupami, podczas gdy inne miały dwa równoległe rzędy po trzy słupy. W Eching w Bawarii znaleziono dwie małe osady Urnfield, składające się z około 16 domów każda, w odległości około kilometra od siebie. Z miejscowości Lovčičky na Morawach znana jest duża osada Urnfield. Wiele z 48 prostokątnych drewnianych domów miało duże słupki, szeroko rozstawione, niektóre z centralnym rzędem słupków podtrzymujących dwuspadowy dach. Na stosunkowo otwartej przestrzeni pośrodku działki znajduje się większa konstrukcja z bardzo blisko rozmieszczonymi słupami, które mogły służyć jako sala komunalna. Mierzy 21 metrów długości i 144 metry kwadratowe powierzchni wewnętrznej. Wioska sprawia ogólne wrażenie, że ma większą strukturę niż miejsca takie jak Zedau, które mają zwykle rozproszony układ.

Nieco inny rodzaj osadnictwa znaleziono w Riesburg-Pflaumloch w Badenii-Wirtembergii, gdzie 17 budowli zostało zbudowanych w kilku fazach. Podobnie jak w Lovčičkach, słupy dłuższych domów były szeroko rozstawione, podczas gdy mniejsze konstrukcje są interpretowane jako spichlerze. Rozwarstwienie domów i kolejność ich budowy doprowadziły do ​​zidentyfikowania kilku skupisk budynków, które zinterpretowano jako luźno połączone zagrody z budynkiem głównym i kilkoma budynkami gospodarczymi. Do najbardziej znanych osad w Urnfield należą ufortyfikowane wioski położone na wyspach i półwyspach w jeziorach. Wasserburg w Bad Buchau, na wyspie w Federsee w południowych Niemczech, został wykopany w latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku, odsłaniając dwie kolejne osady w Urnfield. Pierwsza powstała w XII wieku p.n.e. z 38 małymi, jednopokojowymi domkami, w większości o powierzchni około 4 na 5 metrów. Otaczała go palisada z tysiącami słupów.

Po okresie zaniedbań spowodowanych podnoszącym się poziomem wody około 1000 roku p.n.e. odbudowano mniejszą osadę palisadową z 9 dużymi domami wielopokojowymi. Ta druga osada została zniszczona przez pożar na początku pierwszego tysiąclecia pne. Wiele domów w Wasserburgu w Bad Buchau zostało zbudowanych w stylu chat z bali, z drewnianymi belkami ułożonymi poziomo. Populacja terenu w obu fazach budowy szacowana jest na około dwieście osób. Osady umocnione budowano także na wyższych terenach, na szczytach wzgórz i płaskowyżach. W wielu przypadkach fortyfikacje były dość rozbudowane, a ich wały wzmocnione drewnianymi konstrukcjami, kamiennymi okładzinami i pochyłymi brzegami. Stosunkowo niewiele wiadomo o osadach we wnętrzu tych fortyfikacji, ponieważ archeolodzy zazwyczaj skupiali się na samych murach obronnych. Na Burgberg, niedaleko Burkheim w południowo-zachodnich Niemczech, wykopaliska ujawniły setki okrągłych dołów, interpretowanych jako doły magazynowe lub piwnice domowe. Wiele z ufortyfikowanych osad w rejonie Urnfield w Europie Środkowej zostało zniszczonych po bardzo krótkim okresie okupacji.

OSADNICTWO

Wzrost liczby cmentarzy i osad w czasie trwania kompleksu Urnfield sugeruje, że w tym okresie w wielu częściach Europy Środkowej wzrastała populacja. Wydaje się zatem, że osadnictwo zostało rozszerzone na nowe obszary charakteryzujące się uboższymi glebami, które wcześniej nie były intensywnie eksploatowane. Aby wykorzystać te gleby, wprowadzono nowe uprawy, przy czym proso i żyto stały się powszechne, obok pszenicy i jęczmienia, które były używane od wieków. Hodowano owies do karmienia koni. Roślina strączkowa, końska, rozwijała się podczas stosowania w celu związania azotu podczas płodozmiany, a ponadto jest łatwa w uprawie i pożywna.

Ogólnie rzecz biorąc, ludy Urnfield stosowały wiele różnych rodzajów upraw polowych w zależności od warunków glebowych występujących w pobliżu ich osad, a rzeczywista mieszanka roślin różniła się w zależności od miejsca. Gospodarka zwierzęca Urnfield była zdominowana przez bydło w umiarkowanej Europie i najczęściej przez owce i kozy w basenie Morza Śródziemnego. Gatunki te dostarczały mięsa i mleka, a owce ścinano wełnę. Do ciągnięcia i przenoszenia ciężarów używano wołów i koni. Tak zwaną rewolucję produktów wtórnych czwartego tysiąclecia pne. od dawna uznano za integralną część prehistorycznej gospodarki. W wielu miejscach w umiarkowanej Europie świnie uzupełniają bydło. Ogólnie rzecz biorąc, gospodarka zwierzęca kompleksu Urnfield jest kontynuacją ogólnych trendów, które rozpoczęły się w neolicie, z lokalnymi dostosowaniami do dostępności pastwisk i wypasu.

METALOWE ARTEFAKTY

Rosnące wyrafinowanie w metalurgii brązu, które charakteryzuje drugie tysiąclecie pne. doprowadziło do pojawienia się wielu nowych form brązowych ozdób, narzędzi i broni wśród społeczności Urnfield. Pojawiło się kilka nowych technik. Jednym z nich jest możliwość tworzenia artefaktów kompozytowych poprzez odlewanie wielu małych części, które można następnie złożyć w cały obiekt. Szerokie zastosowanie technika odlewania metodą traconego wosku, w której model woskowy z glinianym rdzeniem został wykonany z pożądanego przedmiotu, a następnie pokryty gliną i wypalony. Wosk stopił się i skończył się, pozostawiając wnękę, do której wlano stopiony brąz. Po oderwaniu zewnętrznej gliny pozostał odlew z brązu w oryginalnej formie wosku. Ponieważ wosk można było łatwo wpisać, możliwe było odlewanie przedmiotów z drobnymi detalami powierzchni.

Inną nową techniką było wytwarzanie blach z brązu, które można było formować w złożone wydrążone formy łączone nitami. Chociaż zasięg i różnorodność artefaktów metalowych z Urnfield jest zadziwiająca, jednym z jego najbardziej uderzających aspektów jest rozszerzenie zasięgu i różnorodności broni i zbroi. Zostały one znalezione głównie w złożach i skarbcach. Miecze zostały wprowadzone wcześniej w epoce brązu, ale w czasach Urnfield można je było spotkać z wieloma różnymi długościami i kształtami ostrzy oraz z szeroką gamą rękojeści. Pancerz występuje w postaci pancerzy (kamizelki chroniące tułów), nagolenników, tarcz i hełmów. Arkusz brązu użyty w tej zbroi był zbyt cienki, aby mógł dobrze chronić przed mieczem lub włócznią, więc przyjmuje się, że był w dużej mierze noszony ceremonialnie jako odznaka rangi. Do najciekawszych metalowych artefaktów z Urnfield należą małe modele wagonów i wozów, występujące głównie w południowych Niemczech, Austrii i przyległych obszarach. Ich toczące się koła mają cztery szprychy, a na ich ramie często noszą naczynie lub kocioł. Szczególnie charakterystyczną cechą jest ich dekoracja za pomocą stylizowanych ptaków, najwyraźniej ptactwa wodnego, które wydają się odgrywać główną rolę w symbolice Urnfield.

ORGANIZACJA SPOŁECZNA

Wielu archeologów twierdziło, że późna epoka brązu była świadkiem wyłonienia się arystokracji wojowników, ludzi, których prestiż utrzymywano dzięki sukcesom w walce. Głównym tego dowodem jest opracowanie broni i zbroi oraz ich pojawienie się w elitarnych pochówkach, a także powszechne występowanie ufortyfikowanych miejsc. Niektórzy namalowali obraz społeczeństwa przenikniętego strachem i niepokojem, zdominowanym przez uzbrojoną arystokrację. Jednak większość ludzi nadal mieszkała w małych gospodarstwach i wioskach, podobnie jak przez wieki, i trudno jest scharakteryzować ich związek z domniemaną elitą wojowników i jej konfliktami. Możliwe, że w większości nie mieli na nie wpływu.

Różnice między grobami na cmentarzach w Urnfield sugerują wyraźne różnice w statusie i bogactwie i możemy założyć kontynuację, a nawet rozwinięcie rozróżnienia między elitami a plebejuszami, wywodzącymi się z dowodów z wczesnego i średniego wieku brązu.

WNIOSKI

Kompleks Urnfield z późnej epoki brązu reprezentuje przyjęcie nowego zestawu wspólnych wartości w dużej części Europy kontynentalnej, zwłaszcza nowego podejścia do śmierci i roli ciała. Był to również czas postępu technologicznego, szczególnie w mistrzostwie metalurgii brązu i przemian społecznych, prawdopodobnie obejmujących pojawienie się klasy elitarnych wojowników. Kompleks Urnfield w dużym stopniu przygotował grunt pod dalszy rozwój pierwszego tysiąclecia pne. Wczesna epoka żelaza (znana również jako Hallstatt C i D), która rozpoczęła się około 750 rpne. dostrzegła kontynuację praktyk pochówku kremacyjnego i fortyfikacji osadnictwa.

Bibliografia

Harding, A. F. European Societies in the Bronze Age. Cambridge, Wielka Brytania: Cambridge University Press, 2000.

Kristiansen, Kristian. Europa przed historią. Cambridge, Wielka Brytania: Cambridge University Press, 1998.

Milisauskas, Sarunas. „Epoka brązu”. W europejskiej prehistorii: ankieta. Nowy Jork: Kluwer Academic / Plenum Publishers, 2002.

Mohen, Jean-Pierre i Christian Eluère. Epoka brązu w Europie. Nowy Jork: Harry N. Abrams, 1999.

Probst, Ernst. Deutschland in der Bronzezeit. Monachium: C. Bertelsmann, 1996.

16/12/2020

Ziemie polskie w Epoce żelaza

1200 – stronicowa ENCYKLOPEDIA ŚWIATA BARBARZYŃCÓW Petera Boguckiego i Pam J. Crabtree wydana w 2004 roku w 2 tomach to kolejna bardzo ciekawa ksiażka która nie została przetłumaczona na język polski :

Mam oba tomy w pdf ale w języku angielskim :

Tom 1 / 521 stron
http://www.siamcostumes.com/cutters_guides/pdf/an-encyclopedia-of-the-barbarian-world-vol-1.pdf

Tom 2 / 685 stron
http://www.siamcostumes.com/cutters_guides/pdf/an-encyclopedia-of-the-barbarian-world-vol-2.pdf

I oddaje już głos panu Przemysławowi Urbańczykowi, który napisał artykuł w tomie II pt. Iron Age Poland.

KV.

Przemysław Urbańczyk : Starożytna Europa, 8000 pne do 1000 rne: Encyklopedia świata barbarzyńców, tom 2 str 281-286 :

Podobnie jak w wielu innych rejonach Europy, w Polsce nie ma archeologicznych wskazań na radykalną transformację  społeczeństw  późnej epoki brązu wchodzących w nową epokę, czyli epokę żelaza. Tak więc tradycyjna nazwa „epoka żelaza”, odziedziczona po XIX-wiecznej archeologii, podkreśla symboliczny próg – wprowadzenie nowego surowca, który nie miał bezpośredniego wpływu na rozwój kulturowy. 

W rzeczywistości w Polsce epoki żelaza obserwujemy kontynuację głównego nurtu późnej epoki brązu – tradycje reprezentowane przez kulturę łużycką, która przetrwała wiele wieków. Rozkwitł w okresie Hallstatt, pobudzony nowymi wpływami nie wykazał dowodów znaczących zmian gospodarczych ani społecznych. Bardziej bezpośredni wpływ na lokalne społeczności w epoce żelaza wywarły zmiany klimatyczne, które zaznaczyły się w czasie, gdy chłodzenie i wyższa wilgotność skracały sezon wegetacyjny, zmniejszyły plony i ostatecznie doprowadziły do ​​wzrostu roli żyta i jęczmienia w diecie kosztem pszenicy. Można również podkreślić rolę, jaką odegrały najazdy agresywnych Scytów, którzy rozpoczęli długą sekwencję koczowniczych najazdów, które penetrowały obszary na północ od pasma górskiego Karpat. 

Jednak w tradycyjnym układzie chronologicznym wprowadzenie żelaza określa zasadniczą zmianę od epoki brązu do epoki żelaza w Polsce.

HALLSTATT

Najstarsze przedmioty żelazne (ozdobne szpilki, topory, miecze i elementy uprzęży) przybyły na ziemie polskie w okresie Hallstatt C (750–600 pne). Obecność tych przedmiotów była wynikiem ożywionych kontaktów z południem, które rozwinęły się poprzez rosnące zainteresowanie bursztynem bałtyckim, poszukiwanym w strefie cywilizacyjnej Hallstatt. Odkrycia bursztynowych „magazynów” wskazują na efektywną organizację powiązań handlowych. Oprócz rzadkich przedmiotów żelaznych, które stanowiły najbardziej luksusową grupę importową, na północ od Sudetów i Karpat pojawiło się wiele brązów, a także nowe wzory kulturowe. Kontakty z regionem subalpejskim nie były jednak równie ważne dla wszystkich części współczesnej Polski we wczesnej epoce żelaza.

W zachodniej części kraju (Śląsk, Wielkopolska i Kujawy) część zwłok została umieszczona w bogato wyposażonych grobach drewniano-komorowych. Na zachodnim Śląsku po 250-letniej nieobecności powróciły pochówki szkieletowe. Podążając za nowymi trendami, rozpoczęto eksploatację rud soli (w Kujawach) i rud cynku i ołowiu (na Górnym Śląsku). Modele rękodzieła Hallstatt były chętnie kopiowane, co jest najbardziej widoczne w nowych formach biżuterii i eleganckiej malowanej ceramice. Nie miało to miejsca na terenach położonych na wschód od Wisły, gdzie import, jakkolwiek duży, nie stymulował lokalnych producentów. Jeszcze inna sytuacja miała miejsce na północy (Pomorze), gdzie dominowały kontakty z południową Skandynawią i północnymi Niemcami oraz gdzie przetrwała tradycja wznoszenia mogił. Nie ma dowodów na to, że w Polsce w tym okresie znana była technologia hutnictwa żelaza.

Ciekawym aspektem wczesnej epoki żelaza była tendencja do budowania osad obronnych, obserwowana w śladach datowanych już na IX wiek p.n.e. Budowle te rozprzestrzeniły się na zachodnie rejony kultury łużyckiej oraz, w mniejszym stopniu, na Pomorzu. Miały różne rozmiary (0,5–20 hektarów) i zazwyczaj znajdowały się na stanowiskach z naturalną obroną, takich jak wzgórza, wyspy i półwyspy. Niektóre miały raczej nieregularny układ wewnętrzny, inne budowano według bardzo sztywnych planów.

Ten drugi typ najlepiej reprezentuje słynna warownia łużycka w Biskupinie, zbudowana zimą 738/737 pne i odkryta w 1933 roku. Jej funkcja obronna została obecnie zakwestionowana, ale częściowo zrekonstruowana osada oferuje wgląd w wyrafinowane zdolności organizacyjne społeczeństw wczesnej epoki żelaza. Ponad sto dużych domów (każdy o powierzchni 72–86 metrów kwadratowych) stało niegdyś wzdłuż jedenastu szerokich (szerszych niż 2,5 metra) drewnianych ulic. Około 1 000–1 200 mieszkańców zamieszkiwało obszar o powierzchni około 1,3 hektara, otoczony okrągłym drewniano-ziemnym murem wyciętym przez bramę, która otwierała się na most prowadzący na ląd. Pomimo prób postrzegania tych osad jako najwcześniejszych polskich struktur „protomiejskich”, surowy egalitaryzm widoczny w równej jakości wszystkich domów sugeruje, że mieszkańcy byli rolnikami szukającymi schronienia w niepewnych czasach który otwierał się na most prowadzący na kontynent. Pomimo prób postrzegania tych osad jako najwcześniejszych polskich struktur „protomiejskich”, surowy egalitaryzm widoczny w równej jakości wszystkich domów sugeruje, że mieszkańcy byli rolnikami szukającymi schronienia w niepewnych czasach.

Prawdziwe zagrożenie przyszło ze strony koczowniczych Scytów (to ta ‚wspólnota scytyjsko-slowiańska’ – KV) , którzy na przełomie VI i V wieku pne kierowali grabieżcze najazdy na południową i środkową Polskę. Spalone twierdze łużyckie wyznaczają kilka fal ich śmiertelnych najazdów; charakterystyczne trójkątne groty strzał są typowymi znaleziskami. Te same groty strzał można czasami znaleźć w grobach zawierających prawdopodobne ofiary scytyjskich wojowników. 

Znakomitym dowodem ich obecności jest złoty skarb z Witaszkowa w południowo-zachodniej Polsce. Tak wyraźną etniczną identyfikację tych znalezisk potwierdzają analogie ze strefy stepowej i greckie źródła pisane.

Ta korzystna sytuacja stworzyła nowy kierunek badań dla archeologów, którzy chętnie zaczęli poszukiwać wyznaczników etniczności w pozostawionej przez inne społeczeństwa kulturze materialnej. W ten sposób wielu późniejszym kulturom archeologicznym nadano jednoznaczną tożsamość potwierdzoną przez źródła historyczne. Celtowie, Bałtowie, Niemcy i Słowianie sukcesywnie stawali się aktorami frontowymi w procesach opisanych przez archeologów badających kolejne fazy epoki żelaza. Tendencja ta może posunąć się za daleko, kiedy nawet w materiałach archeologicznych szuka się śladów małych i tajemniczych plemion. 

Efektem tej postawy jest również częste stosowanie bardzo uproszczonego modelu procesów kulturowych do wyjaśniania każdej zmiany wywołanej migracjami.

Pomorze (północna Polska), wolne od zagrożenia scytyjskiego, ale podlegające wpływom kultury nordyckiej zachodniego Bałtyku (południowa Skandynawia i północno-wschodnie Niemcy), jako pierwsze zaobserwowało upadek kultury łużyckiej, którą zastąpiła pomorska kultura w VII wieku pne.

Przemiana ta została naznaczona pojawieniem się nowych obrzędów pogrzebowych. Kopce grobowe i rozległe cmentarze urnfield zostały zastąpione małymi rodzinnymi grobami, w których prostokątne kopce skrzynkowe wykonane z kamiennych płyt mieściły do ​​trzydziestu urn kremacyjnych. Wczesna faza tej kultury wykazywała tajemnicze pokrewieństwa z tradycjami etruskimi, widoczne w urnach domowych i twarzowych. Te ostatnie mają ozdoby przypominające biżuterię (np. pierścienie na szyję i szpilki) przyczepione do nich, a nawet oryginalne przedmioty osobiste – głównie kolczyki.

W tym samym okresie północno-wschodnia Polska została „najechana” przez kulturę kurhanów zachodniego Bałtyku, związaną z Protobałtami, którzy utrzymywali ten obszar przez prawie 2 tysiące lat, unikając przy tym nowych pomysłów od sąsiadów. Pasterze ci mieszkali w małych osadach lub w małych domkach nad jeziorem zbudowanych na sztucznych wyspach zbudowanych z kilku warstw drewnianych bali przymocowanych na palach. Importowano ich metale, a zmarłych poddawano kremacji i umieszczano w urnach pokrytych małymi kopcami.

W V wieku pne widoczny był upadek potężnej kultury łużyckiej. Zniknęły duże aglomeracje obronne, podobnie jak wyspecjalizowane wyroby garncarskie. Istnieją również dowody regresu w metalurgii i zubożenia wyrobów grobowych. Wspomniane ataki scytyjskie i zmiany klimatyczne są uważane za główne przyczyny niżu demograficznego i dezintegracji wielkich struktur społecznych. Kryzys ten otworzył drogę do ekspansji kultury pomorskiej na większości ziem między Morze Bałtyckim a pasem górskim. Promował szerokie wykorzystanie żelaza we wschodniej Polsce, wcześniej nieco słabo rozwiniętej. Produkcja wyrobów z brązu osiągnęła bardzo wysoki poziom merytoryczny. Społeczeństwa pomorskie zamieszkiwały niewielkie, niedefensywne osady, w których typowymi siedliskami były ziemianki.

PRZEDRZYMSKI WIEK ŻELAZA

Na południu „Pomorzanie” spotkali przybyszów celtyckich, którzy osiedlili się na Śląsku w IV wieku pne. Około sto lat później w Małopolsce osiedliła się kolejna fala nosicieli kultury La Tène. Dalej na północ w Kujavach istniała mała kolonia celtycka. Ta rozproszona północno-wschodnia awangarda wielkiej cywilizacji europejskiej wprowadziła nowe osiągnięcia technologiczne i kulturowe – bardzo precyzyjną ceramikę toczoną na kółkach, dwukomorowy piec do wypalania garnków, produkcję szkła, precyzyjne techniki kowalskie, wytapianie żelaza na dużą skalę, nowe dekoracje motywy, monety, nowe uzbrojenie (długie miecze i hełmy) oraz organizacja regionalnych ośrodków kultu (np. Góra Ślęża na Śląsku, znana z licznych kamiennych rzeźb). Istotny postęp w rolnictwie był możliwy dzięki ulepszonym narzędziom do orki, nawożeniu pól i obrotowym żarnom. Te „celtyckie” osady były raczej małe, a ich mieszkańcy żyli we względnej izolacji od swoich autochtonicznych sąsiadów, którzy zdawali się ignorować nowe rozwiązania technologiczne. Odkryto, że typowe płaskie cmentarze z pochówkami szkieletów skierowanymi z północy na południe zawierają bogate dobra.

Wiek przedrzymski (zwany wcześniej „okresem La Tène”, trwający od 400 rpne do przełomu tysiącleci) przyniósł ważne zmiany kulturowe na innych ziemiach polskich. W III wieku pne zniknęły ostatnie enklawy kultury łużyckiej i głównego nurtu kultury pomorskiej, mimo że jej regionalni ocaleni przetrwali do połowy II wieku pne Zmiany te były spowodowane nowymi wpływami kulturowymi zachodu. Wzdłuż Odry już na początku III wieku pne społeczności pomorskie zostały zastąpione przez dwie grupy progermańskiej kultury Jastorfskiej, wyrastające z kolebki w Jutlandii i północnych Niemczech. Prawdopodobnie to właśnie ten nowy wpływ pobudził dalszy rozwój, w wyniku którego powstały dwie nowe kultury.

Z tych dwóch, kultura przeworska odniosła większy sukces w ekspansji terytorialnej i trwalsza (trwająca ponad 6 wieków). Powstał gdzieś w środkowej Polsce w drugiej połowie III wieku pne W początkowym okresie rozwijał się pod silnym wpływem tradycji celtyckich. W Tyńcu koło Krakowa mieszkała mieszana społeczność celto-przeworska, która wprowadziła owies na ziemie polskie. W tym wczesnym okresie cmentarze były płaskie, z prostymi grobami dołkowymi, w których zwykle brakowało urn. Jeszcze silniejsze było oddziaływanie Jastorfu na północy, gdzie w rejonie dolnej Wisły ukształtowała się kultura oksywie. Znany jest tylko z cmentarzy, na których chowano kobiety i mężczyzn według odmiennych obrzędów. Skremowane kości żeńskie umieszczano w prostych dołach, a mężczyzn chowano w urnach. Charakterystyczne dla tych grobów są kamienne okładki lub stojące stele. Z tej kultury zrodziła się później kultura wielbarska, utożsamiana z Gotami. Zarówno kultury przeworska, jak i oksywie są czasami wymieniane pod wspólną nazwą „kultura jam cmentarnych”.

WIEK RZYMSKI

Na przełomie tysiącleci wielka cywilizacja celtycka zanikła w kontynentalnej Europie w wyniku uderzeń agresywnie rozszerzającego się Cesarstwa Rzymskiego. Spowodowało to przesunięcia wpływów kulturowych, które stymulowały rozwój ziem polskich. W ten sposób skończył się epoka przedrzymska, zdominowana przez kulturę La Tène, a rozpoczął się epoka rzymska, promująca tradycje helleńsko-rzymskie. Pozostałość celtycka widoczna jest w technologii stosowanej przez organizatorów ośrodków intensywnej produkcji żelaza oraz w utrzymywaniu regularnych kontaktów handlowych na szlaku zwanym Szlakiem Bursztynowym.

Wcześniej etruski popyt na bursztyn został zastąpiony jeszcze większym popytem na to „złoto północy”, do którego zachęcały zawsze łakome egzotycznych produktów rzymskie rynki. O zakresie tego importu można wywnioskować z rozmiarów odkrytych wzdłuż szlaku „magazynów” bursztynu, np. 2750 kilogramów bursztynu znalezionego we Wrocławiu-Partynicach. Za panowania cesarza Nerona (54–68 r.) wysłano specjalnego wysłannika z Rzymu aż na wybrzeże Bałtyku w celu zbadania pochodzenia bursztynu. Do Rzymu sprowadzono go w tak ogromnych ilościach, że całe Koloseum zostało ozdobione kawałkami tego cennego materiału. Dzięki takim kontaktom grecki geograf Ptolemeusz w II wieku odnotował nazwę „Calisia”, która ma reprezentować poprzedniczkę ówczesnego Kalisza w środkowej Polsce.

Upadek Celtów kontynentalnych pozwolił na energiczną ekspansję ludów germańskich. Pochodzenie germańskie przypisuje się dwóm odrębnym archeologicznie kulturom, które dominowały na ziemiach polskich we wczesnym okresie rzymskim (1–150 r.). Kultura przeworska (niesłusznie uznawana za „germańską” – KV) rozszerzyła się na wschód i południe, gdzie zastąpiła społeczeństwa przywiązane do tradycji celtyckich. Jej nosiciele mieszkali w małych, półtrwałych osadach. Niektóre z cmentarzy były używane przez kilka stuleci. Większość pochówków była prostymi grobami dołowymi, ale często bogato wyposażonymi w garnki, narzędzia, broń i ozdoby. Różnice w ilości zainwestowanej siły roboczej i jakości zdeponowanych dóbr wskazują na znaczne rozwarstwienie społeczne, z dominującymi elitarnymi członkami społeczeństwa pochowanymi w „książęcych” grobach wyposażonych w importowane przedmioty statusu, między innymi wysokiej jakości rzymskie szkło, srebro i wyroby z brązu.

Intensywne powiązania z rynkami rzymskimi, które wysyłały na północ duże ilości rękodzieła i szybko zmieniająca się lokalna moda umożliwiły zbudowanie bardzo precyzyjnej chronologii dla epoki rzymskiej. Opiera się na szczegółowej klasyfikacji naczyń metalowych i szklanych, ceramiki terra sigillata , strzałkach (rodzaj broszki), okuciach do pasów oraz różnych elementach broni. Podobnie jak w przypadku obiektów odkrytych w miejscach ze starymi datami (np. W Pompejach czy krótko okupowanych obozach wojskowych), można je datować dokładnie w oknie zaledwie dwudziestu pięciu lat. To sprawia, że ​​archeologia epoki rzymskiej jest przedmiotem zazdrości dla badaczy zajmujących się badaniem wcześniejszych i późniejszych okresów oraz dziedziną badawczą o dużym potencjale wyjaśniającym, która nie została jeszcze w pełni zbadana.

Ta klarowność chronologiczna dotyczy także badań nad północnym sąsiadem kultury przeworskiej, kulturą wielbarską. Kultura ta reprezentuje społeczeństwa, które dały początek słynnym plemionom Gotów i Gepidów, które migrowały na południowy wschód w drugiej połowie II w. Nierozwiązane kwestie dotyczące tych ludów obejmują ich pochodzenie (południowa Skandynawia lub północno-wschodnia Polska), przyczyny ich wyjazdu ( gospodarczy, klimatyczny czy polityczny), a także dalszy rozwój regionu nad dolną Wisłą (wymiana demograficzna lub ciągła transformacja). Ekspansja i migracje kultury wielbarskiej powiększyły obszar zajmowany przez zachodnio-bałtycką kulturę kurhanową, która przesunęła się w kierunku dolnej Wisły.

W młodszej fazie wczesnej epoki rzymskiej (ok. 80–150 lat) w rejonie środkowej Odry ukształtowała się nowa kultura luboszycka. Wykazał silne powiązania zarówno z kulturą przeworską, jak i wielbarską. Odwrót tej ostatniej grupy w kierunku południowo-wschodnim otworzył drogę do silniejszych wpływów emanujących z regionu Łaby we wschodnich Niemczech, co doprowadziło do powstania na Pomorzu Zachodnim i Środkowym grupy Dębczyno, znanej z późnoromańskich „książęcych” pochówków. . Późna kultura materialna tego obszaru wykazuje związki skandynawskie. Dalej na wschód wzdłuż wybrzeża Bałtyku kultura Kurhanów Zachodniego Bałtyku ustanowiła podziały, które czasami identyfikuje się z plemionami wyróżnionymi w źródłach pisanych jako Aestii, Galindai i Sudinoi.

W 178 rne zwycięskie legiony rzymskie cesarza Marka Aureliusza walcząc z potężnymi Markomanami, założył bazy na Słowacji, zbliżając się tym samym do południowej Polski. Ta bezpośrednia obecność trwała zaledwie trzy lata i nie wpłynęła na rozwój kultury przeworskiej. Długie i ożywione kontakty z cywilizacją rzymską dały jednak widoczne efekty w przyjęciu (od końca II wieku) pewnych osiągnięć technicznych, np. konstrukcji domów z bali, zaawansowanych technik złotniczych, żarnów obrotowych. Koło garncarskie i wydajne piece komorowe pozwoliły na organizację dużych ośrodków produkujących znormalizowane naczynia. Łuki z żelaznymi redlicami umożliwiły orkę cięższych i bardziej żyznych gleb, a jałowość pól zaowocowała stabilnością i odejściem od strategii rolniczej slash-and-burn. 

Wyjątkowym aspektem kultury przeworskiej były ogromne ośrodki hutnictwa żelaza. Szacuje się, że 400 000–800 000 pieców skoncentrowanych na północno-wschodnim krańcu Gór Świętokrzyskich, na Mazowszu i innych mniejszych ośrodkach, musiało dostarczyć kilka milionów kilogramów żelaza, które z pewnością zostało wywiezione. Ten „przemysł” opierał się głównie na eksploatacji powierzchniowych rud darniowych, ale zdarzały się też kopalnie penetrujące głębsze źródła, z szybami wykopanymi nawet na 20 metrów.

OKRES MIGRACJI

Koniec wspaniałej epoki rzymskiej i początek burzliwego okresu migracji nastąpił wraz z nagłym przybyciem azjatyckich Hunów. W 375 r. zaatakowali Ostrogotów, którzy osiedlili się na północ od Morza Czarnego , i wywołali masowe ruchy różnych ludów, w latach 406/407 r. które doprowadziły do upadku zachodniego imperium rzymskiego i ustąpiły miejsca ustanowieniu szeregu niestabilnych germańskich „królestw”. Sami koczownicy osiedlili się w stepowej strefie węgierskiej Panonii, skąd rządzili wieloetnicznym „imperium”. Niektórzy Hunowie, zanim zostali pokonani w 454 r., spenetrowali ziemie polskie, o czym świadczą znaleziska ich złotej biżuterii i charakterystyczne duże naczynia z brązu. 

W tych burzliwych wydarzeniach okresu migracyjnego wzięła udział jakaś liczba mieszkańców Polski, których efektem były spadki demograficzne i widoczne zubożenie obszaru między Morzem Bałtyckim a Karpatami.

Kryzys ten nie wpłynął zbytnio na północno-wschodnią Polskę, zasiedloną przez ludy kultury kurhanów zachodnio-bałtyckich, uparte w przywiązaniu do własnych tradycji. Szczególnie interesująca jest grupa olsztyńska, która powstała na Mazurach pod koniec V wieku naszej ery i przetrwała ponad dwieście lat. Charakterystyczne urny z prostokątnymi „okienkami”; konie pochowane pod męskimi grobami; dalekosiężne kontakty z Europą Zachodnią i Skandynawią, a także z regionem Dunaju i strefą Morza Czarnego ; i międzyregionalny charakter ozdób osobistych czynią go jedną z wybitnych kultur Barbaricum około połowy pierwszego tysiąclecia naszej ery

Koniec okresu migracji tradycyjnie przypada na 568 ne wraz z przybyciem Awarów, nowej fali azjatyckich nomadów, którzy również wybrali Panonię jako swoją ojczyznę. Powstanie ich nowego „imperium” zahamowało bardzo obiecujący rozwój społeczno-kulturowy z dawnych czasów i zapoczątkowało rozkwit Słowian i ich kultury na rozległych obszarach Europy Środkowej i Wschodniej.

bibliografia

Bielenin, Kazimierz. Starozytne górnictwo i hutnictwo z˙elaza w Górach Świe˛tokrzyskich. Starożytne górnictwo i hutnictwo żelaza w Górach Świętokrzyskich. Kielce, Polska: Kieleckie Towarzystwo Naukowe, 1992.

Bukowski, Zbigniew. Wpływy scytyjskie na obszarze kultury łużyckiej. Wrocław, Polska: Ossolineum, 1977.

Gedl, Marek. Die Hallstatteinflüsse auf den polnischen Gebieten in der Früheisenzeit. Kraków, Polska: Nakładem Uniwersytetu Jagiellońskiego, 1991.

Godłowski, Kazimierz. Przemiany kulturowe i osadnicze w południowej i środkowej Polsce w młodszym okresie przedrzymskim iw okresie rzymskim. Osadnictwo i przemiany kulturowe w południowej i środkowej Polsce w młodszym wieku przedrzymskim i rzymskim. Wrocław, Polska: Ossolineum, 1985.

——Chronologia późnorzymskich i wczesnych okresów migracyjnych w Europie Środkowej. Kraków, Polska: Nakładem Uniwersytetu Jagiellońskiego, 1970.

Kolendo, Jerzy. A la recherche de l’ambre baltique: L’expedition d’un chevalier romain sous Neron. Warszawa, Polska: Uniwersytet Warszawski, 1981.

Mierzwiński, Andrzej. „Zagadnienie obronności osiedli typu biskupińskiego: O poszukibie alternatywnej interpretacji”. Przegla˛d Archeologiczny 48 (2000): 141–151.

Nowakowski, Wojciech i Claus von Carnap-Bornheim. Das Samland in der römischen Kaiserzeit und sein Verbindungen mit dem römischen Reich und der barbarischen Welt. Warszawa, Polska: Druk; Marburg, Niemcy: Vertrieb, NG Elwert, Verlag, 1996.

Wielowiejski, Jerzy. Główny szlak bursztynowy w czasach Cesarstwa Rzymskiego. Wrocław, Polska: Ossolineum, 1980.

Woźniak, Zenon. Osadnictwo celtyckie w Polsce. Wrocław, Polska: Ossolineum, 1970.

15/12/2020

Prusy do przyjścia św. Wojciecha

Niżej fantastyczny artykuł o Prusach, który mam od dawna zapisany ale w końcu mnie w nocy naszło i go skopiowałem sobie na bloga, na dole źródełko i link oryginalny, bardzo bogata w treść pigułka wiedzy, będzie ze 30 minut czytania, z którą polecam zapoznać się każdemu kto interesuje się historią tego ludu, około 4 mln Polaków może pochodzić od ludności dawnych Prus, tych sprzed podboju krzyżackiego, zachęcam do lektury. KV.

WSTĘP

Przeciętny Polak o Prusach nie wie praktycznie nic. Wyjątkowo zdarza się spotkać kogoś, kto skojarzy Prusów jako morderców św. Wojciecha lub jako dawnych mieszkańców Mazur, których jednak wymordowali Krzyżacy. Prusów uważa się za lud, który dawno wymarł. Historia, którą karmią nas w szkołach jest uproszczona, niezwykle skrócona i wybiórcza. Ta ostatnia cecha okazuje się narzędziem w ręku ideologów państwa, którzy do potrzeb politycznych „urabiają” historię. Te wypaczenia są nie tylko specjalnością polską. Na całym świecie takie zabiegi są powszechne, ale czy możemy się z tym pogodzić i wzruszyć ramionami mówiąc że “to normalka”. Czasem słyszymy i niezwykle bulwersuje nas fakt o innej wizji historycznej niż ta powszechna, gazetowa czy telewizyjna historia widziana z pozycji polskiej np. brytyjskie spojrzenie na „Enigmę”, „Dywizjon 303”, niemiecki „Grunwald 1410”, radziecko-rosyjski „Katyń” lub “wyzwoleńcza Armia Czerwona”, żydowski Holocaust itd.

Tu spróbujemy spojrzeć na dzieje Prusów z pozycji Prusa. Na ile to możliwe wspomniane będą poglądy innych sąsiednich nacji. Z racji zamysłu, że ta praca ma być skrótem, to w zasadzie nie będą prezentowane różne teorie, tezy historyków, tylko najbardziej wg mnie prawdopodobny scenariusz obrazu historycznego dziejów tego ludu. Najważniejszym przesłaniem tej pracy jest ukazanie, że w skład historii tego ludu wchodzi też po części historia naszej rodziny.

POCZĄTEK

Prusowie to lud, który zamieszkiwał obecnie ziemie północno-wschodnie tereny Polski, rejon kaliningradzki i południowo-zachodnie rejony Litwy. Prusowie pod względem językowym i kulturowym uważani są za lud bałtyjski i pod tym względem przynależą do Bałtów podobnie jak Jaćwingowie, Litwini i Łotysze. Stan państwowości Prusów, jaki zastali krzyżacy to luźna konfederacja tzw. dużych i małych „ziem” dzisiaj byśmy mówili o udzielnych i niezależnych województwach i okręgach. W uproszczeniu Prusowie z pocz. XIIw. dzielili się na dziesięć „dużych ziem” jednak duże ugrupowania ludzkie tj. Estów, Galindów, Jaćwięgów i Gotów z okresu połowy I-VI wieku n.e., które miały wpływ na stosunki ludnościowe na tym terenie wpłynęły zapewne na różnorodność kulturową i językową poszczególnych ziem pruskich.  Historia tego ludu jest niezwykle ciekawa:   Najwcześniejsze, większe osadnictwo ludzi na terenie rejonu południowo-wschodnim pobrzeża Bałtyku należy datować po „odejściu” lodowca tj. po VIII tys. p.n.e. W okresie IV do II tys. p.n.e. osadnictwo ludzi na tym terenie następuje z dwóch kierunków: północno-wschodniego reprezentowanego przez Protofinów („kultura ceramiki dołkowo-grzebykowa”) i wschodniego: odłam Indoeuropejczyków wraz ze swą „kulturą grobów kurhanowych”. Niektórzy z naukowców twierdzą, że już z części tych Indoeuropejczyków wyłonili się Proto-Bałtowie, a tereny ich zamieszkania są takie same jak obszar bałtyjskiej hydronimii (nazw rzek i jezior).  

 Rys. 1 Obszar bałtyjskich nazw: 1. Karwia; 2. Karwia; 3. Salino; 4. Łebień; 5. Rzucewo; 6. Labuhnken (Trzcińsk); 7. Powałki; 8. Straduń; 9. Lubuń    

Na ten obszar w różnym czasie napływają różne ludy i w wyniku ich wymieszania wyłaniają się różne grupy etniczne ze swymi odrębnymi zwyczajami, kulturą materialną i swym odrębnym językiem. W okresie ok. 1500-600 r. p.n.e. na terenie późniejszych Prus kulturowo i zapewne ludnościowo wpływają Wenetowie (archeologiczna „grupa warmijsko – mazurska kultury łużyckiej”). Około 600r. p.n.e. przybywa ludność bałtyjska od strony wschodniej i wraz tubylcami tworzą nową jakość kulturową zwaną „kulturą kurhanów zachodniobałtyjskich.  Charakterystycznymi wyznacznikami tej kultury są kurhany z licznymi pochówkami popielnicowymi, niewielkie osady obronne oraz kulistodenna ceramika. Na większości zajmowanego terytorium „kultura kurhanów zachodniobałtyjskich” funkcjonowała od połowy VI w p.n.e. aż do połowy I w. n.e.   Ludność ta ze względu na swój język została później nazwana Bałtami Zachodnimi i była na tyle liczebna, że zostają na tym terenie hegemonami i porozumiewają się j. baltyjskim. Wygląda na to, że dawna ludność tubylcza o głównej swej etnogenezie fińsko-protobałtyjskiej, zostaje wraz przybyszami ze wschodu tj. Bałtami Zachodnimi nową rzeczywistością kulturową tych ziem, która będzie trwała do XIII w. n.e.   W obszarze przybałtyckim południowo-wschodnim, w okresie przełomu er wyłaniają się na światło historyczne Estowie („kultura Dollkeim-Kovrovo”), Galindowie („kultura bogaczewska”), Sudawowie – Jaćwingowie („kultura sudowska”) i Goci(„kultura wielbarska”). Pierwsze trzy kultury to Bałtowie Zachodni, zaś czwarta to Germanie ze Skandynawii. Pierwsze wzmianki historyczne o tych ludach dotyczą lat początków I w. n.e.

O ESTACH

Tacyt – Publius Cornelius Tacitus- Germania 45 

“…Zatem na prawym brzegu Morze Swebskie obmywa siedziby ludów Estiów, którzy mają zwyczaje i strój jak u Swebów, język zbliżony do brytańskiego. …Rzadko czynią użytek z żelaza, częściej z kijów. Zboża i inne płody uprawiają – jak na niedbałych zazwyczaj Germanów – cierpliwie. Przeszukują też morze i jako jedyni ze wszystkich zbierają na mieliznach i na samym brzegu bursztyn, który zwą glesum….”     

Estiowie to oczywiście Estowie, którzy patrząc się od strony morza i płynąć od strony cieśnin duńskich mieszkają na prawym brzegu Morza Bałtyckiego. Tacyt zebrał wiadomości o tym ludzie z okresu bytności „szpiega rzymskiego” prawdopodobnie ekwity, który dostarczył wiadomości o ludzie, który potencjalnie mógł być podbity. Różni historycy twierdzą, że wyprawa ta nie była tylko w celach handlowych, ale przede wszystkim w celach wywiadowczych. Informacja o ludach miała kolosalne znaczenie dla strategii utrzymania Germanów z dala od granic rzymskich, a możliwy podbój tych opisywanych ziem też mógł zaistnieć. Czas wyprawy to okres rządów Nerona, Rzym w tym czasie jest u szczytu potęgi. Wywiad rzymski, niezwykle rozwinięty jak na te czasy tj. ok. 55r. n.e. otrzymał bardzo dobre informacje geograficzne, polityczne, etnograficzne i lingwistyczne. Te informacje zawarte zostały u Pliniusza w Naturalis historiae libri i u Tacyta, Germania.      

Ciekawe wiadomości do podboju: język ludu „brytański” – krytycy tego wyrazu w tekście Tacyta określają jako „niezrozumiały dla Rzymianina”, i może to racja, jednak Tacyt dokładnie opisuje języki plemion ludów opisanych w dziele, a ekwita rzymski pracujący w bardzo dobrym jak na te czasy w wywiadzie rzymskim prawdopodobnie określił, że wtedy język staropruski (antyczno -pruski) był bliższy j. brytańskiemu (celtyckiemu) niż j. germańskiemu. Następna cenna informacja, to sposób walki Estów. Oprócz mieczy, Estowie używali kijów. Wydaje się, że ta informacja mówi o pewnym zacofaniu militarnym Estów, jednak ćwiczenia legionistów rzymskich obejmowały walkę na kije. Następne dane mówią o Estach jako o ludzie rolniczym, czyli jest to lud zamożny, jest tam co jeść dla ludzi i koni. Szczególna pochwała dla tego ludu, że jest to lud pracowity, wytrwały i w tym bardzo różniący się od swych sąsiadów czyli gnuśnych i niedbałych Germanów. Ostatnia, nie mniej ważna informacja, to bogactwo ziemi, czyli bursztyn. 

Ryc. 1  Zabytki kultury estyjskiej

O GALINDACH

Ptolemeusz

„Zamieszkują Sarmację ogromne ludy: Wenedowie wzdłuż całej zatoki Wenedyjskiej.…Bardziej ku wschodowi od wymienionych siedzą poniżej Wenedów Galindowie, Sudinowie…”      

W IIw. p.n.e część Mazur tj. Pojezierze Mrągowskie, Kraina Wielkich Jezior i część Pojezierza Ełckiego – były zamieszkałe i charakterystyczne, bo w stosunku do reszty obszarów zachodniobałtyjskich było zastąpienie tradycyjnych pochówków kurhanowych na groby płaskie. Ozdoby wydobywane z tego okresu mają wpływy pomorskie i wandalskie „kultura przeworska. Tak zrodziła się tzw. „kultura bogaczewska” czyli Galindowie.  W inwentarzu kultury bogaczewskiej występowały czworokątne tarcze. Galindzka broń zaczepna to włócznie i oszczepy, zamiast mieczy – noże bojowe i toporki. Charakterystyczne ozdoby Galindów to zawieszki w kształcie koła ze szprychami oraz naszyjniki złocone z brązowych, pełnych wisiorków ósemkowych. Głównym elementem ubioru mężczyzny był pas z przywieszonym nożem, krzesiwem.   Groby występujące na cmentarzyskach zawierały niemal wyłącznie pochówki ciałopalne, w większości popielnicowe.      

Obwarowania jam grobowych były rzadkie, podobnie jak kurhanowe nasypy kamienno – ziemne lub bruki. Pochówki szkieletowe występowały tylko sporadycznie. Od około połowy IV w. kultura Galindów zaczęła przeżywać pewien kryzys, widoczny początkowo w znacznym zubożeniu wyposażeń grobowych. Prawdopodobnie w tym okresie Galindowie zasiedlili część ziem opuszczonych przez Gotów, a część młodszej generacji Galindów wraz z Gotami wzięła udział w wędrówce ku południowemu-wschodowi. Opuszczenie dotychczasowych siedzib przez część ludności galindzkiej mogło przejściowo zakłócić funkcjonowanie układów społecznych i gospodarczych. Ustabilizowanie się pod koniec V w. osadnictwa zachodniobałtyjskiego na zachodnich Mazurach, w nowych granicach terytorialnych, zbiegło się w czasie z wytworzeniem się nowej struktury kulturowej – tzw. grupy olsztyńskiej.   

  Ryc. 2  Zabytki  kultury galindzkiej  

Sudawowie – Jaćwingowie

     Odmiennie potoczyły się losy wschodniej połaci terytorium zajmowanego w okresie wczesnorzymskim przez Galindów. W wyniku napływu na te tereny ludności bałtyjskiej ze wschodu uformowała się na tym obszarze odrębne plemię, jakim byli Sudawowie czyli Jaćwingowie (tzw. kultura sudowska). Plemię to zajmowało terytorium w dorzeczu Czarnej Hańczy, zapewne wraz z rejonem wewnątrz „kolana” Niemna. U schyłku III i w IV w. ze względu na kryzys demograficzny u Galindów, Jaćwingowie znacznie powiększyli swój zasięg ku zachodowi, obejmując ziemie w łuku Gołdapi, północno-wschodni skraj Krainy Wielkich Jezior, a najprawdopodobniej także północną część Pojezierza Ełckiego. Na całym tym obszarze występowały wówczas cmentarzyska kurhanowe z typową własną ceramiką np. popielnice wanienkowate. Zachodnia rubież kultury sudowskiej zbliżyła się w ten sposób swoim przebiegiem do zachodniej granicy wczesnośredniowiecznej Jaćwieży.

     Jaćwingowie nie byli etnicznie jednolitym ugrupowaniem plemiennym, wewnątrz niego można wydzielić kilka grup kulturowych, wśród których wiodącą role odgrywała w późniejszym okresie grupa suwalska. Ta niejednolitość etniczna jest związana z charakterystyczną cechą tej grupy, jakim był obrządek pogrzebowy: groby kurhanowe oraz, aż do okresu wędrówek ludów stosowano birytualizm czyli pochówki ciałopalne i inhumowane czyli ciało zmarłego chowano bezpośrednio do ziemi. Szczególnym zjawiskiem tak jak u Estów, są też dość często spotykane pochówki koni, w tym czasie już niespotykane u Galindów. Za specyficzne formy sudowskie należałoby także uznać niezwykle bogate rzędy końskie. Również pas kobiecy, można uznać za ciekawy i świadczący o odrębności kulturowej tego obszaru w okresie późnorzymskim. Czasem najpełniejszego zarysowania się oryginalnego oblicza kultury sudowskiej na całym przypisywanym jej obszarze była wczesna faza okresu wędrówek ludów, a więc czas głębokiego zmierzchu kultury galindzkiej. W niewiele zmienionej postaci kultura sudowska przetrwała do VI w. Na jej miejscu uformowała się wspólnota kulturowa odpowiadająca wczesnemu etapowi kształtowania się Jaćwieży.

Ryc. 3  Zabytki  kultury sudowskiej (jaćwieskiej)

O GOTACH

Jordanes

„Z tej to wyspy Skandii, jak gdyby z kuźni ludów lub raczej z kolebki szczepów, wyruszyli niegdyś Gotowie ze swoim królem imieniem Berig. Pamięć o zdarzeniu zachowuje się dotąd. Ziemi, której schodząc z okrętów dotknęli stopami, zaraz nadali miano. Miejsce to, bowiem jeszcze dzisiaj nazywa się Gothiskandia. Stąd niebawem posunęli się dalej podchodząc z obozem pod siedziby Ulmerugów, które wtedy leżały na pobrzeżu Oceanu. W bitwie pokonali Ulmerugów i wypędzili z rodzinnych siedzib. Również ich sąsiadów, Wandalów, już wtedy ujarzmiając wprzęgli do rydwanu swoich zwycięstw.

Tacyt – Germania 44

Mieszkający za Lugiami Gotonowie rządzeni są przez królów, i to już nieco surowiej niż reszta ludów germańskich, jednak jeszcze nie z zupełną utratą wolności. Zaraz dalej nad oceanem siedzą Rugiowie i Lemowiowie; właściwością tych ludów są okrągłe tarcze, krótkie miecze i posłuszeństwo wobec królów.”

Ptolemeusz

„Zamieszkują Sarmację ogromne ludy: Wenedowie wzdłuż całej zatoki Wenedyjskiej.[…] Z mniejszych ludów siedzą w Sarmacji Gytonowie koło rzeki Vistuli, poniżej Wenedów; następnie Finnowie, …koło głowy rzeki Vistula.; niżej od nich Ombronowie, następnie Anartofraktowie, następnie Burgionowie, …Bardziej ku wschodowi od wymienionych siedzą poniżej Wenedów Galindowie, Sudinowie i Stawanowie …”

Getica”- dzieło Jordanesa, będące skrótem nieistniejącego już dzieła rzymskiego historyka Kasjodora jest źródłem historycznym i źródłem tradycji gockiej spisanym przez kronikarza i historyka gockiego. Tradycja przekazywana z pokolenie na pokolenie głosi, że Goci przybyli ze Skandynawii na tereny, które nazwali „Gothiskandią” czy Gocką Skandynawią. Nazwa tego ludu pisana jako Gotar/Gauter, Gutar/Guts, Geat/Gaut, Gytones oznacza „ludzi” tzn. „pochodzących od boga – Gauta-Odyna”. Ludem sąsiedzkim, pokrewnym z nazwy, pochodzenia, mającym tę samą religię byli Jutowie (Iotar, Jutar, Ytar, Ytas/Ytum, Euts/Eudoses). Jutowie byli mieszkańcami środkowej części półwyspu Jutlandzkiego z przyległymi wyspami, zaś Goci to lud osiadły dalej na wschód, już na Półwyspie Skandynawskim. Ciekawe, że Jutów uważano za Geatów-Gotów, a Jutlandię z tej przyczyny zwano Gotlandią. Początkowo zamieszkiwali rejon doliny rzeki Göta älv (dosł. Rzeka Gotów) niedaleko od obecnego miasta Göteborg (dosł. gród Gotów), w późniejszych okresie ich wpływy i osadnictwo rozprzestrzeniło się mniej więcej na dawną historyczną krainę Gotalandia (prowincje dzisiejszej Szwecji zwane: Västergötland, Östergötland i wyspa Gotlandia).   

Część Gotów w okresie końcowych lat I w. p.n.e. i początkowych lat n.e. zaczęli opuszczać swą ojczyznę i zaczęli się osiedlać w rejonach dzisiejszych Borów Tucholskich, Krajny i części Kaszub. Sposób przeprawy wodnej przez Bałtyk był zapewne różnymi drogami morskimi, mogli płynąć wzdłuż zachodniego wybrzeża przez cieśniny Kattegat i Sund, a następnie blisko południowego brzegu Bałtyku lub w kierunku południowo-wschodnim via Bornholm. (dawniej ta wyspa zwała się Burgundarholm, a Burgundowie podobnie jak Goci, wywędrowali ze swej wyspy w rejony obecnego pogranicza francusko-niemieckiego). Goci w małych grupach na przestrzeni wielu lat, na małych okrętach podobnych do tych, które opisuje Tacyt u Swionów (przodków Szwedów) docierali do swej Gothiskandzy:

Wodne ich statki tym się od naszych różnią, że z obu stron mając dziób, łatwo się oboma do brzegu przybić mogą”.

Takie statki o małej wyporności mają dodatkową cechę, mogą łatwo poruszać się przez rzeki. Rzeki Parsęta, Wieprza, Słupia mogły stanowić, dobrą drogę rzeczną pomiędzy Bałtykiem, a Gothiskandią. Ostatnią grupą ludności gockiej byli Gepidowie ([goc.] gepanta – leniwy) zwani też Getami, którzy osiedlili się na Wysoczyźnie Elbląskiej.  

 Rys. 2 Sytuacja ludnościowa w okresie przełomu er.      

Osadnictwo Gotów początkowo miało charakter pokojowy, a świadczy o tym teren zasiedlenia, który był wtedy z dala od morza i opustoszały. Ich sąsiadami od południa byli Wandalowie (Lugiowie), a od północy i wschodu Rugiowie i Lemonowie. Trzeba tu zaznaczyć, że Pomorze w tym czasie to arena bytności różnej ludności, mieszkańcami od wieków byli potomkowie Wenetów (potomkowie tzw. kultury łużyckiej), dawnych Bałtów, a przybyszami były ludy germańskie tj. Rugiowie, Lemonowie, a później Goci (razem to tzw. kultura oksywska).Po podbiciu i wchłonięciu ludów Pomorza, nastąpiła nowa jakość polityczno-społecznaa tj. utworzenie związku plemiennego pod przewodnictwem gockim. W tym okresie ludność tych ziem przechodzi też w nową jakość kulturową, gdzie jest to uwidocznione nową formą ceramiki, ozdób i budownictwa, natomiast sposób pochówków był wykonywany w dwóch rytach (birytualizm).

W okresie bytności Gotów w Gothiskandii charakterystycznymi formami grobowców są kamienne konstrukcje grobowe w formie steli nagrobnych i kurhanowe, kręgi z głazów, mogił z różnego typu rdzeniami kamiennymi i bruków znajdujących się w Odrach, Wisiorach i Grzybnicy. Formy te wykazują ścisłe analogie w Skandynawii (południowej Norwegii i Szwecji, na wyspach Gotlandii, Olandii i Bornholmie), gdzie mają wcześniejszą metrykę chronologiczną i mogą uchodzić za świadectwo pobytu pewnych grup ludności ze Skandynawii. Zasięg terytorialny Gotów na przełomie I i II w. n.e. jest duży, obejmuje trzy czwarte Pomorza, część Wielkopolski, a od wschodu graniczy z żywiołem bałtyjskim na rzece Łynie. 

Ta granica nigdy przez Gotów nie zostanie przekroczona, co świadczy o pokojowym charakterze kontaktów pomiędzy Bałtami Zachodnimi, a Gotami i Gepidami. W tym okresie nastąpiło ciekawe zjawisko demograficzne, otóż Goci już jako związek różnych ludów tj. Gotów właściwych, Gepidów, Rugiów, Lemonów, Wenetów i Bałtów zaczęli się przemieszczać w kierunku południowo – wschodnim w pasie pomiędzy Wisłą, a Bugiem. Ten „exodus gocki” trwał ok. 200 lat, po drodze przyłączali nową ludność w swe szeregi, aż dotarli do granicy z Cesarstwem Rzymskim.  

 Ryc. 3  Zabytki  kultury Gotów (kultury wielbarskiej)    

Ta ilość różnych plemion spowodowała, że pomiędzy nimi wywiązała się rywalizacja władzy i w konsekwencji nastąpił rozłam na grupy: Gotów Krymskich (dokł. to Jutowie), Ostrogotów (astra- jasny) i Wizygotów (wizi – szlachetny). Trzeba pamiętać, że w rejonach, które Goci opuszczali nadal pozostawała część ludności, która z różnych względów nie uległa pokusie nowego, lepszego życia, to też część ludności gockiej pozostała w rejonie dolnego Powiśla i oczywiście część Gotów pozostała w swej najstarszej ojczyźnie tj. Południowej Skandynawii. Goci Krymscy trwali nad Morzem Czarnym do XIIIw., Wizygoci zdobyli Rzym, po złupieniu Italii przenieśli się do południowej Galii i do części Iberii; utworzyli tam swe królestwo ze stolicą w Tuluzie. Frankowie w VI wieku wyparli ich na Półwysep Iberyjski i tam do czasu inwazji arabskiej (pocz. VIII.) trwało ich państwo. Ostrogoci utworzyli swe królestwo naddunajskie (Węgry-Rumunia), a następnie w ostatniej dekadzie Vw. zdobyli Italię i założyli swe królestwo ze stolicą w Rawennie do połowy VIw. Ostrogoci szli szlakiem Wizygotów i niejednokrotnie wspomagali siebie, by utrzymać swe królestwa, tylko za czasów najazdów Hunów walczyli przeciwko sobie, wtedy to Ostrogoci byli po stronie huńskiej, zaś Wizygoci po stronie rzymskiej. Goci Nadwiślańscy zwani czasem Gotami Gniazdowymi (Hreidgotar) trwali u ujścia Wisły i w VIw. część powróciła do Skandynawii, a pozostali razem z ludnością estyjską stworzyli związek plemienny zwany Widiwariami. 

Rys. 3  Sytuacja ludnościowa w II/IIIw. n.e.

ERA PRUSÓW

Odejście sporej części ludów gockich na południowy wschód, podbój Europy przez Hunów, upadek imperium rzymskiego wytworzył osłabienie władztwa i rozrzedzenie ludności gockiej w rejonie Powiśla. Spowodowało to reakcję ze strony Estów, ok. pocz. VIw. nastąpiło z ich strony opanowanie ziem po-gockich, ale było to powolne przenikanie tej ludności na te obszary, połączone z okresami wspólnego zamieszkiwania i bytności. W VI-VII w. Estowie dotarli na obszar wokół jeziora Drużno i na wschodni skraj Żuław. Znaleziska z cmentarzysk w tym okresie wskazują na bardzo dobre kontakty ze Skandynawią. Najciekawszym dla nas jest wyłonienie się archeologicznej tzw. grupy elbląskiej. Odkrywane cmentarzyska w tym okresie tj. VIw -VIIIw. ukazują charakterystyczne cechy dla dwóch ugrupowań etnicznych tj Estów i Skandynawów. Estowie, a dokładnie przybysze z rejonu późniejszej Sambii i Natangii chowali swych zmarłych jak w swej ojczyźnie tj. czyli ciałopalny grób ludzki ze szkieletowym pochówkiem konia. Poza standardowym wyposażeniem grobu tj. charakterystycznej ceramiki: dwustożkowate naczynia gliniane, zapinek, okuć pasów, rogi do picia była broń: żelazne miecze jednosieczne, groty oszczepów i ostrogi. Szkieletowe pochówki koni zawierają bogate rzędy, żelazne lub brązowe wędzidła, siodła. W wyposażeniu grobowym występuje duża liczba przedmiotów o pochodzeniu skandynawskim lub zachodnioeuropejskim. 

Ryc. 5  Zabytki  pruskie    

Takie przedmioty przeważnie ozdoby, zapinki i broń pochodziły z Zelandii (Dania), Jutlandii, Gotlandii, z wyspy Bornholm i z południowych części półwyspu Skandynawskiego i z rejonów dzisiejszych Niemiec z prowincji Anhalt. Całość grobu określa status pochowanego rycerza -jeźdźca. Pochówki ciałopalne z okresu VIII/IXw. posiadają już typowe ozdoby jak branzolety i broń wikińską tj. typowe miecze i topory bojowe odkryte w rejonie Elbląga i Tolkmicka i wraki łodzi z Fromborka i Bągartu. Ciekawa jest wyraźna różnica w formach pochówków, jak też ich wyposażeniu w stosunku do wikińskiego cmentarzyska z Kaup-Wiskiauten na Sambii. Przeważają tam pochówki szkieletowe w kurhanach, podczas gdy w Elblągu są groby ciałopalne i bez kurhanów. 

HANDEL

W dawnej literaturze niemieckiej na zjawiska historyczne występujące na terenie Prus w okresie wczesnośredniowiecznym nadano nazwę epoki: nordycko-arabska (Die Arabisch-Nordische Epoche). Określenie nordycki oznaczało niezwykłą w tym czasie aktywność ludności skandynawskiej, jej wpływ kulturowy i demograficzny na strukturę Prus. Ale o co chodzi z tym określeniem „arabska”? Generalnie chodzi o wymianę handlową i niezwykły napływ monety arabskiej tj. dirhemów na ziemie pruskie w okresie VIII – IXw. Panuje przekonanie, że Prusowie nie posługiwali się monetą w celach handlowych. Jest to mit. Rejon handlowy bałtycki, czyli też pruski był areną walki dwóch systemów płatniczych tj. monety arabskiej i zachodnioeuropejskiej. Srebrna moneta arabska dirhem (dirham) [arab.] w myśl reformy Abd-al Maleka miał ważyć około 2,97 g co stanowiło 2/3 wagi solida bizantyjskiego (też denara rzymskiego i dawnej drachmy greckiej). Od drachmy też wzięły się nazwy denar, dinar i …dirhem. Waga dirhema jednak była rożna i wahała się pomiędzy 3,5-4,5 g, a niektóre ważyły 7-8g. 

Rozprzestrzenianie się monet arabskich w głąb terenów pruskich trwało do połowy IXw. Upadek państwa Samanidów u schyłku IX wieku, utrata przez Arabów szlaków handlowych w wyniku wojen z Turkami, Pieczyngami i Połowcami przyczynił się do upadku handlu od strony wschodniej. Ustanie dopływu monety arabskiej zbiegło się z pojawieniem monety zachodnioeuropejskiej. Srebrny denar po reformie Karola Wielkiego powinien ważyć ok. 1.7 g. W krajach germańskich nazwa denar została wyparta przez fenig (ang. penny, niem. pfennig, skand. penning). Na ziemiach pruskich znajdowano też podobne monety duńskie, fryzyjskie i angielskie. Nie zastąpiły one jednak pieniądza arabskiego, ze względu na niską jakość wykonania. Zapewne Prusowie nie chcieli przyjmować tych monet.

Ze względu na różną jakość monet (ilości srebra w srebrze), różną wagę monet i niedostatek monet nie pozostawało nic innego jak ważyć ilość srebra czyli porównywać z wagą znormalizowanych odważnikami ośmiobocznymi i kulistymi z płaszczyznami. Zmiana systemu rozliczeń finansowych czyli z liczenia monet na ważenie srebra spowodowało, że monety będące w obiegu kawałkowano (tzw. siekańce). Stopień pokawałkowania monet zachodnich jest dużo niższy aniżeli arabskich dirhemów, większości są to monety całe, zwykle przerabiane na ozdoby. Rolę pieniądza pełniły także odważniki różnych kształtów i wagi szalkowe. (ryc. 6)

Ryc. 6  Artefakty z Truso i Kaupu

KAUP

Kaup-Wiskiauten znajduje się na granicy Sambii i Mierzei Kurońskiej. Kaup było mniejszą osadą niż Truso. W okresie istnienia tej osady tutaj przebiegała linia brzegowa Zalewu Kurońskiej. W Truso mieszkali Duńczycy, a w Kaup – przybysze z Gotlandii. Mieszkańców Truso kontrolowało szlak handlowy prowadzący Wisłą na południe, zaś Kaup – rzeka Niemen i szlak na wschód, w kierunku Rusi Kijowskiej, nad Dniepr i dalej do Kijowa. Odkryte cmentarzysko zawierają groby plaskie i kurhanowe (kopce). W wyposażeniach grobowców są typowe skandynawskie produkty. Męskie groby najczęściej zawierają miecze, groty włóczni, tarcze i sprzęt jeździecki, akcesoria ubioru z charakterystyczną zapinką podkowiastą. Groby kobiet wyposażone są w elementy biżuterii: koraliki szklane i wisiorki srebrne, bransolety i pierścienie, a także owalne broszki i spinki, przedmioty gospodarstwa domowego: noże, nożyczki, klucze itd. Najstarsze pochówki z Wiskiauten sięgają połowy IXw., a najmłodsze to nie później niż w pierwszej połowie XI wieku, jednak wykopaliska wskazują, że osada prosperowała od pocz. VIII do XIIw. 

MAPY SZLAKÓW HANDLOWYCH

  
Rys. 4  Miejsca targowe i powiązania handlowe w rejonie Bałtyku, oraz trasa ekspedycji Wulfstana. Rys. 5  Miejsca i szlaki handlowe w Prusach.

TRUSO

Lokalizacja: Janów Pomorski k/Elbląga nad jeziorem Druzno. W okresie średniowiecznym jezioro Druzno miało połączenie z deltą Wisły i Bałtykiem przez Zalew Wiślany. Osada posiadała kilka rzędów drewnianych domów, składów przy nabrzeżach portowych oraz targowiska. Nawierzchnia ulic wykładana była drewnianymi balami. Osada od strony lądowej była chroniona drewniano-ziemnym wałem. Znaleziono odważniki, a także liczne monety duńskie, angielskie, fryzyjskie oraz srebrne arabskie dirhemy. Zachowały się ślady różnych rzemiosł i wytwórstwa z dziedziny hutnictwa, kowalstwa, szklarstwa, złotnictwa, bursztyniarstwa, rogownictwa. Dawni mieszkańcy Truso sprowadzali obok gotowych wyrobów także odłamki szklane, które na miejscu przetapiano na paciorki. Znaleziono ciężarki do odważania szlachetnych kruszców – złota i srebra. Były liczne wyroby z bursztynu. Do Truso docierały zarówno statki z Bałtyku, jak również tratwy i łodzie z Wisły i jej dopływów. Szczątki łodzi odkopane na dawnym wrakowisku na brzegu jeziora wskazują, że nadawały się one do żeglugi na Bałtyku. Truso zostało założone w VIII wieku przez Wikingów z Danii – na co wskazuje charakterystyczne budownictwo oraz występowanie licznych zabytków skandynawskich.. Plan całego założenia nawiązuje do głównych w owym czasie miast portowych Półwyspu Jutlandzkiego tj. Hedeby (Haithabu) i Ribe. Był to jeden z największych ówczesnych portów bałtyckich obok Haithabu, Birki w Szwecji, Ralswiku na Rugii, Starej Ładogi nad jeziorem Ładoga. Ustalono, że w szczytowym okresie rozwoju, Truso zajmowało obszar ok. 20 hektarów.

TRUSO – staronordyckie TRUS-Ö (trus-pokój, zaufanie,wiara i ö –wyspa lub osada) czyli „wyspa pokoju” albo „osada pokoju, miejsce pokoju”.

Niektórzy nieprawidłowo  utożsamiają nazwę Truso z litewskim „druska” – sól,  bo w staropruskim „sāls”  (“sali”) to sól. 

JERZWAŁD

Klub Odkrywcy”, grupa historyków-amatorów skupionych w Towarzystwie Miłośników Ziemi Suskiej, prowadząc samodzielnie badania historyczne, odkryli w podjerzwałdzkich lasach ślady osadnictwa z wczesnego średniowiecza. Na obszarze kilkunastu hektarów odkryli dziesiątki zabytków archeologicznych, a wśród nich między innymi arabskie dirhemy, przedmioty ozdobne, elementy uzbrojenia, odważniki kruszcowe, trzewiki, czyli dolne okucia pochwy miecza, które trafiły pod Jerzwałd najprawdopodobniej w drodze wymiany handlowej. Odkrycie grupy poszukiwaczy z Susza wskazuje na to, że pod Jerzwałdem mogła funkcjonować we wczesnym średniowieczu osada kupiecka. I to sporych rozmiarów, bo już w pierwszych komentarzach archeologów pojawiły się porównania do Truso. O randze odkrycia może świadczyć chociażby fakt, że dr Marek Jagodziński, który przez wiele lat prowadził badania nad jeziorem Druzno, prędko pojawił się nad Jeziorakiem. i stwierdził: to najbardziej sensacyjne odkrycie w ciągu ostatnich 10 lat na terenie Polski

  
 Trzewiki czyli okucia dolne pochwy mieczy.  Siekańce (pocięte  dirhemy) z Jerzwałdu. 

   Położenie tej osady rzemieślniczo-kupieckiej świadczy o wymianie handlowej w głębi terytorium Prus. Inwentarze cmentarzy ukazują dużą zasobność w dobra materialne ludności pruskiej. W jaki sposób ludność pruska bogaciła się …….odpowiedzią na to będą przeprowadzone badania archeologiczne i ich wyniki w takich osadach jak ta w Jerzwałdzie. 

    Wyposażenie grobów z Kaup wykazuje pokrewieństwo z przedmiotami znajdowanymi w Szwecji kontynentalnej, natomiast ozdoby elbląskie mają przeważnie analogie w zabytkach z cmentarzyska w Grobinie i na Gotlandii. Wyznaczona powyżej strefa stanowi zachodni skraj występowania cmentarzysk estyjskich z wyraźną domieszką elementu skandynawskiego. Osadnictwo estyjskie, skandynawskie (zwłaszcza w rejonach Elbląga, Truso i Kaup-Wiskiauten) oraz dawne o pochodzeniu gocko-bałtyjskim stanowi bazę pod wytworzenie się nowego narodu jakim zostali Prusowie.

Rys. 6 Sytuacja ludnościowa w VIw. n.e.

   Zasięg osadnictwa estyjskiego to mniej więcej terytorium późniejszych ziem pruskich wraz Ziemią Chełmińską i nawet terenów znajdujących się na lewym brzegu Wisły czyli Kociewia (Gociewie od Gotów) i północno-wschodniej części Kaszub. Tu trzeba zwrócić uwagę: w tym czasie jeszcze nie było na tych terenach osadnictwa słowiańskiego. Opanowanie przez Estów ziem zachodnich jest związane z powstaniem Prus, które w zasadzie będzie trwać do XIIIw. Z powstaniem Prus jest związany mit pierwszego króla Prusów Widewuta i jego brata pierwszego kapłana pruskiego Bruteno. Mit ten został spisany, powielany i „obrobiony” do współczesnych potrzeb politycznych przez historyków pruskich w XVI i XVIIw. Niektóre mity przekazują ważne informacje i tak w tym wypadku dowiadujemy się, że kraj Estów – Prusy właściwe w momencie największej ekspansji posiadają króla-wodza, co jest zrozumiałe dla właściwego przebiegu osadnictwa ludności i w praktyce wiąże się z mniejszym lub większym udziałem działań militarnych. Widewuto wg „De Borussiae antiquitatibus” Erazma Stelli jest z pochodzenia Alanem, ale imię ma od ludu Vidivarii – Widivariów, bo do nich na początku przybył , zaś Widewuto wg. „Preussische Chronik” Szymona Grunau’a to król Cymbrów z Gotlandii, który przybył do Gotów Nadwiślańskich z wielką rzeszą wojowników.   Tu pojawia się ciekawy problem Cymbrów i co mają wspólnego z Gotlandią. Rozwiązanie wydaje się proste: Cymbrowie to lud zamieszkujący północną część Jutlandii. „Cimbric penisula” zwany przez starożytnych, przetrwał w nazwie rejonu Himmerland (Himbersysel). W skład ziem Jutów wchodził Himmerland, Jutowie zaś dla przypomnienia byli zwani Gautami zresztą tak samo jak ich pobratymcy po drugiej stronie cieśnin obecnie duńskich. Gotlandia wg ówczesnych to Jutlandia i zarazem Cymbria. (nie mylić z obecną Gotlandią-wyspą)Do ludów pokrewnych i będących w tej samej „lidze religijnej” Gotów i Jutów zalicza się Herulów, których rodowód jest dość niejasny.  Prawdopodobnie Herulowie to lud wyodrębniony spośród wielu ludów gockich w rejonie Krymu ok. poł. IIIw. n.e. Herulowie to wojownicy i tradycyjni poganie. W bitwie ok. 509r. Longobardowie pokonali Herulów i część z nich poprzez dzisiejsze Czechy i Danię dotarło na Półwysep Skandynawski. Ta migracja Herulów stała się przyczynkiem konfliktu z królami jutlandzkimi – cymbryjskimi.   

 Ryc. 6  Herb Prusów      

Prawdopodobnie Widewuto wraz ze swymi ludźmi pokonany przez Herulów musiał znaleźć swą nową ojczyznę i znalazł ją na ziemiach Widivariów. Połączenie kraju Estów z krajem  Widiwariów – kraj Wid stanowi genezę powstania Prus. Ciekawe, że tradycja pruska ukazuje centrum zarządzania krajem i religią z rejonów ziem widiwarskich, natomiast od tego czasu kultura estyjska typowo bałtyjska zaczęła przesuwać się w kierunku południowo-zachodnim i dominować na terenie późniejszych Prus właściwych. Prawdopodobnie „grupa Widewuta” stała się grupą przywódczą, która przyjęła zwyczaje estyjskie dodając wiele ze swych tradycji wojskowych i religijnych. W przyszłości podobnie zaistniał taki konglomerat Waregów czyli „grupa Ruryka” z częścią wschodnich plemion słowiańskich – tak przecież powstała Ruś i Rusini.   

Nazwa Prusy ma w tym micie wytłumaczenie tj. imię głównego kapłana brata królewskiego Bruteno-Pruteno stanowi genezę nazwy ludu. Lud Prusów jest więc ludem kapłańskim, połączonym z bogami, uświęconym, oświeconym i mądrym.

O NAZWACH I IMIONACH :

WIDEWUTO i BRUTENO

Podstawowa etymologia nazw osobowych czyli imion w większości przypadków czyli najbardziej prawdopodobna winna pochodzić z miejsca pochodzenia. Jeżeli przyjmiemy to rozumowanie, to Widewito i Bruteno powinni mieć imiona germańskie, a dokładniej gockie

Wide-wuto –   wīd-s [goc.] (daleko) wi-t-an [goc.] = widzieć, dosł. dalekowidzący, przewidujący, mądry

Bruteno – bru-tōn, brō-þar, bru-der [goc.] = brat

VIDIVARI – WITLAND

Zapisy historyczne:

Vidivari – Jordanes VIw. – vari (lud, plemię) natomiast vidi mogło oznaczać wit-an [goc.] = mądry lub wid-us [goc.] = las.

Wit-land –Wulfstan IXw. – ten sam rdzeń vid- i wit- i oznacza kraj [germ.] land ludu Wit.

Jedna i druga nazwa określa kraj ludu mądrego, być może oświeconego w sensie religijnym lub ludzi kraju lasów (Polesie).

ESTOWIE

Zapisy historyczne:

Aesti – Tacyt – Publius Cornelius Tacitus- Germania 45 – 98r. jednak opisuje czasy wcześniejsze z ok. 55r. n.e

Aesti – Jordanes Getica 120 – ok. 550r, opisuje czasy króla Ostrogotów Hermanaryka ok. 350r.

Hestiowie – z listu króla Ostrogotów Teoderyka ok. 500r. n.e.

Aisti – kronikarz Einhard “Vita Karoli Magni, rozdz. 12”  – 817-830r.

Esti – Wulfstan – podróżnik anglosaski – ok. 890r

O nazwie Aesti jako własnej nazwy ludu:

Niestety nie znamy języka Estów, który z pewnością był bałtyjskim, bliskim jego językiem z tego okresu mógł być sanskryt.

अस्त ásta [sanskryt, skt] = dom

Jeżeli przyjmiemy powyższe założenie, to określenie dom, ojczyzna, swoi, rodacy doskonale pasuje do określenia kraju i ludu.

O nazwie Aesti nadanej przez obcych:

Określenie zewnętrzne jest jednak bardziej prawdopodobne, bo nazwa została zapisana najwcześniej przez Rzymian, czyli powinna pochodzić z łaciny:

Aestuarium [łac]- laguna, port, zatoka

Aestus [łac] = fale, strumień, powódź, ruchoma woda, stąd ostium, Ostia – ujście wód

Aesti [łac]- oznacza ludzi pochodzących z miejsca portowego lub z kraju płynących wód

Prawdopodobnie wtórnym określeniem ludu Estów jest określenie gockie, które z racji podobieństwa wyrazu określanego bądź to przez pisma pisane po łacinie lub podawane przez mieszkańców, a dodatkowo dostrzeganie pewnych pozytywnych cech Prusów przez sąsiadów daje określenie.

Aistan [goc] = godny, honorowy, szacowny, szlachetny, podobnie do aestimo[łac.] = estyma, szacunek, poważanie czyli Estowie to „lud szlachetny”

Este[fin.] – bariera, zapora. Nazwa Este znaczyłaby Granica, Pogranicze – znakomicie by to tłumaczyłoby etniczną granicę wpływów fińskich w rejonie Półwyspu Sambijskiego.

PRUSY i PRUSOWIE

Zapisy historyczne:

Bruzi – Geograf Bawarski ok. 845r.

Burus – Ibrahim ibn Jakub, poseł kalifa z Kordoby na dwór cesarza Ottona I – 965/966r.

Z Mesko sąsiadują na wschodzie Ruś, a na północy Burus [Prusowie]. Siedziby Burus [leżą] nad Oceanem [Bałtykiem]. Oni mają odrębny język [i] nie znają języków swych sąsiadów. Są sławni ze swego męstwa. Gdy najdzie ich jakie wojsko, żaden z nich nie ociąga się, ażeby się przyłączyć do niego jego towarzyszy, lecz występuje, nie oglądając się na nikogo i rąbie mieczem, aż zginie.

Bruzze – dokument „Dagome iudex” z 991/992r.

Pruzzi – Żywot pierwszy św. Wojciecha z 999r.

Sembii vel Pruzzi – Adam z Bremy ok. 1072r.

Etymologia:

Pruteni – prōtas [lit.] práts [łot.] – mądry (J. Bender) – podobnie jak w nazwie Wit-land, można nawet pokusić się w tym wypadku, ze Prusy to tłumaczenie na pruski nazwy Witland. wit-, wid- [goc] – mądry

Truso-Brusi – podobieństwo nazw (V.I. Kulakov)

Puru-sa-h – mężczyzna, człowiek, ludzie (J. Otrębski)

पूरु púru [skt] = człowiek, naród, पुरुष púruṣa [skt] = ludzie, ludzkość

– wyjaśnienie od mitycznego Bruteno – Pruteno stąd Bruzzi – Pruzzi.

Najbardziej prawdopodobnym jest, że nazwa Prusy jest nazwą własną, a czas jej powstania to najpóźniej IXw. Miejscem powstania nazwy prawdopodobnie to zachodnia część Prus. Pruskie słowo brote [E 173] potwierdza to wytłumaczenie, co by oznaczało, że Prusowie to „Bracia”. Mit „braci” – ziem, terytoriów pruskich też można tłumaczyć, że Prusy to inaczej „Bratnie Ziemie”.

    Mit ukazuje centrum dowodzenia w osobie Króla-Wodza i centrum religijne w osobie Kapłana Prus-Bruteno. Ta podwójna zcentralizowana władza świecka i religijna stanowi genezę i jedność wszystkich Prusów, zamieszkałych we wszystkich pruskich ziemiach.

   Mit ten określa powstanie i zależności ziem pruskich – wszystkie ziemie po śmierci Widewuta obejmują w posiadanie i dają im nazwę dzieci królewskie. Braterskość, równość ziem pruskich są reprezentowane przez braci: Samo – Sambia, Sudo – Sudowia, Natango – Natangia, Nadro – Nadrowia, Schaulano – Skalowia, Barto – Barcja, Galindo – Galindowie, Warmo – Warmia, Hoggo – Hockerlandia czyli Powiśle i tzw. Prusy Górne- Pogezania, Pomeso – Pomezania Culmo – Ziemia Chełmińska i Litwo – tzw. Mała Litwa. Po samobójczej i jednocześnie deifikującej śmierci Widewuta i Brutena, ziemie estyjskie-pruskie tworzą luźną konfederację, są przez swą tradycję, prawa równymi i niezależnymi.

 Rys. 7  Sytuacja ludnościowa w okresie średniowiecznym.   

Kraj Wid (Wit) to oczywiście Witland, który jest opisywany przez podróżnika i kupca anglosaskiego Wulfstana ok. 890 roku. Wulfstan odbył podroż z Hedeby (Jutlandia) do Truso.Truso zaś to port i faktoria skandynawska podległa Estom czyli Prusom, leżąca niedaleko Elbląga. Wulfstan opisuje Morze Ostów czyli Bałtyckie i stwierdza fakt istnienia ludów Ostów . Port Truso zlokalizowany w Janowie Pomorskim k. Elbląga nad J. Drużno (patrz rys. 4 w tabeli MAPY SZLAKÓW HANDLOWYCH).

KLIMAT

Warto zwrócić uwagę na opis kraju Estów; że jest: „bardzo duży i jest tam dużo miast (burh), a w każdym mieście jest król (cyningc)”, dokładniej należałoby opisać że jest „bardzo duży i jest tam dużo grodów i ziem-terytoriów, a w każdym grodzie jest „niezależny władca”. Do zrozumienia tego opisu należy przywołać czasy historyczne królestw na wyspach brytyjskich w IXw., gdzie ilość królestw i królów jest znaczna. Królowie pod względem statusu społecznego byli sobie równi, natomiast wielkość królestw była niezwykle różna, zaś w Szkocji każdy klan wywodzi się od jakiegoś króla. Określenie „cynings” oznacza władcę, wodza, naczelnika rodu posiadającego gród. Tu pojawia się pewien problem struktury terytorialnej Prus, który jest zależny od wielkości zaludnienia w rożnym okresie ich dziejów.   Dla Prus określenia plemiona czy ziemie plemienne są niewłaściwe, bo te pojęcia określają jedność genetyczną, a takiej w Prusach nigdy nie było.

Wg Słownika Języka Polskiego PWN Plemię to „grupa rodów wywodząca się od wspólnego przodka, zamieszkująca wspólne terytorium i związana wspólnotą organizacji społecznych”. Prusy od VIw. już stanowiły konfederację różnych grup ludnościowych tj. Estów, potomków Gotów, Gepidów i nowo przybyłych Skandynawów (określenie nieprecyzyjne, ale chodzi o mieszkańców półwyspów Skandynawskiego i Jutlandzkiego) , które wraz z czasem mieszały się i ujednorodniały się kulturowo. Podział Prus to rozdział terytorialny i tak Prusy właściwe dzieliły się na tzw. „duże ziemie – terra” np. Sambia, Pogezania, Warmia, w skład których wchodziły „małe ziemie“ – territoria, terulle, włości np. Lanzania, Pasłęk, Rezja, Geria. „Małe ziemie” tworzyły najmniejsze jednostki terytorialne czyli pulki (prus. polka).  Pulka w klasycznej formie to „dom i pole” ,„wieś i pole (pola)” czyli kaym (prus. caymis) i lauks (pol. ławki)    

Pulki miały różny układ i wielkość terytorialną, a zależało to od kilku czynników tj.– od czasu założenia pulki przez zasadźcę, gdzie początkowo był to tylko dom (prus. buttan) i tylko tyle ziemi ile mógł wykarczować osadnik i jego rodzina Późniejszy jej rozrost przez ród zasadźcy powodowało, że domostwo wraz z zabudowaniami utworzyło warowny dwór – wieża, zwany później też kaymem, a pole mogło być stosunkowo duże tj. kilkanaście łanów, Rodowcy mogli też wybudować swe dwory przy dużym lauksie. Przybycie i osadzenie w pulce osób spoza rodu wymuszało, że oprócz dworu budowano domy położone przy lauksie i domy te mogły posiadać swe małe przydziały gruntu.– od rodzaju eksploatacji i własności pulki, czy należy do rodu (nobiles) czyli tak jak wyżej dwór i wielki lauks, gdzie byli osadzani niewolni chłopi lub rodziny ich zbrojnej czeladzi – drużyny, czy do związku rodzin mniej zamożnych lecz wolnych Prusów, które sukcesywnie osiedlając się i karczując las stawiały domy przy swych stosunkowo małych polach tj. ok. 2 łanów. Możliwe, że krzyżacy takie wsie, gdzie domy były porozrzucane pomiędzy małymi polami lub gdy zabudowania są wokół jednego wspólnie użytkowanego pola nazwali też campi – feld/veld, a późniejsi historycy interpretowali je jako lauksy.– od ilości mieszkańców i dodatkowych funkcji tj. obronnych, sakralnych.

Wielkość pulki w większości przypadków była proporcjonalna od ilości mieszkańców, im więcej mieszkańców tym rola pólki zwiększała się, w takiej pólce mogło być miejsce sakralne, w którym mógł zamieszkiwać kapłan, lokalizowano w takiej osadzie gród lub grody obronne.Pośrednią strukturą terytorialną był moter (motir) czyli związek 5-10 wsi, zakładany w celach obronnych, gdzie zasieki, wały, a czasem dodatkowy gród strzegł je przed zakusami wrogów. Grody pruskie pełniły wielorakie funkcje: dawały schronienie mieszkańcom okolicznych pulek przed wrogiem, stawały się punktem obrony przed najeźdźcą, były miejscem zamieszkania wodza i jego rodziny, Większe grody pełniły funkcje administracyjne wyższych jednostek terytorialnych, zwłaszcza podczas wojen, ale też podczas pokoju podczas ważnych wieców i sądów. Małe grody pełniły też role strażnicze i obserwacyjne. Grody ze względu na swe położenie, zazwyczaj na skraju osady i przy świętym miejscu miały funkcje religijną, w którym zamieszkiwał kapłan lub wódz-kapłan. Prawdopodobnie wódz grodowy lub najstarszy z rodu mieszkającego w grodzie pełnił funkcje religijne. 

  Zdjęcie 1  Gród pruski – ze strony o grodziskach pruskich  Pana Roberta Klimka  http://grodziska.eu
   

To jednoczenie funkcji religijnej i przywódczej wydaje się bardziej powszechne w Jaćwieży niż w Prusach (np. Skomand), ale kult przodków tak ważny w Prusach wymuszał jednak posługi religijne w rodach pruskich. Ten kult przodków wydaje się niezwykle wyraźny w charakterystycznych dla Prusów tzw. ‘antropomorficznych rzeźbach kamiennych” przezwanych dawniej nieprecyzyjnie „babami pruskimi”. Te pomniki wybitnych przodków przedstawione w sposób prosty, wręcz symboliczny, to zbrojni wojownicy posiadający zazwyczaj miecz i róg, czasem tarczę i spiczasty charakterystyczny dla Prusów hełm. Miecz symbol władzy i siły, zaś róg symbol bogactwa i zamożności. Okres powstawania tych pomników to okres VIII-XIIw, a świadczy o tym choćby głownia mieczy typu wikińskiego charakterystyczna dla tego okresu i wydobyty pomnik w Poganowie ze stanowiska archeologicznego z X-XIw. Pomniki te miały funkcję utrzymania pamięci w rodzie o swym wybitnym przodku, pomnik miał strzec i oznajmiać przybyszom, wrogom jaki ród zamieszkuje na danym terenie. Miało to znaczenie informacyjne, bo w razie najazdu i w jakiejkolwiek zbrodni napastnik mógł spodziewać się odpowiedniej i sprawiedliwej wróżdy, zemsty rodowej. Czczenie tych pomników, miał sens scalania rodu i sens religijny tj. prośby o opiekę z jednoczesnym spojrzeniem na śmierć i przyłączeniem się do swego przodka w przyszłym życiu. Ze względu na zadania „kamiennego przodka” pomnik zapewne był umieszczany na drodze do pólki lub przy miejscu świętym.  

   

  Zdjęcie. 2  Rzeźby kamienne – pomniki przodków          

Zróżnicowanie społeczeństwa pruskiego: w okresie nas interesującym jest niemałe i tak wg Wulfstana występują aż cztery warstwy społeczne:1. grupa ludzi określanych jako “cynings” czyli jak już wyżej określeni jako władcy w grodzie, naczelnicy2. warstwa “możnych”  inaczej nobilowie, czyli niżsi rangą przedstawiciele klasy rządzącej na poziomie pulki3. pospólstwo – wolni ludzie, posiadający ziemię, mający prawo udziału w wiecu4. ludzie niewolni – pozbawieni praw społecznych.    Rozwarstwienie społeczeństwa było oczywiście związane z posiadaniem dóbr tj. ilości ziemi, nieruchomości (domy, młyny, kuźnie itd.), ruchomości, stanu finansowego rodziny.

Społeczeństwo pruskie rozwarstwione ekonomicznie, politycznie było jednak powiązane rodzinnie w rodach. Bytność w rodzie określało zadania społeczne np. wojenno-obronne w okresie wojen, życie religijne (kult przodków), uwarunkowania prawne i związane z tym bezpieczeństwo osoby. Prusowie najdłużej z wszystkich ludów nie mieli królów, organizacja społeczna, prawo i sądy były związane z tradycją sięgającą daleko wstecz i były bardzo podobne jak np u plemion germańskich. Tacyt wspominał już o Estach i ich zwyczajach, które były podobne jak u Swebów (związek plemion germańskich). Prusowie nigdy nie byli wyspą, powiązania handlowe z ludami sąsiednimi oczywiście miały wpływ na strukturę społeczną, religię i prawa. Wykopaliska archeologiczne świadczą, że zawsze istniała różnica majątkowa osób pochowanych, zaś wyposażenie świadczy o zróżnicowaniu społecznym. Do XII w. wspólnota terytorialna w pulce to w zasadzie wspólnota rodowa, kierująca się zasadami i prawem rodowym.   

W tym okresie “demokracja pruska” czyli równość głosu na wiecu wynikała raczej z pokrewieństwa i powinowactwa, później gdy zapominano o więzach krwi o tej równości decydowało prawo. Prawo w Prusach było niezwykle rygorystyczne, o czym się przekonamy jak będzie opisywana „sprawa św. Wojciecha”. Okres ten charakteryzuje się bardzo ciekawym zwyczajem, wymyślonym tylko przez Prusów.  

Opis pogrzebu Prusa przez Wulfstana jest niezwykle sugestywny, gdzie zwyczaje pogrzebowe są barwne i „rozrywkowe”. Wiele kultur wykształciło instytucję stypy z wielką ilością napitku i jedzenia. Osobę odpowiedzialną za tę imprezę nawet schładzano, by za bardzo nie zmienił swego wyglądu – musiał bowiem „wytrwać” do końca uroczystości, które mogły trwać i miesiące.

CHŁODNICTWO

Żaden lud nie stworzył wcześniej podwalin techniki chłodniczej, i także nikt nie wymyślił wyścigów konnych po dobra ruchome po zmarłym. Celem tego zabiegu było wyrównanie społeczno – ekonomiczne wśród osób pochodzących z rodu tj. krewnych i przyjaciół. Miało to prawdopodobnie miejsce w przypadku osób zmarłych, ale nie mających potomków męskich. Echem tego zwyczaju jest wyłączne prawo dziedziczenia po stronie męskiej rodu w „prawie pruskim” (Iura Prutenorum) potwierdzonym już przez Krzyżaków.  W XIIw. społeczeństwo pruskie zmieniło swe zwyczaje, gdzie wyraźnie widać skromne pochówki. W tym okresie pewnie zaprzestano dotychczasowych praktyk pogrzebowych, zaś społeczeństwo zaczęło się dzielić na warstwę możnowładczą (cyningowie, rikijsowie i ich rodziny), warstwę pospólstwa wolnego, pospólstwa „zależnego” i niewolników. Pospólstwo zależne i niewolni to ludzie mieszkający na gruntach należących do grupy możnowładczej. Całkiem możliwe, że w Prusach wykształciłoby się społeczeństwo oparte na wzór litewski tj. arystokratyczny, ale wydaje się, że Prusowie byli zorganizowani podobnie jak górale szkoccy, gdzie zwykły, biedny góral Adam McDonald jest równy w sensie prawa rodowego do Godfreya Roberta Macdonald of Macdonald, 5. Barona Macdonald of Slate, ale nie jest równy w rodzie, bo ten drugi jest jego naczelnikiem i na wojnie musi go słuchać, a o bogactwie nie wspomnę.

Życie Prusa wcale nie było takie proste, ale było życiem unormowanym. Istniały trzy aspekty życia społecznego, które wzajemnie się przenikały, wypełniały i mieściły się w rzeczywistościach tj. RODZIE – RELIGII – WIECU.

RÓD

Ród to rodzina rozbudowana, wielopokoleniowa i rozgałęziona, której wyznacznikiem była ciągłość pokoleniowa po stronie męskiej od wspólnego przodka. Dodatkowo w skład rodu wchodzili tzw. przyjaciele, którzy byli bliscy rodzinie, z którą np. walczyli i przelewali krew, mieszkali razem w domu lub kaymie (wsi). Ci przyjaciele, zazwyczaj ludzie bez przynależności rodowej, przybysze lub nawet wyzwoleńcy znajdowali opiekę zwyczajową i prawną w społeczeństwie pruskim. Ród to właściwie krąg krewniaczy i najmniejsza jednostka wspólnotowa. Kilka rodów tworzy już jednostkę wyższą tzw. wspólnotę sąsiedzką, która zazwyczaj jest też powiązana na sposób pokrewieństwa czy powinowactwa i nie rzadko powiązana wspólnymi akcjami zbrojnymi.

    Rodowiec miał prawo uczestniczenia w pogrzebie i wyścigu po dobra po zmarłym współrodowcu, musiał uczestniczyć razem ze swym rodem i pod dowództwem rodowego przywódcy. Najważniejsze dla rodu to nazwa rodu, siedziba, przywódca i status polityczno – ekononomiczno – militarny. Nazwa rodu najpewniej pochodziła od uchwytnie historycznie przodka rodu. To „uchwycenie” było związane z przekazywaniem informacji o przodkach w opowieściach, pieśniach i modlitwach, ale także w nadawaniu imion kolejnym przedstawicielom w rodzie. Charakterystyczne imię to zazwyczaj imię najstarszego przodka. Powszechność imienia w rodzie powodowało, że zasadźcy wsi rodowych nazywali od imienia swego lub przodka; nazwy wsi, pola czy lasu. Nazwa wsi rodowej określała przynależność właścicieli, mieszkańców wsi do danego rodu co miało znaczenie ochronne w razie problemów z napastnikami z zewnątrz. Kamienne pomniki lub drewniane rzeźby przodków tak jak już wspomniano dodatkowo „strzegły” kaymy. Nazwa wsi, imię rodowe i możliwy kamienny pomnik miały wymiar religijny.

Przodek był obecny w tych nazwach, a kult przodków tak ważny w Prusach potęgował dumę z rodu, ale też powodował zadanie i przestrogę dla rodowca o niemożności zhańbienia rodu, utraty honoru przez niewłaściwe zachowanie wobec zwyczajów, obowiązków wobec prawa pokojowego i wojennego. Utrata honoru w dobie „kultu przodków” stawała się grzechem wobec rodu, ale też grzechem w sensie religijnym, wtedy też taki rodowiec odpowiadał przed naczelnikiem rodu – ojcem rodziny (panem i patronem). Naczelnik rodu nierzadko tożsamy z naczelnikiem kaymu był na czas wojny naczelnikiem wojskowym rodu. Możliwe, że duże rody o wielu rodowych wsiach posiadały jednego wspólnego naczelnika rodu i naczelnika wojskowego rodu, ale w każdej wsi rodowej był osobny naczelnik kaymu. Naczelnicy i wodzowie odpowiadali za ród, jego rozwój i żywotność, a rodowcy musieli być posłuszni jego postanowieniom i rozkazom. W sytuacjach skrajnych podejmowali bardzo trudne decyzje, nierzadko wbrew swoim poglądom i uczuciom w imię dobra rodu i rodowców. Naczelnik mógł skazać współrodowca na kary finansowe, wygnanie z rodu, a nawet na śmierć.

Ród rządził się prawami zwyczajowymi, przywoływał do porządku, ale też bronił swych podopiecznych rodowców czyli krewnych i przyjaciół. Mogło to mieć miejsce na wiecu sądowym, gdy rozpatrywano sprawy problematyczne z udziałem rodowca, wtedy narzędziem sądowym była instytucja przysięgi współrodowców. Sprawa honorowa to utrata czci przez obcych np. zabójstwo rodowca , napaść na rodową wieś, kradzież, porwanie kobiet, dzieci itd. Po pertraktacjach pomiędzy naczelnikami, starszyzną rodów mogło zaistnieć porozumienie i wtedy stronna winna musiała wykonać zadośćuczynienie: za śmierć musiała zostać wypłacony odpowiedni ekwiwalent finansowy tzw. główszczyzna lub śmierć winowajcy, za pozostałe przestępstwa analogicznie: oddanie dóbr lub ekwiwalent. W sytuacji niemożności znalezienia sprawcy osobowego np. podczas najazdu, ród poszkodowany mógł wystąpić w sposób militarny, by pomścić krzywdy i zniewagi. Akt odwetu czyli wróżdy rodowej, wendety (krwawej zemsty) był obowiązkiem rodu. W sytuacji dysproporcji militarno-ekonomicznej pomiędzy rodami ród słabszy mógł wystąpić na drogę sądową na wiecu określonego terytorium. Możliwe, że droga sądowa, tak samo jak stopniowanie wieców była zależna na jakim poziomie była ta sprawa poruszana. Instancyjność sądów prawdopodobnie też była możliwa. Rody możne i duże miały większy wpływ na przebieg wieców ze względu na ilość rodowców w wiecu, a także ze względu na posiadanie wśród starszyzny wiecowej swych przedstawicieli. 

Wielkość rodu była różna, a zależała od wielu czynników tj. czynnika biologicznego (rozrodczość, podatność na choroby), czynnika ekonomicznego (możliwość posiadania kilku żon), czynnika subiektywnego (odległość osady, wielkość rodziny i jej powodzenie mogło zadecydować, że naczelnik kaymu mogł zadecydować o wyodrębnieniu się nowego rodu). Ilość mężczyzn-rodowców mogła być różna, małe rody to w dzisiejszym pojęciu najbliższa rodzina czyli dziadkowie i ich bracia, ich synowie i wnukowie, dodatkowo przyjaciele rodu; razem to 4-20 mężczyzn. Ta ilość mężczyzn rodowców określa wielkość kaymu. W sytuacji większych rodów, gdzie  kaymów rodowych jest więcej to liczba rodowców odpowiednio wzrasta. W rodzie Winde, gdzie ilość kaymów wynosiła 10-20 to średnia ilość rodowców  to 200 mężczyzn. Całkowita ilość osób w rodzie Winde tj. wraz z kobietami to 600 osób (przyjęto średnio dwie żony na jednego mężczyznę). Przynależne do rodu były osoby niewolne lub zależne, ale w tych rachunkach zostały pominięte. 

W obyczajach pruskich było niezwykle uwydatnione przechodzenie praw i przywilejów po stronie męskiej rodu. Najważniejszy był naczelnik rodu, a po naczelniku był ojciec małej rodziny (ojciec, synowie i wnukowie) zwany „Ojcem i Panem domu”. Pan domostwa miał prawo nakazywać i wymagać posłuszeństwa od żon, synów i córek. W jego gestii było podejmowanie decyzji o wzięciu żony, ożenku synów i wydaniu córek za mąż. Pan domu dbał o dochowaniu zwyczajów religijnych, praw gościnności i decydował o podziale lub braku możliwości podziału majątku dla swych synów. Ojcowie rodzin – panowie domów tworzyli starszyznę rodową, z tej starszyzny wywodzili się wodzowie rodowi i być może też naczelnicy rodowi, jednak naczelnicy rodu to zazwyczaj najstarszy z najstarszej gałęzi rodu.

    Rola kobiety w rodzie była raczej bierna, żony rodziły dzieci, córki poprzez swe małżeństwa powodowały rozrost wpływów rodu w ramach wspólnoty sąsiedzkiej (międzyrodowej). Sytuacja zaś kobiety pruskiej w rodzie niejednokrotnie była lepsza, niż kobiety u innych narodów przy innych religiach. Żony nie były kupowane przez Prusów, kupowane natomiast było prawo do opieki nad kobietą. Prawo opieki ojcowskiej było przekazywane na prawo opieki mężowskiej za ekwiwalent finansowy. Wartość tego ekwiwalentu uzależniona była od pochodzenia (ważności rodu) i oczywiście cech samej kobiety. Posiadanie córek ładnych, zdrowych, miłych i mądrych było skarbem dla ojca. Posiadanie zaś synów to rozrost rodu, możliwość zdobyczy i powiększenie potencjału ekonomicznego rodu.

Los żon „prawowitych” był dobry, mogły np. siadać przy stole z mężczyznami, co było nie do pomyślenia w rodach z państw chrześcijańskich. Matki też miały wpływ na swych synów np.  Nameda będąca w rodzie Monte napominała swych synów do waleczności i obrony grodu Bezledy.  Pruskie kobiety były wolne toteż mąż posiadając prawo do opieki nad nią nie posiadał prawa do jej życia i śmierci tak jak to prawo posiadał w stosunku do swych dzieci. Los kobiet niewolnych, branek był znacznie gorszy i zależał od woli mężczyzny. Dzieci urodzone z kobiet niewolnych były traktowane jako rodowcy, co też nie było do pomyślenia wśród społeczeństw chrześcijańskich, ale te dzieci mogły wspierać swe matki. Los kobiet pruskich był znacznie lepszy niż kobiet polskich, czy niemieckich.

    Ród pruski miał też funkcje religijne. Kult przodków przejawiający się szacunkiem do przodków czyli nadawanie imion i nazw wsi rodowych po przodku. Bardzo ważnym czynnikiem wiążącym ród był pogrzeb i rytuał z tym związany. Prus musiał być spalony, wraz z szatami, bronią i przedmiotami codziennego użytku. Płomienie przemieniały ciało doczesne w ciało nowe. Przeniesienie życia (reinkarnacja) w sposób właściwy czyli prawidłowo odbyty pogrzeb to sprawa rodowa i pewność rodowca w przyszłe życie. Obrzędy religijne i z powiązane z nimi zwyczaje też odbywały się w środowisku rodowym.

RELIGIA

Piotr z Dusburga, napisał w swej kronice: „Prusowie zamiast Boga czcili wszelkie stworzenia, takie jak słońce, księżyc, gwiazdy, grzmoty pierzaste, a także czworonożne istoty włącznie z żabami. Mieli także święte lasy, pola i wody, także w nich nie ośmielali się drzew rąbać, ani uprawiać pola, ani łowić ryb”. Role świątyń pełniły właśnie miejsca święte czyli wyodrębnione miejsca, w którym przejawiały się szczególne moce bóstw, oraz gdzie mieszkały dusze zmarłych, a były to święte lasy, gaje, rzeki, strumienie, jeziora, źródła, pola, wzgórza i kamienie. Te miejsca uświęcone zwłaszcza święte lasy i gaje miały swych opiekunów – kapłanów zwanych „Sicco”.

   Kapłani to pośrednicy pomiędzy ludźmi, a bogami czyli ponad naturalnymi siłami i mocami. Do ich zadań ponadto dochodziły wymagane zwyczajem odprawianie modłów, ofiar różnego rodzaju, wróżenie, błogosławienie ludziom, dbałość o przestrzeganie w życiu wspólnotowym zwyczajów i postępowaniu wg praw religijnych oraz dbałość o chorych i odprawianie obrzędów pogrzebowych. Szczególnym zajęciem kapłana zwanego Kriwe z charakterystyczną zakrzywioną laską-kriwulą, było sądzenie w sprawach moralnych. Kriwe posiadał funkcje zwoływania wieców, a w czasie nich wróżenia i składania ofiar. Kriwe byli mędrcami, czarownikami, którzy wykorzystywali przekazaną wiedzę w celu ukazania ludziom rzeczywistości ponad naturalnej oraz wolę bogów. Krywule (kriwule – krzywanie – krzywaśnie) to znak pewnej nienaturalnej (zakrzywionej) przestrzeni jaką jawi się byt bogów i nienaturalne moce. Do kapłanów byli zaliczani ligasze czyli znachorzy i szamani i tulisze – wróżbiarze, jasnowidzący i może poprzez śpiew przekazujący historię rodów. Kapłanem był tzw. wurszajtis zazwyczaj najstarszy z rodu lub najstarszy z  kaymu, który był ofiarnikiem w czasie świąt lub w czasach niespokojnych. Pewnie tę rolę wykonywał naczelnik rodu, kaymu. Wajdeloci i wajdelotki czyli „wiedzący(e)” to wróże i wróżki widzący przyszłość poprzez znaki.

   Określenie Duisburga, że Prusowie czcili stworzenia, a nie Boga jest stwierdzeniem bardzo uproszczonym i oczywiście z punktu widzenia chrześcijańskiego. Politeizm czyli wielobóstwo jest oparte na wierze w wiele różnych sił, mocy często przeciwstawnych, ale utrzymujących w stabilności świat i życie człowieka. Wytłumaczenie swojego bytu wraz ze stworzeniem wszystkich otaczających człowieka rzeczy oraz celowości życia wymagało nazwania mocy imieniem boga, który wpłynął na stworzenie i który ciągle się nim opiekuje. Opisanie praw przyrody, praw życia i śmierci to ułożenie opowiadań przez przypowieści i bajki. To ułożenie mitologii w najłatwiejszy dla zrozumienia sposób stanowi podstawę religii politeistycznej, gdzie każdy bóg czy boginie rozciągają ciągłą opieką daną sferę życia, bytu. Walki bogów to zazwyczaj wytłumaczenie zjawisk dynamicznych w przyrodzie np. powstanie świata, burze, tęcza. Wiara Prusów w reinkarnację, czyli odrodzenie się po śmierci w inne stworzenie. W zależności jakie było życie tj. dobre czy złe, wędrówka duszy było skrócona bądź wydłużona do jedności z bóstwem.

   Kategorie bóstw, trójca czy triada bogów i możliwe emanacje bóstw to cechy, które świadczą, że religia Prusów była bardzo złożona, nie pozbawiona mistycyzmu i piękna. Święta stałe, kalendarzowe były związane z kultem bogini Kurko tj. początek wiosny i żniwa, obchodzono święto ognia (podobnie jak słowiańskie sobótki) i dni zaduszne.

PANTEON BÓSTW PRUSKICH

TRIADA BÓSTW

Perkune – Bóg piorunów, błyskawic i deszczu

Pikollo (Patolle, Pokollo) – Bóg piekła, ciemności, duchów i zjaw

Potrimpo (Natrimpo, Antrimpo) – Bóg wód płynących, morza i jezior

BOGOWIE

Kurko – najważniejsze bóstwo: bogini płodności i urodzaju

Ischwambrato – Bóg wszelakiego ptactwa, deifikowany Widewuto

Wurskaito – Bóg zwierząt czworonożnych, deifikowany Bruteno

Ausschweytus – Bóg chorych

Occopirnus – Bóg nieba i ziemi

Schwayxtix – Bóg światła

Pelwittos – Bóg urodzaju i obfitości

Perdoytos – Bóg rybaków i żeglarzy

Pergrubius – Bóg rosnących liści i traw

Puschkaytos – Bóg gnomów i krasnoludów

Kaukarus – Bóg gór

Ligo – Bóg wiosny i radości 

DUCHY i ZJAWY

Kauki – duchy, opiekunowie domu

Laumy – duchy losu i fortuny

Lauma – Zła wróżka

Wele – duchy, opiekunowie lasów i wód

Sytuacje nadzwyczajne np. klęski głodu, epidemii, powodzie, wojny powodowały, że odprawiano w miejscach świętych modły o przychylność bogów i składano ofiary przebłagalne lub dziękczynne (np. zwycięstwo podczas bitwy). Na ofiarę składano czasem ludzi, zwierzęta, żywność, która zazwyczaj była palona w świętym ogniu lub topiona w wodzie. Krew ofiar była wylewana wokół świętego dębu symbolu Perkuna. Poznawano wolę bogów poprzez wróżdy i wieszczenie kapłanów. Ważną rolę pełniła uczta, która miała wymiar wiążący ludzi z bogami we wspólnocie. Na poziomie rodu odprawiano podobne rytuały religijne, przy czym wspólnotą religijną był ród. Tu rodem była wspólnota żywych i umarłych rodowców, a wiara w ponowne odrodzenie uświadamia, że przodkowie są obecni i żyją wśród swoich bliskich.

Oddawanie czci przodkom, prośba o rady i przychylność to jednocześnie oddawanie czci rodowi. Tu ród jawi się nie tylko jako wspólnota rodzinna, bliskich osób – ród stanowi podstawę bytu i jest środowiskiem w pewnym sensie świętym, którego nie wolno zhańbić (zgrzeszyć przeciw niemu). Religia i praktyki z nią związane takie jak rytuały codzienne lub przesądy były bardzo rozpowszechnione np. codzienne kąpiele, nie jeżdżono na koniach maści białej lub czarnej itd. Życie Prusów we wszystkich jego aspektach przeplatane było z wyznawaną religią i związanym z tym kult przodków w rodzie.

WIEC

Wiec – [prus.] wāittin pochodzi od słowa rozmawiać, przemawiać –[prus.] waitiāt.

    Wiec to zgromadzenie wszystkich wolnych mężczyzn z określonego terytorium, czasem w skład wchodziły osoby z zewnątrz np. książęta czy duchowni chrześcijańscy. Wiec mógł być tylko z rejonu pulkimałej ziemi lub dużej ziemi. W tych ostatnich przypadkach, osoby będące na wiecach to już reprezentanci mniejszych jednostek terytorialnych. Te zebrania, narady służyły wspólnemu dobru danej wspólnoty. Radzono tam i przemawiano, ogłaszano i wróżono, a w końcu głosowano i przysięgano na bogów, by postanowienia, decyzje wiecowe były zrealizowane. Wiec to taki „mały parlament” z elementami religijnymi, co powodowało, że takie spotkania były niezmiernie ważne i istotne dla mieszkańców. W tych spotkaniach tkwi istota „demokracji” i idei „wolności” dla jakich Prusowie poświęcali swe życie w walkach przeciw najeźdźcom i wrogom. Nie ma potwierdzonych historycznie wieców z pulek tj. najmniejszych jednostek terytorialnych, co wcale nie znaczy, że one nie istniały, natomiast powszechne i udokumentowane są wiece małych i dużych ziem. Zdarzały się wiece kilku dużych ziem, natomiast nie ma potwierdzonych historycznie wieców wszystkich ziem pruskich jednocześnie.

   W wiecach na poziomie małych ziem brali udział wszyscy wolni mężczyźni, natomiast na poziomie większych jednostek terytorialnych brali udział już tylko przedstawiciele małych ziem i przeważnie była to tzw. starszyzna wywodząca się z warstw wyższych społeczeństwa pruskiego o dużych kompetencjach i kwalifikacjach do prezentowania określonych interesów lub rozwiązywania problemów. Ze starszyzny wyłaniany był naczelnik danej struktury terytorialnej, który w okresie pomiędzy wiecami miał zadania reprezentacyjne takie jak przyjmowanie osób przybywających z poselstwem, w razie sytuacji zagrożenia zwoływał wiec. Miejscem wiecowym najczęściej był plac na którym był krąg kamienny, wewnętrzna część kręgu była zarezerwowana dla naczelnika, kapłana i przemawiającego. Miejscem dla ofiar i wróżb zapewne był ołtarz czyli płaski kamień, dodatkowym elementem w kręgu był rosnący w nim dąb czyli miejsce bytności boskiej. Poza kręgiem było miejsce dla zgromadzenia. powszechnego mężczyzn. W takich kręgach prawdopodobnie odbywały się też sądy i jest nawet takie miejsce o nazwie „Pogański Sąd” niedaleko Kumielska. Kręgi były miejscem dla wiecu pokojowego  polityczno-społecznego, natomiast dla wiecu wojskowego tzw. [prus.] karewāitis, cariawoytis [E 416], miejscem spotkań był plac mogący pomieścić zbierających się na wojnę czy potyczkę żołnierzy (wojów, rycerzy). 

   Wiece zwykłe zazwyczaj odbywały się cyklicznie, a było to związane z właściwym funkcjonowaniem struktur społecznych tj rozwiązywanie problemów społecznych jak sprawy sądowe, spory sąsiedzkie. Wiece też odbywały się w trybie doraźnym, gdy wydarzenia typu wojna, głód i inne nieszczęścia wymagały podjęcia działań wspólnoty. Wiece zwoływał zazwyczaj kapłan Kriwe lub naczelnik w sytuacjach wyjątkowych. Krywule (wykrzywione drewniane laski) kapłanów to narzędzie pomocne w funkcjach kapłańskich, ale też miały funkcje wiecowe tj.  zwoływające (obesłanie po domostwach), rozpoczynające, być może uspakajające zebranych i zakańczające wiec. Marszałek sejmowy w Polsce ma też podobny przyrząd i też ma podobne funkcje. Innym sposobem zwoływania wieców było skrzykiwanie tj. przenoszenie z miejsca na miejsce specjalnie modulowanego krzyku (sygnału dźwiękowego) z gardła sygnalisty.

   Wiec zaczynał się od znaku krywule i wróżb rozpoczynających spotkanie np. rzucanie losów lub słuchanie głosu ptaków itp.  Dobre wyniki wróżb oznaczały rozpoczęcie obrad wiecowych, gdzie mówcy przedstawiali problemy i sprawy do rozpatrzenia, zgłaszali prośby. Okazywanie przez obecnych zadowolenia lub jego braku było możliwe przez stukanie laskami drewnianymi lub okrzyki. Wbrew pozorom te ekspresywne, bardzo zewnętrzne okazywanie zadowolenia lub niechęci pokazywało nastawienie społeczne do okazanych kwestii, a było to znakiem i informacją dla starszyzny. Następnym etapem wiecu była narada starszyzny i po niej następowało ogłoszenie przez przedstawiciela rozwiązania problemu i decyzji. Ogłoszenie postanowienia starszyzny musi zostać jeszcze jednomyślnie przyjęte przez zgromadzonych. Możliwym sposobem przeprowadzenie jednomyślności wśród zebranych było wróżba potwierdzająca przychylność bóstw (bóstwa). To przyjęcie musi jednak zostać poparte przysięgą na bogów, która wymusza i zobowiązuje do wykonania postanowień wiecu. Podjęta decyzja zobowiązywała wszystkich zebranych do wykonania woli wiecu. Brak wykonawstwa woli wiecowej był związany z poważnymi sankcjami włącznie ze śmiercią sprawcy, sprzedażą w niewolę najbliższej rodziny sprawcy i spaleniem domu sprawcy (wiec z udziałem św. Wojciecha). Okazuje się, że najważniejszą instytucją w Prusach był „sejm” czyli wiec, który decydował o wojnie czy pokoju, wybierał naczelników i wodzów, nawiązywał kontakty ze światem zewnętrznym tj. innymi ziemiami, innymi narodami (np. z Jaćwingami w czasie powstań), rozsądzał spory między rodami, osądzał wodzów, a nawet decydował o religii wyznawanej w danej wspólnocie terytorialnej. 

9/12/2020

Źródło – http://windaki.pl/do-przyjscia-sw-wojciecha/

„Grunwald” epoki brązu – Dołęża 1250 r. p.n.e.

Miejsce wykopu
Wykopaliska na starożytnym polu bitwy w północnych Niemczech ujawniły oznaki wielkiej bitwy, takie jak ciasno upakowane kości, co widać na zdjęciu tego miejsca z 2013 roku. Na obszarze 12 metrów kwadratowych znajdowało się 1478 kości, w tym 20 czaszek. LANDESAMT FÜR KULTUR UND DENKMALPFLEGE MECKLENBURG-VORPOMMERN / LANDESARCHÄOLOGIE / C. HARTE-REITER

Około 3200 lat temu dwie armie starły się na przeprawie przez rzekę w pobliżu Morza Bałtyckiego. Konfrontacji nie można znaleźć w żadnych książkach historycznych – słowo pisane nie było powszechne w tych stronach przez następne 2000 lat – ale nie była to potyczka między lokalnymi klanami. Tysiące wojowników spotkało się w brutalnej walce, być może jednego dnia, używając broni wykonanej z drewna, krzemienia i brązu, metalu, który był wówczas szczytem technologii wojskowej. 

Starając się znaleźć solidne oparcie na brzegach rzeki Tollense, wąskiej wstęgi wody przepływającej przez bagna północno-wschodnich Niemiec (około 100 km od granicy z Polską) w kierunku Morza Bałtyckiego, armie walczyły wręcz, okaleczając i zabijając maczugami wojennymi, włóczniami, mieczami i nożami. Strzały z brązu i krzemienia zostały wystrzelone z bliskiej odległości, przebijając czaszki i wbijając się głęboko w kości młodych mężczyzn. Konie należące do wysokiej rangi wojowników wbiły się w błoto, śmiertelnie przebite. Nie wszyscy wytrzymali walkę w zwarciu: niektórzy wojownicy złamali się, uciekli i zostali powaleni od tyłu.

Kiedy walka dobiegła końca, setki zmarłych leżały zaśmiecając bagnistą dolinę. Niektóre ciała zostały pozbawione kosztowności i pozostawione w płytkich stawach; inne opadały na dno, chronione przed plądrowaniem przez metr lub dwa wody. Torf powoli osiadał na kościach. W ciągu stuleci zapomniano o całej bitwie.

R. JOHNSON

W 1996 roku archeolog amator znalazł pojedynczą kość ramienia wystającą ze stromego brzegu rzeki – pierwszą wskazówkę, że dolina Tollense, około 120 kilometrów na północ od Berlina, skrywa makabryczną tajemnicę. Krzemienny grot strzały został mocno osadzony w jednym końcu kości, co skłoniło archeologów do zrobienia małego testowego wykopu, z którego uzyskano więcej kości, rozbitą czaszkę i 73-centymetrową pałkę przypominającą kij baseballowy. Wszystkie artefakty zostały datowane radiowęglowo na około 1250 pne, co sugeruje, że pochodziły z jednego epizodu z epoki brązu w Europie.

Po serii wykopalisk w latach 2009-2015, badacze zaczęli rozumieć bitwę i jej zaskakujące konsekwencje dla społeczeństwa epoki brązu. Wzdłuż 3-kilometrowego odcinka rzeki Tollense archeolodzy z Wydziału Ochrony Historii Meklemburgii-Pomorza Przedniego (MVDHP) i Uniwersytetu w Greifswaldzie (UG) odkopali drewniane maczugi, groty z brązu oraz groty strzał z krzemienia i brązu. Znaleźli również kości w niezwykłej liczbie: szczątki co najmniej pięciu koni i ponad 100 mężczyzn. Kości setek innych mogą pozostać niewykopane, a tysiące innych mogło walczyć, ale przeżyło. 

„Jeśli nasza hipoteza jest słuszna, że ​​wszystkie znaleziska należą do tego samego zdarzenia, mamy do czynienia z konfliktem na północ od Alp na dotąd nieznaną dotąd skalę” – mówi współreżyser wykopalisk Thomas Terberger, archeolog z Państwowej Służby ds. Dziedzictwa Kulturowego w Hanowerze w Dolnej Saksonii. „Nie ma z czym tego porównywać”. Może to być nawet najwcześniejszy bezpośredni dowód – razem z bronią i wojownikami – bitwy tej wielkości w dowolnym miejscu starożytnego świata.  

Europa Północna w epoce brązu od dawna była uważana za zaścianek, w cieniu bardziej wyrafinowanych cywilizacji Bliskiego Wschodu i Grecji. Sam brąz, stworzony na Bliskim Wschodzie około 3200 roku p.n.e., przybył tu 1000 lat później. Ale skala Tollense sugeruje większą organizację – i więcej przemocy – niż kiedyś sądzono. „Rozważaliśmy scenariusze nalotów, w których małe grupy młodych mężczyzn zabijają i kradną jedzenie, ale wyobrażenie sobie tak wielkiej bitwy z tysiącami ludzi jest bardzo zaskakujące” – mówi Svend Hansen, szef Departamentu Eurazji Niemieckiego Instytutu Archeologicznego (DAI) w Berlinie. Dobrze zachowane kości i artefakty dodają szczegółów do tego obrazu wyrafinowania epoki brązu, wskazując na istnienie wyszkolonej klasy wojowników i sugerując, że ludzie z całej Europy przyłączyli się do krwawej walki. 

Nie ma teraz wątpliwości, że Tollense jest czymś wyjątkowym. „Jeśli chodzi o epokę brązu, brakowało nam dymiącego pistoletu, w którym mamy pole bitwy, martwych ludzi i broń razem” – mówi archeolog z University College Dublin (UCD) Barry Molloy. „To ten dymiący pistolet”.

Krzemienny grot strzały osadzony w tej kości ramienia jako pierwszy zaalarmował archeologów o starożytnej przemocy w Dolinie Tollense.
Krzemienny grot strzały osadzony w tej kości ramienia jako pierwszy zaalarmował archeologów o starożytnej przemocy w Dolinie Tollense. LANDESAMT FÜR KULTUR UND DENKMALPFLEGE MECKLENBURG-VORPOMMERN / LANDESARCHÄOLOGIE / S. SUHR

Domek myśliwski Schloss Wiligrad nad jeziorem został zbudowany na przełomie XIX i XX wieku w głębi lasu 14 kilometrów na północ od Schwerina, stolicy północnoniemieckiego kraju związkowego Meklemburgia-Pomorze Przednie. Obecnie mieści się w nim zarówno stanowy wydział ochrony zabytków, jak i małe lokalne muzeum sztuki.

W komnacie z wysokim sufitem na drugim piętrze zamku wysokie okna wychodzą na spowite mgłą jezioro. Wewnątrz blade zimowe światło oświetla dziesiątki czaszek ustawionych na półkach i stołach. Pośrodku pokoju długie kości nóg i krótkie żebra leżą zwartymi rzędami na stołach; kolejne szczątki są przechowywane w kartonowych pudełkach ułożonych na metalowych półkach sięgających prawie do sufitu. Kości zajmują tak dużo miejsca, że ​​ledwo można chodzić.

Kiedy pierwszy z tych znalezisk został wykopany w 1996 roku, nie było nawet jasne, czy Tollense to pole bitwy. Niektórzy archeolodzy sugerowali, że szkielety mogą pochodzić z zalanego cmentarza lub gromadziły się na przestrzeni wieków.  

Istniał powód do sceptycyzmu. Przed Tollense, bezpośrednie dowody na przemoc na dużą skalę w epoce brązu były skąpe, zwłaszcza w tym regionie. Historyczne relacje z Bliskiego Wschodu i Grecji opisywały epickie bitwy, ale pozostało niewiele artefaktów potwierdzających te chełpliwe relacje. „Nawet w Egipcie, pomimo wielu opowieści o wojnie, nigdy nie znajdujemy tak znaczących archeologicznych dowodów jej uczestników i ofiar” – mówi Molloy z UCD.

W Europie z epoki brązu brakowało nawet historycznych relacji z wojny, a wszyscy badacze musieli kontynuować, obejmując broń w uroczystych pochówkach i kilka masowych grobów z wyraźnymi dowodami przemocy, takimi jak ciała pozbawione głowy lub groty strzał osadzone w kościach. Przed 1990 rokiem „przez długi czas nie wierzyliśmy w wojnę w prehistorii” – mówi Hansen z DAI. Dobra grobowe zostały wyjaśnione jako przedmioty prestiżowe lub symbole władzy, a nie rzeczywista broń. „Większość ludzi uważała, że ​​starożytne społeczeństwo jest pokojowe, a mężczyźni z epoki brązu zajmowali się handlem i tak dalej” – mówi Helle Vandkilde, archeolog z Uniwersytetu Aarhus w Danii. „Bardzo niewielu mówiło o wojnie”.

Archeolodzy odzyskali bogactwo artefaktów z pola bitwy.
Archeolodzy odzyskali bogactwo artefaktów z pola bitwy. LANDESAMT FÜR KULTUR UND DENKMALPFLEGE MECKLENBURG-VORPOMMERN / LANDESARCHÄOLOGIE / S. SUHR

10 000 kości w tym pokoju – to, co zostało po przegranych Tollense – zmieniło wszystko. Znaleziono je w gęstych skrytkach: w jednym miejscu 1478 kości, w tym 20 czaszek, zostało upakowanych na powierzchni zaledwie 12 metrów kwadratowych. Archeolodzy uważają, że ciała wylądowały lub zostały wrzucone do płytkich stawów, gdzie ruch wody pomieszał kości różnych osób. Licząc konkretne, pojedyncze kości – na przykład czaszki i kości udowe – antropolodzy sądowi UG Ute Brinker i Annemarie Schramm zidentyfikowali co najmniej 130 osób, prawie wszystkie z nich to mężczyźni, w większości w wieku od 20 do 30 lat.

Liczba sugeruje skalę bitwy. „Mamy co najmniej 130 osób i 5 koni. Otworzyliśmy tylko 450 metrów kwadratowych. To 10% znalezionej warstwy, najwyżej 3% lub 4% ”- mówi Detlef Jantzen, główny archeolog z MVDHP. „Gdybyśmy wykopali cały obszar, moglibyśmy mieć 750 osób. To niesamowite jak na epokę brązu ”. Przyznają, że są to szacunki z koperty, on i Terberger twierdzą, że jeśli 1 na 5 uczestników bitwy został zabity i pozostawiony na polu bitwy, może to oznaczać, że prawie 4000 wojowników wzięło udział w walkach.

Brinker, antropolog sądowy odpowiedzialny za analizę szczątków, twierdzi, że wilgotność i skład chemiczny gleby w dolinie Tollense zachowały kości niemal doskonale. „Możemy dokładnie odtworzyć to, co się stało” – mówi, chwytając za żebro z dwoma małymi nacięciami w kształcie litery V na jednej krawędzi. „Te nacięcia na żebrze pokazują, że został dźgnięty dwa razy w to samo miejsce. Mamy ich dużo, często wiele znaków na tym samym żebrze ”.

Skanowanie kości za pomocą mikroskopowej tomografii komputerowej w instytucie materiałoznawstwa w Berlinie i na Uniwersytecie w Rostocku pozwoliło uzyskać szczegółowe, trójwymiarowe obrazy tych urazów. Obecnie archeolodzy identyfikują odpowiedzialną za broń broń, dopasowując obrazy do skanów broni znalezionej w Tollense lub we współczesnych grobach w innych częściach Europy. Na przykład otwory w kościach w kształcie rombu pasują do charakterystycznego kształtu grotów strzał z brązu znalezionych na polu bitwy. (Artefakty z brązu można znaleźć częściej niż krzemień w Tollense, być może dlatego, że wykrywacze metalu były używane do przeczesywania stosów urobku w poszukiwaniu artefaktów).

Strzała z brązu przebiła tę czaszkę, docierając do mózgu.
Strzała z brązu przebiła tę czaszkę, docierając do mózgu. V. MINKUS DLA PROJEKTU BADAWCZEGO TOLLENSE VALLEY

Skany kości również wyostrzyły obraz przebiegu bitwy, mówi Terberger. Na zdjęciu rentgenowskim kość ramienia z osadzonym grotem – ta, która spowodowała odkrycie pola bitwy – wydawała się wykazywać oznaki wygojenia. W artykule z 2011 roku zespół zasugerował, że mężczyzna odniósł ranę na początku bitwy, ale był w stanie walczyć przez kilka dni lub tygodni przed śmiercią, co może oznaczać, że konflikt nie był pojedynczym starciem, ale serią potyczek które ciągnęły się przez kilka tygodni. 

Badanie mikroskopowe tej rany ujawniło inną historię: to, co początkowo wyglądało na wyleczenie – nieprzejrzysta wyściółka wokół grotu strzały na zdjęciu rentgenowskim – było w rzeczywistości warstwą strzaskanej kości, ściśniętej przez pojedyncze uderzenie, które prawdopodobnie było śmiertelne. „To pozwoliło nam zrewidować pogląd, że trwało to kilka tygodni” – mówi Terberger. Jak dotąd na żadnym ciele nie widać zagojonych ran, co oznacza, że ​​prawdopodobnie bitwa odbyła się w ciągu jednego dnia, a najwyżej kilku. „Jeśli mamy do czynienia z pojedynczym wydarzeniem, a nie potyczkami trwającymi kilka tygodni, ma to ogromny wpływ na naszą interpretację skali konfliktu”. 

W 2015 roku zespół inżynierów z Hamburga wykorzystał techniki opracowane do modelowania naprężeń w częściach samolotu, aby zrozumieć rodzaje ciosów, jakie otrzymali żołnierze. Na przykład archeolodzy początkowo sądzili, że wojownik, którego kość udowa złamała się blisko stawu biodrowego, musiał spaść z konia. Uraz przypominał te, które są dziś wynikiem wypadku motocyklowego lub wypadku konnego. 

Ale modelowanie opowiadało inną historię. Melanie Schwinning i Hella Harten-Buga, archeolodzy i inżynierowie z Uniwersytetu w Hamburgu, wzięli pod uwagę fizyczne właściwości kości i broni z epoki brązu, a także przykłady obrażeń spowodowanych upadkami koni. Archeolog doświadczalny zatopił również odtworzone ostrza z krzemienia i brązu w martwych świniach i odnotował uszkodzenia.

Schwinning i Harten-Buga twierdzą, że grot włóczni z brązu uderzający w kość pod ostrym kątem w dół byłby w stanie rozerwać kość udową, rozłupując ją na pół jak kłodę. „Kiedy go modelowaliśmy, wygląda bardziej jak broń ręczna niż upadek konia” – mówi Schwinning. „Moglibyśmy nawet odtworzyć siłę, którą by to zajęło – to nie jest tak dużo”. Szacują, że wystarczyłby mężczyzna średniej wielkości wbijający włócznię swoim ciężarem ciała. 

Dlaczego mężczyźni zgromadzili się w tym miejscu, by walczyć i ginąć, to kolejna tajemnica, którą archeologiczne dowody pomagają rozwikłać. Tutejsza dolina Tollense jest wąska, w niektórych miejscach ma zaledwie 50 metrów szerokości. Części są podmokłe, podczas gdy inne oferują stabilne podłoże i solidną podstawę. Miejsce to mogło być czymś w rodzaju wąskiego gardła dla podróżników podróżujących po północnoeuropejskiej równinie.

W 2013 roku badania geomagnetyczne ujawniły dowody na istnienie 120-metrowego mostu lub grobli rozciągającej się w poprzek doliny. Wykopana w ciągu dwóch sezonów zatopiona konstrukcja okazała się wykonana z drewnianych słupów i kamienia. Datowanie radiowęglowe wykazało, że chociaż znaczna część konstrukcji była starsza niż bitwa o ponad 500 lat, jej części mogły zostać zbudowane lub odrestaurowane w czasie bitwy, co sugeruje, że grobla mogła być w ciągłym użytkowaniu od wieków – jako dobrze znany element krajobrazu.

„Przeprawa odegrała ważną rolę w konflikcie. Może jedna grupa próbowała przejść, a druga odepchnęła ich ”- mówi Terberger. „Konflikt zaczął się tam i przekształcił w walki wzdłuż rzeki”.

Dzisiejsze spokojne meandry rzeki Tollense były kiedyś miejscem zaciekłych walk.
Dzisiejsze spokojne meandry rzeki Tollense były kiedyś miejscem zaciekłych walk. LANDESAMT FÜR KULTUR UND DENKMALPFLEGE MECKLENBURG-VORPOMMERN / LANDESARCHÄOLOGIE / F. RUCHÖFT

W rezultacie zwycięzcy mogli zdjąć kosztowności z ciał, do których mogli dotrzeć, a następnie wrzucić zwłoki do płytkiej wody, która chroniła je przed drapieżnikami i ptakami. Kości nie mają śladów ugryzienia typowych dla takich padlinożerców. 

W innym miejscu zespół znalazł szczątki ludzi i koni zakopane metr lub dwa niżej, mniej więcej w miejscu, gdzie mogło znajdować się koryto rzeki z epoki brązu. Zmieszane z tymi szczątkami były złote pierścienie prawdopodobnie noszone na włosach, spiralne pierścienie z cyny, być może noszone na palcach, oraz maleńkie spirale z brązu prawdopodobnie używane jako ozdoby. Ci zmarli musieli spaść lub zostać wrzuceni do głębszych części rzeki, szybko opadając na dno, gdzie ich kosztowności wymknęły się z rąk szabrowników. 

Wydaje się, że w czasie bitwy północna Europa była pozbawiona miast, a nawet małych wiosek. O ile archeolodzy mogą stwierdzić, ludzie tutaj byli luźno związani kulturowo ze Skandynawią i mieszkali ze swoimi wielopokoleniowymi rodzinami w indywidualnych gospodarstwach rolnych, gdzie gęstość zaludnienia wynosiła mniej niż 5 osób na kilometr kwadratowy. Najbliższa znana duża osada w tym czasie znajduje się ponad 350 kilometrów na południowy wschód, w Watenstedt. Był to krajobraz podobny do dzisiejszych rolniczych części Europy, z wyjątkiem dróg, telefonów i radia. 

A jednak chemiczne znaczniki w szczątkach sugerują, że większość wojowników Tollense pochodziła z setek kilometrów. Izotopy w twoich zębach odbijają te w jedzeniu i wodzie, które spożywasz w dzieciństwie, co z kolei odzwierciedla otaczającą geologię – wyznacznik miejsca, w którym dorastałeś. Emerytowany archeolog z Uniwersytetu Wisconsin w Madison, Doug Price, przeanalizował izotopy strontu, tlenu i węgla w 20 zębach z Tollense. Tylko nieliczne wykazywały walory typowe dla równiny północnoeuropejskiej, rozciągającej się od Holandii do Polski. Pozostałe zęby pochodziły z dalszej odległości, chociaż Price nie może jeszcze określić, gdzie dokładnie. „Zakres wartości izotopów jest naprawdę duży” – mówi. „Możemy argumentować, że zmarli pochodzili z wielu różnych miejsc”. 

Dalsze wskazówki pochodzą z izotopów innego pierwiastka, azotu, które odzwierciedlają dietę. Izotopy azotu w zębach niektórych mężczyzn sugerują, że stosowali dietę bogatą w proso, uprawę bardziej powszechną w tamtych czasach w południowej niż północnej Europie

Nie byli żołnierzami-farmerami, którzy co kilka lat wychodzili na bójki. To byli zawodowi wojownicy – mówi Thomas Terberger, archeolog w Krajowej Służbie Dziedzictwa Kulturowego Dolnej Saksonii

Starożytne DNA mogłoby potencjalnie ujawnić znacznie więcej: w porównaniu z innymi próbkami z epoki brązu z całej Europy w tamtym czasie może wskazywać na ojczyzny wojowników, a także takie cechy, jak kolor oczu i włosów. Analiza genetyczna jak dotąd potwierdza pogląd o odległych korzeniach. DNA z zębów sugeruje, że niektórzy wojownicy są spokrewnieni ze współczesnymi mieszkańcami południowej Europy, a inni z ludźmi żyjącymi we współczesnej Polsce i Skandynawii. 

„To nie była banda lokalnych idiotów” – mówi genetyk z Uniwersytetu w Moguncji Joachim Burger. „To bardzo zróżnicowana populacja”. 

Jak ujął to Vandkilde z Uniwersytetu w Aarhus:

„To armia podobna do tej opisanej w homeryckich eposach, składająca się z mniejszych grup wojennych, które zebrały się, by splądrować Troję” – zdarzenie, które miało wydarzyć się mniej niż 100 lat później, w 1184 roku pne.

To sugeruje nieoczekiwanie że rozpowszechniona była organizacja społeczna, mówi Jantzen. „Zorganizowanie takiej bitwy i zebranie wszystkich ludzi z wielu stron w jednym miejscu było ogromnym osiągnięciem” – mówi.

Jak dotąd zespół opublikował tylko kilka recenzowanych artykułów. Ponieważ wykopaliska zostały wstrzymane, czekają na większe fundusze, teraz piszą publikacje. Ale archeolodzy zaznajomieni z projektem twierdzą, że konsekwencje będą przełomowe. Tollense może wymusić ponowną ocenę całego okresu na obszarze od Bałtyku po Morze Śródziemne, mówi archeolog Kristian Kristiansen z Uniwersytetu w Gothenburgu w Szwecji. „Otwiera drzwi do wielu nowych dowodów na to, jak zorganizowano społeczeństwa epoki brązu” – mówi. 

Na przykład mocne dowody sugerują, że nie była to pierwsza bitwa dla tych mężczyzn. 

27 % szkieletów wykazuje oznaki wyleczonych urazów z wcześniejszych walk, w tym trzy czaszki z wyleczonymi złamaniami. „Trudno jest określić przyczynę urazów, ale nie wyglądają one na urazy typowych młodych rolników” – mówi Jantzen. 

Ta czaszka odkopana w dolinie Tollense pokazuje wyraźny dowód urazu tępym narzędziem, być może spowodowanym przez maczugę.
Ta czaszka odkopana w dolinie Tollense pokazuje wyraźny dowód urazu tępym narzędziem, być może spowodowanym przez maczugę. LANDESAMT FÜR KULTUR UND DENKMALPFLEGE MECKLENBURG-VORPOMMERN / LANDESARCHÄOLOGIE / D. JANTZEN

Broń metalowa i szczątki koni, które w jednym miejscu zostały pomieszane z ludzkimi kośćmi, sugerują, że przynajmniej część walczących była dobrze wyposażona i dobrze wyszkolona. „To nie byli żołnierze-farmerzy, którzy co kilka lat wychodzili na bójki” – mówi Terberger. „To byli zawodowi wojownicy”. 

Zbroje i tarcze pojawiły się w północnej Europie na przestrzeni wieków tuż przed konfliktem Tollense i mogły wymagać tej klasy wojowników. „Jeśli walczysz w zbroi i hełmie potrzebujesz codziennego treningu aby umieć się w tym poruszać” – mówi Hansen. Dlatego, na przykład, biblijny Dawid – pasterz – odmówił założenia zbroi i hełmu z brązu przed walką z Goliatem. „Ten rodzaj uzbojenia i treningu to początek wyspecjalizowanej grupy wojowników” – mówi Hansen. W Tollense ci dzierżący spiżem konni wojownicy mogli być rodzajem klasy oficerskiej, przewodzącej trefniom z prostszą bronią.

Ale dlaczego tak wiele sił zbrojnych zebrało się w wąskiej dolinie rzeki w północnych Niemczech? Kristiansen mówi, że ten okres wydaje się być erą znaczących wstrząsów od Morza Śródziemnego po Bałtyk. W Grecji wyrafinowana cywilizacja mykeńska upadła mniej więcej w czasie bitwy Tollense; w Egipcie faraonowie chwalili się pokonaniem „Ludzi Morza”, rabusiów z dalekich krajów, którzy obalili sąsiednich Hetytów. Niedługo po Tollense rozproszone gospodarstwa w północnej Europie ustąpiły miejsca skoncentrowanym, silnie ufortyfikowanym osadom, niegdyś widzianym tylko na południu. „Około 1200 roku pne nastąpiła radykalna zmiana kierunku, w jakim podążają społeczeństwa i kultury” – mówi Vandkilde. „Tollense pasuje do okresu, w którym wszędzie wzmogliśmy działania wojenne”. 

Tollense wygląda na pierwszy krok w kierunku stylu życia, który wciąż jest z nami. Od skali i brutalności bitwy po obecność klasy wojowników dzierżącej wyrafinowaną broń, wydarzenia z tamtych dawnych czasów są powiązane z bardziej znanymi i niedawnymi konfliktami. „To może być pierwszy dowód przełomu w organizacji społecznej i wojnie w Europie” – mówi Vandkilde. 

Na koniec dwie ciekawe grafiki :

Na grafice starożytne DNA z miejsca bitwy z epoki brązu w dolinie Tollense. Mapa podobieństwa genetycznego K36 pięciu osobników najbardziej podobnych do współczesnych populacji słowiańskich.

r / MapPorn - Starożytne DNA z miejsca bitwy w Tollense Valley Bronze Age.  Mapa podobieństwa genetycznego K36 pięciu osobników najbardziej podobnych do współczesnych populacji słowiańskich.

Jeden z internautów, pan Mikhael Myers 17 czerwca 2020 napisał na twitterze komentując planszę powyżej i te poniższą :

„To mapa podobieństwa genetycznego pięciu osobników i stawia ich najbliżej Słowian. Minęło 13 lat, a Niemcy nadal nie opublikowały żadnego z wyników haplogrupy. Zastanawiam się dlaczego”
https://twitter.com/evilon2legs/status/1273317175089139712

KV. 18/11/2000

Źródełko – https://www.sciencemag.org/news/2016/03/slaughter-bridge-uncovering-colossal-bronze-age-battle

„Kryminalna historia chrześcijaństwa” tom 5 (IX – X wiek) – Karlheinz Deschner

Z punktu widzenia Słowiańszczyzny najciekawsza jest właśnie część 5 z 10 tomów dzieła Karlheinza Deschnera, czyli lata 814-1002. Książka ma 295 stron a potem do strony 325 jeszcze są uwagi i przypisy, one już są jaśniejszą czcionką, cyferka na początku każdego odstępu oznacza numer strony a cyferka w środku w tekście oznacza przypis, darowałem już sobie wrzucanie grafik tak jak w książce „Troja Północy” gdzie są po każdym rozdziale, tu jest sam tekst, miłej lektury.
Kamil Vandal

1 Karlheinz Deschner Kryminalna historia chrześcijaństwa tom 5 IX i X stulecie Od Ludwika Pobożnego (814r.) do śmierci Ottona III (1002r.) 2002 Wyd. Uraeus Tłum. z niemieckiego: Janusz Murczakiewicz

2 Wydarzenia opisane w tym tomie zaczynają się w roku 814 wraz ze śmiercią kanonizowanego później agresora i ludobójcy Karola, zwanego Wielkim. Już w czasach rządów jego syna Ludwika, zwanego dla odmiany Pobożnym, wybucha w kręgu rodziny karolińskiej szarpanina o władzę. Imperium się rozsypuje. Po zaledwie stu latach dynastia wschodniofrankijskich Karolingów wymiera z osobą osiemnastoletniego cesarza Ludwika, zwanego Dziecięciem. Pełen świetności na polu kultury, ale politycznie skąpany we krwi czas Ottonów trwał wedle ówczesnej miary ledwie dwa ludzkie życia, nieco ponad sześćdziesiąt lat i zakończył się ze śmiercią cesarza Ottona III w roku 1002, który zamyka również niniejszy tom. W przedstawionych tu wiekach LX i X dokonuje się ścisłe stopienie władzy kościelnej i świeckiej. Cesarz stwarza sobie przeciwwagę dla ustawicznie zawistnych książąt, obdarowując biskupów i opatów cesarstwa ogromnymi nadziałami ziemi z dóbr królewskich i przenosząc na nich swe suwerenne prawa: zwierzchnią władzę sądowniczą i lukratywne regalia handlowe, celne i mennicze. Powstają księstwa kościelne. W zamian za to pomazańcy Kościoła są zobowiązani do stawania ze swą zbrojną świtą przy dworze i na wojnie. Bujniej niż dotąd rozkwita zaangażowanie wojenne wyższego duchowieństwa. Pod rządami Ottonów Kościół Rzeszy zostaje totalnie zmilitaryzowany; biskupstwa i opactwa rozporządzają znaczącym potencjałem wojskowym. Również papieże wyruszają w pole: jak choćby Leon IV w roku 849, który jako pierwszy obiecuje katolickim wojownikom królestwo niebieskie na wypadek śmierci; w roku 877 Jan VIII, a w 915 Jan X. Często jeden papież ekskomunikował drugiego. Rozmaici Ojcowie Święci są zamykani w klasztorach, a niejeden został wtrącony do więzienia, poćwiartowany, uduszony czy otruty. Papież Sergiusz III ( ) kazał pozbawić życia kolejno dwu poprzedników, papieży Leona V i Krzysztofa. Szczególną pewność chciał mieć pierwszy w historii zabójca papieża: podczas rewolty pałacowej pewien bogobojny krewny Jana VIII najpierw go otruł, a potem dopóty walił go młotem, aż utkwił w jego mózgu”.

3 Spis treści Na czyim chlebie jestem albo „Plackiem przed każdą formą władzy”… 6

ROZDZIAŁ 1. Cesarz Ludwik I Pobożny ( ) Zabijanie i modlitwa „Początek nowych reform […]” do pięciu litrów wina i czterech litrów piwa dziennie na kanonika Walka o „dobra kościelne” i przeciwko kościołowi prywatnemu Reforma prawa małżeńskiego i zaćmienia księżyca albo o zabobonach cesarza „[…] owa mordercza zabawa, łowy” Oczyszczenie Akwizgranu ze „zdrajców stanu” i ladacznic Cesarz, kler i jedność Rzeszy Ordinatio imperii (817 r.) i ironia historii Ludwik Pobożny każe torturować krewnych i zgolić im głowy i składa oficjalne wyznanie winy Chciwość możnych i nędzarze Polityka zagraniczna albo „lata powabne uroki […]”…34 Wojna przeciwko Duńczykom, Serbom i Baskom Wojna przeciwko Bretończykom Wojna przeciwko Obodrytom i Baskom Wojna przeciwko Chorwatom Wojna w Hiszpanii i przeciwko Bretończykom Wojna przeciwko Bułgarom Rzymskie stosuneczki. Dlaczego kanonizowano papieża-mordercę Leona III Szwindel z cesarską koroną i koronacją: Stefan IV ( ) i Paschalis I ( ) Papież Paschalis oślepia i ścina, najpierw święty, a potem wykreślony z kalendarza Współcesarz Lotar i „Constitutio Romana” Frankijscy biskupi upokarzają cesarza, a sami nie chcą być sądzeni przez nikogo Jak katolik z katolikiem: pierwsze powstanie Jak katolik z katolikiem: drugie powstanie Dużo gorzej niż pod Canossą i wszystko «według wyroku kapłanów» Zgraja biskupów bez czci i sumienia znów zmienia front „Causa Ebonis” Walka cesarza na rzecz Karola (Łysego) a przeciwko wnukom albo za „porządkiem” a przeciw „zarazie” Śmierć cesarza Frankowie a kosmos Mężowie północnego wiatru

ROZDZIAŁ 2. Synowie i wnuki Zostali chrześcijanami i stali się szlachetni Stale zmieniające się fronty albo przysięgi wierności, tanie „jak ożyny” Bitwa pod Fontenoy albo „gdzie opatrzność boża sprawę pokieruje […]” Cesarz Lotar sprzymierza się z poganami i rabuje kościoły Ludwik Niemiecki ścina głowy Przysięgi strasburskie (842 r.) oraz boża i klesza wola O pewnym osobliwym poglądzie dawnych i dzisiejszych historyków Traktaty z Verdim (843 r.) i Meersen (870 r.) Ludwik, z bożej łaski król Bawarów Karol Łysy i państwo zachodniofrankijskie Zabójstwa i mordy w Bretanii Karol Łysy likwiduje bratanków Słowianie nadchodzą […] I o „prawie narodów cywilizowanych przeciw barbarzyństwu” Słowiańskie robactwo i frankijski lud boży W ciągu 400 lat 170 wojen przeciwko Słowianom Wielka Morawa Klan Ludwika: łagodna praca pod znakiem krzyża i „krwawe dzieło miecza” i znowu katoliccy synowie przeciwko katolickiemu ojcu Królewicz Karol (cesarz Karol III Gruby) w walce ze złymi duchami

ROZDZIAŁ 3. Papiestwo w połowie IX wieku Sergiusz II albo „…najlepiej, jak będziemy potrafili” Watykan staje się twierdzą święty papież jako budowniczy murów Papież po raz pierwszy zapewnia królestwo niebieskie za śmierć na polu walki Cesarz Ludwik II ( ) doznaje niepowodzenia w kwestii sukcesji Dekretalia Pseudo-Izydora „fałszerstwa najbardziej brzemienne w skutki, na jakie kiedykolwiek się odważono…” Anastasius Bibliothecarius albo debiut antypapieża Mikołaj I papież jak pawi ogon, „[…] jakby był panem świata” Spór o małżeństwo Lotara II: cesarz Lotar I dzieli swe państwo Opat Hucbert „dziewki, psy i sokoły” i 6600 męczenników Arcybiskup Gunthar z Kolonii zdradza kłamliwą tajemnicę spowiedzi Mikołaj I w walce z episkopatem wschodniofrankijskim i cesarzem „Słuchaj, panie papieżu Mikołaju…” koronowane ścierwojady i papieska zmiana frontu Od idylli rodzinnej pod rządami Hadriana aż po bezinteresowną śmierć cesarza Ludwika II „za sprawę Chrystusa” Upadek i wzlot Anastazego: śmierć Lotara II „sąd boży” Chwała i zwycięstwo dla Karola Łysego i „zwycięstwu chwała!” biskupów

4 Cesarz Ludwik II umiera z wyczerpania dla sprawy Chrystusa, a Kościół przejmuje jego spadek Rzym traci Bułgarię Seks, duszpasterstwo, małe przekupstwa i skrytobójstwo na dworze w Bizancjum Papieska rada dla Bułgarii: nie pod końskim ogonem, lecz z krzyżem do bitwy! Rzym zdobywa Czechy i Morawy nadchodzą „apostołowie Słowian” Książę Rościsław zostaje oślepiony, a arcybiskup Metody potraktowany pejczem przez biskupa pasawskiego Najazdy na wschodzie lub „nikt stamtąd nie uszedł poza biskupem Embrichonem…” Ostateczny zakaz stosowania liturgii słowiańskiej i awans „apostołów Słowian” na patronów kraju i „modnych świętych”

ROZDZIAŁ 4. Jan VIII ( ): ‚papież wzorcowy’ Świeża inicjatywa albo pierwszy papież-admirał Wspólne interesy Jana z Karolem Łysym, „zbawcą świata” Śmierć Ludwika Niemieckiego: epitafium opata Reginona Kondolencje Karola Łysego i pierwsza bitwa „odwiecznych wrogów” o Ren Zgon po 37 latach panowania „wskutek biegunki w wielkiej nędzy…” Jan chwali Karlomana a koronuje Ludwika Jąkałę Kleszy król Bozo pojawia się na scenie Cesarza chce powoływać „najpierw i przede wszystkim” papież Jan Ostatni apel do Bozona: „…teraz jest dzień zbawienia” lub „poczwórna gra” Jana Frankijskie kontakty między krewniakami Za pozostawienie okrętów i in. papież Jan chce uznać dwukrotnie obalonego i przeklętego patriarchę Focjusza Od Karlomana do Karola III Grubego Papież Jan ściga Saracenów katolicy z nimi kolaborują Uśmiercenie pojmanych dowódców muzułmańskich papieskim warunkiem powrotu na łono Kościoła Janowi kamraci i pierwsze papieżobójstwo

ROZDZIAŁ 5. Opresja normańska i cesarz Karol III Gruby Zabijać z „pomocą bożą” i polec bez niej Na wschodzie i zachodzie Rzeszy wymierają książęta Karol Gruby, któremu przypada w udziale wszystko, a potem również wszystko przepada Gdy chrześcijanie muszą znosić to, co z reguły wyrządzają innym De bellis parisiacis lub „nic, co by było godne majestatu cesarskiego” Boska opatrzność działa skrycie: koniec panowania Normanów we Fryzji W polityce wewnętrznej aż do obcięcia genitaliów, „tak że nie został po nich żaden ślad…” Biskup Liutward z Vercelli najpierw wyniesiony, potem wyrzucony lat białego małżeństwa i próba ognia „Zamach stanu” Arnulfa i rychły zgon Karola

ROZDZIAŁ 6. Arnulf z Karyntii, wschodniofrankijski król i cesarz ( ) Arnulf z Karyntii: wschodni Frankowie a wschód „Chwała Arnolfowi, wielkiemu królowi” Św. Emmeram albo: „chwalić boga bez języka, / cud to wielki” „…Bitewny krzyk aż do nieba” (Niemiecki) drang nach osten Wyniszczające wojny z Morawami „Kluczowa postać” tego czasu, arcybiskup Fulko z Reims, kręci się jak kurek na wietrze (Święty) koniec króla Zwentibolda albo takie było kiedyś życie w wyższych kręgach chrześcijańskich Arnulf z Karyntii: papiestwo i Italia Luksus i występek Gwido i Berengar wojna domowa w Italii i papieska huśtawka polityczna Papież Formozus koronuje „tyranów” Italii i przyzywa Arnulf a, by ich zwalczał Wzięcie Bergamo lub msza poranna zawsze dodaje sił Arnulf oblega Rzym, ścina głowy i zostaje pierwszym frankijsko-niemieckim antycesarzem Cesarz Arnulf i papież Formozus umierają Trupi synod makabreska papieskiej rangi Formozjanie i antyformozjanie Śmierć cesarza Lamberta i cesarza Arnulfa. Węgrzy zalewają północną Italię Jak dzięki biskupowi Werony z Ludwika III uczyniono Ludwika Ślepego

ROZDZIAŁ 7. Król Ludwik IV Dziecię ( ) Ludwik IV Dziecię, marionetka kleru Początek najazdu Węgrów „Niemiecka chrześcijańska praca cywilizacyjna na wschodzie” i „najgorszy pies…” O „niestałych rabusiach i europejskiej rodzinie narodów” Wojna Babenbergów z Konradynami ( )

ROZDZIAŁ 8. Król Konrad I ( ) Nieudana próba odzyskania Lotaryngii Jak „Arnulf z bożej łaski”, „sprawiedliwy”, stał się Arnulfem „złym” Biskup-morderca Salomon triumfuje

ROZDZIAŁ 9. Henryk I, pierwszy król niemiecki Tak należy dbać o swoich Profitenci saskich jatek Król nie namaszczony Dochodowe narzeczone i uległy biskup „Ruch pojednania” i bliskość klechów „Święta Włócznia”

5 O piekielnym pokoju chrześcijan i o ich „podstawowych wartościach” Historycy wczoraj i historycy dzisiaj „Zabezpieczanie granic” przez Henryka lub „[…] nie uszedł stamtąd nikt” „…Ponieważ żołnierz cuchnie trupem” biskup Thietmar „na szczytach edukacji swego czasu” „[…] Wieloletnia praca wychowawcza” „Decydująca próba” Św. Wacław, św. Ludmiła i dwoje pobożnych chrześcijańskich morderców w rodzinie Święty kolaborant i męczennik staje się antyniemieckim bohaterem wojennym, a Henryk I „założycielem i zbawcą Rzeszy niemieckiej”

ROZDZIAŁ 10. Otton I Wielki ( ) Po pierwsze miecz Ochrona kościołowi, wojna poganom Biskupi przynoszący zyski instrument panowania Katolicka banda rodzinna Bawaria i bunt królewskich braci „Dbałość o krewnych” i jej skutki: bunt Liudolfa „Christi bonus odor” (przyjemny zapach chrześcijanina) albo „królewskie kapłaństwo” „Cudne perły” i trzydziestoletnia walka o prymat Bitwa na Lechowym Polu (955 rok) wielki „dar bożej miłości” Biskup Pilgrim z Pasawy ( ), wielki fałszerz przed Panem, stawia sobie pomnik literacki Właściciel niewolników i wojownik zostaje uroczyście i formalnie kanonizowany jako pierwszy katolik „Patron przeciw szczurom i myszom”, „zagrożenie ze wschodu” i 29 numerów „świętych członków” Początek niemieckiej „kolonizacji wschodniej” lub „dobre dzieła” margrabiów Hermanna Billunga i Gerona Otto zapoczątkowuje chrystianizację Wenedów i „zaprowadza porządek” Otton Wielki każe ściąć 700 słowiańskich jeńców i nakazuje wymordowanie Redarów Niezmierzone dowody łaski dla „stolicy niemieckiego wschodu […]” Polska powierza wilkowi swe owieczki Święta Olga (zm. 969 r.) Św. Włodzimierz, „wielki i apostołom równy” Polityka skandynawska wojna i handel w interesie Pana Boga? Nadciąga „mroczne stulecie” Papież Sergiusz III morderca dwóch papieży Początek „rzymskich kurewskich rządów” papież Jan X: w łożu i na polu bitwy Anarchia w Italii Król Hugo robi porządek i wzbogaca swoich Papieżez łaski Marozji i noc poślubna króla Hugona Berengar II zostaje królem Italii Jan XII stawia miłość w centrum swego pontyfikatu Jan XII koronuje Ottona I na cesarza, a ten wystawia Privilegium Ottonianum Papież konspiruje z wszystkimi wrogami Rzeszy „Potwór” zostaje strącony z papieskiego tronu i umiera na „udar” Tumulty i okropieństwa w Rzymie i w historiografii Główna podpora i profitenci również we Włoszech: kler Cesarz osiąga „jeden z najważniejszych celów swego życia w ostatnich latach panowania”

ROZDZIAŁ 11. Cesarz Otton II ( ) Księża w otoczeniu władcy Wojny o Bawarię i Czechy Wojna o Lotaryngię Wojna na północy Capo di Colonne pierwsza wielka porażka dynastii ottońskiej

ROZDZIAŁ 12. Cesarz Otton III ( ) Konflikt wokół tronu za sprawą Henryka Kłótnika i biskupów W rękach pobożnych niewiast i kleru Między dwoma świętymi i przyszłym papieżem „Nasz jesteś […]” Sceny wokół papieskiego tronu Arcybiskup Gizyler przekupuje, fałszuje i zgarnia forsę Nieustająca wojna czternastoletnia ze Słowianami połabskimi „[…] zebrać legiony” skoncentrowana akcja w Gnieźnie na rzecz Rzymu Spór o Gandersheim Skróty Przypisy

6 Na czyim chlebie jestem albo „Plackiem przed każdą formą władzy” Maria R.-Alföldi recenzuje i cenzuruje na niespełna 12 stronach (s ) pod tytułem Kaiser Konstantin: ein Grosser der Geschichte? [Cesarz Konstantyn: Wielki historii?] 45 stron (s ) rozdziału „Św. Konstantyn, pierwszy cesarz chrześcijański, «pieczęć na siedemnastu wiekach historii Kościoła» w pierwszym tomie mojej Kryminalnej historii chrześcijaństwa. Już na początku jest jej „trudno, choćby w przybliżeniu, podać treść wywodów Deschnera” (s. 149). Właściwie dlaczego? Pewnie dlatego, że nie podoba się jej sama treść, sprecyzowana przecież za pomocą dziesięciu śródtytułów i odpowiednio do tego dokładnie zreferowana, również pozbawiona akademizmu bezpośredniość narracji, którą określa jako „popularną”, „zgoła populistyczną” (s. 159), „nacechowaną silną tendencyjnością” (s. 149), do jakiej przyznałem się przecież wyraźnie w swoim „Wprowadzeniu do dzieła” (tom I, s. 13 i nast.). A na koniec swej relacji napomina do ostrożnego obchodzenia się z historiografią, czemu mogę tylko energicznie przyklasnąć. Ekskurs Marii R.-Alföldi znajduje się w trzeciej części, zatytułowanej przez wydawcę „Exemplarische Einzelkritik” (Przykładowa krytyka szczegółowa). Przykładowo, pars pro toto, poddaję teraz tę rozprawę szczegółowej krytyce, ściśle trzymając się tekstu. Z konieczności taka krytyka krytyki czepia się drobiazgów, musi więc stać się nieuchronnie nieco uciążliwą lekturą. Niektóre zarzuty mogą wyglądać na małostkowe, pedantyczne i szorstkie. Ale inaczej być nie może, jeśli replika ma być przekonująca. Wiele kamyków stanowi przecież jasno zarysowaną wyrazistą mozaikę, w której ścierają się nasze poglądy. „Czytamy, że Konstantyn sfałszował swe pochodzenie…” (s. 149). Czytamy. I co z tego? Czy to nieprawda? Tego autorka nie mówi. Tylko to sugeruje ukłucie szpilką, część taktyki, by podświadomie uczynić mnie niewiarygodnym i zdyskwalifikować. Przemilcza, że Konstantyn, by współrządzących napiętnować jako uzurpatorów, swemu ojcu Konstancjuszowi Chlorusowi przypisywał dużo szlachetniejszą ascendencję, że pogan i za Ojcem Kościoła Laktancjuszem wręcz niszczycieli Kościoła przedstawiał jako chrześcijan oraz bagatelizuje sfałszowanie pochodzenia jako „doraźny manewr propagandowy” (s. 149). Czytamy, że jak dodaje „uważał swych przodków za kompromitujących”. No i co z tego? Czy to nieprawda? (Patrz wyżej) „Jego matce Helenie przypisuje się wszelkie plotki, które [!] kiedykolwiek nieprzychylna opinia wydobyła na światło dzienne; Helena była w swoim czasie uzależniona od sytuacji i skrępowana racją stanu. Deschner brnie po omacku na lep owej opinii” (s. 149). Ponownie ignoruje pani Alföldi przyczyny tej „nieprzychylnej opinii”. Mówi o niej, że była „uzależniona od sytuacji” (co jest najczęstszą opinią) i, co tej opinii nie osłabia, „skrępowana racją stanu”. Przy czym znów przemilcza, że „plotki” kolportowali również prominentni prałaci, że z tego powodu Konstantyn skazał na wieczystą banicję biskupa Eustacjusza z Antiochii, że doktor Kościoła Ambroży powiada wręcz o Helenie, iż Chrystus „wyniósł ją z gnoju na tron”. „Pierwsze lata rządów młodego cezara Zachodu są niczym innym niż okrutnymi wojnami przeciw biednym Germanom, którzy później wzięci do niewoli są bezlitośnie wyrzynani”. Wygląda na to, że przesadzam w tym obrazie grozy, nieprawdaż, ale to również nie zostaje powiedziane. Zarówno stare źródła, jak i nowe badania potwierdzają bowiem, że barbarzyństwo Konstantyna było już w jego czasach czymś niezwykłym i strasznym. Jednakowoż moja krytyczka lubuje się w dyskretnych aluzjach, strofujących przytykach, które mnie mają postawić w sytuacji historycznego obskuranta, chociaż ona dyskretna złośnica nie wypowiada tego wprost; jakkolwiek nie wzdraga się również przed tym pod naciskiem swych dowodów (por. s. 154, 156), a nawet po prostu mój tekst fałszuje (s. 150). Ofiara Konstantyna, Maksencjusz, jej zdaniem, „mimo stwierdzonej tyranii na każdym kroku jest usprawiedliwiana” (s. 149). Na każdym kroku? Jak gdybym nie pisał również o

7 Maksencjuszu, że „łupił ludność”, że „do dotychczasowych ciężarów podatkowych dorzucał nowe” po prawdzie brał „swoje pieniądze przede wszystkim akurat tam, gdzie znajdowały się w prawie nieograniczonej ilości”; to ostatnie, to przecież postępek chwalebny. A poza tym: nie ja usprawiedliwiam. Przytaczam badacza, który w 28 półtomie Realencyclopedie Pauly’ego-Wissowy uzasadnia w sposób tak ekstensywny, jak i intensywny, dlaczego broni Maksencjusza jego sytuacja była podobna do sytuacji „osaczonego dzikiego zwierzęcia” (Groag). Strona chrześcijańska wszakże szkaluje „bezbożnego tyrana” niemalże po dziś dzień i fałszuje jego biografię (por. s ). Już „ojciec historii Kościoła”, biskup Euzebiusz, którego Jakub Burckhardt nazywa „pierwszym na wskroś nierzetelnym historiografem średniowiecza”, twierdzi na przykład o „krwawej surowości tyrana” Maksencjusza: „Liczba senatorów, których kazał zgładzić (…), jest wręcz niepoliczona. Kazał ich mordować (…) masowo”. W istocie nie podaje on imienia żadnego zamordowanego senatora. Również przekaz historyczny nie zna „ani jednego konkretnego dowodu” insynuowanego przez niego okrucieństwa. Równie mało prawdziwa jest, tak w przypadku Rzymu, jak i Afryki, imputowana mu ze strony Kościoła wrogość wobec chrześcijaństwa. Niektóre z jego dobrodziejstw wobec kleru przypisano później Konstantynowi. Nawet źródła chrześcijańskie potwierdzają tolerancyjność Maksencjusza. Biskup Optat z Mileve ma rację, nazywając go wyzwolicielem Kościoła. Autorka krytyki w ogóle tych spraw nie porusza. W zamian za to gani mnie, znowu ze mną nie polemizując, za uznanie „Konstantyna za agresora” (s. 149). Tak jakby to nie Konstantyn wypowiedział wojnę, ale Maksencjusz! Jakby nie Konstantyn szturmował znad Renu na Rzym, lecz Maksencjusz z Rzymu nad Ren! Jakby nie Konstantyn zaraz potem obalił innych współregentów, względnie kazał obalić i zabić! I jakby nie Konstantyn kazał wkrótce pozbawić życia również ojca Maksencjusza! Konstantyna „sposób prowadzenia wojen, bitwy, spływają krwią, przede wszystkim właśnie politowania godni Germanie, tym razem w jego służbie, dyszą okrucieństwem”. Tymczasem piszę, że zgodnie z przekazami historycznymi Konstantyn utopił we krwi germańskie powstania, ich królów rzucił na pożarcie niedźwiedziom na trewirskiej arenie, a imprezy w rodzaju „igrzysk frankijskich” podniósł do rangi corocznej kulminacji sezonu (14 do 20 lipca). Jednakże nie daję wyrazu na ile sam to czuję ani litości, ani nie dyszą „ci właśnie politowania godni Germanie okrucieństwem”. Co by i nie przeczyło jedno drugiemu. Zaraz po tym pani Alföldi cytuje mnie: „[…] wreszcie zamordowano syna, pokonanego wraz z politycznymi zwolennikami” (I, s. 142)”, i kontynuuje: „lecz syn Maksencjusza Romulus wówczas od lat już nie żyje. Czy jakiś drugi syn został brutalnie zlikwidowany, tego nie wiadomo”. Możliwe, że Romulus Waleriusz „od lat” już nie żył. Nie znamy jednak zarówno pewnej daty jego śmierci, jak i daty narodzin. A ja wcale nie mówię o Romulusie Waleriuszu. Gdyby w owym czasie nie zginął żaden inny syn Maksencjusza, to by oznaczało, że się myliłem. Zwracam jednak uwagę, że przykładowo Karl Hönn pisze w swej biografii Konstantin der Grosse. Leben einer Zeitwende [Konstantyn Wielki. żywot przełomu epok] na stronie 107 o Maksencjuszu: „Jego dzieci [!] zostały zgładzone”: więc jego zdaniem nawet więcej dzieci pokonanego stało się ofiarami Konstantyna. Jako że pani R.-Alföldi urywa mój cytat w pół zdania i przemilcza dalszy ciąg: „Cały ród Maksencjusza został zlikwidowany”. To jest fakt rozstrzygający. „Tego, że wysocy dostojnicy pogańscy zostali z najwyższą mądrością w Rzymie oszczędzeni i przyjęci do służby, autor do wiadomości nie przyjmuje” (s ). Ależ owszem! „Wielu czołowych arystokratów rzymskich jak piszę na stronie 140 widzimy ponownie na urzędach i godnościach”.

8 Świadomie fałszywe jest tuż zaraz twierdzenie, że następną wojnę domową przeciwko Maksyminusowi Daji „prowadził jednakże nie, jak sugeruje Deschner, Konstantyn, lecz jego współcesarz Licyniusz” (s. 150). Gdyż rzekomo to ja piszę (s. 145), że „Konstantyn i [!] Licyniusz”, że „dwaj [!] umiłowani przez Boga mężowie” doprowadzili do wybuchu tego konfliktu zbrojnego, a tymczasem to Licyniusz podjął go „pod chrześcijańskimi hasłami” i Licyniusz rzucił komendę przed bitwą 30 kwietnia 313 roku: „Hełmy z głów, do modlitwy…” O udziale Konstantyna w tym konflikcie nic nie wiadomo. Podczas gdy pani Alföldi, jak zwykle, zarzuca mi, że mamię czytelników, sama to czyni. I podczas gdy oświadcza, że ja sugeruję, iż to Konstantyn prowadził wojnę, sama sugeruje, ponownie nieprawdziwie, już w następnym zdaniu: „Możemy przeczytać znowu skrajnie emocjonalne opisy wszelkiego rodzaju okropności” (s. 150). Te opisy są ponoć mego autorstwa, chociaż wszystkie, jak wyraźnie zaznaczono, pochodzą od Ojców Kościoła Euzebiusza i Laktancjusza. Tymczasem tym bardziej muszę wydawać się autorem, gdy zaraz potem cytuje mnie: „żołnierzy Licyniusza nazywano po prostu «rzeźnikami»” (s. 150). (Na marginesie: a więc jednak nagle Licyniusz! A nie Konstantyn, jak mi to dwie linijki wyżej insynuowano!) żołnierze i rzeźnicy w moim wypadku: jakie to niepoważne! Pani profesor nauk pomocniczych starożytności etc. aż się wzdraga. Doświadczenie bojowe, szczęście bojowe, wódz w boju, sława w boju, śmierć w boju, o tym można mówić i pisać, to dobrze brzmi, jest godne wszelkich zaszczytów, jak sam bój! Lecz rzeźnik, to po prostu mało subtelne. Ze „złośliwą ostrością” (s. 150) tak mi się zarzuca komentuję następnie autokratyzm tego, którego sama obwinia nawet o „bizantynizm”. „Zmusza Kościół do uległości; ten zaś ulega zdaniem Deschnera chętnie i oportunistycznie, by dojść do pieniędzy i władzy”. Dotyczyć ma to jedynie „pewnej jasno wyróżniającej się grupy na dworze…” Nie. Kościół bowiem dzięki Konstantynowi (i jego następcom) doszedł jako cały do przemożnych wpływów, do prestiżu, co jest bezsporne. Wszędzie w Imperium wiwatowano na cześć dyktatora. Dowody jego łaski, spływające również na hierarchów z dalekich krajów, wychodziły ogółem na pożytek katolickiemu klerowi, uznanej teraz, uprzywilejowanej kaście, dzięki pieniądzom, godnościom, tytułom, dzięki bazylikom i innym budowlom, dzięki zwolnieniom od zobowiązań i podatków, uwolnieniu od przysiąg i oddawania świadczeń, dzięki pozwoleniu na wykorzystywanie poczty państwowej, dzięki prawu przyjmowania ostatnich rozporządzeń i testamentów, a nawet, władca odstąpił jak w przyszłości uczyni to jeszcze wielu! prałatom władzę państwową, a sam rozstrzygał oczywiście w kwestiach wiary. Niejeden arcypasterz naśladował w swej siedzibie styl i ceremoniał cesarskiej rezydencji. Źródła podają w wielu miejscach, że „uczynił ich szanowanymi i godnymi zawiści we wszystkich oczach”, „przysporzył im swymi rozkazami i dekretami jeszcze więcej powagi”, „otworzył z cesarską wspaniałomyślnością wszelkie skarbce…” I tak sławili Konstantyna który zwał się nie tylko współbiskupem, „biskupem do spraw zewnętrznych” (episkopos ton ektos), lecz skromnie „Naszą Boskością” (nostrum numen) wkrótce i akurat najwięksi luminarze Kościoła, Ambroży, Chryzostom, Hieronim, Cyryl z Aleksandrii. Moja adwersarka gani mnie jednak, że „inni przechodzą do opozycji, co nie zostaje powiedziane” jest to bowiem bez znaczenia; nierównie mniej relewantny opór schizmatyków i heretyków doczekał już wielostronicowych objaśnień. Cóż to może pomóc! „To, że historiografia kościelna jako pierwsza przydała swemu bohaterowi przydomek Wielkiego, jest również nieprawdą: uczynił to Ateńczyk Praksagoras” (s. 150). Co to znaczy „również” nieprawda? I co to znaczy „nieprawda”? Napisałem przecież zgodnie z prawdą: „Historia Kościoła nadaje Konstantynowi przydomek Wielkiego”. By to w oczywisty sposób dopiero uczynić nieprawdziwym, by móc przypisać mi kolejną „usterkę”, pani profesor R.-

9 Alföldi równie niepostrzeżenie co niecnie przemyca dwa małe słówka „jako pierwsza”, których u mnie nie ma! Nie wszystko bowiem, czego u mnie nie ma, przemawia za mną: „Wyraźny brak techniki badawczej” na przykład, co powtarza wobec mnie wydawca. Pani R.-Alföldi dysponuje z pewnością dostatkiem „techniki badawczej”. Nie tylko z tego powodu nie podoba jej się moja polemika. A szczególnie jako polemiczne uznaje moje stanowisko wobec Kościoła, wojska i wojny. Tymczasem ani polemicznie, ani populistycznie, o nie, z zawodową elegancją podnosi: „Widzi on w tej formie współstanowienia państwa po prostu zdradę samego Chrystusa. Jego tendencyjność osiąga szczyt w uwypuklonej przez niego samego frazie: «lecz dokładnie to, wielkość zniszczenia, która czyni zbrodnię bezkarną», stało się i pozostało moralnością Kościoła”. A przecież to zawsze obsceniczne powiązanie tronu i ołtarza, zwłaszcza w niezliczonych rzeziach od IV wieku do dzisiaj, nie jest przecież produktem mojej „tendencyjności” (s. 149), lecz jest wystarczająco odrażające. Wszakże jak w wypadku bardzo wielu zawodowych konformistów nie pojawia się u niej krew, po prawdzie: ani kropla, podczas gdy mi, jak się zdaje, z wszelką odrazą suponuje: „bitwy ociekają krwią” jakbym to ja ją przelewał! Natomiast ignoruje, niewątpliwie tak jak gros cechu historyków, notoryczną w historii perwersyjność, jaka epoka za epoką moralnie prowadzi ad absurdum, etycznie całkowicie dyskredytuje: ze wszech miar wstydliwa praktyka wieszania małych gangsterów, a gloryfikacji wielkich. Pewnie, nic specyficznie chrześcijańskiego. Już afrykański biskup, męczennik i święty Cyprian, piętnował to u pogan. Gdy krew jest przelewana jednostkowo, skarży się, nazywa się to zbrodnią, gdy jawnie odwagą. „Wielkość zniszczenia czyni zbrodnię bezkarną…” (s. 159). Moja „tendencyjność”, jak pisze Maria R.-Alföldi, osiągnęła szczyt w tym zwrocie, przy czym zupełnie przemilcza, że pochodzi on od św. Cypriana! Ja natomiast staję się, dodaje zaraz potem, „coraz bardziej monotematyczny i kieruję się uprzedzeniami…”. Podczas bowiem gdy ona, jedynie na marginesie, mówi z metodycznym chłodem sumarycznie o „tragicznym końcu” krewnych Konstantyna, ja najwyraźniej „coraz bardziej monotematycznie i kierując się uprzedzeniami” wyliczam, że wielki święty i święta wielkość kazał powiesić swego teścia cesarza Maksymiana w 310 roku w Marsylii, następnie udusić swych szwagrów Licyniusza i Bassianusa, Licyniuszowego syna Licynianusa zabić w Kartaginie, własnego syna Kryspusa otruć (przy okazji wyrżnąć także wielu przyjaciół), a swą żonę Faustę, matkę pięciorga dzieci, udusić w kąpieli on sam tymczasem wysłał innych morderców swych krewnych do piekła za pomocą zawczasu przygotowanych budzących grozę worków (poena cullei, szczególnie powolna śmierć przez utopienie w skórzanym worze). Nie dość tych rosnących uprzedzeń: badam również „zmiany w ustawodawstwie karnym”, wytyka mi pani profesor oburzona, „zawsze z negatywnym nastawieniem”. A w tym znów mija się z prawdą, jeśli moją pracę nie tylko przekartkowała i po prostu potraktowała niechlujnie. Sugeruję bowiem wyraźnie bynajmniej nie zawsze negatywnie że rozwój prawa „postępował za niejednokrotnie bardziej humanitarnymi tendencjami starszego (pogańskiego) prawa lub (pogańskiej) filozofii, niekiedy, trzeba przyznać, wzmocnionymi pod wpływem chrześcijaństwa”. I podkreślam ponadto, pisząc o pierwszym chrześcijańskim cesarzu, że „niewątpliwie Konstantyn złagodził niektóre przepisy karne, być może nawet, w szczegółach dość trudno to ustalić, wykazać pod wpływem chrześcijaństwa, tak na przykład utrudniony został (nie zniesiony!) proces jednostronnego rozwodu; dłużnik był lepiej chroniony przed wierzycielami, kara śmierci przez ukrzyżowanie i łamanie kości (poświadczona jeszcze w 320 r. zamieniona na uduszenie na szubienicy. Konstantyn zakazał wypalania piętna na twarzy (osobom skazanym na stoczenie walki gladiatorskiej lub pracę w kopalni), «gdyż człowiek został stworzony na podobieństwo Boże»” przy czym nie

10 ukrywam już w tym samym zdaniu, że „przecież można wypalać piętno także na rękach czy nogach!” Tak to napisałem na stronach 168 i 169. Moja krytyczka nie usiłuje jednak ani razu sprostować tego, co „ustawicznie” negatywnie traktuję i uzasadnić swej nagany. Nie pasuje to bowiem oczywiście do jej apologetycznej koncepcji, że ów przez teologów i historyków do dzisiaj sławiony despota (który „pod wpływem chrześcijańskich wyobrażeń”, jak go chwali Podręcznik historii Kościoła, wyznawał „rosnący szacunek dla godności osoby ludzkiej”, „chrześcijański szacunek dla życia ludzkiego”: katolik Baus), że ten święty lichwiarz na przykład denuncjantom przed straceniem wyrywał jeszcze język, że przy porwaniu oblubienicy kazał zabijać biorący w tym udział personel domowy, palić niewolników, a piastunki uśmiercał lejąc płynny ołów do ust; że w ogóle każdego niewolnika i domownika (domesticus), który by oskarżył swego pana (wyłączywszy, co charakterystyczne, przypadki cudzołóstwa, zdradę główną i oszustwa podatkowe!) bez zbadania sprawy czy zeznań świadków natychmiast kazał zabijać; że, sam oddany astrologii, przyzwalający ustawowo na zamawianie chorób, pogody i kuracje za pomocą magii sympatycznej, samo podanie „napoju miłosnego” karał wygnaniem i konfiskatą dóbr, lecz w wypadku śmierci rozerwaniem przez dzikie drapieżniki lub ukrzyżowaniem. Na ten i inne jeszcze tematy pani ekspert od Konstantyna nie roni ani słowa. Raczej kontynuuje bezpośrednio po fałszywej konstatacji, jakobym omawiał Konstantynowe prawodawstwo karne zawsze negatywnie, imputował „cesarzowi nawet antysemityzm” i to „mimo znanego faktu, że żydzi w owym czasie mogli jeszcze praktykować swą wiarę swobodnie”. Jakby kłóciło się swobodne praktykowanie wiary przez żydów z antysemityzmem cesarza władcy, który żydów w duchu przeklina jako „znienawidzony naród”, któremu przypisuje „przyrodzony obłęd”; który zezwala im na wstęp do Jerozolimy jedynie przez jeden dzień w roku, zakazuje trzymania niewolników chrześcijan, od czego rozpoczyna się ich brzemienne w skutki wypieranie z rolnictwa; a nawet którego pierwszy dekret wrogi żydom z jesieni 315 roku za nawrócenie na judaizm grozi nawracającemu żydowi i nawróconemu chrześcijaninowi spaleniem na stosie! To, że przyznaję Konstantynowi wstrzemięźliwość wobec pogan jedynie „niechętnie” (s. 151), także nie jest słuszne. Wobec pogan, konstatuję na stronie 176, zachowuje władca „początkowo wyraźną rezerwę”. Podkreślam jego trwające całe życie stanowisko pontifexa maximusa, przewodzącego pogańskiemu kolegium kapłańskiemu, akcentuję, że najwyższy pontyfikat, świadczący o ścisłym związku z religią pogańską, jest wymieniany w tekstach oficjalnych zawsze na czele jego urzędów i innych. Znawczyni cesarza przemilcza natomiast, że jej heros wraz ze wzrostem władzy i swobody w poruszaniu coraz surowiej atakował pogan, najostrzej w ostatnich latach swych rządów, jeśli nawet nie leżało w jego własnym interesie wszczynanie frontalnego ataku na dużą większość swego Imperium. Mimo wszystko zabronił odbudowywania zagrożonych ruiną świątyń, nakazał wręcz zamykanie innych. We wszystkich prowincjach były one okradane dla niego i jego faworytów, dla kościołów, „bezwzględnie grabione” (Tinnefeld), doszło wręcz do „niespotykanego w swym rodzaju rabunku dzieł sztuki” (Kornemann). A wtedy Konstantyn mógł już zadysponować ich zniszczenie; „zburzył doszczętnie właśnie te, które cieszyły się najwyższą czcią u bałwochwalców”. „Na jedno skinienie”, tryumfuje biskup Euzebiusz, całe świątynie legły „na ziemi”. Na ostatek wreszcie kazał spalić władca piętnaście ksiąg Porfiriusza Przeciw chrześcijanom, którymi wyprzedza on „całą nowożytną krytykę biblijną” (Poulsen) i „jeszcze dzisiaj zdaniem teologa Harnacka nie został obalony”. O tym wszystkim Maria R.-Alföldi nie piśnie ani słówka. Zauważa natomiast jedynie rzeczoną „niezaprzeczoną wstrzemięźliwość Konstantyna wobec pogan”, jaką podobno

11 jedynie „z wahaniem” przyznaję i wywleka na stół zaraz kolejną nieprawdę, jakobym „nie zauważał”, że jego „surowość” wobec heretyków wynikała z pragnienia „zapewnienia pokoju wewnętrznego” (s. 151). W rzeczywistości bowiem, tak jest u mnie na stronie , chodziło cesarzowi w walce przeciwko „kacerzom” nie tyle o religię, „co raczej o jedność Kościoła […] a tym samym o jedność imperium […]. Dla umocnienia państwa władca dążył do jedności Kościoła, nienawidził «pożaru niezgody»”. Wyjaśniam, że Konstantyn jak sam mówi pragnął „jedności między wszystkimi sługami Boga”, żeby również państwo mogło korzystać z jej owoców”; podkreślam, że władca dlatego „starał się o jedność państwa jak o nic innego”, że w listach do biskupów, synodów i gmin zaklinał „niezmordowanie o jedność i concordię”, „pokój i harmonię”, „więź i jedność”, że wciąż postulował „jednolity porządek”, wciąż domagał się, żeby w „katolickim Kościele była jedna wiara”, „żeby Kościół powszechny był jeden” a utyskiwał, powtarzając za nim, że tego „wciąż bynajmniej nie widać […]”. Natomiast autorka nie konkretyzuje nawet w najmniejszym stopniu ledwie muśniętej cesarskiej „surowości” wobec heretyków. Pierwszy chrześcijański imperator walczący z chrześcijanami, to nie pasuje do obrazka. Ani słowa więc o tym, że Konstantyn w ostrym edykcie skierowanym przeciwko „heretykom” (o ile biskup Euzebiusz, kronikarz, go nie sfałszował) obwinia ich o „kłamstwa”, „głupotę”, złorzeczy im jako „nieprzyjaciołom prawdy” i „zwodzącym ku zgubie”; że całymi latami zwalczał afrykańskich donatystów, odbierał im kościoły i majątki, wysyłał na nich żołnierzy, przy czym jeszcze zanim rozprawił się z poganami, doszło do pierwszego prześladowania chrześcijan w imieniu Kościoła, ataku na bazyliki, mordowania mężczyzn i kobiet, zabójstwa dwóch donatystycznych biskupów, a także do wojny domowej, prześladowani bowiem połączyli się z ciężko uciskanymi niewolnikami wiejskimi. A oczywiście też ani słowa na temat zwalczania Kościoła marcjonickiego, może i większego, a w każdym razie starszego niż katolicki. Cesarz zakazał odprawiania ich nabożeństw, skonfiskował ich dobra, zniszczył domy modlitwy. Tym samym znawczyni tematu oszczędzając nam dalszych szczegółów wszelkich ambicji ma prawo nie tylko tysiąckrotnemu mordercy, ale również i niepohamowanemu autokracie, pierwszemu cesarzowi stawiającemu swą osobistą wolę jako „bezpośrednie źródło prawa” (Schwartz), przyznać „nie bez podstaw […] przydomek Wielkiego” (s. 159). Wszystko, co zostało dotychczas napisane, dotyczyło niewiele więcej niż dwu stron tekstu pani historyk. Następnie małym drukiem przytacza niektóre „szczególnie przeszkadzające błędy i przeinaczenia”. A ponieważ dużym drukiem nie udało jej się powiedzieć wiele istotnego, natomiast wiele nieprawości, sprostowań, które były zafałszowaniami eufemistycznych przekręceń, nierzetelnych pomówień, odbiegających najczęściej typowe dla historiografów zezujących w stronę władzy kościelnej i państwowej od spraw decydujących, można chyba domniemywać, jakie ważkie treści oferuje małym drukiem. Nie chcę nimi zanudzać. Jednakowoż pars pro toto parę przykładów (z dziesięciu). Oto imię pewnego senatora z epoki konstantyńskiej jest „pisane stale Anylinus”. Owszem, to imię występuje dwukrotnie, dlaczego więc „stale”? A jego pisownia bynajmniej nie jest nieprawidłowa. Tak bowiem również stale pisze m.in. „Ojciec historii Kościoła”, biskup Euzebiusz. A oczywiście całą masę imion można pisać w wersji greckiej lub łacińskiej, nie popełniając w najmniejszym stopniu lapsusu. Jednakże utrzymuje ona: „nazywa się w rzeczywistości Annulius […]”. Odnośnie strony 142 zauważa, że „«Jednakże jeszcze w ostatnich latach życia Konstantyn każe wykonać swą rzeźbę w porfirze na podobieństwo Heliosa (…)» co u Deschnera jest oznaką jego wybitnej fałszywości” (s. 152). Na ten temat nie ma jednak mowy w kontekście mojego tekstu. Nie chodzi tu bowiem bynajmniej o cesarza, lecz o Ojców Kościoła,

12 czyniących jego zwycięstwo nad Maksencjuszem za pomocą sprzecznych ze sobą, mających postać legendy kłamstw zwycięstwem chrześcijaństwa nad pogaństwem, a przez to uzasadniających fatalnie oddziałującą ustawicznie aż do pierwszej i drugiej wojny światowej polityczno-militarną „religijność”, „teologię cesarską”. Wbrew temu, jak relacjonuję na stronie 142, na monetach Konstantyna jeszcze długo pojawia się Iuppiter Conservator, a także Mars, a już najdłużej niezwyciężony bóg Słońca, Sol Invictus. Potem następuje przytoczone przez nią zdanie, a ja zacytuję ten akapit do końca: „Jednakże jeszcze w ostatnich latach życia Konstantyn każe wykonać swą rzeźbę w porfirze na podobieństwo Heliosa, ba, na dzień przed śmiercią ukazuje się ustawa przypominająca, «że kapłani pogańscy mają być na zawsze wolni od wszelkich niskich obciążeń». On sam zresztą był zdania, że nigdy nie zmienił boga, do którego się modlił”. Gdzież tu bodaj zaznaczyłem „wybitną fałszywość” Konstantyna? Moja adwersarka sobie to wymyśla. Na tej samej stronie (s. 152) podchwytuje moją uwagę, że głowa Licyniusza pojawia się początkowo na monetach, „jak i głowa samego Konstantyna, otoczona «nimbem» 1, oznaką świętości: symbolem jego wewnętrznego boskiego oświecenia” (s. 148). O co tu chodzi? Dopóki Konstantyn potrzebuje Licyniusza do zniszczenia swego przeciwnika, Ojcowie Kościoła wychwalają także Licyniusza. Jak tylko Konstantyn zwraca się przeciw niemu, dotychczasowy „umiłowany od Boga” staje się dla tych oportunistów nasieniem Szatana i przeistacza w bezprzykładne monstrum; nagle oto staje się okrutny i szalony! Wszystko, co mojej krytyczce przychodzi na ten temat do głowy: „Zrównanie nimbu i aureoli nie jest odpowiednie dla późnego antyku” (s. 152). Odbiega jednak ona od istoty sprawy. Nie odnosi się też w tym przypadku bynajmniej do moich większych i wielkich przewin, do istoty rzeczy, i zamiast tego prezentuje jakieś drugorzędności, jak „nie jest odpowiednie dla późnego antyku…” Jak by to było tematem mojego dzieła! Czyż ten zarzut sam w sobie w ogóle jest trafiony? Czym jest bowiem późny antyk? Jak długo trwa? Do roku 313? Do 375? A może 476? Albo do połowy VII wieku? Na ten temat nie ma communis opinio. A każdy wie, że na takim dzieleniu epok, czasowym rozgraniczaniu i przypisywaniu ciąży zawsze coś umownego zawsze są to jedynie pozorne, gdyż w rzeczywistości niepewne cezury. Pewne jest natomiast, że nimb, sygnalizujący boskie zjawiska w formie osłaniającej czy świecącej chmury, pojawia się już u Homera, że wyróżnia bogów, herosów i królów, jak choćby Wenus, Neptuna, Mitrę, Aleksandra, na koniec w IV wieku zostaje przeniesiony z Konstantyna na Chrystusa i od początku V wieku występuje regularnie i powszechnie u aniołów, apostołów i świętych. (Zmyślni katoliccy teologowie wynajdują nimb, glorię, aureolę już w Nowym Testamencie!). Jakkolwiek by było: inkryminowane „zrównanie nimbu i aureoli” nie odgrywa po pierwsze w moim kontekście żadnej roli, po drugie jest merytorycznie prawidłowe, a po trzecie czasowo odpowiada również późnemu antykowi. Do moich stron passim zauważa Maria R.-Alföldi, że „divus” opatrzony jest „jako tytuł cesarza apostrofami 2, sacer i sanctus towarzyszące cesarzowi użyte zaś deprecjonująco jako uzurpacja w najwyższym stopniu” (s. 153). Lecz u mnie po pierwsze jasno jest powiedziane, że „Konstantyna nie wolno było, jak jeszcze Dioklecjana i jego współregentów, tytułować divus”; a po drugie terminy sacer i sanctus nie są przeze mnie nigdzie używane deprecjonująco, ani jako uzurpacja w najwyższym stopniu, ani w ogóle. Ostatni przykład dla krytycznych umiejętności Marii R.-Alföldi z drukowanego małymi literami załącznika na temat „szczególnie uciążliwych błędów i przeinaczeń” (s. 151). Cytuje ona mnie: „Na monetach bitych w mennicach jego chrześcijańskich synów jest przedstawiany w trakcie podróży do nieba, jak jego ojciec”, i znajduje tu „kolejny raz, jak niewiele Deschner potrafi siebie samego utrzymać pod kontrolą, formułując własną krytykę: pozostało dlań

13 najwyraźniej niewiadome, że właśnie monety przekazują klasyczno-pogańskie consecratio z orłem Konstancjusza Chlorusa, powstającym z płonącego stosu” (s. 153). Brak mi zatem nie tylko „techniki badawczej”, nie, brak mi również wiedzy. Tego zresztą jestem sam zupełnie świadomy. Komuż nie brak wiedzy? W żadnym jednak razie nie pozostało dla mnie „najwyraźniej niewiadome” to, czym chce ona zatkać moją domniemaną lukę w wiedzy. Cytuje mnie przecież samego, że Konstantyn został wzięty „do nieba, jak jego ojciec”. A już czterdzieści lat temu, gdyby przeczytać I znowu zapiał kur, znane mi były liczne inne wniebowstąpienia pogańskich i żydowskich osobistości, Kybele, Heraklesa, Attisa, Mitry, Cezara i Homera, Henocha, Mojżesza, Eliasza… Oczywiście: „Nazywać to «wniebowstąpieniem» jest co najmniej nieporozumieniem” (s. 153). Lecz dlaczegóż? Czy to tylko Pan Jezus miał rzeczywiście i prawdziwie być wziętym do nieba? Maria R.-Alföldi, której przychodzi „z trudem” „choćby w przybliżeniu podać treść” mojego rozdziału o Konstantynie, jak to wyznaje na wstępie drugiej części swego tekstu, miała już problemy przy czytaniu „cytatów zamieszczonych na wstępie jako motto”; był przecież dla niej ich wybór „niezbyt zrozumiały”, zarazem jednak „bardziej charakterystyczny jeszcze, niż akurat zaznaczone szczegóły”, a nazywając to po imieniu: „Tendencyjność i budowanie nastroju już na wstępie” (s ). Jednakże tendencyjna jest każda historiografia, bez wyjątku; i ta rzetelna sama to przyzna! Każda bowiem ma pewną skłonność, pewne ukierunkowanie, każda opowiada się za czymś lub przeciwko czemuś. Każdy historyk ma swe determinanty, przesłanki, predylekcje; każdy swe systemy wartości, hipotezy, mechanizmy wyboru, projekcje, egoizmy, swe wzory interpretacyjne i typizacje, swe modele interpretacyjne. Każdy naświetla, bada, objaśnia świat i historię zgodnie ze swym światopoglądem. A najniebezpieczniejszy z wszystkich jest ten, kto temu zaprzecza, kto udaje bezstronnego, kto łudzi neutralnością odnośnie wartości, teoretycznonaukowej niewinności, krótko mówiąc, kto mami obiektywnością, jakiej przypuszczalnie nie ma, a zapewne najmniej jest w teologii i w historiografii (warto przeczytać na ten temat mój „Wstęp” do całego dzieła w pierwszym tomie, s. 13 i nast.). „Obiektywny powiada Johann Gustav Droysen jest jedynie człowiek bezmyślny!” Chodzi tu o sześć cytatów. Pierwszy, z Augustyna, wychwala w wielkim skrócie wojny i zwycięstwa Konstantyna; drugi, z historyka Kościoła biskupa Euzebiusza, sławi wytępienie przez władcę wszelkiego rodzaju „bałwochwalców”. W trzech następnych cytatach teologów z późnego XX wieku pierwszy chrześcijański cesarz jest dla Petera Stockmeiera „wspaniałym wzorem”, dla Kurta Alanda „chrześcijaninem, i to chrześcijaninem podług serca, nie tylko podług zewnętrznych postępków”. A Karl Baus nazywa jego postawę duchową „postawą człowieka naprawdę wierzącego”. Kończy to tekst Percy’ego Bysshe Shelleya, „wcześnie dojrzałego i zgasłego wspaniałego liryka z początku XIX wieku, który dla Deschnera najwyraźniej jako jedyny powiedział prawdę” (s. 154): „[…] ten potwór Konstantyn […]. Ten zimnokrwisty i obłudny brutal poderżnął gardło swemu synowi, udusił żonę, zamordował teścia oraz szwagra i trzymał na dworze klikę żądnych krwi i bigoteryjnych duchownych chrześcijańskich, z których każdy byłby w stanie podjudzić jedną połowę ludzkości do wyrżnięcia drugiej”. Otóż wypowiedź Shelleya nie jest dla mnie w żadnym wypadku „jedyną prawdą”. Pewnie jednak taki ogląd rzeczy bliższy jest owym zdarzeniom, niż punkt widzenia cytowanych przed nim antycznych i współczesnych klechów. Zanim przejdę do trzeciej i ostatniej głównej części krytyki pani Alföldi jeszcze kilka zarzutów z jej pozycji drugiej. Na przykład poucza mnie w materii termini technici, które opisałem już parę dziesiątków lat temu przy prezentacji kultu władcy i jego wpływu na Nowy Testament, i sugeruje trick równie ulubiony co prymitywny że „kpina” z tytułu w rodzaju „Zbawca i dobroczyńca”

14 wyważa otwarte drzwi; to „się nie opłaca”. Jakby również sama nie wiedziała: gros wiernych na temat tych (i stu innych) religijno-historycznych pretekstów, o fakcie, że nic w chrześcijaństwie nie jest oryginalne od Bożego Narodzenia po Wniebowstąpienie czyste plagiaty nie ma najmniejszego pojęcia jeszcze dzisiaj. Z tego przecież żyją Kościoły! A poza tym moja „kpina” wyczerpuje się w zdaniu przeze mnie rzekomo „samego drwiąco podkreślonym”: „Zbawca i dobroczyńca: rozpoczął decydującą kampanię od akcji polityczno-religijnych […]”. Pani R.-Alföldi nie jest w stanie przedstawić niczego rozstrzygającego, więc pozwala sobie wciąż na uszczypliwości, a ponieważ niczego nie uzasadnia, rzuca jedynie aluzje, a wypaczając obraz musi przesadzać, bez zająknienia zatajać fakty lub po prostu mijać się z prawdą. Wszakże owo często skierowane na mnie, niekoniecznie odnoszące się do tematyki dyskusji, wręcz śmieszne mentorstwo pokazuje jeszcze dobitniej, jak wszystko to jest mało przekonujące. Chociażby wtedy (s ), gdy mnie upomina, że użycie współczesnych, nie znanych starożytności wyrażeń jak „agresor” (sic!) lub „wojna napastnicza” nie jest „merytorycznie właściwe” i prowadzi czytelnika „na manowce”. A przecież wielu historyków używa nowych określeń w odniesieniu do dawnych epok; w moim rozdziale o Konstantynie cytuję nestora Ottona Seecka i za nim pojęcie „wojna zaczepna”. Z oczywistego braku uzasadnionych zarzutów narzeka wręcz, że w moim wypadku „rozprawy w porównaniu do monografii są reprezentowane we względnej mniejszości” (s. 155). No cóż, przecież jest ich wystarczająco dużo. Również w tym wypadku nie istnieje żadna norma. Wprawdzie zapewne „w formie rozpraw pisze się wiele nowości” o wiele za wiele, to „wiele nowości” nie oznacza, że jest to wiele dobrych rzeczy. A dobrych rzeczy na pewno nie mogę spodziewać się po mojej polemistce. „Niewiedzę” przypisuje mi pani R.-Alföldi również, jeśli chodzi o układy plemienne Franków. Młody cesarz Konstantyn, tak piszę na stronie 138, jako władca Brytanii i Galii zwyciężył Franków, a następnie „ich królów, Ascaricusa i Merogaisusa, ku ogólnej uciesze rzucił bestiom na pożarcie”. Nieco później dodaję, że możliwe, iż owi „frankijscy” królowie byli Brukterami lub Tubantami. To jednak, kontruje badaczka, nie ujawnia, „jak może w sposób zamierzony, uczoności lub wiedzy, lecz nieznajomość historycznego faktu, że «Frankowie» są związkiem plemienym, w których [sic!] zapewne także mieli swe miejsce Brukterowie i Tubanci” (s. 156). Jednakowoż czy mój tekst to wyklucza? „Być może”, piszę, obaj królowie Franków byli „w rzeczywistości Brukterami lub Tubantami”. Konstantyn pokonał swego czasu germańskie plemię „bructeri” nad Renem. Byli również „Boruktuarami”, jak relacjonuje Beda, którzy dopiero dużo później, pod koniec VII wieku, między rzekami Lippe i Ruhrą dostali się pod panowanie saskie. Gdy biskup misyjny Suitbert (zm. 713 r.) usiłował „nawrócić” owych westfalskich Brukterów, musiał uciekać przed Sasami. Tym samym Brukterowie nie rozpłynęli się w żadnym razie (całkowicie) wśród Franków. I również w czasach Konstantyna część z nich należała do nich, wszakże byli nadal Brukterami tak jak Sasi pozostali Sasami pod panowaniem Franków. Nie cytuję nigdy niezgodnie z sensem. I jeśli przytaczam cytaty, to czynię to z wszelką starannością. Oczywiście cytuję regularnie „wyrywając z kontekstu” (s. 154); jest to cecha łącząca mnie ze wszystkimi cytującymi na świecie. Zadziwia jednak oszczerstwo, jakobym podawał „cytaty z antycznej i współczesnej literatury (fachowej) najczęściej pokawałkowane” (s. 154). Należałoby, nawet jeśli nie będę się upierał przy szczególnie wrednym słówku „najczęściej”, podbudować to obfitymi dowodami. Gdzież one są?

15 Jedno trafienie może zaliczyć sobie Maria R.-Alföldi rzeczywiście (s. 156): moją zamianę bazyliki laterańskiej na bazylikę przy Forum Romanum. Triumf! Streszczam moją prezentację cesarza, włączam wcześniejsze wyjaśnienia, które wydają mi się szczególnie trafne, i konfrontuję na zakończenie, też w skrócie, z naszkicowanym przez moją krytyczkę „innym wizerunkiem Konstantyna”. Konstantyn I dla kariery zafałszował religię swego ojca Konstancjusza Chlorusa, wcześniejszego gwardzisty cesarskiego, kazał się nielegalnie wynieść na cesarza i z żądzy władzy bez przyczyny zniszczyć dioklecjański system tetrarchii oraz zamordować trzech współcesarzy. Przez całe życie prowadził wojnę. Jest agresywny „od początku” (Stallknecht); przed oczami miał zawsze „tylko jeden cel powiększenie władzy” (Vogt); przy czym nieustannie odznacza się „straszną brutalnością” (Kornemann): w 306 roku wobec Brukterów, w 310 również wobec nich, w 312 wobec współcesarza Maksencjusza, w 313 wobec Franków, w 314 wobec Sarmatów, w 315 wobec Gotów, mniej więcej w tym samym czasie wobec współcesarza Licyniusza, przy czym miał zlikwidować ponad swych wrogów. W 320 roku srożył się wobec Alamanów, w 322 wobec Sarmatów, w 323 wobec Gotów, przy czym każdego, kto im sprzyja, rozkazuje spalić żywcem. W 324 roku przeciwko współcesarzowi Licyniuszowi, jest to „wojna religijna”, przed którą Konstantyn, wyruszający w pole z biskupami polowymi, „święty i czysty” odprawia modły wraz ze swą armią, a ostatecznie na placu boju pozostaje trupów; 130 okrętów i 5000 marynarzy idzie na dno u skalistego wybrzeża koło Gallipoli. Licyniuszowi obiecuje Konstantyn ostatecznie życie i rok później każe go udusić, także zlikwidować wielu jego prominentnych stronników we wszystkich miastach Wschodu. „Każdy chrześcijański cesarz starał się iść za tym wielkim przykładem”, zapewnia katolicki teolog Stockmeier; „zawsze można było przywołać jego postać, chcąc wskazać książętom ideał [!]”. A nawet, stał się „idealną postacią […] chrześcijańskiego władztwa w ogóle” (Löwe). Wszystko to, tutaj jedynie wyliczone, odzwierciedla się u R.-Alföldi (s. 148) w jednym zdaniu: „Najpierw umacnia się, następnie krok po kroku odbiera obszary swego współregenta, by ostatecznie w 324 roku zjednoczyć pod swym berłem całe rzymskie Imperium”. Tak widziana historia staje się czystą i aseptyczną rzeczą. Nie płynie krew, nawet jeśli zaraz dodaje: „Wielokrotnie musi walczyć na granicach, by zabezpieczyć obszar Imperium”. W 328 roku Konstantyn wyrusza na Gotów, w 329 na Alamanów, w 332 znów przeciwko Gotom, których straty, spowodowane również przez głód i mróz, liczone są na sto tysięcy. I jeszcze w roku swej śmierci 337 „twórca chrześcijańskiego imperium światowego” chciał wyprawić się wraz z wieloma biskupami polowymi przeciwko Persom. O tym wszystkim jednak, dzięki czemu Konstantyn stał się twórcą chrześcijańskiego Zachodu, a co dopiero uczyniło go jak mutatis mutandis później Karola I „Wielkim”, niewiele znajdziemy u Marii R.-Alföldi i to raczej wymuszone polemiką ze mną. Również o osobistym okrucieństwie cesarza, dla którego życie ludzkie nie miało „żadnej wartości” (Seeck), zainicjowanych przezeń „igrzyskach frankijskich” (14-20 lipca), o „ludi Gothici” (4-9 lutego), gdy wziętych jeńców całymi stadami rzucał na arenie dzikim zwierzętom, o tym wszystkim absolutnie nic; podobnie na temat skrytobójczych mordów najbliższych krewnych. Prawdopodobnie tego brutalnego wyrzynania (jakie jego syn Konstancjusz II kontynuuje już w roku śmierci swego ojca, proceder mordowania krewnych w ogóle bowiem pozostaje regułą w chrześcijańskich dynastiach), prawdopodobnie dotyczy tej jego okrutnej cechy świętego Wielkiego jedno subtelne, kobiece zdanie Marii R.-Alföldi, które chyba nie może brzmieć bardziej groteskowo: „Zdaje się mieć nawet skłonności do porywczości” (s. 158). Utrzymanie na życzenie chrześcijańskiego władcy Konstantyna tortur również przed sądem „a przewidziane w tym celu metody były okrutne” (Grant) nie są wspomniane

16 ani słowem przez „badaczkę Konstantyna o międzynarodowej reputacji” (s. 148). Tak samo jak haniebne dręczenie niewolników. Kiedy więc niewolnicy umierają od ciosów swych panów, jak dekretuje Konstantyn 18 kwietnia 326 roku, to zabójcy „są wolni od winy (culpa nudi sunt) […] niech się ich panowie nie obawiają dochodzenia (questionem)…” A jego majestat zabrania w kolejnym dekrecie wręcz wyraźnie sprawdzania, czy niewolnik został zabity umyślnie, czy nie! Takie rzeczy obrończyni „Wielkiego” pomija całkowicie. Także niemal każdy szczegół ze szczególnie ważnego i dlatego zdecydowanie najdłuższego podrozdziału „Od Kościoła pacyfistów do Kościoła klechów polowych”. Jego przedmiotem jest fakt o fundamentalnym znaczeniu, do dzisiaj dezawuujący Kościół powszechny, że jego teologowie pierwszych trzech stuleci ani na Wschodzie, ani na Zachodzie nie pozwalali na udział w wojnie; że zabraniali nawet obrony koniecznej i kary śmierci, także skazywania na nią, jak i jej wykonywania, jak również prowadzącego do niej donosu (że według zarządzenia kościelnego rzymskiego biskupa i świętego Hipolita z trzeciego wieku nawet myśliwi nie mogli być chrześcijanami). I oto Konstantyn czyni w 313 roku chrześcijaństwo religią dozwoloną z ogromną ilością korzyści zwłaszcza dla hierarchów i od razu dotychczasowi pacyfiści dostarczają nagle prochrześcijańskiemu państwu owieczek pod nóż. Kto teraz odrzucał miecz podczas wojny, zostawał wykluczony, męczennicy-żołnierze zniknęli z kościelnych kalendarzy! W tym kontekście walczyłem przeciwko starym i nowym obrońcom tak niesłychanej zdrady, między innymi z Hansem von Campenhausen na co Maria R.-Alföldi, z właściwym jej wyczuciem istoty sprawy, nie jest w stanie powiedzieć niczego poza zdaniem: „Kulminację stanowi sposób cytowania w rodzaju «teolog z wyższych sfer» […]” (s. 156). I jak teraz wygląda jej „Inny obraz Konstantyna, szkic w paru zarysach” (s. 157)? Muszę go tu jeszcze raz skrócić, tam gdzie możliwe w dosłownym przytoczeniu: osłabiony limes zostaje przez władcę na nowo rozbudowany, wprowadzony bardziej efektywny system podatkowy, obszar Imperium zrestrukturyzowany w celu pomnożenia dochodów, zwiększona potężnie administracja. Zawody i zadania to nie jest mój styl pisania stają się przymusowo dziedziczne, braki zostają wedle możliwości usunięte, powstaje potężny sztab generalny, zostaje założona nowa rezydencja Konstantynopol w strategicznie decydującym miejscu. Sam Konstantyn posiada zatem niewątpliwe umiejętności militarne i wie, jak wykorzystać swe ogromne możliwości, jakie ma jako cesarz. Może być łagodny, działa jednak radykalnie, gdy jego pozycja zostaje zagrożona, początkowo jednakże pozostaje ostrożnym politykiem-realistą. Za pomocą swej władzy usiłuje wyrównać podziały między starą i nową wiarą, preferuje oczywiście chrześcijan, wszakże działa też przy tym najczęściej ostrożnie i realistycznie, aczkolwiek kwestia wojny sprawiedliwej napadniętych mocno obciąża dobrych chrześcijan. Krótko mówiąc, odważny odnowiciel, jego działanie wykazuje zadziwiająco trwałe skutki i służy przyszłości jako użyteczna baza „także chrześcijaństwo jest w tym sensie nowe, prowadziło i prowadzi dzisiaj historycznie dalej” (s. 159). Czyż nie brzmi to dobrze, nie swojsko uczenie, gdy ona, tak pisze wydawca w czołówce, „reasumuje stan wiedzy na temat Konstantyna”? Czy płynie u niej krew? Czy ludy i plemiona zdychają w gnoju? Nie, gnój piętrzy się u mnie! Moja „nadmierna, więcej jeszcze, naładowana uczuciami gorliwość jest dziwaczna”, wygląda „niewiarygodnie”, uniemożliwia „rzetelny udział w dyskusji”. Tym sposobem do mojego przedsięwzięcia odnosi się „w pełnej rozciągłości pełne zadumania zdanie francuskiego poety Paula Valery’ego, gdy powiada: «Historiografia stanowi najniebezpieczniejszy produkt, jaki kiedykolwiek był używany w laboratorium ludzkiego intelektu»”. (Na marginesie: „gdy powiada…”, nieco niezdarne, głupawe, zupełnie zbędne. Nie na marginesie: pani profesor od nauk pomocniczych starożytności dostarcza w przypisie na tej stronie oryginalną wersję tego zdania. Literówkę

17 „dangeureux” pominę. Lecz z „laboratorium ludzkiego intelektu”, w którym „kiedykolwiek” coś „warzono” nie ma u Valery’ego ani sylaby. Gdybym ja pozwolił sobie na tego rodzaju swobodę tłumaczenia, to gwarantuję, że pomocnicza pani naukowiec zarzuciłaby mi „traduttore, traditore”, „tendencyjność”, a nawet „kłamliwość”). A poza tym: o trafności bonmotu Valery’ego, jego sygnifikancji 3, również i ja jestem przekonany, o znaczeniu tego zdania patrząc na historiografię zazwyczaj opanowaną przez atrybuty bieżącej polityki, na historiografię, która wprawdzie zawsze gorliwie potępia wszelkie małe gangsterstwa, często również jedynie domniemane, a co dopiero popełnione, wisi natomiast uniżenie całymi latami na garnuszku wielkich przestępców. Nieustannie stawia owa historiografia najbardziej zepsute wzorce. Nieustannie jej perwersyjne wykrzywione pseudoideały korumpują ludzkość. Jej nędzą, wynikającą zgłęboko nieetycznego, gardzącego człowiekiem, posłusznego jedynie władzy, otumanionego sukcesem sposobu myślenia, jest ona obciążona w nie mniejszym stopniu, niż same gloryfikowane przez nią krwawe bestie. I w nie mniejszym niż chrześcijaństwo. Owo chrześcijaństwo, o którym R.-Alföldi (s. 159) pisze w bezpośrednim nawiązaniu do „działalności” Konstantyna: „również chrześcijaństwo jest w tym sensie nowe”. Brzmi to nieprzystojnie cynicznie w obliczu jego ówczesnej niesłychanej zdrady, lecz jest przy tym bezsprzecznie prawdziwe. I nic nie było równie fatalne dla narodów, zwłaszcza chrześcijańskich, nic nie wydaje tak niszczącego wyroku na to samo chrześcijaństwo, jak ów osławiony fakt, że „przetrwało historycznie do dzisiaj” i trwa nadal. Gdyby jednak po tradycyjnej historiografii, koronującej zwycięzców, będącej jedynie innym rodzajem hagiografii, nastąpiło dziejopisarstwo i krytyka historyczna krytyczne dla władzy, rzeczywiście etyczne, to cóż mogłoby być bardziej pożądanego, cóż bardziej korzystnego dla narodów, zwłaszcza tych zawsze i wciąż uciskanych i wyzyskiwanych? I tu wspominam na koniec na słowa poety i myśliciela, na sentencję laureata Nagrody Nobla Eliasa Canettiego, poprzedzającą pierwszy tom Kryminalnej historii chrześcijaństwa: „Dla historyków wojny są jak świętość; jako zbawienne lub nieuniknione burze wyłamują się ze sfery nadnaturalności i włączają w oczywisty i wytłumaczalny bieg świata. Nienawidzę respektu historyków przed czymkolwiek, co się wydarzyło, tylko dlatego, że się wydarzyło, ich fałszywych, ustalanych po fakcie miar, ich bezsilności, która pada plackiem przed każdą formą władzy”. Karlheinz Deschner

18 ROZDZIAŁ 1. Cesarz Ludwik I Pobożny ( ) „Rzesza Ludwika miała być państwem pokoju […]. Nie wykluczało to jednak wojen przeciwko poganom, lecz ją wręcz do nich zmuszało, ponieważ byli uważani za sprzymierzeńców szatana”. Heinrich Fichtenau 4 „Jak zachowywał się Kościół w tym smutnym czasie? Jest rzeczą ciekawą obserwować, jak Kościołowi udaje się zdobyć zwierzchnictwo, gdy władza cesarska chyli się ku upadkowi. Jest oczywiste, że decydującą rolę odegrali tu frankijscy biskupi […]. Wszystko wskazuje na to, że tacy panowie jak Agobard i Wala, Paschazjusz Radbert, Bernard z Wienny i Ebbo z Reims trzymali w rękach nitki tych zawikłanych intryg i wykorzystali żądzę władzy i ambicje świeckich w najuczciwszych i bezinteresownych zamiarach dla większej chwały Boga”. H. Daniel-Rops 5 „Lecz z państwem działo się tak, że każdy gnany swymi złymi namiętnościami szukał jedynie swej korzyści, z dnia na dzień gorzej”. Nithardi historiarum 6 „[…] a nędza ludzi rosła po wielekroć z każdym dniem”. Annales Xantenses (834 r.) 7 Karol „Wielki”, Święty, był aktywny nie tylko na polu bitwy. O ile wiadomo, spłodził również dziewiętnaścioro dzieci, ośmiu synów, jedenaście córek i to jednocześnie z dziewięcioma różnymi kobietami (oczywiście jest to mała trzódka wobec 61 dzieci biskupa Henryka z Leodium, owego pracowitego robotnika w winnicy Pańskiej, któremu papież Grzegorz X wylicza w XIII wieku zaledwie „14 synów w ciągu 22 miesięcy „). Mimo jednak błogosławieństwa w dzieciach dla Karolinga nie było żadnych problemów z sukcesją. Na wypadek śmierci Karol podzielił Rzeszę w tak zwanym Divisio regnorum między swych trzech synów. Każdy zobowiązany był przy tym do defensio sancti Petri, obrony Kościoła rzymskiego. Jednakże zupełnie nieoczekiwanie przyszło ojcu pochować dwu starszych synów: w roku 810 Pepina, a w rok później Karola, któremu najwyraźniej długi czas była przeznaczona korona cesarska jako głównemu spadkobiercy. Był to dla króla cios tak wielki, że zamierzał zostać mnichem. Z „legalnych” synów pozostał mu już jedynie urodzony w roku 778 w Chasseneuil koło Poitiers Ludwik, najmłodszy i, jak wiedział, najmniej zdatny do panowania, który ostatecznie został w wieku trzydziestu sześciu lat cesarzem, potem został zrzucony z tronu, znowu na nim osadzony, jeszcze raz strącony i ponownie przywrócony. Wszystko dobre, co się dobrze kończy? W każdym razie pobożny Ludwik, co ważniejsze niż wszystko inne, już od małego „uczył się zawsze bojaźni bożej i miłości”, jak to przekazuje około roku 837 jeden z jego współczesnych biografów, czcigodny Frank Thegan, biskup sufragan diecezji trewirskiej, proboszcz kapituły św. Kasjusza w Bonn. Od roku 781 Ludwik był królem Akwitanii, namaszczonym przez papieża Hadriana I. A w niedzielę 11 września 813 roku jego ojciec ogłosił go w Akwizgranie swym następcą i kazał ukoronować na współcesarza, tym razem rezygnując z udziału papieża, a nawet jakiegokolwiek duchownego.

19 Wszakże odbyło się to wszystko przed ołtarzem, „na chwałę naszego Pana Jezusa Chrystusa” po długich modłach obu możnych. Karol napominał swego syna i następcę do szczególnej miłości i bojaźni Wszechmogącego, by przestrzegał we wszystkim jego przykazań, kierował jego kościołami, czcił kapłanów jak ojców, a lud kochał jak synów. Krnąbrnych i złych ludzi miał przymuszać do zbawienia, opiekować się klasztorami i ustanawiać sługi boże. Prawie nie było końca zaklinaniu Pana, ale potem gdy Ludwik zaprzysiągł wszystkiego dotrzymywać ukoronował go na współcesarza, na co lud zakrzyknął „Niech żyje cesarz Ludwik!” i obaj monarchowie wysłuchali mszy. Od czasu koronacji Karol, podupadający już mocno na zdrowiu, cierpiący na niedowład jednej stopy jeśli możemy zaufać biskupowi Theganowi modlił się jedynie, rozdzielał jałmużnę i „poprawiał”, albo jak mówi Thegan, „korygował najlepiej” (optime correxerat) wszystkie cztery ewangelie, nieomylne Słowo Boże, nim zmarł 28 stycznia 814 roku. Pozostawiał synowi ogromną Rzeszę, prawie w całości zagrabioną przez niego samego lub jego przodków i poprzedników, składającą się z czterech wielkich części: Francji, centralnej części państwa, z dworami królewskimi i wielkimi opactwami, a dalej Germanii, Akwitanii i Italii 8. Zabijanie i modlitwa Dwie dziedziny, które od dawna i jeszcze przez wiele stuleci determinowały każdego chrześcijańskiego władcę, odcisnęły się na życiu młodego Ludwika: wojna i Kościół. Wszyscy szlachetnie urodzeni chrześcijanie winni byli poznawać tak zwane rzemiosło wojenne od wczesnego dzieciństwa. Z reguły musieli być wykształceni w sztuce rycerskiej przed osiągnięciem dojrzałości, a w wieku 14 lub 15 lat, czasem jeszcze wcześniej, zdolni do władania bronią. I, co oczywiste, „możni palili się do wyruszenia na wojnę” (Riche). (Natomiast nie było wśród nich ani jednego „Wielkiego”, który by umiał czytać czy wręcz pisać. „Piszą trzy palce, a pracuje całe ciało”, brzmiało powszechnie cytowane porzekadło. Znaczyło to, że pisanie niszczy oczy, wykrzywia plecy, szkodzi żebrom i brzuchowi, bolą nerki, całe ciało odczuwa wstręt). Również Ludwik, silnego ciała i mocnych ramion, który w jeździe konnej, strzelaniu z łuku i rzucaniu oszczepem nie miał „równego sobie”, ale według wyników badań był pokojowo usposobiony, towarzyszył ojcu na jego żądanie w niszczycielskiej wyprawie przeciw Awarom (IV, s. 291 i nast.), w każdym razie aż do Lasu Wiedeńskiego. Wkrótce potem, w roku 793, wspierał znów na ojcowski rozkaz w odwetowej wyprawie swego brata Pepina w południowych Włoszech. Najpierw młodzieniec świętuje „dzień narodzin Chrystusa w Rawennie” jak pisze autor drugiej mu współczesnej (i jedynej pełnej) biografii Ludwika, według własnych słów żyjący od roku 814 na cesarskim dworze i dla swej znajomości gwiazd zwany Astronomem, nieznany duchowny cesarskiej kaplicy a potem „wpadają połączonymi siłami do prowincji Benewentu, pustoszą wszystko, dokąd się obrócą […]”. Ludwik był przy tym szczególnie dobrym chrześcijaninem, jeszcze lepszym niż jego święty ojciec. Wiele współczesnych świadectw, wśród nich 28 samych dokumentów z Fuldy z lat , nazywa go pius, piissimus; przydomek władcy wszakże od dawna zakrzepły w pusty frazes. Jednakowoż często opowiada się o „pobożności” Ludwika; i owszem, frankijski kleryk Ermoldus Nigellus pisze w panegirycznym eposie in honorem Hludovici Christianissimi Caesaris Augusti (od którego spodziewa się wyraźnie unieważnienia wyroku skazującego na banicję), że Ludwik rządzi wręcz „z pomocą swej pietas”. Zresztą cesarz otrzymał zadomowiony we wszystkich europejskich językach przydomek pius (Pobożny, le Pieux, U Pio, the Pious, również Louis le Debonnaire, Łagodny, nowożytne deprecjonujące

20 miano francuskich historyków) wcale nie za swego życia, gdy go zwykle zwano Hludovicus imperator, lecz najwcześniej zapewne pod koniec IX wieku. Już jako dziecku dano Ludwikowi wicekrólestwo Akwitanii oraz dano do boku Radę Regencyjną i tam powrócił na wiosnę roku 794 po wyprawie do Benewentu w towarzystwie comites swego ojca. I tak umiał nie tylko ukrócić władzę rodzimej arystokracji, lecz również wyprawić się do południowego sąsiada oczywiście jedynie na odgórne polecenie co wyczerpało wszystkie akcje w polityce zagranicznej, a zwłaszcza militarne, króla. Na rozkaz Karola jego pobożny, pokojowo usposobiony syn napadał po wielekroć Hiszpanię. Podbił i zniszczył Leridę. „Następnie pisze Astronom i po tym, jak pozostałe miasta zostały spustoszone i spalone, poszedł do Huesci. Obfitujący w żyzne pola obszar wokół miasta został przez drużynę stratowany, spustoszony, spalony, a wszystko, co się znajdowało poza miastem, zniszczone przez ogień”. Jak prawie zawsze w owym czasie jedynie zima powstrzymała młodego Ludwika od dalszych dokonań chrześcijańskiej kultury. Poza tym katolicki heros palił poza miastami okazjonalnie również ludzi, jeśli nawet tylko „prawem odwetu” (Anonymi vita Hludovici); zupełnie po biblijnemu: oko za oko, ząb za ząb. I ledwie „to załatwił”, według tego samego źródła, „wydało się królowi i jego doradcom konieczne, pomaszerować do ataku na Barcelonę”. I gdy oblężeni z głodu całymi tygodniami zjadali już tylko starą skórę, służącą do zawieszania na drzwiach, a inni ze zwątpienia nad nędzą wojny rzucali się głową w dół z murów, poddał się niecny wróg, a Ludwik uczcił to „poświęconym Bogu świętem dziękczynnym”, wszedł z kapłanami, „którzy poprzedzali jego i wojsko, w uroczystym pochodzie, wśród pieśni pochwalnych w bramy miasta i udał się do kościoła świętego i zwycięskiego Krzyża […]”. Oczywiście Ludwik raz za razem nachodził wrażych hiszpańskich sąsiadów, bliżej nie było już nikogo. Astronom donosi o takich napadach w ciągu kolejnych lat. „Następnego lata wyruszył on jednak z tak wielką siłą, jaka mu się wydała konieczna, do Hiszpanii, przez Barcelonę do Tarragony, pojmał, kogo tam znalazł, innych zmusił do ucieczki, a wszystkie osady, kasztele i miasta do Tortosy zniszczyło wojsko i strawił lasy płomień”. Potem znów napadli z ukrycia od tyłu na nie przygotowanego przeciwnika, „spustoszyli jak okiem sięgnąć kraj nieprzyjaciół […], walczyli mocno i zmusili ich z pomocą Chrystusa do ucieczki. Kogo chwycili, zabijali i z radością brali łupy […]. Król Ludwik wrócił jednak do domu, po radosnym powitaniu swoich ludzi i całkowitym spustoszeniu nieprzyjacielskiego kraju”. Wierny chrześcijanin. Przy tym można przeczytać w starym standardowym dziele katolickim o Ludwiku: „O wszystkich myślał dobrze”, jego charakter był „szlachetny”, jego serce „przyozdobione wszelkimi dobrymi obyczajami” (Wetzer, Welte). Krwawy miecz i złoty charakter, pasuje to ze wszech miar do tej religii; czyż nie był to daleki, skromny odblask wręcz samego Pana Boga i jego praktyk z ogniem piekielnym? Albowiem, słowami ostrej jak brzytwa teologiki doktora Kościoła papieża Grzegorza I „Wielkiego”: „Wszechmocny Bóg, w swej dobroci, nie znajduje zadowolenia w męce nieszczęsnych; ale w swej sprawiedliwości nie będzie, karzączłych, na wieki wieków łagodnie usposobiony”. Wygodna religia. W każdym przypadku zawsze coś znajdzie. Z tym właśnie Bogiem, dobrym, lecz przeciwnym ludziom złym a wszyscy wrogowie są źli „na wieki wieków nie łagodnym”, dokonywała się każda grabież i każdy mord, jak to było już za czasów miłych Bogu Merowingów i Pepinidów, wciąż od nowa na chrześcijańskim Zachodzie. I dalej czytamy: „Lecz z ufnością w pomoc bożą nasi, choć nieporównanie i liczebnie daleko słabsi niż tamci, zmusili jednakże wrogów do ucieczki i

15 Jedno trafienie może zaliczyć sobie Maria R.-Alföldi rzeczywiście (s. 156): moją zamianę bazyliki laterańskiej na bazylikę przy Forum Romanum. Triumf! Streszczam moją prezentację cesarza, włączam wcześniejsze wyjaśnienia, które wydają mi się szczególnie trafne, i konfrontuję na zakończenie, też w skrócie, z naszkicowanym przez moją krytyczkę „innym wizerunkiem Konstantyna”. Konstantyn I dla kariery zafałszował religię swego ojca Konstancjusza Chlorusa, wcześniejszego gwardzisty cesarskiego, kazał się nielegalnie wynieść na cesarza i z żądzy władzy bez przyczyny zniszczyć dioklecjański system tetrarchii oraz zamordować trzech współcesarzy. Przez całe życie prowadził wojnę. Jest agresywny „od początku” (Stallknecht); przed oczami miał zawsze „tylko jeden cel powiększenie władzy” (Vogt); przy czym nieustannie odznacza się „straszną brutalnością” (Kornemann): w 306 roku wobec Brukterów, w 310 również wobec nich, w 312 wobec współcesarza Maksencjusza, w 313 wobec Franków, w 314 wobec Sarmatów, w 315 wobec Gotów, mniej więcej w tym samym czasie wobec współcesarza Licyniusza, przy czym miał zlikwidować ponad 20 000 swych wrogów. W 320 roku srożył się wobec Alamanów, w 322 wobec Sarmatów, w 323 wobec Gotów, przy czym każdego, kto im sprzyja, rozkazuje spalić żywcem. W 324 roku przeciwko współcesarzowi Licyniuszowi, jest to „wojna religijna”, przed którą Konstantyn, wyruszający w pole z biskupami polowymi, „święty i czysty” odprawia modły wraz ze swą armią, a ostatecznie na placu boju pozostaje 40 000 trupów; 130 okrętów i 5000 marynarzy idzie na dno u skalistego wybrzeża koło Gallipoli. Licyniuszowi obiecuje Konstantyn ostatecznie życie i rok później każe go udusić, także zlikwidować wielu jego prominentnych stronników we wszystkich miastach Wschodu. „Każdy chrześcijański cesarz starał się iść za tym wielkim przykładem”, zapewnia katolicki teolog Stockmeier; „zawsze można było przywołać jego postać, chcąc wskazać książętom ideał [!]”. A nawet, stał się „idealną postacią […] chrześcijańskiego władztwa w ogóle” (Löwe). Wszystko to, tutaj jedynie wyliczone, odzwierciedla się u R.-Alföldi (s. 148) w jednym zdaniu: „Najpierw umacnia się, następnie krok po kroku odbiera obszary swego współregenta, by ostatecznie w 324 roku zjednoczyć pod swym berłem całe rzymskie Imperium”. Tak widziana historia staje się czystą i aseptyczną rzeczą. Nie płynie krew, nawet jeśli zaraz dodaje: „Wielokrotnie musi walczyć na granicach, by zabezpieczyć obszar Imperium”. W 328 roku Konstantyn wyrusza na Gotów, w 329 na Alamanów, w 332 znów przeciwko Gotom, których straty, spowodowane również przez głód i mróz, liczone są na sto tysięcy. I jeszcze w roku swej śmierci 337 „twórca chrześcijańskiego imperium światowego” chciał wyprawić się wraz z wieloma biskupami polowymi przeciwko Persom. O tym wszystkim jednak, dzięki czemu Konstantyn stał się twórcą chrześcijańskiego Zachodu, a co dopiero uczyniło go jak mutatis mutandis później Karola I „Wielkim”, niewiele znajdziemy u Marii R.-Alföldi i to raczej wymuszone polemiką ze mną. Również o osobistym okrucieństwie cesarza, dla którego życie ludzkie nie miało „żadnej wartości” (Seeck), zainicjowanych przezeń „igrzyskach frankijskich” (14-20 lipca), o „ludi Gothici” (4-9 lutego), gdy wziętych jeńców całymi stadami rzucał na arenie dzikim zwierzętom, o tym wszystkim absolutnie nic; podobnie na temat skrytobójczych mordów najbliższych krewnych. Prawdopodobnie tego brutalnego wyrzynania (jakie jego syn Konstancjusz II kontynuuje już w roku śmierci swego ojca, proceder mordowania krewnych w ogóle bowiem pozostaje regułą w chrześcijańskich dynastiach), prawdopodobnie dotyczy tej jego okrutnej cechy świętego Wielkiego jedno subtelne, kobiece zdanie Marii R.-Alföldi, które chyba nie może brzmieć bardziej groteskowo: „Zdaje się mieć nawet skłonności do porywczości” (s. 158). Utrzymanie na życzenie chrześcijańskiego władcy Konstantyna tortur również przed sądem „a przewidziane w tym celu metody były okrutne” (Grant) nie są wspomniane

16 ani słowem przez „badaczkę Konstantyna o międzynarodowej reputacji” (s. 148). Tak samo jak haniebne dręczenie niewolników. Kiedy więc niewolnicy umierają od ciosów swych panów, jak dekretuje Konstantyn 18 kwietnia 326 roku, to zabójcy „są wolni od winy (culpa nudi sunt) […] niech się ich panowie nie obawiają dochodzenia (questionem)…” A jego majestat zabrania w kolejnym dekrecie wręcz wyraźnie sprawdzania, czy niewolnik został zabity umyślnie, czy nie! Takie rzeczy obrończyni „Wielkiego” pomija całkowicie. Także niemal każdy szczegół ze szczególnie ważnego i dlatego zdecydowanie najdłuższego podrozdziału „Od Kościoła pacyfistów do Kościoła klechów polowych”. Jego przedmiotem jest fakt o fundamentalnym znaczeniu, do dzisiaj dezawuujący Kościół powszechny, że jego teologowie pierwszych trzech stuleci ani na Wschodzie, ani na Zachodzie nie pozwalali na udział w wojnie; że zabraniali nawet obrony koniecznej i kary śmierci, także skazywania na nią, jak i jej wykonywania, jak również prowadzącego do niej donosu (że według zarządzenia kościelnego rzymskiego biskupa i świętego Hipolita z trzeciego wieku nawet myśliwi nie mogli być chrześcijanami). I oto Konstantyn czyni w 313 roku chrześcijaństwo religią dozwoloną z ogromną ilością korzyści zwłaszcza dla hierarchów i od razu dotychczasowi pacyfiści dostarczają nagle prochrześcijańskiemu państwu owieczek pod nóż. Kto teraz odrzucał miecz podczas wojny, zostawał wykluczony, męczennicy-żołnierze zniknęli z kościelnych kalendarzy! W tym kontekście walczyłem przeciwko starym i nowym obrońcom tak niesłychanej zdrady, między innymi z Hansem von Campenhausen na co Maria R.-Alföldi, z właściwym jej wyczuciem istoty sprawy, nie jest w stanie powiedzieć niczego poza zdaniem: „Kulminację stanowi sposób cytowania w rodzaju «teolog z wyższych sfer» […]” (s. 156). I jak teraz wygląda jej „Inny obraz Konstantyna, szkic w paru zarysach” (s. 157)? Muszę go tu jeszcze raz skrócić, tam gdzie możliwe w dosłownym przytoczeniu: osłabiony limes zostaje przez władcę na nowo rozbudowany, wprowadzony bardziej efektywny system podatkowy, obszar Imperium zrestrukturyzowany w celu pomnożenia dochodów, zwiększona potężnie administracja. Zawody i zadania to nie jest mój styl pisania stają się przymusowo dziedziczne, braki zostają wedle możliwości usunięte, powstaje potężny sztab generalny, zostaje założona nowa rezydencja Konstantynopol w strategicznie decydującym miejscu. Sam Konstantyn posiada zatem niewątpliwe umiejętności militarne i wie, jak wykorzystać swe ogromne możliwości, jakie ma jako cesarz. Może być łagodny, działa jednak radykalnie, gdy jego pozycja zostaje zagrożona, początkowo jednakże pozostaje ostrożnym politykiem-realistą. Za pomocą swej władzy usiłuje wyrównać podziały między starą i nową wiarą, preferuje oczywiście chrześcijan, wszakże działa też przy tym najczęściej ostrożnie i realistycznie, aczkolwiek kwestia wojny sprawiedliwej napadniętych mocno obciąża dobrych chrześcijan. Krótko mówiąc, odważny odnowiciel, jego działanie wykazuje zadziwiająco trwałe skutki i służy przyszłości jako użyteczna baza „także chrześcijaństwo jest w tym sensie nowe, prowadziło i prowadzi dzisiaj historycznie dalej” (s. 159). Czyż nie brzmi to dobrze, nie swojsko uczenie, gdy ona, tak pisze wydawca w czołówce, „reasumuje stan wiedzy na temat Konstantyna”? Czy płynie u niej krew? Czy ludy i plemiona zdychają w gnoju? Nie, gnój piętrzy się u mnie! Moja „nadmierna, więcej jeszcze, naładowana uczuciami gorliwość jest dziwaczna”, wygląda „niewiarygodnie”, uniemożliwia „rzetelny udział w dyskusji”. Tym sposobem do mojego przedsięwzięcia odnosi się „w pełnej rozciągłości pełne zadumania zdanie francuskiego poety Paula Valery’ego, gdy powiada: «Historiografia stanowi najniebezpieczniejszy produkt, jaki kiedykolwiek był używany w laboratorium ludzkiego intelektu»”. (Na marginesie: „gdy powiada…”, nieco niezdarne, głupawe, zupełnie zbędne. Nie na marginesie: pani profesor od nauk pomocniczych starożytności dostarcza w przypisie na tej stronie oryginalną wersję tego zdania. Literówkę

17 „dangeureux” pominę. Lecz z „laboratorium ludzkiego intelektu”, w którym „kiedykolwiek” coś „warzono” nie ma u Valery’ego ani sylaby. Gdybym ja pozwolił sobie na tego rodzaju swobodę tłumaczenia, to gwarantuję, że pomocnicza pani naukowiec zarzuciłaby mi „traduttore, traditore”, „tendencyjność”, a nawet „kłamliwość”). A poza tym: o trafności bonmotu Valery’ego, jego sygnifikancji 3, również i ja jestem przekonany, o znaczeniu tego zdania patrząc na historiografię zazwyczaj opanowaną przez atrybuty bieżącej polityki, na historiografię, która wprawdzie zawsze gorliwie potępia wszelkie małe gangsterstwa, często również jedynie domniemane, a co dopiero popełnione, wisi natomiast uniżenie całymi latami na garnuszku wielkich przestępców. Nieustannie stawia owa historiografia najbardziej zepsute wzorce. Nieustannie jej perwersyjne wykrzywione pseudoideały korumpują ludzkość. Jej nędzą, wynikającą zgłęboko nieetycznego, gardzącego człowiekiem, posłusznego jedynie władzy, otumanionego sukcesem sposobu myślenia, jest ona obciążona w nie mniejszym stopniu, niż same gloryfikowane przez nią krwawe bestie. I w nie mniejszym niż chrześcijaństwo. Owo chrześcijaństwo, o którym R.-Alföldi (s. 159) pisze w bezpośrednim nawiązaniu do „działalności” Konstantyna: „również chrześcijaństwo jest w tym sensie nowe”. Brzmi to nieprzystojnie cynicznie w obliczu jego ówczesnej niesłychanej zdrady, lecz jest przy tym bezsprzecznie prawdziwe. I nic nie było równie fatalne dla narodów, zwłaszcza chrześcijańskich, nic nie wydaje tak niszczącego wyroku na to samo chrześcijaństwo, jak ów osławiony fakt, że „przetrwało historycznie do dzisiaj” i trwa nadal. Gdyby jednak po tradycyjnej historiografii, koronującej zwycięzców, będącej jedynie innym rodzajem hagiografii, nastąpiło dziejopisarstwo i krytyka historyczna krytyczne dla władzy, rzeczywiście etyczne, to cóż mogłoby być bardziej pożądanego, cóż bardziej korzystnego dla narodów, zwłaszcza tych zawsze i wciąż uciskanych i wyzyskiwanych? I tu wspominam na koniec na słowa poety i myśliciela, na sentencję laureata Nagrody Nobla Eliasa Canettiego, poprzedzającą pierwszy tom Kryminalnej historii chrześcijaństwa: „Dla historyków wojny są jak świętość; jako zbawienne lub nieuniknione burze wyłamują się ze sfery nadnaturalności i włączają w oczywisty i wytłumaczalny bieg świata. Nienawidzę respektu historyków przed czymkolwiek, co się wydarzyło, tylko dlatego, że się wydarzyło, ich fałszywych, ustalanych po fakcie miar, ich bezsilności, która pada plackiem przed każdą formą władzy”. Karlheinz Deschner

18 ROZDZIAŁ 1. Cesarz Ludwik I Pobożny (814-840) „Rzesza Ludwika miała być państwem pokoju […]. Nie wykluczało to jednak wojen przeciwko poganom, lecz ją wręcz do nich zmuszało, ponieważ byli uważani za sprzymierzeńców szatana”. Heinrich Fichtenau 4 „Jak zachowywał się Kościół w tym smutnym czasie? Jest rzeczą ciekawą obserwować, jak Kościołowi udaje się zdobyć zwierzchnictwo, gdy władza cesarska chyli się ku upadkowi. Jest oczywiste, że decydującą rolę odegrali tu frankijscy biskupi […]. Wszystko wskazuje na to, że tacy panowie jak Agobard i Wala, Paschazjusz Radbert, Bernard z Wienny i Ebbo z Reims trzymali w rękach nitki tych zawikłanych intryg i wykorzystali żądzę władzy i ambicje świeckich w najuczciwszych i bezinteresownych zamiarach dla większej chwały Boga”. H. Daniel-Rops 5 „Lecz z państwem działo się tak, że każdy gnany swymi złymi namiętnościami szukał jedynie swej korzyści, z dnia na dzień gorzej”. Nithardi historiarum 6 „[…] a nędza ludzi rosła po wielekroć z każdym dniem”. Annales Xantenses (834 r.) 7 Karol „Wielki”, Święty, był aktywny nie tylko na polu bitwy. O ile wiadomo, spłodził również dziewiętnaścioro dzieci, ośmiu synów, jedenaście córek i to jednocześnie z dziewięcioma różnymi kobietami (oczywiście jest to mała trzódka wobec 61 dzieci biskupa Henryka z Leodium, owego pracowitego robotnika w winnicy Pańskiej, któremu papież Grzegorz X wylicza w XIII wieku zaledwie „14 synów w ciągu 22 miesięcy „). Mimo jednak błogosławieństwa w dzieciach dla Karolinga nie było żadnych problemów z sukcesją. Na wypadek śmierci Karol podzielił Rzeszę w tak zwanym Divisio regnorum między swych trzech synów. Każdy zobowiązany był przy tym do defensio sancti Petri, obrony Kościoła rzymskiego. Jednakże zupełnie nieoczekiwanie przyszło ojcu pochować dwu starszych synów: w roku 810 Pepina, a w rok później Karola, któremu najwyraźniej długi czas była przeznaczona korona cesarska jako głównemu spadkobiercy. Był to dla króla cios tak wielki, że zamierzał zostać mnichem. Z „legalnych” synów pozostał mu już jedynie urodzony w roku 778 w Chasseneuil koło Poitiers Ludwik, najmłodszy i, jak wiedział, najmniej zdatny do panowania, który ostatecznie został w wieku trzydziestu sześciu lat cesarzem, potem został zrzucony z tronu, znowu na nim osadzony, jeszcze raz strącony i ponownie przywrócony. Wszystko dobre, co się dobrze kończy? W każdym razie pobożny Ludwik, co ważniejsze niż wszystko inne, już od małego „uczył się zawsze bojaźni bożej i miłości”, jak to przekazuje około roku 837 jeden z jego współczesnych biografów, czcigodny Frank Thegan, biskup sufragan diecezji trewirskiej, proboszcz kapituły św. Kasjusza w Bonn. Od roku 781 Ludwik był królem Akwitanii, namaszczonym przez papieża Hadriana I. A w niedzielę 11 września 813 roku jego ojciec ogłosił go w Akwizgranie swym następcą i kazał ukoronować na współcesarza, tym razem rezygnując z udziału papieża, a nawet jakiegokolwiek duchownego.

19 Wszakże odbyło się to wszystko przed ołtarzem, „na chwałę naszego Pana Jezusa Chrystusa” po długich modłach obu możnych. Karol napominał swego syna i następcę do szczególnej miłości i bojaźni Wszechmogącego, by przestrzegał we wszystkim jego przykazań, kierował jego kościołami, czcił kapłanów jak ojców, a lud kochał jak synów. Krnąbrnych i złych ludzi miał przymuszać do zbawienia, opiekować się klasztorami i ustanawiać sługi boże. Prawie nie było końca zaklinaniu Pana, ale potem gdy Ludwik zaprzysiągł wszystkiego dotrzymywać ukoronował go na współcesarza, na co lud zakrzyknął „Niech żyje cesarz Ludwik!” i obaj monarchowie wysłuchali mszy. Od czasu koronacji Karol, podupadający już mocno na zdrowiu, cierpiący na niedowład jednej stopy jeśli możemy zaufać biskupowi Theganowi modlił się jedynie, rozdzielał jałmużnę i „poprawiał”, albo jak mówi Thegan, „korygował najlepiej” (optime correxerat) wszystkie cztery ewangelie, nieomylne Słowo Boże, nim zmarł 28 stycznia 814 roku. Pozostawiał synowi ogromną Rzeszę, prawie w całości zagrabioną przez niego samego lub jego przodków i poprzedników, składającą się z czterech wielkich części: Francji, centralnej części państwa, z dworami królewskimi i wielkimi opactwami, a dalej Germanii, Akwitanii i Italii 8. Zabijanie i modlitwa Dwie dziedziny, które od dawna i jeszcze przez wiele stuleci determinowały każdego chrześcijańskiego władcę, odcisnęły się na życiu młodego Ludwika: wojna i Kościół. Wszyscy szlachetnie urodzeni chrześcijanie winni byli poznawać tak zwane rzemiosło wojenne od wczesnego dzieciństwa. Z reguły musieli być wykształceni w sztuce rycerskiej przed osiągnięciem dojrzałości, a w wieku 14 lub 15 lat, czasem jeszcze wcześniej, zdolni do władania bronią. I, co oczywiste, „możni palili się do wyruszenia na wojnę” (Riche). (Natomiast nie było wśród nich ani jednego „Wielkiego”, który by umiał czytać czy wręcz pisać. „Piszą trzy palce, a pracuje całe ciało”, brzmiało powszechnie cytowane porzekadło. Znaczyło to, że pisanie niszczy oczy, wykrzywia plecy, szkodzi żebrom i brzuchowi, bolą nerki, całe ciało odczuwa wstręt). Również Ludwik, silnego ciała i mocnych ramion, który w jeździe konnej, strzelaniu z łuku i rzucaniu oszczepem nie miał „równego sobie”, ale według wyników badań był pokojowo usposobiony, towarzyszył ojcu na jego żądanie w niszczycielskiej wyprawie przeciw Awarom (IV, s. 291 i nast.), w każdym razie aż do Lasu Wiedeńskiego. Wkrótce potem, w roku 793, wspierał znów na ojcowski rozkaz w odwetowej wyprawie swego brata Pepina w południowych Włoszech. Najpierw młodzieniec świętuje „dzień narodzin Chrystusa w Rawennie” jak pisze autor drugiej mu współczesnej (i jedynej pełnej) biografii Ludwika, według własnych słów żyjący od roku 814 na cesarskim dworze i dla swej znajomości gwiazd zwany Astronomem, nieznany duchowny cesarskiej kaplicy a potem „wpadają połączonymi siłami do prowincji Benewentu, pustoszą wszystko, dokąd się obrócą […]”. Ludwik był przy tym szczególnie dobrym chrześcijaninem, jeszcze lepszym niż jego święty ojciec. Wiele współczesnych świadectw, wśród nich 28 samych dokumentów z Fuldy z lat 819 838, nazywa go pius, piissimus; przydomek władcy wszakże od dawna zakrzepły w pusty frazes. Jednakowoż często opowiada się o „pobożności” Ludwika; i owszem, frankijski kleryk Ermoldus Nigellus pisze w panegirycznym eposie in honorem Hludovici Christianissimi Caesaris Augusti (od którego spodziewa się wyraźnie unieważnienia wyroku skazującego na banicję), że Ludwik rządzi wręcz „z pomocą swej pietas”. Zresztą cesarz otrzymał zadomowiony we wszystkich europejskich językach przydomek pius (Pobożny, le Pieux, U Pio, the Pious, również Louis le Debonnaire, Łagodny, nowożytne deprecjonujące

20 miano francuskich historyków) wcale nie za swego życia, gdy go zwykle zwano Hludovicus imperator, lecz najwcześniej zapewne pod koniec IX wieku. Już jako dziecku dano Ludwikowi wicekrólestwo Akwitanii oraz dano do boku Radę Regencyjną i tam powrócił na wiosnę roku 794 po wyprawie do Benewentu w towarzystwie comites swego ojca. I tak umiał nie tylko ukrócić władzę rodzimej arystokracji, lecz również wyprawić się do południowego sąsiada oczywiście jedynie na odgórne polecenie co wyczerpało wszystkie akcje w polityce zagranicznej, a zwłaszcza militarne, króla. Na rozkaz Karola jego pobożny, pokojowo usposobiony syn napadał po wielekroć Hiszpanię. Podbił i zniszczył Leridę. „Następnie pisze Astronom i po tym, jak pozostałe miasta zostały spustoszone i spalone, poszedł do Huesci. Obfitujący w żyzne pola obszar wokół miasta został przez drużynę stratowany, spustoszony, spalony, a wszystko, co się znajdowało poza miastem, zniszczone przez ogień”. Jak prawie zawsze w owym czasie jedynie zima powstrzymała młodego Ludwika od dalszych dokonań chrześcijańskiej kultury. Poza tym katolicki heros palił poza miastami okazjonalnie również ludzi, jeśli nawet tylko „prawem odwetu” (Anonymi vita Hludovici); zupełnie po biblijnemu: oko za oko, ząb za ząb. I ledwie „to załatwił”, według tego samego źródła, „wydało się królowi i jego doradcom konieczne, pomaszerować do ataku na Barcelonę”. I gdy oblężeni z głodu całymi tygodniami zjadali już tylko starą skórę, służącą do zawieszania na drzwiach, a inni ze zwątpienia nad nędzą wojny rzucali się głową w dół z murów, poddał się niecny wróg, a Ludwik uczcił to „poświęconym Bogu świętem dziękczynnym”, wszedł z kapłanami, „którzy poprzedzali jego i wojsko, w uroczystym pochodzie, wśród pieśni pochwalnych w bramy miasta i udał się do kościoła świętego i zwycięskiego Krzyża […]”. Oczywiście Ludwik raz za razem nachodził wrażych hiszpańskich sąsiadów, bliżej nie było już nikogo. Astronom donosi o takich napadach w ciągu kolejnych lat. „Następnego lata wyruszył on jednak z tak wielką siłą, jaka mu się wydała konieczna, do Hiszpanii, przez Barcelonę do Tarragony, pojmał, kogo tam znalazł, innych zmusił do ucieczki, a wszystkie osady, kasztele i miasta do Tortosy zniszczyło wojsko i strawił lasy płomień”. Potem znów napadli z ukrycia od tyłu na nie przygotowanego przeciwnika, „spustoszyli jak okiem sięgnąć kraj nieprzyjaciół […], walczyli mocno i zmusili ich z pomocą Chrystusa do ucieczki. Kogo chwycili, zabijali i z radością brali łupy […]. Król Ludwik wrócił jednak do domu, po radosnym powitaniu swoich ludzi i całkowitym spustoszeniu nieprzyjacielskiego kraju”. Wierny chrześcijanin. Przy tym można przeczytać w starym standardowym dziele katolickim o Ludwiku: „O wszystkich myślał dobrze”, jego charakter był „szlachetny”, jego serce „przyozdobione wszelkimi dobrymi obyczajami” (Wetzer, Welte). Krwawy miecz i złoty charakter, pasuje to ze wszech miar do tej religii; czyż nie był to daleki, skromny odblask wręcz samego Pana Boga i jego praktyk z ogniem piekielnym? Albowiem, słowami ostrej jak brzytwa teologiki doktora Kościoła papieża Grzegorza I „Wielkiego”: „Wszechmocny Bóg, w swej dobroci, nie znajduje zadowolenia w męce nieszczęsnych; ale w swej sprawiedliwości nie będzie, karzączłych, na wieki wieków łagodnie usposobiony”. Wygodna religia. W każdym przypadku zawsze coś znajdzie. Z tym właśnie Bogiem, dobrym, lecz przeciwnym ludziom złym a wszyscy wrogowie są źli „na wieki wieków nie łagodnym”, dokonywała się każda grabież i każdy mord, jak to było już za czasów miłych Bogu Merowingów i Pepinidów, wciąż od nowa na chrześcijańskim Zachodzie. I dalej czytamy: „Lecz z ufnością w pomoc bożą nasi, choć nieporównanie i liczebnie daleko słabsi niż tamci, zmusili jednakże wrogów do ucieczki i

21 zapełnili drogę uciekających wieloma ciałami: i nie prędzej odstąpili od mordowania (et Leo usque manus ab eorum caede non continuerunt), niż gdy słońce, a z nim dzienne światło, znikło i cień pokrył ziemię, zaświeciły się błyszczące gwiazdy, by noc rozjaśnić. Następnie powrócili z pomocą Chrystusa z wielką radością i wielkimi skarbami do swoich”. Prawie romantyczne, taki mały upust krwi. I zawsze tylko z Bogiem, jego pomocą, jego błogosławieństwem, jego ochroną. Na przykład, gdy już właśnie kogoś tam powieszono, a „prawie wszystkim pozostałym odebrano kobiety albo synów”, to jest napisane, że zaraz potem: „król i jego ludzie pod ochroną bożą ruszyli do domu”. Niekiedy Ludwik nie mógł brać udziału w wyprawach „we własnej osobie”. Lecz w następnym roku wyprawia się znów na Tortosę: „tak uciskał i szkodził miastu za pomocą taranów, katapult i innych machin oblężniczych, że jego mieszkańcy porzucili nadzieję […]”. Albo wyrusza na Basków. Na samą „pogłoskę”, że chcieli podnieść głowę, król zarządza dla „dobra publicznego” nową wyprawę wojenną, pozostawia „wszystko, co posiadają, wojsku do splądrowania. Wreszcie gdy wszystko, co mogło do nich należeć, zostało zniweczone, przyszli błagać o łaskę i na koniec musieli, straciwszy wszystko, uważać za wielki dar, że otrzymali przebaczenie” (Anonymi Vita Hludovici). Tak się wychowuje swoich ludzi. Krótko mówiąc, w coraz większej mierze potwierdza się, że w przypadku Ludwika Pobożnego, powtarzając za Fichtenauem, „chrześcijańska nauka osiągnęła głębsze pokłady […]”, żeby bowiem krew tych wszystkich barbarzyńsko wyciętych w pień nie tryskała zbyt mocno, żeby ta kronika nie utonęła już całkiem w grozie, coraz mocniej wynosi się pierwiastek duchowy, boski i z godnością maże się go krwią. Jak Ludwikowi „nikt w strzelaniu z łuku lub rzucaniu oszczepem nie dorównywał”, w robieniu orężem, instrumentami mordu, tak również posiadał, wychowany w surowym duchu monastycznym Akwitanii, Adjutor Dei, adiutant, służebnik tak zwanego Boga, co zawsze oznaczało Kościoła, znaczącą godność kapłańską, a takoż duchowo ochocze kolana. Dlatego biskup Thegan powiada o nim w tym samym kontekście: „Nigdy nie podnosił swego głosu do śmiechu”. Oraz: „Gdy udawał się codziennie rankiem na modlitwę do kościoła, zginał zawsze kolana i dotykał czołem podłogi, długo pokornie się modląc, niekiedy wśród łez […]”. Krótko mówiąc, tak relacjonuje następnie jego biograf-biskup: „i zawsze zdobiły go wszelkie dobre obyczaje”. A nawet, „świętą pobożnością powodowany”, zdradza również żywot Ludwika, nie pozwolił „zaniedbać niczego, o czym sądził, że mogło przysporzyć chwały świętemu Kościołowi bożemu”. Ludwik Pobożny znajdował się od dzieciństwa pod wpływem kleru. Od początku tak mocno był związany z Kościołem, że tylko ojciec powstrzymał go od zostania mnichem. Jak go później wychwala Astronom, tak bardzo „zabiegał o służbę bożą i wyniesienie świętego Kościoła, że według jego uczynków bardziej można by go nazwać kapłanem niż królem”. Ludwik, pietystyczny, hiperklerykalny, raczej wrogi kultywowanej przez swego ojca kulturze, nie tylko zastąpił w Akwizgranie żądnych uciech dworaków duchownymi, lecz także wygnał wszystkie prostytutki i zamknął swe siostry w klasztorze. Stosownie do tego jego sposoby rządzenia są nacechowane ideami kościelnymi: prałaci albo współdecydują, albo sami sprawują władzę. Również gdy od roku 819 następują zmiany personalne wśród jego doradców, gdy umiera arcybiskup Kolonii Hildebald, a opat Helizachar się wycofuje, to nowi doradcy, na czele z arcykapelanem i kierującym nadworną kaplicą, opatem Hilduinem z St. Denis, również opaci St. Germaine-des-Prés, St. Medard koło Soissons, St. Ouen w Rouen i Salonne stoją oczywiście nie tylko blisko Kościoła, ale są znów najczęściej duchownymi, a w kwestiach Kościoła reprezentują nawet raczej „jeszcze bardziej radykalny kierunek niż ich poprzednicy” a później stają się najgłówniejszymi przeciwnikami jego drugiej żony Judyty 9.

22 „Początek nowych reform […]” do pięciu litrów wina i czterech litrów piwa dziennie na kanonika Szczególnie w pierwszych latach po przejęciu całkowitej władzy Ludwik zwołał szereg synodów do Akwizgranu i rozkazał zebrać się wyższemu duchowieństwu, by radzić nad szczegółami wielkiej, reformy Kościoła. Wszak dla jego programu Renovatio regni Francorum jedność Kościoła była warunkiem jedności Rzeszy. Tak więc na zgromadzeniu w Akwizgranie późnego lata roku 816 opracowano w Institutiones Aquisgranenses regułę dla kanoniczek, przede wszystkim jednak odnowiono regułę dla kanoników, którą na podobieństwo vita communis stworzył około roku 755 święty biskup Chrodegang z Metzu, pochodzący z jednego z „najpierwszych” rodów „frankijskiej arystokracji”. Wobec jego „reformy” w lokalnych ramach prowadzono dalej reformy o powszechnym znaczeniu, a w szczególności „dążono teraz do dużo mocniejszego ukierunkowania kanoników na ideał monastyczny” (W. Hartmann). Pewne wyobrażenie o tym przekazują przepisy odnośnie pożywienia i napojów wielkiego synodu akwizgrańskiego z roku 816. Każdy kanonik taka „równość” panowała już w tym okresie rozwiniętego feudalizmu miał otrzymywać tę samą ilość jadła i napojów, każdy nie tylko cztery „funty” chleba, lecz również w zależności od okolicy od jednego do pięciu litrów wina. I dodatkowo jeszcze do czterech litrów piwa, również dziennie! Oczywiście badacze widzą w tym dopiero „dążenie” do monastycznego „ideału”. (Lub jak Wilfried Hartmann daje odnośny tytuł:,,a) Początek nowych reform”. W XII wieku niedzielny obiad kapituły katedralnej w Bambergu składał się z ośmiu dań, a w wieku XVIII uczta urodzinowa opata z Ebrach z dwudziestu ośmiu) 10. Co znajdowało się w centrum uwagi wyższego duchowieństwa ówcześnie (jak i dzisiaj), odzwierciedlają dość wiernie dokumenty. Było to mianowicie przekonanie, że jego państwo jest „z tego świata”. Walka o „dobra kościelne” i przeciwko kościołowi prywatnemu Już w roku 813 duża część kanonów pięciu frankijskich conciliae (w Arles, Reims, Moguncji, Châlon i Tours) wspominała o kościelnych dobrach, budynkach i darowiznach na rzecz Kościoła, a nawet każdy z pięciu synodów podnosił temat dziesięciny. Świadczy to zresztą o powszechnej u duchowieństwa żądzy pieniędzy, jeśli (nie tylko w owym czasie) trzeba było zabronić urządzania targów w kościołach! Ale przecież ostatecznie już w czasach biblijnych uczyniono z domu Pana „jaskinię zbójców”. Nie dziwi zatem, kiedy po Bożym Narodzeniu roku 818 conuentus w Akwizgranie „mocno obraduje nad stanem Kościoła i klasztorów”; kiedy już rozdział 1 dokumentu sejmu Rzeszy lat 818-819 poświęcony jest ochronie dóbr kościelnych; rozdział 7 dotyczy darowizn na rzecz Kościoła, takoż punkt 8; kiedy rozdział 12 objaśnia dziesięciny z nowo założonych wsi, rozdział 14 jeszcze raz dziesięciny, a nawet dziewięciny kościelne; i kiedy końcowy rozdział 29 znowu się zwraca ku dobrom kościelnym oraz kwestii kościołów prywatnych, co również podnosiły rozdziały 6 do 14. Kościół prywatny (ecclesia propria) był tak zwanym domem bożym (klasztorem), objętym prywatnym prawem własności, stojącym w posiadłościach świeckiego lub duchownego właściciela ziemskiego i podlegał mu również całkowicie w każdej dziedzinie, ekonomicznej i duchowej. Jak do każdego kościoła krajowego należały całkowicie i w pełni już w IX wieku własne dochody i dobra ziemskie, tak również właściciel ziemi, na której stał kościół, rozporządzał budynkiem kościoła jak innym prywatnym majątkiem. Dysponował on w sposób nieograniczony korzyściami z wszystkich dóbr takiego kościoła łącznie z jego przychodami, majątkiem, zabudowaniami, zyskiem, wszelkiego rodzaju daninami, niekiedy

23 dziesięciną, regaliami, spoliami etc., jak też posiadał prawo obsadzania i odwoływania z urzędów duchownych lub (w przypadku klasztorów) opatów. Kościoły prywatne, wyrosłe już w starożytności na rzymskim gruncie, były w końcu rozpowszechnione w całej Europie, a najbardziej popularne stały się w państwach germańskich w IX i X stuleciu. Od wprowadzenia powszechnego obowiązku dziesięciny opłacało się więc wybudować kościół i być jego właścicielem. Kościoły prywatne były coraz bardziej lukratywną inwestycją i pożądanym przedmiotem spekulacji ekonomicznych, kupna, zamiany, wypożyczeń, darów, dziedziczenia itp., krótko mówiąc „domy boże” stały się „rentowną lokatą kapitału” (Schieffer), „przedsięwzięciem przynoszącym zysk” (Nylander). Wiąże się z tym z pewnością w sposób decydujący fakt, że Kościół stopniowo zaczyna w rozwiniętym średniowieczu zwalczać początkowo przezeń długi czas tolerowane, już od czasów karolińskich tak faktycznie, jak i prawnie usankcjonowane kościoły prywatne. Przy tym, co godne uwagi, kwestionuje najpierw dla zachowania pozorów, jako jawnie szczególnie niewłaściwe dysponowanie przez świeckich urzędami duchownymi w kościołach prywatnych, następnie zaś daleko ważniejsze dlań prywatne korzyści osiągane przez świeckich, aż do groźby ekskomuniki i wreszcie do ostatecznego ich zakazu podczas gdy władza biskupów i klasztorów nad kościołami prywatnymi pozostaje nie naruszona! 11 Tak więc Ludwik Pobożny, pozostający pod przemożnym wpływem Kościoła, zainicjował również pewne radykalne nowości w polityce agrarnej wobec dóbr kościelnych. Mieli zatem świeccy właściciele ziemscy zostać pozbawieni istotnego źródła wpływów, stracić w ogóle jakikolwiek wpływ na obsadzanie urzędów kościelnych, przez co cesarz popadł w ostry konflikt z arystokracją. Biskupi przypominali tymczasem bezustannie o użytkowanych do celów państwowych „dobrach kościelnych”, o wyrządzanych tym dobrom „krzywdach” i o ich zwrocie. Tak było na sejmie Rzeszy w roku 822 w Attigny, rok później znowuż na zgromadzeniu w Compiegne. Oraz w dalszych oświadczeniach przedtem i potem. W mowie przed synodem w roku 822 zaangażował się mocno na rzecz dóbr kościelnych również osławiony arcybiskup Agobard z Lyonu, którego życiową misją była „chrystianizacja świata” (Boshof) i na co najwyraźniej nie uzyskał zezwolenia cesarza zwalczanie żydów (których Agobard atakuje w pięciu traktatach, przy czym antycypuje faszystowski slogan „Nie kupujcie u żydów”!). Dobra kościelne miały być tak święte, jak to było możliwe. Przeto arcybiskup ogłasza wszystkie kanony za nienaruszalne, jako że powstały na koncyliach w zgodzie z Pismem Świętym i przy współdziałaniu Ducha Świętego. Ergo każde ich naruszenie było sprzeciwem wobec Boga, jakakolwiek sekularyzacja dóbr kościelnych naruszeniem praw boskich. Tak to funkcjonuje: wszystko, co duchowieństwo chce mieć, zagarnąć i zachować, należy do Boga. A w Boga nie wolno godzić w żadnym wypadku! (Bóg zaś, tego musi się nauczyć świat wiernych, jest w praktyce kupą prałatów żądnych władzy i pieniędzy). Ludwik Pobożny umocnił także wyjątkową pozycję klasztorów w gospodarce narodowej i wspierał ją poprzez udzielanie licznych zwolnień celnych, praw do bicia monety, zwolnień z obowiązkowych świadczeń wojskowych i innych opłat, co jest kontynuowane przez jego następców, gdy przede wszystkim występują coraz częściej nadania w rzeczach i monecie 12. Reforma prawa małżeńskiego i zaćmienia księżyca albo o zabobonach cesarza Nie może dziwić, że pod rządami związanego z klerem władcy rozpowszechniał się nadal coraz bardziej kościelny kodeks cnót i moralności, jeśli nawet jak zwykle na papierze. Szczególnie dotyczy to Ludwikowego prawa i polityki wobec małżeństwa. Identyfikował się zupełnie, w tym przypadku nie zawsze na korzyść państwa, z życzeniami duchowieństwa.

24 Jeśli chrześcijańscy Merowingowie hołdowali jeszcze mocno poligamii (p. np. IV, s. 65), podobnie wcześni Karolingowie, konkubina niemal dorównywała rangą poślubionej żonie, tak że sam Kościół przez jakiś czas tolerował, jak świadczy o tym choćby synod w Moguncji (852 c. 15), to Ludwik Pobożny nie tolerował już nawet monogamicznego konkubinatu. Sam wszakże początkowo w nim żył. Już w roku 794, mniej więcej jako szesnastolatek, związał się z Ermengardą, córką hrabiego Ingrama z rodu Robertynów, zapewne po to, by uchronić się od rozpusty jak pisze jego anonimowy biograf od „naturalnych gorących popędów swego ciała”. A przecież najwyraźniej miał już wcześniej stosunki z kobietami, z których zrodzili się Alpais i Arnulf. Jednakowoż od czasu swego samooczyszczenia żył tak w pierwszym, jak i drugim małżeństwie w zgodzie z prawem kanonicznym, nie wziął sobie ani nałożnicy, ani nie rozwiązał samowolnie żadnego z małżeństw, jak i ożenił przykładnie swe dzieci, przynajmniej synów zrodzonych z Ermengardy, Lotara (795 r.), Pepina (około 797 r.) i Ludwika (806 r.), podczas gdy dwie z jego córek, Rotruda i Hildegarda, wyszłyza mąż chyba dopiero „po okresie próbnym”. Najwyraźniej nie powiodło się monarsze z inspirowaną przez Kościół reformą prawa małżeńskiego. Rezygnacja z wcześniejszej różnorodności form małżeństwa oraz ze szczególnych form małżeństwa władcy zagroziła bowiem jego dążeniom do jedności Rzeszy i doprowadziła do znaczej niepewności wobec prawa. A po nim powrócono do starych praktyk prawniczych; w Rzeszy Ludwika Niemieckiego oraz Karola Łysego stawiano własne korzyści zdecydowanie ponad nauką Kościoła, o której przypominano sobie najczęściej jedynie wówczas, gdy chodziło o wykluczenie politycznych rywali lub niewygodnych partnerów 13. Cesarz wspierał także chrześcijański zabobon, jak to już było w przypadku długiego szeregu jego przodków. Tak na przykład wciąż sprowadzano z Rzymu święte zwłoki, jak również je uprowadzano: na przykład świętego Marcelina czy świętego Piotra (jak uczynił to Ratleik, pisarz Einharda wioząc je przez Michelstadt w Lesie Odeńskim), po czym owe ciała, jak zapewniają Roczniki Rzeszy, „stały się sławne dzięki wielu znakom i cudom”. Przybyły również „kości świętego męczennika Sebastiana’ „świętego wojskowych”, patrona żołnierzy, bractw kurkowych, dobrego poza tym na zarazy ludzkie i bydlęce. I uczyniły też „szczątki świętego bojownika Chrystusa” wkrótce „taką mnogość dobrodziejstw, że ich ilość przewyższa wszelką liczbę. A ich właściwości czyniły je wręcz niewiarygodnymi […]”. Wszak, dodaje duchowny anonimowy kronikarz i to, jak bardzo często, nie jako własny wymysł, lecz parafrazując Roczniki Rzeszy „dla wierzącego jest wszystko możliwe” (omnia possibilia esse credenti) 14. Natychmiast reagował też władca wszystkich Franków, gdy „znaki” poruszyły jego wrażliwość, rzeczy, którymi „się wiele […] zajmował”, ruchy gwiazd, straszliwe komety, trzęsienia ziemi, zaćmienia księżyca, zboże spadające z nieba, „niesłychane tony […] w porze nocnej”, „częste i niezwykłe błyskawice, spadanie kamieni z gradem, zarazy wśród ludzi i bydła”. Nie mniej poruszył go post mniej więcej dwunastoletniej dziewczynki ze wsi Commercy koło Toul, która oczywiście „po spożyciu świętej wieczerzy” z ręki księdza ani jadła, ani piła i „tak dalece zapamiętała się w poście, że w ogóle nie przyjmowała żadnego pożywienia cielesnego i nie dopominając się jedzenia przepędziła trzy pełne lata”, jak relacjonują kroniki. Podobne rzeczy spędzały wrażliwemu cesarzowi sen z powiek. Zdarzyło się, że dla tej przyczyny nie zmrużył oka przez całą noc, lecz „wśród pieśni dziękczynnych i modłów do Boga” doczekał poranka wszak było dla niego jasne, „że te cudowne znaki zapowiadały ciężkie nieszczęścia dla rodzaju ludzkiego”. Rozkazał zatem dla ich odwrócenia post i ustawiczne modły i bogatą jałmużnę dla zjednania Boga rozgniewanego przez pozbawionych skruchy i nieskłonnych do pokuty grzeszników. Jałmużnę nie tylko dla biednych, ale i na rzecz sług bożych, księży świeckich i mnichów, „i rozkazał każdemu, który

25 był do tego zdolny, odprawiać msze; nie tak bardzo ze strachu o swoje dobro, jak z zatroskania o powierzony mu Kościół” jakkolwiek też niektóre znaki, jak wiedział, „wskazywały na przemiany w Rzeszy i śmierć księcia […]” Właśnie, a potem „udał się na łowy w Ardeny” (Anonymi Vita Hludovici) 15. Rok w rok wojna, zabici, pożoga, zniewolenie. I dzień w dzień kościół, długie pokorne modły. Jednakowoż wszystko to uzupełnia się tutaj i nie tylko jak najnaturalniejsza rzecz pod słońcem, „na chwałę Świętego Kościoła”. Do tego doszły jeszcze łowy. „[…] owa mordercza zabawa, łowy” Łowy odsuwały w przypadku Ludwika Pobożnego co roku na całe miesiące nawet wojnę i dyplomację na plan dalszy, same dawały zresztą możliwość przygotowania się do wojny. Przy czym ogromne knieje średniowiecza były ubogie w dziczyznę, „puste do zamorzenia głodem”, tak że pewien starosaski poeta mówi wręcz o „grobie lasu” (waldens hileo). Wszelako: „W sierpniu wszakże, gdy jelenie mają najwięcej tłuszczu, oddawał się łowom, póki nie przyszedł czas dzików”. Działo się to po prostu „obyczajem królów frankijskich”. Mówi się też o tej samej namiętności Ludwikowego syna Pepina, króla Akwitanii. Nawet żyjący na akwitańskim dworze duchowny Ermoldus Nigellus napomina Pepina, by nie zaniedbywał obowiązków swego wielkiego powołania dla swej niepomiernej pasji do polowania i psów. A polowanie pozostało feudalnym i książęcym obyczajem (znów popełniam rzekomy grzech historycznego „anachronizmu”) przez całe stulecia. Jak bowiem mówi Christian Weisse: „Z wszystkich rycerskich przyjemności nie ma takiej, która by bardziej przypadała do gustu, jak owa mordercza zabawa, łowy”. A Friedrich Heer, który uwydatnia bliski związek łowów i wojny, polowania na zwierzęta i ludzi zwłaszcza w życiu arystokracji od czasów Karola zwanego „Wielkim”, postuluje zbadanie „morderczej żądzy polowania owych możnych panów” pod względem psychologicznym i metapolitycznym 16. Na polowanie wyprawiano się niegdyś i teraz wprawdzie przede wszystkim dla „przyjemności”, jednakże i dla profitów, dla których we wczesnym średniowieczu niejaki Othere w dwa dni z zaledwie sześcioma sługami („oszczepnikami”) położył 60 morsów. „Ludzie cywilizacji zachodniej unicestwiają lasy, niszczą «biotopy», wytrzebiają połowę populacji zwierzęcej”, pisze Johannes Fried w swym poczytnym dziele Die Formierung Europas (Kształtowanie Europy). Również i bogobojnego Ludwika nic nie jest w stanie powstrzymać, żaden cud, żaden znak ni zraza. Nawet w roku 820, gdy wśród ludzi i zwierząt wybuchła szczególnie groźna epidemia, która w całej Francji nie oszczędziła „ni piędzi ziemi”, ów ogarnięty pasją Nemrod nie zrezygnował ze „swych zwyczajowych łowów jesiennych” historiograficzna skromność. Ściganiu, ranieniu, zabijaniu zwierząt w zazdrośnie strzeżonym rewirze łowieckim (brolium, foresta, foret, Forst, bór) nawet wobec mnichów oddawano się bowiem od późnego lata aż po zimę (na koniec były łowy z sokołem na dzikie ptactwo), a preferowano okolice Akwizgranu, Wogezy, Ardeny, Eifel, Frankonię czy dobra frankfurckie w Kreuznach. Jednakowoż Merowingowie obierali za miejsce pobytu również okolice Paryża ze względu na rozległe bory, a jeszcze po stuleciach było tam nie mniej lasów. Do tego dochodziły specjalne mordercze rewiry w najbliższej okolicy palatiów Karolingowie mieli własne „palatia myśliwskie” (później wydano specjalne ustawy łowieckie) w celu uprawiania łowów z małą drużyną, przy okazji wizyt oficjalnych gości z innych państw i uczt państwowych. I tak Ludwik zaprosił króla Duńczyków Haralda w czasie jego odwiedzin w Ingelheim na łowy na jednej z wysp Renu, a następnie na pieczenie jelenia,

26 sarny i dzika nadziewanych mięsem niedźwiedzim „a takoż kler otrzymuje niektóre smakowite kąski”, wszystko to pośród boru pod rozpiętym namiotem. Tak, najpierw „łowy jesienne”, potem „wedle starodawnego i wciąż mu drogiego obyczaju” i znowuż „urodziny Pana i Wielkanoc” wraz z następującą po niej wojną w letniej porze. A zaraz potem tłuste jelenie. Następnie spasione dziki cesarz „oddawał się jak zwykle jesienią polowaniu”; „polował tu, dopóki mu się podobało i bliskie chłody zimy dozwalały”; uprawiał „dopóki starczyło ochoty łowienie ryb i polowanie”. A potem znowu „z godnością, jaka mu przystoi”, różne święta, szczególnie „narodziny Pana i pozostałe”, a przede wszystkim jego zmartwychwstanie. I na nowo jakaś świeża mała wojenka. „W sierpniu wszakże, gdy jelenie […]”. Czyta się to jak satyrę, ale to nie ja ją reżyseruję, to reżyseria tych możnych panów. Są to kulminacyjne momenty cesarskiego roku chrześcijańskiego. A czasami łowy dominowały przez cały rok. Na przykład anno Domini 825. Ledwie zdążono uczcić w Akwizgranie „świętą Wielkanoc”, z początkiem kwietnia, „przy radosnej wiosennej pogodzie udał się na łowy do Nijmegen”. W połowie maja powrót na sejm Rzeszy do Akwizgranu, potem w drogę „do Lasu Wogeskiego do Remiremont na łowy”; „po skończonych polowaniach do Akwizgranu”, w sierpniu następny sejm Rzeszy, a potem znowu do Nijmegen i „powrócił po zakończeniu łowów jesiennych z początkiem zimy do Akwizgranu”. Rządzenie jest męczące. Trzeba odprężenia. Nie tylko za pomocą zabijania jeleni, danieli, łani, loch i takoż wilków, niedźwiedzi, żubrów (bubalus), turów (urus) i innych Było trochę tej zwierzyny w niemieckich lasach. I tylko czekały, by przelać krew dla cesarza. I oczywiście dla możnych, którzy też gonili „zwierza” na śmierć, przebijali z konia, strzelali, z pochodu, w nagonce, ze specjalną sforą czworonogów do naganiania, osaczania i rozrywania. Wygląda wszak na to, że szlachetnie urodzeni myśliwi już we wczesnym średniowieczu stworzyli „właściwą technikę polowania z nagonką” (Schwenk) z wieloma rodzajami psów, tropowców, chartów, owczarków, wyżłów, płochaczy, psów gończych, na ptaki, na bobry. Od terierów, szpiców i pinczerów, które należą do najstarszych psów myśliwskich, przez pointery, setery, cocker-spaniele do dogów, wszystko to było hodowane dla zaspokojenia morderczych żądz, wyostrzane, również w klasztorach, jak na przykład w Ardenach w klasztorze świętego Huberta i było malowane przez mnichów w manuskryptach i na obrazach kościelnych ołtarzy. (Psy myśliwskie i relikwie zaraz po sobie i w tej właśnie kolejności wylicza Ingrid Voss jako prezenty modne wśród średniowiecznych książąt). Było to udziałem mimo soborowych zakazów również duchownej arystokracji. Wszak pozwalali sobie na kosztowne sfory biskupi, opaci, zwykli księża i zawszeć to woleli myśliwskie zawołania od niedzielnej mszy bowiem „mniej cenili chóry aniołów niźli ujadanie psów” (biskup Jonasz z Orleanu). Już dzieci możnych były przyuczane do polowania. Również własny syn Ludwika Karol towarzyszył w nich ojcu, razem z matką Judytą, już jako trzylatek, jak na przykład w roku 826 w Ingelheim. I jak tylko mały Karol wypatrzył zwierzynę, opowiada Ermoldus Nigellus, frankijski duchowny, może mnich, chciał ją „koniecznie za przykładem ojca ścigać”. Błagał o konia, o broń. „Ale inni młodzi chwytają uciekające zwierzę i wiodą bez szwanku ku Karolowi. On sięga zaraz po swą zabawkową broń i kładzie drżące zwierzę”. Wcześnie się wprawia. Tak się wzrastało na chrześcijańskim Zachodzie. Tak się „należało”… Zabijanie, ludzi i zwierząt. I modły. Do obu Ludwik Pobożny był tresowany od małego. Jedno bardziej oczywiste od drugiego. „Pobożny umysł króla już od wczesnej młodości był zajęty pisze znowuż tak zwany Astronom troską o służbę bożą i wyniesienie świętego Kościoła, tak że po jego dziełach można by go bardziej nazwać kapłanem niż królem”. Doprowadził do tego, że „całe duchowieństwo Akwitanii”, które dotąd się poświęcało „więcej

27 jeździe konnej, służbie wojskowej, robieniu włócznią, niż służbie bożej”, zaczęło zachowywać się wręcz przeciwnie. I zaraz dzięki Ludwikowi który jednak nawet podczas postu (!) nie zaniedbywał całkiem konnej jazdy rozkwitła służba boża wraz ze świecką nauką „szybciej niż by można uwierzyć”. I owszem, tenże kler, przed panowaniem Ludwika „całkiem podupadły” (conlapsus erat), rozkwitnął dzięki młodemu królowi, który też wiele klasztorów do roku 814 podobno 25 w domenie swej władzy zreformował, odbudował albo zbudował od podstaw, tym sposobem, że „życzył sobie naśladować chwalebny przykład swego wielkiego stryja Karlomana” (por. IV, s. 222 i nast. i 232!) „i myślał o tym, by osiągnąć szczyt bogobojnego życia” 17. Jednakowoż nic z tego nie wyszło. Władza smakowała bardziej. Ponieważ bowiem jego starsi bracia Pepin i Karol wcześniej zmarli, „obudziła się w nim nadzieja na panowanie w całej Rzeszy” (Anonymi Vita Hludovici). I tak pobożny władca tytułował się już nie po prostu rex Francorum, lecz od samego początku imperator Augustus 18. Oczyszczenie Akwizgranu ze „zdrajców stanu” i ladacznic Ludwik Pobożny, w chwili śmierci swego ojca mąż trzydziestosześcioletni, przebywał właśnie w palatium w Doue-la-Fontaine (koło Saumur) w Akwitanii, obszernym kraju między Atlantykiem a Rodanem i między Loarą a łańcuchem Pirenejów, podbitym ostatecznie dopiero po długich i ciężkich walkach w roku 768. Najpierw zarządził uroczystości żałobne w kościele, z modłami, hymnami i mszami. Następnie pociągnął przez Orlean gdzie miejscowy biskup Teodulf, doświadczony dworak, wychwalał go pod niebiosa w naprędce sfabrykowanej odzie w sposób równie nadęty jak podniosły i Paryż do Akwizgranu, we wszystkich miejscach po drodze wstępując do świątyń Chrystusa i klasztorów, St. Aignan, St. Mesmin, St. Geneviev, St. Germain-des-Prés, St. Denis, miejsca spoczynku jego dziada, Pepina. I wszędzie śpieszyli do niego możni mówi Astronom „na wyścigi w wielkiej liczbie”. Nawet Wala, kuzyn Karola I i jeden z jego najbardziej wpływowych doradców, mąż, po którym się tego najmniej spodziewano, złożył zaraz Ludwikowi przysięgę wierności. Jeszcze w podróży nakazał nowy władca, by akwizgrańskie pałatium, gdzie pod rządami św. Karola urzędujący kler obok prostytutek oddawał się nieumiarkowanej rozkoszy (IV, s. 305 i nast.), oczyścić z niegodnego elementu, a te osoby, „które dopuściły się przez szczególnie ohydną rozpustę i pychę winy obrazy majestatu, trzymać do jego przybycia starannie w odosobnieniu”. Ponoć znalazło się sporo hołoty „ladacznic, złodziei, zabójców i innych złoczyńców” (Simson) przy dworze i w okolicznych wsiach. Posłaniec Ludwika, hrabia Warnar, został zabity w Akwizgranie podczas podjętych kroków higienicznych, jego bratanek Lambert ciężko ranny; ich przeciwnik Hoduin zginął. Pobożny, jednakowoż okazjonalnie porywczy monarcha, „wobec innych wskroś dobrotliwy cesarz”, kazał na to „nieomal” ułaskawionemu Tuliuszowi, w swej „łagodności” (clementia), tak zapewnia Astronom, jedynie wyłupić oczy 19. I zanim Ludwik wkroczył do Akwizgranu, uprzątnięto tam z drogi parę osób jako „zdrajców stanu”. Właśnie ci, którzy mieli ostatnio wpływy na dworze Karola, szybko zniknęli, jak dzieci Bernarda, brata króla Pepina. Przyrodni kuzyn Karola Adalhard, opat w Korbei nad Sommą (IV, s. 303), w owym czasie już starzec, wylądował bez przesłuchania i sądu pozbawiony urzędu z funkcji i obrabowany z dóbr w klasztorze St. Filibert na odległej wyspie atlantyckiej u wybrzeży Akwitanii, a jego siostra Gundrada, przyjaciółka Alkuina, w owym czasie opata pół tuzina klasztorów, w domu zakonnym w Poitiers. Jej brat, hrabia Wala, uprzedzając gniew Ludwika, z własnej woli usunął się do klasztoru w Korbei, z którego cesarz wygnał trzeciego, najmłodszego brata Bernara, żyjącego jak prosty mnich, do klasztoru Lerins na pewnej wyspie u wybrzeży Prowansji.

28 Również upragnione córki Karola I, adorowane powszechnie rodzone siostry Ludwika Berta i Gisla, których lekkie życie miłosne, „jedyna plama” na cesarskim dworze, „od dawna” denerwowało „pobożnego” cesarza, zostały osadzone w różnych klasztorach dokładnie wbrew woli ojcowskiej, pozwalającej im na wybór między małżeństwem a welonem; dokładnie również wbrew Ludwikowemu ślubowaniu z roku 813, że wobec sióstr i braci, bratanków i wszelkich pozostałych krewnych będzie „okazywał zawsze niewzruszone miłosierdzie”. Jednakowoż oddalenie (później prawie nie wspominanych) sióstr z palatium nie wiadomo dokąd należało do pierwszych kroków rządów Ludwika. A ich „niemoralne” życie posłużyło nowemu cesarzowi przypuszczalnie w ogóle za parawan. W rzeczywistości obawiał się zapewne bardziej ich ingerencji, zasiedziałości, zażyłości z od dawna prowadzącymi sprawy państwa urzędnikami, obawiał się, że mogłyby lepiej czynić użytek z władzy niż on sam. Jednak podczas gdy cesarz nie zawsze oszczędzał członków kręgu rodzinnego, również bliższych krewnych odsunął najpierw braci przyrodnich Drogona, Hugona, Teoderyka, „bastardów” swego świętego ojca z konkubin Reginy i Adallindy to własnymi potomkami zajmował się naprawdę troskliwie. Dorosłych synów Lotara i Pepina uczynił wicekrólami w Bawarii i Akwitanii, swą nieprawą latorośl Arnulfa hrabią Sens, zięcia z rodu Gerhardinów, związanego od około roku 806 z również przedmałżeńską córką Alpais, Begona z Tuluzy, hrabią Paryża. Wyniesieni zostali później również Welfowie, krewni ambitnej cesarzowej Judyty, jego drugiej małżonki. Jej matka Heilwig otrzymała w darze znamienite królewskie opactwo Chelles, brat Rudolf klasztory St. Riquier i St. Jumieges, brat Konrad, który urósł jako magnat w Akwitanii, otrzymał Saint Gallen i do tego jako małżonkę Adelajdę, córkę hrabiego Hugona z Tours, Ludwikowego teścia 20. Ledwie monarcha przybył do akwizgrańskiego palatium, przejął nie tylko „wszelkie Rzesze, jakie Bóg dał jego ojcu” (ładnie powiedziane o jednym z największych zaborców w historii świata), lecz kazał sobie, jako oczywiste jak rzekł biskup Thegan, pokazać „przede wszystkim w wielkim pośpiechu wszystkie skarby ojca w złocie, srebrze i drogocennych klejnotach” i wysłał „większą część skarbu” oczywiście „do Rzymu w czasach świętego papieża Leona […]”. Tam bowiem panuje taka nędza jak nigdzie indziej. A przecież również ojciec Ludwika wysłał już wspaniałomyślnie „Świętej Stolicy” masowo rabowane dobra (IV, s. 296). Gdyż jak już wiadomo z Fausta Goethego: „Kościół ma dobry żołądek, Już tyle krajów pożarł A przecz się nie przejadł […]” 21. Cesarz, kler i jedność Rzeszy Ludwik Pobożny sprzyjał duchowieństwu jeszcze bardziej niż jego ojciec i liczni historycy, nazywający go dewotem, klerofilem i bigotem, mają całkowicie rację. Już na początku swego panowania młody monarcha odnowił „wszelkie zarządzenia, jakie zostały wydane dla Kościoła Bożego w czasach jego przodków”. Przy tym opierał się wyłącznie na duchownych, najczęściej „Akwitańczykach”, ludziach, o których nawet przychylny cesarzowi biskup Thegan mniema, że „bardziej ufał swym doradcom, niż było konieczne” 22. Z wyjątkiem arcykapelana Hildebalda z Kolonii Ludwik nie pozostawił na urzędzie żadnego z dotychczas kierujących sprawami państwa; na nowo obsadził w zasadzie wszystkie stanowiska dworskie, przede wszystkim ludźmi, którzy posiadali decydujące wpływy już w Akwitanii.

29 Wśród nich był ksiądz Helizachar, od roku 808 stojący na czele akwitańskiej kancelarii, który teraz przejął kancelarię Rzeszy w Akwizgranie, wkrótce sowicie obdarowany opactwem St. Aubin, później opactwem St. Riquier i prawdopodobnie również jeszcze szczególnie bogatym St. Jumieges wraz z jego dobrami rozrzuconymi od Loary po dorzecze Skaldy. W dowód wdzięczności ksiądz i opat przeszedł podczas buntu w roku 830 do obozu wrogów Ludwika 23. Przypuszczalnie najważniejszym doradcą cesarza stał się jednak wysoko ceniony Wizygot Witiza, opatrzony programowym imieniem Benedykta, syn hrabiego Maguelonne, okrutnego zabijaki. Jak bowiem wyrosły na dworach Pepina III i Karola I Benedykt (święto: 11 lutego) uczestniczył jako dobry chrześcijanin w wyprawach wojennych Pepina III, tak również „dobry chrześcijanin” i „wielki żołnierz” (IV, s. 223 i nast.) brał udział w wyprawach Karola, zanim tragiczna śmierć jego brata nie zapędziła go w mnisi habit. Jednakowoż ponownie nie udało mu się pożyć w ascezie. Klasztor St. Seine koło Dijon opuścił, ponieważ wydał mu się nie dość surowy. Potem w dziedzicznych dobrach w Aniane koło Montpellier odstręczył swych pierwszych uczniów zbytnim rygoryzmem. Wtedy zwrócił się do reguły Pachomiusza (I, s. 106) i Bazylego; regułę Benedykta z Nursji uznał bowiem za odpowiednią „jedynie dla słabeuszy i neofitów”. Jednakże gdy ponownie popadł w kryzys „powołania”, wyniósł „bezkompromisowo” (Lexikon fur Theologie und Kirche) właśnie tę odrzuconą regułę dla „słabeuszy i neofitów” do jedynie obowiązującej reguły klasztornej egzystencji i stał się „drugim Benedyktem”. Zbytniej słabości jednak Benedykt w swych rządach nie okazywał. Gdy jako przełożony ganił swych mnichów, to musieli leżeć u jego stóp, póki im nie zezwolił na powstanie. A gdy jakiś mnich uciekł, Benedykt rozkazał przywlec go ze skutymi nogami i wychłostać. Takoż ów święty mnich kazał wznieść w każdym klasztorze więzienie a średniowieczne więzienia były iście barbarzyńskie, warunki odbywania kary „nad wyraz ciężkie”, gdyż areszt „w swych skutkach równał się karze śmierci” (Schild). Przy tym owa reforma klasztorna kierowała swe „ostrze przeciwko ludzkiej wiedzy i edukacji” (Fried) 24. Opat Benedykt z Aniane któremu Ludwik powierzył najpierw klasztor Maursmunster w Alzacji, a potem w pobliżu Akwizgranu klasztor Inden (Kornelimunster), bogato uposażone w dobra królewskie nowe założenie, swego rodzaju „klasztor macierzysty” dla całej Rzeszy przebywał częściej na dworze niż w swym klasztorze, który wszelako często odwiedzał monarcha, co przyniosło mu przydomek „Mnich”. Benedykt, rządzący wszystkimi klasztorami frankijskimi, do śmierci (821 r.) pozostał wpływowym człowiekiem na dworze, gdzie równie mocno troszczył się o sprawy małe, listy błagalne, skargi, jak i o rzeczy wielkie, a w nie mniejszym stopniu doradzał cesarzowi przy rozpoczętej w roku 816 szeroko zakrojonej reformie dotyczącej Kościoła świeckiego. Ruch reformatorski opata zgodnie z regułami Benedykta z Nursji próbował uczynić z wielu ludów Rzeszy a to odpowiadało dokładnie polityce państwowej jeden naród chrześcijański, chrześcijaństwo w ogóle podstawą całego życia publicznego, a nawet stworzyć Civitas Dei na ziemi: jeden Bóg, jeden Kościół, jeden cesarz, którego urząd uchodził coraz bardziej za nadany od Boga w obrębie Kościoła. Prałaci byli z tego względu mocno zainteresowani jednością Rzeszy i właśnie ich przywódcy byli namiętnymi orędownikami idei owej jedności. Przy tym nie szło im w pierwszym rzędzie o państwo, lecz o Kościół, na widoku mieli korzyści nie Rzeszy, lecz Kościoła. Zasada rozbicia dzielnicowego bowiem, głęboko zakorzeniona w pojmowaniu państwa i prawa, prowadziła przy konsekwentnym jej stosowaniu do powstawania coraz większej ilości państw dzielnicowych im więcej dziedziczących synów pozostawiał władca a w konsekwencji do tworzenia państw dzielnicowych coraz mniejszych, to znaczy do coraz większego rozdrobnienia. Jednak wraz z rozerwaniem więzi państwowej ulegała

30 rozerwaniu również więź kościelna, liczne, często rozproszone okręgi kościelne i klasztorne dostawały się pod władzę najróżniejszych panów, trudno było zarządzać dobrami kościelnymi, trudno je kontrolować i łatwiej i szybciej, zwłaszcza w czasach kryzysowych, mogły ulec konfiskacie. Krótko mówiąc, wady rozbicia i zalety jedności Rzeszy dla nikogo innego nie były większe niż dla biskupów. Reforma klasztorów Benedykta, jego zasada una reguła, dotyczyła wszakże nie tylko życia zakonnego i tak zwanych spraw duchowych. Co najmniej tak samo ważne, jeśli nie ważniejsze, były dobra kościelne. Cesarz nie chciał ich ani dzielić, ani pozwolić na pomniejszenie, także przez swoich następców. Jednakże zakazał z dawien dawna kwitnącego „łapania dusz”, zwabiania dzieci, kobiet i mężczyzn do klasztorów, by przejąć ich majątki; zakazał tym samym ulubionego od czasów antycznych (por. III, s. 289 i nast.) i w miarę możności i dzisiaj uprawianego procederu wydziedziczania krewnych na rzecz kościołów 25. Chyba największy wpływ na cesarza uzyskał obok dotychczasowego akwitańskiego kanclerza, prezbitera i opata Helizachara i obok opata Benedykta z Aniane, zwłaszcza od roku 819, Hilduin, opat St. Denis, St. Medard w Soissons, St. Germain-des-Prés w Paryżu (klasztoru, do którego należało w okolicy więcej niż 75 000 hektarów ziemi!). Opat Hilduin kierował po śmierci arcykapelana i arcybiskupa Hildebalda z Kolonii nadworną kaplicą i nadwornym duchowieństwem i stopniowo zyskał tytuł „arcykapelana” (archicapellanus). Podczas pierwszego buntu przeciw Ludwikowi w roku 830 opat Hilduin, podobnie jak i opat Helizachar, przeszedł oczywiście do obozu cesarskich przeciwników, gdzie znalazł się m.in. również przywódca galijskiego episkopatu, arcybiskup Lyonu Agobard, wielki żydożerca, który szczególnie ostro ujawnił się właśnie w czasach rządów Ludwika 26. Ordinatio imperii (817 r.) i ironia historii Zasadnicza zmiana konstytucji, przyjęta w lipcu roku 817 na akwizgrańskim posiedzeniu sejmu Rzeszy, w którym wzięło udział wielu świeckich i duchownych możnych, a które poprzedziły trzydniowe posty, modły i msze, zadysponowała niepodzielną jedność władzy w państwie Franków. Nowa zasada dziedziczenia tronu, Ordinatio imperii, zastąpiła Divisio regnorum, zasadę podziału Rzeszy, ordynację dziedziczenia Karola I z 6 lutego 806 roku (która zgodnie z frankijskim prawem dziedziczenia przewidywała podział Rzeszy wśród wszystkich synów cesarza), i ustanawiała teraz, co było nowe we frankijskiej historii i wbrew dotychczasowym zwyczajom podziału państwa tradycyjnemu prawu dziedziczenia przez wszystkich prawowitych synów królewskich obok unitas ecclesiae również unitas imperii i potępiała jakikolwiek rozłam jako przestępstwo wobec Corpus Christi. W ten sposób zostały obalone pradawne regulacje odnośnie następstwa na tronie i zasady prawa, nie na poślednim miejscu działo się to w interesie Kościoła, „głównie kręgów wyższego duchowieństwa” (Schieffer). Całą rzecz omówiono oczywiście dokładnie w najściślejszym gronie. Jednak ponieważ wszystko to sprzeciwiało się głęboko zakorzenionym poglądom na temat prawa, ponieważ było nowe, to „jak zwykle w takich wypadkach”, powiada Bernhard Simson, było konieczne, by „nowe prawo, jakie chciano stworzyć, zostało obleczone w religijną świętość, w pozór boskiego natchnienia i boskiej opatrzności”. Z wystudiowaną obłudą udawano więc, że dzięki trzydniowemu powszechnemu postowi, dzięki modłom, mszom etc. badano wolę Najwyższego, a następnie pobożny książę ogłosił to, co było od dawna rzeczą postanowioną i głównie „w świętym interesie Kościoła”, jako boską inspirację. Rzesza nie mogła więc zostać z miłości Ludwika do synów rozebrana, a raczej najstarszy syn, Lotar, z posłuszeństwa wobec „Boga” musiał zostać jedynowładcą. I tak „z boskiej inspiracji” został wybrany na współcesarza i bezpośrednio po tym ukoronowany, przy czym Ludwik jak kiedyś jego ojciec położył mu na sercu obronę Kościoła, a szczególnie Stolicy Apostolskiej. Wszelako

31 Lotar otrzymał koronę z własnej ręki, bez papieskiego bądź biskupiego pośrednictwa; otrzymał również największą dzielnicę Rzeszy. Młodsi synowie, Pepin i Ludwik, otrzymali królewskie tytuły i stosunkowo małe, choć nie pozbawione znaczenia obszary: Pepin Akwitanię, Baskonię, marchię Tuluzy obok kilku innych hrabstw, Ludwik większą część Bawarii, Marchię Wschodnią 27, Panonię i Karyntię. Obaj, by zapobiec po śmierci Ludwika rozpadowi Rzeszy na dzielnice, zostali ściśle podporządkowani Lotarowi i znacznie pozbawieni władzy w najistotniejszych prawach monarszych, ograniczeni do działania w sferze polityki wewnętrznej i jako królowie zobowiązani do składania cesarzowi corocznego raportu; tylko za jego zgodą mogli się żenić, a przy tym mieli być posłuszni sejmowi Rzeszy. Krótko mówiąc, młodsi bracia zostali wyłączeni z równoprawnego sprawowania regencji. Z drugiej strony królowie mieli prawo do rozdawania urzędów w swych państwach, nie tylko świeckich, jak hrabstwa, lecz również duchownych, jak biskupstwa i opactwa. I, co oczywiste, frankijskie diecezje i klasztory (St. Denis, St. Germain-des-Prés, Reims, Trewir, Fulda i in.) zachowały swe całkiem rozległe posiadłości w Akwitanii, Italii oraz na innych terytoriach zależnych. Na sejmie Rzeszy w Akwizgranie w roku 817 dzielnice stały się więc częściami Rzeszy. Nie miały być już samodzielnymi państwami, lecz zostały poddane Lotarowi, władcy całej Rzeszy, a każdy dalszy podział, choćby na rzecz prawnych spadkobierców braci, miał zostać wykluczony. Wszyscy przysięgli dotrzymać własnoręcznie przez cesarza podpisanych zarządzeń 28. Ironia historii: Divisio regnorum Karola I z roku 806 przewidywało podział Rzeszy między jego trzech synów. Ponieważ jednak dwaj starsi zmarli, jedynym władcą został Ludwik i Rzesza pozostała nie podzielona. Ordinatio imperii Ludwika z roku 817 usiłowało zapewnić jedność Rzeszy w każdych okolicznościach. Niestety śmiały zamiar spalił na panewce mimo boskiej inspiracji, a Rzesza została podzielona. Nie tylko wreszcie dlatego, że król Italii Bernard, bratanek cesarza, w Ordinatio imperii został pominięty bez słowa, ale i że nie zgadzał się na nie żaden z młodszych synów cesarza. Nowa regulacja doprowadziła jak to często, a nawet zwykle bywa do nowego konfliktu, do ciągłej rywalizacji wewnątrz cesarskiego domu, a przez to do początków wielkiego kryzysu karolińskiego imperium. Ludwik Pobożny każe torturować krewnych i zgolić im głowy i składa oficjalne wyznanie winy Pierwszy sprzeciw wobec nowego zarządzenia Ludwika, mającego zapewnić jedność Rzeszy i Kościoła, tronu i ołtarza, wyszedł ze strony Bernarda, króla Italii. Jedyny syn króla Pepina, który złupił skarb Awarów (IV, s. 294 i nast.), po śmierci swego ojca (810 r.) wychowywany w klasztorze w Fuldzie, rządził od sejmu akwizgrańskiego we wrześniu roku 813 oficjalnie jako „król Longobardów”. W chwili zmiany władcy złożył hołd nowemu cesarzowi, został „bez najmniejszego szwanku”, jak powiada biskup Thegan, wypuszczony do Włoch, lecz w ordynacji dotyczącej podziału Rzeszy nie został ani uwzględniony, ani nawet wymieniony. Jednakże gdy na mocy Ordinatio imperii miał podlegać synowi Ludwika, Lotarowi I, jak wcześniej Karolowi „Wielkiemu”, swemu dziadowi, i cesarzowi Ludwikowi, wówczas zbuntował się wraz z wieloma magnatami swego państwa. Jednakowoż inicjatywa, jak zgodnie relacjonują źródła, nie wyszła ze strony młodego, ledwie dwudziestoletniego króla, lecz jego doradców. Kilka miesięcy po ogłoszeniu Ordinatio imperii z roku 817 pominięty w nim całkowicie Bernard wraz z „kilkoma złymi ludźmi” (Annales regni Francorum), podburzającymi go możnymi, a wśród nich biskupem Teodulfem z Orleanu, nadwornym poetą, biskupami Anzelmem z Mediolanu i Wolfoldem z Cremony oraz, według jednego z ówczesnych źródeł, również opatami zainscenizował wprawdzie mocno rozgałęzione, ale słabo przygotowane

32 „powstanie”. Ludwik miał zostać rzekomo zdetronizowany, a na jego miejsce osadzony Bernard. Wszystko wszakże przemawia za tym, że nie chodziło tu o obalenie cesarza, lecz o zapewnienie królestwa dzielnicowego Bernardowi. Cesarz zmobilizował liczne wojska, zażądał od opatów i opatek „świadczenia służby wojskowej”, ponieważ „za podstępem szatana król Bernard szykował się do buntu”, śpiesznym marszem ruszył na południe i nakazał obsadzenie przełęczy alpejskich od strony Włoch. Lecz zanim powstanie się na dobre zaczęło, wręcz zanim dobyto mieczy, Bernard stawił się chyba dobrowolnie ze swymi towarzyszami w Châlon-sur-Saône. Odrzucił na bok swą broń i padł do stóp cesarza. Podobnie najbliżsi Bernardowi możni, którzy „zaraz przy pierwszym przesłuchaniu z dobrej woli szczerze wyjawili cały przebieg sprawy”. Na próżno. Ludwik kazał ich pojmać, dostarczyć do Akwizgranu i tam podczas sejmu Rzeszy wiosną roku 818, w subtelny sposób jak pisze nadworny kronikarz gdy „minął czas czterdziestodniowego postu”, skazać na śmierć, jednakowoż wszystkich świeckich „ułaskawił” następnie i skazał na okrutniejszą karę oślepienia. Zostali „jedynie pozbawieni światła w oczach” „rzecz od strony prawnej bez zarzutu” (Boshof). Jako kat w imieniu „wobec innych zawsze dobrotliwego króla”, monarchy, który „zawsze lubił okazywać łagodność”, „z natury miłosiernego usposobienia”, występował hrabia Bertmund z Lyonu. Król Bernard, przez Ludwika nazywany kiedyś synem i sam ojciec syna o imieniu Ludwikowego dziada Pepina, uznał się, chyba słusznie, za ukaranego zbyt surowo. Bronił się i zmarł z wydrążonymi oczodołami „mimo łagodnego potraktowania przez cesarza” dwa dni później, 17 kwietnia 818 roku. Również jego podkomorzy i doradca Reginhard oraz Reginhar, syn hrabiego Meginhara, którego dziad Hadrad zawiązawszy w roku 785 spisek Turyngów przeciw cesarzowi Karolowi, opierał się i padł ofiarą strasznej procedury; obaj, gdyż „nie znieśli dostatecznie cierpliwie oślepienia” (Anonymi vita Hludovici). Inni przeżyli. A uczestniczący w buncie biskupi, opaci i pozostali duchowni wyszli jak zwykle z wszystkiego bez szwanku, gdyż zostali osądzeni przez synod, przez kolegów po fachu, a stan duchowny już tylko to musiało powodować zachowania kryminalne chronił od najgorszego; lecz niestety nie „laików” od najgorszego ze strony duchowieństwa. Duchowni buntownicy zostali 17 kwietnia 818 roku odesłani do klasztorów, inni świeccy spiskowcy albo wygnani z kraju, albo ogoleni „na mnichów”, ich dobra skonfiskowane 29. Pobożnemu Ludwikowi powszechnie zarzucano okrucieństwo, szczególnie wobec młodego i sympatycznego, zwiedzionego przez otoczenie króla Bernarda. A Ludwik, jako że stał się podejrzliwy, kazał wygolić tonsury nawet małym braciom przyrodnim, „naturalnym” synom Karola I, i umieścić Drogona w Luxeuil, Hugona w Charroux, a Teoderyka w nieznanym miejscu, tak wbrew ich woli, jak i na nowo niezgodnie z własną przysięgą, że niezmiennie będzie miłosierny wobec swoich sióstr, braci i wszystkich pozostałych krewnych (s. 45). Jednak w ten sposób zapobiegł ewentualnym roszczeniom do Rzeszy, do współudziału w rządach. Później pojednał się z obydwoma i kupił sobie ich wierność nadaniami duchownych stanowisk i beneficjów. Drogo został w wieku 20 lat biskupem Metzu, Hugo opatem bogatego klasztoru St. Quentin, a także opatem St. Omer (Sithiu) i Lobbes; Teoderyk miał umrzeć w młodym wieku 30. Do brutalnego postępowania cesarza przyczynił się przypuszczalnie jego wpływowy przyjaciel, opat Benedykt z Aniane. W każdym razie znamienne: ledwie ów święty zmarł w roku 821, Ludwik jeszcze jesienią tego roku ułaskawił na sejmie Rzeszy w Diedenhof pozostałych przy życiu buntowników, a nawet braci Adalharda i Walę, skazanych na długoletnie wygnanie, sprowadził z powrotem na swój dwór i uczynił ważnymi doradcami. W sierpniu roku 822 Ludwik złożył na sejmie w Attigny nad Aisne wręcz oficjalne wyznanie winy. Wyraził żal z powodu swego przestępstwa wobec zmarłego w mękach młodego bratanka Bernarda, okrucieństwa wobec małych braci przyrodnich oraz wobec

33 Adalharda i Wali, bratanków swego ojca: rzecz niepowtarzalna we frankijskiej historii, upokorzenie cesarza, czego inicjatorem było duchowieństwo, za którym być może stali niegdyś głęboko poniżeni bratankowie Karola. W każdym razie nałożony przez prałatów akt skruchy umniejszył powagę władcy, podnosząc rangę biskupów, nawet jeśli przypadkiem przyznawali się do swej niedbałości w nauce i urzędzie „w wielu miejscach, które wyliczyć byłoby niepodobna” 31. Nie, w takim przypadku należy zachować dyskrecję. Chciwość możnych i nędzarze Przy takim biegu wydarzeń sprawy w państwie nie szły ku lepszemu, nastąpiło pogorszenie. Szerzył się rosnący egoizm, niezadowolenie, nieposłuszeństwo. Wyprawy wojenne coraz częściej nie przynosiły sukcesu, intrygi na dworze i łamanie prawa przybierały na sile, rosły wyzysk ze strony administracji, przekupstwo wśród arystokracji i ogólna brutalność. Ustawiczne waśnie wewnątrz kraju i wojny poza jego granicami (s. 52 i nast.) wzbogacały wprawdzie często już bogatych, biedni pozostawali jednak biednymi albo ubożeli jeszcze bardziej. Dalej byli wyzyskiwani i uciskani przez chciwych magnatów i duchownych. Tak świeccy, jak i duchowni panowie dyktowali ceny, ciemiężyli swych poddanych, skazywali na głodowanie. Według jednego z biografów Ludwika jego heroldowie mieli do czynienia z „niezliczoną liczbą uciskanych”, których niesprawiedliwość urzędników pozbawiła dziedzictwa lub wolności. Intrygi możnych, walka o pierwszeństwo, własne przywileje kosztem innych, by przywłaszczyć sobie coraz tłustsze kąski, korupcja szalejąca w Kościele, symonia najgorsza w Rzymie, wszystko to jeszcze pomnażało nędzę mas. I podczas gdy wielu możnych i bogatych oddawało się łowom, zabawom, pijaństwu, obżarstwu, podczas gdy uprawiali oni krwawą zemstę i wszelkiego rodzaju ekscesy seksualne, podczas gdy działali ramię w ramię ze złodziejami i zbrodniarzami, przekupywali i dawali się przekupywać, to jednocześnie tłukli swych prawie pozbawionych praw poddanych, batożyli, ćwiartowali, zabijali. I podczas gdy biskupi pławili się w bogactwie, luksusie, upojeni władzą, gdy nawet księża i mnisi porzucali swe domy i klasztory, podczas gdy zajmowali się jedynie poszukiwaniem przyjemności i lichwy, podczas gdy marnotrawili dobra kościelne, pili, łajdaczyli się i jednocześnie głosili, że „słudzy z natury są równi panom”, wpędzali masy ludowe w coraz większe ubóstwo, oszukiwali je za pomocą fałszywych miar, odważników i krwiopijczych cen. Niemało z uciemiężonych wędrowało w świat lub zbijało się w bandy. Karl Kupisch pisze w swej historii Kościoła średniowiecznego, że z różnymi, podejmowanymi przez Ludwika inicjatywami reformy Kościoła „źle się działo”, bowiem: „W Kościele te usiłowania nie odnosiły sukcesu, gdyż wyższy episkopat dążył po śmierci Karola Wielkiego do niezależności i pomnażania bogactwa. Ale również w przypadku klasztorów osiągnięcia były niewielkie”. Był to czas, skarży się Paschazjusz Radbert, opat Korbei i naoczny świadek, kiedy „rozluźniały się więzy braterstwa i krwi, wszędzie rodziła się wrogość, krajanie dzielili się, nawet kościołom czyniono gwałt i wszędzie wywoływano zepsucie […]”. Krótko mówiąc, był to czas chrześcijański, czas, jaki znamy w istocie również z wcześniejszych stuleci. I znowuż w istocie, także z wszystkich następnych. Był to czas, jak donosi Nithard, jeden z nielicznych frankijskich świeckich pisarzy wczesnego średniowiecza, w którym stale źle się działo z Rzeszą, gdyż każdy, pędzony złymi namiętnościami, szukał jedynie własnych korzyści. A to może być znowuż aktualne także dzisiaj. Do panujących nieszczęść doszły katastrofy naturalne, nie kończące się deszcze, powodzie i wielkie pożary anno 823 w samej Saksonii zapłonęły „w biały dzień i przy

34 czystym niebie” 23 wsie. Trzęsienia ziemi wstrząsały światem, zarazy spadały na wszelkie stworzenie i niekiedy nie oszczędzały „żadnego zakątka kraju”. Szalały surowe, długotrwałe i obfite w śniegi zimy, podczas których padali ludzie i zwierzęta; czasami największe rzeki, Ren, Dunaj i Łaba, były zamarznięte przez długie tygodnie do tego stopnia, że ładowne wozy mogły je przekraczać „jak po moście”, a wiosną następowały niszczycielskie zejścia lodów. Przyszły niezwykle suche, gorące lata i klęski głodu; wszak produkcja rolna wczesnego średniowiecza w ogóle odznaczała się „wszystkim innym, niż wysokim stopniem opanowania natury” raczej „niskim poziomem kultury” (Bentziew). Śmiertelność była zatrważająca. Nędza rosła ustawicznie w owych wczesnych latach dwudziestych 32. Do tego, jak zawsze, polityka zagraniczna. Polityka zagraniczna albo „lata powabne uroki […]” Ludwik Pobożny prowadził, jak się godziło chrześcijańskiemu władcy, co roku jakąś wojnę: przede wszystkim angażował się w konflikty dynastyczne wynikające z problemów wewnętrznych. Jednakże wciąż przekraczał on granice swego państwa lub kazał je przekraczać, choć jako najwyższy władca prawie nie brał osobiście udziału w wyprawach wojennych, lecz starą metodą wszystkich panujących kazał walczyć za siebie innym w coraz większych jatkach. Traktatami prawie nikt się nie przejmował. Wkrótce po objęciu rządów przez cesarza na przykład saraceński król Abulaz, ojciec ‚Abdarrahmana, emir Kordoby (796-822), zabiegał o pokój na trzy lata. „Tenże został najpierw zawarty relacjonuje anonimowy biograf Ludwika lecz później jako niekorzystny został porzucony i Saracenom wydano wojnę”. „Po zniesieniu pozornego pokoju jak notuje innym razem wypowiedziano wojnę”. Pokoju nie potrafili zażywać ani Merowingowie, ani Karolingowie. Tym samym wojenne jatki wśród chrześcijańskich książąt odbywały się nieomal tak regularnie jak modły, w każdym razie jak tylko konie były w stanie znaleźć karmę, jak tylko podaje chwilę później to samo źródło „nadeszły lata powabne uroki […]” Właśnie, żadnemu z nich nie pozwalano się marnować, uderzając w jakąś stronę Świata, często w wiele, a najlepiej we wszystkie naraz „z pomocą Chrystusa [,..]” 33. Ostatecznie wojna przeciwko poganom i wrogom świętego Kościoła była świętym obowiązkiem. A tak jak polowy kler towarzyszył pierwszemu chrześcijańskiemu Majestatowi (I, s. 157 i nast.), tak i karolińskim regentom. „Każdy biskup winien odprawić trzy msze z trzema psalmami, jednym za króla, jednym za wojsko Franków, a trzecim za aktualną potrzebę”. Przy czym frankijscy siepacze plądrowali wrogie kraje bez opamiętania; dawniej było to zabronione. Później zastosowano jednak „politykę spalonej ziemi […], a kto wpadł w ręce najeźdźcy, ginął. Akwitania, Bretania, Saksonia, Septymania i wiele innych krain zostało tak spustoszonych, że skutki były odczuwalne przez wiele stuleci” (Riche) 34. Wojna przeciwko Duńczykom, Serbom i Baskom Najnowsze badania historyczne przypisują wprawdzie Ludwikowi Pobożnemu „dążenie do oparcia swojej polityki na powszechnie przyjętych podstawach etycznych” (R. Schneider). Z drugiej strony jednak, jako że dążenie to jeszcze nie fakt, polityka nie jest prowadzona jedynie przez cesarza i jego dwór. A gdy Ludwik na początku swego panowania kazał zbadać we wszystkich dzielnicach Rzeszy, jak to biskup Thegan z nieomal wzruszającą naiwnością pisze, „czy komuś nie jest bezprawnie wyrządzana krzywda”, to jego ludzie znaleźli „niezliczoną liczbę uciskanych, choćby to, że odebrano im ojcowiznę czy wolność: co mieli w zwyczaju przebiegle czynić urzędnicy, hrabiowie i namiestnicy […]”. Lecz jeśli tak postępowano z własnymi poddanymi, to co dopiero z wrogami!

35 W roku 815 Obodryci i Sasi najechali siedziby Duńczyków, lecz wrócili pustosząc wszystko wokół bez sukcesu z czterdziestoma zakładnikami. W następnym roku Ludwik wysłał swą armię przeciwko Serbom. Zastosowała się ona „ściśle” do cesarskiego rozkazu (strenue compleverunt: Roczniki Rzeszy) i zaatakowała, jak podają źródła, „równie szybko, co łatwo z pomocą Chrystusa” i „z pomocą Bożą odniosła zwycięstwo”; lecz cesarz „udał się na polowanie do Lasu Wogeskiego”. Następnie ujarzmiono na drugim krańcu Rzeszy, na północnych stokach Pirenejów, również niepokornych Basków, jeśli nawet dopiero po dwu wyprawach, to za to „całkowicie” (Annales regni Francorum), na co oni, jak pisze Anonim, „bardzo się o to jarzmo dopominali”, choć przecież właśnie próbowali je zrzucić 35. Wojna przeciwko Bretończykom Ponownie poprowadził Ludwik niszczące działania przeciwko powstającym Bretończykom, których książęta sami niekiedy rościli pretensje do tytułu królewskiego. Wielokrotnie najeżdżał on „kłamliwy, butny i buntowniczy lud”, którego nawet jego ojciec nie pokonał do końca, a który przed Karolem i Pepinem raz po raz próbowali ujarzmić Merowingowie. Latem roku 818 Ludwik in persona nieomal jego jedyna wyprawa wojenna jako cesarza pociągnął z Frankami, Burgundami, Alamanami, Sasami i Turyngami przeciwko „nieposłusznym Bretończykom, którzy w swej bezczelności posunęli się tak daleko, że ważyli się wybrać jednego ze swoich, Marmanusa, na króla i odmówili jakiegokolwiek posłuszeństwa” (Anonim). Butni chrześcijanie, co oczywista, patrzący z góry na obcych im ludzi chociaż wraz z ich królem Mormanem również chrześcijan zażądali poddania się „władzy zwierzchniej” i trybutu. Odmowa tegoż (pięćdziesiąt funtów srebra „jak z dawien dawna”) i hołdu wystarczyły im z pewnością jako pretekst do wojny. Ludwikiem wszakże powodowały również motywy klerykalne. Kościół bretoński był jeszcze dość samodzielny, to znaczy nacechowany bardziej regułami szkockimi, odbiegającymi od benedyktyńskich, wyraźnie nie poddający się wpływom Rzymu. Duchowieństwo frankijskie żywiło niechęć przede wszystkim do swobody bretońskigo prawa małżeńskiego, pozwalającego na małżeństwa wśród bliskich krewnych. Już w czasie pochodu Ludwik pielgrzymował od kościoła do kościoła, począwszy od Paryża. A po drodze odwiedzał klasztor po klasztorze, został bogato obdarowany, jak to było w zwyczaju, przez opatów Hilduina z St. Denis, Duranda z St. Aignan gorliwego urzędnika jego kancelarii, przez opata Fridugisa ze Św. Marcina z Tours i innych. A potem spustoszył cały kraj, wszystko to jednak „bez wielkiego wysiłku”. Pobożny władca, którego swego czasu przezornie chwali biskup Thegan: „Rosły w nim dzień po dniu święte cnoty, których wyliczanie byłoby zbyt długie”, zdusił Bretończyków samą swą przewagą. Obrócił w perzynę wszystkie budynki, z wyjątkiem kościołów, i podczas tej całej pożogi i mordów wokoło kazał opatowi Matmonocusowi z Landevennec wyczerpująco relacjonować życie monastyczne w tym kraju. Zabijanie i modły, modły i zabijanie, bo wtedy wszystko szło dobrze, wszystko, przynajmniej podczas wojny, było dozwolone zakładając, że działo się to po „prawowitej” stronie. Król Morman, rozbiwszy część frankijskiej armii, padł z ręki cesarskiego koniuszego, Chozlusa, który przeszył mu skroń oszczepem, zanim sam został ubity przez jednego z Bretończyków, którego znowuż położył jeden z giermków Chozlusa, też przekłuty przez już umierającego Bretończyka: ot, takie wojenne obrazki, łyk żeby tak rzec słodkiej i chwalebnej śmierci za ojczyznę… Uprowadzono masę pojmanych, dużą ilość trzody, a Bretończycy poddali się „na jakich warunkach zawsze chciał cesarz […] A zakładnicy, kogo i ilu rozkazał, stawili się i zostali wzięci, a cały kraj został urządzony wedle jego woli”, pisze Astronom 36.

36 Wojna przeciwko Obodrytom i Baskom W roku 819 Ludwik rzucił swą armię na drugi brzeg Łaby przeciwko Obodrytom. Zaciągnięto ich odszczepieńczego księcia Sclaomira (809-819) do Akwizgranu, wzięto i spalono jego kraj; nieco później wygoniono go na powrót, lecz jeszcze w Saksonii złożyła go śmiertelnie choroba, zawszeć to został zaopatrzony świętym sakramentem chrztu; ten słowiański lud był jednak na skroś pogański i zwierzchnictwo Ludwika zostało wystawione na ciężkie powstania w roku 838 i 839. Również przeciw krnąbrnym Baskom i spokrewnionym z nimi Waskonom władca, tak często opiewany jako pokojowo usposobiony, odniósł krwawe zwycięstwo w roku 819. Od czasu klęski w wąwozie Roncevaux Gaskonia 37 była dla Franków swego rodzaju ziemią niczyją, z trudem strzeżoną przez hrabiego Tuluzy. Sam Ludwik nie odwiedził wprawdzie kraju swych pierwszych doświadczeń bojowych, ale w roku 816 poddał ten obszar graniczący z islamską Hiszpanią wzmocnionej kontroli hrabiego Bordeaux i księcia Waskonów. A w roku 819 jego syn Pepin ustanowił za sprawą wyprawy wojennej do Gaskonii, we wczesnym średniowieczu własnego księstwa, „spokój w tej prowincji tak zupełnie, że nie znalazł się tam żaden buntownik lub nieposłuszny”; podczas gdy regent jak znowu donoszą kronikarz Rzeszy i Astronom „jak zwykle” zajął się „łowami w Ardenach”. Z Maurami doszło do ponownych starć w latach dwudziestych 38. Wojna przeciwko Chorwatom Ludwik prowadził również wielkimi siłami trzyletnią wojnę przeciwko Chorwatom. Byli oni Słowianami, którzy w pierwszych wiekach naszej ery przywędrowali jako koczownicy lub półkoczownicy przez stepy nadczarnomorskie na tereny karpackie, a w VII wieku do Dalmacji i Panonii. Na temat ich historii w tym czasie i nieco później prawie nic nie wiadomo. Podczas rozprawy z Awarami około roku 800 (IV, s. 291 i nast.) zostali podbici, chociaż nie ostatecznie, zchrystianizowani, a Chorwacja tak panońska, jak dalmatyńska, została poddana władzy kościelnej patriarchy w Akwilei. W roku 819 rządzący między Drawą i Sawą książę Dolnej Panonii Ljudevit Posavski (zm. 823 r.) zbuntował się przeciwko Rzeszy, podburzony zresztą przez patriarchę Fortunata z Grado, który dostarczył nawet Ljudevitowi rzemieślników potrzebnych do budowy umocnień, inżynierów i murarzy. Niegdyś patriarcha trzymał wprawdzie stronę potężnego Karola, pojawiał się wielokrotnie na północy, po raz pierwszy w roku 803 z bogatymi darami na dworze w Salz (dzisiaj Bad Neustadt) nad Soławą, przez samego władcę obdarzony rozległymi przywilejami, m.in. beneficjum na terenie państwa Franków. Teraz jednakże ów obrotny, żądny władzy i bogactw książę Kościoła wierzył w większą siłę plemion słowiańskich, w przyszłość słowiańskiego państwa w swoim sąsiedztwie, zwietrzył w nim własne korzyści i odpowiednio do tego z nim kolaborował. (Podobne zwroty ku Wschodowi zdarzały się wśród żądnych sukcesu hierarchów w ciągu stuleci nader często, oczywiście, a zwłaszcza w Rzymie aż do, przykładowo, czasów Leona XIII, który przed pierwszą wojną światową obrał kurs nie tylko na Francję, lecz bardziej jeszcze na Rosję). Ale tak jak kiedyś szukał schronienia u Karola przed zemstą Bizantyjczyków, tak teraz, zawezwany na dwór cesarza Ludwika, uciekł do Bizancjum. (Są również wśród uczonych tępe głowy, oportuniści, podsuwający całemu światu wciąż od nowa arcygłupie zdanie, za pomocą którego usiłują łowić ryby w mętnej wodzie: że historia się nie powtarza. Przecież wszystko, co dla niej typowe i w niej notoryczne: zdrada, kłamstwo, ogłupianie, wykorzystywanie, kryzysy gospodarcze, afery finansowe, terroryzm państwowy, wszystko to

37 powtarza się ustawicznie: por. I, s. 25 i nast.). Cóż to ma za znaczenie, kto przewodzi tańcowi wokół złotego cielca, a tańczących wodzi za nos w samej rzeczy: semper idem 39. Podczas powstania w roku 819 przeciwko frankijskiej władzy centralnej Ljudevit odniósł wprawdzie początkowo zwycięstwo nad margrabią Kadolahem z Friulu 40, został jednak pobity nad Dunajem przez jego następcę (Kadolah nie przeżył swego niesławnego odwrotu), margrabiego Balderyka z Friulu i przegnany z kraju. Ale Ljudevitowi udało się jeszcze pokonać nad Kulpą Borne, księcia Chorwacji Dalmatyńskiej, z którym wziął udział w roku 818 w zjeździe książąt w Akwizgranie; przy tym Ljudevit obległ własnego teścia, Dragamoza, jako sojusznika Borny, ten jednak zdołał zbiec dzięki swej straży przybocznej. Książę Chorwatów starał się zdobyć przewagę nad Frankami i stawił wkraczającemu do Dalmacji przeciwnikowi opór z umocnionych pozycji na wybrzeżu. Atakował go znienacka, już to jego tyły, już to z boku, dzień i noc, i zmusił go wreszcie do okupionego dużymi stratami odwrotu, „bowiem trzy tysiące jego ludzi padło, wzięto ponad trzysta koni”, twierdzi kronikarz Rzeszy, podczas gdy panujący odpoczywał od trudów rządzenia w królewskim rewirze łowieckim w Eifel. W roku 820 Borna pojawił się ponownie w Akwizgranie, by zaproponować wspólną wojnę przeciwko Ljudevitowi, zmarł jednak już w następnym roku, prawdopodobnie śmiercią gwałtowną. W roku 820, jak tylko konie mogły znaleźć w terenie pożywienie, trzy armie z trzech stron jednocześnie, z Włoch, Karyntii oraz z Bawarii i Górnej Panonii, wtargnęły do państwa Ljudevita, „tyrana” (Anonymi vita Hludovici) i obróciły w perzynę „prawie cały kraj” (Annales regni Francorum), lecz nie odniosły sukcesu. A nawet znaczna część oddziałów (ciągnących przez Panonię) padła z powodu zarazy, podczas gdy Ludwik Pobożny właśnie oddawał się „swym zwyczajem łowom” w Ardenach. A już w następnym roku 821 trzy kupy jego zabijaków zrównały z ziemią „cały kraj Ljudevita”, gdy tymczasem Jego Majestat „spędził resztę lata i pół jesieni na łowach w odległym Lesie Wogeskim” (Roczniki Rzeszy). W roku 822 walczono już prawie wszędzie. Na południowym zachodzie przerzucano wojska z Włoch do Panonii. Chorwacki książę musiał tym razem zbiec do Serbii, gdzie cieszył się ochroną i gościnnością księcia Serbów, którego skrytobójczo zamordował, by zawładnąć jego grodem i miastem. Dopiero gdy samego Ljudevita usunięto w roku 823 w grodzie Srb nad Uną, gdy „został przez kogoś podstępnie zabity”, zresztą jako gość jednego z wujów chorwackiego księcia Borny, cały obszar między Drawą i Sawą dostał się ponownie pod zwierzchnictwo Franków 41. Na północy, gdzie Sasi na rozkaz Ludwika zbudowali twierdzę w Delbende po drugiej stronie Łaby, osadzono załogę i wypędzono „dotychczasowych słowiańskich mieszkańców z tej okolicy” (Annales regni Francorum) 42. Również i na południowym i północnym zachodzie: rozbój i pożoga. Wojna w Hiszpanii i przeciwko Bretończykom Hrabiowie Marchii Hiszpańskiej wtargnęli przez rzekę Segre „do wnętrza Hiszpanii” i wrócili „stamtąd szczęśliwie z wielkim łupem”, „spustoszywszy wszystko i spaliwszy”, jak pisze Astronom. Takoż rejestruje kronikarz Rzeszy zniszczenie pól, spalenie wsi oraz „niemałe łupy” i dodaje bezpośrednio po tym: „W ten sam sposób po zrównaniu dnia i nocy, jesienią, został uczyniony przez hrabiów Marchii Bretońskiej wypad do posiadłości bretońskiego przywódcy o imieniu Wihomark i wszystko spustoszone ogniem i mieczem”. Dlaczego nie w końcu cesarstwo było traktowane „jako zlecenie boskie i jak urząd kościelny” (Schieffer). Lecz Ludwik udał się potem „na łowy w Ardeny”, a potem na sejm Rzeszy we Frankfurcie, gdzie miał „przyjąć poselstwa z darami […] od wszystkich Słowian wschodnich”: więc od Obodrytów, Serbów, Wieletów, Czechów, Morawian, Predenecentrów

38 (wschodniej grupy Obodrytów z okręgu Braniczewo 43 ) oraz od panońskich Awarów ten lud znika potem na zawsze z kart historii 44. Oczywiście na dworze należało wystąpić okazale i uhonorować Jego Okropność. Nawet dalekiego księcia Grimoalda z Benewentu cesarz zobowiązał od momentu swego wstąpienia na tron „traktatem i przysięgą do płacenia rocznie 7000 solidów złota do królewskiego skarbca” (Anonymi Vita Hludovici) 45. W roku 824 monarcha pociągnął z trzema grupami wojska jedną prowadził on sam znów przeciw Bretończykom i ich księciu, Wihomarkowi, następcy Mormana. Pozostałymi dwiema armiami dowodzili królewscy synowie, Pepin i Ludwik, przy czym szczególnie wyraźnie zaangażowali się dowódcy przygranicznych okręgów, hrabiowie Tours, Orleanu i Nantes. Jak jesienią drozdy i inne ptaki gęstymi chmarami wpadają do winnicy, by wykraść winne grona, tak przyszli Frankowie zaraz na początku żniw i splądrowali bogate plony tego kraju. Opisuje to w czwartej pieśni swego eposu bohaterskiego frankijski kapłan Ermoldus Nigellus, który uzbrojony w miecz i tarczę towarzyszył wyprawie przeciwko Bretończykom (nie bez autoironii) i opiewał wielkie czyny Ludwika. „Szukali bogactw ukrytych w lasach, bagnach i rowach. Zabierali nieszczęsnych ludzi, owce i bydło. Frankowie spustoszyli wszystko. Kościoły, jak rozkazał cesarz, zostały oszczędzone, ale wszystko inne padło pastwą płomieni”. Ponad czterdzieści dni, podają frankijskie źródła, Ludwik Pobożny pustoszył „cały kraj ogniem i mieczem”, nawiedził go jak „wielka plaga” (magna plaga) on, który był „najpobożniejszym z cesarzy”, jak sławi go biskup Thegan, „gdyż już wcześniej oszczędzał swych nieprzyjaciół, wypełniając słowa ewangelistów, gdzie jest powiedziane: Wybaczajcie, a będzie wam wybaczone”. Ludwik zniszczył pola i lasy, zrujnował stan bydła, zabił wielu Bretończyków, wielu uprowadził w niewolę i wrócił z zakładnikami z „wiarołomnego ludu”. (Król Wihomark został już na początku otoczony przez ludzi hrabiego Lamberta z Nantes i zabity). Mniej „szczęśliwie” zakończyła się w tym samym roku zbrojna ekspedycja do Pampeluny, gdzie podczas odwrotu przez Pireneje w tym samym wąwozie Roncesvalles los dopadł Franków; tam również, jak głosi legenda, w roku 778 została rozbita tylna straż Karola „Wielkiego” po zburzeniu baskijskiego miasta Pampeluny (IV, s. 281 i nast.). Teraz, ledwie pół wieku później, w mrocznym przesmyku górskim oddziały hrabiów Aeblusa i Azenariusa zostały „wybite prawie do nogi […] przez niewiernych górali”. Obaj hrabiowie przeżyli „po utracie swego całego wojska” (Astronom) 46. W swym prawodawstwie cesarz zaczął się wówczas wyraźnie wiązać z Kościołem, z którego reprezentantami musiał mieć wcześniej tak bolesne doświadczenia (s. 50), niczego się stąd nie nauczywszy. W każdym razie działał on teraz wyraźnie na chwałę Kościoła i ku jego ochronie, dla jego wywyższenia, oczywiście dla honorów jego sług, którym należało okazywać szacunek, których nauk należało słuchać. Domagał się postów, świętowania niedziel, wznoszenia szkół w celu kształcenia duchowieństwa, uznał wszakże, że musi napominać biskupów, „by wypełniali swe pasterskie obowiązki w pełnym zakresie” 47. W ogóle nie powinno się polegać tylko na Bogu i Kościele. Dlatego zawsze, gdy Ludwik błagał w tych ciężkich czasach o błogosławieństwo niebios dla swych działań, to nie zapominał, co w pierwszym rzędzie pozwalało im skutecznie działać. Gdy kilka lat później sam nałożył trzydniowy post i dopraszał się najwyższego wsparcia, to jednocześnie rozkazał w obliczu wrogów chrześcijaństwa, by wszyscy zobowiązani do służby w armii stali w gotowości konno i zbrojno, z przyodziewkiem, wozami i prowiantem, aby w danym razie móc niezwłocznie ruszyć w pole. Tak kto Bogu ufa, mężnego ducha… 48.

39 Gdy w roku 826 dowiedział się na królewskim dworze w Salz nad Soławą o odstępstwie możnego Wizygota Aizo i o ruchawce, jaką ów spowodował w Marchii Hiszpańskiej, gdzie zajął kasztele, zmusił do ucieczki hrabiów, przeciągnął na swą stronę ludność, ogromnie wyzyskiwaną, często wypędzaną z własnych zagród i zubożałą, wówczas monarcha zdecydował się wnet przemyśleć w sposób dojrzały niedobrą sytuację i przede wszystkim swój gniew najpierw rozładować w jesiennych łowach (autumnali venatione). Aizo obsadzał tymczasem wzięte kasztele załogami, zdobywał nowe i badał stanowisko Maurów posiadających na Półwyspie Iberyjskim dobrze funkcjonujące państwo, którego ludności, Gotom i hiszpańskim osadnikom już pod rządami Karola I gorzko skarżyli się oni na ucisk ze strony chrześcijańskich hrabiów i ich siepaczy lepiej się wiodło, niżby można sądzić. Na co dzień przestawano i handlowano ze sobą za pomocą frankijskiego srebra, złotych monet arabskich, a Aizo, który najwyraźniej chciał oderwać od Franków Marchię Hiszpańską, nie zaniedbywał również kontaktów z ‚Abdarrahmanem II (822-852), emirem Kordoby i to z niezwykle dobrym skutkiem. Ze swej strony Ludwik Pobożny wysłał w 827 roku na południe najpierw opata Helizachara, swego dawniejszego kanclerza, następnie swego syna Pepina, króla Akwitanii, „z niezliczonymi frankijskimi oddziałami”. Jednakże Maurom udało się kiedy już przekroczyli Ebro, spustoszyli tereny wokół Barcelony i Gerony oraz spalili kościoły i okrutnie pomordowali księży (mieli uprowadzić wielu chrześcijan) wrócić ponownie do Saragossy, tak że obojętne dlaczego spóźniona odsiecz frankijska nawet ich nie oglądała; co zapewne pozwalają przypuszczać „straszne obrazy bitewne o nocnej porze”, jak rzecze Astronom. Przeto pospieszył się tak pobożny, jak i zabobonny monarcha, gdy dowiedział się o budzących zgrozę oznakach, wysłał „pomocnicze oddziały do ochrony rzeczonej marchii granicznej i kontentował się aż do czasu zimy łowami w lasach leżących wokół Compiegne i Quierzy”. W roku 828 wyprawa jego syna Lotara „z licznym wojskiem frankijskim” nie przyniosła żadnych owoców. A Aizo znika bez śladu z kart historii 49. Wojna przeciwko Bułgarom Do konfliktu doszło również z Bułgarami. Ich chan Omurtag (815 ok. 831), który jako pierwszy bułgarski władca konferował bezpośrednio z Frankami, wysyłał od roku 824 co rusz poselstwa również z darami do Ludwika i zabiegał o wyjaśnienie granic i ustanowienie przyjacielskich stosunków. Ludwik wciąż jednak kazał posłom nieprzyzwoicie długo czekać i zwodzić chana. W końcu po załamaniu wszelkich zabiegów wtargnął tenże na okrętach Drawą do Dolnej Panonii, spustoszył kraj i ustanowił wręcz bułgarską administrację. Powodowany utratą Panonii, młodszy Ludwik przedsięwziął w następnym roku wyprawę wojenną przeciwko Bułgarom, najwyraźniej znowu bez powodzenia, chociaż mnisi z Fuldy chwalili się, że w okresie postu (od 19 lutego do 4 kwietnia) odśpiewali na intencję armii 1000 mszy i tyleż psałterzy. Już w następnym roku Bułgarzy wyprawili się znowu w górę Drawy i „spalili kilka wsi naszych w pobliżu rzeki” (Annales Fuldenses). Dwór cesarski określił „napady i spustoszenia ze strony niewiernych” również Saraceni grasowali w Marchii Hiszpańskiej oraz inne klęski jako „sprawiedliwą karę bożą” 50. Nieco więcej „szczęścia” miał widocznie swego czasu margrabia Toskanii, Bonifacy, któremu cesarz powierzył ochronę Korsyki. Podczas „polowania” na niewiernych piratów morskich dotarł gorliwy obrońca wyspy aż do Afryki! Między Utyką 51 a Kartaginą zszedł na ląd, zaatakował wielkie masy tubylców, „zmusił ich pięć albo więcej razy do ucieczki i położył wielką ilość Afrykańczyków”; stracił jednak również „znaczną liczbę swych własnych ludzi”. Zawszeć to pozostawił „swoim czynem wielki strach” (Annales regni Francorum) 52.

40 Szczególnie w ostatnim dziesięcioleciu rządów Ludwika konflikty zagraniczne mocno zmalały. Z powodu rewolucji pałacowych ten katolicki dom panujący miał wystarczająco wiele spraw na swojej głowie. Tymczasem polityką zagraniczną zajmowano się na innych dworach chrześcijańskiego Zachodu już od dłuższego czasu, już od początku tego uniwersalnego państwa. Na przykład w Rzymie. Rzymskie stosuneczki. Dlaczego kanonizowano papieża-mordercę Leona III Nad Tybrem wraz ze śmiercią starego cesarza Karola wnet powiały inne wiatry. Ledwie zmarł 28 stycznia 814 roku w wieku siedemdziesięciu dwu lat i nastąpił po nim na tronie Ludwik, a już wyższe duchowieństwo po drugiej stronie Alp zwietrzyło, że wobec syna może zachowywać się inaczej. Zaczęto znów dążyć do większej samodzielności, władzy, chciano „swobody działania” przynajmniej w obrębie Państwa Kościelnego i uzyskano ją. Gdy jeszcze w tym samym roku Wieczne Miasto walczyło z wielce znienawidzonym, oskarżanym o rozpustę i krzywoprzysięstwo papieżem Leonem III tym (z powodu jego cudownie uzdrowionych oczu i języka po, zgodnie ze źródłami tylko usiłowanym, ale zaniechanym okaleczeniu!) w roku 1673 kanonizowanym wielokrotnym mordercy zza biurka (IV, s. 270 i nast.) kazał on „przestępców wobec majestatu” z miejsca zbiorowo wieszać. Nawet pobożnego Ludwika wprawił w zakłopotanie tym, „że tak ostre kary są wymierzane przez pierwszego kapłana świata” (Anonim). Przecież kiedyś jego ojciec Karol zamienił na wygnanie liczne wyroki śmierci wydane na przeciwnych Leonowi możnych miejskich. A anno 815, gdy Leon już od dwu dziesięcioleci zasiadał na stolcu nigdy nie zajmowanym przez Piotra, a teraz leżał na łożu śmierci, wybuchła nowa rebelia, rewolta arystokracji i chłopskie powstanie, święty papież który nakazywał gwałtem ściągać dobra do „apostolskiej komory”, a wywłaszczonych pozbawiać głowy sypnął zaraz seryjnymi wyrokami śmierci, a jemu samemu też oczywiście chciano się dobrać do skóry. Rzymianie zebrali się tłumnie, pisze kronikarz Rzeszy, „i splądrowali najpierw dobra, które papież założył w ostatnich latach na obszarze poszczególnych miast i spalili je. A potem zdecydowali pójść na Rzym i wziąć siłą, co im, jak się skarżyli, zostało wyrwane”. Przed miastem zostali jednak pobici przez frankijskiego księcia Winigisa, chociaż już steranego wiekiem i słabego jak papież. Na pociechę w swej zgryzocie (ale nie dla swych poddanych) gasnący papież miał wreszcie zwyczaj odprawiać kilkakrotnie w ciągu dnia mszę. A książę Winigis został parę lat później mnichem i wkrótce potem zmarł. Dlaczego jednak Leon III wszedł w XVII wieku w szeregi rzymskich męczenników? Dlaczego to mordercze monstrum zostało uznane za świętego? (Podczas 21-letniego pontyfikatu tego papieża, nota bene, nie zebrał się z jego inicjatywy ani jeden synod, który by opracował kanony ku wzmocnieniu dyscypliny w Kościele!). Kanonizowano go nie z powodu jego brutalności, nie z powodu jego eliminacji przeciwników, na pewno nie z powodu klęknięcia przed Karolem „Wielkim” była to, jeśli nie pierwsza, to z pewnością ostatnia proskynesis papieża przed cesarzem Zachodu któremu zawdzięczał przetrwanie (bardziej na urzędzie, niż w godności). Nie, kanonizowano go, ponieważ w dniu Bożego Narodzenia 800 roku włożył Karolowi koronę na głowę (IV, s. 272 i nast.); ponieważ w ten sposób dobitnie przeforsował żądzę panowania, nienasycone dążenie do supremacji papieży, ponieważ za pomocą tego sygnału promieniującego na inne czasy, tego „genialnego posunięcia” (de Rosa) zapisał zarazem na zawsze w ponurej księdze historii ich absolutne aspiracje przywódcze. Tylko dlatego dla Franza Xavera Seppelta, katolickiego historyka papiestwa, imię Leona III jaśnieje w „Katalogu Świętych” z pominięciem wszystkich fatalności jego długiego terroru, wszystkich trupów, jakie znaczą jego drogę święty, święty, święty! (dzień: 12 czerwca) 53.

41 Szwindel z cesarską koroną i koronacją: Stefan IV (816-817) i Paschalis I (817-824) Leon zmarł 12 czerwca 816 roku. Jego następca Stefan IV, od dziecka w Lateranie wytresowany rzymski arystokrata, którego wyniesiono na tron w ciągu dziesięciu dni, nie pytając cesarza o zgodę, rządził zaledwie kilka miesięcy; mimo to jego można rodzina dostarczyła w następnych stuleciach dwu dalszych papieży. Sam Stefan wyruszył jeszcze w sierpniu z Rzymu, by w towarzystwie króla Bernarda „w wielkim pośpiechu” udać się przez Alpy do Reims, gdzie w pierwszych dniach października Ludwik, w stroju kapiącym od złota i klejnotów, wśród hymnów pochwalnych duchowieństwa, zgodnie z bizantyjskim ceremoniałem trzykrotnie upadł przed papieżem, a następnie pozdrowił go słowami psalmu: „Pozdrowiony niech będzie, który przychodzi w imię Pana”. Obejmowanie się, pocałunki, przejście do kościoła, nowe śpiewy pochwalne a następnego dnia „wzajemne dary” i „wspaniałe uczty” (Roczniki Rzeszy). Imperator ofiarował księciu Kościoła srebro, zdobione drogocennymi kamieniami puchary, zastawę stołową ze złota, okryte złotem konie i in. Stefan wystąpił oszczędnie, też nieco złota, szaty, przy czym oczywiście „otrzymał po stokroć, co z darów przywiózł z Rzymu” (Ermoldus Nigellus). Taka jest radość z obdarowywania. Tak ochoczo daje sam papież. A Jego Świątobliwości, który nie zapomniał nazwać Ludwika „drugim królem Dawidem” (Thegan), zależało jedynie na tym, by podczas uroczystej sumy w reimskim kościele Notre Damę, gdzie miał zostać ochrzczony Chlodwig, koronować cesarza na cesarza: chociaż tenże już przed trzema laty, w roku 813, został koronowany na cesarza w Akwizgranie, a po śmierci poprzedniego ponownie w Akwizgranie uroczyście przyjęty jako cesarz przez aklamację i nawet według poglądów kurii „już niewątpliwie był «cesarzem»” (Eichmann). Wszelako to nie mogło wystarczyć. Współudział Rzymu miał być i był konieczny, aby w pełni uznano godność cesarską. Papieże chcieli nadawać korony cesarskie, nawet jeśli poza tym okazywali się bardzo skąpi wobec cesarzy. Stefan miał koronę już w swych bagażach, „złotą koronę cudownej piękności zdobioną najcenniejszymi klejnotami” (Thegan), którą papież podawał za koronę cesarza Konstantyna! (Katolicki Podręcznik historii Kościoła ujmuje tę „koronę Konstantyna” skromnie w cudzysłów). Szwindel, od strony prawnej wprawdzie bez znaczenia, mógł i miał oczywiście przypomnieć o rzymskim rodowodzie cesarstwa oraz o związku obu mocarzy, niejako o „osi” Akwizgran-Rzym. Przede wszystkim jednak: było to nawiązanie do działań jego poprzednika, kontynuacja, a zatem nowy pretekst na rzecz rzymskiego pojmowania spraw, najwyższych aspektów historii świata; w pewnej mierze mianowicie papieskiego poglądu na „godność cesarza, […] prawo papieża do koronowania cesarzy i papieża jako dysponenta cesarstwa” (Seppelt). Rzesza została tym samym potwierdzona jako „Święta Rzesza”. Stefan IV namaścił swego czasu również młodego monarchę i jego żonę Irmingardę, przy czym po raz pierwszy z namaszczeniem połączył koronację cesarza. Znamienne, że namaszczenie osoby pojawiło się w Kościele zachodnim; we wschodnim gdzie dużo wcześniej niż na Zachodzie namaszczano ołtarz i dom boży było ono nieznane i dopiero później zostało przejęte z Zachodu. Po błogosławieństwie papież Stefan modlił się adekwatnie: „O Chryste, Panie świata i wszego czasu, który życzyłeś sobie widzieć Rzym jako głowę kręgu ziemskiego […]”. Ludwik swego czasu złożył ze swej strony przysięgę obrony rzymskiego Kościoła, która wkrótce stała się znana pod nazwą pactum hludovicianum, nawiązywała do dawniejszych wielkodusznych przyjaznych służb Franków, a Rzymowi gwarantowała inwestyturę biskupów, regularną władzę sądowniczą, wymieniała cały stan posiadania papieskich terytoriów, krótko mówiąc, nadawała papieżowi wspaniałomyślnie przywileje, gwarantowała

42 zarówno jego stan posiadania, jak i jego suwerenne prawa, usiłowała oczywiście zapewnić również frankijskie roszczenia do supremacji. Dążenie do władzy i majątku było jak zwykle na pierwszym planie, podczas gdy tak bardzo wspierana przez Ludwika polityka reformy Kościoła pozostawała, „rzecz znamienna, bez zauważalnego udziału papieży” (Schieffer). Jednakowoż: „Dopóki papież był obecny, prowadzili rozmowy o korzyściach świętego Kościoła Bożego (de utilitate sanctae Dei aecclesiae). Po tym jednak jak cesarz obsypał go wielkimi i niezliczonymi darami, więcej niż trzykrotnie większymi, niż sam otrzymał od kogokolwiek, tak jak zawsze miał w zwyczaju czynić, więcej dawać, niż brać, pozwolił mu odjechać do Rzymu […]” (Thegan); „[…] wrócił papież, który uzyskał wszystko, czego pragnął, do Rzymu” (Astronom). Istotnie przybył z powrotem bogato obładowany złotem i srebrem, przede wszystkim z gwarancjami stanu posiadania, potwierdzeniami przywilejów, immunitetami; otrzymał również dodatkowy dar od cesarza, frankijskie dobra koronne Vendeuvre (koło Bar-sur-Aube), zmarł jednak już następnej zimy, 24 stycznia 817 roku, wszakże zdziałał po śmierci jeszcze parę cudów 54. Następca Stefana Paschalis I (817-824) kazał wnet potwierdzić wytarowane przez swego poprzednika pactum hludovicianum, tzn. pełen zakres darów i obietnic darów uczynionych przez Pepina i Karola, Ludwikowego dziada i ojca, a więc autonomię Państwa Kościelnego, papieskie prawa suwerenne i, rzecz nie najmniejsza, swobodny wybór papieża. Dokument, kontrowersyjny, nigdy nie wymieniany w oficjalnej księdze papieskiej, zachowany jedynie w odpisie w kościelnych zbiorach z XI/XII wieku, ze względu na swoiste sformułowania odbiegające od powszechnie przyjętych dyplomów, długo był uważany za fałszerstwo. Z biegiem czasu zaczął być uznawany, tak od strony formalnej, jak i merytorycznej, najczęściej za prawdziwy prócz różnych zafałszowań, interpolacji, jak choćby wstawki dotyczącej Sardynii, Korsyki i Sycylii, które przeszmuglowano najwyraźniej ze zwykłej zachłanności 55. Akt z Reims z roku 816 znalazł na Wielkanoc roku 823 doniosłe powtórzenie i uzupełnienie w Rzymie. W tym czasie syn Ludwika Lotar I przebywał w Rzymie, gdzie z Walą jako doradcą od roku 822 miał kontynuować panowanie Pepina i Bernarda. W Wielkanoc zaprosił go do siebie następca Stefana Paschalis I surowy papież, który napsuł mnóstwo krwi i został konsekrowany bez zgody cesarza, za co go wszakże przeprosił i odcelebrował z nim w kościele Sw. Piotra w wielkanocną niedzielę (5 kwietnia 823 roku) ten sam rytuał, co jego poprzednik z jego ojcem kiedyś w Reims, chociaż Lotar już w 817 roku został koronowany jako cesarz przez swego ojca w Akwizgranie. I znowuż koronacja, która Lotarowi tym bardziej się przydała, że właśnie dowiedziano się o brzemiennym stanie cesarzowej, miała ten sam cel: związać Cesarstwo z Rzymem, ukazać namaszczenie i koronację przez papieża jako nieodzowne również dla cesarza już mianowanego i koronowanego przez świeckie instancje. I rzeczywiście „coraz bardziej uznawano” (Nelly) „prawo” papieży do koronacji cesarzy, tak jak i „prawo” Rzymu i Świętego Piotra, na co stworzono prejudykat, do miejsca koronacji. Co godne uwagi, ta powtórna koronacja wiązała się również po raz pierwszy z przekazaniem miecza; jako że teraz zintensyfikowano również współpracę przy działalności misyjnej w krajach Północy (s. 68, 306). Lecz miecz, który papież przekazał Lotarowi obok korony, był symbolem zarazem obrony, jak i władzy, znakiem zobowiązania do wykorzenienia „zła” 56. Papież Paschalis oślepia i ścina, najpierw święty, a potem wykreślony z kalendarza Zło jednak na nikim nie poznało się lepiej, niż na papieżach. Paschalis, na przykład, rozpoznał je sam we własnych ministrach, a mianowicie, co ciekawsze, w przywódcach stronnictwa profrankijskiego. Dlatego dwaj z najwyższych

43 urzędników papieskich, arystokratycznego pochodzenia primicerius Teodor (jeszcze w roku 821 nuncjusz na dworze frankijskim) i jego zięć, nomenclator Leon, w roku 823, po wyjeździe Lotara, bez jakiegokolwiek postępowania sądowego zostali oślepieni i ścięci przez papieskich funkcjonariuszy w Pałacu Laterańskim, „z powodu ich wierności Lotarowi” (Astronom), ponieważ, relacjonują również Roczniki Rzeszy, „w każdym calu stali wiernie przy młodym cesarzu Lotarze”. Przy tym przypisano papieżowi lub przynajmniej „jego zgodzie wszystko”, pisze Astronom. Cała sprawa przypomina nieco krwawy proceder św. Leona III z roku 815 (s. 60 i nast.). Lecz cesarz wysłał również w roku 823 swoich sędziów do Rzymu i oddalił się na resztę lata oraz jesień w okolice Wormacji i na łowy w Eifel. Jednakże Paschalis (wśród Rzymian tak popularny, że w czasie wynoszenia jego zwłok doszło do tumultów) odrzucił swą współwinę i odmówił poddania się procedurze sądowej (a mógł mieć do tego wystarczające powody), składając publicznie przysięgę oczyszczającą go z zarzutów „dowód” już wypróbowany przez św. Leona III w grudniu 800 roku (IV, s. 272) i szczególnie częsty wśród kościelnych dostojników przy pomocy 34 biskupów oraz pięciu prezbiterów i diakonów. Jednocześnie przeklął zamordowanych jako zdrajców, nazwał ich śmierć aktem sprawiedliwości, na ten los przecież zasłużyli sobie jako przestępcy wobec majestatu, a ich morderców wziął „zdecydowanie w obronę” (Annales regni Francorum) jako sługi św. Piotra (de familia sancti Petri) 57. Cesarz Ludwik zrezygnował. A papież Paschalis I zmarł w 824 roku pośród familia sancti Petri. Facet był szczwany, bo Ludwik miał wyraźnie przewagę, i twardy. Mnichów z Fuldy, którzy przynieśli mu niemiłą wiadomość, kazał bez namysłu wrzucić do więzienia i zagroził ich opatowi Rabanowi Maurowi ekskomuniką. W samym Rzymie jego surowe rządy, rujnujące zupełnie państwo, były znienawidzone. A ponieważ nie tylko jego planowany pogrzeb, ale i wybory papieża stały pod znakiem ciężkich zamieszek, ciało Paschalisa dłuższy czas pozostawało nie pogrzebane, póki jego następca go nie pochował, jednakowoż nie u Świętego Piotra. Za to imię Paschalisa nieco później, pod koniec XVI wieku, dzięki historykowi Kościoła Cezaremu Baroniusowi został on zmuszony do przyjęcia godności kardynalskiej groźbą ekskomuniki dostało się do kalendarza świętych Kościoła katolickiego (święto 14 maja), a jeszcze nieco później (rzymskie młyny mielą powoli), w roku 1963, znowu z niego wypadło; jego dzień został wykreślony 58. Współcesarz Lotar i „Constitutio Romana” Gdy po śmierci Paschalisa wybuchły zażarte walki między ludem a arystokracją, przy czym ta ostatnia wyniosła na papieski tron kardynała Eugeniusza de Santa Sabina, do Rzymu przybył po raz drugi pełen energii cesarz-junior Lotar I, obdarzony mocno już rozwiniętym talentem politycznym. Zaprotestował przeciwko mordowaniu swoich zwolenników, „którzy byli wierni cesarzowi, jemu i Frankom”, protestował przeciwko „ignorancji i słabości niektórych papieży”, przeciwko chciwości ich sędziów, sprzecznemu z prawem wywłaszczaniu z dóbr w imieniu papieży oraz przeciw całej nieudolności władzy duchownej. A jego postępowanie zostało powitane przez lud rzymski z wdzięcznością. Kapitularze cesarza Ludwika piętnowały już wcześniej symonię i żądzę zysków biskupów Italii, którzy często wyzyskiwali finansowo swoje parafie, pozwalali kościołom obracać się w ruinę, a którzy za pontyfikatu Eugeniusza II na synodzie w Rzymie w 826 roku surowo przykazywali kapłanom, że nie wolno im bawić się, uprawiać lichwy, organizować polowań i łowów z ptakami, że nie wolno im trwonić wyposażenia kościołów i uprawiać rozpusty etc. (Jest to, na marginesie, jedyny synod rzymski w pierwszej połowie IX wieku, którego postanowienia potwierdzone są dokumentami. A w pierwszym ćwierćwieczu nie było

44 w Rzymie najwyraźniej żadnego zgromadzenia kościelnego!) Lotar przystąpił teraz do surowego zbadania wielu przestępstw i nadużyć: „stosunków rzymskich, które już od dłuższego czasu popadły w chaos z powodu niewłaściwego zachowania wielu papieży”, jak pisze kronikarz Rzeszy. „Coraz bardziej zatrważający okazywał się zasięg bezprawnych konfiskat dóbr, samowola i chciwość papieskich urzędników” (Simson). Co oczywiste, arcykapłani nie oszczędzali przy tym klasztorów, ważyli się targnąć i na nie, zwłaszcza te szczególnie zamożne. Na przykład na Farfę. Założony około roku 700 klasztor benedyktynów należał w średniowieczu do najbogatszych opactw we Włoszech. Położony między Rzymem a Rieti, cieszył się ochroną króla Longobardów, rozległe posiadłości w Sabinie i poza nią zawdzięczał jednak przede wszystkim książętom Spoleto i wielu prywatnym fundatorom. Został już w roku 775 wyposażony przez Karola I we frankijski immunitet, prawo obioru opata i exemptio 59, a przez następnego cesarza utwierdzony tak w stanie posiadania, jak i własnej pozycji prawnej, mógł ponadto wykazać się papieskimi bullami potwierdzającymi przywileje. Jeszcze na kilka dni przed śmiercią Stefan IV uznał to wszystko, chociaż za roczny czynsz w wysokości 10 solidów w złocie. Wszelako inni papieże usiłowali co rusz ignorować fakt, że Farfa bezpośrednio podlega Rzeszy, powołując się na zwierzchność lenną nad Sabiną, i podporządkować sobie bogate opactwo. Odbierał mu dobra Hadrian, takoż św. Leon III; wreszcie św. Paschalis, pod pretekstem, że Farfa „z mocy prawa i władzy przysługuje Kościołowi rzymskiemu”, wytoczył i przegrał proces przed sądem cesarskim. (Jednakże już niewiele lat później, w roku 829 papieże nie potrafią sobie po prostu odpuścić, bo mają słuszność, że zawsze chodzi o Boga Grzegorz IV wytoczył nowy proces o Farfę). Po formalnym postępowaniu Lotar orzekł wobec papieża Eugeniusza II (824-827) wydanie wszystkich skonfiskowanych dóbr, wśród entuzjazmu ludu przegnał papieskich sędziów do państwa Franków i spowodował powrót prześladowanych pod rządami Paschalisa I. A 11 listopada 824 roku za pomocą nowej regulacji stosunków frankijsko-papieskich, tak zwanej Constitutio Romana (ograniczającej z kolei Pactum Hludovicianum z roku 817) 60, przywrócił supremację cesarza w Państwie Kościelnym oraz zależność papieża, podporządkował administrację Państwa Kościelnego kontroli stałego papieskiego i cesarskiego missus 61, przed którym każdy electus, każdy nowo konsekrowany papież musiał ostatecznie składać przysięgę na wierność cesarzowi pro conservatione omnium 62. A zatem na powrót, jak od czasów Justyniana do zrzeczenia się Italii przez Konstantynopol, było wymagane potwierdzenie wyboru papieża przez cesarza, Pactum Hludovicianum zostało częściowo zniesione i osiągnięto zwierzchność władzy cesarskiej nad kurią oczywiście nie na długo. Wszakże usankcjonował ją z naciskiem Jan IX na synodzie rzymskim w roku 898, by powstrzymać będące prawie regułą niepokoje podczas wyboru papieża. Poza tym konstytucja Lotara weszła jeszcze do zbioru praw kanonicznych z czasów Grzegorza VII, nawet jeśli, co nic dziwnego (por. s. 135 i nast.) „zniekształcona i odpowiednio przyrządzona” (Muhlbacher) 63. Frankijscy biskupi upokarzają cesarza, a sami nie chcą być sądzeni przez nikogo Tak jak pasterze w Rzymie, tak i pasterze na terenie Rzeszy stawali się stopniowo coraz krnąbrniejsi. Powody leżały nie tylko w nich samych, lecz tak samo w ich świeckich

45 partnerach i okazjonalnych przeciwnikach. Kapłani bowiem wiedzą zawsze bardzo dobrze, kiedy mają służyć, a kiedy wolno im szczekać, skakać, kiedy mogą kąsać. Ludwik Pobożny, dużo miększy niż jego „wielki” ojciec, dużo mniej energiczny, brutalny, osiągał odpowiednio do tego również mniejsze „sukcesy” w polityce zagranicznej, przeciwko Duńczykom, Bułgarom i Maurom, ale również w samej Rzeszy i, przy całym reformatorskim zapale, a może dlatego, w Kościele. Biskupi byli wprawdzie gotowi namaszczać i koronować królów, wynosić ich ponad wszystkich „laików”, lecz w zamian sami chcieli stać ponad wszystkimi książętami. Dążyli do państwa teokratycznego i uczynili Ludwika królem „z ich łaski” (Halphen). Onże zaś już wkrótce zrezygnował wobec Rzymu z zatwierdzania wyboru papieża, z kontroli nad Państwem Kościelnym, a w polityce wewnętrznej podporządkowywał się z czasem coraz bardziej episkopatowi. W sierpniu 822 roku cesarz zjawił się na sejmie Rzeszy w Attigny w tamtejszym kościele w stroju pokutnym i oficjalnie wyraził swą skruchę. Stało się to za radą hierarchów. Wyznał współwinę w śmierci swego bratanka Bernarda, niesprawiedliwość wobec braci przyrodnich, kuzynów i innych. Upokorzył się, czego ojciec jego nigdy nie zrobił i nigdy by nie zrobił; poddał się wyrokowi kapłanów. Wówczas Agobard z Lyonu zażądał zwrotu wszystkich dóbr, jakie książęta zabrali wcześniej Kościołowi! Ludwik znosił to skruszony, pędził swe oddziały we wszystkie strony świata, jedno wojsko wysłał do Panonii, drugie do Marchii Hiszpańskiej, trzecie do Bretońskiej a sam oddawał się „obyczajem królów frankijskich podczas jesieni polowaniu […]”. Wszystko to, rzecz warta przemyślenia, jest częścią chrześcijańsko-zachodniej kultury, nie jej częścią marginalną, lecz esencjonalną. Właśnie tak. Zaprzątnięci mianowicie podporządkowywaniem państwa, biskupi ogłosili w 829 roku w Paryżu, podpierając się niezwykle butnymi naukami papieża Gelazego I (II, s. 198 i nast.), że nikt ich nie może sądzić, że oni sami są odpowiedzialni tylko przed Bogiem, lecz inni możni podlegają im, biskupom. A nawet, ich auctoritas 64 stoi wyżej niż potestas 65 króla, cesarza, który w innym wypadku stałby się tyranem i straciłby jakiekolwiek moralne prawo do swego panowania. Ich zarozumiałość, czasami ukryta we frazesach pozornej skromności, odziana w pseudo czołobitność notoryczna hipokryzja kleru nie mogła chyba być większa. Chwalili, w tym wypadku nawet szczerze, pokorę cesarza, pokorę innych uznawali bowiem za powinność. Oni przecież jawili się jako ci, którym Pan dał władzę wiązania i rozwiązywania i przypominali w samouwielbieniu rzekome słowa cesarza Konstantyna do biskupów (z niepewnej Historii Kościoła Rufina): „Bóg was powołał na kapłanów i dał wam władzę sądzić również nas. Dlatego słusznie jesteśmy sądzeni przez was; wy jednakże nie możecie być sądzeni przez ludzi”. Zbyt wyszukane, by mogło być prawdziwe. Natomiast chętnie się im wierzy; gardłują z wielkim naciskiem na rzecz dóbr kościelnych których sami nie zgromadzili, z którymi często się obnosili jak z prywatnym majątkiem. Tylko zawistnikom, tak to wyjaśniają, wydaje się tego zbyt dużo; istotnie, „prawdziwie” powiedziane, może „nie jest tego nigdy zbyt dużo”! 66 Ano, sprawdzimy to. Jeśli to wszystko zdradza trudną do prześcignięcia arogancję i żądzę władzy episkopatu, to biskupi zachowywali się jeszcze ohydniej podczas sporu Ludwika z synami. Lecz czy panujący nie prowokował ich sam swą uległością? Czy podczas obrad w Akwizgranie w połowie grudnia 828 roku, gdy wszelkie nieszczęście, klęski głodu grasujące „przez całe średniowiecze” (Goetz), „dziki świat, świat w szponach głodu” (Duby),

46 gdy biedę, zarazy, nieurodzaje, straszne zabobony, rebelie magnatów, chciwość urzędników i hrabiów, przekupstwo, symonię, obyczajowe zdziczenie kleru, prostytucję, pederastię, sodomię, łupieżcze najazdy pogan etc. etc, krótko mówiąc, gdy całe zło według sprawdzonego zwyczaju sprowadzono do gniewu boskiego za grzechy chrześcijańskiego świata, ale dla księży zażądano zwolnienia z danin, rezygnacji cesarza z mieszania się w sprawy kościelne, czyż nie określił on sam jako zadanie dla biskupów sprawdzenia, jakie szczególne grzechy winne są tej nędzy, by można je należnie odpokutować? A również w 829 roku, na synodzie paryskim, hierarchowie przyznali władzy duchownej pierwszeństwo przed cesarską 67. W najgorsze opresje w polityce wewnętrznej, mające niewątpliwie następstwa dla historii świata, popadł jednak Ludwik z powodu wydarzenia, które normalnie jest uznawane za radosne: narodzin dziecka, najmłodszego syna. Jak katolik z katolikiem: pierwsze powstanie Cesarzowa Ermengarda powiła swemu małżonkowi trzech synów: Lotara (795 r.), Pepina (797 r.) i Ludwika (806 r.). Gdy po mniej więcej dwudziestoletnim małżeństwie zmarła 3 października 818 roku w Angers, obawiano się, że pobożny wdowiec zamknie się w klasztorze. A oczywiście dla duchowieństwa „cesarz o mnisim usposobieniu na tronie był ważniejszy […] niż cesarz w mnisim habicie za murami klasztoru” (Luden). I tak pokazano mu na swego rodzaju konkursie piękności, „przeglądzie”, jak trzeźwy kronikarz Rzeszy sucho formułuje, reprezentację arystokracji. A cesarz, na pewno nie nieczuły na kobiece wdzięki, zdecydował się na córkę hrabiego Welfa, Judytę, której rekomendacją było nie tylko jej pochodzenie z pierwotnie frankijskiego, starego rodu Welfów, potem posiadającego dobra przede wszystkim w Alamanii i Bawarii lecz która podobno łączyła w sobie wszelkie zalety, była niezwykle „słodka i uwodzicielska” (arcybiskup Agobard), ale przy tym też bogata, bystra i wykształcona. Już kilka miesięcy po śmierci swej pierwszej żony cesarz poślubił ją na początku 819 roku 68, a ona po urodzeniu córki Gizeli wydała na świat 13 czerwca 823 roku w nowym palatium we Frankfurcie syna, który po dziadku otrzymał imię Karol, a później przydomek „Łysy” 69. Dzięki zabiegom matki bowiem, by zapewnić małemu późnemu synowi również udział w dziedzictwie, tak jak przyrodnim braciom, z powodu niestrudzonych interwencji równie pociągającej, co obdarzonej silną wolą młodej cesarzowej, historia zmieniła swój bieg; Ludwikowe Ordinatio imperii z roku 817, tak uroczyście zaprzysiężone, stworzone z „inspiracji boskiej” (s. 48 i nast.), dzielące już Rzeszę wśród jego trzech synów z pierwszego małżeństwa, zostało zupełnie wywrócone i zamiast podziału na trzy części wprowadzono podział na cztery. Książę Karol miał w 829 roku zaledwie sześć lat, gdy Ludwik przyznał mu na sejmie w Wormacji królestwo Alamanii, kraj pochodzenia jego matki, nadając mu ponadto Alzację, Recję oraz części Burgundii. I wskutek tak podjętej intrygi, której inicjatorką była zapewne cesarzowa, Ludwik poróżnił się ze starszymi synami, zaczęło się wygrywanie Lotara przeciw braciom, braci przeciwko Lotarowi, jednego brata przeciw drugiemu, krótko mówiąc, demoralizacja, korupcja, przekupstwo i zdrada na wielką skalę. A, zaprawdę, nie przypadkiem poprzedziły to wszystko znaki na niebie, nastąpiło zaćmienie księżyca 1 czerwca o zmierzchu i ponownie 25 grudnia 828 roku o północy. A nawet, w czasie nadchodzącego „świętego czterdziestodniowego postu”, przed „świętą Wielkanocą”, nocne trzęsienie ziemi wraz z silnym huraganem zniszczyły w Akwizgranie kryty ołowianymi płytami „kościół Świętej Matki Bożej w niemałej części” (Roczniki Rzeszy). Ergo w Rzeszy działo się „z dnia na dzień gorzej” 70.

47 Pierwszy bunt w roku 830 zapoczątkował w pobożnych i żyjących jak w rodzinie krajach Zachodu dziesięciolecie ciągłych rebelii pałacowych i wojen domowych. Starsi synowie cesarza przyjęli rozwój sytuacji, co zrozumiałe, z rozgoryczeniem. Zwłaszcza Lotar, którego państwo okrojono mocno na rzecz Karola, uznał swój przyszły pryncypat za zagrożony. Lecz i młodszym braciom, Pepinowi i Ludwikowi, groziły dalsze straty terytorialne. Również sprzyjająca jedności Rzeszy hierarchia kościelna obawiała się o swą koncepcję. Sytuacja zaostrzyła się jeszcze bardziej, gdy Lotar, od końca 825 roku formalnie równoprawny regent na dworze Ludwika, został jesienią usunięty do Włoch, a Wala do swego klasztoru w Korbei. Na ich miejsce przyszedł jako podkomorzy, jako „drugi we władzy”, znienawidzony przez dotychczas przewodzących magnatów hrabia Barcelony Bernard, szczególnie wyniosły karierowicz, który poświęcając dobra koronne zbierał nowych stronników. Ludwik, przywróciwszy państwo „do porządku”, wyjechał oczywiście „do swych dóbr we Frankfurcie na łowy jesienne” „i polował tu jak długo mu się podobało”, notują biografowie. Dopiero bliżej zimy obchodził znów w Akwizgranie święta, po kolei, dzień św. Marcina, św. Andrzeja, święty spektakl z Bożym Narodzeniem i wszystko to, zapewnia kronikarz Rzeszy, „hucznie i z radością”. Jednakże wkrótce miała się ona skończyć. Bernard, potomek frankijskiej arystokracji, syn Wilhelma w czasach Karola I bardzo poważanego hrabiego Tuluzy ostatecznie za sprawą przykładu swego przyjaciela, Benedykta z Aniane, mnicha żyjącego w najostrzejszej ascezie, nie wykazywał do tejże ascezy szczególnej skłonności. Łoże młodej cesarzowej, tak mawiały złe języki, zwłaszcza biskupie, przypadło mu dużo bardziej do gustu. A Ludwik Pobożny wspierał go od małego, trzymał go już do chrztu, potem mianował hrabią Barcelony i postawił na czele Marchii Hiszpańskiej, gdzie zwalczał z sukcesami powstanie Gotów pod wodzą Aizo (s. 58 i nast.). Jako stronnika cesarzowej sprowadzono Bernarda w 829 roku na dwór i usiłowano przy jego pomocy rozbić „partię jedności Rzeszy”. Jednakże stało się wręcz przeciwnie. Powołanie Bernarda było krokiem, pisze sam apologeta Ludwika, Astronom, który „nie zdusił siewu niezgody, lecz raczej pomnożył”. A także Nithard, wnuk Karola „Wielkiego”, który w braterskim sporze przyłączył się do Karola (Łysego), mówił o Bernardzie: „Zamiast umacniać chwiejące się państwo, zniszczył je całkowicie przez nieprzemyślane nadużywanie władzy” 71. Podkomorzy miał dopomóc własnej koterii w szybkim dojściu do władzy i godności. Jednakże ta grupa była stosunkowo mała, składała się przede wszystkim z jego brata Heriberta, kuzyna Odona, braci cesarzowej Konrada i Rudolfa, a oczywiście zaliczała się do niej sama cesarzowa, rzekomo zły duch cesarza. Natomiast krąg ich przeciwników był szeroki i wpływowy. Wokół zbierali się bowiem niezadowoleni, upokorzeni i wszyscy, którzy mieli nadzieję zyskać na przewrocie lub zmianie układów, sfora tych, którzy „jak psy lub drapieżne ptaki próbowali wyrządzać innym szkody, by ciągnąć z tego zyski dla siebie” (Astronom). Krążyły plotki, oszczerstwa, prawdziwe kampanie, które wychodziły zwłaszcza od doświadczonych w nich hierarchów, imputujących cesarzowej wszystko co możliwe, łącznie ze zdradą małżeńską z podkomorzym Bernardem i innymi. „Mali ludzie czynili sobie z tego wesołości rozgłasza arcybiskup Agobard możni i wielcy cierpieli z tego powodu, że obóz cesarski został zbrukany, pałac zniesławiony, a sława Franków zniweczona, ponieważ Pani prowadziła frywolne zabawy nawet w obecności duchownych”. Opat Regino z Prum mówi jednako o jej „wielorakim nierządzie” (multimodiam fornicationem), ale jest to co najmniej niepewne. Judytę posądzano również o diabelskie sztuczki i podstępne czary. Lecz amulety, magię, przepowiednie, wróżby, tłumaczenie snów i podobnie „zgubne zło” synod paryski potępił

48 dopiero w roku 829 i zamierzał oczywiście ukarać wszystkich, którzy w ten sposób „służyli bezecnemu Szatanowi”. Niewiele gorzej jawi się wszelako Bernard. Św. opat Paschazjusz Radbert, wychowany w żeńskim klasztorze w Soissons i biograf Wali, widzi jak podkomorzy po łajdacku wala się we wszelkich kałużach brudu, jak dzika świnia pustoszy pałac, a nawet zajmuje łoże cesarzowej. „Pałac stał się domem rozpusty, w którym panuje cudzołożnica, a rządzi cudzołożnik, w którym mnożą się przestępstwa, w którym są uprawiane szczególnie bezecne i diabelskie czary wszelkiego rodzaju”. Natomiast „wielki i łagodny cesarz” idzie mamiony „jak niewinne jagnię na rzeź […]”. Bernard nie miał swej żony Dhuody autorki Liber manualis, nachalnego wprowadzenia w chrześcijańskie życie przy sobie na dworze, lecz ją oddalił do Uzes. Czy supozycje świętego zawierają coś z prawdy, do dzisiaj nie dowiedziono, kampania natomiast odniosła skutek. Calumniare audacter […] 72. By odwrócić uwagę od fatalnych stosunków wewnętrznych, cesarz chciał znów pociągnąć na Bretanię, z całą siłą wojskową Rzeszy i to akurat 14 kwietnia, w Wielki Czwartek! Podobno wywołało to złość „całego ludu” (Annales Bertiniani). W istocie oburzeni byli jedynie możni z powodu nowej regulacji na korzyść późno narodzonego Karola, który przecież wedle frankijskiego prawa zwyczajowego mógł otrzymać część wspólnego dziedzictwa, co jednak działało na szkodę trzech synów z pierwszego małżeństwa Ludwika, przyrodnich braci Karola Pepina I Akwitańskiego, Ludwika Bawarskiego, ale szczególnie Lotara. Tenże pośpieszył zaraz przez Alpy z Italii, by bronić swych praw zgodnie z rozstrzygnięciem z 817 roku. Przy czym po jego stronie stanęli książęta świeccy i duchowni, którzy oficjalnie chcieli walczyć o jedność Rzeszy, a w rzeczywistości raczej o swój własny interes. Na czele sprzysiężenia stanęli dawniejsi stronnicy cesarza, kilku z jego pierwszych doradców, dawny kanclerz Helizachar, arcykanclerz i opat Hilduin z St. Denis, biskup Jesse z Amiens, przede wszystkim pięćdziesięciosześcioletni podówczas opat Wala, głowa spisku i najniebezpieczniejszy przeciwnik Ludwika, który głosił zawołanie pro principe contra principem 73, a którego klasztor w Korbei stał się „centrum” i „główną kwaterą” (Weinrich) rebeliantów. (Przez całe stulecia klasztory katolickie służą za centrale sprzysiężeń, jak jeszcze podczas drugiej wojny światowej przy przygotowaniu i likwidacji klero-faszystowskiego raju dla morderców „Wielkiej Chorwacji”) 74. Powstańcy, którzy wykorzystując wyprawę Ludwika przeciw Bretończykom zebrali się w klasztorze w Korbei, zarzucili cesarzowi, że „wbrew religii chrześcijańskiej […], bez jakiejkolwiek korzyści dla państwa i bez żadnej konieczności nakazał w czas postu powszechną wyprawę zbrojną i dzień zwołania pospolitego ruszenia przy granicy Rzeszy ustalił na dzień Ostatniej Wieczerzy Pańskiej”. Rebelianci chcieli usunąć nie tylko Bernarda i młodą cesarzową wraz z ich koterią, lecz również starego cesarza i w miarę możności osadzić na jego miejscu Lotara. Judycie grożono po różnych udrękach nawet śmiercią i zmuszono ją do złożenia obietnicy, że nakłoni cesarza do obcięcia włosów i udania się do klasztoru. Ona sama musiała przyjąć habit i zniknąć u sióstr od Św. Krzyża (St. Croix) w Poitiers. Jej bracia, Welfowie Konrad i Rudolf, zostali odesłani do zakonu, by ich wyłączyć z polityki, i umieszczeni pod opieką króla Pepina w klasztorach akwitańskich. Najbardziej znienawidzony doradca cesarski hrabia Barcelony i książę Septymanii Bernard, „profanator ojcowskiego łoża małżeńskiego” (Astronom), uratował się uciekając za zgodą Ludwika do Hiszpanii. (Karol Łysy kazał w roku 844 ściąć jedynego faworyta swej matki jako zdrajcę stanu). Brat Bernarda Heribert, rzekomo współwinny, został „ukarany wyłupieniem oczu” i zawleczony do więzienia we Włoszech, jego kuzyn Odo skazany na banicję.

49 Ludwika i małego Karola Lotar trzymał „w areszcie domowym”. Na jego zlecenie mnisi z klasztoru św. Medarda koło Soissons próbowali zaznajomić cesarza z życiem ascetycznym i nakłonić do dobrowolnego wstąpienia do ich stanu. Wszelako pobożny Ludwik był tym razem daleki od tej myśli. Lotar, który zacięcie prześladował popleczników trzymanej w zamknięciu cesarzowej, unikał mimo wszystko na sejmie Rzeszy w Compiegne w maju roku 830 całkowitego pozbawienia władzy swego ojca. Zadowolił się tym, że anulował jego zarządzenia z ostatniego roku i poza tym wierzył, że jest panem sytuacji. Jednakże podczas gdy możni byli do siebie coraz bardziej wrogo nastawieni i każdy szukał tylko własnej korzyści, a sytuacja się nie poprawiała i rosła niechęć do nowych rządów, cesarzowi udało się popchnąć obu młodszych synów przeciwko starszemu. Przez niejakiego Guntbalda, mnicha, zaproponował on Ludwikowi i Pepinowi powiększenie ich dzielnic Rzeszy, czym szybko przeciągnął ich na swą stronę i dotychczasowy sojusz pękł, zwłaszcza że zwierzchność Lotara zdała się braciom nie mniej ciążąca niż ojcowska. Tym samym zamach stanu zupełnie się nie powiódł. Na sejmie Rzeszy w Nijmegen w październiku 830 roku cesarz odzyskał wolność, a Lotar poddał się, jego główni stronnicy zostali aresztowani i w lutym osądzeni na posiedzeniu sejmu w Akwizgranie. Opat Wala z Korbei (Corbie), który wcześniej zniknął w swym klasztorze już w 774 roku miejscu uwięzienia króla Longobardów Dezyderiusza (IV, s. 254 i nast.), dostał się do trudno dostępnego skalnego gniazda nad Jeziorem Genewskim, gdzie oglądał wyłącznie śniegi Alp i niebo. Biskup Jesse z Amiens został pozbawiony przez Kościół swych godności, opat Hilduin został zastąpiony jako arcykapelan przez opata Fulka i wysłany do klasztoru w Nowej Korbei (Corvey) w Saksonii, a opat Helizachar również wygnany. Surowiej, jak zwykle, postąpiono z osobami świeckimi, które pozbawiono urzędów i dóbr. A sam Lotar, zdetronizowany z współregencji, znalazł się ostatecznie w Italii, po przyrzeczeniu, że „już nigdy niczego takiego nie popełni”. Cesarzowa wróciła za dyspensą Grzegorza IV i frankijskich biskupów wkrótce z klasztoru i złożyła, wykorzystując fakt, że była krewną sprzysiężonych, przysięgę oczyszczającą (sacramentales), która uwalniała ją od dalszych „dowodów” i którą zaprzysiągł również znów pojawiający się hrabia Bernard. Judyta została zrehabilitowana i stała się potężniejsza niż przedtem. A oczywiście jej obaj postrzyżeni bracia od dawna już uwolnili się od zakonnych habitów 75. Jak katolik z katolikiem: drugie powstanie Jako że władza Lotara została teraz ograniczona do Italii, cesarz przydzielił pozostałym synom Pepinowi, Ludwikowi i Karolowi w lutym 831 roku mniej więcej równe regna. Lecz mimo ich znacznego powiększenia konflikt tlił się nadal. Jedni chcieli jedności Rzeszy, inni więcej wpływów i ziemi wszyscy przecież powodowani czystym egoizmem, a nie najmniejszą rolę odgrywała w tym cesarzowa, niezmordowanie działająca na rzecz swej latorośli, najmłodszego Karola. Cesarski syn Pepin podniósł rewoltę w Akwitanii i ją stracił, otrzymał ją syn Judyty. A arystokracja tej krainy, opuszczając wiarołomnie Pepina, złożyła przysięgę nowemu panu. Jest przecież szlachta wcale nie mniej oportunistyczna niż episkopat, przechodzi zwykle na jedną czy drugą stronę i zwykle oczywiście tam, gdzie spodziewa się zdobyć więcej pieniędzy i dóbr, więcej władzy wszystko to dodaje więcej splendoru i szlachectwa: tak zwany wyższy stan szlachecki… Na Wielkanoc 832 zbuntował się książę Bawarii Ludwik (Niemiec). Z wszystkimi oddziałami bawarskimi, a nawet słowiańskimi, wręcz poddanymi i niewolnikami (liberis et servis, et sclavis) przedsięwziął wyprawę wojenną w celu odzyskania Alamanii, która tymczasem znalazła się w posiadaniu przyrodniego brata Karola (Łysego).

50 Stopniowo posuwając się aż pod Wormację, Ludwik wprawdzie „spustoszył wszystko straszliwie”, musiał się jednak poddać pod Augsburgiem w maju 832 roku z braku spodziewanych posiłków Franków i Sasów i został odesłany do swojego kraju. Pod przysięgą ślubował, że „nigdy więcej nie popełni niczego podobnego oraz innym nie da na to zgody” (Annales Bertiniani) i już w następnym roku złamał swą przysięgę. Ponieważ mały Karol miał otrzymać Akwitanię, Pepin jeszcze w październiku został pobity pod Limoges, zdetronizowany i „ku polepszeniu jego złych obyczajów” zesłany wraz z żoną do Trewiru. Uciekł jednakże po drodze, dostał się do Akwitanii, ścigany przez ojca, który jednak po ciężkich stratach musiał się cofnąć. A już z początkiem następnego roku, 833, połączyli się trzej starsi bracia, by zaatakować ojca nie bacząc tak na przysięgę wasalną, jak i na zobowiązania dzieci wobec niego. Zaapelowali do ludu, „by stworzyć sprawiedliwe rządy”. Zarówno bowiem Ludwik Niemiec (który potem w latach 838 i 839 znów się zbuntował), jaki i Pepin I Akwitański uważali się za pokrzywdzonych i zagrożonych. Lotar wkroczył z pośpiesznie zmobilizowaną armią, której towarzyszył papież Grzegorz IV (827-844) jeszcze z Italii usiłujący pozyskać frankijskie duchowieństwo do Burgundii. Tamtejsi biskupi natychmiast przeszli na ich stronę, Bernard z Vienne i Agobard z Lyonu, prześladowca żydów (580 r.), który też teraz, na przekór czwartemu przykazaniu, wydał manifest podnoszący prawa synów przeciw ich ojcu. Lotar przyłączył się do braci i stanął znów na czele buntowników. Jednakże większość frankijskich zwierzchników Kościoła była początkowo po stronie starego pana i przypominała w listach „bratu papieżowi” o przysiędze, jaką złożył Ludwikowi, a nawet groziła ekskomuniką, jeśliby podjął wrogie kroki. Mniejsza grupa hierarchów, wśród nich opat Wala i Agobard, trzymała stronę papieża, który zażądał posłuszeństwa, nawet gdyby jego rozkazowi sprzeciwiał się rozkaz Ludwika, ponieważ urząd duchowny jest znaczniejszy niż świecki, rządy dusz ważniejsze niż wszystko, co doczesne, a w ogóle papiestwo stoi wyżej niż cesarstwo twierdzenie, które późniejsi papieże ustawicznie wysuwają przeciw cesarzom. Wszelako Grzegorz miał całkowicie rację, wymyślając na biskupów (oczywiście tylko na swych przeciwników), niestałych jak wiatr i chwiejna trzcina, słabeuszy bez charakteru i egoistycznych pochlebców wobec świeckiej władzy 76. Ponieważ wyglądało na to, że Ludwik ulegnie, trwało przy nim coraz mniej hierarchów. Papież urągał wyniośle i głupio ich listom i ostro odpierał zarzuty czynione mu z wszystkich stron przez cesarskich, że przybył jedynie jako narzędzie w rękach synów, by ich przeciwnika ukarać banicją. Między Strasburgiem a Bazyleą, na rozległej równinie Czerwonego Pola (Rotfeld) koło Colmaru przez lud podobno już wkrótce zwaną „Polem kłamstw” (Lugenfeld, Campusmentitus), a przez szwabskich kronikarzy „hańbą Franków” (Francorum dedecus) wojska stały w czerwcu 833 roku w bojowym ordynku naprzeciw siebie. A podczas gdy Grzegorz IV starą kleszą taktyką podkreślał tylko jeden cel, ustanowienie pokoju między walczącymi stronami, podczas gdy on także lecz krótko (non diu) jak pisał Thegan, w imieniu synów prowadził pertraktacje z ojcem, to przejął on „przewodnią rolę” w zabiegach, „których kulminacją było zdjęcie cesarza z tronu” (Dawson) i dał się pokierować w kierunku „pożałowania godnego orzeczenia o winie” (Grotz S.J.). Jest oczywiste, że papież chciał usprawiedliwić powstanie wobec ludu i przeciągnąć wahających się na stronę rebeliantów. Zaraz po jego powrocie do braci prawie całe wojsko Ludwika przeszło zdradziecko do nich (mimo dodatkowych przysiąg, że będzie się bić przeciw synom jak z wrogami) „jak dzika rzeka”, pisze Astronom, „po części skuszone prezentami, po części przestraszone groźbami”, w czym duchowni stojący po stronie Lotara dostrzegli cud boski. Teraz zmieniła front i większość biskupów, grożących przedtem

51 Grzegorzowi IV zdjęciem z tronu, tak że on, wykonawszy swą powinność, mógł wrócić do Rzymu za zgodą Lotara 77. Stary cesarz musiał zdać się tego lata na łaskę i niełaskę. Uważany był teraz za strąconego przez Bożą rękę, za „nie-króla”, drugiego Saula, a biskupi i inni czynili mu, tak pisze Thegan, „wiele przykrości”. Lotar powiódł najpierw ojca ze sobą przez Wogezy, przez Metz, Verdun do Soissons, gdzie Ludwik został uwięziony w klasztorze św. Medarda, odebrano mu zaledwie dziesięcioletniego Karola i osadzono w klasztorze Prum w Eifel, w ciężkim więzieniu jak ciężkiego przestępcę, mówił później Karol, lecz nie uczyniono go zakonnikiem. Bracia Judyty zostali zamknięci w klasztorach w Akwitanii pod okiem Pepina, podczas gdy cesarzowa została odwieziona z Grzegorzem do Włoch i tam uwięziona w Tortonie. Z papieskim przyzwoleniem zadekretowano przejście Rzeszy ze starego cesarza zwanego teraz przez biskupów jedynie „dawnym cesarzem”, „czcigodnym mężem” albo tylko „panem Ludwikiem” na Lotara. Tenże zainkasował największą część łupów, całe przyznane małemu bratu przyrodniemu dziedzictwo z wyjątkiem Alamanii (tę otrzymał Ludwik Niemiecki z prawie całą wschodnią częścią Rzeszy). Zwycięzca datował teraz swe dokumenty według „rządów cesarza Lotara we Francji”. A również z dyplomów Ludwika (Niemieckiego) zniknęła zwierzchność seniora. Ludwik poświadczał dokumenty już nie jako rex Baioariorum, lecz jako rex i datował według lat swych rządów in orientali Francja (po raz pierwszy 19 października 833 roku). Tylko Pepin z Akwitanii kładł jeszcze daty według cesarza. A poza tym Rzesza została od nowa podzielona między trzech braci. I nawet jeśli Lotar zajął miejsce ojca i był głównym udziałowcem zwycięstwa, to i pozostali bracia zyskali; i wszystkie trzy kraje stanęły samodzielnie obok siebie. Przyrodniego brata Karola oczywiście zupełnie pominięto wydziedziczono 78. W pewnym czasie Raban Maur, opat Fuldy, zwolennik jedności Rzeszy, stanął po stronie Ludwika Pobożnego i napisał w traktacie przeznaczonym dla niego, że „jest rzeczą nie do przyjęcia, by synowie buntowali się przeciw ojcu, a poddani przeciwko władcy”. Raban wskazał na bezprawność spisku przeciwko Ludwikowi. Ani Lotar nie miał prawa zdetronizować ojca, ani episkopat nie był uprawniony, by go wykląć, ekskomunikować. (Po roku 840 Praeceptor Germaniae stanął po stronie Lotara, a parę lat później Ludwika Niemieckiego, za co mógł zostać w roku 847 arcybiskupem Moguncji) 79. Natomiast przynajmniej część kleru pod przewodnictwem Agobarda z Lyonu, Ebona z Reims, Jessego z Amiens opierała się na dewizie przyjętej już w 829 roku: „Panujący, który naruszył swe obowiązki urzędowe, nie jest już królem, lecz tyranem i może zostać pozbawiony tronu. Kto złamał porozumienia z roku 817 i poprzez «Boski wyrok» spotkania w Alzacji został pozbawiony swej władzy, musi wyznać publicznie swą winę i odprawić pokutę kościelną” 80. Dużo gorzej niż pod Canossą i wszystko «według wyroku kapłanów» Gdy 1 października 833 roku w Compiegne zeszło się pod przewodnictwem Lotara powszechne zgromadzenie Rzeszy z powodu tej chrześcijańskiej tragedii, biskup Agobard, ów niegdyś przez Ludwika szczególnie uprzywilejowany i wiele mu zawdzięczający, zażądał we własnym liście odprawienia pokuty kościelnej od złożonego z tronu, „byłego” cesarza (domnus dudum imperator) i publicznego grzesznika. Nie tylko tym razem podjudzał przeciwko panującemu, ogłosił jego małżonkę Judytę za opętaną przez Szatana i zdolną do każdego czynu, a jego dwór za zarażony „brudem zbrodni” i bez zastrzeżeń, wręcz namiętnie usprawiedliwiał rebelię synów.

52 Agobard był przecież, jak większość z jego stanu, generalnie wielkim nienawistnikiem, również pogan, „kacerzy”, a nie na koniec żydów. Wydalił przeciwko nim pięć judzących ksiąg z już wtedy osławionym, późniejszym nazistowskim sloganem „Nie kupujcie u żydów”! Można owego szacownego luminarza postawić w jednym rzędzie (oczywiście w czasach dobrze przedhitlerowskich) z „najbrutalniejszymi żydożercami wszechczasów” i mógł jezuita Rahner w roku 1934 Agobarda obok innych wrogich żydom Ojców Kościoła wykorzystać dla Kościoła katolickiego. Cesarz Ludwik wystawiał natomiast żydom liczne listy żelazne 81. Jak jednak tłumaczyli porażkę Ludwika arcypasterze zebrani w Compiegne, składający z innymi możnymi przyrzeczenie wierności Lotarowi? Oczywiście jako następstwo jego nieposłuszeństwa wobec napomnień kapłanów. Uczynił Bogu i ludziom wiele rzeczy godnych potępienia, a poddanych doprowadził na krawędź zepsucia. Ergo uznano go za „tyrana”, zwycięskiego syna i następcę za „przyjaciela Pana Chrystusa”. Oni, „namiestnicy Chrystusa”, „klucznicy królestwa niebieskiego”, żądają od starego księcia wielkiego wyznania grzechów, namawiają do porzucenia świata i prezentują dokument na temat jego występków, by „mógł ujrzeć jak w lustrze szpetotę swych postępków”. Wilfried Hartmann zauważa w jednej z najnowszych historii synodów: „To postępowanie było możliwe tylko dlatego, że frankijski episkopat już w roku 829 sformułował w Paryżu wytyczne, które przewidywały swego rodzaju kontrolę biskupów nad świeckim władcą”. Kanon 55 brzmiał następująco: „Jeśli ktoś rządzi pobożnie, sprawiedliwie i miłosiernie, zostanie według zasług nazwany królem; ci jednak, którzy rządzą bezbożnie, niesprawiedliwie i okrutnie, nie zowią się królami, lecz tyranami”. Oczywiście o tym, jak zwać króla sprawiedliwym czy bezbożnym decydują prałaci. A jak szczęśliwi byli oni pod rządami Ludwikowego ojca i na długo przedtem! Przywołali wszystkim na pamięć, „jak ta Rzesza dzięki rządom najwybitniejszego cesarza Karola świętej pamięci i dzięki pracy jego przodków była pełna pokoju i zjednoczona i w sławie rozszerzana […]”! W istocie Merowingowie i Karolingowie, a wśród nich także „najwybitniejszy” Karol, prowadzili jedną wojnę za drugą, byli ci książęta Franków niczym innym niż rabusiami i rzeźnikami, wyzyskiwaczami, zniewalali innych, przedstawiali dość w dwie słowie: chrześcijański Zachód, za co gros historyków jeszcze dzisiaj ich gloryfikuje! Jak swego czasu nabożni duszpasterze. Z drugiej strony lekceważyli oni syna przynajmniej w czasie jego poniżenia i klęski uważali bowiem, że z powodu jego „krótkowzroczności” i „niedbałości”, jak teraz pisali, Rzesza „upadła do takiej hańby i mizerii, że stała się nie tylko powodem rozpaczy przyjaciół, lecz pośmiewiskiem wrogów. Rozwodzili się także nad tym, jak tenże książę powierzony mu urząd sprawował niedbale i wiele, co Bogu i ludziom się nie podobało, zarówno czynił, jak i spowodował lub pozwolił się zdarzyć, a w wielu postępkach drażnił Boga i wywołał gniew świętego Kościoła […] i jak przez Boski i sprawiedliwy wyrok została mu nagle odjęta władza cesarska”. Grupowo i wspólnie pracowali książęta Kościoła nad uwięzionym, „ukuli wiele oskarżeń przeciwko cesarzowi”, wpajali mu „pracowicie”, „czym obraził Boga i wywołał gniew świętego Kościoła […]”. I tak miał on być posłuszny „bardzo ich radom i ich wielce uzdrawiającym napomnieniom”; co zapewne jest kłamstwem. Czytamy przecież również: ” On jednak wzbraniał się i nie nagiął się do ich woli. Wszyscy biskupi nastawałi jednak mocno na niego, a przede wszystkim ci, których podniósł on ze stanu najniższej niewoli do godności […]” (Thegan); „i tak długo dręczyli cesarza, aż go nakłonili, by złożył broń i zmienił szatę i odpychali go od progu Kościoła, tak że nikt nie ważył się z nim mówić, prócz tych, którym było to nakazane” (Annales Bertiniani). Złożył, relacjonują Annales Fuldenses, „po wyroku biskupów broń i został zamknięty, by czynić pokutę”.

53 Ludwik miał wyznać wszystko, co miał do wyznania i prosić o przebaczenie w klasztorze świętego Medarda, gdzie prałaci czytali mu kiedyś Księgę Kapłanów, głęboko upokorzony, trzykrotnie lub jeszcze częściej padając na kolana przed arcypasterzami i wieloma innymi duchownymi, w wyuczonych słowach jeszcze dzisiaj praktykowane pranie mózgu. By móc rozkoszować się swą zemstą, hierarchowie zainscenizowali ten teatr w klasztornym kościele maryjnym przed ołtarzem. W obecności wielkiej ciżby ludzkiej kazali leżącemu krzyżem na włosienicy cesarzowi „pełnym głosem wśród obfitego potoku łez…” trzy lub cztery razy odczytać sporządzone przez nich wyznanie winy, w którym uczynili go odpowiedzialnym za całą nędzę Rzeszy, również jeśli brał w niej udział tylko pośrednio, tylko biernie; szczególnie za trzy zbrodnie kardynalne: sacrilegium, homicidium i periurium 82 ‚, a poza tym za zburzenie pokoju publicznego, banicje, konfiskaty, grabież, gwałty, wojnę domową, w ogóle za przestępstwa przeciw prawom ludzkim i boskim, za zgorszenie i wiarołomstwo, nieudolność i samowolne dzielenie Rzeszy etc. etc. wszystko „według wyroku kapłanów”. Musiał tę spisaną długą listę hańby przekazać duszpasterzom, musiał złożyć swą broń przed ołtarzem „przed ciałem naszego świętego wyznawcy Medarda i świętego męczennika Sebastiana” (s. 374), zdjąć swą szatę zwierzchnią i wśród psalmów i modłów przyjąć włosienicę, w którą zaraz własnoręcznie go oblekli duchowni panowie 83. Cała procedura miała z jednej strony zniszczyć monarchę moralnie, uczynić go niezdolnym do powrotu na tron, a nawet do noszenia broni po złożeniu oficjalnej pokuty kościelnej było to, jak również Ludwik o tym wiedział, wykluczone przez prawo kanoniczne. Z drugiej strony niesłychane w formie złożenie z tronu miało zademonstrować pełną supremację biskupów. W memoriale, w którym sami siebie wychwalali jako „następców Chrystusa i kluczników królestwa bożego”, „mających prawo wiązania i rozwiązywania na ziemi i w niebie”, ogłosili również prostemu ludowi chrześcijańskiemu: „Ponieważ ten książę zaniedbał powierzony mu urząd, w wielu niegodziwych postanowieniach obraził Boga i rozgniewał święty Kościół, a ostatnio cały lud, który był mu poddany, doprowadził do całkowitego upadku, to na mocy boskiego i sprawiedliwego wyroku została mu odjęta władza cesarska, podług boskiej decyzji i autorytetu Kościoła”. „Była to zemsta strony kościelnej” (F. Schneider). Byli to ci sami ludzie, którzy wywołali bunt w 830 roku, pomnożeni przez nowych oportunistów, byli to przede wszystkim, choć nie tylko oni, przywódcy Kościoła z zachodniej Francji, Burgundii, Akwitanii, arcybiskupi Reims, Lyonu, Vienne, Narbonne, biskupi Amiens, Auxerre i Troyes 84. Jeszcze przed 33 laty Karol I osądził papieża Leona III (IV, s. 270 i nast.). Teraz episkopat frankijski osądzał cesarza! Za pomocą żałosnej ceremonii, największej hańby w życiu Ludwika, jednego z największych upokorzeń koronowanej głowy w ogóle, daleko gorszej niż Canossa, Ludwik Pobożny został wykluczony również ze wspólnoty wiernych i wolno mu było przebywać i rozmawiać z nielicznymi, ściśle wyznaczonymi osobami. Gdy więc z powodu uwięzienia ojca czyniono zarzuty Lotarowi, mógł on słusznie odpowiedzieć, że skazali go przecież biskupi. „Nikt powiedział nie ma więcej współczucia dla pomyślności i cierpienia jego ojca niż on, nie jemu należy przypisywać jako winę, że przyjął oferowane mu panowanie, gdyż oni sami zdjęli i zdradzili cesarza, ani razu nie można mu zarzucić jego uwięzienia, gdyż jest przecież wiadome, że zostało ono zasądzone wyrokiem biskupów”. Czynności nadzorcy więzienia sprawował arcybiskup Otgar z Moguncji 85. Główną rolę w tej tragedii, która wywołała łańcuch wojen domowych między rokiem 833 a 843, pełnił nikt inny niż ściśle zaprzyjaźniony z Agobardem z Lyonu arcybiskup Ebo z Reims, wręcz prototyp duchownego niewdzięcznika i zdrajcy a przy okazji mąż odnoszący znaczne sukcesy w działalności misyjnej. Udał się bowiem już przed laty „za radą cesarza i z

54 pełnomocnictwem papieża do kraju Duńczyków, by głosić Ewangelię” i „wielu z nich nawrócił i ochrzcił […]”. W samej rzeczy prałat ten, mianowany przez papieża Paschalisa I legatem Północy w ramach polityki skandynawskiej Karolingów, uznawany jest za inicjatora misji na północy Europy. Niegdyś Karol „Wielki” przyjął potomka „pasterzy kóz”, syna niewolnego chłopa, do swej nadwornej szkoły, a Ludwik, jako król Akwitanii zaprzyjaźniony z nim od młodości, uczynił z niego nadwornego bibliotekarza, a jako cesarz wyniósł z nicości prawie na jednego z pierwszych mężów Rzeszy, na arcybiskupstwo w Reims i opactwo w St. Remi. Teraz jednak strącił on swego cesarskiego przyjaciela i protektora, który sprzyjał mu również jako księciu Kościoła, w złej godzinie z tronu. „Znaleźli wówczas pisze biskup Thegan bezczelnego i okrutnego człowieka, biskupa Ebona z Reims, z pierwotnie niewolnego rodu, żeby dręczył nieludzko cesarza pytaniami pochodzącymi od innych”. Jeden prałat był więc bezczelny i okrutny, pozostali kłamali z wszystkich sił, cała święta sfora rzuciła się na cesarza. „Mówili rzeczy niesłychane, czynili rzeczy niesłychane, robiąc mu codziennie zarzuty […]”. A nikt inny niż Ebo osobiście nie skazał w październiku 833 roku w St. Medard w Soissons swego niegdysiejszego dobrodzieja na kościelną pokutę, za co mu Lotar miał dać opactwo St. Vaast. Z Compiegne popędzono Ludwika, „najpobożniejszego z książąt”, tak nazywa go Thegan nie jeden raz, do Akwizgranu. A ten, co go pędził, był również katolickim księciem, jego własnym synem! W Akwizgranie zaś cała katolicka sitwa zachowywała się „nie tylko bardziej nieludzko”, skarżą się roczniki z St. Bertin, „lecz jego wrogowie grzmieli jeszcze okrutniej przeciwko niemu, dzień i noc usiłując tak ciężkimi obelgami złamać jego odwagę, by opuścił dobrowolnie świat i udał się do klasztoru” 86. Zgraja biskupów bez czci i sumienia znów zmienia front Po detronizacji Ludwika w 833 roku doszło do długoletnich walk nie tylko między ojcem a synami, lecz przy zmienionych frontach również między braćmi. Chęć posiadania różnych dzielnic cesarstwa prowadziła do zmieniających się koalicji, w zależności od korzyści, jakie sobie po nich obiecywano; jest to po prostu najbardziej trwała zasada polityki, jej punctum saliens. Początkowo wszyscy trzej bracia próbowali wyraźnie poszerzyć swą władzę. Pepin Akwitański i Ludwik Niemiecki przeciwko Lotarowi, ten przeciwko nim. Również walczyli ze sobą najznaczniejsi magnaci, Hugo, Lambert, Matfryd, „w kwestii, który z nich ma zająć drugie miejsce w państwie za Lotarem”. Krótko mówiąc, „każdy kontynuuje Nithard myślał o własnej korzyści jak większość polityków jeszcze dzisiaj. (Znów „anachronizm”?) 87 Pośród takich awantur znów zmieniły się nastroje. Przypomniano Lotarowi nie tylko jego zachłanne, gwałtowne zachowanie, lecz najwyraźniej również niemiłosierne traktowanie ciągle włóczonego ze sobą ojca. Ludwik (Niemiecki), który podczas nowego zwrotu miał zapewne najmniej do zaryzykowania i stracenia, już w zimie 833/34 roku ujął się za ojcem, wsparty przy tym przez Rabana Maura, opata Fuldy (s. 74). A również Pepin Akwitański zmienił wyraźnie swoją postawę, zwłaszcza że obawiał się ataku Lotara na swe państwo, który zdawał się zdecydowany na zgarnięcie całego zysku i dążenie do panowania nad całą Rzeszą. Gdy potem obaj bracia wyruszyli ze swymi armiami na niego, Ludwik ze wschodu, a Pepin z zachodu, Lotar stracił całą odwagę, rzucił się do ucieczki i pozostawił starego cesarza w St. Denis, tak samo młodego Karola, którego sprowadził z Prum. Podczas gdy Lotar uciekał 28 lutego ze swym orszakiem do Burgundii, zgraja biskupów bez czci i sumienia, którzy zdetronizowali Ludwika, przybyła do St. Denis, zawiodła go już następnego dnia, w niedzielę, 1 marca 834 roku, uroczyście do kościoła i złożyła mu hołd.

55 „Ledwie Lotar się oddalił, już zebrali się obecni biskupi, uwolnili go w kościele Św. Dionizego z wszelkiej pokuty i nałożyli mu jego królewskie szaty i broń” (Annales Bertiniani) które mu przedtem odebrali i „zanieśli pokornie pieśni na chwałę Boga” (laudes Deo devote referunt: Nithard). Większość arcypasterzy natychmiast zmieniła front. Oczywiście, zapytano wcześniej Ludwika, „czy on, gdyby mu panowanie znów zostało zwrócone, Rzeszę, a przede wszystkim służbę bożą, stróża i przywódcę wszelkiego porządku, wedle swych sił krzepić i wspierać by raczył”. I oczywiście pobożny Ludwik „oświadczył się do tego bez zwłoki gotowy”. Ergo „zadecydowano szybko jego ponowne osadzenie” (Nithard). A, co zrozumiałe, cesarz wiedział, co winien teraz zrobić, mianowicie usunąć „wiele zła, które się zakorzeniło”, „lecz głównie rzecz następującą. Rozkazał swemu synowi Pepinowi przez opata Hermolda, by dobra duchowieństwa w swym państwie, jakie on sam podarował swym ludziom, lub oni sami je sobie przywłaszczyli, bez zwłoki zwrócić kościołom. Również rozesłał posłańców do miast i klasztorów, by podnieść prawie całkiem podupadłe życie kościelnie […]” (Anonymi vita Hludovici). Lotar tymczasem wzmocnił swe wojsko w diecezjach najwierniejszych towarzyszy, arcybiskupów Lyonu i Vienne. A podczas gdy cesarz Ludwik, najpierw „ze zwykłym nabożeństwem uczciwszy świętą Wielkanoc”, „zabawiał” się znów zdrowo sportowym zabijaniem zwierząt, najpierw w Ardenach, a potem, po Zielonych Świątkach, polował jeszcze i łowił ryby w Wogezach, partia Lotara zwyciężyła w 834 roku w krwawym pojedynku nad dużo silniejszym kontyngentem cesarskim. Walczono nad granicą Marchii Bretońskiej, przy czym biskup Jonasz z Orleanu, opat Bozo z Fleury i wielu innych hierarchów wzięło czynny udział w walce, a wielu możnych Ludwika padło w boju, wśród nich również jego kanclerz opat Teoto z Marmoutier les Tours. Lotar poczuł przypływ nowych sił. Pociągnął na Châlon-sur-Saône, ważny obóz zbrojny swego przeciwnika, obrócił całą okolicę w perzynę i po wielodniowym oblężeniu i zawarciu ugody kazał je spalić i splądrować. Przy tym jak to u katolików „zwyczajem zwycięskich okrutników najpierw zniszczono i ograbiono kościoły”, a potem główni obrońcy, hrabia Gauzhelm z Roussillon, hrabia Sanila i królewski wasal Magdahelm, zostali ścięci biskup Thegan mówi wręcz o „męczennikach”, a pozostali hrabiowie zawleczeni w niewolę. Nawet siostra księcia Septymanii Bernarda, mniszka Gerberga, jako „trucicielka” została zamknięta w beczce na wino i utopiona w Saonie. „I dręczył ich długo pisze Thegan na koniec kazał ich zabić podług osądu żon swych niegodnych doradców, wypełniając proroctwo psalmisty: «A u czystych będziesz czysty, a u złych zły»”. Napomnienie ojca, „by zawrócił ze złej drogi”, Lotar puścił najpierw mimo uszu, nie zdecydował się jednak na bitwę z nadciągającym z okolic Blois wojskiem braci i Ludwika, jak mówiono, „w celu uwolnienia ludu” (Annales Bertiniani), rzucił się mu następnie do stóp wraz z najznaczniejszymi członkami swej świty, by przysiąc wierność i posłuszeństwo oraz obiecać, że nie opuści Italii bez ojcowskiego rozkazu. Ludziom Lotara pozwolono iść z nim i większość, również tych najmożniejszych, przyłączyła się do niego: hrabiowie Hugo, Lambert, Matfryd, Gotfryd i.in., którzy stracili swe frankijskie dobra, lenna i godności. Lotar wynagrodził im to wszakże i nadał nie zważając na wszelkie starsze, nowsze i najnowsze zapisy położone we Włoszech dobra frankijskich zakonów, całe klasztory, jak choćby San Salvatore w Brescii, słynne opactwo Bobbio, założone przez św. Kolumbana (IV, s. 118), a nawet posiadłości papieskie maximeque ecclesiam sancti Petri i to w najokrutniejszy sposób, crudelissima (Astronom). Również niektórzy hierarchowie arcybiskupi Agobard z Lyonu, Bernard z Vienne, Bartłomiej z Narbonne, biskupi Jesse z Vienne, Eliasz z Troyes, Herebald z Auxerre oraz opat

56 Wala z Korbei przezornie opuścili, wbrew wszelkim przepisom kanonicznym, swe biskupstwa. I prawie wszyscy podążyli za Lotarem za którym zamknięto alpejskie przełęcze na południe, by kiedyś powrócić po śmierci Ludwika z nowym cesarzem. Wielu z nich padło jednak ofiarą zarazy grasującej w 837 roku 88. „Causa Ebonis” Tymczasem w listopadzie 834 roku na sejmie Rzeszy w Attigny znów pojawiły się narzekania na złą sytuację ogólną i znów padły przyrzeczenia pomocy. Lecz wszystko, co zostało wykonane, to polecenie Ludwika, by zwrócić zabrane w Akwitanii dobra kościelne. Nędza ludu nie zmniejszyła się. Na zgromadzeniu Rzeszy, zwołanym na 2 lutego 835 roku do dworu w Diedenhofen, które było przede wszystkim zgromadzeniem kościelnym, Ludwik zażądał unieważnienia jego detronizacji i kary kościelnej, co już raz zrobiono w St. Denis, i powtórzenia tego ze wszystkimi szczegółami i w godny sposób. I oczywiście, wielebni arcypasterze i tym razem się zgodzili; oczywiście „wielkie zgromadzenie prawie wszystkich biskupów i opatów” z „całej Rzeszy” ogłosiło decyzję z Compiegne swą własną jako „niezasłużoną”, machinacje przeciwników cesarza, „wiarołomstwo złych i bezbożnych”, jako nieważną dzięki nowemu „wyrokowi Bożemu”. I „na koniec uznaj i potwierdzają wszyscy bez wyjątku i jednomyślnie, że po tym, jak z pomocą Bożą knowania owych stały się hańbą i cesarz znów przywrócony w ojcowskich godnościach i słusznie znów został okryty czcią królewską, odtąd będzie się cieszył poważaniem w najwierniejszym i bezwarunkowym posłuszeństwie i poddaństwie jako ich cesarz i pan” (Annales Bertiniani). Tak więc ci po wsze czasy najwstrętniejsi oportuniści odprawili w rocznicę jego uwolnienia bardzo uroczyście podczas zgromadzenia Rzeszy 28 lutego 835 roku jeszcze raz rekoncyliację panującego. W otoczeniu 44 biskupów, nałożył mu tam Drogo, jego przyrodni brat, koronę. Cytując słowami Annales Bertiniani (to jest zachodniofrankijskiej kontynuacji Roczników Rzeszy, które urywają się na roku 829), naszego najważniejszego źródła, obejmującego czas od Karola Łysego do Karlomana i Ludwika III (882 r.): „a po odprawieniu mszy, a następnie podaniu obecnemu ludowi całego przebiegu rzeczy, święci i czcigodni kapłani wzięli koronę, symbol panowania, z uświęconego ołtarza i nałożyli wśród wielkiej radości wszystkich obecnych na głowę” „ze zmianą realiów zmieniła się bowiem i wola Boża” (Bund). Lecz arcypasterz, który w 833 roku był głównym inscenizatorem haniebnego przedstawienia pozbawienia władzy cesarza, „chorąży” stronnictwa nadal wrogiego cesarzowi, arcybiskup Ebo z Reims, „bezecny wieśniak Ebo” (turpissimus rusticus), jak go nazwał swego czasu biskup Thegan, ale zarazem „apostoł Północy”, nie towarzyszył Lotarowi w drodze do Italii, lecz ukrył się w Paryżu. Tam został ujęty wiosną 834 roku przez swych współbraci, miejscowego biskupa Erchenrada i biskupa Rothada z Soissons i trzymany w więzieniu w Fuldzie. I teraz Ebo, nie dobrowolnie wszakże, zaraz po oficjalnej kościelnej restytucji monarchy w bazylice Św. Stefana w Metzu wstępuje na ambonę, potępia „szczerze przed całym ludem” odsunięcie Ludwika od władzy, które było wbrew wszelkiemu prawu, „sprzeczne z prawem i wszelkimi przykazaniami sprawiedliwości” i sławi jego według zasług i godności dokonane przywrócenie. Wprawdzie biskupi nie ważyli się początkowo odesłać Ebona do pustelni, obawiali się jednakże, że „stać się może zdrajcą wobec nich”. Wtedy jednak jak niektórzy uciekinierzy do Włoch na wniosek cesarza został jednogłośnie usunięty z urzędu przez 44 zebranych hierarchów. Sama cesarzowa miała interweniować wszelkimi sposobami na korzyść Ebona. Lecz jeden po drugim wypowiadał formułkę: „Podług Swego wyznania zdaj Swój urząd!”

57 Można przy tym odczuć swoistą satysfakcję, gdy Ebo, po wykluczeniu „laików” z powodu biskupiego protestu, w sposób całkowicie uprawniony bronił się przed tym, aby to tylko on był pociągnięty do odpowiedzialności, podczas gdy wszystkim pozostałym biskupom biorącym udział w wydarzeniach 833 roku dano spokój. Biskupi ci wymówili się „sytuacją przymusową”, w jakiej się znaleźli; „w sercach bynajmniej nie dali przyzwolenia” na ten smutny akt. Przecież na zewnątrz ujęli się za tym, jak i teraz, w podwójnym protokole, we własnoręcznie podpisanym oświadczeniu każdego biskupa z osobna i w takoż podpisanym wspólnym dokumencie. Tak, teraz byli zadowoleni, że mają kozła ofiarnego, który działał wprawdzie na ich zlecenie, lecz przez którego obecne potępienie mogli teraz ukarać kogoś dla przykładu i zatuszować własną podłą rolę rolę, którą ledwie parę lat później znów zagrają! Rolę, w której niezliczeni z nich brylowali i brylują w każdym czasie. Nikczemnik nie znalazł ani jednego obrońcy wśród wszystkich innych nikczemników w Chrystusie. Ale siedmiu arcybiskupów śpiewało pełnym gardłem podczas mszy… 89. Causa Ebonis był podchwytywany i upiększany przez tak zwanych księży ebonitów, wśród nich również biskupów, jeszcze wiele lat wciąż od nowa w zachodnio-frankijskich procesach synodalnych. Sam Ebo znów dostał się do więzienia w Fuldzie, potem w ciężki areszt biskupa Frechulfa z Lisieux, a w końcu do opata Bozo z Fleury. Popadł później w niełaskę u swego protektora Lotara I, który restytuował go parę tygodni po śmierci Ludwika jako arcybiskupa Reims, zdobył jednak dzięki Ludwikowi Niemieckiemu w roku 845 wakującą diecezję w Hildesheim, przy czym usiłował usprawiedliwić niekanoniczne przejście na inne biskupstwo za pomocą sfałszowanego listu papieża Grzegorza IV. W walce o własne przywrócenie w ogóle „sporządził lub kazał sporządzić wiele fałszerstw” (W. Hartmann) 90. Uroczysty akt koronacji w Metzu nie zakończył ani krewniaczych sporów Karolingów, ani nie ukrócił chciwości wyższego duchowieństwa, jego dążenia do coraz większej władzy. Na synodzie akwizgrańskim w lutym 836 roku episkopat potwierdził, po powtórzeniu wcześniejszych propozycji reformy, po raz kolejny prymat władzy duchownej nad królewską. Już przedmowa przytacza osławioną naukę Gelazego I (492-496) o dwuwładzy, która czyni z państwa sługę papieży (II, s. 199 i nast., zwłaszcza 202 i nast.), w synodach karolińskich przyjętą po raz pierwszy w 829 roku przez trzeci z kanonów synodu paryskiego. W rzeczach pozostałych biskupi demonstrowali w Akwizgranie gdzie sami siebie napominali do „skromności”, unikania „pożądliwości”, gdzie uznali, że żeńskie klasztory „stały się po części burdelami”, miejscami, „w których kwitnie przestępstwo” oczywiście wierność cesarzowi. A chociaż przecież właśnie oni „jawnie bardzo wiele i po wielekroć błądzili”, to oczywiście „zasadniczo” tylko inni są winni, szczególnie „haniebne odstępstwo” cesarskich synów oraz „przewrotność i wiarołomstwo kilku możnych”. A wszystko może się oczywiście tylko wtedy dobrze skończyć, gdy „jest w pełni przywracana chwała świętego Kościoła Bożego, a biskupi znowu mogą władać własnymi urzędami, powierzonymi im przez Chrystusa” 91. Walka cesarza na rzecz Karola (Łysego) a przeciwko wnukom albo za „porządkiem” a przeciw „zarazie” Wprawdzie zaufanie Ludwika do przywódców Kościoła mogło tymczasem zostać nieco nadwerężone, jednakowoż pozostał głuchy na napomnienia i prośby; pomijając, że Pepin wciąż był winien zwrócić zabrane dobra kościelne. Ale przedtem tak intensywnie z Benedyktem z Aniane forsowana reforma klasztorów władcy prawie nie zajmowała. Raczej tolerował teraz coraz bardziej panoszący się dobrobyt w zakonach, jak choćby w St. Germaindes-Prés czy St. Denis. Opat i mnisi dzielili się tutaj dochodami, a nawet mnisi nie pozwalali

58 na ingerencję opata w swe dotacje, a on nie mógł ich ani ograniczyć, ani z nich zażądać świadczeń, ani powiększyć konwentu, nie powiększając swych dochodów wszystko formalnie zagwarantowane przez cesarskie dokumenty. (Na przełomie XIII i XIV wieku opactwo St. Denis wydawało na pomoc ubogim z 33000 funtów paryskich dochodu rocznego nie wymaganą przez Kościół przez ponad tysiąc lat, do XVII wieku, jedną czwartą, lecz mniej niż 1000 funtów, czyli trzy procent budżetu (por. III s. 283 i nast., szczególnie s. 288)! Starczało tego owym ascetom, by w dni świąteczne i w okresie postu „urządzać spektakularne rozdawnictwo”: Geremek). Jedynie młoda małżonka i wyposażenie ich syna zdawało się rzeczywiście poruszać starzejącego się monarchę 92. Nowy podział na sejmie roku 837 w Akwizgranie na korzyść Karola (Łysego) któremu cesarz Ludwik „na natarczywe prośby cesarzowej” (Astronom) nadał znaczny obszar (powiększony wkrótce o Akwitanię), a ponadto najlepszą część Rzeszy, a mianowicie tereny między Fryzją, Mozą i dalej w kierunku Burgundii doprowadził do nowego konfliktu i buntu Ludwika Niemieckiego. Poczuł się on, nie bez racji, pokrzywdzony, ponieważ ojciec odebrał mu w lecie 838 roku na sejmie w Nijmegen wszystkie obszary pozabawarskie, jakie mu przypadły po aresztowaniu cesarza i, z wdzięczności władcy za jego uwolnienie, dotychczas mu pozostawiono: Alamanię, Alzację, wschodnią Frankonię, Saksonię, Turyngię. Monarchę podburzyło kilku osobistych przeciwników Bawarczyka wśród nich przypuszczalnie arcybiskup Moguncji Otgar, dawniejszy nadzorca jego uwięzienia, który umiał się wkraść w łaski władcy. Obecnie uznano te ziemie za „przywłaszczone”. Doszło „do dosyć ostrego sporu między nimi i Ludwik musiał wszystko zwrócić ojcu” (Annales Bertiniani), o czym też mówiono, że król Bawarii chciał znów „wyrwać dla siebie całą połowę Rzeszy po drugiej stronie Renu” (Nithardi historiarum). Na sejmie Rzeszy w Quierzy we wrześniu 838 roku cesarz włożył na głowę właśnie kończącego piętnaście lat, a zatem pełnoletniego, Karola koronę, co było bardzo niezwykłe i co nie spotkało żadnego z jego braci przyrodnich przy obejmowaniu panowania. A Pepin z Akwitanii, od lat wierny stronnik ojca, stanął teraz „jako sojusznik” po stronie Karola. Karol otrzymał dalsze nadania, a stan jego posiadłości rósł i rósł. Doszło do tego, że król Bawarii zebrał swe wojska koło Moguncji „tutaj pobożny ojciec, tam wyrodny syn”. Lecz gdy opuścili go zarówno wschodni Frankowie, Turyngowie i Alamanowie, których Ludwik Niemiec chciał pozyskać, wszystkie plemiona wschodniofrankijskie, poza Bawarami, uciekł na powrót do Bawarii. Tymczasem późną jesienią 838 roku zmarł Pepin I, król Akwitanii. Zwał się w swych dokumentach rex Aquitanorum, już w 814 roku ojciec uczynił go wicekrólem. W roku 832 został wprawdzie zdetronizowany, jednakże wskutek pojednania ponownie obdarzony panowaniem w Akwitanii, nie mając oczywiście szans na realizację dalej idących nadziei. Po jego śmierci Ludwik Pobożny, wyraźnie naciskany przez dbającą o rozszerzenie władzy swego syna małżonkę, zlekceważył prawo do dziedziczenia swych obu wnuków Pepina i Karola, synów Pepina, z których najstarszy, Pepin II 93, stał się właśnie pełnoletni. W 839 roku dał Akwitanię swemu synowi Karolowi, który wszakże miał kłopoty z jej objęciem. Kraj ten, położony na południe od Loary, był szczególnie mocno przepojony kulturą rzymską i, według kościelnego pisarza Salwiana, w V wieku stanowił najbogatszą część Galii. Akwitania, dotychczas w dużym stopniu samodzielna, wytworzyła przy napływie pogańskich Basków i.in. wiele form partykularyzmu; dlatego też „Romanie” byli często wyszydzani i pogardliwie traktowani przez Franków. Podczas wielu wypraw wojennych przeciwko książętom Akwitanii, przeciwko osadzonemu w klasztorze księciu Hunaldowi (IV, s. 294) oraz przeciwko jego gorzej niż zwierzę ściganemu, a potem skrytobójczo zamordowanemu synowi Waifarowi (IV, s. 222 i nast.), Frankowie „systematycznie pustoszyli Akwitanię, by

59 przez zniszczenie gospodarki złamać opór” (Claude). Po ośmiu morderczych wojnach Pepin III podbił ten kraj, lecz ani jemu, ani Karolowi „Wielkiemu” nie udało się go pokonać do końca. W 839 roku doszło jesienią do zbrojnej wyprawy Ludwika przeciwko własnemu wnukowi szczególnie bezwstydnego ataku, ponieważ jego ojciec Pepin I przez wszystkie swe ostatnie lata niewzruszenie stał po stronie cesarza i Rzeszy. Ledwie jednak zmarł, Ludwik postanowił poświęcić z zimną krwią wnuki i zaczął „przywracać porządek w Akwitanii”. Bo przecież Pepin II ze swym oddziałem szerzył „krążąc wokół, jak to jest w zwyczaju takich ludzi […] rozbój i tyranię”, twierdzi w każdym razie arcypasterz Ebroin z Poitiers, głowa cesarskich. Stąd „szlachetny biskup” prosił władcę, by „tej chorobie nie pozwolił się długo szerzyć wokół siebie, lecz zawczasu przyniósł uzdrowienie przez swą obecność, zanim ta dżuma zarazi więcej ludzi” (Astronom). Pobożny Ludwik wziął się mocno za „porządki”, „uzdrowienie” i jest to przez dwa tysiąclecia klerykalne hasło przeciw wszystkiemu, co nie pasuje księżowskiej miłości własnej przeciwko „chorobie”, „zarazie”, w nadziei, że wróci „z Akwitanii z Bożą pomocą jako zwycięzca”. Zaangażował silne wojska, osiągnął również w uporczywej wojnie podjazdowej częściowy sukces. Jednakże jego oddziały zostały zdziesiątkowane „ciężkimi trudnościami”, wyniszczającą wojną partyzancką, zwłaszcza o orle gniazda Owernii, różnego rodzaju pochodami i wyprawami łupieskimi, zwalającą z nóg falą upałów, zarazą, „podczas gdy pozostali wrócili z największym trudem”. Również na Północy panowaniem Ludwika wstrząsały powstania. Przeto jesienią 839 roku, gdy Jego Wysokość oddawał się „radościom polowania w Ardenach”, wschodnio frankijski i turyński zagon ruszył pod wodzą hrabiów Adalgara i Egilo przeciwko Serbom, a saski przeciwko Obodrytom i Linonom. Zdobyto jedenaście umocnionych grodów Serbów, ich król Czismisław padł w walce, jego następca musiał dostarczyć zakładników i oddać część ziem. Cesarz udał się na kwaterę zimową do Poitiers, swego czasu najbogatszego miasta Akwitanii, świętował tam narodzenie i objawienie Pańskie, oczyszczenie błogosławionej Marii, przeczystej dziewicy, trudził się jednocześnie ujarzmieniem Akwitańczyków i doczekał się nowej Hiobowej wieści: jego syn Ludwik zgłosił pretensje „w swej już długo żywionej zuchwałości do panowania nad Rzeszą aż po Ren” (Annales Bertiniani). Ojciec bowiem pojednał się przeszłego roku na zjeździe na dworze wormackim z Lotarem, „marnotrawnym synem” (Nithard), w wielce haniebnym handlu, właśnie z tym najmniej wiernym, najbardziej go dręczącym spośród jego synów. A to przy wyraźnym aplauzie wszystkich na koszt wydziedziczonego przy tym Ludwika (poza Bawarią między Lechem a Dunajem wraz ze wschodnimi ziemiami alpejskimi). W ten sposób monarcha próbował chronić młodego Karola, z powodu którego właśnie pozbawił prawnego dziedzictwa dzieci swego syna Pepina. Teraz wypędził Ludwika, ścigając go przez Turyngię „aż po granice barbarzyńców”, tak że ten musiał okupić sobie powrotną drogę przez ziemie Słowian i tylko „z wielkim trudem” (Annales Fuldenses) wrócił do domu w Bawarii 94. Lecz zaraz potem władca zniknął z areny swego burzliwego ziemskiego żywota. Śmierć cesarza Ludwik Pobożny, z zaflegmionymi płucami, osłabionymi piersiami, w ogóle przedwcześnie postarzały został przy tym powalony przez nieuleczalny guz, może rozedmę płuc zaczął wśród częstych duszności, mdłości i przy ogólnym wstręcie wobec jadła coraz bardziej podupadać na zdrowiu. Po przybyciu przez królewski dwór w Salz nad frankijską Soławą statkiem po Menie do Frankfurtu, Ludwik I zmarł w wieku sześćdziesięciu

60 dwu lat w niedzielę 20 czerwca 840 roku, w małym „podobnym do namiotu letnim domu” na małej wyspie na Renie poniżej Moguncji. Znajdowała się ona naprzeciwko Ingelheim, wspaniałego karolińskiego pałacu, w którym niegdyś jego ojciec urządził osławiony proces przeciwko bawarskiemu księciu Tassilonowi i jego rodzinie (IV, s. 291 i nast.), a który później, przez Karola IV zamieniony w klasztor, ostatecznie popadł w ruinę podczas wojen chłopskich oraz wojny trzydziestoletniej. Cesarz zmarł zaraz na początku tak uroczyście obchodzonego „świętego postu” (wcale go zresztą nie dotrzymywał), krótko po dokonanych przygotowaniach do wojny ze swym synem Ludwikiem, którego ostatni bunt właśnie uśmierzył i któremu jeszcze oświadczył, żeby „pamiętał, jak siwe ze zgryzoty włosy swego ojca wpędził do grobu i zlekceważył przykazania i groźby Boga i ojca nas wszystkich”. Ludwik był 37 lat królem Akwitanii i 27 lat cesarzem. Jego najbliżsi, żona Judyta i syn Karol, przebywali daleko od niego w Akwitanii. Jednak wielu hierarchów, wśród nich również dawny nadzorca jego uwięzienia Otgar z Moguncji i wielu księży, stało wokół jego śmiertelnego łoża, na którym jak długo był w stanie kreślił krzyż na piersiach i czole. Kazał sobie również położyć na piersiach (domniemaną) drzazgę z Krzyża Chrystusowego. A przez „czterdzieści dni”, jak utrzymuje Astronom, który nie był jednak przy tym obecny, „jego jedynym pożywieniem było Ciało Pańskie: i chwalił on dlatego sprawiedliwość Pana mówiąc: «Jesteś sprawiedliwy, o Panie, że mnie, gdy zaniedbałem tego w czas postu, przymuszasz teraz, bym ten obowiązek spełnił»”. Jeszcze na krótko zanim monarcha odszedł, zawołał „jak w gniewie z całych sił dwukrotnie: Precz! Precz! Wynika z tego, że widział złego ducha, którego towarzystwa nie chciał znosić ani w życiu, ani w godzinę śmierci. Potem obrócił oczy ku niebu, a im posępniej weń się wpatrywał, tym patrzał radośniej, tak że się zdawało, iż się uśmiecha. I tak dotarł do końca ziemskiego żywota i odszedł, jak wierzymy, szczęśliwie w spokoju, prawdziwie bowiem jest powiedziane przez prawdziwego nauczyciela: «Nie może źle umrzeć, kto żył dobrze»” (Anonymi vita Hludovici). Ciało Ludwika Pobożnego zostało przewiezione do Metzu, tam „uroczyście” pochowane w starym grobowcu Karolingów przez jego przyrodniego brata-biskupa obok matki Hildegardy jednak przy nieobecności wszystkich synów a w czasie rewolucji francuskiej zostało wyrzucone z sarkofagu 95. Frankowie a kosmos Krwawemu konfliktowi rodzinnemu, z powodu którego rokrocznie cierpiało całe państwo Franków, towarzyszyły naturalnie (lub raczej nadnaturalnie) cudowne znaki na niebie i ziemi, złe sygnały najczęściej o strasznych następstwach, uważnie notowane przez roczniki, szczególnie rocznik z Xanten. Na przykład wstrząsy podziemne „głęboką nocą”, zaćmienia słońca i księżyca, gwałtowne nawałnice. Gdy cesarz Ludwik znalazł się we władzy Lotara, stan wód w rzekach przekroczył wszelką miarę, a porywy wiatru sprawiły, że stały się nieżeglowne. „Przy okazji jego uwolnienia żywioły jakby się zmówiły, tak że szalejące wiatry się uciszyły, a oblicze nieba ukazało swą dawniejszą, od dłuższego czasu nie oglądaną pogodę”. Raz za razem komety: „straszna kometa w gwiazdozbiorze Skorpiona”; „zaraz potem śmierć Pepina”. Albo: „kometa w gwiazdozbiorze Panny”. „Przemierzyła w dwadzieścia pięć dni, aż cudownie o tym pisać, znaki Lwa, Raka i Bliźniąt i złożyła wreszcie swe ogniste ciało z długim warkoczem u głowy Byka pod stopami Woźnicy” trzy lata później: śmierć cesarza.

61 „Kościół Świętej Matki Bożej”, już wymieniony (s. 68), stracił większą część dachu, lecz mały kościółek „na chwałę świętego męczennika Jerzego” stoi nienaruszony pośrodku pożaru „zadziwiający cud”. A gdy właśnie prawie całą Galię dotknęło trzęsienie ziemi, „słynny Angilbert został uroczyście przeniesiony do Centulum 96 i znaleziono go dziewięćdziesiąt lat po śmierci, chociaż nie był zabalsamowany, w zupełnie nienaruszonym stanie”. Takoż zadziwiające, zaprawdę. Ale ostatecznie Angilbert zawsze dobrze się miewał i jako nadworny kapelan i opat St. Riquier spłodził z córką Karola Bertą na kocią łapę raz gdy miała piętnaście, a potem dwadzieścia lat dwu synów (IV, s. 303); jednym z nich był historiograf Nithard, który relacjonuje nam owe cuda (w napisanych na zlecenie Karola Łysego Historiach, dziele wprawdzie stronniczym, jednakże najważniejszym źródle na temat bratobójczych walk) 97. Prawie bardziej, przesadnie mówiąc, historię naturalną niż dzieje kraju czy państwa produkuje partiami kleryk Gerward, pałacowy bibliotekarz Ludwika Pobożnego, w Annales Xantenses. Po zaćmieniach księżyca w roku 831 i 832: bunt Ludwika przeciw ojcu. W 834 roku na północy wdzierają się „wody daleko w ląd” a „poganie do przesławnego Wyku koło Durstede”. Zaćmienie księżyca w 835 roku: ponownie „poganie we […] Fryzji […] I znów splądrowali Durstede”. Luty 836 roku: „z nastaniem nocy cudowne światła” i znowu napadają „poganie chrześcijan”. W 837 roku potężne trąby powietrzne, kometa „z długim warkoczem na wschodzie […]: i poganie spustoszyli Walcheren i uprowadzili stamtąd pojmane kobiety wraz z niezmierzonym bogactwem różnego rodzaju”. W następnym roku „grzmoty”, „upały”, „trzęsienia ziemi”, „ogień na kształt węża w powietrzu”: zaczyna się „fałszywa nauka kacerska”. W rok potem najdziksze trąby powietrzne, zalane przez morze brzegi, domy i dwory, ludzie całymi gromadami i całe floty zatopione. Mówi się, że to musiał się objawić diabeł ze swymi zastępami. Wszakże: „W tym roku przybyły ciała świętych Felicissimusa i Agapita i świętej Felicitas do Vreden”. Czyż to nie cudowne? Natomiast zjawiska świetlne i zaćmienie słońca anno 840 zwiastują najwyraźniej śmierć cesarza, prawdziwie bengalskie ognie na niebie w roku 841 szaleństwo chrześcijan podczas „wielkiej wzajemnej krwawej łaźni”, a także „wielką nieodpowiedzialność” Stellingów w Saksonii. I tak dalej i tak dalej 98. Rozniecony przez duchowieństwo spór rodzinny wykorzystały przede wszystkim episkopat i arystokracja. Uzyskały, zwłaszcza w okresie późnych rządów Ludwika, większą „wagę” polityczną. Lecz i wrogowie zewnętrzni na tym zyskali, szczególnie Normanowie. Mężowie północnego wiatru Normanowie, zwani również wikingami, ludźmi Północy, w średniowieczu określani jako „ludzie północnego wiatru”, byli Skandynawami. Od schyłku VIII do XI wieku, początkowo jako poganie, z żądzy przygód i łupów, niezadowoleni ze stosunków panujących na rodzimych terenach, nawiedzali inne kraje, w których to tu, to tam, we Fryzji, u ujścia Loary i w innych punktach ostatecznie nawet się osiedlali. Ich taktyka, odznaczająca się ruchliwością, okrzyczana jako diabelska, była pełna podstępów, a szczególnie ulubiony błyskawiczny napad. Nagle ich żagle pojawiały się na horyzoncie i zanim zdążyły wkroczyć nabrzeżne straże, już odjeżdżali ze swoim łupem. Po stronie chrześcijańskiej pierzchali zresztą przed nimi „często jako pierwsi” tak świeccy, jak i duchowni przywódcy (Riche). Hinkmar z Reims, słynny arcybiskup, zakazał wprawdzie uciekania księżom, „którzy nie musieli troszczyć się ani o kobiety, ani o dzieci”, sam jednak uciekał na łeb, na szyję przed najeźdźcami w roku 882.

62 Nie wszyscy hierarchowie mieli tymczasem zajęcze dusze. Gdy napastnicy podczas oblężenia Paryża w 885 roku (s. 195 i nast.) masakrowali każdego, kto nie schronił się w Ile de Paris, podczas gdy Frankowie ze swej strony częstowali „wroga gotującym się olejem, woskiem i smołą”, również opat St. Germain nie okazał się papierowym tygrysem. Wszak udało mu się „jedną strzałą przedziurawić na wylot siedmiu ludzi” co oczywiście jest raczej katolickim pobożnym życzeniem „i żartując kazał ich odnieść do kuchni”. Najazdy Normanów zaczęły się w 793 roku napadem na założony w VII wieku przez iryjsko-szkockich mnichów klasztor na wyspie Lindisfarne (później znany jako Holy Island) przed północno-angielskim wybrzeżem Nortumbrii, widocznie szczególnie bogate opactwo. Przetrwało ono napad, zdobywało coraz więcej ziemi na stałym lądzie, ale w 850 roku zostało opuszczone na nowo. Norwescy wikingowie, jak zwykle od wielu tygodni na pełnym morzu, potrzebowali w pewnym momencie prowiantu, więc porznęli klasztorne bydło i zabrali na pokład swych długich łodzi, przy okazji zrabowali wszystkie skarby i wybili mnichów. Ludzie Północy nawiedzili Irlandię, dla której rok 820 był katastrofą. „Morze wyrzuciło na Erin 99 fale obcych i nie było ani jednego portu, ani jednej przystani, żadnych umocnień, żadnego grodu, żadnego wału, gdzie by nie było flot wikingów i morskich piratów. Ludzie Północy napadali Anglię, a potem, już z Anglii, państwo Franków, szczególnie zachodnią Francję z jej kusząco długimi wybrzeżami, jednakże od 799 roku również Fryzję. Chwytali rzeczy o jakiejś wartości, wywlekali zakładników dla wyciśnięcia okupu, plądrowali jednak nie tylko miejscowości na wybrzeżu. Płynęli swymi zwinnymi łodziami w górę rzek i spalili nawet takie miasta jak York, Canterbury, Chartres, Nantes, Paryż, Tours, Bordeaux i Hamburg, gdzie obrócili w popiół siedzibę biskupa. Chętnie rzucali się na klasztory, jak choćby Jumieges i St. Wandrille. Na wybrzeżu atlantyckim mnisi musieli w 836 roku porzucić napadane od 820 roku Noirmoutier. To nie przypadek, że napady Normanów zaczęły się zatrważająco mnożyć właśnie podczas najcięższych karolińskich waśni rodowych, gdy siły zbrojne Rzeszy do obrony granic były osłabione, a więc od połowy lat trzydziestych; że nordyccy piraci, wówczas najstraszniejsi wrogowie, przede wszystkim Duńczycy, wracali co roku. Ustawiczny napór Normanów wdzierał się od tej pory przez całe stulecie do chrześcijańskiego świata. W roku 834 i 835 duńscy wikingowie napadali najbogatszy ośrodek handlowy na Północy, „wielce sławny Wyk koło Durstede i spustoszyli go z niesłychanym okrucieństwem”. Z „pogan”, ludzi, którzy jeszcze w głębi ducha zachowywali wierność starym bogom, Asom, została przy tym „zabita niemała ilość” (Annales Xantenses). Jak by nie było, Dorestad (Dorestate, Duristate), ważna, opustoszała emporia handlowa w Niderlandach, na południe od Utrechtu (niedaleko ujścia Renu i dzisiejszego Wijk-bij- Duurstede), również ważne centrum kościelnych misji i czasowa lub stała siedziba biskupa Utrechtu, między rokiem 834 a 837 było plądrowane czterokrotnie i częściowo obrócone w perzynę. W 836 roku została spalona Antwerpia i portowe miasto Witla u ujścia Mozy. W roku 837 Normanowie zaatakowali niespodzianie wyspę Walcheren, „zabili wielu i jeszcze większą liczbę mieszkańców zupełnie obrabowali; po tym jak jakiś czas tam mieszkali i ściągali według swej woli trybut, pociągnęli w swej łupieżczej wyprawie na Dorestad i w podobny sposób tutaj zbierali trybuty” (Annales Bertiniani). W roku 838 burza morska powstrzymała nowy atak, lecz już w 839 roku spustoszyli Fryzję ponownie. Nawiedzili również okolice Loary aż po Nantes „bicz Boży”, na który zakonni skrybowie może i przesadzając skarżyli się przez dwa i pół stulecia: „Piraci, mordercy, zbójcy, profanatorzy, grabieżcy, barbarzyńcy, okrutnicy, diabły czyli poganie […]” 100. Ach, o ile lepsi byli przecież chrześcijanie w swych wyprawach wojennych!

63 Dlaczego jednak wikingowie tak się srożyli? Wielant Hopfner tak pisze: „Mieli swe pierwsze doświadczenia z chrześcijaństwem. Współczesny im Karol «Wielki» wydał «Edykty saskie» w celu przymusowego nawracania Sasów. Najczęstsze zwroty w nich brzmią: «Jest karane śmiercią […], ma zostać zabity […], jest zabronione pod karą śmierci […], przepada na rzecz Kościoła […], ma zostać powieszony”. W istocie krwawe edykty Karola, żeby tak rzec, drugie ramię Dobrej Nowiny, były groźbą wobec wszystkiego, co chciano wykorzenić u Sasów za pomocą stereotypowego morte moriatur 101, a wśród czternastu grożących karą śmierci postanowień Capitulatio dziesięć dotyczyło występków przeciwko chrześcijaństwu. Co oczywiste, Normanowie wiedzieli, że Karolingowie „wzbogacili Kościół ponad wszelką miarę”, przy czym owe skarby „w pierwszym rzędzie” pochodziły z obrabowanych „pogańskich miejsc kultu”. „Chrześcijańscy kronikarze zdradzają nawet, że klasztory i kościoły były «wspaniale zbudowane» oraz «cudownie urządzone». Skąd miało pochodzić owo bogactwo, jeśli nie z własności i pańszczyźnianej pracy ludności germańskiej?” Ludzie ci byli obdzierani ze skóry przez swych chrześcijańskich panów na co dzień. Teraz mieli dodatkowo płacić Normanom ogromne sumy; w 845 roku na przykład 7000 funtów, w 861 roku 5000 funtów, w roku następnym 6000 funtów, w 866 roku 4000 funtów. Przy tym władcy, w celu stworzenia „rezerw”, domagali się czasami więcej, niż żądali Normanowie. W ogóle można przypuszczać, że niemało z tych pieniędzy popłynęło do chrześcijańskich trzosów. I na rzecz następującą trzeba zwrócić uwagę. Nie tylko wodzowie i książęta przywoływali Normanów do swych krajów przeciwko uciążliwym rywalom. Nie tylko podburzali również jednych Normanów przeciw drugim. Nie, gdy ta plaga stopniowo stawała się coraz nieznośniejsza i, zwłaszcza w zachodniej Francji, nic przeciw niej nie zdziałano, lud sam organizował opór, chwytał za broń przeciwko coraz głębiej zapuszczającym się w ląd piratom. Lecz broni pozbawiał go nie wróg zewnętrzny, a własna arystokracja! Obawiała się ona bowiem, że jej chłopi, frankijscy „spiskowcy”, mogliby się zbuntować przeciwko niej samej, „jako nie mniej ciężkiemu ciemięzcy” (Muhlbacher), mogliby poszukać okazji „do uwolnienia się od ich panów”. Duchowieństwo wiedziało jednakże, jak skierować tę dziką wodę na swój młyn. I tak zgromadzeni w 845 roku w Meaux hierarchowie ogłosili: „Najeźdźcy są wprawdzie okrutni, ale jest to sprawiedliwe, gdyż chrześcijanie byli nieposłuszni wobec nakazów Boga i Kościoła” 102. Również na południu rosło zagrożenie ze strony wrogów zewnętrznych. Zaatakowali tam Arabowie „floty saraceńskich piratów” (Saracenorum pyraticae). Tylko chrześcijanie nie rabowali! I nie zabijali! A niewierne psy saraceńskie najechały Baleary, Korsykę i Sardynię. Saraceni zaczęli się umacniać od 827 roku na Sycylii. Napadli w roku 838 Marsylię i „uprowadzili wszystkie zakonnice, których niemała liczba tam się znajdowała, jak i wszystkich duchownych i świeckich męskiego rodzaju, spustoszyli miasto i zabrali również wszystkie skarby chrześcijańskich kościołów”. Słowianie natomiast zagrażali granicy wschodniej. A nędza pożerała własnych ludzi. „W tym czasie Rzesza Franków wielce w sobie opustoszała i nędza ludzi rosła po wielekroć z każdym dniem”. I rosła nadal po śmierci Ludwika.

64 ROZDZIAŁ 2. Synowie i wnuki O Ludwiku II Niemieckim: „Był to bardzo chrześcijański książę, wiary katolickiej […] gorliwy wykonawca tego, co nakazywała religia, pokój i sprawiedliwość. Z ducha był bardzo podstępny (callidissimus) […] w bitwach nade wszystko zwycięski pilniejszy w gotowaniu broni niż uczt, gdyż narzędzia wojny były jego największym skarbem”. Reginonis chronica 103 O Karolu II Łysym: „Karol przedsięwziął swą wyprawę do Akwitanii w okresie postu i pozostał tam aż po Wielkiej nocy; jego wojsko nie czyniło jednak nic poza plądrowaniem, paleniem i uprowadzaniem ludzi, a nawet kościoły i ołtarze Boże nie zostały oszczędzone od ich żądzy i zuchwalstwa”. Annales Bertiniani 104 O Karolu III Grubym (najmłodszym synu Ludwika II): „I gdy już musiano wyruszać, zachorował i widział się zmuszony postawić na czele wojska najmłodszego ze swych synów Karola, Panu polecając rezultat sprawy […] spalił w Bożą pomoc ufając wszystkie domy owej okolicy; co było w lasach ukryte lub zagrzebane na polach, znalazł ze swymi i zrabował i wypędził lub zabił wszystkich, którzy się z nim potykali. Tak samo spustoszył Karloman ogniem i mieczem państwo Świętopełka”. Annales Fuldenses 105 O Karlomanie (najstarszym synu Ludwika II): „Był to jednak ten znakomity król dobrze zorientowany w naukach, oddany religii chrześcijańskiej, sprawiedliwy, miłujący pokój i ozdobiony wszelkimi przymiotami obyczajów […] bardzo wiele wojen prowadził razem ze swym ojcem i jeszcze więcej bez niego w krajach Słowian i wciąż wynosił z nich triumf zwycięstwa; granice swego państwa pomnożył i poszerzył mieczem”. Reginonis chronica 106 Zostali chrześcijanami i stali się szlachetni Ledwie Ludwik Pobożny odszedł w 840 roku, jego najstarszy syn zgłosił pretensje do władzy zwierzchniej. I wtedy wybuchają krwawe wojny między Lotarem I (zm. 855 r.), Ludwikiem II Niemieckim (zm. 876 r.) i Karolem II Łysym (zm. 877 r.). Wszyscy trzej są braćmi, są chrześcijanami, katolikami. Wszyscy są pełni podejrzliwości. Wszyscy pełni zawiści. Wszyscy składają fałszywe przysięgi. Wszyscy działają „za pomocą darów, obietnic, gróźb” (Tellenbach). „Każdy czyha tylko na oznakę słabości drugiego, by wpaść do dzielnicy swego brata lub po jego śmierci bratanków” (Fried). Tymczasem zbroją się, zaprzysięgają wzajemnie „pokój”, „przyjaźń”, wyznają „tęsknotę i miłość” do końca stulecia było prawie sto królewskich zjazdów. Wiele przypomina erę Merowingów, chaos po śmierci Chlodwiga, waśnie jego synów i wnuków (IV, rozdz. 3, 5, 8). Również krańcowe zdziczenie podobne jest do owych okrutnych czasów, przy czym w chrześcijańskim Bizancjum sprawy toczyły się w sposób analogiczny. Pierre Riche znajduje wśród Karolingów kompletny katalog wszystkich rodzajów użycia siły fizycznej, każdy przypadek opisany z detalami i sklasyfikowany pod względem prawa karnego w celu odprawienia pokuty, np. za „obcięte uszy z głuchotą jako następstwem i bez niej, wyrwane powieki, wyłupione oczy, całkowicie lub częściowo odcięte nosy, wyrwane

65 języki, wybite zęby, wyszarpane brody, zmiażdżone palce, odrąbane ręce i stopy, odcięte woreczki mosznowe” 107. Jak to u chrześcijan. Uczeni konformiści wywodzą to z ducha czasów. Całkiem słusznie. Lecz duch czasów był chrześcijański. A może nie dość chrześcijański? Tak przecież mówią apologeci. Więc kiedy był on dostatecznie chrześcijański i katolicki? Może w XX wieku, ale przecież katoliccy Chorwaci robili to samo, i to masowo?! I, za wurzburskim prawnikiem i historykiem Ferencem Majorosem, „z nieopisanym bestialstwem […]”. Jak to u chrześcijan. A „obrońcy porządku” odpłacali za takie zbrodnie wedle sprawdzonej biblijnej zasady: krzywda za krzywdę, oko za oko, ząb za ząb (Kpł 24,20; Pwt 19,21) nie mniej brutalnie. Rejestr kar sięga od choćby ucięcia języka, oślepienia, kastracji, aż do spalenia żywcem lub utopienia. I jeśli nawet pojedynczy duchowni przeciw temu protestowali, to reszta generalnie, pisze Riche, orzekała „straszliwe kary przeciw ludziom równym sobie rangą” oczywiście nie przeciw książętom Kościoła. Również między różnymi grupami możnych walka pozycyjna nie ustaje ani na chwilę. Jak u Merowingów zdrada jest na porządku dziennym i zmieniają się konstelacje polityczne; składane są przysięgi na wierność, później łamane, na nowo składane. Wszystko krąży wokół kumulacji pieniądza i władzy, żądzy panowania i sławy. Wszyscy owi potentes, priores, primores, maiores, optimates, nobiles, viri optimi, i jak ich tam wtedy zwali możni (bo od mocy, mogący więcej niż inni, zwłaszcza zabrać), chcieli być kimś więcej, coraz bogatsi, jeszcze „możniejsi”, chcieli wciąż większych lenn, przy czym każde bezprawie stawało się dla nich prawem, jeśli nawet nad samą siłę, zatarg czy wojnę przedkładali podstęp, wszelkie świństwo. I to wszystko wśród chrześcijańskich, katolickich książąt, umiłowanych braci! Królowie są pełni nienasyconej żądzy, to jasne. Lecz myślą oni przy tym nie tylko o sobie. Lud, „masy”, jeszcze długo nie będą odgrywać żadnej roli całkowicie zależni pracujący niewolnicy, servi, w owym czasie „niewolnicy w starożytnym znaczeniu tego słowa” (Werner), stojący całkiem na uboczu. Ten stan zdaje się wówczas nawet pogłębiać, przede wszystkim ze względu na niezliczonych uciekinierów, którzy pracowali jako najemni, ale byli zamieniani przez właścicieli ziemskich w chłopów pańszczyźnianych lub po prostu oddawani innym magnatom. I ta najbiedniejsza i zdecydowanie największa warstwa, w której w owym czasie istnieją różne stopnie ograniczenia wolności, stanu niewoli, która jest wykluczona z większości praw „wolnych”, szlachty, ta warstwa, która musi znosić wszystko, dosłownie wszystko, w źródłach właściwie nie występuje. Jest rzadkim wyjątkiem, gdy z tekstu angielskiego opata Elfrica z Eynsham z około przełomu tysiącleci wydobywa się biadanie chłopa: „Ach! Ach! Męką to jest, bom jest niewolny”. Wprawdzie sam Karol I narzeka na to, „że wielu, którzy jak wiadomo, są wolni, są przemocą uciskani przez możnych”, również Ludwik Pobożny zna „niezliczoną liczbę uciskanych, którym odebrano […] ojcowiznę czy wolność”. Lecz w obu przypadkach chodzi o wolnych, którzy stracili swą wolność, a nie o niewolnych, którzy najczęściej od zawsze byli niewolni. Dlatego jeśli we wczesnym średniowieczu jest mowa o „ludzie”, to nie należy wyobrażać sobie anonimowej masy mniej czy bardziej niewolnych, nieszlachty. Nie, ci żeby tak rzec dla panujących w ogóle nie istnieli. „Zwykle podkreśla Karl J. Leyser populus, lud, który prowadził spory prawne, wybierał biskupów, wynosił królów lub od nich się odwracał, składał się ze szlachty i ich klienteli, małych hierarchii, w których znowuż możniejsi i o lepszym pochodzeniu zajmowali wyższą rangę”. Królowie nie mieli wcale czasu na myślenie o klasach najniższych. Za to tym bardziej myśleli o swych pomocnikach i sługach tychże, szczególnie o wyższej szlachcie, która nie dla chwały, ale dla nagrody stała przy nich i oczekiwała zapłaty w królewskich dobrach i lennach, zwłaszcza gdy sama musiała zaopatrzyć własnych klientów. W ten sposób wszędzie panowała

66 konkurencja i rywalizacja, która nie liczyła się z niczym poza własnym interesem, własnym głodem ziemi. Lecz z ziemią od czasu wielkich wypraw zbrojnych „wielkiego” Karola stało się krucho 108. Stale zmieniające się fronty albo przysięgi wierności, tanie „jak ożyny” Lotar odziedziczył godność cesarską jako jedyny, oczywiście z zobowiązaniem zapewnienia dziedzicznych praw braci. Lecz Lotar, nadciągający z Italii, gdzie pozostawił swego syna, Ludwika II, upomniał się o całą Rzeszę, „swoją” Rzeszę, dla siebie. Wyższe duchowieństwo przeszło również w większej części na stronę „następcy ojca w państwie Franków”: arcybiskupi Hetti z Trewiru, Amalwin z Bisanz, Otgar z Moguncji, śmiertelny wróg Ludwika Niemieckiego, biskupi Metzu, Toul, Leodium, Lozanny, Wormacji, Paderbornu, Chur, opat Fuldy i późniejszy arcybiskup Moguncji Raban Maur i.in. Również wygnany, tymczasem trzymany w areszcie stronnik Lotara, arcybiskup Ebo z Reims, został restytuowany w każdej formie, musiał jednak wkrótce na nowo uciekać przed Karolem do Lotara, który dał mu klasztory Stavelot i Bobbio, póki nie popadł w niełaskę również u Lotara i nie stracił obu opactw, lecz za to został dzięki Ludwikowi Niemieckiemu biskupem Hildesheim 109. Tymczasem na stronę Lotara przeszli nie tylko kombatanci wcześniejszych walk, lecz również hierarchowie z najbliższego otoczenia starego cesarza, przede wszystkim syn Karola Wielkiego Drogo, biskup Metzu, arcykapelan Ludwika Pobożnego, który wręczył Lotarowi koronę, miecz i berło jego zmarłego ojca. Ponieważ możni, „gnani z wszystkich stron nadzieją lub strachem”, napływali jedynie do Lotara, a Ludwik i Karol stracili wielu wasali, Lotar przeciągnął strunę, rozważając, „jakimi środkami mógłby bez przeszkód zdobyć całą Rzeszę”, przy czym postanowił „uderzyć” najpierw na Ludwika i „zniszczyć jego siłę” (Nithard). Gdy ten pokazał mu zaraz zęby, zawarł z nim rozejm i miał zamiar rzucić się na Karola i dzięki pomocy wielkiej armii „ścigać go do zniszczenia”, jak pisze hrabia Nithard, „naturalny” wnuk Karola, walczący piórem, mieczem i poległy w 845 roku za sprawę Karola Łysego historyk braterskich wojen, jeden z nielicznych świeckich pisarzy wczesnego średniowiecza 110. Karol Łysy dzięki niestrudzonym zabiegom jego w samej rzeczy pozbawionej władzy matki, posiadał w chwili śmierci Ludwika Pobożnego widoki na połowę Rzeszy. Lotar natomiast podążył najpierw ku Sekwanie, potem w kierunku Loary i jesienią 840 roku zapędził Karola w pułapkę. Karol bowiem miał wroga nie tylko w tym bracie, ale i w Pepinie Akwitańskim, a po broń sięgnęli jeszcze pewniejsi siebie Bretończycy. Przy tym w miejscach, do których dotarł Lotar, przechodzono na jego stronę; nic innego, jak zwykły oportunizm szlachty i kleru. I tak córka Karola „Wielkiego”, opatka Rothilda z Faremoutier, zażyczyła sobie potwierdzenia przez Lotara klasztornych posiadłości. Tak pośpieszyli „wiarołomnie do niego opat Hilduin z St. Denis i hrabia Gerard z Paryża, odchodząc od Karola”. A jak oni, także i inni woleli „bardziej na sposób niewolników złamać wierność i wyrzec się swych przysiąg, niż opuścić na jakiś czas swój dobytek” (Nithard). Karol jednak nie chciał zrezygnować „z przekazanego mu przez Boga państwa”, zwłaszcza że mu je wręcz „Bóg i jego ojciec przekazali z jego, Lotara, własną zgodą”. Dlatego posłańcy wielokrotnie śpieszyli tam i z powrotem, wśród nich również Nithard, którego ponieważ mu odmówił posłuszeństwa Lotar pozbawił dóbr i praw. Nowy cesarz był w ogóle człowiekiem, który tylko patrzał, zdaniem stronników Karola, „jakimi sztuczkami bez bitwy mógłby oszukać i zwyciężyć Karola”; podczas gdy mocodawca Nitharda oczywiście z poczucia „czystej sprawiedliwości domagał się pokoju”. Jednakowoż na pewien czas obaj odstąpili od walki.

67 Ledwie jednak doszło do przejściowego pojednania z Karolem, Lotar skierował wojnę przeciw Ludwikowi, „całą duszą zamyśliwszy chytrością lub siłą podporządkować go sobie, lub czego sobie bardziej życzył całkowicie zniszczyć”. Ludwik jednak, opuszczony i zdradzony przez wielu ze swoich, musiał wrócić do Bawarii, po czym doszło między nim a Karolem do zawiązania sojuszu. Tenże wykorzystał tymczasem czas na małe potyczki i wielkie modły (w St. Denis, na przykład, w St. Germain), na koniec w Akwizgranie, gdzie w przeddzień „świętej Wielkiejnocy” roku 841 posłańcy z Akwitanii w cudowny sposób przynieśli „koronę i wszelkie królewskie ozdoby oraz sprzęty liturgiczne” i, następny cud, „tyle funtów złota i taką niesłychaną ilość szlachetnych kamieni bez uszczerbku”, chociaż przecież „tam wszędzie groził rabunek” (!), bez wątpienia „szczególna łaska”, „szczególny palec Boży” (Nithard). Który z nich, Karol czy Ludwik, wezwał kogo na pomoc, tego nie wiadomo, bo źródła sobie przeczą. Jednakże obaj byli „zjednoczeni jak w braterskiej miłości z powodu położenia ich wojsk” (Annales Bertiniani) chwalebne chrześcijańskie zespolenie. Również każdy z nich trzech usiłował w tym ciągłym bieganiu tam i z powrotem ze zmieniającymi się frontami, hołdami, przysięgami, przy użyciu przemocy, darów, obietnic i gróźb, zmiękczyć, zobowiązać i podburzyć wahających się możnych, przy czym wśród katolickiej arystokracji przysięgi na wierność stały się tanie „jak ożyny” (Muhlbacher). Potem jednak Ludwik Niemiecki pobił okrutnie 13 maja 841 roku w kotlinie Ries 111 szwabskich zwolenników Lotara. Większość pokonanych zginęła podczas ucieczki (ale nie tak, jak to brzmi w suchym, „papierowym” języku. Jak potoczysty, pusty frazes! Trzeba by posłuchać tych krzyków, jęków i błagań, strasznego zawodzenia, patrzeć na konanie, ostatni strach przedśmiertny…). A już 25 czerwca tego roku jeszcze krwawsza i dlatego często uważana za sąd boży bitwa pod Fontenoy (Fontanetum) koło Auxerre (w której głównie, jak to już było od dawna wśród Franków, brała udział jazda). Katolicy dźgali katolików, Frankowie Franków, krewni krewnych; przy czym w świcie Lotara „z niesłychanymi skarbami” i trzema posłami papieża Grzegorza IV znajdował się raweńczyk arcybiskup Jerzy, który zamierzał zawlec Karola Łysego do swego biskupstwa, by wyciąć mu przymusem tonsurę (w czasie ucieczki został pojmany i podobno źle potraktowany) 112. Bitwa pod Fontenoy albo „gdzie opatrzność boża sprawę pokieruje […]” Przed bitwą szły poselstwa za poselstwami do drugiej strony, zaklinano Pana, Kościół, chrześcijaństwo, takoż, od dawna powszechna praktyka, zasięgano „opinii” duchowieństwa, „by być pod ręką, gdzie Opatrzność Boża sprawę pokieruje”. Jesteśmy w posiadaniu wyczerpującej relacji owego ze wszystkich stron dobrze poświadczonego chrześcijańsko-katolickiego braterskiego spotkania (jednej z rzadkich bitew w otwartym polu wczesnośredniowiecznej historii) spod ręki Nitharda, w drugiej księdze jego Historiae. On sam walczył po stronie Karola Łysego, a nawet „udzielił z Bożą pomocą niemałego wsparcia […]”. Zaraz po połączeniu swych sił Ludwik i Karol wzajemnie wykazali „wszystkie cierpienia”, „owe beznadziejne okoliczności” spowodowane przez Lotara i przedstawili mu je przez posłańców, „żeby on pomny na wszechmogącego Boga swym braciom i całemu Kościołowi Bożemu zagwarantował pokój […], w innym przypadku będą mogli oni bez wątpienia spodziewać się pomocy z ręki Bożej”; co Lotar, spiesząc z Akwizgranu do Akwitanii jednak odrzucił jako „bez znaczenia”. Wysyłając rozmaite poselstwa, tak z ludzi pobożnych, jak i wojowniczych, ruszono na siebie, wszędzie z trudnościami wynikającymi z odległości, braku koni i walk. Jednakowoż woleli wszyscy znieść „raczej każdą biedę”, a nawet śmierć, niż stracić „chwałę swego imienia”.

68 Mimo wszystko posuwali się wszyscy „w podniosłym nastroju” i „spiesznymi marszami radośnie do przodu”, aż spotkali się pod Auxerre. Znowu posłańcy biegali między frontami, a sojusznicy upierali się przy tym, że jeśli już się wyrzynać, to po chrześcijańsku. Ergo: „najpierw wśród postów i modłów przyzywać Boga, potem jednak […] bez jakichkolwiek oszustw i podstępów spotkać się w otwartej walce […]”. Czysta sprawa. Obie armie zmieniły jeszcze raz pozycje i wysłały sobie pod Fontenoy en Puisaye nowe słowa pozdrowień i pojednania. Ludwik i Karol przypomnieli Lotarowi o „swej pozycji jako braci”, o „Kościele Bożym i całym chrześcijańskim ludzie”. A również Lotar zabiegał o „rozejm”, przy czym zapewnił pod przysięgą wielu ze swych możnych, że chce jedynie zwykłe chrześcijańskie gadanie „powszechnego dobra, powodzenia braci oraz całego narodu, jak tego wymaga sprawiedliwość wśród braci i Chrystusowego ludu”. W rzeczywistości czekał tylko na oddziały Pepina II z Akwitanii. Przybyły 24 czerwca, a 25 doszło do „sądu wszechmogącego Boga”. „Sąd boży” rozstrzygnął zaraz na wstępie o paru rzeczach. Tak więc po stronie Lotara, przegranego, miało paść 40 000 ludzi, liczba na pewno zawyżona. Lecz i okupiony ciężkimi stratami niespodziewany atak jego przeciwników z samego rana kosztował życie tysięcy jeźdźców. I to w starciu, które nie miało bezpośredniego wpływu na rozwój sytuacji. Wszelako jedność Rzeszy została nieodwracalnie stracona; takoż na długo wszelka dominacja na Zachodzie. Cesarstwo bowiem przestało dominować nad królami; cesarz i król stali się równi rangą. Była to, żeby tak rzec, godzina narodzin „państwa narodowego”. A jak wiadomo, państwa narodowe częściej prowadziły wojny, przynajmniej na większą skalę tak zostało do dziś. Już Fontenoy, spektakularny dzień ich narodzin, przyniósł wszystkim straszne straty, zwłaszcza dla frankijskiej arystokracji. Roczniki Fuldajskie mówią o „krwawej łaźni po obu stronach, jako że nasze czasy nie pamiętają dotąd takich strat w narodzie frankijskim”. A parę dziesiątków lat później Regino z Prum widzi w tych jatkach przyczynę słabości imperium późnokarolińskiego, uznaje, że „chwalebne bohaterstwo” Franków nie jest już zdolne do obrony, „nie mówiąc już o rozszerzeniu Rzeszy”. To było najgorsze: nie móc szlachtować innych, Słowian, pogan i Saracenów! Dlatego współczesnym tym wydarzeniom przeszkadza „dla wszystkich chrześcijan pożałowania godna wojna domowa” (omnibus christianis lamentabile bellum), że miecz Franków, „niegdyś straszny dla wszystkich innych nacji, został ubroczony we własnych ranach”. O to chodziło. A miał raczej, po chrześcijańsku, ewangelicznie, być zatopiony w ranach innych! W rzeczywistości jednak masakruje się tak niechrześcijan, jak i chrześcijan, a szczególnie właśnie tych ostatnich, nieprzerwanie po dziś dzień. Już w tamtym czasie wyznaje zatem wojujący po stronie Lotara, walczący w pierwszym szeregu Angilbert: „Nigdy gorsze mordowanie, nigdy nawet na Polu Marsowym, /Nigdy dotąd zasady chrześcijan nie zostały tak naruszone przez krwawą łaźnię”. W rzeczywistości jednak działo się tak już od stulecia, w istocie, i tak pozostało nadal. Również obłuda. Pod koniec tych jatek zakwitły bowiem zaraz najbardziej budujące uczucia chrześcijańsko katolickie. „Wszędzie zabijano uciekających, póki Ludwik i Karol, powodowani gorącą pobożnością, nie położyli kresu przelewaniu krwi” (Annales Bertiniani). I teraz uświęcili zwycięzcy dzień Pański mszą świętą, a „sami królowie poczuli litość nad bratem”, po którym nie spodziewali się oczywiście żadnych „złych zamiarów”! Dużo bardziej więź „w prawdziwej sprawiedliwości”, „w prawdziwej wierności”. I co oczywiste, biskupi stwierdzili jeszcze na polu bitwy jednogłośnie: „sprzymierzeni bracia walczyli jedynie o prawo i słuszną sprawę i to zostało wykazane sądem bożym; stąd należy uważać każdego w związku z tym, doradcę jak i wykonawcę, za niewinne narzędzie Boga”.

69 Czym przypisali sobie, jak zawsze w historii, najwspanialszą niewinność, boską niewinność, chcąc żeby tak rzec każdego sądzić podczas spowiedzi „miarą jego winy” (Nithard) 113. Cesarz Lotar sprzymierza się z poganami i rabuje kościoły Ludwik Niemiecki ścina głowy Duchowieństwo stojące po stronie Lotara nie uznało natomiast przelewania krwi za „sąd boży”. Ukrywało swą porażkę za rozmaitymi nieprawdziwymi plotkami: a to, że Karol padł w bitwie, że Ludwik został ranny i ucieka. Jednakże Lotar, wprawdzie zwyciężony, lecz ani nie do końca pobity, ani nie gotowy do rezygnacji, przywołał duńskich Normanów, pustoszących właśnie Rouen i dolinę Sekwany, „oddał pod ich rozkazy część chrześcijan”, a nawet pozwolił na „rabowanie innych chrześcijańskich ludów” (Nithard). Istotnie obdarował on króla wikingów Haralda Klaka wyspą Walcheren i innymi terenami fryzyjskimi, później je Duńczykom odebrał i nadał je im ponownie. Wykorzystał przy tym różnice klasowe, następującą w Saksonii feudalizację (por. IV, s. 274 i nast.) i rozpętał powstanie Stellingów, bunt tamtejszej klasy niższej i średniej, plemiennych półwolnych i wolnych, którzy najbardziej przeciwstawiali się obcemu panowaniu frankijskiemu. Jak pisał Hans K. Schulze, wysilając „nieco wyobraźnię”, był to „pierwszy rewolucyjny ruch ludowy na ziemi niemieckiej”. Cesarz obiecał nawet buntownikom wbrew arystokracji powrót do pogaństwa. A nawet, jeśliby stanęli po jego stronie, to mieli otrzymać na powrót swe prawa, „jak za czasów, gdy byli jeszcze sługami bożków” (Nithard). Lecz Ludwik Niemiecki obawiał się nie tyle wytrzebienia wiary chrześcijańskiej, co współpracy Normanów z saskimi rebeliantami. Więc posyłając w pole przeciwko Lotarowi stojących po swojej stronie saskich możnych tak samo, jak Lotar przeciw niemu rozbił w krwawych bojach „zbyt pewnych siebie chłopów” (Annales Xantenses), nakazał „z całą surowością stłumić” powstanie Stellingów, jak formułują to roczniki fuldajskie, lub jak mówi inne źródło urządzić „w sposób dla niego chwalebny, choć nie bez sprawiedliwego przelania krwi, straszną krwawą łaźnię: 14 przeciwników powędrowało na szubienicę, a 140 prowodyrów kazał ściąć, „niesłychaną ilość poćwiartować i nie pozostawił przy życiu nikogo, kto się mu w jakiś sposób sprzeciwiał” 114. Podczas gdy Ludwik Niemiecki poszerzał chwalebnie i sprawiedliwie ku północy obszar swej władzy, Lotar zebrał w Diedenhofen i uzbroił znaczne siły przeciw Karolowi i pociągnął szybko na Paryż, tak że Karol teraz błagał Ludwika, by jak tylko może pomógł mu zbrojnie. Ponieważ jednak Lotar z powodu wojny na dwa fronty i różnych okoliczności znalazł się w kleszczach, przekazał swemu przyrodniemu bratu, że chce z nim pertraktować, „jeśli Karol porzuci przymierze, w jakie wszedł ze swym bratem i mu zaprzysiągł, to on wypowie sojusz, jaki zawarł ze swym bratankiem Pepinem i również potwierdził pod przysięgą” (Nithard). Lecz Karol nie chciał i tak Lotar połączył się w Sens z Pepinem Akwitańskim, którego przecież przed chwilą zamierzał ofiarować swemu śmiertelnemu wrogowi. I pociągnął dalej na Le Mans, „wszędzie”, według zachodniofrankijskich kronik z St. Bertin, „plądrując, paląc, hańbiąc i rabując kościoły i wymuszając przysięgi tak, że nawet nie oszczędzał świętych miejsc, bez skrupułów bowiem brał wszystko, co mógł znaleźć ze skarbów, niech nawet były złożone, by je uratować, w kościołach lub ich skarbcach, zmuszając kapłanów i duchownych innej rangi do składania przysiąg; również oddane służbie bożej święte mniszki zmuszał do składania mu przysięgi”. Natomiast Karol udał się z Paryża do Châlons, „by obchodzić tu święto narodzenia Pana”. Tacy pobożni byli ci po drugiej stronie 115.

70 Przysięgi strasburskie (842 r.) oraz boża i klesza wola Wojska Lotara coraz bardziej topniały. Ponosiły porażki, unikały bitwy lub uciekały, jak arcybiskup Moguncji Otgar, który ze swym oddziałem miał zapobiec połączeniu się Ludwika i Karola pod Koblencją. A wkrótce również syn Karola „Wielkiego” Drogo, biskup Metzu, który przyłączył się do Lotara i prowadził nadworną kaplicę, przeszedł do obozu wroga. Sprzymierzeni królowie spotkali się w Strasburgu (zwanym niegdyś Argentoratum) i złożyli tam słynną przysięgę, której słowa przekazał Nithard. Zaprzysięgli sobie nawzajem „z miłości do Boga i chrześcijańskiego ludu i zbawienia nas obu” 14 lutego 842 roku w uroczystej formie pakt o wzajemnej pomocy, Ludwik w języku romańskim, Karol w niemieckim (frankijskim) najstarszy zabytek języka starofrancuskiego i jedno z najstarszych świadectw starowysokoniemieckiego (językiem oficjalnym, językiem państwa, Kościoła i literatury na całym chrześcijańskim Zachodzie była łacina; niemiecki, Thiudisca, był uważany za język „barbarzyński”). Po starofrancusku było to tak: Pro Deo amur et pro Christian poblo et nostro commun saluament […]. A po niemiecku lub starowysokoniemiecku (źródła nazywają składający się z wielu dialektów język germański lingua theotisca, stądsłowo deutsch): In Godes minna ind in thes Christianes folches ind unser bedhero gealtnissi […]. Naprzód obaj królowie mówili do zebranych wojowników wiele o braterskiej miłości, chrześcijańskich zasadach, „litości dla chrześcijańskiego ludu”, w ogóle o dobru powszechnym, oczywiście też o Bożym miłosierdziu, sądzie Wszechmogącego etc. I wśród tego pełnego namaszczenia oskarżyli przed towarzyszami broni z obu stron złego brata, że „nasze narody niszczył paląc, rabując i mordując” 116. Coraz liczniej wielmoże opuszczali Lotara. Ludwik i Karol ruszyli oddzielnie ze Strasburga do Wormacji, spotkali się tam jakieś dziesięć dni później i pomaszerowali po „splądrowaniu okręgu wormackiego” (Annales Xantenses) w kierunku Moguncji, gdzie ich siły wzmocnił jeszcze oddziałami bawarskimi i alamańskimi Karloman, najstarszy syn Ludwika. Potem zwrócili się znów oddzielnie w górę Renu i połączyli swe siły pod Koblencją. Tam wysłuchali mszy w kościele Św. Kastora i przeprawili się szybko przez Mozelę, zaczem arcybiskup Otgar uciekł z Moguncji, a Lotar przez Akwizgran gdzie zabrał cały skarbiec cesarski, również nakazał zabrać „skarb od Marii Panny” {Annales Bertiniani) i Châlons do Troyes, gdzie świętował 2 kwietnia 842 roku Wielkanoc, zanim ruszył dalej do Lyonu. Paląc kraj Lotara, Ludwik i Karol podeszli pod Akwizgran. A tam kazali licznie zebranemu duchowieństwu, jakby „za skinieniem Boga”, zaświadczyć, jaki to samolubny, wiarołomny skorumpowany był ich katolicki braciszek Lotar. Jak to on a nie oni razem! „wypędził swego ojca z Rzeszy, jak często swą żądzą władzy skłonił chrześcijański naród do łamania przysiąg, jak często sam łamał złożone ojcu i braciom przysięgi, jak często po śmierci ojca usiłował pozbawić dziedzictwa i zniszczyć swych braci, jak wiele mordów, cudzołóstw, pożarów i haniebnych czynów wszelkiego rodzaju musiał znosić cały Kościół z powodu jego bezecnej chciwości, takoż twierdzili, że ani nie posiada zdolności rządzenia państwem, ani nie widać Śladu dobrej woli w jego rządach. Z tych powodów, oświadczali, nie niezasłużenie, lecz według sprawiedliwego wyroku wszechmogącego Boga, musiał ustąpić najpierw z pola bitwy, a potem ze swego państwa. A oni wszyscy byli jednomyślnie zdania i zgadzali się z tym, że kara Boża dotknęła go z powodu jego grzechów i jego państwo zostało wydane zgodnie z prawem jego braciom jako lepszym w rządzeniu” (Nithard). Jednakowoż nie byliby klechami, gdyby królom dali „pełnomocnictwo do rządzenia” od razu. Nie wydaliby im wszystkiego do rządzenia, nie pytając wpierw publicznie, „czy chcą Rzeszą rządzić na sposób wygnanego brata, czy według woli Bożej” 117.

71 Ale przecież wola Boża jest ich wolą! Zawsze i wszędzie. Niczym więcej. (Czyż słyszało się kiedykolwiek coś innego od Boga niż od papieży i biskupów?) O pewnym osobliwym poglądzie dawnych i dzisiejszych historyków Lotar popadał w coraz gorszą opresję. Ludzie masowo odchodzili od niego, łamali dawne przysięgi, przysięgali nowym panom i zyskiwali w ten sposób nowe korzyści wobec zawsze niepewnych starych wiecznie niezmienny bieg historii. Poza tym poprzez ciągłe zmiany władzy i stałe walki o pozycję arystokracja stawała się coraz mocniejsza, a królowie dostawali się pod jej wpływ i zdobywali oraz zachowywali swą władzę tylko dzięki niej. W naszym najważniejszym źródle na temat tych stałych sporów dynastycznych, w czterech księgach Historyj Nitharda, żali się on na wewnętrzne rozdarcie, rozpad jednolitego państwa, i widzi właściwy ideał w rządach swego „wielkiego” przodka. Więc ubolewa przy końcu dzieła nad „straszliwym zaniedbaniem dobra publicznego”, „samolubnym dążeniem do własnych korzyści”, skarży się, że „z obu stron szerzą się wszędzie rabunek i zło” i wspomina tęsknie czasy „wielkiego Karola, szczęsnej pamięci”. Panowały wtedy „wszędzie pokój i zgoda […] teraz jednak wszędzie widać brak jedności i kłótnie, gdyż każdy, jak chce, idzie inną drogą. A wtedy wszędzie był dostatek i radość, teraz zaś tylko bieda i żałoba […]” 118. Te zdania, zgodne z jeszcze dzisiaj panującymi poglądami historyków, którzy sławią państwo Karola I jako państwo jednolite, rosnące w siłę mocarstwo, chrześcijańskie państwo uniwersalne, jako swego rodzaju kontynuację idei Cesarstwa Rzymskiego, te zdania są dlatego tak charakterystyczne, gdyż one imputują „powszechny pokój”. W istocie jednak 46-letnie rządy Karola przyniosły prawie ustawiczną wojnę, bez mała pięćdziesiąt wypraw wojennych samych Sasów, „arcypogan”, zwalczał w morderczy sposób trzydzieści trzy lata! Co zatem działo się na obrzeżach coraz bardziej ekspandującej Wielkiej Rozbójniczej Rzeszy, nie naruszało „pokoju” wewnątrz kraju. Wręcz przeciwnie. Im więcej w nim „spokoju i porządku”, tym lepiej funkcjonowało zabijanie, zniewalanie i anektowanie poza granicami. Wszakże „powszechnego dostatku i radości” nie było i tu, wewnątrz kraju. Cieszyła się nimi jedynie śmiesznie mała warstwa posiadających, arystokracji i kleru, opływająca w obce, krwawo zdobyte bogactwo, podczas gdy w bezwstydnie wyzyskiwanym własnym narodzie panowało chroniczne niedożywienie, grasowały nędza i klęski głodu, które pochłonęły w 784 roku w Galii i Germanii jedną trzecią ludności (IV, s. 298). Pod rządami wnuków Karola wojny zewnętrzne zastąpiła z wolna wojna wewnątrz kraju, tak zwana wojna domowa oczywisty pleonazm, każda bowiem wojna jest wojną w jakimś domu! Sposób widzenia Nitharda nie był oczywiście odmienny. Współczesny jemu Florus z Lyonu, piszący wiersze diakon, skrzętny sługa boży, nie widzi tego inaczej. Również on użala się nad podzielonym na trzy części imperium, panowaniem królewiąt zamiast jednego króla. Także i on gloryfikuje „Rzeszę w blasku wyniosłej korony, / Pan był jeden i jeden naród, Panu posłuszny […] / pokój rządził w nim i odwaga odstraszała wrogów”. A po podkreśleniu własnego „uświęconego stanu”, całkiem po chrześcijańsku i ze słuszną pokorą, sławi wymownie podboje na Wschodzie, rzucanie „cugli zbawienia na pokonanych”. Tu nagiął się pogański lud jarzmu Kościoła, tymczasem / Tam kacerski obłęd, zdeptany stopami, zgasł” 119. Tak, to podobało się chrześcijanom zawsze: poganie w jarzmie, ich wiara stopami zdeptana!

72 Traktaty z Verdim (843 r.) i Meersen (870 r.) Wszyscy byli przecież zmęczeni wojną. To znaczy: niekorzyści wojny były dla możnych większe niż korzyści; co miało nie najmniejsze znaczenie i dla wyższego duchowieństwa, którego ogromne posiadłości były z upodobaniem obracane w perzynę. Po długich, ciężkich i odznaczających się nieufnością pertraktacjach mieszane komisje, 120 pełnomocników objeżdżało i wyznaczało granice po wstępnych rozmowach w czerwcu 842 roku na wyspie na Saonie koło Macon, w październiku w Koblencji, w listopadzie w Diedenhofen, doszło w następnym roku do nowego podziału. Rzesza Ludwika Pobożnego w traktacie z Verdun, którego tekst jest nieznany, została podzielona w sierpniu 843 roku według dynastycznego prawa dziedziczenia, starej zasady równouprawnienia braci, jednakże po wyłączeniu Bawarii, Akwitanii i Italii, w obecności magnatów, na części wschodnią, zachodnią i środkową, trzy mniej więcej równe kraje „czy królowie tego chcieli, czy nie”. Ludwik Niemiecki otrzymał swe ziemie macierzyste i całą Rzeszę wschodnią, Francja orientalis, nazywaną jeszcze również dawniejszym mianem Austrii, Austrazji (w ówczesnej niemczyźnie „Ostarrichi” i „Heliand” IV, s. 73). Poza Bawarią dostał więc obszary na wschód od Renu i rzeki Aare, zamieszkane przez Sasów, Turyngów, wschodnich Franków i Alamanów (bez Alzatczyków) oraz Spirę, Wormację i Moguncję na lewym brzegu Renu; tym sposobem, poprzez wydzielenie państwa wschodniofrankijskiego, usamodzielnia się by tak rzec „historia Niemiec”, oddziela się od pozostałych obu części Rzeszy. Karol Łysy odziedziczył zachodnie państwo Franków, Francja occidentalis, które sięgało na północ od Loary do Mozy i Skaldy, do tego Akwitanię i Marchię Hiszpańską, co stworzyło przesłankę do powstania narodu francuskiego, jeśli nawet w owym czasie język, granice etniczne i plemienne nie były decydujące, a granice prowadzono w sposób więcej niż dowolny, bez uwzględniania tworzących wspólnoty grup narodowościowych czy wspólnot biskupich. Również Karol, raczej mało wojowniczy, osobiście w każdym razie tchórzliwy, miał wiele przyznanych mu krajów przeciw sobie: Akwitanię, Bretanię, Septymanię, Marchię Hiszpańską. Historycznie bez żadnych skutków dla przyszłości, geograficznie i demograficznie nieorganiczna, na siłę wciśnięta między oba inne regna część środkowa, regnum pod nazwą Francja media, była zamieszkana zarówno przez ludność romańską (Burgundów, Prowansalczyków), jak i germańską (Alamanów, Franków nadreńskich, Fryzów). Był to wyciągnięty pas ziemi, sięgający od Włoch do Fryzji, a więc łączący śródziemnomorski obszar Benewentu przez ważne przełęcze alpejskie, przez Prowansję, Burgundię wraz ze środkową Francja, późniejszą Lotaryngią, obszar nad Mozą, Mozelą i dolnym Renem z terenami nad Morzem Północnym i Bałtyckim. Ten obszar wybrał Lotar I, który wraz z cesarskimi miastami Rzymem i Akwizgranem zachował tytuł cesarski. Jednakże również oba pozostałe królestwa partycypowały w rdzennych obszarach frankijskich: Ludwik Niemiecki otrzymał zasiedlony przez Franków obszar w dorzeczu Renu i Menu, a Karol Łysy frankijską Neustrię między Sekwaną i Skaldą. Jednak Pepin II, syn Pepina I, zmarłego uprzednio syna Ludwika Pobożnego, roszczący sobie pretensje do tronu akwitańskiego i długo stawiający opór Karolowi Łysemu, który ze swej strony „nawiedzał krainę licznymi wyprawami” (Annales Fuldenses), został pojmany w 864 roku i osadzony w klasztorze (s. 110). Lotaryngia, środkowa część Rzeszy, nie obroniła się długo (855-900). Po śmierci Lotara I (855 r.) została podzielona wśród jego trzech synów, Ludwika II, Lotara II i Karola. Ten ostatni zmarł młodo, a po zgonie również Lotara II (869 r.) jego stryjowie, Karol Łysy i Ludwik Niemiecki rozebrali ją między siebie w traktacie z Meersen (870 r.), pomijając

73 pretensje Ludwika II. Gdy jednak wschodniofrankijski Karoling Arnulf z Karyntii restytuował Lotaryngię w roku 895 i osadził w niej swego syna Zwentibolda jako króla, ów zginął z rąk miejscowej arystokracji i był to koniec samodzielnego królestwa lotaryńskiego (s. 216 i nast.). W ten jako tako wyważony sposób Rzesza Ludwika Pobożnego została zgodnie z ówczesnymi udziałami podzielona na trzy części; natomiast jakościowo, historyczniekulturowo i socjalnie, również pod względem organizacyjnym, różnice pomiędzy nimi były znaczne. Zachód i Italia reprezentowały stare krainy kulturowe, zachowujące jeszcze antyczne tradycje. W porównaniu z resztą Rzeszy wykazywały znacznie większe ambicje. Przynajmniej gdzieniegdzie istniały w rozproszeniu gęstsze regiony miejskie. Rozwijało się tam piśmiennictwo, były książki i szkoły. Można napotkać tutaj zaangażowanie ekonomiczne, uprawiających handel i rzemiosło oraz liczniejsze i potężniejsze klany arystokratyczne. W stosunku do nich rozległe obszary państwa wschodniego sprawiały wrażenie „niedorozwiniętych”, „pokrytych lasami, wyludnionych, «niecywilizowanych» i pozbawionych centrów życia umysłowego” (Fried). Oczywiście tutaj również żyło kilku przedstawicieli „renesansu karolińskiego”: Raban Maur, dopiero w czasach nowożytnych wyniesiony jako praeceptor Germaniae 120, Walafrid Strabo, który jako poseł Ludwika Niemieckiego utonął w Loarze, Notker Balbulus, mnich z klasztoru Sankt Gallen. Być może traktat z Verdun nie był jeszcze, jak uważali znamienici starsi historycy (Waitz, Droysen, Giesebrecht), swoistą „godziną narodzin” narodu niemieckiego i francuskiego, dwóch narodów, w interesie których go pewnie nie zawierano. Jednakże historie Niemiec i Francji tu się rozchodzą, ze starszych wspólnot narodowych, mieszkańców określonych krain, wyrastają narody, a protonarodowa świadomość plemienna staje się ostatecznie zwłaszcza, co ciekawe, dzięki „wspólnototwórczemu”, jednoczącemu wszystkich zobowiązanych do noszenia broni z różnych plemion i regionów wojsku świadomością narodową. Tak jak powstanie również innych królestw narodowych, choćby w Anglii, Hiszpanii, Skandynawii, Polsce, Czechach i na Węgrzech, charakteryzuje politycznie wczesne średniowiecze. Oczywiście, przez cały IX wiek nie myślano jeszcze w kategoriach narodowych, żaden naród nie czuł się jeszcze „jednostką narodową”, żaden człowiek nie określał się jeszcze jako „Niemiec” czy „Francuz”, nawet jeszcze nie w wieku X, choć jest to bezpośrednia faza przejściowa. ów podział Rzeszy karolińskiej, po którym nastąpiły w ciągu IX wieku następne, jakkolwiek miały miejsce i połączenia, był kompromisem wymuszonym przez okoliczności. Kończy on wprawdzie początkowo wzajemne agresje, prowadzi jednak do tego, że cesarstwo traci stopniowo swój prymat wobec papiestwa, że jest wstępem do podziału na trzy państwa: Niemcy, Francję i Włochy i że dawniejsza jedność abstrahując od epizodu za czasów Karola Grubego (s. 193 i nast.) ma nigdy nie wrócić 121. Ludwik, z bożej łaski król Bawarów Ludwik II Niemiecki (843-876) jest wprawdzie określany we współczesnych mu (zachodnio-frankijskich) źródłach wielokrotnie jako rex Germanorum i rex Germaniae, a obszar jego panowania przez własną kancelarię jako Francja orientalis i przez autorów kronik z owych czasów nierzadko nazywany „Germanią”, jego przydomek „Niemiecki” (lub „Niemiec”) stał się powszechny dopiero w XIX wieku. Urodzony w 805 roku jako trzeci syn Ludwika I Pobożnego, drugi tego imienia Ludwik spędził młodość na dworze i w 817 roku w Ordinatio imperii otrzymał Bawarię jako królestwo dzielnicowe pod zwierzchnictwem cesarza; ponadto, jak zadecydował swego czasu

74 jego ojciec, „Karantanów, Czechów, Awarów i Słowian, którzy żyją na wschodzie Bawarii […]”. Jako dwunastolatek był za młody, by rządzić samodzielnie, i doszedł do rządów jakieś dziesięć lat później. Jednakże najpóźniej od roku 830 pojawia się w dokumentach jako „Ludwik z Bożej łaski król Bawarów”. Główne cele jego polityki to ekspansja na Wschód i poszerzanie Rzeszy Karolingów. Na czas zimy preferował jako rezydencję Ratyzbonę, gdzie uczestniczył w zjazdach możnych i sejmach Rzeszy, a w lecie Frankfurt, gdzie założył klasztor Zbawiciela. Poza obszarem macierzystym, właściwą bazą jego władzy, którego bezpieczeństwo zapewniał mu hrabia Ernest aż do swego upadku w 861 roku, „wódz” i „wśród przyjaciół króla pierwszy” (Annales Fuldenses) monarcha opanował również Szwabię, część Frankonii nad Renem i Menem, Turyngię i Saksonię,a więc obszary głównych germańskich ludów Rzeszy. Ludwik Niemiecki nie był „wybitnym” władcą, lecz najznaczniejszym wśród swych braci. Już dzięki długiemu czasowi swych rządów działa jakby stabilizująco na państwo wschodniofrankijskie; prowadząc, idąc niejako w krwawe ślady swego „wielkiego” przodka Karola I, ustawicznie wojnę przeciwko Słowianom w Czechach i na Morawach oraz na terenach północnowschodnich. Współpracuje on przy tym ściśle z episkopatem, jak oczywiście i inni książęta z rodu Karolingów, którzy wszyscy zaprzęgali wyższe duchowieństwo do wypełniania swych interesów i realizacji swych celów, dzięki czemu je mocniej uzależniali od siebie, lecz i sami stawali się zależni, coraz bardziej prokościelni, bardziej jeszcze niż kiedyś choćby Merowingowie. Ludwik Niemiecki był uznawany wręcz za przywódcę i obrońcę Kościoła. Troszczył się o misje na Morawach, w Czechach, na Północy, od Bremy i Hamburga po Szwecję, gdzie Chrystusa przywoływano jako idola tylko wtedy, gdy zawiodły stare bogi i gdzie był uznawany, by tak rzec, za bóstwo pomocnicze, przywoływane w ewentualnej potrzebie. Ludwik zwoływał synody, brał w nich udział i dopiero jego zatwierdzenie nadawało im moc prawną; było to zresztą jedyne prawodawstwo państwa wschodniofrankijskiego, stąd w owym czasie mówi się tylko o jednej ustawie państwowej. Aż do końca król Bawarii wywierał decydujący wpływ na obsadzanie biskupstw, które dawał w pierwszej kolejności swym faworytom. I tak w 842 roku wyniósł opata Gozbalda (bogato pobłogosławionego w kości rzymskich męczenników) na biskupstwo w Wurzburgu; na jego następcę Bawarczyka Arna, który służy łącznie czterem książętom i (z relikwiami na bohaterskiej piersi) walczy w co najmniej czterech wyprawach zbrojnych jako dowódca (póki w roku 892 wszystko dla Chrystusa nie padł zręki Słowian). W 845 roku Ludwik mianował wygnanego Ebona z Reims (s. 80 i nast.) arcypasterzem Hildesheim, a w 847 roku uczonego opata fuldajskiego Rabana Maura arcybiskupem Moguncji. Hierarchowie dominowali również w jego consilium: jak choćby opat Ratleik z Seligenstadt, opat Herrieden, Liutbert, na naleganie króla od roku 863 arcybiskup Moguncji, biskup Konstancji Salomon I, biskup Hildesheim Altfryd, który chociaż zajmował się jako doradca królewski bardziej polityką niż własną diecezją, w niektórych źródłach figuruje jednak jako święty i przy swoim grobie względnie w Kronice Hildesheimskiej dokonuje wielu cudownych uzdrowień. Króla otaczali więc stale wyżsi duchowni. A tak całkiem na marginesie, że Karolingowie zatrudniali jako notariuszy wyłącznie duchownych i w ogóle, w odróżnieniu od Merowingów, całą pisemną administrację złożyli w ręce księży: również kierownicy kancelarii Ludwika (kanclerze) czy arcykapelani za jego czasów doszło do zespolenia obu urzędów a więc ludzie, którzy w jego radzie zajmowali czołową pozycję, byli rzecz oczywista hierarchami: opat Gozbald z Niederaltaich, opat Grimald z Weifienburga i Sankt Gallen, krewny arcybiskupów Trewiru Hettiego i Thietgauda, najważniejszy doradca Ludwika. Na koniec

75 jako nowy kierownik kancelarii i kaplicy arcykapelan i arcybiskup Moguncji Liutbert, który podczas rządów dwu synów Ludwika zarządzał kancelarią, zachowaną przez mogunckich arcybiskupów już na stałe od X wieku, a dokładnie od objęcia tego urzędu przez Wilhelma, nieślubnego syna Ottona I, w roku 965. Kaplica nadworna jednak, przez całe stulecia instrument władzy europejskich książąt, w czasach Karolingów „typowy produkt łaskawości bożej” (Fleckenstein), stanowi wówczas we wschodnim państwie frankijskim „najściślejsze miejsce kontaktów polityki Karolingów i bawarskiego episkopatu” (Glaser). Również pod rządami synów Ludwika gwarantowała w ten sposób decydujący wpływ Kościoła na politykę. Biskupi działali nadal w kancelarii i brali udział w rządzeniu 122. Ludwik Niemiecki był pobożny również osobiście. Czytał pisma religijne. Podczas oficjalnych procesji szedł boso za krzyżem. W swoim palatium we Frankfurcie kazał zbudować w 852 roku kaplicę, w której posługiwało dwunastu duchownych. Założył klasztor żeński St. Felix et Regula w Zurychu. A wszystkie jego córki zostały zakonnicami: Irmingarda opatką szwabskiego klasztoru w Buchau, Hildegarda opatką klasztoru żeńskiego w Schwarzach koło Wurzburga, a Berta opatką St. Felix et Regula w Zurychu. W październiku 847 roku zjechali się do mogunckiego klasztoru Św. Albana biskupi, opaci i inni duchowni wschodniej Frankonii. Za powodzenie króla, jego rodziny oraz za bezpieczeństwo państwa synod kazał we wszystkich diecezjach, tak zakomunikowano władcy, odprawić 3500 mszy i 1700 psałterzy a potem go poproszono, by zwyczajem przodków chronił sługi Kościoła i ich stan posiadania i nie skłaniał ucha ku tym, którzy mu radzą, by mniej troszczył się o dobra kościelne niż o własne. Nie przypadkiem: dwa kanony zajmowały się wówczas ubogimi, trzy wiarą, a sześć dobrami kościelnymi i dziesięcinami. A był to ten sam synod, który pewną kobietę o imieniu Thiota z okolic Konstancji podejrzaną kaznodziejkę (pseudoprophetissa) obdarzoną taką charyzmą, że szli za nią, jak podają Roczniki Fuldajskie, „mężowie świętego stanu […] jak za nauczycielką naznaczoną przez niebo” skazał na publiczną chłostę, przez co miała popaść w obłęd. I ten sam synod moguncki rozszerzył w porównaniu z synodem w Moguncji w 813 roku po szeregu manuskryptów z wyrachowaniem uprawnienia jurysdykcyjne episkopatu. A mianowicie, jeśli w roku 813 biskupi występowali w kwestii przestrzegania prawa jeszcze jako pomocnicy hrabiów i sędziów, to synod moguncki roku 847 wykoncypował, że „hrabiowie i sędziowie winni wspomagać biskupów w przestrzeganiu prawa, jak nakazuje prawo boskie […]” 123! Kler brał zatem intensywny udział w polityce Ludwika Niemieckiego. Istniała doskonała jedność tronu i ołtarza „biskupi stoją zawsze za swym królem, a król za swym episkopatem”. Wyższe duchowieństwo prowadzi zawsze pertraktacje, zawiera traktaty, dużo częściej niż hrabiowie. Hierarchowie działają jako wysłannicy króla, jako posłowie do zagranicznych władców. A nawet podczas wojny ciągną z całymi oddziałami swych poddanych do króla lub z jego polecenia „ruszają w pole sami na czele wojsk lub razem z hrabiami” (Schur). Anno 845 trzeba było przerwać synod w Meaux (a w następnym roku kontynuować obrady w Paryżu), ponieważ biskupi potrzebni byli tymczasem w walce z księciem Bretończyków Nominoe, który w listopadzie w Ballon, niedaleko Le Mans, pobił na głowę Karola Łysego. Nic oczywistszego, jak to, że stale rosnąca siła kleru i jego coraz wyższa samoświadomość łączy się zwłaszcza od czasów Ludwika Pobożnego z odpowiednimi aspiracjami. „Z wielkim naciskiem żąda się podporządkowania i posłuszeństwa należnego książętom również wobec biskupów, natomiast odrzuca ingerencję Świeckich w obszar duchowny” (Voigt).

76 Ludwik II, od 827 roku ożeniony z młodszą siostrą cesarzowej Judyty, drugiej żony swego ojca, nie wplątał się w żadną rzucającą się w oczy aferę z kobietami. W każdym razie jego stosunki seksualne nigdy nie są podawane w wątpliwość. Tym intensywniej poświęcił się wojnie, rzemiosłu na chrześcijańskim Zachodzie zwykle wynoszonemu ponad wszelką cnotę, przez historyków najczęściej opisywanemu bardzo serio, choćby tak: „jego aktywna i konsekwentna polityka na Wschodzie” (Reindel). Rozciągnięta granica północna jego państwa i jeszcze dłuższa wschodnia, wynosząca ponad półtora tysiąca kilometrów i sięgająca od zachodniej części Bałtyku po Adriatyk, do Marchii Istrii i Friulu, wręcz do tego prowokowała. I to tym bardziej, że w porównaniu z Italią i zachodnim państwem Franków z jednej strony nie stało ono tak wysoko pod względem rozwoju gospodarczego, a z drugiej strony pod względem stabilności polityczno-militarnej oraz autorytetu króla wobec arystokracji i Kościoła było w wyraźnie lepszej sytuacji. Nie bez znaczenia była tu zręczna polityka matrymonialna Ludwika, który swych synów, najstarszego Karlomana, Ludwika Młodszego oraz najmłodszego Karola III pożenił z przedstawicielkami frankijskiej arystokracji; Karlomana z córką hrabiego Ernesta. Wschodnie granice jego państwa, pisze Johannes Fried, nie były „wprawdzie zupełnie spokojne, lecz w niewielkim stopniu zagrożone”, z powodu braku silnych centrów politycznych u Słowian. Dopiero wraz z powstaniem „Wielkiego Państwa Morawskiego” zaczęło się to stopniowo zmieniać, w nie najmniejszym stopniu dlatego, że „misje były prowadzone właśnie z Bawarii”. Również według Wilhelma Störmera Ludwik „rządził mocną ręką” na wschodnich obszarach przygranicznych, przy czym „ważnym elementem konstrukcji państwa” były dla niego „kościoły (biskupstwa i opactwa)”, które otrzymywały „własność ziemską przede wszystkim w strefie naddunajskiej, na obszarze koncentracji wojsk. Ludwik zdawał się bardzo zręcznie kierować również akcją nawracania Słowian przez kościoły bawarskie”. Słowianie bronili wszakże, rzecz jasna, swej wiary. Odpłacali „najazdami”, pisze Gerd Tellenbach, „po których sami byli najeżdżani”. A chrześcijanie nie znali podnioślejszego celu, niż szerzenie Dobrej Nowiny ogniem i mieczem. „Zupełnie bez zahamowań Frankowie mogli się wyszaleć, bijąc się z poganami” (Riche). Przy czym jedynie pierwszy król wschodniofrankijski trzymał się „praktyki przodków”, jak to się nazywa w upiększonej formie charakterystycznej zwłaszcza dla niemieckiej historiografii, by „dzięki ponawianym zastraszającym atakom przysporzyć sobie status quod respectus” (Schieffer). Niemieccy badacze uwielbiali przez całe stulecia używać odnośnie tych praktyk terminów takich jak „ruch na wschód”, „rozbudowa kraju”, „«przyrastanie» posiadłości”. A nawet jeśli mówią bez ogródek o „wcieleniu” lub „aneksji”, to brzmi to prawie jak niewinne i naturalne wślizgnięcie się w organizm Rzeszy, jest to po prostu „wtopienie się”. Ludwik Niemiecki operował przede wszystkim na terenie czesko-morawskim, prowadził jednak wojny również przeciwko dalej na północ siedzącym Serbom łużyckim i Obodrytom. Przeciwko Obodrytom w roku 844 przecież lud obodrycki, jak to szlachetnie i po chrześcijańsku formułują Roczniki Fuldajskie, został mu „poddany przez Boga”. Na polu bitwy padł król Obodrytów Gościemysł, a Annales Bertiniani donoszą lakonicznie, iż „król Ludwik spustoszył cały obszar Słowian i poddał go swemu panowaniu”. W roku 851 wyruszył na Serbów łużyckich, przy czym pokonał ich bardziej niszcząc ich pola i zbiory, niż wykorzystując przewagę militarną. W roku 856 podbił Dalemińców 124 między Łabą a Muldą. A jeszcze pod koniec panowania, po roku 867, ponownie wysyła swego syna Ludwika z Sasami i Turyngami przeciwko Obodrytom. Było to, jak pisze w wiele mówiący sposób Engelbert Miihlbacher, „trudne, ale ważące również dla przyszłości zadanie utrzymywać i rozszerzyć zwierzchność nad Słowianami po drugiej stronie Łaby, Soławy i Lasu Czeskiego. Zadanie to polegało także na torowaniu

77 wolnej drogi dla przenikania żywiołu i kultury niemieckiej oraz na kontynuowaniu kolonizacji w południowo wschodnich krajach alpejskich. Zadania te jednocześnie otwierały nowe drogi żądzy czynu i oddalały ją z kręgu wewnętrznych niepokojów”. Wiadomo, o co chodziło: o umacnianie, rozbudowę, rozszerzanie, o „przenikanie żywiołu niemieckiego i kultury”. Dokładnie mówiąc: o dalsze mordowanie. W uczonym tonie za Rudolfem Schiefferem: „Więcej politycznych (i misjonarskich) poczynań”. Brzmi szlachetnie, neutralnie. Nikogo nie razi na papierze. I nie najmniej ważne było tłumienie, paraliżowanie w ten sposób „żądzy czynu” wewnątrz państwa w gruncie rzeczy jest to strategia kryminalna mocarstw przecież jeszcze dzisiaj. (Znów anachronizm?) A do wszystkich tych ataków w kierunku wschodnim, o których będziemy mówić jeszcze dokładniej (s. 123 i nast.), doszedł atak na państwo zachodniofrankijskie, na dziedzictwo jego przyrodniego brata Karola, które osłabiły nie tylko napady wrogów zewnętrznych, lecz także znaczny „zamęt” wewnątrz kraju, walki zwłaszcza w Bretanii i Akwitanii 125. Karol Łysy i państwo zachodniofrankijskie Państwo zachodniofrankijskie było teraz wstrząsane przez wojny, wydarzenia przypominające wojnę domową i arystokratyczną opozycję. Z południa, z Hiszpanii i Afryki wdzierali się Saraceni, ze Skandynawii najeżdżali je Normanowie. Ich wyprawy przez morze i w górę rzek kosztowały coraz więcej ofiar, pieniędzy, trybutów i skarbów kościelnych. W samym kraju kwitło rozbójnictwo, przeciw któremu Karol wydał w Servais kapitularz, przy czym dostojnicy kościelni, obrzydliwie bogaci możnowładcy, działali często ręka w rękę z bandytami lub wynajmowali ich do własnych morderczych porachunków trudno jest sobie wyobrazić przestępczość większą niż w klasach wyższych owych czasów. Również król był niezłym tego przykładem. Karol Łysy, urodzony 13 czerwca 823 roku we Frankfurcie nad Menem z drugiego małżeństwa Ludwika Pobożnego, poślubił w roku 842 w wieku 19 lat Irmintrudę, córkę hrabiego Odona z Orleanu, parę lat wcześniej poległego w walce z Lotarem; była to wyraźnie polityczna partia, o której Nithard napisze, że „miał nadzieję pozyskać większość narodu”. „W tym samym roku dodają Annales Xantenses w swych skąpych relacjach odeszła z tego świata w mieście Tours cesarzowa Judyta, matka Karola, po tym, jak jej syn obrabował ją z całego majątku” 126. Irmintruda urodziła Karolowi najpierw córkę Judytę, a potem czterech synów: Ludwika, Karola, Karlomana i Lotara. Dwóch najmłodszych ojciec przymusił do stanu duchownego, pochwalony za to przez biskupa Hinkmara. Sparaliżowany Lotar zmarł jeszcze w wieku chłopięcym jako opat St. Germain d’auxerre. I tak został mu oszczędzony los księcia Karlomana. Problemy rodzinne Karol II rozwiązywał na sposób wielu władców (nie tylko jego czasów). Wprawdzie gdy jego córka Judyta po dwu małżeństwach na angielskich dworach uciekła w 861 roku z domu z hrabią Flandrii Baldwinem I i (po interwencji papieskiej) została dwa lata później jego żoną, Karol dał za wygraną. Ale gdy jego synowie sparaliżowany od urodzenia Lotar i z powodu wypadku chory umysłowo Karol Dziecię zmarli w 865 i 866 roku wkrótce po sobie, król pojednał się z początku całkiem po chrześcijańsku ze swą małżonką Irmintruda i kazał ją namaścić na królową. Lecz jej brata Wilhelma, który zaraz potem zaczął spiskować przeciw niemu, kazał ściąć Irmintruda poszła do klasztoru. Karol, przy okazji obdarowany przez biskupa Frechulfa z Lisieux dziełem pisarza militarysty Wegecjusza o sztuce wojennej (za pomocą którego ów chrześcijanin już około roku 400 usiłował przeciwdziałać upadkowi militarnemu Rzymu!), tenże Karol osobiście zupełnie nie grzeszył odwagą, sam nawet nie lubił walczyć, miał natomiast skłonności do okrucieństwa.

78 Unaocznia to jego postępowanie wobec Karlomana. Księcia, cieszącego się sympatią wielu, przeznaczył ze względów politycznych do stanu duchownego, a dokładniej, tak jak sparaliżowanego Lotara, kazał jeszcze za młodu przyodziać w mnisi habit, po czym został on kolejno opatem St. Medard, St. Germain-d’Auxerre, St. Amand, St. Riquier, St. Pierre de Lobbes i St. Aroul. Na polecenie króla Karloman wyruszył w roku 868 na czele wojsk przeciwko Normanom, zbuntował się jednak między 870 a 872 rokiem przeciwko ojcu, został uwięziony w Senlis i w 873 roku, na podstawie pisma oskarżającego władcy, pozbawiony jakichkolwiek „godności” duchownych. Powitał to z wielką radością, zwłaszcza że otwierały się przed nim znowu perspektywy tronu królewskiego lecz dawały jednocześnie ojcu możliwość jeszcze surowszego ukarania syna. Gdy z tego powodu jego stronnicy przygotowywali jego uwolnienie i wyniesienie na tron królewski, ojciec ponownie postawił go przed sądem i kazał mu wykłuć oczy, „aby udaremnić szalone nadzieje burzyciela pokoju i aby Kościół Boży i chrześcijaństwo w państwie oprócz zwalczania pogan nie cierpiały zamętu z powodu niecnego buntu”. Jeszcze w tym samym roku ślepcowi z Korbei udało się uciec do swego wschodniofrankijskiego stryja Ludwika Niemieckiego, który ofiarował mu klasztor w Echternach, zmarł tu jako świecki opat kilka lat później 127. Karol II Łysy dłuższy czas miał trudności z utrzymaniem się na tronie. Nie tylko popadł on w głębokie przygnębienie z powodu agitacji matki za jego uposażeniem. Swoje robiły również złe stosunki panujące w jego własnym, geograficznie, etnicznie i historycznie zróżnicowanym państwie; napięcia na południu, z hiszpańsko-septymańskimi Gotami, z Baskami i kłopoty z frankijską północą. Początkowo nie pozyskał również wielu magnatów, którzy chętniej by się przyłączyli do Lotara. Dopiero po porażce pod Fontenoy zaczął stopniowo poprawiać swą pozycję 128. W najgroźniejsze konflikty wpędzili Karola krnąbrni Bretończycy oraz roszczenia jego bratanka Pepina II do Akwitanii. Zabójstwa i mordy w Bretanii Bretania była najeżdżana przez Franków od czasów Pepina III Młodszego (zapewne od roku 753) i jego syna Karola Wielkiego w roku 786, 799 i 811; również ponownie przez Karolowego syna Ludwika Pobożnego w roku 818, 824 i 830. Także jego syn Ludwik Niemiecki brał udział w wyprawie wojennej przeciwko Bretończykom w roku 824. Ab bove majori discit arare minor 129 po polsku można to określić łagodniej: Niedaleko pada jabłko od jabłoni… Po sporadycznych podbojach Bretanii następowały zawsze powstania i secesje. Jednakże gdy Ludwik na zjeździe możnych w Ingelheim w roku 831 osadził w Bretanii miejscowego księcia Nominoe (831-851) jako missus imperatoris, ów przestrzegał lojalności. Dopiero gdy za rządów Karola Łysego różni karolińscy magnaci rozpoczęli ekspansję na teren Bretanii, doszło do konfrontacji militarnej najpierw z nimi, a później z królem, przy czym Nominoe uniezależnił wówczas swój kraj zupełnie i kazał się prawdopodobnie w 850 roku namaścić na króla metropolicie w Dol, którego sam ustanowił był to pierwszy faktycznie nie pokonany przez Franków król Bretanii. Uznał wprawdzie zwierzchnictwo dalekiego cesarza Lotara I, lecz nie roszczenia Karola Łysego. Jednakże Nominoe zmarł nagle już w następnym roku podczas jednej ze swych wypraw wojennych. Karol miał nadzieję, że rychło wykluczy jego jedynego syna i następcę, Erispoe (851857). Lecz Erispoe, który pobił już raz Franków pod Messac w roku 843, zniszczył i tym razem ich armię również „niezliczone konie sczezły” jeszcze przed przekroczeniem granicznej rzeki w trzydniowej bitwie pod Jengland-Besle (w Andegawenii) toczonej od 22 do 24 sierpnia 851 roku. Karol opuścił swe wojsko już w drugim dniu bitwy, uciekając na łeb,

79 na szyję, tak że nie myślało „ono już o niczym innym, jak o ucieczce” a Bretończycy „rąbali każdego, kogo napotkali, albo mieczami, albo biorąc go żywcem […]” (Regino z Prum). Erispoe pojednał się jednak z Karolem w traktacie pokojowym w Angers, zarekomendował się mu jako fidelis regis 130, został sam przez niego uznany za króla i podwoił terytorium swego państwa przez pozostawienie mu marchii bretońskiej wokół Nantes i Rennes, a w 856 roku zaręczył swą córkę z najstarszym, wówczas dziesięcioletnim synem Karola (Ludwikiem II Jąkałą). Bretania została na jakiś czas dla Franków stracona. Erispoe usiłował również oczyścić kręgi kościelne, które od dawna, od czasów jego ojca, rozrosły się zbyt niebezpiecznie. Przy wsparciu świętego Konwoiona (który w tym celu jeździł do Rzymu) usunął profrankijskich biskupów Dol, Vannes, Quimper i Leon i usamodzielnił Bretanię również kościelnie, mianując posłusznych mu biskupów. Jednak w 857 roku Erispoe został zamordowany przez swego kuzyna Salomona, który zagarnął kraj dla siebie, wygnał młodego Ludwika i jako król „z bożej łaski”, jak się tytułował, wywalczył dla Bretończyków najwyższy stopień niezawisłości. Nie mając innego wyjścia, Frankowie uznali go w 863 roku, ale w roku 874 zamordowali. Również jego następcy, wspólnie rządzący i wzajem się zwalczający, zmarli w krótkim czasie 131. Nie mniej burzliwy okazał się akwitański plac boju. Karol Łysy likwiduje bratanków W Akwitanii Karol II nie odnosił początkowo sukcesów w walce ze swym bratankiem Pepinem II. Od podziału z Verdun (s. 99 i nast.) kraj należał wprawdzie do niego, lecz tenże kraj, przynajmniej w większości społeczeństwa, nie chciał do niego należeć. Nękał go więc „licznymi najazdami”, ponosił jednak często „wielkie straty” (Annales Fuldenses), jak na przykład w czerwcu 844 roku pod Angouleme przeciwko Pepinowi i Wilhelmowi, małoletniemu jeszcze synowi hrabiego Bernarda. Swego czasu padli po stronie Karola m.in. jego stryj i pierwszy arcykanclerz Hugo, „naturalny” syn Karola „Wielkiego”, opat St. Quentin i St. Bertin, a także wnuk tegoż świętego Karola, opat Richobodo z St. Riąuier. Wśród uwięzionych: arcykapelan Karola, biskup Ebroin z Poitiers, biskup Amiens Ragenar, opat Lupus z Ferrieres oraz wielu hrabiów. Karol utracił zwierzchnictwo nad prawie całą Akwitanią 132. Udał mu się wówczas jedynie jeden czyn bohaterski. Kazał zwabić podstępem do swego obozu i zaraz zgładzić hrabiego Bernarda, „który mu ufał i nie spodziewał się po nim niczego złego” (Annales Fuldenses), choć oczywiście, jak pisze inny kronikarz, był wciąż „publicznym przestępcą”, a także kochankiem matki Karola. Dopiero po skromnym rezultacie działań przeciwko Normanom gnębiącym Akwitanię, szlachta zarzucająca Pepinowi brak obrony przeszła w większości na stronę Karola. I teraz mógł zostać w 848 roku wybrany w Orleanie przez duchownych i świeckich możnych na króla i nie przez papieża namaszczony i ukoronowany przez arcybiskupa Wenilo z Sens; była to zapoczątkowująca tradycję koncepcja przejęta od arcybiskupa Hinkmara, Hinkmar bowiem przeniósł sakralny autorytet władcy na Karola i uczynił z katedry w Reims miejsce koronacji królów Franków 133. Karol umacniał więc przy współudziale Kościoła swą władzę poprzez ideę rex christianus, a w ogóle poprzez ciągłą sakralizację tej władzy za pomocą ceremonialnych aktów poświęceń, jak właśnie koronacja i namaszczenie. Tak było na przykład, wybiegając do przodu: przy mianowaniu Karola Dziecięcia, jego najstarszego syna, na wicekróla Akwitanii w roku 855; przy wyniesieniu córki Judyty na tron angielski przy okazji jej wesela w roku 856; przy takiej samej koronacji jego własnej małżonki Irmintrudy w 866 roku. Sam kazał się

80 jeszcze ukoronować poza koronacją 848 roku w Orleanie w 869 roku w Metzu jako król Lotaryngii, a w 875 w Rzymie jako cesarz. A w roku 859 zademonstrował przy próbie zrzucenia go z tronu swą zależność od kleru, oświadczając, że nikt nie może go usunąć z tronu, poza „orzeczeniem i wyrokiem biskupów, dzięki których współdziałaniu został poświęcony jako król; bowiem oni są tronem Bożym, na którym On siedzi i z którego On wydaje wyroki. Ich ojcowskim napomnieniom i karom poddaję się zawsze […]”. Jest to dowód na bardziej niż zwykle rosnące wpływy duchowieństwa na politykę. Oczywiście Karol ciągnął z tego i korzyści. Jak i pozostali Karolingowie nie tylko bowiem wspierał on „tron Boży” żądając czasami, jak w St. Denis, godności opata ale i tenże ściśle z nim współpracował. Nikt inny jak dawny kanclerz Pepina I, biskup Ebroin z Poitiers, przewodził jako arcykapelan nadwornemu duchowieństwu. A Hugona, nieprawego syna Karola Wielkiego (z konkubiny Reginy), opata St. Quentin i St. Bertin i ostatniego kanclerza Ludwika Pobożnego, uczynił swym pierwszym dostojnikiem, nim opat padł dla niego na polu pod Angouleme. Przede wszystkim jednak Karol wyniósł w 845 roku szlachetnego mnicha Hinkmara z klasztoru St. Denis na następcę Ebona z Reims. Co prawda, arcybiskup Hinkmar, chyba najbardziej wpływowy hierarcha frankijski tych czasów (który zarazem, mając na oku jedynie swe biskupie cele, pisał w latach 861 do 882 bardzo subiektywnie Annales Bertiniani, przy czym jako biegły fałszerz nie wahał się przed fałszowaniem tekstu swego poprzednika), wspierał nieudane próby Karola mające na celu aneksję Środkowej części Rzeszy, przeciwstawiał się jednak ostro jego cesarskiej polityce i wyprawom do Italii. Już w rok po koronacji króla w Orleanie (848 r.) wpadł mu w ręce młodszy brat Pepina, Karol. Król był nie tylko jego stryjem, ale i ojcem chrzestnym (patrem ex fonie sacro), więcz dwunastoletnim wówczas Karolem związany nie tylko więzami pokrewieństwa, ale i religii. Wymusił wszelako na młodym księciu, ewentualnym pretendencie do tronu, na zjeździe w Chartres wypowiedziane z kazalnicy oświadczenie, że chce jak podają roczniki z St. Bertin „z miłości do służby Bożej bez jakiegokolwiek przymusu zostać księdzem”; zaraz potem biskupi kazali przyodziać go w habit i osadzili w klasztorze w Korbei. A gdy brat Karola, Pepin II, jesienią 852 roku również dostał się jego ręce, to „za zgodą biskupów i możnych” (Regino z Prum) zresztą w tym samym kościele w Soissons, w którym zmuszono Ludwika Pobożnego do leżenia krzyżem (s. 71 i nast.) kazał oblec go w habit i zamknąć w klasztorze Św. Medarda 134. Pierwsza ucieczka Pepina przy pomocy dwóch księży z tego klasztoru nie powiodła się; musiał złożyć Karolowi na synodzie w Soissons przysięgę wierności i oficjalne śluby zakonne, jeszcze raz wdziać habit i wrócić do klasztornego więzienia. Był to rok, kiedy prawie wszyscy Akwitańczycy odeszli od Karola, a w następnym przywołany przez nich Ludwik Niemiecki wysłał swego syna Ludwika III Młodszego, który dotarł aż w okolice Limoges. Karol ruszył również do Akwitanii, nawet „w czas postu” i „Wielkiejnocy”, jak oburzają się Annales Bertiniani; „jego wojsko nie czyniło niczego innego poza plądrowaniem, podpalaniem i uprowadzaniem ludzi, a nawet kościoły i ołtarze Boże nie zostały oszczędzone przed ich chciwością i zuchwalstwem”. W tym momencie książę Ludwik, przez ojca na krótki czas wyniesiony na tron akwitański, zdołałby zapewne przy pomocy swych Turyngów, Alamanów i Bawarów utrzymać władzę przeciwko nielubianemu Karolowi. Jednakże interwencja wschodniofrankijska spaliła na panewce w chwili, gdy na arenie pojawił się ex-król Pepin, któremu Karol przypuszczalnie pozwolił uciec. Przy Pepinie bowiem stał naród, przynajmniej jego większość, i znów obwołał go królem. Odzyskał niektóre obszary Akwitanii, lecz po odejściu Ludwika został w następnym roku (855 r.) ponownie zaatakowany przez Karola, który w połowie października w Limoges podniósł do godności wicekróla Akwitanii swego

81 małoletniego syna Karola Dziecię i kazał namaścić go biskupom. Akwitańczycy opowiedzieli się jednak w rok później znowu za Pepinem, który teraz szukał pomocy u Bretończyków i Normanów, lecz w 864 roku jeszcze raz dostał się wręce Karola. Tym razem kazał on wtrącić „zdrajcę ojczyzny i chrześcijaństwa” w „najcięższy areszt” do klasztoru Senlis, więzienia Rzeszy na zachodzie, gdzie wkrótce został prawdopodobnie stracony 135. Tymczasem Ludwik Niemiecki zaakceptował wysuniętą przez arystokrację zachodniofrankijską propozycję objęcia rządów w państwie Karola nie tylko w roku 854, lecz również jeszcze w 858/859. A przynajmniej za drugim razem zbiegły do Burgundii król utrzymał się u władzy jedynie dzięki zdecydowanej postawie zachodniofrankijskich biskupów zebranych wokół Hinkmara z Reims. Ludwik Niemiecki atakuje państwo zachodniofrankijskie Od kiedy Akwitania została odebrana prawowitym dziedzicom, królewiczom Pepinowi i Karolowi, działo się w niej szczególnie źle, burzyli się wszyscy. Kraj wstrząsany był niepokojami, a Karol Łysy, którego Akwitańczycy kiedyś sobie życzyli, był coraz bardziej nie lubiany, odbierany wręcz jako tyran, tchórz i jednocześnie okrutnik. Gdy w roku 853 kazał ściąć hrabiego Gozberta z Maine, oddanego mu dotąd męża, został znienawidzony przez jego wpływowy ród i dalszą arystokrację, która przynajmniej po części sympatyzowała z Ludwikiem Niemieckim. Posłowie Akwitańczyków przybywali więc, jak podają wręcz wschodniofrankijskie kroniki z tego czasu, do „króla Ludwika z prośbami, aby ich albo przyjął pod swe panowanie, albo wysłał swego syna, by uwolnił ich z tyranii króla Karola (a Karli regis tyrannide), żeby nie musieli z zagrożeniem dla chrześcijaństwa szukać pomocy, jakiej nie mogą znaleźć u prawowiernych i prawowitych panów, choćby u obcych Rzeszy i wrogów wiary” 136. W lutym 854 roku Karol Łysy ponownie zawarł z Lotarem w Leodium uroczyście zaprzysiężone specjalne porozumienie, skierowane przeciwko Ludwikowi, którego syn o tym samym imieniu wkroczył tymczasem do Akwitanii, lecz opuścił ją w panice, jak tylko pojawił się Pepin. Jednakże w tym czasie również Ludwik Niemiecki zawarł specjalne porozumienie z Lotarem, który wszelako na naciski Karola ponowił porozumienie i z nim. A gdy Lotar jako wdowiec uszczęśliwiający jeszcze dwie nałożnice spośród swej czeladzi śmiertelnie się rozchorował, to obaj bracia Ludwik i Karol sprzymierzyli się ze sobą, czyhając jak sępy, znęcone wielkim łupem 137. Cesarz Lotar I wstąpił na tydzień przed swą śmiercią jako mnich do klasztoru w Prum. I zanim tam 29 września 855 roku „opuścił powłokę cielesną” i rozpoczął „życie wieczne”, podzielił swą środkową część Rzeszy między trzech synów (s. 146): najstarszego, Ludwika II, który otrzymał Italię i koronę cesarską, Lotara II, któremu nadał obszar zwany później „Lotaryngią”, sięgający od Rodanu po wybrzeże Morza Północnego oraz Karola z Prowansji ogromny obszar, odebrany na koniec kawałek po kawałku przez Karola Łysego 138. Jak to było regułą po podziałach, doszło wkrótce do rywalizacji; a nawet przez jakiś czas wydawało się, że Karol Prowansalski, chłopiec jeszcze, miał pójść do zakonu, a jego kraj zostać podzielony. Zapobiegł temu zdecydowany opór magnatów burgundzkich, dążących do autonomii. Tymczasem wkrótce na nowo zawiązały się wrogie alianse wśród starszych braci. Lotar II zawarł 1 marca 856 roku w St. Quentin formalny sojusz ze swym stryjem Karolem Łysym, wystawionym na piętrzące się trudności: pustoszących kraj Normanów, odnoszących zwycięstwa Bretończyków i buntujących się Akwitańczyków. Trzymali z nimi nawet jego właśni możni, prawie wszyscy hrabiowie jego kraju, grabiący i rabujący niewiele mniej niż normańscy najeźdźcy, którzy w latach 856-857 m.in. ponownie spalili Paryż i

82 spustoszyli ogniem i mieczem całe połacie kraju nad Loarą. A po zawarciu paktu między Karolem Łysym a jego bratankiem Lotarem II Ludwik Niemiecki szukał i znalazł sojusznika w innym bratanku, cesarzu Ludwiku z Italii. Tym samym Karolingowie stanęli ponownie w zwartym szyku naprzeciw siebie. A latem 858 roku, gdy Karol wreszcie od tygodni trzymał Normanów, osaczonych na sekwańskiej wyspie Oissel, a na wschodzie Ludwik Niemiecki właśnie szykował trzy armie do zwalczania Słowian, Morawian, Obodrytów, Linonów i Serbów, prosili go wówczas zachodniofrankijscy możni, hrabia Otto i opat Adalhard z St. Bertin, o zbrojną interwencję w państwie jego brata, ofiarując mu jego koronę. Dopominali się usunięcia „tyranii” Karola, gdyż „niweczył on swym szalonym gniewem” wszystko, co im pozostało po napadach pogan; „w całym narodzie nie ma nikogo, kto by dawał wiarę jego obietnicom lub przysięgom” (Annales Fuldenses). Do tej wielkiej frondy należała w istocie większość zachodniofrankijskiej arystokracji; również Robert Mocny, przodek Kapetyngów, świecki opat klasztoru Marmoutier koło Tours oraz Świętego Marcina w Tours. Karol mianował go w 852 roku hrabią Andegawenii i Turenii, lecz teraz przeszedł on na stronę Ludwika Niemieckiego. A tenże obiecał, „kierując się czystością swego sumienia” (która władców nolens volens zawsze cechuje), „z Bożą pomocą wesprzeć”. Po drugiej stronie biskup Reims Hinkmar ostrzegł wszelako króla, że poprzez wojnę z bratem „kroczy ku potępieniu” i zapobiegł secesji biskupów. Lecz Ludwik wtargnął „dla uwolnienia ludu” latem przez Alzację głęboko na terytorium zachodniofrankijskie, gdzie przyłączyła się do niego jak zwykle wiarołomna arystokracja, a wśród niej obdarowany później bogato arcybiskup Wenilo z Sens; dziesięć lat wcześniej namaścił i ukoronował swego zachodniofrankijskiego władcę w Orleanie po jego wyborze na króla. Karol przerwał oblężenie Normanów i 12 listopada wojska obu braci rozłożyły się naprzeciwko siebie koło Brienne, nad rzeką Aube. Najpierw chciał Karol „poprawić za radą i wsparciem Ludwika i Bożą pomocą, co stało się złego”. Potem zażądał, również daremnie, od swoich biskupów rzucenia klątwy na Ludwika. Na koniec opuścił „potajemnie z nielicznymi” (cum paucis latenter) swe oddziały uszykowane już do bitwy i uciekł do Burgundii, na co jego wojsko przeszło na stronę Ludwika. A także Lotar, łamiąc swe obowiązki, wynikające z traktatu, zostawił Karola na lodzie i przyłączył się do Ludwika zwycięzcy bez bitwy. Ludwik, któremu zdobycie większej części państwa zachodniofrankijskiego przyszło bez żadnego trudu, rozdzielił wspaniałomyślnie między tych, którzy go wezwali, honores i ziemię, całe hrabstwa, klasztory, królewszczyzny i alodia (prawnicze określenie „własności wolnej” od jakichkolwiek zobowiązań) i udał się przez Reims do St. Quentin, gdzie nader pobożnie obchodził święto narodzenia Pana w klasztorze świętego męczennika Quintusa 139. Zachodniofrankijski episkopat przeciwstawił się jednakże najeźdźcy. Prałaci kościelnych prowincji Reims i Rouen piórem samego arcybiskupa Hinkmara zaczęli przemawiać Ludwikowi do sumienia i obwinili go o spowodowanie większej nędzy niż poganie. Biadali nad klęską wynikającą z wojny chrześcijan przeciwko chrześcijanom, podczas gdy pierwszym obowiązkiem króla było obrócić miecz przeciwko przeklętym poganom! A ponadto chronić kościelne prawa i przywileje! A ponieważ Ludwik, zbyt pewny zwycięstwa, przedwcześnie rozpuścił swą armię do domu, a także otrzymał doniesienia o powstaniu Serbów, a do tego „wyzwolenie” już wkrótce zbrzydło zachodnim Frankom, synowie hrabiego Konrada Welfa 140 przeszli do obozu Karola i podjudzali go przeciw teraz prawie bezbronnemu bratu, uciekł tenże, „po tym jak zrujnował całe państwo i w niczym go nie naprawił” (Annales Xantenses), na łeb, na szyję do Wormacji, podczas gdy zwycięstwo Karola w pozornie trudnej sytuacji legło u podstaw jego sukcesu. Na co Lotar znów zmienił front i zaraz po ucieczce Ludwika przeszedł na stronę właśnie dopiero co zdradzonego Karola, ponownie zaprzysięgając w Warq koło Mezieres stary sojusz. Aż w

83 końcu Ludwik i Karol we własnych osobach w czerwcu 860 roku w zamku w Koblencji, gdzie znalazł się i Lotar, zagwarantowali sobie nawzajem uroczystą przysięgą pokój, a nawet, jak w 842 roku, w obu językach „wedle woli Bożej i dla trwałości, chwały i obrony świętego Kościoła […]”, lecz oczywiście również „dla pomyślności i pokoju powierzonego nam chrześcijańskiego ludu”, a nie mniej „dla utrzymania prawa, sprawiedliwości i porządku [,..]” 141, żyli oni przecież w głęboko chrześcijańskich czasach gdzie właśnie dopiero co „w bardzo wielu miejscach padał krwawy śnieg”; gdzie właśnie również Liutbert z Munster, „święty biskup”, wypełnił klasztor Freckenhorst „wieloma członkami” wielu świętych męczenników i wyznawców, a nawet „cząstką żłóbka Pana i jego grobu […]”. Nie dość tym cudom: miał „też zarazem pył z jego stóp, gdy wstępował do nieba […]”. A zaraz potem czytamy, że (chrześcijańscy) królowie koło Koblencji „wszystko wokół spustoszyli”. I jeszcze dalej, że król Lotar (II) opuścił „swą prawowitą małżonkę”, by zadawać się „publicznie z nałożnicą”. A król Ludwik uczynił „hrabią bezbożnego Hugharda”. Były to przecież wierne, głęboko chrześcijańskie czasy. Kronikarz kończy swą relację z tego roku: „Byłoby samą zgryzotą opowiadanie o niezgodzie riaszych królów i o nieszczęściu, jakie poganie sprowadzili na nasze kraje” 142. No to opowiedzmy co nieco na ten temat. Słowianie nadchodzą… Słowianie, których słynni uczeni rzymscy wczesnego Cesarstwa (Pliniusz Starszy, Tacyt, Klaudiusz Ptolemeusz) określają jako Venedi, Niemcy zaś później jako Wenden, czyli Wenedowie, sami nazywali się inaczej, jako Słowenie (Slovenin, 1. mn. Slovene), jak to jest poświadczone od X wieku. Pojawiająca się dopiero we wczesnym VI wieku nazwa Słowian Sklabenoi czeka wciąż mimo wielu wysiłków na wyjaśnienie etymologiczne. Natomiast wywodzone stąd młodsze o parę stuleci zestawienie nazw Sclavini, Sclavi (arabskie saqaliba) ze słowiańskimi jeńcami, z niewolnikami, wiąże się z panującym w krajach śródziemnomorskich (tak katolickich, jak i muzułmańskich) handlem niewolnikami 143. A jest to (w odróżnieniu, jak się sądzi, od „wczesnego średniowiecza w głębi Europy”) kontynuacja starożytnego niewolnictwa, sięgającego od czasów antyku po kolonialne niewolnictwo ery nowożytnej a być może wykracza nawet poza zaznaczone tu granice. Jeśli etnogeneza Słowian jest wyjaśniona ledwie w zarysach, to najnowsze badania historyczne utrzymują dość zgodnie, że pierwotna ojczyzna Słowian znajdowała się „gdzieś na północ od Karpat” (Vańa): na obszarze środkowego Dniepru, w dorzeczu Odry i Wisły, między Odrą, Wisłą a środkowym Dnieprem, a może w zachodniej Ukrainie, w pobliżu rozległych bagien Prypeci. Później Słowianie rozdzielili się na trzy główne odnogi. Słowianie wschodni (Rusini, Ukraińcy, Białorusini) osiedlili się nad Dnieprem, Słowianie zachodni (Czesi, Słowacy, Polacy, Słowianie połabscy i nadbałtyccy) w dorzeczu Wisły i Odry, Słowianie południowi (Serbowie, Chorwaci, Słoweńcy, Bułgarzy) na Bałkanach; jest to obszar ogromny, rozciągający się między Morzem Czarnym, Bałtykiem, Adriatykiem i Morzem Egejskim 144, 145. W V i VI wieku Słowianie zostali podbici przez Kutigurów, a następnie Awarów. Ci ostatni opanowali nizinne tereny zachodniosyberyjskie nad Irtyszem, w 557 roku dotarli do granic Cesarstwa Bizantyjskiego, a w roku 561 również do Łaby. Po odejściu Longobardów z Panonii i wtargnięciu w 568 roku pod wodzą króla Alboina do Italii (IV, s. 68 i nast.), Awarowie opanowali środkowe dorzecze Dunaju; stało się ono centrum ich rozległego państwa, któremu podlegali Bułgarzy i liczne plemiona słowiańskie jako ludy służebne. Od połowy VI wieku zachodni Słowianie przeniknęli stopniowo poza Wisłę w opuszczone przez Germanów w okresie wędrówek ludów, choć nie wszędzie do końca, tereny północnych i środkowych Niemiec i u schyłku VI wieku dotarli do Łaby, Soławy, Naabu i

84 górnego Menu. Dzisiejsza Górna Frankonia była w przeważającej części krajem słowiańskim. „Wkradli się niczym złodzieje”, pisze teolog Albert Hauck; „przyszli nie wiadomo jak i kiedy […]”. W końcu osiedlili się we wschodnim Holsztynie, w hanowerskim „Wendlandzie” czy w Turyngii, jak i w Kotlinie Czeskiej, Karyntii, wschodnim Tyrolu, Styrii, Krainie, gdzie stopniowo powstały narody Polaków, Wenedów 146, Czechów, Słowaków i Morawian 147. Jak wykazują nowe badania archeologiczne, przenikanie Słowian z południowej Polski przez Czechy i Morawy na Bałkany nastąpiło na drodze pokojowej. Po części zamieszkiwali tam jeszcze germańscy rolnicy, po części były to obszary, jak między środkową Łabą a środkową Odrą w połowie VI wieku, zupełnie wyludnione. Jedno ze źródeł bizantyjskich podaje około 600 roku, że Słowianie dawali zwykle swym jeńcom do wyboru wykupienie się lub pozostanie „wolno i jako przyjaciele”. Tacy niewojowniczy, jak się czasami przyjmuje, Słowianie nie byli. Raczej stopniowo ulepszali swe uzbrojenie, taktykę walki i umocnienia; zwłaszcza Słowianie nadgraniczni nie ustępowali w tym ludom zachodnioeuropejskim. W VIII i IX wieku cały obszar na wschód od Łaby jest zamieszkany przez Słowian. Mieszkają oni również gęsto zaludnionymi pasami od wschodniego Holsztynu i okolic Hamburga po północno-wschodnią Bawarię. Kwitło rolnictwo, hodowla bydła i pszczelarstwo, rzemiosło, handel, tak że „wnieśli niezaprzeczalny wkład w kształtowanie cywilizacji europejskiej” (Fried). Proces „stawania się narodów” zaczyna się wśród nich, podobnie jak i u Germanów, wcześniej niż w przypadku narodów romańskich, Włochów czy Francuzów. Na północy osiedliły się plemiona nadłabskie, Obodryci od Bałtyku po środkową Łabę, na wschód od nich Lutycy (Wieleci) 148, między Łabą a Soławą Serbowie i Dalemińcy. Czesi, nazwani tak dopiero parę wieków później, mieszkali w górach Lasu Czeskiego, Morawianie po części w dolinie Morawy, Słoweńcy (Karantanie) i południowi Słowianie nad Dunajem i jego dopływami. Na wschodnim pogórzu alpejskim obszar osadnictwa Słowian alpejskich obejmował w VIII wieku mniej więcej dzisiejszą Karyntię, Krainę, Styrię, Dolną Austrię z Dunajem jako granicą północną; ich najdalej wysuniętym na zachód terytorium osadniczym był dzisiejszy wschodni Tyrol, gdzie doszli do Pustertal 149 i prawie do źródeł Drawy. Gdzieniegdzie siedzieli też bawarscy chłopi, były i mieszane strefy osadnicze, a po walkach pod koniec VI wieku zapanowała pokojowa koegzystencja. Najdalej na zachód przeniknęli Słowianie w VII wieku, mniej więcej do linii Łaba – Soława Las Czeski. A aż do VIII wieku stosunki między Frankami a Słowianami połabskimi były względnie pokojowe. Przynajmniej osiedleni między Łabą i Soławą a Odrą Słowianie połabscy Serbowie, Lutycy (lub Wilcy, Wieleci, wówczas znani jako Weletabi) i Obodryci a więc na późniejszym terytorium niemieckim (ostatnio zwanym też Germania Slavica) pozostawali przez całe stulecia niezależni politycznie i ekonomicznie 150. […] I o „prawie narodów cywilizowanych przeciw barbarzyństwu” Jednakże już w VIII wieku zaczyna się to, co ponad tysiąc lat później Droysen nazywa walką z ową „furią i okrucieństwem”, ową „słowiańską nienawiścią do Niemców, trwającą aż po dziś dzień”; zaczyna się to, co dla saksońskiego generalskiego syna Treitschkego, dla niemieckiego punktu widzenia z pozycji panów, oznacza „prawo narodów cywilizowanych przeciw barbarzyństwu”, a dla Franza Ludtkego w roku 1936 „ogromne dokonania naszego narodu w przeszłości”. Krótko mówiąc, zaczyna się trwająca aż po wiek XIX niemiecka „kolonizacja wschodnia”. Jest to ciągłe zdobywanie przestrzeni, odbywające się w trzech wielkich rzutach: w okresie karolińskim, gdy Słowianie usiłują się chronić pod osłoną licznych grodów po drugiej stronie frankijskiej granicy, szczególnie za czasów Karola „Wielkiego”, który w roku 789 podejmuje pierwszą wyprawę wojenną przeciwko Wieletom i

85 plemionom nad Szprewą i Hawelą oraz podbija Sasów i Turyngów osiadłych na zachód od Łaby. Lecz i w następnym stuleciu, zwłaszcza pod rządami Ludwika Pobożnego, dochodzi do większych wojen na linii Łaby i Soławy z Obodrytami, Wenedami i Serbami, m.in. w latach 844, 846, 858, 862 i 874. W środkowej części granicy ze Słowianami, również za czasów Karola I, wojska frankijskie wkraczają w roku 805/806 do Czech (IV, s. 299 i nast.), należących do „wysuniętych państw trybutariuszy” i w owym czasie już zobowiązanych do płacenia trybutu Rzeszy frankijskiej. I również tutaj jest znów obecny Ludwik Niemiecki, prowadzący głównie na południowo-wschodnim „przedpolu” Bawarii ciągłą ekspansję militarną i kościelną, przy czym 13 stycznia 845 roku kazał ochrzcić w Ratyzbonie 14 czeskich duces wraz z ich świtami (cum hominibus suis), gdyż „dopominali się o religię chrześcijańską”, lecz raczej chyba nie o frankijską zwierzchność. Czechy, od tej pory zaliczone do diecezji w Ratyzbonie, przyłączyły się na pewien czas do Wielkiej Morawy, znowu zostały jednak podporządkowane „Rzeszy Niemieckiej” 151. Prawie się nie zdarza w tym chrześcijańskim świecie, żeby ktoś gdzieś kogoś nie wyrzynał i dlatego jako ciekawostka bywało zapisywane, jak pod rokiem 847 w Annales Fuldenses: „Ten rok był wolny od wojen”. Nawet jeśli chrześcijanie nie cięli się nawzajem, to kronikarze byli zdziwieni. I tak powiada się w Rocznikach Xanteńskich o roku 850: „W tym samym roku panował między obydwoma braćmi, cesarzem Lotarem i królem Ludwikiem, taki pokój, że w Eisling” części okręgu ardeńskiego „poświęcili się razem przez wiele dni polowaniu w małej eskorcie, tak że wielu się temu dziwiło (ut multi hoc facto mirarentur); i rozeszli się w pokoju 152. Tak, pokój zadziwia, jest rzadkością, czymś niezwykłym; nie tylko między chrześcijanami a poganami, właśnie między chrześcijanami. A dzisiaj? Przez dwa tysiące lat panuje wojna między chrześcijanami. Nigdy nie było więcej wojen na świecie! I nigdy większych! W późnych latach czterdziestych doszło do ponownych buntów Czechów, którzy „w zwykły sposób” łamali wierność. W roku 848 i 849 Ludwik Niemiecki wysyłał swe wojska przeciwko Czechom, przy czym w 849 roku pociągnęło na wojnę wielu opatów i skończyło się to ciężką klęską. Frankowie musieli zostawić zakładników, by w ogóle móc wrócić do domu. Historycy chętnie nazywają przede wszystkim wojny Karola na wschodzie i północy próbami uspokojenia, zabezpieczeniem granic, umocnieniami, konsolidacją, stabilizacją, integracją, chrystianizacją. Mówią o bynajmniej nie „czysto” defensywnym pasie marchii, niezwykle elastycznym systemie zabezpieczania granic, bardzo ruchomej granicy zewnętrznej świata chrześcijańskiego od Bałtyku po Adriatyk, o utrzymaniu i rozbudowie osiągnięć dzięki strategicznej dalekowzroczności Karola I etc. Lecz tak pięknie, jak się o niej mówi, rzecz się nie przedstawiała. Nieprzerwane wyprawy zbrojne przez granice przemawiają równie wyraźnym językiem, jak równie liczne frankijskie kasztele graniczne, które, zwłaszcza w punktach strategicznych, są zarazem bramami wypadów; jak choćby na północy twierdze Esesfeld koło Itzehoe, na wschodzie nad Łabą zamek Höhbeck na wysokim brzegu naprzeciwko Lenzen, czy Magdeburg, lub też Halle nad Soławą 153. Słowiańskie robactwo i frankijski lud boży Słowianie byli poganami i nawet w chrześcijańskich krajach jak Turyngia, Hesja i okręgach wschodniofrankijskich pozostali dłużej „niewiernymi” niż inni mieszkańcy. Ich kultura, wedle różnych świadectw, była bardziej rozwinięta niż to od czasu do czasu i przy

86 różnych okazjach zakłada się jeszcze dzisiaj. Należy się zastanowić i nie tylko przy tej okazji że frankijsko-niemieckie relacje na temat Słowian przez długi czas, od VII do XI wieku, prawie wyłącznie wychodzą spod ręki duchownych, nie będących przy tym naocznymi świadkami, lecz czerpiących często z drugiej lub trzeciej ręki. Jeśli znajdowano się ze Słowianami na stopie wojennej, a tak było najczęściej, rzucano na nich kalumnie. Lecz jeśli stawali się sojusznikami, byli nagle chwaleni, przy czym niekiedy jeszcze podkreślano, że sobie na to „w podziwu godny sposób zasłużyli”. Jeśli nawet historiografia karolińska i ottońska jest zróżnicowana w swej ocenie, to od dawna dominuje pewna nienawiść narodowa, jeśli nie odwieczna wrogość, wynikająca w nie najmniejszym stopniu z powodów religijnych, ze sprzeczności między poganami i chrześcijanami i to już od czasów Merowingów. Później potępia się chętnie Słowian wręcz ryczałtem. Im świat staje się bardziej chrześcijański, tym gorsi stają się inni. Są wręcz w ogóle wszyscy „źli”, to znaczy ludzie odwróceni od Boga, a więc wszyscy „niewierni”, według średniowiecznych poglądów, na które wywarł wpływ Augustyn (I, s. 313 i 324 i nast.) i papież Grzegorz „Wielki” (IV, s. 104 i nast.), gentiles, infideles, pagani, krótko mówiąc „wspólnicy Szatana, których należy niszczyć wszelkimi środkami, jeśli się nie nawrócą do sprawy Bożej” (Lubenow). Słowianie wydawali się przydatni chrześcijanom jedynie jako niewolnicy 154 słowo wywodzone od określenia slavus albo czyste obiekty mordowania, ludzie wyszydzani przez pobożnych katolików jako „robactwo” i wycinani „jak trawa na łące”, wręcz podludzie, zwierzęta. „Cóż wy mi tu z tymi płazami?”, przechwala się u mnicha Notkera z St. Gallen chrześcijański wojownik. „Siedmiu czy ośmiu, a nawet dziewięciu nadziewałem na mą włócznię i ciągnąłem ze sobą, nucąc pod nosem”. Słowianie byli również z gruntu fałszywi i podstępni. „Wenedowie piszą tak nie tylko Roczniki z St. Bertin w swej zwyczajowej niewierności łamali słowo wobec Ludwika”. Złorzeczył im już przecież św. Bonifacy, „apostoł Niemców”, jako „najbardziej odrażającemu i najgorszemu rodzajowi ludzkiemu” (foedissimum et deterrimum genus hominum) i tak nimi gardził, że w swych nacechowanych misyjnym zacietrzewieniem listach nigdy nie pisze, że głosił kazania Słowianom 155. Natomiast Frankowie czuli się chociaż jako chrześcijanie winni byli być „z serca pokorni”, jak to jest u Mateusza (Mt 11,29) i analogicznie w niezliczonych miejscach Pisma „ludem wywyższonym”, czymś bardzo szczególnym. Już nawiązujący do Chlodwiga I prolog do Lex Salica (prawa salickiego najstarszego prawa ludów zachodniogermańskich) ukazuje to w sposób drastyczny: „Sławne plemię Franków, stworzone przez samego Boga, odważne w wojnie i wytrwałe w pokoju, […] szlachetnej postawy i chwały bez skazy i niezwykłej urody, śmiałe, szybkie i pełne brawury, nawrócone na wiarę katolicką i zahartowane przeciw wszelkiej herezji […]. Niech żyje Chrystus, kochający Franków”. A według Otfryda z Weissenburga (zm. po 870 r.), pierwszego znanego z imienia niemieckojęzycznego poety, puer oblatus i teologa, okazjonalnie działającego w kaplicy nadwornej Ludwika Niemieckiego, Frankowie są narodem bogobojnym, a Bóg jest z nimi wszędzie: wszystko, co myślą i czynią, myślą i czynią z Bogiem, nie podejmują niczego bez jego rady, a jego słowo chcą nie tylko poznawać i śpiewać, lecz również wypełniać. Celem Otfryda jest jednak, co wyznaje metropolicie mogunckiemu, wykorzenienie ustnej twórczości pogańskiej 156. Zgodnie z kościelnym punktem widzenia każdy książę chrześcijański musiał zwalczać pogan, w kraju i przy granicach. A nawet, według panującej nauki augustiańskiej o rozszerzaniu Państwa Bożego na ziemi, należało w ogóle zdobyć i „nawrócić” słowiański Wschód. Nie przypadkiem magnum opus Augustyna O Państwie Bożym było ulubioną lekturą Karola „Wielkiego” (por. I, s. 310 i nast.). A Karol, Karolingowie, frankijska arystokracja obok reszty warstwy posiadaczy ziemskich, wszyscy oni byli tym bardziej

87 zainteresowani „ekspansją”, grabieżą i trybutami na Wschodzie, że produktywność rolnicza w ich kraju i widoki na przyrost posiadłości ziemskich były znikome. Obszary Słowian stanowiły też stały rezerwuar wojsk pomocniczych i niewolników. Wszak chrześcijańska arystokracja patrzyła na misje u Słowian nie zawsze z niezakłóconą radością i to oczywiście z jak najbardziej egoistycznych powodów. Wraz z przyjęciem chrześcijaństwa znikał przecież, zwłaszcza dla pogranicznej jak choćby mieszkającej po sąsiedzku saskiej arystokracji, powód do ich napadania, podbijania i rabowania. „Jeśli chrystianizacja Słowian nie przyniosła wojowniczym saskim wielmożom feudalnym zupełnego odcięcia od ważnego źródła zdobyczy […], to przynajmniej utrudniła Sasom grabienie sąsiadów” (Donnert). A co oczywiste, ich skurczenie się było dla chrześcijan zawsze ważniejsze niż Ewangelia; katolickim książętom chodziło przecież owładzę, chciwość, o powiększanie ich posiadłości ziemskich i rentę feudalną: „jak bowiem pisze opat Regino serca królów są pożądliwe i zawsze nienasycone”. Arcybiskup Moguncji Wilhelm nazwał twierdzenie Ottona „Wielkiego”, jego ojca, upiększeniem. A całkiem bez ogródek nazywa się to w Kronice Słowian 157 Helmolda w odniesieniu do Henryka Lwa: „Nigdy nie było mowy o chrześcijaństwie, lecz o pieniądzach […]”. Lecz nie chodzi jedynie o to, „że chrześcijaństwo postawiło stopę na drugim brzegu Łaby i Soławy przede wszystkim w wyniku działań zbrojnych” (Fleckenstein). Nie, Kościół chrześcijański, a zatem oczywiście Kościół niemiecki, był również „siłą napędową” tej całej bardzo agresywnej ekspansji wschodniej, siłą, dla której wiara była środkiem do celu, siłą, jak pisze Kosminski, która „polowała na dziesięciny, dobra i niewolników i w «nawracaniu pogan» ujrzała najbardziej zyskowne zajęcie. Wspomagało ją przy tym w bardzo energiczny sposób papiestwo, będące jednym z głównych organizatorów wypraw zbrojnych na wschód Europy, gdyż miało nadzieję na rozszerzenie swej sfery wpływów i pomnożenie dochodów”. Ale właśnie to udało się znakomicie za pomocą chrześcijańskiej propagandy misyjnej, za pomocą nieustannego krzyku o „wyższych celach”, zamaskować „panu” a zwłaszcza panom, biskupom i opatom, którzy wręcz w nie mniejszym stopniu brali udział w tych już podawanych za wyprawy krzyżowe grabieżach i podbojach od czasów Karolingów, jeśli nie Merowingów, poprzez rajdy zbrojne cesarzy saskich i salickich, aż po okres właściwych wypraw krzyżowych 158. Były dwie formy pozyskiwania Słowian. Po pierwsze samodzielna misja kościelna, jak choćby misja biskupa Ansgara, który kupował w Danii i Szwecji chłopców, by uczynić z nich chrześcijańskich duchownych; misja biskupa Wojciecha z Pragi u Prusów pod koniec X wieku oraz misja Gunthera z Magdeburga u Lutyków na początku XI wieku. Ponieważ te indywidualne próby nawracania pozostały bezskuteczne, Kościół począł szerzyć Dobrą Nowinę dzięki pomocy wojsk państwowych, ogniem i mieczem, a także za pomocą przekupstwa. Przyjęcie chrześcijaństwa było w każdym razie dla Słowian „równoznaczne z niewolą” (Herrmann) i tym bardziej prawdopodobne, tym bardziej możliwe, im skuteczniej oręż wykazywał siłę Boga chrześcijańskiego i bezsilność starych bogów 159. W ciągu 400 lat 170 wojen przeciwko Słowianom Już Pepin II (zm. 714 r.) podjął zdobycie zachodniej Fryzji i Turyngii w ścisłym sojuszu z Kościołem rzymskokatolickim, przekazał mu zaanektowane obszary i w ten sposób, jak by to dziś powiedział papież Wojtyła, umożliwił „ewangelizację” (IV, s. 178 i nast.). Podczas okrutnych wojen Karola z Sasami nie było inaczej. Grabież i chrystianizacja należały po prostu do jego polityki. Zawsze wchodził pod chrześcijańskimi sztandarami do Saksonii, zawsze szli za nim księża i ich „błogosławieństwo” dla armii i jej szeregów, krwawa

88 łaźnia zamieniała się w misę chrzcielną, a z masowych mordów wyrastała misja (IV, s. 276 i nast.). A również likwidacja państwa Awarów na wschodniej flance imperium frankijskiego, to także czysto aneksjonistyczne wielkie przestępstwo Karola, została przeprowadzona jako święta wojna przy pomocy biskupów polowych. Wszędzie współdziałali tu wojownicy i księża, a rozległe, zdobyte mieczem tereny na południowym wschodzie były potem „nawracane” zwłaszcza przez patriarchat w Akwilei i arcybiskupstwo w Salzburgu (IV, s. 294 i nast.). Po zniszczeniu państwa awarskiego nastąpiły niezliczone dalsze wyprawy przeciwko osiadłym tam ludom słowiańskim, niektóre jeszcze w pierwszej połowie, lecz coraz częściej od połowy IX wieku. Pustoszono pola, wyniszczano stada, zabito wielu ludzi. Prawie całe życie starszego syna Ludwika Niemieckiego, zmarłego w roku 880 Karlomana, władcy Bawarii, Karyntii, Panonii, Czech i Moraw, było wypełnione wojnami. I wszystkie były związane z misjami. Z mieczem szedł zawsze krzyż. Podczas gdy z Bawarii, zwłaszcza z Ratyzbony, wyrywano kawałek po kawałku ziemie na południowym wschodzie, bawarscy prałaci zajmowali się chrystianizacją podbitych Słowian. Wyższy kler towarzyszył również oddziałom wojskowym, a nawet czasami je prowadził; tak zrobił biskup Otgar z Eichstatt, który w 857 roku na czele swego oddziału poczynił zdobycze w Czechach, a w roku 871/872 biskup Arn z Wurzburga, który również w 892 roku najechał Czechy i został pobity z przeważającą częścią swego wojska oraz w roku 872 biskup Liutbert z Moguncji i opat Sigehard z Fuldy 160. Na początku roku 874 Serbowie i Susłowie mieszkający przy granicy Turyngii odmówili zapłacenia wymuszonego na nich trybutu. Arcybiskup Moguncji Liutbert i Ratolf, margrabia Marchii Serbskiej, przekroczyli na to w styczniu z wojskiem Soławę i rozbili paląc i grabiąc powstanie tamtejszych małych ludów przygranicznych. Była to ostatnia wyprawa przeciwko Słowianom za rządów Ludwika Niemieckiego. Ale już pod rządami jego syna, również Ludwika, powtórzono podobny atak na Susłów i ich sąsiadów; król kazał oddać „kilku zakładników i niemałe dary i przywrócił ich w dawną służebność” 161. Oczywiście Kościół stale wspierał wszystkich synów Ludwika, jak wcześniej jego samego. Udręczone, wyzyskiwane jak niewolnicy masy karmiono obwinianiem o grzechy, prymitywnym handlem relikwiami i tak zwanymi procesjami błagalnymi, im gorzej się działo, tym bardziej; jak choćby w latach 873 i 874, gdy zapanowała szczególna nędza, jak to często bywało: roztopy, powodzie, klęska głodu, zarazy, szarańcza taka, że „niebo było widać, jak przez sito”, wtedy w wielu miejscach „wyszli im naprzeciw pasterze Kościoła i całe duchowieństwo z relikwiarzami i krzyżami, przyzywając boskiego miłosierdzia”. Wszelako, „różnymi plagami Pan ćwiczył ustawicznie swój lud i nawiedzał z rózgą ich nieprawości i razami ich występki” (Annales Xantenses). Pan na niebiosach uderzał a nie pan na koniu! Umiłowany pan niebios uderzał ustawicznie. I zawsze trafiał. Również Roczniki Fuldajskie widziały „lud germański dotkniętym nie mniej wskutek swych grzechów”. „Grzechy” i „występki” były zawsze winne a nie gospodarka naturalna arystokracji, jej krwiopijczy stały wyzysk. Wydawało się to zrządzeniem losu, jak siły natury, doświadczające przede wszystkim tych, o których pisze etnolog Jeggle: „Własne ciało nie znało żadnej radości, tylko pracę, kobieta i dzieci były również jedynie środkami pracy. Wychowanie społeczne nie było niczym innym, jak wdrożeniem w ten proces pracy […]. Praca definiowała rozkład dnia, pory roku, etapy życia […]. Praca i życie zbiegały się ze sobą”. Prawie jedna trzecia ludności państwa wschodnio-i zachodniofrankijskiego wówczas ginęła. Jeszcze następnego lata powódź wskutek deszczu porwała w samym tylko Eschborn (na zachód od Frankfurtu) 88 ludzi. Nawet „kościół wiejski z głównym ołtarzem został zniszczony, tak że ci, którzy to widzieli, nie znaleźli po nim śladu” i wszystko to oczywiście „jako następstwo naszych grzechów” (Annales Fuldenses) 162.

89 Tak jak w przypadku Karolingów, państwo i Kościół współpracowały podczas najazdów Ottonów, cesarz z dynastii salickiej 163 przeciwko Słowianom nadłabskim, polscy książęta przeciwko Pomorzanom, podczas przedsięwzięć misyjnych arcybiskupstwa Bremy i Hamburga. Zawsze jest obecna „ideowość i religijność […] bardzo spleciona […] z motywami świeckimi” (Bunding-Naujoks); rozszerzanie państwa chrześcijańskiego poza niemieckie granice wschodnie i północne „było zawsze wspólnym dziełem Kościoła i państwa, kaznodziejstwa i przymusu; praca nauczających i chrzczących kapłanów szła za zdobyczami wojennymi lub odbywała się po osiągniętym przyzwoleniu” (Bauer). Wyliczono, że katoliccy Frankowie i Sasi w ciągu niecałych czterystu lat, mianowicie od wyprawy Karola „Wielkiego” na Lutyków w roku 789 do najazdu Fryderyka Barbarossy i Henryka Lwa na Polskę w roku 1157, prowadzili przeciwko Słowianom 170 wojen! Dwadzieścia z nich skończyło się fiaskiem dla wojsk cesarskich, nieledwie jedna trzecia przyniosła im sukces. W pierwszych stuleciach wczesnego średniowiecza Słowianie nie wykazywali prawie ogólnosłowiańskiego, łączącego wszystkie z wielu plemion, plemionek i civitates 164 poczucia wspólnoty. Lecz ich struktura polityczna i społeczna zmieniała się znacznie, rosła siła książąt plemiennych i arystokracji plemiennej, doszło stopniowo do konsolidacji państw plemiennych 165. Również w VII i VIII wieku istniały już księstwa słowiańskie. Na czele takiego związku stał choćby „książę” (dux) Serbów, Derwan, który po roku 632 przyłączył się do frankijskiego kupca Samona, twórcy w ogóle pierwszego państwa słowiańskiego (620-658), po tym jak ów pobił z kretesem w trzydniowej bitwie pod Wogastisburgiem (nad rzeką Eger) merowinskiego króla Dagoberta I (IV, s. 143). A około roku 740 Słowianie karantańscy stworzyli we wschodnich Alpach księstwo, którego sprzyjający chrześcijaństwu dux Borut przywołał bawarskiego księcia Odilona na pomoc przeciwko Awarom, na krótko zanim jego samego Pepin III, jego własny szwagier, nie pobił w podstępnym nocnym ataku na śpiących Bawarów (IV, s. 198 i nast.). W IX wieku powstało jednak po słowiańskiej stronie Państwo Wielkomorawskie, a w następnym rozwinęły się dwa kolejne większe państwa słowiańskie; najpierw Czechy, pod rządami czeskich książąt z rodu Przemyślidów, następnie Polska pod władzą Piastów. Wielka Morawa Szczególne znaczenie dla wschodnich Franków uzyskali „Morawianie”. Wyrośli na początku IX wieku, wymienieni zostają przez jedno z frankijskich źródeł po raz pierwszy w 822 roku. Kronikarz Rzeszy notuje wówczas, że cesarz na zjeździe we Frankfurcie przyjął od wszystkich Słowian wschodnich wymienieni tu są Obodryci, Serbowie, Wieleci, Czesi, Awarowie, Predenecentrzy (wschodnia grupa Obodrytów w okręgu Braniczewo) i również właśnie Morawianie (Marvanorum) „poselstwa z darami” (cum muneribus). A owe dary nie były oczywiście ofiarowane z miłości, lecz na wszystkich ludach wymuszone i odbierane jako ciążące i hańbiące brzemiona 166. W owym czasie z kilku słowiańskich plemion utworzyły się dwa rywalizujące ze sobą księstwa: jedno w dolinie Morawy, pod wodzą Mojmira I (830-846), drugie w Nitrze, w południowo-zachodniej Słowacji, z księciem Pribiną na czele. Ten drugi, jakkolwiek jeszcze poganin, kazał poświęcić w roku 827/828 przez arcybiskupa Salzburga Adalrama pierwszy kościół w Nitrze, został jednak w roku 833 wygnany przez Mojmira, pierwszego wymienionego w źródłach władcę Państwa Wielkomorawskiego. Protoplasta dynastii Mojmiridów zaanektował terytorium Pribiny i rządził, początkowo unikając otwartych konfliktów ze wschodnimi Frankami, obydwoma księstwami, podczas gdy Pribina uciekł do wschodniej Bawarii i na rozkaz Ludwika przyjął chrzest. Później funkcjonował on jako wasal

90 frankijski w Dolnej Panonii, nad Balatonem, gdzie w krótkim czasie z pomocą Salzburga powstały liczne kościoły, pojawili się salzburscy misjonarze i bawarscy chłopi, przede wszystkim jednak otrzymały swe włości bawarskie kolegiaty i klasztory: Altaich, St. Emmeram, Freising, krótko mówiąc misja salzburska okazała się w księstwie Pribiny „szczególnie skuteczna” (Prinz) sam Pribina został zabity w 860 roku przez Morawian. Nazwa „Morawy” (Moravia) pochodzi od rzeki Morawy, wymienianego już przez Tacyta (mar, mor, „moczary”) lewego dopływu Dunaju. Miano Wielkiej Morawy nawiązuje do De administrando imperio Konstantyna Porfirogenety i zadomowiło się dość mocno w nowszych badaniach historycznych; niektórzy badacze preferują jednak określenie „Stare Morawy”. W każdym razie to państwo, którego jądro stanowiło państwo Samona, utrzymywało kontakty również z Awarami, było powstałą w IX wieku między Lasem Czeskim i rzeką Hron 167 wielką rzeszą, najstarszym wieloplemiennym państwem zachodnich Słowian i jednocześnie jednym z wówczas największych, najpotężniejszych państw Europy, jednocześnie centralnym punktem środkowoeuropejskiego handlu; obejmowało Czechy, Morawy, Słowację, Łużyce oraz tereny obodryckie 168. Klan Ludwika: łagodna praca pod znakiem krzyża i „krwawe dzieło miecza” Jedynie w luźny sposób zależne od Rzeszy frankijskiej Wielkie Morawy nie sprzyjały początkowo ani Frankom, ani nie były chrześcijańskie, znajdowały się jednak stale pod naciskiem militarnym państwa wschodniofrankijskiego oraz misyjnym Kościoła wschodniofrankijskiego (Pasawy w kierunku Moraw i Ratyzbony w kierunku Czech). Od czasu do czasu ekspandowały też kosztem swych przeciwników, przy czym do ostrych konfliktów zbrojnych dochodziły jeszcze sprzeczności w polityce kościelnej między biskupem Rzymu a patriarchą Konstantynopola, a nawet, przez krótki okres, między papieżem a wschodniofrankijskim episkopatem 169. Chrześcijaństwo przeniknęło na Morawy najpóźniej na przełomie wieku VIII i IX, po czym w kilkadziesiąt lat po tym powstały również murowane kościoły. Wykopaliska w Mikulczycach, metropolii Państwa Wielkomorawskiego, odsłoniły w obrębie ogromnych założeń obronnych pochodzących z tego okresu na obszarze 6 hektarów pięć kościołów. A na terenie bez mała 100 hektarowego podgrodzia wznosiło się co najmniej dalszych pięć w obrębie umocnionego obszaru dworów możnowładców. Oczywiście Słowianie przeciwstawiali się zbrojnie zagrażającej im religii i feudalnemu uciskowi, przy czym ich opór przybierał na sile, a wojny stawały się coraz zaciętsze i okrutniejsze. Rzeczywistym celem było: poszerzenie władzy i wyzysk, „działania kolonizacyjne”. Chciano Słowian uzależnić i zmusić do płacenia czynszów. „Chrystianizacja” służyła mniej lub bardziej za pretekst, za parawan. „Łagodna praca pod sztandarem krzyża miała uszlachetnić krwawe dzieło miecza. Kościół bawarski miał do tego wyższego celu szczególne skłonności […]” (Aufhauser). Rozstrzygająca o tym eskalacja działalności Kościoła wychodziła przy tym z Ratyzbony, z mieszczącego się tam dworu królewskiego i siedziby biskupiej (gdzie trzymano jako zakładników czeskich książąt i możnych) i z ratyzbońskiego klasztoru przykatedralnego. Już przed rokiem 833 frankijski komendant nadgraniczny (prefekt) Radbod operuje na obszarze sięgającym do Balatonu. W 852 roku synod moguncki konstatuje, że „chrześcijaństwo w narodzie Morawian jest jeszcze surowe” lecz gdzież, politycznie patrząc od czasów Konstantyna „Wielkiego”, chrześcijaństwo nie było surowe? W drugiej połowie IX wieku nowa religia staje się jednym z „ideologicznych filarów” Państwa Wielkomorawskiego (Novy); co anonimowy hagiograf opisuje dyskretnie w ten sposób: „Również Państwo Wielkomorawskie zaczęło rozszerzać coraz bardziej swe obszary i zwyciężać swych wrogów […]”. Na początku X wieku całe Czechy należą do diecezji

91 ratyzbońskiej; w 973 roku siedzibą diecezji staje się Praga i zostaje podporządkowana Moguncji. Do późnego średniowiecza wielu Słowian nie chciało znać chrześcijańskich kapłanów. A jeszcze w XIV wieku synody praskie zwracają się przeciwko licznym pogańskim obyczajom. Pod rządami Mojmira Państwo Wielkomorawskie obejmowało Morawy i Słowację; jednakże uznawało najwyraźniej zwierzchnictwo potężnego sąsiada, nawet jeśli w latach czterdziestych stronnictwo pogańskie raz po raz podnosiło głowę przeciwko chrześcijaństwu, zwłaszcza przeciw ścisłym związkom z Bawarią, do czego na pewien czas Morawy zmuszono. W ogóle Ludwik od 843 roku, od kiedy traktat z Verdun wzmocnił jego władzę (s. 99 i nast.), stał się znowu wyraźnie aktywniejszy na Wschodzie. Po śmierci Mojmira Morawianie wywołali rewoltę, a Ludwik już w latach 844-846 atakujący zwłaszcza Wenedów, podbiwszy „wszystkich królów tych krajów siłą lub po dobroci” (Annales Bertiniani) i zabijając jednego z książąt zaczął ich zwalczać. Mogło być przy tym dla niego zachętą to, że w owym czasie zjawiło się w Ratyzbonie czternastu duces z uciskanych przez Morawian Czech i poprosiło o chrzest. W każdym razie wkroczył on w sierpniu 846 roku, obalił Mojmira i przekazał w celu umocnienia swej zwierzchności władzę na Morawach Rościsławowi (846-870), bratankowi Mojmira. A ten, prawdopodobnie zostawszy chrześcijaninem, musiał teraz przyjąć niemieckich i włoskich misjonarzy. W ten sposób Ludwik zaprowadził „porządek”, donoszą Annales Fuldenses, i „uregulował stosunki, jak mu się podobało […]. Stamtąd wrócił przez Czechy do domu z dużymi trudnościami i znacznymi stratami w swoim wojsku”. Brzmi to zwięźle, w fotograficznym skrócie, prawie jak formułka kto zdoła w tym zobaczyć żywy obraz ludzi konających przy drodze…? Nastąpiły kolejne wyprawy Ludwika do Czech, podczas których wyróżnił się jego drugi syn, Ludwik Młodszy. Ab bove majori discit… I najazdy trwają do roku 850: choćby w 848 roku, gdy ponieważ król leżał złożony chorobą wysłano „niemało hrabiów i opatów” wraz z ich „licznymi” oddziałami i „rozpoczęto wojnę z wrogami, zabiegającymi o pokój”, „przegrywając ją haniebnie”, jak przyznają właśni kronikarze. Padło wielu Franków Roczniki Fuldajskie mówią o „nieustającej krwawej łaźni”. A pozostali „pociągnęli bardzo upokorzeni do swej ojczyzny. Pogaństwo zaś szkodziło od północy wedle zwyczaju i rosło coraz bardziej w siłę, lecz dokładniejsze opowiadanie o tym może budzić tylko wstręt” (Annales Xantenses) 170. Chrześcijanie cierpieli właśnie, jak to często bywało, od ciężkiej klęski głodu. Sam opat Fuldy, moguncki metropolita Raban Maur, miał w owym czasie jadać więcej niż 300 biedaków, donoszą w każdym razie fuldajskie kroniki i opowiadają m.in.: „Przyszła do niego prawie zagłodzona kobieta z małym dzieckiem i chciała, by ją odżywił, lecz zanim przekroczyła próg, upadła z niezmiernie wielkiej słabości i wyzionęła ducha. A gdy chłopiec wyciągnął pierś zmarłej matki, jakby jeszcze żyła, z sukni i próbował ssać, doprowadził wielu to obecnych do westchnień i płaczu”. Relacjonuje to kronikarz w roku Pańskim 850. W następnym pisze, że król Ludwik znów „ciężko naciskał Serbów i po zniszczeniu owoców pól i odebraniu wszelkiej nadziei na żniwo bardziej ujarzmił ich głodem niż mieczem” 171. Anno 852, gdy zaczęła się już nowa klęska głodu, wielki synod zwołany przez króla do Moguncji i obradujący pod przewodnictwem Rabana zabiegał m.in. o dobra kościelne i dziesięciny (zezwolił wszakże na konkubinat nieżonatych, jako że nie było to sprzeczne z nakazem monogamii!). Lecz Morawianie zostali według synodu nawróceni na chrześcijaństwo niedostatecznie. Książę Rościsław nie chciał oczywiście bynajmniej pozostać na zawsze poddanym wasalem, nie chciał być tylko ciągle wykonawcą rozkazów króla Franków. Raczej usiłował

92 zrzucić jego zwierzchność. A nawet, on którego Ludwik Niemiecki osadził na książęcym stolcu, zdemaskował się jako główny przeciwnik państwa bawarskiego. I tak wyrażają się Annales Bertiniani na koniec relacji z roku 855 nieco lakonicznie: „Ludwik, król Germanów, cierpiał z powodu częstych odstępstw Słowian” 172. A inna strona tego medalu? Już na wiosnę tego roku znów najechano Słowian. Mniej więcej w tym czasie, gdy Moguncję nawiedziło dwadzieścia wstrząsów ziemi i spłonęło wiele domów, gdy nawet kościół świętego męczennika Kiliana, trafiony błyskawicą lub, jak chcą Roczniki Fuldajskie, przez „niebieski ogień”, padł ofiarą płomieni (akurat „gdy duchowni śpiewali nieszpory”), a wkrótce potem straszna burza zniosła kościelne mury „z powierzchni ziemi”, jeszcze wiosną 855 roku silna armia Ludwika wyrusza przeciw Rościsławowi, przy czym na czele bawarskiego zastępu walczy wielu biskupów, jednakże bez rezultatu. A w lecie nadciąga na Morawy sam Ludwik, również on „z niewielkim sukcesem” i „bez zwycięstwa”. „Lecz jego wojsko najechało dużą część prowincji grabiąc i paląc i starło niemałą liczbę wrogów, gdy chcieli wtargnąć do obozu Ludwika, zupełnie”. Rościsław wycofał się do silnej warowni, której Ludwik nie odważył się zaatakować, rzekomo by oszczędzić swe oddziały (znana wrażliwość wodza!). A gdy odszedł bez zwycięstwa, Rościsław z kolei spustoszył tereny pograniczne Bawarii. Anno 856 król znowu walczy na Wschodzie, przy czym gubi dużą część swego wojska. W sierpniu „z zebraną całą siłą wojskową” pobito krwawo najpierw Dalemińców, a stamtąd przemierzono „kraj Czechów” i właśnie przy tej okazji postradano wielu bawarskich hrabiów wraz z wieloma oddziałami. Lecz już w następnym roku znów toczą się walki na terenie Czech. Jest to rok, w którym błyskawica „jak ognisty smok” rozerwała koloński kościół św. Piotra, a do tego powaliła trupem dwóch duchownych i jednego człowieka świeckiego (każdego precyzyjnie przy jednym z ołtarzy: św. Piotra, św. Dionizego i Matki Boskiej) i zostawiła półżywych dalszych sześciu modlących się, którzy jednak „ledwie wyzdrowieli” (Annales Fuldenses) już w roku 857 biskup Otgar z Eichstatt z innymi możnymi napadł ponownie Czechy. A w roku 858 nadciąga najstarszy syn Karloman, podczas gdy jednocześnie druga armia atakuje Serbów oraz trzecia pod młodszym synem Ludwika, również Ludwikiem, Obodrytów, przeciwko którym wyprawia się również w roku 862, nic nie osiągając, poza utratą kolejny raz „kilku ze swych możnych” (Annales Bertiniani) 173. W sierpniu 864 roku Ludwik Niemiecki ponownie przekroczył Dunaj „z silną armią”, obiegł Rościsława w Diwunie i wymusił złożenie przed nim i swoimi możnymi przysięgi i oddanie „zakładników w rodzaju i liczbie jak król rozkazał” (Annales Fuldenses). Anno Domini 869 jednakże, gdy Słowianie od Dunaju po środkowąłabę powstali przeciwko ich ciemięzcom i spustoszyli tereny Bawarii i Turyngii, pod wodzą synów Ludwika, który się nagle rozchorował, ruszyły na wschód trzy armie: syn jego imienia z Turyngami i Sasami przeciwko Serbom, Karloman z Bawarami przeciwko Świętopełkowi, bratankowi Rościsława, a najmłodszy syn Karol z Frankami i Alamanami przeciwko samemu Rościsławowi. Chory król polecił „Bogu rezultat sprawy” i już niczego nie brakowało. Karol zaatakował z powierzonymi mu oddziałami morawskiego księcia i, jak relacjonują Roczniki Fuldajskie, „spalił ufając w Bożą pomoc wszystkie domy w tej okolicy; co było ukryte po lasach lub zagrzebane na polach, znalazł ze swoimi i zagrabił i wygnał lub zabił wszystkich, którzy się z nim potykali. Takoż spustoszył Karloman ogniem i mieczem państwo Świętopełka, bratanka Rostka; a po spustoszeniu całego kraju bracia Karol i Karloman spotkali się, gratulując sobie wzajemnie zwycięstwa danego przez niebiosa”. Lecz i najmłodszy, Ludwik, pokonał tymczasem w dwu bitwach Serbów, pomocnicze zaciężne oddziały czeskie po części wybił, po części przegnał i tak wszyscy wrócili z

93 bogatymi łupami. Szczęśliwy rok dla wschodnich Franków, zaprawdę, zwłaszcza że w owym czasie również Gundacar, jawnie szczególnie wiarołomny wasal (przecież też wiarołomnego) Karlomana, jak doniesiono, padł na polu bitwy. I tak król Ludwik po usłyszeniu podnoszących na duchu wieści nakazał „wszystkim wspólnie chwalić Pana za klęskę pobitego wroga, wśród odgłosów wszystkich dzwonów kościelnych w Ratyzbonie […]” 174. Wszakże Rościsław zdołał się przez dłuższy czas bronić przed wschodniofrankijskimi najazdami, gdyż dysponował już silnymi, potwierdzonymi przez źródła i wykopaliska archeologiczne, centrami grodowymi. Ta stabilizacja oderwała Wielką Morawę nie tylko od państwa wschodniofrankijskiego, lecz i od frankijskiego Kościoła, którego biskupi i opaci często sami walczyli na wschodzie na czele swego żołdactwa: w 857 roku biskup Otgar z Eichstatt, w 871 biskup Wurzburga Arn, w rok później tenże sam i biskup Moguncji Liutbert oraz opat Fuldy Sigehard, w roku 892 znowu Arn z Wurzburga. Oczywiście książę Morawy wiedział dobrze, że szczęście na polu walki nie uratuje go na dłuższą metę przed silnym sąsiadem, gdyż jego kraj tkwił zarazem w szponach Kościoła bawarsko-frankijskiego. Uznał, że zrzucenie zachodniej zwierzchności nie uda mu się bez uwolnienia w sprawach kościelnych. Wykorzystał więc zręcznie geopolityczną grę sił na obszarze naddunajskim i na Bałkanach, gdzie obok Franków i hegemonistycznego Bizancjum aktywny był również agresywny chanat bułgarski. Lecz podczas gdy Ludwik Niemiecki związał się w swych najazdach na Rościsława nawet z Bułgarami, których chan poprosił wręcz o frankijskich misjonarzy (s. 160), Rościsław wojował mając na zmianę za sojuszników Czechów, Serbów, frankijskich hrabiów, a w 858 roku nawet Karlomana, syna Ludwika. Kto ma władzę, dąży zwykle do jeszcze większej władzy, politycznej, gospodarczej, religijnej, być może wszelkiej władzy. To skłaniało w owym czasie wschodniofrankijskich hrabiów terenów pogranicznych raz po raz do rebelii, wśród nich chyba najpotężniejszego w Marchii Wschodniej, prefekta hrabiego Radboda, przez dwa dziesięciolecia figurę tam właściwie panującą. Był w bliskich stosunkach z hrabią Ernestem, który również się zbuntował, jak to wielu hrabiów w tym czasie. I prawdopodobnie w związku z jego buntem w roku 854 król Ludwik oddał w 856 roku Marchię Wschodnią, marca orientalis, nazwaną właśnie tak po raz pierwszy, swemu synowi Karlomanowi 175…. i znowu katoliccy synowie przeciwko katolickiemu ojcu… Jakkolwiek owi synowie ojca, dobrego katolika, oczywiście zostali wychowani dobrze po katolicku i żyli w otoczeniu wysokiego katolickiego duchowieństwa i przypuszczalnie znali czwarte przykazanie: czcij ojca swego i matkę swoją, wszyscy powstali i to nie raz przeciw ojcu. Walki dynastyczne w państwie Franków miały oczywiście długą tradycję. A właśnie Ludwik Niemiecki winien był pamiętać o własnej buntowniczej młodości… Najpierw podniósł bunt anno 861 najstarszy, mniej więcej trzydziestoletni Karloman (ok. 830-880), władca Bawarii i Karyntii jak zaświadcza o nim Regino z Priim, nieco od niego młodszy nie tylko „bardzo znakomity” i „oddany religii chrześcijańskiej”, lecz również „miłujący pokój”; w sposób rozumiany przez opata Regina. Zaledwie dwa wersy dalej sławi go bowiem z całą niewinnością swej religii i stanu duchownego: „Bardzo wiele wojen prowadził ze swym ojcem, a jeszcze więcej bez niego w krajach Słowian i odnosił w nich zawsze triumf zwycięstwa; granice swego państwa pomnażał i rozszerzał mieczem […]”. Jednakże, jak w najczęstszych przypadkach, sprawa musi po prostu wyglądać następująco: właśnie dlatego, że Karloman był człowiekiem miłującym pokój, musiał prowadzić tak wiele

94 wojen, musiał pomnażać i poszerzać granice swego państwa mieczem i, chociaż „łagodny” dla swoich, musiał być „straszny dla wrogów” (terribilis). I jak to zawsze bywa, Karloman, „w porządkowaniu spraw państwa niezwykle cnotliwy” (Regino), od początku żądny władzy, nie tylko walczył z frankijskimi hrabiami na wschodzie królestwa, lecz przygotowawszy również swe powstanie, z miłości do pokoju jako że go zawsze miłował zawarł w 858 roku pokój z Rościsławem, wrogiem swego kraju, by wydać wojnę własnemu ojcu. A z pomocą Morawian zawładnął „dużą częścią ojcowskiego państwa aż do rzeki Inn” (Annales Bertiniani). Wspierał go w tym jego teść, potężny hrabia Ernest, „pierwszy wśród możnych”, „pierwszy wśród przyjaciół króla”, wraz z całym swym zastępem, licznymi innymi hrabiami i opatem Waldo. Również hrabia Ernest walczył wcześniej w Czechach, prowadził tam w roku 849 wschodniofrankijsko-bawarski kontyngent, a w roku 855 jest wymieniany jako ductor oddziałów ciągnących na Czechy. Teraz jednak utracił z powodu swej „niewierności” swe lenna. Ludwik usunął z urzędu również jego braci Utona i Berengara oraz kolejnego brata, opata Waldona, którzy zbiegli do Karola Łysego. Natomiast słowiańskiego księcia Pribinę sojusz Karlomana z Rościsławem kosztował życie. Królewicz ofiarował go księciu Moraw; następcą w księstwie Pribiny nad Balatonem został jego syn Kocel. Sam Karloman, który z pomocą Rościsława odebrał ojcu dużą część jego państwa, otrzymał ją na powrót po swej kapitulacji, musiał jednak seniorowi złożyć w roku 862 w Ratyzbonie przysięgę wierności. Przysiągł mu, „że przeciwko jego prawowitej władzy nie podejmie w przyszłości nic w złym zamiarze”, troszczył się jednakże oficjalna relacja jest tu trochę niejasna o swą przysięgę niewiele, tak że w 863 roku Ludwik musiał się na niego wyprawić z armią, „by pokonać swego syna” {Annales Fuldenses). Został przy tym zdradzony przez swe najlepsze oddziały pod hrabią Gunakarem. Otworzył on bowiem królowi drogę do Karantanii (Karyntii), wydając gród Schwarzafurt przy przełęczy Semmering, i tak zdrajca zdrajcy uzyskał tytuł margrabiego. Karloman ponownie ślubował pod przysięgą poddaństwo, pozostał jednak ponad rok w Ratyzbonie „w areszcie domowym”, z którego jednak w 864 roku na nowo uciekł, ponownie próbował się wyłamać, nim się ostatecznie nie pojednał z ojcem. Wydał mu nawet na początku lat 870-tych „króla Moraw”, a Ludwik Niemiecki kazał go bardzo po chrześcijańsku oślepić i zamknąć w klasztorze (s. 164) 176. Zdrada pomagała zdobyć władzę i zrobić karierę, stąd uciekano się do niej nader często. Widać to natychmiast doskonale po osobie najwyższego politycznego dostojnika Karlomana, jego arcykapłana i arcykanclerza, arcybiskupa Salzburga, Thietmara (874-907). „Na Thietmarze opierał Karloman swe polityczne plany” (Schur). Jednakże podczas spisku bawarskich możnowładców, łącznie z biskupami, przede wszystkim przeciwko synowi Karlomana, Arnulfowi, arcybiskup Thietmar przeszedł w roku 879, jeszcze za życia ciężko chorego Karlomana, na stronę Ludwika III. Temu drugiemu synowi Ludwika Niemieckiego, królewiczowi Ludwikowi III Młodszemu (ok. 835-882), podlegały wschodnia Frankonia, Saksonia i Turyngia. Po próbie oderwania się już w 862 roku zobowiązał się „pod najsurowszą przysięgą” (districtissimus sacramentis), „że w przyszłości pozostanie wierny ojcu” (Annales Bertiniani), za co został nagrodzony jednym z hrabstw i opactwem Św. Kryspina. Potem jednak młody Ludwik wywołał zaraz trzy powstania przeciw ojcu: w roku 866, 871 i 873. Ale w końcu doradcą Ludwika III, kierownikiem jego nadwornej kaplicy i kancelarii był nikt inny jak Liutbert, „szlachetny arcybiskup miasta Moguncji” (863-889). Roczniki Fuldajskie nazywają tego szlachetnego męża „miłującym pokój”, pewnie dlatego, że w 874 roku Serbów i Susłów na drugim brzegu Soławy pośród zimy przywrócił „za pomocą grabieży i pożarów, bez walki […] w stare poddaństwo”. Jednakże moguncki metropolita

95 dobrze umiał się obchodzić z mieczem, choćby w 883 kładąc „niemało” Normanów, a w 885 „bardzo wielu” nosząc oczywiście na piersi „drzewo Świętego Krzyża”. Jedno drugiego nie wyklucza. Wręcz przeciwnie. I tak szlachetny arcypasterz miasta Moguncji, w Rocznikach Fuldajskich wynoszony jako „cierpliwy, pokorny i dobrotliwy”, z jednej strony kierował nadworną kaplicą i kancelarią trzykrotnie przeciw ojcu buntującego się Ludwika, a z drugiej sam nakazał w 866 roku srodze pomścić bunt w Moguncji, w czasie którego straciło życie wielu jego ludzi. „Niektórzy zostali mianowicie powieszeni na szubienicy, innym odcięto końce stóp i rąk, odjąwszy również wzrok, niektórzy, ci zaś, którzy pozostawili cały swój dobytek, by ujść śmierci, zostali skazani na wygnanie” (Annales Fuldenses). Książę i jego biskup byli surowymi naturami, ale nie ponad ramy chrześcijańskich zwyczajów. A oczywiście Kościół pod rządami Ludwika III Młodszego, „tego ambitnego i gwałtownego władcy, […] brał udział w rządach i pozostał wiernym pomocnikiem w polityce króla w czasie wojny i pokoju” (Schur). Anno 865 Ludwik Niemiecki pojednał się właśnie ze swoim najstarszym synem, Karlomanem. A już w następnym roku zbuntował się Ludwik Młodszy, „podburzając jednocześnie Weneda Rostka do wtargnięcia do Bawarii, żeby on sam, podczas gdy ojciec lub wierni mu ludzie będą zajęci w tamtych okolicach, bez przeszkód mógł przeprowadzić swe zamiary” (Annales Bertiniani). Przy tym królewicz Ludwik wciągnął w swe plany usuniętych przez ojca hrabiów, po części zbiegłych do Karola Łysego, a przede wszystkim naciskał na Rościsława, „by bez zwłoki wsparł to sprzysiężenie” (Annales Fuldenses) 177. A drugi i trzeci bunt Ludwika III nastąpił wespół z trzecim synem Ludwika Niemieckiego, królewiczem Karolem III. Królewicz Karol (cesarz Karol III Gruby) w walce ze złymi duchami W roku 871 obaj bracia obsadzili „niemałą ciżbą” okręg Spiry, w następnym roku uzgodnili kwestię zerwania z ojcem, a w kolejnym, 873, chcieli zagarnąć tron przy okazji zgromadzenia Rzeszy we Frankfurcie. Przy tym zaprzysięgli dopiero co w okresie postu podczas sejmu w Forchheim „w obliczu całego wojska”, żebędą królowi „dotrzymywać wierności po wsze czasy ich życia”. A teraz udali się do Frankfurtu „pełni niecnych myśli, tego samego imienia (Ludwik) i Karol, by ustanowić siłą władzę, zlekceważyć swą przysięgę, odebrać ojcu państwo i wysłać go do więzienia” (Annales Xantenses). Królewicz Karol, najmłodszy, nie dorósł jednak najwyraźniej do takiego obciążenia psychicznego. Doznał ataku epilepsji lub mówiącjęzykiem owych czasów: zdarzył się na oczach wszystkich „wielki cud: zły duch wstąpił w Karola i męczył go straszliwie, wśród dzikich głosów” (eumque horribiliter discrepantibus uocibus agitavit). (Nawiasem mówiąc: ze złymi duchami i ich odstraszaniem chrześcijaństwo dzięki Bogu! od początku i przez cały okres antyku było znakomicie zaznajomione: III, s. 238 i nast.! I już niedługo potem z Moguncji zwalczano przez trzy lata podobnego „złego” ducha w pewnej miejscowości koło Bingen, na dworze Caputmontium, w „Górogłowach”, przy pomocy kapłanów, relikwii, krzyży, modłów i święconej wody i dopiero wtedy go wykończono, gdy zdążył tam „zniszczyć ogniem prawie wszystkie budynki”: Annales Fuldenses). Jeśli chodzi o królewicza Karola, który później jako cesarz Karol III Gruby miał opanować na krótki czas całą Rzeszę Karola Wielkiego, to na sejmie frankfurckim nie mogło go utrzymać sześciu mocnych mężczyzn, a on groził, że „pogryzie trzymających go otwartymi (!) ustami” (aperto ore). A potem zdarzył się wnet drugi cud (cuda bowiem rzadko chadzają w pojedynkę): jeszcze tego samego dnia pełni łaski bożej mężowie wypędzili malignus spiritus uczynił to

96 szczególnie skutecznie pobożny arcybiskup Hamburga i Bremy Rimbert (nie przypadkiem ulubiony uczeń swego poprzednika, św. Ansgara, papieskiego legata wśród Duńczyków, Szwedów i Słowian). Na to król, biskupi i pozostali możni powiedli opętanego do grobów czyniących cuda świętych, by wydrzeć go na zawsze ze szponów Szatana; tym żwawiej, że „ten sam Karol przed wieloma słuchaczami” cud trzeci „wyznał, „że był tak często wydawany wrogiej mocy, jak często zawierał spisek przeciwko królowi” (Annales Fuldenses). A na koniec jeszcze jeden cud: starszy brat rzucił się ojcu do stóp, zamiast wtrącić go do więzienia 178. Katolickie życie rodzinne wśród elit. Jak zawsze dobra lekcja: gdy nie ma innego wyboru, leżenie krzyżem. Poza wszystkimi sporami w domu panującym trwało jednak nadal mordowanie Morawian, póki Świętopełk nie poprosił na sejmie Rzeszy w Forchheim (874 r.) o zaprzestanie rzezi. Miał zostać wierny królowi po wsze dni swego żywota i płacić corocznie ustalony czynsz, „byle tylko mógł zażywać spokoju i żyć w pokoju” (quiete agere et pacifice vivere) 179. Spokojny i pokojowy żywot… Być może, kto wie, pragnęliby go nawet niekiedy Ojcowie Święci w dalekim Rzymie. Lecz byli zawistni wobec siebie i innych i nikomu na takie życie nie pozwalali.

97 ROZDZIAŁ 3. Papiestwo w połowie IX wieku „Walczcie mężnie przeciwko tym wrogom świętej wiary, przeciwko tym przeciwnikom wszelkiej religii!” Papież Leon IV (847-855) przed bitwą z Arabami 180 „Wszechmogący wie bowiem, kiedy jeden z was ma zginąć, że poległ za prawdę wiary, zbawienie swej duszy i w obronie chrześcijańskiego kraju. Za to otrzyma on wymienioną nagrodę wieczną szczęśliwość. ” Papież Leon IV w wezwaniu „do frankijskiego wojska” 181 Fałszerstwo Pseudo-Izydora (ok. 850 r.) „podniosło pozycję i powagę Stolicy Apostolskiej w niespodziewany sposób” (Manfred Hellmann); był to „najmilszy prezent, jaki kiedykolwiek otrzymało papiestwo” (Walter Ullmann), „najskuteczniejsze fałszerstwo w całej historii Kościoła” (katolicki historyk papiestwa Hans Kuhnef), „największe fałszerstwo prawa w historii” Jezuita Grotz 182 „Władał królami i tyranami i panował nad nimi swą powagą, jakby był panem całego kręgu ziemskiego”. Opat Regino z Prüm o papieżu Mikołaju I (858-861) 183 „Z powodu niewłaściwego zachowania wielu papieży”, tak relacjonują w roku 824 oficjalne Kroniki Rzeszy, stosunki w Rzymie „popadły w wielki zamęt”. Po zgonie Karola I papież św. Leon III na rok przed własną śmiercią w 815 roku skazał bezlitośnie setki ludzi na śmierć (s. 60). Jego następca Stefan IV pojawił się w następnym roku z fałszywą „koroną Konstantyna” w Reims (s. 60 i nast.). W momencie śmierci jego następcy Paschalisa I, znienawidzonego, surowego papieża, doszło w 824 roku do takich tumultów, że planowany jego pogrzeb w bazylice Św. Piotra został.odwołany, a ciało pozostało nie pochowane (również ten papież został mimo to świętym, ale jego święto zostało w 1963 roku zlikwidowane). Wybór jego następcy Eugeniusza II (824-827) przyniósł niepokoje trwające całe miesiące, arystokracja i duchowieństwo wystawiły bowiem dwóch konkurujących ze sobą kandydatów. Następne wybory przynajmniej dwu Ojców Świętych przeszły gładko: Walentyna (sierpień -wrzesień 827 roku) i Grzegorza IV (827-844) 184. Sergiusz II albo „…najlepiej, jak będziemy potrafili” Wieść o śmierci papieża Grzegorza zapoczątkowała serię gwałtownych wydarzeń. Jeszcze zanim arystokracja zdołała wynieść swego kandydata, lud rzymski zajął pałac papieski i osadził na upragnionym stolcu diakona Jana; szczęście, jakim się krótko rozkoszował, trwało ponoć zaledwie jeden dzień. Potem arystokraci przegnali go z Lateranu, rozbili opozycję i jako pontifex maximus został obrany stary, trapiony podagrą arcypasterz. Sergiusz II (844-847), który kazał rywali zamknąć w klasztorze (więcej o ich losie nie

98 wiadomo), był reprezentantem wyższych warstw i chyba już piątym papieżem z domu Colonnów, wyraźnie preferowanego przez Ducha Świętego. Przyzwolenie cesarskie, wymagane wedle Constitutio Romana z roku 824 (s. 64 i nast.) z powodu pośpiechu sobie podarowano. Rozgniewany Lotar I wysłał zatem swego syna Ludwika, krótko przedtem intronizowanego jako wicekról Italii, i arcybiskupa Metzu Drogona, „naturalnego” syna Karola „Wielkiego” i przyrodniego brata Ludwika Pobożnego, wraz z frankijską armią przeciwko Rzymowi. Pustoszyła ona Państwo Kościelne tak bezlitośnie, jakby była wojna, a to miałaby być ekspedycja karna. Lecz stary papież wiedział, jak powściągnąć młodego króla, prawie go upokorzyć, przy czym z pomocą przyszedł mu przypadek: budzące przerażenie wydarzenie na stopniach do Świętego Piotra, gdy jeden z rycerzy ze świty królewskiej padł wijąc się w skurczach. Po ciągnących się tygodniami synodalnych badaniach wybór Sergiusza został jednakowoż zatwierdzony. Co prawda musiał on uznać, że desygnowany papież będzie mógł zostać konsekrowany dopiero po odpowiednim zarządzeniu cesarza i w obecności jego posłów. Musiał on złożyć przysięgę wierności Lotarowi oraz namaścić i koronować młodego Ludwika na „króla Longobardów”. Lecz Sergiusz nie pozwolił narzucić sobie wszystkiego: gdy szło o jedność Rzeszy, spoistość Zachodu, gdyby jeden z trzech rządzących braci złamał „w wierze w Trójcę uzgodnioną jedność” lub jeden z nich „wolał podążyć za sprawcą niezgody”, wtedy, groził papież, „zadbamy o to, by go wedle zasług, z pomocą Bożą i zgodnie z zasadami prawa kościelnego ukarać, najlepiej jak będziemy potrafili”. Tylko trzy lata rządził Sergiusz II. Symonia była równie powszechna jak nepotyzm. Papieski brat Benedykt został opatem Albano: żądny władzy i pieniędzy człowiek bez skrupułów, wprawdzie chory, lecz obdarzony siłą woli, energiczny, przypuszczalnie bez zdolności do rządzenia, który dzięki łapówkom wyszachrował stanowisko posła cesarskiego w Rzymie, a biskupie stolce licytował po najwyższych cenach, takoż inne urzędy kościelne; wszystko to przecież w myśl hasła: „Najlepiej jak będziemy potrafili…” Takie wiadomości z kręgów rzymskiego duchowieństwa mają prawdopodobnie oczyszczać z zarzutów samego papieża. W każdym razie: gdy w sierpniu 846 roku jakieś siedemdziesiąt pięć saraceńskich okrętów zarzuciło kotwicę u ujścia Tybru i gdy podobno 11 tysięcy ludzi z pięciuset końmi wpadło do prawobrzeżnego Rzymu, ograbiło do cna położony poza murami aureliańskimi kościół św. Piotra oraz bazylikę Św. Pawła i zaciągnęło do niewoli wszystkich, którzy nie zdołali uciec, „również mieszkańców klasztorów, kobiety i mężczyzn” (Annales Xantenses), to współcześni ujrzeli w tym odpłatę Opatrzności za grasującą w Rzymie korupcję. Co oczywiste, nie przyjęto tej kary bożej zupełnie bezczynnie. Raczej się jej przeciwstawiono, rzucono na napastników oddziały frankijskie, milicje ze Spoleto i Kampanii, flotę z Neapolu i Amalfi. I gdy część rozbójników w drodze powrotnej zatonęła wraz z łupem z powodu burzy, uznano w tym bez wątpienia karzącą rękę Pana 185. Watykan staje się twierdzą święty papież jako budowniczy murów Klęska podczas tego ataku, nieszczęście zadane przez Saracenów, przez pogan, wzburzyło wiernych. Dlaczego „święty Piotr” nie był lepiej broniony? Jeden z kapitularzy przypisuje winę grzechom chrześcijan i wymienia lekarstwa: przeciwdziałanie własnym występkom, grzechom cielesnym i zaborowi mienia kościelnego! Poza tym Lotar I kazał zbierać w całej Rzeszy obok specjalnego podatku datki na odbudowę i ochronę kościoła Św. Piotra, a na ten cel cesarz i jego bracia wnieśli „niemało funtów srebra”. Tymczasem zmarł Sergiusz II. Jeszcze w dniu jego śmierci wybrano następcę, wychowywanego w klasztorze benedyktynów St. Martin rzymianina i „wzorowego

99 zakonnika” (Lexikon fur Theologie und Kirche). Był to Leon IV (847-855), którego konsekrowano po sześciotygodniowym interpontificium, choć znowu bez koniecznej od 824 roku zgody cesarza. Rzekomo na zwłokę nie pozwalała krytyczna sytuacja wywołana najazdem arabskich piratów; lecz później uzupełniono przysięgę wierności. Sławę, trwającą by tak rzec do dzisiaj, przyniosła temu Ojcu Świętemu budowa umocnień. Mianowicie przekształcił on, a był to fakt mający znaczenie dla przyszłych stuleci, dzielnicę watykańską rzymskie przedmieście na prawym brzegu Tybru w zamek obronny; był to już plan Leona III, lecz zrealizowany dopiero przez czwartego z Leonów. Całymi latami pieszo i konno nadzorując prace, wzmacniał stare mury miejskie, tworzył nowe fortyfikacje i tak stał się twórcą civitas Leonina, której w swej skromności nadał swe imię: Leopolis; między rokiem 848 a 852 zaopatrzonej w mury o wysokości 40 stóp i odpowiednio grube z 44 wieżami. Papież kazał umocnić jeszcze inne miejsca Centumcellae rzymian, dzisiejsze Civitavecchia i również nazwać swoim imieniem: Leopolis. (Tak jak bowiem, podług własnej skromności, w bullach zawsze stawiał swe imię przed imieniem odbiorcy, a książętom odmawiał ich zwyczajowego tytułu dominus). Warownia Leona pochłonęła mnóstwo materiałów i wielu niewolniczo pracujących robotników, których musiały dostarczyć miasta i klasztory Państwa Kościelnego, domeny papieskie i milicje miejskie. Lecz papieskie bastiony pochłonęły nie mniej pieniędzy, sumy co papieski biograf zupełnie przemilcza zostały wyciśnięte z frankijskiej Rzeszy na rozkaz układnego Lotara z takim rezultatem, że wszystko to służyło autorytetowi papieża i wzmacniało jego pozycję wobec cesarskiej! Podczas poświęcenia Leopolis 27 czerwca 852 roku popłynęło z procesji (z rąk siedmiu biskupów kardynalskich) na mury obronne wiele święconej wody w następnych stuleciach popłynie jeszcze więcej krwi. To zresztą z reguły wiąże się ze sobą. Samego ograbionego Św. Piotra wyposażono wręcz rozrzutnie na nowo. Ołtarz główny otrzymał wysadzane klejnotami złote płyty; każda ważyła 216 funtów; usiany perłami i szmaragdami złoty krzyż ważył 1000, a srebrne cyborium nad ołtarzem 1606 funtów. Po tym, że w kosztowny sposób odnowiono również św. Pawła, a nawet kościoły na prowincji, można poznać, jak niezmierzone bogactwa pozostawały w rękach Kościoła, dla którego już wówczas zbierano pieniądze na całym świecie z powodu jego ubóstwa, jak dzisiaj… 186 Papież po raz pierwszy zapewnia królestwo niebieskie za śmierć na polu walki Zrozumiałe, że „synowie Szatana” znów pojawili się u ujścia Tybru i to już w 849 roku przypływając z Sardynii, na długo zanim stanęły umocnienia św. Leona. W końcu widzieli, co kryło się w chrześcijańskich świątyniach, choćby u Św. Piotra. „Nie starczy wyobraźni, by pojąć bogactwo nagromadzonych tam skarbów” (Gregorovius). W wielkim pośpiechu Ojciec Święty ściągnął armady z Neapolu, Amalfi i Gaety pierwszej ligi południowych miast nadmorskich, do czego doszły jeszcze okręty wojenne Jego Świątobliwości, namiestnika Chrystusa. Nadciągnął nawet osobiście. Nie żeby walczyć: odprawiał msze święte, błogosławił flotę wojenną, rozdzielał wojownikom komunię Świętą w dniu walki i modlił się na kolanach: „Boże, który podniosłeś od utonięcia Piotra idącego po falach, który uratowałeś z głębin morza Pawła, gdy po raz trzeci rozbił się jego statek, wysłuchaj nas łaskawie i daj dla zasług ich obu siłę ramionom tych wiernych, co walczą przeciw wrogom twego kościoła, żeby uzyskane zwycięstwo przyniosło sławę twemu świętemu imieniu u wszystkich narodów”. Najwyższy kapłan żarliwie zachęcał swych bojowników: „Walczcie mężnie przeciwko tym wrogom świętej wiary, tym przeciwnikom wszelkiej religii!” Dla głoszących Dobrą Nowinę, posłanie miłości do wroga, już od stuleci nieodzowny interes. Na pytanie Bułgarów na temat wojny w czas postu Leon oświadczył bowiem, że wojna wynika z podstępu Szatana i

100 należy się jej wystrzegać, jeśli nie jest konieczna. „Lecz jeśli nie można jej uniknąć i jeśli chodzi o obronę ojczyzny i praw ojcowskich, to można się do niej sposobić również podczas postu”. Przed bitwą morską pod Ostią Leon IV obiecał natomiast swym żołnierzom na wypadek śmierci „niebieską zapłatę” jest to najwcześniejsza antycypacja odpustu za wyprawy krzyżowe, obietnica, jaką jeszcze wielu Ojców Świętych rzucało kłamliwie w wielu okresach. Tutaj zdarzyło się po raz pierwszy to, że papież zagwarantował niebo generalnie wszystkim, którzy umrą za „prawdziwą wiarę, ratowanie ojczyzny i obronę chrześcijaństwa”. W ten sposób sprawa zakończyła się pełnym sukcesem. Mniej dzięki katolickim miastom morskim Neapolowi, Amalfi i Gaecie razem z papieskimi galerami, niż dzięki morskiej burzy, którą większe okręty chrześcijan przetrwały szczęśliwie, a która posłała na dno lżejsze jednostki wroga. Pobożni wierni pozabijali jednak błąkających się po wybrzeżu bezbronnych rozbitków, powywieszali ich w Ostii na szubienicach, „żeby ich liczba nie stała się zbyt wielka” lub zaciągnęli w łańcuchach do Rzymu, gdzie służyli jako jeńcy przy budowie umocnień watykańskich, a wszystko świętowano jako cud księcia apostołów 187. W ogóle znaleziono właśnie prostą receptę na własnych poddanych. I tak papież Leon również w roku 852 podczas wyprawy Ludwika II na Saracenów w południowej Italii zapewnił w odezwie „do wojska frankijskiego” znów każdemu, kto przy tej okazji padnie w boju, wejście do królestwa niebieskiego. „Wszechmocny wie bowiem, jeśliby jeden z was miał zginąć, że poległ za prawdziwą wiarę, zbawienie swej duszy i w obronie chrześcijańskiego kraju. Dlatego otrzyma wymienioną zapłatę”. Także Ojciec Święty otrzymał swą zapłatę: został świętym jego dzień (17 lipca) został jednak tymczasem usunięty. No tak, Murzyn zrobił swoje. Niewdzięczność zaś jest zapłatą świata. A przecież Leon zaraz na początku swego pontyfikatu uczynił wspaniały cud, a mianowicie uwolnił Rzym od pewnego równie wrednego, co niebezpiecznego, żyjącego pod ziemią tuż obok kościoła Św. Łucji potwora, bazyliszka (okropnej hybrydy smoka i koguta, bajkowej bestii o śmiertelnym spojrzeniu, przysłowiowym wzroku bazyliszka!). Innym razem zażegnał za pomocą samej modlitwy i znaków krzyża szalejący pożar… Leon IV znany z historii (do której należą przecież zalewające całą kulę ziemską legendy i kłamstwa, stanowiące może o historii dużo bardziej, niż wszystko inne razem wzięte fantasmagoria, jak uważał Fryderyk Schiller o całym chrześcijaństwie, „która przekupiła cały świat”), był konsekwentnym, rezolutnym papieżem, który chciał rządzić wszystkimi kościołami świata, o wszystkim chciał decydować. Lecz nie tylko traktował z góry „współbraci”, wpływowych hierarchów, patriarchę Ignacego z Konstantynopola, arcybiskupów Hinkmara z Reims i Jana z Rawenny, czy kardynała Anastazego, który wkrótce został antypapieżem. Nie, szukał zwady również z książętami, a zwłaszcza z młodym cesarzem, synem Lotara I, „obrońcą Kościoła rzymskiego”. Cesarz Ludwik II (850 875) doznaje niepowodzenia w kwestii sukcesji Ludwik II, urodzony ok. roku 825, urzędował od 840 roku jako wicekról swego ojca w Italii, gdzie papież Sergiusz II koronował go 15 czerwca 844 roku na króla Longobardów, a Leon IV w 850 roku w Rzymie namaścił na współcesarza. Rządził tam samodzielnie i potrafił ustabilizować kraj, w którym bandy rabusiów napadały na drogach w biały dzień na zdążających do Rzymu pielgrzymów i kupców, a nawet grabiły całe wsie, tym bardziej, że po śmierci ojca zrezygnował z ziem transalpejskich na rzecz swych braci, Lotara II i Karola Prowansalskiego. W ten sposób Ludwik II umocnił swe panowanie nad Rzymem i Państwem Kościelnym i, co zrozumiałe, stosunki między nim a Leonem IV były często napięte, o czym świadczy

101 skromnie zachowana korespondencja. Jednego razu Leon, ze względu na bezpieczeństwo, nie chce się widzieć z wysłannikami cesarza, innym razem zostaje zamordowany legat papieski, a jeszcze innym sam papież skazuje na śmierć trzech pełnomocników cesarza przecież już za czasów jego poprzednika Paschalisa I stracono na Lateranie „jako winnych obrazy majestatu” dwóch profrankijskich wyższych urzędników. Nie brakowało oczywiście antyfrankijskich nastrojów i machinacji w Rzymie, może nawet i zdradzieckich konszachtów z Bizancjum. W każdym razie absolutnie nie było zaufania między papieżem i cesarzem. Od roku 855, roku śmierci Leona IV, Ludwik II stał się jedynowładcą. A od roku 860 reasumując z lekkim wyprzedzeniem jego życie udało się cesarzowi, przynajmniej na jakiś czas, zaprowadzić swe rządy w od dawna samodzielnych longobardzkich księstwach Benewentu i Salerno, a po wieloletnim oblężeniu wziąć nawet w 871 roku Bari, siedzibę arabskiego emira (s. 157). Oczywiście Ludwik II, czwarty cesarz z rodu Karolingów, był jedynie władcą dzielnicy italskiej, nie mogącym nawet zdobyć jej południa. Adelchis, książę Benewetu (zm. 878 r.), który utrzymał się walcząc o niezależność najpierw z Frankami, potem z Bizantyjczykami, a później z Saracenami, zanim padł ofiarą spisku własnych krewnych, doprowadził, więżąc przez jakiś czas Ludwika II, do upadku władzy imperatorskiej w Italii. Ostatecznie cesarz ten stał się w każdym razie bardziej ofiarą układów dynastycznych niż niestabilnej sytuacji w południowych Włoszech (s. 157 i nast.) 188. Na czas rządów Leona IV przypada skandal o nieomal bezprecedensowych rozmiarach i skutkach. Ze strony duchownych doszło do fałszerstwa, które zostawia w cieniu całe rojące się od oszustw średniowiecze i wszystkie poczynania oparte na kłamstwie, oszustwie i braku skrupułów, wyjąwszy może „dar Konstantyna” (IV, s. 236 i nast.). Dekretalia Pseudo-Izydora „fałszerstwa najbardziej brzemienne w skutki, na jakie kiedykolwiek się odważono…” Z całą słusznością fałszerstwo Pseudo-Izydora nazwano „wprawdzie najważniejszym fałszerstwem doby Karolingów, ale w żadnym wypadku wyjątkiem” (Dawson), kler katolicki bowiem już od dłuższego czasu dokonywał fałszerstw na potęgę (III, rozdz. 1!; IV, s. 236 i nast.). Dla protestanckiego prawnika Emila Seckela (zm. 1924 r.), chyba najlepszego znawcy Dekretaliów Pseudoizydoriańskich, są one „najbardziej śmiałym i najwspanialszym fałszerstwem źródeł prawa kościelnego, jakie kiedykolwiek podjęto”; dla Johannesa Hallera natomiast „najbardziej zuchwałym fałszerstwem, najbardziej brzemiennym w skutki, na jakie kiedykolwiek się odważono”, a nawet zaznacza je ten znakomity historyk papiestwa (zm. 24 grudnia 1947 roku) jako „największe oszustwo w historii świata”. Jeszcze w IX wieku podejrzewał, a może rozpoznał fałszerstwo Hinkmar z Reims, lecz abstrahując od pojedynczych pism go nie odkrył. W końcu wielebny arcybiskup Reims który jako jeden z najważniejszych doradców królów zachodniofrankijskich, zwłaszcza Karola Łysego, odgrywał znaczącą rolę nie tylko w polityce, ale któremu zawdzięczamy żywą twórczość literacką, wśród niej „przede wszystkim bogate w materiały ekspertyzy prawnicze” (Schieffer) w końcu ów książę Kościoła sam fałszował z wielką wirtuozerią wszystko na okrągło. A to z pozornym usprawiedliwieniem, że nie chciał paść ofiarą innych fałszerstw kościelnych, w nie mniejszym stopniu fałszerstw Pseudo-Izydora. A fałszowano wszędzie wokoło. Fałszował również poprzednik Hinkmara, arcybiskup Ebo (zm. 851 r.). Także bratanek Hinkmara, wychowany na jego dworze i przez niego popierany Hinkmar Młodszy, biskup Laon. Właśnie on zaprezentował fałszerstwa Pseudo- Izydora jako pierwszy w większej objętości i był prawdopodobnie powiązany z warsztatem

102 fałszerzy. W ten sposób wywołał on ostry spór ze swym stryjem i Karolem Łysym i został w roku 871 pozbawiony biskupstwa, jednakże siedem lat później częściowo rehabilitowany. Mimo od początku istniejących wątpliwości co do prawdziwości tego kolosalnego katolickiego oszustwa (już w IX wieku; w wieku XIV wyrażanych przez Marsyliusza z Padwy, teoretyka państwa skazanego jako „kacerza”), przez całe średniowiecze uchodziło ono za prawdę, a fałszerstwo udało się wykazać w zasadniczy sposób dopiero w 1559 roku magdeburskim centuriatorom 189 i ich pierwszej historii Kościoła, finansowanej przez ewangelickich książąt (1559-1574). Ostatecznie zdemaskował jego nierzetelność reformowany teolog (i późniejszy profesor historii w Amsterdamie) David Blondel w 1628 roku. Jak nikt inny potrafił, z podziwu godną przenikliwością odróżnić prawdę od fałszu, choć i w jego czasach nie brakło bogobojnych obrońców fałszerstwa. W ogóle po jego wykryciu w XVI wieku katolicy jeszcze długo czynili wszystko, by je bagatelizować, koloryzować, nieomal mu składać hołdy. Mówili o „legendzie”, „poezji” lub, jak kardynał Bona (zm. 1674 r.), nawykły do tego, by „mieć na oku wyższe cele wiedzy” (Mast), o „pobożnym oszustwie”. Taka fraus pia była to też dla słynnego katolickiego teologa Johanna Adama Möhlera (zm. 1838 r.). Sławił on wręcz Pseudo-Izydora jako „człowieka bardzo pobożnego, głęboko wierzącego, cnotliwego, zatroskanego o dobro Kościoła”. A również dla jego kolegi po fachu, Rosshirta, Pseudo-Izydor jeszcze w 1849 roku nie jest w gruncie rzeczy fałszerzem, lecz „miłośnikiem prawa kościelnego”, którego niesłychane oszustwa nie miały w ogóle innego celu „niż uczony, naukowo historyczny, a mianowicie maksymalną kompletność zbioru źródeł prawa kościelnego”. Katolik Luden wie wprawdzie, że ów zbiór jest „pełen kłamstw i oszustw”, lecz dotyczy to jego zdaniem jedynie wczesnych okresów. Dla IX wieku, w którym powstał, zawiera on nawet w swych fałszerstwach „najczęściej jakąś prawdę”. Nie stworzył on nowego prawa kościelnego, lecz jedynie wypowiedział, „co było już ugruntowane w ludzkich duszach”, „nadał im kierunek […] i skrócił drogę do celu. Jest to jednak skończona władza papieska, czego tylko zapragnie […]”. A skończona władza papieska jest oczywiście czymś dobrym, obojętne, jak jest realizowana. I w jakim celu. Wilhelm Neuss bowiem jeszcze w roku 1946 mówi o owych uczonych oszustach, że „ich zamiary były najwyraźniej dobre”. Znowu inni katolicy rozstrzygają, w określony dla siebie sposób, między „szlachetnymi” i „pospolitymi” fałszerzami; przy czym „szlachetnym” jest fałszerz działający na rzecz Kościoła, „pospolitym” zaś ten, który fałszuje nie w jego ramach lub wręcz przeciw niemu. W ostatnich czasach nawet jezuita Grotz określa Dekretalia Pseudo-Izydora jako „największe fałszerstwo prawa w dziejach”. Tymczasem się to już bowiem powszechnie rozniosło… 190 Dekretalia Pseudo-Izydora powstały około roku 850 (nie przed 847 i nie po 852 roku) w Rzeszy Wschodniofrankijskiej, może w Sens lub Tours, prawdopodobnie w archidiecezji Reims. Chciano wzmocnić władzę biskupów i papieża wobec państwa, a ponieważ nie było do tego dostatecznych podstaw prawnych, to po prostu je stworzono, czyli sfałszowano. Swe kłamstwo duchowni oszuści (jest to bodaj pleonazm) podawali za dzieło zmarłego w 636 roku w Sewilli doktora Kościoła Izydora. Był on jednym z najbardziej znanych autorów wczesnego średniowiecza, od czasów Augustyna wręcz najbardziej poważanym świętym Zachodu. Wiedziano przy tym, że pozostawił po sobie obszerną księgę praw i w ten sposób wyżej wymienione sfałszowane teksty prawa były uznawane przez całe średniowiecze za prawdziwe wytwory Izydora i oddziaływały mocą jego autorytetu. a) Rozmiar i rodzaj Rozmiar tego aktu kryminalnego jest tak nadzwyczajny, że zachowane do dzisiaj manuskrypty i ich fragmenty przy przeniesieniu na normalny oktaw książkowy wynosiłyby wiele tysięcy stron tekstu. Prawdopodobnie chodzi tu o pracę nie pojedynczego oszusta, lecz całej grupy fałszerzy teologicznych, zachodniofrankijskich duchownych dobrze

103 zorientowanych w materii, najwyraźniej „reformatorów”, którym nie odpowiadało dotychczasowe prawo kościelno-państwowe w Rzeszy frankijskiej, lecz którzy mimo wielu badań do dzisiaj pozostają nieznani. Niewątpliwie dobrze oczytani i wykształceni w prawie i archiwistyce, mniej lub bardziej zręcznie sklecili olbrzymi materiał, łącząc ze sobą rzeczy prawdziwe i sfałszowane. W skład całego zespołu Pseudo-Izydoriów wchodzą cztery duże grupy: 1) Hispana Gallica Augustodunensis, sfałszowane opracowanie zbioru hiszpańskich kanonów z VII wieku. 2) Capitula Angilramni, kolekcja prawdziwych i nieprawdziwych ustaw soborowych, papieskich i cesarskich, jakie papież Hadrian I (772-795) rzekomo przekazał 14 września 786 roku biskupowi Metzu Angilramowi, który zmarł w 791 roku w trakcie wyprawy wojennej Karola I na Awarów. Cel kapituły Angilrama odpowiadał dążeniu hierarchii francuskiej jak największego utrudnienia składania oskarżeń przeciwko niej i podlegania wyłącznie sądownictwu kościelnemu, jak wiadomo bowiem kruk krukowi oka nie wykole. Capitula Angilramni, kończące się wręcz tym, że papież i biskupi nie mogą być oskarżani, że, jak pisze katolik Hans Kuhner, „mogli sobie pozwolić na każdy czyn”, rozszerzają tym samym jeszcze wielkie fałszerstwa symmachiańskie z VI wieku (II, s. 209 i nast.). 3) Benedictus Levita, wielki zbiór dekretów królewskich i cesarskich od Pepina po Ludwika Pobożnego, zestawienie kapitularzy w trzech księgach liczących łącznie 1721 rozdziałów, z których dobre dwie trzecie zostały sfałszowane! Kościelne przepisy zostały tutaj, by przydać im autorytetu państwa, przeistoczone we frankijskie dekrety państwowe z ostatniej przeszłości i wydane przez rzekomego diakona Benedykta Lewitę w roku 847 na rzekome zlecenie arcybiskupa Otgara jako kontynuacja oficjalnie uznanego zbioru kapitularzy zmarłego w 833 roku opata Ansegisa z Fontenelle (St. Wandrille). 4) Dekretalia Pseudoizydoriańskie (Decretales Pseudo-Isidorianae), najobszerniejsza i najważniejsza kolekcja wśród tych czterech grup, gdyż uzyskała największy większy wpływ i odniosła największy skutek: jest to antologia listów papieskich i aktów soborowych od końca I do VIII wieku, od około 91 do 731 roku. Pod przebiegle nadanym pozorem starożytnej autentyczności próbuje uchodzić za kompletny kodeks prawa kanonicznego catolicae. Przy czym dekretalia papieży pierwszych stuleci chrześcijaństwa od rzekomego Klemensa do św. Milcjadesa (311-314) zostały sfałszowane całkowicie, nie pozostawiając najmniejszej luki, a dekretalia od św. Sylwestra I (314-335) do św. Grzegorza II (715-731) częściowo. Dzięki interpolacjom sfałszowano cały szereg postanowień soborowych, od słynnego soboru nicejskiego (325 r.) po trzynasty synod w Toledo (683 r.). Szczególnej uwagi godny jest fakt, że duchowni oszuści włączają w swe „dzieło” jeszcze większe oszustwo: „dar Konstantyna”, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa produkt (kancelarii) papieża Stefana II, powstały o stulecie wcześniej (wyczerpująco na ten temat: IV, s. 244 i nast.). Całe historyczne draństwo składa się z około dziesięciu tysięcy cytatów, wyciągów, nie zawsze zręcznie mozaikowo pomieszanej prawdy i fałszu, jednakże fałszywe treści nie zostały wymyślone w dowolny sposób, lecz spreparowane z prawdziwych tekstów papieży, synodów i autorów kościelnych, z wieloma opuszczeniami, dodatkami i zmianami. Wszakże jest wśród nich ponad sto podrobionych listów papieskich, najczęściej z pierwszych trzech wieków chrześcijaństwa, w których zupełnie nie znano rzymskich dekretaliów. Edykty cesarskie z V wieku, jak choćby Teodozjusza II, pojawiają się jako zarządzenia papieskie z I wieku, a ustępy z synodu paryskiego (829 r.) pojawiają się w dosłownym brzmieniu w tekście zmarłego prawie dwieście lat wcześniej hiszpańskiego doktora Kościoła. „Nie znajdzie się w całej historii drugiego przykładu tak całkowicie udanej, a przy tym tak niezdarnie obmyślonej fikcji”. Taki osąd wyraził historyk Kościoła Ignaz von Döllinger

104 (który po ekskomunice w roku 1871 bez formalnego przystąpienia wspierał Kościół starokatolicki). Historyk papiestwa Seppelt mówi natomiast o z „dużą ostrożnością” przygotowanym i dobrze podbudowanym „w swym rodzaju wspaniałym fałszerstwie”. Historyk papiestwa Kuhner nazywa je wręcz „najskuteczniejszym fałszerstwem całej historii Kościoła” 191. b) Cel Jako cel swego oszustwa, zawierającego wszystko, co jest możliwe: wynurzenia natury liturgicznej, dogmatycznej, moralnej i moralizatorskiej, sami jego autorzy wymieniają systematyczne zebranie bardzo rozproszonych źródeł prawa kanonicznego; jest to oczywiście jawne kłamstwo. Dużo bardziej ich zamiarem, jako że stare prawo było dla kleru bezużyteczne, było stworzenie i przeforsowanie nowego prawa, a przy tym wzmocnienie władzy biskupów zarówno wobec państwa, jak i wobec wielkiego wpływu metropolitów. W ten sposób możliwości oskarżenia biskupów miały zostać bardzo ograniczone, ich osądzenie i złożenie z urzędu niezwykle utrudnione i praktycznie uniemożliwione. Ich, panegirycznie wychwalanych jako „oczy Pana”, „najwyżsi kapłani”, „święci”, „bogowie”, nie mógł oskarżać żaden człowiek świecki, również żaden niższy duchowny i żaden podwładny, któremu można było zagrozić pozbawieniem czci i ekskomuniką. Jeśli jednak zdarzyło się, że wysunięto oskarżenie przeciwko biskupowi, to koniecznych było 72 świadków oskarżenia, co faktycznie niemalże wykluczało jego osądzenie. Sąd nad nim mógł sprawować jedynie synod kościelny mający zezwolenie papieża. Kompetencje jurysdykcji świeckiej zostały zatem całkowicie wyłączone. Biskupowi bowiem podporządkowany był nie tylko lud, lecz również książęta. Oni, jak tego domagano się z naciskiem, mieli go słuchać, gdyż biskup stał ponad wszystkimi książętami i mógł być sądzony jedynie przez Boga i papieża lub jego pełnomocników, co jest powtórzone po wielekroć. Co jest korzystne dla biskupów, jest korzystne i dla biskupa Rzymu. I rzeczywiście monstrualna porcja oszustwa przynosi mu same profity. Tylko do niego bowiem należy pełnia władzy. Jest nie tylko kapłanem, ale i królem. A jeśli już godność biskupia stoi ponad królewską, to co dopiero papieska. Papież jest, kładąc to w usta Feliksa II, „zarazem głową świata”. Dlatego fałszerze nadają mu nawet prawo znoszenia ustaw państwowych. Jeśli jednak głęboko podporządkowano papieżowi władzę królów, to istną „dyktatorską władzę” przyznano mu dopiero prawdziwie w Kościele. Wpajała przecież każdemu, że papież jest jedynym prawodawcą i sędzią Kościoła, że bez jego pozwolenia ani żaden metropolita, ani synod nie może postanowić niczego wiążącego, a wręcz bez jego zgody nie może zostać zwołany żaden synod etc. A nawet, zdaniem łotrów w sutannach, już pierwsi papieże posiadali takie uprawnienia jurysdykcyjne, jakich nie mieli ich dużo późniejsi następcy. Już św. Leon IV stosował ten falsyfikat, zaprezentowany mu w całości lub fragmentarycznie przez duchownych z Reims. Dużo częściej powoływał się na niego jako na kodeks prawniczy również święty Mikołaj I. Używał go od roku 864, gdyż szybko pojął jego nadzwyczajne korzyści dla Stolicy Apostolskiej. Ergo zaświadczył prawdziwość dzieła, które arcybiskup Hinkmar z Reims rozpoznał jako fałszerstwo zaraz po jego wydaniu, co jego samego nie powstrzymało od użycia, jak tylko okazało się przydatne 192. Najwięcej korzyści na dłuższą metę przyniosły papiestwu Dekretalia Pseudoizydoriańskie. Z całego Pseudo-Izydora odegrały największą rolę historyczną i były najbardziej rozpowszechnionym dziełem we wszystkich średniowiecznych zbiorach prawa kościelnego. Powoływano się na nie ustawicznie, by podeprzeć i pomnożyć władzę Rzymu. Nie przypadkiem upierali się przy nich sami papieże. Mikołaj I, Hadrian II, Grzegorz V, Leon IX, Grzegorz VII i inni wykorzystywali je do swych celów politycznych. Osławiony Dictatus papae Grzegorza opiera się w większej części na tym niesłychanym oszustwie. W sporze o inwestyturę zostało ono w pełni przejęte; odegrało niesłychaną rolę w walkach między

105 cesarzami a papieżami w XI i XII wieku. To fałszerstwo, pisze Manfred Hellmann, „w niespodziany sposób podniosło pozycję i powagę Stolicy Apostolskiej”. Było „najmilszym prezentem pisze Walter Ullmann jaki kiedykolwiek otrzymało papiestwo”. Zwłaszcza że wiedziało, jak z niego korzystać i jak pozbawić tych korzyści biskupów, przez autorów oszustwa jeszcze bardziej uprzywilejowanych. Wpływ Dekretaliów Pseudoizydoriańskich na Kościół i prawo kościelne, ogromny w pierwszych wiekach tego tysiąclecia, pozostał wielki aż do XIX wieku, kiedy to z tego mamidła największe korzyści odniósł choćby dogmat o nieomylności Piusa IX, z którego to powodu ten papież jeszcze po 1870 roku, po definitywnym odkryciu oszustwa, publicznie chwalił autorów przy nim obstających! (Odpowiednio do zasług pierwszym krokiem ku kanonizacji Piusa IX było w 1985 roku oficjalne uznanie jego „cnoty heroizmu” wcześniej biskupi katoliccy, katoliccy historycy Kościoła i dyplomaci uznali go za głupiego i niepoczytalnego: por. moja Polityka papieska w XX wieku, 1.1, s. 23). Wymyślony żart z Pseudo-Izydoriami działa jednakże prawie po dzień dzisiejszy, po Codex Iuris Canonici z roku 1917, zastrzegający jedynie papieżowi prawo zwoływania soboru ekumenicznego. Gdy w 1962 roku Jan XXIII zwołał takowy sobór, mógł się oprzeć na co najmniej sześciu punktach w CIC trzech z Dekretaliów Pseudo-Izydora i trzech, które się z nich wywodzą 193. Ponieważ jednak dla głosicieli królestwa bożego nie ma nic ważniejszego niż pieniądze i dobra tego świata, to w największych fałszerstwach niepoślednie miejsce zajmują dziesięciny, świadczenia posługi w niedziele i święta, ochrona dóbr kościelnych, nienaruszalność i niezbywalność stanu posiadania Kościoła. Wszystko, co kler kiedykolwiek otrzymał, pola, księgi, domy, szaty, rzeki etc., wszystkie dobra ruchome i nieruchomości, staje się dobrami Kościoła i każde ich naruszenie jest karane ekskomuniką, utratą wszelkich godności i najcięższymi karami przed sądem świeckim 194. Anastasius Bibliothecarius albo debiut antypapieża Już Leon IV, za którego rządów powstały fałszerstwa pseudoizydoriańskie, je wykorzystywał. Gdy zmarł 17 lipca 855 roku, zamierzano osadzić na jego miejscu kardynała Hadriana. Gdy tenże, rzadki przypadek w historii papiestwa, odmówił być może dlatego, że obliczył sobie, że później będzie miał większe szansę (w czym, jak się okazuje, miał rację) większość wybrała Benedykta III (855-858), rodowitego rzymianina. Wprawdzie kardynał Benedykt był prowadzony już w uroczystej procesji do Lateranu, a podpisany przez duchowieństwo i arystokrację dekret wyborczy został wysłany do cesarza z prośbą o zatwierdzenie, to w tym samym czasie grupa wiernych cesarzowi wybrała na papieża wysokiego rodu, wielce uzdolnionego, a nawet bardzo wykształconego kardynała Anastazego (Bibliothecariusa): nie tylko, jak pisze Wattenbach, „uczonego męża i szczwanego lisa”, lecz również syna bogatego biskupa Arseniusza z Orte, którego zresztą sam Anastazy (w liście do arcybiskupa Adona) nazywa niezgodnie z prawdą wujem (jak jeszcze katoliccy autorzy XX wieku, choćby Seppelt; inni ignorują ten fakt). Kardynał Anastazy jednak w przeciwieństwie do ostatniego papieża ustąpił i najwyraźniej ze strachu przed zemstą nie pojawiał się w swym rzymskim kościele. Jako rywal zarówno wpływowy, jak i posiadający dużą wiedzę i rozum był zwalczany zawzięcie przez Leona IV przez cały pontyfikat, a na wielu synodach, pod koniec 850 roku oraz w maju, czerwcu i grudniu 853 roku ekskomunikowany, skazany na wygnanie i złożony z urzędu było to potępienie uwiecznione w Świętym Piotrze za pomocą obrazów i komentarza. Anastazy znalazł ochronę na terenie, gdzie władał cesarz Ludwik II, a tenże wielokrotnie odmawiał wydania zbiega, o co papież usilnie zabiegał. A gdy następnie wysłani z Rzymu posłowie Benedykta próbowali wręczyć zgodnie z obowiązkiem dekret wyborczy cesarzowi,

106 zostali po drodze w Gubbio (w Umbrii) przechwyceni przez jednego z głównych animatorów stronnictwa cesarskiego, biskupa Arseniusza z Orte, ojca Anastazego, i przeciągnięci na jego stronę, tak że na dworze przemawiali po jego myśli. Po ogłoszeniu wyboru Benedykta za nieważny, oficjalnie wykluczony z Kościoła Anastazy, wprawdzie nieco naruszając legalność, został obwołany w Orte papieżem i powrócił w towarzystwie cesarskich posłów do Rzymu, gdzie początkowo wielu przeszło na jego stronę, a nowi wysłannicy Benedykta III znaleźli się w łańcuchach. Anastazy rozpoczął swe rządy w Świętym Piotrze od usunięcia ze ścian uwiecznionej na nich swej hańby oraz zniszczenia i spalenia obrazów świętych, rozbijając toporem (w końcu był znakomitym znawcą historii Kościoła) nawet figury Chrystusa i Marii. Następnie kazał wyłamać drzwi do Lateranu, zasiadł na tronie papieskim i rozkazał wypędzić swego przeciwnika zajmującego w bazylice inny stolec. Zadanie to wykonał biskup Romanus z Bagnorei. Z orszakiem najeżonym bronią wkroczył do kościoła, strącił Benedykta z tronu i zerwał z niego, pośród poszturchiwań, papieskie szaty. Jednakowoż maltretowany papież dzięki przychylności ludu i zmianie orientacji stronników cesarza zdołał je znów założyć po trzydniowym powszechnym poście, podczas gdy tym razem Anastazy pozbawiony swych insygniów, wśród obelg wypędzony z pałacu, został odprowadzony przy pomocy cesarskich missi, ale tylko do aresztu domowego. A nawet Benedykt kazał wprawdzie odtworzyć w Świętym Piotrze świadectwo jego wyklęcia, lecz później przyjął eks-papieża, choć już tylko jako osobę Świecką, do Kościoła, a Anastazy ponownie zaczął w zadziwiający sposób stopniowo piąć się ku górze. Już następca Benedykta, Mikołaj I, nadał mu jako małą rekompensatę za wszystkie krzywdy doznane od Świętej Matki Kościoła kierownictwo i dochody klasztoru Najświętszej Marii Panny w Trastevere, zatrudnił go potem jako „swego rodzaju tajnego sekretarza”, jako konsultanta, zwłaszcza w sprawach bizantyjskich, przy czym Anastazy wykorzystał okazję do zniszczenia obciążających go materiałów w papieskim archiwum 195. Mikołaj I papież jak pawi ogon, „[…] jakby był panem świata” Mikołaj I (853-867) był synem duchownego i wyrósł na Lateranie. Za pontyfikatów trzech papieży, Sergiusza II, Leona IV i Benedykta III, którego był pierwszym doradcą, zdobywał coraz większe wpływy. A gdy Benedykt zmarł, a kardynał Hadrian odmówił kandydowania, Mikołaj zajął miejsce zmarłego papieża, a mianowicie, jak podają Annales Bertiniani, najważniejsza kontynuacja kończących się na 829 roku Roczników Rzeszy, „bardziej wskutek obecności i dzięki życzliwości króla Ludwika i jego możnych, niż dzięki wyborowi duchowieństwa” 196. Cesarz Ludwik II bowiem na krótko przed śmiercią Benedykta opuścił Rzym, potem jednak natychmiast powrócił i dopomógł diakonowi Mikołajowi do zaspokojenia jego ambicji. A Mikołaj zrewanżował się zaraz we właściwy mu sposób, odwiedzając ponownie wyjeżdżającego Ludwika. W otoczeniu duchowieństwa i arystokracji pozwolił cesarzowi prowadzić kawałek drogi swego konia za cugle, ugościć się w cesarskim namiocie, bogato obdarować, a na odjezdnym ponownie świadczyć uwłaczające usługi stratora 197. Z taką pychą papież rozpoczął swój pontyfikat. Rzekomo już Pepin III w styczniu 754 roku w swym palatium Ponthion odprawił ów upokarzający rytuał wobec Stefana II, gdy ten zimą przekroczył Alpy. Jednakże nie wie o tym nic źródło frankijskie {Annales Mettenses Priores). Raczej ukazuje papieża wraz ze świtą w worze pokutnym i posypanego popiołem, błagającego na klęczkach Pepina…, co potwierdzają i inne relacje (por. t. IV, s. 229).

107 Tymczasem zmienił się układ sił, zniknęły księstwa i królestwa, a rzymscy hierarchowie, nie bez swego udziału, dotarli na same szczyty. Sprawiły to wszelkiej maści przemoc, waśnie i wojny, zniewolenie i oszustwa. Zdobyto tak zwane prawa, przywileje, immunitety, wyłudzono wspaniałe tereny Państwa Kościelnego, od Rawenny po Terracinę, wystawiono siły lądowe i morskie, popełniwszy największe oszustwa w historii, osławiony dar Konstantyna, nie mniej osławione Pseudo-Izydoriana, którymi papież Mikołaj I już zdążył się posłużyć, a które z naciskiem podkreślały owe rzekome ogromne donacje ziemskie 198. Mikołaja I (858-867), którego zwłaszcza katolicy chętnie nazywają „Wielkim” zaczem z reguły można się spodziewać niejednego zalicza Leopold von Ranke nie przypadkiem do ludzi, których należałoby traktować „jako żywy system”. A po czymś takim można się spodziewać paru jeszcze innych rzeczy. Mikołaj nawiązuje bowiem do innych „Wielkich”, do papieskich ambicji Leona I, Gelazego I i Grzegorza I. Do Leona, który z właściwą swemu rodzajowi skromnością stawia papieża w jednym rzędzie z Chrystusem i Bogiem, „wiekuistym najwyższym kapłanem”, jemu „podobnym i Ojcu równym”! 199 Do Gelazego I, który wprawdzie „najmniejszy pośród wszystkich ludzi”, każe publicznie składać sobie hołdy jako „apostołowi Piotrowi” i „wikariuszowi Chrystusa”; który auctoritas papieża stawia ponad potestas cesarza i żąda, by również cesarz wykonywał rozkazy z papieskiego stolca i zginał „pobożnie kark” przed nim 200, który wskazuje z pokorą na to, że Pismo Święte nazywa wręcz „księży już to bogami, już to aniołami”, któremu jednakże jego następca, papież Sabinian zarzuca „żądzę własnej sławy” 201. A wreszcie, pretensje i roszczenia jego „wielkich” poprzedników były jedynie pobożnymi życzeniami, w najmniejszym stopniu jak to pokazano w drugim tomie nie pokrywającymi się z historią. Mikołaj jednak nie sięgał po pożądliwie upragnioną pełnię władzy imperialnej jedynie mimochodem posługując się już wówczas choć ich nie wymienia Pseudo-Izydoriami, lecz zebrał w dużych ilościach i wzmocnił jeszcze bardzo wymowę tego, co było wcześniej rozproszone, jeśli nawet nie za pomocą własnego umysłu, to dzięki wsparciu swego błyskotliwego, odzyskującego od roku 861/862 wpływy ścisłego współbojownika Anastazego Bibliotekarza, który najwyraźniej formułował wiele z pism najwyższego urzędu. Papież Mikołaj rozwinął w pełni zaznaczającą się jedynie w zarysach zasadę papieskiego prymatu jurysdykcyjego. Zażądał omnipotentnej władzy. Jeśli przez Pana papieżowi „zostało przekazane wszystko, to nie brak niczego, co by mu nie zostało dane”. A nikt nie może pomniejszyć przywilejów „stolca apostolskiego”, nadanych przez Boga. Mikołaj przyznał zatem papieżom „książęcą rangę władzy boskiej”, nazwał ich pokornie „książętami nad całą ziemią”, a całą ziemię po prostu „kościołem”, a wręcz po raz pierwszy użył tytułu „namiestników Boga” wobec papieży. Papież nie może być sądzony przez nikogo, również cesarza, ale sam może osądzać wszystkich, oczywiście również sobory, państwa i władców. Jeśli bowiem nawet przysługiwała im pewna samodzielność, to przecież w polityce tak wewnętrznej, jak i zagranicznej mieli się kierować pryncypiami kościelnymi, wszelkie zło trzymać z daleka od Kościoła i wykonywać jego rozkazy i nałożone pokuty, pod groźbą kar ziemskich i wieczystych, ekskomuniki i piekła. Nie dość na tym. Jeśli władza świecka nie jest posłuszna Kościołowi, to czyż nie jest zakichanym obowiązkiem i powinnością wiernych odmowa posłuszeństwa? Wówczas bowiem przestaje obowiązywać i rozciąga się to również na czasy dzisiejsze! paulińska zasada: Bądźcie poddani zwierzchności! O nie, ujawnia się wtedy jej stary trick: macie być posłuszni Bogu bardziej, niż ludziom a Bóg, jak zawsze napominają, to w praktyce oni! Wszyscy mają tańczyć, jak im zagrają. Po stronie władzy świeckiej stać należy jedynie dopóty, dopóki trzyma ona stronę Kościoła, a przynajmniej nie występuje przeciw niemu,

108 wtedy bowiem staje się to ciężką nieprawością, jaka nie ma prawa przydarzyć się po stronie papieskiej, gdyż po tej stronie stoi Bóg! Jeśli zatem przywołują oni prawo, to w tym przypadku mają w istocie na myśli siebie! tak jak i przywołując Boga. „Przypatrzcie się pisze papież Mikołaj do państwa Franków czy rządzą według prawa, w przeciwnym razie należy ich uznać raczej za tyranów niż królów, którym musimy się raczej przeciwstawiać i przeciw nim występować, niż być im poddanymi”. Czy Mikołaj I, którego niektórzy po prawie stu poprzednich papieżach uznają za pierwszego, był teokratą, prekursorem papieskiej dominacji nad światem? Wśród interpretatorów jest to rzecz budząca kontrowersje. Wszakże stanowi swego rodzaju pomost ku Grzegorzowi VII i Innocentemu III, nawet jeśli wiele z przytaczanych cytatów nie jest bynajmniej oryginalnych, a na listy wpływ wywierał najczęściej Anastazy i to nie tylko na ich formę, ale i treść; to akurat jest bezsporne 202. Niewątpliwie papież ten odznaczał się wielkopańską postawą, stylem wybitnie monarchicznoautorytarnym. „Rozkazywał królom i tyranom pisze opat Regino i władał nimi swą powagą, jakby był panem kręgu ziemskiego (dominus orbis terrarum)”‚. W istocie pełen pretensji pontifex maximus ciągnął profity z ciągłego uszczuplania władzy cesarskiej, słabości Karolingów, która bardziej niż wszystko inne pozwalała mu umacniać papiestwo, umożliwiała jak to się wychwala po katolickiej stronie „doprowadzenie do dumnych wyżyn pozycji w świecie, zostawiającej daleko za sobą inne [ośrodki] władzy” podczas gdy dla Centuriatorów Magdeburskich rozpoczęło się wraz z nim w Kościele panowanie Antychrysta. Mikołaj, w postawie równie pański, co budzący strach, na mocy autorytetu książąt apostołów Piotra i Pawła (por. zwłaszcza t. II, rozdz. 2) rościł sobie pretensje do najwyższej władzy i nienaruszalności swych wyroków. Nic nie było ponad jego godność, nic ponad jego prawa, był wręcz nieosiągalny dla nikogo i niczego. Wszędzie usiłuje zaprowadzić supremację swego urzędu. Wszystko ze strony swych ambitnych poprzedników, co bodaj w przybliżeniu jej dotykało, zbiera jako dowód w częstych przypomnieniach, co wcześniej pojawiało się jedynie sporadycznie, łączy we wprawdzie mało oryginalny, lecz imponujący chór. Nawet wydany z kościelnym imprimatur podręcznik historii Kościoła zmuszony jest przyznać, że „centralnej władzy kościelnej, do jakiej dążył Mikołaj, tradycyjne prawo kanoniczne nie znało powstała jako system dopiero od Pseudo-Izydora”. Fantastyczne fałszerstwo prefabrykuje zatem przyszłość. Tymczasem Mikołaj umacnia swą dominację, nie tylko ją propaguje, ale i odpowiednio do tego działa, forsuje jej urzeczywistnienie. A jego zasady, żądania, odmowy, jego protesty przeciw jakiemukolwiek wtrącaniu się cesarzy i królów do Kościoła, jego odrzucanie [odrębnej] kościelności narodowej i państwowej oznaczały, zdaniem katolika Seppelta, „niezmordowaną, zażartą walkę” 203. Na początek Mikołaj zaatakował metropolitów. Jak twierdził bowiem: „Papież ma prawo regulowania spraw wszystkich kościołów, wszelkie synody mogą być zwoływane tylko za jego rozkazaniem, metropolici podlegają jego autorytetowi; gdzie milczy prawo kanoniczne, tam może zaprowadzać nowe”. Metropolici nie chcieli przyjąć tego do wiadomości. A już na pewno nie arcybiskup Jan z Rawenny (850-861), będącej jako rezydencja cesarzy, królów gockich i egzarchów rywalką Rzymu i po nim najpotężniejszą metropolią Italii. Jej kościelni książęta otrzymali w roku 666 od cesarza Konstansa II przywilej autokefalii 204, choć później go utracili; potem mieli niespełnioną nadzieję na uzyskanie własnego państwa kościelnego z pomocą Karolingów, krótko mówiąc, spór o wpływy, posiadłości i niezależność od Rzymu trwał nieprzerwanie. Zaostrzył się wręcz, gdy na raweńskim stolcu zasiadł wojowniczy arcybiskup Jan, zwłaszcza że jego brat, dux Jerzy, świecki przywódca na tym terenie, mocno z nim współpracował.

109 Arcypasterz Jan dążył do samodzielności, udzielnej władzy, rościł sobie pretensje do dóbr papieskich, odbierał je, wyciskał podatki, wyrzucał księży sprzyjających Rzymowi, próbował zapobiegać kontaktom swych biskupów diecezjalnych z papieżem tak samo jak interesom jego urzędników, których obrzucał obelgami. Ostatecznie obciążono go ogromną liczbą prześladowań i nadużyć, również „kacerstwem”, tak że Mikołaj, który opór biskupa „lekceważył niczym pajęczynę”, trzykrotnie zawezwał przed siebie popieranego przez cesarza metropolitę,a następnie obłożył go suspensją 205 i ekskomuniką. Jednakże dopiero gdy i cesarz odciął się od ekskomunikowanego, Mikołajowi udało się zmusić Jana do poddania się, do wielu zobowiązań, a co nie najmniej ważne, do zwrócenia „posiadłości wydartych świętemu Piotrowi” był to pozorny pokój, który długo się nie utrzymał 206. A co oczywiste i w innych miastach współbracia przeciwstawili się św. Mikołajowi, szczególnie ostro zaś Hinkmar z Reims (845-882), najpotężniejszy metropolita nie tylko państwa frankijskiego. Na próżno marzył on o zostaniu papieskim wikariuszem, a nawet z królewską pomocą o oderwaniu zachodniofrankijskiego Kościoła od Rzymu, oczywiście pod prymatem Reims. Arcybiskup Hinkmar pozostawał w otwartym konflikcie z krnąbrnym biskupem Rothadem z Soissons, własnym sufraganem. Opierając się na fałszerstwach pseudoizydorianskich chciał on zachować pewne lub domniemane prawa, których odmawiał mu Hinkmar. Stare i nowe prawo, a właściwiej stare i nowe bezprawie stały naprzeciwko siebie. Ale ponieważ Rothad znów w pełnej zgodności z Pseudo-Izydoriami odrzucał wszelkie zakusy władzy świeckiej na sferę kościelną, na dobra kościelne, beneficja i temu podobne rzeczy, miał przeciw sobie również króla, Hinkmar złożył opornego biskupa „wedle prawa kanonicznego” jesienią 862 roku z urzędu i osadził w klasztornym więzieniu. Działo się to „przy męczeńskim grobie świętych Kryspina i Kryspiniana koło Soissons”, relacjonuje kronikarz z St. Bertin w tym okresie jest to sam arcybiskup Hinkmar (s. 109) i dlatego nie może nas dziwić, że jego brat w Chrystusie, biskup Rothad figuruje u niego „jako nowy faraon” i „jako człowiek przemieniony w zwierzę” (por. t. I, s. 101 i nast., 103 i nast.). Papież Mikołaj uzyskał jednak po szybkiej wymianie listów między Rzymem i Reims podporządkowanie się Hinkmara i ponowne osadzenie Rothada na urzędzie w roku 865. Najbardziej interesujące jest to, że, podając za posiadającym imprimatur podręcznikiem historii Kościoła: „Postępowanie przebiegało całkowicie według reguł fałszywych Dekretaliów…” W istocie papież nie tylko się do nich odwołał w stosunku do Hinkmara, lecz określił je jako od dawna obowiązujące i uzasadnił nimi postępowanie procesowe oraz swój wyrok. Przyjmuje się nawet, że biskup Rothad przywiózł sfałszowany dokument do Rzymu, a może był wręcz jednym z fałszerzy przy czym otwarta pozostaje kwestia, czy papież rozpoznał Dekretalia jako fałszerstwo. Jakkolwiek było wszystkim głoszącym katolicką pokorę Mikołaj musiał zaraz przypaść do gustu, padano bowiem przed nim krzyżem; jak choćby jeden z prałatów, który świadomy swej winy w dewocyjnym stylu właściwym jego rodzajowi błagał o łaskę Jego Świątobliwość: „Wszechmogącemu Bogu i Świętemu Piotrowi i niezrównanej łagodności Waszej Wysokości polecam moją skromną osobę, który sprawujecie Boskie zastępstwo i zasiadacie na wielebnym stolcu najwyższego księcia jako prawdziwy apostoł […]. Waszym rozkazom chcę być powolny we wszystkich cząstkach jak Bogu, zamiast którego i w którego imieniu Wy wszystkim rozporządzacie” 207. Okropność. Jednakże nie każdemu prałatowi przypadło do gustu podobne wysługiwanie się Rzymowi, toteż niejeden hierarcha jeżył się przeciwko nie lubianemu najwyższemu kapłanowi. Ilustruje to spór przypadający po większej części na pontyfikat Mikołaja I, spór,

110 za którego wysuwanymi na plan pierwszy implikacjami z zakresu teologii moralności nie stoi nic innego jak polityka władzy. Spór o małżeństwo Lotara II: cesarz Lotar I dzieli swe państwo Najstarszy syn Ludwika Pobożnego, cesarz Lotar I, zmarł 29 września 855 roku w nadwornym klasztorze Karolingów Prum (koło Trewiru) jako mnich i pośród zakonnych ćwiczeń (s. 111) po tym jak ostatnie lata przeżył na kocią łapę z dwiema niewolnymi dziewkami, a za to ledwie sześć dni w ascezie. O jego duszę zmagały się ponoć okrutnie duchy światła i ciemności, lecz dobrzy aniołowie dzięki błaganiom prumskich mnichów, przez Lotara bogato obdarowanych kosztownościami i dobrami (za co niebo okazuje wdzięczność), odnieśli zwycięstwo. Tuż przed śmiercią cesarz podzielił swe państwo pomiędzy swych trzech synów, co jeszcze bardziej osłabiło już nadwątloną władzę cesarską. Najstarszemu, Ludwikowi II (855-875), już od 840 roku zastępującemu Lotara jako wicekról Italii, przypadł w udziale ten kraj i korona cesarska. Wszakże cesarstwo ograniczało się praktycznie do Italii i, wbrew dotychczasowym poglądom, wywodziło się od koronacji dokonanej przez papieża! Drugi syn Lotara, Lotar II, średni (855-869), otrzymał rdzenne tereny karolińskie wokół Akwizgranu i Metzu z północną Burgundią, regnum Hlotharii, nazwane później od jego imienia i noszące to miano do dzisiaj oraz przylegające od północy obszary nadreńskie po Fryzję. Lotaryngię, będącą przez resztę stulecia terenem sporu najpierw między braćmi Lotara, Ludwikiem Niemieckim a Karolem Łysym, a później innymi władcami wschodniej i zachodniej Frankonii, zdobył wreszcie w roku 925 król Henryk I i włączył na trwałe do państwa wschodniofrankijsko-niemieckiego oczywiście nie bez wypraw wojennych. Najmłodszy syn cesarza Karol Prowansalski, epileptyk, po którym nie oczekiwano ani potomstwa, ani długiego żywota, otrzymał Prowansję, południową Burgundię i ducatus Lyonu. Jego brat Lotar chciał Karola natychmiast umieścić w klasztorze, ale przeszkodzili mu możni prowansalscy. Jednakże Karol zmarł już w wieku zaledwie 23 lat w styczniu 863 roku pod Lyonem i obaj starsi bracia podzielili się jego dziedzictwem; stosunki między nimi pogarszały się stale, doszło do bezowocnych najazdów z obu stron. Skandaliczny handel matrymonialny Lotara II, który przez całe dziesięciolecie odbijał się na historii frankijskiej, ma szczególne znaczenie dla polityki zarówno kościelnej, jak i świeckiej. Doprowadził do tego, że papiestwo stało się ostateczną instancją w sprawach małżeńskich, a z drugiej strony dopomógł państwu wschodniofrankijskiemu/niemcom do zdobycia Lotaryngii 208. Opat Hucbert „dziewki, psy i sokoły” i 6600 męczenników Wedle świadectwa biskupa Adwencjusza z Metzu Lotar już jako małoletni został formalnie zaręczony przez swego ojca z Waldradą. Był z nią związany swoistym małżeństwem o germańskiej tradycji (Friedel-Ehe, ze starowysokoniemieckiego: friedila, „kochanka”, „małżonka”), jakie zawierano zwłaszcza przy różnicy stanu, gdy mężczyzna wżeniał się do rodziny lub uprowadził przyszłą żonę. Jednakże zaraz po śmierci ojca Lotar II z czysto politycznych powodów poślubił Teutbergę, córkę burgundzkiego hrabiego Bozona, której brat, hrabia Hucbert, opanował jako opat St. Maurice przejście przez Alpy z Włoch w dolinę Rodami, a kontrola ważnych przełęczy alpejskich dawała Lotarowi dogodną pozycję do ewentualnych wypadów do Burgundii. Małżeństwo pozostało jednak bezdzietne i by zapewnić ciągłość rządów w swym państwie, po rocznym terminie odsunął w roku 857 od siebie Teutbergę, by poślubić wcześniejszą kochankę Waldradę. Jak i Teutberga pochodziła ona z arystokracji frankijskiej i według wielu źródeł miała być siostrą arcybiskupa Gunthara z

111 Kolonii. Już przed intronizacją Lotara (855 r.) wydała mu na świat syna Hugona i dwie córki, Bertę i Gizelę, które później uznano za równe urodzeniem 209. Od czasów Ludwika Pobożnego, widocznie pod wpływem jego duchownych doradców, przeniknęły po raz pierwszy określone chrześcijańskie wyobrażenia o moralności chrześcijańskiej. Lotar zaś żywił przez całe życie pewną gorącą namiętność, jaką pobożni chrześcijanie owych czasów mogli sobie wyobrazić jedynie jako produkt głębokiej wiary w czary. Regino z Prum uważał króla za „opanowanego przez diabła”, a nawet niezmiernie uczony arcybiskup Hinkmar objaśniał używając całej swej wiedzy kwestię, „czy może być prawdą, jak mówi wielu, że są kobiety, które za pomocą czarów wywołują nieprzepartą nienawiść między małżonkami i takoż mogą zapalić niewypowiedzianą miłość między mężczyzną a niewiastą, tak że mąż nie jest już w stanie obcować ze swą żoną jak małżonek i tylko pożąda innych niewiast”. Arcybiskup potwierdził oczywiście tę opinię, a nawet dołożył poglądową historyjkę z długą listą czarowników i czarów, zwłaszcza że wiedział, iż tak jak dla każdego nałogu, tak i dla nierządu istnieją specjalne diabły. Aż do swej śmierci, przez dwanaście lat, Lotar walczył o rozwiązanie swego małżeństwa, w czym wspierali go obaj biskupi z Kolonii i Trewiru oraz większość arcypasterzy z Lotaryngii. Oczywiście dokonał on przy tej okazji wielu darowizn, jak choćby dla klasztoru Św. Piotra w Lyonie, donacji pod byle pretekstem, za zbawienie duszy swego najmłodszego brata, który tam jest pogrzebany, za zbawienie swego syna Hugona, swej ukochanej małżonki Waldrady, za grzechy swych występków jest wiele okazji, by klasztory i kościoły stały się bogatsze. By uzyskać rozwód, Lotar następnie oskarżył Teutbergę o kazirodztwo z własnym bratem Hucbertem, opatem, również o spędzenie płodu rozgłaszając wiele szczegółów. Opat szerzył zatem wokół grabieże i morderstwa z „bandą złoczyńców”, obcował jak wiadomo często z kobietami i wydał na „dziewki, psy i sokoły” dochody opactwa, wielce sławnego z powodu kości legionu tebańskiego: 6600 mężów zmarłych śmiercią męczeńską za czasów Dioklecjana co stwierdzono jednakowoż prawie półtora stulecia później. (A sama ta liczba przekracza wielokrotnie przypuszczalną liczbę wszystkich chrześcijańskich męczenników w trzech pierwszych stuleciach! Jednakże specjalne oskarżenia opata-kobieciarza były zapewne wyssane z palca. Na próżno również podjął Lotar dwie wyprawy przeciwko bezpiecznie siedzącemu w swych alpejskich zamkach opatowi. Arcybiskup Gunthar z Kolonii zdradza kłamliwą tajemnicę spowiedzi Gdy nawet „sąd boży” „próba wody”, po której zastępca Teutbergi wyjął z gotującej się wody rękę „niesparzoną” zakończył się nie po jego myśli, uznano „wyrok boski” za niewystarczający (już wówczas bowiem niektórzy uważali go za udawany cud, za pomocą którego próbowano przechytrzyć innych tymczasem Kościół, mimo sprzeciwu niemałej liczby teologów, tolerował praktykowanie owego iudicium Dei, a nawet prawdopodobnie wynalazł jego nowe formy, zwłaszcza „próbę krzyża”). I tak królewski arcykapelan, arcybiskup Gunthar z Kolonii (850-870) który roztrwonił tamtejsze dobra kościelne wraz ze świętymi naczyniami „ze złota i srebra i wielu rodzajów” (Annales Xantenses) na rzecz licznych wasalnych krewniaków, jego braci, bratanków, sióstr i siostrzenic zeznał kłamliwie, jakoby Teutberga wyznała mu swój grzech podczas spowiedzi. Na to została osądzona przez przepełniony bólem i zgrozą, zwołany poza Guntharem przez arcybiskupów Teutgauda z Trewiru i Wenilo z Rouen synod krajowy w Akwizgranie w lutym 860 roku, przed którym złożyła wymuszone, spisane na piśmie, jeszcze raz potwierdzone ustnie, ale wkrótce odwołane zeznanie: „Ja, Teutberga, doprowadzona do zepsucia przez niewieścią ciekawość i słabość, dręczona wyrzutami sumienia, składam dla

112 ratowania mojej duszy i z wierności wobec mego pana prawdziwe zeznanie przed Bogiem i jego św. aniołami, tymi wielebnymi biskupami i szlachetnymi panami świeckimi i zeznaję, że mój brat, duchowny Hucbert, uwiódł mnie we wczesnej młodości i popełnił z moim ciałem nierząd sprzeczny z naturą. To poświadczam na moje sumienie, nie przez złośliwe podszepty do tego doprowadzona, ani przez gwałtowny przymus do tego naglona, lecz zgodnie ze szczerą prawdą, tak mi Pan dopomóż, który przyszedł, by ratować grzeszników i tym, którzy grzechy sprawiedliwie i zgodnie z prawdą wyznają, obiecał prawdziwe przebaczenie. Nic nie zmyślam, wyznaję prawdę swymi ustami, potwierdzam ją tym własnoręcznym pismem, gdyż jest to dla mnie, niemądrej i oszukanej niewiasty, mniejszym nieszczęściem wyznać mą winę otwarcie przed ludźmi, niż musieć wyjaśniać przed sędziowskim tronem Bożym i popaść w wieczne potępienie”. Według Regina z Prum król usiłował uzyskać zgodę kolońskiego księcia Kościoła, wówczas swego arcykapelana „na wszelkie sposoby”, obiecał nawet wielkiemu dobrodziejowi własnych krewnych, że poślubi jego bratanicę. Została ona potem, relacjonuje opat, w 864 roku sprowadzona na dwór i, „jak się opowiada, raz przez niego zniewolona (constupratur), a potem wśród śmiechów i szyderstw wszystkich odesłana wujowi”. Duszpasterstwo nigdy nie było rzeczą prostą… Królewska mydlana opera nabierała tempa. Wielebni ojcowie soborowi byli głęboko wstrząśnięci wyznaniem Teutbergi. Zażądali wyjaśnień od króla, czy na „tej niewieście” to wymusił, czemu pośród przysiąg i westchnień zaprzeczył. A Teutberga również zapewniła, że zeznała wszystko dobrowolnie i nie chce wnosić żadnych skarg. Na to zabroniono jej wprawdzie dalszego małżeństwa z Lotarem, ale go nie anulowano. Jednakże królowa znikła natychmiast w klasztornym areszcie, by przez całe życie pokutować i opłakiwać wedle życzenia członków synodu swój postępek. Jednakże jeszcze w tym samym roku uciekła do zachodniej części Rzeszy, gdzie pod skrzydłami Karola Łysego przebywał jej serdeczny brat, żonaty kapłan, opat ubity później w pojedynku, wygnany ze swego opactwa. Karol Łysy zaczął ze swej strony mieć już nadzieję na przynajmniej częściowe zdobycie dziedzictwa swego bratanka oczywiście jedynie w przypadku, gdyby jego małżeństwo zakończyło się bezpotomnie, na co oczywiście liczył. A również jego wpływowy dostojnik kościelny, Hinkmar z Reims, wydając w 860 roku zarówno obszerne, jak i sofistyczne pismo O rozwodzie króla Lotara. Lotar, zdjęty ciężką zgryzotą, najchętniej puściłby hańbę Teutbergi w niepamięć, lecz wszystko nabrało już zbyt dużego rozgłosu. Wręcz „zatrzymałby Teutbergę przy sobie z dobrej woli”, gdyby była „sposobna do małżeńskiego łoża, a nie splamiona haniebną skazą kazirodztwa” (Reginonis chronica). W tym przypadku okazał się przydatny królowi kolejny synod krajowy w Akwizgranie pod koniec kwietnia 862 roku (z biskupami Metzu, Verdun, Toul, Tongern, Utrechtu i Strasburga oraz głównymi mówcami, ponownie metropolitami Kolonii i Trewiru). Uznał on małżeństwo z Teutbergą za niebyłe i zezwolił na inny ślub zgodny z prawem. Jeszcze w Boże Narodzenie poślubił Lotar, „dzięki czarom, jak to mówią, zaczarowany” (Annales Bertiniani), oficjalnie i uroczyście konkubinę z czasów swej młodości, a pewien biskup z państwa Ludwika II, Hagen z Bergamo, dokonał koronacji Waldrady na królową 210. Mikołaj I w walce z episkopatem wschodniofrankijskim i cesarzem Papież jak na razie milczał przez całe lata, mimo jawnego bezprawia, jakie dotknęło Teutbergę, a nawet ignorował jej wielokrotne wołanie o pomoc był faktycznie zależny od brata Lotara, cesarza Ludwika II (s. 134 i nast.), władającego większością Italii, również Rzymem i Państwem Kościelnym. Dopiero gdy Lotar popadł w roku 863/864 w konflikt z Ludwikiem na tle dziedziczenia po ich bracie Karolu Prowansalskim, Mikołaj wystąpił (ostrzej) przeciwko Lotarowi. Zwołał cały episkopat wschodnio-i zachodniofrankijski na

113 synod Rzeszy do Metzu, który też zjechał się w czerwcu 863 roku, ale zgromadził jedynie biskupów Lotara. Doszło do tego dwóch przewodniczących mu legatów, zwanych przez papieża „zaufanymi doradcami”, biskupów Jana z Ficocle (dzisiaj Cervia koło Rawenny) i Radoalda z Porto; ten drugi co stało się tematem plotek został przekupiony przez Bizantyjczyków. Lotar natychmiast wykorzystał okazję i przekupił obu. Legaci za to po części w ogóle nie przedłożyli pism swego zwierzchnika, po części je sfałszowali „i nie czynili niczego, co zostało na nich nałożone zgodnie ze świętym rozkazem” (Annales Bertiniani). I tak małżeństwo Lotara w jego obecności zostało uznane przez biskupów za nieważne, a nieobecna Teutbergą ponownie osądzona, co oczywiście naruszało prawo kościelne, gdyż osoby nieobecnej nie wolno było sądzić. Jednakże postanowiono czego papież nie wymagał zdobyć jego potwierdzenie. Z legatami ruszyli w drogę obaj metropolici, Gunthar z Kolonii, który dostarczył jako szczególny znawca Biblii i kanonów pisma przemawiające za królewskim rozwodem oraz mocno ograniczony, ale jednocześnie wysoko urodzony Teutgaud, do „owego tronu błogosławionego Piotra”, jak to śmiało określa opat Regino, „który ani nigdy nie zwodził, ani nigdy nie dał się zwieść jakiemuś kacerstwu […]” 211. W Rzymie interweniował tymczasem episkopat z zachodniej Rzeszy, podniósł nowe zarzuty przeciwko Lotarowi, a nawet ganiąc ospałość papieża, który dopiero teraz dowiedział się o koronacji Waldrady. A ponieważ liczył on na umocnienie własnej władzy dzięki Karolowi Łysemu, przyjął jego politykę za swoją. Po raz pierwszy wystąpił ostro przeciwko Lotarowi, nazwał jego małżeństwo przestępczym i wszczął przeciwko legatom postępowanie dyscyplinarne, przy czym jednego z dotychczasowych zaufanych, biskupa Radoalda, uczynił ofiarą nowej polityki. Obu kościelnym dostojnikom z Kolonii i Trewiru, którzy jeszcze jesienią 863 roku uroczyście go przyjmowali, kazał czekać trzy tygodnie i ogłosił poprzez synod rzymski bez powołania synodu ich prowincji, czego jeszcze w historii nie było ich odwołanie z urzędów i ekskomunikę: rzecz w zupełności niesłychana bez formalnego postępowania sądowego, bez oskarżenia, obrony, bez przesłuchania i świadków jawne złamanie porządku prawnego, przyjęte jednak burzliwymi oklaskami. Legatów z Metzu dotknęła taka sama kara. Króla Mikołaj jeszcze nie osądził. Natomiast synod w Metzu określił jako „zbójecki” i „kurewstwo”, jego protokół, profanum libellum, został porwany i spalony. O prawne uzasadnienie swego wyroku papież oczywiście nie dbał. Natomiast jego opór sprawił, że państwo Lotara jeszcze za jego życia stało się obiektem waśni między jego sąsiadami ze wschodu i zachodu 212. Gdy papież latem 864 roku ekskomunikował Gunthara, Lotar który mu przecież zawdzięczał niejedno odebrał mu arcybiskupstwo oraz związaną z nim godność lotaryńskiego arcykapelana i dał koloński stolec wedle własnego upodobania jednemu z Welfów, opatowi Hugonowi. Tenże jednak wpadł zaraz „jak zbójecki wilk do owczarni Pana”. Wprawdzie rychło go wypędzono, lecz dopiero „gdy wielu z jego ręki w tym biskupstwie zostało zabitych” (Annales Xantenses). Jedynym oponentem wśród książąt Kościoła był Hinkmar, od 845 roku dzięki przychylności króla zachodniofrankijskiego arcybiskup Reims. Jak to było regułą, pochodził on z kręgów feudalnych i został wychowany w klasztorze St. Denis. Zaliczany był do jednego z wielkich uczonych swych czasów i broniąc żarliwie swych arcybiskupich praw wobec papieża, dążył nie mniej żarliwie do pomnażania własnych przywilejów wobec własnych biskupów, w tym do tytułów prawnych, „o jakich jego poprzednicy nie mieli co marzyć” (Grotz S. J.).

114 Jako metropolita biskupstw lotaryńskich Hinkmar należał wprawdzie do biskupów Lotara, ale jego własna diecezja leżała w przygranicznej części Rzeszy Karola Łysego, którego był wiodącym mężem stanu i najbardziej wpływowym doradcą. Jednakże by móc dzielić i rządzić jako metropolita z jeszcze większą władzą, Hinkmar dążył do przyłączenia Lotaryngii do państwa zachodniofrankijskiego. Stąd miał w kwestii małżeńskiej Lotara znaczny interes polityczny i uczynił z tego cause celebrę” 213. A już naprawdę rację miał król Karol II, szybko zwietrzywszy własne korzyści, pełen „współczucia” dla „nieszczęścia” Teutbergi i mocno przeciwny rozwodowi Lotara, swego bratanka, ponieważ jego bezdzietne małżeństwo gwarantowało mu duży spadek. Tak więc nie tylko przyjął zbiegłą z klasztornego więzienia Teutbergę u siebie i dał jej wygnanemu bratu-kobieciarzowi najsłynniejsze opactwo swego kraju, St. Martin w Tours, lecz odmówił także wreszcie Lotarowi przynależności do wspólnego Kościoła, a nawet podał w wątpliwość jego prawa do królestwa. A arcybiskup Hinkmar awansował oczywiście na tubę propagandową swego pana, szukał własnych korzyści w korzyściach swego króla, piętnował postępek Lotara, już to oburzony, już to pełen drwiny i życzył sobie, by rozstrzygnięcie zapadło dzięki synodowi Rzeszy 214. Obaj ukarani arcybiskupi pośpieszyli jednak wściekli do Benewentu, gdzie cesarz Ludwik II leżał właśnie ze swym wojskiem. Jego początkowo dobre stosunki z papieżem dawno już ochłodły. Wyruszył więc „opanowany gniewem” na Rzym i natknął się na procesję błagalną, zarządzoną przezornie przez Mikołaja obok innych procesji i powszechnego postu w celu odwrócenia cesarskiej uwagi. Papież nie wyszedł monarsze naprzeciw, jak to było w zwyczaju. A żołdacy cesarscy rzucili się na błagalników, poturbowali duchownych, chorągwie kościelne rzucili w błoto, porąbali krzyże, wśród nich krzyż św. Heleny z rzekomymi drzazgami krzyża Jezusowego. Plądrowano, włamywano się do kościołów, demolowano domy, popełniano okropności na mężczyznach i kobietach; byli ranni i zabici. A gdy szlachetny Karoling po kilku dniach opuścił Rzym, jego oddziały zostawiły za sobą nie tylko ograbione i zniszczone domy, lecz również zhańbione Kościoły, zgwałcone zakonnice i inne kobiety… A katolicki Majestat „udał się do Rawenny i tam świętował Wielkanoc…” (Annales Bertiniani). Papież, któremu to wszystko było prawdopodobnie na rękę, schronił się potajemnie w Św. Piotrze i spędził tam dwa lub trzy dni na ścisłym poście. Wyczekiwał spokojnie, udając nieco męczennika. W gorącej wodzie kąpany cesarz, przemieniony wewnętrznie z powodu jednego przypadku śmiertelnego, własnej choroby i wyrzutów sumienia, już wkrótce złagodniał. „Słuchaj, panie papieżu Mikołaju…” koronowane ścierwojady i papieska zmiana frontu Obaj arcybiskupi Kolonii i Trewiru przeklinali teraz ze swej strony Mikołaja I, „który zwie się papieżem, zalicza się jako apostoł do apostołów i mianuje się cesarzem całego świata”. Zarzucili mu „zarozumiałość”, „podstępność”, „gniew tyrana”, „szaleństwo”, również „swoisty zbójecki synod przy zamkniętych drzwiach”, „przeklęty, nędzny wytwór”, który wydał „przeklęty wyrok”. A ponieważ Mikołaj odmówił przyjęcia ich własnego, złożyli przy pomocy Guntharowego brata, wyrzuconego z urzędu biskupa Hilduina z Cambrai i orszaku zbrojnych na grobie św. Piotra zadziwiająco zuchwały list oskarżający, „diabelską i dotąd niesłychaną rzecz” (Hinkmar), zaczynającą się od słów: „Słuchaj, panie papieżu Mikołaju…” przy czym ubili jednego ze strażników grobu i z dobytymi mieczami utorowali sobie odwrót 215.

115 W późniejszym czasie obaj krnąbrni hierarchowie krzyczeli coraz słabiej i zmarli, na próżno dopominając się wciąż o swą restytucję, jako wygnańcy we Włoszech Thietgaud w 868, a Gunthar w 871 roku. A papież Mikołaj, którego obaj biskupi obwiniali nie całkiem bezzasadnie, odgrywał teraz rolę cesarza całego świata, podburzał nie zważając na list św. Pawła do Rzymian, punkt 13 216 frankijskich duchownych do nieposłuszeństwa wobec ich króla. Proklamował, do czego nawiązywało chętnie katolickie średniowiecze, prawo do oporu przeciwko uciążliwemu i występnemu panującemu, przeciwko tyranowi. „W boskim zapale” ekskomunikował w roku 866 Waldradę, jak podają Roczniki Fuldajskie, „wraz z wszystkimi współwinnymi, współuczestnikami i mocodawcami”, groził Lotarowi jednocześnie klątwą i odrzucił wstąpienie do zakonu chyba że król zobowiąże się zarazem do celibatu! „Ponieważ poddałeś się popędowi swego ciała i puściłeś wodze rozpusty pisał do niego papież „popadłeś w morze nędzy i leżysz w brudzie kału”. Odzwierciedla to mimochodem dość dokładnie głoszoną przez całe stulecia moralność seksualną, którą Roberto Zapperi sprowadził do krótkiej formułki: „Wszystko, co wiąże się z seksualnością, jest nieczyste”. Ponieważ stan spraw Lotara wyglądał coraz gorzej, jego stryjowie sięgnęli po łup, na który długo czyhali. Wprawdzie jedynym prawnym spadkobiercą Lotara był cesarz Ludwik którego Lotar na krótko przed śmiercią odwiedził w Benewencie, to jednak Karol Łysy i Ludwik Niemiecki zawarli w maju 867 roku przy grobie Ludwika Pobożnego w klasztorze St. Arnulf w Metzu niezwykle podły „traktat rozbiorowy”, dotyczący kraju Lotara. W obecności wielu biskupów i arcybiskupów ze wschodu i zachodu Rzeszy przyznali sobie „w prawdziwym braterstwie” zresztą na ziemi ofiary oczekiwany przyrost terytorium po równej części; i oczywiście obiecali ochronę Kościołowi rzymskiemu. Jednakże Lotar, któremu groziło, że jego państwo przypadnie obu stryjom, odnowił na to zaraz we Frankfurcie starszy sojusz z Ludwikiem Niemieckim, wyglądający na opłacalny dla tego drugiego, natychmiast bowiem poszukał pośrednictwa papieża, znalazł aprobatę również u własnych biskupów, którzy widzieli w nim bohatera wojennego, gdyż właśnie przepędził Normanów. Papież Mikołaj pozostał jednak nieugięty. Jeszcze z łoża boleści, na dwa tygodnie przed śmiercią, wysłał nieustępliwy list na północ i zmarł 13 listopada 867 roku „po wielu trudach dla Chrystusa [,..]” 217. Jego postawa, odpowiadająca nauce Kościoła, przyniosła odtąd Mikołajowi wielką sławę. Abstrahując od tego, że na przykład żaden papież i biskup nie protestował, gdy Karol „Wielki” rozwiązywał swe małżeństwo i zawierał nowe, to dla postępowania Mikołaja decydujące były najwyraźniej doraźne względy polityczne. Jako że więcej spodziewał się dla swej władzy ze strony Karola Łysego, to zmienił front, przeszedł od cesarza Ludwika II na stronę Karola, mówiąc językiem czasów późniejszych, z papieża cesarskiego stał się francuskim. Czynił widoki Karolowi Łysemu na koronę cesarską, sprzyjał jawnie jego planom co do dziedzictwa jego bratanka, a nawet „pokazał Karolowi możliwość, że przy pewnych warunkach może położyć rękę na państwie Lotara już za jego życia” (Haller). Wprawdzie Karol Łysy, przekupiony przez Lotara odstąpieniem bogatego opactwa St. Vaast, na pewien czas przeszedł na jego stronę, wszakże zwrócił się rychło ku papieżowi 218. Przemyśleć należy również rzecz następującą. Małżeństwo w owym czasie jeszcze długo nie miało przyszłej kościelnej rangi. Katolicki teolog moralności Bernhard Haring uznaje wprawdzie w III tomie swej teologii moralności Das Gesetz Christi (Prawo Chrystusowe) jedynie na jednej stronie kilkakrotnie, że małżeństwo zostało „ustanowione już w raju”, jednakże przy wskazaniu na „podniesienie małżeństwa do rangi sakramentu” przez Chrystusa nie przytacza żadnego źródła biblijnego. W istocie bowiem przejęto monogamię od ludów pogańskich jak wszystko, czego nie wzięto od żydów! przez całe stulecia nie troszcząc się o zaślubiny. Sam Mikołaj I nie

116 wymagał odpowiedniej ceremonii kościelnej. Dopiero w rozwiniętym średniowieczu następuje oświadczenie zgody małżonków przed księdzem. A dopiero w XVI wieku małżeństwo staje się regularnym sakramentem! Nie powinno więc dziwić, że w Rzeszy frankijskiej biskupi nie zajmowali się od strony prawnej problemami małżeńskimi i przez dłuższy czas nieszczególnie mieli na to ochotę. Gdy Ludwik Pobożny przykazał synodowi biskupów w Attigny (822 r.) rozstrzygnięcie sporu między małżonkami, a raczej usiłował przykazać, biskupi oddali go w ręce świeckich, którzy mieli rozstrzygać na podstawie prawa świeckiego! Według Wilfrieda Hartmanna zapewne jeszcze około roku 860 było w Rzeszy frankijskiej oczywiste, „że konflikty małżeńskie należą do sądu świeckiego”. Dopiero pod koniec IX wieku hierarchowie uzyskali również to prawo i zaczęli wydawać sami wyroki w kwestii rozwodu 219. Podczas gdy Mikołaj I oddawał właśnie ducha, jeden z jego krewnych, magister militum Sergiusz zagrabił skarbiec kościelny. A książę Spoleto Lambert i książę Kapui wykorzystali jego śmierć, by pod koniec 867 roku obrabować pałace, kościoły i klasztory oraz uprowadzić córki arystokracji. Ze strachu przed napadem i gwałtem wielu uciekło z miasta. Od idylli rodzinnej pod rządami Hadriana aż po bezinteresowną śmierć cesarza Ludwika II „za sprawę Chrystusa” Po śmierci papieża rozpoczęła się niezwykle zażarta kampania wyborcza, w której walczyli zwłaszcza stronnicy cesarza z rywalizującymi z nimi „nikolaitami”, zwolennikami ostatniego papieża, którym towarzyszyły aresztowania i wszelkiego rodzaju ekscesy; dały znać również ambicje wcześniejszego antypapieża Anastazego. W powszechnym zamieszaniu usunął on z archiwum papieskiego i zniszczył nie tylko obciążające go akta, lecz kazał również oślepić jednego z osobistych wrogów, szukającego schronienia w kościele. Na upragniony tron dostał się w końcu kapłan 75-letni i żonaty. Hadrian II (867-872), jako kandydat na papieża wymieniany już w roku 855 i 858, był latoroślą biskupa Talarego z Minturno-Gaety i czerpał owoce z jego sławy. Mówiło się ponadto, że modły tego jednookiego i utykającego Ojca Świętego są w cudowny sposób wysłuchiwane. Przed wyświęceniem poślubił pewną pannę, Stefanię, miał z nią córkę nieznaną z imienia, może również synów, i wiódł następnie świątobliwe życie rodzinne w papieskim pałacu. Wszystko to skończyło się nagle 10 marca 868 roku, gdy jeden z synów biskupa Arseniusza, Eleuter, domagając się oddania mu za żonę zaręczonej już z kimś innym córki papieża, w czasie Wielkiego Postu uprowadził ją wraz z matką Stefanią, żoną papieża, i zniewolił. Nie dość na tym gdy na wezwanie Hadriana o pomoc interweniował cesarz Ludwik, zawiedziony w nadziejach Eleuter zabił w napadzie szału obie kobiety i sam został zarąbany. Biskup Arseniusz, który najwyraźniej sam maczał w tym palce, uciekł z Rzymu i wkrótce zmarł. Domniemanego inicjatora tragedii, antypapieża Anastazego i brata mordercy, Hadrian jeszcze 8 marca 868 roku, na dwa dni przed opisywanym morderstwem, w liście do Hinkmara z Reims nazywa swym najukochańszym Anastazym, przywraca do godności kapłańskiej i czyni bibliotekarzem Kościoła. Potem jednak bez przesłuchania, świadków i obrony ponownie pozbawia kapłaństwa i ekskomunikuje. Upadek i wzlot Anastazego: śmierć Lotara II „sąd boży” Osądzenie kardynała Anastazego nastąpiło na synodzie rzymskim z 12 października 868 roku pod najcięższymi zarzutami: usiłowania poróżnienia cesarza i Kościoła rzymskiego, obrabowania pałacu papieskiego po śmierci Mikołaja I, kradzieży dekretów synodalnych wydanych przeciwko niemu za czasów Leona IV i Benedykta III, udziału w uprowadzeniu i zamordowaniu żony i córki Hadriana. Jeszcze inne zarzuty rzucił mu w twarz na synodzie

117 papież oraz oświadczył: „Na koniec jak wielu z was razem ze mną słyszało od pewnego kapłana Adona, z nim nawet spokrewnionego, i co zostało mi odkryte skądinąd w jaskrawej niewdzięczności wobec dobrodziejstw, jakie mu wyświadczyliście, wysłał pewnego człowieka do Eleutera i podmówił go, by dokonał morderstw (exhortans homicidia perpetrari). I stały się, wiecie o tym”. Tymczasem, już pod koniec roku 869, Anastazy ponownie został doradcą papieża, był przynajmniej znów bibliotekarzem Kościoła rzymskiego, co rzuca osobliwe światło na Ojca Świętego 220. By wesprzeć swą papieską władzę wobec biskupów, głęboko pobożny, ale nie obdarzony szczególnie mocnym charakterem Hadrian już na początku swego pontyfikatu powołał się na licznych Ojców Kościoła, dokładnie na 21 sentencji, które wszystkie pochodziły z fałszerstw Pseudo-Izydora 221. Oczywiście nie był on człowiekiem pokroju swego poprzednika. Kluczył, lawirował, jak choćby uwalniając wprawdzie pod pewnymi warunkami, ale na podstawie samych przyrzeczeń z banicji Waldradę i udzielając Lotarowi, który za to wręczył wiele darów w złocie i srebrze, 1 lipca 869 w Monte Cassino komunii. Przecież król wręcz zapewnił (a jego świta to potwierdziła), że nie ma już żadnych kontaktów z Waldradą. Również „jego wspólnicy (fautores) przyjęli wraz z nim komunię z rąk papieża”; wśród nich nawet pozbawiony urzędu koloński arcybiskup Gunthar, „inspirator i sprawca tego publicznego cudzołóstwa”; onże jednak po złożeniu specjalnego oświadczenia „przed Bogiem i jego świętymi…” (Annales Bertiniani). Jeszcze w czasie podróży do domu, podczas której jego orszak padł ofiarą zarazy, również Lotar został złożony w Lucce gorączką i zmarł 8 sierpnia 869 w Piacenzy był to „sąd boży”, jak powszechnie sądzono, z powodu krzywoprzysięstwa dokonanego w Monte Cassino. Pogrzebano króla w małym klasztorze St. Antonin poza miastem. Teutberga natomiast, która wkrótce miała odwiedzić jego grób, przynajmniej wspaniale obdarowała tamtejszych mnichów, by modlili się za spokój duszy jej małżonka (wszystko bowiem ma tu swoją cenę!), zakończyła żywot jako opatka bogato wyposażonego przez Lotara klasztoru św. Glodezindy w Metzu. A jej rywalka Waldrada została zakonnicą w Remiremont nad Mozelą 222. Chwała i zwycięstwo dla Karola Łysego i „zwycięstwu chwała!” biskupów Ledwie Karol Łysy przez całe życie jeden z najbardziej chciwych, wiarołomnych, tchórzliwych, ale odnoszących największe sukcesy władców swoich czasów dowiedział się o niespodziewanym końcu swego bratanka Lotara II, wpadł wbrew wcześniejszym uzgodnieniom do Lotaryngii. Sytuacja była korzystna: Lotar nie żył, jego syn Hugo pochodził z nieprawego łoża, a poza tym był jeszcze dzieckiem; Ludwik Niemiecki leżał ciężko chory w Ratyzbonie. A jego synowie, jak przystało na dobrych chrześcijan, byli wszyscy w polu przeciwko Słowianom: królewicz Ludwik (III) wojował przy pomocy Sasów i Turyngów z Serbami, Karloman z Bawarami walczył z Morawianami, a królewicz Karol III zastępował z oddziałami frankijskimi i alamańskimi chorego króla, który polecił „Bogu rezultat sprawy”. Natomiast cesarz Ludwik, brat Lotara i najbliższy spadkobierca, był nie tylko daleko, lecz i bardzo zajęty. Od trzech lat wojował on z Saracenami w Dolnej Italii, gdzie obiegł od strony lądu Bari, ich bastion w Apulii, a także przy pomocy bizantyjskiej floty liczącej 400 okrętów zamknął ich od strony morza. Natomiast Karol Łysy, od lat z uwagą obserwujący wszelkie wydarzenia w Lotaryngii, zwłaszcza proces rozwodowy Lotara II, stał tuż pod drzwiami i mógł liczyć w czasie zaczynającej się łupieżczej wyprawy na współdziałanie wielu biskupów, na Hattona z Verdun, Adwencjusza z Metzu, Franca z Leodium, Arnulfa z Toul i.in., towarzyszył mu

118 również arcybiskup Hinkmar z dwoma sufraganami, co pozwala na wniosek, że „od początku popierał” plany uzurpacyjne i „fachowo” kierował napadem (Reinhardt). Wprawdzie w Attigny niektórzy lotaryńscy biskupi i możni zażądali od Karola, by nie przekraczał granicy, lecz inne poselstwo zapraszało go, by możliwie szybko przybył do Metzu, gdzie biskupem był Adwencjusz, równie gładko agitujący na rzecz Karola, co wcześniej Lotara. Bez namysłu agresor ruszył naprzód. W Verdun złożył mu hołd miejscowy biskup, a z nim biskup Toul, w Metzu dalsi. A 9 września 869 roku Adwencjusz witał tamże w kościele Św. Stefana króla Karola jako następcę wybranego od Boga i prawowitego spadkobiercę. Adwencjusz nie ustawał w powtarzaniu zaklęć o Bogu, zbawcy w potrzebie, by wszystkim uświadomić, że nie chodzi tu o nic innego, jak o wolę Boga, aby obecnego tu pana Karola, prawowitego dziedzica, wybranego przez samego Boga na swoją chwałę, uczynić swym królem i władcą. A za zwierzchnikiem z Metzu poszło wielu innych pasterzy. Engelbert Muhlbacher nazywa to „komedią usprawiedliwiania”. „Biskupi, którzy jeszcze przed upływem roku tak uroczyście wyznali swój patriotyzm wobec zachodniofrankijskich zamiarów zaborczych, nie zwlekali ani chwili z udzieleniem kościelnego poświęcenia złamaniu prawa wobec bratanka i złamaniu traktatu wobec brata. Nieprawda i obłuda, przed którymi się nie wahano z wciągnięciem imienia Bożego w swe machinacje, kamuflowały własne cele. Skąd uzyskali prawo, w dodatku będąc mniejszością, prawo dysponowania państwem, którego posiadanie związane było z dziedziczeniem, w państwie, które znało jedynie królestwo dziedziczne, prawo do powołania obcego króla? Czy czynili coś innego, niż zachodniofrankijscy możni, którzy wezwali do swego kraju króla niemieckiego? Czy Karol nie był uzurpatorem tak samo, jak niemiecki król przy ataku na Rzeszę zachodnią? A przecież zarówno Hinkmar z Reims, jak i po części ci sami biskupi sami uznali, że owego króla niemieckiego osądzili nie dostatecznie ostro, że nie upokorzyli go dostatecznie głęboko?” Karol upierał się ze swej strony przy wyborze swej osoby przez Boga, podnosił powszechną zgodę duchownych i możnych świeckich, obiecywał bronić chwały i czci Kościoła, szanować i chronić poza tym wszystko, co możliwe to, co przy takiej okazji zwykle się klepie. Zrozumiałe, że i arcybiskup Hinkmar zaklinał się, że król Karol przybył do Metzu pod boską opieką. Po czym zaintonowano Te Deum laudamus i królewski łotr pozwolił wypowiedzieć każdemu biskupowi krótką modlitwę za swą chwałę (i zwycięstwo) oraz namaścić się i ukoronować, by zaraz potem zrelaksować się w Ardenach przy „szlachetnych” łowach, nabierając sił do nowych czynów. Na przykład gdy właśnie 6 października zmarła w St. Denis jego żona Irmintruda, matka ośmiorga dzieci do spotkania ze swą młodą konkubiną Rychildą, krewną Lotara II. Hrabia Bozo otrzymał zadanie dostarczenia jej jak najszybciej i za tę usługę otrzymał obok innych lenn opactwo St. Maurice. Katolicki władca, wdowiec nawet nie od tygodnia, nim jeszcze minęły trzy dni, od kiedy dowiedział się o śmierci swej małżonki, 12 października świętował „zjednoczenie” z Rychildą podczas gdy równocześnie Normanowie, siedzący już nad Loarą, pustoszyli zgodnie z wszelkimi regułami sztuki wojennej Le Mans i Tours 223. Biskupi w niezliczonych wypowiedziach widzieli Karolową uzurpację jako inspirację boską, a zabór kraju uznali za boskie dzieło. Papież Hadrian II natomiast starał się uzyskać następstwo na tronie dla Ludwika II, jego „ukochanego duchowego syna”, przez opata Regina nazywanego nie tylko „pobożnym”, lecz również „obrońcą Kościoła” i „pełnym pokornej uniżoności wobec sług bożych”, co stanowi więcej niż wszystko inne. Przy tym cesarz, na własną szkodę, wojował z coraz bardziej napierającymi Saracenami, zwyciężał ich, nie mogąc jednak przerwać walki, by choćby zadbać o swe północne dziedzictwo. Ergo Ojciec Święty zagroził wszystkim ekskomuniką, szczególnie jednak biskupom, którzy przeciwstawili się jego podopiecznemu i sięgnęli po jego dziedziczne prawa; że potraktuje ich jak niewiernych i tyranów. Wszakże nikt się nie przejął pokrzykiwaniem z Rzymu, a sam cesarz był daleko i,

119 jak już była mowa, zajęty życzeniami papieża nie przejął się tym bardziej Karol Łysy. Związał się nawet z wodzem Normanów, Rorykiem, który zostawszy tymczasem chrześcijaninem, wszelako pozostał również „biczem chrześcijaństwa” tak jak to zresztą chrześcijanie od stuleci byli takowymi biczami wobec siebie nawzajem i takimi pozostają. Gdy niespodzianie ozdrowiały Ludwik Niemiecki zagroził uzurpatorowi wojną i zaraz ruszył przeciw niemu, Karol poszedł na ustępstwa. Po długich pertraktacjach obaj królowie zjechali się w Meersen (nad Mozą w Niderlandach, gdzie w połowie stulecia frankijscy władcy wielokrotnie radzili) i nie zwlekając podzielili 8 sierpnia 870 roku, dokładnie w rok po śmierci Lotara II, jego państwo między siebie; przy czym granicę stanowiły mniej więcej Moza, Mozela i Saona póki dziesięć lat później traktatami w Verdun (879 r.) i Ribemont (880 r.) cała zachodnia część Lotaryngii nie przypadła ponownie wschodnim Frankom 224. Dalsze protesty papieża ustąpiły przed faktami dokonanymi. Lecz ani Karol Łysy, „po raz trzeci upomniany”, ani chyba najbardziej rugany arcybiskup Hinkmar, którego papież nazywał inicjatorem zła, zaboru, ani pozostali biskupi się tym nie przejęli. A raczej Ojciec Święty usłyszał od Karola, że to królowie Franków panują w swych krajach, a nie biskupi, dlatego też spokojnie zaanektował to, co mu przyniósł traktat o podziale z Meersen. Tak jak Hadrian musiał ustąpić wobec Lotara i Waldrady, tak i w innych konfliktach, w sprawach cywilnych i kościelnych w Rzeszy Karolingów, zwłaszcza w sporze biskupa Hinkmara z Laon i jego możnego wuja Hinkmara z Reims oraz Karola Łysego. Wystrzegano się interwencji, do których nie był uprawniony. Karol wyprosił sobie w ogóle rozkaz z Rzymu ingerujący w jego prawa. Papież musiał wręcz wyprzeć się własnych listów pisanych przez swego sekretarza. Zabrano mu je, jak wyjaśniał, podczas choroby, a nawet sugerował, że ktoś je wymyślił. Również synod 30 frankijskich biskupów opowiedział się po stronie króla. Cesarz Ludwik II umiera z wyczerpania dla sprawy Chrystusa, a Kościół przejmuje jego spadek Tymczasem pojawiło się w owym czasie małe światełko na południu Italii. Ludwikowi II udało się wreszcie po wieloletnim oblężeniu zdobyć z bizantyjską pomocą w 871 roku Bari, centrum Saracenów, siedzibę arabskiego emira. Wprawdzie cesarz w tym samym roku został nagłym atakiem wzięty do niewoli przez księcia Benewentu Adelchisa, po czym stracił swą dominującą pozycję, jednakże mniej z tego powodu niż wskutek niekorzystnych układów dynastycznych. Jego żona Angilberga, pochodząca z frankijskiego rodu Suponidów, była wprawdzie niezwykle aktywna w jego rządach, nawet (szczególnie od jego choroby i rany odniesionej na polowaniu w roku 864) w akcjach zbrojnych, urodziła mu jednak jedynie dwie córki. Jej próba przekazania ewentualnego dziedzictwa Italii wraz z koroną cesarską Karolingom wschodniofrankijskim, spaliła na panewce z powodu oporu górnoitalskiego możnowładztwa, które w większości opowiedziało się za Karolem Łysym. A i papież w nagłym zwrocie politycznym zaczął robić Karolowi nadzieję na cesarską koronę 225. Cesarz Ludwik II (855-875), najstarszy syn Lotara I, prawie całe życie spędził we Włoszech. Na południu kraju rywalizowali o władzę Bizantyjczycy i Longobardowie, dochodziły do tego spory lokalne wszystko oczywiście było wodą na młyn Saracenów, przeciwko którym Ludwik powołał pod broń w roku 866 wszystkich mężczyzn Italii. Często chwalony i wciąż zachęcany przez papieży, prowadził częste wojny, podbił książąt Salerno, Benewentu, Kapui, długo walczył w Apulii, wszakże był w stanie swemu cesarstwu zapewnić supremację jedynie we włoskiej części Rzeszy, ale nie na północ od Alp, gdzie w „państwie środkowym” panowali jego bracia, Lotar II i Karol Prowansalski, tak że Hinkmar z Reims nazywał go pogardliwie „imperator Italiae”. A w końcu musiał też pozostawić południe

120 samemu sobie, przede wszystkim z powodu wrogości swych chrześcijańskich książąt, zwłaszcza zaś cesarza wschodniorzymskiego. Ludwik II, który „całkiem nadaremnie strwonił siły dla sprawy Chrystusa” (Riche), zmarniał na obczyźnie i gdy zmarł 12 sierpnia 875 roku pod Brescią, całe jego własne mienie we Włoszech odziedziczył Kościół. Nic dziwnego, że biskup Anton z Brescii i arcybiskup Ansbert z Mediolanu zaraz wzięli się za łby o jego ciało. Biskup Anton zdążył już je pochować w kościele Panny Marii w swoim mieście, gdy metropolita mediolański w towarzystwie arcypasterzy Bergamo i Cremony i całego kleru zabrali je wśród hymnów do Mediolanu. Ponieważ cesarz nie pozostawił żadnego męskiego potomka, korona miała przypaść Karolingom wschodniofrankijskim i królem Italii miał zostać jeden z ich kuzynów; sam Ludwik II naznaczył na swego następcę Karlomana, najstarszego syna Ludwika Niemieckiego; również cesarzowa-wdowa i jej dwór działali w tym kierunku. Lecz Ludwik Niemiecki był stary, jego państwo miało zostać podzielone wśród trzech synów, włoscy możni byli skłóceni, a papież Jan VIII przyznał koronę cesarską Karolowi Łysemu, co już potajemnie obiecał mu poprzednik Jana Hadrian II. Przy tym koronował tenże jego ostatnia przekazana źródłowo aktywność urzędowa Ludwika II w połowie marca 872 roku w katedrze Św. Piotra po raz drugi na cesarza. Jednakże w tym samym roku, roku swej śmierci, pisał do Karola: „Zapewniamy was szczerze i wiernie lecz niech to będzie tajną mową i listem pokazywanym tylko najzaufańszym że […] jeśli wasza wysokość za naszego życia przeżyje cesarza, to nawet gdyby ktoś nam miał zaoferować wiele korców złota, nie będziemy na rzymskiego króla i cesarza dobrowolnie pragnąć i wspierać nikogo innego niż ciebie […]. Jeśli przeżyjesz naszego cesarza, to […] pragniemy wszyscy ciebie nie tylko jako naszego przywódcy i króla, patrycjusza i cesarza, lecz jako obrońcy obecnego Kościoła […]”. Jedynie o korzyściach Kościoła rzymskiego myślał oczywiście Jan VIII, który w roku 872 został papieżem, a teraz zaoferował tron cesarski królowi zachodnio-frankijskiemu, co później wyjaśnia w ten sposób: „Karol wyróżnia się swą cnotą, walką na rzecz wiary i prawa, troską o szacunek i wykształcenie duchowieństwa. Dlatego Bóg wybrał go dla chwały i wyniesienia Kościoła rzymskiego”. Nie było to korzystne dla Italii, ale przecież takie być nie miało. Za to nastąpiły szybko zmieniające się niestabilne rządy: Karol Łysy, Karloman, Karol III, Berengar I, Gwido. A nikt inny nie przeszkadzał w Regnum Italiae tak egoistycznie i świadomie w jakimkolwiek rozwoju w kierunku własnego państwa, jak przez całe wieki papieże 226. W czasach Hadriana II Rzym musiał przyjąć kilka bolesnych kompromisów i ponieść kilka porażek. Największej straty doznał w związku ze sporem o misje, który z konfliktu o kompetencje rozwinął się w walkę między Wschodem a Zachodem na Półwyspie Bałkańskim i poza nim. Rzym traci Bułgarię Przy szerzeniu chrześcijaństwa kościoły Wschodu i Zachodu nie działały zgodnie, lecz przeciw sobie; ostro ze sobą konkurowały. Każda ze stron chciała wyrwać jak najwięcej „dusz” dla siebie. Frankowie Czechów i Morawian, Chorwatów i Serbów, a Grecy w kraju kijowskich Waregów 227 skandynawskich wodzów, którzy osiedli tam ze swymi drużynami pod koniec VII lub na początku VIII wieku (s. 303). Wszelako Grecy stworzyli front antyfrankijski również na Morawach. A gdy chan Bułgarii Borys stanął w 862 roku po stronie Karlomana zbuntowanego przeciw ojcu, królowi wschodnio-frankijskiemu, na co Frankowie postanowili zchrystianizować Bułgarów, cesarz Michał III podbił ich i zmusił do przyjęcia chrztu z rąk swoich kapłanów.

121 Bułgarzy, których naród powstał w wiekach średnich ze stopienia się Traków, Słowian i Protobułgarów, byli pierwotnie Azjatami siedzącymi w środkowym i górnym biegu Wołgi, gdzie stworzyli chanat (później zislamizowany); jego stolica Bułgar i sam chanat przetrwały do późnego średniowiecza, gdy przetoczyła się przez nie nawała Mongołów. Szlakiem Hunów grupy Bułgarów dotarły nad Dunaj, na Bałkany, stopniowo tam się osiedliły i stały się groźnym sąsiadem Bizancjum. Dla obrony przed nimi cesarz Anastazjusz I (491-518), zdeklarowany monofizyta (II, s. 211 i nast., 219 i nast.) wzniósł oddalony o 65 km od Konstantynopola mur, sięgający od morza Marmara do Morza Czarnego. Za czasów Justyniana (II, rozdz. 7) Bułgarzy z innymi plemionami słowiańskimi napływali kolejnymi falami, w roku 557 wtargnęli do Tracji, a około roku 589 osiągnęli Peloponez. W roku 592 cesarz Maurycy rozpoczął z nimi wojnę, ciągnącą się jeszcze długo po jego zamordowaniu. Pod koniec VII wieku zmusili bizantyjskiego władcę do płacenia rocznego trybutu, a w 716 roku do uznania własnej niezależności. Ich pierwsze królestwo, założone w 681 roku ze stolicą w Plisce, przetrwało do 1018 roku. Jednakże Bułgarzy przecenili swe siły, gdy nieco po połowie VIII wieku na południu i południowym zachodzie zaatakowali ziemie bizantyjskie. Cesarz Konstanty V Kopronymos poprowadził w odwecie dwadzieścia wypraw wojennych lądowych i morskich przeciwko chanowi Terwelowi w ciągu dziesięciu łat, oczywiście go nie zwyciężając. Jakkolwiek bardzo osłabieni i mimo częstych przewrotów pałacowych, gdy zabijano lub wypędzano panujących, Bułgarzy podnieśli się znowu i pod panowaniem chana Kruma (803-814), jednego ze swych najznaczniejszych władców, poczynili nowe zdobycze, m.in. w roku 809 zdobyli Serdikę (Sofię). Wprawdzie cesarz Nikifor I odpowiedział na wrogą Bizancjum politykę zagraniczną Kruma wyprawą w 811 roku, podczas której zajął i zburzył przy pomocy swej wielkiej armii bułgarską stolicę Pliskę, jednakże 26 lipca w trakcie powrotu, chyba na przełęczy Verigava (dzisiaj Vurbiśki prochod), został napadnięty z zasadzki i zarówno przegrał bitwę, jak i stracił życie. Od tego roku bułgarscy carowie, nazywający się już „władcami z woli Bożej”, pijali z czaszki bizantyjskiego cesarza, oprawionego w złoto czerepu czaszki Nikifora. Krum ze swej strony obrócił w ruinę prawie całą Trację, doszedł pod mury Konstantynopola, zmarł jednak nagle pośród przygotowań do oblężenia w kwietniu 814 roku. Jeden z jego następców, chan Borys I (852-889, zm. 907 r.), dążył do zbliżenia między Cesarstwem Bizantyjskim a Państwem Wielkomorawskim pod rządami Rościsława, do sojuszu z Ludwikiem Niemieckim i otwarcia wobec Kościoła wschodniofrankijskobawarskiego. Początkowo Bizancjum było temu przeciwne, zmuszając Borysa w 864 roku przy pomocy wielkiej wyprawy zbrojnej, niespodzianej demonstracji wojsk i floty, do porzucenia sojuszu z Frankami i nakazania przyjęcia chrztu przez Bułgarów wczesną jesienią 865 roku z ręki bizantyjskich kapłanów. A gdy bułgarscy możni się temu sprzeciwili, Borys stłumił bunt swej pogańskiej arystokracji, gubiąc nawet kobiety i dzieci i okrutnie wyniszczając całe rody wystarczający powód, by po śmierci był czczony jako święty. Wszelako: przez następnych sześćset lat chrześcijańscy Bułgarzy i chrześcijańskie Bizancjum zwalczali się nawzajem 228. Seks, duszpasterstwo, małe przekupstwa i skrytobójstwo na dworze w Bizancjum Gdy chan Borys ugiął się w 865 roku przed krzyżem, gdy dokonał oficjalnego przejścia na wiarę bizantyjską, otrzymał na chrzcie imię swego cesarskiego ojca chrzestnego: Michała. Michał III, cesarz bizantyjski (842-867), nie tak znów całkowicie rozpasany, jak go długo przedstawiała historiografia, cenił zawsze konie, niewiasty, a także pięknego, pożądanego

122 przez kobiety, choć żonatego Bazylego, którego uczynił cesarskim koniuszym i marszałkiem dworu, a nawet mężem własnej kochanki, z którą dalej się zadawał, podczas gdy Bazyli, który go później zamordował, powetował sobie na jego siostrze. W tej sytuacji w rzeczywistości rządził wuj Bardas, póki Bazyli jego również nie zgładził. Jak przystało na chrześcijański od wieków dwór cesarski. Bardas, od roku 862 wyniesiony do godności cezara, wszechstronnie uzdolniony, wykształcony, a nawet założyciel prywatnej szkoły wyższej w Konstantynopolu, był również uwikłany w nie bezkrwawy konflikt z roku 856 oraz w usunięcie cesarzowej Teodory. Odsunął również swą pierwszą żonę i żył w publicznej „hańbie” z wdową po swym synu, co tak bardzo nie podobało się patriarsze Ignatiosowi, że Bardas w 858 roku równie energicznie działał na rzecz jego dymisji i wygnania, co na rzecz mianowania Focjusza w tym samym roku. I tak seks i duszpasterstwo często przepięknie się przenikają jak to mutatis mutandis wiadomo i dzisiaj. Patriarcha Focjusz (858-867 i 877-886), krewny domu cesarskiego, po wymuszonej rezygnacji swego poprzednika Ignatiosa (syna obalonego cesarza Michała I), wbrew prawu kanonicznemu, w ciągu pięciu dni (chociaż osoba świecka!) został wyniesiony do godności patriarchy był wprawdzie świeckim teologiem, jednakowoż najznaczniejszym uczonym owych czasów. Oczywiste, że protestował przeciwko obecności zachodnich misjonarzy w Bułgarii, przeciwko bezżenności zachodnich kapłanów, przeciwko zachodniemu „kacerstwu”, włączeniu „filioque” (emanacji Ducha Świętego z Ojca „i Syna”, dla Kościoła greckiego głównego powodu schizmy w roku 1054) w symbol wiary i.in. Papież nie przyglądał się biernie walce, jaka rozgorzała na Wschodzie między focjanami a ignacjanami, którzy obustronnie podważali legalność starego lub nowego patriarchy. Mikołaj I odmówił uznania niebezpiecznego rywala Focjusza, a Focjusz uznał dzięki pomocy synodu patriarchat Ignatiosa za nielegalny. Dwaj papiescy legaci, przekupieni na Wschodzie, przystali na usunięcie z urzędu Ignatiosa i osadzenie na nim Focjusza. Papież wygnał ich, uznał Ignatiosa za prawowitego patriarchę i w czasie synodu laterańskiego w 863 roku wypowiedział uroczyście depozycję i ekskomunikację Focjusza, co wywołało pełną wzburzenia korespondencję między nim, Mikołajem, a cesarzem bizantyjskim. W 867 roku Focjusz z kolei potępił papieża i ze swej strony czego nigdy nie odwołał uznał za złożonego z urzędu, a za wykluczonych z Kościoła wszystkich, którzy by nadal stali po jego stronie. I w końcu Focjusza ekskomunikowano również na Wschodzie, na soborze w Konstantynopolu w roku 869/870, a potem go przywrócono, ba, nawet Rzym go uznał. Papież tylko upierał się przy tym, by Focjusz przeprosił za swe wszystkie czyny, potem zrezygnował i z tego warunku pewnie dlatego, że oczekiwano bizantyjskiej pomocy przeciwko Arabom (p. s. 183). Cały spór doprowadził jednak ostatecznie do schizmy i do ostatecznego rozdziału Rzymu i cesarstwa greckiego 229. Oraz zaostrzył konflikt na tle chrystianizacji Słowian. Papieska rada dla Bułgarii: nie pod końskim ogonem, lecz z krzyżem do bitwy! Razem z patriarchą Focjuszem cezar Bardas wspierał bizantyjskie misje wśród Słowian, by sprostać zarówno politycznemu, jak i kościelnemu naciskowi z Zachodu, skierowanemu zwłaszcza na Bułgarię. Z drugiej strony władca Bułgarii Borys I usiłował przeciwstawić się w owym czasie przemożnemu wpływowi polityki bizantyjskiej i Kościoła greckiego. Wykorzystał przy tym polityczną destabilizację na Wschodzie po zamordowaniu Bardasa w roku 866 przez późniejszego cesarza Bazylego I (s. 183) do nawiązania kontaktów z Rzymem w nadziei na mniej zależną organizację kościelną. Mikołaj I, którego stosunki z Bizancjum niezależnie od tego były coraz gorsze, przysłał mu jesienią roku 866 dwu biskupów, Pawła z Populonii i Formozusa z Portus, późniejszego papieża, którzy chrzcili bez ustanku rzesze

123 Bułgarów, przepędzali greckich kapłanów z kraju i naciskali na chana, by przyjmował jedynie rzymskich duchownych i rzymską liturgię. Ponieważ Bułgaria po większej części podlegała zwierzchnictwu Kościoła bizantyjskiego i dopiero co została schrystianizowana przez Bizantyjczyków, zwołany przez Focjusza późnym latem roku 867 synod wydał wyrok przeciwko łacińskim misjom w Bułgarii i złożył z urzędu Mikołaja I, do którego ta (Radosna) Nowina w każdym razie nie dotarła. Jednakże jego nawracający strzegli pilnie swych dokonań. Również nieco później przybyli misjonarze Ludwika Niemieckiego pod wodzą szczególnie zainteresowanego południowym Wschodem biskupa pasawskiego Ermenryka (866-872) musieli wrócić pełni złości, gdyż rzymska misja papieża Mikołaja nie okazała im zbytniego szacunku, „napełniła przecież cały kraj kazaniami i chrztami” (Annales Fuldenses). Papież osobiście pouczył Bułgarów, pod tytułem Responsa, w 106 punktach na temat prawie wszystkich ważnych spraw w życiu człowieka. Na przykład, że patriarcha Rzymu, a więc on sam, jest dużo ważniejszy niż patriarcha Konstantynopola, by wystrzegali się greckich obrzędów, które nie tylko zaatakował, ale i ośmieszył i by poddali się Rzymowi. Powiedział im także, jak mogą się ubierać, żenić, kiedy jeść, odbywać stosunki w małżeństwie etc. Dał im radę wręcz rewolucyjną, by nie szli do boju z buńczukiem z końskiego ogona, lecz z krzyżem! Chan Bułgarów dał się wreszcie przekonać, uznał się za sługę Św. Piotra i ogłosił swe podporządkowanie „obediencja zachodniorzymska sięgnęła nieomal bram Konstantynopola!” 230 Oczywiście, także i triumf Rzymu nie ostał się długo. Car Borys nie uzyskał bowiem autokefalicznego patriarchy Bułgarii, gdyż ani Mikołaj I nie przysłał biskupa Formozusa, ani jego następca, Hadrian II, zażądanego diakona Marina, a przy tym musiał usłyszeć, że rzymski papież i patriarcha Konstantynopola się wzajemnie ekskomunikowali i zdetronizowali. A więc poddawany stałym naciskom Bizancjum Kościół bułgarski zaraz po soborze konstantynopolitańskim w roku 869/870 zwrócił się ponownie do tamtejszego patriarchatu, za czym jego obszar misyjny przypadł na nowo Kościołowi greckiemu. Wypędzono z kolei, mimo protestów papieża, księży łacińskich. I mógł sobie teraz Jan VIII napominać strasznie cara Bułgarów, ostrzegać i mamić kluczami św. Piotra, grozić, próbować przymusić Bułgarów do przejścia pod rzymską pieczę i przeciwko „sub fide falsi” pozostali od tej pory przy Konstantynopolu i umieli obronić swą niezależność. W 928 roku Kościół bułgarski został uznany przez konstantynopolitański za autokefaliczny. Focjusz natomiast, górujący swą osobą nad całym ówczesnym chrześcijaństwem, został w 886 roku powtórnie obalony i schronił się za murami klasztornymi, przynajmniej jako teolog i uczony sławiony po dziś dzień. Także chan Borys, okrutny oprawca swej pogańskiej arystokracji, morderca kobiet i dzieci, został w 889 roku mnichem i świętym, a wręcz narodowym świętym Bułgarów (dzień 2 maja) 231. Zasłużenie, zasłużenie. Rzym zdobywa Czechy i Morawy nadchodzą „apostołowie Słowian” Na Morawach stało się dla Rościsława jasne, że przyłączenie do kościelnej prowincji w Salzburgu jeszcze bardziej zagroziłoby jego niezależności. Dążył więc, będąc u szczytu swej potęgi, do oderwania morawskiego Kościoła od Bawarii, szukał oparcia w Rzymie, zapraszając włoskich misjonarzy, przemyśliwał osłowiańskim Kościele związanym jedynie z Rzymem. Po tym jednak, gdy Mikołaj odrzucił jego zamiary ze względu na Kościół Rzeszy i Ludwika Niemieckiego, spróbował znaleźć oparcie w Bizancjum, politycznie dlań mniej niebezpieczne niż bliscy sąsiedzi frankijscy. Odprawił więc misję bawarską i poprosił w 862 roku Bizancjum o przysłanie duchownych greckich. I wkrótce cezar Bardas, na parę lat przed zamordowaniem jego i cesarza Michała przez jego następcę Bazylego, przysłał dwu braci

124 Konstantego i Metodego ze swymi misjonarzami. W ten sposób Państwo Wielkomorawskie zyskiwało nie tylko faktyczną niezależność wobec wschodnich Franków, chcących jego podbicia, lecz także słowiańskie chrześcijaństwo, znajdując oparcie w Kościele greckobizantyjskim, zyskiwało przede wszystkim narodowy Kościół morawski. Konstanty (najczęściej zwany swym późniejszym imieniem Cyryla) i Metody, para braci, którzy stali się znani jako „apostołowie Słowian”, pochodzili z rodziny wyższego urzędnika w Tesalonice (Salonikach) i zdobyli wykształcenie w otoczeniu patriarchy Focjusza. Urodzony około 815 roku Metody był początkowo cesarskim strategiem, potem opatem, a młodszy Konstanty, diakon, był być może księdzem, przejął katedrę Focjusza i wyruszył wreszcie w roku 860 jako cesarski poseł do Chazarów na dzisiejszej Ukrainie. Obaj poczynili już pewne doświadczenia w misjonowaniu Słowian i gdy Rościsław poprosił dwa lata później Michała III o nauczycieli, którzy mogliby m.in. przetłumaczyć bizantyjskie kodeksy prawnicze na język słowiański, obaj bracia wyruszyli na czele delegacji misyjnej. „Apostołowie Słowian” mówili i głosili kazania w języku ojczystym Morawian, byli w stanie praktykować liturgię chrześcijańską, mszę rzymską („liturgię Św. Piotra”) w języku słowiańskim w kościelnej tradycji Wschodu i przetłumaczyli również na ten język Biblię. Dzięki temu stworzyli język kościelny i liturgiczny określany jako „staro-cerkiewnosłowiański”. Jednakże wszystko to doprowadziło do ostrego konfliktu z działającym już w państwie Rościsława wzdłuż Dunaju duchowieństwem łacińsko-frankijskim. A to tym bardziej, że szybko wyprzedzili misję bawarską. Oczywiste, że zaraz nastąpiły oskarżenia o „kacerstwo” i wezwanie do Rzymu. Konstanty i Metody udali się zatem po mniej więcej trzyletniej działalności w drogę. Przybyli najpierw przez Panonię do syna zmarłego tymczasem księcia Pribiny (s. 122 i nast.) Kocela (według frankijskich źródeł Chozilo, Chezilo), który do swojej śmierci w 875 roku panował w Mosapurgu (Zalavar), głównym grodzie nad Balatonem, a teraz zaczął wspierać liturgię słowiańską. A stamtąd pociągnęli w 868 roku przez Wenecję do papieża, by prosić o najwyższe błogosławieństwo dla swego przedsięwzięcia. W Rzymie (gdzie Konstanty zmarł w 869 roku, przyjąwszy imię Cyryla) Hadrian II przystał na ich praktyki misyjne. Zezwolił na liturgię słowiańską, nakazał wszakże czytanie lekcji i ewangelii po łacinie. Jednakże gdy Hadrian w 870 roku na prośby Kocela, pragnącego uwolnić się od podległości wobec wschodnich Franków i utworzenia niezależnego Kościoła, mianował Metodego legatem papieskim i arcybiskupem Panonii i Moraw, powierzając zarazem podupadłą od najazdu Awarów w 582 roku metropolię w Sirmium (dzisiaj Mitrovica koło Belgradu), natrafił na gwałtowny opór biskupów Salzburga i Pasawy. Zarządzenie Hadriana dotykało bowiem ich diecezji i to nie tylko władzy duchownej, lecz w równym stopniu dalszej „kolonizacji” ze strony Franków. Zaostrzyło to spór kościelny, trwający już mniej więcej piętnaście lat, przy czym każdej stronie chodziło o coś innego: „Metodemu o liturgię słowiańską, Bawarom o zachowanie dotychczasowego zakresu swej misji, papieżowi o bezpośrednie panowanie nad Kościołem morawskim, samym Morawianom natomiast o niezależność” (Zöllner). W gruncie rzeczy wszystkim chodziło o to samo: o władzę 232. Książę Rościsław zostaje oślepiony, a arcybiskup Metody potraktowany pejczem przez biskupa pasawskiego Ze sporem kościelnym związany był nierozerwalnie konflikt polityczny. W tym czasie Ludwik Niemiecki ponownie najechał wschodnich sąsiadów. Wyprawił się na nich w sile trzech kontyngentów (s. 125). Przy czym królewicz Karloman zaatakował od strony Karyntii księstwo w Nitrze na Słowacji, gdzie rządził bratanek Rościsława, Świętopełk (870-894). Tam, gdzie salzburski arcybiskup Adalram poświęcił w roku 828 pierwszą chrześcijańską świątynię, rozpoczął swe rządy jako dzielnicowy książę, wyraźnie sprzyjając Kościołowi

125 rzymskiemu. Został później cudownie ocalony z wszelkich grożących mu dynastycznych zasadzek dzięki „łasce Bożej”, „sprawiedliwemu wyrokowi Bożemu”. Karloman przeciągnął go na swą stronę i Świętopełk wydał mu stryja. Karloman uwięził Rościsława w Ratyzbonie i wtargnął „bez jakiegokolwiek oporu do jego państwa, zmusił wszystkie grody i miasta do poddania, zaprowadził swe porządki przy pomocy swych ludzi i, wzbogacony królewskim skarbem, powrócił do domu”. Rościsław został „w ciężkich więzach” przyprowadzony późną jesienią przed króla Ludwika w dowód łaski oślepiony i na powrót wtrącony do więzienia w klasztorze. (Przecież przez cały rok pojawiały się przepowiednie, „cudowne znaki”: przez całą noc powietrze podnosiło się nad Moguncją jak we krwi, tamże dwukrotne trzęsienie ziemi, również zaraza bydlęca szalała „w najstraszniejszy sposób w kilku miejscach Francji”. A nawet, podczas synodu w Kolonii w kościele Św. Piotra „słyszano złe duchy, rozmawiające ze sobą i skarżące się, że mają zostać wygnane z od dawna posiadanych miejsc”: Annales Fuldenses). Przypomniano sobie pewnie o „złym duchu” z Caputmontium (s. 129). Gdy Metody stracił swego patrona Rościsława, bawarscy biskupi kazali uwięzić również i jego i przez kilka lat trzymali go w więzieniu w Bawarii gdzie, nie wiadomo lecz z pewnością stał za tym „cały episkopat bawarski w ścisłym kontakcie z władzą świecką” (Mass). Morawami zarządzali wtedy niemieccy margrabiowie. Wcześniej jednak, w roku 870, zawleczono dopiero co zaaprobowanego przez papieża arcybiskupa na synod w Ratyzbonie, człowieka, który przypuszczalnie pojmował chrześcijaństwo w poważniejszy sposób, niż ówcześnie misjonujący kler frankijski i znalazł się w konflikcie z bawarskimi duchownymi, dla których wszystko co słowiańskie było znienawidzone. „Nauczasz na naszym terytorium”, zarzucano więźniowi, podczas gdy on ze swej strony oskarżał arcypasterzy z Salzburga i Pasawy, że z powodu nadmiernych ambicji i chciwości przekroczyli „stare granice”. Może to biskup Ermenryk z Pasawy pojmał Metodego. A Ermenryk, kształcony literat pochodzący ze szwabskiej arystokracji, w Fuldzie uczeń Rabana i Rudolfa, w Reichenau Walafrida Strabona, jakiś czas przebywający na dworze Ludwika Niemieckiego w Ratyzbonie, rzucił się według papieża Jana VIII z biczem do konnej jazdy na swego brata w Chrystusie. Wystawiał go pod gołym niebem podczas zimy i deszczu i przypuszczalnie też go uwięził. Od końca 870 roku do 873 arcybiskup Metody siedział w klasztornym więzieniu, koło Freising, w Ratyzbonie, albo w Ellwangen, gdzie Ermenryk był kiedyś mnichem 233. Najazdy na wschodzie lub „nikt stamtąd nie uszedł poza biskupem Embrichonem…” Również książę Świętopełk, który właściwie opanował Państwo Wielkomorawskie, kraje wokół Sudetów, łącznie z Czechami, Śląskiem i środkowymi Węgrami, siedział we frankijskich więzieniach, stawał się jednak stopniowo coraz bardziej użyteczny, podbił i „nawrócił” także sąsiednie plemiona słowiańskie, jak na przykład wschodnich Czechów. Książęca siedziba Nitra była w drugiej połowie IX wieku zarazem najbardziej na wschód wysuniętą siedzibą biskupstwa łacińskiego Kościoła. Jednakże w 871 roku Świętopełk został oskarżony o wiarołomstwo i ponownie osadzony w więzieniu przez Franków, przez Karlomana, którego wnuki trzymał do chrztu. Lecz przecież jako niewinnego musiano go wypuścić, wręcz „z królewskimi darami”. Książę oczywiście zaraz się zemścił. Podjął antyfrankijską politykę Rościsława, zbuntował się i jeszcze w 871 roku zadał bawarskiej armii druzgocącą klęskę. Hrabiowie znad granicy z Morawami, Wilhelm i Engilszalk, zginęli wraz z wieloma innymi rycerzami. „Wszelka radość

126 Bawarczyków z powodu tak wielu minionych zwycięstw przemieniła się w żałobę i biadanie”. Kto nie padł w boju, skończył w niewoli. Świętopełk, który bądź co bądź zasłużył się najważniejszym interesom politycznym chrześcijańskiego kleru, Janowi z Wenecji, Wichingowi ze Szwabii, mimo to pozostał dla Franków „głową pełną oszustw i podstępów”, „nieludzki i żądny krwi niczym wilk” (Annales Fuldenses). W roku 872 zaatakowano wprawdzie Morawian i Czechów szeregiem oddziałów, lecz znowu z niewielkim „szczęściem”, Turyngowie i Sasi „z wielkimi stratami” zostali zmuszeni do ucieczki, „uciekający hrabiowie byli bici przez kobiety w każdej okolicy i kijami zwalani z koni na ziemię”. Za to wojsko pod wodzą biskupa mogunckiego, „ufając w pomoc Boga” (który w tym samym czasie „strawił niebiańskim ogniem” katedrę w Wormacji) przegania naraz pięciu wrogich książąt „wraz z wielką liczbą buntowników”, zabija, topi w Wełtawie, pustoszy „niemałą” część kraju i wraca „bez uszczerbku do domu. Najwyższe dowództwo tej wyprawy miał arcybiskup Liutbert”. Inny oddział frankijski, prowadzony przez Arna z Wurzburga budowniczego tamtejszej katedry oraz „głównodowodzącego w czterech poświadczonych źródłowo wyprawach wojennych” (Lindner) i opata Sigeharda z Fuldy, pośpieszył z pomocą Karlomanowi, który „mordując i paląc” operował przeciwko Świętopełkowi. Ale Bawarczycy ulegli wrogowi. Musieli „zawrócić tracąc wielką część swoich ludzi wśród wielkich trudności”. A jeszcze inny oddział frankijski, pozostawiony do ochrony statków na brzegu Dunaju, został starty w proch przez ludzi Świętopełka „nikt stamtąd nie uszedł poza biskupem Embrichonem z Ratyzbony […]”. Świętopełk po przynoszących niezwykłe straty najazdach zdołał umocnić swe panowanie, a rok 874 przyniósł mu pokój w Forchheim i względną niezależność, również pod względem kościelnym, chociaż za cenę corocznego trybutu 234. Ostateczny zakaz stosowania liturgii słowiańskiej i awans „apostołów Słowian” na patronów kraju i „modnych świętych” Dopiero w 873 roku Jan VIII uzyskał zwolnienie Metodego. Po powrocie do diecezji panońskiej miał on wprawdzie zrezygnować z liturgii słowiańskiej, z języka „barbarzyńców” i odprawiać mszę tylko po łacinie lub po grecku, „jak to Kościół Boży śpiewa po całym kręgu ziemi”, jednakże Metody się nie podporządkował, a papież w roku 880 odwołał zakaz. Sam Świętopełk, władca Wielkiej Morawy, stał wprawdzie politycznie po stronie Metodego, lecz kulturowo skłaniał się raczej ku „kulturze” zachodniej, przede wszystkim ku papiestwu. Kazał więc wybrać w Rzymie na biskupa Nitry, swej wcześniejszej siedziby, Wichinga, swego faworyta i wychowanka klasztoru w Reichenau. Wiching został sufraganem Metodego. Jednakże ustawicznie intrygował przeciwko jego programowi misyjnemu chociaż Jan VIII bullą Industriae tuae nań zezwolił i niespodzianie rozstrzygnął rzecz przeciwko Wichingowi, po tym jak zawezwany do Rzymu Metody ze szczętem obalił oskarżenie o „kacerstwo”. Jednakże Stefan V (885-891), pozostający pod wpływem kleru frankijskiego, zabronił ostatecznie używania słowiańskiego kanonu mszalnego i kazał go zastąpić rytuałem rzymskim: „ostatnia istotna decyzja w sprawach kościelnych papieża epoki karolińskiej” (Handbuch der Europäischen Geschichte). Dzięki niej bowiem część Słowian zachodnich i południowych na zawsze została włączona do łacińskiego Zachodu. Stefan V odrzucił „całkowicie fałszywą naukę” i najserdeczniej polecił „królowi Słowian” biskupa Wichinga jako prawowitego. Lecz dopiero po śmierci Metodego około roku 885/886 Wiching zdołał pokonać następcę wybranego przez Metodego.

127 Próba stworzenia słowiańskiego kościoła narodowego w oparciu o Bizancjum, podjęta przez Metodego, zupełnie się nie powiodła. Episkopat bawarski zwyciężył na całej linii. Nastąpił wielki zwrot w Kościele. Liturgia łacińska znów zastąpiła słowiańską, frankijska prowincja kościelna morawską, Słoweńcy i Chorwaci ponownie znaleźli się pod rzymskokatolickim knutem, a misja bizantyjska na Morawach była skończona po wsze czasy. Tak jak w Bułgarii Wschód, tak na Morawach zapanował Zachód. Od tej pory linia podziału między chrześcijaństwem greckim a rzymskim, między większą słowiańską Europą południowo wschodnią a mniejszą zachodnią częścią Słowian, biegła poprzez Słowiańszczyznę południową, poprzez Bałkany, a Bizancjum i Rzym znalazły się na wzajemnie wrogich pozycjach z wszelkimi katastrofalnymi następstwami tej sytuacji aż po wiek XX, szczególnie drugą wojnę światową oraz wojny na Bałkanach w latach dziewięćdziesiątych. Duchowni „słowiańscy”, zwolennicy Metodego, w roku 886 przede wszystkim pod wpływem biskupa Wichinga zostali uwięzieni, po części zakuci w łańcuchy potem wygnani z Moraw, skąd uciekali najczęściej do Bułgarii, ale i na terytorium Serbii i Chorwacji. Zarazem zlikwidowano na Morawach liturgię słowiańską i w barbarzyński sposób zniszczono drogocenny skarb rękopisów szkoły starosłowiańskiej. Unieważniając dekret swego poprzednika, Stefan V wydał absolutny zakaz używania języka słowiańskiego w nabożeństwach i mianował wschodniego Franka Wichinga arcybiskupem w Nitrze. Nie zachowała się żadna tradycja starego kościoła, ani na Morawach, ani w Czechach. Dopiero w XIV wieku Konstanty-Cyryl i Metody stali się patronami Moraw, a nawet błyskawicznie typowymi „modnymi świętymi”. Przy tym jest oczywiste, że przed rokiem 1347 nie występowały w ogóle oznaki kultu obu misjonarzy. Również relikwie „ze zrozumiałych względów bardzo wątpliwej natury” (Graus) zostały „odkryte” dopiero wtedy 235.

128 ROZDZIAŁ 4. Jan VIII (872-882): ‚papież wzorcowy’ „Każdy, kto ma zostać przez nas wyniesiony do godności cesarskiej, musi również przez nas, i głównie przez nas, zostać najpierw powołany i wybrany”. Papież Jan VIII 236 „[…] świat zrozumiał, że jemu, który dążył do tego samego i domagał się tego, co jego poprzednicy, chodziło o świeckie prawa i ziemskie panowanie, a nie o wiarę i Kościół”. Johannes Haller 237 „W Rzymie zszedł był mianowicie biskup na Stolicy Apostolskiej, z imienia Jan; tenże otrzymał już wcześniej od swego krewnego truciznę, teraz jednak był przez tego samego [krewnego], a zarazem innych towarzyszy swego zbrodniczego czynu […], tak długo bity młotem, aż ten utkwił mu w mózgu. Pragnęli oni bowiem zagarnąć dla siebie zarówno jego skarbiec, jak i kierownictwo urzędu”. Annales Fuldenses 238 „Nie ma wątpliwości: we Włoszech panowała zupełna anarchia […]. Z dziewięciu papieży, którzy w ciągu dwunastu lat jeden po drugim wstąpili na tron Piotrowy, ani jeden nie zmarł śmiercią naturalną”. Karl Kupisch 239 O następcy Hadriana, arystokratycznie urodzonym Rzymianinie Janie VIII, jednym z najbardziej znanych papieży między Mikołajem I a Grzegorzem II, nawet umiarkowanie krytyczny katolicki pisarz Kuhner pisał: „Jego całe dążenie dotyczyło pokoju i sprawiedliwości”. W istocie Jan VIII był papieżem krańcowo dwulicowym, dosłownie we wszystkie strony rozpinającym konspiracyjne nitki, dążącym jedynie do władzy, a wręcz do pożałowania godnej wojennej sławy. Nikt przed nim nie wydał tak wielu ekskomunik, nikt przed nim tak bez skrupułów, tak chytrze, nie dopasowywał się do każdej zmiany w jego epoce, nawet jeśli wystarczająco wielu jego poprzedników podobnie bez żenady miało zwyczaj wykorzystywać kościelną władzę do czysto politycznych celów. Świeża inicjatywa albo pierwszy papież-admirał Zainspirowany przez Grzegorza I i przez Mikołaja I, swe wzorce do naśladowania, forsował przewodnią rolę papiestwa. Jak Leon IV przemienił św. Piotra, dzielnicę watykańską, w twierdzę Leopolis, tak Jan VIII otoczył murami bazylikę Św. Pawła wraz z tamtejszym przedmieściem, które nazwał „Joannipolis”. I tak jak już jego poprzednik Hadrian po wspaniałomyślnym zwolnieniu Ludwika II z przysięgi wymuszonej na nim w 871 roku przez księcia Benewentu Adelchisa podmówił cesarza „do wznowienia walki” (Regino z Prum), tak papież Jan towarzyszył dobranymi sentencjami biblijnymi wojnie Ludwika z Saracenami i z kolei podobnie jak Leon IV (s. 133 i nast.) uwolnił od grzechów wszystkich, którzy „padną w katolickiej pobożności przeciwko poganom i niewiernym” i obiecał im takoż spokój „wiecznego żywota”, ów namiestnik Chrystusa utrzymywał własnych żołnierzy, wyprosił u króla Galicji 240 oddział mauretańskiej jazdy i ustanowił przypuszczalnie urząd zarządcy stoczni, ale już na pewno ze „świeżej inicjatywy” (zdaniem katolickiego pisarza Seppelta) pierwszą papieską marynarkę wojenną: łodzie obsadzone żołnierzami, z dwoma

129 kasztelami, najeżone machinami miotającymi pociski, ogień oraz hakami abordażowymi i napędzane wiosłami galerników. A nawet kierował przedsięwzięciami militarnymi, jako papież-admirał osobiście urządzał łowy na Saracenów, podczas których wiele z tych jak ich po ojcowsku nazywał „dzikich zwierząt” zabił i odebrał im koło przylądka Circe 18 statków „czyn iście bohaterski” (jak go nazywa katolicki pisarz Daniel-Rops). Niemniej starał się chrześcijan których, jeśli znosili się z Saracenami, obkładał klątwą za pomocą niemałego przekupstwa utrzymywać z dala od wszelkiej kolaboracji z nimi 241. Wspólne interesy Jana z Karolem Łysym, „zbawcą świata” Po śmierci Ludwika II obaj jego stryjowie, Ludwik Niemiecki i Karol Łysy, upomnieli się o koronę cesarską. Jan VIII wysłał zatem swych legatów do Karola, duchowieństwo włoskie bowiem również zdecydowało się na niego i „tyran Galii” wtargnął wkrótce przez Wielką Przełęcz Św. Bernarda do Italii, gdzie „chciwą ręką zagarnął wszelkie skarby, jakie znalazł” (Annales Fuldenses). Wkraczający przeciw niemu (na zlecenie ojca) przez Alpy wschodni Frankowie Karol III i Karloman uzyskali wsparcie jedynie margrabiego Berengara z Friulu, późniejszego króla i cesarza (jego matka Gizela była córką Ludwika Pobożnego). Ludwik Niemiecki wykorzystał natomiast nieobecność brata, by jak to już było anno 858 (s. 112 i nast.) wtargnąć do Francji, wyprawa z czystej zemsty. Wojsko królewskie, relacjonują Annales Fuldenses, „rabowało i pustoszyło wszystko, co znalazło”. Wprawdzie zachodni magnaci zobowiązali się przysięgą do obrony przed najeźdźcą, lecz i oni rujnowali państwo Karola, „sami jak wrogowie plądrując”. A wręcz niektórzy hrabiowie i biskupi przeszli na stronę Ludwika, gdy tymczasem łupiący wszystko wokół król Germanii obchodził „Narodziny Pana w Attigny”, a po nagłym ataku w palatium we Frankfurcie „czas postu i Wielkiej Nocy” (Annales Bertiniani). Karol Łysy, dzięki „bożej inspiracji” przewidziany i desygnowany na cesarza już przez Mikołaja I, dysponował bezsprzecznie największą potęgą, tak że mógł wesprzeć Jana VIII tak przeciw rzymskiej arystokracji, jak i przeciw Arabom, z którymi książęta i miasta żądne zdobyczy wiązały się ustawicznie a zdobyczy był głodny i Jan. Francja była zarazem tak mocno zagrożona napadami ze strony Duńczyków, że papież liczył na wystarczającą swobodę i wolną rękę we Włoszech dla własnych planów politycznych. W każdym razie Karol, mimo panującej biedy wyciskający nienasycenie wszystko ze swego kraju, obdarowując jednocześnie po królewsku tamtejszy Kościół, trwonił swe skarby na Południu, chciał formalnie kupić sobie imperium. Udało mu się dzięki pomocy „złota i srebra i kosztownych kamieni w nieskończonej ilości” skłonić do odwrotu Karlomana, którego miecza, jak pewnie każdego, bał się najbardziej „jest bowiem bojaźliwy jak zając”. Tak samo przekupił „cały senat rzymskiego ludu złotem jak Jugurta 242 i pozyskał dla siebie” (Annales Fuldenses). A na papieża Jana i bez tego nie usposobionego wrogo do wschodniofrankijskich Karolingów ogromne sumy Karola mogły wywrzeć niemałe wrażenie. Karol bowiem również i głównie „uczynił wiele kosztownych darów świętemu Piotrowi”. I tak ogłosił jego „następca”, że Karol przewyższył w nich swego ojca, a nawet dziada; oświadczył, że Bóg przeznaczył go na cesarza już „przed stworzeniem świata”; wysławiał go ze śmiesznym wazeliniarstwem jako gwiazdę wschodzącą dla ludzkości, jako długo wypatrywanego „zbawcę świata”, męża Bożego, aniołowi drogą wskazaną przez bezdroża, bagna, przez nieznane furty, rwące potoki etc. I w Boże Narodzenie roku 875 z wielką pompą ukoronował Karola Łysego na cesarza dokładnie w 75 lat po koronacji jego dziada Karola, podczas gdy wszystkim, biskupom i świeckim, którzy by popierali Ludwika Niemieckiego, groził klątwą, pozbawieniem urzędów i przekleństwem.

130 Nie sposób nie zauważyć tutaj przełomu, całej przewrotności historii: jeśli bowiem cesarze rościli sobie kiedyś pretensję do korony na mocy prawa dziedziczenia, to tylko i wyłącznie papiestwo rościło sobie prawo do nadawania tej korony wedle własnego widzimisię! Rzym ubił kolejny wielki interes. Karol nie tylko zrezygnował z ustalonych przez Lotara I w roku 824 praw cesarza w Państwie Kościelnym (s. 65), nie tylko zrezygnował z dochodów z trzech cesarskich klasztorów S. Salvatore, S. Maria w Farfie i S. Andrea na Soracte, nie tylko odnowił wszystkie darowizny swych poprzedników od Pepina po Ludwika II na rzecz Kościoła rzymskiego. Papież otrzymał również znaczne nadziały ziemi w księstwie Benewentu i w okolicach Neapolu, krainy Samnium i Kalabrię, toskańskie twierdze graniczne Chiusi i Arezzo oraz przede wszystkim zwierzchnictwo nad księstwami Spoleto i Benewentu. Zaowocowało to wkrótce wrogim nastawieniem dwu sąsiednich książąt, Adalberta z Toskanii, a zwłaszcza Lamberta ze Spoleto, którzy z początkiem roku 878 wtargnęli do Rzymu i przez cztery tygodnie w nim przebywali, czyniąc wiele zła, jak i późniejsi papieże cierpieli stale z powodu zemsty ze strony Spoletańczyków. Poza tym bardziej niż kiedykolwiek zaczęli zagrażać Państwu Kościelnemu Arabowie. Nastąpiły zatem z jednej strony nieustanne wezwania najwyższego kapłana o pomoc, wołania z powodu spustoszenia kraju i naruszania praw, które Jego Świątobliwość co prawda sobie sam przyznał, nastąpiły skargi na najazdy Saracenów i wyprawy łupieżcze ze strony chrześcijan (księcia Spoleto!). Z drugiej strony błaganemu „na klęczkach” cesarzowi papież Jan, nie znajdujący „snu dla oczu i strawy dla ust”, gdyby go wsparł, ponownie wspaniałomyślnie ukazywał „pokoje królestwa niebieskiego” i „rozkosze wiecznego żywota wśród aniołów” 243. Jan VIII pracował nad zniszczeniem cesarstwa i królestwa Italii, by wznieść wyżej własny tron, by w równym stopniu panować nad biskupami i książętami i kierować politycznie Włochami. „Każdy, kto ma zostać przez nas wyniesiony do godności cesarskiej, musi również przez nas, i głównie przez nas, zostać najpierw powołany i wybrany”, oświadczył zadziwiająco śmiało i kusił tą koroną, niekiedy jednocześnie, prawie wszystkich wchodzących w rachubę kandydatów, Bozona z Vienne, króla Prowansji, synów Ludwika Niemieckiego, Karlomana i Ludwika III, przede wszystkim jednak zachodniego Franka Ludwika II Jąkałę, syna Karola Łysego. A każdemu obiecywał wywyższenie, chwałę i zbawienie tu i po śmierci, wszelkie królestwa. A każdego zapewniał, że jest jedynym kandydatem i twierdził, że nie szukał pomocy i wsparcia u nikogo innego! A gdy w końcu się okazało, że nie może oczekiwać niczego po Frankach, zwrócił się jeszcze do Bizancjum. Po koronacji Karola w 875 w Rzymie, przypadła mu w drodze powrotnej jeszcze korona włoska. Swoich obdarza Pan nawet we śnie. Zgromadzenie magnatów w Pawii obdarzyło go kolejną godnością, przede wszystkim grupa licznych biskupów, z arcybiskupem Mediolanu Anspertem na czele, który jako pierwszy zaprzysiągł mu wierność, obwarowaną wieloma klauzulami, jak uznano. Jednogłośnie możni obwołali w lutym Karola swym obrońcą, panem i królem, boć przecież, jak mówiono, łaska boska za pośrednictwem książąt-apostołów i papieża wyniosła go do godności cesarskiej. Doszło do wzajemnych przysiąg i również przy tej okazji do koncesji cesarza na rzecz kleru. Karol rozkazywał umacniać papieża Jana, czcić Kościół rzymski, chronić jego stan posiadania, a co nie mniej ważne, przeniósł na dostojników kościelnych stałą plenipotencję odnośnie misji 244. Śmierć Ludwika Niemieckiego: epitafium opata Reginona Tymczasem Ludwik Niemiecki wcale nie zamierzał pozostawić Italii Karolowi. I gdy papiescy legaci badali „niejasności” powstające między braćmi i chcieli je rozstrzygnąć

131 „według prawa kanonicznego i świeckiego”, Ludwik ich początkowo nie przyjął. Zamiast tego wysłał własnych posłów, kolońskiego arcybiskupa Williberta z dwoma hrabiami, do cesarza Karola. Spotkali go w palatium Ponthion, w towarzystwie odprawionych przez Ludwika biskupów Jana z Arezzo i Jana z Toskanelli wraz z licznym, obradującym prawie trzy tygodnie synodem duchownych i wielu świeckich możnych, któremu dopiero 4 lipca mogli zaprezentować w obecności samego Karola żądanie swego króla, pragnącego uzyskać „część państwa cesarza Ludwika, syna jego brata Lotara”, „jaka mu się należy na mocy praw dziedzicznych (ex hereditate) i została mu przyrzeczona pod przysięgą”. Odpowiedzieli na to rzymscy legaci, czytając dwa listy swego pana do biskupów i hrabiów wschodniofrankijskich z 13 lutego, w których papież w niezwykły sposób obrzucił obelgami „króla Bawarów”, przyrównał do Kaina, imputował mu zawiść wobec brata oraz złamanie pokoju, niewierność, nieustanne podżeganie. W dwu dekretach z tego samego dnia skierowanych do biskupów i możnych nawoływał pod groźbą ekskomuniki tych, co przeszli na stronę Ludwika, do poprawy, chwaląc innych za wierność „twardszą niż diament” 245. W tym samym roku ponad siedemdziesięcioletni i już od dłuższego czasu chorujący Ludwik Niemiecki zmarł 28 sierpnia w palatium we Frankfurcie, zresztą w trakcie przygotowań do wojny ze swym bratem Karolem. Już następnego dnia został pochowany w pobliskim klasztorze w Lorsch, gdzie jego sarkofag jeszcze na początku XVII wieku stał w klasztornej kruchcie, a potem zniknął bez śladu. W epitafium króla Regino z Prum pisze: „Był on wielce chrześcijańskim władcą, z wiary katolickiej, nie tylko w świeckiej, lecz także i w kościelnej wiedzy rozlegle edukowanym; gorliwy wykonawca tego, czego wymagała religia, pokój i sprawiedliwość. Z ducha bardzo był podstępny (ingenio callidissimus) i ostrożny w radzie; przy nadawaniu lub odbieraniu urzędów publicznych kierował się powściągliwym osądem; w bitwach był nader zwycięski i gorliwszy w sposobieniu oręża niż uczt, jakoż były narzędzia wojny jego największym skarbem […]”. Słynny opat, któremu Reinhold Rau przyznaje „niemałe zrozumienie samoregulacji mechanizmów władzy”, stworzył tutaj in nucę nieomal zdumiewająco wymowne wzorowe odbicie katolickiego władcy: bardzo chrześcijański i bardzo podstępny, z wiary katolicki, nader zwycięski, przyjaciel oręża, a narzędzia wojny jego największym skarbem, jednakowoż skrzętnie działający również i dla pokoju, słowem: „żarliwy wykonawca tego, czego wymagała religia […]”. Kondolencje Karola Łysego i pierwsza bitwa „odwiecznych wrogów” o Ren Karola Łysego jednak również poruszająca cecha chrześcijańska wiadomość o śmierci jego brata „napełniła niezmierną radością” (Reginonis chronica) i nie myślał o niczym innym jak o tym, by swym bratankom odebrać jak najwięcej z ich ojcowskiego dziedzictwa. Już wcześniej groził swym katolickim krewniakom „rzeczami niewiarygodnymi”; na przykład atakiem z taką mocą, „że jego konie wypiją Ren do sucha, a on sam przekroczy wyschnięte koryto rzeki i spustoszy całe państwo Ludwikowe” (Annales Fuldenses) 246. Dał tego przynajmniej pierwsze oznaki. Próbował jednocześnie rozszerzyć swe terytorium na wschodzie. Chciał odebrać połowę królestwa Lotaryngii, którą był zmuszony zostawić bratu, zapewne dojść wręcz do linii Renu, więc objąć w posiadanie również wschodniofrankijskie tereny na jego lewym brzegu wokół Moguncji, Wormacji i Spiry. Obiecał możnym Lotaryngii, których wezwał do przyłączenia się do niego, bogate lenna, zagroził krnąbrnym, że ich „wykorzeni” i wpadł nie zważając na wszelkie przysięgi, jakie zawarł ze swym bratem, nie zważając nawet na Normanów, zagrażających w połowie sierpnia

132 setką swych wielkich okrętów ziemiom nad Sekwaną do państwa właśnie zmarłego brata. Ze znaczną armią ruszył przez wschodnią Lotaryngię i Akwizgran który chętnie obrał na swą siedzibę, karmiąc się iluzją, że odnawia Rzeszę swego wielkiego dziada, Karola I w kierunku Kolonii, plądrując i pustosząc kraj niczym skandynawscy piraci; towarzyszyli mu stale obaj papiescy legaci, Jan z Arezzo i Jan z Toskanelli „duchowni pomagierzy zbójeckiej wyprawy” (Muhlbacher). Ponieważ atak zachodnich Franków przeprowadzono z zupełnego zaskoczenia, a najstarszy syn Ludwika Niemieckiego, Karloman, wojował na wschodzie z Morawianami, najmłodszy natomiast stał w Alamanii, Ludwik III, którego ziemie były zagrożone w pierwszej kolejności, podążył z pośpiesznie zebranymi, liczebnie daleko ustępującymi oddziałami Sasów, Turyngów i Franków naprzeciw swego nienasyconego stryja nad Ren, do Deutz, podczas gdy Karol zatrzymał się po drugiej stronie rzeki w Kolonii. Ludwik wysyłał do niego poselstwa, zaklinał na pokrewieństwo, przysięgi, układy, również na drogocenną krew chrześcijańską po obu stronach i usiłował, wśród drwin przeciwnika, wzmocnić swe oddziały moralnie za pomocą postów, modłów, procesji i powszechnie wówczas przyjętego badania wyroków Opatrzności (co dziesiąty żołnierz musiał się poddać sądowi bożemu zimnej i wrzącej wody, rozżarzonego żelaza) i oczywiście „wszyscy wyszli bez szwanku z tego sądu bożego” (Annales Bertiniani). Karol chciał za pomocą pertraktacji przytrzymać przeciwnika w miejscu, a rozejm wykorzystać do tego, by o świcie zajść go od tyłu. Jednakże arcybiskup Willibert zdradził ów plan i gdy zachodniofrankijskie wojska, 50 tysięcy ludzi („jak się opowiada”), po wyczerpującym nocnym marszu w strugach deszczu podeszły 8 października pod Andernach, zostały zaatakowane przez gotowe do walki oddziały Ludwika. „Tenże nałożył sobie zaraz zbroję jak piszą Roczniki Fuldajskie pełen ufności w Panu […]”. Znowuż dobry stary chrześcijański obyczaj: kto Bogu zaufa, nie straci w boju ducha, temu się zawsze powiedzie… I w istocie: „Jak płomień biegnie po ściernisku i w okamgnieniu wszystko niweczy, tak mieczem starli w proch siły nieprzyjaciela i rozciągnęli go na ziemi” (Regino z Prum). Cały tabor i wszystkie skarby kupców wpadły w ręce zwycięzców. Ci, którzy jednak nie mogli uciec, „tak zostali obrabowani przez wieśniaków, że owijali się w słomę i siano, by choć swe wstydliwe członki zasłonić […]” (Annales Bertiniani). Wśród pojmanych byli kanclerz cesarza, opat Gozlin i biskup Ottulf z Troyes. Łupy były ogromne, broń, zbroje, konie, złoto i srebro możnych oraz skarb wieziony przez Karola. Onże sam, jak zawsze przezorny, uniknął walki i następnego wieczoru uciekł do Leodium, rzekomo „prawie nagi” (pene nudus), jak twierdzi mnich z Fuldy. Cesarzowa poroniła podczas nocnej ucieczki „na pustej drodze przy pianiu kogutów” (Annales Bertiniani). Dziecko, syn Karol, wkrótce potem zmarło, jego dusza została jednak uratowana dla nieba a król Karol wkrótce doszedł do siebie: bitwa pod Andernach, pierwsza bitwa między „Niemcami” a „Francuzami” o Ren 247. Po tym debiutującym starciu przyszłych „odwiecznych wrogów” zwycięski wódz wschodnich Franków pociągnął wprawdzie do Akwizgranu, był jednak zbyt słaby, by pobitego cesarza (którego nawet arcybiskup Hinkmar zwie teraz w zachodniofrankijskich Annałach Rzeszy „rozbójnikiem” ciekawe jak by go nazwał gdyby zwyciężył!) móc ścigać na własnej ziemi. W listopadzie trzej bracia podzielili państwo wschodniofrankijskie, zgodnie z dyspozycją swego ojca i przysięgli sobie wzajemnie wierność. Przeprowadzili podział jedynie na mocy prawa dziedziczenia i bez dokonywania koronacji, jak to było w zwyczaju w Rzeszy zachodniej. Karloman, najstarszy syn Ludwika Niemieckiego, został „królem w Bawarii” z Panonią i Karyntią, odstąpił jednak zarządzanie tą ostatnią swemu synowi Arnulfowi. Ludwik III Młodszy, „król we wschodniej Francji”, otrzymał wschodnią Frankonię, Turyngię, Saksonię i Fryzję wraz z należnościami trybutarnymi nadgranicznych plemion. Karol III

133 Gruby, najmłodszy, otrzymał początkowo Alamanię i retyckie Chur i panował po przedwczesnej śmierci swych braci (w 880 i 882 r.) również nad tymczasem znacznie poszerzonym dziedzictwem, przy tym powiodła mu się już w 881 roku restytucja cesarstwa 248. Jan zabiega o względy Karola, którego „zalet język ludzki nie jest w stanie wysłowić…” Karol Łysy musiał podać tyły nie tylko wobec wschodnich Franków. Nie zwojował również niczego przeciwko Normanom nad Sekwaną i Loarą. Raczej kupił sobie pokój za pieniądze, które wycisnął oczywiście z bogaczy, takoż zdzierców w wielkim stylu. Nakazał płacić podatki o za każdym razem dokładnie wyznaczonej wysokości od każdego pańskiego łanu (w ramach wczesnośredniowiecznej własności ziemskiej odpowiadającemu jednemu gospodarstwu) na całym obszarze Francji oraz w Burgundii z każdego łanu wolnego i niewolnego. W ten sposób zgarnął bądź co bądź pięć tysięcy funtów srebra, przy czym by zapłacić należny trybut brał oczywiście też i skarby kościelne. Tak jak Karolowi wyróżnionemu „cnotą”, według papieża Jana, „jego walk za wiarę […] troską o cześć duchowieństwa” (por. s. 169 i nast.) tak i zbiegłym doń lotaryńskim kombatantom jego nieudanej wyprawy przypadło odszkodowanie w opactwach i dobrach Kościoła. Oczywiście król nie odczuwał najmniejszej ochoty, by chronić papieża przed coraz agresywniejszymi Saracenami. Ale Jan nie na próżno koronował Karola na cesarza. Wprawdzie rozszerzył on tymczasem Państwo Kościelne i zrezygnował z paru przywilejów, lecz Rzym, wciąż nienasycony, chciał jeszcze więcej, zwłaszcza że nowy władca czynił po wielekroć inne obietnice, przede wszystkim właśnie pomocy przeciwko Arabom, co wcale nie było w smak Karolowi. Naciskano go więc tradycyjnymi metodami (por. zwł. t. IV, s. 229 i nast.! 232 i nast.!), zaklinano na „szarańczę” muzułmańskich diabłów, które wszystko plądrowały, paliły ze szczętem, ciągnęły ludzi w niewolę, przywoływano okrucieństwo, jakie jeszcze nie miało miejsca, zagrożenie, do jakiego jeszcze nie doszło, nadciągającą ogromną falę z oddziałami atakującymi Rzym, malowano czarne obrazy, przestrzegano biskupów i możnych, a szczególnie samego cesarza. Zjawili się papiescy legaci, nieustannie rozlegały się wołania o pomoc. Saraceni rabowali, mówiono, niszczyli kościoły, lecz książęta Lambert i Gwidon, wyznaczeni przez Karola do obrony Państwa Kościelnego, nawet nie kiwnęli palcem. Podobnie głuchy pozostał Bozo, osadzony w Italii jako wicekról. Szły list za listami, „na kolanach” błagano o ratunek dla „chrześcijaństwa”, w pierwszym rzędzie stało oczywiście papiestwo, podlizujące się łysemu Karolowi. „Najdoskonalszy z wszystkich cezarów”, rozpływał się w coraz większych pochwałach Jan, który wiedział, że Karol „wyniósł swą mądrość z matczynego łona”, że jego „zalet nie jest w stanie opisać ludzki język […]”. Karol uczynił przy tym coś, co nie przysporzyło mu popularności na papieskim dworze: skłonił swego syna i następcę, Ludwika II Jąkałę, by oddalił swą żonę Ansgardę i poślubił damę odpowiadającą jego cesarskiemu ojcu. Jeśli zważymy, z jaką zaciętością poprzednik Jana, Mikołaj I, występował przez lata przeciwko małżeńskim machinacjom Lotara II, jak upierał się przy nierozwiązywalności jego małżeństwa, to jest zadziwiające, że papież Jan tym razem nie wysunął absolutnie żadnych zarzutów wobec drugiego małżeństwa zachodniofrankijskiego królewicza, nie mówiąc już o sankcjach kościelno-prawnych ze strony zachodniofrankijskich książąt i biskupów 249. Zgon po 37 latach panowania „wskutek biegunki w wielkiej nędzy…” Jako że we Włoszech nikt nie ruszył nawet palcem dla papieża, ani zobowiązany do obrony Państwa Kościelnego możny książę Spoleto, ani powołany do tego kraju w 876 roku jako missus Bozo z Vienne, cesarzowi nie pozostało nic innego jeśli chciał zachować wiarygodność, poważanie i samą Italię jak wybrać się samemu na południe, choć sytuacja

134 w domu również była napięta, zwłaszcza z powodu Normanów. By ich zaspokoić, kazał ściągnąć pieniądze, skąd się tylko dało. Również do Włoch zabrał swój „wielki skarb pełen srebra i złota oraz koni i innych kosztowności” (Annales Bertiniani), ruszając w sierpniu roku 877 w drogę w towarzystwie swej żony, lecz ze stosunkowo niewielką świtą. Armia jego możnych, mających jeszcze mniej ochoty na włoską przygodę niźli on sam, miała nadciągnąć później. Zostawił ich nie bez przyrzeczenia, że nie tkną ani dóbr kościelnych, ani jego majątku osobistego. (A i tak doszło do rebelii czołowych arystokratów, a wśród nich pono i samego Ludwika Jąkały). Papież tymczasem emablował Karola niepomiernie, gdyż potrzebował go w celach wojennych. Wychwalał go całkiem oficjalnie przed świętym synodem w Rawennie, wobec bądź co bądź obecnych na nim pięćdziesięciu biskupów, głównie z Italii Górnej i Środkowej. A jego zachowana do dziś przemowa do ojców soborowych miała najwyraźniej stanowić swego rodzaju prezent dla oczekiwanego cesarza, „powołanego” przez Boga, a przez niego, Jana, wybranego i ukoronowanego na władcę równego urodzeniem jego dostojnemu dziadowi. Również zebrani hierarchowie uznawali Karola za wybranego dzięki „inspiracji Ducha Świętego”, jeszcze raz potwierdzili dokonaną przecież już w 875 roku koronację na cesarza i na polecenie Jana zagrozili wszystkim, którzy przeciwstawiali się temu „bez wątpienia przez Boga zrządzonemu osadzeniu na tronie” wiecznym potępieniem jako „sługom Szatana”. W ostatnich kanonach synodu raweńskiego podkreśla się ponownie szczególnie nietykalność dóbr kościelnych, nadawanie dóbr Stolicy Apostolskiej jako lenna lub w inny sposób „poza przypadkami, gdy obdarowani są krewnymi papieży”! Działających wbrew temu winna dotknąć anatema 250. Ochrony swego stanu posiadania oczekiwali członkowie synodu również od mającego wkrótce nadejść przez Wielką Przełęcz Św. Bernarda cesarza, któremu na spotkanie pośpieszyli wysłannicy papieża tak często i nagląco go przywołującego. Gdyby bowiem wszystkie drzewa w lesie zamienić na języki, to i tak by nie wystarczyło, by wyrazić całe cierpienie, jakie wyrządzają mu Saraceni. Gorsi jednak od pogan są źli chrześcijanie. Nikt bowiem nie słyszy jego krzyku trwogi, nikt nie pomaga, nie ratuje, chyba że sam cesarz. Jan wyjechał mu naprzeciw we własnej osobie aż do Pawii, nie mogąc pohamować pragnienia ujrzenia Karola, a nawet do Vercelli, gdzie przyjmował go „z najwyższymi honorami” (honore maximo). Lecz gdy obaj przebywali w Pawii, dawnym mieście koronacyjnym, gdzie cesarzowa miała zostać również królową Italii, najstarszy syn Ludwika Niemieckiego i bratanek Karola, król Bawarii Karloman, nadciągnął z silną armią przez przełęcz Brenner. Karol z papieżem przenieśli się z tego powodu na południową stronę rzeki Po, gdzie w Tortonie papież skromnie i w wielkim pośpiechu wyświęcił Rychildę na cesarzową, by potem spiesznie i ukradkiem udać się do Rzymu, nie mając w rękach faktycznie nic poza prezentem dla św. Piotra, masywną, ozdobioną drogocennymi klejnotami figurą Ukrzyżowanego ze szczerego złota, „jakiej jeszcze nie podarował żaden król” (Annales Vedastini). Cesarzowa wróciła tymczasem przez Mont Cenis ze skarbem Karola, podczas gdy on sam również uciekł, ponieważ oczekiwane posiłki ze strony możnych jego Rzeszy, wielokrotnie przysięgających mu wierność, nie nadeszły, a nawet sprzysiężyli się oni, jak i większość biskupów, przeciw niemu. W tej sytuacji Karol nie odważył się na walkę z Karlomanem; „przez całe życie bowiem pisze wschodniofrankijski kronikarz miał zwyczaj podawać tyły, gdzie miał stawić wrogowi czoła, i potajemnie opuszczać swych żołnierzy” (Annales Fuldenses). Jeszcze po drodze zagorączkował, zachorował, jak suponują kościelni kronikarze, z powodu lekarstwa podanego przeciw gorączce przez osobistego lekarza, żyda Sedechiasza

135 „proszek”, podaje autor Roczników z St. Bertin, „śmiertelna trucizna”; „oszust” to słowa opata Reginona który ludzi „zauroczył magicznymi kuglarstwami i sztuczkami” (magicis prestigiis incantationibusque […] deludebat). Śmiertelnie chory Karol podążył w lektyce przez Mont Cenis i zmarł u stóp góry „w nędznej chacie” (Annales Bertiniani) w przysiółku Brides w Maurienne (Sabaudia) 6 października 877 roku w wieku 54 lat po trzydziestosiedmioletnim panowaniu „na biegunkę w wielkiej nędzy” (Annales Fuldenses). Zabalsamowany „za pomocą wina i wszelkich możliwych wonności”, z powodu roztaczającego się trupiego zapachu złożony wkrótce w beczce wymoszczonej od wewnątrz i zewnątrz i zaszytej w skórę. Mimo to odór był coraz bardziej nieznośny, wobec czego nie przewieziono jego doczesnych szczątków do St. Denis, jak sobie życzył, lecz tak jak leżał w beczce złożono na razie w ziemi w klasztorze w Nantui koło Lyonu 251. Jan chwali Karlomana a koronuje Ludwika Jąkałę Papież, którego wielkie plany uczynienia z Państwa Kościelnego głównej siły w Italii legły w gruzach wraz z ucieczką i śmiercią Karola, był teraz bezbronny wobec swych wrogów. Królestwo italskie przypadło bez wysiłku bratankowi cesarza Karlomanowi. A ci sami biskupi, którzy dopiero co sławili w Rawennie Karola Łysego jako „najbardziej chrześcijańskiego i najłagodniejszego” cesarza, a Karlomanowi grozili wręcz ekskomuniką, ci sami biskupi złożyli mu hołd. Również papież, uosobienie oportunisty. Bez zająknienia mówił o „niezbadanych wyrokach boskich” i sławił teraz Karlomana jako jedynego protektora Kościoła i jego najwierniejszego obrońcę… Lecz król Bawarii sam był w fatalnym stanie, jeśli nie naznaczony już śmiercią, to na pewno ciężko chory i zmuszony w listopadzie do odwrotu do swego palatium w (Alt-)Otting. Również on odbył podróż powrotną w lektyce. A jego armia przywlokła do państwa Franków gdzie i tak już szalały epidemie ciężką zarazę, która kosztowała życie wiele ofiar, „gorączkę italską” i chorobę oczu, „tak że wielu wyzionęło ducha podczas kaszlu” (Annales Fuldenses) 252. We Włoszech zgłosili zaś swe roszczenia margrabiowie Lambert ze Spoleto i jego szwagier Adalbert z Tuscji, z dwu ściśle powiązanych rodów. Nie pomógł gniew papieża, ani jego zabiegi wobec Lamberta. Wiosną roku 878 stanął on już to jako „jedyne oparcie” i „najwierniejszy obrońca”, już to jako „syn zepsucia” wraz ze swym szwagrem, by wymóc cesarstwo dla Karlomana. Więzili papieża przez trzydzieści dni, aż rzucił na nich, jako grabieżców kościołów, klątwę. Następnie Jan, który zwołał w zachodniej Francji synod powszechny, pośpieszył trzema ściągniętymi z Neapolu szybkimi żaglowcami przez Genuę do Arles. A siódmego września ukoronował w Troyes syna Karola Łysego, Ludwika II Jąkałę (877-879) na króla, mimo iż Ludwik z powodu nawrotów swej choroby nie bardzo był zdolny do rządzenia i mimo że dopiero co koronował go ósmego grudnia zeszłego roku w Compiegne arcybiskup Hinkmar, wprawny coronator, i mimo że tenże w tym samym roku odsunął swą żonę Ansgardę, matkę dwóch synów, Ludwika III i Karlomana, a poślubił jako drugą żonę, jeszcze za życia pierwszej!, córkę hrabiego Adalarda, Adelajdę, która w 879 roku wydała na świat jako pogrobowca Karola III „Prostaka”. Wszakże papież nie koronował jej na królową, wsparł natomiast Ludwika Jąkałę poprzez „wzmacniającą koronację” (Schneidmuller) oraz klątwę skierowaną przeciw jego wrogom. Na koniec zażądał w mowie końcowej w Troyes na pierwszym synodzie w obecności papieża w Rzeszy frankijskiej na północ od Alp od biskupów, by zbrojnie utorowali jego powrót do Rzymu. Jan otworzył synod 11 sierpnia 878 roku i oczekiwał na nim trzech królów wschodniofrankijskich wraz z ich biskupami wszak chciał swego kandydata do godności cesarskiej wybrać przed większym forum. Nie przybył jednak nikt ze wschodniej części

136 Rzeszy, a nawet królowie nie odpowiedzieli na papieskie listy, Karloman milczał nawet po drugim liście, a z Italii pojawiło się jedynie trzech biskupów; Jan sam zabrał ich ze sobą. A poza tym na synodzie na którym pojawił się również złożony w 871 roku, a później oślepiony biskup Hinkmar z Laon i (na złość Hinkmarowi z Reims) został przynajmniej częściowo „zrehabilitowany” chodziło między innymi znowu głównie o oddanie dóbr kościelnych przez świeckich, którym grożono w przeciwnym wypadku ekskomuniką i odmową chrześcijańskiego pochówku; chodziło o zmniejszenie podatków, jakie rzekomo od dziesięcioleci spoczywały na owych dobrach (zostały wszak, pisał sędziwy Hinkmar do nowego króla, „ongiś bogate kościoły zupełnie bez środków”). Ludwik II Jąkała, „ustanowiony królem dzięki miłosierdziu bożemu i wyborowi ludu (!)”, przyrzekł wprawdzie, że pozostawi zarządzenia i prawa kościelne nietknięte, jednakże był chory i już w następnym roku, po raptownym pogorszeniu stanu swego zdrowia, mówiono również o truciźnie, zmarł w Wielki Piątek, nie dożywając nawet 33 lat 253. Jednak jeszcze za jego życia papież Jan VIII działał na rzecz człowieka, który towarzyszył mu w Troyes i odwiózł go z powrotem do Włoch, i któremu zamyślił włożyć na głowę ni mniej, ni więcej niż cesarską koronę był to hrabia Bozo z Vienne (zm. 887 r.). Kleszy król Bozo pojawia się na scenie Bozo był synem lotaryńskiego hrabiego Biwina, świeckiego opata w Gorze i bratankiem żony Lotara II Teutbergi oraz jej brata, opata Hucberta z St. Maurice. Po zaślubinach Karola Łysego z jego siostrą Rychildą on ją mu właśnie przywiózł (s. 156) zaczął swą karierę w służbie króla, który powierzał mu liczne zaszczyty i urzędy, w Akwitanii, Burgundii i Italii. Jeszcze w roku 869 Bozo otrzymał opactwo St. Maurice, w 870 roku hrabstwo Vienne, dwa lata później został podkomorzym i magistrem ostiariorum syna Karola Ludwika, wicekróla Akwitanii, którą obecnie zarządzał. W roku 875/876, podczas pierwszej wyprawy Karola do Włoch, otrzymał zapewne Prowansję i na sejmie Rzeszy w lutym roku 876 w Pawii został ustanowiony missus dla Italii i z tytułem księcia Lombardii również jej wicekrólem. W pobożności zdaje się brakować Bozonowi równie niewiele co w okrucieństwie. Przynajmniej rozporządzał szeregiem klasztorów, w których na jego rozkaz modlono się za niego. Obalonemu i trzymanemu przez lata w więzieniu biskupowi Hinkmarowi z Laon Bozo kazał wy łupić oczy, wedle „wiarygodnego źródła” kazał otruć swą pierwszą żonę, by następnie porwać i poślubić Ermengardę, jedyną dziedziczkę cesarza Ludwika II, wcześniej zaręczoną z bizantyjskim następcą tronu, która wniosła mu pokaźne dobra w Górnej Italii. Papież Jan VIII nie tylko tolerował nieprawomocność tego małżeństwa, lecz nawet zapewnił na piśmie, że będzie traktował Bozona i Ermengardę jak własne dzieci. Wydał mu się bowiem taki nuworysz jak Bozo wręcz użyteczny mógł na przykład stanąć na drodze Karlomanowi i wyrwać mu włoską część Rzeszy. Uznał go zatem, „chwalebnego księcia”, w 878 roku per adoptionis gratiam za własnego syna (akt tworzący tradycję), dzięki czemu jako filius adoptiuus znalazł się pod szczególną duchową opieką papieża, tenże natomiast przejmował szczególne zadania ochrony papieża, który z kolei groził klątwą każdemu ważącemu się wystąpić przeciwko jego „synowi” (predictum filium nostrum). Ojciec Święty kusił Bozona, towarzyszącego mu do Rzymu na polecenie Ludwika II, koroną królewską Prowansji, a nawet godnością cesarską było to nie mniej niż zaplanowana rewolta przeciwko Karolingom, gdyż Bozo nie należał do tej dynastii. Nie dość na tym: „Papież zainscenizował podstępną grę: zabiegał u Ludwika Jąkały, który sam zgłaszał pretensje do Italii, o wojsko dla wsparcia Bozona; Karoling sam miał pomóc w upadku swego rodu” (Fried) 254.

137 Bozo, który w 877 roku wręcz otwarcie sprzysiężył się przeciwko Karolowi Łysemu, zawdzięczając mu przecież całą karierę, liczne wysokie urzędy i wielkie dobra ziemskie oraz mocno naciskając na jego syna i następcę Ludwika Jąkałę, ugiął się wreszcie przed jego synami Ludwikiem III i Karlomanem. Za to pozwolił się, chociaż już wcześniej firmował swą osobę jako „Boso Dei gratia”, koronować 15 października 879 w nieistniejącym dziś palatium Mantaille, na południe od Vienne (koło Anneyron, dep. Dróme), na króla Burgundii i Prowansji swego rodzaju „kleszego króla” proklamowało go bowiem i namaściło co pozostawało w ścisłym powiązaniu z obiorem biskupów 27 arcybiskupów i biskupów, wszystko to oczywiście z bożej inspiracji. Akt o doniosłych skutkach. Hierarchowie z dorzecza Rodanu zlekceważyli bowiem przy okazji brak prawa Bozona do korony, w ogóle zlekceważyli wschodniofrankijską dynastię karolińską i jej „roszczenia na mocy krwi”. Po raz pierwszy od 130 lat zostało złamane wyłączne prawo Karolingów do korony. Bozo ignorował młodocianych synów Jąkały, miał ich „za nic”, za „dzieci z nieprawego łoża”, ich matka bowiem została na rozkaz Karola (s. 175, 177) „odsunięta i oddalona” (Regino z Prum). A ambitna małżonka Bozona Ermenegarda w ogóle nie widziała życia dla siebie, gdyby ona córka jednego cesarza i narzeczona drugiego (w roku 866 zaręczono ją z Bazylim I) nie mogła uczynić ze swego męża króla. Bozo więc sypał darami wokół siebie i ślubował postępować we wszystkim zgodnie z wolą duchowieństwa. A tak całkiem na marginesie, to wielu biskupów uległo mu nie „dzięki obietnicom opactw i nadań ziemskich”, lecz również „dzięki groźbom” (Annales Bertiniani). Bez skrupułów Bozo zarekwirował następnie dobra klasztorne i posiadłości kościelne w Reims, a nawet sięgnął po koronne dobra papieskie w Vendeuvre, by tylko zaspokoić najbardziej wpływowych hierarchów i wasali, ludzi, którzy kiedyś odegrali electio per inspirationem, twierdząc, że wybór Bozona został im podsunięty przez Boga dzięki ich najżarliwszym modłom. Przedstawianie elekta jako predestynowanego przez Boga stało się bowiem „nieomal frazesem” (Eichmann) a wierutnym kłamstwem było zawsze. „Nie tylko w Galii sławili go biskupi lecz również w Italii jaśniał on przed wszystkimi, tak że rzymski papież Jan, poważając go na równi z synem, sławił jego nieskazitelny charakter wieloma pochwałami […]”. A morderca swej pierwszej żony, który okradł też drugą, wyznawał swą prowadzącą do zbawienia katolicką wiarę, poddawał się z wdzięcznością kurateli książąt Kościoła i obiecywał chronić ich przywileje. W Lyonie, największym mieście nowego państwa, biskup Aurelian koronował Bozona na króla nie dzięki jego urodzeniu, prawom dziedzicznym, lecz dzięki klerowi, najwyraźniej biorącemu w tej sprawie przykład z papieża Jana. Tak jak on bowiem uzurpował sobie prawo patrona przy obiorze cesarza, tak i duchowieństwo rościło sobie prawo wyboru swego obrońcy według własnego widzimisię, oczywiście z największą korzyścią dla siebie. Królowie frankijscy zjednoczyli się wprawdzie przeciw uzurpatorowi i latem 880 roku zdobyli twierdzę Macon nad Saoną, nie zdołali jednak wziąć Vienne, gdyż Karol nieoczekiwanie przerwał oblężenie, by ruszyć do Italii. A Bozo stawiał opór wschodnio- i zachodniofrankijskim Karolingom aż do swej śmierci 11 stycznia 887 roku 255. Cesarza chce powoływać „najpierw i przede wszystkim” papież Jan Przy prawie wyboru i koronacji cesarza obstawał jednak papież. Ten bowiem pisał raz Jan do arcybiskupa Mediolanu Ansberta kto ma zostać przez nas wyniesiony do godności cesarskiej, musi również przez nas, i głównie przez nas, zostać najpierw powołany i wybrany”. Przez całe stulecia jednak biskup Rzymu nie miał w tej kwestii w ogóle prawa do współstanowienia, nie mówiąc już o prawie do decyzji. Przez całe stulecia był on, jak i

138 wszyscy inni patriarchowie i biskupi, poddanym cesarza, a tenże był jego zwierzchnikiem. I nikt mniej znaczący niż Leon I (440-461), „Wielki” (jako jedyny papież obok Grzegorza I obdarzony rzeczonym przydomkiem wraz z rzadkim i najwyższym tytułem catholica, przysługującym doktorom Kościoła), przyznał cesarzowi wręcz prawo unieważniania orzeczeń soborów dotyczących dogmatów. Nie dość na tym, przyznawał mu i to niejednokrotnie! nieomylność, także w sprawach wiary, podczas gdy jego, papieża, „obowiązkiem” było „objawiać, co wiesz, i głosić, w co wierzysz […]” 256. Difficile est satiram non scribere. Jeszcze Karol I przekazał swe cesarstwo na mocy własnego poczucia władzy synowi Ludwikowi Pobożnemu, a papież Leon III (795-816) od początku uznawał zwierzchność Karola nad Państwem Kościelnym. W zasadzie zawsze był mu posłuszny w sprawach wewnątrzkościelnych, a jako jego poddany datował bite przez siebie monety latami panowania cesarza, a po koronacji wręcz złożył hołd padając na kolana (t. IV, s. 446 i nast.). A za przykładem ojca również Ludwik przekazał koronę Lotarowi I, swemu pierworodnemu, jak i ten znowuż wyznaczył na cesarza swego najstarszego syna. Kościelne namaszczenie ze strony papieża pojawiło się wtórnie, przecież nie wynikało z niego jeszcze prawo dysponowania cesarstwem, jakie jednak Jan VIII wywodzi z koronacji Karola Łysego, odnośnie również nie-karolingów, co kandydaci przyjmowali bez zastrzeżeń. Ostatni apel do Bozona: „…teraz jest dzień zbawienia” lub „poczwórna gra” Jana Oczywiście nie brakowało i przeciwników papieskich ambicji, przede wszystkim wśród włoskich możnych i książąt Kościoła. A arcybiskup Ansbert z Mediolanu, który im przewodził, nie zjawił się już na synodzie zwołanym w grudniu 878 w Pawii. Jan w owym czasie, prowadzony przez Bozona i jego żonę, przekroczył Mont Cenis i z Turynu zwoływał ponagleniami i pochlebstwami do Pawii włoskich możnych, by tam radzić „nad sytuacją świętego Kościoła bożego i spokojem kraju”. Lecz nikt nie przybył. Papież nawet przesunął termin i ponownie i nagląco spraszał do Pawii książąt i biskupów, a nawet wyprosił u zachodniofrankijskiego króla wojsko „do zwalczania swych wrogów”, wszystko jednak bez efektu i Ojciec Święty wraz ze swym paladynem pozostali w mieście sami. I tak obaj udali się w dalszą drogę, Bozo z powrotem do Prowansji, a papież z powrotem do Rzymu. A gdy nakazał Ansbertowi z wszystkimi sufraganami przybyć na synod w maju 879 roku, by m.in. omówić kwestię wyboru nowego króla Italii, Ansbert znów się nie zjawił; nawet się nie usprawiedliwił i został ekskomunikowany. A gdy metropolita, który ze spokojem ducha nadal odprawiał msze i sprawował swój urząd, nie przybył na synod do Rzymu również w październiku, został złożony z urzędu. Oczywiście w następnym roku już się ugiął i złożył przysięgę wierności papieżowi. Jan zwrócił się do Bozona jeszcze po raz ostatni, wabiąc go w biblijnym stylu: „Sekretnego planu, jaki ustaliliśmy z Bożą pomocą z Wami w Troyes, strzeżemy niezachwianie i niezmiennie w naszej apostolskiej piersi jak ukrytego skarbu i życzymy sobie, jak długo żyjemy, by go, o ile w naszej mocy, wypełnić ochoczo wszelkimi siłami. Dlatego winniście, jeśli to Waszej Wysokości się podoba, przekuć go w czyn; jak bowiem napomina apostoł: Patrzcie, teraz jest sposobny czas, teraz jest dzień zbawienia, w którym będziecie mogli ze swym Panem skutecznie spełnić swe życzenia”. Jednak przypuszczalnie papież Jan już dawno poznał, że Bozo nie będzie chciał czy mógł dłużej posłużyć. Więc poświęcił swego umiłowanego adoptowanego syna, bez którego „drogiej przyjaźni” przecież „dla żadnego człowieka” nie chciał się obyć, najwyraźniej dla Pana Boga. Zaczem apelował bez wątpienia w sposobnym czasie, w dzień zbawienia do

139 niekochanych królów frankijskich, króla Szwabów Karola i Karlomana, których państwa graniczyły z Italią. „Podczas gdy udawał, że stoi po stronie Bozona pisze Johannes Haller i zapewniał, że nie szuka pomocy u nikogo innego, nawiązał kontakt z Karolem ze Szwabii i przyobiecał mu wszelkie zaszczyty, jednak jeszcze goręcej pertraktował z Karlomanem, wysłał do niego choć od wielu miesięcy sparaliżowanego i pozbawionego mowy przez udar mózgu przez dwóch biskupów jeszcze w lecie roku 879 wezwanie o pomoc z zapewnieniem, że nie życzy sobie jej ze strony nikogo innego, przedstawiał mu widoki chwały i zbawienia w tym i przyszłym życiu, a nawet groził mu sądem Chrystusa. Nawet najstarszego z niemieckich braci, Ludwika III z Frankonii nadreńskiej i Saksonii, a więc najodleglejszego z Karolingów, usiłował nęcić rzymską koroną cesarską, która miała mu przynieść większą sławę niż wszystkim przodkom i złożyć u stóp wszelkie królestwa. żądał przy tym nadal, by w królestwie italskim postępować wedle jego woli […]”. Adoptował także Ludwika III Młodszego, brata cesarza Karola III, gdy tylko Bozo go rozczarował. „Widać wyraźnie, że papież prowadzi nie tylko grę podwójną, lecz potrójną lub wręcz poczwórną” (Hartmann) 257. Bozo w każdym razie nie chciał ryzykować wszystkiego, co już zdobył, dla wątpliwej korony cesarskiej i kuszącego nią papieża. Nie tracąc papieskiej łaski, troszczył się o rozszerzenie i umocnienie swej władzy we własnym domu, w Prowansji. Sytuacja tam stała się bowiem wystarczająco trudna. Frankijskie kontakty między krewniakami Ludwik Jąkała pozostawił z pierwszego małżeństwa (z Ansgardą) dwóch synów, Ludwika i Karlomana, a starszego od nich Ludwika III (879-882) ustanowił swym jedynym następcą. Przystał na to również możny Hugo Abbas, kuzyn Karola Łysego i świecki opat St. Germain d’auxerre. Jednakże Bozo uznawał tak syna Jąkały, jak i jego brata Karlomana za dzieci z nieprawego łoża (degeneres), pomijał również narodzonego właśnie pogrobowca Karola (III Prostaka). Ludwika zdradził nawet własny kanclerz, opat Gozlin. Opat był przy tym już kanclerzem i jednym z najbliższych zaufanych Karola Łysego, któremu zawdzięczał parę najbogatszych opactw: Jumieges, St. Amand, St. Germain-des-Prés, a w 878 roku jeszcze St. Denis. W roku 884 został biskupem Paryża. Opat Gozlin był, obok opata Hugona, przez pewien czas czołową postacią Rzeszy zachodniofrankijskiej. Reprezentował ród wpływowych Rorgonidów, podczas gdy opat Hugo należał do klanu rodzinnego zachodniofrankijskich Welfów. Zaraz po śmierci króla Gozlin wezwał więc wraz z arystokracją mieszkającą między Sekwaną i Mozą, ze strachu przed potężnym rywalem Hugonem, wschodniofrankijskiego Ludwika Młodszego do interwencji w Rzeszy zachodniej i zaoferował mu koronę tego kraju. Ludwik nie dał się dwa razy prosić. Przez Metz ruszył w kierunku Verdun, przy czym jego okrucieństwo i spustoszenia podczas marszu, jego „niegodziwości wszelkiego rodzaju”, miały przewyższyć „jeszcze złe uczynki pogan” (Annales Bertiniani); splądrowane zostało również Verdun. W tym momencie opat Gozlin został uprzedzony przez stronników wiernych królowi by nie stracić wszystkiego, odstąpili oni Ludwikowi, głównie za sprawą świeckiego opata Hugona, zachodnią Lotaryngię. Dwakroć Karol Łysy, łamiąc prawo, zaanektował całą Lotaryngię, a teraz należała w zupełności do Franków wschodnich, oczywiście również z pogwałceniem prawa. Na to jednak Ludwik Młodszy odstąpił natychmiast Gozlina i jego stronników, wrócił zadowolony do domu i natychmiast został nakłoniony przez Liutgardę, zaborczą i cierpiącą na przerost ambicji małżonkę, do następnej wojny, by zdobyć całą Rzeszę zachodnią. Znów przyjął do służby opozycję na terenach północnych, Gozlina z jego

140 stronnikami który go znowu wzywał, po czym zaraz, jako rzec by straż przednia, paląc i rabując ruszyli przez kraj, zwiastując nadejście Ludwika. Jednakże był on zajęty jeszcze w Bawarii, której król, jego brat Karloman, był w coraz żałośniejszym stanie. Ludwik pośpieszył do Forchheim, gdzie obchodził „narodziny Pana”, potem do Bawarii, gdzie bez skrupułów zdetronizował pozbawionego mowy brata, przyłączył jego kraj do swojego, a potem świętował zmartwychwstanie Pana we Frankfurcie. Tymczasem 22 marca 880 roku, zmarł Karloman. Ludwik wtargnął jeszcze dalej w kraj zachodnich Franków, jednak zadowolił się odstąpieniem mu zachodniej Lotaryngii. Już późnym latem 879 roku Hugo kazał poprzez arcybiskupa Ansegisa z Sens ukoronować obu zachodniofrankijskich królewiczów, Ludwika III i Karlomana. A na południu królem został jeszcze ktoś trzeci, Bozo, książę Prowansji, pierwszy król nie pochodzący od Karolingów w dawnym obrębie całej Rzeszy. Gdy na wschodzie, dwa lata po śmierci swego brata Karlomana, zmarł 20 stycznia 880 roku bezdzietnie również Ludwik Młodszy (bowiem jego jedyny syn o tym samym imieniu skręcił kark wypadając z okna pałacu), cała wschodnia Francja przypadła w udziale najmłodszemu bratu, królowi Szwabów Karolowi 258. Za pozostawienie okrętów i in. papież Jan chce uznać dwukrotnie obalonego i przeklętego patriarchę Focjusza Ponieważ papież Jan tymczasem nie mógł pozyskać również Karolingów wschodniofrankijskich, nie wzdragał się w ostatnich latach swego życia nawiązać ponownie kontaktów z Konstantynopolem, zwłaszcza że wyglądało na to, że Włochy znów mogły się dostać w ręce bizantyjskie. Bari, przez cesarza Ludwika II zajęte anno 871, już w roku 876 przeszło we władanie Bizancjum, a jego generałowie sprawowali często władzę w Dolnej Italii; greckie panowanie umacniało się. Tak więc papież, jeszcze przed podróżą do państwa Franków, wystosował w kwietniu 878 roku wezwanie o pomoc również do cesarza Bazylego I (867 886), jeszcze większego karierowicza niż Bozo. Wszak dawniejszy koniuszy bez skrupułów usunął wszystkich rywali, również swego protektora Michała III, który koronował go w 866 na współcesarza i którego on akurat w dziedzinie prawa zapisał się w historii dzięki nowej kodyfikacji w następnym roku kazał zamordować (s. 160 i nast.). Papież Jan powtórnie podjął kontakt w roku 879. I nie wzdragał się za pomoc zbrojną, za awizowane pozostawienie okrętów wojennych cesarza wschodniorzymskiego i zajęcie bułgarskiego obszaru misyjnego przez grecki kościół państwowy, przed ponownym uznaniem Focjusza za prawowitego patriarchę i brata na urzędzie oraz przed wszelkimi pochwałami, mimo wszystkich wcześniejszych klątw. Przy czym dwaj jego poprzednicy nieodwołalnie patriarchę zdetronizowali i uroczyście wyklęli! Wszak znany ósmy Sobór Ekumeniczny w Hagii Sofii na przełomie roku 869 i 870 pod kierownictwem legata papieskiego lub czcigodnego Bazylego I osobiście potwierdził detronizację Focjusza i anulował udzielone mu święcenia. Lecz teraz, zimą roku 879/880 wysłannicy Jana oświadczyli składając podpis na soborze, ostatnim wspólnym całego Kościoła, tym razem pod przewodnictwem zrehabilitowanego tymczasem Focjusza że potępią wszystko, co by się sprzeciwiło jego uznaniu! Jedynie by uniknąć sporów, wyjaśnia nam to teolog Bernhard Ridder (ongiś generalny prezydent Kolpingwerk międzynarodowej organizacji katolickich stowarzyszeń czeladniczych) „papież dał swe przyzwolenie pod pewnymi warunkami”. Jednakże by tylko uniknąć sporów, jeszcze chyba żaden papież nigdzie nie dał przyzwolenia, w każdym razie nie w przypadkach o takiej randze. W istocie było to dostosowanie się do nowych warunków,

141 które ponadto wzbudziło nieufność u króla Franków, a również nie prowadziło do sukcesu. Ani w Dolnej Italii, gdzie Grecy wprawdzie w 880 roku zdobywając Tarent, opanowali istotne dla siebie wschodnie wybrzeże, pozostawiając zachodnie Arabom, ani w państwie Bułgarów, podległym w przyszłości kościołowi greckiemu (s. 159 i nast.) 259. Daniel-Rops oczywiście, jak przystało na katolickiego historyka Kościoła, nie uznaje, iż Ojciec Święty tkwi w jednym bagnie korupcji, intryg, zakłamania, lecz co najwyżej, że jego aktorzy, jego otoczenie. „Wokół niego wrzało od politycznych intryg”. On sam tronuje stary i nieudolny, przez wszystkie czasy nadużywany trick apologetów tak jak ucieleśniona niewinność wewnętrzna („Wódz 260 o tym nic nie wie”) 261. Od Karlomana do Karola III Grubego Papież ten był w rzeczywistości ucieleśnieniem oportunizmu. Wchodził w układy z wszystkimi im kto potężniejszy, tym lepiej. Kusił, straszył, zaklinał każdego, kto w danym momencie mu odpowiadał, wysyłał pisma, legatów, błagał o ratunek, pomoc, schlebiał, przyzywał przyjaźń, wieczne zbawienie duszy, zapewniał każdego o koronie, której „będą poddane wszystkie królestwa”. A gdy już nie mógł spodziewać się niczego po Karlomanie, konającym, pozbawionym mowy i nieuleczalnie chorym, legaci wymusili na nim deklarację zrzeczenia się na rzecz Karola, jego brata, nie tylko młodszego, ale i chętniejszego, bardziej dyspozycyjnego i użytecznego dla Ojca Świętego. I gdy w Rzeszy wschodniofrankijskiej zgodzono się, że Italia zostanie pozostawiona Karolowi III ze Szwabii (Grubemu, zwanemu również Otyłym), papież zapewnił go: „Odnośnie Bozona, musicie się czuć upewnieni, że nie będzie mieć i nie znajdzie z naszej strony ani przyjacielskiego wsparcia, ani pomocy, bośmy was jako przyjaciela i pomocnika szukali i z całym sercem chcemy was zachować jako naszego najdroższego syna”. Bozona natomiast, swego adoptowanego syna, w tym czasie już króla Prowansji, ze wszystkimi jego tamtejszymi uwikłaniami i kłopotami uznał zaraz za nieprzydatnego, za tyrana. Natomiast Karola III Grubego koronował w styczniu 880 roku podczas sejmu Rzeszy w Rawennie w obecności magnatów i biskupów tego kraju na jegoż króla. Wszyscy świeccy i duchowni możni, z wyjątkiem papieża, zaprzysięgli mu wierność. Lecz ku ogromnemu rozczarowaniu biskupa Rzymu Karol wcale nie miał ochoty na koronę cesarską, a zgoła nie żeby się tłuc „z poganami i fałszywymi chrześcijanami”. Czym prędzej wrócił w maju za Alpy i pozostawił do obrony papieża jedynie mało dlań znaczących książąt Tuscji i Spoleto. W prawdziwej rozpaczy prosił teraz Jan, by król zechciał zadbać o państwo św. Piotra i przysłał do Rzymu pełnomocnego lagata (missus). żebrał, skarżył się, i to niejednokrotnie. Lecz gdy zanosiło się na przyjazd samego władcy, postawił mu niespodzianie w ostatnim liście z 25 stycznia 880 roku warunki, zaczął grozić, zarzucił zbytni pośpiech, zakazał przekraczania granicy Państwa Kościelnego, zanimby dla dobra swej duszy nie dał gwarancji i nie usankcjonował jego, papieża, życzeń przedstawionych mu przez legata, i to w każdym słowie i paragrafie. Karol jednak nie przejął się tym zbytnio, podróżując z wolna do Rzymu, całe miesiące popasał w Górnej Italii i wreszcie 12 lutego 881 roku został u Św. Piotra ukoronowany na rzymskiego cesarza koroną ze skarbca bazyliki, jako pierwszy ze wschodniofrankijskiej linii Karolingów. Odniósł zwycięstwo nad polityką papieża; oczywiście dopiero gdy papież już w Rawennie uzyskał brzemienną w skutki obietnicę „przestrzegania paktów i przywilejów świętego Kościoła rzymskiego”; obietnicę, którą król Italii, rex Romanorum, jak się później zwał, musiał przez całe średniowiecze składać przed otrzymaniem korony cesarskiej 262. Karol jednakże, teraz władca otoczony nimbem cesarstwa, którego działalność polegała raczej na wyczekiwaniu i bezczynności, co i tak przyniosło mu znaczne sukcesy, skierował swe kroki jeszcze wolniej z powrotem, przy czym cały rok spędził w Pawii i Mediolanie,

142 zrobił sobie również wypad nad Jezioro Bodeńskie, nieustannie ścigany błaganiami papieża Jana. Biskup Rzymu widział wokół siebie jedynie nędzę i żałość. Zło narasta z dnia na dzień, pisał, lepiej byłoby umrzeć, niż je dłużej znosić. Chciał wojny przeciwko chrześcijanom i Saracenom i prosił Karola, by bez zwłoki wysłał wojsko i zaprowadził wreszcie porządek bezskutecznie. Wylewał swe żale cesarzowej i kanclerzowi Liutwardowi. Spędzały mu sen z powiek i odejmowały jadło od ust. Pośród ciemności wyczekiwał z nadzieją światła, lecz nie odważył się opuścić Rzymu i żył w strachu, że zostanie uwięziony i uduszony 263. Papież Jan ściga Saracenów katolicy z nimi kolaborują Wszystkie próby dostosowania się do nowej sytuacji, podejmowane przez papieża, służyły w nie mniejszym stopniu powiększeniu jego własnej władzy i Państwa Kościelnego, zwłaszcza podporządkowania mu części Południa. Tam jednakże mnożyły się od początku islamskiej okupacji bizantyjskiej Sycylii w roku 827 stopniowo coraz bardziej morskie ataki „piratów”, mniej lub bardziej spektakularne najazdy, których znaczenia na frankijskim dworze cesarskim najwyraźniej nie doceniano. Zwłaszcza od upadku władzy cesarza Ludwika Arabowie z Sycylii i Tarentu penetrowali głównie wybrzeże zachodnie. Plądrowane były Sabina, Lacjum i Tuscja, pustoszone dobra papieskie i klasztory, zagrożony był Rzym i jego skarby. Jan VIII, dzięki swej „fanatycznej żarliwości”, „przede wszystkim jednak dzięki swej świętej żarliwości wojennej jedna ze znaczniejszych postaci ciemnej historii późnego wieku IX” (Eickhoff), pożeglował wreszcie jako pierwszy papież z własną flotą przeciwko muzułmanom, odebrał im obok przylądka Circe 18 galer i zagwarantował każdemu ze swych poległych wieczne zbawienie (s. 168 i nast.). Do ścigania Saracenów wezwał cały świat, Karola Łysego, Bozona z Vienne, dalmatyńskiego księcia Domogoja, „charyzmatycznego” Chorwata i pirata, którego okręty trudniły się „często korsarstwem na Adriatyku” (Ferjanćić), co ściągnęło mu na kark Wenecjan i Bizantyjczyków. Papieska walka, która w żadnym razie nie dotyczyła jedynie Saracenów i obrony kraju, lecz po cichu miała doprowadzić do ujarzmienia południowej Italii, nie miała oczywiście wielkich widoków na przyszłość. Tym bardziej, że katoliccy książęta i biskupi współpracowali z wrogami Chrystusa, by bronić się tak wobec wschodniego, jak i zachodniego cesarza oraz papieża, również dla oczywistych dużych korzyści płynących z handlu (w apologetycznej wykładni Daniela-Ropsa: „upolitycznieni biskupi próbowali wręcz własnoręcznie sterować swymi małymi stateczkami”). Chrześcijanie zawierali sojusze i traktaty z „niewiernymi”, rekrutowali u nich najemników, tolerowali ich w najbliższym sąsiedztwie, zaopatrywali i chronili, a niektórzy wręcz wojowali po ich stronie podczas saraceńskich wypraw przeciwko chrześcijanom. Neapol, Gaeta, Amalfi i Salerno trzymały z Arabami. A papież, który usiłował zebrać wokół siebie ligę dolnoitalską, ciskał wersami biblijnymi i klątwami na głowy niewiernych poddanych, płacąc im od czasu do czasu za pozostawanie w sojuszu 264. Na przykład Amalfitańczykom. Amalfi, miasto na brzegu zatoki Salerno, wciśnięte między góry a morze oraz sąsiednie tereny Sorrento, Neapolu i Salerno, mogło sobie zapewnić pewną niezależność dzięki silnej flocie i zmiennym układom politycznym. W roku 846 i 849 walczyło po stronie Neapolu z Saracenami, później stało przeciw niemu po stronie cesarza Ludwika II. Ze względu na interesy handlowe weszło następnie w układy z Arabami. Ponieważ Jan VIII chciał Amałfitańczyków od nich odciągnąć i sam zatrudnić ich flotę (do ochrony przez cały rok wybrzeża między Traetto a Civitavecchia, obu należących do Kościoła), zainkasowali oni 10 tysięcy sztuk złota (srebrnych szylingów, mancusi) i chociaż ani jednemu Saracenowi włos z głowy nie spadł, nie zwrócili papieżowi ani denara. Utrzymywali natomiast, że zgodnie z umową należy im się 12 tysięcy, a chociaż papież wypłacił im w 879 roku dalsze 10 tysięcy,

143 nadal kolaborowali z jego wrogami. Również gdy papież jednostronnie wypłacił im dodatkowo tysiąc dukatów za rok bieżący i obiecał zupełne zwolnienie z opłat celnych wszystkich statków handlowych w porcie rzymskim, a z drugiej strony zagroził pod koniec tegoż roku ekskomuniką i wygnaniem biskupa oraz prefekta Amalfi obok bojkotu handlowego „we wszystkich krajach, w których zajmowali się handlem”, nie były w stanie ani groźby, ani obiecane subsydia zachęcić Amałfitańczyków do wojny za Jego Świątobliwość. Trudności miał także z Kapuą. Miasto w Kampanii, zniszczone w 456 roku przez Wandalów, w 841 przez Saracenów, w międzyczasie bizantyjskie i przez długi czas w rękach longobardzkich, w roku 856 zostało na nowo założone przez biskupa Landulfa nieco na uboczu w zakolu rzeki Volturno. Jednocześnie Landulf był twórcą dynastii od 900 roku noszącej tytuł książęcy. Już sam biskup dysponował świecką władzą na swym obszarze i współpracował ustawicznie z wrogami Chrystusa, podczas gdy Ojciec Święty urządzał na nich polowania. Przysięgi składane przez Landulfa cesarzowi, papieżowi, księciu Salerno, ważyły dlań równie mało co kościelne dogmaty. Tylko władza i rozkosze przykuwały uwagę tego duszpasterza, utrzymującego dwór niczym sułtan, żyjącego bardziej w otoczeniu eunuchów niż księży. Wiążąc się z Saracenami, pozostawał zarazem w konflikcie z klasztorem Monte Cassino, oświadczając publicznie, że za każdym razem gdy widzi zakonnika, to jest to dla niego zła wróżba 265. Bardziej poszczęściło się Janowi w Salerno. Udał się tam w roku 876, odwiódł księcia Guaiferiusa z Kapui od sojuszu z Arabami i uzbroił go przeciwko Neapolowi. Dzielny katolicki książę nie tylko kazał za przykładem swego krewniaka w Benewencie zgładzić wszystkich poddanych mu muzułmanów, lecz również, na rozkaz papieża, ściąć 25 pojmanych neapolitańskich arystokratów. Uśmiercenie pojmanych dowódców muzułmańskich papieskim warunkiem powrotu na łono Kościoła W Neapolu od lat wadzili się rządzący nim Sergiusz II i jego brat Atanazy, ustanowiony przez papieża Jana biskupem miasta. Książę, który za żadną cenę nie dawał się oderwać od Saracenów, wygnał Atanazego i usiłował z muzułmańską pomocą usunąć go ostatecznie, co oczywiście spełzło na niczym. Papież bowiem wykorzystał w marcu 877 roku synod w Gaecie, by wywołać w Neapolu powstanie, a nawet je wspomagał swym złotem. Biskup Atanazy wyłupił oczy własnemu bratu Sergiuszowi i tak sprawionego wysłał rozradowanemu papieżowi, który skazał tego „nowego Holofernesa” na śmierć głodową, uprzednio uwięziwszy. Z Rzymu popłynęły złoto, biblijne sentencje i pochwały za „miły Bogu czyn” dla biskupa-bratobójcy, dla „człowieka bożego”, jak go zwie papież, którego Bóg kocha bardziej niż swe własne ciało i krew, który rządzi ludem Chrystusowym w sprawiedliwości i świętości niczym dobry pasterz! (Na marginesie: gdy podczas jednego z buntów w Chorwacji zabito władcę będącego w sojuszu z Grekami, a sprawca i jego następca przeszedł na stronę Rzymu, papież Jan VIII pochwalił również tego księciobójcę i przyobiecał zwycięstwo nad wszystkimi widzialnymi i niewidzialnymi wrogami). Biskup Neapolu Atanazy, teraz również jego książę, był jednak bardzo pojętnym uczniem swego rzymskiego pana. Natychmiast zmienił front. Zaczął grać rolę swego zlikwidowanego brata i związał się jeszcze bliżej z Arabami. żadne złoto i klątwy papieża, którymi ten ciskał wokół siebie jak nigdy dotąd, nie mogły odwieść go od sojuszu z „niewiernymi”. Osadził ich jako załogę portu neapolitańskiego, pozwolił się osiedlić pod murami miejskimi i pod Wezuwiuszem, za czym pustoszyli Gaetę, Salerno wraz z księstwami longobardzkimi aż po Spoleto i Benewent.

144 Dopiero gdy zaczęli zagrażać samemu Neapolowi, rekwirować broń, konie i kobiety, a papież przekupił biskupa, przegnał tenże swych sojuszników, został wraz z miastem uwolniony od klątwy i natychmiast sprowadził nowych Saracenów z Sycylii; ponownie został obłożony klątwą, by jeszcze raz zmienić front i znów stanąć po stronie papieża i z posiłkami z Rzymu, Kapui i Salerno napaść na swych długoletnich sprzymierzeńców. Jednakże Jan uczynił warunkiem jego powrotu na łono Kościoła wydanie i uśmiercenie pojmanych dowódców muzułmańskich. Zażądał od biskupa postawienia przed nim nazwanych z imienia możnych Saracenów i ścięcia pozostałych. Wszakże sam Jan doznał głębokiego upokorzenia, musiał bowiem zacząć płacić trybut Saracenom i wykupić sobie tymczasowy pokój za 25 tysięcy szylingów srebrem. Lecz niewierne diabły osiedliły się w okolicach Paestum. Znowuż inni, przywołani ze strachu przed papieżem przez księcia Gaety Docibilisa I, osiedli u ujścia rzeki Garigliano, przez całe dziesięciolecia pustosząc z potężnego kasztelu Kampanię, Tuscję i Sabinę aż po okolice Rzymu. I jak już wcześniej Amalfi, lecz dużo większym kosztem, Jan przekupił tym razem Gaetę, z powodu położenia i floty o wielkim znaczeniu, dając jej w 822 roku by mogła powiększyć swój niewielki obszar położony blisko wybrzeża interior z Fondi i Traetto (dziś Minturno). Nawet największe klasztory w południowych Włoszech, jak S. Vincenzo nad Volturno i Monte Cassino, legły w gruzach w roku 881 i 883 za sprawą Saracenów; natomiast ostała się cesarska Farfa w Sabinie, obok lombardzkiej Nonantuli, w owym czasie najpiękniejszego klasztoru i bogatego niczym księstwo. Przez siedem lat bronił jej opat Piotr, ukrył skarby i opuścił opactwo. Podczas gdy Saraceni oszczędzili klasztor dla jego piękna, spalili go okoliczni chrześcijańscy rabusie, po czym pozostawał spustoszony przez trzydzieści lat. „Tak więc strach katolickich książąt przed ziemskimi zamiarami papieża był jedną z najistotniejszych przyczyn, jakie pozwoliły Saracenom umocnić się w południowych Włoszech” (Gregorovius). Lub jak podsumowuje Johannes Haller: „Polityka papieża w dolnej Italii została zwieńczona zupełnym niepowodzeniem”; „świat zrozumiał, że w przypadku tego, do czego dążył i czego żądał na równi ze swymi poprzednikami, chodziło mu o świeckie prawa i władzę ziemską, a nie o wiarę i Kościół, i lepiej żeby mu nie przyszło do głowy, żeby obiecywać raj jako wieczną zapłatę za tę walkę” 266. Tak jak Jan VIII prowadził swą walkę o władzę z wrogami zewnętrznymi, tak i z wrogami wewnętrznymi, a mianowicie zarówno przeciwko wpływowym duchownym, jak i rodom arystokratycznym. Janowi kamraci i pierwsze papieżobójstwo Jan szczególnie podejrzewał, a jednocześnie się obawiał, biskupa Formozusa z Porty (864876). Tenże pojawiał się już za poprzednich papieży. W czasach Mikołaja I jako misjonarz Bułgarów i założyciel bułgarskiego Kościoła, przy czym wszakże jego wyniesienie na arcybiskupa spaliło na panewce; w czasach Hadriana II jako legat w Konstantynopolu oraz w innych misjach. Jan jednak ekskomunikował biskupa 19 kwietnia 876 roku z powodu rzekomej konspiracji przeciwko papieżowi i cesarzowi, wyrok ten powtórzono wielokrotnie. Pozbawił go również biskupstwa i wszelkich godności duchownego. Być może Formozus był konkurentem Jana do korony papieskiej sam miał na nią wielką ochotę i w końcu ją uzyskał (s. 221). Gdy Formozy ratował się przed wyrokiem ucieczką do Rzeszy zachodnio-frankijskiej, Rzym opuściły również i inne osoby; ludzie, zaznajomieni z najwyższymi urzędami dworu, przebywający całymi latami w najbliższym otoczeniu Jana, którzy doszli do swych pozycji dzięki defraudacjom, aferom seksualnym, złodziejstwu i skrytobójstwu.

145 Mistrz skarbu papieskiego, być może również zarządzający całą administracją, niejaki Jerzy z Awentynu, zamordował z powodu afer miłosnych własnego brata, ratował się finansowo poprzez małżeństwo z siostrzenicą papieża Benedykta III, a następnie prawie publicznie zamordował swą żonę, by uchodząc kary dzięki przekupieniu sędziego poślubić Konstantynę, która zostawiła go wreszcie na koszu, obchodząc się równie swobodnie z mężczyznami, co z pieniędzmi. W końcu była ona córką papieskiego mistrza ceremonii Grzegorza, który sam już w czasach Hadriana II dorobił się niepomiernie podobno dzięki oszustwom i złodziejstwu i jako apokryzjariusz 267 zastępował papieża. Również dowódca milicji papieskiej Sergiusz należał do tego prześwietnego kręgu. Ze względów finansowych pojął za żonę siostrzenicę Mikołaja I, odtrącił ją jednak, by żyć razem ze swą frankijską konkubiną Walwisindulą 268. Wszyscy ci oraz dalsi czcigodni katoliccy panowie zostali oskarżeni przez Jana VIII o znoszenie się z Arabami i z innymi wrogami papieża, z księciem Spoleto i Camerino i Adalbertem z Tuscji. A gdy rozeszła się pogłoska o ich bliskim zgładzeniu lub okaleczeniu, uciekli pewnej wiosennej nocy roku 876 z Wiecznego Miasta za pomocą wytrycha przez Bramę Świętego Pankracego. Przy tym Grzegorz i Jerzy obrabowali najpierw jeszcze Lateran obok innych domów bożych i zabrali skarbiec kościelny. Jan ekskomunikował ich i rzekomo pożądającego godności papieskiej Formozusa, który miał zresztą za pomocą pieniędzy z kościołów i klasztorów swego biskupstwa sfinansować ucieczkę. Na synodzie w Troyes (s. 177 i nast.) anno 878 biskupi zwrócili się w obecności papieża („nasze łzy jednocząc z Waszymi”) ponownie przeciwko tym wszystkim „niegodziwym ludziom i sługom Szatana” i jeszcze raz ogłosili w pompatycznej mowie ich „wytępienie mieczem Ducha Świętego”, „dokonali” jeszcze raz „sercem i ustami, naszą jednomyślną wolą i autorytetem świętego Ducha” ich potępienia, ogłaszając „wszystkich, których Wy, jak już powiedziano, ekskomunikowaliście za ekskomunikowanych, których wykluczyliście z Kościoła za wykluczonych, a których wyklęliście, za wyklętych”. I bezpośrednio po udzieleniu tym sposobem pomocy swemu „najświętszemu i najwielebniejszemu panu i ojcu ojców Janowi”, zażądali jego pomocy „przeciwko rabusiom naszych kościołów”, „przeciwko niecnym rabusiom i grabieżcom kościelnych dóbr i posiadłości oraz przeciwko lekceważącym święty, biskupi urząd […]”. Cztery lata później przyszła jednak kolej i na samego Jana. Podczas rewolty pałacowej 16 grudnia 882 roku otruł go jeden z jego pobożnych krewnych, który sam chciał zostać papieżem i zyskać bogactwo, a ponieważ trucizna nie zadziałała dostatecznie szybko, to jak to krótko lecz treściwie opisują Annales Fuldenses „tak długo uderzał młotem, aż ten utkwił w mózgu” (malleolo, dum usque in cerebro constabat, percussus est, expiravit) było to pierwsze morderstwo papieża. Zarazem przykład, który łatwo znalazł następców (s. 311) 269. Podczas gdy chrześcijanie napadali nawzajem na siebie, nie tylko w najbliższym kręgu papieży, nie tylko w Italii, podczas gdy ich możni wzajemnie się szantażowali, okradali i zabijali, na południu szerzyli pożogę Saraceni, a na północy Normanowie. Opresja normańska nawet znów się wzmogła. Nawet król Franków Karloman stawia w roku 884 pytanie: „Czyż nie należy się dziwić, że poganie i obce ludy panoszą się wśród nas i odbierają nam doczesny dobytek, gdy przecież każdy z nas wyrywa siłą swemu najbliższemu to, co potrzebne do życia? Jak mamy z ufnością walczyć z wrogami naszymi i Kościoła, gdy nawet w naszych własnych domach przechowujemy dobra odebrane biedakom [Iz 33,1] i gdy wyruszamy w pole z brzuchami pełnymi tego, co zrabowaliśmy?” 270

146 ROZDZIAŁ 5. Opresja normańska i cesarz Karol III Gruby „Karol jednakże, który nosił tytuł cesarski, wyszedł z wielkim wojskiem przeciw Normanom i stanął pod ich umocnieniami; wtedy to opadło w nim serce i za pośrednictwem wielu osiągnął drogą układów, że Gotfryd kazał się ochrzcić ze swymi ludźmi i znów otrzymał w lenno Fryzję oraz inne dobra, jakie posiadał Roryk”. Annales Bertiniani 271 „Gdy cesarz przejrzał chytre sztuczki i wspólne ich knowania, pertraktuje z Henrykiem, pewnym mądrym mężem, w tajemnym zamiarze chytrością usunięcia z drogi wroga, którego zapędził w najdalszy zakątek Rzeszy; […] zdecydował się bardziej użyć podstępu niż siły. Posłów odprawił zatem z niejasną odpowiedzią i kazał im wracać do Gotfryda z zapewnieniem, że przez swych posłańców we wszelkich przedmiotach ich posłania udzieli odpowiedzi, jaka należy się zarówno jemu, jak i Gotfrydowi, tylko żeby wytrwał w wierności. Potem wysłał Henryka do tego męża i z nim, by ukryć oszustwo, jakie było w ich dziele, Williberta, wielebnego biskupa Kolonii […]. I w samej rzeczy Gotfryd umiera, po tym jak zadał cios najpierw Everhard, a potem towarzysze Henryka go przekłuli, a wszyscy Normanowie, jacy znaleźli się na Betuwe, zostali zabici. Ledwie parę dni później Hugo zostaje zwabiony do Gondreville obietnicami rzeczonego Henryka i podstępnie uwięziony, na rozkaz cesarza są mu przez tegoż Henryka wyłupione oczy […]. Potem zostaje wysłany do Alamanii do klasztoru Świętego Galia […] ostatecznie w czasach króla Zwentibolcha został postrzyżony moją ręką w klasztorze Prum”. Opat Regino z Prum 272 Zabijać z „pomocą bożą” i polec bez niej Przez prawie dwa dziesięciolecia udawało się dzięki trybutowi płaconemu przez Karola Łysego ograniczyć ataki Normanów. Od roku 878/879 napady zaczęły się jednak mnożyć. Wprawdzie swego czasu król Anglii Alfred Wielki wspierający Kościół donacjami, nowymi klasztorami i corocznym datkiem słanym do Rzymu, późniejszym „świętopietrzem” zdołał powstrzymać ciągłe ataki wikingów, przynajmniej na pewien czas, dzięki reformie wojska, budowaniu punktów oporu, zamków refugialnych i wielkich okrętów, jednakże pod naciskiem Anglosasów wdarła się z Brytanii przez morze nowa fala Normanów i spustoszyła „ogniem i mieczem, nie natrafiając na opór miasto Morynów 273, Therouanne. I gdy zobaczyli, jak im się na początku poszczęściło, obrócili w perzynę ciągnąc wokół cały kraj Menapiów 274 ogniem i mieczem. Następnie wtargnęli do regionu Skaldy i zniszczyli ogniem i mieczem cały Brabant”. Spalony został także bogaty klasztor St. Omer. Wprawdzie przepędził ich król wschodnich Franków Ludwik III Młodszy, zwycięzca spod Andernach (s. 173 i nast.), a nawet zabił wielu z „boską pomocą” (Annales Bertiniani), „dzięki bożej ręce większą część” (Reginonis chronica), „więcej niż 5000” (Annales Fuldenses), lecz zginął przy tym również Hugo, naturalny syn króla gdyby nie to, „odniósłby nad nimi wspaniałe zwycięstwo” (Annales Vedastini). Jednakże zbyt rzadko byli przepędzani „i zabijani”, jak to się po chrześcijańsku nazywa w Rocznikach Fuldajskich, przez co „Bóg im odpłacił, co zasłużyli”. Tym bardziej że Normanowie rozbili zupełnie 2 lutego 880 roku pod Hamburgiem posiłki pod wodzą księcia saskiego Brunona. Padł na polu on sam, brat królowej, padli biskupi Teoderyk z Minden,

147 Markward z Hildesheim oraz 18 hrabiów i 18 królewskich trabantów wraz ze swymi ludźmi 275. Hordy Normanów, które pod koniec roku 880 paląc wszystko wtargnęły w górę Renu aż po Xanten, obróciły w perzynę wspaniałe, wzniesione przez Karola Wielkiego palatium w Nijmegen. 28 grudnia „ludzie północy” spalili klasztor St. Vaast w Arras, spalili miasto i wszystkie dwory w okolicy, zabijali wszystkich, przebiegli cały kraj aż po Sommę, ciągnęli ludzi w niewolę, bydło i konie, zniszczyli Cambrai, obrócili w perzynę wszystkie klasztory nad Hisscarem, wszystkie klasztory i miejscowości nadmorskie, nawiedzili Amiens, Korbeę, zjawili się ponownie w Arras „i zabijali wszystkich, których znaleźli; a potem jak cały kraj w okolicy spustoszyli ogniem i mieczem, wrócili bez uszczerbku do swego obozu” (Annales Vedastini) 276. Trzeciego sierpnia 881 pokonał ich jednakowoż młody książę zachodniofrankijski, Ludwik III (syn Jąkały z pierwszego małżeństwa z Ansgardą) pod Saucourt-en-Vimeau (w pobliżu Abbeville) u ujścia Sommy i zyskał „nieśmiertelność” w starowysokoniemieckim eposie bohaterskim Pieśń o Ludwiku (Ludwigslied). Napisana we frankijskim nadreńskim dialekcie jest pierwszym poetyckim eposem utrzymanym w wolnym wierszu, w ogóle pierwszym eposem w literaturze niemieckiej. Co oczywiste, nieznany „bohater pióra”, przypuszczalnie duchowny, zaciera prawdę historyczną, „wywyższa” wszystko, co chrześcijańskie. Po tamtej stronie walczą „poganie” [heidineman], po tej „bohaterowie Boga” [godes holdon], Frankowie, wojownicy wybrani przez Boga. Z Kyrie elejson na ustach wyruszają potykać się z wrogiem. Sam Ludwik jako powołany przez Najwyższego, pełen „Bożej siły” [godes kraft] oczywiście i miłosierdzia. Suman thuruskluog her, Suman thruhstah her (Niektórych przeciął wpół, niektórych przebił). Tak tak, kto Bogu zaufa, walecznego ducha… Rzekomo miał „zabić 9000 konnych” (Annales Fuldenses). „Uuolar abur Hluduig, Kuning unser sdlig!” (Chwała tobie, Ludwiku, królowi naszemu błogosławionemu!) Chwała! 277 Na to nastąpili jednak „poganie” pod swymi wodzami Gotfrydem i Zygfrydem. Z flotą i wojskiem lądowym wzmocnionym konnicą wtargnęli daleko we wschodnią Francję, spustoszyli nie tylko Maastricht, Tongern, Leodium, obrócili w perzynę również Bonn i Kolonię „z kościołami i domami” (Annales Fuldenses) oraz warownie Zulpich, Julich, Neuss. W Akwizgranie kościół mariacki, grobowiec Karola Wielkiego zamienili na stajnię i podpalili wspaniałe palatium. Spalili również klasztory Inden (monaster Św. Kornelii), Stablo, Malmedy i Prum. Opierających się wieśniaków stratowali „jak głupie bydło” (Regino z Prum), fale uciekinierów rozlały się aż po Moguncję. Na wschodzie i zachodzie Rzeszy wymierają książęta Z pobliskiego Frankfurtu śmiertelnie chory król Ludwik III, zwycięzca spod Andernach, wysłał wojsko przeciw najeźdźcom. Jednakże gdy umierał 20 stycznia 882 roku „za Kościół i Rzeszę”, jak pisano, „po życiu bez zysku dla siebie” (Annales Bertiniani), jego oddziały zawróciły już spod umocnionego obozu w Elsloo, ścigane przez Normanów, radujących się ze śmierci Ludwika, którzy paląc wszystko doszli do Koblencji i zwrócili się w górę Mozeli. 5 kwietnia „w dzień najświętszej wieczerzy Pana” napadli na Trewir, który splądrowali i „całkowicie spalili, mieszkańców częściowo wygnawszy, a częściowo zabiwszy” (Annales Fuldenses). Gdy ciągnęli na Metz, padł „w bitwie” miejscowy biskup Wala (Regino z Prum). Na Zachodzie w swym czasie Ludwik III, zwycięzca spod Saucourt, znajdował się już w drodze, by powstrzymać kolejne hordy wroga nad Loarą, zmarł jednak 5 sierpnia 882 roku, w wieku zaledwie 20 lat (gdyż, jak zdradzają Annales Vedastini, rzekomo „w żartach”, iocando, konno goniąc za dziewką, zbyt mocno uderzył w nadproże drzwi jej rodzinnego domu). Wprawdzie walkę kontynuował ze zmiennym szczęściem i płacąc ogromną sumę 12 tysięcy

148 funtów srebrem, jego brat Karloman, tenże jednak, ledwie 18-letni, uległ wypadkowi na polowaniu w lesie pod Beżu (koło Andelys) nie przez dzika, jak początkowo mówiono, lecz, jak zapewniają kronikarze, „nie ze swej woli”, z ręki towarzysza łowów, jednego ze służących, „który chciał mu pomóc”. Obaj królowie zostali pochowani w St. Denis. Wprawdzie Ludwik II Jąkała miał z drugiej żony Adelajdy jeszcze jednego syna, lecz ponieważ był on, późniejszy Karol III Prostak, jeszcze pięcioletnim dzieckiem, możni tego kraju oczekiwali pomocy ze strony Karola III Grubego i zaprosili go do zachodniej Francji 278. Karol Gruby, któremu przypada w udziale wszystko, a potem również wszystko przepada Najmłodszy syn Ludwika Niemieckiego, Karol III (839 888), który swój przydomek „Gruby” (Crassus) zyskał dopiero w XII wieku od historyków, chcących w ten sposób wyrazić jego raczej skromną energię, był dziedzicem najmniejszej części Rzeszy Alamanii i Alzacji i od początku odnosił niezwykłe sukcesy. Po prostu miał szczęście. Choć pozbawiony ambicji, żądzy czynu i władzy, przychodziło mu wszystko jakby samo z siebie: w roku 880 Italia, w 881 korona cesarska, a potem cała wschodnią Francja. Od roku 876 osadzony początkowo jedynie na małej szwabskiej cząstce Rzeszy, władał po śmierci swych braci, chorego króla Bawarii Karlomana, który w swym ostatnim dokumencie z 879 roku zrzekł się jej na rzecz Karola i króla Ludwika III Młodszego, zmarłego bezdzietnie 20 stycznia 882 we Frankfurcie nad Menem, również regnae ich obu. A po śmierci obu królów zachodniofrankijskich, Ludwika III, zwycięzcy spod Saucourt 5 sierpnia 882 roku i jego brata Karlomana w grudniu 884 roku pierwszy z nich był władcą części północnej, a drugi części południowej Rzeszy zachodniej Karol III został i tam uznany za cesarza. W 885 roku poddali mu się w palatium w Ponthion wszyscy świeccy i duchowni możni, zaczem odrodziła się ponownie rzesza frankijska w całej swej rozciągłości 279. Karol Gruby zwalczał teraz, nie jak oczekiwał papież, Saracenów, lecz Normanów, do czego wzywano go ustawicznie na północ od Alp. I oczywiście walczył z nimi na swój sposób; kazał składać sobie hołdy w drodze powrotnej z Włoch, najpierw w Bawarii, później w Wormacji, zanim w czerwcu 882 roku nie zamknął ich przy pomocy potężnej armii, wśród której były nawet oddziały longobardzkie, w Asselt (Elsloo) w dolnym biegu Mozy. Lecz nawet kiedy z pomocą mu przyszedł szczęśliwy traf, gdy okropna burza wyrwała część murowanych umocnień, nie zatrąbił do szturmu, tylko zaczął po 12 dniach z nimi pertraktować i wykupił sobie ich odejście przy pomocy wielkich koncesji. W zamian za przysięgę lenną i obietnicę chrztu ich wodza Gotfryda, Karol odstąpił mu prowincję fryzyjską. Gotfryd, zapewne spokrewniony z duńskim rodem królewskim i w źródłach zwany często królem, został przez Karola osobiście „podniesiony ze świętego źródła” i dostał pozwolenie poślubienia Gizeli, nieprawej córki Lotara II i Waldrady. Ta próba włączenia księcia w dynastię karolińską zakończyła się krwawym niepowodzeniem (s. 196 i nast.). A król Zygfryd wraz z pozostałymi Normanami, jak znów relacjonuje opat Regino, „otrzymał niezmierzoną mnogość złota i srebra” „wiele tysięcy funtów srebra i złota”, jak chcą Annales Bertiniani i donoszą, że pobożny cesarz „wziął ze skarbu św. Stefana w Metzu i od innych świętych, i dopuścił, że odtąd pozostali, by pustoszyć część Rzeszy jego i jego kuzyna”. Otwarcie wówczas oskarżono arcykanclerza cesarskiego, biskupa Liutwarda z Vercelli, że został przekupiony przez wroga i że przeprowadził ugodę z hrabią Wikbertem. (W roku 887 ówże książę Kościoła stracił swe nadworne urzędy, oskarżony o wiarołomstwo z cesarzową, na co zbiegł do przeciwnika Karola, Arnulfa z Karyntii; w 899 roku zginął z rąk Węgrów: s. 198 i nast.) 280.

149 Opresja normańska się na tym jednak nie zakończyła, przynajmniej nie na zachodzie Rzeszy. Gdy chrześcijanie muszą znosić to, co z reguły wyrządzają innym… Czytając Annales Vedastini, odkryte dopiero w połowie XVIII wieku roczniki mnicha z klasztoru St.Vaast koło Arras, stajemy twarzą w twarz z tą mizerią, opisywaną wciąż od nowa, monotonnie, gramatycznie w kiepskim stylu. Wciąż jest mowa o „pustoszeniu i zbrodniczym paleniu” pogańskich bandytów, o ich „żądzy krwi ludzkiej”. Wciąż zabijają oni dzień i noc „chrześcijański lud”, „podpalają klasztory i kościoły boże”, prowadzą „w zwykły sobie sposób swe łupieskie wyprawy […]” 281. Całego cierpienia i nędzy, jakie chrześcijanie nieśli do innych krajów, stulecie za stuleciem, doświadczali teraz na sobie. I oczywiście skargom nie było końca. Wszędzie łupienie, pustoszenie, zniewolenie i wybijanie do nogi. Wszędzie obrócone w perzynę klasztory, kościoły, mordowani zakładnicy, uciekający i masakrowani ludzie. Tak było „w roku pańskim 882”: „[…] a Normanowie […] niszczyli ze szczętem klasztory i kościoły, zabijali sługi słowa boskiego mieczem lub głodem, albo sprzedawali za morze i zabijali mieszkańców tego kraju, nie trafiając na opór”. A tak „w roku pańskim 884”: „Normanowie nie zaprzestali jednak […] zabijania, obalania murów i palenia wiosek. Na wszystkich drogach leżały ciała duchownych, możnych i innych świeckich, kobiet, młodocianych i niemowląt”. Lub w roku 885: „Na to Normanowie zaczęli znowu się srożyć, pragnąc pożogi i mordu […]” 282. De bellis parisiacis lub „nic, co by było godne majestatu cesarskiego” W listopadzie 885 roku „Wielkie Wojsko” najeźdźców pojawiło się pod Paryżem. Rzekomo na niezliczonych małych i 700 większych okrętach oraz w sile 40 tysięcy ludzi pociągnęli w górę Sekwany być może była to zemsta za skrytobójcze zamordowanie ich króla Gotfryda w maju tego samego roku, przy czym oślepiony został również Hugo (s. 196 i nast.). Razem z hrabią Odonem z Paryża, późniejszym królem, dowodził obroną zamkniętego miasta początkowo biskup Gozlin (ze znamienitego rodu Rorgonidów, niegdyś jeden z najbliższych zauszników Karola Łysego i arcykanclerz, od roku 884 arcypasterz Paryża); to słynne oblężenie opiewał naoczny świadek, mnich Abbo, w eposie De bellis parisiacis. Gdy biskup Gozlin zachorował i zmarł, obroną kierował kolejny wojowniczy duchowny, opat Ebolus z St. Germain-des-Prés, zwłaszcza że jedyna przysłana na odsiecz armia wschodniofrankijska pod wodzą osławionego hrabiego Henryka odeszła, niczego nie dokonawszy. Przy tym Normanowie od dłuższego czasu pustoszyli kraj wokół miasta, nie cofając się przed żadnym okrucieństwem. Nawet jeńców mieli wyciąć i zapełnić ich ciałami fosy. W każdym razie „po obu stronach wielu zginęło, jeszcze więcej było niezdolnych do walki z powodu ran”, a Normanowie „kontynuowali dzień w dzień natarcie”, oblegali Paryż „nie rezygnując z różnorodnej broni, machin i taranów. Lecz gdy oni wszyscy z wielką żarliwością wołali do Boga, zawsze byli ratowani; a około ośmiu miesięcy trwała walka na różne sposoby, zanim nie przyszedł im z pomocą cesarz” (Annales Vedastini) 283. Jednakże żadna pomoc tak naprawdę nie przybyła, ani oddziały hrabiów, ani cesarza Wala z Metzu, „który wbrew świętym przepisom i swej biskupiej godności chwycił za broń i ruszył na wojnę”, poległ „w roku pańskim 882” podczas ucieczki przed Normanami. Wszędzie można przeczytać, że w ogóle nie było żadnej pomocy, żadnego oporu (nemine sibi resistente), a tam, gdzie wystąpiono zbrojnie, to nie wyszło „nic szczęśliwego czy pożytecznego” (nil prospere vel utile), że nie dokonano „niczego godnego pamięci” (nihil

150 dignum memoriae); jeśli nie trzeba było powiedzieć wręcz wprost: „I nie wyrządzili niczego pożytecznego, lecz wrócili w wielkiej hańbie do swej ojczyzny”. „Miast bowiem wyprowadzić szczęśliwy cios, ratowali się w nieomalże sromotnej ucieczce, przy czym większość z nich została wzięta do niewoli i zabita” (Annales Vedastini) 284. Również cesarz rozczarował powszechnie. Dopiero w październiku przybył i rozłożył się obozem na wzgórzach Montmartre’u. Wojsko było ogromne, lecz dowodzący nim hrabia Henryk, sam kuty na cztery łapy skrytobójca i oprawca, wpadł z koniem do wilczego dołu Normanów i, opuszczony przez swych ludzi, w nim zabity. Karol nie mógł się zdecydować na nic. Całymi tygodniami pozostawał bezczynny i „nie dokonał w tym miejscu niczego, co by było godne cesarskiego majestatu”. A znaczyło to, że gdy nad Sekwanę doszły śpiesznym marszem posiłki króla normańskiego Zygfryda, wykupił Paryż i oddał Normanom „do złupienia” tereny po drugiej stronie Sekwany, „gdyż ich mieszkańcy nie chcieli mu być posłuszni” (Regino z Prum). Również Burgundię Karol wydał na łup wrogowi, pozostał jednak początkowo na zachodzie. Jednakże król Zygfryd wtargnął już do Oise i ciągnął za Karolem, przy czym „pustoszył wszystko ogniem i mieczem. Gdy cesarz się o tym dowiedział a ogień przyniósł mu pewne wieści wrócił spiesznie do swego kraju”. Na to dopiero teraz Zygfryd rozpoczął prawdziwe dzieło zniszczenia. A również w następnym roku, 887, Normanowie podjęli „w swym zwyczajowym stylu wyprawy aż po Saonę i Loarę […] i uczynili pożogami i mordami z kraju pustynię” (Annales Vedastini). Król Zygfryd jednak zwrócił się jesienią ku Fryzji, gdzie go zabito 285. Boska opatrzność działa skrycie: koniec panowania Normanów we Fryzji Czasami mianowicie zdarzały się i triumfy. Na przykład wobec Gotfryda. Dzięki ugodzie z Karolem w roku 882 stał się chrześcijaninem, został mężem córki króla Lotara II Gizeli, zrodzonej ze związku z Waldradą, oraz władcą obszaru równego mniej więcej dzisiejszej Holandii. Gdy oskarżono go o spiskowanie wraz z Hugonem, synem z nieprawego łoża, bratem Gizeli, przeciwko Rzeszy, to znaczyło, że „Bóg był przeciw niemu”, „Pan wymierzył mu zasłużoną zapłatę” (Annales Fuldenses). Boska Opatrzność działała skrycie. Cesarz ojciec chrzestny Gotfryda kazał go zamordować jednemu z oskarżycieli, wschodniofrankijskiemu hrabiemu Henrykowi, bratu Poppona (s. 238). Henryk, „wielce mądry mąż”, który tę sprawę najwyraźniej uknuł, i Willibert, „wielebny biskup Kolonii”, spotykają się z nie spodziewającym się niczego Gotfrydem „w roku wcielenia Pańskiego 885” na wyspie Betuwe (w delcie Renu, między jego głównym nurtem, a Waalem, żeglownym prawym ramieniem). W drugi dzień „narad” biskup Willibert odwołuje Gizelę, żonę Gotfryda z wyspy, by w inny sposób „pobudzić jej zapał dla pokoju”, a tymczasem wspólnicy Henryka, właśnie podczas tych inaczej pacyfistycznych starań biskupa skrytobójczo mordują króla. Nie dość na tym: również „wszyscy mu towarzyszący”, „wszyscy Normanowie, jacy się znaleźli na wyspie, zostają zgładzeni”. A parę dni po tym za radą tegoż Henryka na dwór cesarski do Gondreville zostaje zwabiony również Hugo, „który zachowywał się niemądrze w cesarskiej Rzeszy” (Annales Fuldenses). Tu tenże sam szlachetny hrabia pozbawia go wzroku, a wszyscy zwolennicy Hugona tracą swe lenna. Później Hugo zostaje postrzyżony własnoręcznie przez opata Regina, relacjonującego całą tę historię, w Prum, gdzie skończył jako mnich jego dziad, cesarz Lotar I i gdzie zmarł po paru latach on sam, podczas gdy jego siostra Gizela, wdowa po Gotfrydzie, zakończyła życie w żeńskim klasztorze Nivelles koło Namur 286.

151 Bardzo pobożny ród. Rządy Normanów we Fryzji po pewnym czasie się skończyły. Pod Norden zostali pokonani w bitwie przez Fryzów „i bardzo wielu z nich zostało zabitych”. A w roku śmierci Gorfryda donoszą znowu Roczniki Fuldajskie: „W końcu zawrzeli chrześcijanie przeciwko nim taką krwawą łaźnią, że niewielu z tak dużej liczby pozostało przy życiu. A potem ci sami Fryzowie przypuścili szturm na ich okręty i znaleźli tyle skarbów w złocie i srebrze obok różnorodnych sprzętów, że od najniższego po największego stali się bogaci”. Stare marzenie ludzi, również i chrześcijan: skarby ze srebra i złota! Jakby nie pierwej miał przejść wielbłąd przez ucho igielne… Jednakże jakby nie było: „Panowanie Normanów we Fryzji skończyło się, nie pozostawiając uchwytnych śladów” (Blok) 287. Wreszcie przybyli „ludzie północnego wiatru” we wczesnym średniowieczu do wielu krajów, również na Islandię i Grenlandię, do Hiszpanii, Maroka, Rusi i Bizancjum i wszędzie byli zwalczani przez Kościół, krwawo i bezkrwawo, przez kronikarzy, pisarzy, biskupów i papieży. Lecz gdy Normanowie w XI i XII wieku wystawili najlepszą jazdę Europy, mężnych rycerzy, najnowocześniejszych budowniczych warowni (wprowadzili od połowy XI wieku zamek z wałami i fosą), gdy mieli na Sycylii również potężną flotę wojenną, z Jerzym z Antiochii, jednym z najzdolniejszych admirałów średniowiecza, i objęli przywództwo militarne, papiestwo przeszło na ich stronę i odgrywali wielką rolę nie tylko w wyprawach krzyżowych. Jako „lud zwyczajny wojnie”, jak pisał William z Malmesbury, który „nieomalże nie mógł żyć bez wojny”, byli przydatni dla namiestnika Chrystusa 288. Karolowi III Grubemu brano jednak za złe jego nikłego ducha wojennego nie tylko wobec Normanów. Rosnąca niepewność w sprawach wewnętrznych, powszechne rozbójnictwo na drogach, notoryczne napady, długoletnie waśnie rodowe, także i akurat właśnie w Rzeszy wschodniofrankijskiej, wszystko to nie umacniało cesarskiego prestiżu. W polityce wewnętrznej aż do obcięcia genitaliów, „tak że nie został po nich żaden ślad…” I tak wybuchł w roku 882 krwawy konflikt między Sasami a Turyngami, między Popponem, hrabią Marchii Serbskiej, a frankijskim hrabią Eginonem, przy czym nie znamy przyczyny tej wojny, a wiemy jedynie, że „Poppo uległ Turyngom, doznając ciężkich strat z ich strony”. Również w następnym roku to samo źródło mówi raczej lakonicznie o „okrutnej wojnie”, którą Poppo znów przegrał, „jak już to było wcześniej”. Uciekł on „nieomalże bez ludzi, podczas gdy wszyscy inni polegli”. Z drugiej strony odnosił sukcesy w roku 880 przeciwko Słowianom Dalemińcom, Czechom, Serbom „i pozostałym sąsiadom wokół” „ufając w boską pomoc pobił ich tak, że z ich wielkiej liczby nikt nie pozostał” (Annales Fuldenses). On sam stracił życie w 892 roku 289. W Marchii Wschodniej srożył się swego czasu hrabia Aribo w trwającej dwa i pół roku rzezi przeciwko potomkom swych poprzedników na urzędzie, synom poległych w 871 roku w walce z Morawianami hrabiów Wilhelma i Engilszalka, przy czym „marchio” związał się nawet z księciem Morawian Świętopełkiem, wasalem Rzeszy, który go wielokrotnie wspierał militarnie. A po wygnaniu Aribona w roku 882 przez synów margrabiów Świętopełk napadał wielokrotnie Marchię Wschodnią i zabijał „nieludzko i żądny krwi niczym wilk”. Panonia została złupiona w 884 roku aż po Rabę, większa część kraju „spustoszona, zburzona i zniszczona ogniem i mieczem”. A nawet, książę Moraw w tym samym roku najechał ją po raz drugi, „by jeśli coś jeszcze wcześniej pozostawił, pochłonąć teraz ze szczętem jak z wilczej zemsty”. Również wszystkie posiadłości synów margrabiów zostały spalone. Dwaj najstarsi z nich, Megingoz i Poppo, utonęli w czasie ucieczki w Rabie. Werinhara natomiast, jednego z synów Engilszalka, i jego krewnego, hrabiego Wezzilo, pochwycono, odcięto prawą dłoń, język oraz „srom, tzn. genitalia, tak że nie pozostał z nich żaden ślad. Również niektórzy z ich

152 ludzi powrócili bez prawicy lub lewicy”. „Knechci i dziewki z ich dziećmi są zabite […]. Wszystko to dzieje się bez wątpienia przez zlitowanie lub gniew Boży” (Annales Fuldenses). A działo się bez jakiegokolwiek odwetu ze strony cesarza. Jego zadowalał hołd księcia Moraw i przysięga, „że dopóki żyje Karol, nigdy nie pójdzie na Rzeszę z obcym wojskiem”. Tymczasem gwiazda monarchy coraz bardziej bladła, a jego nadmierne szczęście na początku jego drogi życiowej coraz bardziej obracało się w swe przeciwieństwo. Wprawdzie po śmierci króla Bozona z Vienne 11 stycznia 887 również Prowansja jako ostatnia już część kraju znajdująca się poza Rzeszą poddała się wiosną tego roku formalnie w kościołach zwierzchnictwu cesarza, za co on adoptował niepełnoletniego syna Bozona Ludwika (z córki Ludwika króla Italii), jednakże miało to niewielkie znaczenie wobec jego zachowania w stosunku do Normanów, branego za złe odwrotu spod Paryża, wydania na ich pastwę Burgundii oraz w innych miejscach tolerowanych ustawicznych grabieży ze strony piratów, a co nie najmniej istotne również wobec skandalicznych wypadków w jego najbliższym otoczeniu, co przede wszystkim odnosiło się do osoby jego arcykanclerza Liutwarda (zm. 899 r.) 290. Biskup Liutward z Vercelli najpierw wyniesiony, potem wyrzucony Mąż ten, pochodzący ze Szwabii, jak suponują wrogie źródła, zupełnie niskiego rodu, był mnichem w Reichenau (klasztorze przyjmującym w ciągu X wieku jedynie arystokratów) i kanclerzem Karola, jeszcze gdy był on królem szwabskim. Wykorzystał awans swego królewskiego protektora, w roku 879/880 został biskupem Vercelli, arcykanclerzem i arcykapelanem Karola, jego wpływowym doradcą, że wreszcie „bardziej niż cesarza go szanowano i się go obawiano” (Annales Fuldenses). Duchowny nuworysz dysponował na koniec niewyobrażalnym bogactwem i wzruszająco troszczył się o swych krewnych: jeden z braci, Chadolt, został w roku 882 biskupem Novary, a bratanek o tym samym imieniu Liutward nieco później biskupem Como. Wskutek postępującej choroby dziedzicznej cesarz pozostawiał coraz bardziej rządy Liutwardowi. Trzymał on w rękach w końcu większość nitek, przewodził wszystkim ważnym delegacjom, prowadził od dawna zwłaszcza wszystkie pertraktacje z papieżem, krótko mówiąc, biskup stał jako „wszechmocny minister obok słabego cesarza”, „kierował wręcz polityką Karola III” (Schur), był „kluczową postacią […] jego panowania” (Fleckenstein). Stopniowo jednak biskup Liutward ściągał na siebie coraz więcej nienawiści szerokich kręgów. Nie tylko dlatego, że usiłował usunąć każdego z otoczenia cesarza, nie tylko z powodu uległości wobec Normanów w Elsloo, gdzie miał zostać przez nich przekupiony, ale również z powodu swej chciwości, nepotyzmu, w ogóle haniebnej polityki na rzecz swego rodu, kazał bowiem porywać dziewczęta z najprzedniejszych rodzin w Szwabii i we Włoszech, by dostarczać jako żony swym krewnym. Nakazał nawet włamać się do klasztoru żeńskiego S. Salvatore w Brescii, by wydobyć z niego dla jednego ze swych bratanków córkę margrabiego Unruocha z Friulu, po matce wnuczkę Ludwika Pobożnego znakomitą partię. „Lecz mniszki z tego miejsca zwróciły się ku modłom i prosiły Pana o pomstę za wyrządzoną temu świętemu miejscu hańbę; ich prośba została wysłuchana natychmiast. Ten bowiem, który chciał dokonać małżeństwa w zwykły sobie sposób, zmarł tej samej nocy, a dziewczyna pozostała nietknięta (intacta). Zostało to zakonnicy z wyżej wymienionego klasztoru […] wyjawione” (Annales Fuldenses) 291. Stryjowi porwanej, margrabiemu Berengarowi z Friulu, zdała się Śmierć biskupiego bratanka w noc przedślubną jeszcze za mało. Pośpieszył do Vercelli, „a tam przybywszy, zrabował z rzeczy biskupa tak wiele, jak sobie życzył”. Nie dość na tym, obwiniono Liutwarda poza tym o „kacerstwo”, a mianowicie „o umniejszanie naszego Zbawiciela, przez to że twierdził, że owa jedność jest jednością substancji, a nie osoby” (Annales Fuldenses).

153 Obwiniono go też o wiarołomstwo, nawet osobiście z cesarzową wszystko to zostało publicznie przedstawione latem 887 roku na sejmie Rzeszy w Kirchen (koło Lörrach). Karol Gruby był jednak nie tylko z natury wygodnicki, pozbawiony ambicji, był on również chory, na ciele, a może i na duchu. Na wiosnę w palatium Bodmann, w ulubionej przez niego okolicy Jeziora Bodeńskiego, jak donosi kronikarz, kazał sobie zrobić „z bólu nacięcie w głowie” (incisionem) jest to tłumaczenie nieprawidłowe, z czasem uznano, że nie była to trepanacja, lecz mniej dramatyczny zabieg. Niezależnie od tego cesarz był prawie niezdolny do pełnienia rządów (jak widać los wielu rządzących). I w tej fatalnej sytuacji wydał swego pierwszego męża na powszechny gniew i zwątpienie. Bez jakiejkolwiek rozmowy z Liutwardem odebrał mu wiele lenn „i wygnał go jako znienawidzonego kacerza z hańbą z pałacu. Lecz tenże udał się do Bawarii do Arnulfa i przemyśliwał z tymże, jak odebrać panowanie cesarzowi […]” 292. 25 lat białego małżeństwa i próba ognia Jakkolwiek cesarz pogodził się z utratą swego pierwszego męża w państwie (a cesarzowa drugiego?), cesarska para nie zamierzała przejść obojętnie nad zarzutem wiarołomstwa. Dlatego Karol już po paru dniach sprowadził swą małżonkę Ryszardę „z powodu tej samej rzeczy przed Zgromadzenie Rzeszy, a pisze zachwycony opat Regino brzmi to cudownie, wyznaje ona, że nigdy on w cielesnych objęciach z nią się nie skrzyżował, chociaż znajdowała się więcej niż dziesięć lat dzięki prawnie zawartemu małżeństwu w jego wspólnocie”. Więcej niż dziesięć lat? Dwadzieścia pięć. Albowiem już w roku 862 Karol Gruby poślubił córkę alzackiego i bryzgowijskiego hrabiego Erchangera. Dwadzieścia pięć lat białego małżeństwa. Nie, jeszcze lepiej, jeszcze czyściej: „Twierdzi ona nawet, że nie tylko od jego, ale od wszelkiego współżycia z mężczyzną (omni viri commixtione) była wolna, sławi się nienaruszalnością swego dziewictwa i uprasza sobie przezornie, że chce, jeśli tego sobie życzy jej małżonek, udowodnić swoją czystość poprzez wyrok wszechmocnego Boga, albo poprzez pojedynek, lub poprzez próbę z rozpalonym do białości lemieszem; była bowiem niewiastą oddaną Bogu”. Dlatego cesarzowa Ryszarda usunęła się po rozstaniu do klasztoru Andlau w Alzacji, który zbudowała w swych posiadłościach, by nie wystawiać się na widok jakichkolwiek mężczyzn, lecz, jak podaje opat Regino, „by służyć Bogu” 293. Cesarz zrezygnował wspaniałomyślnie z przeprowadzenia dowodu jej nienaruszonej cnoty przy pomocy sądu w postaci pojedynku, jak i poprzez rozpalony lemiesz. Kościelna propaganda zajęła się jednak cudownym przypadkiem wstrzemięźliwości i fantastycznie ją ubarwiwszy, kazała cesarzowej przejść chwalebnie próbę ognia jeszcze Martyrologium Germaniens (z imprimatur z 6 maja 1939 roku) twierdzi o takiej „odbytej próbie”. Również od stuleci prezentuje się (w klasztorze Etival) włosienicę, która na nagim ciele badanej z wszystkich czterech rogów przypalana, ani nie naruszyła dziewiczego ciała Jej Majestatu, ani sama nie została naruszona. I podczas gdy oszczerca odpokutował brudne kłamstwo na stryczku, biedna Ryszarda (która wcale nie była już taka biedna; pod koniec lat siedemdziesiątych przekazano jej szereg klasztorów żeńskich) rozdzieliła „wszystko, co jeszcze miała, pomiędzy biednych i Kościół”. A sama również poszła do klasztoru, żyjąc już tylko dla swego zbawienia, w pokorze i modlitwie; dzięki czemu również Pan Bóg uświetnił cudami jej grób, a na koniec święty papież Leon IX podniósł z niego jej święte ciało, co „równało się kanonizacji”, jak opisuje kapucyn ojciec Wilhelm Auer z Reisbach „za aprobatą Najczcigodniejszego Biskupiego Ordynariatu w Augsburgu i za zezwoleniem zwierzchników” w wydanych w nakładzie 154 do 160 tysięcy Świętych Legendach. A zaraz potem przekazuje nam „modlitwę”: „O Boże,

154 który swą świętą dziewicę Ryszardę uwolniłeś od oszczerstw ludzi i ukoronowałeś wieczną wspaniałością: prosimy cię, daj nam, żebyśmy za jej przykładem i przez jej wstawiennictwo tam miłowali bliźnich w mowie i uczynkach, byśmy osiągnęli zapłatę wiecznej miłości. Amen”. Dobrze powiedziane, a przy okazji: według jej przykładu kochać tak bardzo bliźnich w mowie i uczynkach […] Nie należy przy tym myśleć o biednym Karolu Grubym. A po 25 latach białego małżeństwa ze świętą nie ma równości! nie został nawet błogosławionym! Pewnie, tak pisze dalej kapucyn Wilhelm Auer z Reisbach: „Był […] na duchu coraz słabszy i tylko uchybił szlachetnej niewieście, aczkolwiek była gotowa na wszystkie próby swej niewinności i czystości” 294. Z kimś takim jak Karol Gruby, kto przy każdym sromotnym czynie traci zaraz nerwy, klechy nie wiedzą co począć. A historycy również niewiele więcej. I jedni, i drudzy ubóstwiają władców zupełnie innego pokroju, mężów czynu przede wszystkim, posiadających odpowiednią siłę przebicia, typy formatu zbrodniarza Karola I „Wielkiego”, bandyty państwowego, ludobójcy, plagi ludzkości; wielcy wodzowie, którzy zagarniają setkami tysięcy kilometry kwadratowe ziemi i idą przy tym po trupach jak po śmieciach, kanibale o setnych postaciach, terroryści historii świata. Nazywa się to karolińską polityką uniwersalistyczną, podczas gdy Karol III Gruby przecież „wciąż zawodzi” (Handbuch der Europäischen Geschichte), a historyków z reguły nic bardziej nie odstręcza niż słabość, brak sukcesów i niczego tak nie kochają, jak siła i sukces, wszystko jedno za jaką cenę. Wręcz przeciwnie: im wyższa cena, tym wyższa ich ocena 295. „Zamach stanu” Arnulfa i rychły zgon Karola Liutward z Vercelli został zastąpiony w czerwcu 887 roku przez swego rywala arcybiskupa Liutberta z Moguncji (863-889), dzielnego pogromcę Normanów, który raz położył ich „niemało”, a raz „bardzo wielu” (Annales Fuldenses) którego to samo katolickie źródło nazywa również wcale „cierpliwym, pokornym i dobrodusznym”, co po chrześcijańsku patrząc przepięknie ze sobą harmonizuje. Liutward, dawniej już arcykapelan Ludwika Niemieckiego i Ludwika Młodszego, przeszedł po jego upadku jako arcykanclerz do księcia Karyntii Arnulfa. A arcybiskup Liutbert z Moguncji, który jeszcze w roku 887 został głównym doradcą cesarza, uczynił wkrótce to samo. Jego zmiana stronnictwa na Zgromadzeniu Rzeszy w Tryburze, dająca zarazem podstawy królestwu Arnulfa, zadecydowała o detronizacji Karola, ale arcybiskup miał na celu „poprawienie […] swej zagrożonej pozycji” (W. Hartmann). A czy gdyby nie wysforował się tak do przodu u swego nowego pana, to czy nie zmarłby już w roku 889? Rewolta Arnulfa, jego zamach stanu, rozpoczęła się, gdy doprowadził Bawarów do odstąpienia cesarza i już wkrótce pomaszerował z nimi i swymi oddziałami na Frankfurt, gdzie wschodni Frankowie, przede wszystkim zaś Konradyni, w listopadzie 887 r. wynieśli go na króla. Karol wymknął się napastnikom do Trybury. Lecz podjęta przez niego na sejmie Rzeszy próba rekrutacji wojska przeciwko Arnulfowi spaliła żałośnie na panewce. Wpływowy spisek możnych zataczał coraz szersze kręgi i zmusił go do abdykacji. Odstąpili go nawet gromadnie jego Alamanowie. Dwór rozpadł się, uciekła także służba. „Na wyścigi” przechodzili do Arnulfa, pisał opat Regino, „tak że po trzech dniach mało kto został, kto by mu mógł okazać obowiązki miłości bliźniego”. Praktykujące chrześcijaństwo (w podwójnym tego słowa znaczeniu). Jak zwykle stadami odbiegli go biskupi. A nawet, „bez wyjątku i ochoczo” (Dummler) złożyli hołd uzurpatorowi. Już dwa miesiące po detronizacji Karola jego notariusz i kanclerz Waldo z Freising znalazł się u boku nowego pana. Również obradujące pół roku później wielkie zgromadzenie w Moguncji nie uroniło nawet słówka dezaprobaty, według aktów

155 synodalnych, na temat obalenia cesarza. Wręcz przeciwnie. Synod który ponownie zajął się w całej rozciągłości (przecież ogromnymi) posiadłościami kościelnymi i świadczeniami (dziesięciną) na rzecz duchowieństwa (c. 6, 11, 12, 13, 17, 22) i wystąpił przeciwko nieobyczajności księży (płodzili dzieci wręcz z własnymi siostrami: c. 10) tenże synod nakazał już w pierwszym kanonie modlitwę powszechną za nowego króla Arnulfa i jego małżonkę. Nie pomogło oczywiście zupełnie, że Karol wysłał zbuntowanemu bratankowi cząstkę rzekomego „drewna z krzyża Chrystusa”, na którą Arnulf ongiś przysięgał wierność, „żeby pomnąc swe przysięgi nie występował przeciw niemu tak okrutnie i po barbarzyńsku”. Chociaż na jego widok miały się bowiem polać łzy świeżo upieczonego władcy, to i tak władał „wedle upodobania swym państwem” (Annales Fuldenses). W każdym razie arcybiskup Moguncji Liutbert zapewnił Karolowi, który „stał się żebrakiem”, minimum egzystencji, póki nowy władca uproszony przez obalonego cesarza nie oddał paru dworów w Alamanii z łaski […] w użytkowanie do końca jego życia [,..]” 296. Ów koniec życia nadszedł dla cesarza Karola III nadspodziewanie szybko, gdy już 13 stycznia 888 roku, opuszczony przez wszystkich, zmarł w Neudingen nad górnym Dunajem, według Annales Vedastini wręcz „uduszony przez własnych ludzi”, co nie jest znów niemożliwe; „w każdym razie zakończył wkrótce swe obecne życie, by, jak wierzymy, posiąść niebieskie”. Roczniki Fuldajskie jednak twierdzą: „[…] zaledwie parę dni przebywał pełen pobożności w przyznanych mu przez króla miejscach, a po narodzinach Chrystusa zakończył szczęśliwie życie 13 stycznia; a w sposób cudowny, gdy go z pełną czcią grzebano w kościele w Reichenau, wielu obecnych widziało otwarte niebo […]” nieustające chrześcijańskie kłamstwa. Zwycięzca pozwolił tymczasem nadskakiwać sobie przez wschodniofrankijskich i słowiańskich możnych w Ratyzbonie „i uczcił tamże godnie narodziny Pana i Wielkanoc”. Po upadku ostatniego króla władającego całą karolińską Rzeszą powstały, tym razem na trwałe, liczne państwa dzielnicowe, królestwa. Jedynym Karolingiem wśród nowych władców był Arnulf z Karyntii, jednakże latorośl z nieprawego łoża, a przez to posiadający co najmniej wątpliwe prawa do tronu. Zachodni Frankowie wynieśli hrabiego Odona z Paryża, legendarnego obrońcę miasta. W Burgundii założył w 888 roku nowe królestwo Rudolf z rodu Welfów. W Italii o władzę rywalizowali dwaj przedstawiciele frankijskiej arystokracji, Berengar z Friulu i Gwido ze Spoleto. Rola Rzeszy karolińskiej jako jednego państwa przeminęła. Tytuł cesarski stał się jabłkiem niezgody drobnych włoskich książąt. Jako ostatni cesarz-figurant tej dynastii zmarł około roku 928 Ludwik III Ślepy, syn Bozona (s. 178 i nast.), po tym jak został cesarzem w Italii w roku 901, a w 905 oślepiony i praktycznie niezdolny do rządzenia. Papiestwo pod rządami Karolingów w IX wieku zyskało siłę, a zarazem fundament do dalszego wzrostu w XI wieku 297.

156 ROZDZIAŁ 6. Arnulf z Karyntii, wschodniofrankijski król i cesarz (887-899) „Podobnie jak jego ojciec Karloman, również Arnulf przeszedł polityczną i wojskową szkołę jako głównodowodzący na południowo-wschodnich rubieżach […]. Gdy chory cesarz Karol III politycznie stawał się coraz słabszy, Arnulf rósł w siłę, w roku 887 związał się ze złożonym z urzędu arcykanclerzem Liutwardem w celu obalenia Karola […]. Od czasu synodu we Frankfurcie w roku 888 Arnulf znalazł mocne oparcie w kościołach biskupich”. Wilhelm Stdrmer 298 „We mnie macie zdecydowanego przeciwnika wszystkich, którzy pozostają wrogami Kościoła Chrystusowego i są krnąbrni wobec waszych kapłańskich urzędów”. Arnulf z Karyntii 299 „Z Frankonii ruszył zwycięski król do Alamanii i na królewskim dworze w Ulm świętował w godny sposób narodziny Pana. Stamtąd ruszył na wschód […] i w lipcu przybył na Morawy. Przez cztery tygodnie przebywał tam we własnej osobie z taką potęgą również Węgrzy przyłączyli się do jego wyprawy wyniszczając cały kraj […]. Przed Wielkim Postem król gościł w całym kraju zachodnich Franków” (w Lotaryngii), „w klasztorach i diecezjach, by się modlić”. Annales Fuldenses 300 „Anarchia, bezprawie i niepraworządność są oznakami czasu, wyrosłymi na gruncie feudalnej struktury społeczeństwa […]”. L.M. Hartmann 301 1. Arnulf z Karyntii: wschodni Frankowie a wschód Arnulf z Karyntii (ok. 850-899) był najstarszym pozamałżeńskim potomkiem króla Bawarów i Italii Karlomana, najstarszego syna Ludwika Niemieckiego i Liutwindy, najwyraźniej pochodzącej z rodu Luitpoldingów. Obok prawomocnej małżonki Oty Arnulf uszczęśliwił wiele nałożnic, nie zabrakło mu również dzieci z tych związków, co jednak nie przeszkadzało duchowieństwu. Wielce pobożny władca cieszył się raczej opieką społeczności świętych w takiej mierze, w jakiej sam ich ją otaczał, nawet jeśli sam poniechał ich namaszczenia. „Chwała Arnolfowi, wielkiemu królowi” Od samego początku istniał ścisły związek między biskupami a nowym panem, nazywającym siebie wprost „najzawziętszym przeciwnikiem” wszystkich wrogów Kościoła, a w jednym ze źródeł „synem i obrońcą Kościoła katolickiego” i sygnalizującym swą przychylność zaraz po intronizacji za pomocą darowizn i oznak swej łaski. „Niezwykle wspaniałomyślnie zaopatruje biskupów w dobra królewskie, lasy, prawa do bicia własnej monety, przywileje targowe i celne” z „nieznaną przedtem częstotliwością” (Fried). Podczas niespełna 12-letnich rządów zwołał pięć synodów. Wspierał autorytet kleru wobec rosnących partykularnych ośrodków władzy. Mógł on przecież usankcjonować jego uzurpację władzy królewskiej.

157 Kościół ze swej strony wykorzystywał władzę panującego w rozgrywkach z książętami i dziedziczną arystokracją. Dlatego od razu go poparł, od początku nakazał modły za władcę i natychmiast użył swych wpływów do jego obrony pod groźbą kar kościelnych. Ale oczywiście uświadomił mu zarazem obowiązki chrześcijańskiego władcy. A wspierając go, popierał samego siebie. Tym samym zrodziła się sytuacja, która pozwalała Kościołowi współdecydować bardziej niż kiedykolwiek przedtem z wszystkimi wynikającymi z tego skutkami i która „uczyniła z niego najpotężniejszy czynnik państwowy” (Muhlbacher) 302. Podczas gdy próżno szukać w otoczeniu króla świadectw obecności hrabiów, decydujące polityczne znaczenie zyskują preferowani przez niego biskupi. Najpierw arcybiskup Thietmar z Salzburga, arcykapelan Arnulf a, zawiadujący kaplicą nadworną i kancelarią, później coraz bardziej kanclerz i diakon Aspert, w roku 891 wyniesiony na biskupstwo Ratyzbony oraz jego następca w kancelarii (od 893 r.), biskup Wiching z Nitry (s. 166 i nast.). Wpływowym politykiem w otoczeniu władcy był równie inteligentny co szczwany Hatto I z Moguncji, którego śmierć (w 913 roku) od pioruna niektórzy przypisywali pomście z nieba. Hatto pochodził ze szwabskiego rodu popleczników Karola, stanął jednak zaraz po obaleniu cesarza po stronie Arnulfa, który odpłacił mu opactwami w Reichenau, Ellwangen, Lorsch i Weissenburgu, a w 891 roku arcybiskupstwem Moguncji. Hierarcha towarzyszył królowi dwukrotnie w podróży do Włoch i wtrącał się we wszystkie ważniejsze kwestie publiczne. Znaczącą polityczną rolę odgrywał również biskup Salomon III z Konstancji (od 884 roku notariusz, od 885 kanclerz Karola III, a już w 888 kapelan Arnulfa!), następnie biskupi Waldo z Freising, Erchanbald z Eichstatt, Engilmar z Pasawy i szlachetnie urodzony Adalbero z Augsburga, którego Arnulf uczynił wychowawcą swego syna 303. W maju 895 roku na zgromadzeniu Rzeszy w Tryburze, królewskim palatium koło Moguncji, na jednym z największych i naj huczniej szych synodów tego stulecia, nadzwyczaj licznie obradujący episkopat wschodniofrankijski fetował Arnulfa jako króla, „którego serce” jak podają akta synodu „Duch Święty rozpalił ogniem i żarliwością boskiej miłości, by cały świat ujrzał, że został wybrany nie z ludzi i przez ludzi, ale przez samego Boga”. Stara śpiewka prałatów. Kogo oni bowiem wybierają i popierają, ten jest zawsze od Boga to jest od nich samych! Na synodzie, jak pisze Regino z Prum, „odbytym wbrew bardzo wielu świeckim, dążącym do umniejszenia autorytetu biskupów”, tym bardziej gorliwie zastanawiali się oni nad jego podniesieniem. Wyjaśniali więc wnikliwie spory prawne osób duchownych i świeckich, przemoc wobec księży, przypadki ich zabijania i ranienia, co rzekomo zdarzało się częściej niż kiedyś kazano się stawić nawet pewnemu oślepionemu kapłanowi. Jeden z kanonów zawiera królewski rozkaz aresztowania łamiących kościelną ekskomunikę, przy czym zabicie opornych nie było obciążone grzywną! Następnie żądano pełnego podporządkowania się papiestwu, „nawet gdyby przez Stolicę Apostolską zostało nałożone najbardziej nieznośne jarzmo”! Wiele kanonów dotyczyło rzeczy zawsze najważniejszej pieniędzy, posiadłości i dziesięcin (c. 13 i 14), a także rabunków dokonywanych w kościołach. Według rozdziału 7 zrabowane dobro Kościoła należało zwrócić w trzykrotnej wysokości, i to z odwołaniem się do fałszerstw dekretów Pseudo-Izydora (które przytacza się również odnośnie dalszych kanonów, np. 8 i 9 z drugiej strony król rozkazuje ściganie posługujących się sfałszowanymi listami papieskimi) 304. Oczywiste, że król zatwierdził te postanowienia. A nawet, na retoryczne pytanie, jak bardzo „raczy bronić Kościoła Chrystusowego i go rozszerzać i podnosić jego urząd”, zachęcił najpierw „pasterzy”, nazywając ich „najjaśniejszym światłem świata”, by sami mocno się tym zajęli „bądź to w odpowiednim czasie czy niewczasie karzcie, groźcie, napominajcie z wielką cierpliwością i nauką,

158 żebyście mogli w czujnej trosce i dzięki ustawicznym przestrogom zapędzić owieczki Chrystusowe do trzody życia wiecznego”. Lecz potem podkreśla swą całkowitą solidarność z nimi. „We mnie macie zdecydowanego przeciwnika wszystkich, którzy pozostają wrogami kościoła Chrystusowego i są krnąbrni wobec waszych kapłańskich urzędów”. Nic dziwnego, że wielebni ojcowie soborowi podnieśli się ze swych miejsc i wraz ze stojącym wokół klerem zawołali po trzykroć lub cztery kroć: „Chryste, usłysz nas, chwała Arnulfowi [Heil Arnulf! przyp. tłum.], wielkiemu królowi”. (Czyż nie przypomina to okrzyków chwała zwycięstwu Sieg Heil!, które brzęczą w uszach niejednego z nas…?). Do tego odgłosy dzwonów, Te Deum, wszystko na chwałę Boga, który „swemu św. Kościołowi tak pobożnego i łagodnego pocieszyciela i tak ochoczego pomocnika na chwałę swego imienia darować raczył” 305. Szczególnie żarliwie władca czcił swego patrona, który w jego czasach awansował na patrona Rzeszy, świętego państwowego. Św. Emmeram albo: „chwalić boga bez języka, / cud to wielki” Emmeram, wielce tajemniczy biskup i męczennik (trudno powiedzieć, czym był w mniejszym stopniu, jeśliby miał być którymkolwiek z nich) z późnego VII wieku za czasów księcia Bawarów Theodo, został oskarżony o uwiedzenie jego ciężarnej córki Uty, a następnie zabity przez jej brata Lantperta na rzymskim trakcie w Helfendorf (obecnie (Kleinhelfendorf w Górnej Bawarii). Tablice z legendą w tamtejszej kaplicy w miejscu męczeństwa uwieczniły to „zajście” w obrazie i słowach: „O okrucieństwa katuszy i męki Takiej Emeram doznał, Jego członki wszelkie zostały odcięte od ciała, Ręce i stopy, też palce zaraz, wszystko zostało odrąbane, Dochodzi przez to do królestwa niebieskiego, Skąd zawsze ogląda każdego” 306. Kiedy, jeśli w ogóle, to się zdarzyło, jest rzeczą zupełnie niewiadomą i sporną, jak prawie wszystko, co dotyczy tej postaci, jej pochodzenia, sakry, a szczególnie powodów, które doprowadziły do zamordowania biskupa; może, i to też nie jest pewne, miało to miejsce w 685 roku. Czy „męczennik” zginął jako reprezentant frankijskiej władzy w dążącej do niezależności Bawarii? Czy zdobył palmę męczeństwa, uwodząc ciężarną córkę księcia? A może dobrowolnie wziął na siebie winę za uwiedzenie, jak suponuje pobożna wersja jego pierwszego hagiografa, biskupa Arbeo z Freising, Vita Haimhrammi, lecz „jedynie za upiększoną romantyczną opowieścią ludową”, jak podaje nawet katolicki Kirchen-Lexikon Wetzera i Weltego, dodający ponadto, „która sprzeczna jest z jego własną relacją”. Biskup Arbeo napisał swe dzieło dopiero w 772 roku, najwyraźniej powodowany egoistycznymi pobudkami, bowiem tak podaje w 1931 roku katolicki Lexikon fur Theologie und Kirche (w najnowszym wydaniu z 1995 roku w ogóle zrezygnowano z „męczennika”) „głównie w interesie miejsc kultu Emmerama w swojej diecezji”. A biskup Arbeo pochodzący z arystokratycznego rodu Huosi, którego członkowie wielokrotnie zasiadali na biskupim stolcu, był hierarchą bardzo zapobiegliwym, umiejącym zadbać o poszerzenie majętności i praw swego biskupstwa. Wszakże wszystkie popularne katolickie publikacje szerzą bardziej lub mniej pełen grozy kiczowaty obraz na miarę arcypasterskich wypocin biskupa Arbeo. Według niego umiera on jak wielki chrześcijański męczennik, który

159 dał świadectwo krwi, gdy będącego w drodze „świętego” dogonił brat Uty. Zaangażował wręcz „pięciu rzeźników”, „świętego męża Haymrama ciało żyła po żyle, członek po członku rozkładają”. A podczas gdy go tak okrutnie ćwiartują, wyrywają oczy, obcinają nos i uszy, ręce stopy i (oczywiście jak należy mniemać) nieczysty członek, dziękuje on Bogu „z wielką nabożnością” za wspaniałą torturę 307. Kult Emmerama jako świętego nastał oczywiście dopiero parę dziesiątków lat po jego śmierci, lecz wtedy zaczęły mu towarzyszyć najpiękniejsze cuda, uzdrowienia, wypędzenia diabła, a co nie mniej ważne, cuda związane z karami (ratyzbońscy biskupi byli bowiem coraz bardziej łakomi wciąż rosnącego stanu posiadania świętego. W późniejszym czasie obdarowywano go nawet poddanymi chłopami!). Ogromny kult, ożywiony później na nowo w XVII wieku, rozprzestrzenił się nie tylko na całą Bawarię. Wśród wschodniofrankijskich Karolingów Emmeram największe znaczenie osiągnął jednak jako domowy święty, a za czasów Arnulfa został osobistym patronem cesarza oraz patronem wojennym w działaniach przeciwko Morawianom. Władca uważał, że jedynie jemu zawdzięcza uratowanie się z niebezpieczeństwa podczas wyprawy na Świętopełka w roku 893 (s. 210 i nast.), za co obdarował bogato bawarskie klasztory, a osobliwie St. Emmeram, który otrzymał wszelkie ozdoby z jego palatium, a w roku 899 jego ciało lecz w Lexikon fur Theologie und Kirche z roku 1995 zabrakło dla niego miejsca: cały artykuł na temat klasztoru „St. Emmeram”, w roku 1931 jeszcze dwa razy dłuższy od wzmianki na temat samego świętego, został usunięty. Jak to się zawsze odbywało: emmeramscy mnisi czcili pamiątki swego dobroczyńcy, odprawiając co roku w dzień jego śmierci uroczystą sumę, a przez cały rok w jego imieniu szerząc bajki i fałszerstwa, jak to, które miało im przynieść całe Neustadt (Nowe Miasto). Wobec tych łotrostw nawet „właściwy patron klasztoru Emmeram zszedł na plan dalszy” (Babi). Jakkolwiek było na tablicach z legendą w Kleinhelfendorf (i naprawdę nie tylko tam) żyje on dalej: „Boga chwalić bez języka, Jest wielkim cudem, Nie mogła bezbożna banda Ścierpieć tego dłużej że wciąż Boga chwali, Więc język mu wyrwali, Lecz chwali Boga wciąż dalej, Dajcie nam cud ten sławić, Jakby język był na swoim miejscu, Nie pytajcie o złość okrutnika” 308. „…Bitewny krzyk aż do nieba” Arnulfowi, zaprawionemu w bojach na kresach południowo-wschodnich, jego ojciec, król Bawarów Karloman, powierzył krótko po roku 876 odwoławszy paru pogranicznych hrabiów zarządzanie dawnym słowiańskim księstwem Karantanii, właściwej podstawy jego władzy na wschodzie; stąd nawet pochodzi jego przydomek „z Karyntii”. Jednakże podczas gdy Dolną Panonię udało mu się zdobyć bez trudu, to w północnym dorzeczu Dunaju doznał porażki (wraz ze swym sparaliżowanym ojcem), natrafiwszy początkowo na wewnątrzbawarską opozycję. Jego przeciwnicy, najpierw hrabia Ermbert z Isengau, potem margrabia Aribo, uzyskali poparcie potężnych krewnych Arnulfa, Ludwika Młodszego i Karola III Grubego, braci jego ojca, którzy potrafili przejąć rządy w Bawarii.

160 Wszakże poznał Arnulf sztukę wybiegów politycznych, nauczył się czekać i walczyć kiedy to konieczne. Był wypróbowanym wojownikiem, m.in. w 882 roku pod Elsloo jako dowódca bawarskiej chorągwi przeciwko Normanom, gdzie oczywiście nic nie wskórał (s. 193), lecz pobił ich w połowie października 891 roku pod Leuven (w dzisiejszej Belgii) nad rzeką Dyle. Na marginesie był to akt jawnej zemsty. Na krótko przedtem bowiem w czerwcu nad rzeką Geule „wojsko chrześcijan, o bólu, skutkiem swych grzechów” poniosło porażkę, a wśród wielu możnych poległ również jeden z jego wodzów, obdarzony sakrą przez Arnulfa arcybiskup moguncki Sunderold (Regino z Prum) 309. Nad Dyle jednak „Bóg dodał z nieba siły”. Tym wyraźniej, że zwołani również Alamanowie najpierw pod wymówkami zawrócili i „wymknęli się ukradkiem od króla do domu”. Jak żarliwie jednak mobilizował on „szlachetnych panów Franków”: „Wy mężowie, ponieważ czcicie Pana i we wszelki czas, gdy z bożą łaską broniliście ojczyzny, byliście niezwyciężeni, zbierzcie odwagę, jeśli o tym myślicie, by pomścić na wielce po pogańsku srożących się wrogach przelaną bogobojną krew Waszych rodziców […]. Teraz, wojownicy, powstańcie, Wy sami macie tych łotrów przed oczami, pójdźcie za mną […] nie by naszą hańbę, lecz by pomścić Wszechmogącego uderzymy na naszych wrogów w imię boże” (Annales Fuldenses). Bogobojni Frankowie „wznieśli bitewny okrzyk aż do nieba” i tam został on zaraz usłyszany, co nie zawsze się zdarza. Ale teraz „chrześcijanie nastąpili morderczo”, wrzucali pogan „kupami” do rzeki, „setkami i tysiącami […], tak że ich ciała spiętrzyły wodę […]”. Dwaj królowie, Zygfryd i Gotfryd, zostali zabici, 16 znaków królewskich odesłano w triumfie do Bawarii, nakazano procesje. Sam Arnulf „odprawił z całym wojskiem procesję, śpiewając pochwałę Pana, który dał swoim ludziom takie zwycięstwo […]”. Strona chrześcijańska straciła bowiem jedynie „uno homine” (a cóż z niego musiał być za diabeł!), natomiast wrogowie „tanta milia hominum”! Katolicka historiografia. Przy tym po przeciwnej stronie stali wprawdzie „rozbójnicy”, lecz zarazem co podkreśla z dumą kronikarz dla podniesienia własnych zasług u ich boku walczyli „Danowie, najodważniejsi wśród Normanów”, którzy „nigdy dotąd” nie zostali zwyciężeni za wałami. Przez całe stulecia świętowano w Leuven to cudowne zwycięstwo, po którym Normanowie oszczędzali już zawsze państwo wschodniofrankijskie (pominąwszy ich ostatnią wyprawę aż po Bonn i Prum w następnym roku). Był to w ogóle rok pełen cudów. Albowiem właśnie anno 891, gdy biskup ratyzboński Embricho zmarł „szczęśliwie” i w podeszłym wieku, spaliła się również i Ratyzbona: „z boskiej pomsty w cudowny sposób stanęła naraz w płomieniach i spaliła się 10 sierpnia z wszystkimi budowlami, również kościołami, wyjąwszy dom Św. Emmerama męczennika i kościół św. Kasjana, które chociaż leżały w środku miasta, były chronione za sprawą bożą od ognia”. Boska pomsta, która pochłonęła (prawie) całe miasto, również kościoły, ale dwa „za sprawą Pana Boga” zostają uratowane (Annales Fuldenses) 310. O wy, cudowne wyroki Pańskie! „Drogi są często kręte, a przecież proste, pozwalasz dzieciom nimi przychodzić do siebie; i choć to często na cud zakrawa, to triumfuje na koniec Twa z nieba rada”. (Niemiecki) drang nach osten Król Arnulf kazał zbudować w Ratyzbonie nowe palatium. Miasto było przecież centralnym palatium Ludwika Niemieckiego, centralnym punktem misji wschodniej, centrum handlowym dla karawan kupieckich zdążających do Czech, Moraw i na Węgry wszystkie istotne cechy zachodniego chrześcijaństwa skupiły się tutaj: władza państwowa, kościelna i

161 pieniądze. Ratyzbona stała się miastem, z którym Arnulf (często przebywający, jak wcześniej jego dziad i ojciec, w palatiach ötting i Ranshofen) czuł się chyba związany najbardziej, gdzie wystawiono jedną trzecią jego dokumentów, gdzie odbyły się co najmniej cztery zgromadzenia Rzeszy i w ogóle są poświadczone liczne pobyty. Dla badaczy ten wybór własnego kraju na centrum oddaje nie tylko jego przeszłość, „lecz także podkreśla tradycję Ludwika Niemieckiego i priorytet polityki południowo-wschodniej, jak i precyzyjne wyczucie Arnulfa odnośnie realiów politycznych” (Störmer). Inaczej mówiąc; (niemieckie) parcie na wschód staje się widoczne już za panowania króla Arnulfa. Zaraz po swoim „zamachu stanu” wycofał się w celu wzmocnienia własnej pozycji do głównej bazy swej władzy, nadal wystarczająco silnej, by bez trudu stłumić próbę buntu młodszego kuzyna Bernarda w Szwabii. Bernard (ok. 876-891), podobnie jak Arnulf, był nieprawym synem, ale z kolei cesarza Karola III, który nie był w stanie przeforsować go w 885 roku jako następcy tronu (tak jak nie udała się Karolowi dwa lata później adopcja Ludwika, syna Bozona z Vienne, Karolinga po kądzieli). Jednakże Bernard, który usiłował zapewne wskrzesić pierwotną Rzeszę swego ojca, nie chciał zrezygnować ze swych praw również po wyniesieniu Arnulfa na wschodniofrankijski tron królewski. W 889 roku podniósł bunt w przymierzu z możnymi z Recji i Alamanii, również z opatem Bernardem z St. Gallen (którego Arnulf potem pozbawił urzędu), został jednak zabity rok później przez margrabiego Rudolfa z Recji podczas dławienia rewolty. Sam Arnulf wyprawił się późnym latem 889 jako wódz silnej armii przeciwko Obodrytom, wkrótce po naradzie ze swymi możnymi i wieloma biskupami, wśród nich Sunderoldem z Moguncji i Willibertem z Kolonii, we Frankfurcie. Jednakże tym razem nie zyskał niczego na północy i „narodziny Pana przyszło mu w godny sposób świętować w Ratyzbonie”. I tak to szło dalej, między wizytami w kościele a wyprawami wojennymi, modłami i zabijaniem. W ostatnich latach IX wieku Arnulf prawie bez przerwy atakował Morawy. Wprawdzie w roku 874 zawarł z nimi pokój, gdyż stopniowo zbyt mocno urosły w potęgę, a Świętopełk został ojcem chrzestnym jego syna Zwentibolda, lecz taka sytuacja nie utrzymała się długo i wkrótce powrócono do zwyczajowego sposobu utrzymywania wzajemnych kontaktów 311. Wyniszczające wojny z Morawami „W roku wcielenia Pańskiego 890 relacjonuje opat Regino nadęty zaślepieniem pychy” książę Morawian podniósł się przeciwko królowi. Tenże zaś nawiedził państwo morawskie z żołnierzami „i wszystko, co znalazł poza miastami, zrównał z ziemią. Na koniec, gdy również wszystkie drzewa owocowe zostały wytrzebione z korzeniami, Świętopełk poprosił o pokój i uzyskał go dopiero wtedy, gdy oddał syna jako zakładnika!” Wszakże Arnulf, na wschodzie stosujący „taktykę spalonej ziemi”, znalazł jeszcze czas, jak dowiadujemy się z innego źródła, aby udać się do Reichenau, „by się modlić”, a potem znowuż by w Ratyzbonie świętować „narodziny Chrystusa”. A po tym jak w roku 892, tym razem na królewskim dworze w Ulm, ponownie obchodził „w godny sposób narodziny Pana”, na nowo pociągnął „na wschód”, z najlepszymi zamiarami, „w nadziei spotkania się tam z księciem Świętopełkiem”. Jednakże Świętopełk, „ta głowa pełna oszustw i chytrości”, nie był po prostu gotów do pokoju. Wzbraniał się wręcz „przybyć do króla”, tak że król musiał przyjść do niego, co mu się tym bardziej udało, że tymczasem trzymał w garści całą wschodnią Francję. A może pożałował poczynionych wcześniej koncesji. „W każdym razie to on był tym, który zapoczątkował wojnę” (Reindel). To on był tym, który znowu dążył „do zwierzchnictwa niemieckiego króla nad Państwem

162 Wielkomorawskim” (Stadtmüller). Pod panowaniem Świętopełka nie bez racji zwanego czasami pierwszym wielkim panslawistą, a przez papieża „królem Słowian” doznało ono największego rozwoju swej potęgi. Na południu rozpościerało się po obu stronach Dunaju po Drawę i Sawę, na wschodzie po państwo bułgarskie, na północy poprzez poddane mu Czechy nieomal po Soławę. A jego wpływy miały sięgać „po tereny Słowian połabskich i nad Wisłę” (Löwe). Właśnie ta rozległość władzy prowokowała wyraźnie króla wschodnich Franków. Wpadł ponownie na Morawy trzema zagonami, Frankami, Bawarami i Alamanami, w lipcu 893 roku, a nawet pozwolił walczyć po swojej stronie Węgrom, tym pogańskim diabłom, przywołanym dzięki temu przez katolickiego króla na katolicki Zachód, któremu wkrótce mieli zgotować piekło, co zarzucano (i wciąż się zarzuca) Arnulfowi. „Przez cztery tygodnie przebywał tam we własnej osobie z taką potęgą […] wyniszczając cały kraj”. A potem znów w zimie odwiedzał wszędzie w Lotaryngii „klasztory i diecezje, by się modlić” (Annales Fuldenses) 312. W owym roku zginął również „wielebny biskup Wurzburga” Arn (855-892), po raz kolejny wyciągnąwszy w pole na rzeź Słowian. Bez wątpienia biskup Arn, czczony jako święty przez chrześcijańskich potomków pogan, którzy go wtedy zabili, był mężem z „doświadczeniem wschodnim”. Badacze historii sławią go jako wodza w „co najmniej czterech kampaniach” i, jednym tchem bo tak ściśle jedno wiąże się z drugim jako „mającego pieczę nad zadaniami misyjnymi swego biskupstwa” (Wendehorst), zapewniając, że „dążenia jego diecezji” dotyczyły „przede wszystkim chrystianizacji i rozbudowy organizacji kościelnej” (Störmer). Niestety nie wiemy wiele o talentach wojskowych biskupa. Jednakże żądnemu sławy wojennej biskupowi, „reprezentantowi zdecydowanej viva activa” (Störmer) udało się mimo wszystko odebrać Czechom, jak podają Roczniki Fuldajskie, w jednej z potyczek w roku 871 „644 konie w uprzęży i osiodłane oraz taką samą liczbę tarcz” i powrócić odpowiednio „radośnie” do dalszych „zadań misyjnych” i dalszej „chrystianizacji” świata. Już w roku 893 nastąpiła nowa wyprawa przeciwko Morawom. Był to rok, który przyniósł zły koniec synom dwóch margrabiów, braci Engilszalka I i Wilhelma. Engilszalk II, noszący to samo imię co ojciec, porwał kiedyś nieślubną córkę Arnulfa, uciekł na Morawy, lecz wkrótce przywrócony do łask ponownie został margrabią na wschodzie. Ściągnął jednak na siebie gniew bawarskich możnych i gdy w 893 roku, nie przeczuwając niczego, przybył do palatium w Ratyzbonie, rzekomo bez wiedzy króla, został przez nich skazany i oślepiony. Gdy na to jego stryjeczny brat Wilhelm, w obawie o swe życie, zwrócił się ku Świętopełkowi, został jako zdrajca stanu ścięty. A gdy z kolei brat Wilhelma, hrabia Rudbert, uciekł do Świętopełka, został przez tego „wraz z wieloma innymi”, z wszystkimi mu towarzyszącymi, skrycie zamordowany. Wszelkie posiadłości zgładzonych hrabiów po obu stronach Dunaju zostały skonfiskowane i w części oddane opatowi klasztoru Kremsmunster Snelpero, jednemu z tych, którzy odnieśli największą korzyść z tej tragedii. Arnulf wkroczył na nowo do państwa księcia Świętopełka, tym razem sprzymierzony z Bułgarami, i „splądrował większą część […]”, wpadł jednak w zasadzkę i „z wielkimi trudnościami” powrócił do Bawarii. A w klasztorze St. Emmeram opowiadano później, że przypisywał ratunek św. Emmeramowi, swemu patronowi (s. 207) 313. Frankijskie wyprawy z roku 892 i 893 nie powiodły się, chociaż Arnulf za każdym razem atakował Wielkie Morawy z dwu stron, z pomocą Węgrów i Bułgarów (stara „sztuczka” polityczna, stosowana do dziś: dwóch partnerów napada trzeciego, a potem rozszarpują się nawzajem). Władza Świętopełka nie została złamana. W następnym roku nadeszli jednak Węgrzy. Tym razem nieproszeni. I prowadzili wojnę nie dla Arnulfa, lecz przeciw niemu. „Mężczyzn i stare kobiety zabijali wszystkich, tylko

163 młodych ciągnęli ze sobą jak bydło, by zaspokajać swe chucie, i spustoszyli całą Panonię aż do zatracenia” (Annales Fuldenses). Nie bez przyczyny biskup Liutprand z Cremony woła poruszony: „O ślepa żądzo panowania króla Arnulfa! o nieszczęsny, bolesny dniu! By jednego jedynego człowieka upokorzyć, wtrąca się całą Europę w nędzę i żałość. O ślepa ambicjo! ile kobiet uczynisz wdowami, ilu ojców odbierzesz dzieciom, ilu dziewicom odbierzesz cześć, ilu kapłanom Boga wraz z ich gminami wolność; ile kościołów opustoszeje przez ciebie, ile zamieszkanych ziem, zaślepiająca ambicjo, pozostawisz pustynią!” 314 Wygląda na to, że po najeździe Węgrów przyszedł dla Bawarów czas, by zawrzeć pokój z Morawianami. Lecz długo on nie potrwał z powodu wewnętrznych nieszczęść, wielkich klęsk głodu, jakie nawiedziły w tym czasie rozległe tereny wschodniej Francji. Dwa razy, w roku 895 i 897, kronikarz odnotowuje je w prawie jednobrzmiących słowach: „[wystąpiły] w całym kraju Bawarów, tak że w wielu miejscach umierano z głodu”. Lecz głodowano również w roku 893, a w 889 cierpiano na nadzwyczaj ciężką oczywiście nie dla arystokracji klęskę głodu. Dla możnych dużo ważniejsze było, że tymczasem książę Świętopełk I, to „praźródło wszelkiej niewierności”, ten wampir pożądający ludzkiej krwi, zakończył w 894 roku „nieszczęśliwie swe życie” i oczywiście nie inaczej, jak zaprzysięgając swoich, że „nie zostaną miłośnikami pokoju” (Annales Fuldenses), lecz wrogami złych sąsiadów. A sąsiedzi też tego przecież chcieli. Król Arnulf, nie bez racji czujący się coraz mocniej, wiedział jednakże, co ma robić. Najpierw zwołał latem 897 roku w palatium w Tryburze zgromadzenie Rzeszy, a potem „nawiedził klasztor w Fuldzie, by się modlić”. Następnie przyjął na królewskim dworze w Salz nad Soławą poselstwo Serbów [łużyckich], a po nich w Ratyzbonie delegację czeskich książąt, dopominających się pomocy przeciw swym wrogom, Morawianom, „przez których często, jak sami zaświadczyli, byli najsrożej uciskani. Owych książąt król i cesarz przyjął bardzo przyjaźnie, przemówił wieloma słowami pociechy i pozwolił odejść do ojczyzny w radości i uhonorował wieloma darami i całą porę jesienną tego roku przebywał w sąsiednich miejscowościach na północ od Dunaju i rzeki Regen, takoż z zamiarem, że będzie gotowy ze swymi oddziałami, gdyby wyżej wymienionemu ludowi potrzebna była pomoc” (Annales Fuldenses) 315. To oczywiście niebawem się zdarzyło. Synowie Świętopełka Mojmir II i Świętopełk II zawarli bowiem wprawdzie po śmierci ojca pokój z Frankami, lecz wkrótce nie byli w stanie utrzymać go między sobą, co znów było wynikiem pokoju ze wschodnimi Frankami, którzy tylko czekali na okazję. Między obydwoma braćmi wybuchła teraz taka nienawiść, „że gdyby jeden drugiego mógł chwycić własnymi rękami, pewny byłby dla niego wyrok śmierci” (Annales Fuldenses). Arnulf, który wziął stronę młodszego brata, Świętopełka II, wykorzystał oczywiście zesłaną od Boga sytuację, by spustoszyć ogniem i mieczem ziemie Mojmira i zabić wielu Słowian; dobra katolicka robota, którą wykonali dla niego margrabiowie Liutpold i Aribo, przy czym oczywiście „niszczyli oni ogniem i mieczem […], grabili i mordowali” także tych, których mieli chronić i uwolnić. Wszak sam Aribo podjudzał braci na siebie i wywołał wojnę domową na Morawach tylko po to, by zdobyć łupy. Został potem na krótko oddalony, lecz wkrótce całkowicie przywrócony do łask i ponownie osadzony na dawnym urzędzie 316. Wraz z nastaniem samowładztwa Mojmira rozpoczęła się rekonstrukcja „porządku” kościelnego. Przesyłając bogate dary papieżowi Janowi IX, książę uprosił o nowych biskupów dla swych osieroconych diecezji i zaraz ich otrzymał. Jednakże budowa Kościoła narodowego wzmogła jedynie wrogość Bawarii. Wojna była bowiem prowadzona teraz z taką samą zaciętością również z powodów religijnych. Już w zimie 898 roku „książęta Bawarów wtargnęli ze swymi ludźmi odważnie i potężnie na Morawy, przeszli je z „silnym wojskiem”, pustoszyli, grabili, kradli, krótko mówiąc,

164 „zebrali łupy i powrócili z nimi do domu”. A już latem 899 roku Bawarowie napadli Morawy ponownie, a nawet przedsięwzięli tam naraz dwie wyprawy, „grabili i pustoszyli wszystko, co zdołali”, przy czym za drugim razem uwolnili trzymanego pod strażą młodego Świętopełka wraz z towarzyszami i „ze współczucia” zabrali ze sobą, uprzednio puszczając z dymem całe miasto. I jeszcze w roku 900 wraz z Czechami przez trzy tygodnie grasowali i obracali w perzynę całe państwo morawskie, nie osiągając niczego poza zniszczeniem „i wrócili na koniec szczęśliwi i w dobrym zdrowiu do domu” (Annales Fuldenses). Potem jednak sami mieli wystarczająco wiele roboty z Węgrami 317. A i na zachodzie było burzliwie. „Kluczowa postać” tego czasu, arcybiskup Fulko z Reims, kręci się jak kurek na wietrze Po detronizacji Karola III i uznaniu Arnulfa z Karyntii karolińska wielka monarchia ostatecznie uległa rozpadowi, a możnowładztwo różnych części Rzeszy ustanowiło królów państw sukcesorów z własnych szeregów. Przypomina to nieco, przy zachowaniu wszelkich różnic, ostatnie drgawki dynastii merowińskiej 318. W zachodniej części Rzeszy, której ofertę objęcia tronu Arnulf odrzucił, co posunęło do przodu powstawanie państwa „niemieckiego” według aktu z 843 roku 319 zwalczały się dwa stronnictwa. Mocniejsza grupa koronowała Robertyna hrabiego Odona z Paryża, syna Roberta Mocnego, spoza Karolingów, gdyż Karol, pogrobowiec Ludwika Jąkały, nie wchodził jeszcze w rachubę. Aktu koronacji dokonał 29 lutego 888 roku w palatium Compiegne bez reszty oddany polityce młody arcybiskup Walter z Sens, któremu jako biskupowi sufraganowi podlegał Paryż. Król Odo (888-898), potrafiący niekiedy pośród wyprawy wojennej paść na kolana przy grobie jakiegoś świętego, modlić się „najżarliwiej” i do tego wylać „wiele łez” (Annales Vedastini), był dzięki przychylności cesarza Karola Grubego panem wszystkich (szczególnie „wojowniczych”) hrabstw nad Loarą, dysponował również paroma z najsłynniejszych opactw (St. Martin w Tours, St. Germain-des-Prés, St. Denis, St. Amand) i miał za sobą znaczną część episkopatu. Źródła podają, że ślubował, iż w miarę sił będzie pomnażał i powiększał posiadłości Kościoła, obiecał również obronę chrześcijańskich zasad wiary i dopiero po tym złożono mu przysięgę wierności. Drugiemu stronnictwu, które wystąpiło przeciwko Odonowi w jego własnym państwie, przewodził Fulko z Reims (883-900) już choćby dlatego, że arcybiskup Walter z Sens, konkurujący z nim do jego własnego arcybiskupstwa, namaścił Odona na króla. Fulko, dzięki przychylności Hugona Abbasa 320 od roku 883 następca Hinkmara w Reims, był „kluczową postacią polityczną” (Hlawitschka), duszpasterzem, który umocnił Reims i opactwo St. Bertin, kazał również zbudować dwa pierwsze zamki biskupie w Omont i Epernay, przede wszystkim był jednak duchowym oportunistą największego kalibru. Najpierw faworyzował usynowionego przez papieża księcia Gwidona ze Spoleto, wezwał go i krótko przed wyborem Odona kazał w Langres miejscowemu biskupowi Geilo koronować na króla. Geilo, poprzednio stronnik uzurpatora Bozona, zawdzięczał temu ostatniemu znaczne nadania ziemskie i oczekiwał prawdopodobnie dalszych korzyści od Gwidona. A Fulko był z Gwidonem spokrewniony i chętnie by widział kogoś ze swego rodu w koronie królewskiej. Wobec aktualnego układu sił Gwido dał za wygraną i wrócił do Włoch. Arcybiskup Fulko po fiasku z Gwidonem zdał się na wolę króla Odona i złożył mu wiosną 888 roku przysięgę wierności. By zaś uchronić się przed izolacją i wzmocnić swą siłę, odwiedził jeszcze w czerwcu tego roku Arnulfa z Karyntii podczas zgromadzenia Rzeszy we Frankfurcie i zaoferował mu koronę zachodniej Francji. Towarzyszyli arcybiskupowi w tym śmiałym przedsięwzięciu biskupi Dodilo z Cambrai, Honorat z Beauvais, Hetilo z Noyon,

165 wygnany ze swej diecezji arcybiskup Jan z Rouen oraz opat Rudolf z St. Omer i St. Vaast; to ostatnie było klasztorem koło Arras, gdzie swego czasu pewien mnich spisał roczniki z St. Vaast, Annales Vedastini 321. Jednakże Arnulf uznał zapewne na przykładzie Karola Grubego, że całe wielkofrankijskie regnum nie może być skutecznie rządzone przez jednego władcę. Zrezygnował więc nie tylko z zachodniej części Rzeszy, lecz również z Italii i Prowansji. Odprawił arcybiskupa Fulka „bez rady i pociechy” i spotkał się z Odonem (po jego triumfie nad Normanami 24 czerwca w Argonnach) w sierpniu 888 roku w Wormacji. Tam zawarł z nim sojusz, przysłał mu koronę, którą Odo został ukoronowany po raz drugi 13 listopada 888 roku w katedrze Notre Damę w Reims coś w rodzaju „koronacji utrwalającej” i to przez arcybiskupa Reims Fulka! Jednakże najpóźniej w roku 892 Fulko ponownie odwrócił się od koronowanego przez siebie Odona i sprzysiężył sie przeciwko niemu, min. z biskupami prowincji kościelnej w Reims, zaliczającymi się do jego zwolenników, jak Riculf z Soissons, Hetilo z Noyon i Heriland z Therouanne; spoza tej prowincji dołączył do nich biskup Teutbald z Langres, zawdzięczający Fulkowi swą sakrę. A 28 stycznia 893 roku nikt inny jak arcybiskup Fulko pomazał w Reims na króla Karola III Prostaka (893-923), syna Ludwika Jąkały, młodzieńca właśnie trzynastoletniego (jego przydomek pochodzi z czasów późniejszych). Wprawdzie był on Karolingiem, ostatnim potomkiem linii zachodniofrankijskiej, a zatem w zupełności prawowitym dziedzicem Rzeszy, jednakże Fulko uznawał przez cztery lata, od roku 888 do 892, za prawowitego króla Odona, jemu też zaprzysiągł wierność a tu czytamy: „I wszyscy sprzysiężyli się przeciwko królowi Odonowi” (Annales Vedastini) 322. Oczywiście nie „legalność” Karola spowodowała, że hierarcha stał się jego rzecznikiem, lecz „jawna wrogość i nienawiść wobec Odona”. Niezmordowanie działał on przeciw niemu i na rzecz swego podopiecznego. Przekonany przez Fulka, stanął po stronie Karola również papież Formozus, zezwolił jednak Odonowi na dalsze używanie tytułu królewskiego. A po Wielkanocy roku 893 zwierzchnik Kościoła w Reims ruszył wręcz przy współudziale młodego króla ze swymi oddziałami przeciw Odonowi. Ten jednak ostro ich pogonił, wtargnął do Francji, palił, grabił, wycinał ludność, obległ Reims, które uwolnił dopiero Karol we wrześniu 893 na czele silnej armii. „I tak traci życie na przemian wielu po obu stronach; dzieje się gwałtem wiele zła, niezliczonych napadów i ciągłych grabieży” (Regino z Prum). Właśnie akurat kościoły i klasztory od dawna i wciąż na nowo grabiono, rabowano, niszczono i czynili to oczywiście wierni chrześcijanie. Potem zawarto rozejm, na co arcybiskup Fulko zaczął szukać pomocy dla Karola Prostaka, najpierw zajmując stanowisko przeciw Gwidonowi u Arnulfa, potem u jego zaciętego wroga Gwidona, którego również powiadomił, że Arnulf szykuje wyprawę na niego. Po wygaśnięciu rozejmu Odo znów poprowadził wiosną 894 roku swych zbrojnych pod Reims, na co król Karol uciekł do Arnulfa, który opowiedział się tym razem za Karolem a przeciwko Odonowi, co jednak nie zmieniło układu sił w Rzeszy zachodniofrankijskiej. Gdy Karol powrócił od wschodnich Franków, Odo oczekiwał go gotowy do walki nad Aisne i Karol spostrzegł, że opuściło go wielu hrabiów i biskupów. Wręcz, gdy Odo znalazł na sejmie w Wormacji w 895 roku uznanie u Arnulfa, który tym razem wyparł się Karola, ten ostatni związał się zapewne na propozycję Fulka, swego wiodącego męża stanu z synem Arnulfa, Zwentiboldem, wyniesionym na królestwo lotaryńskie. Ledwie ten jednak popierając Karola wpadł do Rzeszy zachodniej, spowodował upadek kilku jej magnatów, Karol i arcybiskup Fulko stali się nieufni i potajemnie zwrócili się do Odona i doszli z nim do porozumienia, nie ufając mu jednak do końca. Dlatego Fulko szukał, poprzez papieża Formozusa, sojuszu z cesarzem Lambertem, synem zmarłego w 894 roku Gwidona, co jednak spaliło na panewce, gdyż sam Arnulf w połowie lutego uzyskał w Rzymie cesarską koronę.

166 Tak to się przewalało to w jedną, to drugą stronę w zachodniej części Rzeszy. Mordowano, zawierano pokój, grabiono, dalej mordowano. Również książęta Kościoła nie byli tacy święci. Już w 850 roku zabito biskupa Dawida z Lozanny. Biskup Teutbald z Langres został w roku 894 oślepiony przez drużynników Karola, księcia Ryszarda burgundzkiego z orszakiem, arcybiskup Sens osadzony w więzieniu. Arcybiskup Fulko zdążył jeszcze w porę ujść z życiem podczas niespodziewanego spotkania z wrogiem, jednak jego towarzysz, hrabia Adelung, już nie. Po tym jak wczesną wiosną 896 roku Odo zdobył Reims, jego miejscowy biskup Fulko, do tej pory zdecydowany stronnik Karola, przeszedł do obozu zwycięzcy i stał teraz, przynajmniej oficjalnie, po jego stronie; „z konieczności”, jak usprawiedliwiają go Annales Vedastini, „i czynił temuż zadość we wszystkim, co mu rozkazał”. Karol uciekł, lecz następnego lata pojednał się z Odonem, który tymczasem ciężko się rozchorował, przyznał jednak jeszcze traktatem Karolowi kraj i sukcesję królewską i zmarł na początku 898 roku. Na to Karol Prostak udał się do Reims, „znów na ojcowski tron”; stał się jedynym panem w zachodnim państwie Franków, karolińska restytucja na zachodzie stała się faktem. Odo wprawdzie nie pozostawił następcy, lecz dbał zawsze na złość arystokracji całkiem jawnie o pomnożenie potęgi własnego domu, wspieranie własnego rodu, a zwłaszcza brata Roberta w swej mądrości nie przekazując mu korony królewskiej, a jedynie potencjał władzy: podstawę szczególnej pozycji Robertynów, którą wykorzystali w roku 922/923 Robert I, a w 987 Hugo Kapet do zdobycia tronu. Arcybiskup Fulko, tymczasem wyniesiony do godności arcykanclerza, został jednak „niezwłocznie” (Annales Vedastini) zgładzony 16 czerwca 900 roku przez jednego ze służących Baldwina II, hrabiego Flandrii (w następstwie sporu majątkowego o bogate opactwo St. Vaast koło Arras, które uprzednio należało do Baldwina). (Niewiele lat później biskup Strasburga Otbert został wygnany i zamordowany przez swych diecezjan, zginął również arcybiskup Arnustus z Narbonne, po tym jak uprzednio wyłupiono mu oczy i wyrwano język i genitalia) 323. Pewną swoistą rolę między Wschodem a Zachodem odgrywał również „kraj środka”. (Święty) koniec króla Zwentibolda albo takie było kiedyś życie w wyższych kręgach chrześcijańskich Lotaryngia, po śmierci cesarza Lotara II podzielona w traktacie z Meersen w roku 870 miedzy zachodnich a wschodnich Franków, przeszła na mocy traktatu z Ribemont całkowicie do Rzeszy wschodniofrankijskiej, gdzie uzyskała szczególną pozycję. Pozostała jednak również później jako państwo dzielnicowe prawdziwie samodzielnym krajem z odrębną kancelarią pod panowaniem zmieniających się władców; jako kraina historyczna stanowiła zarazem coś z „Germanii” i z „Galii”, lub, inaczej mówiąc, „kraj środka”, który dla wschodnich Franków leżał w Galii, ale dla zachodnich Franków był obcym obszarem i ludem, zwanym „Lotharienses”. Nawet gdy w X wieku był częścią regnum teutonicum, tzw. Świętego Cesarstwa Rzymskiego, to nie należał, jak w każdym razie utrzymuje Karl Ferdinand Werner, „do Niemiec”. Z narodzinami swego brata przyrodniego Ludwika IV Dziecięcia w 893 roku, jedynego syna Arnulfa z prawego łoża (z Konradynką Otą), syn Friedeli Zwentibold stracił pewne widoki na sukcesję tronu. Wbrew początkowemu oporowi najpierw wschodniofrankijskich, a potem lotaryńskich możnych udało się jednak królowi Arnulfowi na sejmie Rzeszy w Wormacji w 895 roku osadzić na tronie Lotaryngii swego pozamałżeńskiego Zwentibolda (nazwanego tak imieniem swego ojca chrzestnego, księcia Moraw Świętopełka w niemieckiej wersji Zwentibalda) i namaścić na króla wedle wzoru zachodniofrankijskiego.

167 Miało to być ostatnie całkowicie samodzielne królestwo lotaryńskie, a w ogóle rzecz brzemienna w skutki, korzystna przynajmniej dla strony niemieckiej 324. Król Zwentibold (895-900) objął autonomiczne państwo dzielnicowe pod zwierzchnością lenną swego ojca. Sprawował rządy w sposób wręcz gwałtowny i niepohamowany, niespokojny i chaotyczny, i to w kraju wstrząsanym od Fryzji po Burgundię i Alzację napadami rycerzy-rozbójników, bandytów i waśniami rodowymi, w kraju w tym większym zamęcie, im samowładniej mógł w nim panować. Samodzielnie wystawiał dokumenty i ustalał prawa, dysponował dobrami królewskimi, prowadził również niezależną politykę zagraniczną i nie brał udziału w wyprawach zbrojnych wojsk Rzeszy. Rządził jak to było w zwyczaju w oparciu o biskupów. Jego nadworną kaplicą kierował arcybiskup Kolonii Hermann I, kancelarią arcybiskup Ratbod z Trewiru, przez pewien czas wywierający na niego największy wpływ. W roku 900 biskupi odwrócili się od Zwentibolda i przyłączyli do nowego króla Ludwika IV i do Rzeszy wschodniofrankijskiej 325. Król Arnulf zaaranżował rzecz misternie, także w samej Lotaryngii, gdzie tamtejszy możnowładca, hrabia Megingaud z regionu Mayenfeld, kuzyn króla Odona (przez jedno z późniejszych źródeł tytułowany „dux”), w odpowiednim czasie zakończył życie: 28 sierpnia „w roku wcielenia Pańskiego 892” zabił go skrytobójczo hrabia Alberyk w Rethel w klasztorze Św. Ksystusa a król Arnulf nadał lenna i urzędy Megingauda Zwentiboldowi; niejako pierwszy krok do włączenia do swego królestwa. Na marginesie, morderca hrabiego Megingauda, hrabia Alberyk, został usunięty cztery lata później, „około dnia świętego Andrzeja”, przez hrabiego Stefana. A tenże hrabia Stefan znowuż pięć lat później, w szczególnie romantycznych okolicznościach, „gdy siedząc w wychodku wypróżniał swe ciało, został przez kogoś z okna komnaty ugodzony zatrutą strzałą…” (sagittae toxicatae) 326. Takie było życie w wyższych kręgach chrześcijaństwa tak albo podobnie w nie wchodzono, tak albo podobnie je pędzono lub nie; jednakże wszystko to i tysiąckroć więcej takich rzeczy było jedynie przyziemnymi sprawami obok „wielkich historycznych” czynów. Początkowo reprezentanci Kościoła oraz arystokracji, hrabiowie Reginar, Odakar, Wigeryk, Richwin, zachowywali lojalność wobec nowego króla. Jednakże już wkrótce Zwentibold popadł w konflikt z szczególnie w Lotaryngii licznymi rodami feudalnymi (nie było to nic przyjemnego, jak się okaże na marginesie i w wielu innych miejscach). I w końcu padł ofiarą lokalnej arystokracji. Najpierw zadarł z posiadającym dobra w Ardenach klanem Matfrydyngów, hrabiów Metzu, z braćmi Gerardem i Matfrydem II. Obu oraz innym „szlachetnie urodzonym”, jak hrabiemu Stefanowi, Zwentibold odebrał „w roku wcielenia Pańskiego 897” lenna i dostojeństwa i rozdzielił ich ziemie i posiadłości klasztorne wśród swoich ludzi. „Jeśli chciano obdarować wiernego wasala lub krewnego, to opactwa były w tym celu w sam raz” (Parisse), przy czym parę klasztorów w Trewirze, Metzu przydzielił samemu sobie 327. Na koniec popadł w 898 roku w konflikt ze swym dotychczasowym doradcą i faworytem, najpotężniejszym ze swych możnych, posiadającym rozległe dobra między Mozą a Skalda, hrabią Reginarem (Renierem) I Długoszyim, wnukiem cesarza Lotara I, świeckim opatem klasztoru Echternach w diecezji trewirskiej i opactwa Św. Serwacego w Maastricht. Nadmozański feudał zawołał na pomoc Karola Prostaka, króla zachodniofrankijskiego, a ten, ostrożny jak jego dziad, ale tak samo jak on chciwy, wtargnął w głąb kraju po Akwizgran i Nijmegen. Zupełnie zaskoczony Zwentibold zbiegł; lecz przy pomocy wojowniczego biskupa Franka z Leodium i jego zbrojnych oddziałów, jak i innych naprędce skrzykniętych, bez walki, a jedynie po pertraktacjach, jesienią 898 roku wyparł Karola na powrót do swego królestwa. A zawarty za pośrednictwem Arnulfa w następnym roku pokój w St. Goar zapewniał wprawdzie na razie Lotaryngię Zwentiboldowi, lecz potajemnie postanowiono już jego obalenie po śmierci cesarza.

168 Tymczasem potęga buntującego się Reginara pozostała na razie wciąż nienaruszona. Wraz z innymi zwalczanymi arystokratami, jak hrabia Odakar, zamknął się w mocno ufortyfikowanym Durofostum lub Durfos nad Mozą z całym dobytkiem, z żonami i dziećmi. Zwentibold nie był w stanie go zdobyć mimo dwu prowadzonych „z całą mocą” (Regino z Prum) wypraw zbrojnych. A ponieważ również biskupi których Zwentibold wcześniej faworyzował, lecz ostatnio nieco obdarł ze skóry, pozbawiając „majątków kościelnych” nie mieli zamiaru rzucać klątwy na buntowników, jak tego żądał Zwentibold, lecz przeszli na ich stronę, los Zwentibolda i Królestwa Lotaryngii został przypieczętowany, nawet gdyby król podczas ostatniego oblężenia Durfos nie uderzył „w głowę laską wbrew kapłańskiej godności” (Annales Fuldenses) swego własnego arcykanclerza, arcybiskupa Trewiru Ratboda. Buntownicy zgromadzeni wokół Reginara i wyższe duchowieństwo wezwali w końcu Ludwika Dziecię, by przyjął władzę w Lotaryngii. Po ich hołdzie w Diedenhofen Ludwik jednak odjechał, nie usunąwszy Zwentibolda. Ten zebrał nowych popleczników, stracił jednak 13 sierpnia 900 roku podczas „spotkania” nad środkową i dolną Mozą zarówno państwo, jak i życie. Jego zabójcami byli hrabiowie Stefan, Matfryd i Gerard, których pozbawił trzy lata wcześniej dóbr lennych. A Gerard, ledwie parę miesięcy po zabiciu króla, jako specjalną nagrodę wziął sobie jeszcze za żonę jego małżonkę Otę. Podczas gdy przeciwnik Zwentibolda, hrabia Reginar, poszerzał swą potęgę, a mianowicie do opactw Echternach i Św. Serwacego w Maastricht dołączył jeszcze klasztory Stavelot i Malmedy, usuniętego z pomocą kleru Zwentibolda zaczął otaczać nimb świętości. Przynajmniej w klasztorze Süsteren, którym jako opatki władały kolejno dwie jego córki (z Oty), Cecylia i Benedykta, i gdzie on sam znalazł ostatni spoczynek, zaczęto go czcić jako świętego, przynajmniej jego ząb okazywał się często cudownym lekarstwem na bóle zębów. I jeszcze obie córki, których relikwie również działały cuda, były tu uznawane za święte 328. Nie lepiej niż w katolickiej Francji działo się w katolickich Włoszech, a już szczególnie na papieskim dworze, na którym nastały czasy coraz większego chaosu, bunty arystokracji, przestępstwa księży, afery, które dla nas toną w niejasnościach i mroku. 2. Arnulf z Karyntii: papiestwo i Italia Luksus i występek Łatwo zrozumieć pełne intryg i krwawe walki, jeśli się wyobrazi dobrobyt i bogactwo nawet już w starożytności (por. zwł. III, rozdz. 5) w jakim się pławili hierarchowie, panujący w późnych latach IX wieku nie tylko w Rzymie ale również w wiejskich siedzibach biskupów włoskich. Tak opisywał tę sytuację Ferdinand Gregorovius: „Mieszkali we wspaniałych komnatach, błyszczących od złota, purpury i jedwabiu; jadali równie jak książęta na złotych zastawach; wychylali wino z kosztownych pucharów i rogów. Ich bazyliki były okopcone sadzą, lecz brzuchate obbae i naczynia do wina błyszczały od malunków. Jak podczas uczty Trymalchiona cieszyli swój wzrok widokiem pięknych tancerek i «symfonią» muzykantów. Zasypiali w ramionach swych nałożnic na jedwabnych poduszkach w kunsztownie wykładanych złotem łożach, podczas gdy wasale, koloni i niewolnicy zaopatrywali ich dwory. Rzucali kości, polowali i strzelali z łuków. Opuszczali ołtarz, przy którym odprawiali msze z ostrogami u nóg i sztyletem u boku, a swe ambony, by dosiąść konia w złotej uprzęży i pod saskim siodłem i wypuścić sokoły. Podczas podróży otaczała ich chmara dworskich pochlebców, a jechali w kosztownych wozach z rumakami, jakich by się nie powstydził nawet król” 329. A czy przez całe tysiąclecie nie było tak samo lub podobnie?

169 Jeszcze nie został pochowany Jan VIII, gdy jego następcą został Marynus I (882-884). Marynus (czasami niesłusznie nazywany Marcinem II) był synem duchownego i już jako dwunastolatek znajdował się w służbie Kościoła rzymskiego, a później najczęściej działał jako legat papieski (przede wszystkim w Bizancjum przeciwko Focjuszowi); został mistrzem skarbu, a następnie jako biskup innej diecezji (Caere, dzisiaj Cerveteri) papieżem. Przy czym zlekceważył on jawnie cesarskie prawo do zatwierdzania papieża, jak również kanony kościelne (zwłaszcza 15 kanon soboru w Nicei), które zakazują biskupom przechodzenia z jednej diecezji do drugiej. Marynus należał do stronnictwa ekskomunikowanych i skazanych na banicję Formozusa z Porto, Grzegorza i Jerzego (s. 188 i nast.), którzy teraz ułaskawieni wypłynęli na nowo. Formozus został na nowo osadzony w swej diecezji, dawniejszy mistrz ceremonii Grzegorz awansowany na ochmistrza, a patriarcha Focjusz prawdopodobnie, choć nie bezspornie, znów wyklęty. O Hadrianie III (884-885) wiadomo niewiele. I gdy po swym krótkim pontyfikacie opuścił latem 885 roku Rzym, by spotkać się z cesarzem Karolem III Grubym w Wormacji, dotarł jedynie do S. Cesario sul Panaro koło Modeny; tam nagle zmarł, może nawet śmiercią gwałtowną. Istnieje w każdym razie takie podejrzenie, a charakterystyczne, że nie przewieziono jego ciała do Rzymu, lecz pochowano w klasztorze Nonantula. Lecz tenże Ojciec Święty, który gnębił Rzymian surowymi karami w czasie nędzy i klęski głodu, został w 1891 roku oficjalnie zaliczony w szeregi prawdziwych „świętych”: jego święto przypada 8 lipca. Jeśli w czasach pontyfikatu Hadriana III udało się jeszcze grupie wygnanych przez papieża Jana utrzymać swą pozycję, to pochodzący z bliskich mu kręgów Stefan V (885-891) zadbał o ich usunięcie. Ochmistrz Grzegorz padł z ręki innego duchownego, również członka kurii, w przedsionku katedry Św. Piotra, „a posadzka kościoła, przez który go wleczono, całkowicie [została] zbryzgana krwią”; jego zięć Jerzy z Awentynu, papieski podkomorzy, został oślepiony, a wdowa po Grzegorzu wygnana nago pod rózgami. Po tym olśniewającym sukcesie nowy papież otrzymał list gratulacyjny od arcybiskupa Fulka z Reims, zmieniającego fronty jak nikt inny (s. 213 i nast.), z okazji skutecznego usunięcia wrogów Stolicy Apostolskiej 330. Jeśli takowych wrogów nie udawało się zlikwidować, to po prostu próbowano się do nich dostosować, zaprzyjaźnić z nimi, jak wskazuje stosunek Stefana do Gwidona ze Spoleto. Nastąpił całkowity zwrot w polityce papieskiej. Gwido i Berengar wojna domowa w Italii i papieska huśtawka polityczna Pochodzący z zadomowionego we Włoszech, występującego od roku 842 jako książęta Spoleto, lecz nie spokrewnionego z Karolingami arystokratycznego frankijskiego rodu Widonidów-Lambertynów, Gwido II, książę Spoleto i Camerino, zastąpił na tronie swego ojca Lamberta. W polityce zagranicznej sprzyjał Rzeszy zachodniofrankijskiej, więzami rodzinnymi powiązany był z Toskanią oraz Salerno i w ten sposób sprawował rzeczywistą władzę w środkowej Italii; idąc śladami swego poprzednika usiłował powiększyć swe terytorium na południu Włoch, również kosztem Państwa Kościelnego, a nawet założyć we Włoszech własną dynastię. Już Jan VIII, który nienawidził Gwidona jako najgorszego wroga Kościoła, wzywał ustawicznie na pomoc cesarza Karola III, zasypywał pochlebstwami i prośbami, „by położył kres uciążliwemu złu”. Jego następca Marynus I spotkał się z władcą w 883 roku w bogatym górnoitałskim opactwie benedyktynów Nonantula (koło Modeny), od samego początku ważnym centrum politycznym. Gwido został oskarżony o zdradzieckie machinacje z greckim bazyleusem i pozbawiony swego księstwa. Uwięziony, zbiegł, zwerbował w Dolnej Italii

170 Maurów, z którymi mocno się związał, na co cesarz wysłał przeciw niemu jednego z jego wcześniejszych stronników i krewnych, od ok. 875 roku władającego Friulem margrabiego Berengara, z domu Unrochidów, a więc również od dawna zasiedziałego w Italii frankijskiego arystokratę. Był on wnukiem cesarza Karola, poprzez swą matkę Gizelę, córkę Ludwika Pobożnego, blisko spokrewniony z Karolingami i wspierał ich wschodniofrankijską gałąź w staraniach o włoską koronę. Wybuchłą wojnę zakończyła tymczasem wkrótce zaraza w armii Berengara, która rozszerzyła się na całą Italię, a nawet dotarła na królewski dwór i do samego króla. Gwido jednak utrzymał się, pod koniec 884 roku został ułaskawiony przez Karola i na dobre czy złe przywrócony w swym księstwie. W końcu doszedł do takiej władzy, że papież Stefan, który uprzednio zabiegał o interwencję greckiego i frankijskiego cesarza, zwrócił się do tego, który w danym momencie czuł się najmocniejszy, do arcydroga Kościoła, Gwidona II ze Spoleto. A nawet go adoptował jak ongiś Jan VIII Bozona, pozyskał również na wyprawę przeciwko Saracenom, przy czym Gwido zdobył i złupił ich twierdzę pod Garigliano, a innym razem zgładził pod Arpają arabskiego wodza Arrana z 300 towarzyszami. W każdym razie Berengar w styczniu 888 roku został w Pawii koronowany na króla, głównie przy pomocy biskupów górno-italskich, faktycznie rządził przecież jedynie górną Italią (888-924). Gwido przebywał w owym czasie poza krajem, starając się o koronę zachodniofrankijską (s. 213 i nast.), wrócił jednak po niepowodzeniu swych zabiegów za Alpy równie szybko jak wyjechał. We Włoszech zaczęła się z jego powrotem wojna domowa między obydwoma katolickimi książętami. Gwido natychmiast wystąpił zbrojnie przeciwko Berengarowi, nie zdołał jednak go pokonać jesienią 888 roku w niezwykle krwawym starciu pod Brescią. Obie strony poniosły ciężkie straty, zawarły krótki rozejm dla nabrania sił, służący znalezieniu sprzymierzeńców, aż do następnego spotkania na początku 889 roku nad rzeką Trebią, gdzie kiedyś Hannibal pobił Rzymian. Doszło do morderczej rozprawy, bitwy trwającej przez cały dzień, w której za miecz chwycili również wyżsi duchowni, a tysiące straciły życie. Berengar musiał ustąpić pola; utrzymał się jedynie we wschodniej części górnej Italii (z centrum w Weronie). Gwido natomiast w połowie lutego 889 roku został proklamowany w palatium w Pawii, przede wszystkim przez biskupów górnej Italii, jako senior et rex byli to „w większości ci sami biskupi, którzy wcześniej stanęli po stronie Berengara” (Dummler). W zamian Gwido musiał oczywiście zagwarantować ponownie ochronę Kościoła, przywileje i godności hierarchów, a nawet do tego stopnia wspierał niektórych, że obdarował ich publicznym majątkiem ich miast i zezwolił na ich obwarowanie. Papież Stefan V sprzyjał początkowo Gwidonowi. Jednakże nowa władza Spoletańczyka, którego dziedziczne ziemie leżały w najbliższym sąsiedztwie, wkrótce mu zbrzydła. Chociaż nie ważył się sprzeciwić mu otwarcie, to jednak dało znać przyzwyczajenie do wzywania pomocy, takie samo, jak u jego wielu poprzedników. I tak prosił nawet cesarza bizantyjskiego o regularne przysyłanie okrętów wojennych, mimo iż wcześniej odmówił uznania patriarchy Focjusza i Stefanosa. Od cesarza Karola III papież żądał z kolei interwencji w Italii, gdzie cesarz zjawiał się bądź co bądź sześciokrotnie. Ponieważ jednak cesarz został tymczasem obalony, zmarł i został zastąpiony przez swego bratanka, króla Arnulfa z Karyntii, dopraszał się usilnie u niego na początku 890 roku, „by odwiedził Rzym i Świętego Piotra i wziął w posiadanie państwo włoskie, uwolniwszy je od złych chrześcijan i srożących się niewiernych”. Gdy jednak Arnulf, zaangażowany w działania przeciwko wewnętrznym i zewnętrznym wrogom, odmówił, a wyczekiwana pomoc zawiodła, Stefan ugiął się przed „złymi chrześcijanami” i koronował rad nie rad wprawdzie znienawidzonego, lecz wówczas

171 w środkowej Italii najpotężniejszego Gwidona (razem z małżonką Ageltrudą) 21 lutego 891 roku w katedrze Św. Piotra na cesarza był to pierwszy cesarz z domu pozakarolińskiego, ale zarazem też jedynie włoski dzielnicowy władca, który jednocześnie wkrótce kazał wynieść do godności królewskiej swego niespełna piętnastoletniego syna Lamberta 331. Papież Formozus koronuje „tyranów” Italii i przyzywa Arnulf a, by ich zwalczał Następcą Stefana V został Formozus (891-896), założyciel Kościoła bułgarskiego. Uwikłany w (rzekomy) spisek przeciwko cesarzowi i papieżowi Janowi VIII i przez tego ostatniego ekskomunikowany w roku 876, zaszył się w Rzeszy zachodniofrankijskiej, a jego zwolennicy w Spoleto. W 878 roku pod przysięgą zapewnił sobór w Troyes, że uznaje swą degradację do człowieka świeckiego i że nie będzie nigdy aspirował do godności duchownych, a także nigdy nie pojawi się w Rzymie. Złożył tę przysięgę na cztery ewangelie, na krzyż Chrystusowy, sandały Pana, relikwie apostołów, na koniec przysiągł to na piśmie a 6 października 891 roku został papieżem! Nie żywił zapewne tak samo ambitny, jak zdolny zbyt wielkich pretensji, uznał się wszak, jak dotąd prawie każdy z jego poprzedników, za niegodnego tiary; musiał zostać przez swych wyborców gwałtem oderwany w Porto od ołtarza katedry, którego się uczepił. Najwyraźniej Marynus I uwolnił go od przysięgi i ponownie osadził jako biskupa w Porto. W końcu również Marynus należał do stronnictwa, które dzięki zamordowaniu Jana VIII sięgnęło po władzę. Zaraz na początku swego pontyfikatu Formozus oskarżył Kościół o „kacerstwo” i rozdźwięki. Jego głównym przeciwnikiem stał się diakon Sergiusz, późniejszy osławiony papież, stronnik Spoletańczyków lub frakcji narodowej, podczas gdy Formozus, którego wszyscy zwolennicy za panowania Jana VIII szukali ucieczki w Spoleto, opowiedział się po stronie Arnulfa i jego podopiecznego Berengara. Wszelako pod naciskiem okoliczności Formozus uznał Gwidona ze Spoleto tyrana Italii, jak go nazywali wschodniofrankijscy kronikarze a nawet, chociaż wbrew sobie, powtórzył 30 kwietnia 892 roku w Rawennie jego koronację na cesarza, wynosząc jednocześnie do rangi współcesarza jego syna Lamberta. Jak to było w zwyczaju, stosownym paktem potwierdzono papieskie posiadłości i przywileje. Lecz gdy Gwido jeszcze raz pobił Berengara i starym zwyczajem skonfiskował patrymonia Państwa Kościelnego, gdy w ogóle jego władza zaczęła rosnąć nad miarę, Formozus latem 893 roku wysłał legatów do króla Arnulfa z ponowną ponaglającą prośbą, by wydarł królestwo Italii i dziedziczne dobra św. Piotra „złym chrześcijanom”, to znaczy „tyranowi” Gwidonowi, „ut Italicum regnum et res sancti Petri ad suas manus a malis christianis eruendum aduentaret” (Annales Fuldenses) 332. Wzięcie Bergamo lub msza poranna zawsze dodaje sił Arnulf wyprawił najpierw swego syna Zwentibolda. Razem z Berengarem leżeli bezczynnie naprzeciw siebie trzy tygodnie pod murami Pawii, skąd Zwentibold zawrócił, rzekomo wskutek przekupstwa. Na to nadciągnął Arnulf we własnej osobie. Z silną armią przeszedł w styczniu 894 roku, w środku ciężkiej zimy (jeszcze w marcu wymarzły w niektórych częściach Bawarii winogrona, pszczoły i owce), głęboko zaśnieżone Alpy, przypuszczalnie przez przełęcz Brenner. W Weronie wzmocniły go oddziały Berengara, a potem „około dnia Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny” (2 lutego), po uroczystej mszy, „o brzasku” nakazał szturm leżącego w górach Bergamo, które zdobył po ciężkich walkach i „pod bożym przewodnictwem” (Annales Fuldenses) wydarzenie dla ówczesnych kronikarzy i późniejszych historyków średniowiecza znaczące, choć raczej nie ze względu na okazywaną miłość do nieprzyjaciół. Albowiem pokrzepieni mszą świętą żołnierze Arnulfa, wśród nich dowodnie też arcybiskup moguncki Hatto, biskup Waldo z Freising i biskup Nitry,

172 kanclerz Wiching, po wzięciu Bergamo załatwili wszystko jak to zawsze w chrześcijańskim stylu, o czym pisze biskup Cremony Liutprand: „Kapłani boży zostali w więzach uprowadzeni, poświęcone dziewice zbezczeszczone, niewiasty zhańbione. Nawet kościoły nie mogły dać uciekinierom schronienia; w nich odbywały się bowiem hulanki, nieprzystojne akty, nieobyczajne śpiewy i pijaństwo. O zgrozo! nawet kobiety zostały tam wydane publicznie na rozpustę”. To wszystko działo się w obecności wielebnych panów z Moguncji, Freising i Nitry. Lecz msza poranna krzepi za każdym razem. Hrabiów Gwidona Arnulf kazał powiesić w pełnym rynsztunku przed bramami na drzewie, tak samo uzbrojonego kleryka Gotfryda. Natomiast biskupa Adelberta z Bergamo przekazał pasterzowi mogunckiemu, a ten nie pozwolił, by włos mu spadł z głowy. A również Arnulf pojednał się bardzo szybko z miejscowym zwierzchnikiem Kościoła i już 1 stycznia 895 roku potwierdził mu wszelkie posiadłości jego kościoła; poza tym dobra ziemskie zmarłego na stryczku hrabiego Ambrożego z Bergamo przeszły w ręce bergamskiego biskupa 333. Sam Arnulf doszedł wszakże jedynie do Lombardii. Wprawdzie już w Mediolanie datował pewien dokument „w pierwszym roku panowania niemieckiego w Italii”, jednakże wielu magnatów z tego kraju, których żądzy wielkich lenn Arnulf nie zaspokoił, powstało przeciw niemu, mimo właśnie złożonej mu przysięgi wierności. Przede wszystkim jego armia została osłabiona przez szybki marsz w czasie ostrej zimy, brak żywności i choroby, tak że w marcu 894 roku zawrócił do Piacenzy. Na południe od rzeki Po panował cesarz Gwido, „tyran włoskiej Rzeszy” (Annales Fuldenses), który zamierzając właśnie pociągnąć na Bergamo, jeszcze na jesieni tego roku padł nad rzeką Taro koło Parmy ofiarą wylewu krwi, po czym zastąpił go w rządach jego syn Lambert, współregent od 891 roku. Papież Formozus namaścił Lamberta na cesarza w Wielkanoc 892 roku w Rawennie, a jeszcze dużo później wyznał, że za nic w świecie nie opuści swego „najdroższego syna”, do którego żywił ojcowskie uczucia. W istocie zaś za wszelką cenę chciał się uwolnić od zależności od Widonidów. Więc natychmiast wysłał do króla Arnulfa poselstwo, co społeczeństwo spoletańskie rozwścieczyło do białości, które ponaglało go ustnie i za pomocą przywiezionych pism, by udzielił Ojcu Świętemu pomocy wszak już jego poprzednik Stefan niczego bardziej nie pragnął, jak odebrania władzy Spoletańczykom 334. Arnulf oblega Rzym, ścina głowy i zostaje pierwszym frankijsko-niemieckim antycesarzem Za radą biskupów Arnulf zdecydował się na nową wyprawę na Rzym. W grudniu 895 roku podbił Lombardię. Następnie, po niezwykle trudnym marszu, wśród gwałtownych burz, ulew i przy zdychających koniach już tylko z wołami, „osiodłanymi na kształt koni” przez Tuscję przybył w lutym 896 roku pod Rzym. Tam jednakże Spoletańczycy oraz mężna wdowa po Gwidonie, cesarzowa Ageltruda (córka księcia Adelchisa z Benewentu, który ongiś wykorzystując zaskoczenie uwięził Ludwika II: s. 157), niespodzianie kazali zamknąć bramy miasta i sposobić je do obrony. Tym sposobem doszło do pierwszego oblężenia Rzymu przez króla frankijskoniemieckiego. Lecz Pan znowu dopomógł. Wszyscy odprawili uroczystą mszę świętą, relacjonują wschodniofrankijscy kronikarze, wyznali swe grzechy, pościli, zaprzysięgli Arnulfowi „wśród łez wierność” i „na skinienie Boga”, to znaczy „za przyzwoleniem najwyższego kapłana” zdobyli z marszu święte miasto jak wierzył Arnulf, z pomocą św. Pankracego (któremu następnie wystawił dwie kaplice, w Roding i Ranshofen) z którego Ageltruda wymknęła się cichaczem. Zdobyli Rzym wręcz „dzięki Opatrzności Bożej, tak że

173 po stronie króla nie padł nikt z wielkiej armii”. Za to po drugiej stronie potoczyły się głowy jeszcze przy wkraczaniu do miasta. W każdym razie, relacjonuje biskup Liutprand, Arnulf nakazał, „by pomścić wyrządzone papieżowi krzywdy, ściąć wielką liczbę znamienitych rzymian, którzy wyszli mu naprzeciw”. W każdym razie: krzyże, chorągwie, pochwalne śpiewy. W uroczystej procesji przeszli do Świętego Piotra i tam papież Formozus wypierając się Lamberta, też przez niego koronowanego ukoronował „bastarda” Arnulfa na cesarza, pierwszego frankijskoniemieckiego antycesarza. Arnulf pozostał w Rzymie jedynie dwa tygodnie. Następnie z początkiem marca ruszył na Spoleto okazawszy parokrotnie łaskę, a ze swej strony zaopatrzony w wiele relikwii, drogocennych skarbów papieża, który rozdawał je i innym. (Na przykład wpływowemu Hattonowi z Moguncji rzekomą głowę i członek św. Jerzego, dla których Hatto zbudował w Reichenau własny kościół. Znajdowała się tam publicznie uznana przez biskupa Konstancji relikwia ewangelisty Marka! I to mimo iż dotarła do klasztoru w 830 roku od biskupa Werony pod imieniem „Walensa”. Jeszcze na marginesie: Jerzy, jeden z chrześcijańskich „bożków militarnych”, zajął miejsce jednego z bóstw arabskich, wojowniczego Teandryta; był przy tym,,św. Jerzy” prawdopodobnie heretykiem, a mianowicie arianinem, który dopiero w legendzie stał się katolikiem). Jednakże mimo tego całego błogosławieństwa relikwiami jeszcze przed dotarciem do celu Arnulfa dopadł ciężki paraliż. Jak jego ojciec Karloman (s. 177, 183) doznał udaru, dziedzicznej choroby tej rodziny, i tak zwycięsko rozpoczęta wyprawa została w panice przerwana 335. Cesarz Arnulf i papież Formozus umierają Podczas gdy stronnictwo spoletańskie szybko opanowało Rzym, król powrócił do Ratyzbony, gdzie w pogłębiającej się chorobie przeżył jeszcze cztery lata. I do końca, jeszcze na rok przed swą śmiercią, choć sam powołał na świat niejednego „bastarda”, dręczony był przez zazdrość, szerzyła się bowiem pogłoska o „od wielu lat niesłyszanym występku królowej Uty”, a mianowicie, że „oddała swe ciało nierządnemu i nieszlachetnemu związkowi”. Dopiero 72 zaprzysiężonych wykazało przed sądem, że podejrzenie jest bezpodstawne. Nie było to zresztą jedyne podejrzenie, jakie owładnęło śmiertelnie chorym, nieledwie pięćdziesięcioparoletnim zmarł 8 grudnia 899 roku królem: lekarze mieli doprowadzić do jego paraliżu. Jeden z nich zbiegł i skrył się we Włoszech; inny, niejaki Graman, został ścięty z powodu tego oskarżenia w Otting. A „kobieta, imieniem Rudpurc, która została obwiniona wskutek dokładnego badania o podżeganie do tego przestępstwa, zginęła w Aibling na szubienicy” (Annales Fuldenses), najpewniej na dworze królewskim w Aibling koło Rosenheim, gdzie Arnulf czasami świętował „narodziny Pana”, zanim zmarł „na najpaskudniejszą chorobę”, jak to określa Liutprand z Cremony. „Był mianowicie niezwykle dręczony przez małe robaki, wszy, jak je nazywają, zanim oddał swego ducha. Twierdzi się nawet, że to robactwo tak się u niego rozpanoszyło, że nie mogło temu zaradzić żadne lekarstwo” 336. Po odejściu Arnulfa Lambert z pomocą swej energicznej matki, cesarzowej Ageltrudy, ponownie opanował dużą część Italii, którą podzielił w 896 roku na mocy traktatu z Berengarem. Był to rok, w którym Lambert kazał powiesić bogatego hrabiego Meginfreda z Mediolanu oraz oślepić jego syna i szwagra. I na pewno nielekko by było papieżowi Formozemu po zdradzie Spoletańczyków, gdyby nie to, że zmarł w kilka tygodni po odejściu Arnulfa, 4 kwietnia 896 roku, na jakąś chorobę lub wskutek otrucia.

174 Jego następca, Bonifacy VI (kwiecień 896), syn biskupa Hadriana, był człowiekiem jak mawiano o ciemnej przeszłości i jako duchowny został przez Jana VIII dwukrotnie złożony z urzędu. Tumult pospólstwa miał go wynieść na tron apostolski, jednakże jedynie na 15 dni, po czym zmarł, „jak słychać” na podagrę (jak wiadomo artretyzm stóp, „zwłaszcza wielkiego palca”: Duden). A następca Bonifacego utrzymał się na tronie dobry rok, a właściwie zły rok, w każdym razie nadzwyczaj osobliwy, jako zaprzysięgły wróg Formozusa przyozdobił bowiem swój pontyfikat w jedyny swego rodzaju akt, dzięki któremu przeszedł do historii, rejestrującej wszelkie wydarzenia, głównie jednak kryminalne 337. Trupi synod makabreska papieskiej rangi Stefan VI (896-897), również księży syn, uznał początkowo Arnulfa, jednakże gdy Rzym dostał się na nowo w ręce cesarza Lamberta, przeszedł i on do jego obozu, a cesarz jeszcze raz znalazł wyraźne potwierdzenie w maju 898 roku na wielkim synodzie w Rawennie. W międzyczasie Stefan jako kreatura domu spoletańskiego dokonał zemsty na Formozym. Chociaż sam został ongiś konsekrowany na biskupa i sam dostał się na rzymski stolec w sposób niekanoniczny, wytoczył zmarłemu papieżowi formalny proces. Pochowany już od dziewięciu miesięcy papież, w stanie mocnego rozkładu, został wywleczony z grobu przez stronników Widonidów, ubrany w szaty pontyfikalne i zapewne w styczniu 897 roku posadzony na tak zwanym tronie apostolskim w Świętym Piotrze przed „trupim synodem”. Następnie przez trzy dni sprawowano sąd nad wystrojoną mumią, której dodano trzech oskarżycieli biskupów Piotra z Albano, Sylwestra z Porto i Paschalisa (z nieznanej diecezji) oraz jednego diakona jako obrońcę z urzędu, odpowiadającego głosem drżącym i dla papieskiej mumii oczywiście w sposób niezadowalający. Znaleziono parę zarzutów; zarzucono na wpół zbutwiałemu papieżowi krzywoprzysięstwo, z czego uwolnił go przecież Marynus I. Obwiniono go o bezpardonowe dążenie do tronu papieskiego, o co obwinie by można oczywiście takoż niezliczonych papieży (i innych hierarchów). I zarzucono mu przejście z Porto do Rzymu, z jednego biskupstwa na inne, wówczas według dawnej tradycji generalnie zabronione, jednakże czasami dopuszczane. Czyż sam jego tchórzliwy sędzia, papież Stefan VI, nie dokonał podobnego przemieszczenia in persona, a mianowicie nie zamienił swej diecezji Agnani na rzymską. (Jeśli wszystkie wyświęcenia Formozusa stały się nieważne, to i również konsekracja Stefana na biskupa Agnani, bo dokonał jej właśnie Formozus, w związku z czym nie było żadnej translacji, więc Stefan VI miał prawo zasiadać na papieskim tronie!) Być może to zdarzenie, ten pomysł trawionego niewiarygodną nienawiścią Ojca Świętego, nie jest nawet bardziej zadziwiający w całej sprawie, przypominającej scenariusz z kliniki dla chorych psychicznie lub jakiś senny koszmar, niż fakt, że w tym gabinecie grozy przebywało przez trzy dni całe zgromadzenie biskupów traktując to z odpowiednim poważaniem czy też nie. Tak jak to w tej materii jest obojętne, czy Formozus był zbrodniarzem, czy też nim nie był! Ludziom można wszystko wcisnąć zwłaszcza wiernym… Pod koniec tego makabrycznego spektaklu przez źródła wkrótce nazwanego „wstrząsającym widowiskiem”, „strasznym synodem” ogłoszono Formozusa za zdetronizowanego, wszystkie udzielone przez niego święcenia za nieważne, podpisano odpowiedni dekret i nakazano wyświęconych przez niego konsekrować ponownie. Zgodnie z protokołem zdarto z trupa papieskie szaty aż do koszuli, ubrano w świeckie łachmany, odcięto kilka palców prawej ręki, używanych przezeń do przysiąg błogosławieństw i wywleczono wśród barbarzyńskich ryków z kościoła i przez ulice miasta. Na koniec wrzucono je przy krzykach protestu zgromadzonych ludzi do dołu, gdzie grzebano bezimiennych obcych, by

175 potem ponownie je wykopawszy wrzucić do Tybru dokładnie w momencie, gdy zawaliła się stara bazylika laterańska, której gruzy później rzymianie przez cała lata przekopywali w poszukiwaniu skarbów. Papież Stefan niedługo przeżył ten proces. Jeszcze w tym samym roku, w lipcu, został obalony podczas tumultu, za którym kryło się zapewne wschodnio-frankijskie stronnictwo w Rzymie i zwolennicy Formozusa (ale w nie mniejszym stopniu również wiele cudów, jakie miał zdziałać jego nędzny zewłok), obrabowany z insygniów, wtrącony do klasztornego więzienia, uduszony a później uczczony wspaniałym epitafium 338. Formozjanie i antyformozjanie W Rzymie w dalszym ciągu zwalczali się formozjanie i antyformozjanie, również na polu literatury, za pomocą ataków i apologii, i to jeszcze przez całe dziesięciolecia. Jeszcze w roku śmierci zamordowanego papieża skończyły się bardzo krótkie pontyfikaty jego następców Romana i Teodora II. Udało im się zrehabilitować Formozusa, nim zmarli. Roman, brat papieża Marynusa i zwolennik Formozusa, uznał wszystkie decyzje trupiego spektaklu za niebyłe. Lecz sam urzędował zaledwie cztery miesiące, a o jego rządach prawie nic nie wiemy. Jeśli zrewidowana wersja Liber Pontificalis ma słuszność, to „następnie uczyniono z niego mnicha”, to znaczy został zamknięty w klasztorze. A Teodor II, który rządził późną jesienią 897 roku zaledwie przez dwadzieścia dni, ponownie anulował na rzymskim zgromadzeniu kościelnym wszystkie postanowienia trupiego synodu, uznał święcenia dokonane przez Formozusa, nakazał spalić dokumenty detronizacyjne Stefana VI i pochował uroczyście wyłowione przez rybaków tybrzańskich (lub przez zakonników) szczątki Formozusa, przed którymi gdy już leżały w trumnie wręcz niektóre obrazy świętych w Świętym Piotrze „skłoniły się ze czcią. Słyszałem to często od bogobojnych mieszkańców miasta Rzymu”, zapewnia bez drgnienia powiek biskup Liutprand. Nie jest znany dokładny dzień intronizacji Teodora II, ani dzień i powód jego rychłej śmierci 339. Następnie przeciwnicy Formozusa obwołali papieżem biskupa Sergiusza z Caere (dzisiaj Cerveteri), hrabiego Tusculum. Jednakże jeszcze przed jego wyświęceniem tumulty uliczne przy udziale Lamberta ze Spoleto, którego Formozus koronował w 892 roku na cesarza wyniosły na upragniony tron papieski kandydata formozjan, Jana; antypapież Sergiusz zdołał zasiąść na nim dopiero w 904 roku. Podczas gdy na razie przebywał wraz ze swymi wygnanymi bandami opryszków w Tuscji pod ochroną tamtejszego hrabiego Adalberta, gotów w każdej chwili wpaść do Rzymu, Jan IX (898-900) wyświęcony na księdza przez Formozusa opat benedyktynów z Tivoli ekskomunikował go wraz ze wszystkimi zwolennikami. Jan IX potępił trupi synod raz jeszcze podczas soboru w Rawennie. Z jednej strony wyświęceni przez Formozusa, a przez Stefana VI odsunięci duchowni zostali przywróceni w swych tak zwanych godnościach, z drugiej zaś wykluczeni z Kościoła pomagierzy Stefana VI w haniebnym potraktowaniu ciała Formozusa. Ekskomunikowany i pozbawiony wszelkich praw został również prezbiter Sergiusz, w grudniu 897 roku antypapież wobec Jana IX, który jednakże w roku 904 został papieżem legalnym (por. s. 312 i nast.). Niestety rozdział 7 synodu w Rawennie zadysponował spalenie akt trupiego synodu. Lecz ten Kościół zawsze chętnie palił, a to ludzi, to świątynie, czy pisma; przede wszystkim zaś systematycznie i od wczesnych lat traktaty „kacerzy”, lecz również teksty pogan i żydów; nawet udokumentowane w aktach własne haniebne czyny, jak choćby akta soboru w Rimini z 359 roku (I, s. 244), soboru efeskiego z roku 449 (II, s. 137 i nast.) czy konstantynopolitańskiego z roku 867 (s. 161). A palenie nigdy nie zostało zabronione we

176 wspólnocie świętych. Natomiast, co jest bardzo wymowne, zabroniono w pierwszym rozdziale zgromadzenia raweńskiego na wieki pozywania zmarłych przed sąd 340. Śmierć cesarza Lamberta i cesarza Arnulfa. Węgrzy zalewają północną Italię Jan IX współpracował we wszystkim z młodym Lambertem ze Spoleto, także wtedy, gdy jako jego pupil został papieżem. A zatem ogłosił koronację cesarską Lamberta jako prawomocną „po wieczne czasy”, podczas gdy koronację Arnulfa jako „barbarzyńską” i odrzucił ją jako „wymuszoną przez oszustwo” na papieżu. Na jego rzecz działało to, że Lambert władał większością Włoch, a Arnulf bez czucia i złożony śmiertelną chorobą dogorywał w Niemczech. Albowiem od IV po XX stulecie, od św. Konstantyna I (Signatur von siebzehn Jahrhunderten Kirchengeschichte [Znaki siedemnastu wieków historii Kościoła], t. I, rozdz. 5), po Hitlera (por. na ten temat tom II Polityki papieskiej w XX wieku), historia zbawienia kroczy z lubością w jednym szeregu z historią zbawiennych zwycięstw. Ten sam sobór, który zlikwidował akta trupiego synodu, unieważnił koronację cesarską „barbarzyńcy” Arnulfa. Poczyniono natomiast, najwyraźniej również w Rawennie, pewne ustępstwa na rzecz przebywającego tam we własnej osobie cesarza Lamberta, w zamian za co musiał on w każdym razie zagwarantować przywileje Rzymu, zwłaszcza jego terytoria. W co najmniej półtuzinie kanonów papież domaga się zwrotu odebranych jego tronowi nieruchomości, jego praw i nie zaniedbuje również groźby ekskomuniki wobec odmawiających uiszczania dziesięciny. Majętności są dla hierarchów czymś świętym, z reguły czymś najświętszym (tymczasem dla „cyników”, jak choćby naszej skromnej osoby, nic nie jest święte) 341. Jednakże cesarz Lambert, młody, zdolny, piękny, zmarł nieoczekiwanie w połowie października podczas polowania na dziki w górze rzeki Po; rzekomo z powodu upadku z konia. Biskup Liutprand z Cremony zdradza nam jednak, co i inne źródła potwierdzają, że wypadek został sfingowany, a cesarz w rzeczywistości został zamordowany. W Marengo, w lesie „niezwykłej wielkości i piękności, szczególnie nadającym się do łowów” miał go zabić podczas krótkiej drzemki towarzyszący mu Hugo, syn zabitego przez Lamberta mediolańskiego hrabiego Maginfreda, by pomścić Śmierć swego ojca i miał się później do tego przyznać. „Nie obawiał się pisze biskup Liutprand wiekuistego potępienia, lecz z użyciem całej siły złamał śpiącemu kark za pomocą mocnej gałęzi. Obawiał się bowiem zabić go mieczem, żeby wyraźny dowód nie wskazał na niego jako winnego zbrodni”. Ponieważ pod koniec 899 roku Arnulf umierał w Ratyzbonie złożony swym cierpieniem, po koronę Italii spróbował sięgnąć Berengar z Friulu, dawny przeciwnik Lamberta. Jednakże doznał on pod koniec września 899 roku nad rzeką Brentą sromotnej klęski w krwawej bitwie z Węgrami, przy czym na polu bitwy padło również wielu dostojników kościelnych. A biskup Liutward z Vercelli, dawny arcykanclerz Karola III Grubego (s. 198 i nast.), został zabity podczas ucieczki ze swymi skarbami, „tymi niezrównanymi skarbami, których zbytek przeszedł wszelką miarę” (Regino z Prum), a które oczywiście chciał uratować przed Węgrami. Był to pierwszy najazd Madziarów w „nieszczęsnej Italii”, przekazuje Liutprand, szeroko opisujący owo wydarzenie, wielokrotnie podkreśla też z naciskiem ogromne, niezmierzone wojsko najeźdźców, lecz później niespodzianie podaje, że Berengar przeciwstawił im trzykrotnie mocniejsze. Wtedy uciekający Węgrzy zaoferowali bez powodzenia chrześcijanom za wolny powrót do domu, że zwrócą wszelkie łupy wraz z odszkodowaniem. A wkrótce potem ścigani na rozległych polach wokół Werony aż po rzekę Brentę, uciekając na ustających już ze zmęczenia koniach i pędzeni strachem, złożyli nową ofertę: że wydadzą cały dobytek, jeńców, broń i konie; chcieli zachować bodaj życie, nie przestępować już nigdy granic Italii, oddać nawet swych synów jako zakładników uzyskali jednak z

177 miejsca odmowę, typowo chrześcijańską: „Jeśli my, zwłaszcza od ludzi, którzy są w naszej mocy i już jak martwe psy, weźmiemy to jako dar, co już jest nam wydane, i wejdziemy z nimi w układ, to nawet szalony Orestes by przysiągł, że straciliśmy rozsądek”. Rzeczywiście stracili. Byli nie tylko nadęci, ale i skłóceni, a niektórzy życzyli sobie wyraźnie bardziej niż klęski pogan niepowodzenia pewnych chrześcijan, żeby po ich śmierci „wręcz sami mogli panować niejako bez przeszkód”. Węgrzy tymczasem z trzech stron powstrzymali chrześcijan i z odwagą rozpaczy przeprawili się przez rzekę, popędzili w środek zaskoczonych oddziałów Berengara „i poganie oddali się swej żądzy mordu […]”. Z chrześcijańskiej armii pozostały żałosne szczątki, a dolina rzeki Po została zalana przez zwycięzców. Jak dzięki biskupowi Werony z Ludwika III uczyniono Ludwika Ślepego Kolejny papież Benedykt IV (900-903) koronował w styczniu 901 roku na cesarza młodego Ludwika III z Prowansji (890-928). Syn króla Burgundii Bozona i Irmingardy, wnuk cesarza Ludwika II, został anno 900 przywołany do kraju przez zwolenników zmarłego w 898 roku cesarza Lamberta przeciwko Berengarowi I, wyniesiony w Pawii jako rex Italiae i zaraz potem przyjaźnie przyjęty w Rzymie i koronowany na cesarza przez Benedykta IV. Znaczna część arystokracji i biskupów zazdrościła bowiem korony Berengarowi, okazała się najwyraźniej również zawiedziona klęską w starciu z Węgrami, jak i z powodu późniejszego paktowania z nimi. Jednakże cesarz Ludwik III nie był w stanie stawić czoła Berengarowi, tym bardziej, że wkrótce górnoitalscy możni znów przeszli na stronę tego ostatniego. Dzięki przysiędze, że nigdy nie wróci do Włoch, Ludwik wykupił sobie w 902 roku odwrót przez Alpy, trzy lata później przyjął jednak nowe zaproszenie i wpadł w sieci Berengara, który początkowo został zmuszony do ucieczki na terytorium bawarskie, potem jednak z bawarską pomocą zbrojną nieoczekiwanie w tymże 905 roku zajął Weronę, według wszelkiego prawdopodobieństwa nie bez pomocy miejscowego biskupa. Zwycięski Ludwik rozpuścił już bowiem swe wojsko i udał się, jak relacjonuje opat Regino, „wskutek nalegań biskupa Adalharda z Werony w nielicznym towarzystwie do rzeczonego miasta. Mieszczanie jednak powiadomili o tym pośpiesznie Berengara, który w tym czasie przebywał w Bawarii. Tenże przybył bezzwłocznie z oddziałami ściągniętymi zewsząd do Werony, w przebiegły sposób schwytał nierozważnego męża i uwięziwszy odjął mu wzrok”. Otworzono Berengarowi „nocną porą” bramy miejskie, oślepiono Ludwika III, który żył później jeszcze prawie ćwierćwiecze jako ślepy i Ślepym nazwany jako praktycznie niezdolny do rządów został odesłany do Prowansji, na koniec ścięto księdza o imieniu Jana Krótkie Spodnie jako współwinnego zbrodni. W roku 915 sam Berengar został cesarzem wówczas był to już w Italii tytuł li tylko honorowy, urząd iluzoryczny 342. Wszystkie tu zaznaczone walki o regnum Italicum oddają upadek dynastii karolińskiej. Wszystkie te kampanie, podchody, spiski są podejmowane przez reprezentantów wielkich frankijskich rodów, a zarazem wyznawców religii katolickiej: przez Arnulfa, Gwidona, Lamberta, Berengara, Ludwika Ślepego. I cały ten upadek królewskiej władzy Karolingów miał jako skutek stały wzrost władzy biskupów jak poprzednio awans królów karolińskich i jak jeszcze wcześniej kariera i fiasko królów merowińskich! (Por. na ten temat tom IV). Wszystkich przeżył pasożytujący na nich Kościół. Tam gdzie inni się pogrążali, on kwitnął, jak zawsze, tak i w tej epoce: dzięki nadawaniu immunitetów, dzięki przenoszeniu nań władzy misyjnej (za panowania Karola Łysego), dzięki nagromadzonym dobrom. Tak na przykład już za panowania Gwidona biskup Modeny stał się faktycznym panem miasta. Tak

178 samo rządzili faktycznie samodzielnie arcypasterze Cremony, Parmy, Piacenzy i Mantui; dysponowali władzą hrabiowską i wpływami podatkowymi. Berengar, którego arcykanclerzami byli biskupi Adalhard z Werony i Arding z Brescii, nadał kościołom z miłości do świętych (i zbawienia swej duszy) wiele przywilejów. A za czasów Lamberta wielkie dary dla kleru jeszcze przybrały na sile. Miasta biskupie były ekonomicznie i administracyjnie wręcz wyjęte spod wpływów królewskich, a władza królewska z tego powodu odpowiednio osłabła. „Anarchia, bezprawie na gruncie feudalnego ustroju społeczeństwa, którym sprzyjałasłabość i stałe zmiany władzy centralnej […]” (L.M. Hartmann) 343. Wszakże gdy władza centralna była mocna, to wiecznie oportunistycznie nastawiona ecclesia również ciągnęła z tego zyski. Gdy władza centralna była słaba, żądny władzy kler dopiero wtedy ciągnął profity, jak ukazuje historia panowania syna i następcy cesarza Arnulfa.

179 ROZDZIAŁ 7. Król Ludwik IV Dziecię (900-911) „Samodzielnych rządów chorowite dziecko nie było w stanie sprawować. Władza przeszła w ręce arystokracji i episkopatu. Decydującymi doradcami byli arcybiskup Katto z Moguncji i biskup Salomon z Konstancji”. Blois Schmid 344 „Na temat udziału książąt świeckich w rządach Rzeszy kronikarze milczą”. Schur 345 „W tych nadzwyczaj zepsutych czasach zostały popełnione w Kościele i wciąż są popełniane liczne haniebne czyny […]”. Opat Regino z Prum 346 Po śmierci cesarza Arnulfa, 4 lutego 900 roku w Forchheim do godności królewskiej został oficjalnie wyniesiony jego jedyny syn z prawego łoża: ledwie sześcioletni Ludwik IV (893-911) jest to pierwsza pewna koronacja królewska w historii wschodniofrankijskoniemieckiej. Arnulf już w 897 roku pod przysięgą zobowiązał możnych swej Rzeszy (bez samodzielnych od 895 roku magnatów Lotaryngii) do przyjęcia sukcesji Ludwika, którego rządy mogły być jedynie nominalne. A w następnym miesiącu złożyli mu hołd również arystokraci lotaryńscy, rzecz jasna w nadziei uzyskania możliwie wielkiej samodzielności. Na zdobycie samodzielnej władzy mieli nadzieję również inni, zwłaszcza że rosnąca aktywność coraz bardziej świadomej siebie arystokracji, jej dzikie waśnie i rywalizacja, sprzyjały raczej łowieniu ryb w mętnej wodzie. Przy czym w zmaganiach o przywództwo na rzecz niektórych nielicznych rosnących w siłę rodów zostały wyniszczone inne dotychczas znaczące, zwłaszcza we Frankonii i Lotaryngii 347 Ludwik IV Dziecię, marionetka kleru Jeśli już ojciec Ludwika IV, król i cesarz, współdziałał ściśle z Kościołem (s. 203 i nast.), jeśli obaj umacniali swą władzę w walce z wielką arystokracją, to w imieniu małoletniego wychowanka kleru rządzili teraz nieomalże wyłącznie hierarchowie. W ciągu IX wieku coraz bardziej rośli w potęgę i nie hamowani już przez silne królestwo przejęli łapczywie ster państwa w swe ręce. Wprawdzie mały król, który już wkrótce zyskał w historiografii przydomek „Dziecię” (infans, puer, adolescens), czysto zewnętrznie stanowił centralny punkt, wokół którego skupiało się życie państwowe i w jego imieniu celebrowano rytuał zgromadzeń Rzeszy: w roku 901 w Ratyzbonie, w 903 w Forchheim, w 906 w Tryburze a Ludwik własnoręcznie składał królewski monogram na dokumentach. Lecz nadzwyczaj chorowity młody król nigdy nie objął samodzielnych rządów. I zawsze było w jego pobliżu kilku magnatów, jak choćby Konradyni, krewni ze strony matki, albo bawarski margrabia Liutpold, dalszy krewny ze strony ojca, którzy określali politykę Rzeszy, przede wszystkim przedstawiciele kleru. Były to „czysto biskupie rządy” (Nitzsch). „Na temat udziału świeckich książąt w rządach Rzeszy kronikarze milczą” (Schur). A także wśród „interweniujących”, „rzeczników”, to znaczy wysoko postawionych osobistości, za których radą, poleceniem lub podszeptem królewskie dziecię nadaje prawa, obdarowuje dobrami czy wymienia dobra koronne, stali na czele duchowni.

180 Oczywiście na dworze obracali się również możni świeccy, również hrabia Konrad Starszy z Lahngau (ojciec Konrada Młodszego, późniejszego króla Konrada I) i jego brat Gebhard. Rosław ogóle potencjalna władza magnatów, coraz częściej konkurujące siły partykularne, z których wyszli książęta i księstwa; jednakże na razie dominowała nad nimi regencja duchowieństwa. Biskupi towarzyszyli młodemu królowi który nie był niczym więcej niż ich marionetką na każdym kroku. I inaczej niż świeccy magnaci byli oni obecni przy jego wszelkich posunięciach. Tym samym Ludwik Dziecię pozostał zupełnie niesamodzielny aż do swej wczesnej śmierci, zależny od rządzących wysokich duchownych o niemałych apetytach 348. Znaczący udział w rządach miało nie mniej niż pół tuzina z nich; w pierwszym rzędzie osadzony w Moguncji już przez Arnulfa arcybiskup Hatto i biskup Salomon III. Hatto I z Moguncji (891-913), bardzo aktywny, inteligentny, podstępny, w owym czasie swego rodzaju „papież Niemiec”, jak kiedyś napisał Wolfgang Menzel, był niestrudzenie aktywny politycznie, przy czym nie zapominał również o korzyściach swego Kościoła i swych własnych; wiązały się one zresztą ze sobą niezwykle ściśle, prawie nierozłącznie. Pochodzący ze szwabskiej arystokracji, urodzony około roku 850, początkowo popierał ze swym klanem Karola Grubego, a po jego upadku od początku Arnulfa z Karyntii, co się wkrótce miało opłacić: jeszcze w 888 lub 889 roku Hatto został obdarzony nadzwyczaj bogatymi opactwami Reichenau i Ellwangen, a po dwu latach uzyskał arcybiskupstwo w Moguncji, prowincję kościelną, która jako największa w Rzeszy wschodniofrankijskiej rozciągała się od Saksonii po Szwabię, od Łaby po Alpy. Mogunckim biskupom (kierującym po raz pierwszy od 879 roku, a potem nieprzerwanie od 965 roku urzędem arcykanclerskim) przypadło w ten sposób czołowe miejsce w państwie; byli uważani za „twórców królów”. Wkrótce po objęciu władzy przez Ludwika Hattonowi udało się jeszcze uzyskać bogaty klasztor Lorsch (Lauresham), chociaż Arnulf zagwarantował niezależność tego klasztoru, przez Karola podniesionego do rangi królewskiego, a przez Ludwika Niemieckiego obdarowanego cennymi dobrami Rzeszy; klasztoru posiadającego dobra od Morza Północnego po Jezioro Bodeńskie i od 766 roku otrzymującego rocznie do stu donacji! Na koniec Hatto zawdzięczał przychylności władcy również klasztor Weissenburg. Moguncki arcybiskup z zamiłowaniem obracał się w pobliżu panującego. W 893 roku został jednym z dwu ojców chrzestnych młodego króla, towarzyszył Arnulfowi w wyprawach do Italii w roku 894 i 896 przy okazji koronacji cesarskiej, wziął znaczący udział w 899 roku w podstępnym spotkaniu z Zwentiboldem w St. Goar (s. 217) i w wyborze Ludwika w następnym roku; nie należy również zapominać o jego przewodniczeniu ważnemu synodowi z roku 895 podczas wielkiego zgromadzenia Rzeszy w królewskim palatium w Tryburze koło Moguncji (s. 204). Krótko mówiąc, arcybiskup Hatto, już za panowania Arnulfa zwany „sercem króla”, jawi się nam jako faktyczny regent 349. Wcale nie mniejsze znaczenie dla rządów za panowania Ludwika Dziecięcia zdobył biskup Salomon III z Konstancji (890-919), w ostatnich latach króla właściwy kierownik jego kancelarii, od 909 roku również tytularny. Salomon był bliskim przyjacielem wpływowego Hattona i niepospolicie pozbawiony skrupułów. W Szwabii jako najpotężniejszy pan feudalny tego kraju dwukrotnie zlikwidował brutalnie pretendentów do tronu książęcego (s. 244 i nast.). Obaj biskupi reprezentowali swój stan również na tyle godnie, najgodniej, że opanowali bardzo rozwiniętą sztukę dostrzegania przede wszystkim własnych korzyści i to zupełnie obojętne, czy dotyczyło to darów z łupów wojennych, czy mniej krwawo zdobytych donacji, lub innych lukratywnych interesów, w rodzaju zyskownej wymiany dóbr klasztornych za dobra koronne. „St. Gallen doszło wówczas do wielu pięknych kawałków ziemi koronnej. Również pewnie wyposażyli własne biskupstwa, lecz z Moguncji i Konstancji nie zachowały

181 się żadne starsze dokumenty. Mimo woli nasuwa się wrażenie, że obaj dostojnicy uzgadniali swe interesy ze sobą, Dziecię na tronie zupełnie bowiem nie rozumiało, o co chodzi. Przykro patrzeć, jak chciwie te ręce wyciągają się po wiano skompromitowanej procesem o zdradę małżeńską królowej-matki Uty: i tak mały król za «wstawiennictwem» pięciu biskupów i Liutpolda każe obdarować z wiana swej matki kościół w Seben dworem w Brixen, dokąd następnie zostaje przeniesione biskupstwo, a następnie za «przyzwoleniem» wielu biskupów i kilku hrabiów, jak jest powiedziane, za «wstawiennictwem» Uty obdarować kościół ratyzboński dworem Velden, a kościół w Freising dworem Fóhring. Należy, jak zostało zapisane w innym tego rodzaju dokumencie, umożliwiać królewską służbę poprzez pieczę nad Kościołem” (Muhlbacher) 350. Wpływ na rządy w Rzeszy wschodniofrankijskiej wywierał poza tym urzędujący jako arcykapelan i arcykanclerz arcybiskup Thietmar z Salzburga; dalej arcybiskup Pilgrim I z Salzburga (907-923), który dzięki Ludwikowi IV w roku 908 otrzymał królewski dwór Salzburghofen (w dzisiejszym Freilassing) wraz z całym bogatym wyposażeniem, cłami i znaczeniem dla ważnych solanek w Reichenhall, w następnym roku (razem z biskupem Aribonem) również opactwo Traunsee (Altmunster), by pod rządami Konrada I zostać w 912 roku jego arcykapelanem. Poza tym znaczącą rolę odgrywał arcybiskup Rutbod z Trewiru, arcykanclerz Lotaryngii, biskupi Waldo z Freising, Erchanbald z Eichstatt, Tuto z Ratyzbony, Rudolf z Wurzburga i Thietelah z Wormacji. Do szczególnego znaczenia doszedł wreszcie biskup Adalbero z Augsburga, wychowawca króla i ojciec chrzestny obmył przecież dziecię wspólnie z Hattonem w „świętym źródle chrztu” (Annales Fuldenses) i nadał mu imię jego dziada. Obaj ojcowie chrzestni w ogóle często głęboko angażowali się w politykę, a w zasadzie tkwili w niej po uszy i właśnie dlatego zostali ojcami chrzestnymi. Już poprzednik Adalbera, biskup Witgar, uwikłany był bez reszty w sprawy Rzeszy i był aktywny głównie w kręgach dworskich Ludwika Niemieckiego i Karola Grubego. A sam Adalbero działał jako stały doradca i towarzysz Arnulfa, zanim został wręcz wiodącym ministrem młodego króla, nazywającego go swym najwierniejszym wychowawcą, ukochanym nauczycielem i ojcem duchowym. Tym sposobem lud zaczął go wkrótce czcić jako świętego, przy jego grobie działy się prawdziwe cuda tylko o działalności Adalbera na rzecz swej diecezji jakoś nic nie wiadomo 351. Dwa wydarzenia zaciążyły na Rzeszy wschodniofrankijskiej pod rządami Ludwika Dziecięcia długo trwająca, nadciągająca z zewnątrz katastrofa i stosunkowo krótkie nieszczęście w polityce wewnętrznej najazdy Węgrów i tak zwana wojna Babenbergów. Początek najazdu Węgrów Po śmierci Arnulfa nadciągnęli Węgrzy. „Dzień jego śmierci był dla nich radośniejszy niż wszystkie święta, bardziej pożądany niż wszystkie skarby”, utrzymuje nie bez racji biskup Liutprand. Ich najazd nastąpił nieoczekiwanie. Z niesłychanym impetem, a w następstwie wielką furią spustoszyli rozległe części zachodniej, ale i południowej Europy, szczególnie jednak Rzeszę wschodniofrankijską, dokąd przyzwał ich niegdyś sam Arnulf jako sprzymierzeńców. Wojny węgierskie były głównie, choć w żadnym razie wyłącznie, wojnami obronnymi, na pewno nie tylko ta z roku 907 (s. 235). Od zwycięstwa księcia bawarskiego Bartolda był on młodszym synem poległego pod Preszburgiem (Bratysława) margrabiego Liutpolda 12 sierpnia 943 roku pod Wels, jak dotąd największego sukcesu niemieckiego w wojnach przeciwko Węgrom, inicjatywę przejęli Bawarczycy. Dalsze sukcesy osiągnęli w roku 948. Już w następnym bili się z Madziarami najwyraźniej wręcz na samych Węgrzech. A również

182 w roku 950 brat Ottona I, bawarski książę Henryk, jeden z najbardziej porywczych śmiałków wśród wschodniofrankijskich książąt, poprowadził ofensywne działania na Węgrzech. Zwyciężył ich dwakroć w Transcisanii, zdobył bogate łupy, wielu jeńców i powrócił „w dobrym zdrowiu do ojczyzny” (Widukind) 352. Węgrzy lub Madziarzy, jak się sami zwali, byli ludem konno przemieszczających się nomadów, mieszkających w namiotach lub chatach z trzciny, częściowo ugryjsko-fińskiego, częściowo tureckiego pochodzenia; łacińskie źródła stawiały często na równi tych szybkich i zwinnych jeźdźców i znakomitych łuczników z Hunami i Awarami. Pod naciskiem Pieczyngów, wyjątkowo wojowniczego ludu tureckich nomadów, wyparci razem z Bułgarami w roku 895 ze swych siedzib nad Morzem Czarnym między Wołgą a Dunajem, napadali i pustoszyli co raz z Niziny Nadcisańskiej Panonię, Czechy i państwo morawskie, z którym wraz z nimi u boku toczył walki od 892 roku Arnulf i które do roku 906 zostało przez nich zupełnie zniszczone, dosłownie przestało istnieć. Od 899 roku nawiedzali górną Italię, obrócili w perzynę nawet południową Francję, a na początku X wieku atakowali często całorocznymi zagonami Bawarię, Saksonię, Alamanię, Alzację i Lotaryngię. Ich najazdy trwały dłużej niż pół stulecia i byli większą plagą niż Normanowie, którzy tymczasem koncentrowali się bardziej na wschodniej Anglii. Anno domini 900 Węgrzy pojawili się po raz pierwszy na ziemi wówczas bawarskiej, a dzisiaj austriackiej. Nad Anizą wpadli do Thraungau, „na 50 mil długo i szeroko wszystkich mordując i grabiąc ogniem i mieczem”. Jednakże późną jesienią bawarskie wojska pod hrabią Liutpoldem z Karyntii i biskupem Richarem z Pasawy rozbiły koło Linzu niewielką węgierską straż tylną, chwalebnie walcząc, jak mówi kronikarz, i jeszcze chwalebniej triumfując. Albowiem rzekomo dzięki „łasce boskiej” wśród poległych i utopionych w Dunaju znaleziono wprawdzie 1200 pogan, ale „ani jednego chrześcijanina” (Annales Fuldenses). W roku 901 Węgrzy zostali pobici w drodze powrotnej po wyprawie do Karyntii nad rzeką Fischą, w 902 roku na Morawach wspólnie z Morawianami, których państwo Bawarowie splądrowali jeszcze dwa lata wcześniej, jak już w roku 890 i 899. Również w 903 roku doszło do walk z Madziarami, tym razem z niewiadomym skutkiem. A w roku 904 Bawarowie zaprosili węgierskie poselstwo pod wodzem Chussalem, wyprawili ucztę, a następnie urządzili masakrę, wybijając Węgrów w komplecie, najwyraźniej znów z pomocą bożą. „Niemiecka chrześcijańska praca cywilizacyjna na wschodzie” i „najgorszy pies…” Jednakże wówczas Pan ich chyba opuścił, a Węgrzy wracali prawie co roku; 5 lipca 907 roku całkowicie zniszczyli pod Preszburgiem (Bratysława) hufiec powołany do rozprawy z nimi 17 czerwca tego roku przez bawarskich biskupów, opatów i arystokrację z królem Ludwikiem Dziecięciem. „Ogromna bitwa”, donoszą lakonicznie Annales Alamannici i dodają krótko: „a ich zabobonna pycha została zniweczona”. Na placu boju legło nie tylko wielu hrabiów obok wielu innych szlachetnie urodzonych, lecz także trzej opaci i trzej biskupi, arcybiskup Thietmar z Salzburga oraz biskupi Udo z Freising i Zachariasz z Seben- Brixen „kwiat bawarskiej arystokracji i episkopatu […], a cywilizacyjna praca (!) została przerwana” (Bosl); w kraju, który chętnie uznawano za odwieczny stan posiadania, ale który dopiero Karol Wielki w wielu długotrwałych wojnach odebrał Awarom, wyniszczając przy okazji całą ich arystokrację; cały zresztą naród zniknął wówczas z kart historii (IV, s. 294 i nast.). „Praca cywilizacyjna”!

183 Arcybiskup Thietmar z Salzburga, którego relikwie „znaleziono” (cóż za szczęście!) w 1602 roku, został w Salzburgu zaliczony w poczet świętych względnie błogosławionych; biskupowi Zachariaszowi z Seben i biskupowi Udonowi z Freising przyznano wszakże palmam martyrii w końcu swe życie „ofiarowali za wiarę Chrystusa” (Meichelbeck). W bitwie z Węgrami w Turyngii z 3 sierpnia 908 roku poległ także biskup Rudolf z Würzburga, jawny inicjator krwawego konfliktu Babenbergów z Konradynami (s. 238 i nast.). Źródła ignorują natomiast „prawie zupełnie” wewnątrzkościelną działalność tego arcypasterza. Również jego następca, biskup Thioto, najwyraźniej także kreatura Konradynów, znika zupełnie w „służbie państwowej”; o działalności kościelnej w diecezji wurzburskiej, na czele której stał prawie ćwierćwiecze, „praktycznie nic” nie wiadomo (Störmer) 353. W latach 909, 910 i 913 Bawarczycy zlikwidowali wprawdzie węgierskie zagony, jednakże najeźdźcy spustoszyli kraj od Alp po Morze Północne, nieprzerwanie kontynuowali swe najazdy na teren Niemiec nie mniej niż dwadzieścia między rokiem 900 a 955. Biskup Michał z Ratyzbony stracił w walce z Węgrami ucho, lecz położył swego przeciwnika trupem, za co zdobył sobie poklask. I cóż to pomogło! „Niemiecka chrześcijańska praca cywilizacyjna na wschodzie” „na koniec się załamała” (Heuwieser). Dwa fakty są przy tym charakterystyczne: po pierwsze, że Węgrzy, tak samo jak Normanowie, zasięgali informacji o rozdźwiękach na katolickim zachodzie i umieli je wykorzystać, po drugie, że katoliccy książęta wykazywali mało solidarności tak wobec Węgrów, jak wobec Normanów czy Arabów i często chętniej walczyli o swe dobra dziedziczne, niż chronili swych poddanych od wroga co wszakże udawało się księciu Arnulfowi „Złemu” 354, który dzięki traktatowi na dziesięciolecia prawie całkowicie oddalił niebezpieczeństwo węgierskie od Bawarii. Raczej wszystkich trzech wrogów, Saracenów, Normanów i Węgrów „w niezliczonych przypadkach ściągano sobie na kark we własnym kraju. Bez zastanowienia wchodzono z nimi w sojusze. Skazani na wygnanie szli do nich, by odzyskać utraconą pozycję, by zachęcić ich do interwencji”. Z drugiej strony oczywiście zachodni świat chrześcijański „właśnie w IX i X wieku wydał wielką mnogość wzruszających modlitw przeciwko pladze pogan” (Tellenbach) 355. Zaiste, czyż nie było to cudem, zaprawdę danym od Boga, że pogańska plaga prowadziła do obfitości wzruszających modlitw? że jak to trwoga prowadziła do Boga? A nawet, czy ta plaga była odpowiednio duża? Im większa plaga, tym większy przecież kleszy zarobek, jeśli nawet kościoły i klasztory wcześniej szły z dymem, to przecież zawsze się je odbudowuje, jeszcze wspanialsze i bogatsze (a za wszystko, jak i wciąż dzisiaj, płacą „świeccy”). Pobożni panowie duchowni przedstawiali zatem najazdy węgierskie jako jeszcze straszniejsze, niż naprawdę były; czynili z Węgrów wręcz „narzędzia Szatana”, „Goga i Magoga” i rozgłaszali, że nadszedł dzień Sądu Ostatecznego. Według biskupa Liutpranda owe stwory z piekła rodem nie mają Boga ni sumienia. Rujnują nie tylko grody i kościoły, nie tylko zabijają ludzi, lecz „by szerzyć większy strach, piją krew zabitych”. Biskup Salomon III z Konstancji 356 straszy za pomocą ulubionych od czasów Biblii i Ojców Kościoła (również wobec chrześcijan) porównań ze zwierzętami 357 : „Teraz wdziera się najgorszy pies sam do domu Chrystusa”. A Regino, opat z Prum (do 899 roku) i Trewiru (do 915 roku), produkuje wręcz „oszczercze opowieści” (Weinrich) o barbarzyńcach, przy czym dla nadania im większej autentyczności posługuje się bogatym etnograficznym nazewnictwem starożytności, wylicza całymi ciągami złe cechy (nowych) Hunów, przede wszystkim „krwiożerczą dzikość” (cruentam ferocitatem), „bydlęcą furię” (beluino furori); żyją oni nie „jak ludzie, lecz jak bydło” „jak dzikie zwierzęta”, mówi również Widukind a nawet, że „połykają jako środek leczniczy podzielone na kawałki serca swych jeńców” 358.

184 O „niestałych rabusiach i europejskiej rodzinie narodów” Ta zwłaszcza niemiecka pogarda dla ludzi innych, obcej rasy, Azjatów, ciągnie się przez wszystkie stulecia. I jeśli nawet tak zasłużony historyk, jak Albert Hauck (1845-1918) twierdzi, że owi „nomadzi” w swym braku kultury” dla „osiadłych Germanów” mogli „być tylko odpychający”, że nie było dla nich „nic obrzydliwszego” „niż owi dzicy” i że nie słyszeli niczego okropniejszego, niż ich „obrzydliwe chrząkanie”, jeśli Hauck z całą słusznością wciąż wymyśla Węgrom od „zbójców” i „zbójeckich band”, jeśli ów dawny lud myśliwych i pasterzy, lud wojowników poniekąd mimo woli nazywa „narodem”, „który jako narodowy zawód uprawiał rabunek” to czyż się nie myli bardzo twierdząc: „Nie było żadnego punktu stycznego między tymi niestałymi rabusiami a europejską rodziną narodów”? Nie ulega wątpliwości, że podobnie widzieli również „Wielcy Niemcy” w czasach Hitlera wschodnich, słowiańskich, azjatyckich „podludzi” (i jak to siedzi jeszcze dziś w owych Teutonach, których liczba jest legion!). Jednakże Hauck nie zdradza samego siebie, w ostatnim cytacie przydaje bowiem swym „rabusiom” proste, niepozorne: „niestali”, jakby przynajmniej jego podświadomość przypomniała o innych, mniej niestałych, o wręcz stałych rabusiach, którzy gdzie tylko mogli, przysiadali na swym łupie, którzy nie tylko zagarniali nieco zdobyczy, lecz do tego cały zdobyty kraj! Protestancki teolog pisze: „Ponieważ niemiecka Rzesza X wieku była państwem zdobywczym, to Kościół niemiecki stał się Kościołem misyjnym Europy”. Właśnie. Dlatego Europa mogła nabrać niemieckiego charakteru. Wszakże czy określenie: „zdobywcze” odbiega swym znaczeniem od określenia „zaborcze”?! Sam Hauck przypomina wręcz o tym: „Jeszcze pod koniec IX wieku kraj Słowian jest zwyczajowym określeniem Karyntii”. Ale już w wieku X jest lepiej, jest postęp i rozwój: „niemieccy możni uzyskali zaś wielkie posiadłości ziemskie w tym kraju”; „uzyskali” jak to pięknie brzmi. „Także niemieccy fundatorzy przejęli na własność rozległe obszary” „przejęli na własność”, też brzmi niezgorzej. Również biskupstwa w Freising i Seben otrzymały na południowym wschodzie „wielkie posiadłości ziemskie”. Tak samo diecezja salzburska „poszerza się daleko na wschód” poszerza się, daleko, wydatnie etc; Hauck nie zadaje sobie ani przez chwilę trudu, by urozmaicić nieco swój słownik. Sprawa jest zbyt piękna i podnieca go, jak gdyby nie mógł nadążyć literacko za tą całą zdobyczą, rozległym zawłaszczeniem, tak że oczywiście nie znajduje czasu, by się zastanowić, czy rzeczywiście nie było „żadnego punktu stycznego między tymi niestałymi rabusiami a europejską rodziną narodów”, między owymi niesamowitymi potworami, jak ich nazywa biskup Pilgrim z Pasawy, osławiony fałszerz (s. 289 i nast), a niemieckim ludem, który na „swoim” wschodzie, mówiąc za Hauckiem, zaczyna „stawiać mocno stopę”. A nawet: „Można nawet odnieść wrażenie, że dla Niemiec ekspansja na wschód miała wielkie znaczenie…” 359. Lecz i dla Słowian oznaczało to wiele nawet jeśli było to coś innego, gdy chrześcijanie tam masakrowali i wywłaszczali „podludzi”, jakby wdarł się „najgorszy pies do domu Chrystusa” co przecież nie zawsze przebiegało (i przebiega) pokojowo. I nie zawsze pełne jest miłości bliźniego. I Dobrej Nowiny. Rozpaliła się jednak w tym czasie, podczas kleszych rządów, w Rzeszy brutalna wojna domowa, tak zwana wojna Babenbergów z Konradynami (897-906), której początki przypadają wszakże jeszcze na ostatnie lata panowania Arnulfa. Wojna Babenbergów z Konradynami (897 906) Frankonia, którą pierwotnie zamieszkiwała większość starych rodów, była miejscem największych waśni i najdotkliwszych strat. Pod koniec IX i na początku X wieku o dominację w dorzeczu Menu i optymalną pozycję wyjściową na lata po nominalnych rządach nieletniego króla walczyły już jedynie dwa wiodące frankijskie rody: Popponidzi-

185 Babenbergowie noszący nazwę po hrabi Popponie z Grabfeld i swym grodzie Babenbergu (Bambergu) i Konradyni. Babenbergowie, Adalbert, Adalhard i Henryk II, władający hrabstwami w Fuldzie i Grabfeld nad górnym Menem, które w efekcie stracili, byli synami Henryka, poległego w 886 roku pod Paryżem w walce z Normanami skrytobójcy i dowódcy wojskowego (s. 196) Karola Grubego, i choćby z tego względu, jak ojciec, przeciwnikami Arnulfa, który dążył do pozbawienia ich władzy, gdzie tylko mógł. Posłużył się w tym celu pochodzącymi z terenów nad Mozelą, posiadającymi swe dobra w dorzeczu Renu i Menu, w okręgu Niederlahn, w Hesji i Wetterau Konradynami, braćmi Konradem, Gebhardem, Eberhardem i Rudolfem. Król Arnulf, którego dworu Babenbergowie unikali, był żonaty z Konradynką Utą i wspierał zdobycze jej rodziny na terenie Babenbergów, faworyzował w udzielaniu darowizn, a nawet, po śmierci wurzburskiego biskupa Arna na polu bitwy, powierzył w 892 roku diecezję nad Menem Konradynowi Rudolfowi (892-908). W ten sposób został zaprogramowany krwawy konflikt „gwałtowna waśń niezgody i spór pełen nieprzejednanej nienawiści”, pisze Regino z Prum „w roku wcielenia pańskiego 897”, porównując „wzajemne masakry” z „niesłychaną pożogą”, która z dnia na dzień rozgorzała bez miary. „Niezliczona liczba ginie od miecza po obu stronach, odcinane są ręce i nogi; poddane im krainy są pustoszone do cna grabieżą i ogniem” 360. Konradyni, którzy pod rządami swego powinowatego, króla Arnulfa, sięgnęli po dobra i hrabstwa na wschodzie i którzy wówczas i za panowania jego małoletniego syna osiągnęli godność książęcą, byli faworyzowani nie tylko we Frankonii, ale i Lotaryngii, gdzie Konradyn Gebhard, osadzony jako urzędujący książę, pojawia się w jednym z dokumentów jako „książę Lotaryngii”. Babenbergowie natomiast czuli się coraz bardziej odepchnięci i w roku 897 kazali zamordować koło Wurzburga królewskiego dworzanina Trageboto, przypuszczalnie z powodu odebranej im ziemi, tak że konflikt początkowo rozpoczął się bez bezpośredniego udziału króla od biskupa Wurzburga, do którego dołączyli za rządów Ludwika Dziecięcia jego bracia Eberhard i Gebhard. Doszło do potyczki. Padł Henryk II, ciężko ranny został Konradyn Eberhard i gdy zmarł, jego brat Gebhard kazał w 902/903 roku natychmiast ściąć pojmanego Babenberga Adalharda. Na to wkroczył do akcji rząd kierowany przez duchownych. Ludwik Dziecię stanął po stronie Konradynów i kazał skonfiskować dobra Babenbergów Henryka i Adalharda i to, przynajmniej częściowo, na rzecz biskupa Wurzburga. „Po tym jak Babenbergowie padli w walce, a ich dobra zostały skonfiskowane, Ludwik Dziecię podarował w Tarassa (Theres) 9 lipca 903 biskupowi Rudolfowi z Wurzburga «niektóre dobra naszej własności (iuris nostri), jakie były Adalharta i Henryka, i z powodu wielkiej złości tychże […] zostały uznane za naszą własność»” 361. W roku 906 syn hrabiego Konrada, późniejszy król Konrad I, walczył ze znacznym oddziałem w Lotaryngii. Wedle tradycyjnego obyczaju pustoszył „za pomocą grabieży i ognia” posiadłości swych przeciwników, takoż dobrych katolików, znanych nam już hrabiów Metzu, braci Gerarda i Matfryda (s. 217 i nast.). I tę korzystną sposobność wykorzystał oczywiście Adalbert, ostatni z Babenbergów, i wtargnął ze swymi ludźmi do Wetterau. Doszło do wielu potyczek, w czasie których zginął koło Fritzlaru hrabia Konrad Starszy, a Babenberg odniósł zwycięstwo. To znaczy: najpierw ścigał „ze swymi towarzyszami uciekających i położył ich mieczem niezliczoną liczbę, głównie tych na piechotę […]” w końcu w tym był ćwiczony. A po zakończeniu tego zadania Adalbert zajął się całą okolicą, to znaczy znowuż: przemierzał ją ze swymi kompanami i niszczył doszczętnie „wszystko mordując i grabiąc. Gdy tego dokonał, powrócił ze swymi towarzyszami, obładowanymi łupami wojennymi i niezmierzonym rabunkiem, do warowni w Bambergu” (Regino z Prum).

186 I to by było na tyle, zdawał się myśleć ostatni z Babenbergów. Jednakowoż jeszcze w lecie tego samego roku rząd Rzeszy, na którego czele stał blisko zaprzyjaźniony z Konradynami arcybiskup Moguncji Hatto, zaprosił go na zgromadzenie Rzeszy do Trybury. I gdy tenże się tam nie stawił, Hatto wraz z trzynastoletnim królem zamknęli go przy pomocy wojska Rzeszy w jego zamku Theres (koło Schweinfurtu); Ludwik Dziecię jest trzykrotnie wymieniony w źródłach w związku z wojną Babenbergów z Konradynami. Po długotrwałym oporze wywiedziono ostatniego Popponidę-Babenberga dzięki „słodkim słówkom” Hattona był to podły podstęp z zamku. Został znienacka aresztowany, „przez biskupa wydany królowi Ludwikowi” (Widukind), w więzach przyprowadzony przed całe wojsko i 9 września, jak niegdyś jego brat, ścięty „wyrok został wykonany na życzenie Konrada Młodszego, późniejszego króla Konrada I. Ten utorował sobie swym postępkiem drogę do korony królewskiej […]” (W. Hartmann). Jednakże „w sposób decydujący” w wojnie przeciwko Adalbertowi oraz „jego zdradzieckiemu uwięzieniu i straceniu uczestniczył” również margrabia Liutpold, pierwszy człowiek w Bawarii po królu (Reindel). Jego majętności i posiadłości zostały włączone do dóbr korony, a następnie przez króla „rozdzielone wśród wielu ludzi dobrze urodzonych” (Reginonis chronica). To znaczy wśród przeciwników Babenbergów, przy czym obsłużył się sam również arcybiskup Hatto, największy łotr w tej całej historii; hierarcha, którego podstępności sam książę Henryk z Saksonii, późniejszy król, obawiał się tak dalece, że odmówił obecności na dworze w Moguncji, uzasadniając to groźbą zamachu ze strony tamtejszego arcypasterza. Zamek Theres przekształcono w opactwo benedyktynów, a Adalbertowy Babenberg wraz z całym hrabstwem skasował król Ludwik; dzięki temu powstało biskupstwo w Bambergu. A jeszcze długo w średniowieczu śpiewano o zdradzie arcybiskupa Hattona, szczególnie nie lubianego wśród ludu. Wyjątkiem, co oczywiste, ten facet nie był. Opat Regino z Prum pisze w poświęconej właśnie Hattonowi, ówczesnemu regentowi Rzeszy, książce De synodalibus causis et disciplinis ecclesiastis: „W tym nadzwyczaj zepsutym czasie popełniono w Kościele wiele haniebnych czynów, które w dawnych czasach byłyby nie do pomyślenia” (Praefatio) 362. Gdy Ludwik IV Dziecię zmarł bezpotomnie 24 września 911 roku jako zaledwie osiemnastolatek, wschodniofrankijska linia Ludwika Niemieckiego i Karolingów wygasła. Jeszcze w poprzednim roku od dawna chorowity król doznał ciężkiej porażki na Lechowym Polu w walce z Węgrami, dowodząc osobiście wojskiem Rzeszy, lecz w ogóle obchodził on świat współczesny i potomnych na tyle niewiele, że żadne mu współczesne źródło nie podaje miejsca jego śmierci i pochówku. Krótko po jego śmierci na zjeździe książąt w Forchheim między 7 a 10 listopada możni Franków, Sasów, Alamanów i Bawarów zaoferowali koronę Rzeszy wschodniofrankijskiej najpierw księciu Sasów Ottonowi Dostojnemu. Jednakże Otto, prawie niezależnie panujący w Saksonii i przez cały czas wykonujący najwyższą władzę (summum imperium), odmówił z powodu wieku lub jakichś innych względów (zmarł zresztą istotnie w następnym roku) i arystokraci za radą Ottona jednogłośnie wybrali, tak w każdym razie pisze Widukind z Nowej Korbei (co się zresztą często podaje w wątpliwość), frankijskiego hrabiego Konrada Młodszego, głowę rodu Konradynów, a od chwili wytrzebienia Babenbergów najmożniejszego wśród plemienia Franków. Były to pierwsze „wolne” wybory, oczywiście dotyczące jedynie możnych, w historii niemieckiej i we wschodniej Rzeszy frankijskiej definitywne zerwanie z tradycją, a mianowicie odejście od dynastii Karolingów. Utorował temu drogę sojusz arcybiskupa Hattona z Konradynami, który oznaczał upadek Babenbergów, jak już wcześniej Zwentibolda dynastycznie wprawdzie wydarzenie epokowe, lecz dla narodów faktycznie nic się nie zmieniło.

187 Jednakże Lotaryngia, gdzie nowy władca był znienawidzony, przyłączyła się, przede wszystkim pod wpływem Reginarydów, do Rzeszy zachodniofrankijskiej. Została przy niej do roku 925 i jeszcze w tym samym roku (911) obrała na króla Karola Prostaka, pośmiertnie urodzonego syna Ludwika Jąkały, który od 893 roku do roku 923 rządził jako następca nie- Karolinga Odona. Odłączenie Lotaryngii od wschodniej Francji było więc również umotywowane legitymistycznie wobec Karolingów 363.

188 ROZDZIAŁ 8. Król Konrad I (911-918) „Opierając się na swych doradcach, przede wszystkim arcybiskupach z Moguncji i kanclerzu biskupie Salomonie III z Konstancji, Konrad uprawiał początkowo politykę […] zdecydowanie kontynuującą tradycje karolińskie, jednakże mimo trzech wypraw zbrojnych (912-913) nie zdołał zapobiec przejęciu Lotaryngii przez Rzeszę zachodnią”. Hans-Werner Goetz 364 „Mając doradców w osobach dotychczas najbardziej wpływowych dostojników kościelnych z czasów Ludwika Dziecięcia arcybiskupa Hattona z Moguncji i biskupa Salomona z Konstancji szukał w wyższym duchowieństwie oparcia przeciwko […] czołowym politykom świeckim”. Eduard Hlawitschka 365 Nieudana próba odzyskania Lotaryngii Konrad I (911-918), rezydujący z upodobaniem we Frankfurcie, Weilburgu nad rzeką Lahn i Forchheim, przewodził rodowi Konradynów po śmierci ojca Konrada Starszego z Oberlahngau i stryja Gebharda w wojnie z Babenbergami. Klan ten znacznie wzmocnił swą pozycję we Frankonii nad Menem właśnie dzięki owemu konfliktowi i całkowitemu wytępieniu wrogów. Ze swojej strony Konrad w 906 roku decydująco przyczynił się do klęski Babenberga Adalberta, a w tym samym roku pokonał lotaryńskich braci Gerarda i Matfryda, po czym objął władzę książęcą we wschodniej Frankonii. Nowemu królowi szło początkowo o odzyskanie Lotaryngii. Albowiem po śmierci ostatniego wschodniofrankijskiego Karolinga, Ludwika Dziecięcia, jej panem został w 911 roku zachodniofrankijski król Karol III Prostak (893/898-923), syn Ludwika Jąkały i wnuk Karola Łysego. Karol Prostak (Charles le Simple, simplex, hebetus, stultus; francuskie sot jest dopiero późniejszym przydomkiem) czynił zakusy na Lotaryngię już w 898 roku. Przywołany przez sprzymierzonego z nim możnego hrabiego Reginara, który ściągnął na siebie niełaskę Zwentibolda, Karol wkroczył aż po Akwizgran i Nijmegen. Na to interweniował Zwentibold z paroma magnatami, przede wszystkim biskupem Franko z Leodium, i przy wsparciu swego szwagra, księcia Ottona z Saksonii. W 899 roku zawarto pokój w St. Goar nad Renem (s. 217). Jednak w roku 911 Karolowi powiodła się aneksja. Arystokracja lotarynska spodziewała się po niej uzyskać większą samodzielność, a biskupi oczekiwali nowych dóbr i praw. W istocie pierwszy dokument Karola III Prostaka z 20 grudnia został wystawiony na rzecz kapituły w Kammerich: „po uzyskaniu bogatego dziedzictwa”. Już w styczniu doznał biskup Drogo z Toul według źródeł swej łaski, tak samo klasztor mnichów St. Maximin koło Trewiru. Tamtejszy biskup został arcykapelanem Karola i stał równie mocno po stronie zachodniej Rzeszy frankijskiej, co arcybiskup Hermann I z Kolonii, niegdyś przecież arcykapelan króla Zwentibolda (i mąż Gerbergi, być może z rodu Konradynów), czy hrabia Reginar, posiadający poza swymi hrabstwami co najmniej z sześć opactw 366. Konrad I wyparł wprawdzie zimą 911/912 roku Karola Prostaka z Alzacji, gdzie jedynie na krótko jak we Fryzji został uznany, lecz trzy wyprawy przeciwko Lotaryngii podjęte w 912/913 roku spełzły na niczym. Król nie odniósł sukcesu, abstrahując od dwukrotnego zajęcia, splądrowania i spalenia Strasburga. A po roku 913 zrezygnował ostatecznie z odzyskania Lotaryngii. Natomiast Karol Prostak, po śmierci Ludwika Dziecięcia jedyny król

189 z karolińskiego rodu, zaczął się tytułować zaraz po obiorze Konrada na króla już nie dotychczas używanym tytułem rex, bez dodatkowych przydomków, lecz świadomie sięgając do frankijsko-karolińskiej tradycji jak dawniejsi Karolingowie rex Francorum. Rezydował głównie w Metzu, Diedenhofen, Herstalu i Akwizgranie. Jego wszelkie ambitne, lecz nie przystające do owych czasów oczekiwania spaliły na panewce i ostatecznie zmarł w 929 roku w niewoli 367. Ponieważ Konrad I zawdzięczał swą karierę, zwłaszcza usunięcie Babenbergów, wydatnej pomocy regenta i Kościoła Rzeszy, to znaczy czołowym hierarchom wschodniofrankijskim, musiał również okazać im uległość. Wprawdzie zawdzięczał koronę również książętom bez ich wyboru względnie zgody nie zostałby przecież ukoronowany jednakże niemądrze użył swej królewskiej władzy do podporządkowania książąt plemiennych, z których szeregów sam się wywodził, a którzy początkowo utrzymywali zupełnie dobre stosunki z dworem. Miał za to jednak po swojej stronie wyższe duchowieństwo, przede wszystkim „biskupów-przyjaciół” (Hlawitschka), arcybiskupa Hattona z Moguncji, zmarłego już w 913 roku, i swego kanclerza, biskupa Salomona III z Konstancji. Konrad I, nie pozbawiony wprawdzie zdolności wojskowych, lecz już zupełnie instynktu politycznego, wystąpił wkrótce przeciwko książętom (duces), zwłaszcza przeciwko ich rosnącej władzy w Bawarii i Szwabii. A do walki przeciwko potęgom regionalnym doszła jeszcze obrona przeciwko ciągłym inwazjom Węgrów, którzy najeżdżali Rzeszę co roku, przy czym ich ulubionym celem stały się Bawaria i Szwabia, lecz również Frankonia, Turyngia, Saksonia, Alzacja, a nawet Lotaryngia. A wobec Węgrów Konrad I zawiódł całkowicie, podczas gdy możni tam i ówdzie jak choćby Arnulf „Zły” z Bawarii i jego szwabscy wujowie, bracia Erchanger i Bertold oraz hrabia Udalryk zyskali rozgłos w zwycięskiej bitwie w 913 roku nad Innem, po tym jak Arnulf „Zły” pobił ich już wcześniej w 909 roku nad rzeką Rott i w 910 pod Neuching. Konflikt z zyskującymi coraz większe znaczenie i uznanie partykularnymi, „średnimi” władcami stał się tylko jeszcze poważniejszy. Wsparcia szukał król w Kościele i tam je zyskał. Świecki opat Kaiserswerth, hrabia Wormsfeld, Hessengau i Keldachgau, który uzyskał również namaszczenie przez biskupa to królewskie namaszczenie jest po raz pierwszy źródłowo poświadczone we wschodniej Rzeszy znalazł oparcie na południu zwłaszcza w biskupie Salomonie III z Konstancji, a na północy w arcybiskupie Hattonie z Moguncji, rządzącym przez ćwierćwiecze Rzeszą. Owi czołowi mężowie stanu pod rządami Ludwika Dziecięcia należeli również do ulubionych doradców Konrada 368. Jak „Arnulf z bożej łaski”, „sprawiedliwy”, stał się Arnulfem „złym” Mniej natomiast harmonizował z kościelnymi kręgami „Arnulf z Bożej łaski książę Bawarii i takoż obszarów przygranicznych”. Sprawował na swym terytorium zwierzchność kościelną, obsadzał diecezje i opactwa Rzeszy, domagał się udziału w ich dochodach i obchodził się z ich posiadłościami nieco samowładnie, jak ongiś Karol Młot. Skasował mniej więcej między rokiem 907 a 914 ich dobra, przez co kler nadał mu obok dotychczasowego przydomku „Sprawiedliwy” nowy „Zły”. Od tej pory przylgnął on do niego, jako „niszczyciela kościołów”, „wroga Kościoła”, nawet jeśli Arnulf poprzez obszerną konfiskatę nieruchomości kościelnych nie tylko wzmocnił swą siłę zbrojną, lecz na dziesięciolecia wykupił pokój od strony Węgrów, zarazem zaspokajając chciwość swoich wasali 369. Arnulf Bawarski bardzo wcześnie przyjął tytuł książęcy, podkreślający jego samodzielność polityczną oraz wyraźny dystans wobec króla. By związać bardziej ze sobą opornych Konrad poślubił w roku 913 pochodzącą ze Szwabii matkę Arnulfa, Kunegundę, wdowę po Liutpoldzie z Bawarii i siostrę hrabiów braci Erchangera i Bertolda. Jednakże gdy

190 Erchanger uwięził w 914 roku kanclerza Konrada, biskupa Salomona, a Arnulf opowiedział się po stronie swych szwabskich wujów, król wygnał go z pomocą bawarskich biskupów i opatów: arcybiskupa Pilgrima z Salzburga, od 912 roku arcykapelana Konrada, biskupów Tutona z Ratyzbony, Dracholfa z Freising, Udalfryda z Eichstatt i Meginberta z Seben. Krótko mówiąc, Kościół bawarski stanął w tej wojnie „całkowicie po stronie króla” (Handbuch der Europaischen Geschichte). Książę Arnulf szukał i znalazł wkrótce schronienie u wrogów państwa, u Węgrów. Gdy wrócił w 916 roku, król wygnał go ponownie za radą towarzyszącego mu biskupa Adalwarda z Verden, „misjonarza Słowian”. Konrad „zawsze łagodny i mądry mąż i miłośnik nauki bożej” (arcybiskup Adalbert) wtargnął na czele licznych oddziałów do Bawarii, pustosząc wszystko jak we wrogim kraju. Pobił Arnulfa, zdobył jego stolicę Ratyzbonę, puszczając ją częściowo z dymem, jej biskup należał zresztą do najbardziej zdecydowanych wrogów Arnulfa. (Tuto także został świętym lub przynajmniej błogosławionym swego Kościoła). Konrad osadził w Bawarii jako namiestnika swego brata Eberharda, walczącego u jego boku. A podczas gdy świeccy możni znikali coraz bardziej z otoczenia króla, bawarski episkopat stał oczywiście po stronie zwycięzcy. Wprawdzie Arnulfowi udało się zdobyć na powrót w 917 roku swe księstwo i wypędzić Konradowego brata Eberharda, a nawet odzyskał również swoje biskupstwa, zwłaszcza że rzadko je wyzyskiwał finansowo, a biskupi otrzymywali swą część łupu, zaczął więc rygorystycznie sekularyzować klasztory „wespół z prałatami” (Prinz). Jednakże przy jego śmierci 14 lipca 937 roku niebo się zemściło i to, jak zazwyczaj, przy pomocy piekła, jako że ciało Arnulfa podczas uczty w Ratyzbonie zostało zabrane przez diabła i wtrącone do mokrego grobu, do jeziora koło Scheyern. Donosi o tym w każdym razie kronikarz klasztoru Tegernsee, posiadającego pod koniec VIII wieku 15 kościołów parafialnych, którego posiadłości, rozpościerające się już wówczas po Tyrol i Dolną Austrię, zostały zajęte przez Arnulfa, prawdopodobnie również na korzyść biskupstwa w Pasawie 370. Tak jak Arnulf „Zły” cieszył się złą sławą u mnichów, to króla Konrada I mocno ku nim ciągnęło. Często odwiedzał klasztory, St. Gallen i Lorsch, Nową Korbeę i St. Emmeram, Fuldę i Hersfeld, a najczęściej pomnażał również donacjami ich bogactwo. Biskup-morderca Salomon triumfuje Z klasztoru pochodził również Salomon III z Konstancji arcypasterz, na którym opierał się na południu swego państwa król Konrad jeden z niezliczonych hierarchów zawdzięczających swój urząd i „powołanie” rodzinie. Nepotyzm, rodzaj gry feudalnej polityki rodowej, jest szczególnie „znany i osławiony” wśród papieży wszystkich stuleci, przy czym „kulminacyjny punkt” (Schwaiger) osiąga w XV, XVI i XVII wieku. Oczywiście to zjawisko występuje również wśród innych książąt Kościoła, kapituł i wielkich klasztorów. „Wciąż czytamy, jak biskupi, opaci i opatki zapewniają sukcesję na swych urzędach. A nawet całe diecezje znajdowały się poprzez pokolenia w posiadaniu tych samych arystokratycznych rodów” (Angenendt). W Konstancji rządzili zatem między rokiem 838 i 919 trzej biskupi z tego samego arystokratycznego alamańskiego rodu: Salomon I umiera w 871 roku; jego następcą zostaje cztery lata później jego bratanek Salomon II (875-889); po nim następuje następny bratanek Salomon III (890919). Jedna z katolickich dysertacji mieni ich trzech „najważniejszymi biskupami IX wieku”. Świat zawdzięcza ich nepotyzmowi, kwitnącemu w chrześcijaństwie od samego początku, od dni biblijnego Jezusa; istnieje tu zaiste apostolska tradycja aż do XX wieku (por. III, s. 303 i nast.) 371. Salomon III, urodzony około roku 860, wzrastał w szkole klasztornej St. Gallen i, przynajmniej w swoim czasie, bardzo lubił płeć piękną. Nadużył więc gościnności jednego z

191 możnych, przyprawiając jego dziewiczą córkę o dziecko i czyniąc ją następnie opatką w Zurychu, która później na wiele sposobów „dużo czyniła dla jego i swojej duszy” (Casus s. Galii). Salomon został w 884 roku notariuszem, a w 885 kanclerzem Karola Grubego. Po jego obaleniu przeszedł na stronę zwycięzcy, został już w 888 roku kapelanem Arnulfa, a dwa lata później opatem St. Gallen i biskupem Konstancji. Od roku 909 był kanclerzem u Ludwika Dziecięcia, a od 911 u Konrada I, mocno go faworyzującego i obdarzającego paroma donacjami „na napomnienie naszego najwierniejszego biskupa Salomona” i to nie tylko na koszt alamańskich braci Erchangera i Bertolda. Gdy margrabia Burchard z Recji, princeps Alamannorum, jako pierwszy w Szwabii otwarcie dążył do godności książęcej, natychmiast miał zdecydowanie przeciwko sobie „bliskiego królowi” Salomona „mającego dużą przewagę dzięki barwnej zgrai wojaków” (Casus s. Galii). Burchard I został jesienią 911 roku skrytobójczo zamordowany za poduszczeniem biskupa i w ten sposób spaliła na panewce pierwsza próba stworzenia księstwa szwabskiego. Lecz nie zadowalający się tym biskup zechciał (wespół z innymi wyższymi duchownymi, zwłaszcza opatami St.Gallen i Teichenau) zniszczyć całą rodzinę. Wdowa po Burchardzie została pozbawiona wszelkich dóbr. Jego synowie, Burchard II, późniejszy książę Szwabii, i Udalryk zostali skazani na wygnanie, a ich posiadłości również rozdane przeciwnikom. Adalbert, hrabia Thurgau i brat Burcharda I, ulubieniec ludu, stracił życie również za sprawką biskupa, przypuszczalnie w porozumieniu z innymi wschodniofrankijskimi arcypasterzami. Nawet teściowej młodszego Burcharda, Gizeli, odebrano i rozdzielono wszelkie posiadłości w czasie jej pielgrzymki do Rzymu. Wkrótce potem biskup Salomon III zaczął zwalczać z taką samą zajadłością szwabskiego hrabiego-palatyna Erchangera i jego brata Bertolda, kolejnych pretendentów do godności książęcej; spokrewnieni byli z górnoreńskim rodem hrabiowskim Erchangerów, z którego pochodziła Ryszarda, żona cesarza Karola III. Król Konrad usiłował początkowo być arbitrem i powstrzymać konflikt, a po świetnym zwycięstwie Erchangera nad najeżdżającymi w 913 roku Szwabię Węgrami poślubił jego siostrę Kunegundę, wdowę po padłym w 907 roku pod Preszburgiem (Bratysława) bawarskim margrabim Liutpoldzie. W końcu Erchanger i jego sprzymierzeńcy stali się po tej nowej bitwie z Węgrami panami Szwabii, to jednak spowodowało, że biskup Salomon coraz mocniej dążył do wojny z nimi. Z roku na rok kraj był w coraz gorszym stanie. Początkowo obaj bracia, a po ich stronie stał jeszcze Burchard II, syn zamordowanego w 911 roku margrabiego, którego rodzinę dotknęła wieczysta banicja, odnosili sukcesy. Erchanger uwięził w 914 roku biskupa Salomona, lecz w zamian za to został pochwycony przez króla i wygnany z kraju. Po powrocie jednak pobił wraz z bratem Bertoldem i młodszym Burchardem w 915 roku koło Wahlwies, niedaleko Stockach, zwolenników króla. Tenże zaś szukał pomocy po stronie Kościoła Erchanger tymczasem obwołał się bowiem księciem i znalazł również poparcie papieża Jana X. Biskup Salomon zatriumfował ostatecznie podczas zwołanego 20 września 916 roku przez Konrada synodu episkopatu frankońskiego, szwabskiego i bawarskiego, odbytego w Hohenaltheim (koło Nördlingen nad rzeką Ries). Było to pierwsze ogólne zgromadzenie kościelne w okresie pokarolinskim, przy czym szczególnie wyróżnili się swą nieobecnością hierarchowie sascy za co surowo ich zbesztano. Uczestnicy synodu stanęli zdecydowanie po stronie króla, „namaszczonego pana”, uczestniczącego oczywiście w synodzie. Nakazali najsurowiej wierność wobec niego, a jego oponentom z imienia nazwanym Arnulfem i Erchangerem zagrozili karami kościelnymi. Przewodniczył legat Jana X, biskup Piotr z Orte, jeden z najbardziej zaufanych papieża, osobiście przez niego wysłany, jak napisano, „by wykorzenił wzrosłe w naszych

192 krajach diabelskie zielsko”. Synod obradował również, tak zapisano w aktach, by „zakończyć i złamać bezbożny bunt paru nikczemników”. Według listu towarzyszącego od papieża (który swego czasu powołał na arcybiskupstwo w Reims pięcioletnie dziecko) należało radzić nad złym stanem spraw Kościoła! Zajęto się, obok wzajemnych napomnień, znowu głównie własną władzą, mocno podpierając się fałszerstwami pseudoizydoriańskimi, domagano się dziesięcin, ochrony dóbr kościelnych i przywileju, by duchowni nie mogli być sądzeni przez świeckich sędziów: kto oskarżał biskupa lub księdza, oskarżał boski porządek świata („nieomalże wszystkie postanowienia dotyczące ochrony biskupów wobec władzy świeckiej są dosłownymi cytatami ze zbioru dekretów fałszerza”: Hellmann). Podczas gdy hierarchowie do woli mogli uwalniać się z oskarżenia za pomocą przysięgi oczyszczającej za osławionym przykładem papieża Leona III anno 800 (IV, s. 271 i nast.), który postąpił tak przecież „za przykładem swego poprzednika” próbowano zaostrzyć jeszcze kary nakładane przez Kościół na mocy właśnie oszukańczych dekretaliów pseudoizydoriańskich, których duchem tchną „w pełni” decyzje synodu (Hellmann). A zatem obaj bracia hrabiowie Erchanger i Bertold oraz ich siostrzeniec, którzy ufając najwyraźniej w zakończenie sporu rodzinnego stawili się na synodzie, zostali skazani na dożywotni areszt klasztorny (podczas gdy bawarski książę Arnulf i jego brat Bertold, zięciowie Konrada, mimo wezwań przezornie nie stawili się na synodzie). Jeszcze surowszy był jednak król, na równi z którym stawiali się zresztą uczestnicy synodu. Ledwie trzy miesiące po ich przybyciu, 21 stycznia 917 roku przypomina to fatalny koniec Babenberga Adalberta Konrad I nakazał pod zarzutem „zdrady głównej” ściąć hrabiego-palatyna Erchangera i jego brata Bertolda, ich szwagrów, oraz ich siostrzeńca Liutfryda; jednakże „stoi za nim Salomon, winny zapewne i tego czynu” (Ludtke) 372. Nie przyniosło to królowi żadnych korzyści. Jeszcze w 917 roku zbuntował się w Szwabii syn zamordowanego przez Salomona retyckiego margrabiego (s. 389), Burchard II z rodu Hunfridingów, rywal straconych, i zajął ich miejsce. Okupował ich posiadłości i rychło zdobył uznanie szwabskich możnych jako książę (dux). W tym samym roku wrócił do Bawarii Arnulf, podniósł bunt przeciwko królowi i przegnał jego brata Eberharda ze swej „stolicy”. Na koniec również w 917 roku najechali kraj Węgrzy i spustoszyli szczególnie dotkliwie Szwabię i Alzację z Lotaryngią, nie napotykając oporu zorganizowanego przez króla. Tenże wyruszył jesienią 918 roku ponownie na Ratyzbonę i znowu bez powodzenia 373. O ostatnim okresie rządów Konrada wiemy niewiele. Nie pozostawiając potomstwa zmarł 23 grudnia 918 roku w nieznanym miejscu i znalazł ostatni spoczynek w Fuldzie. Nie potrafił powstrzymać ani ambitnych książąt, ani umocnić własnej władzy, a nawet umarł z powodu rany, jaką otrzymał podczas nieudanej wyprawy na Bawarię. Jako następcę zaproponował jednak, jak pisano, swego dawniejszego wroga, księcia saskiego Henryka. By przywrócić pokój, przeciwdziałać rozpadowi, zachować jedność Rzeszy, zaprzysiągł na łożu śmierci swego wygnanego z Bawarii brata Eberharda wobec Henryka, męża o prawdziwie królewskiej władzy, prawdziwej królewskiej charyzmie, by odesłał mu insygnia królewskie i zawarł z nim przyjaźń na wieść od mnichów z Nowej Korbei. Czy ten szlachetny gest, wprawiający w ruch dawne i nowe pióra i poruszający niezliczonych czytelników, miał faktycznie miejsce i czy ta zadziwiająca desygnacja Sasa przez Franka wydarzyła się rzeczywiście, pozostaje kwestią otwartą, nawet jeśli relacja Widukinda zawiera niewątpliwie lokalne elementy i wiele podejrzanie wyglądających upiększeń. Pochodzący z arystokracji zakonnik-kronikarz był dumny ze swego plemienia, przeniknięty poczuciem saskiej świadomości plemiennej i bardzo mu zależało na podkreśleniu legalności dynastii Liudolfingów, puszczającej tu może wtórnie w świat legendę polityczną, już to by dać błogosławieństwo całej sprawie, już to by zatuszować uzurpację 374.

193 W końcu również Merowingowie siłą zdobyli koronę. A także Karolingowie. I wielu innych wcześniej i później. Historia polityczna bowiem nie jest znaczona niczym innym jak zaborczością i przemocą. Przemoc to podstawa państwa, przez wszystkich dobrych czy złych akceptowana instancja integracji. Każde państwo opiera się bowiem na władzy, każda władza na przemocy, a przemoc powiada Albert Einstein zawsze przyciąga moralnie ludzi gorszej konduity. Jeszcze dzisiaj władza jest miarą tego, zwłaszcza w zakresie międzynarodowym, kto ma słuszność. „Po udanym puczu lub rewolucji wcześniej czy później następuje uznanie nowego rządu przez inne nacje. Kto wygrywa wojnę, ustala przebieg nowych granic i kształt nowej konstytucji jest tym, kto ustala nowe reguły” (Esther Goody) 375. Nawet jeśli wybór Henryka I odbył się całkowicie „legalnie”, to jego motywacje, zaborczość, akumulacja władzy i przemocy, właściwe jemu, jego ojcom i praojcom, mogły zaistnieć jedynie dzięki ciągłej rywalizacji, krzywdzie, uciskowi i przelewaniu krwi. I w ten sam sposób miało się to toczyć dalej.

194 ROZDZIAŁ 9. Henryk I, pierwszy król niemiecki „Nie potrafił czytać i pisać, czym nie stanowił wyjątku wśród wczesnośredniowiecznych królów. Również dla wykształcenia swych synów nie uczynił wiele”. Elfie-Marita Eibl 376 „Najpierw zimą roku 928/929 […] Henryk wtargnął na ziemie Słowian połabskich i zdobył Brandenburg. Stamtąd zwrócił się na południe, gdzie spustoszył tereny Dalemińców […]. Następne wyprawy w latach 932 i 934 poszerzyły obszar władzy niemieckiej”. Dietrich Claude 377 „Zadziwiające są sukcesy Henryka […]. Sukcesy zawdzięcza ostrości swego miecza”. „Tuż za zwycięskimi wojskami podążali, jeszcze przed kapłanami, handlarze niewolników”. Johannes Fried 378 „Król Henryk, wielki krzewiciel pokoju i gorliwy prześladowca pogan, zmarł 2 lipca, odnosząc odważnie i mężnie wiele zwycięstw, i wszędzie poszerzając granice swego państwa”. Adalberti continuatio Reginonis 379 Tak należy dbać o swoich Po śmierci swego ojca, księcia Sasów Ottona Światłego (912 r.), Henryk został wybrany przez możnych na księcia. A z chwilą jego obioru na króla panowanie w państwie wschodniofrankijskim przeszło z Franków na Sasów. Zarazem oznacza jego początek w każdym razie z perspektywy kwestii roztrząsanej już w XII wieku ostateczne przejście od Rzeszy wschodniofrankijskiej do „niemieckiej”, nawet jeśli z jednej strony nadal żywe są jej korzenie, a z drugiej Rzeszy Ottonów nikt w X wieku nie traktował jako „niemieckiej”. Możny, zwłaszcza we wschodniej Saksonii, między rzeką Leine a górami Harzu, bogato uposażony ród arystokratyczny Liudolfingów-Ottonów, z którego pochodził Henryk I, wielokrotnie spowinowacony z Karolingami, ów możny ród (wywodzący miano od swego najstarszego, a zarazem najsłynniejszego reprezentanta) ukazuje po raz kolejny, jak bardzo żądza władzy łączy się z „pobożnością” i jak obie mogą sobie przynieść korzyści. Protoplasta rodu, pierwszy i znany przodek, posiadający dobra na przedgórzu Harzu i w turyńskim Eichsfeld hrabia saski Liudolf (zm. 866 r.), dziadek Henryka I, znacznie zyskał dzięki nadziałom ziemi podczas pacyfikacji Sasów przez Karola I. Ożenił się z Frankijką Odą, pojednaną z Bogiem w wieku 107 lat (zm. 913 r.), pielgrzymował z nią w roku 845/846 do Rzymu i nabył od Ojca Świętego Sergiusza II rozdającego godności biskupie i inne dobra kościelne w zamian za najlepsze oferty relikwie różnych świętych poprzedników na papieskim tronie. Na koniec powołał w 852 roku ze swą małżonką klasztor kanoniczek w Brunshausen, jedno z pierwszych założeń klasztornych dla saskich możnych. Jak wiele innych służył on zaopatrzeniu paru córek to familijne przedsięwzięcie świadczyło zarazem o chrześcijańskiej postawie. Synowie, starszy Bruno, stryj Henryka I, poległy w roku 880 w polu na czele saskich oddziałów walczących z Duńczykami, i Otto Światły, ojciec Henryka I, uzyskali po wydaniu córki Liudolfa Liutgardy za Ludwika Młodszego (s. 182 i nast.) rozliczne przywileje, wśród nich również gwarancję godności opatki dla córek domu liudolfińskiego. Później jedna po drugiej dzierżyły tam rządy. A do wprowadzenia reformacji, do roku 1589, przetrwał stan

195 księżniczek Rzeszy jako opatek w Gandersheim. A nawet jeszcze po wczesny XIX wiek Gandersheim pozostało klasztorem żeńskim dla wyższej arystokracji. Tak oto dba się o swoich ludzi… A że tak pobożne dzieło nie było wyjątkiem, ukazuje nawiasem mówiąc zakon żeński w Essen (852-1803), który również przetrwał prawie 1000 lat do swej sekularyzacji. Założony około roku 852 przez hildesheimskiego biskupa Altfryda, gromadził nowicjuszki z najprzedniejszych rodów Rzeszy. Za czasów Henryka IV (zm. 1106 r.) posiadał ponad sto dworów i więcej niż trzy tysiące chłopskich łanów! W jego dobrach pracowali zależni chłopi, (półwolni) poddani; powszechne były liczne szarwarki, pańszczyzny, posługi żniwne i ogrodowe. Opatki zakonu, zdobywające kolejne dobra i przywileje zostały ostatecznie podniesione do stanu książąt Rzeszy. Po rozwiązaniu vita communis w X wieku opatka zakonu żeńskiego w Essen prowadziła własne gospodarstwo z czterema zarządcami, liczną służbą, również własnym kucharzem, kuchcikiem, piekarzem i piwowarem. Co wieczór mistrz kuchni zapytywał opatkę, co życzy sobie spożywać następnego dnia i wydawał odpowiednie polecenia szefowi kuchni i intendentowi. Stolnik (zarządzający kuchnią) i podczaszy usługiwali jej do stołu. Profitenci saskich jatek Młodszy syn Liudolfa, Otto Światły, panował jako książę już nad całą Saksonią, posiadał jednak rozległe włości również w Turyngii, w Eichsfeld, krainie między Harzem a Lasem Turyńskim, na południu Thuringgau oraz w Hesji, gdzie jako świecki opat klasztoru Hersfeld dysponował bogatymi dziesięcinami również na lewym brzegu Soławy. Ponieważ dwaj synowie Ottona, Tankmar i Liudolf, zmarli wcześniej, jego następcą został najmłodszy Henryk. Chociaż nie nastały w ten sposób rządy saskie w Rzeszy wschodniofrankijskiej, był to jednak krok w kierunku Rzeszy niemieckiej. Niewiele ponad jedno stulecie po nadzwyczaj krwawym, trwającym 33 lata podboju Sasów przez św. Karola I (IV, s. 274 i nast.), ich nawracania „żelaznym językiem” przez ich oprawcę, owego „apostoła Sasów”, został Sas właściwie pierwszym niemieckim królem. Należy przy tym stale pamiętać, że to właśnie arystokracja saska wchodziła w związki krwi z frankijską, że jej większość przeszła na stronę nowych panów i kolaborację wynagradzano często skonfiskowanymi dobrami. I tak również Liudolfingowie podczas rzezi Sasów urządzonej przez Karola „występowali jako jego stronnicy” (Struve) i w podzięce za ich zdradę, która też przyśpieszyła przejście Saksonii w feudalną pańszczyznę, jeszcze podczas wojen saskich zostali obdarzeni dobrami na zasekwestrowanych gruntach w dorzeczu rzeki Leine. Tam i ówdzie poszerzali swe włości, m.in. zagarniając siłą dobra mogunckie, co znowuż doprowadziło do konfliktu z Konradynami, zwłaszcza że Otto Światły poślubił Hadwig (Jadwigę) z rodu Babenbergów 380. Z czasów Henryka I zachowało się tak niewiele źródeł (łącznie 41 dokumentów, z tego 22 oryginały), że można powiedzieć, iż o żadnym innym królu średniowiecza „nie wiemy tak niewiele” (Eibl). A piszący o nim dziejopisarze, mnich Widukind (zm. po 973 r.), biskupi Liutprand z Cremony (zm. ok. 971 r.), Adalbert z Magdeburga (zm. 981 r.), Thietmar z Merseburga (zm. 1018 r.), należą nie tylko, jak zwykle, do stanu duchownego, lecz są również po części związani z plemieniem saskim, a prawie wszyscy szczególnie z saskim domem książęcym. I wszyscy piszą z perspektywy lat późniejszych. Król nie namaszczony Henryk I, urodzony około roku 876, został wybrany na króla przez Sasów i Franków w połowie maja 919 roku, w wieku prawie 45 lat, we Fritzlarze (płn. Hesja), skąd ongiś

196 wyruszał na misje Bonifacy. Na ziemi frankijskiej, lecz blisko kraju Sasów, przekazali nowemu panu „wśród łez przed Chrystusem i całym Kościołem jako niezłomnymi świadkami, co im zostało powierzone” (Thietmar z Merseburga). Frankijscy możni mieli, jak się ostatnio przypuszcza, już wcześniej wybrać go na króla i złożyć mu hołd. Nie było przy tym Szwabów i Bawarów; co dopiero mówić o Lotaryngach. Szwabi walczyli akurat z Rudolfem II z Burgundii zajurajskiej (912-937), wyraźnie ekspandującym w kierunku północno-wschodnim. Bawarowie swego czasu pobili króla Konrada, a nawet doprowadzili do jego śmierci (s. 246) i wespół z Frankami znad Menu wybrali na króla swego księcia Arnulfa „Złego” kiedy: czy przed, czy po wybraniu Konrada pozostaje kwestią otwartą, tak samo jak problem, kto był czyim „antykrólem”. W każdym razie do wyniesienia na tron Henryka po śmierci Konrada minęło prawie pół roku, co świadczy o jakichś komplikacjach. W końcu nowemu władcy jako nie-karolingowi, a nawet nie-frankowi, podwójnie brakło legitymacji do panowania. Tym dziwniejsze, że jak relacjonuje sam Widukind został „królem nie namaszczonym i to z własnej, osobistej woli”. Czy był on może, mimo nowszych prób bagatelizowania tej kwestii, początkowo mniej posłuszny klerowi niż jego poprzednik, używający Kościoła do walki z książętami i pretendentami do tronu, co znowuż biskupom przysporzyło więcej wpływów? Jakkolwiek było, Henryk, wyraźnie niegodny owego zaszczytu, nie pozwolił się namaścić, co proponował mu metropolita moguncki Heriger (913-927), oczywiście z powodów prestiżowych, chłodnej kalkulacji władzy. W końcu kościelna benedykcja 381 króla stała się zwyczajem od czasów szczególnie oddanego klerowi Ludwika IV również w Rzeszy wschodniofrankijskiej. Henryk nie chciał jednak występować jako przeciwnik książąt, jako kontynuator chybionej polityki Konrada, krótko mówiąc, jako człowiek episkopatu. Oparł się więc w najmniejszym stopniu nie przyjmując stanowiska antyklerykalnego, czy choćby antyepiskopalnego początkowo na jedynym, również przez jego poprzednika przejętym notariuszu (Szymonie), a nie na tradycyjnej kancelarii, złożonej z duchownych, z której powołaniem zwlekał. A podczas gdy Konrad współpracował z klerem, Henryk dążył, bardziej jako primus inter pares, ogólnie do współpracy ze świeckimi maiores Rzeszy, oczywiście z korzyścią dla jej jedności i siły. Ta integracja powiodła mu się najpierw w 919 roku w przypadku szwabskiego księcia Burcharda, rządzącego księstwem najsłabszym i najmłodszej daty, i uwikłanego ponadto właśnie w poważny konflikt z sąsiednim królem Burgundii Rudolfem II (który zaczął go nękać ze zdobytego przez siebie palatium Zurych w rejonie Jeziora Bodeńskiego; z wielkimi dobrami królewskimi, palatium Bodmann, opactwem Reichenau, siedzibą biskupstwa Konstancją, ówczesnym sercem Szwabii). A przeciwko księciu Bawarii Arnulfowi, zamierzającemu stworzyć raczej królestwo czysto bawarskie, zaaranżował w 921 roku po pierwszej nieudanej, drugą również nie rozstrzygniętą wyprawę zbrojną. Henryk podszedł aż po Ratyzbonę, unikał jednak rozstrzygającej bitwy. Inaczej bowiem niż jego poprzednik Konrad I, z zasady „geniusz zdecydowanego zwlekania”, nie dążył z reguły do otwartej wymiany ciosów. „Grozi zbrojnie, lecz niechętnie uderza” (Fried). Dotyczyło to oczywiście raczej jego polityki wewnętrznej, a na pewno nie działań na wschodzie. Wobec książąt swego państwa zatem woli pertraktacje, kompromisy. Pozostawia więc obu książętom południowoniemieckim leżące na ich obszarach dobra koronne, zezwala im na inwestyturę, dysponowanie diecezjami i klasztorami Rzeszy, udziela nawet kilku pełnomocnictw w polityce zagranicznej; naturalnie wszystko to jedynie z powodu brakującej mu siły, by podporządkować ich całkowicie; lecz zostaje za to uznany za władcę. A gdy uczuł się mocniejszy, a jego pozycja stała się stabilniejsza, podjął na nowo kwestię zwierzchnictwa kościelnego i związał się mocniej z klerem (s. 253 i nast.) 382.

197 Dochodowe narzeczone i uległy biskup Rządy pierwszego niemieckiego króla charakteryzuje jeszcze jeden zasadniczy punkt polityki. „Władza królewska jednak rosła z roku na rok w siłę”, sławi go Widukind z Nowej Korbei. Władza a im bardziej władczy jest władca, tym niżej kłaniają się w każdym razie z reguły, o co zresztą idzie w tym przypadku przed nim historiografowie. Henryk I zadbał najpierw o umocnienie własnej pozycji dzięki bogatej żonie. Mając 25 lat ubiegał się o rękę Hateburgi, córki pozbawionego synów hrabiego Erwina z Merseburga. Na jej politycznie ważące dziedzictwo bramę wypadową na wschód, z rozległymi posiadłościami w tym rejonie, ostrzył sobie pazury również Kościół (w osobie Hattona I), pod którego wpływem owdowiała Hateburga włożyła welon zakonny. I tak jak z egoistycznych pobudek duchowieństwo zamknęło ją w klasztorze, tak równie egoistycznie Henryk ją wydobył, „dla jej piękna i użyteczności jej bogatego dziedzictwa”, poślubił i spłodził z nią syna Tankmara. Wszakże, zdradza z kolei Thietmar z Merseburga, „namiętność króla do swej małżonki osłabła”. Wtedy tak się dobrze zdarzyło, że „odważny”, „mądry”, „cnotliwy” biskup Zygmunt z Halberstadt (894-924), ów „szczyt doskonałości”, podważył prawomocność małżeństwa. Podniósł bowiem ten „mąż gorejący żarliwą miłością do Chrystusa”, ponadto „dzięki wszechstronnej znajomości wiedzy duchownej i świeckiej wówczas wszystkich współczesnych przewyższający”, wcześniejsze śluby Hateburgi, wykluczające małżeństwo z Henrykiem. Ergo zakazał obojgu od zaraz „dalszej małżeńskiej wspólnoty z mocy władzy klątwy z apostolskiego nadania”. Na co posłuszny katolicki władca nie mógł uczynić nic innego, jak odsunąć niekanoniczną połowicę. Zdarzyło się przy tym znowuż szczęśliwie, że Henryk zapłonął już „dla jej piękna i jej majętności do młodej Matyldy”. Więc zamknął pierwszą żonę na powrót w klasztorze, zachowując naturalnie jej bogaty posag, wielkie posiadłości leżące we wschodniej Saksonii trzon znacznych dóbr ottońskich wokół Merseburga. I tak, jak udało się Henrykowi poszerzyć swą władzę ku wschodowi, tak i rozszerzył swe panowanie dzięki drugiemu małżeństwu na zachodzie. W roku 909 poślubił zatem młodą Matyldę, córkę hrabiego Tederyka, dla „jej urody i jej majętności” (Thietmar), przy tym sławną swym pochodzeniem (jeśli nawet nie po mieczu) od saskiego bohatera i przeciwnika Karola w wojnach saskich, Widukinda. Matylda była jego prawnuczką, a nadto słowami jej biografa „warta najwyższej pochwały”, oczywiście znowu świetnie uposażona, tym razem w westfalskie dziedziczne dobra Widukindów. I, co zrozumiałe, również i ona była bardzo oddana Kościołowi, jednym słowem: „w boskich jak i ludzkich sprawach pożyteczna” (in divinis quam in humanis profuit: Thietmar). Ponownie Henryk w tym przypadku z pomocą swego ojca, księcia Ottona, świeckiego opata w Hersfeld wydostał ją z klasztoru żeńskiego, tym razem z Herford, gdzie nie będąc rzekomo przeznaczoną do stanu duchownego wychowywała ją własna babka o tym samym imieniu, opatka. „Wystąpiła naprzód, ze śnieżnobiałymi policzkami oblanymi płonącymi rumieńcami, jakby białe lilie złączone były z czerwonymi różami” (Vita Mathildis). Już następnego dnia po przybyciu do świętego przybytku Henrykowi pozwolono odjechać ze swym łupem. A jej wiano po nocy poślubnej przyniosło mu nowe zdobycze w Ostfalii i Engern 383. To, że ów mąż, którego późniejsze czasy owionęły legendą jako „Henryka Ptasznika”, jako „króla pośród stada ptaków” i przydały nie dworskiego stylu obcowania, nieomalże chłopskiej skromności, również jako król nie dał się skrzywdzić, jest oczywiste. Nawet biskup Thietmar, sławiący „cnotliwość” Henryka, „wielkie dokonania”, „czyny naszego króla godne wiecznej pamięci”, dodaje: „Jeśli się nawet

198 podczas swego królowania, jak wielu twierdzi, wzbogacił, to niech mu miłosierny Bóg odpuści” 384. „Ruch pojednania” i bliskość klechów Odmowa Henryka dotycząca jego namaszczenia po wyborze na króla pozornie odsunęła od niego duchowieństwo, zwłaszcza że osadzenie króla zawsze było źródłem praw królodawcy. Szepnął zatem św. Ulrykowi Henryk nadał mu w 923 roku biskupstwo w Augsburgu książę apostołów Piotr osobiście do ucha: „Rzeknij królowi Henrykowi, że ów miecz bez rękojeści przedstawia króla rządzącego swym krajem bez błogosławieństwa biskupów (sine benedictione pontificali), natomiast miecz z głowicą króla dzierżącego ster swego państwa z błogosławieństwem Bożym” (Vita Oudalrici). Z czego wzięło się miano Henryka „ensis sine capulo” (miecz bez uchwytu). Tej biskupiej nauki Henrykowi nie wolno było lekceważyć zbyt długo. Tym bardziej, że biskupi uzyskiwali i uzyskali w ciągu IX i X wieku coraz więcej praw, nawet takich, które pierwotnie przysługiwały królowi, w ich ręce przeszły bowiem wręcz nawet hrabstwa wszystko to było przypuszczalnie dla monarchy ważniejsze niż rada św. Piotra i jego pojawienie się przed całym synodem! Henryk nie przyjmował przy tym bynajmniej postawy antyklerykalnej. Raczej po nieudanej próbie ograniczenia w Niemczech władzy biskupów Albert Hauck twierdził ongiś wręcz: „na dworze żadnego z królów biskupi nie byli tak pozbawieni wpływów, jak na dworze Henryka” zaczął po paru latach zwracać się ku Kościołowi. Dlatego duchowni kronikarze tak go wysławiają. Henryk budował domy boże w Saksonii, gdzie najwyraźniej „pozostawał w zgodzie z miejscowymi biskupami” (Eibl). Wraz z rodziną przystąpił do wspólnoty modlitewnej ważniejszych klasztorów w Fuldzie, St. Gallen, Reichenau, w południowolotaryńskim klasztorze Remiremont w Wogezach. W jego czasach czasach wielkiej biedy! cały kraj opanowała fala pojednania szlachty z klasztorami, w końcu nic innego niż umowna zgoda świeckich i duchownych w celu wzajemnej pomocy, oczywiście również na wypadek konfliktów. Co znamienne, do regularnych „ruchów pojednania” dochodziło szczególnie podczas misji i szerzenia Kościoła w krajach chrystianizowanych. Podobnie rzecz się miała z przyjacielskimi sojuszami. Zwłaszcza Henrykowe pacta amicitia z książętami, z „przyjaciółmi na siłę” dzięki czemu usiłował zabezpieczyć swe państwo wynikały z czysto oportunistycznej kalkulacji i były wyraźnymi dążeniami integracyjnymi, „polityką sojuszy w celu zapewnienia panowania” (Beumann), w gruncie rzeczy jedynie egoistycznym skolegowaniem się książąt i arystokracji. Tego rodzaju partnerstwo z wielkimi Rzeszy z którego zrezygnował później Otto I zawarł Henryk z książętami Eberhardem z Frankonii, Arnulfem z Bawarii, Gizelbertem z Lotaryngii, również ze swym poprzednikiem na tronie Konradem, z królem Rudolfem z Burgundii zajurajskiej i wieloma królami zachodniofrankijskimi. Ostatecznie „rada i pomoc” również była formułą „skonstruowanej” przyjaźni wobec przyjaźni „przyrodzonej”, pokrewieństwa krwi, z którym w chrześcijaństwie, jak już się często okazywało, było jakoś coś nie zanadto. Poza tym Henryk wiązał się coraz bardziej z Kościołem Rzeszy, a nawet wkrótce przestał przedsiębrać cokolwiek, nie zapytawszy biskupów, zajmujących przy nim „coraz znamienitszą pozycję” (Waitz). Już w roku 921, gdy Karol Prostak podarował mu rękę św. Dionizego (uważanego w średniowieczu za jedną postać, lecz dzisiaj wiemy, że powstał ze zmieszania trzech różnych osób), poprowadził za radą jednego z bawarskich hierarchów wyprawę wojenną przeciwko księciu bawarskiemu Arnulfowi, okrzyczanemu przez Kościół jako zły, tyran i syn zepsucia, a którego wielkie sekularyzacje cofnął częściowo jego brat, książę Bertold. Już w roku 922 Henryk mianował oficjalnie arcybiskupa Moguncji Herigera, którego ofertę namaszczenia wcześniej odrzucił, na arcykapelana i zaczął otaczać się coraz

199 bardziej arcypasterzami i opatami, przeważającymi wyraźnie w królewskich dokumentach. W 929 roku przekazał również swego czteroletniego syna Brunona w ręce biskupa Balderyka I z Utrechtu, przeznaczając go do kariery biskupiej. „Święta Włócznia” Po wielomiesięcznych staraniach, żądaniach i groźbach, za złoto, srebro oraz, jako następny dar wzajemny, „niemałą część kraju Szwabów” i Bazyleę, udało się na koniec Henrykowi nabyć w 926 roku od króla Rudolfa II z Burgundii zajurajskiej zapewniającą zwyciętwo Świętą Włócznię, rzekomo symbol praw do Italii. Drogocenny okaz zajmował „długo znamienite miejsce” wśród „insygniów Rzeszy” (Althoff, Keller), świadczących o prawomocności władcy. W każdym razie owa Święta Włócznia była podawana raz za włócznię Konstantyna, raz za włócznię Longinusa, który w historii pasyjnej przekłuł bok Ukrzyżowanego, a który później, jak opowiadano (wraz z nawróconym przez niego dozorcą więziennym), sam został męczennikiem i którego przywołuje się przemyślnie przy „błogosławieństwie krwi”, przy zamawianiu krwawień i ran. Na koniec Święta Włócznia jest uważana od XI wieku również za włócznię Św. Maurycego, wybitnego już przez Franków czczonego „świętego wojennego” i męczennika podniesionego do rangi „świętego Rzeszy”, który w chrześcijańskiej legendzie o bohaterach! -za czasów Dioklecjana zginął w Szwajcarii jako dowódca Legionu Tebańskiego wraz z co najmniej 6600 kolejnych męczenników (s. 300): jedno oszustwo po drugim piętrzy się w owej historii Kościoła, świętych i męczenników, i często jedno jest większe od drugiego. Święta osobliwość, w której, żeby tak rzec, trzy Święte Włócznie złożyły się na jedną (tak jak w świętym Dionizym trzej kompletni święci albo jak w jednej Boskiej osobie są trzy inne…), ów „nieoceniony dar niebios” obok którego były inne dalsze, niesione podczas wypraw wojennych (1098 r” 1241 r.), choć mniej skuteczne święte włócznie zdobił od tej pory skarbiec koronny królów niemieckich i został przeniesiony w 1938 roku z Wiednia do „miasta zgromadzeń partyjnych Rzeszy” Norymbergi. Dzisiaj spoczywa jednakże na powrót w skarbcu wiedeńskim i nie przyniósłby w zamian „niemałej części kraju Szwabów”, czy chociaż miasta Bazylei. Wówczas jednak ten „klejnot”, „nosicielka najdrogocenniejszej relikwii […] gwarantowała jako symbol panowania bardzo oddanemu wierze królowi jego zwycięstwa” (Kampf) przede wszystkim zaś triumf nad Węgrami w roku 933, na który Henryk wybrał 15 marca, dzień świętego Longina, kiedy to uroczyście niesiono ją przed wojskiem… 385 Czy tylko król Henryk I wiedziony raczej według Widukinda „łaską bożą”, czy też dzięki „geopolitycznemu Prawu Łaby” (Gesetz der Elbe Ludtke), rzucił się z prawdziwą pasją na pogan, podejmując szereg pustoszących wypraw przeciwko Słowianom połabskim, i stąd przez arcybiskupa Adalberta z Magdeburga opiewany jest jako „zwolennik pokoju”. O piekielnym pokoju chrześcijan i o ich „podstawowych wartościach” Pokój zyskiwał (nie tylko wtedy!) całkiem konkretne oblicze dla pewnych kręgów, szczególnie kościelnych „pax polegający nie tylko na braku wojny i zniszczenia, lecz stanowiący ziemski odpowiednik civitas celestis 386, w którym iustitia 387, «prawdziwy porządek», panował powszechnie i nigdzie nie został zepsuty lub zaburzony” (Bullough). W tak rozumianym pax wszystko bez przeszkód może odbywać się dzięki wojnie i okrucieństwu w zupełnym chaosie, a nawet musi być wręcz wojna „iustitia”, „prawdziwy porządek” jest naruszany, właśnie ten chrześcijański. Jest tak, a nietrudno to wykazać, po dziś dzień.

200 Pokoju za wszelką cenę chrześcijańska historia nie zna. „Wolność”, „porządek”, „chrześcijańskie wartości” muszą być zachowywane i bronione w razie konieczności do krwi, do totalnej ruiny nawet obrońców. Przeciwko „przestępcom bez sumienia” papież Pius XII pozwolił nawet na wojnę atomową, nawet z użyciem broni ABC. A to, jak ocenił wówczas jego interpretator jezuita Gundlach, profesor (i przez pewien czas rektor) papieskiej Gregoriany w Rzymie: aż do „zagłady ludu” w końcu z intensywną kościelną pomocą zginął niejeden naród (II, s. 257 i nast., 267 i nast.; IV, s. 294 i nast.) aż do zagłady całego świata, albowiem za przyzwolony przez nich koniec świata „przejmie odpowiedzialność również” Bóg. Na szczęście nie znamy teraz, około roku 2000, żadnych wojen, żyjemy w całkiem pokojowych czasach: są tylko zabiegi służące „budowaniu pokoju” i „utrzymujące pokój”… Jednakże już w owych czasach, gdy wojny prowadzono tak po prostu i bez zahamowań, bez mała nieustannie, właściwie zawsze chodziło o „pokój”; pax coraz bardziej, zwłaszcza za panowania Ottona I, należał do standardowych pojęć polityki chrześcijańskiej, był rzekomym celem każdych jatek (defensynych i ofensywnych) urządzanym poganom 388. Historycy wczoraj… Na północnym wschodzie Karol Wielki wszakże nawet nie żywił szczególnie daleko sięgających planów. Stary mistrz Hauck uważa nawet, że cesarz myślał jedynie o ustanowieniu „granic naturalnych”. „Nad Łabą wielki zdobywca nie miał żadnych planów podbojów […]. Karol nie dał się skłonić do włączenia do państwa frankijskiego obszaru wenedyjskiego 389 […]. Dowód na to leży w tym, że nie nastąpił najmniejszy ruch, by nawrócić Wenedów na chrześcijaństwo”. Uznajmy to za nieco śmiały wniosek autora wciąż jeszcze mającej znaczenie Historii Kościoła Niemiec (Kirchengeschichte Deutschlands), lecz tym godniejszy uwagi jest jego pogląd, że również późniejsi Karolingowie, Ludwik Pobożny, Ludwik Niemiecki, jego synowie i ich następcy utrzymywali tę Karolową „defensywną taktykę” na wschodzie, a wschodniofrankijscy książęta przez cały wiek IX nie wyszli poza ową „defensywną politykę”, poza ustawiczne bezsilne, nie prowadzące do niczego skutki oderwania się i podboju, odmawiania trybutu i zmuszania do niego 390. Albertowi Hauckowi jawi się natomiast zaangażowanie Liudolfingów jako prawdziwe „szczęście”. „Jeśli bowiem sascy książęta byli w stanie początkowo walczyć tylko o zwycięstwo i łupy, to sama ich przewaga w polu doprowadziła w końcu do tego, że miejsce wojny łupieżczej zajęła wojna zdobywcza. Jest to zasługą księcia Ottona, że tereny wenedyjskie zostały najpierw rzeczywiście poddane panowaniu niemieckiemu, a wenedyjskie plemiona przywykły do podległości niemieckim książętom. Henryk I kontynuował rozpoczęte dzieło energicznie i z dobrym skutkiem: miejsce polityki defensywnej zajęły teraz na całej długiej wenedyjskiej granicy działania ofensywne”. „Na tym obszarze książę Otto i król Henryk zbudowali podstawę niemieckiego panowania, a z nią niemieckiej narodowości”. „Od czasu zwycięstwa nad Duńczykami w roku 934 zapewniona była całkowicie niemiecka przewaga nad Słowianami. Na całej linii od Rudaw po [rzekę] Eider rozszerzyło się niemieckie panowanie nad krajem Wenedów […]. Miejsce bardzo luźnej zależności zajęła mniej lub bardziej konkretnie wyrażona aneksja. Miarą znaczenia tych sukcesów jest uzmysłowienie sobie, że obszar włączony tym sposobem do Rzeszy był większy niż któregokolwiek z plemion niemieckich. Zdobycze na Wenedach są historycznym dokonaniem Henryka I. Dzięki nim wprowadził on niemiecki naród na tereny, na które po prawie tysiącleciu miał się przenieść ośrodek niemieckiej władzy” 391. No, cudownie. Pójdźmy tropem tej „niemieckiej władzy”, tom po tomie śladem niemieckiej natury, z której miał czerpać Wschód…

201 O ofiarach oczywiście nie ma tu mowy, ani o własnych, ani o cudzych. Krew? Ani kropli, żeby tak rzec. W końcu jest to rzecz zupełnie czysta, wręcz chwalebna. Ktoś zwycięża. Zwycięża, bo jest silniejszy. Zdobywa, pokonuje, pokonuje ponownie, podbija, podbija na nowo, utwierdza się, łamie siłę jakiegoś plemienia, zmusza do uznania, przede wszystkim zawsze do uznania obowiązku trybutarnego, przyzwyczaja do podległości, rozszerza daleko niemieckie panowanie. Ach, co za piękna rzecz! A krew tam nie płynie. I nie ma nieprawości. Nie ma ucieczki, wypędzenia, zniewolenia, nędzy i śmierci. Tylko „niemiecka władza”, „niemieckie panowanie”, „dokonanie o historycznym znaczeniu”! I oczywiście teolog i historyk Kościoła Hauck, piszący swe opus magnum w czasach wilhelmińskich, poświęca mu słuszną ilość stron na długo zanim Heinrich Himmler i Alfred Rosenberg odkryli „swą miłość do «pragermańskiego» Henryka, co wydało literaturę odpowiedniego poziomu […]” (Bruhl)…. i historycy dzisiaj Ponieważ jednak polityczna aura wygląda obecnie inaczej, historyczna konstelacja się nieco przesunęła, przekazuje się również nieco inny obraz historii. Henrykowe „dokonanie o historycznym znaczeniu”, które oczywiście już jako takie nie figuruje, jest teraz chętnie przemilczane, traktowane tak oszczędnie, jak to możliwe, prawie eskamotowane 392 i oczywiście akcentowane zupełnie inaczej. Mediewista Eduard Hlawitschka na przykład poświęca w swym studium Studienbuch Henrykowi I wprawdzie nieomal 11 stron, natomiast jego ofensywie na wschodzie nawet nie pół strony (mniej niż „zdobyciu Świętej Włóczni”). Ponadto chodzi tu jedynie o: „prewencyjne zabezpieczenie granicy”, „zapobiegliwość”, „stworzenie oddziału jazdy”, przy pomocy którego zostają „zwyciężone i zmuszone do płacenia trybutu […] małe sąsiednie plemiona słowiańskie”. I to wszystko tylko mimochodem, a właściwie jedynie, by nową jazdę „zahartować” przed użyciem przeciwko Węgrom i przestrzec „słowiańskich sąsiadów” przed ich wspieraniem. W jednym z tomów daje nam rzeczony uczony dziesięciostronicowy wykład na temat króla Henryka I, ale o jego „dokonaniu o historycznym znaczeniu” mówi i pisze jedno jedyne zdanie, w którym mowa jest jedynie „o walkach granicznych ze słowiańskimi sąsiadami nad Łabą i Soławą Hawelanami, Dalemińcami, Wieletami, Obodrytami i Redarami, do tego z Czechami w celu wypróbowania nowych oddziałów jazdy i zarazem by przestrzec słowiańskich sąsiadów przed wspieraniem Węgrów”. Wydarty, inaczej mówiąc krwawo zdobyty przez Henryka obszar, przez Haucka z niekłamanym podziwem określany „jako większy niż któregokolwiek z niemieckich plemion”, zostaje zredukowany przez piszącego sto lat później Hlawitschkę do swego rodzaju poligonu, wygodnie położonego w sąsiedztwie, na którym przygotowuje się przecież budzącą największe zainteresowanie wojnę przeciwko Węgrom 393. O samych walkach nowsi historycy piszą, ogólnie biorąc, równie niewiele co Hauck. Nie, jakaś krew? Zwykle prawie wcale byłoby to po prostu nieadekwatne, nie tyle nierzeczowe, co „niefachowe”, poniżej wszelkiego (profesorskiego) poziomu. Handbuch der Europäischen Geschichte (1992 r.) wymienia „na temat walk ogólnie” jedną jedyną publikację i to z 1938 roku 394. Historiografia, zwłaszcza ta tworzona przez „ludzi z branży”, wręcz nawet w przybliżeniu nie postępuje na tyle „obiektywnie”, jak to wciąż udaje większość jej przedstawicieli. „Na oceny zawsze wywierały wpływ problemy polityczne każdorazowej teraźniejszości”. Ten osąd Gerda Althoffa i Hagena Kellera w dwutomowym studium Heinrich I. und Otto der Grosse (1994 r.) dotyczy wprawdzie tylko historiografii odnoszącej się do obu pierwszych

202 Ottonidów, charakteryzuje ją jednak mniej czy bardziej w ogóle. Obaj historycy może by z tym polemizowali. Jakkolwiek by było, „historyczne dokonanie” Henryka wymusza również na nich jedynie dwa zdania w całej książce poświęconej temu królowi. I również tutaj jawią się jego (ustawicznie) „z wielkim okrucieństwem prowadzone wyprawy zbrojne przeciwko Słowianom” powołując się na Widukinda znowu jedynie „jako przygotowanie do obrony przeciwko Węgrom, przede wszystkim jako próba skuteczności nowej jazdy” 395. Jest to motyw „możliwy”, jak to zostało napisane w rzeczonym podręczniku. Ale jest i inny motyw: Henryk potrzebował nowego terytorium królewskiego, nowych możliwości ekspansji i nowych plemion, które by mógł łupić „skarbiec królewski zapełnił się na nowo” (Fried). „Następujące kraje”, sławi Thietmar (z „pełnego chwały życiorysu” swego bohatera wymieniając „jedynie całkiem niewiele”), „podporządkował sobie trybutarnie: Czechy, Dalemińców, Obodrytów, Wieletów, Hawelan i Redarów”. Biskup pisze jednak zaraz po tym: „Zbuntowali się oni oczywiście natychmiast na nowo […]”. Lecz wtedy również zaraz zostali zaatakowani i, jak biskup Thietmar po chrześcijańsku kontynuuje, dokonano „za to zemsty”. Można też oczywiście przyjąć, przede wszystkim za wieloma niemieckimi historykami, „prewencyjne i trybutarne zabezpieczenie granicy” (Reindel), można mówić o „ochronie granicy”, o usiłowaniach Henryka „stworzenia militarnie bezpiecznego pasa ochronnego dla wnętrza kraju” (Fleckenstein). A zatem: Albert Hauck ma rację. Henryk I działał na wschodzie ofensywnie. Im bardziej skrycie zachowywał się na zachodzie, im ostrożniej, a nawet uległej ogólnie tam postępował, tym bezwzględniej napierał na wschodzie. „Zabezpieczanie granic” przez Henryka lub „[…] nie uszedł stamtąd nikt” Pod panowaniem tego króla tam, gdzie nawet w czasach pokoju kwitł handel niewolnikami, zapanowało szczególnie dzięki pancernej jeździe zjawisko stopniowo coraz bardziej trwałe, a mianowicie terror skierowany przeciwko niektórym zachodniosłowiańskim i nadbałtyckim plemionom. Utrzymał się on przez całe stulecia. Przy czym ze zwalczaniem siłą Czechów, Słowian nadłabskich i Duńczyków łączyła się zawsze działalność misjonarska. Jeśli naród niemiecki stale się rozszerzał, to Słowianie nadłabscy (Obodryci, Wieleci, Redarowie, Wkrzanie, Hawelanie, Serbowie, Milczanie, Dalemińcy) byli z całą surowością ustawicznie tępieni, ich wsie całymi setkami burzone, ludzie mordowani, wypędzani, deportowani. „Obce panowanie jest największą biedą”, skarży się biskup Thietmar, myśli przy tym, jak przystało na chrześcijańskiego pasterza, oczywiście wyłącznie o ucisku własnego ludu. („Kronika Thietmara wymaga, drogi czytelniku tak pisze on sam w pierwszej części prologu nieco przychylności […]”). Henryk I już w 906 roku wyruszył na polecenie ojca przeciwko północno-zachodniemu plemieniu Dalemińców. Tym sposobem wykazał „swe uzdolnienia do wojaczki” i powrócił „pomyślnie po ciężkich pustoszeniach i grabieżach” (Thietmar), co zresztą ściągnęło na Saksonię pierwszy najazd Węgrów. Oczywiście Henryk, jak każdy Sas, nienawidził Wenedów i nie cofał się przed żadną nieprawością wobec nich: zaciągniętemu i osiadłemu w Merseburgu oddziałowi złożonemu z wielu bandytów, złodziei i łotrów, „Legionowi Merseburskiemu” (który wyruszał w pole jeszcze pod Ottonem „Wielkim”, póki nie został zniszczony przez czeskiego Bolesława I), pozwalał na każdy występek przeciwko Wenedom. I niezmordowanie uzupełniał swą gangsterską bandę. Mianowicie zawsze gdy widział, „że jakiś złodziej lub łotr jest odważnym mężem i nadającym się do wojennego rzemiosła, odpuszczał ciążącą na nim karę i przesiedlał na przedmieście Merseburga, dawał pole i broń i nakazywał oszczędzać współmieszkańców, przeciwko barbarzyńcom zaś, o ile się ośmielą, czynić wyprawy zbójeckie. Zebrana z takich ludzi kupa wystawiała kompletny hufiec na wyprawy wojenne”. A Merseburg, położony bezpośrednio na granicy ziem słowiańskich, był

203 oczywiście dobrą bazą wypadową. Siedem lat ze swego 17-letniego panowania Henryk poświęcił na walkę z ludami Słowian nadłabskich, na głęboko niesprawiedliwe wojny, mające na celu tylko podbój i wyzysk jeden „z owych wielkich przywódców […], jakich los naszemu narodowi daje raz na tysiąclecie” (Ludtke) 396. W roku 928, kiedy Henryk liczył sobie już 51 lat według niektórych historyków był w pełni dojrzałym „geniuszem” wszczął kampanię niemiecko-hawelańską, „wiele walk”, jak podkreśla Widukind, trwającą aż do początku lat czterdziestych. Wykorzystał przy tym pokój zawarty z Węgrami i niespodzianie najechał w zimie rzecz w tych czasach niezwykła Hawelan, plemię należące do Związku Wieletów, osiadłe po drugiej stronie Łaby, nad środkową Hawelą. (Od nazwy tej rzeki, jej germańskiej nazwy Habula, wywodzi się pierwotne miano Hawelan, Habelli; jak się przyjmuje, powstało ono po przywędrowaniu Słowian w VI wieku i zmieszaniu ze szczątkową ludnością germańską; dało ono później korzenie Marchii Brandenburskiej). Podczas najazdu Henryka towarzyszył mu jego szesnastoletni syn Otto była to dla niego dobra szkoła na całe życie. Poza tym królewska latorośl nie umiała ani czytać, ani pisać, tak jak to było w przypadku jego koronowanego ojca, jednakże jego potężna postura stanowiła jak tego chce Widukind prawdziwą ozdobę monarszej godności! Władca też lubił wypić. I był wielkim myśliwym, którego koniec w każdym razie wręcz nadszedł na łowach (s. 270), potrafiącym niekiedy „podczas jednego objazdu położyć czterdzieści lub więcej sztuk dzikiej zwierzyny” 397 ; jeśli nie są to opowieści wyssane z palca. Również nie przyswoił sobie np. łaciny, ale za to umiejętność wycinania w pień ludzi. Po wirtuozersku praktykował to tak ojciec, jak i syn. Oraz potomkowie, jak wcześniej przodkowie. W ogóle chrześcijanie, zwłaszcza ich arystokratyczni wybrańcy. Po wielu walkach wzięto podczas tęgiego mrozu chroniony wodami rzeki główny punkt oporu Hawelan, strategicznie położony gród Brennabor (Brennę, późniejszy Brandenburg) miał później zmieniać właściciela jeszcze dziesięć razy (a wedle chyba dobrze udokumentowanego przypuszczenia miał być już celem Karola Wielkiego podczas wyprawy na Wieletów w roku 789). W 948 roku założono na podgrodziu najstarszy kościół biskupi. I to właśnie obszar nad środkową Hawelą wokół Brandenburga stanowił Marchię Północną (Nordmark), oddaną przez Ottona I margrabiemu Geronowi (s.294 i nast.). Zaraz po zdobyciu Brandenburga król podbił, pustosząc ich kraj, Dalemińców mieszkających na południu w okolicach dzisiejszego Drezna i Miśni, z którymi walki toczył już wcześniej Karol Wielki, a później w zastępstwie ojca Henryk w 922 roku i których główny gród Ganę (nazwany tak od Jahny, lewego dopływu Łaby koło dzisiejszej Riesy) wziął szturmem dopiero po dwudziestodniowym oblężeniu, po czym kazał zrównać z ziemią. Wszystkich mężczyzn, może również kobiety i dzieci, wybito według Widukinda zgładzono wszystkich dorosłych (puberes), a chłopców i dziewczęta oddano w niewolę. Dla zapewnienia swego panowania król niemiecki wzniósł na wzgórzu 40 metrów nad Łabą gród w Miśni (Misni, niem. Meissen), warownię o dużym strategicznym znaczeniu. Również kościelnym, powstało tu bowiem później biskupstwo. Był to kres politycznego znaczenia Dalemińców. Jeszcze w tym samym roku, 4 września 929 roku, saski władca rozgromił pod Łężynem (niem. Lenzen), kluczową warownią na prawym brzegu dolnej Łaby w dzisiejszym okręgu Priegnitz, słowiańskich powstańców, przede wszystkim dzięki przewadze swej pancernej jazdy. Źródła donoszą z dużą przesadą o 120, a nawet 200 tysiącach poległych Wenedów; byli to głównie uciekający lub pojmani, których zabito, ścięto lub wpędzono do jeziora i utopiono. W każdym razie: „pobito ich tak, że jedynie niewielu uszło” (biskup Thietmar). „Z pieszych nie uszedł żaden, z jezdnych jedynie nieliczni, i tak zakończyła się bitwa pogromem wszystkich wrogów” (zakonnik Widukind). Według jego słów pod Łężynem walczyli

204 barbarzyńcy, czym Słowianie wciąż po prostu są, przeciwko „ludowi bożemu”, opromienionemu „jasnością i radością” dobrym sumieniem, we wszystkich wojnach zapewnionym ku własnej korzyści swej soldatesce przez kler. Następnego dnia padł Łężyn „dzięki Boskiej przychylności i łasce wspaniałe zwycięstwo”. Wszystkich mieszkańców popędzono w niewolę, kobiety i dzieci wygnano nago. Załoga głównego grodu słowiańskich Linonów, położonego u jedynej, strategicznie ważnej przeprawy przez Łabę między Bardowieck i Magdeburgiem, została wycięta w pień, mimo zapewnienia swobodnego wyjścia „nie znano litości, tylko zniszczenie lub niewola” (Waitz). Wielkie „dokonanie w historii wojen”, zdaniem historyka okresu faszystowskiego; dokonane przez „największego wśród królów Europy” (regum maximus Europae), jak to można wyczytać u zakonnika Widukinda. Jednakże również biskup Thietmar opiewał pogromcę jako takiego, „co umiał mądrze postępować ze swoimi, natomiast wrogów pokonywać chytrze i mężnie”. O tak, były to chwalebne lata 928 i 929, w których „potężna, zaprawdę heroiczna postać”, „rewolucyjna, kształtująca losy wielkość Henryka I”, „twórca Rzeszy, wielki niemiecki król i człowiek”, „rozpoczął swą politykę wschodnią” i zdobył obszar, „który jedynie niemiecki człowiek, i żywa krew niezliczonych pokoleń miały prawo ukształtować na swój sposób i na swoją ojczyznę” (Ludtke). Ale również Ryszard Wagner sławił Henryka I w Lohengrinie: „Sławne i wielkie twe imię / nigdy na tej ziemi nie zginie!” 398 „…Ponieważ żołnierz cuchnie trupem” biskup Thietmar „na szczytach edukacji swego czasu” Kronikarz z dumą donosi o śmierci w jatkach pod Lenzen „dwóch mych pradziadów o imieniu Liuthar”, Liuthara ze Stade i Liuthara z Walbeck; „znamienici rycerze wysokiego rodu, ozdoby i pociechy ojczyzny […]”. Zawsze te same frazesy przez tysiąclecia od starożytnego Rzymu (obecne tu dzięki „narodowemu eposowi”, Eneidzie Wergiliusza 10, 858 i nast.) po adekwatną propagandę wojen światowych 399 semper idem 400. Decydujące jest w każdym razie to, co w historii jest notoryczne i stanowiące normę: kolosalna historia głupoty, uciemiężenia, przestępstw i katastrof, szczególnie zaś ogłupiające narody gloryfikowanie i uświęcanie wszystkich owych niewypowiedzianych orgii w wyrzynaniu i wybijaniu; powtarza się to ustawicznie rzadko tak drastycznie i celnie uchwycone jak w Brechtowskiej Balladzie o nieżywym żołnierzu: „A ponieważ żołnierz cuchnie trupem, to kuśtyka klecha tuż, i nad nim kadzielnicą kołysze, by tak nie cuchnął już”. Właśnie tą kadzielnicą kołysze też biskup Thietmar z Merseburga, częstując nas po wspomnieniu swych pradziadów, „ozdób i pociechy ojczyzny”, wieloma przykładami, „dowodami”, by „żaden wierzący w Chrystusa nie wątpił w przyszłe zmartwychwstanie zmarłych […]”. Ustawiczna chrześcijańska masakra viribus unitis 401 prowadzona przez tron i ołtarz od początku IV wieku (I, s. 198 i nast.) jest bowiem tradycyjnie spleciona wewnętrznie z wiarą chrześcijańską. Im więcej płynie krwi, tym potrzebniejszy „kochany” Bóg, zwłaszcza jednak nauka o zmartwychwstaniu kłamstwo życia pozagrobowego. W taki sposób Thietmar prezentuje zaraz „niedawno odeszłą z tego świata”, która, na nowo ozdrowiała, rozmawia normalnie z kapłanem, co oczywiście kryje „niezawodne przesłanie”. Coś „bardzo podobnego kontynuuje biskup widzieli i słyszeli w moim czasie strażnicy w Magdeburgu”. Widzieli i słyszeli wszak w kościele „prawdziwie śpiewających” dwóch sztywnych na amen. I również sprowadzeni „najszacowniejsi

205 mieszczanie” przeżyli tę naprawdę cudowną rozkosz, na co znowuż są „wiarygodni świadkowie”. Jak choćby w Deventer zmarli w kościele składali ofiarę i śpiewali, a podglądającego ich księdza wyrzucili po prostu na zewnątrz, a następnej nocy spalili go przed ołtarzem „na pył i popiół”, co poświadcza nawet chora siostrzenica Thietmara Brygida (zapewne córka jego wuja, margrabiego Liuthara z saskiej Marchii Północnej), która ponadto zapewnia: „Gdyby ma słabość mnie nie powstrzymała, mogłabym Ci opowiedzieć jeszcze wiele z tego wszystkiego”. A biskup Thietmar nam! Chodzi mu jedynie o to sam kiedyś posłyszał „wyraźnie rozmowę zmarłych”, jak teraz pewien jego „towarzysz” mógł zaświadczyć by „wszystkim wiernym”, i to „wyraźnie” jak ponownie podkreśla głosić „pewność zmartwychwstania i przyszłej zapłaty według ich zasług”; wpoić wszystkim wiarę, że można być z dumą na wojnie „ozdobą i pociechą ojczyzny”, że w spokoju ducha można „paść” na polu bitwy, gdyż ponownie się wstaje, powstaje z martwych, jak jego obaj pradziadowie pod Lenzen… A „niewiernym” rozwiewa całkowicie wątpliwości słowami proroka: „Panie, Twoi zmarli będą żyć!” Lub: „A zmarli podniosą się z grobów, usłyszą głos Syna Bożego i uradują się […]”. To oczywiste, jakiż głupiec mógłby w to jeszcze wątpić! Ponieważ wszystko jest tak proste, godne wiary i przede wszystkim prawdziwe, zwłaszcza dla chrześcijańskiego biskupa, Thietmar w swym historycznym dziele formalnie karmi nas cudami, historiami ze snów, objawieniami, pojawieniami się diabła, wizjami, znakami i cudami, cudownymi uzdrowieniami i karami, tajemniczymi zaćmieniami słońca etc. etc. Jest to przecież dzieło męża, który jak zapewniają nas badacze „wyszedł z jednej z najlepszych szkół”, „stał na szczycie inteligencji”, który miał „rozległą wiedzę” (Trillmich). Ergo powalony udarem magdeburski dziekan Hepo jest w stanie wprawdzie „ledwie szeptać”, lecz przy tym „bardzo pięknie śpiewać psalmy z braćmi”. Ergo odnawia się wypite wino wciąż na nowo, tak że nie tylko zakonnice jednego z klasztorów piją je „przez długi czas”, „lecz także wielu okolicznych mieszkańców i gości na chwałę Pana”. I gdzieś tam jakieś święte zwłoki nie cuchną, lecz pachną mocno oraz słodko „wedle świadectwa najbardziej wiarygodnych mężów jeszcze z odległości większej niż trzy mile”. Oczywiście lepiej jesteśmy w stanie ocenić te wszystkie szokujące wydarzenia tak pouczają nas zarówno historycy, jak i teolodzy nie z dzisiejszej perspektywy, lecz czasu naznaczonego inną wiarą i innym sposobem myślenia. Brzmi to mądrze. Jednakże na marginesie, że jeszcze dzisiaj miliony tak wierzą i myślą dlaczego wierzono i myślano o takich nieśmiertelnych bzdurach przez całe epoki z taką zajadłością? Ponieważ tysiące i setki tysięcy ciemniaków i oszustów w sutannach wbijało je do głowy, rujnowało klasyczne ideały antyku przez stulecia i uczyniło „mądrość tego świata głupotą” (1 Kor 1,20), wtrąciło Wschód i Zachód w to całe mroczno-fatalne bagno niewiedzy i zabobonu, oszustwa relikwii, cudów i pielgrzymek, które wręcz pogrzebało duchowo narody (por. zwłaszcza III, rozdz. 3 i 4!); ponieważ przegnali oni powszechną edukację ze szkół, podporządkowali i uczynili całe wychowanie ofiarą chrystianizacji, a swój teologiczny obłęd duchowy uczynili najwyższą nauką, tak że jeszcze Tomasz z Akwinu nazywał dążenie do wiedzy „grzechem”, jeśli nie ma ono na celu „poznania Boga” 402. Można było zatem każde szaleństwo, nawet najbardziej monstrualne, bez trudu rozpowszechniać i indoktrynować, im wścieklejsze, tym piękniej! Nie tylko masy: illiterati et idiotae 403. „Lud w ekstazie szydzi Wolter lecący za paroma oszustami, wystarcza; wraz z tą zarazą mnożą się cuda i w końcu cały świat wariuje”. Głęboko w czasy nowożytne masy chrześcijańskie wegetują w stanie zupełnego analfabetyzmu. Ale dlaczegóż! Jednakże również arystokracja, większość książąt: do okresu Staufów niepiśmienna. Jednej tylko rzeczy nauczyła się ta chrześcijańska szlachta lepiej niż

206 innych, nie miłości bliźniego nie miłości wroga, nie Dobrej Nowiny, nie, tylko: zabijać, zabijać, zabijać! 404 W roku 931 Henryk wyprawia się na Obodrytów. W następnym zostaje zdobyta i spalona licząca 10 tysięcy mieszkańców Libusza (Liubusua), centrum słowiańskiego plemienia Łużyczan (według najnowszych badań leżąca w powiecie Luckau), osiemdziesiąt lat później obsadzony przez niemiecką załogę gród zostaje wzięty przez Bolesława Chrobrego. (Zdarzyło się to w drugiej z trzech wojen prowadzonej przez cesarza Henryka Świętego, sprzymierzonego z poganami przeciw księciu Polan, opiewanemu swego czasu wkrąg jako ideał chrześcijańskiego panującego, jako rex Christianissimus i athleta Christi; sława, której Bolesław jak wielu innych okazał się godny dzięki temu, że 20 sierpnia 1012 roku przy wzięciu Libuszy urządził „nikczemną krwawą łaźnię” [biskup Thietmar] i ponownie spalił gród do cna). Henryk I podporządkował sobie Łużyce trybutarnie, jak również, dzięki wyprawie w roku 934 na kraj Wkrzan (dzisiaj Uckermark). „Nic dziwnego, że takie czyny wywołały zachwyt Kościoła”, pisano euforycznie jeszcze w XX wieku. „Porwane przez strumień życia, nabrzmiewające z Henrykiem, życie kościelne popłynęło rzeką […]” (Schöffel) 405. Dotyczy to nawet też północy kraju. Mianowicie w tym samym roku 934 Henryk pokonał w krwawej wojnie Duńczyków, uważanych przez prawie wszystkich za niezwyciężonych, będących postrachem całej zachodniej Europy, a na ich wicekróla Gnubę, władcę Haithabu (dun. Hedeby), nałożył trybut i uczynił go swym wasalem. Niemniej ważne, że dzięki temu król również na północy stworzył nową bazę dla poszerzenia państwa bożego na ziemi. Odwiódł przecież tym samym pogan „od ich starych zabobonów i nauczył nosić jarzmo Chrystusa” (Thietmar). Albowiem zgodnie ze starą strategią: najpierw miecz, potem misje, zaraz po klęsce Duńczyków arcybiskup Unno z Hamburga-Bremy rozpoczął nawracanie w Danii i Birce. Wkrótce potem Gnuba poległ w walce przeciwko północnojutlandzkiemu królowi Gormowi, a za panowania jego syna, króla Haralda Sinozębego, Duńczycy zostali chrześcijanami 406. Na wschodzie natomiast przeciwnikami były diabły najdziksze i jeszcze długo nie znające „jarzma Chrystusa”. „[…] Wieloletnia praca wychowawcza” Węgrzy, „okropni w stroju i budowie ciała jak pisze mnich Widukind lud bardzo dziki i przewyższający okrucieństwem drapieżne zwierzęta”, jak z kolei podaje swego czasu opat Regino z Prum, mężowie „ohydnie chrząkający „wyjący jak psy” to słowa Ekkeharda IV z St. Gallen, krótko mówiąc, „dzieci Szatana” (filii Belial, Annales Palidenses), wdarli się po raz pierwszy do Marchii Panońskiej w roku 894, a anno 900 do Bawarii. Od tej pory często pustoszyli tereny południowoniemieckie, a Kościół stracił oczywiście wcześniej zrabowane wielkie obszary. Granice diecezji w Pasawie i Salzburgu już na początku X wieku cofnęły się do rzeki Anizy i stoków alpejskich jakkolwiek duszpasterze nie żałowali krwi w swej obronie: pod Preszburgiem (Bratysława) 4 lipca 907 roku na polu bitwy polegli z całym bawarskim wojskiem również biskupi Salzburga, Freising i Seben. Do Saksonii, a zatem i na północ wtargnęli najeźdźcy po raz pierwszy w 906 roku, gdy młody Henryk na rozkaz ojca poprowadził wyprawę przeciwko Dalemińcom, okrutnie ich wyrzynając. Węgrzy, przywołani przez Dalmińców na pomoc, strasznie złupili cały kraj. Zabili wielu Sasów, innych powlekli w niewolę i za rządów Henryka zjawiali się ponownie w 919 i 924 roku, na nowo w roku 926, tym razem również po drugiej stronie Renu; watahy ich jeźdźców zalały całą zachodnią Europę „[…] et vastaverunt omnia 407 „, typowy zwrot ówczesnych roczników.

207 Gdy król czekał na rozwój wypadków schroniwszy się w swym palatium w Werli, przypadkiem wpadł mu w ręce jeden z węgierskich wodzów. Henryk wykorzystał okazję do zawarcia dziewięcioletniego rozejmu (przy zapewnieniu corocznego trybutu) i wykorzystał ten czas do stworzenia pasa obronnego, wzniesienia nowych grodów i naprawy starych, przede wszystkim na granicy ze Słowianami, przy czym zamieszkujący te tereny lud musiał dzień i noc je budować i dbać o zaopatrzenie. Grody rozmnożyły się oczywiście od czasów karolińskich, a w epoce ottońskiej skupiało się w nich całe życie polityczne, a „z pewnymi ograniczeniami również kościelne” (Schlesinger). Henryk zbudował „grody dla uzdrowienia kraju, a kościoły Pańskie dla uzdrowienia swej duszy”, notuje biskup Thietmar, redukując mocno realne chrześcijaństwo do jego (w podwójnym tego słowa znaczeniu) praktycznych wartości zasadniczych: Kościoła i wojny. Następnie umocniono potężnie mnóstwo klasztorów, jak choćby Hersfeld, Nową Korbeę, St. Gallen, i oczywiście niektóre palatia, Werlę czy Merseburg. Nie bez znaczenia była modernizacja saskiej jazdy, opancerzonej i „szkolonej” do wojny z Węgrami na wschód od Łaby i Soławy w ustawicznym nękaniu Słowian; historycy mówią tu również o „próbie wytrzymałości” (Beumann). Po sześciu latach król czuł się na tyle silny dzięki „wieloletniej pracy wychowawczej i podniesieniu obronności swego ludu” (Lüdtke), by złamać rozejm przy gorliwym aplauzie Kościoła. W końcu i on musiał płacić trybut Węgrom; być może był to powód natychmiastowego wprowadzenia pogłównego na jego rzecz równocześnie z zerwaniem rozejmu w 932 roku na pierwszym poświadczonym synodzie Rzeszy za panowania Henryka I. W powiązaniu z owym czerwcowym synodem pod przewodnictwem arcybiskupa mogunckiego Hildeberta i w obecności króla oraz licznych niemieckich biskupów opowiedziało się jednoczesne zgromadzenie ludu i wojska również za wojną z Węgrami. Wszyscy bowiem żywili nadzieję, że są dostatecznie uzbrojeni, by podjąć walkę. Król przemawiał do ludu tymi słowy: „Od jakich niebezpieczeństw jest teraz wolne wasze państwo, które wcześniej było w całkowitym zamęcie, to wiecie sami nader dobrze, którzy musieliście przez wewnętrzne waśnie i zagraniczne walki tak często cierpieć. Lecz teraz widzicie dzięki łasce Najwyższego, dzięki naszym staraniom, dzięki waszej odwadze, że wszystko jest uspokojone i pojednane, barbarzyńcy pokonani i podbici. To, co teraz jeszcze musimy uczynić, to powstać zjednoczeni przeciw naszym wspólnym wrogom, Awarom”. Jakiś wróg musi zawsze być, przez wszystkie tysiąclecia. Do czego byśmy doszli bez niego! Bo przecież, wszystko w biedzie, zdaje się, w upadku, zmarnowane. Oprócz, ma się rozumieć, Matki Kościoła. Jego bogactwo było wyraźnie nie mniejsze niż łupieżców Węgrów. „Dotychczas, by napełnić ich skarbce, musiałem grabić was, waszych synów i córki, teraz musiałbym ograbić kościoły i jego sługi, gdyż nie pozostały nam żadne pieniądze, jedynie nagie życie. Idźcie więc po radę i zdecydujcie się, co mamy czynić w tych sprawach. Mam wziąć skarb poświęcony Duchowi Świętemu i oddać jako wykup za nas wrogom Boga? Czy może mam podnosić pieniędzmi godność służby bożej, by nas raczej zbawił Bóg, będący zaprawdę naszym stwórcą i zbawcą?” 408 Pytania retoryczne. Oczywiste, że woleli zachować skarb kościelny, woleli wszyscy „zupełnie zostać zbawieni przez żywego i prawdziwego Boga, gdyż jest on wierny i sprawiedliwy we wszystkich swych drogach i święty we wszystkich swych dziełach”. I tak podnieśli głodni zbawienia „prawice do nieba” i zaprzysięgli królowi, że staną u jego boku. „Decydująca próba” Przez całe tysiąc lat średniowiecza chyba nikt regularniej nie wyciskał trybutów niż Frankowie i Niemcy! Ale sami płacili je oczywiście niezmiernie niechętnie. I tak odesłano w

208 932 roku posłów ze wschodu domagających się rocznego trybutu z pustymi rękami do domu a w następnym Węgrzy pojawili się na nowo. W Turyngii podzielili swe zagony. Watahy nacierające w kierunku zachodnim przeciwko Sasom napotkały zrazu oddziały saskie i turyńskie: „Wodzowie Węgrów padli raduje się Widukind ich wojsko rozprasza się, ścigane przez cały kraj, część zostaje starta przez głód i zimno, inni umierają zabici lub pojmani, jak sobie zasłużyli, wszyscy nędzną śmiercią” 409. Prawdziwie chrześcijański punkt widzenia sprawy. Mówiono także o sądzie bożym. A drugi nastąpił 15 marca 933 roku za przyczyną wojsk Rzeszy, przez zastęp wszystkich plemion pod wodzą Henryka koło Riade (prawdopodobnie Kalbsrieth u zbiegu rzek Helme i Unstruty). Biskup Liutprand z Cremony podnosi przy tym „chwalebny i godny naśladowania obyczaj” Sasów, „że żaden mężczyzna zdolny do noszenia broni, liczący sobie ponad trzynaście lat, nie może uchylić się od powołania do wojska”. Wyruszono więc z dziećmi do bitwy, grożąc karą śmierci uchylającym się od służby wojskowej. „Jeszcze osłabiony chorobą”, relacjonuje biskup następnie, król dosiada „w miarę swych sił rumaka, zbiera swych wojowników wokół siebie, słowami wzbudza zapał do walki […]”. Przy czym „ożywiony tchnieniem bożym” dodaje: „Przykład królów dawnych czasów i pisma ojców świętych (!) nauczają nas, co mamy czynić”. I zaraz pędzą dzieci boże pod znakiem archanioła Michała w Biblii (Ap 12,7 i nast.) przywódcy aniołów w walce na koniec świata z krzepkim i oczywiście miłym Bogu, a nadto działającym cuda Kyrie eleison! przeciwko piekielnemu „Hu, ha! […] dzieci Szatana”, sam król „już to na przedzie, już to w środku, już to w ostatnich szeregach” (Widukind), i biją wrogów Rzeszy zarazem jako wrogów Kościoła zupełnie na głowę „dzięki łasce miłosierdzia boskiego” (Liutprand). Według Flodoarda, na pewno mocno (lecz jeszcze nie najmocniej) przesadzającego kanonika z katedry w Reims, padło 36 tysięcy zabitych, nie licząc rzekomo niezliczonych potopionych w rzece. Jednakowoż: za życia Henryka Węgrzy już nie powrócą piękny „sprawdzian”, świadectwo „historycznej żywotności” niemieckiej Rzeszy (Fleckenstein). Pierwsze zwycięstwo niemieckiego króla nad Węgrami, fetowanego później przez swych żołnierzy jako „ojciec ojczyzny, pan świata i imperator”, który każe w Merseburgu „uwiecznić” swój triumf plastycznie, jednakże wyraża „na wszelkie sposoby chwałę Bożą, jak się należy” i podziękowanie, to znaczy ofiarowuje płacony wcześniej wrogowi trybut na rzecz Kościoła, a rzekomo nawet ubogim 410. Od połowy X wieku następuje wypieranie Węgrów; w tym czasie Rzesza przechodzi po zwycięstwie w 944 roku pod księciem Bertoldem na Welser Haide do ofensywy, zwyciężając Węgrów w 948 roku i najeżdżając ich w następnym z udziałem między innymi biskupa Michała z Ratyzbony (który, sam ranny, zdołał pokonać ostro nacierającego Węgra) aż do zupełnego triumfu pod Augsburgiem w 955 roku 411,412. Mniej więcej równocześnie z atakami na Słowian połabskich Henryk I przedsięwziął wyprawę do Czech, których plemiona zwracają uwagę frankijskich kronikarzy dopiero od IX wieku. Św. Wacław, św. Ludmiła i dwoje pobożnych chrześcijańskich morderców w rodzinie Czechy zostały zawojowane przez Karola Wielkiego zaraz po jego zwycięstwach nad Sasami i Awarami, co ciekawe, zaraz po wizycie papieża Leona I u niego w roku 804. Już w latach 805 i 806 kazał uderzyć jednocześnie trzem armiom (IV, s. 299 i nast.) i od tego czasu poddane były chrystianizacji, przede wszystkim przez misjonarzy z Ratyzbony. Ochrzczono tam w 845 roku także 14 czeskich możnych (duces) wraz z orszakami (cum hominibus) 413.

209 Po rozpadzie Wielkiej Morawy Czechy stały się znaczącą potęgą wśród ludów zachodniosłowiańskich. Czesi, zamieszkali wokół Pragi, jednej z najstarszych „stolic” Europy, zjednoczyli cały kraj przypuszczalnie do końca IX wieku. „Nawróceni” zostali wówczas książę Borzywoj I (zm. ok. 894 r.) oraz, w nieznanym miejscu, również jego żona Ludmiła I, córka jednego z książąt serbskich; książę według przekazów na dworze Świętopełka morawskiego przez biskupa Metodego, nawet jeśli nie znamy daty jego chrztu. Od nich rozpoczyna się nowa, i to chrześcijańska dynastia władców, czeski ród Przemyslidow, rządzących Czechami do 1306 roku. Również synowie tej pary książęcej, Spitygniew (889-915) i Wracisław (Vratislav) I (915-921) od którego bierze swą nazwę Wrocław są chrześcijanami. Tak samo synowie tego ostatniego, Wacław I (921-935) i jego brat Bolesław I (929-967 lub 973) według jednych źródeł Młodszy, według innych Starszy. Obaj po przedwczesnej śmierci ojca, księcia Wracisława, jako jeszcze niepełnoletni zostali poddani kurateli matki Drahomiry, córki jednego z książąt hawelańskich, również chrześcijanki, a zarazem regentki. A obu synów wychowywała nawet sama święta, ich babka, św. Ludmiła (860-921). Późniejsze chrześcijańskie „legendy” uczyniły z Drahomiry i Bolesława pogan, ponieważ ona zamordowała względnie kazała zamordować swą teściową, św. Ludmiłę, a on swego brata, św. Wacława. I jeszcze w drugiej połowie XIX wieku katolicka historiografia kieruje się legendami: kościelne standardowe dzieło Wetzera i Weltego określa Drahomirę jako „pogankę”, która po zamordowaniu Ludmiły władała „jak dusza zapragnie ze swymi pogańskimi zausznikami”. W XX wieku jednak również w katolickim Leksykonie teologii i Kościoła (Lexikon fur Theologie und Kirche) Drahomira już nie jest „poganką”, a raczej została „ochrzczona”. A także Bolesław jest „całkowicie chrześcijaninem” i to „zapewne od młodości” (Naegle). W końcu według Podręcznika historii Kościoła (Handbuch der Kirchengeschichte) Bolesław I oraz jego syn Bolesław II (zm. 999 r.) „wytrwali w pełni przy chrześcijaństwie, a nawet przyczynili się do jego umocnienia”. Jeszcze w dzień mordu na bracie demonstruje morderca według jednego ze starosłowiańskich przekazów swą wiarę, każąc modlić się księdzu Pawłowi nad ciałem Wacława. Również Drahomira, która 15 września 921 roku kazała swoim drużynnikom Tunnie i Gommonowi zamordować Św. Ludmiłę i ich sowicie wynagrodzić, buduje nad jej grobem kościół Sw. Michała (podczas gdy obaj mordercy są przez nią ścigani, Gommon zostaje zabity, a Tunna ucieka). Czyż w parę wieków później biskup Wurzburga nie kazał spalić czarownic, i to w niemałej liczbie, a potem odprawić mszę za ich dusze?! żadne szaleństwo nie jest wykluczone w tej religii, a szaleństwo podawane za rozsądek, tak jak rozsądek jako szaleństwo, jako dzieło Szatana 414. Bolesław pozwolił przenieść ciało swej ofiary ze Starej Boleslavi, swej rezydencji, do praskiego kościoła Św. Wita. Przeniesienie odbyło się za jego przyzwoleniem, może i na jego rozkaz. I nakazał ratyzbońskiemu biskupowi Michałowi konsekrować ów kościół ze szczególnym udziałem ludu, szlachty i duchowieństwa. Następnie morderca Wacława zadbał o to, by jego drugi syn Strachkwas, nazywany później „Chrystianem”, wzrósł jako benedyktyn w klasztorze Św. Emmerama w Ratyzbonie, z którym miał ścisłe powiązania. Bolesławowa córka Milada została pierwszą opatką praskiego klasztoru żeńskiego Św. Jerzego, a jego córka Dubrawka (Dobrawa) w 965 roku żoną polskiego księcia Mieszka I z domu Piastów; według polskich źródeł pod warunkiem, że przejdzie na chrześcijaństwo, co się też stało w następnym roku i uczyniło z Polski kraj chrześcijański (s. 302) 415. Oczywiście pozostałe przy pogaństwie resztki możnych odgrywały pewną rolę w walce o władzę w Czechach, tak samo jak i konflikty wewnątrzniemieckie, a dokładniej saskobawarskie. Henryk I usiłował jednak wywierać wpływ na Czechy, przy czym jak się

210 przypuszcza uzyskał w Wacławie sprzymierzeńca przeciwko popieranemu przez księcia Arnulfa Bolesławowi. Gdy obaj niemieccy władcy latem 921 roku niespodziewanie się pojednali, Drahomira ujrzała w tym nie bez racji zagrożenie dla Czech, zwłaszcza że św. Ludmiła, wyraźnie sterowana przez działającego w Pradze ratyzbońskiego archiprezbitera Pawła, stała po stronie Arnulfa. Dlatego Drahomira kazała udusić w tym samym roku swą teściową na zamku w Tetinie i wygnała bawarskiego księdza z kraju. Książę Arnulf wkroczył na to w następnym roku do Czech i podporządkował sobie Drahomirę. Henryk dopiero pod koniec tego dziesięciolecia, po pokonaniu Słowian północnych, Hawelanów i Dalemińców, znalazł ponownie czas, by zająć się Czechami. Wtargnąwszy w walce ze Słowianami nadłabskimi w okolicach Miśni na obszary Dalemińców nad granicą czeską, przeszedł przez Rudawy w kierunku Pragi, podczas gdy rzecz charakterystyczna książę Bawarii uderzył jednocześnie od zachodu. Była to ich wspólna wojna przeciwko Czechom, służąca z pewnością zmuszeniu ich do płacenia trybutu, obligatoryjnego od czasów Karola I, a poza tym raczej podporządkowaniu Bolesława może i zdławieniu spisku chrześcijańskich Czechów z pozostałymi jeszcze resztkami związku pogańskiego niż Wacława, który jeszcze w tym samym roku padł ofiarą swego brata 416. O Wacławie I, świętym Wacławie, jak go nazywa katolicka historiografia, krąży niemało legend, nie dających się potraktować jako źródło historyczne. Pominąć należy również wiele z tego, co kolportowali jeszcze później teolodzy i historycy jak na przykład jedna z katolickich historii Kościoła jeszcze w XX wieku, z odpowiednim imprimatur i w odpowiednim stylu: „Władca ten miał zwyczaj samemu piec hostie i tłoczyć wino do użytku przy świętej ofierze mszalnej, by zaświadczyć tym swą cześć dla świętej tajemnicy” (Aerssen). A jedenastotomowy leksykon kościelny katolickich nestorów Wetzera i Weltego podaje nawet, że święty książę potrzebną do pieczenia hostii pszenicę własnoręcznie ścinał nocą na polu w czasie żniw (gdzie i kiedyż by indziej) i „nosił na własnych barkach do domu”; przyznaje również jednak, że jakkolwiek w piciu „nadzwyczaj umiarkowany”, czasami jednak „pił więcej niż zwykle…”, zamilczawszy już o innych sprawach. W to, że Wacław wspierał chrześcijaństwo z wszystkich swych sił, należy wierzyć tym bardziej, że chciał objąć panowanie nad swymi Czechami nader wyraźnie z chrześcijańską pomocą, to znaczy zachodnich sąsiadów. Wykształcony przez niemieckich duchownych usiłował zorganizować czeski Kościół na wzór niemieckiego i w powiązaniu z bawarskim, wszak sam poświęcił się Świętemu diecezji ratyzbońskiej Emmeramowi i obchodził jego święto. Czechy były kościelnie całkowicie uzależnione od biskupstwa ratyzbońskiego i należały do diecezji biskupa Tutona. Do niego zwrócił się też Wacław, gdy zdecydował się zbudować na praskim grodzie gdzie już jego poprzednicy Spitygniew i Wracisław wznieśli kościół Najświętszej Marii Panny i Św. Jerzego nową i wspanialszą świątynię chrześcijańską. Narodowy święty Czechów chciał jednak nie tylko ich ścisłego związku z kościołem bawarskim, lecz zarazem również „trwałego politycznego oparcia w Niemieckiej Rzeszy i podległości wobec niej”, ponieważ to „jedynie umożliwiało mu przeprowadzenie swego programu rządów” (Naegle). Właśnie z tego panowało niezadowolenie w Czechach, gdzie potężna i najwidoczniej rosnąca jeszcze opozycja arystokratyczna, wyraźnie pod przewodnictwem Bolesława żywiącego ochotę na tron Wacława, nie życzyła sobie niczego mniej, niż orientacji bawarsko-niemieckiej i podporządkowania groźnemu i budzącemu strach sąsiadowi i jego Kościołowi, którego obawiano się już wielokrotnie z uzasadnionych powodów. W końcu to Arnulf Bawarski już raz wkroczył w 922 roku ze swymi wojskami do Czech, by osłonić wówczas 15-letniego Wacława dla jego przeciwników „władcę chorego umysłowo” przed stronnictwem narodowoczeskim, które później go zlikwidowało. Jak

211 bowiem, jak podaje Martyrologium Germaniens (w języku mocno podniosłym): „Z powodu swego chrześcijańskiego i proniemieckiego usposobienia padł ofiarą brata i jego siepaczy” 417. Wacław, ostrzeżony podobno przed zdradzieckim zamachem Bolesława w swej rezydencji w Starej Boleslavi, puścił to mimo uszu i pokładał „wszelką ufność w Panu”. Ten jednak opuścił go 28 września 929 roku. Następnie bratobójca pośpieszył natychmiast do Pragi, zajął tron i nakazał wielu stronników Wacława zwłaszcza oddanych mu księży zabić lub wygnać z kraju, jeśli tylko pozostali na miejscu. Wprawdzie Bolesław nie chciał usunąć chrześcijaństwa z Czech sam był przecież chrześcijaninem na pewno jednak popierane przez Wacława zwierzchnictwo niemieckie. Pozostał, pisze biskup Thietmar, „pełen pychy długi czas na tronie; w końcu jednak pobił go mężnie król [..,]” 418. Już wkrótce po zamordowaniu Wacław zaczął być czczony jako męczennik, chociaż oficjalna kanonizacja została przeprowadzona dopiero w XVII/XVIII wieku. Sława jego świętości i cudów dzięki jego „wstawiennictwu” wciąż rosła. Jego kult szerzył się również po drugiej stronie granicy; relikwie Wacława rozprzestrzeniły się daleko w niemieckich krajach. Lecz główne relikwie znajdowały się do XX wieku w Pradze, od początku tłumnie nawiedzanej przez pielgrzymów, jako że stare legendy co najmniej co do tego się nie mylą. W każdym razie imię „Wacław” stało się jednym z najczęściej nadawanych u Czechów. Święty kolaborant i męczennik staje się antyniemieckim bohaterem wojennym, a Henryk I „założycielem i zbawcą Rzeszy niemieckiej” Dla średniowiecznych kronikarzy „męczennik” Wacław był wielkim bohaterem wojennym. Znany już od XIII wieku Chorał św. Wacława śpiewano nie tylko przy koronacji czeskich królów, był on też „Pieśnią bojową wojsk husyckich” (Lexikon für Theologie und Kirche). A od czasów rewolty husyckiej służył do propagandy antyniemieckiej. W czysto religijnej pieśni o Wacławie zamiast wersu „Pociesz strapionych, wypędź wszelkie zło” śpiewano „I wypędź Niemców, i cudzoziemców”. A nawet w śpiewniku z późnego XV wieku widniały na chorągwi św. Wacława słowa: „Na Niemców, na zdrajców Boga!” Raz z Niemcami, raz przeciw nim, zależnie od zapotrzebowania sztuka (prze)życia tej religii 419. Wracajmy jednak do Henryka I. W czasie polowania koło palatium Bodfeld (koło Quedlinburga) król doznał udaru. Ciężko chory wziął jeszcze udział w ostatnim zwołanym przez siebie zgromadzeniu Rzeszy w 936 roku w Erfurcie. Następnie w palatium Memleben nad Unstrutą dopadł go drugi udar, wskutek którego zmarł rankiem 2 lipca w wieku mniej więcej 60 lat „możny pan i największy wśród królów Europy, nie ustępujący nikomu we wszelkiej cnocie duszy i ciała, i pozostawił syna, jeszcze większego niż on sam, a temu synowi wielkie, rozległe państwo, jakiego nie odziedziczył po swych ojcach, lecz zdobył je własną siłą, a sam Bóg mu je dał” 420. Henryk I został pochowany w Quedlinburgu w kościele Św. Piotra, przed ołtarzem, i rzekomo „wśród żałości i łez wielu ludów” (Widukind). Jeszcze długo później opiewali go Hans Sachs, Klopstock („I oto wróg. Pora na bój. Bywaj, zwyciężaj!”) i Ryszard Wagner. I, oczywiście z naukową podbudową, kupa historyków. Dokładnie po tysiącu lat, „20 kwietnia 1936 roku” wyznaje Franz Ludtke: „W czasie gdy moja książka już jest w druku i jako ostatnią rzecz piszę do niej przedmowę, wpadł mi w ręce artykuł w czasopiśmie «Neues Volk, Blatter des Rassenpolitischen Amtes der NSDAP» z 1 kwietnia (!) 1936 roku: «Henryk I, założyciel i zbawca Niemieckiej Rzeszy»; w jego osobie rysuje się wyrazistą kreską górująca nad wszystkimi postać króla jako niemieckiej osobowości wodzowskiej i «przyznaje chwalebne miejsce, jakie mu się należy zgodnie z naszym dzisiejszym pojmowaniem konieczności życiowych niemieckiego narodu i zgodnie z wiedzą o rasach naszych dni»” 421.

212 ROZDZIAŁ 10. Otton I Wielki (936-973) „[…] pomijając okrucieństwo królewskich kar zawsze łaskawy”. Mnich Widukind z Nowej Korbei 422 „Nie ma pasterza nad niego we władaniu królestwem! Nowych biskupstw zdołał wznieść sześć. Z wielką siłą zatriumfował nad haniebną pychą Berengara. Takoż zbuntowanym Lombardczykom zgiął karki aż do ziemi […]. Najdalsze prowincje płaciły mu trybuty. Zawsze książę pokoju […]”. Biskup Thietmar z Merseburga 423 „Otton Wielki prowadził swe wojny na wschodzie w duchu chrześcijańskiego imperializmu. Polityka i religia przeniknęły się tak dalece, że stanowiły «nierozerwalną jedność»”. Bunding-Naujoks 424 „Papież Jan XIII postawił go w 967 roku dzięki zasługom dla Kościoła rzymskiego w jednym rzędzie z Konstantynem Wielkim i Karolem Wielkim”. Helmut Beumann 425 „[…] patrząc całościowo od strony dokonań, jakie wynikły z jasno postawionych koncepcji i w pełni przemyślanych, a następnie przeprowadzonych rozwiązań konkretnych sytuacji, należy go zaliczyć bez wątpienia do wielkich historii świata. Kontynuacja i realizacja wytrwałej pracy konstrukcyjnej Henryka I jest przy tym signum jego działań, innym i ważniejszym jest świadome przejście do [roli] europejskiego mocarstwa, wynikające z jego własnej nowej idei państwa”. „I jest on jedynym z naszych średniowiecznych niemieckich władców, któremu historia na trwałe przydała miano «Wielkiego». Wyniósł swe państwo do rangi europejskiego mocarstwa”. Eduard Hlawitschka 426 Po pierwsze miecz… Henryk I, „ojciec swego kraju największy i najlepszy z królów” (Widukind), pozostawił ze swego małżeństwa z Matyldą (s. 252) trzech synów: Ottona, Henryka i Brunona. Jeszcze na wiosnę desygnował na zgromadzeniu Rzeszy w Erfurcie najstarszego, urodzonego 23 listopada 912 roku, 24-letniego Ottona oficjalnie na swego następcę. Starszy od niego Tankmar, zrodzony z pierwszego uznanego za nieważny związku, został pominięty, jak i drugi syn z drugiego małżeństwa, Henryk, ukochany syn królowej Matyldy, którego chętniej widziałaby na tronie. Tak więc w rodzącej się tradycji ceremonii koronacyjnej niemieckich królów Otton I z saskiej dynastii Liudolfingów, przyszły pierwszy niemiecki cesarz, został namaszczony i koronowany 7 sierpnia 936 roku w Lotaryngii (odebranej przez jego ojca królowi Burgundów Rudolfowi), w karolińskim palatium w Akwizgranie. Potem zakończył dzień rytualną „ucztą królewską”, wielką orgią obżarstwa i pijaństwa („istotnym elementem wszystkich uroczystości, przy których był obecny król”: Bullough). Na wstępie pokłócili się jednak trzej nadreńscy arcybiskupi z Trewiru, Kolonii i Moguncji o pierwszeństwo w dokonaniu wyświęcenia władcy. Rotbert z Trewiru, wkrótce potem arcykanclerz/arcykapelan, nim zmarł w 956 roku na zarazę, wskazywał na

213 starszeństwo swego biskupstwa oraz jego ustanowienie „ponoć przez świętego Piotra” (tamquam a beato Petro apostolo). Wszakże również Wilfryd z Kolonii chciał dokonać aktu koronacji. Ostatecznie zgodzono się na Hildeberta z Moguncji w asyście metropolity kolońskiego. Przy tym arcybiskup moguncki, „mąż cudownej świętości” (Widukind), przekazał w kaplicy i żeby tak rzec pod zakrzywioną, pasterską laską, jaką nosił, Ottonowi jako pierwsze z insygniów Rzeszy miecz ze słowami: „Przyjmij ten miecz, którym wypędzisz wszystkich wrogów Chrystusa, pogan i odstępców, na mocy udzielonego Ci boskiego pełnomocnictwa i na mocy władzy na całą Rzeszą Franków, dla umacniania pokoju wszystkich chrześcijan”. Zdanie, o którym Pierre Riche pisze, że zawiera „już cały program panowania Ottona”. W każdym razie ten ukoronowany władca przyniósł obfitość wojen z poganami, natomiast pokoju wśród chrześcijan wcale, ni po tej, ni po drugiej stronie Alp 427. Po poświęceniu i namaszczeniu w basilicae „Magni Caroli” Otton, pojawiwszy się Świadomie w stroju frankijskim, a zatem w ciasno leżącej szacie, został posadzony w zachodnim chórze klasztoru, na kamiennym tronie Karola (jeszcze dzisiaj można go podziwiać w emporze kaplicy palatium); cały, zapewne starannie obmyślony ceremoniał ukazuje młodego monarchę jako rex Francorum, jako kontynuatora tradycji karolińskich. Kościół wyniósł go do „rex gratia dei”, do króla z Bożej łaski, do „wybranego przez Boga (a Deo electum) i wywyższył wyraźnie ponad wszelką arystokrację. Zarazem widocznie zaznaczyła się już od początku w zdecydowanym odróżnieniu od rządów jego ojca i poprzednika nowa, kluczowa pozycja kleru w systemie władzy i wyraźne podporządkowanie książąt. Już nie są równi rangą wyróżnionemu z nich „pierwszemu”, jak za rządów Henryka I, lecz „sługami” pomazańca, pana z Bożej łaski. Oni, Gizelbert z Lotaryngii, Eberhard z Frankonii, Hermann ze Szwabii i Arnulf z Bawarii, pełnią podczas królewskiej, uroczystej uczty wobec nowego władcy służby dworskie jako cześnik, stolnik, podczaszy i marszałek. Były to urzędy istniejące już na dworze merowińskim, z których wywodzą się późniejsze cztery arcyurzędy Rzeszy. Natomiast Akwizgran stał się miejscem koronacji niemieckich władców średniowiecza. W ciągu sześciuset lat, między 936 a 1531 rokiem, otrzymało tu koronę 34 królów i 11 królowych 428. Ochrona kościołowi, wojna poganom Otton I, który kazał się namaścić przez Kościół zaraz przy obejmowaniu tronu, udzielić sobie „wyższego” święcenia, był władcą na skroś pobożnym, a nawet tak przenikniętym sakralnym charakterem swego panowania i władania, jego podporządkowania klerowi, „że wykonywanie królewskiej władzy stało się dla niego służbą kapłańską” (Weitlauff). Jego, żeby tak rzec, wywyższone aktem namaszczenia królestwo głosi od samego początku „odmienione nastawienie wobec Kościoła” i staje się „zarazem wzorem chrześcijańskich monarchii średniowiecza” (Struve). Poddani Ottona, jeśli wierzyć Widukindowi, widzą w jego życiu normę postępowania miłą Bogu. Król, mówiący zresztą w saskim dialekcie, o czerwonej twarzy i długiej brodzie, pozostaje pod ustawiczną ochroną Boga, jest podporą i nadzieją chrześcijaństwa, wielkim bożym władcą, którego panowanie jest podobne do panowania Pana Wszechświata. Otton Wielki, podobnie jak Karol „Wielki”, postrzega swe główne zadania w ochronie Kościoła i, mimo paru incydentów, papiestwa. Wręcz dosłownie ponowił w jednym z zachowanych dokumentów zwyczajowe obietnice Karolingów wobec papieży, ponownie potwierdził na piśmie stare darowizny i zagwarantował kanoniczne obsadzanie tronu rzymskiego. Obok i wraz z „defensio ecclesiae” władca ten, który nigdy nie wkładał korony uprzednio nie pościwszy, widzi swe kolejne główne zadanie „w nawracaniu pogan ku Bogu”

214 (Brackmann). Właśnie w jego przypadku widać „bardzo mocno dość długie powiązanie wojen na wschodzie z misją” (Bünding-Naujoks). I jeśli Kościół nie był bynajmniej jednolity pod względem interesów, to mógł się rzecz jasna modlić za Ottona i jego wojska w końcu modlitwa w litaniach i laudach 429 za wojsko już w połowie VIII wieku jest regułą 430. Podczas wojny królewskim rębajłom powiewa sztandar Rzeszy z archaniołem Michałem. I oczywiście rusza w pole z nimi również „Święta Włócznia”. W wojennej potrzebie Otton rzuca się przed nią na ziemię, żarliwie się modląc, jak choćby w marcu 939 roku na południe od Xanten. Po bitwie 2 października w pobliżu Andernach klęka przed nią do dziękczynnej modlitwy. Na ważnych spotkaniach kościelnych, synodzie generalnym w Ingelheim w roku 948, późniejszym synodzie narodowym w Augsburgu, programowo wspiera chrześcijaństwo i jego szerzenie i uroczyście obiecuje, że w każdym czasie sercem i ramieniem będzie walczył za Kościół. Burzy świątynie pogańskie i buduje chrześcijańskie bazy misyjne, dba o misjonarzy i tworzy stabilnie zorganizowane diecezje. W 967 roku na wielkim zgromadzeniu kościelnym Rzeszy w Rawennie składa raport papieżowi i członkom synodu na temat swej „działalności misyjnej” wśród Słowian. Otton I jeszcze bardziej zacieśnił tradycyjną więź Karolingów z Kościołem. On i jego następcy rozwijali odziedziczone tradycje. Otton I, Otton II i Otton III, cesarze z dynastii saskiej, jak nikt wcześniej i później opanowali Kościoły zachodnie. Otton I wydawał przepisy przeciwko duchownym, czyniącym polowania na zwierzynę łowną i kobiety, oraz przeciwko świeckim, odbierającym księżom dochody z dziesięcin. Kierował zgromadzeniami synodalnymi. W 941 udał się do Wurzburga i Spiry, a w 942 do Ratyzbony, by uczestniczyć tam w obiorze biskupa. I co oczywiste, Ottonowie rozstrzygali o objęciu biskupiego stolca przy czym Duch Święty nadzwyczaj dobrze pamiętał o królewskich krewnych. Otton ustanowił swego (pozamałżeńskiego) syna Wilhelma w 954 roku arcybiskupem Moguncji, rok wcześniej brata Brunona arcybiskupem Kolonii, a w 956 roku kuzyna Henryka arcybiskupem Trewiru. Biskupi Wurzburga Poppon I i Poppon II, Metzu Dytryk I, Verdun Berengar, Cambrai inny Berengar, Osnabrück Liudolf, to kolejni królewscy krewni. Córka Ottona, Matylda, jako jedenastoletnie dziewczę została pierwszą opatką Quedlinburga. Także papieży Ottonowie osadzali i usuwali całkowicie według własnego widzimisię. Otton I zdetronizował Jana XII i Benedykta V, Otton III intruza Jana XVI. Bez ich interwencji kościelne układy w Rzymie (s. 310 i nast.) stałyby się jeszcze potworniejsze. Katolickie majestaty nie miały zbyt euforycznego wyobrażenia na temat „namiestników Chrystusa”. Otton III jako pierwszy z całą ostrością zakwestionował „dar Konstantyna” 431 jako fałszerstwo. Biskupi przynoszący zyski instrument panowania Przede wszystkim Otton I przyciągnął do siebie biskupów i opatów wielkich klasztorów Rzeszy, by zaprząc ich do „służby państwowej”. Należący zwykle do arystokracji wysocy duchowni pochodzili często z kaplicy królewskiej, gdzie pierwotnie (również) pełnili zadania duchowne, później jednakże zostali wdrożeni do interesów władcy. Za panowania Ottona większość biskupów w Saksonii, Frankonii i Bawarii pochodziła z jego kancelarii i kaplicy nadwornej. Na początku lat pięćdziesiątych X wieku liczba kapelanów znacznie wzrosła; od późnych lat sześćdziesiątych podwoiła się wręcz, a nawet potroiła liczba personelu centralnych placówek Rzeszy. Z czasów rządów Ottona I znamy co najmniej 45 nadwornych duchownych, wśród nich nieco więcej duchownych świeckich niż zakonnych. I jak już za Karolingów funkcjonowali jako doradcy, dyplomaci, administratorzy i dowódcy wojskowi. Co oczywiste bowiem, większość „wykształconych w wierności Rzeszy i pogłębionym rozumieniu chrześcijaństwa(!) biskupów i opatów” (Hlawitschka) wyruszała z królem na wojnę. Na przykład podczas wyprawy Ottona na Francję jesienią 946 roku, gdy jego armia

215 nawiedziła grabiąc szeroko cały obszar aż po Loarę i Normandię, byli obecni w armii metropolici Moguncji, Trewiru, Reims obok wielu innych duszpasterzy. Arcybiskupi trewirscy działali w roku 946 i 948 jako dowódcy także na południu, uczestnicząc w wyprawach wojennych również między rokiem 953 a 965. Biskup Dytryk z Metzu którego poprzednik Adalbero, biorący wielokrotnie udział w wojnach, operował przypuszczalnie wcześniej we Włoszech przebywał tam za czasów Ottona nieprzerwanie przez pięć lat. Prawie tak samo długo arcybiskup Adaldag z Hamburga, wywierający wpływ na ottońską politykę Rzeszy i Kościoła, a później dzięki wojnie Ottona II z Danią (974 r.) szerzący Dobrą Nowinę i swoje „pogłębione rozumienie chrześcijaństwa” jakie nabył na pewno w nadwornej kaplicy, jakiś czas nawet jako kanclerz Ottona również w Skandynawii. Szczególnie przez cesarza cenieni Otker ze Spiry i Lantward z Minden pozostawali na południu w sumie ponad siedem lat. Łącznie da się wykazać za panowania Ottona I w Italii nie mniej niż 28 niemieckich biskupów i jeśli przypuszczalnie nie wszyscy walczyli za swego pana orężnie (jak by tego pana nie rozumieć), to z pewnością większość. Duchowni zatem działali jako reprezentanci królewskiej polityki wewnątrz i na zewnątrz kraju. Mieli wpływ na administrowanie Rzeszą, duchowną i świecką służbę na dworze, sądownictwo, rozbudowę handlu i komunikacji, decydowali o gospodarczym rozwoju swych terytoriów, o pańszczyźnie. A ich administracyjna, ekonomiczna i militarna działalność trwała przez całe średniowiecze, przy czym odgrywali znakomitą rolę przy wszystkich obiorach królów, a arcybiskupi mogunccy byli wprost uważani za królodawców 432. Oczywiście uległość państwu opłacała się klerowi. O ile bowiem król z jego pomocą zwalczał koncentrację władzy i dążenie arystokracji, a zwłaszcza książąt, do samodzielności, o tyle kler otrzymywał przy coraz większym podporządkowaniu Rzeszy ogrom praw zwierzchnich i fiskalnych, zyskiwał jednak przede wszystkim ochronę króla przeciwko zapędom arystokracji wobec jego wielkich dóbr. Poza tym silna państwowa władza centralna pozwalała na zdobywanie rozległych dóbr ziemskich dzięki podbojowi sąsiednich ludów pogańskich. Biskupi i opaci, od dawna przecież wyćwiczeni w uzyskiwaniu immunitetów (od łac. munus, „służba, urząd, łaska, dar”), byli obdarowywani w ten sposób darowiznami ziemskimi i nowymi przywilejami. Otrzymywali szersze prawa, wyłączane spod dyspozycji hrabiów i książąt. Zostało im przyznane pełne sądownictwo w tak zwanych causae maiores 433, miasta biskupie wraz z mieszkańcami wyłączone z hrabstw, a wójtostwa kościelne zrównane z hrabstwami. A często do owych przywilejów immunitetu oraz praw sądowniczych dochodziło nadanie prawa do targu, bicia monety oraz ustalania i pobierania ceł pierwotnie zastrzeżonego dla króla. Gdy przykładowo Otton w 965 roku zezwolił arcybiskupowi Bremy i Hamburga Adaldagowi na stworzenie targu w Bremie, to przeniósł nań immunitet, prawo do pobierania ceł i bicia monet z wszelkimi płynącymi z nich dochodami, za czym arcybiskup stał się panem tego miasta. Przenoszenie podobnych regaliów hrabiowskich lub królewskich na biskupów „wykraczało daleko poza to, co było wcześniej w zwyczaju w Niemczech” (Bullough). Natomiast za panowania Ottonów „przywilejów immunitetowych udzielanych panom świeckim w zasadzie nie było […]” (Schott, Romer) 434. Tak szerokie włączanie Kościoła w interesy Rzeszy stabilizowało królestwo, natomiast coraz hojniejsze wyposażanie biskupstw i klasztorów i ich stale rosnący prestiż stały się zarazem podstawą zachwiania władzy królewskiej wywołanego reformami kościelnymi w XI wieku. Lecz monarcha zdecydowanie postawił na episkopat i to na niekorzyść własnych krewnych i wysokiej arystokracji. Katolicka banda rodzinna Bawaria i bunt królewskich braci

216 Samowładne przejęcie władzy przez Ottona w Rzeszy wschodniofrankijsko-niemieckiej oznaczało z jednej strony zerwanie z karolińską praktyką podziału władzy przy sukcesji tronu na rzecz idei jedności i niepodzielności Rzeszy. Z drugiej strony usiłował on w oparciu o tradycje karolińskie wzmocnić pozycję króla wobec magnatów. I tak początek rządów doprowadził wkrótce do destabilizacji, pierwszych niepokojów, a nawet gwałtownych walk wewnątrz kraju, po części z powodu królewskich krewnych, którzy poczuli się pominięci, po części z powodu książąt, którzy uznali, że ograniczono ich prawa. Bez mała dwadzieścia lat władca, który nie chciał zawrzeć paktu przyjaźni z arystokracją Rzeszy, wikłał się w konflikty dziedziczne i na jakiś czas znalazł się na krawędzi ruiny, przy czym jego przeciwnicy mieli mocne oparcie w arystokracji, dostatecznie silnej, by jeszcze w chwili śmierci zarówno Ottona I (973 r.), jak i Ottona II (983 r.) na nowo podnieść głowę. Prawie połowę czasu swych rządów pierwszy z Ottonów musiał strawić na ustalaniu hierarchii w państwie, musiał prowadzić walki z frankijskimi chrześcijanami, katolikami, o wojnach poza granicami nie wspominając. Nawet w Saksonii i Frankonii, właściwym jądrze ottońskiego imperium, dochodziło do napięć. Gdy w roku 936, po podbiciu Słowian połabskich, król powołał na margrabiego marchii obszarów nadgranicznych nad dolną Łabą Sasa Hermanna Billunga, a rok później powierzył margrabstwo nad środkową Łabą i Soławą hrabiemu Geronowi, starszy brat Hermanna Billunga Wichman, szwagier królowej Matyldy, opuścił armię. Również Ekkehard, kuzyn Ottona, który wkrótce potem padł w walce ze Słowianami, uznawał się za równie pokrzywdzonego co Tankmar, brat przyrodni Ottona (z pierwszego małżeństwa Henryka I z Hateburgą), od początku ograniczony w prawach dziedziczenia do prywatnej spuścizny. A kłopoty były również z księciem Franków Eberhardem. Jeszcze niedawno przewodził wyniesieniu Ottona na tron królewski, a później, po sporach lennych na przygranicznych terenach frankijsko-saskich przy czym „nigdzie nie zaprzestano niszczenia i palenia” (Widukind) i arbitrażu jednego saskich wasali Ottona, został ukarany za radą dwu arcybiskupów i ośmiu biskupów 435. Do otwartego konfliktu doszło jednak z Bawarią. Tam bowiem zmarł 14 lipca 937 roku Arnulf „Zły” będący postrachem wszystkich (s. 243). Wielokrotny pogromca Węgrów zachowywał się samowładnie wobec króla i trzymał w ryzach swój kler. Otton jednakże domagał się od Bawarii większej uległości i nie chciał tolerować ani jej samodzielnej polityki zagranicznej, ani zwierzchności nad Kościołem wraz ze związanym z tym przywilejem osadzania biskupów, chciał natomiast przekształcić ten kraj w „księstwo urzędowe”. Najstarszy syn Arnulfa Eberhard (937-938) nie zgodził się na złożenie hołdu Ottonowi, uznając, że ma pełnię praw do sukcesji po ojcu wszak został przez niego desygnowany na władcę Bawarii już w 935 roku. Eberhard i jego bracia sprzeciwili się pełniejszemu włączeniu Bawarii do Rzeszy. Odmówili tzw. comitatus znanego już starożytnym Rzymianom pojęcia politycznego o szerokim spektrum znaczeniowym, interpretowanego tutaj jako obowiązek służby wojskowej. Doszło, podaje biskup Thietmar, „do prawdziwie poważnych niezgodności wśród naszych rodaków i towarzyszy broni”. Król szukał rozstrzygnięcia zbrojnego i z początkiem 938 roku wkroczył do Bawarii, doznał jednak porażki. Na to hrabia Wichman, starszy brat Hermanna Billunga (s. 294 i nast.) i starszy brat przyrodni Ottona Tankmar razem z frankijskim księciem Eberhardem wczesnym latem tego roku uderzyli na Ottona. Wzięli jego młodszego brata Henryka jako zakładnika, a podczas gdy Eberhard wiódł go ze sobą w swobodnym areszcie, Tankmar zdobył Eresburg. Król ruszył do Eresburga (koło Obermarsberg nad rzeką Diemel), gdzie buntownicy poddali się, otworzyli bramy, a nadciągający oddział zapędził Tankmara, „zmęczonego walką

217 młodzieńca do kościoła Św. Piotra” (Thietmar); Sasi czcili tu niegdyś Irminsul, póki go nie zniszczył „wielki” Karol (IV, s. 278). I chociaż Tankmar, „akt symbolicznopaństwowy”, złożył swój złoty naszyjnik i broń na ołtarzu, zamordowano go opłakiwanego rzekomo później w głos przez Ottona od tyłu rzucając włócznię. „Nie wzdragali się pisze Widukind wyważyć siłą drzwi i wtargnęli zbrojnie do świątyni. Tankmar stał obok ołtarza i złożył tamże broń wraz ze złotym łańcuchem […]. Lecz jeden z rycerzy, o imieniu Maincia, przeszył Tankmara od tyłu przez okno obok ołtarza włócznią i zabił go obok ołtarza”. A potem rycerz zrabował jeszcze złoto. Prawo azylu, zastrzeżone w czasach rzymskich głównie dla świątyń, i nawet w czasach merowińskich odgrywające dużą rolę, nie było ówcześnie już praktycznie przestrzegane. Po nowej wyprawie Ottona na Bawarię jeszcze w tym samym roku król zdetronizował jej księcia Eberharda i skazał na banicję, po czym zniknął on z kart historii. Jego miejsce zajął, obdarzony już mniejszą swobodą i mniejszą władzą, brat zmarłego Arnulfa, Bertold z Karyntii, książę z łaski Ottona; o sukcesji w Bawarii oraz obsadzaniu diecezji decydował teraz król 436. Niezadowolony był jednakże również młodszy brat Ottona, Henryk, w przeciwieństwie do niego urodzony już jako syn króla. Wspierany przez matkę ich obu i saskich możnych, zażądał nie tylko współregencji, lecz tronu w ogóle, przejęcia całej władzy i to chyba zaraz po śmierci ojca. Dlatego usunięto Henryka na czas intronizacji Ottona w Akwizgranie. Zbuntował się więc w 939 roku, zaraz po uwolnieniu, razem ze swoim szwagrem, księciem Gizelbertem z Lotaryngii (prawnukiem Lotara I), podczas koronacji Ottona służącym jako podkomorzy, i z księciem Eberhardem z Frankonii, który tak bardzo skorzystał na usunięciu wszystkich starszych Babenbergów (s. 238 i nast.). Eberhard poddał się po śmierci Tankmara, przedtem jednak zawiązał z drugim bratem króla, Henrykiem, nadzwyczaj groźny spisek, mający na celu doprowadzenie go do władzy. Oddziałom królewskim udało się wprawdzie w marcu 939 roku pod Birten nad dolnym Renem (na południe od Xanten) rozstrzygnąć na swoją korzyść pojedynek z przeważającymi siłami Gizelberta i Henryka, lecz było to szczęśliwe zwycięstwo dzięki oskrzydlającemu uderzeniu na tyły przeciwnika, co przypisywano oczywiście modłom króla i „Świętej Włóczni”, obecnym na prawym brzegu Renu. „O Boże, wszystkich rzeczy stwórco i władco, wejrzyj na swój lud […]”. Wszakże z Bożą pomocą „wszyscy zostali albo zabici lub pojmani, albo co najmniej zmuszeni do ucieczki” (Widukind). Bunt jednak rozszerzał się coraz bardziej. Powstańcy znaleźli oparcie w zachodniofrankijskim Karolingu Ludwiku IV, podczas gdy Otton związał się z jego wewnętrznymi wrogami, potężnym Robertynem, księciem Hugonem z Francji, który w 937 roku poślubił siostrę Ottona Hadwig 437 (Jadwigę), oraz Heribertem II z Vermandois (który w 925 roku kazał wynieść na co najmniej dwadzieścia lat do godności arcybiskupiej w Reims swego pięcioletniego syna, również Hugona). Otton, chcący przeciwdziałać utracie Lotaryngii, kazał ją spustoszyć podczas wyprawy na zachód latem tego roku. A gdy jego przeciwnicy wśród nich „również kilku przestępczych i znienawidzonych od Boga mężów Kościoła” (Continuator Reginonis), jak arcybiskup Fryderyk z Moguncji, wysłany przez Ottona jako pośrednik usiłowali odciąć mu odwrót do Saksonii, a wielu z jego ludzi już zdążyło uciec, uratowały go od katastrofy oddziały szwabskie pod wodzą Konradynów, hrabiów Udona i Konrada Kurzbolda, bliskich krewnych nie tylko księcia Szwabii, lecz również księcia Eberharda. Zaatakowali oni 2 października 939 roku znienacka rebeliantów pod Andernach i pobili ich. Eberhard z Frankonii padł w walce, Gizelbert z Lotaryngii podczas ucieczki w wodach Renu „i nigdy nie został odnaleziony” (Widukind) 438. W ten wielki bunt przeciwko królowi byli uwikłani również wysocy duchowni. I tak podczas powstania lat 938-939 biskup Ruthard ze Strasburga, lub biskupi Bernain z Verdun,

218 Gozlin z Toul, święty (jego święto przypada na 7 września), i Adalbero I z Metzu, gorliwy reformator, oraz opat klasztoru St. Trond. Metz stał się nawet miejscem zbiórki wszystkich przeciwników niemieckiego władcy. A podczas gdy zwalczał on rokosz na zachodzie, a na wschodzie pogańscy Węgrzy najechali Turyngię i Saksonię, Adalbero promotor lotaryńskiego ruchu reformatorskiego zburzył walcząc przeciw królowi kaplicę Ludwika Pobożnego w Diedenhofen (Thionville), by nie stała się szańcem wroga. Na uwagę zasługuje tutaj nowy moguncki książę Kościoła, wedle współczesnego kronikarza, znanego jako Continuator Reginonis, ujawniający swą cnotę jedynie w tym, „że zawsze przyłączał się jako drugi tam, gdzie tylko ktoś dał się poznać jako wróg króla”. Przy tym hildesheimski kanonik Fryderyk ledwie pod koniec czerwca został przez Ottona powołany na arcybiskupa i, zapewne jeszcze w tym samym roku, przez papieża Leona VII na apostolskiego wikariusza i papieskiego legata na całe Niemcy, to przy okazji zarazem był szczuty przez Ojca Świętego, by „wypędzał żydów odmawiających chrztu”. (Kronikarz i ksiądz Flodoard z Reims, w orszaku tamtejszych duszpasterzy biorący udział w różnych wyprawach wojennych, podczas misji politycznej do Rzymu w 936 roku spożywał posiłek z nienawidzącym żydów pontifeksem i odniósł „nadzwyczaj korzystne wrażenie jego […] serdeczności”: Kelly). Jak Leon VII, tak i jego wikariusz arcybiskup Fryderyk niekiedy całkowicie bezkrytyczny i oderwany od życia przed którym kiedyś właśni diecezjanie zamknęli drzwi po zdradzie króla, oddany był reformie, surowej dyscyplinie wśród zakonników. Nie podobało mu się traktowanie dóbr kościelnych we własnej diecezji, jak i uprzywilejowana pozycja klasztoru w Fuldzie. Król ze swej strony zamknął mogunckiego arcypasterza i papieskiego legata trzymającego jak jego poprzednik od czasu wojny przeciwko Babenbergom z Konradynami w latach 939-940 i 941 w klasztornym areszcie. Po pokonaniu buntowników Otton podporządkował księstwo Frankonii sobie samemu straciło ono samodzielność na zawsze. A Lotaryngię nadał (jako następcy Gizelberta) swemu ułaskawionemu w 940 roku bratu Henrykowi, który nie zdołał się w niej utrzymać i już tej samej jesieni został z niej przepędzony. Wciąż żądny korony, do której miał pewne prawa, usiłował zamordować króla zawiązując spisek, i to akurat w świętą Wielkanoc (941 r.) w Quedlinburgu. Rzecz się jednak wydała. Otton kazał ściąć wielu spiskowców, przeważnie z saskiej arystokracji. Podejrzany również metropolita moguncki, ledwie rok wcześniej wypuszczony z aresztu klasztornego w Fuldzie, „oczyścił” się publicznie dzięki „sądowi bożemu”, czyli komunii. A buntujący się ustawicznie braciszek, pojmany i zawleczony do Ingelheim, padł jeszcze w Boże Narodzenie tego roku do stóp potężniejszego brata, został znów łaskawie przyjęty i po jak by nie było trzech buntach nie został potraktowany jako recydywista 439. „Dbałość o krewnych” i jej skutki: bunt Liudolfa By nie doznać porażki, jak jego ojciec Henryk, z powodu aspiracji książąt, Otton prowadził od 940 roku pewną „politykę rodzinną”, oddawał mniej lub bardziej lubianym krewnym księstwa, raczej peryferyjne, by ich trzymać z dala od centrów władzy Saksonii i Frankonii. Lub wydawał krewnych za oddane mu osoby. I tak dał swemu zbuntowanemu, choć przy podziale dziedzictwa wyraźnie pokrzywdzonemu bratu Henrykowi najpierw księstwo Lotaryngii, co było oczywiście złym posunięciem; następnie, po śmierci księcia Bertolda w 947 roku, księstwo Bawarii, ignorując jednakże wprowadzone tam przez Luitpoldingów prawo dziedziczenia. Nowy władca zaś, Henryk I (948-955), był żonaty od dziesięciu lat z Judytą z Luitpoldingów, córką wcześniejszego księcia Arnulfa. Jednakowoż długi czas nie wszyscy w Bawarii zgadzali się z takową obsadą książęcego stolca, m.in. salzburski arcybiskup Herold (939-958, zm. ok. 970 r.). Jako stronnik Liudolfa opuścił podczas powstania w 954 roku króla i otwarcie przeszedł

219 do obozu jego wrogów. Został jednak pojmany i jako (rzekomy) kolaborant Węgrów po bitwie pod Mühldorf nad rzeką Inn, przypuszczalnie 1 maja 955 roku oślepiony i wygnany przez Henryka bawarskiego, co w owym czasie, dotyczyło bowiem jednego z książąt Kościoła, bardzo wzburzyło umysły. Lecz nawet na łożu śmierci książę nie chciał żałować swego czynu, choć żądał tego biskup Michał z Ratyzbony. Jak i jego brat Otton również Henryk, „jaśnie oświecony książę Bawarii”, nie był nadmiernie wrażliwy „na okropieństwo barbarzyńców i wszystkich ludów sąsiednich, a nawet Greków” (Vita Brunonis). Gdy na przykład w 951 roku zdobył Akwileję, by rozszerzyć swe wpływy w Italii, kazał pozbawić męskości tamtejszego patriarchę Engelfryda (ok. 944-963). Jednego z hierarchów oślepił, innego wykastrował lecz osobiście był dobrym katolikiem. Gdy wkrótce potem zmarł, jego małżonka Judyta bawarska żyła „w głębokiej żałobie” i „jako wdowa wstrzemięźliwie”, dostała się jednak „zastanawiająco na ludzkie języki” ze względu na swego doradcę, biskupa Abrahama z Freising (957-993). Jednakże biskup Abraham okazał się dzięki sądowi bożemu, przyjęciu komunii, „czysty na duszy i ciele” (biskup Thietmar). Aby jeszcze bardziej skonsolidować swe panowanie, król nawiązał dynastyczne więzi z możnymi Rzeszy. I tak wydał w 947 roku swą szesnastoletnią córkę Liudgardę za równie młodego Franka nadreńskiego Konrada Czerwonego 440, posiadającego bogate dobra w regionie Wormacji i Spiry, od trzech lat księcia Lotaryngii (944-953) i od dłuższego czasu jednego z najbardziej zaufanych Ottona. Poza tym ożenił swego najstarszego, lecz jeszcze w młodzieńczych latach, syna Liudolfa, w 946 roku desygnowanego na następcę tronu, w tym samym 947 roku z Itą, córką nie posiadającego synów Hermanna I ze Szwabii (926-949), głowy frankijskich Konradynów. Po śmierci Hermanna Liudolf został księciem Szwabii (950-954) był to „młodzik o osobliwej sławie i poważaniu”, któremu jednak „dochodzenie do władzy nie wydawało się dostatecznie szybkie” (Vita Brunonis) 441. Nie udało się konsekwentnie zdążającemu do celu monarsze powiązać Ściślej z koroną przy pomocy księstw czy korzystnych mariaży członków swego rodu, pokrzywdzonych jego jedynowładztwem. Uprzywilejowani cierpieli na jeszcze większy głód władzy i tak doszło co powtarza się w chrześcijańskich domach panujących z pokolenia na pokolenie do nowego buntu, buntu Liudolfa w 953 roku. Widział on zagrożenie w swym stryju, księciu Bawarii Henryku, jak również w synu Ottona z jego drugiego małżeństwa z Adelajdą, Henryku, urodzonym pod koniec roku 952, zmarłym zresztą już dwa lata później. Bardzo dla króla groźnemu powstaniu, buntowi wielu niezadowolonych, przewodził Liudolf, najstarszy syn z małżeństwa z Edgit, książę Szwabii (ze ścisłymi kontaktami z klasztorami St. Gallen, Reichenau, Pfafers i Einsiedeln) i Konrad Czerwony, zięć Ottona, od 944 roku książę Lotaryngii, „do niedawna jeszcze najdzielniejszy książę, teraz jednak najbezczelniejszy rozbójnik”. Obaj książęta buntownicy walczyli „wszelkimi środkami przemocy i w nie mniejszym stopniu chytrości, nie spoczywali ni w dzień, ni w nocy, siali nieufność wśród swych przeciwników, nie zaniedbywali niczego i nie cofali się przed niczym. Ich największym celem było dostać jakimś sposobem w swe ręce największe i najbogatsze miasta Rzeszy. Stąd, tak mniemali, mogliby opanować z łatwością wszelkie części Rzeszy”. Otton nazywał insurgentów, mających pustoszyć kraj w powiązaniu z Węgrami, „wrogami kraju”, „zdrajcami ojczyzny”, „dezerterami, którzy w swej obrażającej Boga bezczelności najchętniej widzieliby mnie samego zamordowanym, jak sądzę z ich ręki, lub inną najgorszą śmiercią” (Vita Brunonis). Prawie wszyscy Luitpoldingowie przeszli do obozu buntowników, jak choćby większość szlachty bawarskiej w ogóle; również palatyn Arnulf, syn księcia Arnulfa „Złego”, już podczas buntu z lat 937-938 wśród rebeliantów, jednakże przez Ottona mianowany na

220 hrabiego, a dopiero w 953 przez Ottonowego brata Henryka (gdy podążył ze swą armią do Moguncji wesprzeć króla) na swego namiestnika. Po stronie buntowników, których rewolta objęła wkrótce całe południowe Niemcy, a nawet przeniosła się do Saksonii, stali również arcybiskup Herold z Salzburga i ponownie arcybiskup Fryderyk z Moguncji, który potem na zgromadzeniu w Langenzenn w czerwcu 954 roku zapewnił, że nigdy nie przedsięwziął niczego przeciw należnej królowi wierności, w istocie natomiast jak uważał sam władca w wielu „obudził chęć szaleństwa wojny domowej” (Vita Brunonis). Pozostawił buntownikom jako punkt oporu Moguncję, którą Otton oblegał na próżno przez dwa miesiące w lipcu i sierpniu 953 roku. Jak już na Wielkanoc 941 roku król uszedł zaplanowanemu nań zamachowi jego katolickich krewniaków. Następująca po tym wojna domowa, pełna przemarszów, ataków, oblężeń i szturmów różnych grodów i miast, potyczek głównie o Moguncję i Ratyzbonę, toczyła się początkowo niekorzystnie dla Ottona, przyniosła jednak szczególnie ciężkie straty ludowi w mieniu i życiu ludzkim, wszak król „pustoszył i palił […] w kraju” (Thietmar). Również bawarska stolica Ratyzbona, oblegana bezskutecznie całymi miesiącami pod koniec 953 roku, poszła przy okazji częściowo z dymem. Jednakże prawie wszystkie umocnione miejsca w Bawarii trzymały stronę buntowników, a Otton stał pod zamkniętymi bramami. Do tego wiosną 954 roku wtargnęli Węgrzy, „ta dawna zaraza ojczyzny” (Vita Brunonis), niespodziewanym atakiem aż po Ren i Lotaryngię. W końcu akurat niepokoje, waśnie, wojny domowe jawiły im się jako odpowiednie momenty do ich łupieżczych wypraw. Im mocniej chrześcijanie się bili ze sobą, tym lepiej. Również teraz węgierskie zagony wykorzystały zatem wewnątrz katolickie jatki do pustoszącego najazdu na Niemcy, zwłaszcza na południu. Pewnie również tym razem, jak to często było, książęta Rzeszy wykorzystali wroga swego kraju jako mile widzianego sprzymierzeńca. Liudolf, tak twierdzi przynajmniej Thietmar, wziął „przeciwko swemu ojcu i królowi jako towarzyszy na żołd awarskich łuczników”. Także Konrad Czerwony był obwiniany o współpracę z Węgrami. Jednakże właśnie z tego powodu nastroje zmieniły się na korzyść Ottona. A jeśli nawet paru dostojników niemieckiego Kościoła, jak arcybiskupi Fryderyk i Herold, stało po stronie buntowników, to w decydującym momencie króla uratował od klęski nikt inny, jak mężny święty, Ulryk z Augsburga w Dzień Niewiniątek powołany na biskupa który przesiadł się z wozu na konia i przygalopował na pomoc zgnębionemu królowi. I również w końcowym stadium walki hufiec Ulryka (oraz biskupa z Chur) odegrał decydującą rolę 442. Otton stworzył sobie dzięki hojnemu wyposażaniu episkopatu w dobra i przywileje skuteczną podporę, przeciwwagę dla władzy książąt, co wyraziło się przede wszystkim w servitium regis, „służbie dla Rzeszy” pełnionej przez diecezje i opactwa. Przełożyły one oczywiście ten ciężar na swych poddanych, podczas gdy obowiązek świadczenia wysokiej arystokracji był niepewny. Personel „służby dla Rzeszy”, będącej często służbą wojenną, brał Otton w coraz większym stopniu ze swej nadwornej kaplicy, której poświęcał szczególną uwagę 443. Na temat ottońsko-salijskiego systemu kościelnego Rzeszy wywiązała się w ostatnim czasie dyskusja: a mianowicie, czy stworzony przez dawniejszych badaczy (L. Santifaller) typologiczny porządek był historycznie uzasadniony. Czy zatem Otton I stworzył nowy typ w ramach „systemu kościelnego Rzeszy”, czy za czym istotnie więcej przemawia kontynuował jedynie mocniej tradycje karolińskie, rozwijał z większym naciskiem i konsekwentniej pewne elementy kontynuacji w końcu też w karolińskim kościele Rzeszy decydującą rolę odgrywały klasztory, a w ottońskim diecezje. Niejako duchowny urząd biskupa (zasadzający się na zupełnie bezpodstawnych, do tego całkowicie przejętych z innych religii

221 pojęciach wiary, ukazanych przeze mnie w ścisłym związku z historyczno-krytyczną teologią w I znowu zapiał kur) od dawna był przeniknięty zadaniami polityczno-militarnymi, nawet jeśli „świeckie” władztwo i orientacja „narodowa” hierarchów za czasów Ottonów stały się jeszcze wyraźniej widoczne. Nie ma tu nic zasadniczo nowego, raczej od stuleci coraz bardziej rzucający się w oczy instrument panowania, przy pomocy którego nota bene biskupi i opaci dążyli do własnych celów, na dłuższą metę z wielką szkodą dla państwa 444. „Christi bonus odor” (przyjemny zapach chrześcijanina) albo „królewskie kapłaństwo” Znamiennym ucieleśnieniem, wręcz prototypem ottońskiego księcia Kościoła, był rodzony brat Ottona Brunon, urodzony w maju 925 roku najmłodszy syn króla Henryka I i królowej Matyldy, w latach 953-965 arcybiskup koloński. Od najwcześniejszych lat przeznaczony do stanu duchownego już jako czterolatek wychowywany był w szkole katedralnej Balderyka z Utrechtu (918-976), hierarchy spokrewnionego z domem królewskim. W wieku czternastu lat Brunon na życzenie brata znalazł się na dworze, gdzie wkrótce zdobył decydujące wpływy. Już w 940 roku, jako piętnastolatek, awansował na kanclerza, a w 951 roku jeszcze przed mianowaniem na biskupa, rzecz wielce niezwykła na arcykapelana i arcykanclerza, mając zarazem nadzór nad kancelarią dworską. W 953 roku, mając 28 lat, został arcybiskupem kolońskim; władał ostatecznie większością diecezji i opactw, a w kulminacyjnym momencie buntu Liudolfa faktycznie również księciem Lotaryngii: „archidux”, jak nazywa go jego pierwszy biograf, mnich Rotger, ściągając słowa archiepiscopus i dux, ujmując podwójną pozycję Brunona jako księcia Kościoła i Rzeszy. Wszak okryty sławą święty także w Lotaryngii „usunął militarnymi środkami […] wszystkie przeciwstawiające się królestwu opory arystokracji” (Patzold). Na dworze, gdzie Brunon „pośród swych służących-purpuratów” pojawiał się „w prostym odzieniu i chłopskim kożuchu z owczych skór” (Vita Brunonis) nie biorąc przy tym kąpieli („Christi bonus odor”), kształcono pod jego kierownictwem w kaplicy, a szczególnie w kancelarii, młodych duchownych na biskupów, opatów, na mężów obeznanych równie dobrze z ideą nawracania chrześcijan, jak i augustyńską ideą (I, s. 316 i nast.) „wojny sprawiedliwej”, bellum iustum, oraz wojny napastniczej: przydatne do usprawiedliwiania masowego mordowania „niewiernych”. Arcybiskup Brunon był zatem z jednej strony szermierzem „reformy”, propagującym monastyczne pryncypia z Gorze, słynnego lotaryńskiego opactwa benedyktyńskiego (data założenia 748 przyjęta została na podstawie sfałszowanych dokumentów), a z drugiej zaś ruszał w pole ze swymi żołnierzami choć nigdy mu nie zależało, by coś „podobało się jemu samemu, lecz Bogu” (Vita Brunonis) najeżdżał krwawo hrabiów i innych możnych, łupił w końcu chrześcijan, katolików, burzył grody „w domu i na wojnie”, jak zdradza jego biograf, „niestrudzony bojownik Pana”. Co najmniej sześć razy święty biskup walczył na czele swych oddziałów badacze historii nazywają to vita activa. Oblegał (w 959 i 960 roku) Dijon i Troyes. Walczył ze swymi oddziałami w Burgundii i Francji, interweniował zwłaszcza w Lotaryngii, wielokrotnie powstającej przeciw niemu, i to brutalnie. Całkowicie zniszczył militamie hrabiego Reginara III. Został on przez króla skazany na banicję, a jego dobra skonfiskowane; w roku 973 zmarł na wygnaniu w Czechach. (Jego synowie, Reginar IV i Lambert, wróciwszy do kraju po śmierci Ottona, już w 974 roku na wieść o nadciągającym Ottonie II musieli uciekać do Rzeszy wschodniofrankijskiej). Natomiast biskupowi Berengarowi z Cambrai (956-962), którego poddani zbuntowali się podczas jednej z podróży na dwór królewski, Brunon pomógł wrócić do miasta, po czym Berengar rozpoczął rządy terroru, napadł przy nadarzającej się okazji na swych diecezjan i wielu kazał zabić, nie

222 utrzymując się zresztą długo w Cambrai. (A jego następca, biskup Ansbert [966-971], też rządził jedynie dzięki pomocy z zewnątrz). Przy tym wszystkim, do czego skłaniała go „nędza ludu”, św. arcybiskup był oczywiście zawsze „mężem bożym Brunem” (Vita Brunonis), skrycie nastrojony po mniszemu eschatologicznie, ukierunkował swój umysł na życie w innym świecie. Jednakże w walce po stronie królewskiego brata, „światła kręgu ziemskiego”, „pomazańca pańskiego”, wszyscy przeciwnicy niezależnie od wiary, a stan taki występuje w chrześcijaństwie przez wszystkie tysiąclecia! stają się czystymi diabłami; „pędzeni przez ducha nienawiści”, „płonący dla Szatana”, szerzą „truciznę swej złości w całym ciele Rzeszy”: wiarołomcy, bandyci, „zaraza rodu ludzkiego”, „wściekłe wilki pustoszące Kościół Boży” etc. Natomiast w św. Brunonie „miłość” jednoczy wszystko, najwyższą szlachetność, wysokie urzędy, godności, mądrość i najgłębszą pokorę, łagodność, codzienne postępy w cnocie. Dodaje przecież, jak miał się wyrazić sam Otto, „do naszego królewskiego panowania królewskie kapłaństwo”. Święty jest zatem „zarazem godny miłości, jak i budzący strach”, jest to leży w charakterze rodzinnym zupełnie jak jego brat: „pomijając okrucieństwo królewskich kar zawsze łaskawy”. A nawet, „wśród łagodnych i pokornych nikt nie był łagodniejszy i bardziej godny miłości, wobec złych i pysznych nikt nie był surowszy”. Arcybiskup Bruno bowiem, „chrześcijanina dobry zapach”, nie dysputował jedynie ze swym biografem, „on uprawiał politykę i zajmował się niebezpiecznym rzemiosłem wojennym”. Nie, był także „dzień w dzień” ucieczką uciśnionych i biednych. Wszakże nawet na wojnie czynił rzeczy dobre i uzdrawiające „również sprowadził do katedry i innych kościołów skarby zbawienia, relikwie świętych, w ilości jak chyba żaden z jego poprzedników” (Oediger); „cudne perły i słodkie fanty”, „z prawie wszystkich krajów i krańców świata” (Vita Brunonis) 445. „Cudne perły” i trzydziestoletnia walka o prymat Za najlepszy, najpiękniejszy i najznakomitszy z wszystkich skarbów Brunona uchodziły laska i łańcuchy św. Piotra. Relikwie te (jak i wiele innych), które biskup zdobył z prawdziwą „miłością”, „z zachwytem”, laskę z Metzu, a ogniwa łańcucha przypuszczalnie w 955 roku od papieża Agapeta II z Rzymu, były oczywiście ze szczętem fałszywe. Akurat o laskę Piotrową pokazywaną jeszcze w XX wieku w kolońskim skarbcu katedralnym! rozgorzała prawdziwa trzydziestoletnia walka między metropolitami Kolonii a Trewiru. Wszak godność stolca biskupiego i jego tak ważny w religii nauczającej pokory prymat wobec innej diecezji -zależały w istocie od tego, czy jego założenie da się wywieść od Piotra lub jednego z jego uczniów, co oczywiście należy włożyć między bajki (por. II, s. 38 i nast.). Metz i Trewir rościły sobie więc pretensje do „uczniostwa Piotrowego” (zapisanego dopiero w IX wieku). A przeciwko przygniatającej przewadze, jaką zdobył Brunon z Kolonii, powoływano się na rzekomą apostolską sukcesję siedziby trewirskiej i wspierano bajeczką o lasce Piotrowej, w której wszystko zostało zmyślone; w każdym razie przynajmniej wskrzeszenie kolońskiego arcypasterza Maternusa źródła historyczne odnotowują, że żył on w IV stuleciu, lecz miał zostać wysłany na misje przez apostoła Piotra! Po jego nagłej śmierci sprowadzono laskę Piotra z Rzymu i przy jej cudownej pomocy pogrzebany już od czterdziestu dni w Alzacji Maternus miał zostać ożywiony, a później wybrany na biskupa Trewiru. Innym razem tak mocno trzymający się życia biskup nie można mu tego przecież brać za złe miał powstać z martwych na dziewięć lat w czasach Karola Wielkiego. A w ogóle, jak to podają chrześcijańscy kronikarze, św. Maternus (dobry na infekcje i gorączki, święto 14 września) miał nawet być krewnym Jezusa, a mianowicie znanym z Ewangelii młodzieńcem z Nain, tak że byłby trzykrotnie zmarł i ponownie zmartwychwstał jeśli o jego wskrzeszeniu donosi jedynie Łukasz, a wszyscy pozostali ewangeliści, wymieniający

223 wiele mniejszych cudów Jezusa, na ten temat jednak milczą. Na marginesie: w roku 1059 również metropolita Reims uzasadniał swe prawa do koronacji królewskiej powołując się na laskę Piotra, którą niegdyś papież Hormizdas miał przekazać Remigiuszowi z Reims! Brunon z Kolonii zawładnął więc, przypuszczalnie w 953 roku, znajdującą się w katedrze w Metzu złowieszczą laską, by pozbawić podstaw dążenia Trewiru do prymatu. Jednakże w latach sześćdziesiątych X stulecia sfałszowano, zapewne wśród duchownych katedry trewirskiej, tak zwany dyplom Sylwestra, wedle którego papież Sylwester I (314-335) potwierdza kościołowi trewirskiemu prawa prymatu nad biskupstwami galijskimi i germańskimi, jakich kiedyś udzielił sam Piotr! A na podstawie tego falsyfikatu papież Jan XIII przyznał 22 stycznia 969 roku arcybiskupowi Trewiru Teoderykowi (965-977) upragniony prymat nad Galią i Germanią. Niestety tak wtedy ważna „laska Piotrowa” znajdowała się w Kolonii. Jednakże arcybiskupowi trewirskiemu Egbertowi (977-993), kształconemu w królewskiej kaplicy nadwornej, który w 976 roku został kanclerzem Ottona II, udało się uzyskać od arcybiskupa Kolonii Warina (975985), złamanego może ciężarem „historycznych dowodów” Trewiru, zgodę na podział laski. Z chrześcijańskiego punktu widzenia każda część relikwii jest równie dobra jak cała, i w podzielonej tkwi bowiem uzdrawiająca moc całej. Arcybiskup Egbert, w równym stopniu mający na uwadze materialne bezpieczeństwo swej diecezji, jak i aspiracje do prymatu nad Galią i Germanią, kazał sporządzić dla swego fragmentu nadzwyczaj kunsztowną gałkę, dzięki czemu ostatecznie przewyższył koloński „oryginał” i uczynił trewirską laskę Piotrową jednym z arcydzieł „ottońskiego złotnictwa” (Achter). Nie dość na tym. Wyczerpujący napis na kunsztownym dziele opowiada o historii laski, wedle której została ona kiedyś „przesłana w celu wskrzeszenia Maternusa przez niego (Piotra)” i wypomina przy tym łagodnie przywłaszczenie sobie trewirskiego dobra kościelnego przez arcybiskupa Brunona z Kolonii, który zażądał laski. „Źródła pisane uwidaczniają z całą ostrością prowadzoną od połowy wieku przez Trewir walkę o prymat i laskę. Im bardziej Trewirowi groziło wypchnięcie z szeregu niemieckich biskupstw, tym intensywniej dążył do eliminacji rywali poprzez demonstrowanie własnego wieku i apostolskiego nadania” (Achter) 446. Po stłumieniu buntu Liudolfa poszczęściło się Ottonowi I jeszcze dalsze i większe umocnienie jego władzy, zwycięstwo na Lechowym Polu nad Węgrami. (Porażka z nimi wpędziłaby go zapewne w nowe konflikty wewnętrzne). Bitwa na Lechowym Polu (955 rok) wielki „dar bożej miłości” Pod Augsburgiem jego biskupi są uznawani od IV do VIII wieku (od Zosimusa/Dionizego po Marcjana) za „legendarnych”, to znaczy wymyślonych (źródłowo pewny jest dopiero biskup Wicterp, zm. przed 772 r.), pod Augsburgiem armia szwabskofrankijska pod wodzą Ludwika Dziecięcia została już raz pobita przez Węgrów w roku 913, a w 926 roku najeźdźcy ponownie spustoszyli okolice miasta. A jak w 954 roku, tak i w rok później najechali Bawarię, by skorzystać na wojnie domowej w Niemczech, na buncie Liudolfa. Grasowali między Dunajem a rzeką Iller, rabowali nieumocnione miejscowości i rozpoczęli oblężenie biskupiego miasta Augsburga. Tym razem króla nie powstrzymywały już rebelie we własnym obozie. Raczej szybko zmobilizował własne zastępy z prawie wszystkich niemieckich plemion, zwłaszcza Franków, Bawarów i Szwabów, a nawet z Czech. Brakło jedynie wojsk lotaryńskich i większości saskich, gotujących się na Słowian. Za to po chrześcijańskiej stronie walczył prawdziwy święty, biskup Ulryk z Augsburga pewnie walczył również i morderca świętego, bratobójca Czech Bolesław (s. 266 i nast.), przymuszony przez Ottona w 950 roku za pomocą wyprawy zbrojnej do hołdu lennego.

224 Gdy król niemiecki nadciągnął i „ujrzał ogromne wojsko Węgrów, pomyślał sobie, że nie może zostać pokonane przez ludzi, chyba że Bóg się zlituje i ich wybije” (Vita Oudalrici) 447. A Bóg i Otton współpracowali ze sobą; przy czym Otton nie szczędził obietnic i gróźb, obiecywał jednak swym wojownikom zwłaszcza „zapłatę i łaskę za ich pomoc”, „wieczną zapłatę, gdyby padli, a radości tego świata, jeśli będą zwycięzcami” (Thietmar). Zatem, przynajmniej dla niektórych, nie powinno pójść źle. Podczas gdy Węgrzy swoich do bitwy naganiali biczami (Vita Oudalrici), katolicki król zastosował całe duchowne instrumentarium, uczynił wszystko, co się czyni w przypadku chrześcijańskich masowych mordów, by przekupić niebo i spreparować potencjalne ofiary bitwy metafizycznie. Już na dzień naprzód nakazał w obozie post, a potem ślubował wśród łez, że za zwycięstwo w tym dniu ustanowi w Merseburgu biskupstwo, jego świeżo rozpoczęte palatium każe zaś rozbudować w kościół. „Podniósł się z ziemi, wysłuchał mszy i przyjął komunię wręczoną przez swego dzielnego spowiednika Ulryka, następnie bez zwłoki chwycił tarczę i Świętą Włócznię i jako pierwszy przed swymi wojownikami wdarł się w szeregi stawiających opór wrogów […]” (Thietmar). Myli się kronikarz, nie mógł bowiem „spowiednik Ulryk”, zamknięty w oblężonym Augsburgu, udzielać komunii królewskiemu wodzowi, jednakże widać tutaj, jak „niezwłocznie” msza święta, święta komunia, święta włócznia zostały przekształcone w jak to pisze biskup „krwawe dzieło”. Bardzo dobrze. (A dokładnie tak samo jeszcze w wielkich chrześcijańskich orgiach zniszczenia XX wieku a tak na marginesie, to „święta włócznia” jest teraz w muzeum i nie ma przy niej też żadnego króla czy niestety! Najwyższego Wodza, żeby dało się za jej przyczyną przegrać dostatecznie dużo) 448. Mnich Widukind przekazuje jeszcze krótką, naprawdę godną uwagi mowę Ottona I bezpośrednio przed powszechnymi jatkami: „To, że w tym ucisku musimy być dobrej myśli, widzicie sami, moi mężowie, którzy wroga nie z oddala (!), lecz z bliska widzieć musicie. Do tej pory walczyłem ze sławą przy pomocy waszych zbrojnych ramion i zawsze zwycięskiego oręża i poza (!) moją ziemią i Rzeszą wszędzie zwyciężałem; czy mam teraz w moim własnym kraju i państwie pokazać plecy? […]. Musielibyśmy się wstydzić, panowie prawie całej Europy, gdybyśmy się teraz poddali wrogom”. Do tej pory, wyznaje niemiecki majestat królewski, jego mężowie zwalczali wroga (Otton zapomina o wielu wojnach domowych!) oczywiście „w oddali”, „poza moją ziemią i Rzeszą […]”. Jasno i wyraźnie powiedziane, co wszakże i bez tego jest oczywiste, że Frankowie i Niemcy postępowali całkiem podobnie do przeklętych od Boga Węgrów; napadali obce kraje i ludy, pustoszyli, mordowali, uprowadzali zakładników i jeńców, a nawet anektowali całe połacie kraju. I tylko w ten krwawy i barbarzyński sposób podobny Węgrom Frankowie i Niemcy, jak pyszni się jego królewski majestat, stali się „panami prawie całej Europy”. Główna różnica jest jedynie papierowej, historiograficznej natury, polega tylko na kolosalnej hipokryzji, ładniej powiedziawszy stłumieniu lub, jeśli kto woli, „ojczyźnianemu” zacietrzewieniu (do dziś „uwarunkowanemu epoką”!), polega jedynie na tym, że chrześcijańska historiografia swych (pogańskich) antagonistów Węgrów tutaj wziąwszy jedynie jako pars pro toto przyrównuje na okrągło do diabłów, wręcz hołoty, podczas gdy nie inaczej (w podwójnym tego słowa znaczeniu) zdychających własnych diabłów przedstawia jako świetlistych zwycięzców, szlachetnych rycerzy, bohaterów, a wszystko to w eufemistycznej otoczce, nie, po prostu obrzydliwie gloryfikując, wysławia jako działalność misyjną, chrystianizację, szerzenie kultury! Krótko przed przybyciem niemieckiej odsieczy Węgrzy rozluźnili obręcz wokół Augsburga i 10 sierpnia 955 roku doszło do ogromnej rzezi na obniżeniach rzeki Lech pod murami miasta. Przy czym węgierskie wojska podzieliły się w niespodziewanym manewrze. Przekroczyły rzekę, obeszły przeciwnika i po deszczu wypuszczonych strzał zaatakowały od

225 tyłu, najpierw dobrze wyszkolone oddziały czeskie, które „lepiej wyposażone w oręż niż w szczęście” (Widukind) szczególnie ucierpiały, potem szwabskie, które zostały pobite podczas ucieczki. Z Niemcami było niedobrze, póki karty nie odwrócił atak dobrze wyszkolonej frankijskiej jazdy pod wodzą Konrada Czerwonego (s. 280) który na koniec padł na polu bitwy z gardłem przeszytym strzałą (rozluźnił bowiem z powodu upału rzemienie swego pancerza) i główne siły zgromadzone wokół króla, „wybrańcy z wszystkich tysięcy wojowników” (Widukind), nie wyrąbały sobie zwycięstwa. Lub jak to powiada przepełniony bezgraniczną ufnością do Boga żywot św. Ulryka (Vita S. Oudalrici): „W obustronnej rzezi padali wojownicy po obu stronach, i umierali, którym od Boga było przeznaczone umrzeć. Potem jednak Bóg, dla którego nic nie jest niemożliwe, dał chwalebne zwycięstwo królowi Ottonowi. Wojsko węgierskie zawróciło do ucieczki i nie miało już siły walczyć dalej. A chociaż pobita została ich niewiarygodnie wielka liczba, pozostało ich jeszcze tak wielu, że oglądający z wałów Augsburga nadciągających Węgrów myśleli, iż nie przychodzą jako pokonani, dopóki nie poznali, że przebiegają mimo miasta i w największym pośpiechu usiłują osiągnąć drugi brzeg Lechu” 449. Bitwa na Lechowym Polu, rzekomo największa w X wieku, w dzień św. Wawrzyńca, wielkiego „sprzymierzeńca przeciw Węgrom” (Weinrich), została rozpoczęta i zakończona z pomocą nieba. Również dzięki ślubowi Ottona wobec „ognistego zwycięzcy”, patrona tego dnia (nowe wielkie „plany misyjne” na wschodzie) ufundowania biskupstwa w Merseburgu. A potem nabożeństwa dziękczynne w całej Rzeszy: „najwyższemu Bogu chwała i należne pieśni pochwalne we wszystkich kościołach” (Widukind). Walczono pod sztandarem Rzeszy, polnym znakiem św. Michała, przy wsparciu oddziałów św. Ulryka „na relikwie Ulryka przez długi czas był duży popyt” (Zoepfl). Nie należy zapominać o stymulującym znaczeniu Świętej Włóczni wniesionej do bitwy przez Ottona. Tak więc rzekomo 20 tysięcy Niemców odniosło zwycięstwo nad 120 tysiącami Węgrów, których pobito już nieraz ze szczętem choćby triumf ojca Ottona w 933 roku nad rzeką Unstrutą, również w 943 roku pod Wels nad rzeką Traun, w 948 pod Floss nad rzeką Entenbühl i w roku 950 we Włoszech nad Ticino, jednakowoż nawet tam była to wciąż jedynie walka obronna. Bitwa na Lechowym Polu jest sławiona często jako szczególne osiągnięcie „sztuki strategicznej” (Erben), zwłaszcza że jak niewinnie pisze mnich Widukind, może potomek księcia saskiego o tym samym imieniu „nie była raczej bezkrwawa”. Jeszcze tego samego dnia i następnego ścigał król, upojony krwią i zwycięstwem pozostałych przy życiu Węgrów i, słowami augsburskiego proboszcza katedry Gerharda, „zabijał wszystkich, których zdołał doścignąć”. Wpędzono uciekających do Lechu, palono wraz z gospodarstwami gdzie się skryli, czasami nawet całe wsie w okolicy. Krótko mówiąc, topiono, palono, zabijano i wycinano. „Nie mogli znaleźć żadnej drogi i żadnych ostępów, gdzie na każdym kroku nie byłoby nad nimi jawnej pomsty Pana” (Vita Oudalrici). A Otton, zwycięzca, bohater, którego wojska okrzyknęły „imperatorem” (budząca wątpliwości notatka Widukinda), myślał po prostu o wszystkim. Nie tylko kazał „starannie sprawdzić, kto z jego wojska pozostał”, nie tylko pocieszał św. Ulryka z powodu śmierci jego brata Dietbalda „i z powodu innych krewnych, którzy również znaleźli tam śmierć”, nie tylko przesłał ciało swego zięcia, księcia Konrada, „troskliwie przygotowane do pochówku do Wormacji”, lecz zaraz „po krwawym dziele” rozesłał posłańców, by „serca wiernych zachęcić do radosnej pochwały Chrystusa. Tak wielki dar boskiej miłości objął całe, a zwłaszcza powierzone królowi chrześcijaństwo niewypowiedzianą radością i okazał Bogu na wysokości jednomyślnie śpiewając chwałę i dziękczynienie”. Co niemniej ważne, Otton rozesłał przez umyślnych rozkaz obsadzenia w Bawarii wszelkich przejść i brodów rzek, by w ten sposób zlikwidować możliwie wielu uciekających

226 wrogów, których ostatnie resztki („Tylko siedmiu Węgrów wróciło na Węgry”, utrzymują Wetzer i Welte) dotarły przez Czechy do swej ojczyzny. Lub jak to w XIX wieku augsburski fabrykant tytoniu i wierszokleta Philipp Schmid w przedstawieniu o bitwie na Lechowym Polu wkłada w usta św. Ulryka: „By ojczyznę zacnego chrześcijańskiego ludu / Oczyścić z pogan groźnej chmary”..a propos: tak znowuż „dzikimi poganami” Węgrzy już w końcu nie byli, zwłaszcza ich możni. Ich ostatni dowódca, Bulcsu, przeciwnik Ottona nad Lechem, był chrześcijaninem ochrzczonym w Konstantynopolu. Jakkolwiek było: tak jak zwycięstwo Karola Młota nad Arabami pod Poitiers w roku 732 pozwoliło „ożywić kult św. Hilarego” (Ewig, IV, s. 185), tak pięknym owocem i skutkiem zwycięstwa nad Węgrami był „rozkwit czci patrona owego dnia, św. Wawrzyńca” (Buttner) pewne kręgi naukowe sprowadzają historię zawsze do jednej miary. (A nie zapominajmy, że dzięki wojnom „skarby zbawienia, relikwie świętych” trafiały do kościołów: s. 283!). Poza tym wzięto schwytanych wodzów węgierskich w Ratyzbonie „wraz z innymi ich rodakami na tortury” (Vita Oudalrici) i powieszono. Jeńców uduszono i wrzucono do masowych grobów, odciążając ich uprzednio od złota i srebra, co przyniosło złote kielichy, krzyże i mnóstwo srebra kościelnego. Łącznie zamordowano ponoć 100 tysięcy ludzi i umożliwiono tym sposobem Węgrom „dostęp do kultury zachodniej Europy” (Holtzmann). Otton I, przyjmowany w swej saskiej ojczyźnie „z najwyższym zachwytem” (Thietmar), zyskał od tej pory przydomek „Wielkiego”. A jakkolwiek wszystko, jak piszą, co w swoim życiu zdobył „z posiadłości ziemskich i innej własności”, dał „bez uszczerbku Bogu i jego wojownikowi Maurycemu na własność” (Thietmar), wielki brzuch Kościoła, mówiąc za Goethem, nie został nasycony. Jak już po pierwszych bawarskich zwycięstwach nad Węgrami zostały zgłoszone przez biskupa Adalberta z Pasawy jego roszczenia, tak teraz natychmiast dążył do uzyskania kiedyś zagrabionych, lecz podczas najazdów węgierskich utraconych majętności. Biskupstwa w Pasawie, Ratyzbonie, Freising i Salzburgu i najznaczniejsze klasztory bawarskie zajęły ponownie swe opuszczone dobra w Marchii Wschodniej, a nawet, biskup Pilgrim z Pasawy wkroczył z misjami na Węgry, przy czym chciał dzięki ogromnym fałszerstwom dokumentów zostać arcybiskupem 450. Biskup Pilgrim z Pasawy (971 991), wielki fałszerz przed Panem, stawia sobie pomnik literacki Bardzo to charakterystyczne, że (również) nawrócenie Madziarów na Węgrzech rozpoczęło się od ogromnych fałszerstw przy czym „pobożna” nauka chętniej mówi o „kwestii Lorch”, „która od stuleci porusza wiele piór” (Heuwieser). Sławny i osławiony duszpasterz, wychowany w klasztorze Niederaltaich i wyniesiony ku godnościom z pomocą arcybiskupa Fryderyka, jego wuja, uchodzi w historii Kościoła za „męża znaczącego”, skoro jego dwudziestoletnie „rządy” (971-991) „dały podstawę późniejszej wielkości biskupstwa pasawskiego” (Tomek). Ten wysoce duchowny oszust był również bliskim przyjacielem św. Wolfganga, który wskutek usiłowań Pilgrima został biskupem Ratyzbony (później patronem drwali, cieśli, pasterzy, szyprów, pomocnym przy bólach oczu, stóp i krzyża) „zażyła przyjaźń połączyła wkrótce obu mężów aż do śmierci Pilgrima w roku 991” (Janner). Przede wszystkim jednak biskup Pilgrim utrzymywał najlepsze stosunki z Ottonami, od których otrzymał liczne przywileje. Energiczny patron misji na południowym wschodzie, gdzie jeden z jego licznych misjonarzy nawrócił na chrześcijaństwo nawet wielkiego księcia Gezę (Geycha 972997) w Ostrzyhomiu (węg. Esztergom, niem. Grań), ojca Stefana I, miał wszakże bardziej dalekosiężne cele: nie tylko zwierzchnictwo nad miastem (własność

227 gruntów, cła, immunitet), nie tylko rozszerzenie swej diecezji w „Marchii Wschodniej”, lecz również palium oraz Węgry i Morawy pod władzą metropolii pasawskiej. Dlatego ukazał Pasawę w „Fałszerstwach z Lorch” jako prawnego spadkobiercę rzymskiego biskupstwa Lorch (Lauriacum) nad rzeką Anizą (Górna Austria), wynosząc ją następnie do arcybiskupstwa. Miało ono rozciągać się na całą Panonię, Morawy i Mezję i istnieć do 738 roku. By udowodnić związek swej diecezji założonej w 739 roku z arcybiskupstwem Lorch, a samemu zostać arcybiskupem, poszerzyć swą władzę, pomnożyć dochody i uwolnić się od bawarskiej metropolii w Salzburgu, Pilgrim sfałszował jako wprawny pisarz kancelarii królewskiej między rokiem 970 a 985 szereg dokumentów: bullę założycielską na imię papieża Symmacha (498-514), dokumenty paliatywne na imiona papieży z IX i X wieku, Eugeniusza II, Leona VII, Agapeta II i Benedykta VI. Zaprezentował również dalsze, w formie i treści sfałszowane, lecz zręcznie sporządzone dyplomy cesarskie i królewskie: kilka rzekomych cesarskich dokumentów Karola Wielkiego, Ludwika Pobożnego i Arnulfa, każąc je zapewne sfabrykować notariuszowi z kancelarii cesarskiej; doszły do tego przeróbki i manipulacje prawdziwych dokumentów Ottona I i Ottona II. Przykładowo jeden sfałszowany przez Pilgrima dokument cesarza Arnulfa z 9 września 898 roku, przyznający sądownictwo w mieście wyłącznie biskupowi, stanowił podstawę dla wystawionego 3 stycznia 999 roku dyplomu Ottona III, zastrzegającego pasawskim arcypasterzom targ, prawo bicia monety, pobierania cła oraz władzę zwierzchnią i publiczną w Pasawie. W sfałszowanych pismach papieskich obiecuje się biskupom pasawskim tytuł arcybiskupi, a ich „arcybiskupstwu” ziemie madziarskie i słowiańskie oraz wikariat apostolski w Panonii, Mezji, kraju Hunów oraz na Morawach. Całe to ambitne przedsięwzięcie miało odbyć się kosztem Salzburga, z tego względu tamtejszy arcybiskup Fryderyk, wuj Pilgrima, natychmiast wystąpił z przeciw falsyfikatem i zapewnił sobie lepsze prawa dzięki szybko sfingowanemu przywilejowi Benedykta VI. Mimo „zasług” Pasawy w misjonowaniu Węgier sam określił je w piśmie towarzyszącym jako matactwo papież Benedykt VII zadecydował na korzyść Salzburga i jego władzy nad całą Panonią. Jeśli nawet udziałem pobożnych zabiegów biskupa Pilgrima nie stał się sukces, jego imię jest czczone w Pasawie (jak już od dawna w „naukach” teologicznych); a nawet, jako wuj Krymhildy i jej braci wszedł do Pieśni o Nibelungach. W ten sposób, wedle Leksykonu Teologii i Kościoła, „doczekał się pomnika literackiego”. W istocie wielki fałszerz kazał zapisać legendę o Nibelungach ” Von Pazowe der bischof Pilgerin / durch liebe der neuen sin / hiez schriben dis ein maere” (Z Pasawy biskup Pilgerin / przez miłość swych siostrzeńców / tu spisał to raz jeszcze) 451. Już w roku 1854 Ernst Dummler wykazał w artykule o Pilgrimie i arcybiskupstwie w Lorch fałszerstwo wszystkich dokumentów paliatywnych dotyczących Lorch wystawionych dla Pasawy oraz nieautentyczność dokumentu cesarza Arnulfa dla biskupa Wichinga, sporządzonego przez Pilgrima. Oczywiście zaprzeczono temu, nie potrafiąc znaleźć dowodów. Gdy o jedno pokolenie później K. Uhlirz, opierając się na publikacji źródeł karolińskich i saskich, również zarzucił fałszerstwo dokumentom z Pasawy, ponownie zaprotestowano. By oczyścić „słynnego biskupa” (Heuwieser), zdecydowano się nawet na obwinienie mniej „sławnych” hierarchów, jak Wiching lub żyjący u schyłku XII wieku biskupi Diepold i Wolfker. W 1909 roku Waldemar Lehr w berlińskiej dysertacji jeszcze raz z najwyższą starannością wykazał fałszerstwa popełnione przez Pilgrima. Zapowiedziana przez W. Peitza replika nie ukazała się. A w wydanej w „roku jubileuszowym 1939” na 1200-lecie istnienia historii Pasawy autor był zmuszony przyznać, „że pod rządami biskupa Pilgrima za pomocą szeregu nieprawdziwych, w tym celu sporządzonych dokumentów cesarskich i

228 papieskich podjęto próbę udowodnienia sukcesji arcybiskupstwa w Lorch przez biskupów w Pasawie i podporządkowania im praw metropolitalnych nad Węgrami” 452. Właściciel niewolników i wojownik zostaje uroczyście i formalnie kanonizowany jako pierwszy katolik Z pewnością nieśmiertelne zasługi zyskał swego czasu również biskup Ulryk z Augsburga (923-973). Po zwycięstwie na Lechowym Polu otrzymał przynależną hrabiom władzę sądowniczą, prawo do bicia monety i do posiadania targu. A już parę dziesięcioleci później został kanonizowany. Nie każdemu oczywiście, kto żywi zwykłe wyobrażenie o świętości, musi się to dziś wydawać równie święte. Ulryk zawdzięczał swój urząd, jak to w przypadku biskupów jest regułą przecież od stuleci (III, s. 303 i nast), swojej rodzinie, rodowi późniejszych hrabiów z Dillingen. Już wuj, błogosławiony Adalbero, był (od 887 roku) biskupem w Augsburgu, do tego doradcą cesarza Arnulfa, wychowawcą jego syna Ludwika, a podczas rządów jako niepełnoletniego „prawie regentem Rzeszy” (Lexikon fur Theologie und Kirche). Pod rządami błogosławionego wuja święty siostrzeniec urzędował jako administrator diecezji, zrezygnował jednak z tej służby po jego śmierci (909 r.), nowy biskup Hiltin nie był bowiem dla niego „wystarczająco dystyngowany”. Zarządzał potem przez czternaście lat posiadłościami ziemskimi swego rodu, by samemu stać się dzięki krewnym w 924 roku biskupem w Augsburgu gdy tenże z uporem, wbrew przepisom kościelnym, chciał wyznaczyć na swego następcę kolejnego Adalbero, swego bratanka. Nie będąc wyświęconym działał onże już jako biskup; z powodu złego przykładu i naruszenia prawa kanonicznego zostali obaj pociągnięci do odpowiedzialności przed synodem we wrześniu 972 roku w Ingelheim. Jednakże wkrótce potem obaj zmarli. Jako święty biskup, a zarazem dowódca zbrojnych oddziałów, który otoczył miasto katedralne murami obronnymi, Ulryk trzymał niewolników, „podróże wizytacyjne” odbywał pod ochroną sług i wiódł ze sobą cały „tabor” do zbierania danin. Podróżował zawsze też w towarzystwie „swych najzdolniejszych wasali”, by przy jakichkolwiek kłopotach móc prowadzić „pertraktacje z konieczną pewnością” (Vita Oudalrici). Święty biskup nieustannie wojował zbrojnie i konno. Tak na przykład późną jesienią 953 roku z królem Ottonem pod Ratyzboną. A gdy po powrocie nie mógł zostać we własnym mieście biskupim, obwarował się, całą zimę odpierając ataki, w grodzie „Mantahinga” (Schwabmimchen). 6 lutego 954 roku pobito palatyna Arnulfa wraz z „kupą owych nieszczęśników, którzy wcześniej splądrowali miasto Augsburg”. Pobito ich tak, że „większość z nich zginęła”. A gdy biskup Ulryk wrócił ponownie do Augsburga, to jego biograf proboszcz katedralny Gerhard napisał: „żaden z tych, którzy zdobyli łupy w Augsburgu jako wrogowie matki Bożej Maryi, nie uszedł karze, chyba że niezwłocznie wykupił sobie z własnych środków przebaczenie wielebnego biskupa”. W istocie nastąpiła seria „cudownych kar”. Jeden z plądrujących w Augsburgu stracił rozum i wyzionął ducha. Inny zginął od uderzenia końskiego kopyta. Syn księcia Bawarii, palatyn Arnulf, „który się poważył jako wróg wtargnąć do dóbr świętej Maryi” (chociaż „wielebny biskup” groził karą kościelnej banicji; nie wolno było „się ośmielić tknąć choćby w najmniejszym stopniu dóbr świętej Maryi, które leżały w jego diecezji”: Vita Oudalrici), padł w 954 roku w zamęcie bitewnym pod Ratyzboną. Czwarty, wziąwszy w Augsburgu zaledwie sztukę taniego obrusu, natychmiast został „opętany przez diabła i nie mógł się go nijak pozbyć, ani w kościele, ani poza nim, ani przez skropienie święconą wodą. Diabeł nigdy nie opuszczał jego boku. W końcu wybrał się w drogę do Augsburga, zwrócił zabrane dobro i prosił biskupa, by zechciał go w imię Chrystusa ćwiczyć rózgami i dać odpuszczenie jego winy. I tak został uwolniony

229 od diabła i wrócił uzdrowiony do domu”. Zaprawdę, wiedzieli oni, jak obchodzić się ze swymi owieczkami. Gdy dotyczyło to naprawienia szkód, dokonania odbudowy, wspomagał Ulryk oczywiście „szczególnie”, podkreśla proboszcz katedralny Gerhard, „obrabowanych duchownych katedry”, „wspierając ich każdym sposobem”. A w nie mniejszym stopniu wspierał samego siebie, nakazał bowiem, by jego własne dobra, leżące w zgliszczach i zaniedbaniu, „podnieść z ruin skrzętną pracą na polach i przy budynkach. Zacny zastęp jego poddanych ruszył posłusznie do pracy i po odpowiednim czasie zaradził koniecznym potrzebom, co zawsze było możliwe”. Co zawsze było możliwe jest nawet napisane w świętym traktaciku! O tak, oni wiedzieli, jak zatroszczyć się o owieczki, zwłaszcza poddane owieczki. W szczególności jednak Ulryk kierował w 955 roku obroną Augsburga, póki nie nadszedł Otto ze swymi siłami i święty biskup mógł rzucić do walki własne oddziały. Wprawdzie głosił w kazaniach i przestrzegał: „Złego nie odpłacać złem, lecz błogosławieństwem; prześladowanie dla sprawiedliwości znosić cierpliwie”, to przecież należało do jego zasad, by kochać wszystkich ludzi, „wszystkich ludzi dobrej woli, o których śpiewa chór aniołów: «A na ziemi pokój ludziom dobrej woli», złym natomiast we wszelkich ich złych uczynkach przeciwstawiać się, wedle słów świętego proroka Dawida: «Niczym stał się zły człowiek przed jego obliczem […]»”. Według biografa Ulryka biskup kazał swym żołnierzom (milites) jedynie „mężnie walczyć pod bramami i siedział tymczasem „na swoim rumaku {super caballum), odziany w stulę, nie będąc chronionym przez tarczę, pancerz, czy hełm”. Jednakże naukowcy przypuszczają, że Ulryk nie tylko często przebywający w otoczeniu króla (źródła wymieniają go piętnaście razy), lecz wręcz całymi miesiącami „współdziałający” (Weitlauff) w jego armii, wziął w bitwie na Lechowym Polu czynny udział. Nie inaczej niż jego własny brat Dietbald i jego bratanek Reginbald, którzy obaj padli w bitwie. Nie inaczej niż biskup Michał z Ratyzbony (zm. w 972 r.), któremu w bitewnym zamęcie obcięto ucho; najwyraźniej chronił go, co sam zaświadcza, św. Emmeram rzecz godna uwagi, również biskup Michał zaliczał się bowiem do tych ratyzbońskich książąt Kościoła, którzy podnieśli rękę na Emmeramowe skarby! 453 Hagiografia zamierzała ukazać Świętego, który przecież odegrał „wiodącą rolę w bitwie z Węgrami” (Bosl), zapewne jako mniej krwiożerczego. Opisanie żywota „najświętszego wśród wszystkich ludzi owych czasów” (mnich Ekkehard IV) przez młodszego, należącego do jego najbliższego otoczenia Gerharda między 983 a 993 rokiem, sporządzone już „w celu jego kanonizacji” (Lexikon fur Theologie und Kirche) i dlatego też zawierające już wiele opowieści o cudach, wizjach, proroctwach i z pewnością fałszywe wiadomości, zostało wkrótce złożone w Rzymie. A 31 stycznia 993 roku na jednym z synodów laterańskich papież Jan XV sam znienawidzony wśród ludu i własnego duchowieństwa za nepotyzm „w najgorszej formie” i „chorobliwą chciwość” (katolik Kuhner) kanonizował formalnie i uroczyście jako pierwszego katolika, Ulryka, hołdującego nepotyzmowi biskupa trzymającego niewolników i wojownika, w swym czasie trzykrotnie „pielgrzymującego” do Rzymu i w ogóle „klejnot wśród kapłanów” (Thietmar). „Patron przeciw szczurom i myszom”, „zagrożenie ze wschodu” i 29 numerów „świętych członków” Od tej pory jego kult potężnie się rozwinął. Biskup Gebhard z Augsburga (996-1000) i opat Berno z Reichenau (1008-1048) przepracowali ważny co do treści, lecz źle napisany żywot Ulryka, co charakterystyczne opuścili wszystko, co było związane z historią i naszpikowali cytatami z Biblii i cudami w napuszonym stylu; późniejsi kopiści jeszcze to na

230 wiele sposobów interpolowali. Kaplicę grobową Ulryka, gdzie cesarz Henryk II kazał pochować trzewia Ottona III, odwiedzali nawet cudzoziemscy pątnicy. Imieniem Ulryka obdarzano masowo kościoły, kaplice i miejscowości. Już w X wieku szarpano się wzajemnie o jego szczątki; starały się o nie najznamienitsze klasztory, również katedra w Bambergu. W XII wieku cesarz Barbarossa własnoręcznie przewiózł skrzynię z relikwiami Ulryka (i wkrótce sam legł pokawałkowany: z wnętrznościami w Tarsie, „ciałem” w Antiochii, a członkami w Tyrze). Oczywiście lud doznawał u grobu Ulryka cudów. Przemiana kawałka mięsa w rybę została „poświadczona” w literaturze dopiero później. Jednakże Ulryk pomagał szczególnie przy chorobach oczu; przy gorączce uzdrawiało napicie się z jego kielicha mszalnego, przy pladze myszy ziemia z jego grobu, a przy pogryzieniu przez wściekłego psa misa Ulryka, misa poświęcona w jego imię. Rozdawano „studzienkę Ulryka” i pielgrzymowano do niej, Ulryk został „patronem od studni”, również patronem rybaków, „patronem podróżnych”, „patronem przeciw szczurom i myszom”, w ogóle przeciwko „szkodnikom”, patronem we „wszelkich dolegliwościach cielesnych”. Tym sposobem lud utrzymywano zawsze na duchowych wyżynach epoki. Pierwsze i najstarsze stowarzyszenie św. Ulryka ukonstytuowało się już w XII wieku. Należał do niego ni mniej, ni więcej tylko cesarz Fryderyk I. Także na początku ery nowożytnej założono „szybko rozkwitające bractwo św. Ulryka” z biskupami, książętami i cesarzami jako członkami. A nawet święty staje się rzecz oczywiście „fałszywie” pojęta prekursorem protestanckiej wolności wobec papieskiej tyranii. Jeszcze w XIX wieku modlono się w litanii do św. Ulryka: „Święty Udalryku / żywy wzorze pobożności i świętości / Mężu o Bożym sercu / Szczególny miłośniku modlitwy / Przykładzie umartwienia i pokuty / żarliwy pasterzu swej trzody”[…] itd. Jeszcze w „jubileuszowym roku 1955” rozkwitła jakby cześć dla Ulryka ponownie, m.in. dzięki nowym kościołom pod jego wezwaniem oraz rosnącej popularności nadawanego na chrzcie imienia Ulryka i Ulryki, i to jako wyraźna „manifestacja urzędowo wspieranego sterowania pobożnością” (Hörger) przecież „zagrożenie ze Wschodu było główną myślą roku Ulryka 1955” 454. Gdy na początku XVII wieku twierdzono w Mediolanie, że tam jest jego ciało, a jego głowa w Rzymie, augsburski biskup Józef landgraf von Hessen-Darmstadt doprowadził w 1762 roku do ekshumacji świętego. Po pewnych poszukiwaniach znaleziono go też i liczni medycy, nadworni lekarze biskupa i inni pobożni chirurdzy i cudowni uzdrawiacze zarejestrowali w 1764 roku pod 29 pozycjami „święte członki świętego Ulryka”: a więc górną część głowy, którą „można uznać za nietkniętą, pomijając kilka zewnętrznych cząstek, naruszonych zębem czasu”. „2. żuchwę z czterema siekaczami i trzema zębami trzonowymi. 3. W srebrnej szkatułce znaleziono ząb z paliczkiem; na temat tej cząstki przekazuje historia, co jest warte przeczytania. 4. Osobno znaleziono jeden siekacz i jeden ząb trzonowy. 5. Kość gnykową. 6. Część krtani” itd. W roku 1971 wzięła się do „świętych członków świętego Ulryka” nowa komisja lekarska… 455 Jest rzeczą oczywistą, że zwycięstwo Ottona nad Węgrami, wrogami chrześcijaństwa, współcześni uznali za zwycięstwo Królestwa Bożego, za tryumf Chrystusa. Zakończyło ono na zawsze najazdy Węgrów na Rzeszę niemiecką, było zatem bogatsze w następstwa niż spotkanie pod Riade w 933 roku (s. 265 i nast.). Było „w pamięci wszystkich” niemieckich „plemion wydarzeniem podnoszącym w górę serca” (Schramm), było „godziną narodzin dzisiejszej Austrii” (ojciec Grill). I dało przede wszystkim „wolną drogę niemieckiej polityce wschodniej do roku 1945!” (Fischer). Widać zatem, jak podniosłe wydarzenie, wywołujące mocniejsze bicie serca, prowadzi do ludobójstwa Hitlera. I gdy na początku Węgrzy najeżdżali Niemcy, to teraz zaczęło być odwrotnie „stało się możliwe zaniesienie misji

231 chrześcijańskiej na Węgry. Imię Ottona zyskało dzięki temu rozgłos poza granicami jego państwa” (Schramm). Albowiem oczywiście nie zadowolono się walkami obronnymi. Około 970 roku młody książę bawarski Henryk II rozpoczął ofensywę. I podczas gdy oderwał on od Węgier dawne marchie karolińskie na wschodnim przedpolu Alp, ciągnący z nim Bolesław II odebrał jednocześnie Morawy i Słowację aż po Wag. Dla „duszpasterstwa” na tak dużym obszarze przestała wystarczać Ratyzbona. Dlatego w roku 973 sejm Rzeszy zdecydował o utworzeniu biskupstwa w Pradze i prawdopodobnie również kolejnego dla Moraw 456. Po spektakularnych sukcesach na Lechowym Polu, a następnie nad Unstrutą przeciwko Słowianom, Otton triumfujący eksterminator Słowian zintensyfikował swą misję. Na południowym wschodzie stworzył bawarską „marchię wschodnią”, od 976 roku pole akcji i aneksji na kolejnych trzysta lat dla młodszej linii Babenbergów może potomków starszych Babenbergów (s. 238 i nast.) póki nie zastąpili ich Habsburgowie. Na wschodzie król pokonał w długiej wojnie Czechy. Na północnym wschodzie, kontynuując mordercze ataki swego ojca (s. 258 i nast.), prowadził wzmożoną chrystianizację Słowian połabskich i założył dwie marchie między Łabą a Odrą 457. Początek niemieckiej „kolonizacji wschodniej” lub „dobre dzieła” margrabiów Hermanna Billunga i Gerona Krwawą akcję niemieckiej „kolonizacji wschodniej”, która właściwie rozpoczęła się od Ottona I, prowadzili dla niego dwaj Sasi, zarządzający nowymi marchiami na północnym wschodzie: Hermann Billung (zm. 973 r.), stojący osobiście blisko Ottona (kancelaria królewska unikała obdarzania go tytułem książęcym, nazywała go „marchio” lub „comes”); jego rodzina posiadała hrabstwa i kościoły od Luneburga po Turyngię. A Geron, również osobisty przyjaciel króla i jeden z jego „najbardziej niezawodnych pomocników” (Keller), „nadawał się do tego zadania znakomicie” (Fleckenstein); władał tak zwaną Marchią Północną. Od powtórnego ujarzmienia buntujących się Redarów (936 r.), głównego plemienia Luciców, zadania powierzonego Billungowi przez Ottona, obaj feudałowie podbili w następnych dziesięcioleciach w nieprzerwanych wojnach i rzeziach Obodrytów, Serbów nadłabskich i Wieletów. Mnich Widukind widział to jako walkę księcia bożego z ludem Szatana. W żargonie naukowców historyków król „rozwijał w ten sposób stosunki ze Słowianami na wschodzie” (Schramm). „W wieloletnich krwawych walkach obaj wielcy bojownicy wypełnili […] szczęśliwie (!) powierzone im zadanie” (Holtzmann). „Zdobyte okręgi grodowe stały się pojedynczo lub po kilka naraz niemieckimi burgwardami z przedmieściami obsadzonymi niemiecką drużyną. Niemieccy rycerze otrzymali słowiańskie wsie na własność lub w lenno, a z nimi przybyli i księża. W 948 roku sytuacja wyglądała na tak opanowaną, że założono pierwsze biskupstwa” (Hauptmann). Szczególnym piewcą Billunga, którego klan panował przez 170 lat na obszarze graniczącym z Bałtykiem, był arcybiskup Adalbert z Magdeburga (968-981). Osobiście wprowadzał wielkiego rzeźnika przy dźwiękach dzwonów i poprzedzanego świecami do katedry, sadzał przy stole niczym króla między biskupami, a nawet pozwalał spać w cesarskim łożu. (Te owacje szły zdaniem Ottona za daleko; nakazał arcybiskupowi wysłanie do Włoch tylu koni, „ilu dzwonom kazał brzmieć dla księcia i świec zapalić”. Jak bowiem twierdzi biskup Thietmar z Merseburga, „jaki pan, tacy byli i jego książęta. Nadmiaru w potrawach i innych dobrach nie cenili, cieszyła ich zawsze tylko złota miara (aurea mediocritas). Wszystkie cnoty, o jakich czytamy, kwitły w czasach ich życia, z ich śmiercią uwiędły […], lecz ich nieśmiertelne dusze żyją nadal i cieszą się z ich dobrych dzieł wieczną szczęśliwością”.

232 Walki, które początkowo przyniosły zależność trybutarną Słowian połabskich, były długie i zażarte; prowadzone były przez obie strony z największym okrucieństwem. Także zemsta Wenedów nie znała miłosierdzia. Po zdobyciu Walsleben w 929 roku wymordowali wszystkich, starców i dzieci, mężczyzn i kobiety, niezliczoną ilość, tak twierdzi w każdym razie Widukind. A wiosną 955 roku mieli obiecać swobodne wyjście niemieckiej załodze grodu Cocarescemiów, potem jednak pozbawionych broni wymordowali. Ale to oczywiście Niemcy byli agresorami. A wśród nich brylował szczególnie Geron, „dławiciel słowiańskich plemion” (Donnert), któremu mnich Widukind przypisuje jednak „wielką gorliwość w służbie bożej” i oczywiście również „ogromne łupy”, i którego sławi nawet Pieśń o Nibelungach jako silnego i szybkiego Gere. Widział przecież w pokonaniu Słowian „zadanie swego życia” (Bullough), przy czym chodziło mu oczywiście zarazem o ich chrystianizację. Ten zabijaka bowiem, „obrońca naszego kraju” (biskup Thietmar), który głównie wymusił przesunięcie niemieckiej granicy z Łaby i Soławy do Odry, przez 27 lat prowadzący łupieżcze wyprawy i podbój Słowian połabskich, był niestrudzony i systematycznie najeżdżał ich obszary. A podczas gdy z początkiem lat czterdziestych nawet sascy rycerze sarkali na trudy ustawicznej wojny, Geron jeden jedyny raz, na początku 950 roku, w środku zimy, gdy nie było widoków na walkę, wyrwał się znad wyrąbanej po Odrę granicy do Rzymu, z pielgrzymką do książąt apostołów Piotra i Pawła. Po drodze wstąpił do bractwa modlitewnego klasztoru St. Gallen i wyniósł stamtąd jako wspaniałą relikwię ramię Św. Cyriaka ufundował mu później klasztor we Frose by oddawać jej cześć tam, gdzie szerzył, z równą siłą co nikczemnością, niemieckiego ducha. Przy tym zaraz po ustanowieniu swych rządów na południu słowiańskiego terytorium kazał zabić skrytobójczo w nocy około trzydziestu sprzysiężonych przeciwko niemu słowiańskich książąt, wodzów i możnych (princeps), którzy ufając w nietykalność gościnności zasnęli przy stołach po wielkiej uczcie połączonej z pijaństwem, rzekomo by uprzedzić ich mordercze zamiary „z pewnością jedynie wymówka” (H.K. Schulze). „Nie miały Niemcy odważniejszego szermierza na terenach wschodnich niż on […]. A nie zdziczał na wojnie”, sławi go teolog Albert Hauck, podkreślając przy tej okazji także przekonanie Gerona, że człowiek odpowiada przed panem niebieskim za swe życie, ale jednym tchem „wobec Wenedów uważał wszystko za dozwolone”. Mnich Widukind opisuje szatańskie zgładzenie trzydziestu Słowian bez jakiejkolwiek przygany. Chwalił wszak jeszcze potem jako najlepszą cechę (quod optimum erat) tego zbrodniarza jego „chwalebną gorliwość w służbie bożej”. W 960 roku Geron pielgrzymował nawet po raz drugi do Rzymu i w drodze powrotnej założył kolejny klasztor, zwany od jego imienia Gernrode 458, na południe od Quedlinburga. Jako opatkę osadził w nim wdowę po jedynym synu Zygfrydzie, poległym w 959 roku, bratanicę Hermanna Billunga, i zapisał klasztorowi gdzie został też pochowany „umierając w Panu” (maj 965 r.) cały swój dobytek. „Skrył się pisze biskup Thietmar z całym swym dziedzictwem u Boga” ostatnie dokonanie nie mniej wielkiego mordercy w historii 459. Otto zapoczątkowuje chrystianizację Wenedów i „zaprowadza porządek” Również Otton I nie wzdragał się w wojnie przeciwko Wenedom, jak to ukazuje jego zachowanie wobec zdradzieckiego wodza Wenedów Tugumira, przed żadnym przekupstwem, żadną zdradą, żadnym mordem, ba sam wielokrotnie przyłożył do tego rękę, by wybić Słowian nieomalże ze szczętem. „Rodzimi słowiańscy książęta byli wypędzani lub likwidowani, mieli składać daniny i oddawać dzieci w niewolę; podbici również stawali się niewolnikami” (Fried). Charakterystyczne, że ówcześnie używano określeń „Wenedowie” i „poganie” jako synonimy. Wenedowie byli bowiem jeszcze poganami. Najwyraźniej Henryk I starał się

233 bardziej o odebranie im ziemi niż o ich nawracanie. Po drugiej stronie Łaby i Soławy prawie nie było kościołów. Były tylko pogańskie kantyny, święte gaje, wizerunki bóstw (czczono również bóstwa nie posiadające wizerunków) oraz oczywiście należący do tego kapłani, czy nawet starszyzna, składająca dawniej ofiary. W czasach Henryka I najwyraźniej również Kościół nie był zainteresowany nawracaniem Wschodu. Dopiero gdy Otton zrezygnował z praktyk swego ojca i za przykładem Karola Wielkiego kazał księżom iść za mieczem, mógł mieć nadzieję na większe związanie „słowiańskiego łupu” i jego ziemi ze sobą za pomocą religii. Najwyraźniej dopiero Otton sprowadził duchownych na wschód, a mianowicie, jakżeby inaczej, duchownych wojskowych: „Niejako kapelani polowi przybyli jako pierwsi księża na ziemie na prawym brzegu Łaby i Soławy; kaplice grodowe są pierwocinami naszych kościołów; pierwsze gminy chrześcijańskie, jakie się tu zbierały, składały się z żołnierzy” 460. Otton przygotował się oczywiście do takiej pobożnej służby wojskowej. Uczestniczył zapewne już w słowiańskich jatkach swego ojca w roku 928 i 929 i na swój sposób prowadził misje: jeszcze jako nastolatek przyprawił o ciążę jedną z pojmanych możnych Słowianek, która dała mu syna Wilhelma, późniejszego arcybiskupa Moguncji. (Ten jednakże, wedle zapewnień, był przepełniony ideałami ascezy. Lecz i innymi. Arcybiskup, brat Ottona Wielkiego, wyznał kiedyś papieżowi bez ogródek: za pieniądze wszystko!) Cały obszar, wydarty przez ojca, król nie tylko „utrzymał”, lecz po prostu „wcielił” do Rzeszy, oczywiście wśród ustawicznych walk, łącznie 50 do 60 tysięcy kilometrów kwadratowych. Otton bowiem „musiał jak to formułuje teolog Hauck skrzyżować broń z wszystkimi ludami słowiańskimi”, a na obu słowiańskich plemionach Serbów i Dalemińców wręcz postawić krzyżyk. I w ten zapobiegliwy sposób stanowiły naraz granicę niemieckiej Rzeszy już nie Łaba i Soława, lecz Odra. Już pierwsze akcje Ottona po koronacji w Akwizgranie w 936 roku dotyczyły Słowian połabskich. Jeszcze w tym samym roku ruszył na nich, zwłaszcza na Redarów. A w 939 roku nastąpiła kolejna zbrojna wyprawa. Albowiem ten władca, który jedno ze swych głównych zadań upatrywał w ekspansji na Wschód i systematycznie uprawiał chrystianizację podbitych, był zdecydowany „zaprowadzić porządek” (Holtzmann), miał silną wolę „rozszerzyć panowanie ludu bożego nad niewiernymi” (Lubenow). Przy tym Otton i jego hrabiowscy kompani, widząc że nie złamią oporu Słowian nadłabskich w otwartej walce, nie cofali się przed żadną chytrością. Gdy na przykład zimą 928/929 roku zdobyli wprawdzie Brennę, by zaraz wkrótce ją stracić, Geron wysłał trzymanego od czasów króla Henryka jako zakładnika i przez Ottona przekupionego mnóstwem pieniędzy (pecunia multa) prawowitego księcia Hawelan Tugumira, bez wątpienia chrześcijanina, w 939 roku na powrót do ich grodu Brenny. Tugumir udał przed nimi ucieczkę, został przyjęty z radością i stał się na powrót ich władcą. Potem zamordował w grodzie brenneńskim ostatniego księcia tego plemienia, swego własnego bratanka, oddał cały południowolucicki obszar aż po Odrę królowi Ottonowi i panował tam z saską armią okupacyjną jako jego wasal 461. Otton Wielki każe ściąć 700 słowiańskich jeńców i nakazuje wymordowanie Redarów Po tym jak Brenna wpadła przez zdradę i morderstwo w niemieckie ręce, zbudowano tam kościół i umocniło się panowanie Tugumira, Otton I ustanowił 1 października 948 roku biskupstwo w Brandenburgu i, zapewne równocześnie, w Hobolinie (jego dokument fundacyjny z 946 roku jest późniejszym falsyfikatem, antydatowanym) z burgwardem w Nitzow.

234 Biskupstwo brandenburskie, obejmujące dziesięć plemion słowiańskich, podporządkowane najpierw arcybiskupstwu w Moguncji, następnie w Magdeburgu, było dużo większe niż większość niemieckich diecezji. Sięgało od Łaby po Odrę, a na południu obejmowało początkowo także Łużyce. Biskup Brandenburga otrzymał już w 948 roku połowę grodu wraz z połową wszystkich należących doń wsi oraz burgwardy Pritzerbe i Ziesar. Burgwardy (od połowy X wieku zwane burgowarde, burgwardium lub burgwardum) były małymi grodami, nawiązującymi zapewne do karolińskich wzorów nad Soławą. W trakcie ottońsko-salijskiej ekspansji wschodniej ubezpieczały militarnie magdeburski „obszar osadniczy” mniej więcej po Hawelę, tak jak i obszar serbski po Łabę były więc systemem strategicznym służącym do opanowania podbitego kraju. Do jednego burgwardu należało zwykle dziesięć do dwudziestu wsi, których mieszkańcy wówczas prawie wyłącznie Słowianie, bezwzględnie wykorzystywani, zostali zmuszeni do budowy grodów, stróży, dziesięcin i trybutów. A niektóre burgwardy miały również własne kościoły, jakkolwiek nie wszystkie, jak to kiedyś uważali historycy. W roku wielkiej bitwy z Węgrami, 955, Hermann Billung wyprawił się zaraz przeciwko powstającym Obodrytom. Przy tym synowie jego starszego brata Wichmana (Starszego), hrabiowie Wichman Młodszy i Ekbert (Jednooki), krewni królowej Matyldy, podburzyli sprzymierzonych z nimi książąt Obodrytów Nakona i jego współrządzącego brata Stojgniewa; obaj byli zresztą chrześcijanami. Jakkolwiek Słowianie byli w tym czasie gotowi w dalszym ciągu płacić trybut, byle tylko nie dać się zniewolić zupełnie, Otton wydał im wojnę, „przedsiębiorąc [wszystko] w swoim stylu” (Thietmar). Ledwie dwa miesiące po triumfie na Lechowym Polu i wyraźnie nim wzmocniony, pobił ich ciężko 16 października 955 roku nad rzeczką Raksą, prawdopodobnie Rzeknicą (dziś. Recknitz) we wschodniej Meklemburgii, przy czym wyrzynanie Słowian trwało do późna w nocy, a Otton zwany przez biskupa Liutpranda „świętym” i „bardzo świętym”, a przez teologa Haucka „obyczajowo dużo bardziej ukształtowaną osobowością niż jego ojciec” jeszcze następnego ranka przed zatkniętą na włócznię głową Stojgniewa, poległego na czele swych wojsk, kazał ściąć 700 jeńców wojennych. Doradcy Stojgniewa wyłupiono oczy i obcięto język „potem jako bezużytecznego pozostawiono go między trupami” (Widukind). A zabójca Stojgniewa otrzymał jako „wynagrodzenie” w darze od Ottona 20 łanów ziemi. Widukind, jak i przy zabiciu 30 wodzów słowiańskich przez Gerona (s. 296), nie znajduje ani słowa nagany. A już w roku 957, 958 i 960 Otton prowadzi nowe wojny przeciwko Redarom i innym plemionom połabskim. Nie chodzi o zwycięstwo, nie o narzucenie trybutu, jak w czasach Henryka I, lecz o wyniszczenie, wcielenie krajów słowiańskich do Rzeszy ottońskiej. Panowała wojna „totalna”. Czego było brak, to technika, jaką dysponowano tysiąc lat później 462. W 965 roku zmarł Geron. Dwa lata później książę Hermann walczył z Redarami i Obodrytami. I wtedy całe państwo Obodrytów zostało przyłączone do powstającej marchii Billunga, a w miejsce świętych gajów wzniosły się chrześcijańskie kościoły. Po śmierci Nakona bowiem jego syn Mściwój z pomocą Hermanna Billunga i odsuwając pogańską opozycję w Wagrii w latach 968/972 (dokładny rok nie jest znany) umożliwił założenie biskupstwa w Oldenburgu (Aldinburg, słow. Starigard), obejmującego wszystkie plemiona obodryckie. Starigard był z dawna istniejącym umocnionym głównym grodem słowiańskich Wagriów, gdzie źródła poświadczają istnienie pogańskiego posągu w roku 967. Posąg prawdopodobnie został później własnoręcznie zniszczony przez księcia. Cały wenedyjski obszar misyjny Hamburga sięgał od Zatoki Kilońskiej po diecezję w Hobolinie. W tym czasie, niewiele lat przed śmiercią, cesarz Otton I w piśmie z 18 stycznia 968 roku zabrania saskim możnym zawierania pokoju z pobitymi Redarami i żąda zakończenia walki

235 ich wyniszczeniem. „Ponadto życzymy sobie, żeby Redarowie, skoro, jak sie dowiadujemy, doznali tak wielkiej klęski, nie uzyskali od was pokoju, wiecie bowiem przecież, jak często łamali wierność i jakie wyrządzali przykrości. Stąd rozważcie to z księciem Hermannem i użyjcie wszelkich swych sił, byście przez ich zniszczenie (destructione) dopełnili waszego dzieła. Jeśli to będzie konieczne, sami przeciwko nim wyruszymy [,..]” 463. Niezmierzone dowody łaski dla „stolicy niemieckiego wschodu […]” Po koronacji Ottona na cesarza założono szereg biskupstw, wśród nich przede wszystkim w 968 roku Magdeburg, któremu papież Jan VIII udzielił przywilejów, jakby myślano tu o swego rodzaju Rzymie na północy. Co z tego wyszło, to w każdym razie przynoszące zyski możne miasto handlowe. Jak w ogóle w ślad za podbiciem Słowian połabskich, Polaków i Czechów postępował ożywiony handel. Cesarz Otton kazał wysyłać do Magdeburga nie tylko złoto i szlachetne kamienie, lecz także święte relikwie. Świętości i handel są bowiem ściśle ze sobą związane. Handel jest święty, a świętość jest również handlem. Kościół uzyskał rozległe posiadłości ziemskie, ściągał wysokie daniny, budował wszędzie swe świątynie w podbitym kraju i na stulecia stał się głównym profitentem i główną podporą niemieckiego panowania na zdobytych ziemiach Słowian połabskich. Magdeburg, jako gród i faktoria handlu dalekosiężnego nad Łabą poświadczony od czasów Karola Wielkiego, równie daleko wysunięty do przodu co sygnalizuje kierunek uderzenia w ziemie słowiańskie, co chroniony przez rzekę, był ulubionym miastem Ottona. Już wkrótce po rozpoczęciu swych rządów, rok po założeniu zakonu żeńskiego Św. Serwacego (St.Servatius) w Quedlinburgu przez swoją matkę Matyldę, ufundował w 937 roku w Magdeburgu klasztor Św. Maurycego (Moritzkloster) z osadzonymi w nim „mnichami reformowanymi”, a jednocześnie z nim i w jego pobliżu założył osadę kupiecką, w której zatrzymywali się kupcy przybywający z terenów położonych na wschód od Łaby. Podczas zakładania klasztoru obecni byli obaj arcybiskupi Fryderyk z Moguncji i Adaldag z Hamburga-Bremy, dawniejszy kanclerz Ottona, oraz ośmiu biskupów (od Augsburga po Utrecht). Król obdarował klasztor czyniąc go najpierw forpocztą, a potem centrum misji słowiańskiej i często i bogato i zawsze od nowa dotując wieloma wsiami, poddanymi, pańszczyźnianymi chłopami, prawem do ceł, na przykład od razu całym cłem przypadającym na Magdeburg, później również władzą zwierzchnią, targiem, prawem bicia monety, czynszami, czynszem od srebra, od miodu, dziesięcinami etc, licznymi dworami królewskimi, klasztorami, tak na przykład klasztorem Hagenmunster koło Moguncji, żeńskim klasztorem Kesselheim w okręgu Mainfeld, a nawet dobrami w Ostfalii (w 60 miejscowościach!), w Turyngii, Hesji, w regionie Harzu, Nahe i Spiry i w Niderlandach zachowało się co najmniej 57 dokumentów Ottona I na rzecz klasztoru, z czego 32 w oryginale. Na koniec jednak, nie od razu, został wyposażony w zagrabione ziemie, w grody, dziesięciny (w Schartau, Grabow i Buckau) na prawobrzeżnych, a więc słowiańskich terenach nad Labą, a nawet w cały słowiański okręg Nieletyców, do którego należały źródła solne w okolicach Halle. W sąsiadującym z Magdeburgiem okręgu Moraciani otrzymał 15 grodów i dworów. Tam i w innych okręgach słowiańskich doszło prawo ścinania drzew, świniobicia, a na Łużycach także dziesięcina z wszystkich podatków i dochodów korony i hrabiów. Klasztor otrzymał immunitet, ochronę królewską, a wkrótce i papieską. Słusznie mógł Otton w 962 roku oświadczyć, że założył klasztor „z przyczyny nowego chrześcijaństwa”. Patronem domu zakonnego fundator uczynił swego własnego specialis patronus, świętego Maurycego, pogromcę pogan; wskazówka tego, „że żołnierze winni torować drogę misjonarzom” (Fleckenstein). Około 955 roku nakazał budowę katedry magdeburskiej w miejsce pierwszego kościoła klasztoru Moritzkloster i wypełnił ją

236 ściągniętymi z Włoch marmurami, złotem i szlachetnymi kamieniami. Oraz, „w należytej, głębokiej czci” (Thietmar), mnóstwem prawdziwych i przede wszystkim fałszywych relikwii. Na początek miał Otton dla Magdeburga jedynie szczątki pewnego Innocentego, jednego z rzekomo 6600 lub nawet 6666 tebańskich męczenników. Jeden to pewnie było za mało przy tylu bohaterach. Jednakże udało się Ottonowi uzyskać od króla Burgundii również relikwie wodza legionu tebańskiego, św. Maurycego, głównego patrona fundacji magdeburskiej, przypuszczalnie ze względu na ich cenność jedynie ich mniejsze części. (Ale dalsze kości tego samego Maurycego przekazał kościołowi magdeburskiemu Henryk II. A nawet jeszcze w 1220 roku miejscowy biskup Albrecht nabył kalotę Świętego od hrabiego Ottona z Andechs, po tym jak najpierw św. Ulryk sprowadził szczątki Maurycego od opata Reichenau). Otton otrzymał w tym czasie dalsze członki męczenników dla miasta, a w końcu kazał napełnić wszystkie kapitele kolumien nowego kościoła szczątkami świętych. żadnego miejsca Otton I tak często nie odwiedzał 22 razy zatrzymał się w Magdeburgu że wręcz z lekką przesadą nazywano go „stolicą niemieckiego wschodu we wczesnym średniowieczu” (Brackmann). Niewiele lat po założeniu arcybiskupstwa magdeburskiego powstało biskupstwo w Pradze 464. I również w tym celu przełomowe było działanie Ottona, oczywiście również za pomocą miecza. Zaraz po śmierci księcia Wacława i króla Henryka (935 i 936 r.), gdy Bolesław I walczył z (niewymienianym w źródłach) subregulus 465, Otton zaraz wysłał na pomoc temu ostatniemu oddziały saskie i turyńskie, które oddzielnie wkraczały do Czech i przez Bolesława po kolei zostały rozbite. Swojego miejscowego rywala Bolesław również pokonał, zrównał z ziemią jego gród przy pierwszym szturmie i umocnił swe panowanie, rządząc za pomocą okręgów grodowych i świadczeń ludności. Król niemiecki rozpoczął jednak czternastoletnią wojnę, zakończoną dopiero w 950 roku całkowitą klęską Bolesława. Otton zwyciężył już wówczas północnych Słowian, zapewnił sobie panowanie z papieskim przyzwoleniem z 948 roku dzięki założeniu trzech biskupstw słowiańskich w Brennej (Brandenburgu), Hobolinie (Havelbergu) i Starigardzie (Oldenburgu), zobowiązał powszechnie ludność do oddawania znienawidzonej dziesięciny. Następnie wtargnął ze swą armią w sam środek Czech i, tak to formułują na serio historycy, „odtworzył więź Czech z Rzeszą”. Lub nazywają to analogicznie „włączeniem ziem peryferyjnych w związek Rzeszy”: rzecz zasadnicza, że wszystko to dzieje się jak najbardziej bezkrwawo na papierze im brudniejsza historia, tym czystsza musi być praca historiografów opłacanych przez państwo. Czyj chleb jem… kooperacja o zasłużonym rodowodzie 466. Zbrojnie Otton I pokonał „barbarzyńców” czeskich, zbrojnie wyruszył też przeciwko graniczącej z nimi od północnego wschodu Polsce. Polska powierza wilkowi swe owieczki Jak państwo ruskie zostało stworzone przez Wikinga Ruryka (skand. Hrorikr), Szweda, w Starej Ładodze lub (i) Nowogrodzie, tak Polskę miał założyć Norman Dago, przypuszczalnie Duńczyk, około roku 960 stolicę w Poznaniu nad Wartą. Nazwa „Polska”, „Poloni”, „Polonia” (od pola tzn. stałej roli w przecinkach leśnych, płaskiej krainy) zadomowiła się dopiero w okolicach przełomu tysiącleci. A według polskiej tradycji (z początku XII wieku) Norman Dago nazywał się Mieszkiem I (ok. 960-992) i był czwartym z kolei potomkiem niejakiego Piasta, przodka dynastii Piastów, rodu rządzącego w Polsce do 1370, na Mazowszu do 1526, a na Śląsku do 1675 roku. Być może, jak się dzisiaj również mniema, Mieszko miał dwa imiona, jedno miejscowe i jedno obce. I czy osiedli między Odrą a Wisłą, wojujący ze sobą w długich pogranicznych walkach Słowianie polscy i pomorscy, niezależnie od wszelkich

237 przesunięć ludnościowych zamieszkiwali tu od początku tak zwanej naszej ery, jak chce większość polskich historyków, czy jak to zwłaszcza sądzą niemieccy nie pochodzili z tych ziem, lecz na nie przywędrowali, jest rzeczą drugorzędną. W każdym razie ten Dago lub Mieszko (Meszo zwany przez swych poddanych, w źródłach łacińskich Misaca i Miseco) jest pierwszym historycznie pewnym księciem Polaków. A wielkość nowego państwa zachodniosłowiańskiego z którego różnych polskich plemion dający mu nazwę „Polacy” (pol. Polanie, łac. Poloni, Poliani) występują w Rocznikach hildesheimskich najpóźniej, a mianowicie w roku 1015 była znaczna. Sięgało ono od Odry aż do ruskiej granicy, na północy do morza. Przyłączono do niego również kraje przygraniczne (w XI wieku utracone), jak Morawy, Łużyce, późniejszą Ukrainę nad górnym Bugiem i Sanem 467 i było energicznie rządzone przez Mieszka. Książę polski ekspandował z Gniezna, przekroczył na północy Wartę, na południu Odrę, dostał się jednak pod nacisk margrabiego Gerona i w końcu popadł w zależność od niemieckich sąsiadów. Już w roku 963 pan Marchii Serbskiej, tym razem w przymierzu z Redarami, wkroczył dwiema kolumnami wojsk do Łużyc i dalej przeciwko nowemu państwu. Mieszko I, jak jego poddani jeszcze poganin, był kuszącym celem dla „misji”, zwłaszcza że w Marchii Północnej Gerona istniały już od 948 roku biskupstwa w Brandenburgu i Hobolinie. Mieszko został pobity „z wielką siłą” w dwu ciężkich bitwach między Odrą a prawym brzegiem Warty, jego brat zginął, kraj został ograbiony, a on sam zmuszony do płacenia trybutu i uznania niemieckiej zwierzchności. Widukind pisze o „zupełnym poddaństwie” (ultimam servitutem). Wywarło to wpływ na bieg polskiej historii na całe dziesięciolecia 468. Bardzo prawdopodobne, że jednocześnie z Geronem uderzył z Czech Bolesław I na południową flankę Polski i opanował Kraków. W 965 roku Mieszko poślubił jednak córkę Bolesława, chrześcijankę Dobrawę (Dubrawkę), a w rok później, 966, data bardzo znacząca, stał się rzymskim katolikiem. Przybyli czescy misjonarze, szybko okrzepli, a prawdopodobnie w pierwszych latach chrystianizacji Polski aktywni byli również duchowni bawarscy. Albowiem gdy tylko Mieszko kazał się ochrzcić, zmusił do tego również swój lud, a ta „rewolucja od góry” powtarza się dwadzieścia dwa lata później przy chrystianizacji Rusi (s. 305). Bajeczka o odźwiernym niebieskim (IV, s. 230 i nast.!!) zachowała swe magiczne oddziaływanie również na Wschodzie. W rok po śmierci rzeźnika i pielgrzyma do Rzymu Gerona (20 maja 965 roku) Polska została krajem chrześcijańskim pod patronatem św. Piotra. Mieszko I oddał się pod „ochronę” papieża, a żadnego kraju papieże nie zdradzali tak bez zahamowań, jak przez całe tysiąclecie niezłomnie im oddanej Polski. Już w 968 roku założono biskupstwo w Poznaniu, jego pierwszym biskupem został Niemiec biskup Jordan, a następcą też Niemiec Unger. Również Mieszko, który po śmierci swej pierwszej żony (977 r.) poślubił wbrew przepisom kościelnym mniszkę Odę z klasztoru w Calbe, córkę margrabiego Teodoryka z Marchii Północnej, przemienił się teraz w szermierza chrześcijaństwa na północnym froncie walki z poganami i korzystał podczas ofensyw przeciwko nim z gorliwej pomocy chrześcijańskich Czechów 469. Otton I usiłował wciągnąć w swe plany misyjne również Ruś, jeśli nawet bez rezultatu. Święta Olga (zm. 969 r.) Państwo kijowskie (907-1169), od późnego X wieku zwane stopniowo „Rusią” (nazwa wskazująca na środkowoszwedzką krainę Roden, dzisiaj Roslag), było pierwszym tworem państwowym między Bałtykiem a Morzem Czarnym i dziełem szwedzkich wikingów (wtedy nazywanych Waregami), a dokładniej dziełem wikińskiej dynastii Rurykowiczów (wymarłej dopiero w 1598 roku) wraz z ich normańską drużyną. Nowe „państwo”, pierwsze ruskie, było więc szwedzkiego pochodzenia i zawdzięczało swój rozwój handlowi z Bizancjum. A

238 poprzez handel (nie tylko towarami), jak wkrótce zobaczymy, powstawało poczucie jeszcze większej wspólnoty. Około roku 945 książę Igor z Kijowa został pokonany przez Drewlan. Wschodniosłowiańskie plemię od pięćdziesięciu lat zobowiązane wobec księcia do płacenia daniny po raz kolejny usiłowało zrzucić uciskający je ciężar i dzięki śmierci Igora uzyskało przejściowo niepodległość. Gdy jednak wdowa po nim, wielka księżna Olga (skand, i grec. Helga), w Kościele prawosławnym czczona jako święta (święto 11 lipca) przejęła regencję w imieniu małego syna Światosława, zemściła się okrutnie za śmierć swego męża. Według Kroniki Nestora (Powiest wremiennych liet, Opowieść lat minionych, Powieść doroczna) słynnego dzieła staroruskiej annalistyki powstałego na początku XII wieku w Kijowie Olga rozkazała dwa poselstwa Drewlan, ich „najlepszych mężów”, za pierwszym razem żywcem pogrzebać, za drugim żywcem spalić, a potem podczas uczty zabić 5 tysięcy pijanych ludzi. Jest to wprawdzie rzecz legendarna i przesadzona, jednakże księżna która, jak śpiewano w starym hymnie pochwalnym, przewodziła chrześcijańskiemu krajowi „jak poranna gwiazda słońca, jak jutrzenka dziennego światła” około 950 roku istotnie wygubiła znaczną część wrogich możnych, spaliła różne grody Drewlan, ostatecznie zaanektowała ich ziemie, a sama w 955 lub 957 roku w Kijowie lub Konstantynopolu dała się ochrzcić akt zgoła lub wcale nie posiadający motywacji religijnej, lecz mający podnieść jej prestiż w polityce zewnętrznej. Według Thietmara z Merseburga Kijów już na początku XI wieku miał „więcej niż 400 kościołów i osiem targów” (mercatus). Było to najbardziej zaludnione ruskie miasto średniowiecza: przed katastrofalnym, lecz uważanym za dopust Boży, najazdem Mongołów w XIII wieku liczyło 40 tysięcy mieszkańców, potem już tylko około 2 tysiące. Gdy św. Olga w 957 roku udała się do Carogrodu nad Bosforem, nie miała w swej świcie ani jednego księdza, lecz zdumiewająco wielu kupców. A dwa lata później wykorzystała zmianę władcy w Bizancjum, śmierć znaczącego dla historii kultury i ducha cesarza Konstantego VII Porfirogenety, do bezpośredniego związania się z Zachodem. Wystarała się anno 959 u króla Ottona I o księży, ale przede wszystkim o nawiązanie stosunków handlowych! Wyświęcony zaraz potem na biskupa misyjnego mnich moguncki Libutius zmarł nim ruszył w drogę. A wysłany przez Ottona do Kijowa, wyświęcony na „biskupa dla Rusinów” Adalbert przedtem mnich w Trewirze, potem opat w Weissenburgu, a na koniec w 968 roku arcybiskup Magdeburga wrócił w roku 962 nie odniósłszy sukcesu; nie bez szczęścia mimo wszystko, wygnany przez wrogich mu chrześcijan lub reakcję pogańską; po drodze zostawił poległych towarzyszy wyprawy. Olgę usunął w swoim czasie jej syn Światosław, zakazany pogański zabijaka, a następnie poproszono na Ruś nie o zachodnich, lecz bizantyjskich misjonarzy była to decyzja o historycznym znaczeniu; za rządów Włodzimierza dokonał się wraz z jego chrztem w 988/989 roku ostatecznie zwrot ku kulturze bizantyjskiej, stąd w rezultacie wzięły się aspiracje Moskwy do bycia „trzecim Rzymem” 470. Św. Włodzimierz, „wielki i apostołom równy” Wnuk św. Olgi, Włodzimierz Święty (980-1015) jako święty jest czczony w Kościele prawosławnym Rusi od XIII wieku wywalczył sobie, jak to przystoi równym sobie, przy pomocy zwerbowanej w Szwecji wareskiej drużyny przeciwko bratu Jaropełkowi tron i jedynowładztwo. Przy okazji wymordował w Połocku nad Dźwiną panujący skandynawski ród i siłą pojął za żonę córkę z tego rodu Rognedę, co zdradza jego wielką subtelność. Następnie dzięki podstępowi wszedł w posiadanie Kijowa i kazał zabić swego brata Jaropełka. A gdy jego normańska drużyna zażądała zapłaty, miał ją według jednego ze starych źródeł wysłać do bogatego Bizancjum, ostrzegając przed nią cesarza.

239 Święty prowadził wojnę jedną za drugą i wyciskał z wszystkich podbitych ludów daniny. W roku 981/982 podbił Wiatyczów, w 984 Radymiczów, a po drodze, w 983, najechał Jaćwingów (lub Sudaów), lud bałtycki na pruskich terenach osadniczych. Opanował kraj, który w XIII wieku stał się dzięki zakonowi krzyżackiemu „wielkim odludziem”, przy czym sami Jaćwingowie zniknęli z kart historii. Kilka lat po ataku na zachodzie, gdzie Włodzimierz zdobył na Polsce Grody Czerwieńskie między górnym Sanem a górnym Bugiem, wyratował na południu z wielkiej wewnątrzpolitycznej opresji bizantyjskiego cesarza Bazylego II (Bulgaroktónos, Bułgarobójcę, 976-1025). W środek ciągnącej się wiele lat walki rywalizujących ze sobą rodów magnackich Włodzimierz rzucił najemną drużynę waresko-ruską, która zadecydowała o zwycięstwie Bazylego. Jednakże działalność świętego miała dalej idące konsekwencje: owo zwycięstwo pozwoliło cesarzowi pośrednio na kolejny, jego największy triumf. Po zakończeniu piętnastoletniej nadzwyczaj brutalnej wojny przeciwko Bułgarom w 1014 roku w dolinie rzeki Strymon jego chrześcijański majestat kazał oślepić wszystkich jeńców, podobno 14 tysięcy jedynie jeden na stu zachował jedno oko, by doprowadzić Ślepców z powrotem do cara Samuela. Włodzimierz Święty zażądał w każdym razie za pomoc przeciwko antycesarzowi bizantyjskiemu ręki urodzonej w purpurze księżniczki Anny, siostry cesarza. Gdy zwlekano z wypełnieniem obietnicy wobec „barbarzyńskiego księcia”, podjął w kwietniu 988 roku wyprawę zbrojną na Korsuń (Chersonez), najważniejszą kolonię bizantyjską na północnym brzegu Morza Czarnego (wkrótce po 1500 roku podupadła, a dzisiaj ruina). Zdobył miasto dzięki zdradzie kapłana Anastasiusa, którego uczynił w zamian głową Kościoła w Kijowie i zdobył „urodzoną w Porfirze (pałacu cesarskim)” księżniczkę z Bizancjum, co nie udało się Ottonowi Wielkiemu dla swego syna i współcesarza. Oczywiście „zrodzona w purpurze” miała swą cenę. Włodzimierz kijowski „musiał za to według katolickiego Podręcznika historii Kościoła dać się jednak ochrzcić” i zmusił następnie kijowian, swój opłakujący bogów lud znów „typowa «rewolucja od góry»” (Hösch) przypuszczalnie latem 988 roku, do masowego chrztu w Dnieprze. Świętym nie zostaje się za darmo ani w Kościele rzymskim, ani w prawosławnym! Jednakże pierwszy katolicki wielki książę Rusi, w jej historii jaśniejący przydomkiem „Wielkiego i równego apostołom”, jest czczony jako święty także w Kościele greckounickim, i to za przyzwoleniem Stolicy Apostolskiej! W końcu działalność Włodzimierza miała wiele obliczy: zdradę i mord, nawet bratobójstwo, ogromną liczbę krwawych wypraw zdobywczych i podbojów, budowę kościołów, grodów i warowni według najnowszej wiedzy z techniki wojennej, także zniszczenie wszystkich pogańskich idoli i świątyń w swym państwie. Zaraz po powrocie z Korsunia wypowiedział bowiem wojnę pogaństwu, żarliwie wyznawanemu przezeń jeszcze na początku swych rządów, rzekomo nawet łącznie z ofiarami z ludzi, jak na przykład z młodego Warega chrześcijanina. Cóż, posąg Peruna najznaczniejszego ruskiego i polańskiego boga, pojmowanego jako pan całego świata, którego głównym ośrodkiem kultu był Kijów, gdzie płonął przed nim wieczny ogień przed kilkoma laty sprowadzony przez samego Włodzimierza do miasta na większą chwałę został teraz przywiązany do końskiego ogona, wybatożony i wrzucony do Dniepru. Usunięto również pozostałe wizerunki bóstw, stopniowo zniszczono święte miejsca starowierców w całej Rusi i zastąpiono je kościołami. Cóż to jeszcze może mieć za znaczenie, że Święty, Wielki i równy apostołom przez cały czas był rozpustnikiem!

240 Włodzimierz, rezydujący w pałacu zamieszkiwanym, jak się przyjmuje, przez co najmniej 700 ludzi, był wprawdzie opętanym przez żądze lubieżnikiem tylko przed nawróceniem, jednakże jest to wersja nadzwyczaj tendencyjnej, wielokrotnie przeredagowywanej Kroniki Nestora. „Nienasycony był w rozpuście jest tam zapisane kazał sobie przyprowadzać kobiety i dziewczęta, by pozbawiać je czci, gdyż był miłośnikiem żeńskiej płci równym Salomonowi”. Obok pięciu legalnych żon miał posiadać w Wyszegorodzie, Bjełgorodzie i Berestowie liczne haremy z łącznie ośmiuset nałożnicami z wszystkich krajów sąsiedzkich masowy koneser, który oczywiście „kontynuował poligamię także po chrzcie” (Wetzer, Welte); „rozpustnik”, o którym biskup Thietmar z Merseburga utrzymywał: „By wzmóc jeszcze swą przyrodzoną skłonność do grzechu, król nosił podniecające podwiązki wokół lędźwi”. A gdy już dostatecznie długo żył swym świętym życiem, został pochowany pośrodku zbudowanego przez siebie kijowskiego kościoła Matki Bożej, zwanego później „kościołem dziesięcinnym” (desjatinnaja cerkov’), u boku swej małżonki Anny, urodzonej w purpurze 471. Po śmierci Włodzimierza 15 lipca 1015 roku wybuchły walki o sukcesję po nim, przy czym młodsi synowie Borys i Gleb zostali wkrótce zamordowani (a w 1072 roku kanonizowani). Hagiograficzna tradycja przypisuje zbrodnię ich najstarszemu bratu, następcy na tronie, Świętopełkowi. Jednakowoż: „Jako sprawca ich śmierci wchodzi w rachubę również Jarosław I «Mądry», czerpiący korzyści z konfliktu” (A. Poppe); Jarosław więc, dzięki dużej aktywności w polityce kościelnej ulubiony przez duchowieństwo kolejny syn Włodzimierza Świętego. Udało mu się zdobyć koronę jednakże dopiero w 1036 roku po dwudziestu latach ciągłych wojen z krewniakami. A po jego abdykacji (1054 r.) jego synowie i wnuki ponownie rozpoczęli walkę o władzę. Waśnie między braćmi nigdy się nie urwały. I to mimo przysięgi wiążącej zawierających traktaty książąt, wzmocnionej jeszcze kościelną ceremonią składania pocałunku na krzyżu. W ciągu 170 lat od śmierci Jarosława Mądrego naliczono nie mniej niż 83 wojny domowe i 62 wojny z innymi ludami prowadzone przez państwo kijowskie. Chrześcijański siew zawsze wschodził wspaniale. Wszakże, mówiąc za biskupem Thietmarem: Quia nunc paululum declinavi, redeam […]: Nieco odbiegłem od tematu, a więc wracajmy!” 472 Już przed nieudanym intermezzo Ottona w Kijowie, w Danii, gdzie tuż obok król Harald Sinozęby był poganinem, działał margrabia Hermann Billung i często dochodziło do starć granicznych, król poddał jutlandzkie biskupstwa w Szlezwiku, Ribe i Aarhus władzy arcybiskupa Adaldaga z Hamburga-Bremy, następcy Unnona. Dzięki temu miały zostać wzmocnione niemieckie wpływy na północy i energicznie szerzone panowanie Kościoła. „Misjonarskie” zabiegi o te połacie nieba sięgają oczywiście daleko w przeszłość. Polityka skandynawska wojna i handel w interesie Pana Boga? W ramach karolińskiej polityki skandynawskiej bardzo aktywni byli początkowo dwaj głosiciele zbawienia. Najpierw pojawił się w 823 roku właściwy inicjator Dobrej Nowiny wśród Duńczyków i mianowany przez papieża Paschalisa I legatem północy arcybiskup Ebo z Reims, ów obdarzany łaskami oportunista, w najlepszym prałackim stylu wielokrotnie zmieniający fronty (s. 77, 79 i nast.), który zresztą sfałszował na swą korzyść list papieski. Trzy lata później zjawił się u Ludwika Pobożnego w palatium w Ingelheim król Duńczyków Harald Klak i dał się ochrzcić dla uzyskania wsparcia cesarza. W podróży powrotnej zabrał ze sobą zostawionego niegdyś jako sierotę w klasztorze w Korbei mnicha i misjonarza, zaopatrzonego w „ołtarz podróżny i relikwie” (Walterscheid), który jednak do Danii raczej nie dotarł, a osiedlił się zaraz w przewłaszczonym na niego hrabstwie Rüstringen

241 we wschodniej Fryzji. Gdy potem Ludwik w 831 roku na sejmie Rzeszy w Diedenhofen utworzył biskupstwo w Hamburgu jako diecezję misyjną dla Duńczyków, Szwedów i Słowian nadbałtyckich i uczynił Ansgara jej biskupem, a papież Grzegorz IV jak jego poprzednik Paschalis I Ebonowi udzielił mu w 831/832 roku „pełnomocnictwa misyjnego”, Ebo wspomagał Ansgara. Lecz w niewiele lat później arcybiskup Ebo właśnie jeszcze przez papieża jako legat obdarzony „zwierzchnością” nad innym legatem, św. Ansgarem, siedział często w więzieniu, wielokrotnie w klasztorze w Fuldzie, również w Lisieux i Fleury (s. 81). A Ansgar został wprawdzie arcybiskupem, lecz siła uderzeniowa Rzeszy frankijskiej pod panowaniem Ludwika wciąż słabła, zwłaszcza w jej ostatnich latach. Duńscy wikingowie napadli w 845 roku Hamburg, puścili z dymem katedrę, klasztor (który w 964 roku służył później jako więzienie dla papieża Benedykta V), bibliotekę i miasto, a skarby kościelne zrabowali. Natomiast Ansgar, „apostoł wikingów” (Walterscheid), uszedłszy o mały włos wraz z relikwiami z życiem, pocieszał się słowami Hioba: „Pan dał, Pan wziął” i „pobożną matroną Ikią”, która przyjęła uciekiniera w swych dobrach. Został biskupem w od 845 roku wakującej Bremie, ale też sufraganem Kolonii, co w następstwie przyniosło długoletnie ciężkie spory z arcybiskupem Güntherem (od 850 r.). Z Bremy powstało jeszcze kilka, nawet jeśli naprawdę skromnych kościelnych punktów oparcia. Tak więc w Haithabu (duń. Hedeby), znaczącym ośrodku eksportu i importu w północnym Szlezwiku-Holsztynie, gdzie św. Ansgar wielokrotnie wykorzystywany przez Ludwika Niemieckiego jako poseł za przyzwoleniem króla Horika I wybudował kościół, „który pozwolił stać się temu ośrodkowi handlowemu celem uprzywilejowanym przez chrześcijańskich kupców” (Radtke), w Ribe (niem. Ripen), najstarszym mieście duńskim i (już od początku VIII wieku) również prowadzącym ożywioną działalność handlową, być może również bicie monet, i prawdopodobnie w Birce, bogatym, relatywnie dużym, zapewne odwiedzanym przez króla ośrodku handlowym o dalekosiężnych powiązaniach (najczęściej handlował towarami luksusowymi: zajmującymi niewiele miejsca, a przynoszącymi wiele zysku) przede wszystkim z zachodnią Europą, lecz również z Rusią, Bizancjum i kalifatem w Bagdadzie. Zadziwiające, że same centra handlowe; wojna i kapitał bowiem, zarówno jedno, jak i drugie, tak ściśle są związane z historią zbawienia po dzisiejsze czasy. „Dla pozycji Birki jest charakterystyczne, że misja chrześcijańska idąc głównymi drogami handlowymi osiedliła się w jedynej wczesno miejskiej i stosunkowo ludnej osadzie Szwecji i odniosła tam pierwsze, choć przejściowe sukcesy” (H. Erhardt). I również charakterystyczne: Dunowie, których państwo powstało około roku 800 i obejmowało Jutlandię, wyspy oraz trzy krainy południowo-szwedzkie, nie chcieli nic wiedzieć o chrześcijaństwie. Jeszcze dwa dziesięciolecia po chrzcie króla Haralda Klaka, anno 847, w diecezji Ansgara istniały cztery kościoły chrzcielne. A duńskich wychowanków do swoich szkół misyjnych św. Ansgar musiał po prostu kupować! Lecz dlaczego nie. Już dwa i pół wieku temu św. papież Grzegorz I, „Wielki”, doktor Kościoła, kupował angielskich chłopców w niewoli do rzymskich klasztorów (IV, s. 112 i nast.). Chrześcijańska Europa jeszcze długo i bez skrupułów dostarczała niewolników do krajów orientalnych. Obok władzy istotny jest też interes, jako część władzy. A czyż nie jest to korzystne dla wiary, dla wiernych, a nawet czyż nie handluje się też i przede wszystkim w interesie Pana Boga? 473 Ostatecznie misja skandynawska załamała się zupełnie. Przejście na chrześcijaństwo zostało po prostu zabronione. W całej Danii nie było ani jednego kościoła, w Szwecji, gdzie ludność przepędziła już dużo wcześniej biskupa, przez całe lata ani jednego chrześcijańskiego duchownego. (Ale więcej niż jednego kapłana w owym czasie w Szwecji nie było nigdy). Myślano nawet nie po raz pierwszy o likwidacji arcybiskupstwa w Hamburgu.

242 Jednakże w X wieku głoszenie wiary chrześcijańskiej rozpoczęto na północy na nowo, również przez misjonarzy angielskich; co znamienne jednak dopiero wtedy, gdy ponownie zadźwięczał miecz. Nawet katolicki Podręcznik historii Kościoła przyznaje: „Zwycięska wyprawa zbrojna Henryka I przeciwko królowi Gnupie w południowej Jutlandii otworzyła w 934 roku bramę niemieckim kaznodziejom”. Podbity Gnupa, król Wikingów w rejonie Haithabu, który wkrótce poległ w walce z pogańskim jutlandzkim królem Gormem, musiał mianowicie teraz „nosić jarzmo Chrystusa” (Thietmar) i oczywiście, rzecz podstawowa, płacić daniny. A już w następnym roku za zgodą króla pośpieszył do Danii mianowany jeszcze przez poprzednika Henryka króla Konrada na krótko przed swoją śmiercią i wbrew woli duchowieństwa arcybiskup Unni z Hamburga, nie udało mu się jednak uczynić chrześcijanina z Gorma, całe życie walczącego przeciwko Niemcom. Nie odniósł zapewne sukcesów na wyspach duńskich, zanim udał się dalej do Szwecji, gdzie bezpośrednio przed powrotem do Hamburga zmarł we wrześniu 936 roku w Birce. W Danii wrogi chrześcijanom Gorm Stary (Gorm den Gamle) od którego zaczyna się datowana duńska dynastia królewska (tak zwana dynastia Jelling, do której należeli wszyscy królowie do 1375 roku) tolerował być może głoszenie chrześcijaństwa. A za panowania jego syna Haralda Sinozębego (Bltand) Gormsona (poświadczony dla lat 936-ok. 987) rozpoczyna się oficjalna chrystianizacja Duńczyków nieco po 960 roku, gdy sam Harald dał się ochrzcić „wedle wszelkiego prawdopodobieństwa z powodu politycznego nacisku ze strony Niemców” (Skovgaard-Petersen). O wydarzeniu tym przypomina kilka lekceważonych znalezisk archeologicznych duńskiego wczesnego średniowiecza w Jelling (na wschodnim wybrzeżu Danii, niedaleko Vejle), wśród nich postawiony przez Haralda Sinozębego „wielki” kamień z napisem runicznym. Poza inskrypcją ku pamięci ojca Gorma i matki Thorwi wymienia samego Haralda, „który zdobył dla siebie całą Danię i Norwegię i z Duńczyków uczynił chrześcijan” 474. Z dużo większymi sukcesami niż Unni poczynał sobie jego następca w Hamburgu, arcybiskup Adaldag (937-988). Potomek możnej rodziny saskiej, najpierw działał w kaplicy Henryka I, potem jako kanclerz Ottona I, był obeznany z życiem dworskim, jednakże również jako arcybiskup zachował silny wpływ na ottońską politykę państwową i kościelną. Popierał zwłaszcza jak nikt inny plany Ottona dotyczące Północy. Jego biskupstwo sięgało wszak w 947/948 roku daleko poza granice Niemiec na Danię poprzez stworzenie trzech mu podległych, posiadających wiele królewskich przywilejów diecezji w miastach portowych Haithabu (Szlezwik), Ribe i Aarhus. Po raz pierwszy więc arcybiskupi hamburscy mieli swych sufraganów. W tym przypadku, zadecydował ongiś papież Formozus, Brema miała wrócić do związku diecezji arcybiskupstwa kolońskiego, do którego wcześniej należała. Ergo doszło do reklamacji ze strony arcybiskupa Wicfrida z Kolonii; natychmiast podniósł roszczenia wobec Bremy. Na to natomiast nie chciał pozwolić arcybiskup Adaldag, niezwykle gorliwy krzewiciel Dobrej Nowiny, wysyłający na północ księży i budujący kościoły. A ponieważ nie wiedział co to skrupuły jak choćby czyniąc opatką córkę hrabiego Henryka von Stade (dziadka biskupa Thietmara), dziewczę ledwie dwunastoletnie sfabrykował, w końcu kiedyś przez wiele lat sporządzając i pisząc dokumenty królewskie, szereg fałszywych dyplomów i Pan mu pobłogosławił. Nie tylko zostało mu w 968 roku podporządkowane biskupstwo w Starigardzie (Oldenburgu we wschodnim Holsztynie), za czym rozpoczęły się od dawna planowane rządy kościelne w kraju Obodrytów, lecz i umocnił swą pozycję, przy czym nie bez znaczenia było uzyskanie ostatecznej niezależności od konkurencji w Kolonii. W ten sposób ten fałszerz, ogólnie biorąc, podniósł „znacznie prestiż arcybiskupstwa podczas swych długich, energicznych rządów”

243 (Lexikon fur Theologie und Kirche). Trzy nowe siedziby biskupie leżały wprawdzie na duńskim terytorium, jednakże niezbyt były oddalone od Rzeszy. I oczywiście zarządzający nimi sufragani Adaldaga Hored, Liafdag i Reginbrand mieli zadanie poszerzać swe wpływy, przede wszystkim na wyspy Fionię, Zelandię i Skanię (długo należącą do Danii, a dopiero od 1658 roku do Szwecji). Albowiem do nawracania Duńczyków mieszkających na wyspach nowi biskupi misyjni zostali wyraźnie zobowiązani. Chodziło o ekspansję, zdobycie posiadłości. Ergo hierarchowie musieli swym diecezjanom „wydawać się wrogimi przyczółkami we własnym kraju. I tym mieli być bez wątpienia według planu Ottona” (A. Hauck) 475. Z powodu chrześcijaństwa Duńczycy podrywali się równie rzadko do buntu, co Słowianie na wschodzie. Najwyraźniej osiągnięto już wiele, a niektórzy uważali idola chrześcijan za nie mniejszego niż własne bóstwa. Lecz nawet takie „sukcesy” kwitły w cieniu niemieckich mieczy. A gdy Harald Sinozęby wykorzystał okrutne walki o władzę w Norwegii po śmierci Haralda Pięknowłosego (około roku 930, był on pierwszym władcą całej Norwegii) do wyprawy zbrojnej i południowa Norwegia dostała się pod kontrolę duńską, do akcji ruszyli chrześcijańscy „posłańcy wiary” jak po zwycięstwie Henryka I nad Duńczykami w Danii (s. 263). Działalność duchownych feudałów i ich misjonarzy, ich zagnieżdżanie się najpierw na ziemi, a potem w duszach pokonanych i zniewolonych, miała dla króla ogromną wartość. Gdzie tylko Otton uderzał, gdzie wyruszał w pole przeciwko Duńczykom, Słowianom czy Węgrom i militarnie mocno stawał stopą, tam zakorzeniał się dzięki Kościołowi, tam tworzył „na wszystkich oderwanych od nich terytoriach biskupstwa i klasztory jako punkty oparcia swej władzy” (Kosminski). Tak było w 948 roku na duńskim terytorium biskupstwa w Szlezwiku, Ribe i Aarhus; w tym samym roku, a nawet jeszcze przed chrystianizacją tych obszarów powstały słowiańskie biskupstwa w Brennie i Hobolinie, które dostał arcybiskup moguncki, oraz, dużo później, podporządkowany arcybiskupowi Adaldagowi z Hamburga-Bremy Starigard (Oldenburg). Tworząc arcybiskupstwo w Magdeburgu w 968 roku założono biskupstwa w Merseburgu, Zeitz i Miśni, w końcu w 973 roku roku śmierci Ottona biskupstwo w Pradze. Najpierw uderzenie militarne, potem misja, następnie „przyłączenie” do państwa. Był to wszak wyraźny ostateczny cel Ottona Wielkiego, by wszystkie zdobyte kraje „najpierw kościelnie, a potem politycznie wcielić do Rzeszy niemieckiej, jak to już było praktyką karolińską” (Brackmann). Właśnie ścisła współpraca, zbratanie tronu z ołtarzem przy tym tak pospolitym, jak i krwawym, zbójeckim interesie na wielką skalę, dało ottońskiemu najeżdżaniu i napadaniu polor bojaźni bożej, wyższego święcenia, łaskawości bożej. Lub, jak pisano ćwiczonym językiem, „misja jako element” tej polityki, szerzenie wiary wśród pogan, „wzniosły obowiązek cesarza”, mogła „jeszcze w większym stopniu sublimować prestiż Ottona i jego pozycję zmierzającą ku cesarstwu” (Hlawitschka) 476. Sublimować. A dążenie Ottona do najwyższego celu w ziemskim zakresie potrzebowało oczywiście najwyższej wartości w zakresie duchowym, najwznioślejszej w ogóle, najbardziej wysublimowanej: papiestwa w Rzymie. Nadciąga „mroczne stulecie” Jakby wszystkie po kolei i razem wzięte nie były mroczne! Przynajmniej też i mroczne. Przede wszystkim mroczne. Jednakże czas od późnego IX wieku do połowy XI stulecia zwie się szczególnie „saeculum obscurum”. Chociaż inne epoki nigdy nie dość wbijania sobie

244 do głowy w których Rzym był nieporównanie potężniejszy i z tego względu nieporównanie niebezpieczniejszy, dla wielu innych ludów były dużo mroczniejsze, zarówno czas wypraw krzyżowych, jak i choćby wiek XX, w którym papiestwo było zarówno współwinowajcą dwóch wojen światowych, jak i je intensywnie popierało, w równym stopniu jak faszyzmy wszelkiej maści. (Należy przypomnieć w tym miejscu o jego asystowaniu wojnie w Wietnamie, o podgrzewaniu nie tylko najnowszego konfliktu na Bałkanach; akurat gdy to piszę, jeden z niemieckich dzienników ukazał się z nagłówkiem: „Papież nawołuje do wojny”). Jednak owe mroczne średniowieczne czasy, sugeruje katolicki historyk Kościoła Franzen, zostały spowodowane jedynie przez szlachtę! „Jej jedynie dotyka wina za smutne stosunki; papiestwo zostało bowiem wydane na jej pastwę, odkąd zabrakło cesarza”. Szlachta kozłem ofiarnym, papiestwo po raz kolejny uratowane w historii Kościoła wydawnictwa Herdera, „wszędzie uwzględniającej i opracowującej na nowo najnowsze wyniki badań naukowych, po części wydatnie zmieniające świadomość historyczną i teologiczną naszych czasów”. Najnowsze badania? To są w istocie rzeczy przecież wciąż te same stare nędzne wykręty apologetów. Przy tym papiestwo, które jak skarży się Franzen „spadło do roli zwykłego terytorialnego biskupstwa”, z założenia jest dużo niewinniejsze, niż papiestwo o znaczeniu obejmującym cały świat! Biedne papiestwo. Niewinne jak zwykle. Jedynie ofiara „dzikiej i żądnej władzy szlachty” (w końcu stuprocentowo chrześcijańskiej i rzymsko-katolickiej) „odkąd zabrakło cesarza […]”. Wszak czyż nie byli przecież władcy „saeculum obscurum”, Ottonowie i Salijczycy, cesarzami? Czy nie rządził wręcz święty, Henryk II? (Który prowadził aż trzy wojny przeciwko dobrze już wtedy katolickiej Polsce i to mając u boku pogańskich Luciców!) Papiestwo „bezbronne wydane […]”. A gdy nie było już bezbronne, gdy było silne, coraz silniejsze, „uniwersalne”, światową potęgą? Wtedy współzawodniczyło z cesarstwem o panowanie nad światem po stokroć groźniejsze, śmiertelnie groźne. Przecież nie „śmiertelnie” niebezpieczne, gdy jego reprezentanci wybijali się nawzajem za to „śmiertelnie” niebezpieczne, gdy kazało wyrzynać całe narody! Gdy krzyczano „Bóg tak chce!” W średniowieczu, w roku 1914 i 1941. I w międzyczasie 477. Lecz jak to było z Rzymem w czasach Karolingów, Ottonów i wczesnych Salijczyków? Burzliwe lata, anarchia wewnętrznych waśni między stronnictwami czyni zrozumiałym braki w źródłach. O wielu papieżach wiadomo niewiele. Co do niejednego nie wiadomo, czy byli papieżami prawowitymi. Niektórzy zostawali uznawani przez niektórych za antypapieży, uchodzą jednak powszechnie za legalnych. Inni zasiadali na Apostolskiej Stolicy tak krótko, że już tylko z tego powodu nie zostali uznani. Rzymski mnich Filip zrezygnował jeszcze w dniu obioru, 13 lipca 768 roku, i dobrowolnie wrócił do klasztoru. Diakon Jan rządził w styczniu 844 roku dokładnie przez godzinę. Leon VIII rządził od 963 do 965 roku, jednakże od maja do czerwca 964 roku rządził również Benedykt V i obu uznaje się za papieży prawowitych. Z drugiej strony papież Krzysztof, który anno 903 swego legalnego poprzednika na urzędzie Leona V wtrącił do więzienia po ledwie 30dniowym urzędowaniu i zamęczył, nie jest uznawany za naprawdę legalnego, choć za takiego uchodził przez całe średniowiecze. Nawiasem mówiąc, papież Krzysztof sam wkrótce wylądował w więzieniu i tam zadusił zarówno jego, jak i jego poprzednika, Leona V, ich następca Sergiusz III 478. Niemało papieży przejściowo lub na stałe trafiło do więzienia. Tak na przykład Stefan VI, w 897 roku w więzieniu powieszony, Jan X, w 929 roku uduszony w Zamku Anioła poduszką; Benedykt VI, którego kazał tam zadusić w 974 roku księdzu Stefanowi Bonifacy VII; Jan XIV, który w 984 roku w Zamku Anioła zginął z głodu lub od trucizny, Stefan VIII 479, który potwornie okaleczony w więzieniu zmarł w 942 roku od ran. Za kraty dostali

245 się również papieże Benedykt III (zm. 858 r.), Jan XI (zm. 936 r.) 480 i Benedykt X (zm. po 1073 r.). W klasztorze zamknięto Konstantyna II, któremu wyłupiono oczy, Benedykta X, Krzysztofa, Jana XVI Philagathosa, którego również oślepiono, obcięto brutalnie nos, język, wargi i ręce, a następnie powiedziono na szyderstwo w procesji przez Rzym. Wygnani zostali Benedykt V do Hamburga, gdzie wkrótce zmarł, i Grzegorz VI do Kolonii z równym skutkiem. A jak często jeden drugiego ekskomunikował! Jan XII ekskomunikował w 964 roku zbiegłego Leona VIII, Benedykt VII anno 974 zbiega Bonifacego VII, episkopat Rzeszy w roku 997 Jana XVI, synod w Sutri w 1059 roku Benedykta X. Aleksander II i Honoriusz II ekskomunikowali się nawzajem, Leon IX ekskomunikował Benedykta IX (był on bratankiem dwóch poprzednich papieży i jedynym papieżem, który święty urząd w każdym razie de facto piastował trzy razy). A Benedykt IX ekskomunikował znowuż Sylwestra III, wypędzając go wśród przekleństw i hańby z Rzymu, jak sam wcześniej z Rzymu został wygnany. Z tego wszystkiego należy przypuszczać, że Duch Święty wykazuje się dość bałaganiarską osobowością 481. Papież Sergiusz III morderca dwóch papieży Benedykt IV zmarł latem 903 roku. Wedle przypuszczeń nie opartych jednakże na żadnych ówczesnych źródłach kazał go usunąć Berengar I, król Italii. Jego dwaj następcy przeżyli niewiele miesięcy. Papież Leon V, rządzący jedynie w sierpniu 903 roku, został wtrącony do więzienia przez swego następcę kardynała Krzysztofa. Jednakże również Krzysztof (903-904) zajmował tron papieski jedynie do następnego roku. Potem wyparł go z niego Sergiusz III (904-911), urodzony rzymski arystokrata, wcześniej antypapież wobec Jana IX i zaraz po wprowadzeniu na urząd na Lateranie przez Jana zdetronizowany, przeklęty i wygnany. Mając poparcie antyformozjan i księcia Alberyka I ze Spoleto Sergiusz wtargnął z uzbrojoną kupą do Rzymu, kazał uczynić się papieżem, Krzysztofa odziać w habit i zamknąć z własną ofiarą, Leonem V; w ten sposób w ciągu ośmiu lat przewinęło się na świętym tronie ośmiu papieży. Po wybiciu lub wypędzeniu wrogo nastawionych do siebie kardynałów Sergiusz osiągnął po siedmiu latach banicji upragniony cel i wkrótce kazał zamordować obu poprzedników w więzieniu, rzekomo ze współczucia. Jednakże przy całym współczuciu dla zgasłych kolegów Sergiuszowi nie zbywało na energii i udało mu się wysiedzieć całe siedem lat na tym naprawdę gorącym stolcu. Papież ten kochał biurokratyczną dokładność, wszystko musiało mieć swój porządek. I tak datował swój pontyfikat według pierwszego chociaż krótkiego okresu urzędowania, obejmującego niewiele więcej poza wprowadzenie na Lateran w grudniu 897 roku, skąd został przepędzony przez bandy swego następcy, Jana IX. Jako przyjaciel Stefana VI, który zbezcześcił zwłoki Formozusa, natychmiast potępił tego ostatniego ponownie, uznał wszystkie jego święcenia a Formozus wyświęcił wielu biskupów, ci zaś znowu wielu księży za nieważne, usunął jego zwolenników z urzędów i zagroził opornym na gotowych do wypłynięcia okrętach banicją i śmiercią. Jedynie nieliczni przeciwstawili się jego rządom terroru, zwłaszcza że stała za nim szlachta. Za to rozdał najlepsze beneficja swym zwolennikom, przywódcom rzymskiej arystokracji. Zakonnicom klasztoru Corsarum, którym podarował wiele gruntów, nakazał ten morderca dwóch papieży śpiewać codziennie sto Kyrie elejson za swą duszę jakie zalety ma jednak ta religia! Ten biegły morderca stworzył sobie pomnik odbudowując w roku 897 leżącą z boskiego wyroku w gruzach bazylikę laterańską. I dopiero czterysta lat później Pan Bóg

246 pozwolił nowej budowli, w której długo, zamiast u Św. Piotra, grzebano prawie wszystkich papieży, sczeznąć w płomieniach. Skromniej przypominał o sobie papież Sergiusz na monetach. Chociaż monety bili także inni Święci Ojcowie, to Sergiusz jako pierwszy od czasów Hadriana I (772-795) zaczął wypuszczać monety z własnym wizerunkiem. Zamordował dwóch papieży, lecz jego kamień nagrobny w Św. Piotrze chwalił go i jego zaciętą wojnę przeciwko „wilkom”, trzymającym go przez siedem lat na dystans od prawowitego tronu 482. Znamienna jest również ingerencja Sergiusza w tak zwany spór o tetragamię. Ów spór, wzbudzający silne emocje, dotyczył czterech małżeństw bizantyjskiego cesarza Leona VI Mądrego (886-912). Uczeń sławnego patriarchy Focjusza (którego wskutek osobistej niechęci zastąpił własnym młodszym bratem Stephanosem zaraz po wstąpieniu na tron) spędził kilka lat w więzieniu (883-886) z powodu konspiracji przeciwko ojcu, Bazylemu I. (Tego rodzaju sprawy znamy wystarczająco dobrze z chrześcijańskich domów panujących Zachodu). Tymczasem nie był to jedyny problem rządzącego od 886 roku Bizantyjczyka, teścia cesarza Ludwika Ślepego, któremu Berengar kazał wyłupić oczy w Weronie (s. 228 i nast.). Również i takie rzeczy nie dręczyły Leona. Natomiast na pewno jego małżeństwa. Trzy żony nie dały mu potomka. Przy tym bizantyjskie prawo zabraniało już trzykrotnego ożenku, jednakże patriarcha Antonios Kauleas (893-901) jeszcze raz udzielił dyspensy władcy. Cesarzowa Eudokia Bajana zmarła wraz z nowonarodzonym synem w połogu w 901 roku. Następnie monarcha spłodził z metresą Zoe Karbonopsiną syna (Konstantyn VII), a matkę wbrew wydanemu przez siebie samego prawu, zabraniającemu już trzykrotnego małżeństwa pojął w 906 roku za czwartą żonę. Tym samym Leon Mądry sławny dzięki zakończeniu rozpoczętej przez jego ojca kodyfikacji prawa, ogromnego dzieła w 60 tomach, które wyparło Kodeks Justyniana sam stał się autorem praktycznego podręcznika prawa, poza tym był autorem pieśni kościelnych, kazań i studiów strategicznych, co wszystko świetnie pasuje do siebie, oraz usiłował zabezpieczyć się, jeśli już nie od strony prawnej, to przynajmniej kościelnej. Jego własny nowy patriarcha, dawniejszy „przyjaciel szkolny” i tajny sekretarz Nikolaos I Mystikos (901-907, 912-925) oczywiście otwarcie protestował, obłożył cesarza klątwą i odmówił uznania Konstantyna jako legalnego dziedzica. Jednakże papież Sergiusz, swobodniej obcujący z kobietami, który jako 45-letni mężczyzna miał syna z 15-letnią Marozją późniejszego papieża Jana XI (s. 319) udzielił wykluczonemu już od uczestnictwa w nabożeństwach cesarzowi dyspensy małżeńskiej, a patriarcha Nikolaos musiał jako wygnaniec schronić się na całe lata w swym klasztorze Galakrenai 483. Początek „rzymskich kurewskich rządów” papież Jan X: w łożu i na polu bitwy Decydujące dla dłuższego czasu niż jedno stulecie stało się, że dzięki podwójnemu mordercy, Ojcu Świętemu Sergiuszowi III, do władzy w Rzymie doszedł ród pewnego, prawdopodobnie z nim spokrewnionego Teofilakta, a z nim para pożądających władzy, przebiegłych i żądnych rozkoszy dam. Etykietkę „rzymskich kurewskich rządów” lub „pornokracji” przyklejono temu okresowi namiestnika Chrystusa od czasów protestanckiego teologa Valentina Ernsta Loeschera (wydawcy teologicznego czasopisma „Unschuldige Nachrichten von alten und neuen theologischen Sachen: 1701-1720” Niewinne wiadomości o dawnych i nowych sprawach teologicznych). Bo przecież kwitł nierząd, sam w sobie znowuż nie taki zły, jak i w wydaniu katolickiego kleru w ogóle, również w Rzymie, mieście najświętszym, przez wszystkie czasy.

247 Teofilakt (zmarł na początku lat dwudziestych X wieku), pochodzący z rzymskiej arystokracji, konsul, senator, magister militium, stał nie tylko na czele administracji miejskiej, lecz awansował na szefa papieskich finansów, na najwyższego urzędnika administracji kościelnej. Jego żona, ambitna, energiczna i piękna Teodora Starsza „bezwstydna dziwka”, jak pisze biskup Liutprand z Cremony w Antapodosis, swym osławionym, często złośliwie ironicznym, bogatym w anegdoty, ale zarazem najważniejszym dziele historycznym tych czasów nazywająca siebie samą „Senatrix”, była matką dwóch sióstr, Teodory Młodszej i Marozji, „nawet jeszcze gorliwszej w służbie Wenus” oraz kochanką późniejszego papieża, Jana X. (Katolicki historyk papiestwa Franz Xaver Seppelt nie chce w to wierzyć, pisząc, że mogło tak być, „iż nowy papież nie miał chrześcijańskiego usposobienia i że jego życie nie odpowiadało wymogom obyczajności i jego wysokiego urzędu”). Nie mniej uwodzicielska córka Marozja (zdrobnienie od Marii: Mariuccia, Maryśka), primo voto żona księcia Alberyka I, który po śmierci cesarza Lamberta zawładnął Spoleto, miała tymczasem stosunek jeśli wierzyć biskupowi Liutprandowi i oficjalnej księdze papieży (a nawet Seppelt uważa to dziś za „wielce prawdopodobne”) z papieżem Sergiuszem III, jej wujem; owocem ich starań był papież Jan XI (931-935). Angielski teolog de Rosa podaje: „Po raz pierwszy papież Sergiusz uwiódł ją w Pałacu Laterańskim”. Podobne stosunki, które w Rzymie „trwały nieprzerwanie prawie półtora stulecia” (Halphen), panowały jednak i w innych siedzibach biskupich 484. Na początek późniejszy papież Lando (913-914), syn bogatego księcia longobardzkiego Tajno i marionetka Teodory Starszej (zm. po 916 r.), której podopieczny Jan z biskupa Bolonii którym stał się podobno siłą i w istocie bez święceń został na dziewięć lat (905-914) arcybiskupem Rawenny, Jan zaś „niewątpliwie silna osobowość” (Handbuch der Kirchengeschichte) miał przebywać częściej w łożu Teodory, niż w kościele w Rawennie; być może były to plotki, w końcu nie ostatnie o klechach. Jednakże biskup Liutprand ukazuje karierę późniejszego papieża Jana w sposób zapierający dech w piersiach: jak duchowne obowiązki ponownie przywołały go do Rzymu, jak Teodora, „prawdziwie bezwstydna dziwka, rozpalona żarem Wenus (Venus calore succensa)”, zakochała się w pięknym kapłanie „i chciała z nim się nie tylko łajdaczyć, lecz potem go do tego wciąż zmuszała […]”. Oczywiście czas oczekiwania, jakby go nie spędzać, był długi i uciążliwy, zwłaszcza dla spragnionej Teodory. I zakrawa prawdziwie na cud, jak jeden książę Kościoła po drugim szybko gaśnie i zwalnia swój fotel dla Jana, który dzięki temu pnie się coraz wyżej i bliżej Rzymu. Najpierw umiera, „podczas tych bezwstydnych sprawek”, biskup Bolonii i Jan zajmuje jego miejsce. Po krótkim czasie umiera arcybiskup Rawenny i Jan zostaje jej arcybiskupem. I znowu po krótkim czasie także i papież zostaje „powołany przez Boga” i jest jasne, co się zdarzy, co musi się zdarzyć, przecież w boskim planie zbawienia zostało przewidziane wszystko: Teodora więc, „której zepsuta natura nie mogła ścierpieć, że jej kochanek oddalony o dzielące Rzym od Rawenny dwieście mil, raczej rzadko był do jej dyspozycji, wymogła na nim, by opuścił arcybiskupi stolec w Rawennie i rzecz niesłychana objął w Rzymie najwyższą godność pontifexa”. Teodora nie była już wtedy najmłodsza i wkrótce zmarła, jednakże i tak przechodzony arcybiskup raweński usadowił się mocno w papieskim siodle jako Jan X (914-928), mimo oporu duchowieństwa. A zawdzięczał wszystko nawet według Seppelta (zapominającego tu całkowicie o Duchu Świętym), „jedynie rodzinie Teofilakta”. Lecz Jan dziesiąty tego imienia trzymał się tym dłużej, że dla swych obowiązków duchownych miał mało czasu i uważania, nawet jeśli kronikarze akurat jego zaliczają do reformatora życia zakonnego,

248 potwierdził bowiem surową regułę z Cluny. A chyba w łożu wykazał się tym, za kogo go uważano, w wojnie stał zaś w jednym szeregu ze swymi ludźmi. Nieustające „zamęty” wśród chrześcijan, ich trwające całymi dziesięcioleciami wyrzynanie się wzajemne (i innych), wzbudziło aktywność Arabów i doprowadziło do tego, że zajęli dogodny punkt oparcia dla swych operacji przy ujściu rzeki Garigliano. Ledwie Jan został papieżem, zawarł pakt militarny, zebrał duży związek zbrojny środkowo- i południowowłoskich możnowładców, składający się z oddziałów Spoleto, Benewentu, Neapolu, Gaety i przede wszystkim Greków. Ich cesarz, „jako mąż pobożny, bojący się Boga”, natychmiast przysłał morzem swych żołnierzy. A papież, bez wątpienia jeszcze pobożniejszy, zaprzysiągł Rzymian, że nie zawrą z Saracenami „żadnego pokoju”, „zanim nie wytrzebimy ich z całej Italii”. W istocie udało mu się „ukoronować” swe wojownicze postępowanie „serią pięknych sukcesów” (Eickhoff). Z inicjatywy papieskiej „oczyszczona” została z Arabów najpierw dolina Tybru oraz obszar Salerno. W maju 915 roku Saracenów okrążono i pobito z decydującą pomocą Bizantyjczyków w bitwie pod Carigliano, podczas której wielu chrześcijanom mieli ukazać się Św. Piotr i Paweł. To chyba sprawiło, że prawowiernym umknęła jedynie garstka przeciwników, których wyłapywano jeszcze później w górach. Biskup Liutprand twierdzi wręcz: „W codziennej walce greków i łacinników dzięki miłosierdziu bożemu nie pozostał żaden Punijczyk, który by nie zginął od miecza, lub nie został pochwycony żywcem”. Namiestnik Chrystusa jednak, biorący osobiście udział w wojnie, pysznił się wobec arcybiskupa Hermanna z Kolonii, że sam nadstawiał karku i dwa razy osobiście prowadził żołnierzy do ataku. Jako polityk realny Jan X zlekceważył prawa oślepionego cesarza Ludwika III z Prowansji (s. 228 i nast.) i jeszcze w grudniu 915 roku koronował u Św. Piotra na cesarza wpływowego i władającego Górną Italią króla Berengara (888-924), z którym utrzymywał już stosunki jako zapobiegliwy arcybiskup Rawenny; po Gwidonie i Lambercie był to trzeci i ostatni cesarz pochodzący z Włoch. Berengar złożył z dawna przyjętą przysięgę i obdarował kler, szlachtę i naród. Jednakże jego cesarstwo nie było niczym więcej niż grą pozorów 485. Anarchia w Italii W tak zwanym niezawisłym królestwie Italii władza królewska kruszyła się coraz bardziej. Zaznaczył się typowy dla czasów średniowiecza brak kontynuacji, skomplikowana plątanina instancji klerykalnych, militarnych i obszarniczych, współdziałanie i konflikty lokalnych struktur władzy, „za każdym razem powstające przez zbrojne przedsięwzięcia klasztorów, kościołów i panów świeckich” (Tabacco). Nad całym feudalnym rozdrobnieniem unosiły się jednak wielkie dzielnicowe państwa zwłaszcza wiodących rodów pochodzenia frankijskiego, po rozpadzie rzeszy karolińskiej spierających się i szarpiących o hegemonię w Regnum Italicum. Pod przywództwem hrabiów Adalberta z Ivrei i Odelryka oraz przy znaczącym udziale arcybiskupa Lamberta z Mediolanu (921-932) doszło w roku 920/921 do nowego buntu przeciwko Berengarowi. A Lambert, tak twierdzi biskup Liutprand, był wręcz „przyczyną ich wystąpienia”. Wprawdzie król Berengar ustanowił go właśnie głową kościoła mediolańskiego, lecz w zamian za to w sposób niekanoniczny, lecz powszechnie stosowany, „zażądał niemałej sumy pieniędzy…”, a Lambert, co jak co, ale liczyć umiał i „przeliczył, gnany wielką żądzą arcybiskupiego stolca, również to, czego żądał król […]”. Wkrótce arcybiskup tego wszystkiego pożałował; nie, że złamano prawo kościelne, ale „że nie mógł przeboleć takiej sumy pieniędzy”. I tak zaczął „roztrząsać odstępstwo od króla”. Jednakże Berengar przywołał na pomoc przeciwko zbuntowanym Węgrów, którzy ciężko spustoszyli Toskanię, i wkrótce zdusił rebelię. Rebelianci jednak sprowadzili zimą 921/922

249 roku króla Rudolfa II z Burgundii zajurajskiej, uzbrajając go uprzednio w Świętą Włócznię (s. 254 i nast.). Berengar musiał wycofać się w kierunku wschodnim i podzielić się Górną Italią z Rudolfem, rezydującym teraz w Pawii, gdzie natychmiast znaleźli się dostojnicy Kościoła, zwłaszcza że nowy król pobił wielokrotnie Berengara, decydująco w bitwie pod Fiorenzuolą (koło Piacenzy), w której miało paść 1500 ludzi. Wszakże zwycięzca wycofał się na mniej więcej rok za Alpy. Natomiast Berengar został zdradziecko zamordowany 7 kwietnia 924 roku w Rawennie, jedynym mieście, jakie zostało mu z całego państwa; zginął od miecza swego wasala i kuma Flamberta którego syna kiedyś „trzymał do chrztu” w dogodnym momencie podczas jutrzni 486. Już dwa dni później wszakże również Flambert i uczestnicy mordu na królu znaleźli swój koniec z rąk młodego przyjaciela króla, jego zaufanego o imieniu Milo; w każdym razie ów młodzieniec, o którym biskup Liutprand lakonicznie donosi, że „kazał ich powiesić”, wyróżniał się „prawdziwie wieloma i znakomitymi cnotami […]”. W Górnej Italii zapanowała teraz zupełna anarchia. Pojawili się Saraceni i Węgrzy; ci ostatni przywołani może jeszcze przez Berengara, by pomścić porażkę pod Fiorenzuolą. Obiegli Pawię, odrzucili ofertę okupu i 12 marca 924 roku kolejna data w tej kronice okrucieństwa spalili królewskie miasto wraz z pałacem i 44 kościołami, oczywiście „za nasze grzechy” (Liutprand). W razie niepowodzenia bowiem jest to karząca ręka Boga, w razie sukcesu ratująca, nie da się tego wyrazić bardziej prymitywnie; i tak przez całe stulecia… Miejscowy biskup Jan i zbiegły do niego arcypasterz z Vercelli zginęli w płomieniach, do tego rzekomo prawie wszyscy mieszkańcy poza dwustu bogaczami, którzy zdołali się wykupić (najwyraźniej wolni od grzechów!). A w latach 926-928 nastąpiły kolejne łupieżcze najazdy Węgrów przez Toskanię po Rzym i Apulię. Król Rudolf wrócił wprawdzie latem 924 roku do Pawii, nie zdołał się jednak w niej utrzymać. Ten sam biskup Lambert bowiem, który niegdyś był ośrodkiem brzemiennej w skutki rebelii przeciwko Berengarowi i dzięki Rudolfowi powrócił do kraju, stał się inicjatorem spisku. Spiskowcy ściągnęli przeciwko królowi jego sąsiada, hrabiego Hugona z Arles i Vienne, prawdopodobnie gdy Rudolf przebywał akurat w Burgundii. Również papież Jan X należał otwarcie do jego przeciwników. Zniknęło bowiem wsparcie, jakie obiecywał sobie po cesarzu Berengarze w walce o władzę w Rzymie. A po jego zamordowaniu Jan, rywalizujący ze stronnictwem Marozji, zaraz poszukał nowego partnera i zaprosił do Włoch, razem z lombardzkimi możnymi, hrabiego Hugona z Prowansji. Królowi pośpieszył natomiast na pomoc jego teść książę Burchard ze Szwabii. Krewny i promotor świętego biskupa Ulryka z Augsburga przekroczył z wojskiem Alpy i spotkał się z mediolańskim arcybiskupem Lambertem. Tenże jednak, relacjonuje Liutprand, jako „mądry mąż” nie przyjął Burcharda w żaden sposób lekceważąco, lecz raczej, oczywiście „w złych zamiarach”, z wielkimi honorami. „Między innymi dał mu na znak swej szczególnej przyjaźni pozwolenie na polowanie na jelenia w swych lasach na co zezwalał jedynie swym najulubieńszym i najznamienitszym przyjaciołom. W tym samym czasie wezwał załogę Pawii i jeszcze paru włoskich książąt na zgubę Burcharda, zatrzymując go u siebie tak długo, aż upewnił się, że zebrali się wszyscy, którzy mieli go zabić”. I już następnego ranka, 29 kwietnia 926 roku, zamienił książę Burchard z Novary, przekłuty włóczniami nacierających nań Włochów, „życie na śmierć”. Tak samo jego ludzie, szukający ucieczki w kościele „świętego wyznawcy Chrystusa Gaudentego”, zostali ze szczętem wybici, „nawet przy samym ołtarzu”. Na to król Rudolf opuścił pole bez walki 487 Król Hugo robi porządek i wzbogaca swoich

250 W Italii nie zwyciężyli właściwi rywale, lecz mało zaangażowany trzeci. Hugo z Arles i Vienne, tymczasem śpieszący okrętem do Pizy, obszaru pod władaniem swego brata przyrodniego Gwidona po wygnaniu Rudolfa został tam uroczyście powitany przez legata Jana X i na początku lipca 926 roku koronowany przez arcybiskupa Mediolanu Lamberta na króla Italii (926-947). Wkrótce potem znalazł się przy nim w Mantui także papież, gdzie obaj zawarli formalny pakt. Z jednej strony dotyczący już wtedy perspektywy korony cesarskiej dla Hugona z czego nic nie wyszło, z drugiej strony nabytków terytorialnych na rzecz Stolicy Apostolskiej w Sabinie, księstwie Spoleto i marchii Camerino, gdzie prawdopodobnie jako margrabia władał Piotr, brat papieża 488. Król Hugo usunął wielu podejrzanych dla niego lub niemiłych mu możnych. Zostali pojmani, torturowani, oślepieni i ścięci, niektórzy z pomocą miejscowego biskupa Leona z Pawii „uczynił to biskup ochoczo”, zwłaszcza że wśród nich byli obaj „wszechmocni sędziowie” Pawii. Iudex Gezo stracił oczy, obcięto mu język i odebrano majątek. Iudex Walpert stracił głowę, cały dobytek, a jego małżonka została pochwycona „i na wiele sposobów torturowana, by skłonić ją do wydania ukrytych skarbów”. Liutprand kontynuuje w charakterystyczny sposób: „Wskutek tego rósł nie tylko w Pawii, lecz i wszędzie w Italii strach przed królem i zamiast go lekceważyć, jak innych królów, okazywano mu liczne oznaki czci”. Surowe postępowanie przynosi zaszczyt ścinającym głowy przez wszystkie czasy, zwłaszcza jeśli dochodzi do tego wielka niesprawiedliwość, na przykład rozdawanie urzędów faworytom. Król Hugo opatrzył sowicie swych burgundzkich stronników, wśród nich wielu potomków swych trzech nałożnic: Pezoli, Rozy i Stefanii. Do tej ostatniej zresztą koronowany lubieżnik, w ogóle „ogłupiony urokami licznych konkubin”, „szczególnie mocno rozpalił się w haniebnej miłości”, podczas gdy nie tylko zaniedbywał małżeńsko swą żonę Bertę, lecz ją „przeklinał na wszelkie sposoby” (Liutprand). Rozdając urzędy swym drogim krewnym, Hugo dysponował tak stanowiskami polityczno-militarnymi, jak i kościelnymi. Syn Hubert został palatynem i margrabią Spoleto, otrzymał również Marchię Toskańską. Syn Tedbald został archidiakonem Mediolanu z widokami na sukcesję arcybiskupią. Syn Gotfryd otrzymał bogate opactwo Nonantulę. Spowinowacony z Hugonem, wypędzony z biskupiego stolca w Leodium Hilduin uzyskał biskupstwo w Weronie, wkrótce potem również w Mediolanie. Bratanek króla, arcybiskup Manasse, opuścił swą diecezję w Arles i przeszedł za wsparciem stryja do Włoch, „by trawiony ambicją ciemiężyć wiele kościołów, a nawet doprowadzić do ich upadku”. Otrzymał „wbrew ludzkim i boskim prawom” biskupstwa w Mantui, Triencie i Weronie „na pożarcie” (Liutprand). Weronę sprzedał później hrabiemu Milonowi, faworyzowanemu również przez papieża. Jan X wychodził mu zawsze naprzeciw, widział w tym swe korzyści, co bywa nazywane „myśleniem celowym”, albo jeszcze ładniej, „pragmatycznym”. Ze względu na króla Rudolfa burgundzkiego papież, o czym donoszą liczne źródła, uczynił małego syna hrabiego Heriberta II z Vermandois nie mającego nawet pięciu lat głową kościoła w Reims, podczas gdy jego ojca ustanowił zarządcą świeckich dóbr arcybiskupstwa 489. Jednakże spodziewana przez papieża pomoc nie nastąpiła. Wręcz przeciwnie. Było jeszcze gorzej. Marozja, której ojciec Teofilakt i mąż Alberyk I ze Spoleto zmarli, poślubiła w 926 roku powtórnie margrabiego Gwidona z Toskanii. Dzięki zjednoczeniu Spoleto z Toskanią jeszcze bardziej wzmocniła swą władzę i stała się właściwą panią Rzymu. Papieże z łaski Marozji i noc poślubna króla Hugona Dwór papieski zawrzał buntem. Jan X nie chciał najwyraźniej tolerować nowych rządów i przyłączyć się do stronnictwa, któremu sam zawdzięczał swój tron. Jednakże jego brat Piotr,

251 swego rodzaju „margrabia”, którego papież obdarzał coraz większą władzą, tak że odgrywał kluczową rolę w Rzymie, został wygnany. Z miejsca, które uczynił twierdzą, zaatakował następnie miasto. Być może sprowadził również Węgrów, którzy spustoszyli Tuscję jak długa i szeroka; wiadomość nie jest pewna, a czasy mroczne. Pod koniec 927 roku Piotr został jednak zabity przez wzburzonych Rzymian przed oczami papieża w Pałacu Laterańskim, a sam Jan X następnego lata przez oddział Gwidona, rzekomo podczas sumy w bazylice laterańskiej, napadnięty, uprowadzony i wtrącony następnie do Zamku Anioła, gdzie przesiedział do połowy 929 roku, gdy zmarł, uduszony prawdopodobnie poduszką. Dzięki Teodorze zdobył papiestwo, dzięki jej córce Marozji w tym czasie władczyni Rzymu je stracił, a z nim i życie. A sen króla Hugona o cesarstwie się zaraz „odeśnił”. Kolejni papieże Leon VI i Stefan VII, obaj rzymianie, Ojcowie Święci z łaski Marozji, zostali prawdopodobnie również zamordowani. A mianowała ich kobieta każąca tytułować się senatrix, patricia. Leon VI (928-929) został papieżem, gdy jego poprzednik siedział w więzieniu, a nawet zmarł wcześniej niż Jan X, na początku 929 roku. Po Leonie przyszedł Stefan VII (929-931). A być może mieli oni w ogóle przytrzymać miejsce dla następnego. Teraz Marozja powołała bowiem na papieża Jana XI (931-935) własnego syna, spłodzonego z Ojcem Świętym Sergiuszem III, młodzieńca nieco powyżej dwudziestu lat. A ponieważ w roku 929, wkrótce po Janie X, zmarł również jej drugi mąż, margrabia Gwidon z Toskanii choć nieco nadwerężona przez licznych kochanków i dwóch mężów wyszła latem 932 roku po raz trzeci za mąż, za przyrodniego brata Gwidona, Hugona z Prowansji, wprawdzie już żonatego, ale przecież króla Italii (926-948), pozostającego u szczytu swej potęgi. I wreszcie wydawało się, że jego cesarstwo nabiera realnych kształtów. Zaślubił tę parę wedle wszelkiego prawdopodobieństwa papież Jan XI, chociaż naruszało to ówczesne prawo kanoniczne, ponieważ król był szwagrem swej przyszłej żony. Na marginesie: pozbawiony zarówno skrupułów, jak i hamulców, otoczony konkubinami i metresami, wszakże na skroś dobry chrześcijańsko-katolicki człowiek władzy, który zrobił karierę w czasach oślepionego cesarza Ludwika: najpierw hrabia, potem dux i marchio Prowansji, następnie faktyczny regent królestwa Dolnej Burgundii. „Słabość Hugona do kobiet” przesłaniała przecież wszystko inne. Nic dziwnego, że sprzedawał biskupstwa i opactwa włoskie. Tymczasem: również „czciciel Boga” i przyjaciel „miłośników świętej wiary” (Liutprand). A zatem mądry władca, obcujący często ze świętymi, podobnie jak Odo z Cluny, który nieustannie wspierał kościelny „ruch odnowy”. Cały czas jego rządów, wciąż stymulowany ambitnymi tradycjami karolińskimi średniowiecza, koncepcją Imperium, wypełniły wyprawy zbrojne i ciągłe tłumienie powstań. Cesarskiej korony nie zdołał jednak zdobyć. Lecz zapewne i Marozja widziała siebie w cesarskiej koronie; wyglądało na to, że nic nie jest w stanie przeszkodzić koronacji z rąk papieskiego syna. Jednakże zaraz po ich ślubie z nocą poślubną w czerwcu 932 roku na Zamku Anioła doszło do nagłego zwrotu. Jej syn Alberyk II (z małżeństwa z Alberykiem I miała co najmniej czterech synów) podniósł bunt korzystając z poparcia rzymian i zagarnął władzę w mieście. Król Hugo, którego celem życia była korona cesarska, uciekł nocą po linie z Zamku Anioła i przez graniczące z nim mury miejskie. Natomiast Marozja i papież Jan XI, matka i przyrodni brat Alberyka I, zniknęli w więzieniu i zostali jedno po drugim zgładzeni 490. W każdym razie Alberyk II (932-954), syn Marozji z rodu margrabiów Spoleto, rządził potem jako „książę i senator wszystkich rzymian” prawie ćwierć wieku bez sprzeciwów i mocną ręką w Rzymie oraz Państwie Kościelnym pozbawiony nieomalże jakichkolwiek ekspansjonistycznych ambicji. Usposobiony religijnie, osobiście pobożny, obdarowywał wprawdzie klasztory, ale podporządkował sobie zupełnie papieży. Leon VII (936-939), Stefan

252 VIII (939-942), Marynus II (942946) i Agapet II (946-955) zawdzięczali swe wyniesienie na tron obok Św. Ducha Alberykowi i byli mu ulegli. Nic nie działo się bez rozkazu księcia, zresztą też szczególnie wspierającego reformy idące z klasztoru Cluny nie na ostatnim miejscu były tu powody polityczne i egoistyczne, by mianowicie „pozbyć się zamieszkujących dobra klasztorne baronów i swej własnej żyjącej na klasztornych posiadłościach klienteli, która mogła stać się niebezpieczna dla niego samego” (Sackur). Jedynie Stefan VIII wyłamał się najwyraźniej z szeregu i jesienią 942 roku miał zostać uwięziony po udziale w buncie przeciwko Alberykowi i okaleczony do tego stopnia, że zmarł 491. Natomiast usiłowania króla Hugona, by znów podporządkować sobie Rzym, spełzły na niczym. Już w roku 932/933 i ponownie w 936 stanął z wojskiem pod miastem swych marzeń i jeszcze w 939, 941 i 942 roku dokonał nieudanych wypadów. „Rok w rok”, pisze Liutprand, najeżdżał Alberyka, „pustoszył wszystko, co tylko zdołał, ogniem i mieczem, i oderwał od niego wszystkie miasta poza Rzymem”. W międzyczasie bronił się Hugo jeszcze przed dwu dalszymi zainteresowanymi, obydwoma prawdopodobnie w 933 roku podczas walk o Rzym: pokojowo, lecz za odstąpieniem praw do Dolnej Burgundii (lecz nie posiadłości), przeciwko Rudolfowi II z Burgundii zajurajskiej, a zbrojnie przeciwko księciu Arnulfowi z Bawarii, przywołanemu przez hrabiego Milona oraz biskupa Rathera z Werony i przez nich „przyjętego z radością” (Liutprand). Berengar II zostaje królem Italii We Włoszech król Hugo musiał najczęściej obawiać się i walczyć z rodami, które sam równie mocno wspierał, tak że na koniec niekoniecznie bez dania racji jemu samemu chronicznie podejrzliwemu, a czasami okrutnemu wydały się zbyt niebezpieczne. Należał do nich również margrabia Berengar II, wnuk cesarza Berengara I (s. 220 i nast.), stronnik Hugona i mąż jego siostrzenicy Willi. Jednakże po krwawym usunięciu dynastii toskańskiej Hugo zaczął być zazdrosny o wpływy domu Ivrei: Berengara II i jego brata przyrodniego Anskara II z Ivrei, margrabiów Spoleto-Camerino, których władza otaczała od północy i południa jego własne państwo, sięgające od Alp po pryncypat Rzymu. Z tego powodu dokonał zamachu, w którym zginął Anskar. Lecz plan usunięcia Berengara II poprzez pozbawienie go wzroku zawiódł. Za to udało się skutecznie wyłączyć z gry margrabiego Lamberta z Toskanii, jego własnego brata przyrodniego, za pomocą prostego wyłupienia oczu tak ulubionego i skutecznego oraz zapewne miłego Bogu instrumentu rządzenia wielu chrześcijańskich władców. Wszakże nowy plan został zdradzony przez syna Hugona, młodego króla Lotara (nazwanego tak po pradziadku królu Lotarze II, s. 146 i nast.), od 931 roku współregenta „słabego” króla, jak go tymczasem charakteryzują chętnie historycy. Berengar, który dziesięć lat później Lotarowi „odebrał koronę i życie”, uciekł prawdopodobnie jesienią 941 roku do księcia Hermanna szwabskiego, który przekazał go dalej Ottonowi I. Z początkiem 945 roku wrócił jednak i zdobył za przyzwoleniem Ottona część północnej Italii, pozyskując możnych włoskich obietnicą nadania włości lennych, których jeszcze nie posiadł. Na jego stronę przeszło natychmiast przede wszystkim duchowieństwo. Księdzu Adelhardowi, zawiadującemu górującą nad doliną rzeki Etsch twierdzą Formicaria (Siegmundskron), przez którą Berengar musiał przejść, wszystkie inne przełęcze były bowiem w rękach Saracenów, obiecał pod przysięgą biskupstwo w Como. Biskupowi Adelharda Manassie, krewnemu króla Hugona i przez tegoż obdarowanemu biskupstwami w Triencie, Weronie i Mantui, zapewnił sukcesję na biskupstwie mediolańskim, na co Manassa

253 jak relacjonuje Liutprand wezwał wszystkich Włochów, by stanęli po stronie Berengara. Również biskup Gwidon z Modeny przeszedł do jego obozu, Berengar dał mu bowiem widoki na bogate opactwo Nonantula; a Gwido „pociągnął ze sobą wielu innych”. Tak samo biskup Arderyk z Mediolanu zdradził króla i zaprosił jego wroga na swój dwór, gdzie rozpoczęło się wielkie przetasowanie dóbr 492. Na marginesie: Berengar nie był łaskawy dla wszystkich duchownych. Księdza Dominika kazał pozbawić męskości. Nie żeby zadawał się z córkami Berengara, których był wychowawcą, lecz chociaż sam nadzwyczaj nieatrakcyjny, niski, rozczochrany i niedomyty z ich matką, jego małżonką Willą, siostrzenicą króla Hugona. Podczas brutalnej procedury wyszło na jaw, co pociągało szlachetnie urodzoną księżnę w podobno prawdziwie nieokrzesanym, gburowatym, sprośnym, niekształconym eta, oczywiście również lubieżnym „klesze”. Jego oprawcy zaświadczyli bowiem, „iż pani słusznie go kochała, gdyż wedle zgodnej oceny wyposażony był niczym Priap” 493. Król Hugo poddał się jednak. Po wieloletniej wojnie, po wielokrotnym pustoszeniu okolic Rzymu ogniem i mieczem, postanowił w 946 roku jak to już nie raz bywało złożyć broń. Zdradzony wokoło, co ważniejsze również przez tych, których faworyzował, zdecydował się po dwudziestoletnim panowaniu na odwrót. Co prawda przysługiwała mu formalnie korona królewska, jednak rzeczywistym władcą był Berengar II z Ivrei, dlatego Hugo zapewniając o pokojowych zamiarach usunął się wiosną 947 roku do Prowansji „z wszelkimi pieniędzmi” i przygotowywał tam wojnę przeciwko Berengarowi. Zbroił się do rozstrzygającej walki, jednak już 10 kwietnia 948 roku nagle zmarł w Arles. Jego syn Lotar, teraz oficjalnie jedyny król Italii, wzmocnił wprawdzie nieco swą pozycję dzięki małżeństwu z zaledwie 16-letnią, od szóstego roku życia zaręczoną z nim Adelajdą z rodu Welfów, córką zmarłego króla burgundzkiego Rudolfa II, może również dzięki interwencji cesarza bizantyjskiego, zmarł jednak nagle 22 listopada 950 roku w Turynie, rzekomo usunięty przez Berengara za pomocą trucizny. Już 15 grudnia tego samego roku Berengar II (950-961) i jego syn Adalbert zostali ukoronowani w kościele św. Michała w Pawii na królów Italii, co Otton I potraktował jako uzurpację. I wygląda na to, że nowi władcy zrabowali skarb królewski, klejnoty oraz osobiste kosztowności młodej wdowy po Lotarze. Ona sama została pojmana podczas ucieczki 20 kwietnia 951 roku w Como i zatrzymana na cztery miesiące w areszcie, prawdopodobnie w miejscowości Garda. Jednak odzyskała wolność z pomocą Adelharda z Reggio, tego samego duchownego, który kiedyś otworzył Berengarowi drogę do Italii, za co został biskupem (s. 321), jednakże teraz oceniając właściwie sytuację uznał, że pora ponownie zmienić front. Adelajda jako prawnie uznana królowa wezwała na pomoc Ottona I i tenże interweniował. Po raz pierwszy wyprawił się wówczas do Włoch i 23 września 951 roku zjawił się w Pawii, którą dzień wcześniej opuścił Berengar z synem. Otton bez wyborów czy koronacji przyjął tytuł króla Longobardów, a jego brat Bruno i arcybiskup Manasse z Mediolanu zarządzali krajem jako jego arcykapelani. Jeszcze jesienią pojął za żonę o 18 lat młodszą Adelajdę, zażądał w Rzymie korony cesarskiej, otrzymał odmowę poprzez Alberyka i w lutym następnego roku powrócił do Niemiec 494. Berengar wkrótce poddał się dobrowolnie. Złożył w sierpniu 952 roku w Augsburgu przysięgę lenną Ottonowi i otrzymał w lenno jako wasal królestwo Italii. Marchie Werony i Akwilei ze względów „geostrategicznych” zostały włączone do księstwa bawarskiego. Ponieważ król Niemiec w następnych latach był związany sprawami na północy, Berengar rządził we Włoszech dość swobodnie. Próbował siłą przywrócić samodzielność swego królestwa i wykorzystywał każdą okazję do zemsty na tych, którzy go kiedyś opuścili,

254 zwłaszcza na biskupach. Zwrócili się oni ze skargą na niego do Ottona, który za radą arcybiskupa Brunona z Kolonii wysłał do Włoch swego syna Liudolfa. Anno 956 Liudolf zajął bez użycia broni Pawię i pokonał na polu bitwy (być może pod Reggio) syna Berengara, króla Adalberta. Gdy jednak 6 września 957 roku Liudolf zmarł nagle w Piombie (na południe od jeziora Maggiore) od gorączki lub trucizny, Berengar ponownie wystąpił przeciwko biskupom, którzy tym razem zdradzili go na rzecz Liudolfa. Walpert, wyniesiony przez samego Berengara na biskupstwo w Mediolanie po wygnaniu wiarołomnego arcybiskupa Manasse, uciekł „półżywy” jak zostało zapisane przed gniewem Berengara i Adalberta za Alpy, a na stolec arcybiskupi wrócił ponownie Manasse. Za Alpy zbiegli również biskupi Waldo z Como i Piotr z Novary. A podczas gdy Adalbert w 959 roku ze zdobytego przez jego brata Spoleto ponownie najechał Sabinę, do skarg emigrantów dołączyli teraz nowi papiescy. Jan XII stawia miłość w centrum swego pontyfikatu Jan XII był zagrożony w Państwie Kościelnym nie tylko najazdami Berengara i Adalberta od północy. W roku 959 doznał porażki „w lekkomyślnie wywołanej wojnie” (Zimmermann) przeciwko Kapui, Benewentowi i Salerno. Zwrócił się zatem „rozwiązły młodzieniec”, „niedojrzały młodzian”, „chłopiec w ornacie papieża” jak krytykowano go chętnie z dużym pobłażaniem anno 960 o pomoc do króla Ottona. Zgodnie z dawną tradycją ruszyli przez Alpy dwaj tajni posłowie, kardynał diakon Jan i protoscriniar (szef kancelarii, notariusz) Azzo, za co obaj prawdopodobnie zbyt rozmowni na północy na temat Świętego Miasta i Ojca Świętego mieli jeszcze słono zapłacić. Rzymska głowa Kościoła prosił niemieckiego króla, by go papieża i powierzony mu Kościół z miłości do Boga i apostołów uwolnił ze szponów Berengara i Adalberta i zaoferował koronę cesarską był to zupełny odwrót od polityki jego ojca 495. Lecz pomoc była tym pilniejsza, że również wśród samych rzymian narastał opór. Książę Alberyk bowiem, surowy potomek Marozji jego władzę respektował nawet Otton od 31 sierpnia 954 roku spoczywał w Rzymie snem wiecznym. Zgodnie z jego wolą, której wykonanie musieli uroczyście zaprzysiąc umierającemu możni miasta, jego następcą, a rok później także papieżem, został ledwie osiemnastoletni syn Oktawian. Przy tym jest zupełnie wątpliwe, czy Jan XII, bo takie przybrał imię, osiągnął wiek kanoniczny, a nawet czy w ogóle odebrał duchowne wykształcenie. Na pewno zarządzenie Alberyka, by po śmierci papieża Agapeta II który wyraził na to zgodę wybrać jego syna Oktawiana na najwyższego kapłana, naruszało zupełnie prawo. Przecież dekret Symmacha I z 1 marca 499 roku zabraniał wyznaczania następcy jeszcze za życia urzędującego papieża. Jan XII (955-963), nieślubny syn Alberyka, był wielkim miłośnikiem łowów, jeździł konno i grał w kości, przyzywał często bogów, i to pogańskich, a według informacji jemu współczesnych rozumie się zawarł pakt z diabłem. Dziesięcioletniego chłopca zaordynował w Todi na biskupa. Święcenia kapłańskie przeprowadził, nieco niekanonicznie, w stajni końskiej i „nie w przepisowym czasie”. Innego księdza kazał wykastrować. Mszę odprawiał bez komunii, prałatów wyświęcał za pieniądze. Sypiał z wdową po swym lenniku Rainerze, postawił ją nad wieloma miastami i podarował złote krzyże Św. Piotra oraz złote kielichy. Spółkował z konkubiną swego ojca, Stefana i jej siostrą. Sypiał również z własnymi siostrami i to samo uprawiał z wdową Anną i jej siostrzenicą. Gwałcił pobożne pątniczki przybywające do Rzymu, mężatki, wdowy, dziewice, pragnące modlić się przy grobach apostołów. Nic dziwnego, że złe języki obwiniały go o to, że z papieskiego pałacu zrobił burdel, „wybieg dla nierządnych kobiet” (Liutprand) 496. Jednakże to nieco niecnotliwe życie, w każdym razie zdaniem Johna Kelly’ego, oksfordzkiego historyka Kościoła, raczej nie naruszyło powagi papieża w całym Kościele. Jan

255 XII bowiem, stawiając w taki sposób miłość w centrum swego pontyfikatu, rządził nie tylko w łożu. Dużo bardziej zwracał uwagę na utrwalenie papieskiego autorytetu, wręcz na funkcjonowanie administracji kościelnej. Niektóre klasztory wspierał materialnie, a nawet udał się w maju 958 roku z pielgrzymką do opactwa Subiaco (80 km na wschód od Rzymu). Nie sprawiał wrażenia zupełnie nie zainteresowanego, jak jego ojciec, reformą życia zakonnego, kościelnym „ruchem odnowy”. I jeszcze w ostatnim roku swych rządów sobór rzymski wypowiedział się przeciwko symonii duchownych! Spotykano go również w pancerzu, hełmie i z mieczem. Swoje zainteresowanie żywił głównie dla Państwa Kościelnego i jego rozbudowy. Dlatego toczył zaraz po swej pielgrzymce do Subiaco, wespół z Toskańczykami i Spoletańczykami ową małą wojnę przeciwko Kapui i Benewentowi, tak żałośnie nieudaną. Król Berengar II napadł bowiem od tyłu księcia Spoleto papieskiego sojusznika zdobył w 959 roku jego księstwo oraz splądrował Państwo Kościelne i zdziesiątkował jego ludność 497. Tak doszło do drugiej wyprawy włoskiej niemieckiego króla, już podczas pierwszej w 951 roku liczącego na koronę cesarską, lecz zmuszonego respektować rzymskie układy władzy. Teraz zaś sytuacja była o wiele korzystniejsza, bo zamiast Alberyka rządził jego syn, Jan XII. Zjawienie się Ottona trzymanego przez jego ojca na dystans nie czyniło go wcale szczęśliwszym. Lecz mógł się ugiąć pod naciskiem pewnych kręgów nastawionych reformatorsko i ich niechęci wobec jego skandalicznego życia. Jan XII koronuje Ottona I na cesarza, a ten wystawia Privilegium Ottonianum Otton przyjął w każdym razie ochoczo ofertę papieża. O szczegóły w Rzymie miał się zatroszczyć opat Hatto z Fuldy (bratanek swego poprzednika Hadamara, wszędzie bowiem kwitł nepotyzm) w 968 roku zostanie arcybiskupem Moguncji. Sam król kazał w maju 961 roku wybrać w Wormacji na króla swego syna Ottona II, wówczas dopiero sześcioletniego, i koronować go w Akwizgranie. Następnie oddał syna pod opiekę swego brata Brunona, arcybiskupa kolońskiego oraz swego syna Wilhelma, arcybiskupa mogunckiego, a sam wyruszył w sierpniu z Augsburga. Na próżno król Adalbert usiłował go zatrzymać w wąwozie pod Weroną; potem przy użyciu silnej armii przepędził z Pawii Berengara, „ponieważ, jak z pewnością wiadomo, po jego stronie walczyli apostołowie Piotr i Paweł” (Liutprand). 31 stycznia 962 roku Otton stanął pod Rzymem. Jednak zanim do niego wkroczył, powiedział tak opowiadano do swego miecznika Ansfrieda von Löwen: „Gdy będę się modlił przy grobach apostołów, trzymaj swój miecz stale nad mą głową, albowiem rzymska wierność już dla moich przodków była bardzo podejrzana. Jeśli dotrzemy z powrotem do Monte Mario, będziesz mógł i ty się modlić, ile zapragniesz” 498. 2 lutego 962 roku Otton wśród wielkiej pompy został koronowany i namaszczony na cesarza w bazylice Św. Piotra przez o połowę młodszego Jana XII, któremu uprzednio musiał złożyć obietnicę obrony Kościoła, być może przysięgając na koronę znajdującą się jeszcze dzisiaj w skarbcu wiedeńskiego Hofburgu. Tak samo papież ukoronował i namaścił towarzyszącą Ottonowi małżonkę Adelajdę, „towarzyszkę Rzeszy”. I od tej pory cesarstwo i niemieckie królestwo aż do upadku „Świętego Cesarstwa Rzymskiego” w roku 1806 były trwale związane ze sobą, a papieże pełnili ważną rolę przy nadawaniu godności cesarskiej. Każdy niemiecki król, chcący następnie być cesarzem, musiał udać się do Italii i papieża; wystarczający punkt zapalny dla przyszłych generacji. I nie kończący się tragizm… Po koronacji zaprezentowano zaraz władcy dokument mający na celu potwierdzenie wszystkich papieskich nieruchomości i „praw”. A 13 lutego 962 roku Otton wystawił Priuilegium Ottonianum, słynny i osławiony dokument, nie zachowany w oryginale i oczywiście budzący wątpliwości. Ponawia w pierwszej części donacje Pepina (IV, s. 229) i

256 gwarantuje posiadłości Państwa Kościelnego, zobowiązuje jednak w drugiej części każdego papieża do złożenia przysięgi wierności w obecności posła lub syna królewskiego między wyborem a jego konsekracją, przy czym cesarz zyskiwał wpływ na wybór papieża: w gruncie rzeczy było to nawiązanie do tradycji karolińskich. To, co Otton w owym czasie podpisał i funkcjonowało przez wiele stuleci jako podstawa prawna Państwa Kościelnego, było znowuż dyplomem złożonym ze starych i nowych, autentycznych i sfałszowanych elementów, dotyczącym stanu posiadania rzekomo wprawdzie zgodnego z dawną tradycją, a w istocie świeżo sfingowanych nabytków. Pojawiają się przecież miasta i ziemie nigdy nie należące do Kościoła, na przykład Gaeta i Neapol. Zgłoszono również roszczenia do Wenecji, Istrii, księstw Spoleto i Benewentu oraz oczywiście do tego, co obiecali Pepin i Karol Wielki, a czego nigdy nie dotrzymali. Krótko mówiąc, ujęto w nim nie tylko to, co zgodnie z prawem należało było do Kościoła, ale i to, co zamierzał jeszcze później zdobyć, co ogólnie biorąc miało rozszerzyć Państwo Kościelne na dwie trzecie Włoch 499. Nic dziwnego, że świętowano w Rzymie cesarza jako trzeciego Konstantyna i zaczęto go nazywać Ottonem „Wielkim”. Wszakże wielki Otton dotrzymał obietnic w równym stopniu, co niegdyś wielki Karol I. Zgłosił roszczenia do tych samych terenów, co papież. Na przykład w Pentapolis, zaliczanym w Rzymie do Patrimonium Petri, wymusił przysięgę mieszkańców, których uczynił swymi poddanymi. Wygląda na to, że Otton przejrzał kombinacje papieża, który jeszcze jako kardynał Jan (digitorum mutilus) chciał sobie ułatwić ich realizację, sporządzając spisany „złotymi literami” odpis sfałszowanego przed ponad dwustu laty Constitutum Constantini (IV, s. 244 i nast.), by móc oficjalnie zaprezentować przy okazji koronacji cesarskiej Ottona „dar Konstantyna”. Krótko po koronacji Jan XII zezwolił było to stare życzenie Ottona na erygowanie arcybiskupstwa w Magdeburgu i zgodził się na założenie biskupstwa w Merseburgu. Ostatecznie to władca Niemiec prowadził, jak to nazywa katolicki historyk papiestwa Seppelt, „szeroko zakrojoną politykę wschodnią wobec Słowiańszczyzny” (por. s. 294 i nast., 296 i nast.). Wystawiony 12 lutego 962 roku przywilej papieski mówi o okresie poprzedzającym te wydarzenia, także o bitwie z Węgrami oraz o dalszych walkach z pogaństwem „dla obrony świętego Kościoła Bożego” (ad defensionem sanctae Dei ecclesiae). Albowiem obrona nie oznacza tu nigdy czy przede wszystkim odpierania ataków, lecz przede wszystkim napaść, agresję, „rozszerzanie wiary chrześcijańskiej”, oznacza na długiej wschodniej granicy Rzeszy wykorzystanie nęcących możliwości „zdobywania dla chrześcijaństwa nowych ludów. Zwycięstwo nad poganami, Węgrami i Słowianami, było materialną przesłanką misji […]” (Buttner) 500. Papież konspiruje z wszystkimi wrogami Rzeszy Jeszcze w połowie lutego 962 roku Otton wrócił do Górnej Italii, gdzie do końca następnego roku walczył z Berengarem, chroniącym się ze swymi stronnikami po różnych kasztelach. Już wkrótce udało mu się przegnać margrabiego Huberta z Toskanii, sojusznika Berengara i syna króla Hugona, a około przełomu następnego roku również syna Berengara, Adalberta. Hubert uciekł do Węgrów do Panonii, a Adalbert do Saracenów, najpierw do Prowansji, a później na Korsykę. Jednakże wówczas dotarły do Ottona złe wieści z Rzymu. Albowiem tak jak pobożny cesarz, tak i mało pobożny papież dotrzymywał swych obietnic, gdy nie uzyskał spodziewanych korzyści i raczej zaczął się obawiać potęgi Ottona, tak że obie głowy chrześcijaństwa zaczęły się obwiniać wzajemnie o złamanie przysiąg.

257 Papież mianowicie, zaprzysiągłszy uprzednio uroczyście wierność cesarzowi, w czasie gdy walczył on z Berengarem, przeszedł na stronę jego wcześniejszych wrogów. Konspirował ledwie Otton zostawił Rzym za plecami z połową Europy, a nawet jeszcze dalej. Swoich agentów rozesłał we wszystkie strony. Ze zdradzieckimi zamiarami paktował z Bizancjum. Lecz właśnie przy tej okazji kardynał Jan z biskupem Velletri wraz z tajną pocztą udający się do Konstantynopola, został pochwycony w drodze przez (longobardzkiego) księcia Kapui i Benewentu Pandulfa I (zwanego „żelazną Głową”: 961-981) i dostarczony przed Ottona. (Książę był wiernym zwolennikiem cesarza a jego brat Jan, by możliwie wszystko zostało w rodzinie, pierwszym arcybiskupem Kapui). Papież zdystansował się natychmiast wobec swego kardynała, obwinił swych posłańców o „złamanie wierności” (infideles), oburzył się sztucznie na cesarza, który ich uwięził, i zemścił się okrutnie na swoim kardynale w 964 roku. Jego Świątobliwość konspirował także ze starym wrogiem chrześcijaństwa, pogańskimi Węgrami. Papiescy legaci udający misjonarzy mieli podobno podjudzać ich do nowych najazdów na Niemcy. Jednakże również papieskie listy do Węgrów wpadły w ręce Ottona; były to materiały poważnie obciążające, które papież przedstawił jako sfałszowane i umyślnie podsunięte cesarzowi. Jan XII wręcz chował się za plecami włoskich kręgów, wrogich cesarzowi, chociaż przynajmniej w części trzymających stronę Saracenów. Prowadził teraz wspólną grę ze swym dawniejszym przeciwnikiem, królem Adalbertem, najstarszym synem Berengara, przeciw któremu wezwał przecież na pomoc Ottona i, jak dopiero co zaprzysiągł, na którego stronę nie miał zamiaru przechodzić. A Adalbert, jesienią 962 roku zbiegły przed Ottonem do Fraxinetum, znanego gniazda arabskich piratów na prowansalskim wybrzeżu Morza Śródziemnego wyjątkowo wówczas piractwa „prywatnego”, a nie wspieranego przez państwo (H.R. Singer) wszedł z tamtejszymi Saracenami w układ; dziesięć lat później ich punkt oporu został zlikwidowany przez armię burgundzko-prowansalską za pomocą blokady floty bizantyjskiej, a pozostali przy życiu Arabowie sprzedani w niewolę. Teraz natomiast Adalbert przeprawił się via Korsyka na stały ląd i w czerwcu 963 roku został przywitany z wszelkimi honorami w Rzymie. Berengar II skapitulował jednak jeszcze pod koniec tego roku w apenińskiej twierdzy St. Leo (na zachód od San Marino), razem z małżonką Willą został skazany na wygnanie do Bambergu i zmarł tam 6 sierpnia 966 roku. Regnum Italiae funkcjonowało od tej pory jako Italia cesarska i było zjednoczone z Rzeszą niemiecką 501. „Potwór” zostaje strącony z papieskiego tronu i umiera na „udar” Wiosną 963 roku dotarły do Ottona w Pawii wieści o rozpustnym życiu Ojca Świętego, który zamienił pałac papieski w burdel, a na swoje dziwki przepuszczał całe miasta, gdy tymczasem przez zapadnięte dachy kościołów deszcz lał się na ołtarze, a żadna szanowana kobieta nie odważyła się na pielgrzymkę do Rzymu z obawy, że wpadnie w ręce Jego Świątobliwości. 1 listopada Otton stanął pod Rzymem i podczas gdy po krótkim oblężeniu otwarto mu bramy miasta, Adalbert i papież ten drugi w pełnej zbroi z oddziałami Adalberta i swoimi, również saraceńskimi, stawiwszy wątpliwy opór nad Tybrem, w pośpiechu podążył z papieskim skarbem do mocno obwarowanego Tivoli. Rzymianie jednak zaprzysięgli wierność Ottonowi i ślubowali, że nie wybiorą i nie zaordynują nigdy papieża „bez zgody i potwierdzenia dostojnego pana cesarza Ottona i jego syna, króla Ottona”. Ta „przysięga rzymska”, zaostrzająca jeszcze passus o wyborze papieża w Ottonianum, przysięga, jakiej nie ważyliby się żądać sami Karolingowie, miała szczególne znaczenie dla średniowiecznej historii papiestwa. Trzy dni potem, 6 listopada 963 roku, rozpoczął obrady pod przewodnictwem cesarza w katedrze Św. Piotra czterotygodniowy synod bądź co bądź 17 kardynałów i ponad

258 pięćdziesięciu biskupów, lecz niestety, ku ubolewaniu monarchy, nie „pan papież Jan”, na temat którego „wspaniałe i święte zgromadzenie” sądzi, że nie należy „wcale do tych, którzy chadzają w szatach owieczek, lecz wewnątrz są żarłocznymi wilkami, szaleje on tak jawnie, uprawia tak otwarcie dzieło Szatana, że zaniechał wszelkich wybiegów”. W jednym z pierwszych uprzejmych, a zarazem ponaglających zaproszeń pod adresem summus ponifex et universalis papa, które ten skwitował nadzwyczaj zwięzłą groźbą ekskomuniki zgromadzonych na synodzie, tytułowano go „Waszą Godnością” (magnitudo vestra). W drugim życzono wciąż „summo pontifici et universalis papae, panu Janowi” wprawdzie „chwały w Panu”, porównując go jednak z Judaszem, „zdrajcą, a wręcz sprzedawcą (proditor immo venditor) naszego Pana Jezusa Chrystusa”. Na kolejnym posiedzeniu złorzeczono mu jako „jeszcze niebywałemu wrzodowi”, który trzeba wypalić odpowiednim żelazem i nazwano po prostu „monstrum”. Ale papież zajął się rzeczą ważniejszą, wybrał się na polowanie koło Tivoli: „wyszedł już był z kołczanem i łukiem na pola” (Liutprand) 502. Synod wyliczył starannie długi rejestr grzechów namiestnika Chrystusa, świętokradztw wszelkiego rodzaju, masę najcięższych przewin: zaniedbywanie komunii, kanonicznych czasów modlitwy, nieprawidłowości przy przeprowadzaniu ordynacji, handel urzędami, sprzeniewierzanie dóbr kościelnych, okazywanie pogardy Ukrzyżowanemu, szydzenie z sakramentów, powrót do pogaństwa, sojusz z Szatanem, namiętność w polowaniu i hazardzie, różne przestępstwa przeciw obyczajności, cudzołóstwo, kazirodztwo, stosunki seksualne z konkubiną ojca, z jej siostrami i in., rękoczyny wobec pątniczek w Św. Piotrze, krzywoprzysięstwo, grabież kościołów, podpalenie, okaleczenie, kastracja i zabójstwo kardynała, oślepienie ojca chrzestnego, morderstwo duchownego etc. Niektóre obciążenia w tym katalogu mogą być wyolbrzymione, może nawet nieprawdziwie. Oznaczałoby to jednak, że 17 kardynałów i ponad 50 biskupów kłamało! A bądź co bądź ojcowie synodu pod przewodnictwem kardynała Benedykta opierali się po części na świadectwie własnych oczu, częściowo na dokładnej wiedzy. A nawet, zaprzysięgli jednogłośnie i pod groźbą wiecznego potępienia w które tak naprawdę pewnie sami nie wierzyli, a więc pod groźbą wyklęcia samych siebie że Jan XII popełnił nie tylko te wymienione, lecz o wiele więcej haniebnych przestępstw. A także biograf papieża charakteryzuje go w Liber pontificalis w całkowicie negatywnych barwach. Podczas trzeciego posiedzenia, 4 grudnia 963 roku, biskupi nalegali na Ottona jak oczywiście tego oczekiwał, jeśli wręcz nie nakazał: „Prosimy stąd Wspaniałość Waszej cesarskiej godności, by usunąć ze Świętego Rzymskiego Kościoła owego potwora, którego przewin nie równoważą żadne cnoty […]”. I stało się, wbrew ustaleniom, że papież co można było zobaczyć przy procesach Leona III i Paschalisa I nie może być przez nikogo sądzony, iż Jan XII, nie wysłuchany, pozbawiony możliwości obrony, wzywany też jedynie dwa, a nie trzy razy co jest wymogiem kanonicznym który niedawno namaścił i koronował Ottona, na tegoż życzenie został w ciągu jednego dnia zdetronizowany i również wbrew statutowi Kościoła w ten sam dzień 6 grudnia 963 roku został wyniesiony w katedrze Św. Piotra una voce do godności nowy papież, oczywiście kandydat cesarza: Leon VIII (963-965). Ponieważ dotychczasowy zarządca kancelarii Leon był człowiekiem świeckim, udzielono mu znowuż naruszając wszelkie kanony w przyśpieszonym postępowaniu w jeden dzień wszystkich święceń, od najniższego ordines minores, ostariusza (furtiana, jakby kościelnego), poprzez lektora, akolitę, subdiakona i diakona, po kapłana i tegoż 6 grudnia wyświęcono przez kardynała Sico z Ostii w asyście biskupów Porto i Albano na papieża 503. Przewrót wzburzył jednak krew w Rzymie.

259 Jan/Oktawian był w końcu synem „wielkiego Alberyka”, dla rzymian księciem i głową Kościoła. Tak doszło 3 stycznia 964 roku do przez niego samego uknutego zamachu na cesarza, za co chroniący się na Korsyce pontifex jako zapłatę miał obiecać „skarbiec świętego Piotra i wszystkich kościołów” (beati Petri omniumque ecclesiarum pecuniam) pierwsze powstanie rzymian przeciwko niemieckiemu cesarzowi, mordercze walki uliczne, które Otton ostrzeżony jeszcze tego samego dnia oczywiście stłumił, gdyż jego „zaprawieni w boju żołnierze, nieustraszeni w sercu i używaniu swej broni” rzucili się na zbuntowanych „i pędzili ich jak sokoły łowne chmurę ptaków bez jakiegokolwiek oporu. Uciekającym nie dawały schronienia ani kryjówki, ani kosze, koryta, czy kanały ściekowe. Byli więc zabijani, a jako to w zwyczaju mają odważni mężowie wszyscy mieli rany na plecach. Kto wówczas z rzymian by przeżył tę krwawą łaźnię, gdyby święty cesarz z miłosierdzia jakiego przecież nie był im winien nie powstrzymał i odwołał swych łaknących krwi żołnierzy?” Ach, miłosierny, wielki, święty cesarz, któremu potem rzymianie nad (rzekomym) grobem św. Piotra ponownie zaprzysięgli wierność i oddali stu zakładników, zwolnionych wkrótce na prośbę jego papieża. Lecz ledwie wyjechał z Rzymu, Leon VIII „owieczka wśród wielu wilków” został w lutym 964 roku wypędzony z Wiecznego Miasta, a Jan XII, na rzecz którego mocno i skutecznie pracowały jego metresy „ponieważ były z szacownych rodów i było ich wiele” powrócił w tym samym miesiącu. Bez oporu otwarto przed nim bramy. Papież zemścił się prawdziwie po chrześcijańsku na obu swych legatach wysłanych niegdyś do Ottona. Zarządcy kancelarii Azzonowi kazał obciąć prawą rękę, a kardynałowi Janowi nos, język i dwa palce. Niemiecki przedstawiciel w Rzymie, biskup Otger ze Spiry został skazany przez papieża na chłostę i uwięziony. Na synodzie w Św. Piotrze pod koniec lutego, uroczyście zainaugurowanym wniesieniem czterech ewangelii, ci sami kardynałowie, którzy zdetronizowali go przed trzema miesiącami, tym razem go ponownie uznali. I prawie ci sami kardynałowie, którzy wynieśli zbiegłego Leona VIII, teraz go ekskomunikowali. Biskupi Porto i Albano, biorący szczególny udział w ordynacji papieża Leona, popadli w suspensję, a kardynał Sico z Ostii został wykluczony ze stanu duchownego. Lecz Janowi XII nie było dane cieszyć się ze swego zwycięstwa. Przed nadciągającym cesarzem uciekł do Kampanii. I tam zmarł „w sprawie honorowej” (Kampf) jeszcze 14 maja 964 roku, kilka dni po cudzołóstwie, „gdy zabawiał się z żoną pewnego męża” (Liutprand), prawdopodobnie z ręki zdradzonego małżonka lub, jak to się ładnie nazywa, z powodu „udaru mózgu”. I to nawet „nie przyjąwszy świętego wiatyku” (Seppelt) 504. „Poprzez jego przywrócenie Opatrzność obroniła jego prawa, poprzez nagłą śmierć ukarała jego niegodny żywot”. Tak katolicka historiografia kościelna objaśnia mądre działanie „Opatrzności”. Lecz czyż nie byłaby mądrzejsza, gdyby oszczędziła Janowi XII obalenia, Kościołowi jego skandalicznego żywota a nam papiestwa w ogóle? 505 Tumulty i okropieństwa w Rzymie i w historiografii Rzymianie wybrali teraz, szybko zapominając o złożonych przysięgach, kardynała, który nie tylko brał udział w detronizacji Jana XII, ale i wyniesieniu własnego poprzednika, Leona: Benedykta V (22.05. 23.06.964, zm. w 966 r.). Został intronizowany i obiecano mu, że nie zostanie nigdy opuszczony i że będzie broniony w każdych okolicznościach. Lecz cesarz chciał mieć swojego papieża. Sprowadził z powrotem Leona VIII, splądrował i spustoszył okolice Rzymu i obiegł w czerwcu 964 roku miasto, w którym na przekór pożarom, głodowi, zarazom, papież Benedykt „na skroś godny, pobożny mąż” (Seppelt) nakłaniał rzymian do obrony. Osobiście w niej uczestniczył, wspinał się na mury, zachęcał swoich i ciskał klątwy na oblegających. Zmuszeni jednak przez przewagę przeciwnika, głód i nędzę, oblegani

260 otworzyli 23 czerwca bramy miasta, wydali Benedykta i ponownie ślubowali nad grobem św. Piotra wierność cesarzowi i Leonowi VIII. Benedykt V, „intruz” (invasor. Liutprand), został osądzony na synodzie w czerwcu 964 roku publicznie jako uzurpator. Papież Leon odebrał mu insygnia tak zwanej godności, „zerwał z niego papieski paliusz, który sobie był przywłaszczył, wyrwał z jego rąk laskę pasterską i połamał ją na oczach wszystkich na kawałki”. Zdetronizowany papież został zdegradowany do pozycji diakona, wygnany po wieczne czasy i powędrował na banicję do Hamburga, gdzie zmarł już 4 lipca następnego roku 506. Po śmierci Leona w 965 roku nastąpiły zwykłe w Rzymie tumulty. Wierni i wrodzy cesarzowi papieże następowali szybko po sobie, jeden zwalczał drugiego, skazywał na banicję, okaleczał, mordował. Na synodzie francuskich hierarchów w 991 roku w Reims biskup Arnulf z Orleanu w jednym z najostrzejszych w średniowieczu ataków na papiestwo postrzegał je wyraźnie w zupełnym upadku, w zbrodni, hańbie, widział stan obecny przez papieski Rzym „spowity w tak straszną czarną noc, że będzie osławiona jeszcze w przyszłości”. Wiedziano wówczas, że „Antychryst w Rzymie” już od stuleci prowadzi swe dzieło podczas gdy jezuita Hertling jeszcze w połowie XX wieku pragnął by nas oświecić mówiąc: „Do tych niesłychanych skandali nie należy przykładać dzisiejszej miary”. Jednakże tak można zawsze powiedzieć. I zawsze się tak mówi. W ten sposób można zbagatelizować wszystko. I dlatego jest to jedynie do dzisiaj na wszystkie strony pielęgnowana bzdura ordynariuszy, nie, gorzej któż jest bowiem tak głupi! czysta obłuda. W ten sposób da się za pięćdziesiąt czy pięćset lat usprawiedliwić ugruntowanie i wspieranie faszyzmu przez papieży. Lub wielokrotne przyzwalanie ze strony papieża Piusa XII na wojny ABC, zastosowanie broni atomowych, biologicznych i chemicznych… Nie przykładać dzisiejszej miary? Rozumieć odpowiednio do sytuacji i czasów? Pojmować ducha czasów? A któż i cóż to jest? Nie był i nie jest to zawsze „Pana własny duch”, obecny już od stuleci duch chrześcijański? „My jesteśmy czasami; jacy my jesteśmy, takie są i czasy”. Nikt inny jak Augustyn to napisał (I, s. 40 i nast.!). A Johannes Haller, wielki historyk papiestwa, konstatuje: „Nie było to przecież niczym innym: to, co zostało nazwane wówczas świętym apostolskim rzymskim Kościołem, jawi się obserwatorowi jako budowla bardzo świeckiego panowania, gdzie pod przykrywką świętego Piotra o tron i urzędy rywalizują ambicja i chciwość, gdzie jest używana ta sama broń, co wszędzie, i gdzie walka o władzę przyjmuje jeszcze surowsze, bardziej odpychające formy, niż gdziekolwiek indziej”. I Haller cytuje mimo owego „czasu prawie pozbawionego literatury” współczesnych, odczuwających podobnie jak my. Jak choćby nieznanego poetę w strofach o Rzymie: „Podły lud, zbiegłszy się z krańców ziemi, «Sługami sług» zaiste, zowią się teraz Twoi panowie… Brudnym bękartom leżysz teraz w pyle u stóp… Zbyt mocno przemogła chciwość i żądza twego ducha… Okrutnie kaleczyłaś świętych ciała za życia; Teraz u ciebie są kości zmarłych w obfitości na sprzedaż, A jeśli ziemia łapczywie resztki życia pochłonie, To i tak jeszcze wystawisz sprzedajnie fałszywe relikwie”. Są oczywiście chrześcijańskie łby, które w tym wszystkim doszukują się wiele smaku, które jak zawsze osobliwie gustują w patynie zgnilizny i dokonują sztuczek, by nawet głowy hydry postawić w innym świetle. Tak na przykład katolik Daniel-Rops jest zdania odnośnie papieskiego arsenału horrorów, że „te szczegóły, jak należy przyznać, są równie romantyczne i fascynujące, co powieść Aleksandra Dumas”. Jednakowoż „skandaliczne afery, czyny

261 gwałtowne, w każdy czas (!) kalające tron papieski, nie mogą być przypisywane ustanowionemu przez Chrystusa świętemu urzędowi, lecz uciskowi, jakiego musiał doznawać” 507. że też nie pokręci takiej gęby! Od frazesów, żałośniejszych chyba niż to, co osłaniają… Papież Jan XIII (965-972), zapewne syn Teodory Młodszej, siostry Marozji, był według Liber pontificalis synem biskupa. Podczas schizmy między swoimi poprzednikami, Leonem VIII i Janem XII, zachowywał się dwuznacznie, oportunistycznie; oskarżał Jana XII, głosował za wyniesieniem Leona, następnie podpisał jego detronizację. Jan XIII, żądny władzy germanofil, współpracował ściśle z cesarzem, odbył z nim wspólnie synody w Rzymie i Rawennie. Stał się wrogi miejscowej szlachcie i ludowi. Popierał bez jakichkolwiek względów swych krewnych i już po paru miesiącach, w połowie grudnia, został przez rzymian pod wodzą prefekta miejskiego Piotra i kampańskiego hrabiego Rotfreda obalony, wyszydzony i poturbowany, osadzony najpierw w Zamku Anioła, następnie w Kampanii pod nadzorem Rotfreda. Przy pomocy krewnych udało mu się jednak na początku 966 roku zbiec i po paru utarczkach ze swymi przeciwnikami w listopadzie 966 roku na czele armii własnych i cesarskich żołnierzy wrócić triumfalnie do Rzymu. Krótko potem Otton wielki, koronowany przez Boga, trzeci Konstantyn, jak sławił go w swej bulli papież kazał biorącą w buncie szlachtę deportować do Niemiec, a przywódców ludu dwunastu komendantów milicji dwunastu dzielnic Rzymu, a ponadto trzynastego z Trastevere powiesić. Dla pochwyconego podczas ucieczki prefekta miejskiego Piotra Jego Świątobliwość jest to bądź co bądź dowód twórczej fantazji wymyśliła osobliwy sposób potraktowania, który w kręgu papieskim znalazł nawet naśladowców. Najpierw imiennika księcia apostołów powieszono na rozkaz papieża z ostrzyżoną brodą za włosy. Nadużył do tego Ojciec Święty konnego posągu Marka Aureliusza, (błędnie) uznawanego za pomnik św. cesarza Konstantyna I (tzw. Caballus Constantini), z którego to powodu stał na Lateranie. Następnie rozebrany do naga i przybrany w krowie wymię na głowie i na biodrach oraz dzwoneczki został posadzony tyłem na ośle i wśród razów przepędzony przez miasto, przy czym Piotr musiał trzymać twarz przy oślim ogonie (służącym za cugle). Został wtrącony do więzienia i w końcu skazany na banicję w Niemczech. Nadzorca więzienny papieża w Kampanii, hrabia Rotfred, już wtedy nie żyjący, został jednak na rozkaz cesarza wykopany i rzucony pod miastem 508. Główna podpora i profitenci również we Włoszech: kler Od 961 roku do śmierci w 973 Otton jedynie sporadycznie przebywał w Niemczech. Dziesięć ze swych dwunastu ostatnich lat życia spędził we Włoszech, prowadząc na południu trzy wojny przeciwko muzułmańskim Arabom i chrześcijańskiemu Bizancjum. Na północ od Alp i na zachodzie, gdzie uzyskał hegemonię nad Francją, a nawet faktyczną „współregencję” i uzależnił Burgundię, był reprezentowany przez arcybiskupa i arcyksięcia Brunona. Wychowanie i opieka nad synem Ottonem II spoczywała w rękach arcybiskupa Wilhelma z Moguncji. Sam władca przebywał, strzegąc swego panowania, głównie w Rzymie, w 962 roku został koronowany na cesarza przez Ojca Świętego i to przez jakiego! i gdzie na nowo zostało założone „imperium christianum”, a przyszła historia Niemiec została złączona z przyszłością papiestwa, jak ono samo z systemem niemieckiego Kościoła Rzeszy (Reichskirche). Na południu półwyspu Otton i jego następcy, świadomie nawiązując do tak zwanej tradycji Karola, zgłaszali roszczenia do księstwa Benewentu, a więc do kontynentalnej Italii, wyłączywszy od czasów cesarza Justyniana bizantyjską południową Apulię, południową Kalabrię i małe tyrreńskie republiki nadmorskie.

262 Tak często i dzisiaj jeszcze idealizowane, w romantycznym duchu tłumaczone, prowadzone zwłaszcza od czasów Ottona I wyprawy do Italii niemieckich cesarzy polityka, która poniosła fiasko w XIII wieku były przedmiotem długich i gorących sporów historyków. Główni adwersarze: uczeń Rankego i przeciwnik Bismarcka Heinrich von Sybel (zm. 1895 r.), odrzucający politykę cesarzy w średniowieczu, i Julius Ficker (zm. 1902 r.), broniący jej. Z obiektywizmem, i bez tego w historiografii niemożliwym (por. 1.1, Wstęp!), ów spór miał niewiele wspólnego. Sybel negował ją ze swego małoniemieckiego 509 punktu widzenia, Ficker bronił z pozycji katolicko-wielkoniemieckich 510. W ten sposób historyczną debatę zdominowały prawie wyłącznie aktualne odniesienia, z jednej strony poglądy obozu małoniemieckiego, z drugiej wielkoniemieckiego. Ponieważ jednak obecnie wszystko to nie odgrywa żadnej roli, dla nauk historycznych jest „ten cały spór zupełnie bezowocny” (Hlawitschka). Johannes Fried wspomina jednakże „wstrząsającą relację” Ottona z Freising ledwie dwieście lat później: „Wyprawa zbrojna do Italii była marszem ofiarnym, w który król się udał, by podtrzymać chwiejący się Kościół, ledwie go wzmocnił, zwrócił się on przeciwko swemu wcześniejszemu pomocnikowi, niemieckiemu królowi i cesarzowi”, co pociągnęło za sobą spór o inwestyturę. Jedno jest pewne: tak jak polityka wschodnia Ottona I, pomijając wiele różnic w szczegółach, również jego polityka włoska służyła poszerzeniu własnej władzy i systematycznej grabieży kraju. Ściśle zaangażowany był znowuż także na ottońskim południu co ostatnio próbowano mało przekonująco bagatelizować, a nawet reinterpretować kler, „poprzez wspieranie kościołów, rozbudowywanych do punktów oparcia dla władzy państwowej” (Handbuch der Europäischen Geschichte). „Główną podporą Ottona w Italii byli przy tym biskupi, umacniający swą pozycję dzięki niemieckiej pomocy. Ich udziałem stały się wielkie koncesje […]” (Stern, Bartmuss) 511. Oczywiście Otton i jego następcy nie pragnęli episkopatu obdarzonego zbyt dużą władzą. Lecz mocni książęta Kościoła mogli być przez nich mile widziani, jak w Niemczech, tak i w oczywisty sposób, mimo różnic i po drugiej stronie Alp. W gruncie rzeczy kontynuowali oni przychylną klerowi politykę Karolingów, jeszcze ją rozwijali, nawet jeśli przynosiła zdecydowanie gorsze rezultaty. Nie mówiąc już o tym, że i ich przeciwnicy we Włoszech często sprzyjali wyższemu duchowieństwu. Otton Iw każdym razie wyposażał określone biskupstwa w królewszczyzny, prawa cywilne i dochody. I tak na przykład pomnożył w godny uwagi sposób władzę biskupa Aupalda z Novary, którego poprzednik Piotr II otwarcie wystąpił przeciwko Berengarowi. Biskup Bruning z Asti, arcykanclerz Lotara i Berengara został również arcykanclerzem Ottona. Otrzymał ponadto władzę świecką nad swym miastem biskupim oraz jego okolicą. A jego następca Rozo uzyskał poza dalszymi przywilejami prawnymi i ekonomicznymi, jak prawo poboru ceł, zakładania rynków i portów, a nawet budowania umocnień, również znaczniejsze posiadłości. Biskup Hubert z Parmy (960-980), jeszcze latem 961 roku kanclerz lub arcykanclerz Berengara II i Adalberta, w lutym 962 jest już obecny przy koronacji cesarskiej Ottona i doznaje najwyższych łask w następnym miesiącu. Otton nie tylko potwierdza parmeńskiemu kościołowi biskupiemu szereg dawniejszych donacji, immunitet, ochronę królewską i prawo do inkwizycji, lecz nadaje Hubertowi również prawa palatyna nad miastem i okolicą, co czyni go na tym terenie „jedynowładcą”. A nawet Otton faworyzuje biskupa w hrabstwach, gdzie jego biskupstwo ma posiadłości „poza tym jeszcze strategicznie korzystnie położone dobra kościelne […]” (Pauler). I oczywiście Hubert towarzyszy cesarzowi również na wojnie; przejął nawet podczas trzeciej wyprawy do Włoch urząd arcykanclerski, gdyż dotychczasowy arcykanclerz Gwido z Modeny właśnie go ponownie porzucił 512.

263 Biskup Gwido z Modeny (943-968), zmieniający od czasu do czasu front, poparł najpierw wyniesienie na tron Berengara, wkrótce potem syna Hugona Lotara, potem Ottona I, zanim przeszedł ponownie do obozu króla Adalberta, odbierał wszelako dary z wszystkich stron. Od Lotara otrzymał, „dilectus fidelis noster” 513, dobra w hrabstwie Comacchio, od Berengara II trzy zamki. Całe dziesięć lat, od 952 do 961 roku, był utrzymując, rozumie się, dobre stosunki ze swoim panem arcykanclerzem Berengara. Następnie przeszedłszy do Ottona prowadził ten sam urząd, za co otrzymał od niego dobra synów Berengara Gwidona i Konrada, leżące w wielu hrabstwach, nie mogąc być może ciągnąć z nich wielkich korzyści. Roland Pauler, krok po kroku śledzący zdrady notorycznie wiarołomnego biskupa, nie był w stanie uniknąć jak przystało na ucznia Hlawitschki pochwał pod adresem najwyższego doradcy Ottona (summus consiliarius): „Najpierw dążył do poszerzenia własnej władzy i nie wzdragał się przed zdradą jako środkiem osiągnięcia swego celu; potem jednak wypełniał wobec każdego z władców swe obowiązki jako biskup Rzeszy, był arcykanclerzem, missus oraz pomocnikiem na polu bitwy, jak i świeckim wasalem” 514. Chwała, komu się ona należy. Inaczej mówiąc: przestępstwa muszą być popełniane w odpowiednich ramach personalnych. To znaczy: zawsze wśród najmożniejszych wspólników. Poszerzaniu władzy i grabieży (w nieco bardziej akademickim stylu: niemieckiemu państwu feudalnemu) służyła oczywiście również ottońska polityka w południowych Włoszech. Cesarz osiąga „jeden z najważniejszych celów swego życia w ostatnich latach panowania” Bastionami Ottona były we Włoszech trzy księstwa longobardzkie: Kapua ze Spoleto i Camerino oraz Benewent i Salerno, oddzielające Państwo Kościelne od bizantyjskiego południa, które następnie po śmierci Ottona i na krótki czas zostały zjednoczone unią personalną przez księcia Pandulfa I żelazną Głowę. Już na początku 967 roku Pandulf złożył hołd cesarzowi, tak samo Landulf z Benewentu, pierwszy obdarowany w zamian margrabstwami Spoleto i Camerino, drugi generalnym potwierdzeniem swego stanu posiadania. Oczywiście i Bizancjum traktowało od dawien dawna tereny longobardzkie jako swoją sferę wpływów i rościło sobie pretensje do zwierzchności. Otton jednak kazał w Boże Narodzenie 967 roku koronować w Rzymie na cesarza swego syna, również Ottona (za przykładem Ludwika Pobożnego, Lotara I i Ludwika II) jedyne podwójne cesarstwo w historii Niemiec z zamiarem uniknięcia konfliktu dzięki małżeństwu z księżniczką bizantyjską. Nie doszło ono jednak do skutku z powodu żądania cesarza Nikefora Fokasa, dotyczącego wydania Benewentu i Kapui 515. Nie przywieziono zatem do domu narzeczonej lecz rozpoczęto wojnę. Zaczęła się na południu zaraz po trzeciej wyprawie włoskiej Ottona (966 r.). W następnym roku bazyleus wyprawił armię przez Bałkany, by zaatakować południe Włoch, lecz do tego nie doszło. Walkę rozpoczął natomiast Otton. Przez Kapuę i Benewent wkroczył do Apulii i jesienią 968 roku całymi miesiącami pustoszył grecką Kalabrię. „Otton był wojowniczy zapewnia historyk Kościoła i teolog Albert Hauck i żądny zdobyczy; nie mógł się nigdy oprzeć pokusie podjęcia śmiałej wyprawy, zapowiadającej wielką nagrodę”. Wojowniczy tacy byli ci katolicy panowie prawie wszyscy i to od co najmniej połowy tysiąclecia! Jednakże nie zdobyto tym razem żadnego zamku, nie wygrano żadnej bitwy w polu, nie zdobyto Bari. Nie powiodły się też zupełnie dyplomatyczne zabiegi Liutpranda w Konstantynopolu; po czym napisał swój pełen anegdot pamflet Poselstwo do cesarza Nikefora Fokasa w Konstantynopolu (którego nazywa „wypalonym węglem”, „starą babą”, „leśnym diabłem”, „maciorą”, „wołem rogatym”, „szczeciniastym bydłem” i. in., z „oczkami jak krecik” i

264 „świńską gębą”, krótko mówiąc kimś, „kogo nie byłoby miło spotkać po północy”). Bazyleus zażądał teraz więcej: całej południowej i środkowej Italii łącznie z Rzymem i odmówił uznania Ottona jako cesarza. Władca Zachodu opuścił wkrótce pole bitwy, wysłał jednak nowy kontyngent wojskowy, Szwabów i Sasów. Po wysłuchaniu mszy w Benewencie wpadł z błogosławieństwem arcybiskupa Landulfa do Apulii, po zwycięstwie pod Asculum obciął pojmanym i jakby nie było chrześcijańskim Bizantyjczykom nosy i odesłał ich „z obciętymi nosami na powrót do nowego Rzymu” (Widukind) „oczywiście znaczny sukces niemieckiego oręża” (L.M. Hartmann). Na wiosnę 970 roku Otton ponownie wtargnął osobiście na południe Italii, spustoszył okolice Neapolu, złupił wkrąg Apulię, zabierał bydło. Chrześcijański władca Bizancjum rzucił przeciwko chrześcijańskiemu cesarzowi saskiemu saraceńskich najemników. Lecz jeśli nawet Liutprand prawdziwie po arcypastersku się puszył, że „masa słabeuszy” Nikefora, „którym jedynie ilość przydaje odwagi, jest miażdżona przez naszych niewielu, lecz nawykłych do wojny, a wręcz żądnych jej wojowników” to ani Otton I, ani Otton II nie zdołali przyłączyć Apulii na trwałe do północnej części Rzeszy 516. Zwrot w walce orężnej i dyplomatycznej przyniosła jedna z wielu bizantyjskich rewolucji pałacowych. W nocy z 10 na 11 listpada 969 roku cesarz Nikefor padł ofiarą spisku swej małżonki i kuzyna oraz rywala i generała Jana Tzimiskesa. Ten krwawy zamach wyszedł na dobre również Kościołowi. Patriarcha Polyeuktos (956-970) rozstrzygnął zmianę władcy na swoją korzyść. Tak długo odmawiał koronacji mordercy, aż ten nie oświadczył gotowości cofnięcia rozporządzeń Nikefora przeciwko rozrostowi dóbr klasztornych i dopuszczaniu do urzędów biskupich bez zgody cesarza. Na Zachodzie przewrót doprowadził do pokoju, pozostawiając przy Bizancjum Apulię, a Kapuę i Benewent przy cesarzu niemieckim. Nie uzyskano co prawda ręki upragnionej narzeczonej, Porfirogenetki Anny, natomiast z wieloma relikwiami księżniczkę Teofanu, siostrzenicę nowego cesarza Jana Tzimiskesa, wprawdzie nie urodzoną w Porfirze, w cesarskim pałacu, to jednak piękną i mądrą. 14 kwietnia 972 roku została zaślubiona z równie młodym szesnastoletnim Ottonem w bazylice Św. Piotra w Rzymie i koronowana przez Jana XIII na cesarzową 517. Dzięki temu Otton „Wielki” zdołał w tym względzie zaspokoić swą niezmienną ambicję, by wschodniorzymski cezarobójca i cesarz (być może dlatego, że nie czuł się jeszcze pewnie w siodle) uznał i zachodniorzymską godność cesarską godność mieszczącą w sobie oczywiście jak zwykle dużo więcej występków wobec ludzkości, niż dobrodziejstw. Jednakże uznanie Ottona za drugiego równoprawnego imperatora było dlań „jednym z najważniejszych celów życiowych w ostatnich latach panowania” (Glocker) 518. Gdy cesarz zmarł 7 maja 973 roku w swym palatium w Memleben nie bez „wzmocnienia świętym wiatykiem” (Thietmar) niemiecka Rzesza zajmowała prawie 600 tys. kilometrów kwadratowych, do czego dochodziło jeszcze 150 do 160 tysięcy na południe od Alp. I lud sławił pośmiertnie Ottona, według Widukinda, że „zwyciężył orężnie zuchwałych wrogów, Awarów (Węgrów), Saracenów, Duńczyków, Słowian, podbił Italię, zburzył świątynie bożków ludów sąsiednich, wyposażał domy boże i stany duchowne”, a nawet opowiadali „jeszcze poza tym wiele innych dobrych rzeczy (!) o nim”. Cesarz Rzymian i król ludów pozostawił przecież, tak kończy mnich trzecią i ostatnią księgę swej historii Sasów, „potomności wiele pomników godnych sławy w rzeczach kościelnych i świeckich”. A na pokrywie jego sarkofagu mieni go napis (trybowany w złotej blasze) „najwyższą chwałą ojczyzny” i „dumą Kościoła” 519.

265 ROZDZIAŁ 11. Cesarz Otton II (973-983) „Pallida mors Sarracenorum” blada śmierć Saracenów. Otto I, biskup Freising 520 „Szczęśliwa była jego młodość, lecz przy końcu życia nawiedziło go nieszczęście, my wszyscy bowiem ciężko zgrzeszyliśmy”. Thielmar z Merseburga 521 Księża w otoczeniu władcy Otton II urodził się w roku wielkiej klęski Węgrów na Lechowym Polu i jeszcze tej samej jesieni wielkiego pogromu Słowian jako czwarte dziecko Ottona I (i jego drugiej żony Adelajdy), jako sześciolatek został w 961 roku w Akwizgranie koronowany na króla, a jako dwunastolatek w 967 roku w Rzymie na współcesarza. Wychowywali go kapelan Folkold, od 969 roku biskup Miśni, oraz mnich klasztoru St. Gallen Ekkehard II. Obok pobożnej matki wpływ na niego mieli również stryjowie, arcybiskup Bruno z Kolonii oraz najstarszy pozamałżeński syn cesarza, arcybiskup Wilhelm z Moguncji (ten, który uważał, że za pieniądze można wszystko!). Zwłaszcza biskupowi Wilhelmowi powierzano wyraźnie następcę tronu „dla ochrony i wychowania” (Adalberti continuatio Reginonis) podczas nieobecności Ottona I w 961 i 966 roku. Nic dziwnego, że współcześni chwalili pobożność Ottona, że Thietmar nazywa go wręcz „wzorowym w pobożnych dziełach”. A więc obdarował biskupa Gizylera z Merseburga, jednego ze swych faworytów, „najpierw opactwem Pöhlde, następnie zamkiem Zwenckau z wszelkimi przyległościami na służbę św. Janowi Chrzcicielowi; dalej pozostawił mu cały objęty murami obszar miejski Merseburga wraz z żydami, kupcami i mennicą, poza tym las między Soławą a Muldą, względnie między okręgami Siusuli i Pleissnerland; następnie wsie Kohren, Nerchau, Pausitz, Taucha, Portitz i Gundorf; to wszystko potwierdza własnoręcznie sporządzonymi dokumentami”. Biskup Gizyler, „kramarz zawsze łasy na awanse” (mercenarius, ad maiora semper tendens), mógł tego oczywiście potrzebować. Aby zostać arcybiskupem, relacjonuje znów Thietmar, „przekupywał wszystkich książąt za pomocą pieniędzy, zwłaszcza rzymskich sędziów, dla których wszystko jest do kupienia […]”. Rexiunior pozostawał również pod silnym wpływem jego długoletniego doradcy, biskupa intryganta Dytryka I z Metzu syna siostry królowej Matyldy i brata ciotecznego Ottona I oraz arcybiskupa Brunona I, dzięki którym został arcypasterzem, zarazem członka domu cesarskiego i (także) cieszącego się opinią ogromnego chciwca. Biskup Thietmar donosi, że książę Kościoła z Metzu został przekupiony przez arcybiskupa Gizylera za „1000 funtów złota i srebra […] w zamian za zaciemnienie prawdy”. Sam cesarz miał mu powiedzieć niekoniecznie „żartobliwie”: „Niech Bóg cię nasyci złotem w niebie, bo my wszyscy nie damy rady!” Oczywiście pomnażał również obfitość łask swego miasta biskupiego za pomocą imponującego bogactwa relikwii, ściągając je na własną rękę z Italii, gdzie święte kości należą do najszlachetniejszych bogactw naturalnych. Znaczny wpływ na Ottona II wywierał arcybiskup Willigis z Moguncji (975-1011), urzędujący jako arcykapelan i arcykanclerz Niemiec, jeszcze dzisiaj czczony jako święty, i to nie tylko tam.

266 Znaczenie w rządach posiadał także, zwłaszcza od czasu prawie zupełnego wyeliminowania Luitpoldingów, biskup Hildibald z Wormacji, od jesieni 977 roku kierujący niemiecką kancelarią królewską; urzędem, który jako pierwszy kanclerz zachował aż do śmierci również po mianowaniu go na arcybiskupa. Przy tym zarządził na rzecz swej episkopalnej władzy, dla zapewnienia i poszerzenia różnych tytułów majątkowych i prawnych swego biskupstwa, „sprefabrykowanie lub sfałszowanie 18 dokumentów królewskich z VII – X wieku” (Seibert). A podobnie jak arcybiskup Willigis, także i ten doświadczony arcypasterz przez wiele lat miał udział w regencji małoletniego syna i następcy tronu. (A biskup Burchard z Wormacji, jeden „z naj znaczniej szych kanonistów średniowiecza” [Lexikon fur Theologie und Kirche], kontynuował następnie tę „działalność fałszerską” [Landau] swym „pozbawionym skrupułów piórem” [Seckel]). Pewną rolę na dworze Ottona II odgrywali m.in. biskup Hugo z Wurzburga (983-990), należący do cesarskiej kaplicy, niekiedy również wysoko urodzony opat Adso z Montier-en- Der (później stał się znany jako autor pisma o nadejściu Antychrysta) oraz uczony Gerbert z Aurillac, opat, arcybiskup i na koniec papież (Sylwester II) 522. Tak więc syn kontynuował politykę swego ojca, zwłaszcza politykę kościelną, w nie mniejszym zakresie na wschodzie i północy Niemiec jeśli nawet z mniejszą „energią” a biskupi stali prawie zwartym szeregiem za nim. We Włoszech jednak wyszedł poza ramy nakreślone przez Ottona I, od samego początku bowiem zamierzał zdobyć również południe tego kraju i opanować go zupełnie 523. Wojny o Bawarię i Czechy Jeśli początek panowania przeszedł jeszcze bez oporów, to wkrótce młody władca doświadczył trudów panowania podobnie jak kiedyś jego ojciec. W każdym razie co najmniej siedem lat musiał Otton II wojować z początkowo bardzo silnymi oponentami wewnątrz kraju, zwłaszcza na nowo z kręgiem chrześcijańskich krewnych, przede wszystkim Henrykiem II bawarskim (955-976, 985-995). Książę, obdarzony przydomkiem Kłótnika (rixosus) dopiero w czasach nowożytnych, był bratankiem Ottona I, więc stryjecznym bratem Ottona II. I tak jak jego ojciec Henryk I bawarski był niegdyś najgroźniejszym przeciwnikiem Ottona I, swego brata, w okresie jego najwcześniejszych rządów, tak teraz syn, Henryk Kłótnik, stał się najgroźniejszym rywalem wewnętrznym Ottona II. Władza ambitnego księcia Bawarii była rzeczywiście ogromna. Sięgała od tak zwanej Marchii Północnej, dzisiejszego Górnego Palatynatu, przez tereny właściwej Bawarii nad Izarą, Innem i Dunajem i przez Marchię Wschodnią, dzisiejszą Austrię, po włoskie marchie Akwilei i Istrii. Powody buntu Henryka nie są całkiem jasne; lecz stały za nim motywy rywalizacji, żądza władzy, rozszerzenia panowania, marzenia o władzy królewskiej i uczucie zagrożenia. Rebelia (974977) znalazła oparcie przede wszystkim w pozostałych Luitpoldingach, rozszerzyła się szybko na Szwabię i Lotaryngię, a nawet na Czechy i Polskę. Przy czym biskupi bawarscy Abraham z Freising i dwaj ucieleśnieni święci, św. Wolfgang, biskup Ratyzbony, i św. Albion, biskup Brixen, wystąpili po stronie zbuntowanego. (A z syna Kłótnika św. Wolfgang, wychowawca książęcych dzieci, uczynił kolejnego, szczególnie wspaniałego świętego, z którym spotkamy się niestety dopiero w następnym tomie: św. cesarza Henryka II). Lecz również biskupi Trewiru, Metzu i Magdeburga znaleźli się po stronie księcia Bawarii. W końcu właśnie biskupi „w okresie ottońskim zawsze stawali po stronie buntowników”, a byli to „z reguły biskupi […] z możnych rodów szlacheckich” (Althoff, Keller).

267 Ponieważ spisek się wydał, Henryk znalazł się w areszcie w Ingelheim. Z początkiem roku 976 uciekł do Ratyzbony, którą po różnych potyczkach Otton II zajął jeszcze tego samego lata, podczas gdy walczący w jego armii biskupi ekskomunikowali Kłótnika wraz z poplecznikami, on sam jednak zbiegł do Czech. Albowiem również na wschodzie katoliccy książęta wystąpili przeciwko katolickiemu cesarzowi. Tak na przykład książę Polan Mieszko I, od swego chrztu gorliwie wspierający misje, i który dzięki temu dokonał „przyłączenia [kraju] do chrześcijańskiej Europy” (Lubke). Z nim ramię w ramię jego szwagier Bolesław II, w odróżnieniu od swego ojca Bolesława I „Okrutnego” (s. 267 i nast.) ozdobiony przydomkiem „Pobożnego” (967 [973?]-999), gorliwy protektor kleru, zbudował i wyposażył podobno 20 kościołów, wiele klasztorów, także i ów żeński dom zakonny, w którym opatką została jego siostra Milada pod imieniem Marii. Dziekan katedry praskiej Kosmas (zm. 1125 r.) widział w swej Chronica Boemorum, pierwszej kronice czeskiej, w Bolesławie II, buntowniku przeciwko chrześcijańskiemu cesarzowi, płonącą „prawdziwą i czystą miłość Chrystusa”. „Wszystko, co dotyczyło sprawiedliwości, wiary katolickiej, religii chrześcijańskiej, przyjmował z płomienną żarliwością” 524. Lecz z podobną żarliwością zaatakował także Otton II w trzech kampaniach gorejącego miłością Chrystusową księcia Czechów, sojusznika zbuntowanego Kłótnika. Spustoszył Czechy w 975 i 976 roku, nie dokonał jednak mimo silnej armii „przeciwko obu niczego”. Wręcz przeciwnie, duży bawarski oddział pomocniczy nadciągający ze wsparciem dla Ottona Bawaria była bowiem znowu podzielona został zniszczony podczas obozowania koło Pilzna. „Bawarczycy myli się wieczorem, nie wystawiając straży. Już naskoczyli pancerni wroga, powalili wybiegających im naprzeciwko nagich w ich namiotach i na łąkach i wrócili do domu z wszelkimi łupami radośni i bez uszczerbku” (Thietmar). Podczas gdy cesarz działał w Czechach, Kłótnik wykorzystał czas w Bawarii i tak doszło do „powstania trzech Henryków”, do którego przyłączyli się nawet możni sascy, jak na przykład margrabia Gunther z Merseburga i hrabia Dedi z Wettinu. Henryk bawarski okupował teraz istotną dla połączenia z Czechami biskupią Pasawę. Czynił to wspólnie z właśnie dopiero co w 976 roku wyniesionym przez Ottona do książęcej godności, a teraz z nim bezwzględnie wojującym Henrykiem Młodszym, synem księcia Bertolda z wpływowego rodu Luitpoldingów. A trzeci z Henryków, pochodzący również z tego rodu biskup Henryk I z Augsburga, ubezpieczał tymczasem szlak naddunajski, przede wszystkim obsadzając strategicznie ważny Neuburg. Dopiero w sierpniu 977 roku Otton zdołał w trzeciej wyprawie zbrojnej pokonać Czechy, a we wrześniu zdobyć Pasawę. Kazał ją zburzyć, a na magdeburskim zjeździe wiosną 978 roku skazał trzech Henryków na banicję. Kłótnik dostał się do Utrechtu do biskupa Folkmara, uprzednio kanclerza Ottona II, i pozostał tam do śmierci cesarza. Wtedy biskup go uwolnił i przyłączył się do niego. Również Henryk III Młodszy z Karyntii został zamknięty na pięć lat, natomiast trzeci z tego związku, biskup Henryk z Augsburga, przesiedział zaledwie cztery miesiące w Werden. Kłótnika cesarz nie tylko zdetronizował, lecz również mocno okroił jego księstwo, a mianowicie oddzielił od niego Karyntię oraz należące od 952 roku do Bawarii obszary położone na południe od Alp, górnoitalskie marchie we Friulu, Istrii, Akwilei, Weronie i Trydencie, przyłączone do Karyntii 525. A poza tym dalej trwała wojna na wschodzie. Powstałe w połowie X wieku państwo polskie (s. 301 i nast.) rozszerzyło się i traktowało swe „zobowiązania” równie mało skrupulatnie, jak Słowianie między Łabą a Odrą. Dlatego Otton przywrócił za pomocą wyprawy zbrojnej w 979 roku nie tylko ich zależność, lecz zmusił Polaków do ponownego płacenia trybutu. Gdy katolicki książę Mieszko I po śmierci swej czeskiej żony Dobrawy (977 r.) poślubił wydobytą z klasztoru mniszkę Odę, pochodzącą

268 z arystokratycznego rodu saskiego, nie było to jedynie irytujące dla biskupa Hildiwarda z Halberstadt, lecz bez wątpienia stanowiło również korzyść dla dalszego szerzenia Dobrej Nowiny w Polsce. W końcu Mieszko, „król Północy”, dysponował drużyną 3 tysięcy pancernych. A podczas gdy teraz strona polska i niemiecka zbliżały się do siebie, ochłodziły się stosunki z Czechami, a nawet doszło do ciężkich walk między obydwoma katolickimi krajami, przy czym Mieszko zdobył większą część Śląska i całą Małopolskę 526. Konflikty zbrojne toczyły się również na Zachodzie. Wojna o Lotaryngię Niegdyś Otton I ustanowił tam jako księcia swego brata Brunona, arcybiskupa Kolonii, a ten obsadził biskupstwa swymi uczniami i w ten sposób związał niepewny obszar nadgraniczny z Rzeszą niemiecką. Kościoły biskupie, również w Lotaryngii od dawna odznaczające się bogactwem, stały się jeszcze bogatsze i bardziej niezależne dzięki saskim cesarzom, szukającym oparcia w hierarchii kościelnej przeciwko możnym świeckim. Prowadziło to do tego, „że powierzali biskupom i opatom niektóre prawa zastrzeżone dotąd dla hrabiów, lub pozostawiali nadzór nad nimi bez specjalnego zezwolenia. Nie ma więc prawie żadnych dokładnych danych dotyczących przeniesienia prawa bicia monety, a przecież warsztaty mennicze znajdowały się w ostatnich dziesięcioleciach X wieku w rękach biskupów, umieszczających swe podobizny i imiona na złotych monetach. Pozostawiono im niektóre podatki z handlu, jak również osadzanie na urzędzie wybranego przez nich hrabiego […]. Wreszcie cesarze zarzucali hierarchów dobrami, darowali im palatia, lasy, prawa łowieckie, a nawet całe hrabstwa. W ciągu jednego stulecia, od 950 do 1050 roku, biskupstwa przekształcają się w autonomiczne księstwa, których jedynymi władcami są hierarchowie. W niektórych przypadkach znaczące terytoria zeszły się granicami i pozwoliły w Lotaryngii na powstanie czegoś, co historia określa jako «Trois-Eveches» (Trzy Biskupstwa)” (Parisse). Po śmierci Brunona w roku 965 jego księstwo pozostało nieobsadzone, póki Otton II nie nadał go w 977 roku Karolowi, młodszemu bratu francuskiego króla Lotara (954-986) z zachodniofrankijskiej dynastii karolińskiej. Karol, w czysto męskiej linii przedostatni potomek Karola Wielkiego, po mieczu więc z dynastii Karolingów, po kądzieli zaś z dynastii ottońskiej, był młodszym synem króla Ludwika IV francuskiego i jego małżonki Gerbergi, siostry Ottona I i został mocno pokrzywdzony przez brata Lotara. Ze swej strony ciężko obraził jego żonę Emmę, córkę z pierwszego małżeństwa cesarzowej Adelajdy, posądzając ją o cudzołóstwo z dawniejszym kanclerzem Lotara, biskupem Adalbero z Laon (siostrzeńcem arcybiskupa Adalbero z Reims). A od czasu powołania Karola na księcia Dolnej Lotaryngii (977-991) Lotar obawiał się zawiści o władzę ze strony nieszczęśliwego brata, smutnej ofiary stałej rywalizacji między królestwem francuskim a niemieckim; tę zawiść musiał uważać za groźną, zwłaszcza że odsunięty wbrew karolińskiej tradycji od tronu i poza tym nie wyposażony w żadne posiadłości Karol podnosił pretensje do francuskiej korony. Gdy z tego względu Otton dał w 977 roku wakujące księstwo Dolnej Lotaryngii Karolowi, sprowokował poróżnionego z bratem króla Lotara, który podjął próbę odzyskania Lotaryngii. Już jego imię miało znaczenie programowe i już jego ojciec, król Ludwik IV, nie przypadkiem wziąwszy za żonę wdowę po księciu Lotaryngii Gerbergę, próbował odzyskać księstwo zbrojnie w roku 939, a w ogóle królestwo zachodniofrankijskie nigdy nie zrezygnowało z pretensji do Lotaryngii. Z szybkością błyskawicy Lotar wpadł do niej w czerwcu 978 roku dużymi siłami i przy wsparciu księcia Hugona Kapeta dotarł aż pod Akwizgran, przy czym o mały włos, a zaskoczyłby swego szwagra, Ottona II, przebywającego właśnie w palatium.

269 Kronikarz i mnich Richer z Reims opisuje jako naoczny świadek ten najazd w swym dziele, ważnym dla historii Francji u schyłku X wieku (przekazanym jedynie w manuskrypcie autora i odnalezionym dopiero w XIX wieku w Bambergu): „Królewskie stoły zostały obalone, zapasy żywności splądrowane przez ciurów, królewskie insygnia skradzione i wyniesione z wewnętrznych pomieszczeń. żelaznego orła, sporządzonego na szczycie palatium przez Karola Wielkiego w lecącej pozie, przekręcili na wschód, Germanie obrócili go bowiem na zachód, by pokazać w dokładny sposób, że Gallowie mogą kiedyś zostać pokonani jego lotem”. Tylko dzięki ucieczce uszedł Otton II przed uwięzieniem. Jednak jesienią 978 roku ruszył do przeciwnatarcia armią, w której szeregach walczył nie tylko Karol, książę Dolnej Lotaryngii, lecz i znowuż prawdziwy święty, św. Wolfgang wykształcony w klasztornej szkole w Reichenau i katedralnej w Wurzburgu, dzięki bohaterowi spod Augsburga, Ulrykowi, został księdzem, a za przyczyną głównie wielkiego fałszerza dokumentów, biskupa Pilgrima, w 973 roku biskupem Ratyzbony; w 1052 roku kanonizowany, stał się patronem drwali, cieśli, pasterzy, szyprów, wspomożycielem w chorobach oczu, przy dolegliwościach stóp i bólów krzyża i w ogóle wspomożycielem w potrzebie. Jako „medale Wolfganga” sprzedawano później chętnie siekierki noszone przy różańcu, tak zwane motyki Wolfganga, „stąd wzięły się też bractwa motykowe”. Za życia promował „pobożność i obyczajność ludu”, prowadził „nadal surowy żywot mnicha; swój czas dzielił między modlitwę, urzędowanie i studia” (Lexikon fur Theologie und Kirche) a od czasu do czasu małe wojenki, jak choćby przeciw złym zachodnim Frankom (Francuzom). Magdeburski kanonik i skrzętny biskup misyjny Bruno z Querfurtu pod wpływem reform kluniackich oraz osobistych animozji surowo jednak osądził atak króla na Francję i pisał: „Byłoby lepiej zwalczać pilnie pogan, zamiast znaczne wojsko zbierać przeciwko chrześcijańskim braciom, karolińskim Frankom”. Katolicki pacyfista i święty, jak to o nim podają księgi: „Reprezentował zasadę pokojowych misji, polegających na przekonywaniu, nie odrzucając wprost wojen misyjnych” (Lexikon für Theologie und Kirche). Otton II dotarł jesienią 978 roku prawie do Paryża, „wszystko pustosząc i obracając w perzynę” (Thietmar), oszczędzając jednak kościoły i klasztory. A nawet je obdarowywał i w nich się modlił; zniszczył jednakże stare karolińskie palatia Attigny, Soissons i Compiegne była to dotkliwa utrata substancji władzy zachodniego królestwa. I zanim zmusiły go do odwrotu w listopadzie braki żywności, bliska zima i choroby, zebrał na Montmartrze wszystkich klechów swej armii i kazał im odśpiewać alleluja ponad miastem. Także i św. Wolfgang rozdzierał wówczas gardło z innymi, ów wymowny głosiciel żywej ewangelii: „Patrzcie, to działa wiara, takie owoce niesie”. A gdy podczas sławetnego odwrotu przez wzburzoną rzekę Aisne wskoczył do wody, poszli za nim jego ludzie przed nadciągającymi Francuzami. „Nikt nie stracił przy tym życia”, donoszą Wetzer i Welte prawie cud. W rzeczywistości oczywiście przepadły tu ottońskie tabory, co we francuskiej historiografii przemieniło się wręcz w triumf, podczas gdy niemiecka pisała: „Cesarz powrócił okryty sławą […]”. (Thietmar). Obie strony zwyciężyły takie rzeczy znamy z innych okazji. Karol, książę Dolnej Lotaryngii, próbował wykorzystać swe pięć minut i w 979 roku proklamował się w Laon królem, co jak zawsze musiało rozbić się przede wszystkim o struktury władzy w Rzeszy zachodniofrankijskiej i w nie mniejszym stopniu episkopat, wyrzucający mu wasalstwo wobec obcego władcy oraz „mezalians”. Król Lotar zrezygnował jednak wskutek wewnętrznych trudności podczas osobistego spotkania z cesarzem Ottonem w maju 980 roku w Margut-sur-Chiers (koło Ivois) przypuszczalnie całkowicie z Lotaryngii. Jednakże wkrótce po śmierci Ottona zapewnił sobie ruchomy zastaw. Zajął w 984 roku Verdun, a gdy został przepędzony, zajął je ponownie w następnym roku 527.

270 Również walka o tron trwała nadal. Jeszcze wielokrotnie książę Karol próbował sięgnąć po władzę. Może być, że przy okazji poczynał sobie nieco ekstrawagancko, jak choćby przy wzięciu Cambrai rzecz nie jest pozbawiona wątpliwości gdy zaraz po wygnaniu hrabiów przywołał swą lubiącą zbytek małżonkę, by trwonić z nią w oszałamiających orgiach bogactwo biskupiego dworu i spać w biskupim łożu; lecz takie niezwykłe to w owych czasach pewnie nie było. Ostatni akt Karola, który parokrotnie przeganiał biskupa Adalbero z Laon, miał miejsce właśnie w tej warowni, gdy hierarcha w swej kleszej chytrości pojednał się z Karolem, coraz bardziej wkradał się w jego łaski i „najświętszymi przysięgami” (Glocker) zapewniał o swej wierności. Jednakże w nocy po Niedzieli Palmowej w marcu 991 roku biskup Adalbero wydał twierdzę wraz z Karolem jego ówczesnemu rywalowi, królowi francuskiemu Hugonowi Kapetowi, który wtrącił go z rodziną do więzienia w Orleanie, gdzie Karol zmarł w nieznanym czasie. Otton II działał również na północy. Wojna na północy Frankowie rozszerzali swą Rzeszę we wszystkie strony świata, również w stronę Skandynawii. Jako szczególnie znaczące miejsce odgrywało swą rolę w historii wojen Haithabu (Hedeby), ważna faktoria dalekosiężnego handlu w północnym Szlezwiku. Leżało ono na duńskim terytorium, niedaleko od granicy z ziemiami saskimi, też przecież wcześniej nie należącymi do Franków! W 804 roku król Gudfred (Gottrik) z Haithabu pertraktował z Karolem Wielkim, stojącym po drugiej stronie Łaby i zmuszonym w 808 i 810 roku wbrew swym przyzwyczajeniom do prowadzenia dwóch wojen obronnych przeciwko agresywnym Duńczykom. Jednakże i duński król chciał się zabezpieczyć i zapewne już wtedy pracował przy wznoszeniu tzw. Danewerk 528 („Göttrikswall”, wymieniany w 808 roku w źródłach pisanych), potężnych umocnień sięgających Haithabu w formie długich wałów, budowanych przez Duńczyków od VIII do końca XII wieku, by zagrodzić dostęp do Jutlandii między Bałtykiem a Morzem Północnym; był to system umocnień skierowany przeciwko Frankom i Niemcom. Próbowano dotrzeć tam w IX wieku najpierw przy pomocy misjonarzy, wysyłanych zwłaszcza przez św. Ansgara, pierwszego biskupa Hamburga-Bremy (s. 306 i nast.), z upodobaniem działającego w Danii i południowej Szwecji w faktoriach handlowych i założyciela kościoła w Haithabu, który uczynił „tę faktorię uprzywilejowanym celem chrześcijańskich kupców” (Riis). Zwycięstwo Henryka I w 934 roku nad Gnubą pod Haithabu przesunęło granicę na północ. Następnie Otton I zmusił siłą Duńczyków, u których nienawiść do Niemców i chrześcijan łączyła się w jedno, do wprowadzenia Dobrej Nowiny. I jeszcze na Wielkanoc 973 roku Harald Gormsson Sinozęby (s. 308), pierwszy chrześcijański król Duńczyków, kazał odstawić niemieckiemu cesarzowi „czynsz”, na co jednak już w następnym stracił najwyraźniej ochotę. Doszło do powstania, a Duńczycy sprzymierzeni z norweskim jarlem Haakonem, poganinem, wpadli wiosną 974 roku do Północnej Albingii. Jesienią Otton ich odrzucił, przekroczył Danewerk na północnej krawędzi marchii pod Haithabu i zbudował w Szlezwiku zamek warowny, zdobyty i zniszczony z kolei przez Duńczyków w 983 roku. Jeśli jednak następstwem porażki Duńczyków w 974 roku było rozszerzenie misji chrześcijańskich na północ, obok rozumie się świadczeń trybutarnych, to po zwycięstwie Duńczyków pogaństwo odżyło ponownie. Niemieccy księża zostali przepędzeni, a wszystko co niemieckie i chrześcijańskie zostało natychmiast unicestwione 529. Gwałtowne powstanie Słowian w roku 983, do którego podnieśli się Lutycy z Hawelanami, Redarami, Obodrytami, miało wyjść rzecz charakterystyczna od zebrania

271 w grodzie świątynnym Radogoszcz (niem. Rethra, Riedegost), centralnej świątyni (metropolis Sclavorum) wszystkich plemion północnosłowiańskich, gdzie szczególnie czczono boga wojny Swarożyca (względnie Radogosta). Słowianie byli osiedleni między Łabą i Soławą a Odrą, gdzie cieszyli się przed Ottonami autonomią, póki Otton I i jego margrabia Gero nie usunęli ich książąt i nie ujarzmili przy pomocy sieci burgwardów i kościołów. Gwałtownym zrywem wymietli swych niemieckich i chrześcijańskich ciemięzców na wschodnim brzegu środkowej Łaby, zburzyli siedziby biskupie, wymordowali lub rozproszyli kler i na półtora stulecia zapewnili sobie niezależność (dopiero w 1068 roku biskup Burchard z Halberstadt spustoszył kraj Luciców i uprowadził świętego rumaka czczonego w Radogoszczy). Margrabia Teodoryk i książę Bernard I saski (973-1011), który w 973 roku nastąpił po ojcu Hermannie Billungu i całe dziesięciolecia walczył z Duńczykami i Słowianami, ciemiężył i wyzyskiwał ludność na północnym wschodzie, zraził do siebie również misjonarzy. Sam biskup Thietmar, piętnujący „haniebne czyny” „buntowników”, „żądnych łupów psów”, otwiera opis wielkiego powstania Słowian następująco: „Ludy zobowiązane po przyjęciu chrześcijaństwa wobec naszych królów i cesarzy do trybutu i służb, chwyciły uciskane butą księcia Dytryka jednomyślnie za broń”. A wspominając o ataku Obodrytów na gród Kalbe nad rzeką Mildą, gdzie Słowianie spalili również klasztor Św. Wawrzyńca (Laurentiuskloster), przyznaje, że „ścigali naszych jak płoche jelenie, z powodu naszych niecnych czynów {fascinora) żywiliśmy bowiem strach, oni zaś słuszną odwagę”. O wiele dokładniej pozwala poznać „niecne czyny”, mimo paru błędów dobrze poinformowany, wykorzystujący bogate źródła i przytaczający również (duchownych) naocznych świadków kanonik Adam z Bremy. Notuje zatem po wzmiance o wielkiej rzezi pogan i okupie nałożonym na pokonanych w wysokości 15 tysięcy funtów srebra: „Nasi wrócili triumfując do domu; o chrześcijaństwie nie było w ogóle mowy. Zwycięzcy myśleli tylko o łupach”. Zaraz potem relacjonuje rozmowę z „wielce prawdomównym” królem Duńczyków, zapewne Swenem Estrithsonem, przy którego konferencjach z biskupem hamburskim Adalbertem był obecny, gdzie słyszał, „że ludy słowiańskie bez wątpienia już od dawna mogły być nawrócone na chrześcijaństwo, gdyby nie stała temu na przeszkodzie chciwość Sasów; «albowiem powiedział on chodzi im bardziej o płacenie podatków niż o nawracanie pogan». I ci nędznicy nie zastanawiają się, jakim karom są winni przez swoją żądzę, gdyż najpierw z chciwości przeszkadzali chrześcijaństwu w Sławonii, potem zmusili swym okrucieństwem podbitych do powstania, a teraz nie zważają na zbawienie dusz tych, którzy by przyszli do wiary, ponieważ nie żądają od nich niczego poza pieniędzmi”. Adam z Bremy dostrzega w powstaniu wyrok boski, karę za „naszą nieprawość” i zauważa: „Po prawdzie bowiem, gdy my, dopóki grzeszymy, widzimy się pokonanymi przez wrogów, tak będziemy, skoro się nawrócimy, zwycięzcami naszych wrogów, a gdybyśmy żądali od nich jedynie wiary, to mielibyśmy z pewnością pokój i zarazem dalibyśmy zbawienie owym ludom”. Już w 980 roku biskup brandenburski Dodilo został uduszony przez swych diecezjan. A później, 29 czerwca 983 roku, Lutycy zburzyli biskupstwo w Hobolinie (Havelbergu), zabiwszy załogę i obróciwszy kościoły w ruinę. Co przypominało o chrześcijaństwie, było niszczone. Trzy dni później przypuścili szturm na Brandenburg, skąd biskup Folkmar I uciekając pozbawił się możliwości zostania męczennikiem, a po nim w ostatniej minucie uciekł margrabia Teodoryk z drużyną. Pozostali nieliczni księża zostali ujęci, częściowo zabici, katedrę spustoszono i ograbiono, a spoczywające od trzech lat w grobie ciało zaduszonego wcześniej Dodila, szczególnie znienawidzonego z powodu ściąganych dziesięcin, wywleczone i pozbawione szat „żądne łupu psy ograbiły je i wrzuciły bez szacunku z powrotem. Wszystkie kosztowności kościoła zostały zrabowane, a krew wielu

272 nikczemnie przelana. W miejsce Chrystusa i jego rybaka, godnego najwyższej czci Piotra, świętowano zaraz różne kulty diabelskiego zabobonu; i nie tylko poganie, lecz i chrześcijanie pochwalali tę smutną zmianę!” 530 W tym czasie na północy Łabę przekroczył książę Obodrytów Mściwój (Mistui, Mszczuj), chrześcijanin, u którego boku stał podczas wszystkich wypraw kapłan Avico. Mściwój doszedł pustosząc i grabiąc kraj pod Hamburg, splądrował go i oddał katedrę wraz z miastem na pastwę płomieni. A tego rodzaju „działania wojenne”, prowadzone przez „ochrzczonych książąt”, w tym czasie nie były „niczym nadzwyczajnym” (Friedmann). Wszakże nastąpiło wydarzenie budzące strach, oczywiście nie bez udziału wszechmocnej ręki i to w sensie dosłownym. A to, fantastyczne miraculum 531, relacjonuje nasz biskup, „winni z pełnym nabożeństwem zważyć wszyscy chrześcijanie. Złota ręka wysunęła się z wyższych regionów w dół i sięgnąwszy rozpostartymi palcami w środek płomieni, wypełniona cofnęła się na powrót. Zadziwieni patrzyli na to wojownicy i przestraszony Mściwój”. Dla biskupa Thietmara nie było wątpliwości, że był to niebiański ratunek dla relikwii! „Bóg w ten sposób pochwycił relikwie świętego i podniósł do nieba, wrogów natomiast skłonił do ucieczki” chociaż wówczas uciekali przecież wyłącznie chrześcijanie, Niemcy, przed chrześcijaninem Słowianinem, Mściwojem, któremu to wszystko, rzeczywistość i cuda, fatalnie odbiły się na żołądku lub na umyśle. Bowiem: „Później Mściwój oszalał i musiał być kładziony w łańcuchach; gdy skrapiano go święconą wodą, krzyczał:«św. Wawrzyniec mnie pali!» i zmarł marnie nie odzyskawszy wolności”. Gdy Słowianie bowiem pieszo i konno oraz bez strat „prowadzeni z pomocą swych bogów przez dźwięki trąb” srożyli się nadal, chrześcijanie zebrali siły. Arcybiskup Magdeburga Gizyler, wielki specjalista od przekupstw (s. 336, 360 i nast.), przez Luciców szczególnie znienawidzony, i biskup Hildiward z Halberstadt połączyli swych żołdaków z oddziałami szlachetnie urodzonego margrabiego Teodoryka i innych hrabiowskich kamratów. „Oni wszyscy tak pisze Thietmar z Merseburga wysłuchali mszy w sobotni poranek, pokrzepili ciało i duszę niebiańskim sakramentem, rzucili się ufając Bogu na nadciągających wrogów i pokonali ich; tylko niewielu uszło na wzgórze. Zwycięzcy chwalili Boga, który jest tak cudowny we wszystkich swych dziełach, i znowu sprawdziło się słowo naszego nauczyciela Pawła: «Nie ma ani mądrości, ani odwagi, ani rady przeciw Panu»” 532. Tymczasem, jeśli nawet rzeź nad rzeką Tanger (na południe od Stendal) w sierpniu 983 roku odrzuciła Słowian za Łabę, to i tak zwycięzcy nie mieli siły pójść za nimi. Już następnego dnia wrócili „w pełnej liczbie poza trzema w radosnym nastroju do domu” i wśród owacji wszystkich jako zawsze triumfujący wojownicy. Zdobycze Ottona Wielkiego (jego „ochrona granicy i dzieło misyjne”: Hlawitschka) na wschód od Łaby były stracone, a Łaba stała się wschodnią granicą Rzeszy. A Otton II nie podjął już tam „własnych działań” (Hlawitschka). Także następne chrześcijańskie wyprawy zbrojne po roku 983 prawie co roku prowadzono wojnę z Lucicami niczego nie przyniosły. Mniej więcej 150 lat Słowianie połabscy mogli się rozwijać niezależnie, dopiero w połowie XII wieku biskupi Hobolina i Brenny (Brandenburga) wrócili na swe stolce. Jedynie nie biorące udziału w powstaniu tereny serbskie na południu pozostały nadal pod władzą niemiecką. Serbowie nie zabijali misjonarzy, lecz zadowalali się szydzeniem z nich. Ich przywódcy, czasami nazywani też królami, nie dawali się też jak to często było ze Słowianami północnowschodnimi ochrzcić razem ze swymi plemionami. „W oporze przeciwko niemczyźnie i chrześcijaństwu owi książęta słowiańscy z ziem nad środkową Łabą zostali wyniszczeni; żadne źródło nie donosi o ich następcach” (Schlesinger) 533. Capo di Colonne pierwsza wielka porażka dynastii ottońskiej

273 We Włoszech Ottonowi, który zaangażowanie swego ojca chciał kontynuować w nie mniejszym zakresie, chodziło od samego początku o zdobycze i ekspansję. Jednakże gdy w sierpniu 980 roku wyprawił się na południe, to głównie po to, by jak sam wyznał zwrócić kościołom dobra im skradzione oraz sprzeniewierzone przez biskupów. Już po drodze obdarowywał domy zakonne i biskupstwa, jak choćby St. Gallen czy biskupstwo w Chur. Potem przyszła kolej na donacje dla biskupstw i klasztorów północnoitalskich, a na koniec, już z Rzymu, na położone bardziej na południu 534. Również w Świętym Mieście nie wszystko układało się najlepiej. Po Janie XIII, który w 967 roku koronował na współcesarza dwunastoletniego Ottona II, nastąpił Benedykt VI (973-974). Wybrało go stronnictwo cesarskie, a Otton I zatwierdził. Próbował on za pomocą środków kościelnych możliwie korzystnie faworyzować swą rodzinę, jednakże w czerwcu 974 roku, gdy zmiana na tronie w Niemczech postawiła go w trudnej sytuacji, został obalony i wtrącony do więzienia w Zamku Anioła. Tam nowy papież Bonifacy VII (974, 984-985) zwany przez współczesnych „potworem” kazał go udusić księdzu Stefanowi i jego bratu. Ze Spoleto nadciągnął tymczasem cesarski missus hrabia Sikko, a papież Bonifacy uciekł przed wzburzonymi rzymianami do Zamku Anioła. Lecz gdy Sikko nakazał szturm Zamku, Ojcu Świętemu udało się zbiec i dostać przez południowe Włochy do Konstantynopola nie bez kościelnego skrabca w bagażu i jeszcze później dwukrotnie stamtąd wracając. Tymczasem w październiku za zgodą przedstawiciela cesarza wybrano papieża Benedykta VII (974-983), rzymskiego arystokratę, spokrewnionego z księciem Alberykiem II i niesłychanie uległego wobec Ottona, zarówno w odniesieniu do jego polityki kościelnej we wschodnich Niemczech, jak i jego antybizantyjskich zakusów na Południu. W zamian za to władca wspierał go, zwłaszcza gdy Bonifacy VII, którego Benedykt jedno z jego pierwszych posunięć wykluczył z Kościoła, na powrót zainstalował się w 980 roku w Rzymie, zanim w następnym roku ponownie wygnany zbiegł do Konstantynopola, by znowu wrócić w 984 roku, tym razem dobrze zaopatrzony we wschodniorzymski oręż i złoto 535. Młody cesarz przebywał w Rzymie z przerwami od wiosny do jesieni 981 roku; tam podjął decyzję o wydaniu wojny tak Saracenom, jak i Bizantyjczykom w Dolnej Italii i zdobyciu całego kraju. Musiał się więc zatroszczyć o uzupełnienia w swej armii. Nakazał przysłanie potężnego kontyngentu, przypuszczalnie jak dotąd największego od początku istnienia cesarstwa niemieckiego. Co charakterystyczne, składał się on głównie z sił niemieckich biskupów i opatów. Według listu towarzyszącego oddziałom z 981 roku na przykład opaci z Prum, Hersfeld, Ellwangen i St. Gallen dostarczyli po 40 pancernych, opaci z Lorsch i Weissenburga po 50, a opaci z Fuldy i Reichenau po 60 pancernych. Biskupi Verdun, Leodium i Wurzburga również po 60, Trewiru, Salzburga i Ratyzbony po 70, a Moguncji, Kolonii, Strasburga i Augsburga po 100 pancernych jeźdźców. Dwunastu opatów wystawiło zatem połowę tego co dziewiętnastu biskupów. Łącznie uczniowie Pana Jezusa, kapłani miłości do wroga, arcybiskupi, biskupi i opaci wystawili 1482 pancernych, a panowie świeccy jedynie 508! Jednakże w tym niedatowanym spisie mamy najwyraźniej jedynie dodatkowy, późniejszy zaciąg cesarza. 536 W południowych Włoszech Otton II był szermierzem roszczeń Kościoła. Antypapież Bonifacy VII uciekł na tereny wschodniorzymskie, a papież w Rzymie wspierał cesarza, jak choćby podnosząc Salerno do rangi arcybiskupstwa i przyznając mu obszar sięgający daleko w terytorium bizantyjskie. Tak samo zachował się przy przekształceniu w arcybiskupstwo diecezji Trani. A nawet działał przeciwko Bizancjum na terenie Dalmacji i odłączył

274 Dubrownik jako własne arcybiskupstwo od Kościoła greckiego, poddawszy je rzymskiej obediencji. Najwyraźniej Otton podjął najpierw decyzję o wojnie w Rzymie, a dopiero potem zażądał 2100 pancernych od możnych duchownych i świeckich. Gdy doszedł do Kalabrii, załogi bizantyjskie zachowały się neutralnie, ale nie otworzyły przed nim bram. Natomiast emir Sycylii, Abul Kasim, dokonawszy zdobyczy w Kalabrii i Apulii, wezwał do świętej wojny i w połowie czerwca 982 roku rzucił przeciw Niemcom na ląd pod Capo di Colonne, na południe od Cotrone, potężne siły morskie. „Tak po jednej, jak i po drugiej stronie umysły walczących były skierowane ku niebu” (Uhlirz). Pancerni cesarscy zmietli w pierwszym ataku szeregi Saracenów, rozproszyli je, a sam emir padł pod ciosem miecza i później był czczony jako męczennik. Jednakże gdy chrześcijanie po pierwszych sukcesach i wierząc, że już osiągnęli zwycięstwo, zamierzali rozłożyć się obozem na miejscu bitwy i świętować swój tryumf, znienacka spadli na nich z gór muzułmanie, wzmocnieni oddziałami stojącymi dotąd w rezerwie, zepchnęli Niemców do morza i wybili, uśmiercając również część ich dowódców, wielu książąt, tuzin hrabiów, a część innych biorąc do niewoli, wśród nich biskupa Piotra z Vercelli, który całe lata pozostał w arabskim więzieniu; zdobyli również skrzynie z relikwiami, pozostawiając na pobojowisku 4 tysiące martwych chrześcijan. Inni zginęli podczas ucieczki z pragnienia i wyczerpania. „Prawie każda niemiecka księga zmarłych nosi zapiski strat w tej niesławnej bitwie” (L.M. Hartmann). Była to pierwsza wielka porażka dynastii ottońskiej. Zginęła prawie cała niemiecka armia. „Bóg zna ich imiona” (Thietmar). Także biskup Augsburga Henryk, na krótko przedtem odbywszy pokutną pielgrzymkę do Rzymu, przypuszczalnie w orszaku cesarza, padł wśród swych pancernych. Otton uratował się z tego piekła w ostatniej chwili, rzucając wpław w kierunku przepływającego bizantyjskiego okrętu, z którego wydostał się znów wpław w bezpieczne miejsce dzięki podstępowi a od biskupa Ottona z Freising otrzymał, żeby było śmieszniej, epitet „Pallida mors Sarracenorum” (blada śmierć Saracenów), pozostający jego przydomkiem jeszcze długo w czasach nowożytnych. Cesarz Otto, używający od 982 roku niekiedy tytułu imperator Romanorum augustus, przemyśliwał tak czy owak o rychłej zemście. Jeszcze w drodze powrotnej zapewnił arcybiskupowi Salerno wielkie przywileje nie chodziło mu przecież jedynie o nie a tak samo uprzywilejował wówczas liczne klasztory południwowłoskie. Oczywiście taka wojna wymagała gruntownych przygotowań, a niemieccy książęta byli niechętnie nastawieni wobec cesarskich planów. Tym bardziej, że mocno na nich napierali Duńczycy i Słowianie. Jednakże już rok później, wczesną wiosną roku 983, na sejmie Rzeszy w Weronie gdzie niemieccy i włoscy magnaci wybrali trzyletniego syna Ottona II na jego następcę omawiano również nowe zaciągi i zdecydowano o kolejnym ataku. W pełni lata 983 roku cesarz podszedł pod Bari, nie odniósł jednak godnych uwagi sukcesów. We wrześniu był już z powrotem w Rzymie, najwyraźniej chory na malarię. I tam nagle zmarł 7 grudnia w ramionach swej żony w wieku ledwie 28 lat po odbyciu spowiedzi i otrzymaniu ostatniego namaszczenia. Przyczyna jego śmierci nigdy nie została wyjaśniona do końca. Najwyraźniej uległ gorączce, zapewne malarii. Jedno ze źródeł mówi o ciągłym krwawieniu z odbytu wskutek przedawkowania medykamentu, być może silnej kuracji przeciw chorobie. Jako jedyny cesarz niemiecki Otton II został pochowany w kruchcie u Św. Piotra, lecz po siedmiu wiekach jego grób zniszczono podczas budowy nowej bazyliki. Wprawdzie jego szczątki otrzymały nowy sarkofag, lecz antyczną urnę oddano „profanując ją, kucharzom na Kwirynale do wspólnego użytku jako pojemnik na wodę” (Gregorovius) 537.

275 ROZDZIAŁ 12. Cesarz Otton III (983-1002) „Praca misyjna była zbyt uwikłana w cele polityczne, by wzbudzić u Wenedów wielki oddźwięk. Stąd gdy w 983 roku Lutycy wzniecili wielkie powstanie, całe dzieło kościelne po drugiej stronie Łaby z diecezjami w Hobolinie, Brennej i Starigardzie legło w gruzach”. Handbuch der Kirchengeschichte 538 „Przez całe lata królewicz jako chłopiec, częściowo noszony jeszcze w dziecięcej lektyce, wyrusza w pole”. Johannes Fried 539 „Nieustannie król nawiedza Słowian gwałtownymi wyprawami”. Thietmar z Merseburga 540 „Cesarski obowiązek ochrony wobec Kościoła rzymskiego był dla Ottona III bez wątpienia nadzwyczaj realnym zadaniem i użył całej siły Imperium z dotychczas nieznaną konsekwencją do obrony libertas rzymskiego Kościoła przeciwko zakusom świeckich możnowładców w Rzymie”. Knut Gorich 541 Już za jego czasów przydano mu chwalebne imię „Mirabilia mundi”, cud świata, bywał jeszcze w XX wieku opromieniony jako „młodzieniec w gwiaździstym płaszczu” (G. Baumer). W historiografii wizerunek jego osobowości i czynów jest niejednoznaczny. Jednakże czy Otton III był zwiedzionym słabeuszem, czy przedwcześnie dojrzałym geniuszem, fantastycznym marzycielem, czy raczej był zorientowany bardziej „pragmatycznie”, czy wyznawał „koncepcję silnych rządów”, czy nie, czy był „niemiecki”, czy też nie, czy gardził saską brutalnością, a podziwiał ducha bizantyjskiego, czy skłaniał się do oderwanego od świata ascetyzmu eremity, czy raczej do zmysłowej duchowości jak zawsze „wzniosłej” wiary, to wszystko mało nas interesuje. Decydujące natomiast jest i bynajmniej nie tylko w naszych ramach że również cesarz Otton III, przy wszystkich cechach odróżniających go w detalach od poprzedników, był strażnikiem tradycji, „miłego Bogu porządku”, protektorem biskupów dzięki obfitości przywilejów i donacji, kolejnym cesarzem pomnażającym władzę Kościoła Rzeszy, propagatorem imperium christianum, chrześcijańskiej Europy, władcą, który występował w oczywisty sposób jako „defensor ecclesiae”, jako rzecznik państwa bożego na ziemi, przy czym w niezaprzeczalny sposób kontynuował pewne tradycje zarówno karolińskie, jak i ottońskie, a jego polityka w Italii, a przede wszystkim polityka wschodnia ostatecznie działała bardziej na rzecz Kościoła chrześcijańskiego, niż niemieckiej Rzeszy. To, że dawna idea „renovatio imperii Romanorum”, ponownego ustanowienia rzymskiego mocarstwa w przypadku bogobojnego Ottona III nawiązująca nie tylko do starożytnego Rzymu, lecz z wyraźnym mocnym chrześcijańskim akcentem, była nastawiona na rzec by można zbawczy horyzont (błękitną lub czarną ułudę), nie powinno budzić właściwie poważniejszych wątpliwości, czy on sam zamierzał zostać władcą świata, czy świętym, czy obydwoma naraz. Jako rzecz decydująca pozostało utrzymanie władzy, jej umocnienie i poszerzenie, gdzie tylko to było możliwe, wszystko jedno jak była zorientowana jej „koncepcja” jeśli w ogóle taka była.

276 Konflikt wokół tronu za sprawą Henryka Kłótnika i biskupów Wiadomość o śmierci Ottona II 7 grudnia 983 roku w Rzymie dotarła do Akwizgranu krótko po koronacji Ottona III w Wielkanoc (posłańcy przemierzali wówczas przeciętnie 70 kilometrów dziennie) i „położyła kres radosnemu świętu” (Thietmar). Władza przechodziła formalnie na w owym czasie ledwie trzyletniego potomka, ostatnie z czworga dzieci Ottona II i Teofano. Gdy według średniowiecznego prawa stał się pełnoletni, miał lat czternaście, gdy umierał w 1002 roku nie ukończył jeszcze dwudziestu dwu. Natychmiast po śmierci ojca nastał spór o regencję. Przy czym książę Henryk II Bawarski „Kłótnik”, stryjeczny brat Ottona „Wielkiego” i najbliższy męski krewny, dążył nie tyle do władzy, co wręcz do korony. A ponieważ ówczesne traktaty były ważne jedynie inter vivos 542 i ich działanie ustawało po śmierci jednego z partnerów, biskup Folkmar z Utrechtu wypuścił zaraz na początku 984 roku księcia z więzienia i pośpieszył z nim do Kolonii. Tam arcybiskup Warin, którego „niezawodnej wierności” cesarski ojciec powierzył swe dziecko wraz z insygniami królewskiej władzy, wydał je obu najwyraźniej bez jakiegokolwiek sprzeciwu. Następnie Kłótnik przeciągnął na swoją stronę obietnicami i przekupstwem a to prawdopodobnie dopiero umożliwiło w ogóle jego sukces wszystkich niemieckich arcybiskupów z wyjątkiem Willigisa z Moguncji, który jako jedyny metropolita Rzeszy nigdy go nie popierał oraz prawie wszystkich biskupów bawarskich i saskich, a także wielu następnych. Właśnie w Saksonii wykorzystywał święta katolickie do zademonstrowania swej władzy. Najpierw w Magdeburgu, gdzie jego stronnikiem był arcybiskup Gizyler, obchodził Niedzielę Palmową, a potem 23 marca 984 podczas Wielkanocy został w Quedlinburgu „publice” wybrany na króla; został, jak relacjonuje Thietmar, sam zapewne przy tym obecny, „publicznie powitany jako król i wyróżniony kościelnymi hymnami”. Natomiast związało się z Henrykiem niewielu panów świeckich, a w tym żaden książę. Raczej chyba pośpieszyło wielu, „którzy z bojaźni Bożej nie chcieli złamać przysięgi wierności”, z Quedlinburga do Asselburga (koło Hohenassel na południe od Burgdorf, w okręgu hanowerskim) i połączyli się tam w formie coniuratio, sprzysiężenia (zakazanego już w kapitularzach karolińskich) otwarcie przeciwko Henrykowi. Władca Obodrytów Mściwój, który jeszcze w poprzednim roku podczas wielkiego powstania Słowian spalił Hamburg, mając u boku swego katolickiego kapłana Avico, wystąpił podczas tego konfliktu o tron po stronie Henryka. Również książęta Słowian, Mieszko i Bolesław II, wspierający Henryka już w latach siedemdziesiątych (s. 338 i nast.), zapewnili mu pod przysięgą pomoc. A katolicki książę Bolesław wykorzystał bunt do swoich celów. W drodze powrotnej zdobył podstępem Miśnię, kazał „zabić z zasadzki” burgrabiego Rikdaga, osadził w twierdzy załogę, uczyniwszy wkrótce z niej swą siedzibę i przegnał miejscowego biskupa Folkolda (969-992) na przypuszczalnie dwa lata. Bunt jednak nie powiódł się z powodu interwencji metropolitów Willigisa z Moguncji i Adalbero z Reims. A w tym momencie gros arcypasterzy przyłączyło się do zwycięskiego Ottona III, a w zasadzie do regentów małoletniego króla. Nawet jeden z najbardziej zagorzałych zwolenników Henryka, Gizyler z Magdeburga, zawdzięczający przecież arcybiskupstwo ojcu Ottona, przeszedł do przeciwnego obozu. Prowadzono pertraktacje, potyczki i zbójeckie napady, przy czym z grodu Ala (zapewne w pobliżu kopalń srebra koło Goslaru) została uprowadzona przypuszczalnie przez Henryka Kłótnika Adelajda, najstarsza córka Ottona II, późniejsza opatka w Quedlinburgu (potem jeszcze w Gernrode, Vreden i Gandersheim), a z nią „wiele tam przechowywanego złota” (Thietmar). W końcu jednak Henryk musiał ulec na sejmie Rzeszy w miejscowości Rohr w Turyngii 29 czerwca 984 roku, oddać Ottona Teofano i Adelajdzie, a tym samym zrezygnować z korony 543.

277 W rękach pobożnych niewiast i kleru Ponieważ Adelajda, żona Ottona I i rywalka Teofano, jeszcze w 985 roku przeniosła się do Włoch, regencję sprawowała w imieniu małoletniego syna przez siedem lat w sposób dotąd niespotykany jego młoda, urodzona około 955 roku matka, Teofano, mając za głównych doradców dwóch hierarchów kościelnych: arcybiskupa Willigisa i kanclerza biskupa Hildibalda z Wormacji, fałszerza (na swą korzyść) 18 dokumentów królewskich (s. 337). Pochodzenie Teofano nie jest do końca jasne. Przypuszczalnie była córką bizantyjskiego cesarza Romana II. Na pewno była jednak utalentowana politycznie, ambitna, nawet wykształcona, a także pobożna. Odpowiednio do tego poświęciła się też po śmierci Ottona II w 983 roku wychowaniu syna. Dwie z jej córek zostały zakonnicami, Zofia opatką w Gandersheim (s. 368 i nast.), Adelajda opatką w Quedlinburgu, a wnuczka Teofano opatką w Essen. (Później Otton III ustanowił na czas swej obecności w Italii [od 997 roku] opatkę Matyldę z Quedlinburga, ciotkę, swą namiestniczką w Saksonii). Wdowa po Ottonie II nie tylko podpisywała dokumenty jako „Theophanu z Bożej łaski cesarzowa”, a nawet w zmaskulinizowanej formie „theophanius imperator augustus”, „Pan Cesarz Theophanius” (jeśli nie mamy tu do czynienia z błędem kopisty), lecz rządziła od początku Rzeszą dosyć surową ręką. Otaczała się wysokim klerem, w jego rękach pozostawał również następca tronu. W 987 roku wyznaczyła na nauczyciela swego siedmioletniego syna Jana Philagatosa, swego faworyta, Greka z Kalabrii, który dzięki Ottonowi II w 980 roku został kanclerzem Italii, a dzięki wdowie po nim w 988 roku arcybiskupem Piacenzy. Był to bardzo pewny siebie dostojnik Kościoła, który zaznał później okrutnego losu antypapieża (s. 358 i nast.). W 989 roku obowiązek wychowywania syna Teofano przeniosła na saskiego kapelana Bernwarda, późniejszego biskupa Hildesheim świętego, posługującego się w równym stopniu krzyżem, co mieczem który zdobył ponadto znaczne wpływy na dworze. Po niespodziewanej śmierci młodej cesarzowej 15 czerwca 991 roku w Nijmegen rządziła do uzyskania pełnoletniości przez Ottona w 994 roku jego babka, Adelajda, licząca wówczas ponad sześćdziesiąt lat. Spokrewniona z połową Europy matka Ottona II, siostra króla Burgundii Konrada i teściowa króla francuskiego Lotara, „matka królestw”, jak nazywał ją Gerbert z Aurillac, również była bardzo pobożna i skończyła jako święta (dzień 16 grudnia). Nawet Leksykon teologii i Kościoła podaje (w pierwszym wydaniu z 1930 roku): „Pod wpływem Adalberta z Magdeburga Adelajda działała u boku Ottona na rzecz silnej pozycji Kościoła”. (Trzecie wydanie z 1993 roku mówi już jedynie o jej „politycznym wpływie”). Wspierana przez opatkę Quedlinburga Matyldę wykazała w istocie dużo więcej umiejętności w faworyzowaniu kleru, niż w prowadzeniu spraw Rzeszy. Założyła liczne klasztory i ze wzrostem pobożności coraz bardziej trwoniła dobra Korony na kościoły, którym już na początku swej nowej władzy nadawała donację jedną po drugiej. Samo tylko opactwo w Selz (Dolna Alzacja), jej ulubiona fundacja, gdzie najczęściej mieszkała w ostatnich latach życia, nim w 999 roku „z radością weszła do wiecznej ojczyzny”, otrzymało w ciągu trzech lat jej zarządzania Rzeszą dziesięć dworów, siedem łanów, trzy lasy, dochody z wielu kościołów i kaplic oraz immunitet, prawo do wyboru samorządu, do targu, bicia monety oraz królewskiej i papieskiej ochrony. Więc Pan Bóg nie zaniedbał dokonania „przy jej grobie licznych cudów” (Thietmar). Mniej więcej połowa wszystkich zachowanych dokumentów donacyjnych Adelajdy wymienia klasztory jako adresatów. Także ona sama nie rezydowała w Pawii, starym longobardzkim mieście królewskim, lecz w żeńskim klasztorze św. św. Zbawiciela i Julii, być może dlatego, że jego dochody i rozległe posiadłości stanowiły lepszą podstawę do budowania swej pozycji. Pani

278 Rzeszy pozostawała pod wpływem reform kluniackich, sama była jedną z ich protektorek i przyjaźniła się z opatami Majolusem i Odilonem z Cluny (jej biografem). Nie należy zapominać wśród cesarskich dam Ottona I o już wspomnianej córce Matyldzie, którą ojciec kazał ustanowić opatką już w wieku 11 lat. Odgrywała bardzo polityczną rolę szczególnie za czasów swego brata Ottona II, któremu towarzyszyła w wyprawach do Italii, i pod rządami Ottona III, zastępując go w Saksonii. Niezwykły wpływ na owe wszelkie dominae imperiales, zwłaszcza na Teofano i św. Adelajdę, mieli ich duchowni doradcy, przede wszystkim arcybiskup i arcykanclerz Rzeszy Willigis z Moguncji, przez całe lata nie odstępujący boku młodego króla, oraz kanclerz biskup Hildibald z Wormacji. Jak niewiele na przykład Willigis wyposażony przez papieża w szerokie prerogatywy wobec wszystkich arcybiskupów Germanii i Galii przejmował się cesarzową Teofano, gdy mu to było na rękę, ukazuje tzw. spór o Gandersheim (s. 368 i nast.). Były to rządy bardziej kleru niż niewiast; zwłaszcza w pierwszej połowie 993 roku Willigis i Hildibald zdawali się „zarządzać Rzeszą samodzielnie” (Böhmer). Ale i nadto „znaczenie obu kościelnych regentów […] urosło jeszcze bardziej” (Böhmer). Natomiast ogólne „poważanie dla króla podczas regencji niepełnoletniego coraz bardziej malało” (Glocker). Wiemy bowiem wystarczająco wiele o innych dostojnikach kościelnych, o Hattonie I z Moguncji (s. 232 i nast.) lub w XI wieku o metropolitach Adalbercie z Hamburga-Bremy i jego rywalu Annonie II z Kolonii, „jak samowładnie i z jaką pychą zachowywali się biskupi, gdy powierzano im coś takiego, jak regencja Rzeszy” (Althoff), przy czym czasami zagarniali kierowanie sprawami Rzeszy faktycznie. Również arcybiskup Gizyler z Magdeburga utrzymywał w latach 991-994 wyraźnie ścisłe kontakty z dworem. Nawet w wypadku mniej lub bardziej samodzielnie rządzących władców ich dalsze i bliższe otoczenie odgrywało w wielu dziedzinach kluczową rolę, min. już to dlatego, że bez jego pośrednictwa nikt nie miał dostępu do cesarza; jego zaufani mogli zarówno dopuścić, jak i odmówić posłuchania. Gdy Otton uzyskał pełnoletniość w 994 roku, wpływ zarówno Adelajdy, jak i obu książąt Kościoła, Willigisa i Hildibalda jak można wywnioskować na podstawie ich mniejszej ilości interwencji znacznie osłabł. W zamian za to młody monarcha wyraźnie preferował innych duchownych. I tak od razu ustanowił Heriberta, od wczesnych lat dziecięcych zaprzyjaźnionego z nim kapelana, arcybiskupa Kolonii (999-1021), kanclerzem Italii. Cztery lata później Heribert przejął znak wysokiego poważania w oczach Ottona również kancelarię niemiecką, a więc rządził zarazem całym Imperium. W roku 996 Otton nominował swego kapelana i kuzyna Brunona na papieża, który zasiadł następnie na papieskim tronie jako Grzegorz V. Wielkim poważaniem młodego władcy cieszył się również biskup Leon z Vercelli (998 1026), następca Piotra, zamordowanego przez margrabiego Arduina z Ivrei. Leon, Włoch, należał od 996 roku do nadwornej kaplicy i obok Gerberta był może najważniejszym doradcą politycznym Ottona III, przy czym jako biskup w żadnym wypadku nie zapominał o swoich korzyściach i swojej władzy, na przykład skonfiskował dobra hrabiego Arduina i jego stronników. Duże znaczenie na dworze miał następnie biskup Leodium Notker, obdarowany przez Ottona kilkoma hrabstwami i w królewskiej służbie kilkakrotnie powoływany na wyprawy do Włoch (989-990, 996, 998-1002). Często brał udział w sprawach państwowych i innych przedsięwzięciach regenta dobrze urodzony Henryk I z Wurzburga także jako przyjmujący królewskie dary i podejmujący interwencje zawdzięczający swe biskupstwo bratu i kanclerzowi Heribertowi (który je odrzucił), a który w zamian za to został w 999 roku biskupem Kolonii (dalsi krewni, przypuszczalnie bratankowie, to biskupi Heribert i Gezemann z Eichstatt).

279 Między dwoma świętymi i przyszłym papieżem Jak Henryk, tak i już wcześniej wymieniany, pochodzący z saskiej wyższej szlachty św. Bernward, jest typowym reprezentantem ottońskiego episkopatu Rzeszy; od 987 roku w kaplicy nadwornej, od 989 wychowawca Ottona, od 993 biskup Hildesheim. (Także i w jego rodzinie namnożyło się wysokich duchownych stanowisk: wuj Folkmar jest biskupem Utrechtu, dalszy krewny, Erchanbald, arcybiskupem Moguncji, siostra Judyta opatką rodzinnej fundacji w Ringelheim, ciotka Rotgarda opatką klasztoru Rzeszy w Hilwartshausen, a jeszcze dalsza krewna, Frideruna, opatką Steterburga). Mimo różnych obowiązków wychowawczych i państwowych Bernward znajduje jednak czas na podnoszenie tak zwanej dyscypliny kościelnej, znajduje czas jak by nie było siedem lat (1000-1007) na wojowanie i to zwycięskie z arcybiskupem Willigisem o klasztor Gandersheim (s. 368 i nast.), również na wznoszenie umocnień (murów z basztami wokół swej siedziby biskupiej) oraz zamków (Mundburg i Warenholz). I przy tym wszystkim nie działa dla Ottona jedynie piórem, lecz i mieczem: w roku 994/995 przeciwko Słowianom połabskim, 1000/1001 pod Tivoli i przy tłumieniu rewolty rzymskiej, a nawet nauka nie poszła w las wziął udział jeszcze w 1006/1007 roku w wyprawie zbrojnej Henryka II Świętego, a potem wskoczył jeszcze na koniec życia w mnisi habit benedyktyna i też został świętym: 21 grudnia 1192 roku. Był bowiem „wszędzie błogosławiony”, „wszędzie jedynie bojownikiem dla świętego Kościoła” (Wetzer, Welte). Bardzo wielkie wrażenie wywarł na Ottonie podczas rzymskiego pobytu uczony Gerbert z Aurillac, jego przyjaciel i wychowawca, któremu młody cesarz nie mógł odmówić żadnego życzenia. Z powodu swych wybitnych umiejętności szczególnie na polu nauk przyrodniczych, matematyki i muzyki, z powodu swej fenomenalnej wiedzy, jaką zawdzięczał kulturze arabskiej i światu duchowemu, został przedstawiony już Ottonowi I. W 982 roku został opatem północno włoskiego klasztoru Bobbio (w nagrodę za zwycięstwo w dyspucie nad saskim scholarchą katedralnym Otrykiem, odniesione rok wcześniej w Rawennie przed Ottonem II). W 991 roku Gerbert awansował na arcybiskupa Reims, gdzie nie utrzymał się długo, a nawet musiał się obawiać o swoje życie. W 998 roku został arcybiskupem Rawenny, a rok później za namową opata Odilona z Cluny papieżem (Sylwestrem II). Już przed koronacją cesarską Ottona Gerbert był widywany w jego orszaku „i, jak już starzejącego się Ottona I umiał zainteresować sobą, a później dzięki swym dialektycznym kunsztom zaskarbić korzystne względy Ottona II, tak i teraz wiedział, jak pozyskać całkowicie dla siebie młodego cesarza” (Böhmer). Dysputy wiedli ze sobą dzień i noc. Zadziwiający wpływ zdobył w Rzymie na władcę również św. Wojciech, syn księcia Sławnika z Libic, pochodzący z najznaczniejszego obok Przemyślidów rodu Czech. Wojciech został w 983 roku biskupem Pragi, zwalczał bezskutecznie pogańskie obyczaje Czechów i został znienawidzony z powodu swej surowości. W 988 roku wyjechał do Rzymu, gdzie Teofano obsypywała go darami, by modlił się za zbawienie duszy jej zmarłego męża. Wprawdzie w 992 roku odzyskał swój praski stolec, jednak po konflikcie z księciem Bolesławem około 994/995 roku przybył do Akwizgranu do Ottona III, a stamtąd ponownie do Rzymu, gdzie przebywał już Otton. A po jego powrocie na północ w 996 roku, Wojciech już wkrótce znalazł się przy nim w Moguncji, jeśli nie przybył razem z cesarzem przez Alpy, gdzie miał nawet prawo dzielić z nim sypialnię „jak bardzo ulubiony pokojowy” (dulcissimus cubicularius). I w ogóle tak pisze najstarszy biograf Wojciecha biskup nieustannie nauczał młodego władcę, zajmował go „dzień i noc świętymi rozmowami” i kusił „słodkimi słowami do miłości dla niebieskiej ojczyzny”. Niezależnie od tego, w jakim stopniu takie hagiografie odpowiadają rzeczywistości, to obcowanie obu było niezwykle zażyłe, a wkrótce władca

280 kazał w Akwizgranie i Rzymie wystawić kościoły poświęcone późniejszemu misjonarzowi i męczennikowi oraz kanonizować go już w 999 roku 544. „Nasz jesteś […]” Otton III współpracował ściśle i stale z papieskim Rzymem i prałatami. Być może jeszcze intensywniej niż jego bezpośredni poprzednicy. Był członkiem licznych kapituł. Za jego panowania znanych jest co najmniej 35 kapelanów dworskich, a przez nich Kościół ciągle i o każdej porze mógł się kontaktować z dworem. Wielokrotnie monarcha przewodniczył wspólnie z papieżem synodom. I wielokrotnie występował razem z nim o restytucję posiadłości kościelnych. Umacniał władzę biskupów dzięki nadawanym immunitetom, przyznawał im duże przychody, nadawał w tym czasie coraz bardziej dochodowe prawa do targów, bicia monety i poboru ceł, nadał niektórym w samym centrum Niemiec całe hrabstwa, co po raz pierwszy i sporadycznie działo się za panowania jego ojca. I tak przekazał biskupstwu w Leodium hrabstwo Huy, biskupstwu w Wurzburgu hrabstwo obejmujące frankońskie okręgi Waldsazin i Rangau, biskupstwu w Paderbornie hrabstwo rozciągające się na pięć okręgów. Pod rządami jego następcy Henryka II Würzburg i Paderborn uzyskały kolejne hrabstwa. Co oczywiste usuwano z nich urzędników królewskich. „Biskup piastował całą świecką władzę, we właściwym sensie tego słowa stawał się księciem”, a nawet nie miał „być poddany żadnej władzy politycznej poza królem” (Hauck). Już za czasów Ottona III panował wszak „oficjalny pogląd, że duchowni przewyższają rangą książąt świeckich, nawet należących do rodziny cesarskiej” (Böhmer). Otton III, który uprawiał „politykę imperialną o misjonarskiej tendencji” (Fleckenstein), jak oczywiście wielu jego poprzedników, był osobiście oddany religii jeszcze bardziej niż inni chrześcijańscy królowie i cesarze i obmyślał wszystkie swe czyny „ku pożytkowi Kościoła” (Schramm). Otton III miał piętnaście lat, gdy został cesarzem, a dwadzieścia jeden, gdy zmarł! Jak wielki wpływ musiało mieć wysokie duchowieństwo na ten chłonny, rozmarzony i żywy umysł i pietyzm owego czasu, asceza, mistyka, kluniacki fanatyzm. „Nasza, nasza jest rzymska Rzesza!” raduje się papież Gerbert-Sylwester w liście do młodego cesarza. Noster, noster est Romanum imperium. „Nasz jesteś Cezarze, Imperatorze Rzymian i Auguście…” Nasz! Otton dodaje do swego tytułu apostolskie formuły dewocyjne: „Sługa Jezusa Chrystusa”, „Sługa apostołów”, „z woli Jezusa Chrystusa cesarz rzymski, najpobożniejszy i najwierniejszy szerzyciel Kościoła świętego”. Narzuca sobie wielokrotnie ciężkie ćwiczenia pokutne, pości czasami pięć dni w tygodniu, modli się podobno niekiedy całe noce. Każe się ćwiczyć rózgami w Gnieźnie u grobu św. Wojciecha. Zimą i wczesną wiosną 999 roku udaje się pieszo w dalszą pielgrzymkę z Rzymu do Benewentu, do świątyni Michała Archanioła na Monte Gargano. Jeszcze latem idzie do Subiaco w Górach Sabińskich, by zatopić się we wspominaniu św. Benedykta. Z jednym z zaufanych, biskupem Frankiem z Wormacji, zamyka się na czternaście dni w grocie (spelunca) obok kościoła S. Clemente w Rzymie, by pokutować. Płacze wielokrotnie z pobożnymi eremitami i wiezie „relikwie” Karola Wielkiego ze sobą, m.in. ząb, który zabrał spośród szczątków. „Nasz jesteś…” 545. Pasowaniem na rycerza we wrześniu 994 roku (jak się przypuszcza na zjeździe w Sohlingen, którego dokładnej daty nie sposób ustalić) zakończyła się regencja cesarzowej wdowy Adelajdy. Wycofała się wówczas do alzackiego klasztoru Selz (s. 352), a Otton III objął rządy faktycznie. Już latem 995 roku poprowadził niszczącą wyprawę zbrojną na Obodrytów we wschodnim Holsztynie i Meklemburgii wspierany tym razem przez oddziały polskie i czeskie rozszerzając następnie nadzwyczajnie biskupstwo w Miśni i zwielokrotniając dochody z dziesięcin jeśli królewski dokument, jak często się ocenia i twierdzi, nie został sfałszowany.

281 Potem młody władca zwrócił się energicznie na południe. Wśród śpiewu psalmów wyruszył w 995 roku z Ratyzbony. Jeszcze zimą, rzecz niezwykła, przekroczył przełęcz Brenner, każąc nieść przed wojskiem Świętą Włócznię, symbol aspiracji do Italii i cesarstwa. W Pawii złożyli mu hołd możni włoscy i zaprzysięgli wierność. 20 maja Otton zjawił się w Rzymie 546. Sceny wokół papieskiego tronu Na papieskim tronie tymczasem, jak zwykle w owym czasie, wiele się działo. W zamęcie po śmierci Ottona II powrócił wiosną 984 roku do Świętego Miasta Bonifacy VII, dobrze zaopatrzony w broń i złoto z Konstantynopola. Kazał rządzącego papieża, dawniejszego kanclerza Ottona II, biskupa Piotra z Pawii potem zwanego Janem XIV (983-984), zamknąć w twierdzy Zamku Anioła, a później zagłodził lub, według innych relacji, otruł (inskrypcja nagrobna w Św. Piotrze pomija dyskretnie okoliczności śmierci). I panował jako Bonifacy VII ledwie jeden rok, nim zlikwidowano jego samego; zerwano z niego szaty pontyfikalne, podeptano zwłoki, podziurawiono i za nogi wywleczono z pałacu i powleczono uliczkami miasta. Po Bonifacym VII, przez lud zwanym później „Malefatius”, a przez Gerberta z Aurillac „monstrum horrendum”, przez Rzym jednak dopiero w 1904 roku zaliczonym w poczet antypapieży, nastał pod koniec lipca obywatel rzymski Jan XV (985-996). Zawdzięczał to, obok Ducha Świętego, najwyraźniej potężnym Krescencjuszom, rodowi nieznanego pochodzenia (używana przez historyków nazwa wywodzi się od najczęściej występującego w nim imienia). Krescencjusze posiadali w drugiej połowie X wieku w Rzymie i okolicy wielkie wpływy, na pewien czas opanowując przy tym tron najwyższego kapłana w tym mieście, ale i przez niego samego również byli wspierani. Popadali jednak coraz bardziej w konflikt interesów zarówno z Ottonami, jak i rosnącym w siłę papiestwem. Wyniesienie na tron Jana XV, przeprowadzone zapewne przez patrycjusza Jana Krescencjusza, nastąpiło bez konsultacji z dworem niemieckim. Papież, syn rzymskiego kapłana Leona, nie był przyjacielem kleru, raczej faworyzował szlachtę, a przede wszystkim swych krewnych, których wzbogacał, podczas gdy sam z powodu swej chciwości, przekupności i nepotyzmu był znienawidzony i to głównie właśnie przez duchownych. Gdy w 988 roku zmarł Jan Krescencjusz, do władzy nad Państwem Kościelnym doszedł jego brat, Krescencjusz II Nomentatus; na jego żądanie warunkiem udzielenia audiencji u Ojca Świętego stały się „bogate dary-łapówki”. W Rzymie wszystko jest do kupienia, oświadczył pewien biskup w 991 roku na synodzie w Reims, a miarą wyroków była waga złota. Jednakowoż zachłanny pontifex uznał na synodzie laterańskim z 31 stycznia 993 roku Ulryka z Augsburga za świętego. Była to pierwsza formalna kanonizacja papieska, a jak by nie było kanonizował biskupa biorącego czynny udział w wyprawach zbrojnych dwóch władców, Henryka I i Ottona I, i który jeszcze w wieku prawie sześćdziesięciu lat walczył z mieczem w ręku i pewnie też zabijał 547. W marcu 995 roku papież uciekł pod naciskiem Krescencjusza i przed nienawiścią kleru do Sutri, skąd starym rzymskim zwyczajem poprosił o pomoc zza Alp. Jednak nim Otton je przekroczył, Jan XV wrócił do Rzymu nawet z wszelkimi honorami lecz wkrótce uległ atakowi gorączki. Podczas przemarszu króla zamieszki wybuchły już w Weronie, przy czym zginęła pewna liczba żołnierzy. W Pawii dotarła do króla wiadomość o śmierci Jana XV. Desygnował więc na papieża, jakby chodziło o obsadzenie jednego z biskupstw Rzeszy, młodego Brunona, swego kapelana i kuzyna, syna księcia Ottona z Karyntii, a wnuka Konrada Czerwonego (s. 280) i Liutgardy, córki Ottona I. Prawnuk cesarza wstąpił więc na tron papieski jako pierwszy Niemiec na początku maja 996 roku pod imieniem Grzegorza V (996-999), a 21 maja

282 szesnastoletni Otton III został koronowany przez dwudziestoczteroletniego papieża na cesarza można by powiedzieć, wszystko zostało w rodzinie. W następnych dniach władca nawiedzał rzymskie kościoły i wspólnie z Grzegorzem prowadził obrady trzydniowego synodu koronacyjnego w bazylice Św. Piotra, dotyczącego głównie sporów kościelnych, sporu o Reims, sporu biskupa Odelryka z Cremony, który nadmiernie łupił stan kupiecki swego miasta, spór opata Engizo z Brugnato z biskupem Gotfrydem z Luni o klasztor, podczas którego papież podarł prezentowane synodowi dokumenty. Mimo okazjonalnych napięć między cesarzem a papieżem podkreślano od początku zrozumienie, obaj” „zachowywali się w skupieniu” (Althoff). W końcu Grzegorz zawdzięczał kuzynowi swój tron papieski i jest całkiem oczywiste, że kazał mnichom z klasztoru Monte Amiata modlić się za stan (stabilitas) Rzeszy. Ledwie jednak Otton wyjechał z Rzymu, Krescencjusz zbuntował się i zagarnął nieograniczoną władzę w mieście. Jeszcze jesienią 996 roku Grzegorz V musiał opuścić Rzym na czternaście miesięcy i mimo dwóch prób zbrojnych nie udało mu się powrócić. Rezydował najczęściej w Górnej Italii, wielokrotnie wzywał cesarza przez posłańców na pomoc i w lutym 997 roku na synodzie w Pawii rzucił klątwę na Krescencjusza. Właśnie wtedy na tron papieski jako Jana XVI wyniesiono Jana Philagatosa, arcybiskupa Piacenzy, ojca chrzestnego zarówno Grzegorza, jak i cesarza, nie bez paru przekupstw wszakże nawet papież-reformator Grzegorz V podpierał swe decyzje pieniędzmi, co sam Otton III uznał za prawnie udowodnione 548. Wygnanie Grzegorza przez rzymian i obranie Jana Philagatosa, dawniejszego przyjaciela Teofano, jako antypapieża, skłoniło Ottona do drugiej podróży przez Alpy, podczas gdy w Niemczech rządziła za niego ciotka Matylda, opatka z Quedlinburga. Cesarz stanął w połowie lutego pod Rzymem. Jak zawsze w jego wojsku była obecna pewna liczba prałatów. I tak biskup Notker z Leodium, stary weteran, co najmniej cztery razy w służbie Ottonów we Włoszech, który również w pobliżu Leodium w 987 roku zniszczył na zawsze trudny do zdobycia gród Chevremont. W wyprawie wziął udział strasburski biskup Wilderod, również cały szereg górnoitalskich arcypasterzy ze swymi orszakami zbrojnymi. Wśród opatów nawet Odilo z Cluny, prawdziwy święty (dzień 2 stycznia), który nie bacząc na wszelkie świętości przez wiele lat wadził się z biskupem Macon. Antypapież Jan XVI, urzędujący już od dziesięciu miesięcy, na próżno usiłował się schronić w jednej z ufortyfikowanych wież. Został wyśledzony przez oddział hrabiego Bryzgowii Birichtilo (Bertolda), stronnika Zahringerów i założyciela klasztoru Sulzburg, pochwycony i rzekomo za zgodą Grzegorza V oraz Ottona III, swego niegdysiejszego ucznia, potraktowany nader okrutnie Bryzgowijczyk wkrótce potem (jeśli nie co wielce prawdopodobne dlatego, to mimo to) uzyskał niezwykłe honory i dary. Tak na przykład rok później dane mu było jako reprezentantowi cesarza przy pomocy specjalnie sprowadzonej z Rzymu do Quedlinburga złotej laski opackiej wprowadzić na urząd jego siostrę Adelajdę. A w tym samym czasie hrabia-kat otrzymał przywilej targowy, celny i dotyczący bicia monety dla Villingen w Schwarzwaldzie, by zrównać jego miasto targowe z targami w Konstancji i Zurychu. Ergo: „Jego czyn nie spowodował popadnięcia w niełaskę, lecz przysporzył mu cesarskiej życzliwości w najwyższej mierze […]. Oba «honory» świadczą wyraźnie o tym, że Birichtilo zasłużył sobie na wdzięczność cesarza w szczególny sposób […]” (Althoff). A cóż takiego uczynił szlachetnie urodzony Bryzgowijczyk? Poddał pojmanego antypapieża bez litości torturom, kazał wykręcić ręce, wyrwać oczy, obciąć nos, wargi, język i uszy. Quedlinburskie kroniki podkreślają wprawdzie, że sprawcy nie byli przyjaciółmi cesarza, lecz „przyjaciółmi Chrystusa”, jednakże jakkolwiek było, postawiono tak pohańbionego przez żołdaków cesarskich Jana XVI przed sądem papieskim, który go formalnie zdetronizował i potraktował za pomocą stosowanego zwyczajowo w Kościele

283 Chrystusowym rytuału dewestury 549. Grzegorz, reformator, papież przecież wykształcony, którego inskrypcja nagrobna sławi jego umiejętności, potrafiący wygłaszać kazania po łacinie, francusku i niemiecku, kazał oślepionego, prawie głuchego i pozbawionego mowy Jana XVI odziać ponownie w kościele w papieskie szaty i zrywać je potem kawałek po kawałku. Tymczasem przechodził rodak nieszczęsnej ofiary, św. Nilo, 88-letni starzec podziwiany w całych Włoszech. Cesarz i papież pełni czci przywiedli go na Lateran, całowali mu ręce i prosili o zajęcie miejsca między nimi. Jednakże ten wyraził tylko jedno życzenie, by biednego Philagatosa, który przecież obu podniósł od chrztu, a teraz przez nich został tak okaleczony i pozbawiony oczu, mógł zabrać do swego klasztoru, gdzie wspólnie będą opłakiwać popełnione grzechy. Cesarz, któremu łzy napłynęły do oczu, był podobno gotów się zgodzić, lecz papież chciał rozkoszować się swą zemstą. Kazał ukoronować oślepionego Jana miast koroną wymieniem, wyrzucić z kościoła, posadzić tyłem do przodu na ośle, wręczając ogon jako cugle makabryczny to plagiat i tak przez Rzym powieźć do klasztornego więzienia, gdzie jeszcze miał wegetować całe lata. Otton, jeśli informacja jest prawdziwa, miał prosić Nilona o wybaczenie, ten jednakże odparł, że cesarz i papież uczynili to jemu samemu, a nawet Panu Bogu, dopuszczając się zbrodni na nieszczęsnym Philagatosie, i Bóg im tego nie odpuści, jak oni nie odpuścili Philagatosowi. I opuścił Rzym tego samego dnia 550. Buntownik Krescencjusz uciekł jednak do Zamku Anioła. Uchodził on za niezdobyty, był oblegany przez dwa miesiące nieustannie, to znaczy szturmowany dzień i noc, i wreszcie 28 kwietnia został wzięty szturmem przez margrabiego Ekkeharda z Miśni. (Cesarz nagrodził go bogato ziemią jako bohatersko wojującego ze Słowianami na wschodzie żołnierza. Lecz gdy w 1002 roku chciał przejąć sukcesję po bezdzietnym władcy, został zamordowany w palatium Pöhlde przez klikę arystokratów pod przywództwem hrabiów Henryka i Udona z Katlenburga, przypuszczalnie z zemsty z pobudek osobistych). Krescencjuszowi zagwarantował życie Tammo, brat biskupa Bernwarda z Hildesheim i przyjaciel Ottona, na rozkaz tego ostatniego. Wiele źródeł włoskich mówi o takich zapewnieniach, złożonych pod przysięgą, inne współczesne przynajmniej je w istocie potwierdzają. Jednakże Krescencjusza oszukano i „czego nie da się umniejszyć i temu zaprzeczyć […], stracono jako zdrajcę stanu na nalegania wrogo doń nastawionego papieża” (Uhlirz). Został on ścięty na najwyższym, widocznym przez wszystkich miejscu Zamku Anioła wraz z dwunastoma pomniejszymi przywódcami, jego ciało strącono z blanków, pociągnięto za krowami zabłoconymi ulicami Rzymu i z dwunastu pozostałymi straconymi powieszono do góry nogami na krzyżu na Monte Mario ponad Watykanem. Papież nie był zbyt wrażliwy i myśl o powieszonym przejmowała go radością. Jednego z hrabiów Sabiny o imieniu Benedykt, pozostającego w sporze z Ojcem Świętym o zrabowane dobra kościelne, zmusił do uległości groźbami, że pojmanego syna hrabiego każe powiesić na jego oczach. Papież Grzegorz V, znienawidzony powszechnie przez rzymian, zmarł nagle „po cnotliwym urzędowaniu” (biskup Thietmar) wiosną roku 999, jednak raczej nie z powodu trucizny, jak przebąkiwano, lecz na malarię. Dzięki Vita Nili pokutuje pogłoska o jego oślepieniu; miano temu papieżowi wyłupić oczy jest to przypuszczalnie literacka reakcja na jego okrucieństwo wobec antypapieża w poprzednim roku 551. Niemieckie źródła mówią o rzymskim „gnojowniku”, jaki cesarz musiał oczyścić. Nazywają Krescencjusza obelżywie „perversus”, „membrum diaboli” 552. I jeszcze Gerd Althoff, stawiający niektóre zarzuty cesarzowi i papieżowi, próbuje usprawiedliwiać brutalność obu, tłumacząc ją „mniej indywidualnymi pobudkami, jak chęć zemsty, rozczarowania i rozgoryczenie”, niż „regułami gry X wieku” i „regułami tego czasu”. Pokonanym miano okazywać łagodność, ale tylko za pierwszym razem, przy recydywie nie oszczędzano nikogo.

284 Tylko że, na marginesie, są i przykłady przeciwne, i to wcale liczne a owe „reguły” były akurat „regułami” chrześcijańskimi. Chrześcijanie je wykonywali, chrześcijanie je praktykowali. To nie „czasy” były winne, to ludzie tych czasów. A dokładnie wziąwszy nawet nie oni. Winne były obyczaje, prawo, ustawy, sposób myślenia i wiara tych czasów. Wszystkie one były przecież od stuleci chrześcijańskie! Winny były, musiały być chrześcijańskie za wszelką cenę! także i właśnie za cenę życia. Wciąż nas zatem interesuje, jakie przestępstwa chrześcijanie popełnili w imieniu chrześcijaństwa, Kościoła, państwa lub na własną rękę, w końcu również przeciwko przykazaniom własnej religii. Jedynie to jest naszym tematem. Do głębi antyhumanistyczne, gardzące człowiekiem i człowieka niszczące zachowanie chrześcijan o każdym czasie i wszędzie. Na przykład również na wschodzie. Już jako dziecko Otton III jak pisze Wolfgang Menzel, jeden z niemieckich podżegaczy XIX wieku „zasłużył tam sobie na ostrogi” 553. Arcybiskup Gizyler przekupuje, fałszuje i zgarnia forsę Wojny na wschodzie, wyprawy zbrojne zwłaszcza przeciwko nadłabskiemu słowiańskiemu Związkowi Wieletów w celu zaprowadzenia niemieckiego panowania i chrześcijaństwa były kontynuowane po powstaniu z roku 983 (s. 343) i to z jeszcze większą siłą i jeszcze częściej. Właśnie podczas regencji Teofano rozpoczęła się agresywna polityka, „której głównymi realizatorami byli Gizyler z Magdeburga i Ekkehard z Miśni” (Kretschmann). Arcybiskup Gizyler, wymieniany tu już parokrotnie, pochodził ze szlachty wschodniosaskiej; „szlachetnej postawy i szlachetnego pochodzenia”, mówi o nim biskup Thietmar, gdzie indziej nie pozostawiający na nim suchej nitki. Otton I sprowadził go na swój dwór i nadał w 970 roku biskupstwo w Merseburgu. Wszakże nadzwyczaj ambitny, zaprawiony w ciemnych interesach książę Kościoła przebywał w przyszłości dużo częściej w pobliżu królów i cesarzy, niż we własnej diecezji. Wiedział, jak zdobyć przychylność najmożniejszych, jak zdobyć wielkie i liczne dary, a na koniec jak zostać arcybiskupem Magdeburga (981-1004), co zaprzątało jego całą uwagę. Stało się to oczywiście na mocy ustaleń kościelno-prawnych po likwidacji biskupstwa w Merseburgu; był to powód, dla którego Thietmar z Merseburga tak go nienawidził, zwłaszcza że Gizyler przy swych niepohamowanych żądaniach coraz większego respektu, wyższych godności i większych wpływów nie cofał się przed niczym. Miał zatem dążąc do swego celu ograbić nawet Św. Wawrzyńca, przekupywać ogromnymi łapówkami wszystkich książąt i rzymską kurię, a od papieża otrzymać wielkie przywileje, wśród nich niezwykłe prawo wyświęcania kardynałów prezbiterów, diakonów i subdiakonów, jakim dotychczas mogła się szczycić tylko jedna diecezja (w Trewirze) nawet jeśli jedynie na podstawie falsyfikatu. A arcybiskup Magdeburga Gizyler (lub jakiś jego wspólnik) właśnie dokonywał fałszerstw, sfałszował gdy uznał się zagrożony przez założenie arcybiskupstwa gnieźnieńskiego przywilej papieski dla poprzedniego arcybiskupa magdeburskiego Adalberta, nadający mu prymat w „Germanii”, a ponadto przyznający prawo wyświęcenia siedmiu kardynałów diakonów i 24 subdiakonów przesadził mocno i od razu wydało się to podejrzane, stąd całe fałszerstwo nie odniosło żadnego skutku. Jednakże Gizyler wbrew dyspozycjom synodu papieskiego z września 981 roku uzyskał inne godne uwagi korzyści, min. prawa biskupie nad siedmioma burgwardami zamieszkanymi w większości przez pogańskich Słowian, otrzymując północną część rozwiązanego biskupstwa w Merseburgu. Otrzymał dwa własne klasztory, klasztor Pöhlde i merseburskie opactwo Św. Wawrzyńca, oba z pokaźnymi posiadłościami. Otton II, który podarował biskupowi Gizylerowi w 974 roku ogromne lasy w okręgu Chutizi, jeden z największych

285 kompleksów leśnych Niemiec, oddał mu także gród Kohren (koło Altenburga) oraz nadany wcześniej Merseburgowi królewski dwór Priessnitz (koło Borny). Do tego arcybiskup zagarnął kolejne niegdyś merseburskie nieruchomości, łącznie „bez wątpienia najwartościowszą część dawnych dóbr stanowiących uposażenie Merseburga” (Claude). Aby swoje postępowanie czasami osłaniane przez króla przedstawić w lepszym świetle i zamazać pierwotne stosunki prawne, Gizyler miał usunąć wszelkie akty prawne. Tak twierdzi przynajmniej biskup Thietmar: „Dokumenty, zawierające dary królewskie i cesarskie, spalił w ogniu lub kazał przez zmianę adresata przypisać swemu kościołowi”. Mediewiści zauważają w związku z tym, że większość dokumentów merseburskich arcybiskup Gizyler zabrał ze sobą do Magdeburga, lecz nie oddał ich przy restauracji biskupstwa w Merseburgu. „Fałszerstwo i zniszczenie dalszych dokumentów jest wielce możliwe” (Claude). Ponieważ Gizyler nie tylko był żądny kariery i dóbr, lecz granica Rzeszy przebiegała ponadto o dzień drogi od jego rezydencji, to zrozumiała staje się jego aktywność w nieomalże nie kończących się wojnach na wschodzie. Z niesłychaną regularnością źródła donoszą, że rok w rok „ogniem i mieczem” (incendiis et caedibus) był pustoszony cały kraj Słowian (totam terram), przy czym mordercze najazdy rozpoczynano chętnie przemyślnie w „zwyczajowym terminie” (Böhmer), w dzień Wniebowstąpienia Marii Panny 554. Nieustająca wojna czternastoletnia ze Słowianami połabskimi Najwyraźniej powodowana współczesnymi konstelacjami historycznymi część mediewistów niemieckich umniejsza dyskretnie ów ustawiczny terror na wschodzie. Tak na przykład Eduard Hlawitschka wspomina w swej Studienbuch pokrótce przy okazji polityki Teofano, że Sasi „wielokrotnie najeżdżali Słowian połabskich”, za czasów regencji Adelajdy również w połowie zdania „walki przeciwko Lucicom i Obodrytom w latach 991-995”, a Otton III we własnej osobie prowadzi przeciwko buntownikom „latem 997 roku jedynie dwie krótkie ekspedycje”. W rzeczywistości chodzi tu o prawie czternastoletnią nieustanną wojnę, w której Rzesza zapoczątkowując nową politykę wschodnią związała się z Mieszkową Polską, co dało tę korzyść, że Luciców wzięto w kleszcze z dwu stron, od wschodu i zachodu, i można było ich atakować wspólnie. (Nazwa „Lucicy” zastąpiła w trakcie X wieku starsze określenie „Wieleci”.) Przypuszczalnie zaaranżował ten sojusz arcybiskup Gizyler, w 984 roku stojący wraz z księciem polańskim po stronie Henryka Kłótnika. Już w roku 985 armia saska przy udziale Mieszka najeżdża na kraj Luciców, pustosząc go. Także dwie następne wyprawy zbrojne Niemców, w roku 986 i 987, skierowane były przeciwko Lucicom i Bolesławowi czeskiemu, ociągającemu się z wydaniem straconej na jego rzecz w 984 roku (a w następnym zdobytej ponownie) Marchii Miśnieńskiej. Te ataki również wspierał Mieszko, a wyprawie w 986 roku towarzyszył nawet sześcioletni król niemiecki, mający za zadanie „dodanie animuszu” coraz bardziej zmęczonym i krnąbrnym żołnierzom. Prawdopodobny, choć nie poświadczony bezpośrednio, jest udział Gizylera w obu ekspedycjach wojskowych. Wszędzie naokoło okrutne spustoszenie, zniszczono sześćdziesiąt cztery umocnione grody, jednakże co najwyżej wymuszono płacenie trybutu i nie odzyskano utraconych obszarów. W 990 roku następuje od razu dwukrotny atak na obszary Słowian połabskich, postrzegane przez Thietmara z Merseburga jako opanowane przez Szatana. W narastającym konflikcie między Czechami a Polakami niemieckie oddziały pod wodzą arcybiskupa Gizylera i margrabiego Ekkeharda z Miśni przybywają na pomoc Polakom. Jednakże Bolesław przechytrza Niemców, odprawiających jeszcze mszę o świcie, rozbraja biskupa i hrabiego, każąc im zaprzysiąc pokój.

286 W 991 roku podczas Wielkanocy w Quedlinburgu ustalono z Mieszkiem dalszą wspólną wojnę. Sam Otton z wielkimi siłami saskimi zdobywa i jeszcze w tym samym roku traci Brennę, o którą toczyło się wiele bojów ze zmiennym szczęściem, naczelny gród Hawelan, Związku Wieletów, od 983 roku zaliczanego do Luciców. Arcybiskup Gizyler jest i przy tym. Szczególnie zasłużył się biskup Milo z Minden ze swymi zachodnimi Sasami, tutaj po raz pierwszy wymienianymi w walkach z Lucicami. W 992 roku ponownie zaatakowano dwukrotnie (w czerwcu i sierpniu) kraj Luciców, przy czym pobożni Polacy pośpieszyli z pomocą we wszystkich walkach. A do drugiego najazdu przystąpił nie tylko sam Otton III z wielką armią, lecz po raz pierwszy również chrześcijański Bolesław czeski. W ten sposób ta okupiona ofiarami wyprawa w której kler walczy na czele, a na polu bitwy zostaje chorąży Diethard, diakon kościoła w Verden przybiera bez mała „charakter wojny religijnej” (M. Uhlirz). Jednakże wygląda na to, że nie zdołano wycisnąć nic więcej niż trybuty, jeśli w ogóle, a we własnych szeregach dało znać o sobie nawet zniechęcenie wywołane ciągłymi bezowocnymi wyprawami. Oczywiście regenci usiłowali podnieść gotowość do walki za pomocą darów wobec szlachty i klasztorów na obszarach przygranicznych, zwłaszcza że po ich stronie stały teraz również Czechy. (Tak na przykład klasztor w Quedlinburgu otrzymał w 993 roku rozległe posiadłości nad Hawelą, miejscowości Poczdam i Geltow oraz bliżej nie określoną wyspę). Już w 993 roku relacje mówią o trzech nowych ofensywach Sasów przeciwko Słowianom, po czym król nagrodził wielkimi darami za szczególne zasługi biskupów Hildibalda z Wormacji i Gizylera z Magdeburga. W końcu biskupa Magdeburga, jak przypuszczają historycy, nie zabrakło chyba przy żadnej z tych wojen, utrzymywał bowiem we wczesnych latach dziewięćdziesiątych intensywne stosunki z dworem Ottona III i był uważany za „głównego przedstawiciela niemieckiej polityki wschodniej” (Claude). W 995 roku nastąpiła pustosząca szeroko cały kraj ekspedycja karna Ottona jako kara za wielkie powstanie wszystkich Luciców i Obodrytów w poprzednim roku. Po stronie cesarza walczyli również i tym razem chrześcijańscy Polacy i Czesi, a wśród nich najstarszy syn Sławnika, Sobibór, brat św. Wojciecha, biskupa Pragi. A w wielkim stopniu odznaczyła się ponoć drużyna biskupstwa w Miśni, doznająca potem szczególnej łaski Ottona. W 997 roku dalej walczono, grabiono i obracano w perzynę terytorium Hawelan, najczęściej pod cesarską komendą, przez parę tygodni również w pewnym zakresie pod wodzą Gizylera, który stracił sporo swych ludzi i zwalił potem winę na swego następcę, sam w każdym razie natychmiast salwując się ucieczką, nie tracąc przy tym sympatii Ottona. Cesarz powierzył w owym czasie do obrony arcybiskupowi Arneburg (na lewym brzegu Łaby koło Stendal). Słowianie wywabili go z warowni pod pozorem pertraktacji i wciągnęli w zasadzkę. Podczas gdy jego eskorta leżała już bez życia na ziemi, arcypasterz rzucił się do ucieczki na łeb, na szyję. „Już nastąpili wojujący z obu stron na siebie”, relacjonuje Thietmar; „siedzący w wozie arcybiskup zdołał wprawdzie uciec na luzaku, ale z jego ludzi niewielu uszło śmierci. Zwycięscy Słowianie ograbili było to 2 lipca bez przeszkód poległych i żałowali tylko, że wymknął im się arcybiskup”. Jednakże nie koniec na tym. Nie czekając na swego zmiennika, margrabiego Liuthara, wuja Thietmara, Gizyler opuścił gród albowiem czas jego służby się skończył natknął się po drodze na nadciągającego hrabiego, mającego teraz nad nim komendę „polecił mu go w potrzebie i odjechał”. Tymczasem Słowianie wtargnęli do niestrzeżonej warowni, podpalili ją, a nadjeżdżający Liuthar zastał ją w dymie i płomieniach i „usiłował na próżno przy pomocy posłańca skłonić arcybiskupa do powrotu”. Hierarcha odmówił jakiejkolwiek pomocy i zawrócił do domu. Hrabia nie zdołał ugasić stojącego w płomieniach kasztelu,

287 musiał „zostawić wrogowi otwartą bramę”, a potem został oskarżony przed cesarzem i musiał się oczyścić przysięgą z zarzucanej mu winy. Podczas tych najazdów, w których Otton III „ciężko spustoszył ogniem i grabieżami” kraj Słowian (incendio et magna depredacione vastavit), towarzyszył mu były arcybiskup Reims, Gerbert z Aurillac, późniejszy Sylwester II, pierwszy papież z Francji. Następnie wojowali w owym czasie na wschodzie m.in. arcybiskup Willigis z Moguncji mimo swego wieku oraz biskup Henryk z Wurzburga ze swymi oddziałami, a szczególnie się odznaczył biskup Ramward z Minden (996-1002), wyprzedzający wszystkich nawet chorążych z krzyżem w ręku i podżegający mocno przeciwko wrogowi „piękny przykład wojowniczych biskupów Rzeszy, równie dobrze posługujących się mieczem, co krzyżem” (Holtzmann). I tak wówczas padła „bardzo wielka liczba” słowiańskich diabłów, a żałosnym resztkom odebrano ich łupy 555. Ostatnio jednakże, nie chcąc w najmniejszym stopniu umniejszać „ogromnych działań militarnych” na wschodzie, historycy ostrzegają, by nie widzieć w tym zbytnio niezmiennych frontów, systematycznie przemyślanych akcji państw prowadzących wojnę, strategii odzyskiwania, czy wręcz bardziej centralnie kierowanych najazdów. „Siłą napędową zdają się bardziej pęd do zemsty, żądza łupów czy trybutów, które popychały do działania saskich margrabiów i biskupów, nierzadko również bez udziału króla i nie na jego zlecenie” (Althoff). W jednym przypadku mogło być tak, w innym inaczej; dla nas i dla ofiar różnice te nie są tak bardzo istotne. Albowiem czy chrześcijańscy hrabiowie, czy biskupi grabili gdzieś i zabijali z własnej woli, czy posłuszni centralnie danemu poleceniu to jedno i drugie należy bez wątpienia do kryminalnej historii chrześcijaństwa 556. Jeszcze w 997 roku Otton III walczył przeciwko Lucicom. Jednakże gdy wyruszył na południe, gdy dał pierwszeństwo polityce włoskiej i to najwyraźniej pod wpływem przede wszystkim Gerberta z Aurillac, przyszłego papieża zapragnął spokoju na wschodzie i zawarł pokój z wrogiem. Walczono z nim czternaście lat, prawie co roku ruszano nań zbrojnie, w niektórych latach nawet wielokrotnie. Nawet Czesi i coraz częściej chrześcijańscy Polanie byli wzywani przeciwko poganom. A zaledwie parę lat potem pewien święty, cesarz Henryk II, ramię w ramię z pogańskimi Lucicami prowadził trzy nadzwyczaj krwawe wojny przeciw chrześcijańskim Polanom, tak przecież przydatnym jego poprzednikowi na tronie, jak i pewnie on im. (Zarazem właśnie wówczas, w czasach reform kluniackich, szerzona była mocno idea jedności chrześcijaństwa, wedle której chrześcijanie nie mogli walczyć ze sobą. Tak pisał w 994 roku uczony opat Abbo z reformowanego klasztoru Fleury nad Loarą, zażarcie spierający się z biskupem swej diecezji Arnulfem z Orleanu, głównym doradcą Hugona Kapeta: „Prawdziwi rycerze nie zwalczają się wzajemnie w łonie swej matki, Kościoła, lecz kierują wszelkie swe siły na poddanie przeciwników świętego kościoła Bożego”. Nie „prawowiernych”, lecz pogan winni chrześcijanie atakować, głosił reformator i został zabity podczas inspekcji podlegającego mu gaskońskiego prioratu La Reole przez swych krnąbrnych mnichów). „[…] zebrać legiony” skoncentrowana akcja w Gnieźnie na rzecz Rzymu Fakt, że w Polsce najpóźniej w 968 roku założono biskupstwo w Poznaniu, które schrystianizowało kraj w przeciągu ledwie jednego dziesięciolecia, niezaprzeczalnie przyniósł jego władcy wielkie korzyści. Mieszko I zdołał wkrótce zdobyć całe Pomorze. Po śmierci żony, pochodzącej z rodu Przemyślidów Dobrawy (977 r.) poślubił Odę z Haldensleben, córkę możnego hrabiego Teodoryka z Marchii Północnej, a po jego śmierci (985 r.) zaczął w porozumieniu z regentami Rzeszy występować w marchiach jako przedstawiciel interesów swej małżonki. I tak jak wcześniej małżeństwo z Dobrawą

288 przypieczętowało sojusz z Czechami, tak teraz rozsypał się on pod koniec lat osiemdziesiątych z powodu Śląska. Mieszko popadł w konflikt ze swym szwagrem Bolesławem II, bo wspierali go pogańscy Lucicy, podczas gdy książę Polan dzięki pomocy niemieckiej zdołał utrzymać Śląsk. A mimo to, że tymczasem związał się z rywalem Ottona II, Henrykiem Kłótnikiem, złożył mu nawet w 984 roku hołd jako swemu „królowi i panu”, nie doznał żadnego uszczerbku. Ani chybi już w następnym roku przeszedł na stronę Ottona III i wraz z Sasami wojował przeciw pogańskim Słowianom. Prowadząc świadomą politykę u boku Rzeszy niemieckiej, Mieszko stał się agresywnym krzewicielem chrześcijaństwa na północnym froncie pogańskim. Misje i wojna zostały połączone ze sobą również w Polsce. Symboliczne dla ścisłego związku stało się bezpośrednie połączenie poznańskiej katedry już około roku 1000 z tamtejszym grodem największym i najsilniejszym w Polsce, opasanym wałem o wysokości 10 i szerokości 20 metrów. Podczas ataków przeciwko Lucicom na obszarach marchii między Łabą a Odrą księciu Polan ideologicznie i militarnie udzielali ochoczo pomocy chrześcijańscy Czesi, którzy także wysłali do Polski pierwszych misjonarzy. Wszakże nie udało się Czechom na stałe utrzymać Mieszka z dala od własnych obszarów wpływów na południu i zachodzie. Najechał je niespodzianie pod koniec lat osiemdziesiątych X wieku, gdy Czechy wielokrotnie popadały w konflikt z Rzeszą i Kościołem. Nie tylko opanował ujście Odry, ale i odebrał chrześcijańskim Czechom Śląsk. A gdy ci usiłowali w 990 roku przy pomocy pogańskich Luciców go odzyskać, pośpieszyła mu na pomoc sprzymierzona saska armia pod wodzą arcybiskupa Gizylera i margrabiego Ekkeharda z Miśni; Mieszko natomiast, ze względów bezpieczeństwa nie rezygnując ze związków z Rzeszą ofiarował swe państwo św. Piotrowi, wspierając zresztą oczywiście nadal niemiecką ofensywę przeciwko Lucicom 557. Słynny akt darowizny, w którym ów Dagome iudex, książę Dagome i jego małżonka, senatrix Ote (Oda), wraz z dwoma synami poddają swój kraj Gniezno (Schinesghe) papieżowi Janowi XV, przekazuje dokument zwany od pierwszych słów właśnie Dagome iudex, zawierający również najstarszy opis granic Polski. Istniejący w sześciu rękopisach regest 558, któremu towarzyszy ogromna literatura, jest pierwszą darowizną jakiegoś kraju dla tak zwanej Stolicy Apostolskiej. Ponadto ów akt państwowy nie jest nigdzie poświadczony być może potwierdza go w istocie płacone przez Polskę „świętopietrze”. Jeśli za jego pomocą Mieszko I chciał, jak się przypuszcza, zapewnić następstwo tronu swym małoletnim synom, to jego działania zupełnie się nie powiodły. Ledwie bowiem zmarł i na tron wstąpił jako senior jego słynny syn z pierwszego małżeństwa, Bolesław I Chrobry (992-1025), natychmiast usunął konkurentów. Wygnał macochę Odę wraz z dziećmi do Niemiec, a dwóch dalszych krewnych kazał oślepić. Tym samym zapewnił sobie jedynowładztwo i jeśli nie dlatego, to mimo to drogę do sławy. Jego mądry ojciec i poprzednik przygotował dokumentem Dagome iudex ustanowienie własnego Kościoła, a dzięki temu niezależność Polski od Rzeszy niemieckiej. Bolesław, uznający się za trybutariusza św. Piotra, był na skroś pobożnym chrześcijaninem. Popierał misję Wojciecha, którego ciało odkupił też od pogańskich Prusów i kazał pochować w Kościele Mariackim w Gnieźnie. Wszakże doskwierał również chrześcijańskiej Rzeszy, zdobył Pomorze, Wrocław i Kraków i stał się pierwszym królem Wielkiej Polski, sięgającej wówczas od Bałtyku na północy po łańcuch Sudetów i Karpat na południu i od ziemi Rusów po Odrę. Polska szybko rosła w siłę i stawała się pożądanym sojusznikiem wojujących katolików. „Ręka w rękę z papieżem cesarz mógł się teraz od nowa spokojnie zająć organizacją misji wschodniej, jaką musiał przerwać Otton I” (Hauptmann) 559.

289 Przy tym bardzo na rękę mogła się okazać obu męczeńska śmierć Wojciecha. Ten syn księcia Sławnika z Libic (zm. 981 r.) od niego pochodzi nazwa rodu Sławnikowiców, być może spokrewnionego z Przemyślidami, ale ostro z nimi rywalizującego i przez nich wytępionego pod koniec września 995 roku (czterej synowie zginęli, piąty padł niespełna dziesięć lat później) nie mógł rzekomo wytrzymać występności swych diecezjan (lub, jak sądzą inni, tarć między swym władcą Bolesławem II, któremu Sławnikowice wydawali się zbyt potężni). Biskup wyjechał do Rzymu, został przez papieża Jana XV nakłoniony do powrotu, znów popadł w konflikt, ponownie pośpieszył do Rzymu, a Grzegorz V na nowo go odesłał z powrotem. Przebywał jeszcze w Moguncji u cesarza Ottona III, z którym dzielił komnatę sypialną, a następnie udał się do pogańskich Prusów. Dawni Prusowie, których religia ściśle spleciona jeszcze z naturą pełna była świętych gór, drzew, lasów i wód, bronili się zaciekle przed chrystianizacją. Dopiero po ponad dwusetletnich walkach, jakie zwłaszcza w XIII wieku prowadzone przez krzyżaków spowodowały wyludnienie całych połaci kraju, zostali zmuszeni do przyjęcia Dobrej Nowiny i dopiero w XVII wieku zostali ostatecznie zgermanizowani. Biskup Wojciech już w tym czasie chciał Prusów „okiełznać cuglami świętego zwiastowania”, jednak rychło stał się krwawą ofiarą, czego podobno z utęsknieniem wyczekiwał (jakkolwiek przecież przed własnymi diecezjanami parę razy uciekał a może bardziej przed księciem Czech Bolesławem II, zabójcą Sławnikowiców, choć również budowniczym licznych kościołów, stąd przydomek „Pobożnego”). Potem książę Polan Bolesław Chrobry „natychmiast wykupił głowę i członki wspaniałego męczennika” (Thietmar) i zaraz w roku 1000 erygowano nad jego zwłokami arcybiskupstwo gnieźnieńskie. A nawet cesarz, papież i sam Bolesław zgodnie chcieli, by ten ostatni został wyniesiony na króla. Jednakże prawdopodobnie zaprotestowali książęta Rzeszy. Otton zatem podczas uroczystej uczty nasadził na głowę „przyjacielowi i sojusznikowi”, „bratu i współpracownikowi w Rzeszy” własną koronę jedynie symbolicznie 560. Lecz jeszcze biskup Thietmar, bynajmniej nie ceniący „podstępnych” Polaków, pisze, że Otton III w Gnieźnie „swego trybutariusza uczynił panem” (tributanum faciens dominum); i wzywa zmiłowania Boskiego na cesarza, gdyż Bolesława „tak wysoko podniósł”, że ten „nieustannie ma czelność stojących wyżej stopniowo wpędzać w poddaństwo, nęcić ich tanią pokusą przemijających bogactw i chwytać na szkodę sług i wolnych”. Strona polska widzi to oczywiście inaczej. W najstarszej kronice tego kraju państwo piastowskie, zwane teraz Polonią, jawi się w obrębie imperium jako państwo dorównujące Rzeszy. Sam książę Bolesław, ów „athleta Christi”, ten „rex christianissimus”, jak sławią go współcześni, został obsypany zaszczytnymi tytułami rzymskimi. Zostaje „populi Romani amicus et socius”, przyjacielem i sojusznikiem ludu rzymskiego, a także „frater et cooperator imperii” 561. Najstarsza kronika Polski opisuje także, że Otton przeniósł na księcia Polan godności kościelne, „co w państwie Polan należało do Imperium”. Poza tym Gall Anonim, południowofrancuski benedyktyn, pisał swą Cronica et gesta ducum sive principum Polonorum dopiero na początku XII wieku. A był ponadto zatrudniony w kaplicy Bolesława III Krzywoustego (1085-1138), zatem jego dzieło historyczne było nie tylko czytane dostojnikom na polskim dworze, ale i przez nich cenzurowane. Jak dalece zatem rozwinęła się dzięki temu rzeczywiście samodzielność władcy Polski, czy Otton wyniósł go do pozycji patrycjusza lub króla, a więc czy Polska była krajem zależnym, czy niezależnym, jest do dzisiaj przedmiotem sporu, zwłaszcza oczywiście między niemieckimi a polskimi, względnie wschodnioeuropejskimi historykami, z którego nienajpośledniej wyziera polityczne status quo.

290 Bezsporne natomiast jest jedno: Bolesław otrzymał kopię Świętej Włóczni (znajdującą się dzisiaj w krakowskim skarbcu katedralnym), zobowiązującą otrzymującego do „defensio ecclesiae” (a w zamian podarował ramię Św. Wojciecha). Również prawa cesarza do zwierzchności nad polskim Kościołem przeszły na Bolesława. Jego powaga wzrosła szalenie, ambicje również. A korzyści z tych wszystkich nadań godności i insygniów odniosło nie Imperium rzymskie, lecz rzymski Kościół i tak jest do dziś 562. Nawracanie narodów na wschodzie było od początku obarczone odium „niemieckiego” Boga. Ukazało to szczególnie drastycznie niedawne powstanie Wieletów w 983 roku. Dlatego Otton nadał polskiemu Kościołowi samodzielność. Jako „apostoł w służbie Pana” (Holtzmann), jako „sługa Jezusa Chrystusa”, tytuł pochodzący od św. Pawła, podnoszący „apostolsko-kościelną rolę cesarza” i będący wyrazem jego „bardzo ścisłej współpracy” z papieżem (Jedlicki) wybrał się z pielgrzymką w roku 1000 do Polski, został przyjęty „bardzo radośnie” na granicy przez Bolesława Chrobrego i w jego stolicy Gnieźnie zalawszy się łzami padł na kolana u grobu świętego męczennika. Zadanie Ottona na wschodzie, wyrażające się w wymienionym już tytule „servus Iesu Christi” i zgodne z rozumieniem cesarza oraz papieża, sformułował krótko przedtem Gerbert, przyszły papież: „Zebrać legiony, wkroczyć do wrogiego kraju, wytrzymać napór wrogów, wystawić się samemu na największe niebezpieczeństwa dla ojczyzny, dla religii i dla dobra […] państwa”. Wszystkie działania w Gnieźnie wynikały ze współpracy cesarza i papieża. Bez wątpienia wspólnie z nim Otton erygował anno 1000 polskie arcybiskupstwo w Gnieźnie w tamtejszym grodzie w obecności papieskiego legata i Bolesława I Chrobrego i wbrew oporowi poznańskiego biskupa Ungera, Niemca. Otton dał nowemu biskupstwu słowiańskiego świętego, swego przyjaciela Wojciecha, dał mu słowiańskiego arcybiskupa, a mianowicie przyrodniego brata Wojciecha Radzyma-Gaudentego, który towarzyszył Wojciechowi w misji do Prusów. I podporządkował mu sufraganie we Wrocławiu, Kołobrzegu i Krakowie, a przypuszczalnie nawet dalsze. Udzielając tej brzemiennej w skutki koncesji wobec księcia Polan, cesarz pragnął osiągnąć konkretne cele religijne i polityczne. Polska miała zostać podobnie jak Węgry wzmocniona kościelnie, a ściślej związana z chrześcijaństwem stać się bastionem wypadowym przeciwko pogaństwu na północy. Zarazem Otton chciał dzięki temu wzmocnić oczywiście siłę uderzeniową Rzeszy i powiększać ją, przyłączając do niej także nowe kraje na wschodzie. Dlatego dla chrześcijan Polska była bardziej interesująca niż Czechy. Księciu Bolesławowi, zasypywanemu niemalże zaszczytami i dowodami łaski, przyznano Selencję 563, Pomorze i Prusy jako obszary misyjne, przy czym papież obiecywał sobie również polepszenie kościelnych stosunków własnościowych. W klasztorach środkowych Włoch i w Polsce kształcono specjalnych misjonarzy na misje wśród Słowian, przy czym cudzoziemcy upodabniali się do Słowian również co do stroju i fryzury 564. Także wobec Węgier Otton III i papież współpracowali ze sobą. W 996 roku ochrzcił się tam Wajek, syn księcia Gejzy, i przyjął imię Stefana. Cesarz został jego ojcem chrzestnym i wspólnie z papieżem zezwolił w kwietniu 1001 roku na erygowanie arcybiskupstwa w Ostrzyhomiu (węg. Esztergom, niem. Grań). Objął je uczeń Wojciecha, Ascherius, i jako papieski legat koronował koroną przesłaną przez Ottona. Podobnie jak w Polsce, również i na Węgrzech cesarz i papież wspólnie sięgnęli na wschód. Ale i na dalekiej Północy oraz na południu, w Dalmacji, zaznaczyły się kolejne sukcesy i triumfy misyjne Ottona III. „Uznał się za nowego apostoła. W kręgu jego idei na czoło wysunęły się elementy duchowe” (Schramm) 565.

291 Już poza omawiany przez nas okres, parę dziesięcioleci w głąb XI wieku, sięga spór wśród kleru, który zaczął się i osiągnął kulminację jeszcze za panowania Ottona III i z tego powodu winien tu zostać przedstawiony. Spór o Gandersheim Gandersheim, najstarsza rodzinna fundacja Liudolfingów, została założona przez hrabiego Liudolfa, przodka saskiego domu cesarskiego, w połowie IX wieku. Początkowo pobożny mąż przeznaczył nań swe dobra rodzinne Brunshausen, następnie wybrał jednak małe gospodarstwo, otoczone bagnami i moczarami, kwaterę swoich pasterzy świń. Wówczas Brunshausen należało do biskupstwa w Hildesheim, a gospodarstwo pasterzy świń rozrosłe tymczasem do żeńskiego klasztoru Gandersheim było przypuszczalnie obszarem arcybiskupstwa w Moguncji. Wskutek tego pierwsza opatka, pierwotnie przewidziana dla Brunshausen, została konsekrowana przez biskupa diecezyjnego Altfryda z Hildesheim, podczas gdy druga, działająca już tylko w Gandersheim, została wyświęcona jednocześnie przez biskupów Hildesheim i Moguncji. Spór o bogato uposażony klasztor rozgorzał z powodu Zofii, najstarszej córki cesarza Ottona II i Teofano. Już w roku 979 przekazana do klasztoru Gandersheim jako czteroletnie dziecko, miała zostać „sługą Bożą”, wzgardziła jednak dobitnie „świętym welonem z rąk biskupa Hildesheim, pana Osdaga, i zwróciła się do Willigisa. Uznawała bowiem to za poniżej jej godności, by odebrać błogosławieństwo od biskupa, który nie nosił paliusza” (Vita Bernwardi). Chciała mieć możnego metropolitę mogunckiego (tak jak i później, wybrana na opatkę, ponownie zażyczyła sobie i otrzymała sakrę z rąk dostojnika noszącego paliusz) i jest to zrozumiałe w przypadku kornej chrześcijanki. Arcybiskup, pod którego inspirującym wpływem pozostawała przypuszczalnie i bez tego, przyjął to z tym większym zrozumieniem, że arcybiskupstwo mogunckie od czasu powołania arcybiskupstwa w Magdeburgu straciło biskupstwa w Brennie (Brandenburgu) i Hobolinie (Havelbergu) i chciało uniknąć dalszych strat, a także „mogło najwyraźniej słusznie zgłosić dawne terytorialne roszczenia do terenów Gandersheim” (Goetting). I tak Willigis po raz pierwszy anno domini 987 zażądał praw zwierzchnich nad klasztorem. Gdy 18 października dwunastoletnia córka cesarska Zofia zyskała tam święcenia zakonne (Willigis walczył krótko przedtem w wyprawie czeskiej Ottona III), w kościele przed ołtarzem doszło do długiej i ostrej wymiany słów na temat prawa do posiadania Gandersheim między arcybiskupem a jego sufraganem, biskupem Osdagiem z Hildesheim, w obecności siedmioletniego króla, cesarzowej Teofano oraz wielu biskupów i książąt. Obaj bracia w Chrystusie zaliczali klasztor do swej diecezji, Willigis do arcybiskupstwa mogunckiego, a Osdag do sufraganii biskupiej w Hildesheim. A „pan Osdag” we współczesnym mu piśmie 566 dziękczynnym figurujący jako „simplicis animi vir” nie dał się zastraszyć arcybiskupowi, lecz „za boskim natchnieniem ustawił swój tron biskupi obok ołtarza, by bronić w ten sposób swego miejsca i prawa do zwierzchności” (Vita Bernwardi). Spór z trudem załagodzono wówczas ugodą: Willigis celebrował uroczystą sumę przy głównym ołtarzu i dokonał sakry Zofii wspólnie z Osdagiem, podczas gdy pozostałe „służebnice Boże” otrzymały błogosławieństwo już tylko od Osdaga 567. Podobno rozeszli się potem „w najlepszym pokoju i porozumieniu” i żyli w zgodzie zarówno pod rządami Osdaga, jak i jego następcy Gerdaga (990-992). Jednakże w czasach św. biskupa Bernwarda z Hildesheim (993-1022) spór zapłonął znowu mocniej, wciągając również cesarza i papieża, i „przyniósł koniec kiełkującej miłości poprzez truciznę fałszu” (Vita Bernwardi). Sprawa zaczęła się po raz drugi, gdy zakonnica Zofia w wieku około dwudziestu lat ku wielkiemu oburzeniu swej opatki (również jako dziecko umieszczonej w klasztorze

292 Gandersheim) i kuzynki Gerbergi II (949-1001), siostrzenicy Ottona Wielkiego oraz nauczycielki kanoniczki i sławnej poetki Hrotsvithy, Roswithy (zm. ok. 975 r.), opuściła klasztor, by przez wiele lat prowadzić bynajmniej nie kanoniczne życie na dworze swego brata „i pozwoliła krążyć rozmaitym plotkom na swój temat” (Vita Bernwardi). Przebywała zresztą na dworze akurat dotąd, póki urząd arcykanclerza pełnił Willigis. Dokładnie w momencie jego odejścia księżniczka powróciła do klasztoru. Pechowo dla mogunckiego arcybiskupa złożyło się, że w roku 993 wysoko ceniony kapelan nadworny i wychowawca Ottona Bernward został biskupem Hildesheim. A tak jak surowa opatka Gerberga, również nowy biskup hildesheimski, zarazem hrabia saski, był mocno zgorszony złamaniem reguły przez Zofię chociaż jego własna przyjaciółka, opatka Matylda z Quedlinburga, niegdyś cały rok spędziła poza murami własnego klasztoru, w Italii z czego oczywiście nie wynikły nawet najmniejsze aluzje, przewyższał bowiem Bernward „w obyczajności wręcz mężczyzn w najbardziej podeszłych latach” (Walterscheid). Natomiast arcybiskup Willigis, jak rzadko kto doświadczony w życiu dworskim, nie chciał widzieć w eskapadach zakonnic pochodzących z domu cesarskiego niczego nadzwyczajnego. A księżniczka Zofia, wymagająca ochrony (patrocinanda), podburzała arcybiskupa „gorzkimi mowami”, oświadczyła, że „biskup Bernward nie może jej w ogóle nic nakazać, a klasztor Gandersheim należy do diecezji arcybiskupa”, podjudziła go „bardzo przeciwko panu Bernwardowi” i oczywiście do odnowienia jego roszczeń wobec Gandersheim. A nawet: „Zofia była stale po jego stronie, mieszkała u niego, i dzień i noc chodziła wokół swoich spraw”. Piękne zdanko, a w oryginale jeszcze bardziej wymowne, wewnętrznie zamotane: „Sophia assidue illi cohaerens et cohabitans, haec interdiu noctuque ambiebat”. Co oczywiście nie oznacza, że księżniczka, starsza siostra Ottona III, mówiąc za Hansem Goettingiem, posiadła coś więcej niż „przychylne ucho arcybiskupa”. To wszystko wzburzyło kaznodzieję obyczajności Bernwarda. Wprawdzie zawdzięczał Willigisowi w zasadzie wszystko, on wyświęcił go przecież na subdiakona, diakona i księdza, przypuszczalnie również za jego wstawiennictwem dostał się na biskupstwo hildesheimskie; tak w ogóle charakter i zainteresowania obu nie bardzo się różniły od siebie nawzajem. Tylko że każdy z nich chciał mieć akurat Gandersheim. Jednakże mniszki, ze względu na ciężko chorą Gerbergę teraz pod przewodnictwem Zofii, która wróciła do klasztoru, odmawiały obediencji świętemu z Hildesheim. Tylko dzięki ochronie licznych rycerzy 568 zdołał wbrew kupie ludzi, chcących go jakby co (co oczywiste: „cum iniuria” 569 ) przepędzić, wymusić 14 września tysiącznego roku w święto Podniesienia Krzyża dostęp do klasztornego kościoła i odprawić Świętą mszę. Lecz ledwie dotarł do ofiarowania pobożne zakonnice rzuciły mu pod nogi wśród dzikich przekleństw swe oblacje, „z niewiarygodnymi wyrazami gniewu”, z „dzikimi obelgami wobec biskupa”, w którym wszak jeszcze po tysiącu lat ucieleśnia się dla diecezji hildesheimskiej „pamięć jej złotego wieku” (Wetzer, Welte). Zapewne jedynie dzięki swej zbrojnej świcie wyszedł stamtąd bez szwanku 570. Całkiem inaczej był przyjmowany w Gandersheim sześć dni potem arcybiskup Willigis z Moguncji, również przybyły z wielkim orszakiem i zgłaszający na miejscu swe pretensje do klasztoru, podczas gdy Bernward z Hildesheim odwoływał się bezpośrednio do papieża i cesarza, swego dawniejszego wychowanka, poznał bowiem jasno, „że przenikniętą truciznę można wygnać tylko za pomocą odtrutki papieskiej i cesarskiej”. Tymczasem zdarzył się jednak na synodzie w Gandersheim późną jesienią anno 1000 szalony tumult, albowiem wypędzony przez Duńczyków biskup Ekkehard ze Szlezwiku, tuba propagandowa przezornie pozostającego na uboczu Bernwarda, wezwał do zaniechania synodu, na co książę Kościoła z Moguncji również i on czczony dzisiaj jako święty, i to nie tylko tam wpadł „w niewyobrażalną wściekłość” i zagroził, że każe biskupa „wyrzucić wśród wyzwisk i hańby”. Metropolita, co oczywiste, był ofiarą „złych ludzi” „a przede

293 wszystkim naciskała go mocno Zofia […]”. Tak więc w końcu zostały uznane jego roszczenia majątkowe do Gandersheim przez członków synodu, a spór ogłoszony przez niego jako rozstrzygnięty. Na kolejnym, nakazanym przez papieża synodzie w Pöhlde (Harz) 22 czerwca 1001 roku, zjawił się obok papiesko-cesarskiego legata kardynała Fryderyka, Sasa, i św. biskup Bernward z pokaźną zbrojną świtą. Albowiem: „Jako biskup przeszedł przemianę dokładnie według wskazań apostoła” stosującego miecz już w czasach Chrystusowych. (Świętością jest „stale zdrowe i pełnokrwiste życie, ciągle największa i skoncentrowana siła”; zwłaszcza „niemieccy święci są niemieckimi bohaterami i bohaterkami, więc także wodzowskimi osobowościami niemieckiego narodu”, pisał Johannes Walterscheid oczywiście w 1934 roku i oczywiście z imprimatur generalnego wikarego kardynała Faulhabera, wielkiego bojownika ruchu oporu. W roku 1934 wydało się bowiem Panu „szczególnie stosowne, doprowadzić niemiecki naród do takiego spojrzenia na życie niemieckich świętych” wszak niemieccy święci mieli być w 1934 roku „niezbędnymi pomocnikami przy wewnętrznej budowie naszej ojczyzny […] może również wodzami w boju, jak nasi wielcy biskupi średniowiecza […]”). Bylibyśmy więc na powrót przy naszych bohaterach, św. Bernwardzie i papieskim legacie, którym swego czasu „w niewiarygodny sposób” przeciwni biskupi urągali i grozili. Doszło „do wręcz niewyobrażalnej kłótni i zamętu. Namiestnikowi papieża nie przydzielono bowiem stosownego miejsca do siedzenia. Wybuchł okrutny hałas, nie zważano na prawo, znikł jakikolwiek kanoniczny porządek”. Na koniec do kościoła bożych mężów wtargnęli świeccy. I rzekomo wołali oczywiście „moguncjanie o broń i rzucali niesłychane groźby wobec papieskiego namiestnika i przeciwko biskupowi Brenwardowi”. „Śmierć zdrajcom Rzeszy!”, krzyczeli ludzie arcybiskupa, św. Willigisa, „Precz z Bernwardem, precz z kardynałem Fryderykiem!”. Jednakże następnego dnia arcybiskup Willigis o świcie wymknął się po kryjomu ze swą zgrają, a papieski legat suspendował 571 go uroczyście od wszelkich czynności kapłańskich, czym się arcybiskup specjalnie nie przejął. Za to jego wasale nawiedzili wkrótce potem w nocy opactwo Hildwardshausen, dar cesarza dla św. Bernwarda, przez niego samego „z największą czołobitnością poświęcony, pieczołowicie wyposażony do służby bożej i przez wiele dobrodziejstw i darów bogato odznaczony”. A oczywiście była tam opatką jego ciotka. Teraz jednakże „ludzie arcybiskupa w ciemności nocy napadli opactwo, wtargnęli wszędzie i wszystko porozbijali w drobny mak”. Jak to między chrześcijanami a nawet nie, świętymi! Teraz św. Bernward chciał „poszukać swych praw” w klasztorze Gandersheim. Jednakże jak tylko się zbliżył, gandersheimskie mniszki postawiły klasztor w stan obronny. Kasztel, wieże i szańce tak obstawiły uzbrojonymi ludźmi klasztornymi i arcybiskupimi, że nadciągający św. biskup natychmiast wycofał się do swego hildesheimskiego okręgu katedralnego też przez siebie otoczonego murami i bronionego wieżami 572. Na kolejnym synodzie we Frankfurcie, latem 1001 roku, na którym znowu zabrakło biskupa Bernwarda (zasłonił się chorobą), stanęli znaczniejsi niemieccy prałaci po stronie arcybiskupa Moguncji. A gdy papież 27 grudnia 1001 roku otworzył sobór w Todi, by upokorzyć Willigisa wobec niemieckich biskupów, przybyło ich jedynie trzech, przy czym dwaj Zygfryd z Augsburga i Hugo z Zeitz od dawna należeli do świty cesarza, który wkrótce potem, 23 stycznia 1002 roku, zmarł w Paterno. Bernward z Hildesheim przeszedł dopiero 20 listopada 1022 roku „do lepszej wieczności” i „wkrótce zajaśniał chwałą dzięki cudom w najdalszych kręgach” (Wetzer, Welte). Został wyniesiony w całym katolickim chrześcijaństwie do rangi świętego i wspomożyciela, gdy tymczasem gorliwie forsowana kanonizacja jego rywala utknęła w połowie XII wieku w zamętach, które doprowadziły do zamordowania arcybiskupa Arnolda. Dopiero w XVII wieku Willigis urósł do dziś prawie zapomnianego lokalnego mogunckiego świętego, a to

294 tylko „dlatego, że jakiś zmyślny proboszcz katedralny w wyniesieniu jego członków dojrzał dobrą reklamę w celu pomnożenia dochodów klasztoru Św. Stefana” (Böhmer) 573. Spór o Gandersheim wcale się na tym nie zakończył. Zofia, zostawszy tymczasem tam opatką (1001-1039) gdzie opatkami do 1125 roku prawie wyłącznie były cesarzówny a nadto również opatką w Vreden i Essen, działała dalej. A arcybiskup wciąż zgłaszał roszczenia do Gandersheim. Nawet gdy cesarz Henryk II Święty w styczniu 1007 roku rozstrzygnął spór na korzyść Hildesheim, odżył on za mogunckiego arcybiskupa Aribona II, krewnego cesarza Henryka, około roku 1021, krótko przed śmiercią Bernwarda. A chociaż pozycja Aribona w polityce Rzeszy już za czasów cesarza Henryka była mocna urosła jeszcze za jego następcy Konrada II, w którego wyborze Aribon miał decydujący głos i którego koronował w 1024 roku w Moguncji na króla to walczył on o klasztor do 1030 roku równie zawzięcie, co bezskutecznie z przez siebie samego wyświęconym na biskupa faworytem cesarza Henryka Gotardem z Hildesheim, zresztą kolejnym świętym (dzień 5 maja) 574.

https://docplayer.pl/12819021-Karlheinz-deschner-kryminalna-historia-chrzescijanstwa-tom-5.html#show_full_text

KONIEC

09/10/2020

295 Skróty dotyczące literatury antycznej, czasopism naukowych, słowników i encyklopedii częściej cytowanych w przypisach Adalb. contin. Regin. Adalbert z Weißenburga (Magdeburga), Continuatio Reginonis Adam z Bremy, Gesta Hamm. Gesta Hammaburgensis ecclesiae pontificum Agobard, Lib. apologet. Agobard z Lyonu, Liber apologeticus AKG Archiv für Kulturgeschichte AmrhKG Archiv für mittelrheinische Kirchengeschichte Ann. Alam. Annales Alamannici Ann. Altah. Annales Altahenses maiores Ann. Bertin. Annales Bertiniani Ann. Corb. Annales Corbeienses Ann. Einsidl. Annales Einsidlenses Ann. Farf. Annales Farfenses Ann. Fuld. Annales Fuldenses Ann. Hildesh. Annales Hildesheimenses Ann. Laub. Annales Laubienses Ann. Lob. Annales Lobienses Ann. Magdeb. Annales Magdeburgenses Ann. Mett. Annales Nfettenses Ann. Mett. prior. Annales Mettenses priores Ann. Quedlinb. Annales Quedlinburgenses Ann. reg. Franc. Annales regni Francorum (Roczniki Rzeszy) Ann. Remens. Annales Remenses (zob. tez Flodoard) Ann. Sangall. Annales Sangallenses maiores Ann. Vedast. Annales Vedastini Ann. Weissenb. Annales Weissenburgenses Ann. Xant. Annales Xantenses Arbeo, Vita Heimhr. Arbeo z Freising, Vita sancti Haimrhammi Astron. Astronomus, Vita Hludowici imperatoris AUF Archiv für Urkundenforschung Bonif. ep. Bonifacy, Listy Chron. Hildesh. Chronicon Hildesheimense CIC Codex juris canonici DAM Deutsches Archiv für Geschichte des Mittelalters (1937-1944), od 1951 (t. 8) Deutsches Archiv für Erforschung des Mittelalters DOP Dumbarton Oaks Papers, wyd. Harvard University 1941 i nast. Einh. Einhard, Vita Karoli Ekkeh. Ekkehard IV. z St. Gallen, Casus sancti Galli Erchemp. Erchempert z Montecassino, Ystoriola Langobardorum Beneventi degencium Ermold. Nig. Ermoldus Nigellus, In honorem Hludowici Christianissimi Caesaris Augusti Flod. de Christi triumph. Flodoard z Reims, DeChristi triumphis Flod. Hist. Remens. Flodoard z Reims, Historiarum ecclesiae Remensis libri IV FMSt Frühmittelalterliche Studien, Berlin 1967 i nast. FrhLG Forschungen zur oberrheinischen Landesgeschichte Greg. dial. papież Grzegorz I, Dialogi de vita et miraculis patrum Italicorum (4 księgi) HBG Handbuch der bayerischen Geschichte. T. 1: Dos alte Bayern. Das Stammesherzogtum bis zum Ausgang des 12. Jahrhunderts, oprac. Max Spindler, wyd. II poprawione 1981 HEG Handbuch der Europäischen Geschichte. T. 1. : Europa im Wandel von der Antike zum Mittelalter, oprac. Theodor Schieder, wyd. EI 1992 Helm. Chron. Slav. Heimoirl z Bosau, Chronica Slavorum HJb Historisches Jahrbuch HKG Handbuch der Kirchengeschichte, oprac. Hubert Jedin. Tom HI/1: Die mittelalterliche Kirche: Vom Frühmittelalter bis zur gregorianischen Reform. Wyd. osobne 1985 HZ Historische Zeitschrift, München 1859 i nast. JGO Jahrbücher für Geschichte Osteuropas, München i in. 1936-1941. Nowa Seria 1953 i nast. JGU Jahrbuch für Geschichte der UdSSR Joh. diac. Jan Diakon z Wenecji, Chronicon Venetum JW P. Jaffe, Regesta pontificum Romanorum ab condita ecclesia ad annum post Christum natum MCXCVDI, wyd. II oprac. G. Wattenbach 1885 i nast. Nowe wyd. 1956 Liutpr. antapod. Liutprand z Cremony, Antapodosis

296 Liutpr. hist. Otton Historia Ottonis Liutpr. Legatio Legatio ad imperatorem Constantinopolitanum Nicephorum Phocam LMA Lexikon des Mittelalters I – VII 1980-1995 LP Liber Pontificalis 2 tomy, red. L. Duchesne 1886 i nast. Wyd. II 1955 LThK Lexikon für Theologie und Kirche. Wyd. I 1930 i nast., wyd. II 1957 i nast., wyd. III w nowym oprac. 1993 i nast. (dotychczas tomy I-V.) Mansi J. D. Mansi (red.), Sacrorum Conciliorum nova et amplissima collectio 31 tomów, 1759 i nast. Przedruk i kontynuacja Petit/Martin, 60 tomów, 1901 i nast. MG Monumenta Germaniae historica 1826 i nast. MG Capit. Leges. Capitularia MG Conc. Leges. Concilia MG Const. Leges. Constitutiones MG Epp. Epistolae MG SS Scriptores MIÖG Mitteilungen des Instituts für Österreichische Geschichtsforschung 1880 i nast. Nith. hist. Nithardi historiarum libri IV Notk. Gesta Kar. Notkeri Gesta Karoli Pasch. Eadb. Paschazy Radbert, Vita Walae Pasch. Radb. Epit. Ars. Paschazy Radbert, Epitaphium Arsenii Petr. Damin. Vita Rom. Piotr Damiani, Vita beati Romualdi PL J.-P. Migne Patrologiae cursus completas. Series latina QPIAB Quellen und Forschungen aus italienischen Archiven und Bibliotheken. Zeitschr. des Preußischen bzw. Deutschen Historischen Instituts in Rom”, 1898 i nast. Regin, chron. Regino z Prüm, Reginonis chronica Regin. de synod. caus. Regino z Prüm, De synodalibus causis et disciplinis ecclesiasticis Richer Richer z Reims, Richen historiarum libri IV Ruotg. Vita Brun. Ruotger z Kolonii, Vita Brunonis Sett. cent. it. Settimane di studio del centro italiano di studi sull’alto medioevo 1953 i nast. StM Studi medievali 1904 i nast. Thegan Thegani vita Hludowici Thietm. Thietmar z Merseburga, Chronicon UG Unterfränkische Geschichte I Vita Bernw. Vita Sancii Bernwardi Episcopi Hildesheimensis Vita Ouldalr. Vita Sancti Ouldalrici Episcopi Augustani Widuk. Widukind z Nowej Korbei, Res Gestae Saxonicae ZBKG Zeitschrift für bayerische Kirchengeschichte”, 1916 i nast. ZBLG Zeitschrift für bayerische Landesgeschichte”, 1928 i nast. ZKG Zeitschrift für Kirchengeschichte”, 1876 i nast. ZOF Zeitschrift für Ostforschung”, 1952 i nast. ZSRG GM Zeitschrift der Savignystiftung für Rechtsgeschichte Germanische Abteilung”, 1880 i nast. ZSRG KA Zeitschrift der Savignystiftung für Rechtsgeschichte Kanonistische Abteilung”, 1911 i nast.

297 Przypisy Pełne tytuły najważniejszych pozycji starożytnej literatury źródłowej umieszczono w wykazie skrótów na str. 406 i nast. Jeśli korzystano tylko z jednego dzieła danego autora, to w przypisach cytowane jest tylko jego nazwisko, w pozostałych wypadkach także (hasłowo) tytuł dzieła. 1 Nimbus (łac.) obłok, chmura, tu: okrąg, koło, lub inna figura geometryczna nad głową Chrystusa i świętych [przyp. red.]. 2 W wydaniu niemieckim [przyp. red.]. 3 Łac. significantia znaczenie, wyrazistość, doniosłość, siła słów [przyp. tłum.]. 4 Fichtenau, Das karolingische Imperium, s. 217. 5 Daniel-Rops, s. 554. 6 Nith. hist. 1,3. 7 Ann. Xantens, 834. 8 Ann. reg. Franc. 781, 806; Thegan 3, 6 (według niego Ludwik koronuje się sam), Astron. 3-4, 20. LMA, V, s. 2171. Simson, I, s. 1 i nast. Mühlbacher, II, s. 7. Hartmann, Geschichte Italiens, III, półtom 1, s. 77-78. Reinhardt, s. 29-30. Klebel, Herzogtumer, s. 74. Aubin, s. 144. Classen, s. 109 i nast. Schramm, Kaiser, Könige und Papste, I, s. 296 i nast. Steinbach, Das Frankenreich, s. 68-69, 71. Fleckenstein, Grundlagen und Beginn, s. 104. Schlesinger, Kaisertum, s. 116 i nast. Konecny, Eherecht, s. 3. Deschner, Krzyż, s. 299. Rau, I, s. 213. Riche, Die Welt, s. 21. Schieffer, Die Karolin-ger, s. 112. Boshof, Ludwig der Fromme, s. 86 i nast. Na temat opisanych na wstępie ekscesów seksualnych (wyższego) duchowieństwa por. też: Mynarek, Eros, s. 29 i nast., 49 i nast. i często Ranke-Heinemann, Eunuchy, s. 106 i nast. Herrmann, H. Książęta, s. 165 i nast. Deschner, Krzyż, s. 144 i nast., 153 i nast., 205 i nast. Tenże, Opus Diaboli, s. 84 i nast. Na temat kwestii kobiet w Kościele w historii i obecnie por. np.: Deschner/Herrmann, s. 83 i nast. Moia, Fur die Frauen, passim. Tychże, Geint dtafen, s. 109 i nast. 9 Greg. dial. 4,44. Ann. reg. Fr. 809. Astron. 3-4, 6, 10, 13 i nast. Ermold Nig. in honor. Hlud. 1,56. Wetzer/Welte, VI, s. 626 i nast. LMA, I, s. 1153; III, s. 2160. Handbuch der Europdischen Geschichte, I, s. 1009-1010. Simson, I, s. 37-38. Mühlbacher, II, 7-8, 13, 148. Konecny, Eherecht, s. 1 i nast., zwłaszcza 10, 15. Fichtenau, Das karolingische Imperium, s. 215-216. Schieffer, Ludwig «der Fromme», s. 58 i nast., zwł. 62 i nast., 70 i nast. Tenże, Die Karołinger, s. 112 i nast. Riche, Karolingowie, s. 133-134. Tenże, Die Welt, s. 92-93. Wattenbach/Dümmler/Huf, II, s. 239, 261-262. Hartmann, Die Synoden, s. 153 i nast. 165. Fried, Der Weg, s. 369, por. też 401-402. Boshof, Ludwig der Fromme, s. 5-6, 27 i nast., 74 i nast. Schmitz, s. 79. 10 LMA, II, s. 1948-1949; V, s. 451-452, 903-904, 907-908. Hartmann, Die Synoden, s. 155 i nast. Na temat reformy monastycznej” za czasów Ludwika patrz też Oexle, s. 112 i nast., por. też s. 141-142, przyp. 216. Poza tym Goetz, s. 108, Deschner, Dornróschen-trdume, s. 169 11 LThK, wyd.i, III, s. 592-593; wyd. III, ni, s. 527-528. LMA, III, s. 1705 i nast. (Schieffer). Nylander, s. 24. Lassmann, s. 229. Hartmann, Der rechtliche Zustand, s. 397 i nast. Tenże, Die Synoden, s. 161 i nast. Ehlers, s. 30. Brunner, s. 37-38. 12 LMA, I, s. 216-217 (Boshof). Mühlbacher, II, s. 63. Konecny, Eherecht, s. 14-15. Boshof, Erzbischof Agobard, s. 100. Hartmann, Die Synoden, s. 166-167, por. też s. 187, 192-193. Deschner, / znowu, II, s. 79. I generalnie dotycząca średniowiecza opinia Gurjewitscha s. 274 i nast.: Jedynym przepisem Kościoła, skierowanym na częściową redystrybucję dóbr, było napominanie do jałmużny.” 13 Ermold. Nig. in honor. Hlud. 2. Astron. 8. Konecny, Eherecht, s. 2, 12-13, 21. Schieffer, Die Karołinger, s. 114, 119-120. Werner, Die Nach-kommen, s. 4, 443-444. Riche, Karolingowie, s. 133. Boshof, Ludwig der Fromme, s. 59-60. Wemple, s. 79-80. 14 Astron. 40. Ann. reg. Fr. 826-827. Ann. Ful-dens. 828. LThK, wyd. I, IX, s. 391 i nast. Fichtinger 344. Por. też Deschner, I znowu, I, s. 346. Prawie niewiarygodna, a jednak prawdziwa jest poniższa relacja, którą trzeba przytoczyæ nie tylko jako kuriozum związane z patronem bractw kurkowych, lecz także jako świadectwo, jak długo owa chrześcijańska paranoja jest traktowana całkiem poważnie. W sobotę, 22 stycznia 1977 roku, z nadania królewskiego naczelne bractwo kurkowe w Wiirzburgu” w tamtejszym kościele augustianów obchodziło stulecie istnienia, świętując nabożeństwo Sebastianowe” z pocztami sztandarowymi” również innych braci kurkowych”, z parą królewską” i honorowymi mistrzami”, a nawet jedną siostrą kurkową”, z grupą trębaczy myśliwskich” przy uroczystej sumie”, przy czym celebrant (sic) Świętego Urzędu” ujawnił, że bractwo kurkowe, zgrupowane wokół tarczy jednoczącej wszystkich strzelców, uosabia ideał Kościoła”, powiedzmy Kościoła istniejącego dla sportu, wspólnoty i społeczeństwa” i o ile w przypadku naczelnego bractwa są urzeczywistniane miłośæ, wiernośæ i wspólnota, to bractwo kurkowe pracuje razem przy zleceniu Chrystusa i buduje państwo boże”. Czyż nie jest to wspaniałe, jak z nadania królewskiego naczelne bractwo kurkowe” przybliża się, niczym tarcza strzelecka, do ideału Kościoła” wraz z państwem bożym”! Czyż można się

298 dziwiæ, że ojcowie augustianie jak zawsze (!) ozdobili stół ołtarza relikwią, a mianowicie grotem strzały, która miała przeszyæśw. Sebastiana”?! Szkoda tylko, że gdy naczelnemu bractwu kurkowemu z nadania królewskiego wręczano po mszy według starego przywileju napój św. Sebastiana”, w tym roku Julius Echterberg rocznik 1975 wino z Iphof’ [Julius Echter (1545-1617) książę biskup Wurzburga, czołowy antyreformator i członek Ligi Katolickiej z r. 1609 przyp. red.], to nie popłynął on w gardła braci z czerepu czaszki ich świętego. Naczelne bractwo kurkowe z królewskiego nadania winno się zwróciæ (może to uczyniæ w przyszłości) do braci z Ebersbergu w Górnej Bawarii, którzy pijali ongiś poświęcone wino z rzekomego czerepu czaszki św. Sebastiana” (Lexikon fur Theologie und Kirche). Wskazówkę na temat wiirzburskiego bractwa kurkowego ku czci ŚW. SEBASTIANA” zawdzięczam czytelnikowi, który nadesłał mi 28.02.1977 roku odpowiednie materiały z dopiskiem końcowym: Jest tu wszystko tak oczywiste, że oszczędzę sobie dodatkowych wywodów. Nie ulega wątpliwości, że od nowego roku przestanę byæ członkiem naczelnego bractwa i to z uzasadnionych powodów. Nawiasem mówiąc, rzecz prawie nie do uwierzenia […]”. 15 Ann. reg. Fr. 823. Astron. 37, 42. 16 Polowanie i arystokracja są nierozłączne, zawsze wierne dworskiemu sygnałowi rogu”, pisze Karl August Groskreutz w swej aluzyjnie utkanej i bardzo często pełnej gry słów wędrówce poprzez anatomię świń ludzi, jedynym w swym rodzaju dziele współczesnej niemieckiej literatury. Dokładnie 116 106 istnień gonił i schwytał i zastrzelił książę Jan I, elektor saski podczas swych rządów (1611 1655), w tym samych dzików 3192, a w spisach łowieckich dworu wyliczono 27 «położonych» przez niego osobiście jeży. Dokładnie 5218 sztuk dziczyzny, z 330 dzikami, zepsuty do szpiku kości książę wirtemberski Eugeniusz [więził Schubarta, z którego opowiadania Fryderyk Schiller zaczerpnął wątek dla swych Zbójców przyp. red.] kazał na swe urodziny 20 lutego 1763 roku spędziæ z borów we własnych domenach ku uciesze ich masakrowania i przywieźæ je w klatkach, nie zważając na okresy ochronne; dorównał w tym tyranom Viscontim z Mediolanu. Burckhardt powiada: «Najważniejszym zadaniem państwowym jest polowanie księcia na dziki; kto mu się w nie miesza, jest wmęczarniach tracony. Drżący lud musi żywiæ jego pięæ tysięcy psów myśliwskich, ponosząc najsurowszą odpowiedzialnośæ za ich zdrowie»”. Myśliwym, a poza tym okrutnym wrogiem zwierząt, który sam zarzynał świnie i osobiście grzebał w ich wnętrznościach, był Karol IX, król Francji, który dał swej matce Katarzynie Medycejskiej w roku 1572 pozwolenie na rzeź hugenotów, wskutek czego doszło do tzw. paryskiego wesela”, nocy św. Bartłomieja”, podczas której katolicy z okrzykiem bojowym Niech żyje msza! Zabijajcie, zabijajcie!” na ustach w ciągu paru godzin wyrżnęli 20, a może 30 tysięcy hugenotów. Rzym zareagował na to dziękczynnymi nabożeństwami, uroczystymi procesjami i medalem pamiątkowym papieża Grzegorza XIII z aniołem przebijającym hugenota i własnym konterfektem namiestnika Chrystusa. Jeszcze cesarz Franciszek Józef zabił podczas polowania z nagonką w krótkim czasie 50 do 70 zwierząt. A cesarz Wilhelm II kazał ustawiæ w Prusach Wschodnich kamień pamiątkowy z okazji sto pięædziesięciotysięcznego myśliwskiego mordu. owy i wojna ściśle wiążą się ze sobą, a dokładnie ujmując polowanie jest jeszcze bardziej odrażające niż wojna, gdyż od dawna dotyczy istnień właściwie zupełnie bezbronnych. Por. przede wszystkim Groskreutz, Der Schnauzenkuss, s. 81-82. Heer, Europdische Geisłesgeschichte, s. 384-385. Tenże, Europa, s. 66, 88, 93. Goetz, s. 199. Rósener, s. 111. Jako rycerza i myśliwego wymienia M. Gilsenan, s. 113 114, dwa klasyczne symbole określonej formy władzy”. Deschner, Polityka papieska, I, s. 572. Tenże, Opus Diaboli, s. 229 i nast. Nieskończona nędza zwierząt w historii chrześcijaństwa, podczas wojny i pokoju, jest przez historyków zwykle całkowicie przemilczana. Tym większa zasługa nielicznych wyjątków wśród naukowców. Np. Singer, Befreiung der Tiere, niezwykle pożyteczne dzieło, passim. Por. szczególnie aneks 1, s. 275 i nast. Następnie Singer/Dahl, s. 280 i nast. Herrmann, H., Passion der Grausamkeit, s. 26 i nast. Moia, Geint d’pafen, s. 193 i nast. Por. też Deschner, Warum ich Christ, Atheist, Agnostiker bin, s. 167 i nast. Was ich denke, s. 93 i nast. Argernisse, s. 55 i nast. Bissige Aphorismen, s. 84 i nast. 17 Ann. reg. Fr. 820, 825 i nast. Thegan 19. Astron. 19, 32, 35, 40 i nast., 46, 57. LMA, Ul, s. 2160; V, s. 270 i nast. (Schwenk). HKG, m/1, s. 120, 126. Simson, I, 34-35, 344. Wattenbach/Dummler/Huf, II, s. 239. Mühlbacher, II, s. 48, 133, 143. Briihl, Fodrum, s. 31 i nast. Fichtenau, Lebensordnungen, s. 196-197. Fried, Die Formierung, s. 12, 14. Voss, s. 161. Szczegóły na temat łowów zawdzięczam przede wszystkim bogatej merytorycznie, pod wieloma względami wartej przeczytania książce Pierre’a Riche, Die Welt der Karolinger, s. 41 i nast., 114. Por. zwłaszcza s. 94, tutaj cytat z Ermoldusa Nigellusa. Boshof, Ludwig der Fromme, s. 63. Werner, Die Ursprunge, s. 421-422. Na temat całości zagadnienia: Lindner, Geschichte des deutschen Weidwerks, II, s. 235 i nast. i od strony historii prawa i społeczeństwa Jarnut, Die friihmittelalterliche Jagd, s. 765 i nast. 18 Astron. 20. Schieffer, Die Karolinger, s. 117. Fried, Der Weg, s. 341-342. 19 Ann. reg. Fr. 814. Astron. 21, 23. Simson, I, 10 i nast., 33-34. Mühlbacher, II, s. 7 i nast. Fichtenau, Das karolingische Imperium, s. 220-221. Weinrich, Wala, s. 28 i nast. Semmler, Ludwig der Fromme, s. 28 i nast. Fried, Der Weg, s. 342-343. Kasten, s. 100-101.

299 20 Nithardi hist. 2. Astron. 21, 23. Simson, I, 17 i nast, 20 i nast. HKG, m/1, s. 120-121. LMA, I, s. 105, 2023; V, s. 162-163. Hartmann, Geschichte Italiens, III, półtom 1, s. 92-93, 108-109, 144. Mühlbacher, II, s. 8 i nast. Weinrich, Wala, s. 30-31, 33 i nast. Konecny, Eherecht, s. 11-12. Fichtenau, Dos karolingische Imperium, s. 221. Hartmann, Die Synoden, s. 153. Schieffer, Die Karolinger, s. 112 i nast., 120. Riche, Karolingowie, s. 134, 136. Fried, Der Weg, s. 342-343. Boshof, Ludwig der Fromme, s. 91 i nast. Na temat Adalharda: Kasten, passim. 21 Thegan 8. Na temat niesłychanych bogactw kościołów dzisiaj i ich metod wyzyskiwania innych por. H. Herrmann, Die Kirche und unser Geld, passim. Tenże, Caritas-Legende, s. 93 i nast., 255 i nast. Tenże, Kirchenaustritt, s. 80 i nast. Tenże, Pecunia non olet, s. 226 i nast. Następnie: Deschner/ Herrmann, s. 69 i nast., 249 i nast., 265 i nast. Deschner, Dos Kapitał der Kirche, s. 299 i nast. 22 Thegan 10, 20. 23 Ann. reg. Fr. 827. LMA, IV, s. 2121; V, s. 806. Simson, I, s. 23-24. 24 LThK, wyd. III, II, s. 200-201. LMA, IV, s. 1168-1169 (Schild). Fichtenau, Das karolingische Imperium, s. 202. Riche, Karolingowie, s. 252. Boshof, Ludwig der Fromme, 46 i nast. Fried, Der Weg, 345-346. Też Prinz, Askese und Kultur, s. 61 i nast. ocenia przekazywanie kultury literackiej w klasztorach raczej negatywnie”. Klasztory charakteryzuje nie zorganizowane przekazywanie wiedzy, lecz wychowanie ku powołaniu”. Na temat sytuacji w początkach średniowiecza: Illmer, passim, zwłaszcza s. 65-66, 89 i nast., 153 i nast. również ogólnie z bardzo negatywnym rezultatem. 25 Astron. 28. Wita Benedicti 35. LThK, wyd. I, II, s. 147-148; wyd. III, II, s. 200-201. LMA, I, s. 1864 i nast. Simson, I, s. 24-25. Hartmann, Geschichte Italiens, III, półtom 1, s. 94. Mühlbacher, II, s. 11 i nast., 19 i nast., 25 i nast., 40. Cartellieri, I, s. 240. Lówe, Deutschland, s. 171-172. Steinbach, Dos Frankenreich, s. 71. Mayer, Staatsauffassung, 172 i nast. Zóllner, 232 i nast. Sprandel, s. 100. Haendler, s. 117-118. Kasten, s. 91 i nast. Fichtenau, Dos karolingische Imperium, s. 197-198. Schieffer, Die Karolinger, s. 114. Riche, Karolingowie, s. 251-252. Hartmann, Die Synoden, s. 153 i nast. Tenże, Herrscher der Karolingerzeit, s. 46. Schneider, Dos Frankenreich, s. 38. Goetz, s. 68-69. Fried, Der Weg, s. 346 i nast. Staubach, s. 34 pisze 0 dziwacznych upodobaniach Ludwika do życia zakonnego i kwestiach dyscypliny klasztornej. 26 Thegan 36. LMA, V, s. 10-11, 20, 625. Simson, I, s. 23-24. Hartmann, Geschichte Italiens, półtom 1, s. 133. Levison, s. 517. Riche, Karolingowie, s. 277-288. Schieffer, Die Karolinger, s. 121. 27 Chodzi tu o obszar południowo-wschodniej Bawarii [przyp. red.]. 28 MG Cap. I, s. 270 i nast. Ann. reg. Fr. 817. Handbuch der Kirchengeschichte, m/1, s. 125. LMA, III, s. 1133-1134; VI, s. 1434-1435. Simson, I, s. 100 i nast., 112-113. Mühlbacher, II, s. 22 i nast. Cartellieri, I, s. 243. Reinhardt, Untersuchungen, s. 31-32. Conrad, s. 102. Steinbach, Dos Frankereich, s. 71. Tellenbach, Die Unłeilbarkeit, s. 113. Fleckenstein, Grundlagen und Beginn, s. 104-105. Schieffer, Die Karolinger, s. 117-118. Hartmann, Die Synoden, s. 160-161. Schneider, Dos Frankenreich, s. 38. Semmler, Ludwig der Fromme, s. 28 1 nast. Fried, Der Weg, s. 350-351, który (w cytacie) obejmuje również czołowe grupy arystokracji. Boshof, Ludwig der Fromme, s. 129 i nast. Werner, Die Ursprunge, s. 421 i nast. 29 Einh. vita Karoli, 19. Ann. reg. Fr., 812 i nast., zwł. 817-818. Thegan, 22-23. Astron. 29-30, 39, 42. Nith. hist. 1,2. Reginon, chroń., 818. LMA, I, s. 1983; VI, s. 2171. Simson, I, s. 8-9, zwł. 112 i nast., 120 i nast. Hartmann, Geschichte Italiens, HI, półtom 1, s. 102 i nast. Cartellieri, I, s. 244. Mühlbacher, II, s. 30 i nast. Faulhaber, s. 36. Mohr, s. 80-81. Bund, s. 393 i nast. Sprigade, s. 71 i nast. Schaab, s. 65 i nast. Fichtenau, Dos karolingische Imperium, s. 241-242. Noble, s. 315 i nast. Riche, Karolingowie, s. 135-136. Boshof, Ludwig der Fromme, s. 141 i nast. 30 Thegan 24. Nith. hist. 1,2. Astron. 35. Chroń. Moiss. 817. Simson, I, 127-128. Mühlbacher II, s. 3233, 62. Schaab, s. 167. Sprigade, s. 73 i nast. Fichtenau, Das karolingische Imperium, s. 243. Riche, Karolingowie, s. 135. 31 Ann. reg. Fr. 822. Astron. 35. Simson, I, s. 177 i nast. Mühlbacher II, s. 61 i nast. Schieffer, Die Karolinger, s. 121. Riche, Karolingowie, s. 135-136. Boshof, Ludwig der Fromme, s. 147. 32 Ann. reg. Fr. 829 i nast. Nith. hist. 1,3. LMA, VI 1201, 1754. Simson, I, s. 300 i nast. (z obfitymi świadectwami Źródłowymi). Mühlbacher II, s. 11, zwł. 64 i nast. Kupisch, s. 14. Riche, Karolingowie, s. 138. Duby, s. 11 i nast. Por. też Schneider, Das Frankenreich, s. 77. Geremek, s. 7 i nast., 21 i nast. Bentzien, s. 53. Cipolla/Borchardt, s. 30 i nast. 33 Astron. 25-26,34. 34 Riche, Die Welt, s. 98 i nast. 35 Thegan 13, 15. Astron. 25-26. Ann. reg. Fr. 815-816. Simson, I, s. 52-53, 64-65. Mühlbacher, II, s. 44-45. R. Schneider, Dos Frankenreich, s. 37. Kretschmann, Die stammesmdssige Zusammensetzung, s. 23. 36 Ann. reg. Fr. 818. Thegan 25. Astron. 30. LMA, II, s. 615 i nast. Simson, I, s. 128 i nast. Mühlbacher, II, s. 42-43. Schieffer, Die Karolinger, s. 124. Boshof, Ludwig der Fromme, s. 100-101. 37 Gaskonia to nazwa francuska (część Baskonii); Waskowie z Baskonii właściwie stanowili ten sam lud [przyp. red.].

300 38 Ann. reg. Fr. 819, 821. Ann. Bertin. 839. Ann. Sith. 819. Astron. 31-32. dtv Lexikon, VII, s. 117. LMA, IV, s. 1126-1127. Simson, I, s. 140-141, 151. Dummler, s. 166 i nast. Schieffer, Die Karolinger, s. 123-124. Friedmann, s. 193. 39 Zawsze ten sam (to samo) łac. [przyp. tłum.]. 40 Friuli Wenecja Julijska (Friuli Venezia Giulia), kraina we Włoszech ze stolicą w Trieście [przyp. red.]. 41 Ann. reg. Fr. 819 i nast. Thegan 27. Astron. 32-33, 36. Ann. Sith. 820. LMA, II, s. 463; V, s. 1538, 2055. Simson, I, s. 149 i nast., 158 i nast., 173 i nast. Mühlbacher, II, s. 54 i nast. Hauptmann, Kroaten, Goten, s. 325 i nast. Tenże, Die Kroaten im Wandel der Jahrhunderte, s. 12. Vernadsky, s. 265, 279. Cartellieri, I, s. 245 i nast. Zatschek, s. 69-70. Pirchegger, Karantanien, s. 272 i nast. Schulze, Vom Reich der Franken, s. 379. McKitterick, s. 129. Babiæ/Belośeviæ, s. 81 i nast. 42 Ann. reg. Fr. 822. 43 Branićewo miasto w Serbii nad rzeką Morawą niedaleko jej ujścia do Dunaju, w pobliżu ruin rzymskiego miasta Viminacium [przyp. tłum.]. 44 Tamże, Astron. 35-36. Simson, I, s. 187 i nast. Schieffer, cyt. za Handbuch der Kirchengeschichte, m/1, s. 141. 45 Astron. 23. 46 Ann. reg. Fr. 824. Thegan 31, 49. Astron. 30, 37. Tusculum Lexicon s. 90-91. LMA, III, s. 21602161. Simson, I, s. 216 i nast. Mühlbacher, II, s. 43-44. Dummler, I, s. 24-25. Ermoldus Nigellus, cyt. za Riche, Die Welt, s. 98. Anton, Die Iren, s. 606 i nast. Godman, s. 45 i nast., 250 i nast. 47 Mühlbacher, n,s. 58-59. 48 Simson, I, s. 311 ze wskazaniem Źródeł. 49 Ann. reg. Fr. 826 i nast. Astron. 40 i nast. LMA, VI, s. 1406. Simson, I, s. 47 i nast., 267 i nast., 273 i nast. 50 Ann. reg. Fr. 824 i nast. Ann. Fuldens. 828-829. LMA, VI, s. 1407-1408. Simson, I, s, 223, 235-236, 253, 277, 297-298. Mühlbacher, II, s. 57-58. Schieffer, Die Karolinger, s. 123. 51 Utyka w starożytności osada fenicka w Afryce Płn. w pobliżu Kartaginy; założona ok. 1100 r. p.n.e.; po III wojnie punickiej (149-146) stolica rzym. prowincji Afryka [przyp. red.]. 52 Ann. reg. Fr. 828. Astron. 42. Simson, I, s. 299. 53 Ann. reg. Fr. 815. Astron. 25. Wetzer/Welte, VI, s. 458. Handbuch der Europdischen Geschichte, 1, s. 580-581. LThK, wyd. I, VI, s. 494. Kelly, s. 113-114. LMA, V, s. 1877-1878. Simson, I, s. 60 i nast., 234. Hartmann, Geschichte Italiens, III, półtom 1, s. 96. Gregorovius 1/2, s. 478. Mühlbacher, II, s. 14. Stratmann, Die Heiligen, IV, s. 173. Cartellieri, I, s. 241. Haller, Papstum, II, s. 18, 24. Seppelt/Schwaiger, s. 96-97. Seppelt II, s. 186-187. Prinz, Grundlagen und Anfange, s. 102. Schieffer, Die Karolinger, s. 180. Hartmann, Die Synoden, s. 120, 286. Moser, s. 73. Peter de Rosa przedstawia wyłupione oczy i ucięte języki jako fakt: Gottes Erste Diener [Pierwsi słudzy Boga przyp. tłum.], s. 58. 54 Ann. reg. Fr. 816. Thegan 16 i nast. Astron. 26. Lib. Pont. (wyd. Duchesne) Wita Steph. IV. 2, 49 i nast. Jaffe, Regesta, 1, 316 i nast. LThK, wyd. I, IX, s. 805; wyd. II, IX, s. 1039-1040. Handbuch der Kirchengeschichte, III/l, s. 124. Handbuch der Europdischen Geschichte, I, s. 584. Kuhner, Lexikon, s. 55. Kelly, s. 114-115. Simson, I, s. 67 i nast. Mühlbacher, II, s. 14 i nast. Gregorovius, 12, s. 482-483. Cartellieri, I, s. 241. Eichmann, I, s. 15 i nast., 40 i nast. Na temat korony generalnie: II, s. 57 i nast. Fritze, Papst, s. 43 i nast. Aubin, s. 152. Haller, II, s. 24. Seppelt, II, s. 200 i nast. UUmann, s. 215 i nast., zwł. s. 218. Gontard, s. 177. Dawson, s. 252. Ermoldus Nigellus cyt. za Riche, Die Welt, s. 91. Tenże, Karolingowie, s. 134. Schieffer, Die Karolinger, s. 115. O. Engels, s. 23-24. Fried, Der Weg, s. 344-345. Boshof, Ludwig der Fromme, s. 136 i nast., jak często nieco apologetyczny, dlatego interpretacja Frieda jest dla niego również nieprzekonująca”. Lub na s. 162, przyp. 389, nie dając tutaj możliwości zaznajomienia się ze szczegółami, nie przekonuje”. 55 Ann. reg. Fr. 817. Kelly, s. 115. LMA, VI, s. 1612. Handbuch der Europdischen Geschichte, I, s. 585. Mühlbacher, II, s. 18. Gregorovius, 1/2, s. 484. Seppelt, II, s. 203 i nast. Hahn, s. 15 i nast. Prinz, Grundlagen und Anfange, s. 108. Boshof, Ludwig der Fromme, s. 139-140. 56 Ann. reg. Fr. 823. Astron. 36. Kuhner, Lexikon, s. 56. Kelly, s. 115. LMA, VI, s. 1752. Mühlbacher, II, s. 34. Cartellieri, I, s. 241, 247. Gregorovius, II/l, s. 487. Schmirer, II, s. 29. Eichmann, I, s. 47 Seppelt, II, s. 205. Ullman, s. 233 i nast. Aubin, s. 152. Riche, Karolingowie, s. 136. Schieffer, Die Karolinger, s. 121-122. 57 Ann. reg. Fr. 823. Thegan 30. Astron. 37-38. An. Sith. 823. Kelly, s. 114-115. LMA, III, s. 1673 i nast., zwł. s. 1681. Handbuch der Kirchengeschichte, El/1, s. 129. Simson, I, s. 202 i nast. Mühlbacher, II, s. 34-35. Gregorovius, 1/2, s. 488. Hartmann, Geschichte Italiens, III, półtom 1, s. 111 i nast. Cartellieri, I, s. 246-247. Haller, II, s. 25. Seppelt, H, s. 205-206. Seppelt/Schwaiger, s. 97. Gontard, s. 177. Zimmermann, Papstbesetzungen, s. 37-38. 58 Ann. reg. Fr. 824. Thegan 30. LThK, wyd. I, I, s. 985, relacjonuje, że Baronius musiał zostaæ zmuszony do przyjęcia godności kardynalskiej groźbą ekskomuniki. LThK, wyd. III, I, s. 31 przemilcza ten wstydliwy fakt. Kelly, s. 116. Simson, I, s. 213 i nast. Gregorovius, 1/2, s. 489. Seppelt, II, s. 206. 59 Zazwyczaj wyjęcie spod powszechnej jurysdykcji; w tym przypadku: wyjęcie klasztoru spod władzy miejscowego biskupa [przyp. tłum.].

301 60 Constitutio Romana: MG Capit. 1, s. 323-324. Por. też: De imperatoria potestate in urbe Roma libellus: MG Scriptores III, s. 720. Lib. Pont., Vita Eugen 2,69-2,70. Jaffe, Regesta, 1,320 i nast. Ann. reg. Fr. 824. Astron. 38. Kuhner, Lexikon, s. 56. Kelly, s. 116 i nast., 133. LMA, III, s. 176-177; IV, s. 295; VI, s. 1752. Handbuch der Kirchengeschichte, III/l, s. 129-130. Simson, I, s. 225 i nast. Hartmann, Geschichte Italiens, III, półtom 1, s. 113 i nast. Mühlbacher, II, s. 35-36. Cartellieri, I, s. 247. Gregorovius, 1/2, s. 487-488. Seppelt/Schwaiger, s. 98. Seppelt, II, s. 205, 208-209. Haller, II, s. 25-26. Steinbach, Das Frankenreich, s. 73. Lówe, Deutschland, s. 174. Fischer, Kónigtum, Adel, s. 81. Prinz, Grundlagen und Anfange, s. 108. Schieffer, Die Karolinger, s. 121-122. Hartmann, Die Synoden, s. 173 i nast. 61 Delegata [przyp. tłum.]. 62 Dla zbawienia wszystkich [przyp. tłum.]. 63 MG Cap. 2,4. MG Conc. 2,606 i nast. Astron. 35. Altaner/Stuiber, s. 225-226. Kraft, s. 448. Simson, I, s. 303, 315 i nast. Hartmann, Geschichte Italiens, III, półtom 1, s. 96 i nast., 128-129. Dümmler, I, s. 48 i nast. Cartellieri, I, s. 245. Steinbach, Das Frankenreich, s. 72-73. Voigt, Staat und Kirche, s. 419-420. Faulhaber, s. 46 i nast., 100 i nast. Mohr, s. 91-92. Lówe, Deutschland, s. 181-182. Halphen, The Church, s. 444. Bund, s. 398 i nast. Schieffer, Die Karolinger, s. 121, 127. Riche, Karolingowie, s. 136-137. Por. też na ten temat Gurjewitsch, s. 196 i nast. 64 Autorytet [przyp. tłum.]. 65 Władza [przyp. tłum.]. 66 Simson, I, s. 300 i nast. z wieloma wskazówkami źródłowymi. Dümmler, I, s. 46 i nast. Cartellieri, I, s. 252. Dórries, II, s. 217. Weinrich, Wala, s. 60 i nast. Goetz, s. 27. Duby, s. 12. 67 Ann. reg. Fr. 819. Nith. hist. 1,2. Thegan 25-26. Astron. 8, 32. Simson, I, s. 145 i nast. (tu cytat z Ludena). Mühlbacher, II, s. 39-40. Konecny, Die Frauen, s. 99-100. Fichtenau, Dos karolingische Imperium, s. 250 i nast. (tu cytat z Agobarda). 68 Ślub Ludwika i Judyty odbył się w lutym 819 r.; Gizela urodziła się ok. 820 r. [przyp. tłum.]. 69 Ann. reg. Fr. 828-829. Thegan, 35-36. Astron. 43. Nith. hist. 1,3. Mühlbacher, II, s. 40-41. Simson, I, s. 325 i nast. Faulhaber, s. 50-51. Sprigade, s. 80-81. Boshof, Erzbischof Agobar, s. 195 i nast. Weinrich, Wala, s. 70-71. Fichtenau, Dos karolingische Imperium, s. 252 i nast. 70 Ann. reg. Fr. 827, 829. Nith. hist. 1,3. Astron. 43. LMA, I, s. 1985. Simson, I, s. 330 i nast. Mühlbacher, II, s. 74 i nast. Schieffer, Die Karolinger, s. 127-128. Por. też przypis następny. 71 Thegan 36. Astron. 44. An. Fuldens. 830. Ann. Bertin. 830. Regin, chroń. 838. Pasch. Radbert. Epitaph. Arsenii 2,8. Agobard, Lib. apologet. 2. LMA, III, s. 934, IV, s. 2121, V, 2123, VI, 2170. Simson, I, s. 329, 335-336. Mühlbacher, II, s. 74 i nast. Boshof, Erzbischof Agobard, s. 196 i nast., 208. Weinrich, Wala, s. 70 i nast. Fichtenau, Dos karolingische Imperium, s. 167-168. Bund, s. 401 i nast. Riche, Karolingowie, s. 136 i nast. Tenże, Die Welt, s. 117, 222-223. 72 Audacter calumniare, semper aliquid haeret (łac.) szkalujcie śmiało, zawsze coś przylgnie [przyp. tłum.]. 73 Za pierwszymi przeciwko pierwszemu (łac.) [przyp. tłum.]. 74 Nith. hist. 1,3. Ann. Bertin. 830-831. Astron. 44 i nast. Thegan 36. Ann. Mett. 830. Paschal. Radbert. Vita Walae 9-10. LMA, III, s. 225, 295, 1682. Simson, I, s. 335 i nast., 341 i nast., 351 i nast.; II, s. 1 i nast., 232 i nast. Mühlbacher, II, s. 82 i nast. Dümmler, I, s. 56 i nast., 65 i nast. Cartellieri, I, s. 253 i nast., 286 i nast. Sprigade, s. 80 i nast. Weinrich, Wala, s. 74 i nast. Konecny, Die Frauen, s. 97-98. Fichtenau, Das karolingische Imperium, s. 257-258, 267-268. Schieffer, Die Karolinger, s. 128 i nast. Riche, Karolingowie, s. 139. 75 Thegan 39. Astron. 47-48. Ann. Fuldens. 832. Ann. Bertin. 832-833. Nith. hist. 1,3-4. LMA, I, s. 216; VI, s. 2170. Handbuch der Kirchengschichte, m/1, s. 140. Handbuch der bayerischen Geschichte, I, s.263-264. Simson, II, s. 17 i nast., 32 i nast., 40 i nast. Mühlbacher, II, s. 88 i nast., 91 i nast. Cartellieri, I, s. 244, 246-247, 256. Hartmann, Geschichte Italiens, III, półtom 1, s. 133 i nast. Steinbach, Das Frankenreich, s. 73. Haller, II, s. 38. Seppelt/Schwaiger, s. 98-99. Aubin, s. 153-154. Bund, s. 405 i nast. Fleckenstein, Grundlagen und Beginn, s. 105-106, 124-125. Schieffer, Die Karolinger, s. 127-128, 130-131. Riche, Karolingowie, s. 139-140. 76 Ann. Xantens. 833. Thegan 42. Ann. Fuldens. 833. Ann. Bertin. 833. Astron. 48. Nith. hist. 1,4. Paschas. Radbert. Epit. Arsen. 2,14 i nast. LMA, III, s. 1405. Handbuch der Kirchengeschichte, III/l s. 141. Dümmler, I, s. 74 i nast. Simson, II, s. 31 i nast., 44 i nast., 61. Mühlbacher, II, s. 98 i nast. Hartmann, Geschichte Italiens, III, półtom 1, s. 138. Cartellieri, I, s. 256. Voigt, Staat und Kirche, s. 448 i nast. Boshof, Erzbischof Agobard, s. 216 i nast. Sprigade, s. 78-79. Grotz, s. 22. Steinbach, Das Frankenreich, s. 74. Weinrich, Wala, s. 79 i nast. Dawson, s. 254-255 interpretuje taktykę papieża korzystnie dla niego. Seppelt/ /Schwaiger, s. 99. Fleckenstein, Grundlagen und Beginn, s. 125. Fichtenau, Das karolingische Imperium, s. 278-279. Riche, Karolingowie, s. 140. Schieffer, Die Karolinger, s. 131-132. Ullmann, s. 246 i nast. Bund, s. 407 i nast.

302 77 Astron. 48. Thegan 42 i nast. Ann. Bertin. 833. Ann. Remens. 833. Ann. Fuldens. 834. Dümmler, I, s. 79 i nast. Simson, II, s. 52 i nast., 62 i nast., 76. Mühlbacher, II, s. 100 i nast. Hartmann, Geschichte Italiens, III, półtom 1, s. 139. Cartellieri, I, s. 257. Boshof, Erzbischof Agobard, s. 240-241, 253. Voigt, Staat und Kirche, s. 448 i nast. Bund, s. 409 i nast. Schieffer, Die Karolinger, s. 132-133. Riche, Karolingowie, s. 140. 78 Cyt. tamże, s. 141. Por. też LMA, V, s. 144. Handbuch der bayerischen Geschichte, s. 263-264. Simson, II, s. 54 i nast., 80 i nast. Na temat twórczości Rabana Maura: Haend-ler, s. 125 i nast. 79 Za Riche, Karolingowie, s. 140. 80 LThK, wyd. I, I, s. 143-144. LMA, I, s. 216-217. Mühlbacher, II, s. 103 i nast. Rahner, s. 181. Por. też Deschner, I znowu zapiał kur, II, s. 120, 130. Boshof, Erzbischof Agobard, s. 244. Wiegand, s. 221, 232, 247. Oepke, s. 292-293. 81 Nith. hist. 1,3. Thegan 43. Ann. Bertin. 833. Ann. Fuldens. 834. Astron. 48-49. LMA, I, s. 216-217; V, 2124. HKG III/l, s. 141. Simson, II, s. 63 i nast., 66 i nast. Mühlbacher, II, s. 105 i nast. Hartmann, Geschichte Italiens, III, półtom 1, s. 139-140. Dümmler, I, s. 84 i nast. Cartellieri, I, s. 257-258. Mohr, s. 98 i nast. Schóffel, I, s. 53. Zatschek, s. 74. Wiegand, s. 221. Boshof, Erzbischof Agobard, s. 228 i nast., 241 i nast. Bund, s. 413 i nast. Schieffer, Die Karolinger, s. 133. Riche, Karolingowie, s. 140. Hartmann, Die Synoden, s. 188. 82 Sacrilegium świętokradztwo, homicidium mord, periurium krzywoprzysięstwo [przyp. tłum.]. 83 Simson, II, s. 72 i nast. Mühlbacher, II, s. 109-110. Sommerlad, II, s. 192-193. Schóffel, I, s. 84 Astron. 51. Mühlbacher, II, s. 110 i nast. Simson, II, s. 73 i nast. Hartmann, Geschichte Italiens, III, półtom 1, s. 140. Cartellieri, I, s. 258. Schóffel, I, s. 53. 85 Astron. 54. Thegan 44-45. Ann. Bertin. 833-834. Flod. 2,20. LMA, III, s. 1527-1528. Dummler, I, s. 86 i nast. Simson, I, s. 207 i nast.; II, s. 75. Hartmann, Geschichte Italiens, III, półtom 1, s. 140. Bertram, s. 33. Boshof, Agobard von Lyon, s. 251. Schóffel, s. 52-53. Haller, II, s. 42. Seppelt/Schwaiger, s. 100. McKeon, s. 437 i nast. 86 Nith. hist. 1,4. 87 Ann. Bertin. 834. Nith. hist. 1,3 i nast. Astron. 50 i nast. Thegan 48 i nast. Simson, II, s. 79 i nast., 84 i nast., 102 i nast., 113 i nast. Dummler, I, s. 90 i nast., 97 i nast. Mühlbacher, II, s. 110 i nast., 116 i nast., 132. Hartmann, Geschichte Italiens, El, półtom 1, s. 140-141, 145. Cartellieri, I, s. 259. Steinbach, Das Frankenreich, s. 74. Hoffmann, s. 11-12. Fichtenau, Das karolingische Imperium, s. 269, 284. Hlawitschka, Franken, s. 54-55. Riche, Karolingowie, s. 141. Schieffer, Die Karolinger, s. 133-134. Gótting, s. 56 i nast. 88 Ann. Bertin. 835. Astron. 54. Thegan 56. LMA, I, s. 661. Simson, II, s. 75, 120-121, 126 i nast., 132-133. Mühlbacher, II, s. 121-122. Hartmann, Die Synoden, s. 188-189. 89 LMA, III, s. 1527 i nast. Mühlbacher, II, s. 123, 127-128. Hartmann, Fdlschungsverdacht und Falschungsnachweis, s. 111 i nast. 90 Syn. Aachen 836 c.5-6, 12, 14. Simson, II, s. 148 i nast. Mühlbacher, II, s. 126 i nast. Hartmann, Die Synoden, s. 190 i nast. 91 Mühlbacher, II, s. 126, 128. Geremek, s. 52. Staubach, s. 30 i nast. 92 Ann. Bertin. 838-839, 844. Ann. Fuldens. 838, 840. Einh. vita Kar. 3, 5. Ann. reg. Fr. 760 i nast. Astron. 59 i nast. Nith. hist. 1,6 i nast. LMA, I, s. 829-830 (Claude); VI, s. 2170. Handbuch der bayerischen Geschichte, I, s. 264. Simson, II, s. 148 i nast., 171 i nast., 176 i nast., 195 i nast., 217 i nast., 222 i nast. Dummler, I, s. 268. Mühlbacher, II, s. 133 i nast., 137 i nast., 144 i nast. Nov, Die Anfdnge, s. 162-163. Schieffer, Die Karolinger, s. 136-137. Riche, Karolingowie, s. 142. Tenże, Die Welt, s. 22. 93 Chodzi o młodszego brata Pepina II akwitańskiego; Karol nie występuje w źródłach po roku 848 zmarł bądź trafił do klasztoru [przyp. red.]. 94 Astron. 62 i nast. Ann. Bertin. 840. Ann. Fuldens. 840. Ann. Xantens. 840. Nith. hist. 1,8. Dummler, I, s. 135 i nast. Simson, II, s. 228 i nast. Mühlbacher, II, s. 47, 148. Schieffer, Die Karolinger, s. 137. 95 Astron. 42-43, 51-52, 58-59, 62. Nith. hist. 2,10; 3,5; 4,5. LMA, I, s. 634, 2023; VI, s. 1201. 96 Centulum opactwo opodal Crecy-en-Ponthieu [przyp. red.]. 97 Ann. Xantens. 831 i nast. 98 Ann. Bertin. 837-838. Ann. Xantens. 834-835. Nith. hist. 1,3. LMA, III, s. 12641265; V, 1999-2000; VI, 1249-1250. Dummler, I, s. 102 i nast., 122, 193-194. Mühlbacher, II, s. 49-50, 131132, 135. Hatmann, Geschichte Italiens, III, półtom 1, s. 143 i nast. Steinbach, Dos Frankenreich, s. 73. Aubin, s. 154. Mayr-Harting, s. 94 i nast. Riche, Karolingowie, s. 142-143. Tenże, Die Welt, s. 298 i nast. Schieffer, Die Karolinger, s. 134-135, 138, 144. Hopfner, Wikinger, s. 11 i nast. 99 Erin, Erie celtycka nazwa Irlandii [przyp. red.]. 100 Hopfner tamże, Mühlbacher, II, s. 251. Riche, Die Welt, s. 299 i nast. 101 Niech umrze śmiercią [przyp. tłum.]. 102 Ann. Bertin. 838. Ann. Xantens. 834. 103 Regin, chron. 876 104 Ann. Bertin. 854 105 Ann. Fuldens. 869

303 106 Regin, chron. 880 107 Fried, Die Formierung, s. 61. Riche, Die Welt, s. 298. 108 Thegan 13. Riche, Die Welt, s. 302-303. Leyser, Herrschaft und Konflikt, s. 15. Fried, Der Weg, s. 368 i nast. Schneider, Das Frankenreich, s. 74 i nast. Werner, Die Ursprunge, s. 450. Por. na temat rosnącego zniewolenia wolnych chłopów podczas IX do XI wieku: Rósener, Bauern, s. 18 i nast., zwłaszcza s. 26 i nast., rówież Schneider, Das Frankenreich, s. 76 i nast. A na temat ambiwalencji” Kościoła choćby Bentzien, s. 54-55. Majoros u Umeljiæa, s. 13. 109 Nith. hist. 2,1. Ann. Bertin. 840. Ann. Xantens. 840. Ann. Fuldens. 840. Regin, chron. 840. Flod. hist. Remens. 2,20. Mühlbacher, II, s. 151 i nast. Dummler, I, s. 139 i nast., 148, 168, 253 i nast. Riche, Die Welt, s. 302-303. Schieffer, Die Karolinger, s. 140. Fried, Die Formierung, s. 5-6, 60-61. 110 Nith. hist. 2,1; 4. Ann. Fuldens. 840. LMA, VI, s. 1201. Mühlbacher, II, s. 152 i nast. Werner, Die Ursprunge Frankreichs, s. 430. 111 Obniżenie między Wyżyną Szwabską i Wyżyną Frankońską (główna miejscowość Nórdlingen) powstałe wskutek uderzenia meteorytu [przyp. red.]. 112 Nith. hist. 2,2 i nast. Ann. Fuldens. 841. Ann. Bertin. 841. LMA, IV, s. 626. Mühlbacher, II, s.157 i nast. 113 Nath. hist. 2,8 i nast. 3,1. Ann. Fuldens. 841. Ann. Bertin. 841. Regin, chron. 841. LMA, IV, s. 626-627. Handbuch der Europdischen Geschichte, I, s. 594. Mühlbacher, II, s. 161 i nast., 178. Pietzcker, s. 318 i nast. Rau, I, s. 383-384. Daniel-Rops, s. 556. Schieffer, Die Karolinger, s. 140-141. Riche, Karolingowie, s. 146-147. Fried, Die Formierung, s. 61. Schulze, Vom Reich der Franken, s. 326. 114 Nith. hist. 3,2; 4,2 i nast. Ann. Bertin. 841-842. Ann. Fuldens. 842. Ann. Xantens. 841-842. LMA, IV, s. 1928. Schulze, Vom Reich der Franken, s. 326-327. Schieffer, Die Karolinger, s. 141. Leyser, Herrschaft und Konflikt, s. 14. 115 Nith. hist. 3,3. Ann. Bertin. 841. Mühlbacher, II, s. 170-171. 116 Nith. hist. 3,5. Mühlbacher, II, s. 171 i nast., 195-196. Por. też Baniard, s. 214. 117 Nith. hist. 3,5; 7. 4,1. Ann. Fuldens. 842. Ann. Bertin. 842. Ann. Xantens. 842. Mühlbacher, II, s. 173 i nast. Riche, Die Welt, s. 23 i nast. Schulze, Vom Reich der Franken, s. 327. 118 Nith. hist. 4,7. 119 LMA, IV, s. 577. Cyt. za: Mühlbacher, II, s. 193-194. Por. na temat krytyki Karola bardzo dobrą biografię Kahla, Karl der Grope, s. 94 i nast., zwłaszcza s. 98 i nast. 120 Nauczyciel Germanii [przyp. tłum.]. 121 Nith. hist. 4,3 i nast., zwł. 4,7. Ann. Fuldens. 842-843. Ann. Bertin. 843. Ann. Xantens. 843. Tadey, s. 559, 744, 869. LMA, IV, s. 577; V, s. 971, 2124-2125, 2128-2129; VI, 1289-1290. Na temat traktatu z Verdun por. choæby literaturę podaną u Reindla w Handbuch der bayerischen Geschichte, I, s. 264, przyp. 120. Mühlbacher, II, s. 176 i nast., 195 i nast. Riche, Die Welt, s. 21. Fried, Die Formierung, s. 1 i nast., 16 i nast., 61-62, 65. Schulze, Vom Reich der Franken, s. 327 i nast. 122 Ann. reg. Fr. 817. Ann. Fuldens. 849. Chronić. Hildesh. 851. LMA, III, s. 2176-2177; IV, s. 1-2, 445-446, 1615-1616, 1713-1714; V, s. 71 (Fleckenstein), 910 i nast., 2039-2040. Handbuch der bayerischen Geschichte, I, s. 223, 260, 373-374, 467, 530 (Glaser). Dummler, I, s. 26. Lindner, Untersuchungen, s. 227 i nast. Schur, s. 24 i nast., Pothmann, s. 746 i nast. Werner, Die Ursprunge Frankreichs, s. 425. Störmer, Im Karolingerreich, Unterfrdnkische Geschichte, I, s. 163-164. Prinz, Die innere Entwicklung, Handbuch der bayerischen Geschichte, I, s. 367-368. Schneider, Das Frankenreich, s. 56. Schieffer, Die Karolinger, s. 149-150. Według Frieda, Der Weg, s. 392-393, Ludwik II zachowywał rezerwę wobec duchowieństwa. Voss, Herrschertreffen, s. 9, nie nazywa w aneksie do C. Brühla Ludwika II Niemieckim”, lecz Wschodniofrankijskim”. Na ten temat też Brühl, Deutschland-Frankreich, s. 140-141. 123 Ann. Fuldens. 847. Ann. Bertin. 844, 853, 855. LMA, IV, s. 1615; V, s. 2172-2173. Dummler, II, s. 426 i nast. Mühlbacher, II, s. 200, 206 i nast., 210, 299. Schur, s. 10-11, 13 i nast. Lugge, s. 59 i nast. Löwe, Gozbald von Niederaltaich, s. 164 i nast. Schieffer, Das Frankenreich, s. 607 i nast. Fried, Die Formierung, s. 16 i nast., 57-58. Tenże, Der Weg, s. 392. Schulz, Vom Reich der Franken, s. 332. Hartmann, Die Synoden, s. 222 i nast., 466. 124 Dalemińcy (Głomacze) plemię Słowian połabskich, grupy serbołużyckiej, nad środkowąłabą; od 805 r. atakowani przez Franków, od ok. 900 r. przez Sasów; w 929 r. Dalemińców pobił król niem. Henryk I i zbudował na ich ziemi gród Miśnię, która stała się ośrodkiem marchii [przyp. red.]. 125 Ann. Bertin. 844, 851, 856, 867. Ann. Fuld. 844, 851. LMA, III, s. 2177; V, s. 2173 (W. Störmer). Handbuch der bayerischen Geschichte, I, s. 260 (Reindel). Handbuch der Europdischen Geschichte, I, s. 607 i nast. (Schieffer). Dummler, II, s. 424. Mühlbacher, II, s. 197 i nast., 229 i nast. Voigt, Staat und Kirche, s. 431. Schur, s. 11-12. Zatschek, s. 78 i nast., 90 i nast. Epperlein, s. 268 i nast. Prinz, Innere Entwicklung, Handbuch der bayerischen Geschichte, I, s. 368. Por. też s. 371-372. Werner, Die Ursprunge Frankreichs, s. 437. Riche, Karolingowie, s. 166-167. Tenże, Die Welt, s. 298. Schieffer, Die Karolinger, s. 150. Fried, Die Formierung, s.

304 65. Hartmann, Die Synoden, s. 208. Schulze, Vom Reich der Franken, s. 378. Tellenbach, Die westliche Kirche, s. 19. 126 Nith. hist. 4,6. Ann. Bertin. 842. Ann. Xantens. 843. 127 Ann. Bertin. 868, 873. Regin, chron. 870. LMA, IV, s. 514. Tusculum Lexikon, s. 267-268. Dummler, II, s. 321 i nast., 334-335, 356 i nast. Simson, I, s. 326. Mühlbacher, II, s. 334 i nast. Grotz, s. 268-269. Sprigade, s. 95 i nast. Riche, Die Karolinger, s. 229-230, 237. 128 Por. np. Ann. Bertin. 844-845, 850. LMA, V, s. 967. Handbuch der Europdischen Geschichte, I, s. 609. Schieffer, Die Karolinger, s. 144-145. Riche, Die Welt, s. 297. Fried, Die Formierung, s. 64. 129 Od wołu starszego uczy się orać młodzy (łac.) [przyp. tłum.]. 130 Wierny królowi [przyp. tłum.]. 131 Ann. Berlin. 851, 856-857. Regin, chron. 860, 866, 874. LMA, II, s. 615 i nast.; III, s. 211212, 2149; IV, s. 433; V, s. 2172; VI, s. 1228-1229. Handbuch der Europaischen Geschichte, I, s. 487 i nast., 603-604. 132 Ann. Fuldens. 844. Ann. Berlin. 844. LMA, V, s. 159. Mühlbacher, II, 219-220. Sprigade, s. 89-90. 133 Ann. Fuldens. 843-844. An. Berlin. 844. LMA, VI, s. 2170-2171. Handbuch der Europaischen Geschichte, I, s. 603. Werner, Die Urspriinge Frankreichs, s. 437-438. 134 Ann. Berlin. 848-849, 852 i nast., 864. Ann. Fuldens. 851. Regin, chron. 853. LMA, VI, 2170-2171. Dümmler, I, s. 95 i nast., 108 i nast. Simson, II, s. 90 i nast., 126 i nast. Hartmann, Geschichte Italiens, III, półtom I, s. 141. Mühlbacher, II, s. 224, 227. Bertram, s. 34. Cartellieri, s. 260. Aubin, s. 154-155. 135 MG Capit. II, s. 263 i nast., 277-278. Ann. Berlin. 852 i nast., 864. Regin, chron. 853. LMA, V, s. 29-30, 159, 967 i nast, 2174; VI, 2170-2171. Martindale, Charles the Bald, s. 109, 114. Sprigade, s. 92 i nast. Werner, Die Urspriinge, s. 440. Schieffer, Die Karolinger, s. 146. 136 Ann. Fuldens. 853-854. Mühlbacher, II, s. 229 i nast. 137 Ann. Fuldens. 854. Ann. Berlin. 854. Mühlbacher, II, s. 231 i nast. Werner, Die Urspriinge, s. 440. 138 Ann. Fuldens. 855. Ann. Bertin. 855. Regin, chron. 855. LMA, II, 1065. Mühlbacher, II, s. 234-235. Werner, Die Urspriinge, s. 441-442. 139 Ann. Berlin. 857-858. Ann. Fuldens. 858. LMA, I, s. 440-441. Mühlbacher, II, s. 235 i nast., 242 i nast., 262. Werner, Die Urspriinge, s. 441. 140 Chodzi o Konrada, brata Judyty bawarskiej, drugiej żony Ludwika Pobożnego [przyp. red.]. 141 Ann. Bertin. 860. Ann. Fuldens. 860. Ann. Xantens. 860. Handbuch der Europaischen Geschichte, I, s. 604. Mühlbacher, II, s. 247 i nast., 254 i nast. Werner, Die Urspriinge, s. 441. Voss, s. 42. 142 Ann. Xantens. 861-862. Na temat pyłu jako relikwii i lekarstwa: Triib, s. 108 i nast. demaskatorska książka na temat chrześcijańskiego kultu świętych. 143 Niemieckie określenie Sklave niewolnik, poddany (Slawe Słowianin), wywodzi się wprost od średniowiecznego łacińskiego sclauus, a to z kolei ze średniowiecznej greki scldbos, w tym czasie bowiem niewolnikami w krajach Orientu byli głównie Słowianie [przyp. tłum.]. 144 Autor stosuje tu obecne nazwy narodowe i podaje współczesne obszary zamieszkania. W rzeczywistości podziały plemienne i proces zasiedlenia Europy środkowej, wschodniej i południowej były dużo bardziej skomplikowane [przyp. red.]. 145 LMA, VII, s. 2000-2001. Handbuch der Europeischen Geschichte, s. 160-161, 362-363. Vernadsky, s. 252 i nast. Jirećek, s. 61 i nast., 81 i nast., 100 i nast. Dannenbauer, II, s. 7. Rice, s. 140, zwł. s. 33 i nast. Herrmann, J., Urhei-mat und Herkunft, Einleiłung, s. 12-13. 146 Słowian połabskich głównie Serbów łużyckich [przyp. red.]. 147 Wiele danych źródłowych znajduje się u Herrmanna, Slawisch-germanische Beziehungen, s. 21 i nast. LMA, III, s. 1779; VII, s. 2001. Hauck, II, s. 350 i nast. Stadtmuller, s. 88 i nast. Ewig, s. 55. Bosi, Europa im Mittelalter, s. 155-156, 175. Störmer, Friiher Adel, s. 202. Stern/Bartmuss, s. 116-117. Por. też recenzję B. Wachtera w: 10, 1972, s. 539 i nast. Angelov/Ovarov, s. 58 i nast. 148 Lutycy (Lucicy, Wieleci, Wilcy) grupa Sowian połabskich, zajmująca tereny nad rzekami Hawelą i Pianą po Bałtyk; dzielili się na cztery główne plemiona: Redarów, Doleńców, Czrezpienian i Chyżan, które utworzyły tzw. Związek Wielecki, znany już w IX w.; w X/XII w. ziemie Lutyków weszły w skład księstw Obodrytów i k. zachodniopomorskiego [przyp. red.]. 149 Pustertal (wł. Val Pusteria) dolina górnej Drawy i jej dopływu Rienz, we wschodnich Alpach na pograniczu Austrii i Włoch [przyp. tłum.]. 150 LMA, III, s. 1779 i nast. Handbuch der Europaischen Geschichte, I, s. 364. Waldmuller, s. 111 i nast. Fried, Die Formierung, s. 16. Babić/Beloević, s. 81 i nast., 88 i nast. Friesinger, s. 109 i nast. Kahl, Zur Rolle der Iren, s. 375-376. 151 Ann. Fuldens. 845. Taddey, s. 727. LMA, III, s. 1779. Kaiser, s. 9-10. Por. Huber, Die Met-ropole, s. 24 i nast. Tenże, Das Verhdltnis, s. 58-59. Schieffer, Dos Frankenreich, w: Handbuch der Europaischen Geschichte, I, s. 600-601. Hellmann, Die politisch-kirchliche Grundlegung, w: Handbuch der Europaischen Geschichte, I, s.

305 862-863. Mühlbacher, II, s. 202. Naegle, I, s. 43 i nast.; II, s. 226. Hilsch, Die Bischofe von Prag, s. 25. Schulze, Vom Reich der Franken, s. 378-379. 152 Ann. Fuldens. 847. Ann. Xantens. 850. 153 An. Fuldens. 849. Ann. Bertin. 853. Schulze, Vom Reich der Franken, s. 378. 154 Sclaui [przyp. tłum.]. 155 Bonifat. ep. 73. Ann. Bertin. 853. Notker, Gęsta Karoli, 2,12. Hauck, II, s. 351 i nast. Zóller, s. 195, i nast. Donnert, s. 357. Lubenow, s. 10. Fried, Die Formierung, s. 16. Na temat sytuacji w czasie przed Bonifacym: M. Werner, Iren und Angelsachsen, s. 239 i nast. Por. na temat demonizowania innowierców również: Patschovsky, Der Ketzer als Teufelsdiener, s. 317 i nast. Tellenbach, Die westliche Kirche, F, s. 17 i nast., 22. 156 LMA, VI, s. 1557-1558. Hauck, II, s. 728 (tam na temat Otfrida z WeiBenburga z podaniem źródeł). 157 Chronica Slavorum (1581 r.; wyd. polskie 1862) – ważne źródło do historii Słowian połabskich i ich walki z najazdem niem. w XII w. [przyp. red.]. 158 Por. Bonifat. ep. 80. Regin, chron. 866. Hełm. Chron. Slav. 68. LMA, V, s. 1931-1932. Erd-mann, Heidenkrieg in der Liturgie, s. 57. H. Hirsch, Der mittelalterliche Kaisergedanke, s. 22-23. Holtzmann, Geschichte, I, s. 179. Donnert, Studien zur Slawenkunde, s. 329. Schlesinger, Die mittelalterliche Ostsiedlung, s. 45. Bünding-Naujoks, s. 67 i nast., 113. Kosminski/Skaskin, s. 158-159. Stern/Bartmuss, s. 123. Epperlein, s. 263 i nast. Schneider, Dos Frankenreich, s. 65. Leyser, Herrschaft und Konflikt, s. 14 i nast. 159 Herrmann, Materielle und geistige Kultur, s. 259 i nast. Dórries, II, s. 182-183. Leyser, Herrschaft und Konflikt, s. 14 i nast. 160 Ann. Fuldens. 857, 871. Regin, chron. 892. Thietm. 1,4. Schnurer, II, s. 13. Aufhauser, s. 1. Weller, Wurtembergische Kirchengeschich-te, s. 47-48. Bosi, Herzog, König und Bischof, s. 270. Tenże, Bayerische Geschichte, s. 61 i nast. Tenże, Europa, s. 175. 161 Ann. Fuldens, 874, 877. Dümmler, II, s. 372. 162 Ann. Fuldens. 873 i nast. Ann. Xantens. 873. Mühlbacher, II, 333 i nast. Jeggle, s. 109-110. 163 Dynastia salicka, częściej zwana frankońską d. panująca w Niemczech w latach 1024-1125, kiedy to zaostrzyła się rywalizacja między papiestwem a cesarstwem [przyp. tłum.]. 164 Civitates (łac.) miasta, tu: grody [przyp. tłum.]. 165 LMA, VII, s. 2001-2002. Handbuch der Europeischen Geschichte, I, s. 360, 364, 890. K. Schiinemann, Deutsche Kriegsfuhrung im Osten wahrend des Mittelalters, w: DAM, t. 2, 1938, s. 55 i nast. Powołuję się tutaj na W. Hensla, Die Slawen im friihen Mittelalter, s. 443. Menzel, I, s. 406. Bauer, Der Livlandkreuzzug, s. 27. Bünding-Naujoks, p. przyp. 43. Fried, Die Formierung, s. 20. 166 Ann. reg. Fr. 822. 167 Hron (niem. Grań) lewobrzeżny dopływ Dunaju na terenie Słowacji [przyp. red.]. 168 Ann. Fuldens. 846. LMA, VI, s. 106-107, 720-721; VII, s. 232. Handbuch der bayerischen Geschichte, I, s. 261 i nast., 265-266, 443 (Prinz). Na kontekst źródeł dotyczących historii Państwa Wielkomorawskiego wskazuje Novy, Die Anfdnge, s. 166, przyp. 67. Na temat granic Państwa Wielkomorawskiego: Klebel, s. 19 i nast. Mühlbacher, II, s. 204-205. Graus, Die Entstehung der Legenden, s. 161-162. Kosminski/Saskin, s. 151. Schieffer, Die Karolinger, s. 150. Schulze, Vom Reich der Franken, s. 381-382. Erdelyi, s. 155-156. Chropovsky, s. 161 i nast. 169 Hilsch, Die Bischofe von Prag, s. 25. Graus, Die Entwicklung der Legenden, s. 161-162. 170 Ann. Bertin. 846, 848-849, 850. Ann. Fuldens. 844 i nast., 849. Ann. Xantens. 844 i nast., 849. Handbuch der bayerischen Geschichte, s. 265-266. Por. na temat Wielkiej Morawy przede wszystkim Magnae Moraviae Fontes Historici, 5 tomów, 1966/1977. Hauck, II, s. 713 i nast. Aufhauser, s. 1. Hilsch, Die Bischofe von Prag, s. 25. A. v. Miiller, Geschichte unter uns, przyp. 125 i tabl. 25. Hellmann, Grund-fragen slavischer Verfassungsgeschichte, s. 387 i nast. Novy, Die Anfdnge, s. 173. Bosi, Herzog, König und Bischof, s. 271, 278-279. Schieffer, Die Karolinger, s. 150. Hartmann, Die Synoden, s. 228 i nast. 171 Ann. Fuldens. 850-851. Rau, III, s. 2-3. Por. Geremek, s. 51-52. 172 Ann. Fuldens. 852, 855. Ann. Bertin. 855. Handbuch der bayerischen Geschichte, I, s. 266. Hartmann, Die Synoden, s. 228 i nast. 173 Ann. Fuldens. 855 i nast. Ann. Bertin. 856-857,862. 174 Ann. Fuldens. 864, 869. Ann. Bertin. 869. 175 Ann. Fuldens. 857, 871-872. Handbuch der bayerischen Geschichte, I, s. 265-266. Mitterauer, s. 91 i nast. 176 Ann. Fuldens. 861 i nast. Ann. Bertin. 861-862, 864 i nast., 870. Ann. Xantens. 871. Regin, chron. 880. LMA, III, s. 2176-2177; V, s. 996. Handbuch der bayerischen Geschichte, s. 265 i nast. Mühlbacher, II, s. 321 i nast., zwł. 323-324. Bund, s. 469. 177 Ann. Fuldens. 866, 883, 885, 887, 889. Ann. Bertin. 862, 866. LMA, V, s. 996. Handbuch der bayerischen Geschichte, I, s. 277. Schur, s. 24 i nast. 178 Ann. Fuldens. 858, 866, 871 i nast. Ann. Bertin. 862, 866. Ann. Xantens. 873. LMA, V, s. 2174. Mühlbacher, II, s. 325-326, 333-334. Triib, s. 73 i nast.

306 179 Ann. Fuldens. 874. 180 Patrz przyp. 187. 181 Patrz przyp. 188. 182 Patrz przyp. 190-191, 193. 183 Regin, chron. 868. 184 Lib. Pont. (wyd. Duchesne) 2,52 i nast. Jaffe, Regesta, 1,318 i nast. Ann. reg. Fr. 824. LMA, IV, s. 78; VI, s. 1752. Kühner, Lexikon, s. 56-57. Kelly, s. 116-117. Seppelt, II, s. 207, 214. Haller, II, s. 27. Kolmer, s. 5. 185 Lib. Pont. 2,86 i nast. Jaffe, Regesta, 1,327 i nast. Ann. Bertin. 844. Ann. Xantens. 844, 846. Ann. Fuldens. 843. Kühner, Lexikon, s. 57. Kelly, s. 118-119. LThK, wyd. I, IX, s. 492. LMA, III, s. 1404. Mühlbacher, II, s. 213 i nast. Hartmann, Geschichte Italiens, III, pół-tom 1, s. 221-222. Haller, II, s. 27 i nast. Seppelt, II, s. 220 i nast. Seppelt/Schwaiger, s. 100. Grotz, s. 30. Riche, Karolingowie, s. 153. Schieffer, Die Karolinger, s. 148. 186 Lib. Pont. 2,106 i nast. Jaffe, Regesta, 1,329 i nast. Wetzer/Welte, VI, s. 458 i nast. LThK, wyd. I, VI, s.494. Dümmler, I, s. 305-306, 393. Hartmann, Geschichte Italiens, III, 1 półtom, s. 216-217. Gregorovius/I, 2, s. 510 i nast. Cartellieri, I, s. 284. Haller, II, s. 29. Seppelt, II, s. 224-225. Grotz, s. 31-32. Hlawitschka, Franken, s. 60. Zimmermann, Das Papstum, s. 80. 187 Ann. Bertin. 847. LMA, V, 1878. Gregorovius, 1/2, s. 509 i nast. Hartmann, Geschichte Italiens, III, 1 półtom, s. 224 i nast. Cartellieri, I, s. 284. Hóffner, s. 54. Grotz, s. 32 i nast. Hal-ler, I, s. 52 i nast., 71. Gontard, s. 178. Seppelt/Schwaiger, s. 101. Ahlheim, s. 172. Biin-ding-Naujoks, s. 85. Riche, Karolingowie, s. 157. Schieffer, Die Karołinger, s. 148. 188 Ann. Bertin. 850. Wetzer/Welte, VI, s. 460. Pierer, IV, s. 181. LThK, VI, wyd. I, s. 494. Kelly, s. 119-120. dtv Lexikon, II, s. 36. LMA, I, s. 145, 634; V, s. 1878, 2177; VI, s. 1752. Mühl-bacher, II, s. 218-219. Gröne, I, s. 351 i nast., zwłaszcza s. 358. Gregorovius, 1/2, s. 492 i nast, 505 i nast. Haller, II, s. 28-29, 51-52. Seppelt, n, s. 221 i nast., 234-235. Kühner, Dos Imperium der Papste, s. 95. Gibson/Ward. -Perkins, I/II, s. 30 i nast., 222 i nast., Deschner, Opus diaboli, s. 20. Schieffer, Die Karołinger, s. 148-149. 189 Centuriatores magdeburgenses twórcy dzieła opublikowanego w Magdeburgu w XVI w., podzielonego na stulecia i odnoszącego się wrogo do Kościoła katolickiego [przyp. red.]. 190 Wetzer/Welte, VIII, s. 849 i nast. (Tam wymienieni Mast, Rosshirt i Luden). Pierer, II, i s. 900; III, 817; XIII, 662-663. Taddey, s. 536, 968. dtv Lexikon, 12, s. 36; 14, s. 295 (tutaj cytowany Seckel). LMA, V, s. 29-30 (Schieffer), ł 1710. Również Dümmler, I, s. 231 mówi o gigantycznych oszustwach”. Cartellieri, s. 302-303. Seckel, Pseudoisidor, s. 267. Schu-bert, II, s. 416, 537. Haller, II, s. 45. Seppelt/Schwaiger, s. 103. Kühner, Das Imperium der Papste, s. 96 i nast. Grotz, s. 46, 48. Neuss, s. 76. Dawson, s. 256-257, który jak zawsze argumentuje apologetycznie. Wiele dowodów u Fuhrmanna, Einflufl und Werbreitung, s. 8, 61-62, 95-96., 112 i nast, 122, 232. i tenżew LMA, VII, s. 308-309. Tenże, Zur Uberlieferung des Pittaciolus, s. 518. Por. również Brunner, s. 94. Haendler, s. 123-124. Poza tym na temat fałszerstw w t III, rozdz. I (187 stron!) i IV, s. 393 i nast., por. choćby Landau, s. 11 i nast., Hartmann, Fdlschungs-verdacht und Fdlschungsnachweis, s. 111 i nast., 118 i nast., Schneider, Ademar von Chabannes, s. 129 i nast., Pitz, Erschleichung und Anfechtung, passim. Ranke-Heinemann, Nie i amen, s. 212 i nast. 191 Pierer, XIII, s. 662-663. dtv Lexikon, 4,149. LThK, wyd. I, VIII, s. 549 i nast.; wyd. II, VIII, s. 864 i nast. LMA, I, s. 635, 677, 1857. Bardenhewer, II, s. 637 i nast. Dümmler, I, s. 231-232. Gregorovius, 1/2, s. 538. Hauck, II, s. 546 i nast. Cartellieri, I, s. 303. Fuchs/Raab, s. 650-651. Neuss, s. 76-77. Grupp, II, s. 176-177. Schubert, II, s. 415-416, 536-537. Haller, II, s. 45 i nast. Seppelt, II, s. 236 i nast. Kühner, Das Imperium der Papste, s. 95-96. Ullmann, s. 261 i nast. Fuhrmann, Die Fdlschungen im Mittelalter, s. 531. Tenże, Einfluf! und Verbreitung, I, s. 4, 8, 67, 137 i nast, 194 i nast, 232-233. Schieffer, Kreta, Rom und Laon, s. 15. 192 Dümmler, I, s. 232 i nast. Gregorovius 1/2, s. 538. Hauck, II, s. 547 i nast. Schubert, II, s. 415-416. Haller, II, s. 45 i nast. Voigt, Staat und Kirche, s. 431-432. Kantzenbach, s. 62, 85-86. Seppelt, II, s. 237-238. Seppelt/Schwaiger, s. 102. Grotz, s. 47. Ullmann, s. 270. Fuhrmann, Einflufl und Ver-breitung, I, s. 4, 145 i nast. 193 Mikołaj I broni Dekretaliów Pseudoizydoriańskich w swym liście ze stycznia roku 865 do biskupów galijskich: Mansi, Coli. conc., XV, s. 693 i nast. MG Epp., VI, s. 393-394. CIC can., s. 222, 1. Taddey, s. 968. Kelly, s. 328. Schubert, II, s. 416. Grupp, II, s. 176-177. Wiihr, s. 106-107, 116. Seppelt/Schwaiger, s. 103. Ullmann cyt. u Kuhnera, Imperium der Papste, s. 95 i nast. Fuhrmann, Die Fdlschungen im Mittelalter, s. 531. Tenże, EinfluP und Verbreitung, s. 4, 167 i nast., 194 i nast. O dyskusji na temat historii recepcji Dekretaliów Pseudoizydoriańskich por. również Fuhrmann, Pdpstlicher Primat, s. 313 i nast. Hell-mann, Die Synode von Hohenaltheim, s. 298. 194 Pierer, XIII, s. 662-663. Dummler, I, s. 232-233. Gregorovius, 1/2, s. 538. Haller, II, s. 46 i nast. Ullmann, s. 273-274. 195 Lib. Pont. II, s. 140 i nast. Jaffe, Regesta, 1,235-1,236. Ann. Bertin. 855. Kühner, Lexikon, s. 59-60. Kelly, s. 121-122. LThK, wyd. III, IV, s. 1090. LMA, I, s. 573-574. Wattenbach/Dümmler/Huf, II, s. 349. Handbuch der Kirchengeschichte, III/l, s. 193. Gregorovius, 1/2, s. 519 i nast., 540. Hartmann, Geschichte Italiens, III, 1

307 półtom, s. 237 i nast., 245-246. Gröne, I, s. 361. Haller, II, s. 52 i nast. Seppelt, II, s. 230 i nast. Seppelt/Schwaiger, s. 102. Grotz, s. 33 i nast. 196 Lib. Pont. 2,151 i nast. Jaffe, Regesta, 1,341 i nast. Ann. Bertin. 858. Kelly, s. 123. Grego-rovius, 1/2, s. 522. Seppelt, II, s. 241. Seppelt/Schwaiger, s. 103. Haller, II, s. 54–55. Grotz, s. 18, 40. 197 Strator łac. koniuszy [przyp. tłum.]. 198 Ann. Mett. prior. 753. Kelly, s. 123. Haller, II, s. 54 i nast. Seppelt, II, s. 241. 199 por. t. II, s. 153 i nast. 200 por. t. II, s. 201 i nast. 201 por. t. IV, s. 99, 115 202 Epist. swe Praef. MG Epp., VII, s. 395 i nast. Kelly, s. 123-124. LMA, I, s. 573; VI, s. 1168-1169. Handbuch der Kirchengeschichte, m/1, s. 164. Gregorovius, 1/2, s. 536 i nast. Haller, II,, s. 69 i nast. Seppelt II, s. 243 i nast. Kühner, Das Imperium, s. 101-102. Riche, Karolingowie, s. 158. 203 Regin chron. 868. Kelly, s. 124. Wattenbach/ /Dummler/Huf, 2,349. Handbuch der Kirchengeschichte, m/l, s. 165. Haller, II, s. 55, 69-70. Seppelt, II, s. 242. 204 Autokefalia tu: autonomiczność organizacji kościelnej, niezależnej od hierarchii rzymskiej [przyp. red.]. 205 Suspensio [lat.] złożenie z urzędu [przyp. tłum.]. 206 Kelly, s. 123. Handbuch der Kirchengeschich-te, m/l, s. 164 i nast. Gregorovius, 1/2, s. 522-523. Seppelt, II, s. 249 i nast. Riche, Karolingowie, s. 158-159. 207 Ann. Bertin. 861-862. Kelly, s. 123. Handbuch der Kirchengeschichte, m/l, s. 166. Haller, II, s. 71. Seppelt, II, s. 252 i nast. Rau, II, s. 2-3. 208 Ann. Bertin. 855; 863. Regin, chron. 855. Ann. Fuldens. 855. LMA, II, s. 428-429; V, s. 971, 21242125, 2177. Dummler, I, s. 391-392, 397, 399; II, s. 4. Mühlbacher, II, s. 233-234. Hauck, II, s. 530. Zöllner, s. 245 i nast. Schlesinger, Karolingische Konigswahlen, s. 234-235. Kienast, Deutschland und Frankreich, I, s. 51-52. Fleckenstein, Grundlagen und Beginn, s. 126-127. Fried, Der Weg, s. 397-398. 209 LMA, III, s. 1629. Mühlbacher, U, s. 259. Hauck, II, s. 560-561. Hartmann, Die Syno-den, s. 274. 210 Ann. Bertin. 860; 862; 864. Regin, chron. 864; 866. Ann. Xantens. 865. MG Cap. II, s. 463 i nast. LThK, wyd. III, IV, s. 942-943. LMA, IV, s. 1594-1595. Dummler, II, s. 5 i nast., Hartmann, Geschichte Italiens, III, 1 półtom, s. 262. Mühlbacher, II, s. 260 i nast., 270-271, 284. Cartellieri, I, s. 295 i nast. Bruhl, Hinkmariana, s. 58-59. Schrórs, s. 184 i nast. Ehr-hard, Kirche der Mdrtyrer, s. 103. Neuss/Oediger, s. 154 i nast. Haller, II, s. 63 i nast. Des-chner, I znowu, s. 343 i nast., a zwł. s. 347. Konecny, Die Frauen, s. 97. Seppelt, II, s. 260. Grotz, s. 43-44. Hartmann, Die Synoden, s. 274 i nast. Fried, Der Weg, s. 398. Staubach, s. 119. 211 Ann. Bertin. 863. Ann. Fuldens. 863. Ann. Xantens. 864. Regin, chron. 864. Dummler, II, s.61 i nast. Mühlbacher, II, s. 278-279. Gregorovius, 1/2, s. 527. Hartmann, Geschichte Italiens, III, 1 półtom, s. 255-256. Neuss/Oediger, s. 154 i nast. Haller, II, s. 65-66, 87. Seppelt, II, s. 261-262. Grotz, s. 88 i nast. Konecny, Die Frauen, s. 109. Hartmann, Die Synoden, s. 280 i nast. 212 Aren. Bertin. 863. Ann. Xantens. 864-865. Dummler, II, s. 68-69, 71. Mühlbacher, II, s. 279-280. Gregorovius, 1/2, s. 527-528. Hartmann, Geschichte Italiens, III, 1 półtom, s. 256-257. Steinbach, Die Ezzonen, s. 851. Haller, II, s. 65, 67. Neuss/Oediger, s. 156-157. Seppelt, II, s. 262. Grotz, s. 9192. Konecny, Die Frauen, s. 109. Hartmann, Die Synoden, s. 282-283. 213 Cause celebrę (franc.) słynny proces, głośna sprawa [przyp. tłum.]. 214 Ann. Xantens. 866. Hinkm. De divortio Lotha-rii reg. et Tetb. regin. (Mignę PL, 125,623 i nast.). Dummler, II, s. 13 i nast., 38. Mühlbacher, II, s. 283. Cartellieri, I, s. 296, 312. Mayer, Mittelalterliche Studien, s. 22. Löwe, Deutschland, s. 186. Bruhl, Hinkmariana, s. 56 i nast. Haller, II, s. 63 i nast. Neuss/Oediger, s. 158159. Steinbach, Das Frankenreich, s. 77. Grotz, s. 44 i nast., 88-89. Konecny, Die Frauen, s. 105-106, 114 i nast. Anton, Furst-enspiegel, s. 282, 329, 425. Penndorf, s. 54 i nast. Staubach, s. 150 i nast. 215 Ann. Bertin. 864. Dummler, II, s. 69 i nast. Mühlbacher, II, s. 280-281. Gregorovius, 1/2, s. 528-529. Hartmann, Geschichte Italiens, III, 1 półtom, s. 258 i nast. Cartellieri, I, s. 301-302. Neuss/Oediger, s. 158. Haller, II, s. 73-74. Perels, Papst Nikolaus I., s. 217 i nast. Tenże, Propagandatechnik, s. 423 i nast. Hartmann, Die Synoden, s. 283-284. 216 O posłuszeństwie wobec władzy świeckiej [przyp. red.]. 217 Regin, chron. 865, 868. Ann. Bertin. mi, 869. Ann. Fuldens. 864, 867. Ann. Xantens. 871. Mühlbacher, II, s. 294 i nast., 305. Seppelt, II, s. 265. Grotz, s. 97. Stratmann, Dos Recht der Erzbischofsweihe, s. 60. Zapperi, s. 15. 218 Dummler, II, s. 237 i nast., 243-244. Mühlbacher, II, s. 289 i nast., 299. Gregorovius, 1/2, s. 541-542. Hartmann, Geschichte Italiens, III, 1 półtom, s. 278-279. Cartellieri, I, s. 301, 304, 309. Grupp, II, s. 177-178. Pothmann, s. 759. Haller, H, s. 68, 76-77, 91, 96. Seppelt/Schwai-ger, s. 109-110. Grotz, s. 97, s. 192-193. 219 Haring, III, s. 322. Por. na ten temat Desch-ner, Krzyż, s. 265 i nast., a zwł. 268 i nast. Hartmann, Die Synoden, s. 167 (z odesłaniem do MG Cap. I, s. 304-305) i 275.

308 220 Lib. Pont. 2,173 i nast. Jaffe, Regesta, 1,368 i nast. Ann. Bertin. 867-868. Kelly, s. 124. LMA, IV, s. 1822. Dummler, II, s. 222-223, 232-233. Hartmann, Geschichte Italiens, III, 1 półtom, s. 270-271. Haller, II, s. 89 i nast. Cartellieri, I, s. 308-309. Seppelt, II, s. 285-286. Jezuita Grotz wysuwa na s. 16 wniosek na podstawie niczym nie popartego założenia, że w momencie narodzin Hadriana jego ojciec Talarus miał mniej więcej dwadzieścia lat”. Z tego wynika, że Talarus był wprawdzie duchownym, ale z pewnością jeszcze nie księdzem”. Tak jakby nie było i jeszcze młodszych biskupów! Por. również Grotz tamże s. 24 i nast, 34, 126 i nast, 168 i nast, Gontard, s. 186., Hartmann, Die Synoden, s. 296-297, Riche, Karolingowie, s. 161. 221 por. str. 135 i nast. 222 Ann. Bertin. 869. Regin, chron. 869. Kelly, s. 125. Mühlbacher, II, s. 301-302. Seppelt, II, s. 287. Zimmermann, Dos Papsttum, s. 86. Riche, Karolingowie, s. 158 i nast. 223 Ann. Bertin. 869. Regin, chron. 869. Dümmler, III, s. 57. Mühlbacher, II, s. 305 i nast. Rein-hardt, s. 38-39. Grotz, s. 198-199. Riche, Karolingowie, s. 175 i nast. 224 Regin, chron. 869-870, 974. Taddey, s. 1020, 1235. LMA, VI, s. 466 (tamże dalsza starsza i najnowsza literatura). Mühlbacher, II, s. 310 i nast. Seppelt, II, s. 301-302. Prinz, Grundlagen und Anfdnge, s.115. Werner, Die Ursprünge, s. 441-442. Na temat zjazdów monarchów w owym czasie por. Voss, Herrscher-treffen, s. 11. 225 Ann. Bertin, 871. Kelly, s. 125. LMA, V, s. 2177. Mühlbacher, H, s. 316 i nast. Dümmler, II, s. 226 i nast. Hartmann, Geschichte Italiens, III, 1 półtom, s. 275 i nast. Haller, II, s. 98 i nast. Seppelt, II, s. 289290, 300-301. Seppelt/Schwaiger, s. 110. Schieffer, Die Karolinger, s. 164. Brühl, Deutschland-Frankreich, s. 362-363. Na temat konfliktów Hinkmara dotyczących polityki kościelnej przykładowo Boshof, Odo von Beauuais, s. 39 i nast. Por. również przyp. 189. 226 Regin, chron. 874. Kelly, s. 125. LMA, V, s. 2177. Hartmann, Geschichte Italiens, 1 pół tom, s. 298. Sepelt, II, s. 300 i nast. Riche, Karolingowie, s. 177-178, 195-196. Schieffer, Die Karolinger, s. 147-148. Kupisch 33. 227 staroruski varjag = wiking 228 Ann. Fuldens. 866. Ann. Xantens. 868. Regin, chron. 868. LThK, wyd. III, II, s. 594-595, 774-775. LMA, I, s. 571-572, 1456; II, s. 369, 458, 914 i nast., zwł. 916 i nast.; V, s. 1552. Handbuch der Europdischen Geschichte, I, s. 924-925. Gregorovius, 1/2, s. 524 i nast. Hauptmann, Die Fruhzeit, s. 307-308. Haller, II, s. 61. Erben, s. 3. Ostrogorski, s. 161. Dol-linger, s. 127. Novy, s. 175. Grotz, s. 80. Rice, s. 150. Maier, Die Verwandlung, s. 348. Fine, s. 94 i nast. Herrmann, J., Wegbereiter einer neuen Welt, s. 53 i nast. Angelov/Ovarov, s. 77. 229 Kelly, s. 123-124. LMA, I, s. 1456, 1521-1522; IV, s. 449-450; VI, s. 597-598, 2109 2110. Handbuch der Europdischen Geschichte, I, s. 625-626. Handbuch der Kirchengeschichte, m/1, s. 207 i nast, 214-215. Gregorovius, 1/2, s. 523-524. Cartellieri, I, s. 300-301, 306. Haller, II, s. 56 i nast., 83 i nast., 92 i nast. Seppelt, II, s. 272. Seppelt/Schwaiger, s. 108. Hunger, s. 181-182. 230 Handbuch der Europäischen Geschichte 231 Ann Fuldens. 867-868. LThK, wyd. I, II, s. 419; wyd. III, II, s. 594-595. LMA, II, s. 458; VI, s. 2109-2110. Kelly, s. 123-124. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s. 626-627. Handbuch der Kirchengeschichte, m/1, s. 202 i nast., 209 i nast. Haller, II, s. 95. Seppelt, II, s. 293-294. Schreiner, Byzanz, s. 16-17, por. też s. 73-74. 232 LThK, wyd. I, III, s. 112-113. LMA, V, s. 1244, 1382-1383; VI, s. 597. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s. 601, 609, 627-628, 878-879. Liczne wskazówki źródłowe: Handbuch der bayerischen Geschichte, I, s. 267, przyp. 148. Handbuch der Kirchengeschichte, m/1, s. 169 i nast. Hauck, II, s. 718 i nast. Stadtmiiller, s. 139, 141. Hauptmann, Die Fruhzeit, s. 312. Mass, Das Bistum Frei-sing, s. 119 i nast. Heuwieser, I, s. 152-153. Graus, Die Entwicklung der Legenden, s. 161. Zóllner, s. 202. Prinz, Grundlegung und Anfdnge, s. 118. Schulze, Vom Reich der Franken, s. 382 i nast. Schreiner, Byzanz, s. 76, 143. 233 Ann. Fuldens. 870. Ann. Bertin. 870. LMA, III, s. 2157; VI, s. 1201-1202. Handbuch der bayerischen Geschichte, I, s. 588. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s. 879. Dümmler, II, s. 301-302. Mühlbacher, II, s. 321-322. Hauck, II, s. 722 i nast. Schwarz-maier, s. 60-61. Mass, Das Bistum Freising, s. 123. Burr, s. 50 i nast. Bosi, Herzog, König und Bischof, s. 271. Löwe, Deutschland, s. 188. Prinz, Grundlegung und Anfdnge, s. 118. Fried, Der Weg, s. 405. Schieffer, Die Karolinger, s. 157. Por. też przypis następny. 234 Ann. Fuldens. 871-872, 874, 884. Ann. Xantens. 871-872. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s. 608-609, 879. Handbuch der bayerischen Geschichte, I, s. 270. Dümmler, III, s. 390-391. Mass, Das Bistum Freising, s. 62-63. Lindner, Untersuchungen, s. 150, 232. Dhondt, s. 25. Schieffer, Die Karolinger, s. 157. Prinz, Grundlegung und Anfdnge, s. 118. 235 LThK, wyd. I, III, s. 112-112. Kelly, s. 127 i nast. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s. 41-42, 628, 879-880. Haller, II, s. 136-137. Schwarzmaier, s. 60 i nast. Deschner/Petrović passim. Deschner, Polityka papieska, II, s. 155-156, 162. Na temat późniejszego rozwoju legend wyczerpująco Graus, Die Entwicklung der Legenden, s. 161 i nast. Tenże, St. Adalbert und St. Wenzel, s. 205 i nast. Na temat uczniów Konstantyna i Metodego i rozwoju edukacji por. Zagiba, s. 15 i nast. 236 Patrz przyp. 244. 237 Haller, II, s. 132. 238 Ann. Fuldens. (Altaich) 883

309 239 Kupisch, n, s. 38. 240 Określenie użyte przez Autora jest niejasne i nieprecyzyjne w IX w. Galicja była uzależniona od królestwa Leonu; w czasach Jana VIII królem Leonu był Alfons III Wielki (866-910). Królestwo rozpadło się na Leon i Galicję po śmierci Alfonsa [przyp. red.]. 241 Lib. Pont. (wyd. Duchesne), II, 221 i nast. Jaffe, Regesta, 1,376 i nast. Ann. Bertin. 871. Regin, chron. 871-872. Kühner, Lexikon, s. 61. Kelly, s. 126. Hartmann, Geschichte Italiens, III, 2 półtom, s. 6. Gregorovius, 1/2, s. 550-551, 561. Cartellieri, I, s. 316. Haller, II, s. 106. Seppelt, II, s. 300 i nast. Eichmann, II, s. 243. Seppelt/Schwaiger, s. 112. Daniel-Rops, s. 600. 242 Jugurta (po 160-104 p.n.e.) król Numidii, po porażkach uduszony w Rzymie [przyp. red.]. 243 Ann. Fuldens. 875. Ann. Bertin. 875. Ann. Vedast. 875. Mansi, XVII, s. 72-73, 77, 79. LMA, V, s. 2177. Mühlbacher, II, s. 338 i nast. Dummler, II, s. 351; III, s. 73 i nast. Gregoro-vius, 1/2, s. 546-547, 554. Haller, II, s. 107 i nast. Seppelt/Schwaiger, s. 113. Seppelt, II, s. 304-305. Eichmann, I, s. 51-52. Steinbach, Dos Frankenreich, s. 78. Na temat przychylności okazywanej wobec duchowieństwa przez Karola II zob. chociażby również Falkenstein, s. 35 i nast. 244 MG Capit. II, s. 98 i nast. Haller, H, s. 116 i nast., 130. Seidlmeyer, s. 77. Seppelt, II, s. 306. Hlawitschka, Franken, s. 67 i nast. Riche, Karolingowie, s. 178. 245 Ann. Bertin. 876. Mühlbacher, II, s. 345 i nast. Riche, Karolingowie, s. 178. Na temat synodu w Ponthion w roku 876 por. również Hartmann, Die Synoden, s. 333 i nast. 246 Ann. Fuldens. 876. Ann. Bertin. 876. Regin, chron. 876. Ann. Vedast. 876. Rau, III, s. 8. Hlawitschka, Vom Frankenreich, s. 83. 247 Ann. Fuldens. 876. Ann. Bertin. 876. Ann. Hildesheim. 876. Ann. Aąuiens. 876. Regin, chron. 876. Mühlbacher, II, s. 349 i nast. Dummler, II, s. 35 i nast. Steinbach, Das Frankenreich, s. 78. 248 Ann. Fuldens. 876. Regin, chron. 876. LMA, V, s. 968-969, 996, 2174. Mühlbacher, II, s. 352-353. 249 Mansi, XVII, s. 21. Kelly, s. 126. LMA, V, s. 154 i nast. Dummler, III, s. 39. Mühlbacher, II, s. 353 i nast. Riche, Karolingowie, s. 179. 250 Ann. Bertin. 877. Mühlbacher, II, 354 i nast. Seppelt, II, s. 306-307. Riche, Karolingowie s. 179 i nast. Hartmann, Die Synoden, s. 347 i nast. 251 Mansi, XVII, s. 337 i nast. Ann. Bertin. 877. Ann. Fuldens. 877. Ann. Vedast. 877. Mühlbacher, II, s. 354 i nast. Dummler, III, s. 44, 47 ii nast., 58. Hartmann, Geschichte Italiens, III, 2 półtom, s. 29 i nast. Gregorovius, 1/2, s. 55-56. Haller, II, s. 114-115. Steinbach, Dos Frankenreich, s. 78. Cartellieri, I, s. 322. Seppelt, II, s. 307. Riche, Karolingowie, s. 180. 252 Ann. Fuldens. 877-878. Ann. Bertin. 877-878. LMA, V, s. 996, 2174-2175. Mühlbacher, II, s. 357-358. Na temat palatium w ótting: W. Störmer, Die Anfdnge des karolingischen Pfalzstifts Altötting, s. 61 i nast. 253 Ann. Fuldens. 878 i nast. Ann. Bertin. 878. Ann. Vedast. 878. LMA, I, s. 96; V, s. 21752176. (Schneidmuller). Gregorovius, 1/2, s. 556 i nast. Haler, II, s. 111, 115 i nast. Fried, Boso von Vienne, s. 193 i nast. Riche, Karolingowie, s. 188 i nast. Hartmann, Die Synoden, s. 336 i nast. 254 Ann. Fuldens. 878-879. Ann. Bertin. 876. Regin. Chron. 877. Ann. Vedast. 878. LMA, II, s. 477 i nast. Mühlbacher, II, s. 361-362, 368-369. Hartmann, Geschichte Italiens, III, 2 półtom, s. 30, 56, 60 i nast. Dummler, III, s. 78 i nast., 87 i nast., 113 i nast. Gregorovius, 1/2, s. 558. Cartellieri, I, s. 317-318, 324 i nast. Haller, II, s. 117-118. Hirsch, Die Erhebung, s. 131 i nast. Zóllner, s. 120. Fried, Boso von Vienne, s. 193 i nast. Konecny, Die Frauen, s. 126 i nast. Odegaard, s. 76 i nast. Schramm, Kaiser, Könige und Papste, II, s.251 i nast. Hlawitschka, Franken, s. 70-71. Tenże, Nach-folgeprojekte, s. 32. Hartmann, Die Synoden, s. 340. 255 Ann. Bertin. 879-880. Ann. Fuldens. 880. Regin, chron. 879. MG Capit. II, s. 365 i nast. LMA, II, s. 477 i nast. Dummler, III, s. 122 i nast., 145 i nast. Eichmann, II, s. 59. Fried, Boso von Vienne, s. 193 i nast. Schramm, Kaiser, Könige und Papste, II, s. 257 i nast. Bund, s. 499 i nast. Riche, Karolingowie, s. 189. Hlawitschka, Vom Frankenreich, s. 84-85. 256 t. II, s. 157 i nast. 257 Ann. Fuldens. 878. Mühlbacher, II, s. 362 i nast. Haller, II, s. 118. Por. Gregorovius, 1/2, s. 559. Hartmann, Geschichte Italiens, III,2 półtom, s. 66-67. Hartmann, Die Synoden, s. 349 i nast. z wieloma wskazówkami źródłowymi. 258 Ann. Fuldens. 879 i nast. Ann. Bertin. 879. Regin, chron. 880, 882. Ann. Vedast. 879. LMA, IV, s. 1146; V, s. 159, 970, 2175-2176. Dümmler, III, s. 100. Mühlbacher, II, s. 369 i nast. Hlawitschka, Vom Frankenreich, s. 84-85. Werner, Die Ursprunge, s. 443 i nast. 259 LMA, I, s. 1461, 1521; V, s. 1396; VI, s. 597. Dümmler, III, s. 174 i nast. Hartmann, Geschichte ltaliens, III, s. 5-6, 79-80. Gregoro-vius, 1/2, s. 554, 559. Haller, II, s. 119 i nast. 260 Gra słów wódz to po niemiecku Führer [przyp. tłum.]. 261 Daniel-Rops, s. 602, 606. 262 Ann. Berlin. 880. Mansi, XVII, s. 161. Dümmler, III, s. 105 i nast., 176 i nast. Mühlbacher, II, s. 378-379. Gregorovius, 1/2, s. 560. Hartmann, Geschichte ltaliens, III, 2 półtom, s. 71 i nast. Cartellieri, I, s. 326-327.

310 Haller, II, s. 128-129. Löwe, Deutschland, s. 196. Steinbach, Das Frankenreich, s. 79. Ullmann, s. 244. Reinhardt, s. 61 i nast. Riche, Karolingowie, s. 191. 263 Dümmler, III, s. 187-188. Hartmann, Geschichte ltaliens, III, 2 półtom, s. 75 i nast. 264 LMA, III, s. 1175 (Ferjanćić); V, s. 1538. Hartmann, Geschichte ltaliens, III, 2 półtom, s. 83 i nast. Gregorovius, 1/2, s. 549 i nast. Cartellieri, I, s. 280 i nast. Eickhoff, s. 225 i nast. Haller, II, s. 106-107. Daniel- Rops, s. 593. Seppelt/Schwaiger, s. 112. 265 Erchempert, Ystoriola Langob. Benev. deg., 31; 40. LMA, I, s. 506 i nast.; II, s. 1490. Mühlbacher, II, s. 378-379. Hartmann, Geschichte ltaliens, III, 1 półtom, s. 246 i nast., 301; 2 półtom, s. 6, 22, 83-84. Haller, II, s.107. 266 Erchempert, Ystor. Langob. Benev., 39; 44. Ann. Farfens. 891. Mansi, XVII, s. 156-157. LMA, IV, s. 1075-1076. Dümmler, III, s. 72-73, 172 i nast, 189-190. Hartmann, Geschichte ltaliens, III, 2 półtom, s. 49-50, 86 i nast. Gregorovius, 1/2, s. 550 i nast., 584-585. Eickhoff, s. 229 i nast., 297 i nast. Haller, II, s. 113 i nast, 123, 127 i nast, 132, 145. Schubert, II, s. 433. Ahlheim, s. 173. 267 Apokryzjariusz (od grec. apokryzeios „pieczęć”) początkowo na dworze bizantyjskim zastępca patriarchy lub cesarza w sprawach religijnych, w państwach karolińskich doradca od tych spraw, w papiestwie w randze nuncjusza [przyp. red.]. 268 Ann. Bertin. 876, 878. LMA, IV, s. 655. Dümmler, III, s. 28-29. Gregorovius, 1/2, s. 548. Hartmann, Geschichte ltaliens, III, 2 półtom, s. 22 i nast. uznaje te zarzuty za mniej lub bardziej nie uzasadnione lub raczej przesadzone. Haller, II, s. 105, 109. Zimmer-mann, Papstabsetzungen, s. 49-50. 269 Ann. Bertin. 878. Ann. Fuldens. (Altaich) 883. Ann. Alam. 883. Kühner, Lexikon, s. 61. Gregorovius, 1/2, s. 548-549, 560. Haller, II, s. 109,129-130. Gontard, s. 187-188. Zimmer-mann, Papstabsetzungen, s. 50-51. 270 Cyt. za Riche, Die Welt, s. 301. 271 Ann. Bertin. 882. 272 Regin, chron. 885. 273 Morynowie lud celtycki w Galii Belgijskiej, zamieszkujący wybrzeże kanału La Manche, dziś Pas-de- Calais [przyp. tłum.]. 274 Menapiowie plemię celtyckie w Galii Belgijskiej zamieszkujące wybrzeże Morza Północnego na terenie Flandrii; główne miasto Castellum Menapiorum, dziś. Cassel [przyp. tłum.]. 275 Ann. Fuldens. 880. Ann. Bertin. 880. Ann. Ve-dast. 879-880. Ann. Fuldens. (Wiedeń) 884. LMA, I, s. 409; V, s. 2174; VI, s. 1249. Hand-buch der Europäischen Geschichte, I, s. 619, 941. Bertram, s. 46-47. Riche, Karolingowie, s. 190. Ehlers, s. 18. 276 Ann. Bertin. 881. Ann. Vedast. 880-881. Mühl-bacher, II, s. 377-378. 277 Ann. Fuldens. 881. Ann. Bertin. 878-879. Frenzel, s. 9. Kindlers Literatur Lexikon, IV, s. 16951696. von Wilpert, El, s. 834. 278 Ann. Fuldens. 881-882, 883 (Wiedeń). Ann. Bertin. 881-882. Ann Vedast. 882, 884. Regin, chron. 881 i nast, 884. LMA, V, s. 997, 2177. Mühlbacher, II, s. 379 i nast, 388 i nast. Riche, Karolingowie, s. 190. 279 LMA, V, s. 968-969,2176. Mühlbacher, II, s. 381 i nast. Riche, Karolingowie, s. 190-191. Hartmann, Herrscher der Karolingerzeit, s. 76-77, 79. Brühl, Deutschland-Frankreich, s. 366 i nast. 280 Ann. Fuldens. (Wiedeń) 882. Ann. Bertin. 882. Ann. Vedast. 882. Regin, chron. 882. LMA, V. s. 2042. Mühlbacher, II, s.385 i nast. Riche, Karolingowie, s.191 i nast. Hartmann, Herrscher der Karolingerzeit, s. 77-78. 281 Ann. Vedast. 879-880, 884. 282 Tamże, 882 i nast. 283 Tamże, 885-886. Regin, chron. 887. LMA, IV, s. 1146. Mühlbacher, II, s. 403 i nast. Hartmann, Herrscher der Karolingerzeit, s. 78. Riche, Karolingowie, s. 191-192. 284 Ann. Vedast. 880, 882-883, 885. Por. też 886: „nil utile…”. Ann. Bertin. 882. Regin, chron. 882. Mühlbacher, II, s. 401. 285 Ann. Vedast. 886-887. Regin, chron. 887. Ann. Fuldens. (Wiedeń) 886, (Altaich) 886. 286 Ann. Fuldens. 882-883, 885. Regin, chron. 885. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s. 620. Mühlbacher, II, s. 398 i nast. Hartmann, Herrscher der Karolingerzeit, s. 78. 287 Ann. Fuldens. (Wiedeń) 885. LMA, IV, s. 1597 (Blok). 288 Montgomery, I, s. 164 i nast, 170 i nast, 182-183. Tellenbach, Europa, 445-446. 289 Ann. Fuldens. 880, 882-883, 892. Patrz też przyp. następny. 290 Ann. Fuldens. 884 (Altaich), 887 (Altaich). Regin, chron. 887. LMA, I, 929; V, 2042. Mühlbacher, II, s. 393 i nast, 397. Mitterauer, s. 188 i nast. Störmer, Fruher Adel, s. 192-193,227-228. 291 Ann. Fuldens. (Wiedeń) 887. LMA, V, 2042; VII, s. 612-613 Mühlbacher, II, s. 408-409. Schur, s. 31 i nast. Hartmann, Herrscher der Karolingerzeit, s. 77. 292 Ann. Fuldens. (Altaich) 886. Ann. Fuldens. (Wiedeń) 887. Regin, chron. 887. Mühlbacher, II, s.409.konecny, s. 147-148. Oesterle, s. 445 i nast. Riche, Karolingowie, s. 192. 293 Regin, chron. 887. LThK, wyd. I, VIII, s. 878.

311 294 LThK, wyd. I, VIII, s. 878. Keller, Reclams Lexikon, s. 436-437. Mühlbacher, II, s. 410. Thrasolt, s. 522-523. Auer, Heiligen-Legende, s. 523. Hartmann, Herrscher der Karolingerzeit, s. 78-79. 295 Handbuch der Europäischen Geschichte, s. 621. 296 Ann. Fuldens. 883, 885, 887 (Wiedeń), 887 (Altaich). Ann. Vedast. 887-888. Regin, chron. 887, 889. LMA, V, s. 2039. Dummler, ni, s. 300 i nast., 306-307. MaSS, s. 77-78, 80-81. Riche, Karolingowie, s. 192. Hartmann, Die Synoden, s. 361 i nast. Tenże, Herrscher der Karolingerzeit, s. 84. Fried, Der Weg, s. 429 i nast. 297 Ann. Fuldens. 887-888 (Altaich). Ann. Ve-dast. 887. Regin, chron. 887-888. LMA, V, s. 2177. Riche, Karolingowie, s. 193 i nast. 298 Störmer w LMA, I, s. 1013-1014. 299 Mühlbacher, II, s. 427. Dummler, III, s. 397. 300 Ann. Fuldens. 892-893. 301 Hartmann, Geschichte Italiens, III, 2 półtom, s. 182 i nast. Riche, Karolingowie, s. 198. Fried, Die Formierung, s. 69-70. 302 LMA, I, s. 1013. Dummler, III, s. 476-477, 479-480. Mühlbacher, II, s. 426 i nast., 445. Schur, s. 41 i nast. Hartmann, Herrscher der Karolingerzeit, s. 83-84, który wszakże nie chce widzieć w Arnulfie władcy, opierającego się głównie na Kościele”, czego jednak nie dowodzi wystarczająco; raczej widać coś przeciwnego. Por. na ten temat rówmież Fried, Der Weg, s. 434-435. 303 Taddey, s. 494, 1060. LMA, I, s. 93; IV, s. 1957-1958. Dummler, III, s. 303, 401-402, 480 i nast., 497, 590. Schur, s. 48 i nast. Kehr, s. 2, 8 i nast. Tellenbach, Zur Geschichte Kai-ser Arnulfs, s. 149. 304 MG Capitul. II, s. 196 i nast. Ann. Fuldens. 895. Regin, chron. 895. Mühlbacher, II, s. 426 i nast. Hartmann, Die Synoden, s. 367 i nast. Tenże, Herrscher der Karolingerzeit, s. 84. 305 Mühlbacher, II, s. 427. Dummler, III, s. 397. 306 Babi, s. 99. 307 Arbeo, Vita Haimhrammi, s. 16 i nast. LThK, wyd. I, III, s. 658. W tomie III wyd. III tekst o Emmeramie został skrócony o dwie trzecie. Por. także Handbuch der Kirchengeschichte, 11/2, s. 125. LMA, I, s. 888; V, s. 229. Wetzer/Welte, III, s. 556. Babi, s. 74, 80-81. Jak zwykle pompatyczne zadęcie u Vogla, II, s. 324 i nast. 308 LMA, III, s. 1888. Dummler, III, s. 477 i nast. Babi, s. 99, 138 i nast., 150 i nast., 188 i nast. 309 Ann. Fuldens. (Altaich) 882. Ann. Fuldens. 891. Regin, chron. 891. LMA, I, s. 1013. Handbuch der bayerischen Geschichte, I, s. 272. Hartmann, Herrscher der Karolingerzeit, s. 86. 310 Ann. Fuldens. (Altaich) 891. Regin, chron. 891. Handbuch der europdischen Geschichte, I, s. 636. Mulert, s.42, 60. Por. Deschner, Agnostiker, s.160 i nast., zwł. 165-166. Prinz, Grundlagen und Anfdnge, s.120-121. Hartmann, Herrscher der Karolingerzeit, s.86. 311 Ann. Fuldens. (Altaich) 889. Ann. Alamann. 890. LMA, I, s. 1014 (Störmer), 1983; V, s. 969. Handbuch der bayerischen Geschichte, I, s. 274. Dummler, III, s. 341-342. Bosi, Bayerische Geschichte, s. 60 i nast. Bund, s. 489-490. Hartmann, Herrscher der Karolingerzeit, s. 83-84. 312 Ann. Fuldens. (Altaich) 892-893. Regin, chron. 890. Handbuch der bayerischen Geschichte, I (Reindel), s. 274. Mühlbacher, II, s. 423-424. Stadtmüller, s. 142. Aufhauser, s. 2. Löwe, Deutschland, s. 198. Prinz, Grundlagen und Anfdnge, s. 121-122. 313 Ann. Fuldens. 871; 893 (Altaich). Regin, chron. 892. LMA, I, s. 1014. Handbuch der bayerischen Geschichte, I, s. 272-273, 369. Dummler, III, s. 360-361. Mühlbacher, II, s. 424. Störmer, Im Karolingerreich, s. 164. Wendehorst, cyt. tamże. Hartmann, Herrscher der Karolingerzeit, s. 85, 87. 314 Ann. Fuldens. (Altaich) 894. Liutpr. antapod. 1,13. Bosi, Handbuch der Geschichte der böhmischen Ldnder, I, s. 197-198. 315 Ann. Fuldens. (Altaich) 889, 893, 895, 897. 316 Ann. Fuldens. (Altaich)894, 898. LMA, VI, s. 721. Dummlerr : III, s. 460 i nast. Mühlbacher, II, s. 425, 444. 317 Ann. Fuldens. 899-900. Mühlbacher, II, s. 444, 453. Dümmler, III, s. 462 i nast. 318 t. IV, s. 168 i nast. 319 s. 99 i nast. 320 s. 182 i nast. 321 Ann. Vedast. 883, 888, 895-896. Regin, chron. 888. LMA, III, s. 2047; IV, s. 1018-1019; VI, s. 1353-1354. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s. 634-635. Wszystkie świadectwa żródłowe w Schneider, Erzbischof Fulco von Reims, s. 39 i nast., p. też 43 i nast. Według Zatschek, s. 223, Arnulf i Fulco spotkali się we Frankfurcie, według Hlawitschki, Lotha-ringien, s. 70, przyp. 23 w Wormacji. Patrz też s. 73-74 oraz 116. Dummler, III, s. 316-317, 320. Hiestand, s. 48-49. Penndorf, s. 138 i nast. Mohr, s. 172 i nast. Schneidmuller, s. 105 i nast. Werner, Die Urspriinge, s. 446 i nast. Rau, II, s. 6-7. Prinz, Grundlagen und Anfdnge, s. 121. Riche, Karolingowie, s. 201-202, 215. Hartmann, Herrscher der Karolingerzeit, s. 85. 322 Ann. Vedast. 888, 893 i nast. Regin, chron. 888, 893 i nast. LMA, IV, s. 1018. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s. 635. Wszystkie świadectwa źródłowe w Schneider, Erzbischof Fulco, s. 47 i nast., 54 i nast., 68 i nast., 93 i nast., 105 i nast., 113 i nast. Mühlbacher, II, s. 432. Dumler, III, s. 320 i nast. Hlawitschka, Lotha-

312 ringien, s. 65 i nast., 76-77,115 i nast. Werner, Die Urspriinge, s. 447-448. Bund, s. 504-505. Hartmann, Herrscher der Karolingerzeit, s. 85. 323 Ann. Vedast. 893 i nast., 900. Regin, chron. 893, 895, 898, 903. Wszystkie świadectwa źródłowe u Hlawitschki, Lotharingien, s. 117 i nast., 132 i nast., 141 i nast., 161 i nast. oraz Schneider, Erzbischof Fulco, s. 121 i nast., 130 i nast. LMA, IV, s. 1018 i nast.; VI, s. 1354. Berr, s. 43 i nast., 50 i nast., 64-65. Riche, Karolingowie, s. 207. Werner, Die Urspriinge, s. 448. 324 Ann. Fuldens. 895. Ann. Vedast. 895. Regin, chron. 894-895. Taddey, s. 1351. LMA, V, s. 2129. Mühlbacher, II, s.435-436. Boshof, Lotharingien-Lothringen, s. 141-142, 144. Werner, Die Urspriinge, s.476. Löwe, Deutschland, s.202-203. Prinz, Grundlagen und Anfdnge, s.122. Hlawitschka, Vom Frankenreich, s.90-91. 325 Mühlbacher, II, s. 435 i nast., 442-443. Löwe, Deutschland, s. 202-203. Hlawitschka, Vom Frankenreich, s. 91. Parisse, s. 119. Boshof, Lotharingien-Lothringen, s. 142-143. 326 Regin, chron. 892, 896, 901. LMA, I, s. 1014. Boshof, Lotharingien-Lothringen, s. 142 i nast. 327 Regin, chron. 897. Riche, Karolingowie, s. 200 i nast. Boshof, Lotharingien-Lothringen, s.143. Parisse, s. 119, 132. 328 Ann. Fuldens. 900. Regin, chron. 898-899. Ann. Vedast. 898. Taddey, s. 992, 1351. Dummler, III, s. 466 i nast., 471 i nast., 501 i nast. Mühlbacher, II, s. 443. Bund, s. 494 i nast. Löwe, Deutschland, s. 203. Boshof, Lotharingien-Lothringen, s. 143. Werner, Die Urspriinge, s. 476-477. Riche, Karolingowie, s. 200-201, 217. Hlawitschka, Lotharingien, s. 172 i nast. Tenże, Vom Frankenreich, s. 91. 329 Gregorovius, 1/2, s. 563. 330 Lib. Pont. (wyd. Duchesne) 2,224-2,225. Jaffe, Regesta, 1,425 i nast. Ann. Fuldens. 883, 885 (Altaich). Kühner, Lexikon, s. 62. Kelly, s. 127-128. LMA, VI, s. 294. Mühlbacher, II, s.392. Gregorovius, 1/2, s. 561-562. Haller, II, s. 133, 140. Seppelt, II, s.322. Zimmermann, Papstabsetzungen, s.51-52. Tenże, Das Papstum, s.94 331 Ann. Fuldens. 883-884 (Altaich), 888. Regin, chron. 888. Ann. Vedast. 888. Liutpr. antapod. 1,181,19. Kühner, Lexikon, s. 62. LMA, I, s. 1933; V, s. 1623-1624; VI, s. 1232; VII, s. 2128. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s. 651 i nast. Mühlbacher, II, s. 392, 417, 428-429. Dummler, III, s. 313 i nast., 365 i nast. Hartmann, Geschichte Italiens, III, 2 półtom, s. 105 i nast. Gregorovius, 1/2, s. 562, 564 i nast. Cartellieri, I, s. 334 i nast., 346 i nast. Steinbach, Dos Frankenreich, s. 79-80. Haller, II, s. 128, 139 i nast. Seppelt, II, s. 325-326. Seppelt/Schwaiger, s. 116. Werner, Die Unruochinger, s. 133 i nast. Riche, Karolingowie, s. 195-196, 198. 332 Jaffe, Regesta, 1,435 i nast. Ann. Fuldens. 893. LMA, IV, s. 655-656. Dummler, III, s. 372-373. Mühlbacher, II, s. 429. Hartmann, Geschichte Italiens, III, 2 półtom, s. 113. Haller, II, s. 109, 112. Seppelt, II, s. 328. Ullmann, s. 245. Bund, s. 490 i nast. Zimmermann, Papstabsetzungen, s. 53 i nast., zwł. 68-69. Hartmann, Die Synoden, s. 388. 333 Ann Fuldens. 893-894. Regin, chron. 894. Liutpr. antapod. 1,20 i nast., 1,33. Dummler, III, s. 373 i nast. Mühlbacher, II, s. 429 i nast. Seppelt, II, s. 329. MaSS, Das Bistum Freising, s. 86. 334 Ann. Fuldens. 894-895. Liutpr. antapod. 1,28; 1,37. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s. 654. Dummler, III, s. 379 i nast., 414-415. Zimmermann, Das Papsttum im Mittelalter, s. 96. 335 Ann. Fuldens. 895-896. Regin, chron. 896. Liutpr. antapod. 1,27-1,28. Kühner, Lexikon, s. 63. LMA, V, s. 1623-1624; VII, s. 613. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s. 655. Dümmler, III, s. 414 i nast., 420 i nast., 473-474. Hartmann, Geschichte Haliens, III, 2 półtom, s. 111 i nast. Gregorovius, 1/2, s. 566. Cartellieri, I, s. 350 i nast., 358-359. Haller, II, s. 141-142. Seppelt/Schwaiger, s. 116. Steinbach, Dos Frankenreich, s. 80, 82. Schramm, Kaiser, Könige und Papste, II, s. 267. Jarnut, Die Eroberung Bergamos, s. 208 i nast. Hlawitschka, Franken, s. 123-124. Tenże, Lotharingien, s. 122 i nast. Zimmermann, Dos dunkle Jahrhundert, s. 24. Riche, Karolingowie, s. 196. Por. też Deschner, / znowu, I, s. 455. 336 Ann. Fuldens. 899. 337 Ann. Fuldens. 896. Liutpr. antapod. 1,38. Kelly, s. 131. Duden, s. 958. LMA, II, s. 414. Hand-buch der Europäischen Geschichte, I, s. 655. Dümmler, III, s. 423 i nast. Seppelt, II, s. 330-331. Haller, II, s. 142. 338 Lib. Pont. (wyd. Duchesne) 2,229. Jaffe, Rege-sta, 1,439-1,440. Ann. Fuldens. 896. Ann. Laubac. 896. Liutpr. antapod. 1,30 (który jednak przypisuje sąd nad trupem papieżowi Sergiuszowi III). Flodoard z Reims, De Christi triumphis, 12,6. Kelly, s. 131-132. Dümmler, III, s. 426 i nast. Gregorovius, 1/2, s. 570 i nast., 579. Hartmann, Geschichte Italiens, III, 2 półtom, s. 123-124. Schubert, II, s. 444. Haller, II, s. 142. Fischer, Strafen und sichernde Maßnahmen, s. 41-42. Seidlmeyer, s. 79-80. Seppelt, II, s. 331-332. Seppelt/Schwaiger, s. 116-117. Dhondt, s. 86-87. Gontard, s. 189. Hartmann, Die Synoden, s. 388 i nast. Zimmermann, Papstabsetzungen, s. 56 i nast. Tenże, Das dunkle Jahrhundert, s. 25-26. Tenże, Das Papsttum,s.96-91. 339 Lib. Pont. (wyd. Duchesne) 2,230 i nast. Jaffe, Regesta, 1,441. Liutpr. antapod. 1,31. Kühner, Lexikon, s. 64. Kelly, s. 132. Hartmann, Geschichte Italiens, III, 2 półtom, s. 125-126. Gregorovius, 1/2, s. 572-573. Seppelt/Schwaiger, s. 117. Zimmermann, Papstabsetzungen, s. 59. Hartmann, Die Synoden, s. 390 i nast. 340 Lib. Pont. (wyd. Duchesne) 2,232. Jaffe, Regesta, 1,442-1,443; 2,705. Flodoard, De Christi thriumphis 12,7. Kühner, Lexikon, s. 65-66. Kelly, s. 132-133. Gregorovius, 1/2, s. 573. Haller, II, s. 142. Seppelt, II, s. 334.

313 Zimmermann, Das dunkle Jahrhundert, s. 27. Tenże, Papstabsetzungen, s. 60 i nast. Hartmann, Die Synoden, s. 390 i nast. Deschner, I znowu, s. 80-81, 96-97, 125, 418, 450-451, 453, 465-466. 341 Kelly, s. 133. Seppelt, II, s. 333-334. Bund, s. 492-493. Hartmann, Die Synoden, s. 392393, 394-395. 342 Lib. Pont. (wyd. Duchesne) 2,233. Ann. Fuldens. 900. Ann. Alamann. 899. Regin, chron. 901, 905. Liutpr. antapod. 2,7 i nast., 2,32 i nast. LMA, V, s. 2177-2178. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s. 637, 643-644, 656-657. Mühlbacher, II, s. 456-457, 460-461. Dummler, III, s. 429 i nast., 507508, 536-537. Gregorovius, 1/2, s. 573 i nast., 580 i nast. Hartmann, Geschichte Italiens, III, 2 półtom, s. 128 i nast., 176 i nast., 186. Cartellieri, I, s. 360 i nast. Haller, II, s. 143. Steinbach, Das Frankenreich, s. 80. Seppelt/Schwaiger, s. 117. Seppelt, II, s. 336. Zimmermann, Dos dunkle Jahrhundert, s. 30 i nast. Tenże, Dos Papsttum, s. 97. Hlawitschka, Vom Frankenreich, s. 93. Riche, Karolingowie, s. 197. 343 Hartmann, Geschichte Italiens, III, 2 półtom, s. 182 i nast. Riche, Karolingowie, s. 198. Fried, Die Formierung, s. 69-70. 344 A. Schmid w LMA, V, s. 2175. 345 Patrz przyp. 348. 346 Regino, De synod, caus., Praefatio. 347 Ann. Fuldens. 900. Regin, chron. 900. LMA, V, s. 2175. Mühlbacher, II, s. 449. Kehr, s. 16. Heumann, Die Einheit des ostfrdnkischen Reichs, s. 142 i nast. Schramm, Kaiser, Könige und Papste, II, s. 299-300. Hlawitschka, Vom Frankenreich, s. 92-93. Fleckenstein/Bulst, s. 15. Riche, Karolingowie, s. 202. Schieffer, Die Karolinger, s. 195. Hartmann, Herrscher der Karolingerzeit, s. 92. 348 LMA, V, s. 2175. Handbuch der bayerischen Geschichte, I, s. 275. (K. Reindel jest zdania, jak i inni, że i bawarska arystokracją była reprezentowana” w rządach Rzeszy, podkreśla jednak wiodącą rolę Hattona). Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s. 638. Dummler, III, s. 560-561. Mühlbacher, II, s. 449 i nast. Schur, s. 56-57. Nitzsch, Geschichte des Deutschen Volkes, s. 272. Hlawitschka, Vom Frankenreich, s. 94. Schieffer, Die Karolinger, s. 195 i nast. Hartmann, Herrscher der Karolingerzeit, s. 92. Eibl, s. 23. 349 Ann. Fuldens. 893. Widukind, 1,22. Meyers Taschenlexikon Geschichte, s. 41. LMA, IV, s. 1957; V, s. 2117. Dummler, III, s. 497-498. Menzel, I, s. 263. Mühlbacher, II, s. 450-451. Herrmann, Thuringische Kirchengeschichte, I, s. 46. Schur, s. 56. Schiefer, Die Karolinger, s. 196. Hartmann, Die Synoden, s. 367. Tenże, Herrscher der Karolingerzeit, s. 92. Beumann, Die Ottonen, s. 15. 350 Mühlbacher, II, s. 451. 351 Ann. Fuldens. 893. LMA, I, s. 93; ni, s. 2121; VI, s. 2158. Dümmler, III, s. 497 i nast. Hand-buch der bayerischen Geschichte, I, s. 422, 469, 504. Kehr, s. 3. Cartellieri, I, s. 363-364. Schur, s. 55 i nast. Holtzmann, Geschichte der sdchsischen Kaiserzeit, I, s. 43-44, 46-47. Stutz, s. 59 i nast. Mass, Das Bistum Freising, s. 92. Erdmann, Der ungesalbte König, s. 311 i nast. Fleckenstein, Die Hofkapelle, II, s. 4 i nast. Tenże, Grundlagen und Beginn, s. 134. Reindel, Herzog Arnulf, s. 238. Lintzel, Mis-zellen zur Geschichte, s. 313-314. Angenendt, Taufe, s. 145-146. Bullough, Nach Kań, s. 317. Schieffer, Die Karolinger, s. 196. 352 Liutpr. antapod. 2,1. Widukind, 2,36. LMA, I, s. 2025. Hauck, III, s. 152-153 z wieloma wskazówkami źródłowymi. 353 Ann. Fuldens.900 i nast. Ann. Augiens.907. Ann. Alamann. 907. Regin, chron. 900. Adalb. cont. Regin, chron. 907 i nast. Liutprand, An-tapodosis, 2,2; 2,7. Widukind 1,17; 1,20. Ann. Corbeiens.907. Ann. Laubac. 908. Ann. Hil-desh. 908. LMA, VI, s.1845 i nast. Handbuch der bayerischen Geschichte, I, s.275 z dalszymi licznymi odsyłaczami do literatury. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.636 i nast. Dummler, III, s.530, 551-552. Mühlbacher, II, s.457 i nast. Hauck, III, s.150. Meichelbeck za Fischerem, Bischof Uto, s.63 por. też s.57 i nast. Hóman, I, s.100. Biittner, Die Ungarn, das Reich, s.433 i nast. Heuwieser, s.184. Tomek, s.109 i nast. Bosi, Bayerische Geschichte, s.64. Brackmann, Gesammelte Aufsdtze, s.192. Fleckenstein/Bulst, s.15. Hlawitschka, Vom Frankenreich, s.94. Hartmann, Herrscher der Karolingerzeit, s.93. Schieffer, Die Karolinger, s.196-197. Störmer, Im Karolin-gerreich, [w:] Kolb/Krenig, Unterfrdnkische Geschichte, I, s.165. 354 s. 243 i nast. 355 Adalb. cont. Regin. 909 i nast. LMA, I, s.1015. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.639. Dummler, III, s.556 i nast. Tomek, s.109 i nast. Fleckenstein/Bulst, s.20. Fischer, Dos Zeitalter des heiligen Ulrich, s.82. Heuwieser, I, s.189. Tellenbach, Europa, s.447-448. 356 s. 244 i nast. 357 I, rozdz. 3 358 Regin, chron. 889, 901. Widukind 1,18. Liudpr. antapod. 2,2-2,3. Dummler, III, s.509. Hauck, III, s.149. Weinrich, Tradition und Indiuidua-litdt, s.294. 359 Hauck, III, s.69, 147 i nast. 360 Regin, chron. 892, 897. LMA, I, s.1321. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.638. Dummler, III, s.522. Mühlbacher, II, s.453. Fleckenstein/Bulst, s.16. Prinz, Grundlagen und Anfdnge, s.122. Hlawitschka, Der König einer Ubergangsperiode, s.105. Hartmann, Herrscher der Karolingerzeit, s.92-93. Störmer, Im Karolingerreich, [w:] Kolb/Krenig, Unterfrdnkische Geschichte, s.182-183.

314 361 Looshorn, s.25. Por. też przypis następny. 362 Regin, chron. 902-903, 906. Widukind 1,22. Liutpr. antapod. 2,6. LMA, IV, s.1957. Handbuch der bayerischen Geschichte, I, s.279 (Reindel). Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.638. Mühlbacher, II, s.454 i nast. Menzel, I, s.260-261. Fries, s.72 i nast, 114-115. Schniirer, II, s.42. Holtzmann, Geschichte, I, s.39 i nast., 62. Lüdtke, König Heinrich I, s.53. Schieffer, Die Karolinger, s.196-197. Prinz, Grundlagen und Anfdnge, s.122-123. Hartmann, Herrscher im Karolingerreich, s.93. Hlawitschka, Der König einer Ubergangsphase, s.105. Störmer, Im Karolingerreich, [w:] Kolb/Krenig, Unterfrdnkische Geschichte, I, s.196-197. Beumann, Die Ottonen, s.25. 363 Widukind 1,16. Adalb. contin. Reginon. 911. Liutpr. antapod. 2,3-2,4. LMA, VI, s.1579. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.640. Handbuch der bayerischen Geschichte, II, s.282-283. Fleckenstein/Bulst, s.15, 17. Schieffer, Die Karolinger, s.200. Riche, Karolingowie, s.202. Hartmann, Herrscher der Karolingerzeit, s.93. Hlawitschka, Der König einer Ubergangsphase, s.104, 106. Boshof, Königtum, s.3. 364 Goetz, w LMA, V, s.1337-1338. 365 Hlawitschka, Vom Frankenreich, s.98. 366 LMA, IV, s.2163; V, s.970, 2175 i nast. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.740. Dummler, III, s.580-581. Schieffer, Die Karolinger, s.201-202. Werner, Die Urspriinge, s.476-477. Boshof, Königtum, s.3. Ehlers, s.20. 367 Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.640, 738 i nast, zwłaszcza 740-741. Prinz, Grundlagen und Anfdnge, s.124. Fleckenstein/Bulst, s.19-20. Hlawitschka, Vom Frankenreich, s.98. Tenże, Der König einer Obergangsphase, s.107. Ehlers s.20-21. Brühl, Deutschland-Frankreich, s.404-405. 368 Handbuch der bayerischen Geschichte, I, s.282. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.639-640. Barraclough, s.18. Prinz, Grundlagen und Anfdnge, s.124 i nast. Hlawitschka, Vom Frankenreich, s.98. Tenże, Der König einer Ubergangsphase, s.107. Boshof, Königtum, s.4. Fried, Der Weg, s.451. 369 Pierer, I, s.754. LMA, I, s.1015. Handbuch der bayerischen Geschichte, I, s.280 i nast. (z wieloma wskazówkami dotyczącymi literatury). Schur, s.65. Eeindel, Herzog Arnulf, s.214 i nast. Bullough, Nach Karl, s.317. Prinz, Grundlagen und Anfdnge, s.123. Hlawitschka, Der König einer Ubergangsphase, s.103104, 106, 109. Beumann, Die Ottonen, s.28-29. Eibl, Heinrich I., s.24. Brunner, s.54. 370 Fragment, de Arnulfo (MG Scriptores 17,570). Adalb. contin. Regin. 919. LThK, wyd. I, X, s.341. LMA, I, s.1015; V, s.1337-1338; VII, s.569. Handbuch der bayerischen Geschichte, I, s.280 i nast., 467-468. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.641. Dummler, III, s.598. Lüdtke, König Heinrich, s.64, 69. Bullough, Nach Karl, s.319. Reindel, Herzog Arnulf, s.214, 247-248, 257 i nast., 287. Prinz, Grundlagen und Anfdnge, s.123. Störmer, Im Karolingerreich, s.198. Hlawitschka, Vom Frankenreich, s.99. Tenże, Der König einer Obergangsphase, s.108. Eibl, s.23 i nast. Beumann, Die Ottonen, s.27, 29, 45. Hellmann, Die Synoden, s.295. Brunner, s.54 i nast. Według Schneidera, Eine Freisinger Synodalpredigt, s.98-99, urządzano w Bawarii wręcz publiczne modły za księcia Arnulfa, jego żonę i dzieci. 371 Taddey, s.1060. LMA, VI, s.1093-1094. (Schwaiger); VII, s.1314. Dummler, III, s.617. Tiichle, I, s.139 i nast. Mass, Das Bistum Freising, s.30. Brühl, Fodrum, s.37. Ange-nendt, Taufe und Politik, s.162. 372 Ann. Alamann. 911, 913. Ann. Laubac. 911. Adalb. contin. Regin. 913. Ekkeh. Casus s.galii. 1 i nast., 29. Taddey, s.1060. LMA, I, s.1015; II, s.940; III, s.2123-2124; V, s.82; VII, s.1314. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.638, 641. Waitz, Jahrbucher, s.29 i nast. Dummler, III, s.569-570, 577 i nast., 590 i nast., 597, 605 i nast. Weller, Wurttem-bergische Kirchengeschichte, s.91. Tenże, Geschichte des schwdbischen Stammes, s.148 i nast. Tiichle, s.141 i nast. Biittner, Geschichte des Elsass, s.169-170. Holtzmann, Geschichte, s.62 i nast. Lüdtke, König Heinrich, s.68-69, 71 i nast. Schur, s.64, 73-74. Reindel, Herzog Arnulf, s.257 i nast. Fleckenstein/Bulst, s.16-17, 20 i nast. Hlawitschka, Vom Frankenreich, s.98 i nast. Tenże, Der König einer Obergangsphase, s.107 i nast. Fuhrmann, Die Synode von Hohenaltheim, s.440 i nast. Hellmann, Die Synoden, s.287 i nast., 300 i nast., 309-310. Brühl, Deutschland-Frankreich, s.408-409. Fried, Der Weg, s.457. 373 Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.640-641. Fleckenstein/Bulst, s.22. Hlawitschka, Der König einer Ubergangsphase, s.109. Fried, Der Weg, s.458. 374 Widukind 1,25. Adalb. contin. Regin. 919 i nast. Liudpr. antapod. 2,20. Ekkeh. Cassus sancti Galii, s.49. Taddey, s.1294. LMA, I, s.1015; VI; s.1588. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.641642, 669-670. Handbuch der bayerischen Geschichte, I, s.284. Fleckenstein/Bulst, s.24-25. Prinz, Grundlagen und Anfdnge, s.125-126. Hlawitschka, Vom Frankenreich, s.100. Beumann, Die Ottonen, s.30. Brühl, Deutschland-Frankreich, s.411-412 (podkreśla szczególnie złą podstawę źródłową). Althoff/Keller, Heinrich I. und Otto der Grosse, I, s.56 i nast. Schulze, Hegemoniales Kaisertum, s.135. Por. również Deschner, Argernisse, s.39. 375 Goody, Warum die Macht recht haben mufj, s.69. 376 Eible, s.31. 377 Claude, Geschichte des Erzbistums Magdeburg, I, s.18. 378 Fried, Die Formierung, s.77. Tenże, Der Weg, s.464, 473. 379 Adalb. contin. Regin. 936.

315 380 Thietm. 1.8. Widukind 1,25-1.26. Kelly, s.119. Kühner, Lexikon, s.57. LMA, III, s.1670; IV, s.11021103; VI, s.1579, 1588 (Struve); VII, s.1227. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.1670. Hlawitschka, Der König einer Ubergangszeit, s.112-113. Althoff/Keller, I, s.31 i nast, 51-52. Eibl, s.21. Na temat społecznego” znaczenia licznych fundacji saskich klasztorów żeńskich: Leyser, Herrschaft und Konflikt, s.105 i nast. Por. również przypis następny. 381 Od łacińskiego bene dictum pochwała [przyp.tłum.]. 382 Thietm. 1,8. Widukind 1,26. Thaddey, s.1195, 1294. LMA, I, s.98-99; IV, s.981; V, s.20412042. Lüdtke, König Heinrich, s.78-79. Heimpel, s.36-37. Bullogh, Nach Karl, s.318. Schramm, König, Kaiser und Papste, II, s.302. Althoff/Keller, I, s.60 i nast., 66-67, 68-69. Hlawitschka, Der König einer Ubergangsphase, s.112 i nast. Eibl, s.24 i nast. Beumann, Die Ottonen, s.14, 22 i nast., 28, 32 i nast. Schulze, Hegemoniales Kaisertum, s.141 i nast. Fried, Der Weg, s.462. Beumann, Otto der Grofie, s.53, mówi o podwójnych wyborach”. Schlesinger, cyt. za Bruhlem, Deutschland-Frankreich, s.411 1 nast. 383 Thietm. 1,5; 1,9. Widukind 1,31; 2,11. LMA, IV, s.2036; VI, s.1579. Waitz, s.15 i nast., 113. Dümmler, III, s.584-585. Hauck, III, s.21. Lüdtke, König Heinrich, s.51, 55 i nast., 164. Eibl, s.21-22. Beumann, Die Ottonen, s.26. Fried, Der Weg, s.454-455. Schulze, Hegemoniales Kaisertum, s.137 i nast. Na temat Widukinda i jego niejasnego losu por. choćby Althoff, Der Sachsenherzog Widukind, s.251 i nast. 384 Thietm. 1,16; 1,28. Eibl, s.20-21. Schulze, Hegemoniales Kaisertum, s.134-135. Romantyczny przydomek Ptasznik” jest poświadczony po raz pierwszy dopiero w trzysta lat po jego śmierci: Bruhl, Deutschland- Frankreich, s.141. 385 Thietm. 1,8. Widukind 1,26-1,27. Ruotg. Vita Brunon. 4. Vita Oudalr. 3. LThK, wyd. I, II, s.407; VI, s.637. LMA, III, s.1076; IV, s.1161, 2020-2021; V, s.2107; VI, s.412; VII, s.623-624. Waitz, s.66-67, 106 i nast. Hauck, III, s.17. Lüdtke, König Heinrich, s.78-79, 97-98, 166-167. Reinhardt, s.152 i nast. Lippelt, s.148. Erdmann, Der ungesal-bte König, s.334 i nast. Lintzel, Zu den deu-tschen Königswahlen, s.199 i nast. Heimpel, s.16 i nast., 35 i nast. Holtzmann, Geschichte, s.69 i nast. Haller, Das altdeutsche Kaisertum, s.10 i nast. Wattenbach-Holtzmann, Geschichte, I, s.100-101. Ehrhard, Die Kirche der Mdrtyrer, s.103. Por. na temat chrześcijańskiej sagi o bohaterach” Deschner, I znowu, I, s.453 i nast. Biittner, Heinrichs I. Sudwest-und Westpolitik, s.49 i nast. Schlesinger, Die Königserhebung, s.538-539. Claude, Geschichte, I, s.23 i nast., 27 i nast. Kallfelz, Lebens-beschreibungen, s.12. Fleckenstein, Grundlagen und Beginn, s.137, 139. Fleckenstein/ /Bulst, s.26. Stern/Bartmuss, s.152 i nast., 169-170. Beumann, Die sakrale Legitimie-rung, s.150 i nast. Tenże, Die Ottonen, s.40-41, 48. Schneider, Das Frankenreich, s.72. Hlawitschka, Vom Frankenreich, s.103, 108. Tenże, Der König einer Ubergangsphase, s.117-118. K. Schmid, Bemerkungen iiber Sy-nodalverbruderungen, s.693 i nast. Schulze, Hegemoniales Kaisertum, s.170. Zufferey, s.42 i nast. Giese, s.486 i nast. Fried, Die Formie-rung, s.76-77. Tenże, Der Weg, s.462 i nast., 472. Althoff/Keller, I, s.33, 63 i nast., 92-93, 122-123. Wyczerpująco na temat stabilizacji panowania dzięki sojuszom i pojednaniu: Althoff, Amicitiae und Pacta, passim, zwłaszcza s.16 i nast., 52 i nast., 69 i nast. 386 Civitas celestis (łac.) państwo niebieskie [przyp. tłum.]. 387 Iustitia (łac.) sprawiedliwość [przyp. tłum.]. 388 Widukind 1,26, por. 1,41. Lüdtke, König Heinrich, s.123. Bünding-Naujoks, Imperium Christi, s.70. Ahlheim, s.178. Bullough, Nach Karl, s.318. Lubenow, s.12-13, 19-20. Por. też Deschner, Polityka, II, s.306 i nast. 389 Czyli słowiańskiego Wenedami nazywano kiedyś Słowian [przyp. red.]. 390 por. na ten temat zwłaszcza s. 122 i nast. 391 Hauck, III, s.73-74, 76-77. 392 Eskamotowane zręcznie ukrywane kuglarską sztuczką [przyp. tłum.]. 393 Hlawitschka, Vom Frankenreich, s.109-110. Tenże, König einer Ubergangsphase, s.111 i nast., zwłaszcza 118. Bruhl, Deutschland-Frankreich, s.413-414. 394 Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.677, przyp. 32. K. Schiinemann, Deutsche Kriegsfiihrung im Osten wdhrend des Mittel-alters, DA, 2, 1938. 395 Althoff/Keller, s.7, 88. 396 Thietm. 1,3; 1,10. Widukind 2,3. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.674 (Reindel). Dümmler, III, s.584. Hauck, II, s.87 i nast. Lüdtke, König Heinrich I., s.3. Holtzmann, Geschichte, I, s.88-89. Bauer, Der Lwland-kreuzzug, s.306, przyp. dolny 12. Bruske, Untersuchungen zur Geschichte des Liutizen-bundes, s.16. Donnert, s.289 i nast. Stern/ Bartmuss, s.174, 190. Schlesinger, Kirchenge-schichte Sachsens, I, s.7. Claude, Geschichte des Erzbistums, I, s.18. Fleckenstein, Grund-lagen und Beginn, s.159. Tellenbach, Vom Zusammenleben, s.15. Eibl, s.22. Fried, Der Weg, s.473-474. Brunner, s.35. Schulze, Hegemoniales Kaisertum, s.157 i nast. 397 Widukind; por s. 374, przyp. 13! 398 Thietm. 1, 10; 1,16; 1,24. Widukind 1,35 i nast. Ann. Corb. 929. LMA, II, s.550-551, 554555; III, s.439-440; IV, s.2198-2199; V, s.1875, 2038. Waitz, s.123 i nast., 130, 144. Kótzschke/Ebert, s.30. Lüdtke, König Heinrich

316 I., s.3 i nast., 15, 124 i nast., 128, 134 i nast. Holtzmann, Geschichte, s.89 i nast. Donnert, s.332-333. Ahlheim, s.178. Briiske, s.17 i nast. Biittner, Die christliche Kirche ostwarts, s.149-150. Claude, Geschichte, I, s.18. Schlesinger, Kirchengeschichte Sach-sens, s.35-36. Tenże, Die mittelalterliche Ostsiedlung, s.45. Fleckenstein, Grundlagen und Beginn, s.159-160. Fleckenstein/Bulst, s.34-35. Epperlein, s.274. Lippert, s.9 i nast. Stern/Bartmuss, s.190-191. Beumann, Die Ottonen, s.44-45. Eibl, s.28-29, 31. Cram, s.155-156. Lubenow, s.16-17. Ludat, An Elbę und Oder, s.9 i nast. Por. na ten sam temat w drugim wydaniu posłowie Lothara Dralle, s.213. Boshof, Königtum, s.8. Schulze, Hege-moniales Kaisertum, s.159 i nast. 399 wystarczy porównać Politykę papieską w XX wieku, t. I, s. 124 i nast.; t. II, s. 77 i nast. 400 Semper idem (łac.) wciążto samo [przyp. tłum.]. 401 Viribus unitis (łac.) wspólnymi siłami [przyp. tłum.]. 402 por. też I, s. 23 i nast. 403 Illiterati et idiotae (łac.) niepiśmienni i prostacy [przyp. tłum.]. 404 Thietm. 1,10 i nast.; 3,2; 4,33; 4,37; 4,65 i dalej. Widukind 1,36. Tusculum Lexicon, s.269. Voltaire, s.88. Por. na ten temat pouczającą rozprawę J.-C. Schmitt, Macht der Toten, s.143 i nast. A generalnie na temat strategii ogłupiania, zwłaszcza pod koniec XX wieku: Buggle, s.3 i nast., 289 i nast., 369 i nast., 398 i nast., warte przeczytania. Por. także Gelhausen, s.162 i nast., Kliemt, s.170 i nast. oraz demaskatorską rozprawę Mynarka, Wie prograssive” Theologen das Christentum retten” (Jak progresywni” teologowie ratują” chrześcijaństwo), s.193 i nast. Następnie tegoż Zakaz myślenia, s.48 i nast., 56 i nast. 405 Thietm. 1,16-1,17. Por. także 6,59; 6,80. LMA, II, s.359 i nast; IV, s.2038. Schöffel, I, s.107-108. Hlawitschka, Der König einer Ubergangsphase, s.119. 406 Thietm. 1,17. Widukind 1,40. Adam z Bremy 1,55 i nast. 407 Et vastaverunt omnia (łac.) i spustoszyli wszystko [przyp. tłum.]. 408 Thietm. 1,18. Widukind 1,38. Regin, chron. 889. Ekkeh. Casus s.galii 54, 64. Holtzmann, Geschichte, I, s.39, 83 i nast., 92-93. Lüdtke, König Heinrich I., s.168 i nast. Aufhauser, s.2-3. Haller, Das altdeutsche Kaisertum, s.11, 13-14. Stern/Bartmuss, s.169, 173-174. Schlesinger, Archaologie des Mittelalters, s.19. Fleckenstein/Bulst, s.20. Beumann, Die Ottonen, s.39-40, 44. Na temat grodów por. przede wszystkim Dannenbauer, Adel, Burg, s.121 i nast., 140 i nast., 150 i nast., w: Grundlagen der mittelalterlichen Welt. 409 Widukind 1,38. Lüdtke, König Heinrich L, s.170-171. Eibl, s.29. 410 Widukind 1,38-1,39. Liudpr. antapod. 2,25 i nast. Flodoard. Ann. 933. LMA, VI, s.593. Waitz, s.150 i nast. Lüdtke, König Heinrich /., s.171 i nast. Fleckenstein, Grundlagen und Beginn, s.160. 411 Lüdtke, König Heinrich I., s.176. Beumann, Die Ottonen, s.46-47. 412 W historiografii polskiej oraz niemieckiej decydującą bitwę z Węgrami w 955 r. określa się bądź „nad rzeką Lech” bądź znacznie częściej „na Lechowym Polu” [przyp. red.]. 413 Ann. Fuldens.845. LMA, II, s.335-336. Bosi, Der Eintritt Bóhmens und Mdhrens, s.43 i nast. Tenże, Probleme der Missionierung, s.1 i nast. 414 Thietm. 1,2. LThK, wyd. I, VI, s.682; X, s.882-883; wyd. 111, II, s.557. LMA, II, s.357-358, 461; III, s.1350-1351; V, s.2166; VII, s.159. Wetzer/Welte, XI, s.864. Hand-buch der Kirchengeschichte, m/1, 272. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.872-873. Naegle, II, s.258, 354 i nast. Hauptmann, Die Friihzeit, s.321. Fleckenstein, Grundlagen und Beginn, s.159. 415 LThK, wyd. I, II, s.429; wyd. III, s.557. LMA, II, s.358; VI, s.616. Naegle, II, s.288, 354 i nast., 360 i nast. 416 LMA, V, s.2166. Handbuch der bayerischen Geschichte, I, s.287 (z odsyłaczami do literatury). Naegle, II, s.247, 328 i nast. Hauptmann, Die Friihzeit, s.321. Lüdtke, König Heinrich L, s.137 i nast. Holtzmann, Geschichte, I, s.90. Zimmermann, Das dunkle Jahrhundert, s.126. 417 Wetzer/Welte, XI, s.864-865. Fichtinger, s.386. Aerssen, Kirchengeschichte, s.120. Naegle, II, s.33 i nast., 62 i nast., 73, 139-140, 177-178, 188 i nast., 226, 252 i nast., 262. Stadtmüller, s.150. Thrasolt, s.dzieło to z imprimatur z 6 maja 1939 roku ukazało się w odpowiednim czasie przed początkiem męczeństwa milionów Niemców (i innych narodów). Wprowadzenie aż roi się od zapożyczeń zjęzyka nazistów, oferuje obrazy wielkich osobowości, bojowników i pogromców”, obrazy z wszelkich aktów chrześcijańsko-germańskiej, chrześcijańsko-narodowej historii i kultury”. Ta i taka chrześcijańsko-niemiecka historia, o którą się codziennie modlimy oznacza ponowne obudzenie naszej wielkiej wspaniałej (!) chrześcijańsko-germańskiej historii, oznacza przypomnienie naszego chrześcijańsko-germańskiego ducha, oznacza zapłodnienie naszym chrześcijańsko-germańskim duchem, oznacza tradycję i jej odnowienie, to znaczy historyczną więź i łączność, a z niej nową chrześcijańsko–niemieckąświadomość siebie i naszego posłania, oznacza po takim wielkim wykorzenieniu i zwyrodnieniu w wyniku jednostronnego antynarodowego zalewu obcych i w wyniku jednostronnego zepchnięcia narodu ponowne chrześcijańsko-niemieckie odrodzenie ducha, pogłębienie i poszerzenie, oznacza nowe życie ze starej czcigodnej świętej chrześcijańsko-niemieckiej ziemi i krwi” (krew i ziemia! niem. Blut und Boden), oznacza «Mementote patrum uestrorum Pomnijcie ojców i przodków waszych» w ogóle chrześcijańskich, a specjalnie chrześcijańsko-germań-skich przodków, oznacza: Bądźcie ich godnymi wnukami i potomkami”.

317 418 Thietm. 2,2. LMA, II, s.358. Naegle, II, s.264 i nast., 275, 328. 419 LThK, wyd. I, X, s.823. Naegle, II, s.283 i nast., 300 i nast., 312, 319 i nast. 420 Thietm. 1,18; 1,21. Widukind 1,41. Eibl, s.29-30. 421 Lüdtke, König Heinrich I., s.5, 189-190, 198-199, 205. Na temat krytyki błazna” Lüdtke’go: Brühl, Deutschland-Frankreich, s.413-414. 422 Widukind 2,36. 423 Thietm. Prol. II. 424 Bunding-Naujoks, s.71. 425 Beumann, Otto der Grosse, s.51. 426 Hlawitschka, Kaiser Otto L, s.126, 141. 427 Thietm. 2,1. Widukind 2,1-2,2. LMA, VI, s.1563-1564; VII, s.1104. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.679-680. Buttner, Der Weg Ottos, s.45-46. Holtzmann, Geschichte, I, s.111-112. Lintzel, Miszellen, s.381 i nast. Schmid, Die Thronfolge Ottos des Grossen, s.422 i nast. Grundmann, Betrachtungen, s.207. Schlesinger, Kirchengeschichte, I, s.15. Tenże, Die Anfdnge der deutschen Königswahl, s.344 i nast. Erdmann, For-schungen, s.25 i nast. Bullough, Nach Karl, s.318. Fleckenstein, Grundlagen und Beginn, s.140 i nast. Fleckenstein/Bulst, s.42-43. Hlawitschka, Vom Frankenreich, s.113-114. Schramm, Kaiser, Könige und Papste, III, s.39 i nast., 47 i nast., 54 i nast., 157 i nast. Reinhardt, s.155 i nast. Beumann, Die Be-deutung Lotharingiens, s.25. Tenże, Otto der Grofie, s.56. Riche, Karolingowie, s.225. Patz-old, s.33-34. Hehl, Iuxta canones, s.117-118. Na temat średniowiecznych sporów dotyczących pierwszeństwa: Fichtenau, Lebensordnungen, s.18 i nast., 25. 428 Widukind 2,1. LMA, V, s.67-68; VI, s.1564. Schlesinger, Beobachtungen zur Geschichte, s.419. Fleckenstein, Die Struktur des Hofes, s.5 i nast. Hlawitschka, Kaiser Otto L, s.127. Beumann, Otto der Grofie, s.26. Patzold, s.34-35. Riche, Karolingowie, s.225. Por. też przypis poprzedni. 429 Od łac. laudes poranne modły w brewiarzu [przyp. red.]. 430 LMA, VI (Struve), s.1566. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.680. Weitlauff, s.7. Brackmann, Der rómische Erneuerungsgedan-ke, s.7. Fried, Die Formierung, s.5. Beumann, Otto der Grope, s.50. Lubenow, s.13 i nast. Boshof, Königtum, s.13. 431 t. IV, rozdz. 14 432 Flodoard. 946. LMA, I, s.104. Schniirer, II, s.119 i nast. Holtzmann, Geschichte, I, s.130131, 205, 245-246. Auer, Kriegsdienst des Klerus, I, s.342-343 (w: MlOG: s.370). Schramm, Kaiser, Könige und Papste, III, s.135. Hlawitschka, Vom Frankenreich, s.129. Tenże, Kaiser Otto I., s.138-139. Riche, Karolingowie, s.227. Fried, Die Formierung, s.58. Patzold, s.44. 433 Causae maiores (łac.) sprawy większe [przyp. tłum.]. 434 LMA, V, s.390-391 (Schott/Romer). Dauch, s.241. Steinbach, Die Ezzonen, s.855. Bullough, Nach Karl, s.322. Stern/Bartmuss, s.185. Hlawitschka, Kaiser Otto L, s.139. Tenże, Vom Frankenreich, s.129-130. Fried, Die Formierung, s.58. Patzold, s.44. 435 Widukind 2,6; 2,10. LMA, III, s.1512-1513; VI, s.1564. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.681. Hlawitschka, Vom Frankenreich, s.114-115. Tenże, Kaiser Otto I., s.127-128. Krah, Absetzungsuerfahren, s.261 i nast. Riche, Karolingowie, s.tli. Beumann, Otto der Grofie, s.56-57. Fried, Die Formierung, s.76-77. Właściwą bazą terytorialną” Ottona, politycznym centrum władzy królewskiej” był obszar wokół gór Harzu, Miiller– Mertens/Huschner, s.13-14. 436 Thietm. 1,26; 2,2; 2,34. Widukind 2,8; 2,11. Adalb. contin. Regin. 938. LMA, I, s.1015-1016, 1156 i nast.; III, s.78, 1512-1513; VI, s.1564. Handbuch der bayeri-schen Geschichte, I, s.288 i nast. (z wieloma odsyłaczami do literatury). Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.681-682. Schramm, Kaiser, Könige und Papste, III, s.156. Riche, Karolingowie, s.226 i nast. Fried, Die Formierung, s.78. Patzold, s.38. Hlawitschka, Vom Frankenreich, s.115-116. Tenże, Kaiser Otto I., s.128. Krah, Absetzungs-wrfahren, s.258 i nast. Wieś, s.95-96. O. Meyer, In der Harmonie von Kirche und Reich, s.212. I. Schróder, Zur Rezeption mero-wingischer Konzilkanones, s.244-245. Na temat rozwoju prawa azylu por. Lotter, Heiliger und Gehenkter, s.9-10. 437 W źródłach zwaną również Hathui [przyp. red.]. 438 Thietm. 2,34. Widukind 2,12; 2,15; 2,17; 2,24; 2,26. Adalb. contin. Regin. 939. LMA, II, s.226; III, s.1512-1513; IV, s.1466, 2154; VI, s.1564. Handbuch der Europäischen Geschich-te, s.682. Hlawitschka, Vom Frankenreich, s.116-117. Tenże, Kaiser Otto /., s.128-129. Patzold, s.38-39. Wieś, s.98 i nast, zaczyna przy opisywaniu cudu pod Birten” sam dygotać z religijnej” egzaltacji czy ekscytacji. 439 Thietm. 2,21. Adalb. contin. Regin. 939-940, 954. Kelly, s.140. LMA, I, s.93-94; IV, s.549550, 964-965, 1146. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.682. Biittner, Ge-schichte des Elsafi, s.179 i nast. Holtzmann, I, s.121 i nast., 148 i nast. Auer, Der Kriegs-dienst, s.327 i nast. Lippelt, s.60. Steinbach, Die Ezzonen, s.853. Schmid, Die Thronfolge Ottos des GrofSen, s.490 i nast. Bullough, Nach Kań, s.319-320. Fleckenstein, Grundlagen und Beginn, s.144. Zimmermann, Dos dunkle Jahrhundert, s.117 i nast. Patzold, s.39-40. Karpf, s.94 i nast. Hlawitschka, Vom Frankenreich, s.117. Tenże, Kaiser Otto I., s.129. 440 Zwanego również Rudym [przyp. red.]

318 441 Thietm. 2,4; 2,39 i nast. Vita Brunon. 17-18. LMA, IV, s.2063. Holtzmann, Geschichte, I, s.153, 156. Hirsch, Der mittelalterliche Kaiser-gedanke, s.33-34. Hlawitschka, Vom Frankenreich, s.117-118. Tenże, Kaiser Otto I., s.129. Fried, Die Formierung, s.78. Riche, Karolingowie, s.226. Pitz, Wirtschafts- und Sozialgeschichte, s.52 mówi o kształtowaniu niemieckiej granicy wschodniej”, zapewnia-nu niemieckiego obszaru osadniczego”. 442 Thietm. 2,6 i nast. Adalb. contin. Regin. 953-954. Ruitg. Vita Brunon., s.16 i nast. Vita Oudalrici, s.10. LMA, I, s.1016; IV, s.964-965; V, s.1344, 2039; VI, s.1564-1565. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.682, 685-686. Handbuch der bayerischen Geschichte, I, s.293-294. (tamże dalsza obszerna litertura). Buttner, Geschichte des Elsafi, s.188. Fischer, Das Zeitalter des heiligen Ulrich, s.84, 88-89. Falck, s.60. Weitlauff, s.37-38. Bullough, Nach Karl, s.320. Fleckenstein, Grundlagen und Beginn, s.145. Zimmermann, Dos dunkle Jahrhundert, s.119, 122. Patzold, s.40. Wieś, s.139 i nast., 143 i nast. Hlawitschka, Vom Frankenreich, s.121. Na temat opozycji w Bawarii zob. zwłaszcza Ley-ser, Herrschaft und Politik, s.20 i nast. 443 LMA, VI, s.1565; VI, s.1796. 444 Fried, Die Formierung, s.165 i nast. z licznymi odsyłaczami do literatury. 445 Thietm. 2,23. Vita Brunon, passim, zwł. 8, 12, 14, 20, 25, 30-31. LMA, H, s.753 i nast.; VI, s.15651566; VII, s.578, 1104-1105. Keller, Reclams Lexikon, s.82-83. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.748, 751. Holtzmann, Geschichte, 1, s.151-152, 171 i nast., 200-201, 233. Auer, Der Kriegsdienst, s.336, 340-341. Prinz, Klerus und Krieg, s.175 i nast. W apologetyczno-eufemistycznym stylu: Kóhler, s.180. Steinbach, Die Ezzonen, s.854. Hallinger, s.48. Neuss/Oedinger, s.166 i nast. Fischer, Politiker um Otto den Grofien, s.98 i nast. Kallfelz, s.171 i nast. Lotter, Die Vita Brunonis, s.75. Tenże, Dos Bild Brunos I., s.19 i nast. Bloch, s.41 i nast., 48. Wattenbach/Holtzmann, I, s.8. Fleckenstein, Grundlagen und Beginn, s.147. Bullough, Nach Karl, s.320-321. Patzold, s.45. 446 LThK, wyd. I, VI, s.1019. LMA, III, s.1600. Wetzer/Welte, II, s.673-674. Achter, Die Kólner Petrusreliąuien, s.955, 977 i nast., 982 i nast. Na temat znaczenia trewirskiego związku metropolitalnego por. też Haverkamp, Einfiihrung, passim, zwłaszcza s.123 i nast. Na temat Trewiru we wczesnym średniowieczu: Anton, s.135 i nast., 163 i nast. Następnie: H.-J. Schmidt, Religióse Mittelpunkte und Verbindungen, s.182 i nast. Ranke– Heinemann, Nie i Amen, s.189 i nast. 447 Thietm. 2,9. Widukind 3,44. Flodoard. 955. Vita Oudalr. s.12. LMA, I, s.1212-1213; V, s.1786. LThK, wyd. I, I, s.804. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.686. Patzold, s.45. 448 Thietm. 2,9-2,10. Vita Oudalrici, s.12. 449 Widukind 3,46-3,47. Vita Oudalr. s.12. Vita Brunon, s.35. 450 Thietm. 2,10-2,11. Widukind 3,46 i nast. Vita Oudalr. s.12. LMA, V, s.1786. Wetzer/Welte, XI, s.377. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.665-666, 686 i nast. Weitlauff, s.39-40. Erben, s.70. Holtzmann, Geschichte, s.136, 157-158, 177, 217. Zoepfl, Der heilige Bischof, s.9 i nast. Buttner, Der Weg Ottos, s.50. Leyser, The Battle, s.15 i nast. Fischer, Das Zeitalter des heiligen Ulrich, s.85. Zimmermann, Das dunkle Jahrhundert, s.133. Fleckenstein, Grundlagen und Beginn, s.145. Wattenbach/Dümmler/Huf, II, s.469. Fried, Der Weg, s.513 i nast. 451 LThK, wyd. I, VI, s.642; VIII, s.280-281; X, s.960-961. dtv Lexikon, s.14,155-156. Kelly, s.147. LMA, IV, s.1434; V, s.1761-1762, 2112; VI, s.2157. Handbuch der Kirchengeschichte, m/1, s.280. Handbuch der bayerischen Geschichte, I, s.224, 305. Uhlirz, I, s.96 i nast. Hauck, III, s.163 i nast., zwł. 177 i nast. Zibermayr, s.120. Pfeiffer, Die Bam-berg Urkunde, s.16 i nast. Wattenbach/Holtz-mann, I, s.285 i nast. Holtzmann, Geschichte, I, s.252 i nast. Janner, I, s.354. Heuwieser, Geschichte, I, s.63 i nast.tomek, s.15 i nast. Dauch, s.11. Bosi, Probleme der Missionierung, s.6. Hóman, I, s.155-156. Fuhrmann, Der angebliche Brief, s.51 i nast. Zimmermann, Das dunkle Jahrhundert, s.211 i nast.. Fichtenau, Zu den Urkundenfdlschungen Pil-grims, s.96 i nast. Reindel, Bayern im Karolingerreich, s.242. Brunner, s.85 i nast., zwł. s.90 i nast. 452 Heuwieser, I, s.63 i nast. 453 Vita Oudalr. passim, zwł. 1, 3, 5, 9 i nast., 21 i nast. Arnold z St. Emmeram, Libri duo de S.Emmerammo 1,17 (PL 141, 1016). Wetzer/Wel-te, XI, s.372, 376, 386 i nast. LThK, wyd. I, I, s.78; X, s.365 i nast.; wyd. III, I, s.126. LMA, I, s.1213. Babi, s.167. Zoepfl, Das Bistum Augsburg, s.66. Weitlauff, s.8 i nast., 35, 38 i nast. Bosi, Bayerische Geschichte, s.75. Kall-felz, s.12, 37, 53, przyp. 5. Plótzl, s.83-84, 90 i nast. 454 Thietm. 3,8. Ekkeh. Casi s.galii 51, 57. Wet-zer/Welte, XI, s.376, 382. LThK, wyd. I, II, s.219; X, s.366-367. Keller, Reclams Lexikon, s.74. Fichtinger, s.370. Kühner, Lexikon, s.74. Kelly, s.150. LMA, IV, s.931, 1315. Wattenbach/Holtzmann, Geschichtsquellen, I, s.257 i nast. Wattenbach/Dümmler/Huf s.463. Zoepfl, Das Bistum Augsburg im Mittelalter, s.74-75. Dorn, s.116 i nast., 126 i nast. Kall-felz, s.12, 37 i nast. Kühner, Das Imperium, s.124. Rummel, Ulrichslitaneien, s.351-352. Hórger, Die Ulrichsjubilden”, s.309. Por. też przyp. poprzedni. 455 Thummerer, Urkundlicher Bericht, s.231 i nast. 456 Thietm. 2,9-2,10. Ruotg. Wita Brunon. 35. LMA, V, s.1786. Hauptmann, Die Fruhzeit, s.324. Keller, Dos Kaisertum, s.247. Fischer, Das Zeitalter des heiligen Ulrich, s.85. Schramm, Kaiser, Könige und Papste, III, s.162.

319 457 LMA, I, s.1321-1322. Fried, Die Formierung, s.79. Riche, Karolingowie, s.233-234. Patzold, s.45-46. 458 Rodung des Gero (niem.) karczunek Gerona [przyp. tłum.]. 459 Thietm. 2,12; 2,14; 2,19; 2,28. Widukind 2,9; 2,20; 3,54. Taddey, s.522. LMA, IV, s.2160. Hauck, III, s.107. Hauptmann, Die Fruhzeit, s.321. Keller, Das Kaisertum Ottos, s.374. Holtzmann, Geschichte, I, s.126, 134-135. Tenże, Aufsdtze, s.3. Kossmann, s.452-453. Bullough, Nach Kań, s.321. Haller, Das alt-deutsche Kaisertum, s.17, 29. Stern/Bartmuss, s.192. Donnert, s.333-334. Fleckenstein, Grundlagen und Beginn, s.161-162. Schramm, Kaiser, Könige und Papste, III, s.160. H.K. Schulze, Hegemoniales Kaisertum, s.230. Lubenow, s.18 i nast. Althoff, Das Bett des Königs, s.141 i nast. Fried, Der Weg, s.500-501. 460 Hauck, III, s.84 i nast., 96. Boshof, Königtum, s.13. Fried, Der Weg, s.500-501. 461 Widukind 2,4; 2,20-2,21. Adalb. cont. Regin. 928. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.679. Hauck, III, s.21-22, 77 i nast., 90-91. Holtzmann, Geschichte, I, s.108, 133-134. Tenże, Aufsdtze, s.3. Bruske, Untersuchun-gen, s.21-22. Stern/Bartmuss, s.192. Ludat, An Elbę und Oder, s.10 i nast. Fleckenstein/Bulst, s.41, 44, 59-60, 70-71. Haller, II, s.182. Lubenow, s.24. Schulze, Hegemoniales Kaisertum, s.77. 462 Thietm. 2,12. Widukind 3,53 i nast. Liutpr. hist. Otton. 10,17. Taddey, s.522. LMA, II, s.551, 1101-1102; III, s.1762; IV, s.1980; VI, s.1009. Hauck, III, s.88 i nast., 102 i nast. Holtzmann, Geschichte, I, s.134, 160 i nast., 179-180. Hampe, Kań der Grofie, s.70. Ahl-heim, s.179, 181. Stern/Bartmuss, s.193. Patzold, s.45-46. Fichtenau, Lebensordnungen, s.220. 463 Widukind 3,70. LMA, I, s.48; VI, s.1009, 1390-1391. Hauck, III, s.105 i nast. Na temat głoszenia wojny totalnej, ludobójstwa i w ogóle propagowania ogromnej nietolerancji już i akurat w Biblii: Buggle, s.36 i nast., 56 i nast., 68 i nast., 95 i nast. Przy tym bardzo pouczające jest, według Stremingera, Die Jesuanische Ethik, s.126-127, że pałający gniewem Jahwe jest względnie niewinny w porównaniu z kochającym ojcem z Nowego Testamentu”. Por. też tegoż Gottes Giite, s.215 i nast., Baeger, s.206-207, Mynarek, Zakaz myślenia, s.65 i nast., Deschner, Die unheiluollen Auswirkungen, s.182 i nast. Biblia zresztą może być przydatna do każdego celu. Skoro bowiem zawiera ona nie tylko Kazanie na Górze z wezwaniem do miłości wrogów, lecz również księgi Samuela nawołujące do mordów na całych narodach, to nie jest niczym dziwnym, że daje się równie łatwo cytować podczas pacyfistycznych demonstracji, jak i mszy polowych w trakcie eksterminacyjnych wypraw”, pisze Birnbacher, s.148. Nie wolno zapominać o H. Herrmannie, Passion, s.38: Prawdziwym sprawcą jest nie torturujący pachołek, nie zawodowy kat, lecz anonimowa masa obserwatorów”. 464 Biskupstwo w Pradze powstało ok. 973 r. [przyp. red.]. 465 Wicekrólem [przyp. tłum.]. 466 Thietm. 2,7; 2,16-2,17. Widukind 3,8. Flodoard Ann. 950. Adalb. contin. Regin. 950. Naegle, II, s.330 i nast. Holtzmann, Geschichte, I, s.173-174, 210, 219, 235-236. Tenże, Aufsdtze, s.5-6. Stern/Bartmuss, s.194. Claude, Geschichte des Erzbisłums Magdeburg, I, s.17 i nast., 25 i nast., zwł. s.34 i nast., 45 i nast. Wentz/Schwinekóper, s.17-18, 42, 81 i nast. Brackmann, Magdeburg als Hauptstadt, s.18, 29. Lippelt, s.151-152. Hlawitschka, Vom Frankenreich, s.127. Riche, Karolingowie, s.225, 262. Patzold, s.46. 467 Chodzi o Grody Czerwieńskie [przyp. red.]. 468 Thietm. 2,14; 2,29. Widukind 3,66-3,67. LMA, I, s.476; VI, s.616, 2125; VII, s.52-53, 880-881. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.905 i nast. Handbuch der Kirchenge-schichte, III/l, s.262-263. Hauptmann, Die Fruhzeit, s.322-323. Holtzmann, Geschichte, I, s.180 i nast. Kętrzyński, The Introduction, s.16. Halecki, s.19-20. Hensel, s.236 i nast. 469 Thietm. 4,55. Hauptmann, Die Fruhzeit, s.323-324. Holtzmann, Geschichte, I, s.198-199. Kossmann, s.452-453. Mayer, Mittelalterliche Studien, s.66. Bosi, Europa, s.236. Rice, s.155. Rhode, s.11. 470 Thietm. 8,32. Według Thietmara, tamże, ludność Kijowa składała się przede wszystkim z walecznych Duńczyków” (Danis). Adalb. contin. Regin. 959, 961. dtv, Lexikon, t. 15, s.296. LMA, I, s.98-99.; III, s.1121 i nast, 1130-1131., 1398-1399; V, s.1121 i nast., zwł. s.1123-1124; VI, s.756-757, 1395-1396; VII, s.137-138, 880-881, 1112-1113. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.694, 842, 925 i nast., 989 i nast. Handbuch der Kirchenge-schichte, III/l, s.275 i nast. Benz, s.12-13. Ammann, s.12. Fleckenstein, Grundlagen und Beginn, s.163-164. Riche, Karolingowie, s.233-234. Beumann, Otto der Gro/k, s.68-69. Schreiner, Byzanz, s.143. Poppe, s.271 i nast. Blum, s.15-16. Janin/Sedov/Toloko, s.203 i nast. 471 Thietm. 7,43-7,44. Wetzer/Welte, IX, s.457 i nast. LMA, I, s.1522; II, s.459-4602 1794 i nast. (rok 989 jest wymieniany jako rok wyprawy do Korsunia; III, s.768 i nast., zwł. 771 i nast.; V, s.267, 306, 1124 (Hósch); VII, s.137-138. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.841 i nast., 929 i nast., 992. Rice, s.155. Vernadsky, s.286-287. Jirećek, I, s.141. Ammann, s.15, 21. Hellmann, Slawi-sches, insbesondere ostslawisches, s.264-265. Blum, s.21-22. 472 Thietm. 7,75. LMA, II, s.459-460; V, s.306 (A. Poppe). Hellmann, Slawisches, insbesondere ostslawisches, s.266-267. Ammann, s.23. 473 Wetzer/Welte, I, s.270-271. LThK, wyd. I, I, s.471-472; wyd. III, I, s.715-716. Kelly, s.115, 118. LMA, I, s.690; II, s.220 i nast. (H. Ehrhardt); III, s.499, 1527; IV, s.1865 i nast. (Ch. Radtke), 1883 i nast., 1928 i nast.;

320 VII, s.804. Handbuch der Europdichen Geschichte, I, s.953. Hauck, II, s.698 i nast. Walterscheid, s.87 i nast. Stratmann, Dos Recht der Erzbi-schofsweihe, s.67-68. Haendler, s.119 i nast. Friedmann, s.194-195, 198. 474 Thietm. 1,17. Adam z Bremy, Gęsta Hammaburgens.eccl. pontif. 1,56; 1, 59. O przyjęciu chrześcijaństwa przez króla Duńczyków Haralda wyczerująco: Ermoldus Nigellus, Carmen IV ze s.606 i nast. {Poet. lat. aevi Carol. II, s.75). LMA, III, s.502 (Skovgaard-Petersen); IV, s.1561, 1929; V, s.348. Handbuch der Kirchengeschichte, III/l, s.264. Handbuch der Europaischen Geschichte, I, s.675, 953-954. Hauck, II, s.706 i nast.; III, s.80 i nast. 475 Thietm. 2,42. Adam z Bremy 2,4. LThK, wyd. I, I, s.82; wyd. III, I, s.131. dtv Lexikon, t. 16, s.191. LMA, I, s.104; IV, s.1929; VI, s.1257, 1391. Handbuch der Kirchengeschichte, III/l, s.264. Hauck, H, s.708 i nast.; III, s.93-94, 99 i nast. (tutaj dalsza literatura źródłowa). 476 LMA, IV, s.1930. Kosminski/Skaskin, I, s.127. Brackmann, Gesammelte Aufsdtze, s.31. Hlawitschka, Kaiser Otto I., s.134-135. Na temat erygowania biskupstwa w Miśni por. Pfeifer, Die Bistumer Prag und Meissen, s.77 i nast., zwł. s.81 i nast. Na temat sakralnego” charakteru królestwa również w czasach nowożytnych por. pouczającą rozprawę G. Feeley-Harnik, Herrscherkunst, s.195 i nast. 477 Franzen, Kleine Kirchengeschichte, s.165. Abendzeitung Miinchen, 24 lipca 1995. Por. do XX wieku: Deschner, Polityka papieska, t. I i II, passim oraz Deschner/Petrović, Weltkrieg der Religionen, s.261 i nast, Umeljić, passim, Dokumentation, s.281 i nast. 478 Lib. Pont. (wyd. Duchesne), 1,470 i nast. Jaffe, Regesta, 1, 284. Lib. Pont. (wyd. Duchesne), 2,86 i nast. Jaffe, Regesta, 1,327. Lib. Pont. (wyd. Duchesne), 2,246 i nast. Jaffe, Regesta,466. Lib. Pont. (wyd. Duchesne), 2,251. Jaffe, Regesta, 1,469. Lib. Pont. (wyd. Duchesne), 2,234. Jaffe, Regesta, 1,444 i nast. Zimmermann, Papstabsetzungen, s.158 i nast. 479 Chodzi o papieża w latach 939-942. Kłopoty z numeracją papieży o imieniu Stefan spowodował Stefan II, który został legalnie wybrany w 752 r., jednak zmarł po trzech dniach, zanim przyjął sakrę biskupią. Deschner zalicza go w poczet papieży [przyp. red.]. 480 Lub w 935 r. zginął podczas zamieszek w Rzymie [przyp. red.]. 481 Lib. Pont. (wyd. Duchesne), 2,251. Jaffe, Regesta, 1, 469 i nast. Lib. Pont. (wyd. Duchesne), 2,229. Jaffe, Regesta, 1,449 i nast., 2,706. Lib. Pont. (wyd. Duchesne), 2,255 i nast. Jaffe, Regesta, 1,477 i nast., 2,707. Lib. Pont. (wyd. Duchesne), 2,259. Jaffe, Regesta, 1,484 i nast.. Lib. Pont. (wyd. Duchesne), 2,243. Jaffe, Regesta, 1,454 i nast. Lib. Pont. (wyd. Duchesne), 2,244. Jaffe, Regesta, 1,457 i nast. Lib. Pont. (wyd. Duchesne), 2,140 i nast. Jaffe, Regesta, 1,235 i nast. Lib. Pont. (wyd. Duchesne), 2,279. Jaffe, Regesta, 1,556 i nast. Lib. Pont. (wyd. Duchesne), 2,261. Jaffe, Regesta, 1,495 i nast. Zimmermann, Papstabsetzungen, s.198-199. Nitschke, s.40 i nast. Por. następnie odnośne teksty u Kühnera, Kelly’ego w LMA. 482 Lib. pont. (wyd. Duchesne) 2,236 i nast. Jaffe, Regesta, 1,445 i nast. Kühner, Lexikon, s.65-66. Kelly, s.132 i nast. LMA, VII, s.1787. Hartmann, Geschichte Italiens, III, półtom 2, s.208-209. Dummler, III, s.601. Gregorovius, 1/2, s.576 i nast. Cartellieri, I, s.368 i nast. Haller, II, s.143. Seppelt, II, s.336-337. Seppelt/Schwaiger, s.118-119. Zimmermann, Dos dunkle Jahrhundert, s.27. Tenże, Papstabsetzungen, s.63. 483 Kelly, s.136. LMA, V, s.1891, 2178; VI, s.1165, 2110. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.833 i nast. Seppelt, II, s.339-340. Zimmermann, Das dunkle Jahrhundert, s.35. Beck, s.120 i nast. de Rosa, s.63. 484 Lib. Pont. (wyd. Duchesne) 2,240-2,241. Jaffe, Regesta, 1,449-1,450. Lib. Pont. (wyd. Duchesne) 2,243. Jaffe, Regesta, 1,454-1,455. Liutpr. antapod. 2,47-2,48. Pierer, X, s.524. Kuhner, Lexikon, s.66. LThK, wyd. I, V, s.470. Kelly, s.139. LMA, VI, s.321. Gregorovius, 1/2, s.578 i nast., 583-584. Holtzmann, Geschichte, I, s.98-99. Haller, II, s.143-144. Port-mann, s.111-112. Seppelt, II, s.337-338, 341, 346. Seppelt/Schwaiger, s.118. Neuss, s.102. de Rosa, s.63. Karpf, s.5 i nast. 485 Liutpr. antapod. 2,48. Kelly, s.137. Handbuch der Kirchengeschichte, m/1, s.226. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.796. Dummler, III, s.602-603. Hartmann, Geschichte Italiens, III, 2 półtom, s.166-167. Gregorovius, 1/2, s.580-581, 587-588. Haller, II, s.147. Seppelt, II, s.341-342. Seppelt/Schwaiger, s.118. Eickhoff, s.298-299. Falco, s.167. Erben, s.53. Zimmermann, Das dunkle Jahrhundert, s.44 i nast., 54-55, 71. 486 Liutpr. antapod. 2,57 i nast., 2,68 i nast. Flo-doard Ann. 922 i nast. LMA, V, s.397 i nast., 710-711. (Tobacco). Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.657-658. Hartmann, Geschichte Italiens, III, 2 półtom, s.188 i nast. Hlawitschka, Franken, s.102-103. Zimmermann, Das dunkle Jahrhundert, s.72. 487 Liutpr. 3,2 i nast.; 3,11 i nast. Flodoard Ann. 923-924, 926. Ann. Alamann. 926. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.658. LMA, II, s.940-941. Hartmann, Geschichte Italiens, III, 2 półtom, s.193 i nast. Hlawitschka, Franken, s.104. Zimmermann, Dos dunkle Jahrhundert, s.73. 488 Flodoard Ann. 926. LMA, V, s.158. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.658. Gregorovius 1/2, s.592. Hertmann, Geschichte Italiens, ni, 2 półtom, s.197. Zimmermann, Dos dunkle Jahrhundert, s.73-74. 489 Liutpr. antapod. 3,39 i nast.; 4,14. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.660-661. Hartmann, Geschichte Italiens, III, 2 półtom, s.198 i nast., 248. Seppelt, II, s.344. 490 Flodoard 946. De triumph. Christi 12,7. Liutpr. antapod. 3,18; 3,43 i nast.; 4,14. Kelly, s.139. Kuhner, Lexikon, s.68 i nast. Handbuch der Kirchengeschichte, m/l, s.226-227. Handbuch der Europäischen Geschichte,

321 I, s.650 i nast., 659. LMA, I, s.280-281; V, s.158; VI, s.321. Dummler, III, s.603. Gregorovius 1/2, s.592 i nast. Hartmann, Geschichte Italiens, III, 2 półtom, s.215 i nast. Haller, II, s.148 i nast. Seppelt, II, s.345 i nast. Seppelt/Schwaiger, s.118-119. Holtzmann, Geschichte, I, s.99. Zimmermann, Dos dunkle Jahrhundert, s.74, 76 i nast., 93, 96-97. Tenże, Papstabsetzungen, s.78. Gontard, s.191. de Rosa, s.64. 491 Liutpr. antapod. 5,3. LMA, I, s.280-281. Kuhner, Lexikon, s.69-70. Kelly, s.140-141. Seppelt, II, s.348-349. (tu cytat z E. Sackura). 492 Liutpr. antapod. 3,49; 5,3 i nast.; 5,12; 5,26 i nast. LMA, I, s.1933-1934; V, s.158. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.660-661. Hartmann, Geschichte Italiens, III, 2 półtom, s.232 i nast. Zimmermann, Dos dunkle Jahrhundert, s.99. 493 Liutpr. antapod. 5,32. 494 Thietm. 2,5. Liutpr. antapod. 5,31. Widukind 3,7; 3,9-4,0. Flodoard 950 i nast. Vita Mathild. poster. 15. LMA, I, s.95, 145, 1933-1934; V, s.2128. Hartmann, Geschichte Italiens, III, 2 półtom, s.236-237, 243 i nast. H. Keller, Zur Struktur der Königsherrschaft, s.177 i nast. Fleckenstein, Grundlagen und Beginn, s.170-171. Zimmermann, Das dunkle Jahr-hundert, s.100. 495 Thietm. 2,5. Widukind 3,10. Flodoard 952. Liutpr. Liber de Ottone rege 1; 15. Kelly 143. LMA, I, s.95, 1934; V, s.2039. Hartmann, Geschichte Italiens, III, 2 półtom, s.250 i nast. Holtzmann, Geschichte, I, s.188 i nast. Seppelt, II, s.353 i nast. Zimmermann, Das dunkle Jahrhundert, s.134, 137. Tenże, Papstabsetzungen, s.235 i nast. Bernhart, s.93. Fleckenstein, Grundlagen und Beginn, s.171. Fleckenstein/Bulst, s.65. 496 Liutpr. de Ottone rege 3; 10. Flodoard Ann. 954. Kelly, s.142 i nast. Sickel, Alberich II., s.104-105. Köpke/Rümmler, s.350 i nast. Dresdner, s.62. Haller, II, s.151. Seppelt, II, s.352-353. Klauser, s.187. Zimmermann, Papstabsetzungen, s.78, 257. Zimmermann, Parteiungen, s.365 i nast. 497 Liutpr. de Ottone rege 10. Kelly, s.142-143. Haller, II, s.151. Fleckenstein/Bulst, s.65. Zimmermann, Das dunkle Jahrhundert, s.135-136. 498 Liutpr. de Ottone rege 2. LThK, wyd. I, IV, s.841; wyd. III, IV, s.1210. LMA, I, s.95; IV, s.1958. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.690. Sommerlad, II, s.239-240. Holtzmann, Geschichte, I, s.16 i nast., 174-175, 201. Vehse, I, s.10. Bullough, Nach Kań, s.322. Sepelt, II, s.355, 358. Bernhart, s.93. Zimmermann, Das dunkle Jahrhundert, s.139. Tenże, Papstabsetzungen, s.183, 186. Fleckenstein/Bulst, s.60. Heer, Mittelalter, s.532-533. Schulze, Hegemoniales Kaisertum, s.198-199. 499 Liutpr. de Ottone rege 3. MG Const. I, nr 10 i nast. Tract. cum Joh. XII. s.20 i nast. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.690-691. Kelly, s.143. Hartmann, Geschichte Italiens, IV, 1 półtom, s.2-3. Hampe, Die Berufung Ottos, s.153 i nast. Grundmann, s.200 i nast. Haller, II, s.152 i nast. Bullough, Nach Kań, s.322. Seppelt, II, s.356-357. Fleckenstein, Grundlagen und Beginn, s.173-174. Schulze, Hegemoniales Kaisertum, s.199 i nast. Na temat rozdźwięku w ówczesnych źródłach dotyczących koronacji cesarskiej Ottona I por. Keller, Das Kaisertum, s.218 i nast. 500 Holtzmann, Geschichte, I, s.192. Biittner, Der Weg Ottos, s.58 i nast. Haller, II, s.155. Seppelt, II, s.355, 357. Seppelt/Schwaiger, s.122. Fuhrmann, Konstantinische Schenkung, s.128 i nast. Beumann, Otto der Grofie, s.69. 501 Thietm. 2,13. Adalb. cont. Regin., 963-964. Liutp. de Ottone rege, 3-4, 6-7. Otto z Frei-sing Chr. 6,23. LMA, II, s.1490; IV, s.882 (Singer); VI, s.1652. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.664, 691. Hartmann, Geschichte Italiens, IV, 1 półtom, s.4 i nast. Gregorovius, 1/1, s.619 i nast. Hampe, Die Berufung Ottos, s.163 i nast. Haller, II, s.155-156. Tenże, Dos altdeutsche Kaisertum, s.26. Seppelt, II, s.358-359. Schöffel, I, s.15. Fleckenstein/Bulst, s.67. Prinz, Grundlagen und Anfdnge, s.148-149. Fuhrmann, Konstantinische Schenkung, s.128 i nast. Zimmermann, Papstabsetzungen, s.81 i nast., 254 i nast. Tenże, Das dunkle Jahrhundert, s.144 i nast., 154. Graf, s.53-54. Hlawitschka, Vom Frankenreich, s.126-127. Beumann, Otto der Grosse, s.68. 502 Adalb. cont. Regin. 963. Liutpr. de Ottone rege, 8 i nast. Ann. Hildesheim. 963. Hartmann, Geschichte Italiens, IV, 1 półtom, s.6 i nast. Gregorovius, 1/2, s.620-621. Holtzmann, Geschichte, I, s.194. Seppelt, II, s.359. Haler, II, s.156. Boye, s.55-56. Tangl, s.107 i nast. Zimmermann, Das dunkle Jahrhundert, s.148. Tenże, Papstabsetzungen, s.255 i nast. Prinz, Grundlagen und Anfdnge, s.149. Gontard, s.195. 503 Lib. Pont. (wyd. Duchesne) 2,246 i nast. Jaffe, Regesta 1,466 i nast. Adalb. cont. Regin. 963. Liutpr. de Ottone rege, 10 i nast., 15-16. Kelly, s.144. LThK, wyd. I, VII, s.763, 823-824. Hartmann, Geschichte Italiens, IV, 1 półtom,s.8 i nast. Gregorovius, 1/2, s.622. Haller, II, s.155-156. Tenże, Das altdeutsche Kaisertum, s.26. Seppelt, II, s.360. Fleckenstein/Bulst, s.67. Zimmermann, Papstabsetzungen, s.85 i nast., 243-244, 248, 255. Tenże, Dos dunkle Jahrhundert, s.149. 504 Adalb. cont. Regin. 964. Liutpr. de Ottone rege, 17 i nast. Kühner, Lexikon, s.70-71. Kelly, s.143-144. Hartmann, Geschichte Italiens, IV, 1 półtom, s.10 i nast. Gregorovius, 1/2, s.624 i nast. Holtzmann, Geschichte, I, s.196. Haller, II, s.156-157. Seppelt, II, s.360-361. Seppelt/Schwaiger, s.123. Kampf, Das Reich, s.52. Bernhart, s.93. Gontard, s.195. Graf, s.54 i nast. Boye, s.56. Zimmermann, Papstabsetzungen, s.258. Tenże, Dos dunkle Jahrhundert, s.150-151. Hlawitschka, Kaiser Otto I., s.137. 505 73. Hergenröther, II, s.211-212.

322 506 Lib. Pont. (wyd. Duchesne) 2,251. Jaffe, Rege-sta 1,469 i nast. Liutp. de Ottom rege, 21-22. Adalb. cont. Regin. 964-965. Kelly, s.145. Hartmann, Geschichte Italiens, IV, 1 półtom, s.14-15. Gregorovius, 1/2, s.626-627. Haller, II, s.157. Gontard, s.195. Boye, s.56. Seppelt, II, s.362. Zimmermann, Papstabsetzungen, s.92 i nast., 247. Tenże, Das dunkle Jahrhun-dert, s.152. Schreiner, Gregor VIII., nackt auf einem Esel reitend, s.171-172. 507 Holtzmann, Geschichte, II, s.303. Haller, II, s.145-146. Hertling, s.131. Gontard, s.199-200. Daniel-Rops, s.686, 689. Por. też Buggle, s.7-8. Deschner, Polityka papieska, passim, zwł. t. II, s.307 i nast. 508 Lib. Pont. (wyd. Duchesne) 2,253-2,254. Jaffe, Regesta, 1,470 i nast. Adalb. contin. Regin. 965-966. Kelly, s.145-146. LMA, V, s.542. Hartmann, Geschichte Italiens, IV, 1 półtom, s.17-18. Gregorovius, 1/2, s.629-630. Holtzmann, Geschichte, I, s.203. Haller, II, s.158-159. Seppelt, II, s.363 i nast. Graf, s.57-58. Gontard, s.196. Zimmermann, Papstabsetzungen, s.95 i nast. Tenże, Das dunkle Jahrhundert, s.153-154. Tenże, Dos Papsttum im Mittelalter, s.101. Beumann, Die Ottonen, s.101. Schreiner, Gregor VIII., nackt auf einem Esel reitend, s.72. Althoff/Keller, II, s.198. 509 Małe Niemcy w połowie XIX wieku program zjednoczenia Niemiec pod przewodnictwem Prus i przy pominięciu Austrii [przyp. red.]. 510 Wielkie Niemcy koncepcja niemieckiego państwa związkowego pod przywództwem Austrii, wysuwana przez południowoniemieckich konserwatystów, arystokrację i demokratów głównie Bawarii i Szwabii, próbujących uratować suwerenność swych krajów, przeciwników państwa narodowego, opartego na hegemonii Prus, wrogów Bismarcka [przyp. red.]. 511 Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.692. Holtzmann, Geschichte, I, s.204. Büttner, Der Weg Ottos, s.54. Hay, s.339. Stein-bach, Die Ezzonen, s.855. Kempf, Das mittelalterliche Kaisertum, s.228 Kosminski/Skaskin, s.133. Stern/Bartmuss, s.188. Zimmermann, Das Papsttum im Mittelalter, s.100 i nast. Bullough, Nach Kań, s.322. Prinz, Grundlagen und Anfdnge, s.149. Hlawitschka, Vom Fran-kenreich, s.118-119, 124, 131. Na temat tradycji karolińskich: Deer, s.38 i nast. Beumann, Grab und Thron, s.9 i nast. Nową interpretację” usiłuje dać, idąc wiernie w ślady swego promotora, uczeń Hlawitschki R. Pauler, Das Regnum Italiae, passim, zwł. s.164 i nast. Na temat dyskusji historyków dotyczącej polityki włoskiej Niemiec w średniowieczu por. przede wszystkim bardzo pouczające wywody w Althoff/Keller, 2 tomy, passim oraz Fried, Der Weg, s.529 i nast. 512 Pauler, Das Regnum Italiae, s.9 i nast., 21-22, 102 i nast. 513 Dilectus fidelis noster (łac.) drogi wierny nasz [przyp. tłum.]. 514 Pauler, Das Regnum Italiae, s.64 i nast. Hojny był cesarz również wobec włoskich klasztorów, por. choćby Zotz, s.172 i nast. 515 LMA, I, s.1908; VI, s.1652; VII, s.1295. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.695. Hlawitschka, Vom Frankenreich, s.130. Tenże, Kaiser Otto I., s.140. Beumann, Die Ottonen, s.101-102, 108. Patzold, s.48. Glocker, Die Verwandten der Ottonen, s.156-157. 516 Widukind 3,72. Liutpr. Legatio, passim, zwł. 3; 9; cytat 44. LMA, I, s.821. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.695. Hauck, III, s.217. Hartmann, Geschichte Italiens, IV, 1 półtom. Bauer/Rau, s.239. Beumann, Die Ottonen, s.108-109. Glocker, Die Verwandten der Ottonen, s.155 i nast. Rentschler, passim, zwł. s.9 i nast. 517 LMA, V, s.532; VII, s.74. Uhlirz, Jahrbucher, I, s.20 i nast. Hartmann, Geschichte Italiens, IV, 1 półtom, s.27 i nast. Fleckenstein, Grundlagen und Beginn, s.125-126. Beumann, Die Ottonen, s.109. Glocker, Die Verwandten der Ottonen, s.154 i nast. Hlawitschka, Kaiser Otto I., s.140. Patzold, s.48. 518 Glocker, Die Verwandten der Ottonen, s.154. 519 Thietm. 2,43. Widukind 3,75-3,76. Adam z Bremy, Gęsta Hammaburg. eccl. 2,21 nazywa Ottona pogromcą wszystkich ludów Północy”. Holtzmann, Geschichte, I, s.216. Schul-ze, Hegemoniales Kaisertum, s.77. 520 Otto z Freising 6,26 521 Thietm. III Prol. 522 Thietm. 2,44; 3,1; 3,13-3,14; 3,16; 4,6. Adalb. cont. Regin. 955, 961, 967. Widukind 3,76. LThK, wyd. I, X, s.920-921; wyd. III, II, s.799-800. Ekkeh. Casus s.galii s.98. LMA, I, s.169-170; III, s.1030, 1766; IV, s.1468; V, s.19 (Seibert); VI, s.1567. Taddey, s.263-264, 1308, 1310-1311. Uhlirz, Jahrbucher, I, passim i s.212. Wattenbach/Holtzmann, Geschichte, I, s.239 i nast. Brackmann, Gesammelte Aufsdtze, s.200. O. Meyer, In der Harmonie, s.218. Beyreuther, Otto II, s.67-68. Prinz, Grundlagen und Anfdnge, s.163. Landau, s.29 i nast., tu również cytowany Seckel. 523 LMA, VI, s.1567. Stern/Bartmuss, s.196-197. 524 LMA, II, s.358-359; III, 300; IV, s.2063-2064; VI, s.616-617 (Liibke), 1567. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.696-697. Handbuch der bayerischen Geschichte, I, s.297-298. Hartmann, Geschichte Italiens, IV, 1 półtom, s.70 i nast. Naegle, II, s.353-354, 366 i nast, 373-373. Staber, s.26. Fleckenstein, Grundlagen und Beginn, s.190-191. Glocker, Die Verwandten, s.167 i nast., 175 i nast. Hlawitschka, Vom Fran-kenreich, s.132. Prinz, Grundlagen und Anfange, s.161-162. A. Kraus, Geschichte Bay-erns, s.61 i nast. Fried, Der Weg, s.552 i

323 nast. Beyreuther, Otto II., s.68. Althoff/Keller, s.150. Według Beumanna, Die Ottonen, s.113, przydomek Kłótnika znali już współcześni”. 525 Thietm. 3,7; 3,24. Ann. Weissenb. 975. Ann. Hildesh. 976. Ann. Magdeb. 976. LMA, II, s.358; IV, s.613, 2063-2064. Handbuch der bayerischen Geschichte, I, s.224-225, 298 i nast. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.697. Uhlirz, I, s.92 i nast. Holtzmann, Geschichte, I, s.247 i nast. Hellmann, Die Ostpolitik Kaiser Ottos., s.49 i nast. Prinz, Grundlagen und Anfange, s.162. Fleckenstein/Bulst, s.82-83. Hlawitschka, Vom Frankenreich, s.132-133. Tenże, Otto II., s.147. Beumann, Die Ottonen, s.115. Fried, Der Weg, s.554. 526 LMA, V, s.1204; VI, s.616-617; VII, s.1481. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.907. Holtzmann, Geschichte, I, s.251-252. Rhode, s.3 i nast., 7. Fleckenstein/Bulst, s.85. 527 Thietm. 3,8. Widukind 2,39. Richer z Reims 3,69 i nast., zwł. 3,71. LThK, wyd. I, X, s.960-961; wyd. III, II, s.724. Wetzer/Welte, IX, s.97 i nast. Taddey, s.162, 1323. LMA, I, s.93; II, s.755-756; V, s.993, 2127. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.697-698; VI, s.1567; VII, s.830-831. Uhlirz, Jahrbu-cher, I, s.105 i nast., zwł. s.116. Janner, I, s.385. Staber, s.26. Walterscheid, s.167 i nast. Bullough, Nach Kań, s.323. Hlawitschka, Vom Frankenreich, s.133, 137. Tenże, Kaiser Otto II., s.148, 151. Glocker, Die Verwandten, s.187 i nast., 191, 198. Beyreuther, Otto II., s.69. Fichtenau, Lebensordnungen, s.50. Sprandel, s.101. 528 Danevirke: Wału duńskiego, istniejącego fragmentarycznie do dziś [przyp. tłum.]. 529 Thietm. 2,14. Taddey, s.46. LMA, III, s.534-535; IV, s.1762-1763, 1865 (Riis); VI, s.1567. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.953-954. Uhlirz, I, s.134-135. Holtzmann, Geschichte, I, s.245-246, 275 i nast.; II, s.279. Haller, Dos altdeutsche Kaisertum, s.35. Schöffel, I, s.118. Bauer, Der Liulandkreuzzug, s,. 306, przyp. 12. Fleckenstein/ Bulst, s.83. 530 Thietm. 3,17 i nast. Ann. Hildesh. 983. Adam z Bremy, Gęsta Hammburg. 3,21-3,22, LMA, I, s.107, 1986; II, s.193; VI, s.23-24. Uhlirz, Jahrbiicher, I, s.203-204. Holtzmann, Geschichte, I, s.275-276. Tenże, Laurentius– Kloster, s.167. Abb/Wentz, s.21. Fleckenstein/Bulst, s.88. Stern/Bartmuss, s.194-195. Haller, Das altdeutsche Kaisertum, s.35. R. Schmidt, Rethra, s.368. Bullough, Nach Karl, s.323. Fritze, Beobachtungen, s.1. i nast. Bündig-Naujoks, s.71-72. A. Heine (red.), Adam von Bremen, s.7 i nast. Beyreuther, Otto II., s.71. Lubenow, s.24 i nast. Lau-dat, An Elbę und Oder, wyd. II, s.38 i nast., 41-42. Herrmann, Die Nordwestslawen, s.276 i nast. Friedmann, s.259 i nast. 531 Łac. cud [przyp. tłum.]. 532 Thietm. 3,18-3,19. Uhlirz, Jahrbiicher, I, s.203 i nast. Fleckenstein/Bulst, s.88. Stera/ Bartmuss, s.195. Schöffel, I, s.118. Claude, Geschichte des Erzbistums Magdeburg, s.157-158. Beumann, Laurentius und Mauritius, s.241. Lautemann, s.198. Friedmann, s.259 i nast., zwł. s.266. 533 Schlesinger, Kirchengeschichte, I, s.146. Claude, Geschichte des Erzbistums Magdeburg, s.156. Hlawitschka, Otto II., s.150, 152. Beyreuther, Otto II., s.71. 534 Hartmann, Geschichte Italiens, IV, 1 półtom, s.71 i nast. Seppelt, II, s.371. Fried, Der Weg, s.557-558. 535 Lib. Pont. (wyd. Duchesne) 2,255 i nast. Jaffe, Regesta, 1,477 i nast., 2,707. Kühner, Lexikon, s.72-73. Kelly, s.146 i nast. Uhlirz, Jahrbu-cher, II, s.58-59. Gregorovius, 1/2, s.639 i nast. Hartmann, Geschichte Italiens, IV, 1 półtom, s.68, 97. Według Hallera, II, s.160 morderstwo nie jest wyjaśnione”. Podobnie Zimermann, Papstabsetzungen, s.100 i nast., tenże, Das dunkle Jahrhundert, s.202-203, 224. Holtzmann, Geschichte, II, s.290. Sepelt, II, s.369 i nast. Seppelt/Schwaiger, s.124-125. Gontard, s.197-198. Beyreuther, Otto II., s.69 i nast. 536 MG Constit. I, s.436. Sommerlad, II, s.254. Schulte, Der Adel, s.211. Beyreuther, Otto II., s.71. Hlawitschka, Kaiser Otto II., s.149. 537 Thietm. 3,20 i nast. Ann. Sangall. 982. Wyczerpująco na ten temat: Uhlirz, Jahrbiicher, s.177 i nast., 254 i nast, 262 i nast. Gregorovius, 1/2, s.643-644. Hartmann, Geschichte Italiens, IV, 1 półtom, s.74 i nast., 85 i nast. Eykhoff, s.365 i nast. Haller, Dos altdeutsche Kaisertum, s.33-34. Zoepfl, Dos Bistum Augsburg im Mittelalter, s.79. Holtzmann, Geschichte, I, s.267 i nast. Bullough, Nach Kań, s.323. Stern/Bartmuss, s.197. Fleckenstein, Grundlagen und Beginn, s.191-192. Weller, Wurttemburgische Kirchengesckichte, s.95. Zimmermann, Das dunke Jahrhundert, s.222 i nast. Hlawitschka, Kaiser Otto II., s.71-72. Fried, Der Weg, s.560 538 Handbuch der Kirchengeschichte, III/l, s.271. 539 Fried, Die Formierung, s.82. 540 Thietm. 4,9. 541 Görich, Otto III., s.277. 542 Łac. za życia [przyp. tłum.]. 543 Thietm. 3,18; 3,25-3,26; 4,1 i nast.; 4,7-4,8. Richer 3,96. Ann. Quedlinb. 984-985. LMA, III, s.135136; IV, s.1468, 2063. Uhlirz, Jahr-bucher, I, s.206 i nast.; II, s.12 i nast., 31 i nast. Holtzmann, Geschichte, II, s.281 i nast. Haller, Dos altdeutsche Kaisertum, s.36. Bullough, Nach Kań, s.323-324. Auer, Der Reichskriegsdienst, s.142. Claude, Geschichte des Erzbistums Magdeburg, s.158 i nast. Prinz, Grundlagen und Anfdnge, s.166-167. Hlawitschka, Vom Frankenreich, s.135-136. Glocker, Die Verwandten, s.160-161, 294 i nast. Beumann, Die Ottonen, s.127 i nast. Tenże, Otto UL, s.73. Althoff, Otto III., s.39-40, 43 i nast., 124-125. Erkens, Die Frau als Herrscherin, s.275-276. Ludat, An Elbę und Oder, wyd. II, s.23 i nast. Górich, Otto III., s.187 i nast., zwł. 203 i

324 nast., patrz też s.278. Na temat Kronik kwedlinburskich wyczerpująco tamże, s.52 i nast., na temat skrępowania godności cesarskiej Rzymem” i pozycji północnej części Rzeszy lub Sasów” por. tamże, s.113 i nast. 544 Thietm. 4,15; 4,43. Vita Bernw. 2,2 i nast. Wetzer/Welte, I, s.848 i nast. Por. LThK, wyd. I, I, s.96 z LThK, wyd. III, I, s.129-130, 152. LThK, wyd. III, U, s.286-287; wyd. I, VI, s.502; wyd. I, X, s.81. Taddey, s.118, 1194. Kelly, s.151 i nast. LMA, I, s.101, 145-146, 915-916, 2012-2013; IV, s.1300 i nast, 2087, 21552156; V, s.542-543, 1881-1882; VI, s.136, 391, 1288-1289. Uhlirz, Jahrbucher, I, s.188; II, s.8, 266-267. Hartmann, Geschichte Italiens, IV, 1 półtom, s.104 i nast. Bóhmer, Willigis, s.53 i nast., 71 i nast., 80 i nast. Wattenbach/Holtzmann, Geschichte, I, s.11, 46-47, 61, 294-295, 323. Holtzmann, I, s.240, 273; II, s.279, 285 i nast., 301 i nast., 320 i nast. Falck, s.64. Bullough, Nach Kań, s.323-324. Wollasch, s.135 i nast. Haller, Das altdeutsche Kaisertum, s.35 i nast. Voigt, Adalbert, s.34 i nast., 46 i nast. Bosi, Herzog, s.292-293. Stern/Bartmuss, s.198. Flecken-stein, Grundlagen und Beginn, s.192-193, 195. Tenże, Hofkapelle und Kanzlei, s.305 i nast., zwł. 307-308. Fleckenstein/Bulst, s.90 i nast., 96 i nast., 105. H. Miiller, Heribert, Kanzler Ottos III., passim, zwł. s.88 i nast. Claude, Geschichte des Erzbistums Magdeburg, I, s.122-123. Brackmann, Gesammelte Aufsdtze, s.246-247. O. Meyer, In der Harmonie, s.219-220. Zimmermann, Das Papst-um im Mittelalter, s.104-105. Tenże, Gerbert als kaiserlicher Rat, s.235 i nast. Schramm, Kaiser, Könige und Papste, s.216 i nast. Hlawitschka, Vom Frankenreich, s.135-136. Prinz, Grundlagen und Anfdnge, s.166-167. Fried, Die Formierung, s.82. Beumann, Die Ottonen, s.131, 133, 135, 137. Tenże, Otto III., s.76-77. Glocker, Die Verwandten, s.93 i nast., 98. Althoff, Otto III., s.57-58, 68 i nast., 78 i nast., 91 i nast., 96 i nast., 154. Górich, Otto III., s.211 i nast. 545 Vita S.Nili, 92-93. Petr. Damiani, Vita S.Romualdi, 25. Hartmann, Geschichte Italiens, IV, 1. półtom, s.110, 121 i nast., 133. Looshorn, I, s.52. Według Uhlirza II, s.275, Otto obdarował (we Włoszech) jeszcze więcej klasztorów i kapituł. Założył nawet nowe, bez wątpienia jedynie w tym celu […], by pomnożyć punkty oparcia dla władzy cesarskiej”. Na temat politycznych i militarnych aspektów pielgrzymki do Monte Gargano: tamże, s.290. Hauck, III, s.62 i nast. Böhmer, Willigis, s.73-74. Haller, Das altdeutsche Kaisertum, s.38 i nast. Holtzmann, Geschichte, s.175-176. Köhler, Die Ottonische Reichskirche, s.182. Schramm, Kaiser, Könige und Papste, III, s.137. Fried, Die Formierung, s.82. Althoff, Otto III., s.25, 122-123, 130. 546 Thietm. 4,19. Ann. Quedlinb. 995. Uhlirz, I, s.197. Seppelt, II, s.374. Prinz, Grundlagen und Anfdnge, s.168-169. Hlawitschka, Vom Frankenreich, s.139. Fried, Otto III. und Bolesław Chrobry, s.13 i nast. Althoff, Otto III., s.73 i nast., 82 i nast. 547 Lib. Pont. (wyd. Duchesne) 2,259-2,260. Jaffe, Regesta, 1,484 i nast. Kelly, s.149-150. LMA, V, s.542. Hartmann, Geschichte Italiens, IV, 1. półtom, s.97-98. Zimmermann, Papstabsetzungen,. 104-105. Tenże, Dos dunkle Jahrhundert, s.227 i nast. Por. też rozdz. XI, przyp. 14. 548 Thietm. 4,30. Ann. Quedlinb. 997-998. Ann. Hildesh. 996-997. Johannes diac. Chronić. Venet. 152-153. Marcin z Opawy, Chron. (MG Scriptores XXII, s.432). Kuhner, Leiikon, s.74. Kelly, s.150-151. LMA, IV, s.1668; V, s.542, 569-570; VI, s.347-348, 1577. Hart-mann, Geschichte Italiens, IV, 1. półtom, s.100 i nast., 110-111. Holtzmann, Geschichte, II, s.290. Haller, II, s.162. Gontard, s.200-201. Zimmermann, Das dunkle Jahrhundert, s.256 i nast. Tenże, Papstabsetzungen, s.104 i nast. Tenże, Dos Papsttum, s.103-104. Schramm, Kaiser, Könige und Papste, s.220 i nast. Moehs, Gregorius V., s.59 i nast. Wolter, Die Synoden, s.144 i nast. Górich, Otto III., s.222. Althoff, Otto III., s.82 i nast. 549 Dewestura odebranie lenna lub godności kapłańskiej [przyp. red.]. 550 Thietm. 4,30; 4,43. Ann. Cuedlinb. 998. Vita S.Nili, s.89 i nast. Joh. diac. Chron. Venet. s.154. Kuhner, Lexikon, s.74. Kelly, s.151 i nast. LMA, II, s.1805; VI, s.1288,1351-1352. Uhlirz, Jahrbiicher, II, s.258 i nast. Hart-mann, Geschichte Italiens, IV, 1. półtom, s.112 i nast. Haller, II, s.162, Gontard, s.201. Schramm, Kaiser, Könige und Papste, s.232 i nast. Bullough, Nach Karl, s.324. Flecken-stein, Grundlagen und Beginn, s.197-198. Tenże, Rex Canonicus, s.66 i nast. Nitschke, s.40 i nast. Althoff, Otto III., s.100 i nast. 551 Chron. Monast. Casin. (MG Scriptores 34, s.202). Thietm. 4,30; 4,43. Ann. Cuedlinb. 998. Petr. Damiani, Vita S.Romualdi, s.25. Taddey, s.304. LMA, III, s.1764-1765. Uhlirz, Jahrbucher, II, s.261-262, 526 i nast. Hartmann, Geschichte Italiens, IV, 1. półtom, s.114. Haller, II, s.162. Gontard, s.201. Althoff, Otto III., s.103, 105 i nast. (tutaj źródła włoskie m.in.), 122, 130. 552 Perversus (łac.) przewrotny, zły, fałszywy, membrum diaboli (łac.) członek szatana [przyp. tłum.]. 553 Menzel, I, s.302. Althoff, Otto III., s.110 i nast. Na temat chrześcijańskich reguł” od czasów Starego i Nowego Testamentu patrz ostatnio zwłaszcza Buggle, s.36 i nast., 68 i nast., 95 i nast. 554 Thietm. 2,37; 3,13 i nast. Ann. Hildesh. 985, 987, 990. Ann. Quedlinb. 985-986, 995. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.863. Uhlirz, Jahrbucher, II, s.70-71. Hauck, III, s.97, 142 i nast. Bóhmer, Willigis, s.79. Schlesinger, Kirchengeschichte Sachsens, I, s.305. Claude, Geschichte des Erzbistums Magdeburg, s.136 i nast., 149 i nast., 157, 161 i nast., 171, 196 i nast. Hlawitschka, Vom Frankenreich, s.137 i nast., 141. Wolter, Die Synoden, s.123 i nast. Ludat, An Elbę und Oder, s.4 i nast. 555 Thietm. 4,11; 4,21-4,22; 4,29; 4,38. Ann. Hildesh. 985 i nast., 990 i nast. Ann. Quedlinb. 986. Adam z Bremy 2,41; 2,44. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.702, 864-865, 907. M. Uhlirz, s.156. Uhlirz, Jahrbucher,

325 II, s.125-126, 145-146, 156, 168 i nast., 188-189, 240 i nast., 468 i nast. Bóhmer, Willigis, s.176. Holtzmann, Geschichte, II, s.293-294, 309-310, 325-326. Ahlheim, s.181-182. Fleckenstein/Bulst, s.96, 100. Claude, Geschichte des Erzbistums Magdeburg, I, s.161 i nast., 167 i nast., Lubenow, s.26 i nast. Ludat, An Elbę und Oder, wyd. II, s.43 i nast. Friedmann, s.165: Biskupi Minden wielokrotnie byli dowódcami w zaciągu saskim”. 556 Althoff, Otto III., s.64-65. 557 PL 139,464 B (cyt. za Sprandlem). Thietm. 4,11. LMA, I, s.15,1019; II, s.359 i nast., 2172; VI, s.616-617; VII, s.82-83, 124. LThK, wyd. III, I, s.14-15; II, s.1235. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.907. Haupt-mann, Die Fruhzeit, s.325. Ehode, s.7 i nast., 11 i nast. Holtzmann, Aufsdtze, s.191-192. Kossmann, s.453, por. 444. Claude, Geschichte des Erzbistums Magdeburg, I, s.163 i nast., 171-172. Hensel, s.237 i nast. Sprandel, s.101. 558 Regest (hist.) chronologiczny spis dokumentów z podaniem treści i miejsca ich przechowywania lub krótkie streszczenie dokumentu lub listu, zwykle z określeniem wystawcy i odbiorcy [przyp. red.]. 559 LMA, II, s.359-360; III, s.430-431; VI, s.617. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.907. Holtzmann, Geschichte, II, s.308-309, 322-323. Maschke, s.304 i nast. Kossmann, s.449-450. Hauptmann, Die Fruhzeit, s.326. Bosi, Europa im Mittelalter, s.236. Althoff, Otto III., s.127-128. Hensel, s.239. Warnke, s.127 i nast. 560 Thietm. 4,28. LMA, II, s.358-359; VII, s.292 i nast., 2004. Hartmann, Geschichte Italiens, IV, 1. półtom, s.106 i nast. Hauptmann, Die Fruhzeit, s.326. Por. też u Uhlirza, II tom, dyskurs XVIII: Przygotowania przed podróżą do Gniezna”, s.538 i nast. 561 Łac. brat i współpracownik Imperium [przyp. tłum.]. 562 Thietm. 5,10. LMA, II, s.365-366; IV, s.1099. Handbuch der Europäischen Geschichte, I, s.908. Uhlirz, Jahrbucher, II, s.320-321. Holtzmann, Geschichte, II, s.344-345. Kossmann, s.460. David, s.64. Dyornik, The Making, s.147. Fleckenstein, Grundlagen und Beginn, s.199. Erdmann, Forschungen zur politischen Ideenwelt, s.99 i nast. Schramm, Herrschafts-zeichen, s.502. Zeissberg, s.3 i nast. Ludat, Piasten, s.330 i nast. Tenże, An Elbę und Oder, s.71 i nast., 92. Wyczerpująco na temat Świętej Włóczni: Brackmann, Gesammelte Aufsdtze, s.211 i nast, zwł. 226 i nast., por. też 249 i nast., 257. Na temat Świętej Włóczni por. także H. Malissy: Vorldufiger Bericht zur Hei-ligen Lanze, jako aneks do K. Haucka, Erzbi-schof Adalbert, s.345 i nast. Ludat, An Elbę, wyd. II, s.67 i nast., zwł. 71 i nast. Na temat wpływu bieżącej polityki por. choćby ostatnio: Althoff, Otto III., s.126 i nast. Górich, Otto III., s.80 i nast. 563 Nazwy „Selencja” używa tylko Gali Anonim nie wiadomo, o jaką krainę chodzi [przyp. red.]. 564 Ann. Hildesh. 1000. LMA, IV, s.1142, 1523. «Uhlirz, II, s.323-324. Holtzmann, Geschichte, II, s.342 i nast. Kossmann, I, s.420 i nast., zwł. 437 i nast. Hilsch, Die Stellung des Bischofs von Prag, 1,432. David, s.62-63. Dvornik, The Making, s.142 i nast. Jedlicki, s.524 i nast. Fleckenstein, Grundlagen und Beginn, s.n 198-199. Brackmann, Die Anfdnge des polnischen Staates, s.24. Tenże, Der Römische Erneuerungsgedanke”, s.15 i nast. Claude, Geschichte des Erzbistums Magdeburg, I, s.194-195. Ludat, Piasten, s.338. Beumann, Otto III, s.94. 565 Fleckenstein, Grundlagen und Beginn, s.199-200. Schramm, Kaiser, Könige und Papste, III, s.279. 566 Mąż prostego ducha (lac.) [przyp. tłum.]. 567 Wita Bernw. s.13, 39. LMA, IV, s.1102-1103; V, s.148-149. Uhlirz, Jahrbucher, II, s.115116, 346 i nast. Hauck, III, s.268-269. Bóhmer, Willigis, s.87 i nast. (tutaj dalsze wskazówki źródłowe), 173. Goetting, Das Bistum Hildesheim, s.159 i nast., 180 i nast. Glo-cker, Die Verwandten, s.206 i nast. Górich, Otto III., s.123 i nast. Na temat Vita Bernwardi wyczerpująco Górich tamże, s.92 i nast. Następnie Górich, Der Gandersheimer Streit, s.56 i nast. Wolter, Die Synoden, s.182 i nast. (tam dalsza literatura). Althoff, Otto III, s.57-58, 160 i nast. Goetting, s.159 i nast., 174 i nast. Buntujące się księżniczki zdarzały się już w czasach merowińskich, por. choćby Ennen, s.53 i nast. Scheibelreiter passim. Patrz na ten temat również tom IV, s.271 i nast. 568 Autor używa tu historycznego pojęcia Ministeriale oznaczającego wasala powoływanego do zawodu wojennego, zrównanego później z rycerzem; nie wiadomo, czy Deschner tę właśnie funkcję ma na myśli [przyp. red.]. 569 Z naruszeniem prawa (lac) [przyp. tłum.]. 570 Vita Bernw., s.16 i nast. Wetzer/Welte, I, s.851. LMA, V, s.148-149. Uhlirz, Jahrbucher, II, s.348-349. Bóhmer, Willigis, s.91 i nast., 176. Walterscheid, s.269. Leyser, Herr-schaft und Konflikt, s.93, przyp. 47. Wolter, Die Synoden, s.184 i nast. Glocker, Die Verwandten, s.207 i nast. Goetting, s.160, 171, 174. 571 Suspendować (rei.) w Kościele katolickim: pozbawić osobę duchowną prawa spełniania funkcji wynikających z otrzymanych święceń i sprawowanego urzędu [przyp. tłum.]. 572 Vita Bernw. 19 i nast.; 28 i nast. Wetzer/Welte, XI, s.1106-1107. LMA, I, s.2012. Uhlirz, Jahrbucher, U, s.349. Hauck, I, s.270. Bóhmer, Willigis, s.93 i nast., 100-101, 176. Walterscheid, Vorwort i s.269. Górich, Otto III., s.162 i nast. Goetting, s.183 i nast., 190 i nast. 573 Wetzer/Welte, XI, s.1107. Böhmer, Willigis, s.101 i nast., 167-168. 574 LThK, wyd. III, IV, s.286-287, 814-815. LMA, I, s.927, 2013; IV, s.1102-1103, 1531; V, s.1338. Wolter, Die Synoden, s.227 i nast. Glocker, Die Verwandten, s.208-209. Görich, Otto III., s.130. Goetting, s.197 i nast., 246-247.

TROJA PÓŁNOCY – Zofia Kossak-Szczucka, Zygmunt Szatkowski

Niżej jest cała książka która ma w formacie A4 na libre office 330 stron, dostałem maszynopis i go sobie skopiowałem, wszelkie jakieś błędy stylistyczne czy literówki nie są ode mnie, ja dołożyłem tylko grafiki na koniec każdego rozdziału a rozdziałów jest 29.
Życze miłej lektury.
Kamil Vandal.

Troja Północy – Zofia Kossak-Szczucka, Zygmunt Szatkowski / Warszawa 1960

Spis rozdziałów

I Śladem kronikarzy (wstęp)
II Spuścizna Karola Wielkiego
III Karku ugiąć muszą
IV Na śmierć i życie
V Data, którą żyjemy
VI Słowiańska ksieni
VII Wielkie zamysły
VIII Zły wybór
IX Pod znakami Jerowita
X I było u nich zaburzenie
XI Na lądzie i morzu
XII Samobójstwo
XIII Oko za oko
XIV Krut syn Gryna
XV W służbie Sasów
XVI Dziecię Marsa i wilczycy
XVII Apostoł Pomorza
XVIII Wtóra podróż biskupa Ottona
XIX Rex Obodritorum
XX Dzwony magdeburskie
XXI Fala obmywa okręty
XXII Zmierzch pokolenia
XXIII Ziemia drżała na ich widok
XXIV Gasnący płomień
XXV Jaczo z Kopanika
XXVI I bezpieczną stała się droga
XXVII Troja Północy
XXVIII Osaczony
XXIX Pusty wieczór

Śladem kronikarzy (WSTĘP)

Książka niniejsza powstała z inicjatywy zasłużonego i aktywnego Towarzystwa Rozwoju Ziem Zachodnich. Początkowo miała ona dotyczyć tylko Pomorza Zachodniego.
Bliższe zapoznanie się jednak z tematem wykazało, że nie można tej dzielnicy traktować odrębnie, nie uwzględniając, chociażby w krótkim zarysie, historii Słowian Połabskich związanych z nią organicznie. Ci pobratymcy nasi należeli do tej samej co my grupy językowej, zwanej przez uczonych lechicką, bliscy nam byli kulturą, obyczajem i charakterem, a dzieje ich wiązały się z dziejami Pomorza i Polski. Chcąc dać zrozumiały obraz przeszłości pomorskiej, wypadło zatem sięgnąć do ziem połabskich i cofnąć się w czasie do IX wieku. A tak, wbrew początkowym zamierzeniom, książka z projektowanego zarysu trzech województw zmieniła się w Troją Północy.
Tytuł ten nadany jednemu z dwudziestu dziewięciu rozdziałów książki przystoi również całości. Boje toczone w ciągu stuleci na tej ziemi zasługują na miano bojów homeryckich. Lecz żaden Eneasz nie wyniósł swych bóstw plemiennych z płonącego grodu, a rozbitkom zabrakło i ziemi pod stopami, by móc wznieść nowe siedziby, i możliwości przekazania potomnym wieści o sobie.
Słowianie nie znali, jak się zdaje, pisma, a starannie przechowywana tradycja ustna spoczęła z nimi w mogile. Jedynym świadectwem ich wielkości i upadku są stare kroniki, przeważnie niemieckie, a także czeskie, polskie, ruskie, oraz sagi skandynawskie.

Książka niniejsza nie rości sobie pretensji do pracy odkrywczej. O Słowiańszczyźnie zachodniej istnieje wiele gruntownych opracowań w różnych językach. Co do kronik, częstego przedmiotu badań historyków, bywały one ponownie wydawane i komentowane, są więc zasadniczo
dostępne każdemu. Pomimo to pozostają polskiemu ogółowi mało znane. Toteż pragnieniem autorów Troi Północy jest zbliżyć do czytelnika ten materiał cenny, bo autentyczny, a przez zbliżenie jednego odcinka zachęcić go do poznawania swych dziejów.
W obecnych czasach propaganda stała się potężnym narzędziem walki o wpływy. Propagowane są jednako prawda i fałsz, miłość i nienawiść, słuszność i bezprawie. Książka niniejsza odrzeka się propagandy. Nie zamierza szerzyć wrogości rasowej lub nacjonalizmu, ani wytaczać procesu po wiekach. Przedstawia fakty widziane oczami współczesnych im, obcych kronikarzy, tym wiarygodniejszych, że więcej było wśród nich niechętnych „pogańskim barbarzyńcom”, tj. Słowianom, niż życzliwych.
Do niektórych rozdziałów Troi Północy dołączono szkice sytuacyjne, mające czytelnikowi ułatwić zapoznanie się z treścią danego opowiadania.
Nie ukrywajmy bowiem, że czytelnik będzie poddany próbie cierpliwości. Musi on przyswoić sobie i zapamiętać rozmieszczenie oraz nazwy licznych plemion połabskich i nadodrzańskich. Siedziby niektórych z nich nie przekraczały rozmiarów jednego dzisiejszego powiatu, inne równały się województwu, lecz wszystkie, małe i większe, brały świadomy udział w obronie swego kraju i przeświadczone były o własnym znaczeniu. Każde z nich stanowiło źródło prądów twórczych lub niszczących, decydując nieraz o przyszłości związków państwowych, jakie w ciągu wieków wytworzyły.
Właściwa Słowiańszczyzna zachodnia sięgała poza linię Łaby i Solawy, lecz Troja Północy zajmuje się jedynie dziejami paru zasadniczych słowiańskich tworów państwowych, rozłożonych pomiędzy Łabą a Odrą. Były nimi:

Wielkie Księstwo Obodrzyckie, złożone z plemion Wągrów, Obodrzyców, Połabian i Warnów oraz paru pomniejszych.
Święty Związek Wielecki, do którego należały plemiona Redarów, Doleńców, Czrezpienian, Chyżan, i innych.
R a n o w i e na wyspie Ranie, dziś Rugii (niem. Rügen).
Pomorze z plemionami: Pomorzan, Pyrzyczan, Wolinian, Słowiń-ców, Kaszubów, a częściowo Wkrzanów.
Opis grodów i terytoriów z płn. strony Dunaju, czyli tzw.Geograj Bawarski (VIII—IX wiek), wylicza plemiona słowiańskie siedzące na wschód od Łaby:
„…którzy najbliżej siedzą granic Duńczyków, zwą się Północnymi Obodrzycami. Ziemia, w której jest grodów 50, podzielona między ich książąt.

Wieleci, u których 95 grodów i 4 ziemie (plemiona). Glinianie jest to lud, który ma 7 grodów. Obok nich siedzą ci, których zowią Bytyńcami, Smolinianami i Morzyczanami. Mają 11 grodów… Obok nich są ci, których zowią Głomaczami i Hawelanami… Wschodni Obodrzyce (Pomorzanie), u których więcej niż 100 grodów. Pyrzyczanie mają 70 grodów i Wolinianie 70 grodów…”
Zatem w czasie, gdy zaczyna się nasza opowieść, ziemie słowiańskie nie były pustkowiem. Były krajem warownym i ludnym. Dopiero na wschód od Wieletów rozciągały się puszcze nadodrzańskie, za którymi powstawała Polska.
Wielkie spławne rzeki jak Wisła, Odra, Łaba, płynące z południa na północ sprzyjały nawiązaniu sąsiedzkich stosunków i wymianie handlowej. Tylko Noteć sunąca leniwie ze wschodu na zachód, skroś bagien i moczarów, była nieprzyjazną rzeką, która dzieliła miast łączyć, utrudniała kontakt między Pomorzanami a Polanami. Nielicznych suchych brodów Noteci strzegły grody: Santok i Czarnków ze strony polskiej, z przeciwnej — Nakło pomorskie.

Od południa sąsiadami Słowian Połabskich byli Serbowie, Milczanie i Łużyczanie. Od północy granicę stanowił Bałtyk. Na jego przeciwnym brzegu leżały dziedziny ludów Skandynawskich: Duńczyków, Norwegów, Szwedów. Surowa przyroda, uboga gleba, wyrobiły w nich cnoty wojowników: męstwo, sprawność, pogardę śmierci, solidarność.
Dzięki tym zaletom Skandynawowie docierają wszędzie, dokąd można dopłynąć wodą. Zakładają swoje księstwa w płn. Francji i płd. Italii. Ciągnąc statkami w górę rzeki Dźwiny, przedostają się na Dniepr i na Morze Czarne.
Dla tych Wikingów urodzajne wybrzeża południowego Bałtyku stanowią nieodpartą pokusę. Rzadkie lata mijają dla Słowian spokojnie, bez duńskiego najazdu na ziemie wagryjskie, Wieleckie albo pomorskie. Najazdy te są krwawo i skutecznie odpierane. Przyjdzie czas, że Duńczycy osiągną swój cel, ale to jeszcze nieprędko nastąpi. Na razie siły są równe, przeciwnicy szanują się wzajem. Gdy książęta słowiańscy zawrą rozejm z królem duńskim, wczorajsi antagoniści spotykają się przyjacielsko na targach wolińskich.
Granicą wiecznie płonącą, nie znającą zawieszenia broni, rozejmu ani pardonu, pozostaje granica zachodnia.
Wśród cytat gęsto rozmieszczonych w tekście książki, obok bezosobowych wzmianek annalistów, zapisujących w księgach klasztornych zaszłe w danym roku wojny, powodzie, zmiany na stanowisku księcia lub
opata, czytelnik znajdzie obszerne fragmenty kronik włączonych w dosłownym brzmieniu w tok opowiadania. Nazwiska ich autorów będą się często powtarzać, wypada zatem powiedzieć o każdym z nich parę słów, wymieniając w porządku chronologicznym:

W i d u k i n d, mnich niemiecki z benedyktyńskiego klasztoru w Kor-bei (Saksonia), sumienny i bezkrytyczny. Pisząc swą kronikę, nie zdawał sobie pewno sprawy, że brzmi ona jak zeznanie świadka oskarżenia.
Biskup Adam z Bremy, autor Dziejów kościoła Hammeńburskiego (Hamburskiego), pracy ścisłej i bezstronnej. Wielu późniejszych kronikarzy, np. Helmold, czerpało z niej wiadomości.
Biskup merseburski Thietmarz rodu saskich wielmożów, typowy przedstawiciel swojej kasty i swej rasy, zarówno w dobrym, jak w złym. Nie cierpi Słowian i współczesnego mu Mieszka, szczególną zaś nienawiścią darzy Bolesława Chrobrego. Nie ukrywa jednak faktów przykrych dla cesarstwa. Bez tego wroga nie znalibyśmy szeregu ważnych szczegółów z panowania pierwszych Piastów. Thietmar jest świetnym pisarzem, o stylu plastycznym, zapalczywym jak jego charakter.
Helmold, proboszcz z Bożowa w Wagrii, zostawił obszerną Kroniką Słowiańską, niezastąpione źródło wiadomości dotyczących XII wieku na ziemiach obodrzyckich i Wieleckich. Helmold jest człowiekiem dobrodusznym, drobiazgowym. Podobnie do Widukinda nie posiada własnego zdania, wielbi swych książąt, choćby okrutników jak Henryk Lew czy Albrecht Niedźwiedź, pochwala politykę eksterminacji Słowian. Czasami pisarz ten 2daje się żywić utajone zastrzeżenia, rzadkie to są jednak przebłyski. Bóg, na którego wciąż się powołuje, stoi zawsze po stronie niemieckiej.
Sakso Gramatyk, historyk duński w swych Gęsta Danorum (Czyny Danów) razi stronniczością w stosunku do Słowian. Słowianie według niego nie mają pojęcia o walce, Danowie nad nimi górują, nawet wtedy kiedy statki duńskie zmuszane są do ucieczki. Poza tym brakiem obiektywizmu, dzieło Saksa Gramatyka jest zajmujące i cenne.
Anonim tzw. Gall. Pierwsza zachowana kronika polska. Szczególnie wartościowy jest w niej opis wczesnych lat panowania Bolesława Krzywoustego współczesnego autorowi. Styl Anonima żywy, bogaty w porównania i antynomie, w niektórych rozdziałach porywający. W przeciwieństwie do Helmolda lub zakonnika z Korbei, Anonim ma własny sąd o wypadkach i nie ukrywa go. Z kroniki Anonima dowiadujemy się wielu ciekawych szczegółów techniczno-obyczajowych.

Herbord. Żywotopisarz św. Ottona, dał nam drobiazgowy opis dwukrotnej podróży misyjnej Apostoła Pomorza. Wprawdzie Herbord osobiście do misji nie należał, ale dzieło swe spisał później na podstawie relacji zakonników Sefrida i Thieme, towarzyszy św. Ottona. Pracy swej autor dał formę dialogu pomiędzy tymi dwoma braćmi. Pióro Herborda wiernie i żywo przedstawia piękną postać biskupa z Bambergu. Czytając te księgi, wolne od obowiązującego w średniowieczu schematu, czuje się, że żywotopisarz czerpał informacje od naocznych świadków.

Bł. Wincenty Kadłubek, pierwszy w tym szeregu intelektualista, miłośnik literatury starożytnej, której znajomością chwali się przy każdej okazji. Poprzez ozdobność literacką stylu przebija szlachetne serce, kultura umysłowa i …słaby kontakt z rzeczywistością. Mistrz Wincenty wzrusza czytelnika, lecz materiału faktycznego daje bardzo mało.
Tomasz Kantzow, ostatni z tej listy, był pisarzem na dworze książąt pomorskich w początkach XVI w. Szczególne przywiązanie żywił do Bogusława X, pomorskiego. Bo też ten zięć Kazimierza Jagiellończyka to wyjątkowo bujna, renesansowa postać. Żal bierze, że odnośne rozdziały Kantzowa wybiegają chronologicznie daleko poza ramy Troi.
Wymienieni poprzednio Thietmar, Helmold, Herbord byli rodowitymi Niemcami. Kantzow jest z pochodzenia Słowianinem, zniemczonym, lecz zachowującym podświadomy sentyment do swojej rasy. To wprowadza odrębną nutę do jego narracji.
Jakkolwiek ważne są źródła, źle by postąpił autor ograniczający się wyłącznie do nich. Siad kronikarzy nieraz się urywa. W opowiadaniu są przerwy lub bałamutne przestawienie faktów, a troska o ścisłość chronologiczną jest z reguły rzadka. „Pozostawał tam przez wiele dni czy lat” — bywa częstym określeniem. Utrzymanie właściwego toku, a więc i właściwego sensu wypadków, byłoby trudne bez przewodnictwa Historii. Zdając sobie z tego sprawę, autorzy niniejszego przy każdej wątpliwości sięgali do dzieł polskich historyków zarówno dawniejszych, jak dzisiejszych i najmłodszych, odkrywających śmiało nie zauważane dotychczas aspekty przeszłości. Jeżeli nazwiska ich nie zostają tutaj wymienione, to z obawy, by nie przeciążyć książki wielostronicową bibliografią. Wszak do historyków dołączyć by należało wszystkich pomocnych przyjaciół, kolegów-pisarzy, bibliotekarzy, archeologów, językoznawców, udzielających z braterską gotowością wskazówek lub danych. Wszystkim im autorzy składają na tym miejscu gorące podziękowanie, pomni, że jak każde dzieło umysłu ludzkiego, tak i Troja Północy stanowi pracę zbiorową, utkaną wspólnym wysiłkiem umarłych i żywych.

ROZDZIAŁ II
SPUSCIZNA KAROLA WIELKIEGO

Syn Pepina, wnuk Karola Młota, pogromcy Saracenów, Karol Wielki zapoczątkował nowy rozdział dziejów. Słabo czytał, do końca życia nie nauczył się pisać, lecz okres jego panowania historia nazywa Pierwszym Odrodzeniem.
„…próbował i pisać. W tym celu miał zawsze pod poduszką tabliczki i książeczki, żeby w wolnej chwili przyzwyczajać rękę do kreślenia liter. Lecz nie na wiele przydał się ten trud niewczesny i tak późno zaczęty.” (Einhard, Zycie Karola Wielkiego).
Dziedzictwo, jakie objął po ojcu i bracie, powiększył znacznie, scalając w jedno plemiona, mrowiące się na trupie rzymskiego Imperium. Poddał swej władzy prawie całą Europę zachodnią i środkową, doszedłszy na wschodzie do Łaby. Zamierzył w chrześcijańskim kształcie wskrzesić zdruzgotaną przeszłość jako święte cesarstwo rzymskie. Olbrzymim tym obszarem rządził sam, nie mając faworytów, ani doradców, tylko wykonawców.
Panował długo, szczęśliwie. Przyjaciel legendarnego Harun al-Raszyda, stał się sam jeszcze za życia legendą. W pamięci wieków pozostaje majestatyczny, sprawiedliwy, mądry. Na wyobraźnię ludów działał tak silnie, że polskie słowo król, czeskie kral, ruskie korol, z jego powstały imienia.,
Lecz losy Słowian zetknęły się nie tylko z legendą potężnego władcy.
U wschodniej granicy państwa karolińskiego, sięgającego od Lasu Czeskiego do Sali, siedzieli wojowniczy Sasi. Ilekroć wielki król zajęty jest walką, bądź z Longobardami w Italii, bądź z Maurami w Hiszpanii, Sasi przekraczają granicę, czyniąc wypady w głąb ziem frankońskich. Jak dokuczliwe gzy drażnią królewskiego rumaka. Na koniec cierpliwość Karola się wyczerpuje. W r. 772 wypowiada wojnę eksterminacyjną Sasom.

Majestatyczny, legendarny władca potrafi być dziko okrutny. Złamawszy powstanie Widukinda, żąda od wodzów plemiennych 4500 zakładników. Otrzymuje ich i tegoż dnia wszyscy zostają ścięci. Powstanie wybucha na nowo. Karol po trupach idzie dalej. Podbija i … chrzci.
Ród Karola jest chrześcijański od paru pokoleń. On sam jest gorącym chrześcijaninem. Kronikarze współcześni nazywają go „najpobożniejszym” lub „arcypobożnym”. Funduje klasztory, wznosi przepiękne katedry, obdarza Kościół dobrami, broni papieża przed napaściami Longobardów. Raduje się, że rozszerza wiarę, chrzcząc pod grozą miecza pozostałych przy życiu Sasów w krwią spływających osadach.
Przyjaciel Karola, wychowawca jego synów, mądry mnich Alkuin karci cesarza:
„Jak można zmusić człowieka, aby uwierzył, jeżeli nie wierzy? Można przymusić do chrztu, ale nie do wiary.”
Lecz dla Karola, jak i dla większości jego współczesnych, to rozróżnienie nie istnieje. Pogan trzeba ochrzcić lub wytępić. Nieubłagana walka trwać będzie z krótkimi przerwami 33 lata. „…dawali [Sasi] zakładników, jakich od nich żądano, i przyjmowali namiestników królewskich… Niekiedy byli już tak zgnębieni i skołatani, że obiecywali nawet porzucić kult demonów i przyjąć wiarę chrześcijańską. Lecz zawsze istniała w nich gotowość, by zburzyć te wszystkie zamiary… Od początku wojny nie było chyba roku bez jakiejś tego rodzaju nagłej przemiany…” (j.w.).
„Gdy przeto żaden rok bez wojny się nie obył, zostali Sasi na koniec zwyciężeni, a dziesięć tysiący mężów z żonami i dziećmi przesiedlono do Galii.” (Helmold, Kronika Słowian). Przesiedlenia, jedna z bolesnych form podboju, stosowane były już w starożytności (Babilon!). Na tych ziemiach jednak mają miejsce po raz pierwszy.
Rządy Karola Wielkiego w podbitym kraju są nam znane dzięki zachowanym, słynnym jego Kapitularzom (Capitulare de partibus Saxo-niae). Według nich zarówno ciężkie przewinienie, jak przejście samowolne z osady do osady, lub złamanie postu, karane są śmiercią.
Mimo przydomku „Najpobożniejszy” Karol zawiera sojusz z pogańskimi Obodrzycami, jako wrogami Sasów. Liczy, że dzięki temu przymierzu uparte plemię saskie będzie wzięte we dwa ognie.

Okrucieństwa stosowane wobec Sasów dają rezultat nie zamierzony. Powstanie wybucha za powstaniem, wywołując coraz krwawsze represje. I dopiero w r. 804 Karol podbija ostatnie, broniące się dotąd przed inwazją Franków, północne dzielnice saskie.
Następuje teraz bezpośrednie spotkanie mocarza ze światem słowiańskim.
Rozmieszczenie ważniejszych plemion Słowiańszczyzny Zachodniej VIII—XII w. (wg: Wachowskiego, Bogusławskiego i Kowalenki)
„…na wybrzeżu [morza] mieszkają różne narody. Duńczycy i Szwedzi, których my nazywamy Normanami, zajmują brzeg północny i wszystkie wyspy. Wschodni [południowy] zaś brzeg należy do Słowian… Wśród nich najważniejsi są Welatabowie [Wieleci]…” (Einhard, Żywot Karola Wielkiego).
Zdobywca ze zdumieniem stwierdza ilość i zasięg tych ludów. Czy zdają sobie sprawę ze swej siły? Mogłyby stworzyć potęgę groźną dla Zachodu…
„…Liczne są plemiona słowiańskie. Od zachodu… Wagrowie. Dalej idą Obodrzyce… Bliżej nas Połabianie, których grodem Racibórz… Blisko nich mieszkają Chyżanie i Czrezpienianie, których od Dołężan i Redarów oddziela rzeka Piana… Te cztery ludy z powodu męstwa zwane są Lucicami.
„Powiadają, że [Słowiańszczyzna] jest dziesięć razy większa niż Saksonia, szczególnie jeśliby się dorzuciło jako część Słowiańszczyzny Czechów i Polaków, którzy są za Odrą, ponieważ ani obyczajem, ani mową nie różnią się między sobą. Kraj ten jest nadzwyczajnie bogaty w broń, ludy i płody rolne, tudzież zewsząd wzmocniony przez góry i rzeki pograniczne…
…Za Lucicami [na wschód], których mianują też Wilkami, płynie Odra, najobfitsza rzeka kraju słowiańskiego.” (Adam z Bremy, Dzieje kościoła Jiamburskiego).
Karol Wielki zabezpiecza starannie swe państwo od wschodu, czyli od Słowian. Buduje linię obronną, umocnioną rozmieszczonymi gęsto strażnicami i gródkami o stałej załodze. Owa linia Maginota IX wieku, przecinając kontynent europejski, oddziela leżące na wschód od niej obszary słowiańskie od ludów mieszkających na zachodzie. Linia ta zwana serbską, Limes Sorabicus, brała początek u wybrzeży Adriatyku, przechodziła w okolicy dzisiejszego Linzu brzegiem Dunaju, zdążając do Ratyzbony, stąd do Norymbergi. Od Norymbergi ku Erfurtowi, potem na Bamberg i Magdeburg, a dalej wzdłuż biegu Sali i Łaby. Od ujścia Łaby do brzegów Bałtyku stanowiła granicę leżących po jej zachodniej stronie północnych Sasów (po łacinie zwanych Nordalbingami) i na tym odcinku nazywano ją Limes Saxonicus. Linia ta wyłączała z calizny słowiańskiej plemiona mieszkające na zachód od niej, nad rzekami Fuldą i Menem.
Istnienie tych ludów stwierdza dokument wydany w r. 826 przez Ludwika Pobożnego, syna Karola Wielkiego, w którym m. in. czytamy:

„Pan nasz i rodzic, Karol, cesarz najświatlejszy, polecił, aby w ziemi Słowian, którzy siedzą między Menem a Radęcą, biskupi wraz z komesami, którzy nad tymi Słowianami byli przełożeni, zadbali o to, aby tam, jak w innych miejscach pobytu chrześcijan, zostały wybudowane kościoły w ilości, jakiej ów lud świeżo nawrócony mógłby potrzebować…” Limes Sorabicus okazała się podobna do linii Maginota również w tym, że nie stanowiła dostatecznej osłony granicy. Już w r. 805 Karol Wielki wydaje surowy zakaz sprzedawania przez nadreńskich płatnerzy zbroi i mieczów Słowianom. Jego żywotopisarz zaś, Einhard, pisze:
„…po załagodzeniu sporów [z Bawarami] zaczęła się wojna ze Słowianami…”.
Roczniki Metteńskie podają więcej szczegółów:
„…jest lud słowiański, siedzący nad brzegami Oceanu [Bałtyku], który w swoim języku Welatabami [Wieleci] się zowie. Ten zawsze był nieprzyjazny Frankom, a sąsiadów swoich, poddanych albo sojuszników frankońskich, zwykł był ścigać nienawiścią i nękać wojną. Król nie mogąc dłużej znieść tej pychy, postanowił nawiedzić ich ziemie. Zebrawszy wielkie wojsko, przeszedł Ren koło Kolonii. Stąd, kierując pochód przez Saksonię, doszedł do Łaby. Sam po przejściu rzeki poprowadził wojsko i najechawszy ziemie Welatabów, spustoszył wszystko mieczem i ogniem. A lud ów, chociaż wojowniczy i dufny w swą mnogość, nie zdołał długo wytrzymać naporu wojska królewskiego”.
Tyle Roczniki Metteńskie. Późniejsi historycy sądzą, iż ta wyprawa nie była całkowicie zwycięska, skoro Karol cofnął się do Saksonii bez żadnych zdobyczy terytorialnych, a niektórzy podają wprost w wątpliwość przejście cesarza przez Łabę.

Syt chwały i potęgi Karol Wielki umarł w siedemdziesiątym roku życia, a czterdziestym siódmym panowania, w styczniu 814 r. Wraz z nim zgasła idea świętego, uniwersalnego cesarstwa rzymskiego. Echo jej odezwie się po latach w poczynaniach Ottona III, lecz z bezpośrednich spadkobierców Karola żaden nie był zdolny do jej podźwignięcia i zrozumienia. Podobnie jak niegdyś dziedzictwo Aleksandra, olbrzymie państwo Karola rozpadło się na części. Wśród nich powstał nowy twór: królestwo, potem cesarstwo niemieckie. Sasi weszli w jego skład.
Plemię saskie należy do wielkiej rodziny germańskiej. Germanie wcześniej od Słowian osiedli na zajmowanych przez siebie ziemiach. Przez kilka wieków sąsiadowali z rzymskim imperium i to nie z próch- 25
niejącą ruiną, jaką oglądali Słowianie południowi, lecz pełnym jeszcze potęgi i mocy państwem Juliusza Cezara. Kilka pokoleń trwające zacięte walki Rzymian z barbarzyńcami wpoiły Germanom podziw dla świetnej rzymskiej organizacji cywilnej i wojskowej, nauczyły ich naśladować ją. Zetknięcie, acz przymusowe, z rzymską cywilizacją dało im rzecz jeszcze ważniejszą, mianowicie: zmysł państwowy. Pojęcie, że siła rodzi się ze wspólnego działania. Tej zasadniczej prawdy Słowianie nie znają.
Państwo niemieckie jest chrześcijańskie, przeto Sasi zachowując wiarę narzuconą im przemocą, poddają się hierarchii kościelnej i wkrótce widzimy ich występujących najgorliwiej przeciw poganom-sąsiadom. Dawna nienawiść do Słowian uzyskuje najwyższą sankcję, staje się zasługą. Pogan ochrzcić lub wytępić! Zapamiętają to hasło. Nie tylko to. U progu nowego życia chrześcijańskiego prostolinijni barbarzyńcy spokali się ze sfałszowaniem nauki Kościoła. Karol, który przymuszał ich do przyjęcia chrztu, brzydząc się rzekomo pogaństwem, sprzymierzył się z poganami, by łacniej opornych pokonać. Zatem korzyść polityczna ważniejsza jest niż religia. Tej lekcji też nie zapomną.
Odległa przestrzeń dzieli wyznawców Wotana, czcicieli bóstw pysznych i mściwych, od uznania Boga, który jest cichy i pokornego serca, nakazuje miłować nieprzyjaciół i dobrze czynić swoim prześladowcom. Dymy pożarów i kat z obnażonym mieczem nie sprzyjały przebyciu tej drogi. Nauka Chrystusa, przyjęta z odrazą, nie mogła wyrugować z serc ukochanej Walhalli pradziadów. Darmo powstaną niebawem wśród Niemców wielcy święci, co będą usiłowali zrównoważyć zbrodnie słowiano-bójców; darmo działać poczną ludzie dobrej woli, zatruty nurt będzie się przewijał podskórnie i niezniszczalnie. Klątwa wiary, narzuconej przemocą, odezwie się w nieludzkości Henryka Ptasznika, grafa Gerona, Henryka Lwa, margrabiego Albrechta i długiego szeregu innych, aż do Adolfa Hitlera, który powiedział otwarcie:
„Chrześcijaństwo jest orientalną trucizną w germańskiej krwi. …nic mi nie zdoła przeszkodzić w wykarczowaniu chrześcijaństwa z Niemiec aż do ostatniego korzenia”.
Niemiecka hierarchia kościelna odegrała ważną rolę w dziele podboju Słowian, toteż należy poświęcić nieco uwagi owym biskupom, dla których krzyż był głowicą miecza. Co prawda, zali mogli być innymi? Wśród duchowieństwa co światlejsze jednostki chroniły się do zakonów, unikając godności kościelnych. Poziom duchowieństwa świeckiego był w owych czasach zawstydzająco niski. Od biskupa wymagano, by znał Kanon Mszy Św., Ojcze nasz, Credo, formuły do udzielania sakramentów. Jeżeli jeszcze potrafił cytować Homilie św. Grzegorza Wielkiego, uchodził za wybitnego. Nie zapominajmy również, że biskupów germańskich mianował nie papież, lecz król albo cesarz niemiecki. Ależ i papieże nie byli wolni od tej supremacji. Według Constitutio romana cesarza Lotara (IX wiek) konsekracja nowo obranego papieża mogła nastąpić dopiero po złożeniu przezeń przysięgi na wierność cesarzowi. Gdy Grzegorz IV chciał się od tego uchylić, zebrani w Wormacji biskupi frankońscy i niemieccy zagrozili mu ekskomuniką. Powszechne mniemanie przyznawało panującym niemieckim stanowisko nadrzędne.
„Albowiem tylko nasi królowie i cesarze, jako docześni zastępcy Najwyższego Władcy, mają prawo mianowania oraz przysługujące im z mocy prawa zwierzchnictwo nad wszystkimi swoimi pasterzami…” (Thietmar, Kronika).
„Docześni zastępcy samego Boga” mogli swobodnie dobierać na ważne stanowiska kościelne ludzi, odpowiadających ich politycznym zamiarom. Choć papież udzielał sakry biskupom, cesarz uzupełniał ceremonię, nadając biskupstwo. Świeżo mianowani przez papieża biskupi przyjmowali na klęczkach od cesarza nadanie i ślubowali mu wierność, jako wasale. Że zaś bezżenność wyższego duchowieństwa usuwała obawę powstawania nowych rodów magnackich, wszyscy panujący chętnie przeciwstawiali książętom i grafom dostojników kościelnych, bezpieczną podporę tronu. W ustawicznej trosce o ograniczenie potęgi wielmożów wzmacniali wpływy Kościoła przez hojne nadania. Duchowieństwo otrzymywało prawa targowe, prawa cła i bicia monety, przywileje sędziowskie i wojskowe. Posiadłości kościelne nie podlegały władzy komesów, były nietykalne. W zamian za to biskupi i opaci pełnili funkcje kanclerzy, dyplomatów, nieraz wodzów, składali daniny w naturze, podejmowali dwór królewski w razie przyjazdu w okolice, a wojska królewskie składały się w znacznej części z wasali Kościoła. Stąd wynikało, że dostojnicy duchowni byli przede wszystkim dygnitarzami świeckimi, a stanowisko zawdzięczali cesarzowi. Cesarz miał prawo odebrać biskupstwo nieodpowiedniemu jego zdaniem człowiekowi, odsyłając go na dożywotnią pokutę do oddalonego klasztoru. Cesarz rozporządzał sankcjami, jakich nie posiadał Lateran. Zresztą nawet u wartościowych jednostek ogrom obowiązków cywilnych czy wojskowych nie dopuszczał przykładania należytej uwagi służbie Bożej.

Powszechne mniemanie, że zmuszenie pogan do przyjęcia chrztu jest samo w sobie dziełem apostolskim i świętym, uśmierzało ewentualny niepokój sumienia. Biskupi niemieccy poczytywali pogańskie ziemie Słowian za własną winnicę, przez Boga im powierzoną dla karczowania obrzydłych błędów pogańskich i ściągania z niej daniny. Tej własności strzec będą drapieżnie, gdziekolwiek się znajdą, czy to na pograniczu Bawarii, czy Saksonii. 

ROZDZIAŁ III KARKU UGIĄĆ MUSZĄ…

Od łęgów nadodrzańskich, od puszcz połabskich, od bursztynowego wybrzeża Bałtyku, przenieśmy się na przeciwległy kraniec siedzib słowiańskich, nad morze Egejskie. Odległość znaczna, lecz pokrewność bliska.
W ruchliwym portowym mieście greckim Tessaloniki (po słowiańsku Saluna), dziś Saloniki, mieszkała wdowa po dygnitarzu bizantyjskim, zastępcy stratigosa (namiestnika prowincji) z dwoma synami, Metodym i Konstantym. Metody, natura kontemplacyjna, zamknięta, był stworzony dla życia zakonnego; młodszy posiadał niepospolite zdolności, cechowały go żywość, ruchliwość i przedsiębiorczość.
Ówczesne życie międzynarodowe ocierało się o Tessaloniki, lecz właściwe tło stanowiła rdzenna ludność miejscowa — Słowianie. Miasta były greckie, wsie słowiańskie. Grecy stykali się ze Słowianami nieustannie, na targu, na ulicy, w polu czy w podróży, toteż obaj bracia znali biegle mowę słowiańską, bogatą, świegoiliwą, daleką od oszczędnej logiki łaciny lub klasycznej greki.
Usposobienie braci zadecydowało o ich dalszych losach. Metody został mnichem w czcigodnym klasztorze Athos, założonym według tradycji przez Apostołów. Oblany morzem, zaledwie wąskim pasmem ziemi połączony z lądem, klasztor stał na wysokiej górze, wypełniony modlitwą i medytacją. Z okna celi młody Grek widział tylko błękit nieba, zawieszony nad błękitem morza, i mógł wyobrażać sobie, że przebywa w niebie.
Konstanty osiadł w Bizancjum, stolicy pełnej wiedzy, bibliotek, uczonych, i chłonął naukę z rozkoszą. Niebawem mimo młodych lat otrzymał zaszczytny tytuł Filozofa (ówczesny rodzaj doktoratu) i stanowisko bibliotekarza Patriarchy. Opinia o jego bystrości dotarła również na dwór cesarski.
Mimo odpowiedzialnych zajęć nowego zawodu Konstanty nie zaniedbywał rozpoczętej wcześniej pracy, która go tak pochłaniała: układania alfabetu, którym można by pisać po słowiańsku. Wielodźwiękowa bowiem ojczysta mowa niezliczonych ludów nie posiadała dotychczas możliwości utrwalenia się w piśmie. Alfabety łaciński, grecki, hebrajski lub arabski, nie mogły oddać jej brzmień. Po kilku latach Konstanty osiągnął cel, ustalił odpowiednie znaki, przepisał nowym alfabetem niektóre modlitwy przełożone przezeń na słowiański i uznał swe dzieło za dobre. Powodzenie zachęciło go do dalszych tłumaczeń. Czy wersety Pisma Św., po raz pierwszy od czasów istnienia Kościoła przekładane na pogański język, przydadzą się na cokolwiek — Konstanty jeszcze nie wiedział.
W r. 855 dwudziestosiedmioletni Filozof porzucił dotychczasowe zajęcie.
Chazarowie, lud pochodzenia fińsko-uralskiego, posiadali bogate stacje handlowe nad Wołgą, Morzem Kaspijskim i Czarnym. Pozostawali w dobrych stosunkach z Bizancjum. Ówczesny kagan, czyli książę Chazarów, budując nową stolicę, Sarkał nad Donem, zapragnął wznieść ją w stylu nowoczesnym, z łaźniami, teatrem, amfiteatrem. W tym celu zwrócił się do cesarza greckiego, Michała III, z prośbą o użyczenie mu uczonych, artystów, krasomówców „nie lękających się niebezpieczeństwa”, inżynierów i budowniczych. Basileus przyjął poselstwo z zadowoleniem, bo gród budowany przez Greków zwiększy wpływy greckie. W liczbie specjalistów, mających spędzić rok czy dłużej u Chazarów, znalazł się Konstanty.
Pełnemu inicjatywy Grekowi nie wystarczała rola doradcy kagana. Wolny czas zużywał na poznawanie kraju i ludzi. Próbował szerzyć chrześcijaństwo między Chazarami, ale bezskutecznie. Chazarowie byli wyznawcami religii mojżeszowej, niechętnie usposobionymi do wyznawców Chrystusa. Filozof zwrócił się zatem do Słowian znajdujących się tu w służbie greckiej. Jego usiłowania apostolatu znalazły nadspodziewanie życzliwy oddźwięk. Nauki .podawane prostaczkom w ich własnej mowie przyjmowane były z dziecięcą ufnością, nieomal z zachwytem. Uderzony tym Konstanty przerwał pracę, by odwiedzić Metodego.
Bracie! — wołał do zatopionego w kontemplacji mnicha. — Dość spokojnego dumania! Chodź! będziemy razem siewcami Słowa Bożego!
Nieśmiały od ludek nie chce zrazu o tym słyszeć. Konstanty nalega: Lękasz się utracić celę, do której możesz, gdy zechcesz, powrócić? Spokój ulubiony będzie tu czekał na ciebie… Ja rzucam świetną przyszłość przy dworze, by stracić ją bezpowrotnie.
To było prawdą. Metody, przekonany, żegna klasztor, by towarzyszyć młodszemu bratu. W r. 858 są znów w otoczeniu kagana, tym razem na Taurydzie (Krymie). Metody posiada święcenia, może chrzcić pogan zje­dnanych przez Konstantego. Niechęć Chazarów utrudnia działalność braci wśród wschodnich Słowian. Te obszary pozostaną dla nich niedostępne.
W r. 861 w Chersonezie taurydzkim Konstanty, urodzony szperacz i badacz, znalazł na małej wysepce przybrzeżnej starożytny, zrujnowany kościołek; w opuszczonym wnętrzu, wsparta o płytę grobową, stała pokryta śniedzią odwieczna rzymska kotwica. Na płycie widniały na wpół zatarte słowa greckie. Konstanty z zapałem odczyszczą! je z pyłu i mchu, a odczytawszy napis, padł dziękczynnie na kolana.
By pojąć jego wzruszenie, trzeba się cofnąć siedem wieków wstecz:
Bezpośrednio po Piotrze Rybaku biskupem rzymskim był Linus, po Linusie Klet, dwaj pierwsi papieże chrześcijańskiego Kościoła. Zginęli śmiercią męczeńską, po czym wierni obrali Klemensa.
Od śmierci Apostołów nie cieszył się nikt wśród chrześcijan taką jak Klemens miłością i autorytetem. Ten Sługa Pański, zaszczycany niegdyś przyjaźnią Piotra i Pawła, był pełen mądrości i miłosierdzia. Świadczą o tym jego pisma, szczególnie piękny, w pierwszych wiekach powszechnie znany i często odpisywany list do Koryntian.
Za panowania cesarza Trajana, w okresie nowej fali prześladowań chrześcijan, papież Klemens został zesłany na dożywotnie ciężkie roboty w kopalniach Chersonezu. Gdy pracujący tam zbrodniarze, bestie w kajdanach, cyniczne i wściekłe, przemienili się po pewnym czasie w baranków, odmawiających przy pracy modlitwy, przerażony nadzorca kopalni węsząc czary kazał rzucić Klemensa do morza. Uwiązano mu wprzód do szyi kotwicę, by uniemożliwić wypłynięcie zwłok.
Zgon ukochanego papieża poruszył ówczesny światek chrześcijański. Śmierć za wiarę była sprawą chwalebnie radosną, nikt nie ośmieliłby się opłakiwać męczenników, lecz gorzkim żalem przejmowała myśl, że świątobliwe szczątki leżą na dnie morza, zamiast jako relikwie stanowić źródło siły i wytrwania. Krążyły niejasne pogłoski, jakoby znaleziono ciało, lecz zapytywany w tej kwestii Konstantynopol milczał. W Rzymie na murach domu, zamieszkiwanego niegdyś przez Klemensa, wzniesiono kościół pod jego wezwaniem, ale relikwii patrona w nim brakło.
Teraz rozumiemy, co czuł Konstanty Filoizof, odkrywszy pochodzący sprzed siedmiuset laty grób świętego papieża, Klemensa I.

Młody uczony roił wielkie plany, do realizowania których niezbędne było przyzwolenie Rzymu. Nieraz myślał z niepokojem, jak Stolica Apostolska przyjmie nieznanego Greka, przynoszącego dziwaczne pomysły. Czy Ojciec św. zechce go wysłuchać? Teraz, dostawszy w ręce skarb zagubionych relikwii, nie wątpił, że zostanie przyjęty.
Biskup grecki w Taurydzie, zawstydzony opuszczeniem, w jakim znaleziono grobowiec, zgodził się przekazać braciom prochy świętego papieża. Przełożono je do okutej skrzyni orzechowej, a znalazca przysiągł, że odda depozyt do własnych rąk papieżowi. Kotwica z racji ciężaru została.
Kagan nie potrzebował więcej usług Konstantego. Bracia wrócili do Bizancjum. Mieli przed sobą dwa ważkie zadania: nawracanie Słowian, potem pielgrzymkę do Rzymu. Taką kolejność ustalił Konstanty. Na razie musi on jeszcze przełożyć Ewangelie i księgi liturgiczne na język słowiański. Metody w tym czasie zostaje archimandrytą monasteru Polichron nad morzem Marmara.
Czy Filozof w tym okresie nawiązał stosunki z książętami słowiańskimi? Być może, skoro w r. 863 przybyło do Bizancjum poselstwo księcia morawskiego Rościsława, syna Mojmira, prosząc o kapłanów, którzy by uczyli jego lud wiary chrześcijańskiej w języku słowiańskim. Basileus Michał III wysyła braci Tessaloniczan, jako jedynych, którzy się tej misji podjąć mogą.
„Godzi się, bracie — rzekł starszy — byśmy przed odejściem pożegnali matkę naszą. Poszli zatem do Tessalonik, prosić o błogosławieństwo tej, która ich urodziła… Stara kobieta płakała, żegnając synów. — Obiecajcie mi synkowie, że jeśli jeden z was umrze, drugi przyniesie do mnie zwłoki swego brata… — Przyrzekli jej, co chciała, acz obaj myśleli: Cóż, jeśli żaden nie wróci?…” (Żywot św. Metodego).

Zabrawszy skrzynię z relikwiami św. Klemensa oraz świeżo ukończone tłumaczenie Świętych Ksiąg, bracia odpływają do dalekiej Słowiańszczyzny. Po drodze Konstanty wypytuje posłów
o ich kraj. Ze zdziwieniem poznaje, jak wielki obszar zajmują ludy słowiańskie. Sądził, że Pannonia, Morawy to kraniec ich dziedzin, a dowiadywał się, że słowiańskie ludy zamieszkują znacznie dalej. Czesi, Chrobaci, Slęzanie, Wiślanie, Polanie, Pomorzanie i jeszcze inne plemiona słowiańskie aż do bursztynowego morza zwanego Bałtykiem… Czy są między nimi ludy już ochrzczone? Nie ma.
Konstanty pyta dalej: Co skłoniło księcia morawskiego, że przysłał aż do Bizancjum po księży? Wszak sąsiaduje od zachodu z cesarstwem niemieckim, przodującym w chrześcijaństwie? Mógłby stamtąd dostać misjonarzy? Na to posłowie z nietajoną złością odpowiadają, że Morawianie niemieckiej wiary nie chcą i nigdy nie przyjmą. Dlatego książę posyłał do Carogrodu, żeby przed niemieckimi biskupami wrota zamknąć…
Z półwyspu Istria, wozem zaprzężonym w woły, Konstanty i Metody jechali na północ przez kraj piękny, urodzajny, gdzie ludność im była życzliwa. W Pannonii nad Jeziorem Błatnym (Balaton), w stolicy swej Błatno książę słowiański Kocel chciał ich zatrzymać u siebie. Musieli odmówić, śpiesząc do Wielehradu, gdzie czekał już książę Rościsław.
Bracia z radością widzieli, że tutejsi książęta garną się do chrześcijaństwa. Metody w prostocie ducha składał za to dzięki Bogu. Konstanty, praktyką w cesarskiej kancelarii obznajmiony z tokiem myśli panujących, cieszył się, lecz szukał przyczyny zbawiennej gorliwości.
Rozmowy z księciem Rościsławem ujawniły przed nim dwa powody. Pierwszy, że pogaństwo, czcząc lokalne bóstwa obsługiwane przez rywalizujących ze sobą kapłanów, nie sprzyjało jednoczeniu, raczej przeciwnie, potęgowało rozbicie na poszczególne plemiona. Budowniczowie więc państw w rodzaju Rościsława z rodu Mojmira, czy Kocela, syna Przybmy, zazdrościli władcom chrześcijańskim podpory, jaką dla tronu stanowiły jedna wiara i jedno kapłaństwo.
Drugi powód wymieniali już posłowie w czasie podróży: powszechna niechęć Słowian do wiary, narzucanej przez Niemców.
Przed sześćdziesięciu laty Karol Wielki uznał ziemie słowiańskie, leżące na wschód od zakreślonej przezeń Limes Sorabicus, za przyszły teren misyjny pogranicznych diecezji bawarskich: salzburskiej, passawskiej i regensburskiej. Tej darowizny Stolica Apostolska nie uznała. Przed paru wiekami kwitło na tych ziemiach chrześcijaństwo idące z Bizancjum, sięgało na północy aż do plemion Chorwatów i Słoweńców. Tworzyło biskupstwo pannońskie, ze stolicą w Syrmium (Śremie) nad dolną Sawą, wchodząc w skład wielkiej metropolii zwanej scytyjską. Unicestwił je najazd Awarów w VI wieku, lecz Kościół nie tracił nadziei, że pola spustoszone obsieje i dawną diecezję wskrzesi.
Obdarowane przez Karola Wielkiego biskupstwa nie liczyły się z tymi poglądami wcale. Pannonię i Morawy uważały za własne dziedzictwo. Zgodnie z opinią konfratrów saskich, że Słowianie są niezdolni do pojmowania wzniosłych prawd wiary, biskupi bawarscy mniej zabiegali o nawracanie pogan, lecz z pomocą pogranicznych grafów gorliwie ściągali daniny. Trzy lata bracia Saluńscy, jak ich tu powszechnie zwą, przemierzają krainy morawskie od Dunaju po Karpaty i poza Karpaty. Mają już gromadę uczniów i obfite plony. Nie omijają żadnej osady, chociażby najmniejszej. Wchodząc w obejście, mówili, że przynoszą mir, więc mirem ich wzajem witano, bo piękne są nogi zwiastujących pokój. Gorące serca, inteligencja, kultura, składały się na urok osobisty braci, jedna­jący otoczenie i budzący zaufanie. Gdziekolwiek przyszli, zastawali serca gotowe do przyjęcia wiary. Ze wzruszeniem patrzyli, jak na ich drodze odżywa dawne chrześcijaństwo wytępione przed dwustu laty przez Awarów. Spotykali otaczane dotychczas czcią ułomki świątyń z IV i V wieku. Odnajdywali żywe wspomnienia Boga Prawdziwego w potocznej mowie ludu, jego uczuciach, podaniach i pieśniach. Tych źródeł zasypanych nie mogli odkopać księża niemieccy, oddzieleni od Słowian poczuciem wyższości i nieznajomością języka. Pozornie wyschły nurt występował na jaw dopiero teraz, pod dotknięciem dłoni obu braci.
„…opowiadali Słowo Boże Morawianom, Czechom, Słowakom, Polakom, Łużyczanom, chrzcząc, zakładając kościoły i kaplice…” (Chronograj moskiewski).
Szczęśliwe to były lata, lecz minęły szybko. Ambitny patriarcha konstantynopolitański Focjusz rozpoczął spór z papieżem, otwarcie dążąc do uniezależnienia się od Rzymu. Były to pierwsze złowrogie sygnały rozłamu, który w dwieście lat później miał przeciąć Kościół Chrystusa na dwoje. Wzajemna wrogość zapanowała między Wschodem a Zachodem. W oczach łacinników wszystko, co greckie, poczęło trącić herezją.
Zagubieni w dąbrowach słowiańskich, pochłonięci swoją pracą Metody i Konstanty mało co o buncie Focjusza wiedzieli. Lecz biskupi bawarscy, gniewnie śledzący ich poczynania, skorzystali z panujących nastrojów, by oskarżyć braci przed Stolicą Apostolską, że usiłują Słowian oderwać od prawdziwej wiary. Zaniepokojony papież wezwał apostołów, by się stawili przed jego oblicze.

Nadszedł więc czas pielgrzymki do Rzymu dla dopełnienia przysięgi i złożenia u stóp Ojca św. okutej skrzyni z drzewa orzechowego, którą niejednokrotnie podczas przeprawy bezdrożnej dźwigali na własnych barkach. Do Rzymu, dla uzyskania papieskiego przyzwolenia na dotychczasową pracę.
Po drodze, w Wenecji, zakonnicy podmówieni przez biskupa salzburskiego rzucili się na Tessaloniczan „niby kruki na sokołów”.
„…urągając im i grożąc, wołali: — Cóż to za księgi daliście Słowianom i nauczacie z nich?! Czyż nie wiecie, że mowy barbarzyńskiej nie obrali ani Apostołowie, ani papież rzymski, ani Hieronim, ani Augustyn, ani teolog Grzegorz? Bóg upodobał sobie tylko trzy języki: hebrajski, łaciński i grecki.” (Żywot św. Metodego).
Konstanty śmiało odpierał zarzuty. W Rzymie wiedziano już, jak cenne i święte wędrowcy niosą relikwie, przeto papież Adrian II:
„…wyszedł z bram miasta w uroczystym stroju, otoczony duchowieństwem i mnóstwem ludu niosącego zapalone świece. Przy pobożnych śpiewach złożono relikwie na ołtarzu w kościele Sw. Klemensa i cały Rzym radował się bardzo.” (Legenda Italica).
Wdzięczność za dar skłoniła papieża oraz kardynałów do uważnego wysłuchania braci. Jak zwykle przemawiał Konstanty, starszy przytakiwał milcząc.
Filozof mówił, że kołysała go niańka Słowianka, którą do dziś dnia serdecznie wspomina, że zna naturę tych pogan, czułą i wrażliwą, mogącą stać się ozdobą ludów chrześcijańskich. Jeszcze wyrostkiem będąc, bolał nad tym, że pozostają w pogaństwie, odcięci od Kościoła i cywilizacji. Niezrozumiała dla nich mowa grecka lub łacińska była przeszkodą, przed którą cofał się głosiciel Ducha Świętego. Była dachem ołowianym, którego nie przenika Łaska. Jakże pouczać bez Ducha św. i Łaski? Jak dać poznać miłość Bożą? Niepowodzenie misji niemieckich nie leży, jak to się głosi, w zatwardziałości pogańskiej, lecz w braku wzajemnego zrozumienia. On, Konstanty, odważył się ułożyć alfabet słowiański i wraz z bratem przełożyli na pogański język niektóre Święte Księgi, które tu składamy. Przynosimy ci, Ojcze Św. — mówił — plon ostatnich trzech lat pośród Słowian spędzonych: ochrzczony książę morawski Rościsław oraz większa część jego ludu… Ochrzczony Borys, car bułgarski, z imienia chrzestnego Michał… Niecierpliwie doprasza się chrztu książę pannoński Kocel, książęta nitrzański i czeski… Jak szeroka rzeka rozlewa się Słowo Boże po tej ziemi. Nie ma w tym zasługi naszej, niegodnych sług twoich, lecz tego, że po raz pierwszy Dobra Nowina przyszła do tych ludów w zrozumiałej dla nich postaci… Racz, Ojcze Św., rzucić okiem na te księgi, wezwij uczonych, którzy ich zgodność ze świętym wzorcem ocenią. Zaprawdę, Ojcze święty, nie ma ludu skłonniejszego do przyjęcia chrześcijaństwa nad Słowian…
Nie jeden dzień, nie dwa, toczono na ten temat dyskusje. Na koniec Adrian II pobłogosławił słowiański przekład Świętych Ksiąg i złożył je na ołtarzu św. Piotra. Biskupom Formozusowi i Gauderikowi polecił wyświęcić przybyłych z braćmi uczniów na prezbiterów, diakonów, lektorów, Metodemu zaś i Konstantemu postanowił nadać godność biskupią. Pierwszymi prezbiterami rzymsko-słowiańskiego Kościoła zostali: Gorazd, Morawianin; Klemens, Naum, Angelar i Sabba — Słoweńcy, Czesi, Bułgarzy.
„Trzy dni trwało nabożeństwo i śpiewy słowiańskie. Najpierw w kościele Sw. Piotra, potem kolejno w kościołach Sw. Petronelli, Sw. Andrzeja i u grobu św. Pawła… Uczestniczyli w uroczystościach Arseniusz i bibliotekarz rzymski Anastazy.” (Żywot św. Metodego)
Tak u prochów Rybaka i Apostoła Narodów dokonało się zrównanie ludów chrześcijańskich różnej narodowości i mowy. W dniu, w którym papież Adrian II złożył na ołtarzu w świątyni Piotrowej księgi pisane słowiańską głagolicą, stało się możliwe, że Ewangelia opowiadana będzie po całym świecie we wszystkich językach. Zarazem dzień ten określił prawo każdego narodu do używania swojej własnej mowy, podniósł ją w czci i powadze, jako zasługującą, by Bóg nią przemawiał. Tego wszystkiego Adrian II, obaj Grecy ani kardynałowie nie mogli przewidzieć, lecz czuli wszyscy, że Kościół rozszerzył ramiona.
Prócz błogosławieństwa papież dał braciom pismo upoważniające do odprawiania Mszy św. w języku słowiańskim, zaznaczając również, że Morawia i Pannonia są nieprzedawnioną własnością Stolicy Apostolskiej. Upadły zatem roszczenia biskupów niemieckich.
Zwycięstwo braci Saluńskich zdawało się całkowite.
Pozostawała jeszcze jedna trudność: z woli papieża Metody miał być metropolitą rzymsko- słowiańskiej diecezji, Konstanty jego koadiutorem. Lecz Konstanty nie posiada święceń. By temu zaradzić, Filozof wstąpił do rzymskiego klasztoru, przyjął imię zakonne Cyryla (pod którym to imieniem jest powszechnie znany) i pobożnie odbywał nowicjat. W tym czasie zasłabł na niszczącą słabość (prawdopodobnie malarię). Stan chorego pogarszał się z każdym tygodniem. Do zrozpaczonego brata Konstanty-Cyryl rzekł:
„Byliśmy, bracie mój, sprzężajem orzącym tę samą bruzdę. Ja padam na leszy [skibie] i kończę dni moje, a ty, choć miłujesz bardzo twoją celę nie chciej rzucać apostolstwa, bo przez nie będziesz zbawiony…” G.W.).
Po pięćdziesięciu dniach choroby Konstanty-Cyryl, zwany dotychczas Filozofem, odtąd Świętym, zmarł dnia 14 lutego 869 r., mając lat 42.
Dopraszał się Metody, by ciało mógł odwieźć matce, jak to jej odchodząc obiecali, lecz papież Adrian II orzekł, iż cenne zwłoki winny zostać w Rzymie… Pochowano Konstantego- Cyryla w kościele Sw. Klemensa przy licznym udziale tłumów, duchowieństwa łacińskiego, greckiego i świeżo mianowanego słowiańskiego.

[Do połowy XIX wieku korespondencja Stolicy Apostolskiej z biskupami bawarskimi, dotycząca apostolstwa Metodego oraz utworzenia metropolii słowiańskiej, znana była jedynie z Żywota św. Metodego czyli tzw. Legendy Pannońskiej. To dawało podstawę historykom niemieckim do negowania wiarogodności opisu. „Pełna niedorzeczności” pobożna hagiografia nie mogła, ich zdaniem, być traktowana jako źródło historyczne. Lecz w latach 1875—1880 naukowiec angielski, Edmund Bishop, odnalazł w British Muséum kodeks in quarto z końca XII wieku zawierający listy papieskie od V do XI w., w tej liczbie Jana VIII, Stefana VI, oraz Aleksandra II. Z listów tych wynika, że relacja Żywota św. Metodego o barbarzyńskim traktowaniu apostoła słowiańskiego przez rozjątrzonych biskupów bawarskich, groźba Jana VIII rzucenia na nich klątwy pokrywa się z rzeczywistością. Rzekome „niedorzeczności” autorów Żywota odpowiadają prawdzie. W świetle zadziwiającego odkrycia Żywot św. Metodego, niesprawiedliwie nazwany „Legendą”, okazuje się źródłem historycznym, niejednokrotnie wierniejszym od annaiistów, na których zazwyczaj powołują się uczeni. – przypis z książki. MF]

Metropolita Metody miał wracać sam na Morawy, ciągnąć dalej wspólną bruzdę. Konstanty trafnie przewidział przed śmiercią pokusę, jaką dla brata byłby powrót do monasteru, i udaremnił tę myśl. Metody czuje się niedołężny i samotny. Młodszy brat był inicjatorem wszelkich jego poczynań; on wyrwał starszego z klasztoru, on posiadał wymowę i wiedzę. Z nim, słynącym z nauki, liczyli się zazdrośni biskupi bawarscy. Nie nastawali na Saluńczyków wręcz, wiedząc, że Konstanty zaczepiony poruszy Rzym, Konstantynopol, potrafi odeprzeć kłamliwe argumenty… Konstantego nie ma… Metody, nieśmiały mnich, co teraz sam pocznie?…
Wróciwszy do Wielehradu, metropolita słowiański podejmuje przerwaną pracę. Nie trwa ona długo, gdyż grafowie bawarscy, Engelszalk i Wilhelm, wpadli do Morawii, porwali zdradziecko księcia Rościsława i uwięzili. Równocześnie arcybiskup salzburski Adalwin, biskupi passawski Hermanryk, i freizigeński Annon, złożyli królowi niemieckiemu Ludwikowi skargę na „niejakiego Greka Metodego”. Król zwołuje synod biskupów. Metody ufny w swą słuszność i autorytet papieski zgadza się stanąć przed nim. Lecz listu Adriana II nikt nie chce brać pod uwagę, ani Metodego wysłuchać. Uznany winnym herezji i bezprawnego naruszenia granic diecezji bawarskich, metropolita słowiański zostaje uwięziony.
„…i był zesłan w Szwaby, gdzie go więziono połtrzecia roku.” (j.w.).
Nie ma na razie nikogo, kto by bronił apostoła. Książę Rościsław dogorywa w więzieniu. Zawierucha wzniecona przez Focjusza rośnie, pochłania całą uwagę Stolicy Apostolskiej. Wielkie dni zrównania poszły w niepamięć wobec grożącego rozłamu. Morawy ogarnięte są powstaniem ludowym wywołanym przez porwanie ich księcia. Niemcy wysyłają przeciw powstańcom Świętopełka z rodu Mojmira, swojego stronnika. W krwawym zamęcie któż może pamiętać o starym, uwięzionym człowieku? Nie w ulubionej celi, z której oglądał błękit nieba i morza, lecz w smrodliwym zimnym lochu pozostaje cierpliwy Metody.
Biskupi bawarscy, chcąc odrobić zaniedbania, przysyłają na Morawy swoich zakonników. Ludność odnosi się do nich wrogo. Co do Świętopełka, to wbrew oczekiwaniom niemieckim przechodzi na stronę powstańców. Wspólnie zadają druzgoczącą klęskę wojskom bawarskim. „…mało zostało rodzin w Bawarii, Rakuzach, Karyntii, które by nie opłakiwały swych synów. Radość Bawarów z powodu poprzednich zwycięstw w zgryzotę i smutek się zamieniła…” (Annales Fuldenses, anno 871).

Kobiety słowiańskie ożogami ściągały z koni Bawarów i tłukły ich pałkami…” (Żywot św. Metodego).
Świętopełk obejmuje rządy. Będzie najpotężniejszym władcą Słowiańszczyzny.
Zagrzani zwycięstwem Słowianie:
„…wygnali wszystkich księży niemieckich i posławszy do papieża mówili: — Zwróć nam Metodego na arcybiskupa i nauczyciela…” (j.w.).
Po Adrianie II, który zmarł w 872 r., na tron papieski wstąpił jego archidiakon, Jan VIII.
Wnet po swym obiorze papież zażądał od salzburskiego Adalwina zwolnienia Metodego i zwrócenia Stolicy Apostolskiej słowiańskiej metropolii. Arcybiskup pomija wezwanie milczeniem, przeto w r. 873 Jan VIII posyła swego legata, Pawła, biskupa Ankony, do króla niemieckiego Ludwika, do Świętopełka księcia morawskiego, oraz do opornych biskupów bawarskich.
Jan VIII do biskupa passawskiego Hermanryka:
„Jesteśmy przekonani, że dla opłakania twojej nieprawości nie wystarczyłoby źródła łez, jak [powiada] prorok Jeremiasz. Czyż bowiem zuchwałość twoja nie przekroczyła srogości już nie biskupa, lecz zwierzęcej dzikości jakiegoś świeckiego tyrana, skoroś brata i współbiskupa naszego Metodego karał więzieniem, przez długi czas trzymał pod gołym niebem podczas najsroższej zimy i oderwałeś go od zarządu powierzonego mu Kościoła? Doszedłeś nawet do tego stopnia zapamiętania, że zawleczonego na synod biskupi byłbyś uderzył biczem końskim, gdyby cię nie [powstrzymano!
Jan VIII do Annona, biskupa fryzyngeńskiego:
„Zuchwałość twoja i śmiałość nie tylko chmury, lecz i same niebiosa przekracza. …brata twego Metodego, z ramienia Stolicy Apostolskiej pełniącego u pogan funkcję arcybiskupa, bardziej po tyrańsku niż kanonicznie traktując, osądziłeś bez zgody kapłanów, którzy się przy tobie znajdowali. …wydałeś pseudo wyrok na niego i wtrąciłeś do więzienia, odciągając go od pełnienia służby Bożej. Ponadto, mimo że się podajesz za człowieka podległego św. Piotrowi i zawiadujesz sprawami jego dziedzictwa w Germanii, nie tylko nie doniosłeś, jak przystoi wiernemu, o prześladowaniu i uwięzieniu swego brata i współ biskupa (co więcej wysłannik to nasz, o którego się bardzo troszczymy), lecz w Rzymie, gdy byłeś o niego przez naszych pytany, kłamliwie powiedziałeś, że los jego
jest ci nieznany, chociaż wszystkich zadanych mu przez was udręczeń tyś był podżegaczem, tyś wzburzycielem, co więcej, tyś sam był sprawcą!”
Metody powraca do Wielehradu, witany z uniesieniem przez zebrane tłumy. Przyjmuje wiarę św. książę czeski Bożywój i jego żona Ludmiła, oraz czeskie rycerstwo. Metropolita niestrudzenie kształci, wyświęca kapłanów, przyszłych swych następców, wraz z uczniami obchodzi najdalsze krańce ogromnego państwa Świętopełka. Zachowała się tradycja, że nauczał w okolicy Zgorzelca, że był na górze zwanej Królewskim Gajem i na Jaworniku, gdzie zwaliwszy świątynię pogańską, wzniósł kościół. Tradycja tak żywa, że przez wiele wieków w dniu św. Wacława (wnuka Bożywoja i Ludmiły, ochrzczonych przez Metodego), tłumne procesje szły do krzyża, stojącego na szczycie Jawornika, śpiewając prastarą pieśń: „Hospodynie, pomyłuj ny…” Po Reformacji przyłączali się do procesji nawet protestanci.
Czy stary apostoł dokończy żywota w spokoju? Bynajmniej. Niemcy nie dają za wygraną. Biskupi bawarscy ponownie oskarżają Metodego o herezję. Skarga za skargą posyłane są do Rzymu. Równocześnie podkopują przyjaźń między księciem Świętopełkiem a metropolitą. Książę, wzorem wielu władców, mniema, że potęga rozgrzesza z niemoralności. Metody, surowy mnich z góry Athos, karci bez ogródek wybryki książęce. Władcy tego nie lubią. Świętopełk dołącza swe żale do chóru biskupów bawarskich i w r. 879 Metody zostaje powtórnie wezwany do Rzymu przed papieża Jana VIII. Towarzyszy mu zausznik książęcy, imieniem Szyszman.
Lecz Stolica Apostolska ponownie usprawiedliwia metropolitę słowiańskiego, pisząc do Świętopełka:

…odsyłamy go wam znowu dla rządzenia powierzonym mu Kościołem Bożym. Jako pasterza właściwego każemy go wam przyjąć z przynależną czcią, uszanowaniem i radosną myślą, ponieważ władzą naszą apostolską potwierdziliśmy jego przywilej arcybiskupi i postanawiamy, aby tak
1 pomocą Boską pozostało… Aby on sam, według tradycji kanonicznych, miał pieczę nad wszystkimi sprawami kościelnymi i nimi zarządzał według Bożego zamysłu, bo lud Pański jemu jest powierzony i za dusze jego on będzie zdawał rachunek.
…pismo słowiańskie wynalezione przez zmarłego Cyryla — Filozofa, w którym by wierne hołdy Bogu się odzywały, pochwalamy wedle słuszności i rozkazujemy, aby w tymże języku sławę i dzieła Pana naszego opowiadano… Nic bowiem nie przeszkadza zdrowej wierze i nauce, Msze czy Ewangelie święte, czy lekcje Nowego albo Starego Zakonu dobrze wyłożone i przetłumaczone czytać, lub wszystkie oiicja godzinne śpiewać w języku słowiańskim. Bo Ten, który trzy główne języki stworzył:, hebrajski, łaciński i grecki, stworzył i wszystkie inne ku chwale swojej”.
Niemcy uzyskali jedynie drobne ustępstwa: Na życzenie wiernych mogła być odprawiana Msza łacińska. Ewangelię należało czytać po łacinie i po słowiańsku. Protegowany arcybiskupa salzburskiego, Wichingr został mianowany biskupem Nitry, koadiutorem i zastępcą Metodego.
Plugawa postać ów Wiching. Intryguje, jątrzy, podburza Świętopełka przeciw Metodemu, przejmuje listy papieskie, podstawia falsyfikaty. Stwierdziwszy haniebne oszustwo, metropolita wyklina i wypędza swoje-ga zastępcę. Wiching ucieka do Rzymu, gdzie usiłuje nadal prowadzić krecią robotę. Jan VIII ujawnia te machinacje i potępia je surowo. W krótki czas później, w r. 882, papież ginie, zamordowany przez nieznanych sprawców… Komu najbardziej mogło zależeć na śmierci papieża?
Świętopełk jest w tym czasie u szczytu potęgi. Zawarłszy zwycięski pokój z cesarzem Karolem Otyłym, uderza na księcia Wiślicy, Wisława. Zdarzenie, mające posłużyć za temat wielu dziełom literackim, tak się przedstawia w opisie współczesnych:
„Pogański książę bardzo silny, siedzący w Wiśle, urągał chrześcijanom i czynił im wstręty. Posławszy do niego [Metody] rzecze: — Po dobroci ochrzcij się, synu, z własnej chęci, bo jeśli nie, w niewoli na cudzej ziemi przymusem ochrzczony będziesz i wspomnisz mnie (moje słowa), I stało się tak.” (Żywot św. Metodego, Legenda Pannońska) W oryginale: „Pogański kniaź silen wielmi, siedia w Wislje rugaszesia krystianom i pakosti diejasze. Posław że k’niemu, riecze: dobroti sia kriesti synu, woleju swojeju na swojej ziemli, da nie, plenien nudimi kreszczen budzieszi na tiużej ziemli i pomjanieszi mia. Jeże i bysi”.
„…z nie chrzczonego plemienia mieszkającego nad Wisłą, przybyło i osiadło nad rzeką Zahlummą pokolenie Wisława zwanego Wyszewitą, którego syn Michał był prokonsulem i patrycjuszem”… (Konstanty Porfirogeneta, r. 950).

Porównując daty i oba przekazy, historycy dochodzą do wniosku, że wymieniony przez Porfirogenetę ochrzczony Michał Zahlumski mógł być synem wziętego do niewoli księcia Wiślan Wisława Wyszewity. ,.Pod przymusem, na cudzej ziemi ochrzczony będziesz” — przepowiedział temu ostatniemu Metody.
I jeszcze jedna wzmianka o Wisławie, budząca zresztą merytoryczne zastrzeżenia niektórych uczonych:
„…było w owych czasach najsławniejsze miasto w kraju Lechitów, wysokimi murami otoczone, zwane Wiślicą, którego w czasach pogańskich księciem był Wisław Udały.” (Brat Boguchwał, Kronika wielkopolska).
Księstwo Wiślan weszło w skład państwa Świętopełka morawskiego, sięgającego na północy do górnej Odry i Wisły, na zachodzie do Lasu Czeskiego i środkowej Łaby, na wschodzie do Bugu i Styru, na południu do Drawy. Cudzoziemcy z podziwem patrzyli na wzrost potęgi słowiańskiej, zwanej teraz Wielką Morawią, mogącą co do obszaru mierzyć się z cesarstwem niemieckim.

Metody zmarł 6 kwietnia 885 r. Następcą swoim naznaczył Gorazda, mówiąc przed śmiercią do zebranych: „Oto wasz ziomek, mąż wolny, prawowierny, niech z nim będzie wola Boża i miłość wasza, tak jak jest moja”.
„Nabożeństwo żałobne odprawiono w trzech językach: słowiańskim, greckim i łacińskim. Niezliczone tłumy odprowadzały z płaczem zwłoki swojego ojca i pasterza. Pochowano je w sobornej cerkwi, po lewej stronie, w ścianie za ołtarzem Bogarodzicy, w mieście Wielehradzie nad rzeką Morawą.” (Żywot św. Metodego).
Łaskawa śmierć oszczędziła apostołowi bolesnego ciosu: Tuż po pogrzebie nadjechał legat papieski wysłany przez papieża Stefana VI, wioząc nowe rozporządzenia, tzw. commonitorium, przekreślające wszystko, co w dziedzinie obrządku słowiańskiego zostało poprzednio ustalone.
„Przenajświętsze służby Boże, które Metody w języku słowiańskim upiera się celebrować — chociaż były w swoim czasie przez poprzedniego papieża Jana VIII dozwolone — nadal, pod władzą apostolską, dopuszczone być nie mogą i zabronione są… Jedyne, co się dopuszcza i pozwala, to po odczytaniu przenajświętszej Ewangelii w języku łacińskim, objaśnienie jej [po słowiańsku] tym, którzy łaciny nie rozumieją…
… następca, którego sobie Metody wbrew prawidłom Ojców św. ustanowił, nie będzie urzędu biskupa sprawował, dopóki przed nami nie stanie i zezwolenia nie otrzyma…”
Saraceni następują coraz groźniej. Rzym zginie, jeśli cesarz niemiecki nie przyjdzie z pomocą. Stefan VI nie posiada odwagi Jana VIII. Poświęcił bezpieczeństwu obrządek słowiański.
„…rzekli więc Niemcy: — Pozbądźmy się Gorazda, aby w nim Metody nie ożył.” (Vita St. Clementis).

Notorycznego fałszerza Wichinga przywrócono do czci i mianowano arcybiskupem morawskim.
„Kiedy księża słowiańscy przejść na obrządek łaciński nie chcieli, książę Świętopełk, jako rozjemca, a obałamucony przez Niemców, rzekł: — Kto by nie wierzył według nauki Franków [Niemców], niechaj im będzie wydany, by z nim postąpili według swojej woli.” (jw).
Wydawszy ten wyrok, Świętopełk odjechał, zaś Niemcy rozpoczęli okrutne prześladowania księży słowiańskich. Bito ich, młodszych za-przedawano w niewolę, biskupa Gorazda oraz prezbiterów Klemensa, Laurentego, Nauma, Angelara i wielu innych obciążonych kajdanami wtrącono do więzienia, nad pozostałymi znęcali się knechci, „ponieważ byli także Niemcami z natury swej skłonnymi do zwierzęcości” (Vita St. Cle-mentis), na koniec wygnali ich precz z kraju… Obdarci, głodni, załamani duchowo, rozproszeni z obawy pościgu, synowie Metodego poszli w świat, daleko od swoich stron. Jedni udali się na południe, do Bułgarii, Macedonii i tych dzieje są nam znane z żywota św, Nauma. Inni poszli do Czech lub za Karpaty, rozchodząc się po ziemiach krakowskiej, śląskiej, wiślickiej i dalej szlakami, które niegdyś schodził ich ojciec i mistrz, Metody. Podanie, że dwóch z nich odwiedziło kołodzieja Piasta pod Kruszwicą, w czasie postrzyżyn jego syna Ziemowita, nie zawiera w sobie nic nieprawdopodobnego.
Smutną pociechą wygnańcom była sprawiedliwość wymierzona Wichingowi. Intrygant krótko zasiadał na osiągniętym arcybiskupstwie. Dostojnicy bawarscy nie po to obalili Metodego, by otrzymać nowego konkurenta. Nie życząc sobie w ogóle istnienia metropolii słowiańskiej, wygnali Wichinga z diecezji.

Przez dziesięć lat na ziemiach morawskich panowało duchowieństwo niemieckie. Dopiero w r. 898 na prośbę księcia Mojmira, syna nie żyjącego już Świętopełka, papież Jan IX przysłał do Morawii trzech biskupów delegatów, mianowicie: Jana z Wenecji dla Wielehradu, Benedykta dla Nitry i Daniela dla Krakowa (może Wiślicy). Językiem kościelnym jest łacina, lecz są to biskupi niezależnej metropolii słowiańskiej.
Postępek papieża budzi oburzenie hierarchii bawarskiej. Na zjeździe odbytym w r. 899 biskupi: salzburski Teotmar, freizingeński Waldo, eichstadzki Erchenbald, sebeński (tyrolski) Zachariasz, regensburski (ra-tyzboński) Tuto, passawski Richard, „w imieniu duchowieństwa i ludu całej Bawarii” ślą do papieża Jana IX memoriał. Rozdrażnienie każe im zapomnieć o szacunku należnym Głowie Kościoła:
„…przybyli tu, jakby z polecenia Waszego, Jan arcybiskup, Benedykt
i Daniel biskupi, do ziemi Słowian zwanych Morawami, podległej ze wszystkimi ich mieszkańcami królom naszym i narodowi naszemu, tak we względzie kościelnym jak pod względem podatków świeckich… Stało się u nich to, czego nigdy od Stolicy Apostolskiej nie słyszano i czego żadne kanoniczne ustawy nie znają: dopuszczona została schizma… Oskarżają nas [Słowianie], że w stosunku do nich jesteśmy nieprzejednani, czego nie odrzucamy, lecz w tym nie nasza wina, ale ich własne zepsucie. Przestali płacić podatki, za oręż chwycili… Nasi książęta zwyciężyli ich i ujarzmili, tedy według prawa wojennego są oni ich poddanymi i państwu naszemu podlegać muszą… Przeto Wam [Papieżowi] wypada postępować ostrożnie, podejmować kroki umiarkowane, by gorsza strona [słowiańska] nie wzmagała się, a strona lepsza [niemiecka] krzywdy nie poniosła… Przodkowie najjaśniejszego Monarchy naszego [Ludwika Dziecięcia] imperatorowie i króle pochodzą z najbardziej chrześcijańskiego ludu Franków, Mojmirowi zaś Słowianie pochodzą z poganów nikczemnych…”
Arcybiskup moguncki Hatto podziela rozdrażnienie bawarskich kon-fratrów, pisząc w liście do Jana IX w r. 900:
„…buntownicy morawscy nigdy własnych metropolitów i biskupów nie mieli [?!]… wprowadzenie tej nowości zachęci ich do większego zuchwalstwa, daremn ego,gdyż, chcą czy nie chcą, przed książętami niemieckimi karku ugiąć muszą”. (Erben, Regesta).
Dla cesarza Arnulfa państwo wielkomorawskie jest solą w oku, kamieniem obrazy. Usłużny szatan podsuwa mu łatwy sposób obalenia przeciwnika. Plemiona Madziarów, koczujące w południowej Pannonii, umiejętnie podżegane porzucają dotychczasowe obozy nad Cisą i Dunajem, by ruszyć na północ. Budzi się w nich uśpiona dzikość i chęć niszczycielska. Fala wojowników o golonych głowach, dowodzona przez Arpada, na niewielkich zwinnych koniach, wali przez ziemie morawskie niby wał miażdżący. Burzy grody, pali wsie, rozwala do fundamentów Błatnę, Nitrę, Wielehrad… kościoły, strażnice. Doszli do Karpat, skręcili na zachód, zaleli cesarstwo niemieckie.
Madziarowie nie czują wrogości do Słowian. Niszczą ich dziedziny, palą, chełpią się jak niegdyś Atylla, że trawa nie porośnie tam, gdzie przeszli, ale nie popełniają masowych mordów. Pozostawiają w spokoju północną stronę Karpat, oszczędzają Czechów i Łużyczan. Furia mongolska wylewa się głównie na ludność niemiecką. Pustoszą Bawarię, Saksonię, Szwabię, Frankonię… nie przepuszczają nikomu.
Przerażony skutkami swego czynu usiłuje Arnulf skierować pochód Madziarów na Italię. Siady tych starań znajdujemy w następującym urywku cytowanego poprzednio memoriału biskupów bawarskich do Jana IX z 900 r.:
„…co się tyczy oskarżenia nas przez Słowian, jakobyśmy z Hungarami zawarli przymierze, klnąc się na psa, wilka i inne obrzydliwości pogańskie, i jakobyśmy dali Hungarom pieniądze, ażeby na Italię uderzyli, jawność tego kłamstwa wnet by się wykryła, a niewinność nasza dowiedziona była, gdyby sprawa rozważana została przed obliczem Wszechwiedzącego Boga… Gdy oni [Madziarzy] ciemiężyli chrześcijan prześladowaniem srogim, to myśmy dali im nie pieniężne podarki, lecz naszą odzież lnianą, aby cokolwiek dzikość ich zmiękczyć… Wszystko, co wyżej, wymyślili [Słowianie] ze złości serca swego i biskupów Waszych podniecili do niesprawiedliwego z nami postępowania… Tak to na sprawiedliwym ciąży wina zbrodniarza… Gdy dowiedzieliśmy się o wtargnięciu Hungarów do Italii, to — Bóg świadkiem — chcieliśmy ze Słowianami pojednać się, przebaczyć im, cokolwiek złego nam uczynili, zwrócić im wszystko, co by się mogło u nas z ich majątku okazać… abyśmy mogli bezpiecznie odbyć wyprawę do Lombardii, bronić posiadłości św. Piotra… lecz oni pozostają fałszywymi oskarżycielami…”
Madziarowie obracają w perzynę Lombardię, lecz nie zaprzestają corocznych najazdów na cesarstwo. Ludność niemiecka szaleje z trwogi. We wszystkich kościołach rozlega się błagalne wołanie:
„…a furore Hungarorum libera nos, Domine!”
Pięćdziesiąt lat cesarstwo niemieckie będzie żyło pod terrorem nieustannych napaści. Madziarowie wdarli się w serce Słowiańszczyzny i w zmodyfikowanej postaci pozostaną tutaj na stałe.
Dwóch braci w mieście greckim pożegnało przed laty starą matkę, by iść w świat, nawracać Słowian. Daleka była droga Krym — Rzym — jeszcze dalsza z Tessalonik do Zgorzelca czy Wiślicy. Nie używali oręża i nie słyszano, by kiedykolwiek podnieśli głos przeciw komu. Ci dwaj pozostawili niezatarte piętno na dziejach narodów słowiańskich.

ROZDZIAŁ IV NA ŚMIERĆ I ŻYCIE

Zimą 928 r., w ostre mrozy i zawieje śnieżne, Henryk I, król niemiecki o przydomku Ptasznik, z domu saskiego, uderzył z wielką siłą na niespodziewający się napaści gród Brenna w ziemi Stodoran. Spalił miasto, ludność wytracił i spiesznie pociągnął na ziemie Głomaczów. Ich stolica, Gana, uprzedzona o najeździe, przygotowała zawziętą obronę i wojska królewskie poniosły znaczne straty. Z tym większą wściekłością knechty niemieckie darły się na wały zalewane przez obrońców wodą, więc pokryte lodem. Głomacze spychali napastników drągami, praskali kamieniami w podłażących, ciskali zapalone żagwie na głowy. Gdy kamieni brakło, rozbierali domy i miotali belki, rozhuśtawszy je uprzednio. Zza częstokołu szyli strzałami, a żaden nie chybiał. Mimo przewagi niemieckiej w liczbie i uzbrojeniu, oblężenie ciągnęło się przez trzy tygodnie. Dokuczyło to mocno Niemcom, obozującym na mrozie i śniegu, toteż kiedy przełamawszy opór wpadli do grodu, furia teutońska nie miała granic. Mordowali, podpalali, rabując i niszcząc. Niedobitki mieszkańców uszłe rzezi wygnano z grodu na pole, niech tam czekają wyroku królewskiego. Gród płonął jak wielki stos.
Henryk I stanął na wzgórzu, na wielkim ciężkim koniu, sam ciężki i wielki, o nieruchomej twarzy. Patrzył obojętnie na płonący gród, łazisko, które trzeba wypalić, nim się nowinę zaorze. Z tą samą obojętnością wzrok jego mijał czerniejącą na śniegu ciżbę struchlałych mieszkańców grodu. Nosił przydomek Ptasznik, i ci ludzie nie znaczyli dlań więcej niż ptactwo pojmane w sidła lub snopy leżące na polu. On realizował program. Program powzięty i utwierdzony, któremu nie miał chybić żaden panujący niemiecki: ziemia słowiańska musi być ziemią niemiecką. Słowianie się opierają, przeto trzeba ich wytępić.
Mnich zakonu benedyktyńskiego, Widukind z Korbei, spisujący czyny Henryka I w księdze Dzieje saskie zanotował pod datą stycznia 928 r.:

Król Henryk „znienacka napadł na Słowian, którzy nazywają się Haweli [właściwa nazwa Stodoranie] podczas twardej zimy. Rozłożywszy się obozem na lodzie, wziął głodem, żelazem i mrozem gród zwany Brennaburg [dziś Brandenburg]. I gdy razem z tym grodem zawładnął całą ziemią, zwrócił swe szeregi na Głomaczów. Oblegając gród, który zowią Gana [dziś Jahna k. Miśni] zdobył go wreszcie w dwudziestym dniu. Przydzieliwszy łupy z grodu wojsku, pozabijał wszystkich dorosłych, biorąc do niewoli chłopców i dziewczęta”.
Dla wykonania planu trzeba odpowiednich ludzi. Henryk I i następca jego Otton I takich posiadają. Książę Bernard saski, graf Gero. Sprawne, niezastąpione narzędzia. Świetni wodzowie. Obce są im uczucia litości lub strachu. O Geronie pisze Widukind:
„…Gero… zgładził trzydziestu książąt słowiańskich, spojonych podczas uczty i uśpionych winem. Ponieważ nie mógł on sam poradzić przeciw wszystkim plemionom, w tym czasie bowiem podnieśli się Obodrzyce i wyciąwszy nasze wojsko, zabili samego wodza imieniem Haiko, gromiło ich częstokroć wojsko prowadzone przez króla… Prawie do ostatecznej przywiodło ich zguby. Oni jednak woleli wojnę niż pokój, wyżej stawiając drogą wolność od zupełnej nędzy. Jest to bowiem rodzaj ludzi twardy, wytrwały w trudzie, nawykły do chudej strawy… Minęła zaiste wiele dni, jak wzajemnie walczyli: nasi o sławę, o wielkie i szerokie państwo, owi o wolność lub podłą zależność…”
W nagrodę zasług Gero będzie zarządcą Marchii Wschodniej.
Słowo „marchia”, które pojawi się nieraz na tych kartach, znaczyło okręg wojskowy, bazę wypadową, obwarowaną, założoną w niecałkowicie jeszcze podbitym kraju. Dowódcy otrzymują od cesarza nadania ziem, leżących wokoło bazy. Od ich energii zależy, czy szybko obejmą swą nową własność w posiadanie, usuwając dotychczasowych właścicieli. To samo zadanie dotyczy żołnierzy kolonizatorów, dobieranych w sposób szczególny.
Cytowany poprzednio Widukind pisze:
„Król Henryk, chociaż surowy dla cudzoziemców, we wszystkim okazywał się łaskawy dla swoich obywateli. Dlatego, jakiego tylko widział złodziejaszka lub zbója, mocnego ramienia, zdolnego do wojaczki, uwalniał go od należnej mu kary. Osadziwszy go na podgrodziu Merserburga, wyposażywszy w rolę i broń, przykazywał swoich oszczędzać, a swoje łotrostwa wywierać na barbarzyńcach wiele starczy odwagi. W ten sposób, zgromadziwszy duży zastęp ludzi, wystawił na wyprawę pełny legion…”
W ciągu X wieku powstają dwie marchie: północna na ziemi Wągrów pod zarządem komesa Hermana Billinga, wschodnia którą włada Gero. Pierwsza to pięść wzniesiona nad Obodrzycami, druga zagraża Wieletom, a po ich upadku — Polsce.
Marchie to zbrojne ramię cesarstwa. Drugim ramieniem nie mniejszej wagi jest — Krzyż. 
Chrystianizacja — będąca germanizacją. Biskupstwa (raczej misje), zakładane w krajach dotychczas pogańskich, stanowią odpowiednik marchii. Tkwią wśród wrogów, jako zalążki przyszłej sieci, która ma całą tę ziemię ogarnąć. Każde powstanie Słowian zmiata je z powierzchni ziemi. Wracają nieulękłe znowu. Już zostały zatwierdzone biskupstwa hawelberskie i starogardzkie. W 968 r. powstanie najważniejsza placówka: arcybiskupstwo magdeburskie. To ostatnie będzie zamierzone jako metropolia wszystkich diecezji, mogących powstać w przyszłości na ziemiach słowiańskich, do Odry i na wschód od Odry…
Adam z Bremy w dziele Dzieje kościoła hamburskiego pisze na ten temat:
„Słyszałem także, jak bardzo prawdomówny król duński [Swen Estrydsen] powiadał, że ludy słowiańskie już dawno z największą łatwością stałyby się chrześcijańskimi, gdyby na przeszkodzie nie stała chciwość Sasów. Umysł ich, powiadał, bardziej skłania się do pobierania danin niż do nawracania pogan. Nieszczęśnicy nie spodziewają się, jak ciężko zapłacą za swą pożądliwość. Oni, którzy pierwsi zakłócili drogę chrześcijaństwa w Słowiańszczyźnie, a następnie przez okrucieństwo zmusili swych poddanych do buntu, teraz gwoli zdobycia pieniędzy pogardzają zbawianiem dusz tych, którzy chcieli uwierzyć”. Mszcząc się za najazd Henryka, zaraz następnego roku Wieleci porwali za broń. Pod przewodnictwem zawsze skorych do boju Redarów poszli za Łabę, paląc miasta saskie. „…zebrawszy się w mnogości, dokonali napadu na gród, który zwie się Walsleben, zajęli go i pozabijali tam wszystkich mieszkańców. Po tym wydarzeniu wszystkie barbarzyńskie ludy podniesione na duchu ponownie ośmieliły się podnieść bunt. Dla złamania ich wściekłości oddano wojsko księciu Bernardowi, któremu podlegał kraj Redarów, powierzając mu dowództwo. Jego legat [dowódca wojsk pogranicza] miał za towarzysza Thietmara z Turyngii i kazano im otoczyć miasto, które się zwie Łączyn [dzisiejsze Lenzen nad rzeką Lockenitz, koło Wittenberge].” (Widukind, Dzieje saskie).

Na wiadomość o oblężeniu stolicy Glinian, Łączyna, wszystkie plemiona Wieleckie ruszyły miastu na odsiecz. Czrezpienianie i Doleńcy, Redarowie i Chyżanie. Ćma ludzi. Spływają czółnami, suną borami tak licznie, iż rzekłbyś: drzewa ożyły. Prawie wyłącznie piechota, dobrze uzbrojona w łuki, oszczepy, topory. Z radością witają oddział konny Obodrzyców, co niepomni zwykłych z Wieletami zatargów dołączyli, aby walczyć.
Puszcza wielka, nieobeszła, kończy się tu klinem. Gdy wodzowie staną na skraju lasu, mają przed sobą gród Łączyn. Między nimi a grodem rozłożony szeroko obóz niemiecki. Na lewo rozległe niskie łęgi, za którymi bieleje jezioro, na prawo gościniec wiodący od grodu przez puszczę. Za tym wąskim szlakiem znów podmokłe smugi.
Pod wielkim dębem, świętym drzewem dziadów i przezdziadów, w którego rozłożystych konarach zamieszkał bóg Prowe, wodzowie składają naradę. Zapowiedzieli swoje przyjście Morzyczanie, ale dotąd nie nadeszli. Ostatnio padały deszcze. Może nie mają brodu. Chodzi o to, czy czekać na nich, czy uderzać od razu, póki Sasi nic o nadciągnięciu wojsk słowiańskich nie wiedzą. Zdania są różne, jak zwykle wśród Słowian. Obodrzyce głosują za uderzeniem natychmiast, Wieleci woleliby doczekać Morzyczanów. Na koniec staje na tym, że zaczekają do jutra. Dobrze są w puszczy ukryci, nikt ich nie wypatrzy.
Czekają zatem. Pora jest upalna, przedburzowa. Konie w gąszczu tupią i łomocą, kąsane przez bąki. Od grodu dolatuje chwilami aż tutaj zgiełk szturmujących wały i odpierających szturmy. Wiatr to cichnie, to porywa się i szamoce wierzchołkami drzew. Wtedy na jeziorze ciemnieją zagony fal. Wojom przykrzy się czekanie; dla skrócenia czasu wspominają dawne dzieje. Obodrzyce opowiadają o swoich wodzach. O księciu Wilczanie, sprzymierzeńcu Karola Wielkiego, zabitym przez Sasów. O tym, jak syn jego, Drożko, mszcząc zgon ojcowy, gromił Sasów pod Swięcianą. Potem o Sławomirze, co poległ walcząc z Ludwikiem Pobożnym, synem Karolowym, zaś książęta Gostomysł i Dobromysł znaleźli śmierć w boju z królem Ludwikiem Niemieckim…

Teraz Wieleci zabierają głos. Wymieniają żyjące u nich w sławie imiona książąt: Drogowi ta, Miłogosta, Luba, Całodroga, mężów walecznych, co nie z prawa dziedzictwa, jak u Obodrzyców, lecz z wolnego obioru wszystkich czterech plemion, rządzili Związkiem Wieleckim. Tym wspominaniem spodziewają się zarówno jedni jak drudzy, przywołać 39
z nawii cienie zmarłych ku pomocy. Od wspominania krótka droga do wypominania. Jak to kiedyś Wieleci wsparli króla duńskiego Godofryda, gdy ten najechał ziemie Obodrzyców, a znów książę obodrzycki Drożko z pomocą Franków rozgromił Wieletów… Przygadują sobie, rychło patrzeć jak zaczną się spory. Bo najłatwiej o nieprzyjaźń między braćmi..
Morzyczanie nie nadchodzą, natomiast niebo ciemnieje, przedwczesny mrok zalega puszczę. Na tle czarnosinych chmur, co już zajęły pół nieba, oświecony słońcem gród zdaje się jaskrawo biały.
Ej, lepiej radzili Obodrzyce nacierać od razu! Sasi już się dowiedzieli, że Słowianie są tuż. Pisze o tym Widukind:
„W piątym dniu oblężenia nadeszli strażnicy z doniesieniem, że wojsko barbarzyńców jest w pobliżu i że najbliższej nocy Słowianie dokonają napadu. I gdy więcej ludzi to potwierdziło, dano wiarę tym słowom… dowódca natychmiast zarządził pogotowie bojowe przez całą noc, ażeby przypadkiem nie nastąpił napad barbarzyńców na obóz…”
Jeszcze kury nie piały na północ, kiedy nadciągnęła burza, zbierająca się cały odwieczerz. Ciężkie obłoki stanęły nad okolicą, wypuszczając z siebie wszystek zapas wody. Takiej ulewy najstarsi nie pamiętali. Ani wichru, ani gromów, tylko strugi cieką z nieba nieprzerwanie, godzinę, dwie, trzy… Już ciemność nocna bieleje, a z górnych upustów sika nieustanna ulewa. Łąki zmieniają się w moczary, gościniec w strumień rwący, jezioro wylało z brzegów. Morzyczanie teraz już nie przyjdą. Daremne było czekanie. Widukind dalej powiada:
„…noc zapadła z ogromnym deszczem, ciemniejsza niż zwykle. Zgodnie z rozkazem Sasi całą noc stali pod bronią i dopiero o brzasku dnia… podniósłszy znaki bojowe wyszli z obozu. Legat dokonał wypadu na samym czele. Lecz ponieważ w małej liczbie nie mógł przemóc niezliczonych, powrócił… z wiadomością, że barbarzyńcy niewiele mają jazdy, natomiast nieprzebrane mnóstwo piechoty i że ta wskutek nocnej ulewy do tego stopnia straciła zdolność ruchów, iż z trudnością przysposabia się do walki…”

Bodajby przepadł ten świat, bodajby przepadł ten dzień i radcy, co źle radzili! Przemokli do szpiku woje ociekają jak utopce. Przytroczone do lewego boku łuby z kory lipowej chroniące łuki nie wytrzymały ulewy, cięciwy zamokły. Podobnie strzały ukryte na grzbiecie w torbie, zwanej tuł. Słomiane albo wiklinowe szczyty stały się obwisłe i ciężkie. Tylko Obodrzyce na koniach trzymają się tęgo. Niedoczekanie ich, by zobaczyli ucieczkę Wieletów! Wszystko zawiodło, dziady i bogowie —
topór w garści, „druh wierny, nie zawiedzie. Zagrzęzłe po kolana w rozmokłym gruncie szeregi nie ruszą się z miejsca. Gdzie stoją, tam padną. Nim padną, rąbią, a rąbią…
Widukind ciągnie:
„Gdy promienie słońca padły na mokre szaty barbarzyńców, wzniosły się opary aż pod niebo, napełniając otuchą lud Boży [Sasów]… oddziały z wielkim krzykiem rzuciły się na nieprzyjaciela i gdy z powodu zbytniej gęstwy nie mogły sobie utorować drogi przez szeregi nieprzyjaciela, z prawa i lewa wyrąbując żelazem, kogokolwiek dało się oddzielić z szeregów, zabijały.”
Żywy wał cofa się wstecz, bo przed nim rośnie wał trupów. Nacierający słabną, żądają posiłków.
Widukind kończy:
„I gdy już walka stała się ciężka… a oddziały nieprzyjacielskie do tej pory trzymały się w szyku, legat zażądał od swego kolegi [Thietmara], by pośpieszył z pomocą. Ten skierował w bok nieprzyjaciela… oddział pięćdziesięciu zbrojnych i pomieszał jego szyki. Od tej chwili nieprzyjaciel wydany był… na rzeź i popłoch. Na całym polu pobity próbował uciec do miasta [Łączyna]. Gdy [Thietmar] zapobiegł temu, weszli na pobliskie moczary. I stało się, że całe te wielkie tłumy albo poginęły od miecza, albo utonęły w jeziorze. I nie ocalał nikt z pieszych, a z konnych mało kto. I skończyła się ta walka śmiercią wszystkich przeciwników…

Następnego zaś dnia ruszono znaki bojowe pod miasto. Znajdujący się w mieście złożyli broń, prosząc tylko o darowanie życia, co otrzymali. Rozkazano, by bez broni wyszli z grodu, zdając się w niewolę. Cały dobytek z żonami i dziećmi, wszystek sprzęt barbarzyńców popadł w ręce królewskie… Twierdzono, że padło wtedy dwieście tysięcy barbarzyńców. Wszyscy jeńcy dnia następnego zostali ścięci, bo tak postanowiono.”
Klęskę pod Łączynem w kraju Glinian spowodował gniew bogów, albo czary chrześcijańskie. Podobno mnisi niemieccy opowiadali ludziom o potopie, jaki ich Bóg spuścił na ziemię, chcąc wytracić rodzaj ludzki… Musieli teraz uprosić go znowu, by zesłał potop na zgubę Wieletów. Tak czy inaczej, śmierć tylu najlepszych mężów potopionych w błocie była niezawiniona. Inaczej rzecz się miała w ćwierć wieku później, gdy Słowianie odnieśli porażkę nad rzeką Raksą w kraju Czrezpienian. Henryk Ptasznik już nie żył. Na tronie niemieckim zasiadał Otton I zwany Wielkim. Temu gdy wkroczył na ziemie Wieleckie, przeciwstawili się Wieleci i Obodrzyce, złączeni razem, przeto w znacznej sile. Dowodził nimi wielki książę Obodrzyców, Stojgniew, wojownik doświadczony i mężny, mający przy sobie młodszego brata Nakona. Szczęście sprzyjało Słowianom. Zmyślnie pozorowaną ucieczką wciągnęli Ottona w bagniste lasy. Tam przecięła drogę cesarskiemu wojsku owa rzeka Raksa (dzisiaj Rakenitz), z powodu grząskich brzegów możliwa do przebycia jedynie zimą jpo mrozie. Podczas, gdy cesarscy daremnie szukali brodu, Wieleci walili drzewa w borze, budując zasieki, zamykając drogi odwrotu. Przy zasiekach i za rzeką stróżowali pilnie łucznicy i oszczepnicy. Cesarz wraz ze swymi margrafami, rycerzami, knechtami znalazł się w potrzasku. Wieleci i Obodrzyce gotowali się radośnie do ostatecznej rozprawy, ani się spodziewając, że pomoc uwięzionemu nadchodzi.
Skąd pomoc? Oto graf Gero, truciciel podstępny, krętacz, co znając mowę słowiańską umiał jak nikt wzniecać waśnie między plemionami, na wieść o smutnym położeniu cesarza, pognał do najbliższych sąsiadów Czrezpienian, Ranów z wyspy Rany (Rugii). Czym ich skusił stary szatan, nie wiadomo, dość że Ranowie, pobratymcy, naszyli ratować Ottona, wroga Słowiańszczyzny. Przebywszy cieśninę, ciągnęli w górę rzeki Raksy. Część zatrzymała się, gdzie brzegi rzeki były suchsze i budowała mosty, reszta płynęła dalej, by znienacka uderzyć na swojaków. Nikt się ich nadejścia nie spodziewał, więc wrzask wrogów rańskich wywołał nie lada zamęt. Wywiązała się bitwa zaciekła, w której poległ książę Stojgniew i najprzedniejsi rycerze z jego drużyny, tylko młody Nakon przedarł się i doma wrócił. Cesarz Otton zaś wraz ze swoim wojskiem zdołał przejść rzekę poniżej, po mostach zbudowanych przez Ranów…

ROZDZIAŁ V

DATA, KTÓRĄ ŻYJEMY

W latach 958—964 Redarzy, przodujący wśród plemion Wieleckich, gościli u siebie Niemca Wichmana, banitę i awanturnika. Był ów Wich-man pociotem cesarskim, biegłym w wojennym rzemiośle, świetnym dowódcą, gotowym mierzyć się z diabłem, lecz wyzutym ze czci i sumienia. Skazany przez Ottona I na wygnanie, płonął nienawiścią do własnych rodaków i siedząc u Redarów podburzał ich przeciwko Niemcom, czego najchętniej słuchali.

Zaniepokojony tymi namowami margraf Gero, powinowaty Wichmana, przedkładał banicie, by powiódł Redarów raczej przeciw polańskiemu Mieszce niż przeciwko własnemu cesarzowi. Mieszko — to wróg niebezpieczny. Pobiwszy go Wichman i sławę uzyska i przebaczenie cesarskie otrzyma. Tak powiadał margraf Gero, nieprzyjaciel i znawca całej Słowiańszczyzny północnej.

Księstwo polańskie, a jak w mowie potocznej coraz częściej powiadano: polskie, ograniczała od północy rzeka Noteć, od wschodu Prusowie i Jadźwingi, od południa kraj Wiślan i Śląsk,od zachodu, Wieleci i Łużyczanie. Na tym obszarze leżały ziemie Polan (właściwa kolebka państwa, zwana później Wielkopolską), Kujawian, Łęczycan, Mazowszan. Rządzili tym państwem od wieku książęta mówiący o sobie, że pochodzą z rodu kołodzieja Piasta. Obecnie panował tam Mieszko, rozumny, przewidujący i zachłanny książę. Posiadał świetną drużynę bojową, trzy tysiące wojów. Żupy i grody dostarczały naznaczonej liczby tarczowników i czeladzi. Z taką siłą nie obawiał się nikogo. Budował warowne grody. Kupcy arabscy i greccy, wędrujący dawnym rzymskim szlakiem przez Bramę Morawską na Kalisz, po bursztyn, płaty lniane, miód lub na północ po futra, opowiadali z uznaniem o potędze Mieszki i nazywali go „królem północy”. Żyd hiszpański z Tortosy, Ibrahim ibn Jakub pozostawił opis zamożnej Polski Mieszkowej, w którym m. in. czytamy:

Słowianie są skorzy do zaczepki i gwałtowni, i gdyby nie ich niezgoda wywołana mnogością
szczepów, żaden lud nie zdołałby im sprostać w sile.

Zamieszkują oni krainy najbogatsze w plony i najzasobniejsze w środki żywności. Oddają się ze szczególną gorliwością rolnictwu… w czym przewyższają wszystkie ludy Północy. Handel ich dociera lądem i morzem do Rusów i do Konstantynopola…
We wszystkich krajach Północy głód nie powstaje wskutek braku opadów i długotrwałej suszy, lecz z powodu częstych deszczów i nagromadzenia wody gruntowej. Suszy nie boją się wcale, a to z powodu wilgotności ich krajów i wielkiego zimna. Sieją w dwóch porach roku, późnym latem i na wiosnę, i zbierają dwa zbiory [więc trójpolówka?]. Najwięcej sieją prosa. Zimno jest dla nich zdrowe, nawet gdy jest bardzo wielkie, a gorąco zgubne… Unikają spożywania kurcząt… jedzą natomiast mięso krowie i gęsie, bo im to służy. Ubierają się w szaty przestronne, tylko przy napięstku obcisłe…
Większość ich sadów to jabłonie, grusze i brzoskwinie. W nich żyje dziwny ptak o ciemnozielonawym odcieniu, który powtarza głosy ludzi i nazywa się po słowiańsku sb’a [szpak]. I żyje w nich kura dzika, która się zowie po słowiańsku tietra [cietrzew] o smacznym mięsie… Ich wino i napoje upajające to miód… Kraje Słowian są najzimniejsze ze wszystkich krajów. Najtęższy mróz bywa u nich, gdy noce są księżycowe, a dnie pogodne. Ziemia wtedy kamienieje i marzną wszelkie płyny”.
Cesarz niemiecki Otton I, szczęśliwy pogromca Madziarów, zwrócił w tymże czasie uwagę na gród, niegdyś słowiański, Dziewin, przechrzczony przez Karola Wielkiego na Magdeburg, i przeniósł doń swoją stolicę wschodnią ze zbyt odległego Merserburga. Łączyło się to z dalekimi zamiarami.
»—wyjawił obecnym ślub, jaki uczynił [w razie zwycięstwa nad Madziarami], Wobec tego, że wszyscy przyklasnęli zbożnemu zamiarowi… cesarz… wzniósł [w Magdeburgu] okazałą katedrę na miejscu gdzie spoczywała [jego małżonka], świątobliwa Edyta, i gdzie sam pragnął leżeć po śmierci. Kiedy jednak starał się o założenie tam arcybiskupstwa, napotkał w tym względzie sprzeciw siódmego biskupa halbersztadzkiego Bernarda, w którego diecezji leżało wspomniane miasto [Magdeburg] i nic nie mógł uczynić, póki żył ten pasterz…” (Thietmar, Kronika).
Opór biskupa Bernarda, chciwego zatrzymania ziem halbersztadzkiej diecezji, drażnił cesarza, opóźniając jego plany. Metropolia magdeburska ma stanowić pierwszy krok do ustalenia władzy niemieckiej na ziemiach słowiańskich. Podboje zasłużonego margrabiego Gerona mogą przepaść, jeśli zdobytych terenów nie obejmie natychmiast kościelna hierarchia niemiecka. Biskup halbersztadzki dba tylko o swoją korzyść, a tymczasem polski Mieszko stanął już nad Odrą!
Mieszko istotnie zajął ziemię Luciców (przez kronikarzy niemieckich zwaną krajem Licikawików) w widłach Odry, Warty i Noteci z dogodnym brodem na Odrze. Opanowanie przezeń tej ważnej przeprawy poruszyło zarówno cesarza, jak Wieletów. Tym ostatnim niemiły był Mieszko dla paru powodów; przewidywali, że chciwy, zawzięty Piastowie nie zaspokoi się zajęciem ziemi Luciców. Raz ruszywszy, zapragnie pójść dalej, sięgnie po „ujście Odry, po Kamień, Kołobrzeg… Polskie władztwo narodziło się nad Wartą i z tą rzeką jest związane. Warta płynie ku Odrze, Odra wpada do morza. Przyrodzonym prawem ludzie nadwarciańscy pójdą szlakiem swojej wody. Najbliżsi sąsiedzi Mieszka, Pomorzanie, od dłuższego już czasu patrzą nieufnie na poczynania polskiego księcia.
Nieżyczliwi byli również Mieszce bogaci kupcy wolińscy, handlujący z szerokim światem, kupcy szczecińscy dzierżący w ręku spływ zboża, wełny, miodu i chmielu z całego kraju, kupcy kołobrzescy, zaopatrujący w sól ziemie pomorskie, Wieleckie, obodrzyckie, nawet saskie. Wszyscy oni lękali się, że w razie podboju książę polski zwaliłby na nich ciężar utrzymywania jego drużyny bojowej. Rycerstwo Mieszka, urządzone według czeskiego wzoru, jest bardzo liczne i świetne, wszystko zaś, co tio utrzymania potrzebne, dostaje z ręki księcia, nie śmiąc dopuszczać jsię żadnej swawoli. A książę skąd bierze? Jużci z danin grodzkich. Tych kosztów ogromnych lękali się kupcy, siedzący na workach ze złotem i jak mogli, umysły ludzkie przeciw Mieszce poduszczali. Drugim powodem niechęci były uparte pogłoski, jakoby Mieszko sprzyjał chrześcijaństwu. To wystarczało dla obudzenia w Wieletach nienawiści i pogardy.
Otton I nie chciał na razie wszczynać wojny z Polską, zajęty będąc w Italii. Zgodził się z Geronem, że banita Wichman, działający z Redara-mi jako dywersant, skutecznie poskromi zuchwałego księcia polskiego. Jakoż w roku 963:
„…Wichman napadł na władcę Licikawików, Mieszka, dwa razy przemógł go w boju i łupy wielkie uwiódł…” (Widukind, Dzieje saskie).
Nieznanego imienia młodszy brat Mieszki poległ w tych walkach. Redarowie wrócili do domów zwycięscy. Lecz Wichmanowi na krótko starczyło odniesione powodzenie. Mógł był zabiegać o przebaczenie cesarza, nie dbał o to. Znudzony pobytem u Redarów opuścił ich, łotrował to tu, to tam, grasował w Italii, na koniec, zagrożony ponownie gniewem cesarskim, schronił się do Wolinian.

W tym czasie ubył mu cenny protektor i powinowaty, margrabia Gero. W czasie walk toczonych nieustannie z Wieletami poległ jedyny syn margrabiego Zygfryd i osiwiały bojownik porzucił godność i władzę. Trudził się całe życie nie tylko dla cesarstwa, ale i dla swego rodu. Syn, Zygfryd, miał być księciem dziedzicznym i władać od Łaby po Odrę. Być margrafem — zdawało się mało dla pychy ojcowskiej. Zygfryd będzie księciem Rzeszy. Te wieloletnie marzenia przeciął topór Słowianina.
„…Gero [margraf Marchii Wschodniej] ojczyzny obrońca, ciężko doświadczony śmiercią jedynego syna, sławnego Zygfryda, podążył do Rzymu i tu… złożył broń zwycięską… na grobie św. Piotra. Otrzymawszy od Stolicy Apostolskiej ramię św. Cyriaka [w klasztorze Sw. Gallusa] oddał się w służbę Bogu… Po powrocie do kraju wybudował klasztor w Gaju noszącym nazwę od jego imienia [Gernrode w Harzu] i ustanowił jego ksienią wdowę po swoim synu, Jadwigę, która poprzednio przywdziała welon zakonny…” (Thietmar, Kronika). Czy wróg Słowian, truciciel zaproszonych na ucztę książąt słowiańskich, modląc się w klasztorze, robi przegląd swego życia, żałuje zdradzieckich czynów? Prawdopodobnie — nie. Prawdopodobnie wierzy, iż działał, jak przystało niemieckiemu rycerzowi. Tępił ludy zajmujące ziemie pożyteczne jego ojczyźnie wszelkimi środkami. Tak czynić należało. Drażniące Wieletów pogłoski, że Mieszko skłonny jest przyjąć chrześcijaństwo, odpowiadają prawdzie. Nie są jednak wynikiem małoduszności, jak sądzą poganie, lecz owocem długiego namysłu.
Byłoby błędem wyobrażać sobie polańskiego księcia Mieszkę jako dzikusa, kierującego się przebiegłością, właściwą prostakom albo tropionej zwierzynie. Zarówno ten dynasta, jak jego rodzina, byli to ludzie na swe czasy światli, orientujący się w zawikłaniach międzynarodowych. Świadczą o tym ich czyny i opinie współczesnych. Czyż mogła być nieokrzesaną dziewą z lasu piękna córka Mieszki, Swiętosława, królowa szwedzka o przydomku Dumna, z drugim mężem królowa duńska, matka Kanuta Wielkiego? Albo Mieszkowa siostra, Adelajda, żona madziarskiego księcia Gejzy? W chwili wkroczenia na arenę dziejów Mieszko posiada już organizację państwową, wyćwiczoną drużynę i umiejętność rządzenia. Tych rzeczy nie osiąga się z dnia na dzień. Narastają one w ciągu pokoleń. Może zbyt szybko odrzucono jako bajki, dane oparte na ustnej tradycji przytoczone przez kronikarza Anonima Galla. Tradycja jest cennym przekazem i nie ma powodu wątpić w autentyczność przodków Mieszki, Ziemowita (wg Brucknera: Siemowita, co znaczy Pomyślność Rodu), Lestka, Siemomysła, wnuków i prawnuków kołodzieja.
Młodszy brat apostoła Słowian, Metodego, Konstanty Filozof, późniejszy św. Cyryl, słusznie dopatrywał się pobudek politycznych w religijnej gorliwości książąt zbyt pochłoniętych sprawami swego stanowiska, by zagłębiać się w myśli o zbawieniu duszy. Książęta cenią to, co ułatwia rządy i zabezpiecza naród przed upadkiem. Jak niegdyś Rościsław morawski lub Kocel pannoński, tak i Mieszko rozumiał, że chrześcijaństwo jednoczy ludy i wiąże plemiona.

Obecnie wzmogło się w sile, napiera zewsząd; wdziera się do każdego kraju. Kupcy przypływający do Gdańska powiadali, że niebawem innych ludów niż chrześcijańskie nie będzie na świecie. Słuchacze wzruszali na to ramionami, lecz następnego roku nowi kupcy powtarzali to samo co pierwsi i gadka, acz nieprawdopodobna, okazywała się wierna. Pogańskich ludów z każdym rokiem ubywało… Powiadano, że w Bizancjum ochrzczono księżnę ruską, Olgę. Powiadano, że nawet Madziarzy, stanowiący tak niedawno postrach całego cesarstwa, skłaniają się ku przyjęciu wiary chrześcijańskiej, którą sami niegdyś na Morawach wytępili. Co chrześcijańskie — rozkwita, mając poparcie innych chrześcijan, pogańskie schodzi w cień. Trzeba tak upartych pogan jak Wieleci czy Ranowie, by upierać się, że stara wiara jest lepsza…
Tak myślał książę, na którego głowie ciąży odpowiedzialność za los podległych mu ludów, książę, który czuł w sobie siłę mnóstwa poddanych, jak soki krążące w drzewie. On był koroną drzewa szumiącego liśćmi. Do niego należało ten gąszcz ubezpieczyć. Wyrosnąć nad nieprzyjaciół. Dlaczego sokół, orzeł, to ptaki książęce? Bo wzbijają się wysoko. Wyżej a wyżej. Piękna rzecz taki lot, byłeś w dół nie zleciał. Samo męstwo nie ochroni przed upadkiem, trzeba jeszcze wiele rozwagi, rozumnego sądu.
Chrześcijaństwo jest siłą, ale tylko wtedy, jeśli dobrowolnie przyjęte, nie za rozkazem niczyim. — „Lepiej ci, synu, ochrzcić się z woli własnej, niż na cudzej ziemi, przymuszony” — pisał kiedyś apostoł Metody do księcia Wisława. Słusznie pisał. Jeśli czekać, aż przymuszą, nigdy się człowiek nie wyrwie z podłej zależności. Niech bogi strzegą przed zależnością od Niemców! Wszystko wskazywało, że lepiej zawczasu się ochrzcić.
To zasadnicze postanowienie nie rozcinało jeszcze wątpliwości. Mówiono, że Kościół chrześcijański jest jeden, ale to nie była prawda. Bóg jeden, a dwa Kościoły. Wiara rzymska i wiara carogrodzka. Obie koso na siebie patrzyły. Którą wybrać?

Gadają starzy, że apostoł Metody do Rzymu chodził, papieża się radził, a papież go błogosławił i przed biskupami niemieckimi bronił… Teraz pono Rzym chrześcijaństwo słowiańskie potępia… E, kto by się w tym wyrozumiał? Trzeba brać sprawy rozsądnie. Rzym bliżej niż Carogród. Chcesz, by cię Niemcy uważali za równego, musisz przyjąć rzymski obrządek, bo oni tylko łacinę mają w poważaniu. Jużci, gdyby książę zapytał poddanych o zdanie, rzekliby prawdobodob-nie, że chcą chrześcijaństwa „wedle Metodego”. Bo swoje, bo zrozumiałe. Lecz któż by pytał poddanych? Rzeczą księcia roztrzygać samemu.
Już po całej ziemi polańskiej mówiono o zamiarach włodyki. Pojawili się w grodach księża czescy, pouczający lud o nowej wierze. Żercy wołali, żeby precz pędzić tych przybłędów, grozili straszną pomstą bogów, ale ludzie słuchali ciekawie przybyszów. Gadali po słowiańsku, więc każdy rozumiał, a pamiętano, co starki prawiły, że kiedyś, podobnie jak dzisiaj te mnichy czeskie, tak wówczas chodzili po dziedzinach apostołowie słowiańscy, którym żywina przychodziła do rąk, a zwierz leśny przed nimi nie uciekał. Z tych wspomnień o uczniach Metodego powstaną w przyszłości legendy powiadające, jak sam Jezus Krystus z Pieter-pawłem wędrował po ziemi, bo każda legenda jest echem rzeczywistości.
Księża czescy kroczą utorowaną przed stu laty drogą. Zachwycają proste dusze powieścią o Niebie pełnym ozdoby anielskiej i chwały, budzą tęsknotę za bytem lepszym, za dźwignięciem samego siebie z poniżenia. Uczą, czego Bóg nie pozwala czynić: ani kłamać, ani cudzego ruszyć, ani cudzołożyć, ani mężobójstwa popełniać… Odpowiadają słuchacze, że stare bogi także tego bronią, na co księża wyliczają dalsze obostrzenia: nie wolno wynosić niemowląt żeńskich do boru wilkom na pożarcie, ani kląć, ani pogańskich obrzędów odprawiać, ani jeść mięsa w dnie przez Kościół naznaczone… Pan Bóg żąda, żeby człowiek był prędki ku słuchaniu Jego woli, a leniwy ku gniewowi…
Książę polański Miesizko układał się z księciem czeskim Bolesławem I, swoim sprzymierzeńcem. Czesi przyjęli dawno chrześcijaństwo, najpierw w obrządku słowiańskim, potem za naciskiem Niemców przeszli na łaciński. Bolesław I ubolewał przed polskim sojusznikiem, że jego poprzednik Spicygniew zmuszony był poddać Czechy biskupowi regensburskiemu. Diecezja regensburska sięga teraz daleko na wschód, obejmując ziemie czeskie i wiślańskie. Wbrew jego, Bolesława, woli,nasłano tu zakonników niemieckich urągających miejscowym duchownym. Dlatego księża czescy, nieboracy, kwapią się do Polski, gdzie im nikt nie czyni wstrętów.
W trakcie tych rozmów książę czeski z księciem polskim ułożyli, że Mieszko pojmie za żonę córkę Bolesława, Dąbrówkę (Dubrawkę), niezbyt już młodą, lecz krzepką i nadającą się do macierzyństwa. Przyszły teść obiecał zięciowi pięciuset konnych rycerzy. Układ i małżeństwo zostały zawarte w r. 965, zaś w roku następnym miał miejsce Chrzest Polski.
Mało wiemy o tej najważniejszej dacie. Żadnego opisu, żadnego szczegółu. Nie wiemy nawet, gdzie odbył się chrzest książęcy, istnieją tylko domysły. Nie wiemy, jakie imię Mieszko otrzymał przy chrzcie, ani kto był jego ojcem chrzestnym, choć ta godność miała ogromne znaczenie. Albo czy książę polski i jego Dąbrówka (o której wzmiankuje Thietmar, że pracując nad nawróceniem małżonka, została w tym wysłuchana od dobrotliwego Stwórcy) rozumieli, że swym czynem przesądzają bieg dziejów polskich na tysiąclecia? Czy pojmowali, że Woda Żywota zapłodni naród wielką siłą ducha, posieje bohaterów i świętych, że dają ludowi polskiemu wyjście na szeroki świat, wprowadzając do kraju pismo? Pierwsza przyniesiona księga stanie się zalążkiem przyszłego uczestnictwa Polski w skarbcu wiedzy ludzkiej: zarodkiem bibliotek, szkół, polskich uczonych, pisarzy i myślicieli. Czy wiedzą Mieszko i Dąbrówka, że dali wzrok niewidomym, uszy głuchym i że potomność, chcąc to upamiętnić, użyje symbolu, jakoby Mieszko do dnia postrzyżyn był ślepy ? (Anonim Gall). Nie należy sądzić, jakoby cały naród przyjął chrzest w błogosławionym roku 966. Prawdopodobnie większość ludności mieszkającej w lasach, na odgrodzonym rzekami i borami Mazowszu, w zapadłych nadnoteckich moczarach, pozostawała nadal pogańska. Zgodnie z ówczesnym układem sił i warunkami komunikacyjnymi chrześcijaństwo przyjął wpierw książę wraz z dworem, znaczniejsi mieszczanie grodzcy, wielmoże, rycerstwo, ich rodziny, ich czeladź, i dopiero z tych ośrodków wiara przedostawała się pomału w obejścia kmiece. Ten proces zapewne trwał długo, lecz to nie miało znaczenia. Skoro panujący był chrześcijaninem, a w kraju istniała hierarchia duchowna, państwo uznawano już powszechnie jako chrześcijańskie.
Natychmiast po swoim chrzcie Mieszko wysłał posłów do papieża Jana XIII z obediencją i wyrazami miłości synowskiej. Zarazem prosił usilnie o mianowanie biskupa dla Polski.
Siostra Dąbrówki, księżniczka Mlada, w przyszłości opatka klasztoru benedyktynek w Pradze, podjęła się poprzeć prośbę dziewierza w Rzymie, gdzie przebywała. Co wpłynęło na postanowienie papieża? Wstawiennictwo Mlady (czyli zakonu benedyktyńskiego) lub niewygasła .uraza do hierarchii niemieckiej za rokosz wzniesiony z okazji (nominacji biskupów dla metropolii słowiańskiej na Morawach? 
W każdym razie Jan XIII przyjął życzliwie prośbę Mieszka, posyłając do Polski Giordano (Jordana), prawdopodobnie Italczyka, jako biskupa misyjnego, zależnego nie od sąsiednich metropolii niemieckich, lecz bezpośrednio od Rzymu.

Wagę tego zwycięstwa trudno dzisiaj pojąć. Można bez obawy przesady powiedzieć, że gdyby wówczas Jam XIII zadecydował inaczej, przed Polską stała jedynie Wielecka nienawiść do chrześcijaństwa podawanego w wersji niemieckiej, a zatem los Wielecki: śmierć albo uległość i nieuchronna germanizacja. Toteż jeszcze dziś po dziesięciu wiekach wolno z wdzięczną czułością wspominać Ojca Św., co śmiało zadecydował o polskiej przyszłości. Miarą powodzenia jest gniew przeciwników. Otton I szaleje ze złości. Wypadki nastąpiły po sobie zbyt szybko, by mógł im przeszkodzić. Tępy upór biskupa halbersztadzkiego Bernarda opóźnił uznanie metropolii magdeburskiej. Tymczasem szczwany lis, Mieszko, przyjął cichaczem chrzest i otrzymał biskupstwo misyjne! Można się wściec. Przerażony skutkami swego oporu, biskup Bernard umarł ze zgryzoty. Za późno.
Otoczenie Ottona I uspokaja monarchę, że nic straconego. Biskupstwo misyjne w samym założeniu nie jest przewidziane na stałe. Gdv teren misyjny czyli pogański staje się chrześcijańskim, Stolica Apostolska zamienia go na normalną diecezję, poddaną najbliższej metropolii, zatem magdeburskiej. Należy cierpliwie czekać.
W rok później niespokojny Wichman, przesiadujący obecnie u Glinian, podmówił ich do uderzenia na Mieszkę. Tym razem spotkał się z innym przyjęciem. Mieszko, wsparty konnicą czeską, rozbił napastników. Wichman śmiertelnie ranny zmarł na polu bitwy. Wolin wraz z ujściem Odry przypadł Polsce. Wolin! Drugiego takiego miasta nie ma na południowym wybrzeżu Bałtyku. Posiadanie Wolina to rękojmia potęgi i bogactwa. Oto, co Adam Bremeński pisze o Wolinie, zwanym z duńska Jumme:

U ujścia rzeki Odry… przesławne miasto Jumme zapowiada nader uczęszczany punkt postoju dla barbarzyńców i Greków, którzy mieszkają naokoło. Ponieważ na chwałę tego miasta wypowiada się rzeczy wielkie i zaledwie godne wiary, chętnie dorzucę kilka słów godnych opowiedzenia. Grekami biskup z Bremy nazywał kupców ruskich, prowadzących ożywiony handel z Bizancjum, zaopatrujących miasta północne w cenne wyroby greckie.

Jest to rzeczywiście największe z miast, jakie są w Europie. Zamieszkują je Słowianie łącznie z innymi narodami… także i sascy przybysze otrzymują prawo zamieszkania, byleby tylko, przebywając tam, nie występowali z oznakami swego chrześcijaństwa. Wszyscy bowiem [mieszkańcy] jeszcze dotąd podlegają błędom pogaństwa. Zresztą, pod względem obyczajów i uczciwości, nie znajdzie się lud bardziej uczciwy i przychylny… Jest tam latarnia morska, którą mieszkańcy nazywają ogniem greckim…” (Adam z Bremy, Dzieje kościoła hamburskiego).
Nie tylko sprawy religijne powodują niechęć Wieletów do Mieszka. I nie tylko zazdrość o to, że się wzbogacił Wolinem. (Wiedzą, że Wolinianie sami go napadli, zaufawszy Wichmanowi.) Główną przyczyną urazy są Czesi. Dotychczas chrześcijańscy książęta czescy, mając za sąsiadów pogańską Polskę i pogańskich Wieletów, wybierali sojusz z tymi ostatnimi. Obecnie skoro Polska przyjęła chrześcijaństwo, Czesi związali się z nią, odstępując starych sprzymierzeńców. Swój do swego. Chrześcijanin do chrześcijanina. Tego mu Wieleci nigdy nie wybaczą.
„…na zachód [od rzeki Odry] mieszkają Lucice [Wieleci]… Wojują z Mieszkiem, a ich siła bojowa jest wielka.” (Ibrahim ibn Jakub, Relację, z podróży do krajów słowiańskich).
W tymże czasie ulega zmianie stosunek cesarza do księcia polskiego. Otton pokonał Madziarów, lecz nie może się uporać z zawziętymi i wojowniczymi Wieletami. Przymierze z Polską przeciw tym poganom staje się naglącą potrzebą.
Ostatnią usługą wiernego cesarzowi Gerona, jest pośredniczenie w tej sprawie. W wyniku rokowań Mieszko dobrowolnym aktem zawiera z Ottonem sojusz „szukając oparcia w jego potędze przeciwko Wieletom”. Sojusz pociąga za sobą stosunek trybutarny z zajętych ziem: Lubuskiej Luciców (Licikawików) i Pomorza „usąue in Yarta fluvium”, nie naruszając w niczym suwerenności księcia polskiego na pozostałych ziemiach. Przysługuje mu tytuł „Przyjaciela cesarza”, którego to wyróżnienia książę czeski, dawniejszy wasal, nie posiadał. Osieroconą przez Gerona marchię Otton podzielił na kilka części. Wschodnią (Żytyce, Serbiszcze i cały kraj aż do Warty) otrzymał w zarząd margrabia Hodo. Ambitny wojownik płonie chęcią zaćmienia sławy Gerona. Pobije Mieszka, wyprze go z powrotem w nadnoteckie puszcze. W zapale zapomina o doświadczeniu, jakie posiadał Geron, a którego jemu brak. Gero doceniał przeciwnika. Hodo mniema, że skoro Wichman na czele barbarzyńców uzbrojonych w oszczepy i topory dwukrotnie rozbił Mieszka, tym bardziej on go zmiażdży pancerną konnicą.

Nie opowiadając się cesarzowi, margraf wiedzie magdeburskim gościńcem swoje wojsko na wschód ku przeprawie. Prawy brzeg Odry jest niski, podmokły. Równolegle doń ciągnie się stare koryto rzeki, wyschłe, zarośnięte krzakami. Środkiem smugu biegnie grobla wiodąca do grodu zwanego Cedzyna. Pierwotne brzmienie tej nazwy nieustalone: Cedyna, Cedynia; najprawdopodobniej Sidzina.
Jazda i piechota Mieszki bronią walecznie przeprawy, lecz czerwiec wypił wodę, bród jest szeroki, dogodny. Mimo zaciętej obrony Hodo przedostaje się na brzeg polański. Po gwałtownej rąbaninie wojsko Mieszka, nie mogąc sprostać wściekłemu natarciu, poczyna się chwiać. Z razu wolno, potem coraz prędzej, pobite szyki polskie cofają się groblą w kierunku Cedzyny.
„Tymczasem dostojny margraf Hodo, zebrawszy wojsko, wpadł z nim na Mieszka, który był wierny cesarzowi i płacił trybut aż po rzekę Wartę. Na pomoc margrabiemu pośpieszył ze swoimi tylko mój [Thietmara] ojciec, jgraf Zygfryd, podówczas młodzieniec i jeszcze nieżonaty. Kiedy w dzień św. Jana Chrzciciela starli się z Mieszkiem, odnieśli zrazu zwycięstwo…” (Thietmar, Kronika).
Upojony łatwym zwycięstwem (unikaj łatwych zwycięstw, margrabio!) Hodo rzuca się w pościg za uciekającymi. Dopaść ich, nim zamkną się w grodzie! W zapale mieszają się niemieckie szyki, wojownicy wyprzedzają jedni drugich, rozciągają się na wąskiej drodze w długą bezładną kolumnę. Gdy ostatni tarczownicy goniąc za konnymi przebiegną, pokrzykując ochoczo, szum nagły powstaje w krzakach. Czyżby wiatr się zerwał? To nie wiatr, to zaczajone w wądole starego koryta wojsko Czcibora, Mieszkowego brata, wynurza się z chaszczy. Z rykiem bojowym uderzają na tyły oddziałów niemieckich, zbyt pewnych wygranej, wywołując jbezprzykładne zamieszanie. Margrabia słyszy za sobą wrzaski przerażenia, usiłuje zawrócić, sformować szeregi. Daremnie! Oddziały zdjęte paniką tłoczą się w miejscu bezładnie. Na lewo bagna i rzeka, na prawo zdradziecki wąwóz… Równocześnie z bram grodu wypadają wojska Mieszka, pozornie tylko rozbite, wzmocnione załogą zamku. Spychają zaskoczonych Niemców w tył na Czciborowych…
„…w miejscowości zwanej Cedzyna brat Mieszka Czcibor zadał im porażkę, kładąc trupem wszystkich najlepszych rycerzy z wyjątkiem obu wspomnianych grafów [Hodona i Zygfryda].
 Cesarz poruszony do żywego wieścią o tej klęsce wysłał czym prędzej gońców, nakazując Hodonowi i Mieszkowi pod rygorem utraty jego łaski, zachować pokój do czasu, aż on sam przybędzie i osobiście zbada sprawę…” (Thietmar, Kronika). „…stoczono bitwę z Polanami, a ich książę Mieszko sztuką [wojenną] odniósł zwycięstwo. Upokorzona pycha niemiecka na ziemię runęła. Waleczny graf Hodo uciekł z nielicznym oddziałem.” (Bruno z Querfurtu, Vita St. Adalberti).
Zatem bezpośrednie spotkanie orężne księcia polskiego z siłą niemiecką okazało się dla strony słowiańskiej zwycięskie. Po raz pierwszy żelazne szeregi saskie napotkały na wschodzie siłę równą swojej i musiały pogodzić się z jej istnieniem.
Skwapliwość, z jaką po śmierci Dąbrówki cesarz podsunie Mieszce krewniaczkę swą, Odę, na żonę, świadczy wymownie o chęci Ottona utrzymania przyjaznych stosunków z księciem, którego podróżnik arabski nazwał „królem Północy”.
Chrześcijaństwo ukształtowało dzieje Europy, i Polska dopiero z chwilą przyjęcia chrztu, otwierając wrota dla swojej z górą tysiącletniej historii i kultury, uzyskuje właściwe oblicze. Polska…
„…kraj, gdzie powietrze zdrowe, rola żyzna, las miodopłynny, wody rybne, rycerze dzielni, wieśniacy pracowici, konie wytrzymałe, woły do orki pilne, krowy mleczne a owce wełniste…” (Anonim Gall, Kronika).
(na planszy replika denaru Mieszka I – KV)

ROZDZIAŁ VI
SŁOWIAŃSKA KSIENI

Książę Nakon, brat Stojgniewa, poległego nad Raksą, zasłynął jako zjednoczyciel plemion obodrzyckich, czym znacznie wzmocnił swe państwo. Jednym z jego następców był Billug, o którym wypada szerzej opowiedzieć.
Książę ten tym się różnił od reszty Połabian, że miast nienawidzieć chrześcijaństwa, ciekawił się tą nauką, jak gdyby nie wiedząc, że to przynęta niemiecka. Słuchał chętnie zakonników ze starogardzkiego klasztoru, odwiedzających nieraz jego dworzec. Byli to ludzie cisi, bezorężni, podobniejsi do uczniów św. Metodego niż do wojowniczych biskupów. Nigdy nadworcu książęcym nie słyszano równie pięknych opowieści jak te, które oni snuli
opowiadając o swoim Bogu, aniołach i Świętych. Dodawali również (szczerze prawili, wierząc, że tak jest istotnie), iż przyjęcie chrześcijaństwa przyniosłoby księciu i jego krajowi ogromne korzyści. Wszyscy chrześcijanie są braćmi, dziećmi jednego Ojca Przedwiecznego, więc z momentem chrztu znika różnica między Słowianinem a Sasem. Pokój, wzajemna życzliwość zajmują miejsce dotychczasowej wrogości. Wiara prawdziwa to błogosławieństwo
dla całego kraju.

Póty mówili, aż wielki książę (choć nie dziecko przecie!) uwierzył ich słowom i został chrześcijaninem. Nie wiemy, jak go wołały ojce słowiańskie. Obce imię Billuga otrzymał dopiero na chrzcie. Nadał mu je biskup na pamiątkę pogromcy Słowian, komesa Hermanna Billinga. A tak, już na progu nowej wiary, naznaczono nowochrzczeńca piętnem służebnictwa.
Szemrali, burzyli się poddani na postępek książęcy, na to imię niemieckie, na odstępstwo starych bogów. Gdyby Billug był księciem Wieleckim obieranym przez wiecowników, wiec pozbawiłby go tronu, lecz u Obodrzyców władza książęca była dziedziczna i nietykalna.

Szemrali tym więcej, że nie sprawdziło się nic z pięknych zapowiedzi mnichów, ciężar zaś dziesięcin, jakie książę musiał płacić Kościołowi, okazał się ponad siły poddanych.
„Składano biskupowi z całej ziemi Wągrów albo Obodrzyców roczną daninę, która miejsce dziesięciny zastępowała, a mianowicie od każdego pługa miarę zboża, zwaną po słowiańsku kuritze [korzec], czterdzieści motków lnu i dwanaście sztuk pieniędzy czystego srebra. Prócz tego jeden pieniądz dla tego, który daninę wybierał. Słowiański zaś pług oznaczał to samo, co para wołów lub jeden koń.” (Helmold, Kronika Słowian).
Były to wielkie i niegodziwe ciężary. Niezależnie od nich lud płacił przecież wysokie daniny na utrzymanie książęcego dworu i wojska. A teraz biskupia danina: któryż rolnik mógł dać dwanaście sztuk srebra od pługa? Któryż rolnik posiadał srebro w ogóle? W braku pieniędzy poborca biskupi przeliczał należną sumę na zboże, płótno, skóry, miód, wosk albo trzodę. Przeliczał dowolnie i kończyło się zazwyczaj tym, że poborca odchodząc, zabierał wszystek dobytek rolnika.
Nie mieliż ludzie narzekać, przeklinać książęcego odstępstwa? Ileż łaskawsze były stare bogi i żeree w lnianym odzieniu zadawalniające się tym, co ludzie przynieśli! Udręczeni rolnicy chodzili skarżyć się do świętego gaju. Opis gaju zostawił kronikarz:
„…obaczyliśmy między drzewami potężne dęby poświęcone bogu ziemi starogardzkiej [wagryjskiej] Prowemu, otoczone dziedzińcem. Dziedziniec opasywał parkan starannie z drzewa zbudowany, posiadający dwie bramy. …to miejsce było świętością… Tam… lud tego kraju z kapłanem i księciem zbierali się zwykle na sądy. Wejście na dziedziniec było wszystkim zabronione, wyjąwszy kapłana i przynoszących ofiary lub tych, co byli w niebezpieczeństwie śmierci. Takim nigdy schronienia nie odmawiano. Taką zaś wielką cześć mają Słowianie dla swych bogów, że obrębu świątyń nawet w czasie wojny krwią kalać nie pozwalają. Na przysięgę z trudnością się godzą w obawie, by przez krzywoprzysięstwo nie ściągnąć na siebie gniewu bogów… Słowianie… pomiędzy różnokształtnymi bogami, którym poświęcają pola, lasy, smutki swe i radości, wyznają także, że jest jeden Bóg, który w niebie innymi bogami rządzi… że inni wykonują tylko poruczone im obowiązki, że z jego krwi pochodzą i że każdy tym jest wyższy, im jest bliżej owego boga bogów.” (j.w.)

Gdy bezlitosny poborca niemiecki opróżnił chlewy i gumna, po czym obrabowanym kazał ucałować krzyż, burzyła się w nich krew, zaciskały pięści. To nie byli barankowie zastrachani. Ten sam kronikarz pisał o tym ludzie:
„Aldenburg, który w języku słowiańskim Starogard, czyli stary gród, się nazywa, leży w ziemi Wągrów… To miasto, czyli kraj, był zamieszkały przez najdzielniejszych mężów słowiańskich… Miał za sąsiadów saskie i duńskie ludy i wszystkie wzajemne napady bądź sam naprzód czynił, bądź na sobie je przyjmował.”
Najdzielniejsi męże w gaju Prowego przykładali palące dłonie do kory, pokrywającej pokracznie skręcone pnie, i przysięgali zemstę.
Przyjęcie chrześcijaństwa przez wspomnianego księcia Obodrzyców Billuga łączyło się dla niego ze świetnym ożenkiem. Biskup Wagon ze Starogardu dał mu swą siostrę za żonę. „…przyjaciele biskupa źle tę wiadomość przyjęli, mówiąc, iż nie godzi się tak pięknej panny wydawać za człowieka nieokrzesanego i dzikiego… lecz biskup, bojąc się, by dla nowego Kościoła jaka szkoda nie wynikła… pobłogosławił zamężcie siostry swojej…” (j.w.).
Ubodzy, cisi zakonnicy, którym zawierzył Billug, przestali odwiedzać dworzec książęcy. Za to pełno w nim było sług biskupich, poglądają-cych, czy książę nie składa bogom obiaty, albo nie jada końskiego mięsa, o co Oskarżała go żona. (Spożywanie koniny, należące do rytuału uroczystości pogańskich, było przez Kościół surowo zabronione i karane na równi z łamaniem postu.) Plemienni rodowcy i dawni druhowie Billuga odsunęli się od niego. Żona nim pomiatała. Syn buntował się przeciw ojcu.
Miał Billug dwóch synów z pierwszego małżeństwa. Siostra Wagona urodziła mu córkę Hodykę. Synów kronikarz Helmold nazywa Mściwoj i Mizzudrag. (To cudacznie przekręcone imię znawca starosłowiańszczyzny Szafarzyk tłumaczy na Mieczysława, choć przypomina ono raczej Mści-druga.)
„…Mieczysław… pobudzany nienawiścią, aczkolwiek tajemną, ku religii chrześcijańskiej, przy tym powodowany obawą, by obyczaj obcy w owych stronach się nie zagnieździł, ojca swego często obwiniał, że w swym zaślepieniu, za próżnymi nowostkami się ugania i od ojczystych praw odstępuje…” (j.w.). Połowiczny, chwiejny Billug mścił się za kłopoty domowe na swoim szwagrze biskupie. Udręczał go najdotkliwiej, bo finansowo. Włości biskupa zbrojnie najeżdżał i łupił, udając później, że napaści dokonali zbóje rańscy lub Wieleccy.
„Prócz tego, wszystkim osadnikom, którzy w dobrach biskupa pozostawali, śmiercią zagroził, jeżeliby jak najprędzej tychże nie opuścili. Takim sposobem, posiadłości te w krótkim czasie w pustynię się zamieniły…” (j.w.).
Otton I, zwany Wielkim, wówczas już nie żył. Jego następca, młody dwudziestokilkuletni Otto II, toczył w Italii przewlekłą wojnę z Saracenami. Marchią Północną, rozsiadłą na ziemiach Wągrów, rządzili znienawidzony powszechnie margrabia Teodoryk i dowódca jego sił zbrojnych, znany z chciwości Bernard książę saski. Król duński Harald Sinozęby wylądował udatnie na wyspie Wolin, mimo zaciętej obrony spustoszył miasto, a na położonej na północ Srebrnej Górze założył morską warownię, dowód swej władzy nad wyspą i grodem. Wolin w języku skandynawskim zwał się Jumme albo Jomme, przeto warownia otrzymała nazwę Jomsborg. Harald osadził tam swoich Wikingów, złączonych w bezżenne bractwo pirackie, postrach wszystkich portów i grodów nadmorskich od Szwecji do Wielkiej Brytanii.

Książę Billug był ofiarą swego braku charakteru, jego syn Mściwoj stanie się ofiarą swojej ambicji. Wyniosły książę Bernard saski zwrócił się do młodego księżyca, ofiarowując mu udział w chwalebnej walce, jaką najświetniejszy cesarz toczy przeciw muzułmanom. Wszak Mściwoj jest chrześcijaninem, ma prawo uczestniczyć w tym wspaniałym boju, będącym raczej triumfalnym pochodem. Jako pierwszy z książąt słowiańskich dostąpi takiego zaszczytu. Pierwszy obaczy Rzym, cudne południowe kraje, a po powrocie nie lada go spotka nagroda… On, Bernard, nie zawaha się oddać walczącemu obrońcy chrześcijaństwa swej urodziwej synowicy za żonę…
Nie znający podstępu młodzik słucha oszołomiony, olśniony. Nie wierzy uszom. Bernard staje się wymowny, gdyż cesarz śle gońca za gońcem z Italii, nagląc o posiłki. Położenie jego wojsk w Kalabrii jest z każdym tygodniem trudniejsze.
Jednako oczarowani, ojciec i syn, Billug i Mściwoj, przygotowują gorączkowo wyprawę. Mściwoj powiedzie do Italii tysiąc zbrojnych wojów. Tysiąc!
Dwieście, trzystu konnych, przeważa nieraz los wielkiej bitwy, więc tysiąc to wsparcie nie lada. Bernard winszuje sobie pomysłu, zwłaszcza, że Słowianie słyną z męstwa. Ponawia szczodrze obietnice. Biskup Wagon błogosławi odjeżdżających.
Po odjeździe syna, który go rozumiał, Billug zostaje osamotniony, młodszy syn mu dogryza, co gorsza, żona za namową brata, biskupa, postanawia Hodykę, jedną jego pociechę, oddać do klasztoru. Powiada, że miłując córkę, chce dla niej lepszego losu niż ten, jaki jej samej przypadł w udziale. Co czeka dziewczynę? Małżeństwo z barbarzyńcą. Wszak żaden niemiecki rycerz nie weźmie za żonę Słowianki, choćby księżniczki i ochrzczonej. Na nałożnicę — owszem, na małżonkę — nie. Do klasztoru Hodykę przyjmą ze względu na wuja.
Próbował przypominać Billug obiecane świetne małżeństwo Mściwoja, które podniesie znaczenie Hodyki. Żona wzruszała na to pogardliwie ramionami. Znała swoich.
Co do dziewki, nikt się jej o zdanie nie pytał i córka Billuga poszła do zakonu, słynących z uczoności Panien w Mikilinburgu (dzisiejszy Meklemburg).
Zrazu było jej ciężko, jak w więzieniu. Siostry schlebiały w oczy z powodu biskupa, za oczami szydziły z dzikuski, nie mającej pojęcia ani świecie, ani o wierze świętej. Lecz, patrzcie: po niewielu latach dziczka jęła doganiać uczone siostry. Układała w słowa litery wycięte z bukszpanu, śpiewała na chórze. Na koniec posiadła szczyt umiejętności: czytanie psałterza. Wuj biskup był szczerze zachwycony.

…gdy w Piśmie św. się wyćwiczyła, uczynił ją ksienią w klasztorze Panien w Mikilinburgu, chociaż lat jeszcze potrzebnych nie miała…” (j.w.).
Pierwsza słowiańska ksieni, Hodyka. Imienia jej zakonnego nie znamy. Mając w żyłach krew władców zwyczajnych rządzenia, kieruje roztropnie zakonem, zawiaduje mądrze klasztornymi włościami. Zanim jednak zdąży zadomowić się należycie w swoich przywilejach i obowiązkach, zachodzi w jej losie nowa, gwałtowna przemiana.
Umiera Billug, nieszczery chrześcijanin, nieszczery poganin, człowiek na rozdrożu. Powraca Mściwoj na czele kilkudziesięciu zaledwie wojów. To wszystko, co po wyprawie italskiej zostało z jego świetnej tysiącznej konnicy. Klęska poniesiona w wąwozach Kalabrii zakończyła „triumfalny pochód wojsk cesarskich”. Saraceni umocnili się w południowej Italii. Mściwoj udaje się do margrabiego opowiedzieć przebieg wypadków i przypomnieć obietnicę małżeństwa. Przyjęty jest pogardliwie. Teodoryk i Bernard już wiedzą o porażce cesarza, a co do roszczeń Obodrzyca… Głupi prostak! Obiecano mu, obiecano, licząc, że żywy z Italii nie wróci… Trzeba z tym skończyć.
Margrabia cedzi zimno, że krewniaczka księcia za psa wydana być nie może. Mściwoj odjeżdża bez słowa.
Według Helmolda, obaj wodzowie spostrzegają, iż nie w porę obrazili słowiańskiego włodykę. Wysyłają w ślad za nim posłów: Wracaj, otrzymasz rękę synowicy księcia.
Billug może by wrócił. Jego syn nie wraca.
„…doznaliśmy wdzięczności za nasze usługi — powiada posłom — że nas z psem równają. Lecz pies jest silny i gryźć potrafi boleśnie” (j.w.).
Obrażony książę Mściwoj wzywa starszyznę. Mówi o doznanej zniewadze. To zniewaga całego plemienia. Żąda, by mu pomogli ją pomścić. Lecz słuchacze pozostają obojętni. — „Sam tego chciałeś — powiadają — ulubiłeś sobie ród Sasów wiarołomny i chciwy. Słusznie teraz cierpisz.” (j-w.).
Nie znajdzie książę posłuchu wśród swoich, a zniewaga piecze. Co czynić? Wieleci nie cierpią Sasów. Wprawdzie między Wieletami a Obodrzycami częściej panuje nieprzyjaźń niż dobre stosunki, szczególnie obecnie, po przyjęciu chrześcijaństwa przez Billuga, lecz Mściwoj na to nie zważa. Udaje się do Redarów, choć przejmuje go lęk. Został chrześcijaninem, a świątynia Swarożyca to nie gaj Prowego, gdzie wiatr szumi wśród gałęzi, zaś świętego obrębu krwią kalać nie wolno… To Radogoszcz…

Jest w kraju Redarów gród o trójkątnym kształcie i trzech bramach doń wiodących… Otacza go zewsząd puszcza, ręką ludzką nietknięta i za świętość uważana. Dwie bramy tego grodu stoją otworem dla wszystkich, trzecia od strony wschodniej jest najmniejsza i wychodzi na ścieżkę wiodącą do bliskiego i strasznego jeziora [Doleńskiego]. W grodzie stoi jedna świątynia zbudowana misternie z drzewa i spoczywająca na fundamencie z rogów dzikich zwierząt. Jej ściany zewnętrzne zdobią wizerunki bogów i bogiń w przedziwny rzeźbione sposób… Pierwszy spośród nich Swarożyc [zwany też Radogostem] wielkiej czci doznaje u wszystkich pogan. W świątyni przechowuje się znaki bojowe zabierane wyłącznie na wyprawę wojenną…”
Wróżby sprawiają kapłani, zakopując losy w ziemię pod darnią, po czym wbijają w to miejsce dwie włócznie na krzyż i skłaniając się pokornie, przeprowadzają przez nie konia uważanego za własność boga Swarożyca…
„Jeżeli obie wróżby, losy oraz przeskoczenie włóczni przez źrebca, wy- 61
padną pomyślnie, plemiona podejmują z zapałem zamierzone działania. Jeżeli wynik jest zły, odstępują przedsięwzięcia. [Powiadają też poganie, że] ilekroć grożą im jakoweś klęski, ze wspomnianego wyżej jeziora wychodzi olbrzymi odyniec o spienionych kłach i na oczach wszystkich tarza się w bagnie wśród straszliwych wstrząsów…” (Thietmar, Kronika).
U Wieletów o wszystkim postanawia wiec. W obliczu zwołanego wiecu książę obodrzycki opowiada swoją sprawę, wzywa do walki z Niemcami. Przypomina krzywdy i łupiestwo, przedstawia korzystne okoliczności, klęskę cesarza w Italii. Był tam, widział uchodzące, przerażone niedobitki! Jeżeli kiedy uderzyć, to teraz.
Wiecownicy, kapłani, słuchają w milczeniu. O, ich nie trzeba zagrzewać do boju! Dla Redarów, Doleńców, Czrezpienian, Chyżan, nie masz piękniejszej pobudki nad zawołanie:
Bij Niemców! Rozumieją korzyści obecnego położenia. Lecz milczą, bo nie ufają Mściwojowi. Niech wpierw zaprzysięgnie, że do chrześcijaństwa nigdy nie powróci.
Bez wahania książę czyni, czego żądają. Wypiera się Chrystusa i Bogarodzicy, składa ofiarę przed posągiem Swarożyca. Przysięga na świętą ziemię, święty ogień, świętą wodę. Wtedy dopiero Redarowie wśród radosnej wrzawy wynoszą znaki bojowe z ciemnego wnętrza świątyni.
Odstępca oddycha z ulgą. Pies ugryźć potrafi.
— Precz z Niemcami! Wyżenąć Niemców! Precz z chrześcijaństwem! To hasło leci lotem błyskawicy nad krajem. Nie ma radia, nie ma prasy, więc jak się rozchodzi? Wiatr je powtarza? Drzewa powtarzają, że Chrystus obalon, wrócą stare bogi? Jak by pękły tamy wstrzymujące powódź, jak by pożar ogarnął wysuszony bór — cały kraj staje na nogi. Dość, zadość ucisku, zdzierstwa, krzywdy, pomiatania! Dosyć przemocą narzuconej wiary!

Wyżenąć Sasów! Szaleństwo ogarnia głowy, W każdym grodzie rzwą rogi bojowe, z każdego siodła wychodzą męże zbrojni w topory i maczugi. We wspólnym froncie łączą się wszystkie plemiona. Nawet Czesi rzucają się przeciw Niemcom, zdobywając Żytyce (dzisiejsze Zeitz). Ze wszystkich ludów połabskich tylko Łużyczanie i Serbowie nie biorą w powstaniu udziału. Reszta jak wezbrana rzeka wali na zachód, mordując po drodze wszystko co niemieckie. Zabijają Bogu ducha winnych księży i braci zakonnych. Palą kościoły, burzą klasztory, obalają biskupstwa, w grodach dzierżonych przez Sasów nie zostawiają przy życiu nikogo z załogi. Darmo przerażeni Teodoryk i Bernard usiłują stawić lawinie czoło, ściągają zewsząd oddziały. Próżne zabiegi. Sasów ogarnia panika. Pierzchają, a dowódcy z nimi.
„Zaczęła się ta zbrodnia 29 czerwca od wyrżnięcia załogi w Hobolinie i zniszczenia tamtejszej katedry. W trzy dni potem, w chwili gdy dzwoniono na jutrznię, zjednoczone siły Słowian napadły na katedrę brenneńską, pasterz Folkmar uratował się na czas ucieczką, jej zaś obrońca Teodoryk wraz z rycerstwem ledwie uszli tegoż dnia przed wrogiem… Cały skarb kościelny został rozgrabiony i wiele krwi się polało w sposób pożałowania godny. Zamiast Chrystusowi i jego zacnemu rybakowi Piotrowi zaczęto oddawać cześć różnym bożkom z diabelskiej herezji poczętym i tę żałosną zmianę pochwalali nie tylko poganie, lecz także chrześcijanie…” (j-w-)-
Świadkiem powyższych zdarzeń jest Awiko, dawny kapelan Billuga, którego Mściwoj zostawił przy życiu, potrzebując czasami człowieka piśmiennego. Z poniższej wzmianki Thietmara wnosić można, że Awiko znalazłszy się za Łabą zbiegł od Słowian:
„Opowiadał mi o tym Awiko, który podówczas był jego kapelanem, a potem moim bratem duchownym.”
Na drodze powstańców leży Mikilinburg. Furta rozbita, klasztor w ogniu. Książę Mściwoj zastaje ksienię pośród przerażonych zakonnic.
„Nie należy, jak się zdaje, przemilczać, że książę Obodrzyców porwał swą siostrę, Bogu jpoświęconą Hodikę, z klasztoru Panien w Mikilinburgu i tę wszetecznym związkiem z niejakim Bolesławem połączył. Inne dziewice, które tam zostały, albo za żołnierzy swoich powydawał, albo też do ziemi Luciców lub Ranów rozesłał… Takim sposobem klasztor ten stał się pustynią. Tak to z dopuszczenia Bożego, za grzechy ludzkie, spokojność Słowian zakłóconą została i nad pięknymi zarodkami Boskiej religii nieprzyjaciel nasiał kąkolu…” (Helmold, Kronika).
Nie zapisali kronikarze uczuć, z jakimi córka Billuga szła przed laty do klasztoru. Nie wiadomo również, co myślała, gdy brat wyrwał jej z ręki pastorał, zdarł z głowy mniszy welon i cisnął ją w objęcia „niejakiego Bolesława”. Kim był ów Bolko? Może była niegdyś jemu przyrzeczoną? Może się miłowali? Więc śmiała się czy płakała? Możemy się tylko domyślać, że lata klasztorne rozszerzyły jej horyzont, ukazały nie podejrzewane przedtem, prawdziwe oblicze Wiary, że stając się znowu niewiastką słowiańską, zapracowaną, bezgłosą, powolną sługą mężczyzny, żałowała nabytej wiedzy, władzy, psałterza, którego już nigdy w dłonie nie weźmie, uczonością się nie pochwali, gdyż tę pięknie zdobioną księgę brat własnoręcznie rzucił w płomienie.

Po tych wypadkach Słowianie zniszczyli klasztor Sw. Wawrzyńca w grodzie Kalbe, a następnie ścigali naszych, uciekających jak pierzchliwe jelenie. Nasze bowiem grzechy przydawały nam strachu, a im męstwa. Książę Obodrzyców Mściwoj spalił i spustoszył Hamburg… (Thietmar, Kronika).
Zdobyty Hamburg płonie, jak płonęły niegdyś Brenna, Gana, Łączyn i tyle innych grodów słowiańskich. Wojna przenosi się na lewy, zachodni, brzeg Łaby.
„Gdy już wszystkie miasta i wsie aż do rzeki zwanej Tongerą padły ofiarą niszczycielskiego ognia i rabunku, nadciągnęło od strony Słowian więcej niż trzydzieści pieszych i konnych oddziałów, które z pomocą swoich bożków, przy dźwięku poprzedzających je rogów, nie zawahały się przed spustoszeniem reszty, same nie ponosząc żadnej straty…” (j.w.). Ir Z innych źródeł wiemy, że każdy oddział słowiański, podobnie jak niemiecki, liczył około tysiąca ludzi. Cyfra zatem podana przez kronikarza jest ogromna, świadcząca o tym, że prawie wszystkie plemiona słowiańskie brały udział w walce.
W dalszym ciągu dowiadujemy się z kroniki Thietmara, że biskupi Gizyler, Hildiward, margrabia Teodoryk i grabia Waldecku Zygfryd, zebrawszy co mogli wojska, stawili czoło Słowianom w rejonie Białoziemi, między rzekami Tongerą i Muldą. Tam wywiązała się bitwa krwawa i nie rozstrzygnięta. Po całodziennych zmaganiach, korzystając z nadejścia nocy, Słowianie opuścili obóz, cofając się na wschód. Thietmar nazywa to ucieczką, lecz Sasi nie poszli za odchodzącymi, nie usiłowali przeciąć im odwrotu. Przeciwnie, całkowicie wyczerpani rozeszli się do domów.

Cesarz Otton II nie może przyjść do siebie po pogromie kalabryjskim. Wytracił rycerstwo, uciekł samotrzeć z pola bitwy, dzięki pomocy Żyda Kalonymosa dosięgnął wpław łodzi greckiej, przez co uratował życie. Co mu po życiu? Sławy nie odzyska.
Goniec z północnej granicy przynosi złe wiadomości. Nie masz już Niemców na ziemiach obodrzyckich, Wieleckich! Zniesione arcybiskupstwa hamburskie, magdeburskie! Zniesione biskupstwa starogardzkie, hawelberskie, brandenburskie! Który z biskupów nie zdążył w czas uciec, nagłą śmiercią zginął. Krew sług Bożych rozlała się po ziemi szeroko. Nawet czcigodne zwłoki nie żyjących biskupów barbarzyńcy wyrzucali z trumien! Spalone kościoły, rozbite grody. Zdruzgotane dzieło Henryka Ptasznika, Ottona I, Gerona, Billinga…
Cesarz Otton II doznaje wstrząsu i umiera.
Mniej by się może przejął, gdyby gruntowniej znał Słowian. Zwycięstwo ich jest całkowite, lecz nie będzie długotrwałe. Osiągnęli cel, wyparli Niemców za Łabę za Limes Sorabicus, naznaczoną niegdyś przez Karola Wielkiego. Cóż zdawałoby się ważniejszego teraz, jak nie dopuścić, by nieprzyjaciel tę linię przekroczył znowu? Gdybyż w upojonym powodzeniem tłumie znalazł się jeden mąż na miarę polańskiego Mieszka! Jeden wódz, co by umiał przewidywać! Gdyby wtedy w r. 983 zwycięskie plemiona słowiańskie przyjęły chrzest od Czech lub Polski, a brzegi Łaby zmieniły w obóz warowny! Jakże inaczej potoczyłyby się dzieje! Lecz to nie przychodzi im do głowy. Wypędzili wroga i zadowoleni wracają do domów, by tam podejmować zwyczajne swe sąsiedzkie spory. Tak kończy się pierwsze wielkie powstanie pogańskie Słowian.

ROZDZIAŁ VII
WIELKIE ZAMYSŁY

Na przełomie X i XI stulecia w środkowej Europie dokonywują się doniosłe przemiany. W
tym procesie Polska odgrywa poważną rolę. Choć dopiero od wczoraj chrześcijańska, zdołała
już wejść w orbitę Zachodu.
Mieszkańcy Italii, Francji, południowych Niemiec przeżywają w tym czasie okres trwogi, związanej z nadchodzącą datą tysięclecia, przez liczne proroctwa wskazywaną jako kres istnienia świata. Trwoga budzi w sercach ludzkich różne reakcje. Jedni czynią pokutę, zapisują swoje majątki klasztorom, inni przeciwnie, nurzają się w zbytku i grzechach, pragnąc użyć póki czas rozkoszy, jakie dają majątki i władza. Koniec wieku X jest pełen zamętu i zbrodni, nie omijających nawet papieskiego tronu.
Wrażliwsze jednostki uciekają na pustkowia, łączą się w zgromadzenia zakonne o surowej regule, powszechnemu rozpasaniu instynktów przeciwstawiając osobistą ascezę i modlitwę.
Sasi, Skandynawowie, Słowianie nie biorą udziału w tych katastroficznych nastrojach. Dla nich świat nie kończy się, ale zaczyna.
W r. 985 umarł król duński Harald Sinozęby.Książę polański Mieszko, wydawszy w tym czasie córkę za króla szwedzkiego Eryka, zawarł przymierze z zięciem i wsparty jego posiłkami wypędził Duńczyków z Jomsborga. Piracki Związek Wikingów stał się jego lennikiem, a Polska mocno stanęła na Odrze.Ostatnia to była zdobycz mądrego Mieszki. Zmarł syt lat w r. 992. Wielka postać. Niegdyś lennik cesarski, władający nieznanym nikomu krajem, zostawił synom nie lada dziedzictwo.Synów miał czterech, lecz liczyć się będzie tylko najstarszy, z matki Czeszki, jedyny z braci Słowianin pełnej krwi.
Natomiast Wieleci przędą złe nici. Dumni ze zwycięstwa odniesionego w 983 r. wyzwolili sięspod władzy swoich książąt. Państwo Wieleckie stanowi teraz Święty Związek Czterech Plemion (Czrezpienianie, Doleńcy, Chyżanie, Redarzy, ze stolicą w Radogoszczy). Rządzi nimi wiec, władza to raczej pozorna. W rzeczywistości decydują kapłani Swarożyca. Nie jest to jeszcze zupełna teokracja, jak u Ranów, ale prawie.

Nie wiemy, jak często zbierały się wiece. Prawdopodobnie ilekroć zaszła potrzeba podjęcia jakiejś decyzji, zwoływano lud przez wici. Wówczas pośrodku świątynnego dziedzińca zasiadali na ławach kapłani, książęta plemienni, starszyzna, a za ich plecami stali robotnicy, bartnicy, rybacy i inne zawody. Najstarszy z kapłanów powiadamiał mężów zebranych o przedmiocie obrad, po czyim sprawiano wróżby za pomocą zakopanych losów i przestąpienia włóczni przez świętego źrebca. Proroctwa wypadały zazwyczaj po myśli kapłanów, zatem narady były już w zasadzie rozstrzygnięte. Któż by śmiał sprzeciwiać się woli bogów? Potem obierano dowódcę zamierzonej wyprawy, względnie obrony, zwykle któregoś z książąt.
Szczęśliwy wybraniec mógł przez pewien czas czuć się księciem i wodzem; jak niegdyś jego przodkowie.
Po pomyślnym, czy niepomyślnym zakończeniu walki składał chwilową godność w ręce wiecu.
Uczestnictwo szerokich rzesz w obradach było nie tylko wyrazem tradycji: służyło do zapewnienia uchwałom jednomyślności.
,.Swoje ważne sprawy roztrząsają na zgromadzeniu drogą wspólnej narady i aby doprowadzić jakąś rzecz do skutku, muszą wszyscy wyrazić na to zgodę. Jeżeli któryś z obecnych sprzeciwia się powziętemu postanowieniu, okładają go kijami… Gdyby stawiał opór poza zgromadzeniem, wówczas albo pozbawiają go majątku, zabierając go lub podpalając, albo też płaci… należną wedle stanu sumę pieniędzy.” (Thietmar, Kronika).
Dziwaczny ten ustrój, oscylujący pomiędzy rządami kapłanów a gmi-nowładztwem, posiadał wielką siłę atrakcyjną w stosunku do sąsiednich plemion. Niektóre z nich np. Glinianie, przez jakiś czas Stodoranie, rzucali Związek Obodrzycki, przenosząc się do Wieletów. Nie spostrzegali jego słabych stron, braku myśli poliycznej. Dyktujący uchwały wiecowe kapłani kierowali się głównie zasadniczą troską: Nie dopuścić żadnych wpływów zewnętrznych, bo wszelkie „nowe” było przeciw bogom. Stąd pochodziła ich wrogość do chrześcijańskiej Polski, większa niż do Sasów.
Przyjazne stosunki łączyły Wieletów z Czechami. Wprawdzie Czechy wcześniej niż Polska były chrześcijańskie, nie przejawiały jednak w praktykowaniu nowej wiary zbytniej żarliwości.
„…w drodze powrotnej książę [czeski, Bolesław Pobożny] wziął w swoje ręce gród wraz z dowódcą Słopanem, którego wydał na śmierć Lucicom [Wieletom]. Ci bezzwłocznie złożyli z niego pod grodem ofiarę swoim bogom, po czym uchwalili powracać do domu…” (j. w.).
Szczerą niechęć żywili Wieleci do Obodrzyców. Mściwoj, syn Billuga, inicjator powstania z 983 r., który na starość, wbrew przysiędze złożonej niegdyś przed Swarożycem, pojednał się z Kościołem i umarł jako chrześcijanin, był w ich oczach nikczemnikiem godnym nienawiści i pogardy. Krzywoprzysiężcą! Nie znali nic gorszego nad to słowo.
I tak ten wspaniały lud zastygał w niechęci do wszystkiego, co go otaczało, sztywniał w przeżytym bezsilnym ustroju, w przeżytej naiwnej wierze.
Jak poprzednio tak i nadal, Obodrzyce pozostają państwem jedynowładczym i militarnym.
Bezpośrednie sąsiedztwo z Sasami skłania do zachowywania silnej władzy, zarówno przez przykład, jak przez stałe zagrożenie. Wiec miał niegdyś u nich znaczenie, jak u każdej społeczności słowiańskiej, lecz dawno je utracił. Brak też silnego ośrodka religijnego, jakim dla Świętego Związku jest Radogoszcz. Mocna władza książęca ograniczyła rozwój wpływów kapłańskich. Książęta z reguły mniej są wrażliwi na opinie wróżów niż tłum.

W ciągu minionych dwustu lat zdarzało się nieraz, że lud zbuntowany obalał księcia, głosił upadek dynastii. Zawsze jednak monarchia wracała, bunt był krótkotrwały. Groźny rozłam pomiędzy książętami a ludem zarysowuje się dopiero teraz, na tle religijnym i narodowym.
Mściwoj, syn Billuga (poza okresem krwawej pomsty z 983 r.), Mścisław, syn Mściwoja, są chrześcijanami wbrew opinii ludu, który pozosta-staje pogański. Chrześcijańscy książęta podlegają niemieckiej zwierzchności kościelnej i utrzymują stosunki z książętami saskimi.
Naród nienawidzi Niemców i książęta pomału stają się dlań obcymi. Czując rosnące niezadowolenie, Mścisław tym silniej zabiega o przyjaźń Sasów, mogącą mu dać poparcie.
Zrażone do swego księcia, niechętne Wieletom, plemiona obodrzyckie pragnęłyby porozumienia z Bolesławem, synem Mieszka, którego chwałę wszyscy wszędzie głoszą, lecz nie mają wspólnej granicy z Polską. Na drodze leżą Wieleci i Czesi. Tłumiąc w sobie gniew, czekają, aż Polska zbliży się ku nim.
W chwili gdy Otton II padł rażony wiadomością o klęsce zadanej Niemcom przez Słowian w 983 r., syn jego i następca, Otton III miał trzy lata. Niemniej koronowano go natychmiast.
Wychowywała dziecko i rządziła w jego imieniu matka, księżniczka bizantyjska, Teofano.
Musiała być nieprzeciętną kobietą, gdyż wszyscy historycy współcześni i późniejsi określają ją słowami: „piękna i mądra Teofano”. Otton otrzymał staranne wykształcenie, wyrósł na pół Greka, pół Rzymianina, rozmiłowanego w starożytnej wielkości. Wspomniany poprzednio kryzys millenium pchnął młodzieńca ku ludziom, co modlitwą i wyrzeczeniem chcieli powstrzymać gniew Boży. W tym gronie zetknął się i zaprzyjaźnił ze św. Nilem oraz późniejszymi męczennikami, Brunonem i Wojciechem. W pustelni, gdzie roztrząsano wspólnie sprawy świata, słyszał, że okrutne są czasy obecne.
Chrystusa wiodą na Golgotę — chrześcijanie. Wiara prawdziwa stała się narzędziemzdobycia bogactwa i władzy. Świętości są wystawione na sprzedaż — nakazy istnieją dla ubogich, nie znają ich możni… Jak potępiać chciwość i lubieżność duchowieństwa, gdy sami nawet papieże postępują niegodnie?… Pontyfikat za pontyfikatem mija bez blasku cnót, wśród drwin i wymysłów tłumu… Świat musi zginąć, nie od tysiąclecia, lecz z nadmiaru własnych zbrodni…
Wrażliwy chłopiec słucha z przerażeniem; targany niepokojem nie wie, co czynić? Rzucić świat, zostać w pustelni, czy raczej, będąc cesarzem i pomazańcem, władać, lecz władać inaczej? Zaprowadzić sprawiedliwość w miejsce samowoli? W długich rozmowach nocnych powstaje zamysł wskrzeszenia świętego cesarstwa w kształcie doskonalszym, niż to czynił Karol Wielki. Najwyższa władza złożona w ręce papieża i cesarza działających razem w
niezmąconej harmonii. Berło cesarskie sięgnie tak daleko, jak daleko dotrze Słowo Ewangelii. Wszystkie ludy nawrócone będą korzystać jednako z ojcowskiej opieki cesarza. Jedna wiara… Jedno państwo… To państwo ogarnie całą Europę od Atlantyku do Bizancjum. Złożą się nań cztery wielkie człony: Galia, Germania, Italia, Sclavonia…
Młodzieniec pochłonięty takimi planami różni się wielce od swych poprzedników, odbiega daleko od pojęć swoich poddanych. Niemieccy biskupi słuchają Ottonowych wypowiedzi z przerażeniem. Nie takiego pragną władcy! Niepoczytalny słowianofil, Grek na tronie niemieckim to groźba dla cesarstwa! Nie zrozumieją się nigdy.
Jakież zresztą może być porozumienie między cesarzem, pragnącym realizować ideał chrześcijański w myśl zaleceń świętych, a dostojnikami duchownymi, odznaczającymi się męstwem w bitwie, srogością względem poddanych i obojętnością na stan dusz swoich wiernych? Nawet jeżeli który z nich jest bardziej ludzki, pragnący naprawdę oświecić pogan, wzajemna obcość stanowi nieprzekraczalną granicę.
„Aby łatwiej nauczyć powierzone swej pieczy owieczki, biskup [merse-burski] Bozo spisał słowo Boże w języku słowiańskim i polecił im śpiewać Kyrie elejson, wskazując na wielki stąd pożytek. Ci bezrozumni Słowianie przekręcili jednak te słowa gwoli szyderstwa na pozbawione sensu: u kri w olsa, co w naszym języku znaczy: w krzu stoi olsza. Dodawali przy tym: — Tak powiedział Bozo” (Thietmar, Kronika).
„Szyderstwo?” Kronikarz się myli. Raczej obawa, jaką wzbudzało niezrozumiałe zaklęcie. By zaś osłonić siebie przed gniewem własnych, obrażonych bogów, dodawano zapewnienie: Tak powiedział Bozo. Bozo — nie ja.

Nie ma porozumienia między Ottonem III a biskupami i opatami. Tym bardziej nie ma go, gdy chodzi o niemieckie rycerstwo. Wojownicy nie pozbawieni posępnej wielkości, pyszni i gwałtowni, dziko odważni, wierni swoim wodzom, nie znający odruchu litości, gestu miłosierdzia, wierzący, że Bóg chce tego co się im podoba, poczytujący łupiestwo za atrybut zwycięzcy, nie uważający za hańbę sprzedawanie dziewcząt i chłopców słowiańskich
Saracenom, cóż .mają wspólnego z przyjacielem Nila, Brunona, Wojciecha? Dwa odległe światy.
Toteż zaledwie siedemnastolatek objął władzę, już zarysowują się plany pozbawienia go korony.

Bolesław, syn Mieszka, o przydomku Chrobry, należy do postaci, jakich niewiele zapisały dzieje. Najwyższej miary. Dalekowzroczny polityk, genialny wojownik, mądry administrator kraju, urabiający podległe mu plemiona niby glinę. Jeszcze za życia otoczy go legenda niezwyciężalności. U początku naszej historii stoi jak kolumna. Nie dorównał mu żaden z władców, rządzących Polską w ciągu następnych tysiąca lat.
Najwięcej szczegółów o Bolesławie daje współczesny mu kronikarz Thietmar, zawzięty wróg króla polskiego, a świadectwo wrogów bywa najpewniejsze. Epicki, namaszczony biskup merseburski traci panowanie nad sobą, gdy mówi o Bolesławie. Pióro jego zgrzyta złością i tryska jadem, źle maskującymi utajony podziw.
Dwaj historycy, jeden nienawidzący, drugi pełen uwielbienia, zgodnie porównują Bolesława do lwa.
„…lew ryczący z wlokącym się za nim chwostem…” (Thietmar). „Jak lew smaganiem ogona podniecający swój gniew…” (Anonim Gall).
Dzieło Karola Wielkiego runęło natychmiast po śmierci twórcy i nie powstało więcej. Dzieło Chrobrego mimo katastrofy 1034 r. i pozornej ruiny dźwignęło się, przetrwało burze dziejowe, istnieje dotychczas, trwa w granicach prawie identycznych z tymi, jakie on zakreślił.
Pierwsze osobiste spotkanie Bolesława Chrobrego z Ottonem III miało miejsce w r. 995 z okazji wyprawy cesarza na Obodrzyców, w której posiłkował go Bolesław jako sprzymierzeniec. Potężna indywidualność polskiego księcia wywarła na Ottonie silne wrażenie. Płowy, barczysty Piast promieniował krzepką pogodą i młodziutki władca,
udręczony przepaścią, dzielącą jego pragnienia od rzeczywistości, lgnął do niego całą duszą. Odważył się mówić z nim o swoich wielkich zamysłach.

Zbliżała ich również ku sobie miłość i podziw, jaką obaj czuli do biskupa praskiego
Wojciecha, który wygnany z ojczyzny przebywał obecnie w Polsce, gotując się na misję
wśród pogańskich Prusów.
Rychłe jego męczeństwo, cichego, świętego człowieka, co czynem, nie słowami, ukochał
Chrystusa i śmiercią miłość swą przypieczętował, zaskoczyło cały świat. Głęboko odczuli tę
śmierć obaj przyjaciele, choć każdy w inny sposób. U Ottona mistyczna egzaltacja, podziw,
chęć naśladowania, u Bolesława wściekłość na morderców, zawiedzione, wiązane ze
zmarłym, nadzieje, poczucie klęski i żal jak po stracie najbliższego druha. Ten cios mógł
zachwiać jego wiarą. Lecz hojność, z jaką wykupił od Prusów zwłoki męczennika, płacąc
wagę ciała srebrem, wpoiła w umysły Polan i Pomorzan przekonanie, że zmarły był iście
wysłannikiem najwyższego Boga, jak to sam o sobie głosił, i wpływ, który Wojciech uzyskał
po śmierci, przeniósł o wiele powagę, jaką posiadał za życia. Klęska zmieniała się w triumf.
Epizod gnieźnieński roku 1000 znamy z relacji historyków i licznych dzieł literackich.
Mroźna zima i sukno szkarłatne, ścielące się długą strugą na śniegu. Boso po tym suknie
krocząca samotnie wątła pochylona postać. To Otton idzie niby Chrystus na Kalwarię. Za nim
w oddaleniu wspaniały orszak Bolesława. Po obu stronach gościńca stoją nieruchomo woje, a
za ich żywym parkanem zwarty tłum mężów i kobiet. W mieście biją wszystkie dzwony,
huczy śpiew: Kyrie elejson! Otwarte wnętrze katedry jarzy się tysiącem świec. Buchają dymy
kadzideł. W ich obłoku bosy cesarz, największy pan ówczesnego świata, pada krzyżem przed
srebrną trumną przyjaciela. Uniża się z dobrawoli, niby w surowej pokucie, stwierdzając tym
gestem, że wszystko marnina, a wielki jest tylko Bóg.
Wrażliwy, uczuciowy lud polski, patrząc na to, przeżywa pierwsze, być może, uniesienie
religijne. Nie lęk, jak w dobie chrztu, lecz poczucie siły, skrzydlatej i błogiej.
Z orszakiem cesarza wrócił wysłany poprzedniego roku do Rzymu, brat umęczonego
Wojciecha, Radzim-Gaudenty. Przywozi akt erekcyjny arcybiskupstwa gnieźnieńskiego i
nominację dla siebie jako arcybiskupa świeżo utworzonej archidiecezji. Nie misyjnej
placówki przejściowej, nie poddanej Magdeburga, lecz samodzielnej polskiej metropolii,
macierzy polskich kościołów. To dar pośmiertny Wojciecha, to wielkie zwycięstwo.

Wielkie jest też oburzenie Niemców, „…cesarz zaraz utworzył arcybiskupstwo, zgodnie z
prawem, jak przypuszczam, lecz bez zgody… biskupa [Ungera], którego diecezja obejmowała
cały kraj…” (Thietmar, Kronika).
Niechęć skłania kronikarza do przeinaczania faktów; Roczniki Hildes-heimskie anno 1000
piszą inaczej;
„…cesarz prawnie mianował arcybiskupa [gnieźnieńskiego] za spowodowanym prośbą
Bolesława zezwoleniem rzymskiego arcypasterza”.
Zatem nie samowolna decyzja cesarza, której legalność mogła być kwestionowana — jak to
insynuuje Thietmar — lecz postanowienie Stolicy Apostolskiej, wywołane prośbą Bolesława,
popartą przez Ottona III. Do tej prośby musiała być dołączona zgoda biskupa. 1
Prawdopodobnie Unger, o którym św. Bruno pisze jako o człowieku „dobrotliwym i
spokojnym”, przystał, nie chcąc drażnić księcia, a w pozytywny skutek poselstwa nie wierząc.
Wszak Rzym nie mógł udzielić zezwolenia wbrew woli cesarza, a cesarz nie postąpi przeciw
zasadniczym interesom Niemiec. Toteż niespodzianka musiała być dotkliwa. Biskup misyjny,
dotychczas równy w znaczeniu arcybiskupom, zależny bezpośrednio od Rzymu, schodził do
rzędu podwładnego. Dla osłodzenia zawodu biskupstwa poznańskiego nie poddano władzy
Gaudentego, a Unger pozostał biskupem misyjnym.
„Arcybiskupstwo to powierzył… Radzimowi i podporządkował mu z wyjątkiem biskupa
poznańskiego Ungera następujących biskupów: kołobrzeskiego Reinberna, krakowskiego
Poppona i wrocławskiego Jana. (Thietmar, Kronika).
Nie dowiemy się nigdy, o czym wiedli rozmowy Bolesław z cesarzem w czasie pamiętnych
dni gnieźnieńskich. Może, rozważając chwalebną śmierć Wojciechową, Otton wspominał
słowa pustelników o konieczności odnowienia chrześcijaństwa, rozszerzenia wiary świętej,
nie mieczem ni gwałtem, lecz przez sprawiedliwe rządy. Kto mu pomoże to dzieło wykonać?
Zali nie Słowianie, których serca zdają się prostsze, mniej przerosłe pychą, niż umysły
starych narodów Zachodu? I Wnet wyłaniała się ukochana Ottonowa wizja wielkiego chrześcijańskiego imperium. Galia, Germania, Italia, Sclavonia… W skład Sclavonii wejdzie Ruś, przez co Imperium zetknie się z cesarstwem greckim… Bolesław słuchał z przejęciem, targał konopiaste wąsy, przytakiwał lub wtrącał rzeczowe uwagi, i młody cesarz utwierdzał się w przekonaniu, że książę polski jest pierwszym człowiekiem, jakiego spotkał na miarę swoich zamierzeń.

W czasie uczty pożegnalnej ma miejsce sławny epizod, gdy Otton III zdejmuje złotą opaskę z
głowy i wieńczy nią skronie Bolesława, W dłoń polskiego księcia wkłada Włócznię św.
Maurycego, godło swojej władzy.
Polacy przyjmują ten nieoczekiwany gest z uniesieniem, germańska świta Ottona z
wściekłością. Thietmar zazwyczaj pedantycznie dokładny pomija zdarzenie milczeniem,
rzucając tylko, niby od niechcenia, uwagę: „Cesarz chcąc wskrzesić w naszych czasach
dawny rzymski obyczaj, który prawie zupełnie wyszedł z użycia, czynił wiele takich rzeczy,
które różni różnie oceniali”.
Dopiero po paru latach biskup merseburski wybucha:
„…Niechaj Bóg wybaczy cesarzowi, że czyniąc trybutariusza panem, wyniósł go tak wysoko,
że ten zapominając jak postępował jego rodzic, ośmielał się wciągać pomału w poddaństwo
wyżej od niego stojących i nęcąc ich czczą przynętą znikomych pieniędzy, doprowadzać do
niewoli i utraty wolności”.
Relacja Anonima Galla brzmi następująco:
„…owego dnia tak wielką złączyli się miłością, że cesarz mianował go bratem i
współpracownikiem cesarstwa i nazwał go przyjacielem i sprzymierzeńcem narodu
rzymskiego… Ponadto też odstąpił jego władzy wszystko to, co w zakresie zaszczytów
kościelnych należało do cesarstwa w państwie polskim, a także w innych podbitych już przez
Bolesława krajach pogańskich, oraz w tych, które podbije w przyszłości. Układ ten
zatwierdził papież Sylwester przywilejem rzymskiego Świętego Kościoła”.
Wprawdzie Anonim Gall pisał swą kronikę w sto lat po zjeździe gnieźnieńskim, powołuje się
jednak na źródło współczesne opisywanym wypadkom, mianowicie Żywot św. Wojciecha,
dziś zaginiony. Istnieją dane, że autorem tego Żywota był św. Bruno z Querfurtu.
Niektórzy dawni historycy poczytywali postępek Ottona za równoznaczny z koronacją
Chrobrego, co nie było prawdą. Koronę uzyskał Bolesław dopiero w ćwierć wieku później po
wielu trudnościach. Według ostatnich badań historycznych, Otton wskrzesił na rzecz
Bolesława stary rzymski tytuł Patrycjusza Cesarstwa, co odpowiadało pojęciu namiestnika,
zastępcy cesarza. „Trybutariusza panem uczynił”. Bolesław płacił cesarzowi daninę z
Pomorza, „usąue in Varta fluvium”. Gest Ottona zwalniał go z niej, jako też z wszelkiej
zależności, stwierdzał całkowitą suwerenność polskiego władcy. „Pan” Dominus. „Wyniósł
go tak wysoko…” Jak wysoko? Powyżej książąt? Margrabiów? Komu przy nominacji wręczano Włócznię św. Maurycego? Najwyższym po cesarzu świeckim dostojnikom imperium…
Na tym tle zrozumiałe się staje oburzenie Thietmara i jego współziomków. 1
W dwa lata po wyżej opisanych wypadkach dwudziestodwuletni cesarz Otton III umarł w
Italii po krótkiej, dość tajemniczej chorobie.
,,Jego zbliżający się zgon poprzedziły zamieszki rozliczne. Albowiem nasi książęta i
grafowie, nie bez wiedzy biskupów, uknuli wielki spisek przeciw niemu… Cesarz, który się o tym rychło dowiedział, przyjął wszystko ze spokojem. Nagle zachorował na zamku Paterno…
Z pogodnym obliczem rozstał się z tym światem dnia 24 stycznia [1002 roku]. …nie było w tych czasach życzliwszego odeń i łagodniejszego człowieka…” (Thietmar, Kronika).
Wielkie zamysły nie zostały zrealizowane. Wraz z Ottonem III, marzycielem zbłąkanym między cesarzy niemieckich, zgasła na wieki idea świętego imperium rzymskiego. Galia, Germania, Italia, Sclavonia…

ROZDZIAŁ VIII
ZŁY WYBÓR

Zawieruchę, jaką rozpętała bezpotomna śmierć Ottona III, wszczęło zamordowanie
margrabiego Miśni, Ekkeharda, poważnego kandydata do tronu cesarskiego. Ekkehard,
nazywany przez Thietmara „najznakomitszym z wasali, ozdobą korony”, pogromca
rzymskiego buntownika Kres-cencjusza, zaprzyjaźniony z Bolesławem, wskazujący stale na
konieczność sojuszu z Polską ze względu na grożące cesarstwu niebezpieczeństwo Wieleckie,
padł zabity skrytobójczo, gdy z pocztem paru rycerzy dążył do Duisburga dla narady ze
swymi stronnikami. Relacja kronikarza o zdarzeniu brzmi niby trzeci akt szekspirowskiego dramatu:
Kiedy przybył [Ekkehard] do dworu Northeim, należącego do grafa Zygfryda, spotkał się
tam z bardzo życzliwym przyjęciem i prośbą, by zechciał przenocować. Atoli grafini Etelinda
uwiadomiła go w tajemnicy, że synowie jej męża, Zygfryd i Benno, oraz bracia męża, Henryk
i Udo… przygotowali zasadzkę, aby go zgładzić. Błagała przeto usilnie… aby się udał gdzie indziej. Margrabia, przyjmując z wdzięcznością przestrogę, odparł, że nie przerwie
zamierzonej podróży z powodu tych ludzi…”
Niemniej ma się na baczności.
„Kiedy nieprzyjaciele zauważyli to… odłożyli wykonanie planu… do następnej nocy.
Margrabia przybył tymczasem do miejsca swego przeznaczenia — Pöhlde… Kiedy sen
zmorzył zmęczonych, wtargnęli znienacka spiskowcy… Margrabia zerwał się z łoża, podsycił
ogień, rzucając weń szaty i co tylko miał pod ręką… Padł zaraz trupem przed drzwiami rycerz Herman i spieszący na pomoc swemu panu Atolf, obaj waleczni i wierni aż do śmierci. Raniony też został komornik cesarski Erminold. Walczył jeszcze sam Ekkehard, mąż chwałą okryty w pokoju i na wojnie, gdy nagle Zygfryd silnym uderzeniem włóczni złamał mu ‚kręgi u szyi i zwalił go na ziemię. Na widok padającego zbiegli się szybko napastnicy, odcięli mu głowę i — co haniebne —obrabowali trupa. Stało się to 30 kwietnia… [1002 r.]”.
Nieoczekiwany zgon margrabiego Miśni był ciosem dla Bolesława, oznaczał koniec
porozumienia polsko-niemieckiego, groził przekreśleniem uchwał gnieźnieńskich. Natomiast
otwierał drogę do tronu innym.
Pretendentów pozostawało trzech: Henryk, książę bawarski, bliski krewny zmarłego cesarza,
niepopularny wśród książąt, mający poparcie większości biskupów jako znany z pobożności.

Drugim ¡był Herman II, potężny książę Alzacji i Allemanii, zwanej Szwabią. Kandydaturze
jego sprzyjał arcybiskup Magdeburga, Gizyler, najwybitniejsza postać ówczesnej niemieckiej
hierarchii, zwolennik polityki Ottona III.
Trzecim Bolesław, książę polski, na podstawie otrzymanej w Gnieźnie godności
patrycjuszowskiej. Ważniejszymi jego stronnikami w Niemczech są synowie zamordowanego
skrytobójczo Ekkeharda (jeden z nich będzie niebawem zięciem Bolesława, w przyszłości zaś
obaj jego dziewirzami) oraz Henryk ze Schweinfurtu, z bocznej linii Babenbergów,
margrabia Górnej Turyngii. Przyjaźni się z Bolesławem od dawna. Państwo margrabiego
obejmuje obszary nad Menem, o których dokument wydany przez Ludwika Pobożnego w r.
826 mówi:
„…pan nasz i rodzic, Karol, najświatlejszy cesarz, polecił, aby w ziemi Słowian siedzących
między Menem a Radęcą…”
Czy nie w owej „ziemi Słowian” szukać należy zalążku sympatii, jaka łączy księcia polskiego
z margrabią turyńskim? Przy tym ich dziedziny nie są zbytnio od siebie oddalone. Turyngię
od Polski dzielą tylko Czechy i Morawy…
Mimo tych sojuszników nic nam nie wiadomo, by Bolesław zamierzał stawać do walki o
koronę cesarską. Spór o nią rozegrał się między Henrykiem bawarskim a Hermanem
szwabskim. Mimo uporu tego ostatniego, królem, następnie cesarzem, został syn Kłótnika,
znany w historii jako Henryk II.
Człowiek mściwy, który nie przebaczył nigdy nikomu. Połowę swego życia spędza na
modlitwie (zapewne szczerej. Tyle sprzeczności kryją dusze ludzkie!), resztę poświęca
intrygom, mającym na celu pognębienie przeciwników. Przede wszystkim Bolesława
polskiego. Henryk II boi się go i nienawidzi. Trudno zataić, że ma ku temu przyczyny:
Po śmierci margrabiego Ekkeharda Bolesław „zajął natychmiast całą marchię Gerona z tej
strony Łaby oraz gród Budziszyn wraz z przyległościami, dokąd wysłał naprzód oblężników. Następnie wtargnął do Strzały i próbował pozyskać Miśnian. Ci zawsze żądni zmiany, dowiedziawszy się, że większa część załogi poszła po paszę dla koni, wdarli się… przez wschodnią bramę, gdzie mieszkali ludzie służebni, zwani po słowiańsku wietnikami… Następnie przyzwali przez posłów Bolesława i przyjęli go, otwarłszy na oścież bramy. I spełniło się, co napisano w Piśmie świętym: Weselą się, źle uczyniwszy, i radują w rzeczach najgorszych… Bolesław uniesiony tym powodzeniem zajął i obsadził wojskami cały ów kraj aż po rzekę Elsterę…” (Thietmar, Kronika). ‚
Szczęśliwi Łużyczanie, szczęśliwi Serbowie! Doczekali się oswobodziciela. Otwarli przed
nimi na oścież bramy i serca, radują się, czego nie próbuje ukrywać zgorszony kronikarz.
Pobożny król niemiecki spędza noce na modlitwie, lecz modlitwa nie chroni go przed pokusą.
Strach i nienawiść podsuwają myśl o zbrodni. Usunąć Bolesława, jak się usunęło Ekkeharda!
Dopiero wtedy on, Henryk, mógłby nareszcie być wolny od strachu, mógłby czuć się władcą,
rządzić wielkodusznie, wspaniale…
Do Merseburga zjeżdżają wszyscy książęta niemieccy i biskupi dla złożenia przysięgi lenniczej nowemu królowi. Książę Bernard saski, zgodnie z tradycją, wręcza Henrykowi Świętą Włócznię, powierzając mu w imieniu wszystkich władzę nad krajem.
Na zjeździe merseburskim obecny był również Bolesław.
„Wszyscy… złożyli hołd królowi… tymczasem Bolesław zabiegał usilnie o nabycie grodu Miśni, choćby za największą sumę pieniędzy… To tylko uzyskał, że…zostawiono mu Łużyce i Milsko… Mój krewniak, margrabia Henryk [ze Schweinfurtu], sprzyjał bardzo Bolesławowi i popierał go, darząc wielką przyjaźnią. Towarzyszył mu również, kiedy ten po odprawie królewskiej odjeżdżał z bogatymi darami. Wówczas też zauważył nacierający na niego — Bogiem się świadczę, że bez wiedzy i zgody króla — tłum zbrojnych ludzi… Ledwie mu się udało wyprowadzić towarzysza przez wyważoną bramę zewnętrzną…

Bolesław… bardzo to sobie wziął do serca i przypisywał wszystko niesłusznie królowi…” (j.w.).
Niesłusznie?… Okrzyk kronikarza: Bogiem się świadczę, że bez wiedzy
1 zgody króla! — brzmi jak wyznanie. Król zarządził i król wiedział.
Czyż nie zamierzał pozbyć się obu przyjaciół? Dalsze słowa kroniki dają do myślenia:
„Bolesław… pożegnawszy Henryka i przyrzekłszy mu solennie pomoc, gdyby jej
kiedykolwiek potrzebował, szybko podążył do domu… Rozesławszy swoich zaufanych, starał
się zbuntować kogo mógł przeciw królowi. Gdy to doszło do uszu króla, prosił usilnie swoich
ludzi, by wywiedzieli się o tajnych spiskach Słowianina…”
Margrabia turyngski przewidywał zatem, że będzie potrzebował pomocy. Tymczasem Czesi
wygnali znienawidzonego okrutnika księcia Bolesława Rudego i Bolesław „równy
imiennikowi w zbrodniach, nierówny w potędze” — warczy nienawistnie Thietmar — staje
się panem Czech.
„…książę polski pośpieszył następnego dnia do Pragi. Jej mieszkańcy, radujący się zawsze z nowego panowania, wprowadzili go tutaj i obwołali jednomyślnie swoim władcą. W miarę
jak rosła tam jego doczesna władza, podnosiła się do niebywałych rozmiarów nadęta pychą
zuchwałość jego niepohamowanych zamierzeń.” (j. w.).
A więc podobnie jak na Łużycach i Miśni, ludność ściele się do nóg mocarzowi
słowiańskiemu. Nie dziw, że Henryk czuje się zagrożony w samym istnieniu cesarstwa.
Bolesław żywi istotnie wielkie zamierzenia. Układane wspólnie z Ottonem plany
uniwersalnego cesarstwa rozwiały się bezpowrotnie. Lecz kto raz rozwinął skrzydła do
wielkiego lotu, nierad składać je z powrotem. Już ten Bolko nie zadowoli się pracowitym
skupianiem i scalaniem posiadanych plemion, jak to czynił jego ojciec. Trzeba mu szerokiej
areny. Otto widział w nim twórcę czwartego członu świętego cesarstwa — Sclavonii. On tego
dokona. Stworzy wielkie państwo słowiańskie.
Na tym tle jasna się staje polityka Bolesława. Zajęciem Łużyc i Czech łączy się z margrabią
turyngskim, rozłamuje państwo niemieckie, wbija w nie klin, co sięgnie ku przyjaznym
Obodrzycom, odetnie Związek Wielecki od Niemców.
Granica Polski stoi na Odrze. Za Odrą leżą ziemie Wkrzanów, ziemie Wieleckie. Polacy toczą
z nimi sporadyczne boje. Trzeba tych walk zaniechać. Ujednać zawziętych pogan, nakłonić
do zgody, do zawarcia sojuszu przeciw wspólnemu wrogowi: Niemcom.
Gdzie panuje książę, wystarcza porozumieć się z księciem. U Wieletów rządzi mnóstwo.
Przeto wysłańcy Bolesława penetrują teren Związku, czyniąc to, co dziś nazywamy
propagandą, urabianiem opinii.
Czy Bolesław wie, że myśli Henryka II idą równoległym torem?
Henryk boi się Bolesława, boi się również Wieletów. O, Niemcy nie zapomną prędko
katastrofy z r. 983. Przymierze Polski z tymi barbarzyńcami to’w przekonaniu Henryka koniec
cesarstwa. Za żadną cenę nie wolno do tego dopuścić!
W r. 1004 nadchodzi moment, że przed Świętym Związkiem Czterech Plemion stają do wyboru dwie drogi: sojusz z Bolesławem lub sojusz z Henrykiem i wzięcie udziału w wyprawie na Bolesława.
Zwołano powszechny wiec. Czy wiecownicy zdają sobie sprawę, na jakim stanęli rozdrożu?
Czy pojmują doniosłość uchwał, jakie dziś powezmą?

Radzą Wieleci. Spoglądają wyczekująco na wrota świątyni. Siwy rumak Swarożyca,
trzymany w pogotowiu przez młodszych świątników, tupie i parska. Najstarszy kapłan
opóźnia swe przyjście. Naradza się jeszcze z towarzyszami.
Ponieważ identyfikują pogaństwo z narodowością, ich tok myślenia jest zapewne w dniu
owym następujący: Niemcy nie są groźni Wieletom. (Znów wspomnienie roku 983!)
Groźniejsza od nich jest Polska. Ona wchłonie Święty Związek, ona potrafi nakłonić
wyznawców, że sami zwalą posąg Swarożyca przyjmując chrześcijańską wiarę…
Najstarszy kapłan z orszakiem opuszcza świątynię. Pewnie dzierży wodze źrebca. Ogier stąpa
lekko, przesadza włócznie nie trąciwszy żadnej. Gdy powtórzył to trzy razy, wybucha radosna
wrzawa. Bogowie rozstrzygnęli wątpliwości, sojusz należy zawrzeć z Henrykiem.
I ani prostoduszny lud, ani kapłan tak umiejętnie prowadzący konia, nie wiedzą, że w tej
chwili przesądzili własne losy.
W Kwedlinburgu Henryk II spędza na modlitwie Dni Krzyżowe. Tam go zastają wysłańcy
Świętego Związku, przybyli by omówić warunki układu.
W tym samym czasie biskup poznański Unger, jadący do Rzymu z polecenia Bolesława,
zostaje po drodze schwytany i siłą zawieziony do Magdeburga.
Arcybiskup Gizyler, zwolennik Polski, umarł niedawno, do ostatnich chwil życia ścigany
gniewem Henryka za popieranie Hermana. Następcą jest arcybiskup Tagino, ulubieniec króla.
Strwożonego Ungera przyjmuje jak gościa, przepraszając za zbyt oboesowe zaprosiny.
Zapewnia, że biskup poznański, dawny czcigodny opat benedyktynów z Memleben, jest mu
bardzo bliski. Przy biesiadzie użala się krzywdzie, jaka go spotkała: nominacja Gaudentego!
Nieznany nikomu Sławnikowic arcybiskupem gnieźnieńskim! Wprawdzie brat jego, Adalbert,
jest wielkim świętym przed Panem, lecz Gaudenty to prostak, jak wszyscy Słowianie. Wiele błędów można było się spodziewać po obłąkanym Ottonie, po dzikim, zuchwałym Bolesławie, lecz tutaj przekroczyli granice!
Dobroduszny Unger potakuje. Tak łatwo uwierzyć, że się zostało pokrzywdzonym i
niedocenionym. Gdy się dostatecznie rozrzewnił nad sobą, arcybiskup doradza: — Pisz
protest! Protest do Rzymu przeciw nierozsądnej decyzji papieża! — Biskup poznański nie
wie, jak skargę sformułować? Nie szkodzi. Tu są uczeni bracia, którzy pismo umiejętnie
zredagują. On tylko podpisze.
Unger podpisuje protest zakończony wyrazami czci dla arcybiskupa czyli obediencją. Tagino
chowa troskliwie cenny dokument. Unger żegnany z honorami odjeżdża spokojnie w dalszą
drogę, ani przypuszczając, ile ciężkich trosk spowoduje skarga przezeń podpisana.
Arcybiskupstwo gnieźnieńskie to cierń jątrzący, z którym Niemcy nigdy się nie pogodzą.
Wolej utracić prowincję niż dać sobie wyrwać z rąk wschodnie słowiańskie obszary!
Hierarchia niemiecka w Polsce to pierwszy krok do niezawodnej germanizacji tego kraju.
Henryk II i biskup nie tracą nadziei, że błąd szaleńca da się jeszcze odrobić. Protest Ungera będzie w tym pomocny.

ROZDZIAŁ IX
POD ZNAKAMI JEROWITA 

Walki polsko-niemieckie, w których Wieleci biorą udział jako sojusznicy cesarza, wypełniają następne czternaście lat. Mimo prymitywnego uzbrojenia (łuki, oszczepy, topory i miecze) wojny te były dla objętego walką obszaru nieminiej okrutne niż użycie nowoczesnej broni. Zasadniczym celem każdej wojny, tak wówczas jak dziś, jest zniszczenie przeciwnika. By to osiągnąć, palono i burzono jego grody, osady, wsie, zabijając lub uprowadzając w niewolę mieszkańców. Jeńcy stanowili cenny łup jako przedmiot zyskownego handlu, a przede wszystkim jako siła robocza. Zaludnienie było wszędzie słabe, nie uprawione obszary czekały na pługi. Brakło rzemieślników. Stąd waga jeńców. Okrutnicy, w rodzaju Henryka Ptasznika, czy margrabiego Gerona i innych, mordowali wszystkich Słowian, chcąc te plemiona wytępić, zwykli najeźdźcy zadowalali się dziesiątkowaniem ludności lub ścięciem jednostek najbardziej opornych. Pozostałym strzyżono głowy na znak, że są niewolnikami, i uprowadzano. Każdy najazd zostawiał kraj wypalony, wyludniony, istną pustynię. „Pustoszyć kraj nieprzyjaciela” to hasło powtarza się ciągle w relacjach kronikarzy.
Bitwy ówczesne były krwawe i zacięte. Widukind, opisując klęskę zadaną Słowianom pod Łączynem, podaje cyfrę poległych na dwieście tysięcy. Odrzućmy połowę na rzecz kronikarskiej przesady, liczba pozostała jest i tak przerażająca. Tyluż prawie poległo w bitwie nad Raksą. Ze zaś szlaki wojenne uwarunkowane brodami na rzekach przechodziły stale przez te same okolice, łatwo pojąć niedolę zamieszkującej je ludności rolniczej, tej, co nie mogła ani chronić się za mury grodu, ani wzorem łowców, Smolarzy, bartników, zaszyć się głęboko w puszczę.
Wielki ciężar stanowiło również przejście własnych wojsk. Armie ówczesne nie znały taborów, intendentury, zaopatrzenia, żywność i paszę ściągając z miejcowej ludności. Te rekwizycje przeprowadzane brutalnie  samowolnie wystarczały, by każdą wojnę uznać za przeklętą, niezależnie od jej ostatecznego wyniku.
Toteż Milczanie czy Łużyczanie przeklinali wyprawy Henryka II na Polskę. Zresztą w tym wypadku wyjątkowo zgodni byli również książęta i duchowieństwo niemieckie. Pierwsi porównując wojenny geniusz Bolesława z nieporadnością Henryka, nie spieszyli się do niewątpliwej porażki. Co do Kościoła, nie mógł on przebaczyć królowi przymierza z poganami.
Pięknym świadectem opinii uczciwego duchowieństwa niemieckiego, przeciwnego wojnie, jest list skierowany do króla przez św. Brunona z Querfurtu, przebywającego wówczas w Polsce:

…jeśli kto twierdzi, że żywię przyjaźń i wierność dla tego księcia [Bolesława], mówi prawdę. Kocham go jak własną duszę i więcej niż życie. Lecz wzywam naszego wspólnego Boga jako nieomylnego świadka, że nie kocham go wbrew Wam, gdyż wytężam wszystkie siły, by zjednać go dla Waszej sprawy. Ośmielę się jednak wyrazić: Czy słuszne jest prześladować naród chrześcijański, a naród pogański [Wieletów] przypuścić do przyjaźni? Jak Chrystus może układać się z Belialem? Jak światłość można porównać z ciemnością. Jak może Swarożyc lub diabeł łączyć się z Księciem Świętych, Maurycym? Jak może Święta Włócznia być niesiona wspólnie z diabelską chorągwią wojenną? Czy nie uważasz tego za grzech, o królu, że głowa chrześcijanina ma być poświęcona pod sztandarem szatana? Czy nie byłoby dla Was lepiej zasłużyć sobie na wierność człowieka [Bolesława] i z jego radą i pomocą zmienić lud pogański w naród dobry i łagodny? Czy nie lepiej zwalczać pogan dla dobra chrześcijaństwa niż czynić źle chrześcijanom dla doczesnych korzyści?… Jak długo Wieleci i czciciele pogańskich bożków są Waszymi sojusznikami, chrześcijaństwo nie może odnieść korzyści z ich nawrócenia…
…wielu ludzi prześladuje chrześcijan, lecz mało takich, którzy by nawracali pogan… Dlatego, o królu, pozostaw w pokoju chrześcijan [Polskę], daj im czas, aby zdobyli pogan dla wiary świętej, a znajdziesz łaskę na Sądzie Ostatecznym… Pomyślcie o korzyściach, jakie wynikną dla Kościoła z nawrócenia pogan, jeśli Wy, nasz król, nadzieja świata, i Bolesław, będziecie żyć ze sobą w zgodzie…”
Thietmar, sumienny historyk, zapisuje pod r. 1004 przygotowania do wyprawy na Bolesława, znajdującego się w Pradze czeskiej. Są one czynione w tajemnicy.„…by nikt ze swoich, z uwagi na ich niepewną uczciwość, nie zdradził nieprzyjacielowi, że miano go obejść od strony Czech…”
Jak wiadomo, wyprawa ta powiodła się Henrykowi o tyle, że Bolesław utracił Czechy. Stanowiło to cios dla jego wielkich planów. Nieświetne jednak było również położenie wojsk cesarskich. Marsz odbywał się — jak podaje Thietmar — „wśród niewymownych trudności”. Rok 1005 i nowa wyprawa. Kronikarz notuje:

Kiedy wpjsko nasze dotarło szczęśliwie do miejscowości Dobry Ług w Łużycach, pośpieszyli mu na pomoc książęta czescy Henryk i Jaromir… Ponieważ przewodnicy zostali przekupieni i o swoją tylko dbali korzyść, wodzili wojsko przez pustynię i bagna, narażając je na wielkie uciążliwości. Przez swoją podłą złośliwość opóźnili pochód…” Gdy wojsko dotarło nareszcie nad Sprewę, nieprzyjaciel zaczaił się z boku… Ukryty za gęsto leżącymi drzewami wypuścił mnóstwo strzał, które u niego stanowią główny środek walki… Zabił z tej zasadzki wielu rycerzy, sławnych wasali biskupa Arnulfa, oraz ich towarzyszy… „Stało się to 6 września i wielkim bólem napełniło króla… Zanim nasze wojsko dotarło do Odry, połączyli się z nim Wieleci. Kroczyli za niesionymi na ich czele bożkami…”    ‚
Wojska cesarskie i Wieleckie podeszły aż pod Poznań, niszcząc i pustosząc kraj po drodze. Tam je przychwyciła zima. Nękany podjazdową wojną i brakiem żywności, Henryk zawarł pokój z Bolesławem. W imieniu króla układ podpisał w Poznaniu arcybiskup magdeburski Tagino.
„…z radością tedy nasi wracali do domu, ponieważ niezwykle ciężkie znosili trudy i głód…” (Thietmar, Kronika).
Nadszedł rok 1007
„…gdy król obchodził Święta Wielkanocne w Ratyzbonie, przybyli posłowie od Wieletów… donosząc, że Bolesław knuje różne złośliwe plany przeciw niemu i namawia ich słowem i pieniędzmi, by pomogli do ich wykonania.” Słusznie oburzony król „wypowiedział traktat pokojowy. Bolesław… zebrawszy wojsko, spustoszył kraj zwany Morzyce, leżący obok Magdeburga… Stąd ruszył do grodu zwanego Czerwiszcze i uprowadził ze sobą jego mieszkańców, zniewoliwszy ich bądź strachem, bądź uwodzicielską namową. Nasi… przybyli z opóźnieniem i ścigali go, ale bez zapału… Wiódł ich arcybiskup Tagino… lecz nie umiał temu położeniu zaradzić. Byłem i ja tam z nim również… Rozważniejsi uznali, że nie jest rozsądne ściganie nieprzyjaciela z tak małą siłą, wobec czego powróciliśmy do domu…” (jw).

Biskup merseburski Thietmar jest lojalnym kronikarzem, oddanym swojemu władcy. Pomimo to z każdego zdania widać, jak mało zapału budziła wojna z Bolesławem wśród otoczenia królewskiego i rycerstwa.
W r. 1009 powstał przeciw władzy królewskiej arcybiskup Metzu Teo-doryk wraz ze swoim bratem, księciem Hermanem. Lotaryngia, Szwabia były zawsze niechętne Henrykowi i bunt Teodoryka mógł się okazać niebezpieczny dla całości państwa.
,….starał się król pozyskać chwiejne serca swoich zachodnich poddanych i uspokoić ich o tyle, by jak zwykle nie podnosili buntów.” *(j.w.).
Co gorsza, król nie dowierza swemu wojsku. Wzywa zatem przeciw buntownikom Luciców- Wieletów. Pogan przeciw chrześcijanom. Obcych przeciw swoim.
Słowianie ciągną ochoczo, poprzedzani przez wyobrażenia swych bożków zatkniętych na wysokich tykach. Thietmar pisze o bogini wojny. Chyba omyłka, nic bowiem nie wskazuje, by taką znali Słowianie. Ich żeńskie bóstwa były raczej opiekuńcze (Mokosz, Łagoda, Rodzenice), lub złośliwie uwodzące (Wiły, boginki, dziwożony). Brakło Walkirii. Wieleci zapewne nieśli boga wojny zwanego Jerowitem.
Za wizerunkiem gniewnego bożyca ciągnęły konne i piesze drużyny, obcym ubiorem, nieżyczliwym wyrazem lic, trwożąc mieszkańców. Według starogermańskich wierzeń słońce i miesiąc bywają prześladowane przez złe demony w postaci wilczej, pędzące po niebie. Posępni, nieznani woje, ciągnący jak wilcy, zdali się być tymiż demonami.
Za Wieletami zdążał z rycerstwem król Henryk. Jechali przez ziemie niemiłego królowi margrabiego ze Schweinfurtu, przyjaciela Bolesława (ogołocili bezlitośnie jego dobra), przez Bród Franków czyli Frankenfurt (dziś Frankfurt nad Menem); przez piękną Nadrenię, kraj winnic i sadów. Czciciele Swarożyca patrzyli nienawistnie na ten dostatek, na liczne kościoły, klasztory. Tu było jądro potęgi niemieckiej, pychy i bogactwa, kraj ulubieńców Jezu Krysta. Twarde dusze pogan przejmowała radość, że choć Znak Boga chrześcijan złoci się w każdej osadzie, Swarożyc nad nimi góruje, skoro chrześcijański król nie Jego, lecz Jerowita wezwał ku pomocy. Tęsknili do chwili, w której będą mogli nareszcie palić i pustoszyć.
Przeprawili się przez Ren i spadli szarańczą na włości arcybiskupa Teodoryka. Tu już mogli sobie folgować, bo to był główny buntownik. Więc folgują. Niszczą z rozkoszą. Palą domy i winnice, rąbią sady. Leżące tuż pod grodem Metz opactwo św. Marcina zostaje złupione, a zakonnicy wymordowani.

Oburzenie na króla, który pogan przyprowadził, rośnie, ogarnia cały kraj. Przerażony Henryk
usiłuje powstrzymać zbyt gorliwych sojuszników i przejednać pokrzywdzonych.
„W tym czasie biskup Metzu Teodoryk, wraz ze swym bratem… i innymi spiskowcami, wielkie sprawił kłopoty królowi i jego przyjaciołom, niepowetowane czyniąc przez to szkody… Albowiem pogańscy Słowianie zniszczyli opactwo pod Metzem wraz ze zgromadzeniem mnichów. Król wynagrodził te szkody z własnego majątku i poparł swe zadośćuczynienie przysięgą. Następnie przykazał całemu wojsku strzec się, by coś podobnego
więcej się nie powtórzyło. Spiskowcom atoli spustoszył winnice i spichrze ze zbożem…” (j.w.).
Zatrzeć upokorzenie, jakim było dla króla pokajanie się przed poddanymi, może tylko zwycięska kampania. W r. 1010 rusza trzecia wyprawa przeciw Bolesławowi. Wieleci w niej udziału nie biorą. Król wyraził im niezadowolenie z powodu zbyt srogich wybryków za Renem. Obrazili się. Niech wojuje sam.
„…zaraz po Wielkanocy król zapowiedział surowymi rozkazem wyprawę wojenną… !
Stąd ruszyliśmy do krajiu Łużyczan… Schwytano w tym czasie dwóch braci z kraju Hobolan,
z grodu warownego Brenna, którzy udali się do Bolesława, by go podburzyć przeciwko królowi i w drodze powrotnej wpadli w sidła, które sami chcieli potajemnie zastawić.
Ponieważ przy przesłuchaniu nie chcieli wyznać niczego ze swych sprawek, zostali na jednym wzgórzu powieszeni.” (j.w.).
Hobolanie szukali porozumienia z Polską. Zginęli, nie wyjawiwszy swych układów z księciem polskim.
„Tymczasem zachorował król i jego ukochany arcybiskup Tagino. W tym położeniu książęta
zastanawiali się z trwogą w sercu, co ma się stać z rozpoczętą wojną. Uchwalili w końcu, że król z kilku biskupami i słabszym oddziałem powróci do domu, biskupi zaś, Arnulf i Meinwerk, wraz z księciem Jaromirem [czeskim], margrabiami Geronem i Hermanem, mają pustoszyć kraj Slęzan i Dziadoszan. Tak się też stało.” (j.w.).
Nieoceniony kronikarz ujawnia otwarcie specyficzny charakter ówczesnej kościelnej
hierarchii niemieckiej. Czyż wymieniani arcybiskupi i biskupi są duszpasterzami? Bynajmniej! Wasalami cesarza, dowódcami jego rot.   

…spustoszywszy wzdłuż i wszerz całą okolicę, Czesi wrócili do domu, nasi zaś wycofali się szczęśliwie przez Milsko do Łaby…” (j.w.).
Lepiej byłby Henryk nie zaczepiał Bolesława, albowiem relacja z r. 1012 brzmi, jak
następuje:
„…Bolesław… zebrał wojsko i ruszył na Lubusz… Rozbił obóz korzystając z tego, że z
powodu wylewu Łaby nikt z naszej strony nie będzie mógł przyjść na pomoc załodze. Jego
żołnierze rzucili się do szturmu… obrońcy zaś słaby stawiali opór… Bolesław siedział przy uczcie i przyglądał się z radością, jak jego wojownicy wdzierają się do grodu. Puściła brama, polała się krew wieki wojowników. Wzięci zostali do niewoli znakomici rycerze: Guncelin i Wizo… Wszystkich jeńców przyprowadzono przed oblicze zwycięzcy i na jego rozkaz odprowadzono do więzienia… Rozdzieliwszy nieprzebrane łupy i podpaliwszy gród,
zwycięskie wojsko powróciło wraz ze swym wodzem w radosnym nastroju do domu… (j.w.).
Niezadowolenie w Niemczech rośnie. Oto charakterystyczne przykłady:
„Tymczasem Jaromirowi [księciu czeskiemu] …przypadło w udziale więzienie… Kara ta
spotkała go… z powodu rzezi, jakiej dokonał wśród powierzonych jego dowództwu Bawarów,
gdy ci udali się z darami do Bolesława bez jego [Jaromira] i królewskiego pozwolenia… Nasi wrogowie [Polacy] szydzili z nas, kiedy o tym słyszeli…” (j.w.).
„…doszło do uszu królewskich, że.. Wirinhar udał się wraz z bratem margrabiego Hermana Ekkehardem, bez pozwolenia królewskiego, do Bolesława i wygłaszał tam słowa nie dające się pogodzić z uczciwością wobec swego władcy, oraz że przyjmował u siebie tajemnie posłów Bolesława. Król bardzo dotknięty kazał jednemu i drugiemu stawić się przed swoim obliczem, a gdy im zabrakło ku temu odwagi, zajął wszystkie ich posiadłości i ogłosił
winnymi oporu wobec władzy królewskiej…” (j.w.).
Niepowodzenia ostatnie zmuszają Henryka do ujednania Wieletów, bez pomocy których nie widzi możności pokonania przeciwnika.
„Opuściwszy Merseburg, król popłynął na okręcie do Arneburga. Tam omawiał rozliczne sprawy ze Słowianami, którzy tłumnie przybyli, i potwierdzili z nim pokój…” (j.w.).
W r. 1014 Henryk osiąga nareszcie w Rzymie cel dziesięciu lat starań: koronę cesarską.
Splendor tej godności robi wrażenie na niezadowolonych książętach. Bunty przycichają na pewien czas. Pozostaje jednak Bolesław.
W przeciwieństwie do poprzedniej, wyprawa w 1017 r. zostaje obmyślona starannie.
„Wszyscy wasale otrzymali rozkaz przygotowania się do niej. Równocześnie cesarz wydał ostry zakaz przyjmowania i wysyłania posłów do zuchwałego wroga [Bolesława] oraz polecił wyśledzić tych, którzy ośmielali się dotychczas  tak postępować.” (j.w.)

Zapewniony jest udział Wieletów i Czech. Niespodziewane natarcie uderzy na Polskę z trzech stron.
Bolesław ma zbyt wielu zwolenników wśród otoczenia cesarza, by nie zostać w czas powiadomionym. Z klęskowej dla Henryka wyprawy cytujemy akt ostatni: oblężenie Niemczy.
„Gród ten leży w kraju śląskim, który nazwę otrzymał niegdyś od pewnej bardzo wysokiej góry [Góra Ślęza, zwana też Sobótką], Owa góra wielkiej doznawała czci u wszystkich mieszkańców… jako że odprawiano na niej przeklęte pogańskie obrzędy.
…cesarz przybył pod gród z wielkim wojskiem i kazał otoczyć go ze wszystkich stron, w nadziei, że w ten sposób zamknie nieprzyjacielowi dostęp z zewnątrz. Jego mądry plan… mógłby tu wiele osiągnąć, gdyby pomocnicy poparli go z całą gotowością. Tymczasem, korzystając z ciszy nocnej, wielka odsiecz przedarła się przez straże do grodu. Cesarz nakazał naszymi zbudować różnego rodzaju machiny oblężnicze, wnet atoli ukazały się u przeciwnika takież same. Nigdy nie słyszałem o oblężonych, którzy by z większą od nich wytrwałością i bardziej przezorną zaradnością zabiegali o swoją obronę. Naprzeciw pogan [Wieletów] wystawili Krzyż święty ufając, iż pokonają ich z Jego pomocą. Gdy zdarzyło się im coś pomyślnego, nie wykrzykiwali z radości, niepowodzenia również nie ujawniali przez wylewne skargi.
Tymczasem Morawianie [sprzymierzeni z Bolesławem] wtargnąwszy do Czech, zdobyli jeden gród i z wielkim łupem opuścili ten kraj, nie poniósłszy sami żadnej szkody. …ukończono budowę wszystkich machin, więc cesarz, który siedział już trzy tygodnie pod grodem, nakazał przypuścić szturm, lecz wnet zobaczył, jak te machiny szybko spłonęły od ognia rzuconego z wałów. .Następnie Udalryk [czeski] próbował ze swoimi wspiąć się na wały, lecz nic nie wskórał. Również strącono z nich Luciców [Wieletów], kiedy podjęli podobną próbę. Cesarz widząc, jak daremne są wysiłki jego chorobą trapionego wojska, udał się bardzo uciążliwym marszem do Czech…
Kiedy [Bolesław] dowiedział się, że cesarz odszedł, a gród stoi nienaruszony, weselił się w Panu i brał udział w świeckiej radości swoich wojów.
…Wieleci tymczasem… skarżyli się na to, że obrażono ich boginię (?). Albowiem jeden z ludzi margrabiego Hermana cisnął kamieniem w jej wizerunek na sztandarze. Kapłani Wieleccy udali się ze skargą do cesarza i otrzymali jako odszkodowanie 12 funtów srebra. Potem, kiedy ich wojsko przeprawiało się… przez wezbraną Muldę, utonął drugi wizerunek tej samej bogini oraz oddział pięćdziesięciu wojowników. Pod wpływem tak złej wróżby pozostali chcieli wrócić do domu… rzucając służbę cesarza, lecz przywódcy odwiedli ich od tego zamiaru na wspólnie odbytym zgromadzeniu.
Któż zdoła opisać trudności tego marszu i ogólne straty? Z ogromnymi przykrościami połączone było wkroczenie do Czech, lecz o wiele gorszy był odwrót z tego kraju. Na zgubę nieprzyjaciół podjęliśmy tę wyprawę, tymczasem …przyniosła ona nam ogromną szkodę… Zapłakać mi wypada również nad zbrodnią, jakiej się dopuścili ludzie Bolesława pomiędzy Łabą a Muldą. Mianowicie 19 września wpadli oni nagle i uprowadzili …z tych stron więcej niż tysiąc niewolników, po czym spalili wiele siół wokoło i powrócili bez przeszkód do domu…”
Tyle relacja Thietmara. Porażka cesarza jest dlań tak bolesna, że nie wraca więcej do tego tematu. Rozpisuje się obszernie o swoich sprawach rodzinnych, o upiorze, który straszył w miejscowości Sülfeld koło Walbeck, o jagnięciu, które urodziło się z pięcioma nogami; rzadko wspomina o „niegodziwym wilkołaku” Bolesławie. Zawarty w Budziszynie pokój z 1018 r. zbywa kilkoma zdaniami:

Następnie, 30 stycznia, na rozkaz cesarza… biskupi Gero i Arnulf oraz grafowie Herman, Teodoryk i komornik cesarski Fryderyk zaprzysięgli pokój w grodzie zwanym Budziszyn. Był to pokój nie jaki być powinien, lecz jaki dało się zawrzeć w ówczesnej sytuacji”.
Pokój budziszyński Historia uznała jako korzystny dla Polski zatrzymującej Łużyce, Milsko, Morawy. Dla Bolesława Chrobrego oznaczał on jednak zatrzymanie się w pół drogi. Nie stworzył i nie stworzy już wielkiego państwa słowiańskiego równego w sile cesarstwu. W osiągnięciu tego celu przeszkodzili mu — Wieleci.
Zawzięci poganie, przez niechęć do chrześcijaństwa, stali się jego wrogami. Zagrażając stale prawemu skrzydłu wojsk polskich, paraliżowali ruchy Bolesława. Zmuszali go do obrony, gdy winien był atakować. Utracił Czechy przez ich współdziałanie z Henrykiem. Głupcy!
Ślepi głupcy! Zobaczą rychło, jak im się Niemcy odwdzięczą!
Podobnie jak plany zjednoczenia Słowian, pokój budziszyński przekreślał ostatnie nadzieje na wskrzeszenie kiedykolwiek programu Ottona III. Polska i cesarstwo utwiedziły się w postawie nacjonalistycznej. Jeszcze tylko w epizodzie listu Bolesława Chrobrego do cesarza greckiego Bazylego, zwanego Bułgarobójcą, można domyślać się śladu zamierzeń snutych w Gnieźnie w roku 1000.

Z Kijowa Bolesław „wysłał posłów do Grecji, zapewniając tamtejszego cesarza o swojej życzliwości i przyjaźni, jeżeli cesarz dochowa wierności. W przeciwnym razie… stanie się jego nieustępliwym wrogiem.” (Thietmar, Kronika).
„…jeżeli cesarz dochowa wierności”.
Biskup merseburski nie wydaje się zdziwiony treścią listu. Nie opatruje jej żadnym docinkiem. Jak gdyby znał układy, o których my nie wiemy i nigdy się nie dowiemy.
Pokój. Dla Wieletów to słowo oznacza niepokój. Henryk II, zabezpieczany od strony Polski traktatem pokojowym, nie potrzebuje ich więcej. Owszem, pozbywa się chętnie kompromitujących sprzymierzeńców. Przez nich popsuł sobie opinię, a zwycięstwa nie osiągnął. Rozstają się kwaśno.
Niemniej Wieleci trwają w przekonaniu, że łącząc się z cesarzem, dokonali dobrego wyboru.
Narzucili chrześcijanom obecność swoich bogów. Cały świat widział znak Jerowita, wyprzedzający znaki Jezu Krysta. Od chwili sojuszu z Henrykiem biskupi i margrabiowie sascy przestali najeżdżać ich ziemie. Przestali nawracać. Święty Związek Czterech Plemion czuje się potężny. Jest panem w swojej dziedzinie.
Skąd więc niepokój? Czego im nie dostaje? Walki. Widzieli blednące z trwogi twarze bogatych mieszczan allemańskich, ucieczkę przerażonych mnichów, płonące kościoły. Ciasno im teraz w rodzinnej zagrodzie. Praca na roli — rzecz dobra dla starych, dla niedorostków i niewiast. Oni, wojownicy, potrzebują czegoś więcej.

Sześć wieków później dowódca Lisowczyków powie do króla Zygmunta III: „Daj nam wrogów, Miłościwy Panie, inaczej sami między sobą bić się będziemy przymuszeni…” Podobnie czują się Wieleci, wcześni pobratymcy tamtych zagończyków. Rwą się do nowej wyprawy. Przeciw komu?
Dwa tylko mają kierunki: Polska albo Obodrzyce.
…Polska… W bliskim Kołobrzegu Chrobry założył biskupstwo, którego obecność ich mierzi.
Czują, że zostało ufundowane przeciw nim. Z Kołobrzegu biorą sól. Sól jest dobra i potrzebna. Natomiast wiary z Kołobrzegu brać nie będą. Ten biskup się nie osiedzi.
Poddani Bolesławowi Pomorzanie słuchają chętnie przechwałek Wieleckich, sami jednak nie zamierzają powstać. Lękają się Chrobrego.
Wieleci lękają się również. Bojuje on gdzieś daleko na wschodzie, lecz byle ruszyć granicę, nadleci chyżo. Przez minione lata napatrzyli się jego zmyślności wojennej, zwrotów szybkich jak myśl. Łajać na wiecu nieobecnego — można. Mierzyć się z nim nie należy. Młodzież pragnie tej wojny, bo głupia. Ze starszych nikt się nie kwapi.
Pozostają Obodrzyce. Obrzydłe nasienie! Niby wierni starym bogom, a trwają w posłuszeństwie chrześcijańskim książętom, którzy z kolei słuchają pilnie Sasów. Mściwoj, ojciec obecnego księcia, obraził Swarożyca złamaniem przysięgi. Pamiętają starzy, jak tu, na tym placu, w obliczu wiecu, przysięgał na świętą ziemię, na wodę i ogień, że do chrześcijaństwa nie wróci. A wrócił. Za wiarołomstwo ojca winien odpowiedzieć syn. A Stodoranie znosili się tajemnie z Bolesławem na szkodę cesarza, czyli na szkodę związanych z nim Wieletów…
Stare przysłowie powiada, że kto chce psa uderzyć, kij zawsze znajdzie. Obodrzyce ¡nie wsparli Wieletów, gdy ci z ramienia cesarza walczyli z Bolesławem — oto dostateczny powód do wypowiedzenia wojny. Po jednomyślnej uchwale wiecu wojska Wieleckie wkraczają na ziemie obodrzyckie. Ich siły są znaczne, a znakomitą sprawność wojenną nabyli w kilkuletnich bojach z Bolesławem. Zresztą nie spotykają oporu. Podległe wielkiemu księciu
obodrzyckiemu plemiona, z dawna wrogie polityce ugodowej wielkiego księcia Mścisława, jego przyjaźni z biskupem magdeburskim Unwanem, uległości względem cesarza, witają radośnie sąsiadów. Poddają się Wieletom załogi grodów, otwierają bramy miast. Książę Mścisław ze szczupłą drużyną zostaje oblężony w swojej stolicy, Zwierzynie. Widząc beznadziejność położenia, ucieka z grodu tajemnym przejściem, uchodzi do Sasów, dokąd
wcześniej już wysłał rodzinę. Z tego wygnania nigdy już, nigdy, do ojcowizny nie wróci.
W pościgu za Mścisławem złączone siły obodrzycko-wieleckie przekraczają Łabę. Drugie wielkie powstanie słowiańskie w 1018 r. powtarza wiernie wypadki sprzed 35 laty. Tym samym szlakiem posuwają się zbrojne gromady, paląc i mordując wszystko, co spotkają na drodze. Łuny pożarów rozświetlają niebo nad tymi samymi co wówczas grodami. Powtórnie płonie spustoszony Hamburg, padają klasztory i twierdze.

Margrabiowie, rycerze, biskupi i minisi pierzchają, jak pierzcha wszelkie stworzenie przed spiętrzoną falą powodzi. Kto nie uszedł, ginie. Żywioł rozszalałego tłumu ściera na długi czas z ziem nadłabskich ślady chrześcijaństwa. Zawziętość pogan nie ulega zmianie, pewność siebie i zuchwałość wzrosły dzięki polityce Henryka II, jego sojuszu z pogaństwem.
„W tym czasie Lucice [Wieleci], zawsze w złych poczynaniach jednomyślni, napadli z wielką potęgą na księcia Mścisława… Spustoszywszy większą część jego państwa [obodrzyckiego] zmusili żonę i synową księcia do ucieczki, jego zaś samego do schronienia się z doborowymi wojownikami w warownym grodzie Zwierzyn [dziś Schwerin], Następnie, wykorzystując ze złośliwą chytrością miejscowych ludzi, buntujących się przeciw Chrystusowi i własnemu
władcy, doprowadzili do tego, że książę ledwo zdołał uciec z ojczystego kraju. To ¡ch bezecne zuchwalstwo wydarzyło się w miesiącu lutym… Legły natenczas w gruzach i zgliszczach wszystkie kościoły w tym kraju wzniesione… Ścięto Krzyż i wprowadzono cześć bałwanów…
Serce owych ludzi, zwanych Obodrzycami i Wągrami, stało się twarde… jak serce faraona.
Przez jawną zdradę odzyskali oni wolność, lecz kark swój… poddali pod jarzmo szatana…”
Wymowinie brzmi stwierdzenie piórem uczonego kronikarza, że dla Obodrzyców powrót do pogaństwa był odzyskaniem wolności.
Dobiegają końca cytaty tak licznie czerpane z kroniki Thietmara. Biskup merseburski nie przeżył 1018 r. Czym został spowodowany zgon człowieka, będącego jeszcze w pełni sił, znanego z energii i zapalczywości — nie wiemy. Można przypuszczać, że już wcześniej dręczyły go złe przeczucia, nurtował niepokój. Jeden z ostatnich ustępów jego Kroniki brzmi:
„…w owych dniach ludzie widzieli przed zachodem tylko połowę słońca, gdyż druga połowa była niby unurzana we krwi… Okropne nieszczęścia przepowiedział wielki zlot ptaków, które przy pomocy dziobów i szponów śmiertelną ze soibą stoczyły walkę…”

ROZDZIAŁ X
I BYŁO U NICH ZABURZENIE…

Bolesław Wielki, zwany Chrobrym, dożywa epopei swego panowania. Mimo niemieckich intryg osiąga wreszcie koronę królewską. Po śmierci posłusznego cesarzowi papieża Benedykta VIII udzielił jej księciu polskiemu papież Jan XIX. Sakra monarsza, zapoczątkowana w 1000 r. aktem Ottona III, zostaje dokonana w r. 1024. Doniosły to moment dziejowy. Książąt w Polsce może być wielu, król jest tylko jeden. Król to naród, a nie plemię albo szczep. Ówcześni wierzą, że na głowie królewskiej spoczywa charyzmat Łaski,
Pomazaństwa. Ten stygmat przechodzi w nasienie i krew, udzielając ojcowej godności synowi i potomkom jego.

Im większe znaczenie posiada korona, tym większy jest gniew przeciwników Bolesława.
Kiedy, w kilka miesięcy po uroczystej koronacji, król polski umiera (osiągnięcie celu bywaczęsto kresem), a godność królewską przejmuje syn jego, Mieszko II, kronikarz niemiecki Wipon pisze W Żywocie imperatora Konrada:
„…trucizna pychy zalała duszę Bolesława tak, że po zgonie cesarza Henryka ośmielił się pochwycić koronę królewską na hańbę króla Konrada. Rychło śmierć ukarała to zuchwalstwo.
Syn jego Mieszko takiż buntownik jak ojciec. Ale cóż tobie korona, ty krwawa bestio?!”
Wrażenie prostackiego wybuchu zaciera równoczesny list księżnej lotaryńskiej Matyldy, która, przysyłając Mieszkowi II w darze Księgą Liturgiczną, wychwala młodego króla, gdyż:
„…sławi Boga w języku łacińskim i greckim, wstępując w ślady ojca pobudował wiele kościołów, opiekuje się religią i nawraca pogan”.
A więc Mieszko II znał język grecki? W tym fakcie, jako też w imieniu Karol nadanym młodszemu jego synowi (Kazimierz Karol), zdają się kołatać ślady zjazdu gnieźnieńskiego. Ambitna żona Mieszki, z nim razem koronowana Rycheza, siostrzenica Ottona III, musiała znać te tradycje i, być może, wiązała z nimi nieokreślone nadzieje.
Mieszko II to postać tragiczna. Wszystko sprzyjało ojcu, wszystko staje na przekór synowi.
Dola, co miłowała wiernie Bolesława, odstąpiła Bolesławowica. Los piętrzy przed nim przeszkody, których zwalczenie jest nad miarę ludzką. Skrzywdziła go nawet potomność.
Przez długie wieki historia czyniła młodego króla odpowiedzialnym za katastrofę 1034 r. i jeszcze na początku XX stulecia dzieci polskie deklamowały:
„Mieczysław Gnuśny wszystko w Polsce zgubił, Bo gdy nieraz szumnym miodem Z doradcy swymi zabawiać się lubił, Ryksa rządziła narodem.” (J. U. Niemcewicz, Śpiewy historyczne)
Nie był ani gnuśnym, ani krwawą ¡bestią, ani biesiadnikiem, ten ukochany syn Chrobrego i Emnildy. Był silny, dzielny, bystry, daleko patrzący. Pragnął dorównać ojcu, być godnym korony. Na początku swego panowania osiągnął znaczne sukcesy. Król Konrad II uderza na Budziszyn. Mieszko odpiera najazd i w odwecie pustoszy wschodnie granice Niemiec, paląc, niszcząc i uprowadzając tysiączne tłumy jeńców. W tej wyprawie wspomagają go… Wieleci, których zdołał oderwać od sojuszu z cesarzem. Pierwszy krok do jedności słowiańskiej. Jeżeli przyjaźń polsko-wielecka okaże się trwała, urzeczywistni się niespełnione pragnienie Chrobrego.

Nie urzeczywistni się.
Mieszko II był pierworodnym synem Emnildy, lecz Bolesław spłodził wcześniej prawowitego syna, Bezpryma, z księżniczką węgierską, która mu zbrzydła po nocy poślubnej tak, że ją odesłał rodzicom. Bezprym chował się na dworze ojca, który go nie znosił i nie chciał, by kiedykolwiek panował. W wypadkach podobnych bezwzględni ojcowie uśmiercali ewentualnych przyszłych rywali dziedzica. Bardziej ludzcy zsyłali ich do zakonu. Tak też właśnie uczynił Bolesław. W chwili, gdy Mieszko w całym splendorze królewskim odbywa uroczystą koronację — starszy jego brat w italskim, benedyktyńskim klasztorze chyli ogoloną głowę nad księgą i duka ‚niechętnie psalmy. W sercu jego wrą nienawiść i bunt, wystarczające, by wygnaniec Bezprym stał się narzędziem, zagrożonego przez Mieszkę, króla Konrada. Śluby zakonne mogą zostać rozwiązane, gdy zażąda tego panujący…
I oto w r. 1032, gdy Mieszko wespół z Wieletami sięga między Łabą a Salą w granice Turyngii, w Polsce pojawia się Bezprym i wysuwa swoje prawa. Opowiada się za nim najmłodszy brat Mieszka, Otto, i część rycerstwa, podmówiona przez Konrada.
Mieszko wypędza braci, którzy chronią się na Ruś. Niebawem są w Polsce znowu, pod osłoną książąt ruskich, zadowolonych, że mogą królowi polskiemu przysporzyć kłopotu. Mieszko przerywa zwycięską rozprawę z Konradem, zawiera z nim nędzny pokój, zrzeka się Łużyc (cennego bastionu strzegącego granic Polski), by uzyskać wolne ręce dla pokonania braci i ich ruskich sprzymierzeńców. Urażeni takim obrotem sprawy, Wieleci zrywają zawarty z nim sojusz. Nie po to ruszyli na wojnę, by ją przerywać w pełni powodzenia.
Gdyby za młodym królem stało zwarte państwo, jak za Bolesława, drużyny wojskowe oddane na śmierć i życie wodzowi, Mieszko II uporałby się z łatwością ze zbuntowanymi braćmi i książętami ruskimi. Lecz z chwilą śmierci Chrobrego pękła obręcz spajająca całość. Społeczeństwo, wojsko, podzieliły się na wrogie sobie obozy — ci za Mieszkiem, tamci za Bezprymem, owi za Ottonem. W walce powszechnej, jaka stąd wynikła, Bezprym wziął górę. Mieszko widzi się zmuszony do ucieczki z kraju. Porzuca go żona, wracając do Niemiec. Bezprym obejmuje władzę. Wiedząc, komu ją zawdzięcza, odsyła Konradowi za pośrednictwem Rychezy insygnia królewskie jako dowód rezygnacji z korony, którą:
„…ojciec i brat przyjęli ku hańbie cesarstwa”.
Nie wiemy nic o Bezprymie poza tym jednym postępkiem wystarczającym, by czuć dla niego pogardę.
Po kilku miesiącach rządów, wśród rosnącego nieładu, Bezprym umiera, przebity skrytobójczo. Mieszko powraca. Nie ma już dlań innego wyjścia jak złożyć hołd cesarzowi. O koronie nie będzie więcej mowy. Konrad II przyjmuje lennika pod warunkiem, że podzieli władzę z Ottonem i stryjecznym Dytrychem. Mieszko obiecuje, lecz natychmiast zrywa się do walki z braćmi, którzy w niejasny sposób giną obaj. Zwycięzca usiłuje opanować zanarchizowany kraj, łączy znów w jedność rozprysłe dzielnice, lecz w r. 1034 zostaje z kolei zamordowany przez swego miecznika, jednego z dawniejszych książąt.
Czy starszy jego syn, Bolesław, którego historycy nazywają Zapomnianym, objął panowanie po ojcu? Nic pewnego o tym nie wiemy i, po prawdzie, to nie ma znaczenia. Tak czy owak, nie mógł wpłynąć na tok ówczesnych wypadków. Bolesław Zapomniany znika szybko z widowni, zapewne zamordowany. Te czasy są pełne krwi.

Gdyby Thietmar, biskup merseburski, żył, miałby prawo powtórzyć swój okrzyk goryczy: „Wszystko, cokolwiek ludzie czynią, jest grzechem!”
Śmierć Mieszka II staje się hasłem do wybuchu rewolucji, zwanej przez historyków „reakcją pogańską”, a będącej równocześnie przewrotem społecznym. Przewrót ten kłuł się od dawna, od chwili śmierci Chrobrego. Wszystkie elementy, które jego silna dłoń trzymała razem, po woli czy po niewoli, zerwały łączące je więzy, podnosząc gwałtowny sprzeciw. Przede wszystkim książęta plemienni, co jeszcze za Mieszki I rządzili jako władcy udzielni na swoich obszarach, zmuszeni potem do posłuszeństwa królowi. Wprawdzie Bolesław, by im osłodzić nowy stan, rozdzielał między nich godności cześnika, komornika, miecznika, wojewody, lecz tytuł nie zastąpi niezależności. Za ich przykładem buntują się kmiecie, niegdyś swobodni, ostatnio obciążeni wielkimi daninami na rzecz króla i dziesięcinami na rzecz Kościoła. Daniny są ciężkie, bo państwo piastowskie, jako państwo zdobywcze, potrzebuje świadczeń od swoich poddanych. Podnoszą krzyk dotychczas cierpiące w milczeniu plemiona osiedlone przy zachodniej granicy Polski. Od dwudziestu kilku lat przez ich grunta przewala się nieustanna wojna. Co ich obchodzi chwalebność króla, sława jego wojów? Chcą żyć w spokoju, jak dawniej bywało. Bodaj zła śmierć zabrała całe to państwo! Nawet ubogie pospólstwo wspomina z żalem minione dobre czasy, gdy nie pędzono nikogo do robót, rąbania zasieków w borach srogą zimą, okopywania gościńców, czy równania przewłok. Póki żył Bolko, siedzieli cicho, jak trusie, bojąc się okrutnie jego gniewu. Tych młodych, co mordowali się wzajemnie, już się nie bano.
Kiełkujące od lat powszechne niezadowolenie wyzyskiwali coraz śmielej żerce, niegdyś szanowani wyraziciele woli bogów, dostatnio żyjący z ofiar, ninie zepchnięci między najlichszą biedotę. Niewiele ich zostawało, boć kupa lat minęła, odkąd Jezus Krystus zapanował w Polsce, dość jednak, aby powiększyć zamęt. Żerce znajdowali sprzymierzeńców w niewolnikach, jeńcach wojennych, zagarniętych przez Bolesława w czasie wojen z cesarzem Henrykiem. Ci pochodzili przeważnie z Pomorza lub ziemi Wieleckiej. Byli liczni, czego świadectwem osady: Po-marzany, Pomarzanowice, Pomorzany, Pomorzowice rozsiane pod Poznaniem, Krakowem, Opolem, Kielcami. Przesiedleńcy pracowali dotychczas spokojnie, ciesząc się, że żyją, obecnie rozpowiadają głośno o starej wierze i bogach plemiennych. Wysławiają Swarożyca, czczonego w grodzie Radogoszcz, Trzygława mającego siedzibę w Szczecinie.

Opowiadają o wielkiej potędze Świętego Związku Wieletów, do którego sam cesarz 0 pomoc się zwracał. O tym, że biskupom wara stanąć na ich ziemi, a dziesięciny nikt nie płaci… Rządzi krajem wiec, który mianuje albo składa książąt… Wiec, w którym każdy, co lat dorósł, może uczestniczyć…
Słuchając tych gadek, ludziom rumieńce biły na jagody, z wieczora odbiegał sen. Skoro tak jest u Zaodrzan, czemu nie ma być u Polan? Pomarł Bolko — umarła niewola!
Z cienkich strumyków wstaje wielka rzeka, rozmywa nięokrzepłą budowlę. Wstręty plemienne dochodzą do głosu, podkopują fundamenta. Bucha zadawniona niechęć Wielkopolan do Mazurów, czy Slężan do Wiślan. Bolko im kazał być jednym narodem, a oni nie chcą! Nie pójdą razem i — dość! Stary Mieszko i Bolesław kazali słuchać Jezusa Krystu- sa, a oni Go słuchać nie będą! Precz z książętami, królami! Niech rządzi wiec, jak u Luciców! Precz z biskupami, mnichami! Ze Szczecina i z góry Sobótki na Śląsku spływa na kraj powrotna fala pogaństwa. Nocami ludzie słyszą tętent czarnego ogiera Trzygława. To znak, by palić kościoły.
Jeszcze za życia Bolesława Pomorzanie z Wieletami zniszczyli biskupstwo w Kołobrzegu. Przepowiadali Wieleci, że biskup się nie osiedzi. Jakoż Reinbern ledwo zdołał uciec. Głazy ciosowe i filary kamienne świątyni zepchnięto do morza, by ich nikt stamtąd nie dobył. To opowiadali jeńcy. Teraz pora uczynić podobnie w Gnieźnie czy Poznaniu.

…w Polsce nastąpiło wielkie prześladowanie chrześcijan” (Kosmas, Kronika).
„…tegoż czasu umarł Bolesław Wielki w Polsce. I było zaburzenie ogromne w ziemiach polskich… Powstawszy ludzie, pozabijali biskupów kapłanów i bojarów swoich i było u nich zaburzenie…” (Kronika ruska).
Korzystając z zamętu, Brzetysław, książę czeski, lennik cesarski, wielki i silny jak tur, niejednym rysem przypominający Chrobrego, zdobywa Kraków, pustoszy pół Polski. Nie sama chęć rabunku kieruje jego wyprawą. Niegdyś pradziad Brzetysława, Wacław Święty, podporządkował swe państwo Henrykowi I Ptasznikowi. To poddaństwo zostało tradycją.
Ono spowodowało, że Czechy, dzielny, świadomy naród, z dawna chrześcijański, nie posiadają dotąd własnej kościelnej hierarchii. Biskup praski zależy od arcybiskupa Moguncji. Błyskawicznym pochodem Brzetysław idzie na Gniezno, porywa relikwie św. Wojciecha, by na tej podstawie domagać się własnego arcybiskupstwa. On też nienawidzi Niemców, jemu
też marzy się jedność słowiańska. Oprócz szczątków męczennika uwozi niezliczone bogactwa z Gniezna i Poznania. Nic nie zostaje ze wspaniałości Chrobrowej.
„…Królowie i książęta sąsiedni, każdy od swojej strony, podbijał Polskę i do swego władztwa przyłączał grody graniczne, lub zdobywszy, równał je z ziemią. I gdy tak wielkie krzywdy znosiła Polska od obcych, nierozsądnie i sromotnie dręczona była przez własnych mieszkańców. Albowiem niewolnicy powstawali na panów, wyzwoleńcy przeciw szlachetnie urodzonym, sami się do rządów wznosząc, pobrali ich żony i zbrodniczo, w sprośny sposób rozdrapali dostojeństwa. Nadto jeszcze, porzucając wiarę chrześcijańską, czego nie możemy powiedzieć bez płaczu i lamentu, rozpoczęli bunt przeciw biskupom i księżom Bożym. Jednych mieczem zgładzili, drugich ukamienowali… Doprowadzona została Polska do takiego spustoszenia, że zupełnie obrana została z bogactw i ludzi. W owym czasie Czesi zniszczyli Poznań i Gniezno i zabrali ciało św. Wojciecha. Owi zaś, co uszli z rąk wrogów lub uciekali przed własnym buntem, uchodzili poza rzekę Wisłę na Mazowsze. Tak długo zaś wymienione miasta pozostawały w opuszczeniu, że w kościele Sw. Wojciecha Męczennika i jSw. Piotra Apostoła dzikie zwierzęta założyły swoje legowiska…” (Gall, Kronika).

Cała Europa śledzi z trwogą te zdarzenia. Z początku sąsiedzi radzi widzieli osłabienie Polski. Duńczycy, Sasi, Czesi, dolewali, jak mogli, oliwy do ognia, popierając niezadowolenie ludności. Lecz sprawy przeszły ich oczekiwania. Chcieli tylko ukrócić ekspansję piastowską, ujrzeć Polskę lennem cesarskim, jak niegdyś, a oto czują się sami zagrożeni. Nikt nie przewidywał, że Kościół w Polsce może zostać obalony! Wprawdzie od chrztu Polan minęło zaledwie siedemdziesiąt lat, niemniej w oczach innych ludów Polska zdawała się być gruntowniej, głębiej chrześcijańska, niż na przykład Dania. Polska Mieszki I weszła w koleinę wiary tak naturalnie i spokojnie, jak gdyby jej bogi polne, leśne, wodne, czekały na Suwerena i, ustępując Mu pokornie miejsca, stanęły w Jego orszaku. Potem Chrobry swym geniuszem postawił Polskę w pierwszym rzędzie chrześcijańskich państw Europy. Pamiętano powszechnie postępek Ottona III, sny o imperium chrześcijańskim, mającym sięgać od Atlantyku do Bosforu, a w tych planach Polsce przeznaczona była ważna rola. Potem był dwudziestoletni okres zwycięskich dla Polski zmagań z cesarzem Henrykiem, potem zdobycie przez Bolesława dumnego Kijowa… I oto Polska, ten świetny partner, przyjęty już jako równy, znika, a na jego miejscu powstaje huczący pożar. Nie ogień lokalny, na który sąsiedzi patrzą obojętnie, lecz gorejący wulkan, który może ich również pochłonąć. Świeże jeszcze jest wspomnienie 1018 r., gdy w ogniu stanęła Saksonia!
Na zgliszczach Polski roi się od dawnych albo samozwańczych książąt, rozdzierających między sobą resztki Chrobrowego Państwa. Wystarczy, że wśród nich znajdzie się jeden bystrzejszy, śmielszy od reszty, co stanie na czele zbuntowanych gromad, złączy się z Prusami, Pomorzanami, Wieletami, Obodrzycami, a fala rozwielmożnionego pogaństwa zaleje całą Europę!
Przede wszystkim zagrożone jest cesarstwo. Konrad II był już mocno rozgniewany najazdem czeskim na Polskę. Nie na to podkopał dziedzictwo Chrobrego, by na jego miejsce wyrósł nowy wróg — Brzetysław! Dalszy rozwój wypadków napełnia go trwogą. Sam rozpętał zawieruchę, przerzucając Bezpryma do Polski. Teraz musi dołożyć wszystkich sił, by przywrócić na tych obszarach spokój.
Tylko arcybiskup magdeburski nie traci głowy. Nawrót pogaństwa w Polsce jest ciężką próbą dla Kościoła, kto wie jednak, czy nie wyjdzie cesarstwu na dobre. W zamkniętych skrzyniach kancelarii magdeburskiej spoczywa cenny dokument: protest biskupa poznańskiego Ungera oraz jego obediencja, złożone w 1003 r. Do nich dołączony został falsyfikat aktu erekcyjnego magdeburskiej metropolii. Według redakcji tego apokryfu władzy Magdeburga poddane zostają wszystkie diecezje istniejące lub mające powstać na wschód aż do Wisły. W najbliższym czasie powyższy dokument zostanie wciągnięty do Liber Privilegium Sancti Mau-rici, co walnie ułatwi zatwierdzenie go przez Rzym. Arcybiskup zapytuje cesarza, czy nie należy wszcząć już odpowiednich kroków.

Cesarz uważa, że sprawa jest jeszcze zbyt świeża. Dokument wraca na razie do skrzyni.
Z dynastii pierwszych Piastów, którzy wznieśli państwo polskie, pozostaje tylko jeden odrostek, młodszy syn Mieszki II, Kazimierz Karol. Pełne znaczenia drugie imię dała mu zapewne ambitna matka, ojciec bowiem „oblatował” dziecko wcześnie do zakonu, chcąc by starszy Bolesław (późniejszy Zapomniany) mógł rządzić swobodnie. Kazimierz wychowywał się w Niemczech. Opiekuje się oddanym do klasztoru chłopcem jbrat jego matki, arcybiskup Kolonii, Herman. W okresie krwawej serii zgonów rodzinnych Kazimierz liczy 17 lat. Nie zna innego życia niż zakonne. Ojcowie chwalą jego zdolności i pilność.
Tego młodzieniaszka cesarz Konrad II odwołuje z celi; podobnie, jak niedawno dla Bezpryma, uzyskuje dlań w Rzymie zwolnienie ze ślubów zakonnych, dodaje przystojny orszak i każe jechać do Polski, by tam jako prawy dziedzic zaprowadził ład. Kazimierz wraca posłusznie do ojczyzny, którą opuścił, będąc małym dzieckiem. Powrót tego mniszka do kipiącego anarchią kraju nasuwa porównanie z młodziankami, zanurzonymi w piecu ognistym.
Dziadowe, ojcowe siedziby Gniezno i Poznań są doszczętnie zniszczone przez najazd czeski. W katedrze „dzikie zwierzęta założyły sobie legowisko”. Zresztą zarówno Wielkopolska jak Śląsk wskutek bliskości Pomorza i Wieletów są najsilniej opanowane przez reakcję. Młody książę kieruje się zatem do Krakowa. Kraków jest oddalony od wpływów Wieleckich, chrześcijaństwo zaszczepione wcześniej w czasach księstwa Wiślan, przez św. Metodego, sięgnęło w dusze głębiej niż w innych dzielnicach. Lecz i tutaj Kazimierz przyjęty jest wrogo. Szydzą zeń, z jego ledwie odrastającej tansury, nieśmiałego obejścia, nieznajomości języka i obyczaju. A w ogóle nie chcą mieć żadnego księcia, zwłaszcza Piasta. Nadojedli im Piastowie. Precz z nimi! Niech ten otrok postrzyżony wraca jak najprędzej, skąd przybył! Zniechęcony, prawdopodobnie załamany, chłopiec opuszcza Polskę, kierując się przez Węgry do Niemiec. Uwiadomieni o jego podróży Czesi żądają od króla węgierskiego, Piotra Wenecjanina, by im podróżnika wydał, „o ile chce zachować z nimi przyjaźń odziedziczoną po przodkach”. Piotr odpowiedział: „Jeżeli jakieś stare prawo mówi, że król Węgier ma być sługą księcia czeskiego — uczynię, czego żądacie”. Po czym, mało wagi przywiązując do ich przyjaźni, dał Kazimierzowi sto koni i tyluż rycerzy.

Kazimierz, podziękowawszy, udał się szybko do ziemi niemieckiej, gdzie pozostawał u matki i u cesarza.” (Gall, Kronika).
Trzy lata trwa pobyt eks-mnicha, niedoszłego księcia, na dworze cesarskim, względnie w Kolonii u wuja. Co przeżywa w tym czasie, jakie go myśli nurtują? Nic o tym nie wiemy. Ponieważ dalsze życie Kazimierza dowodzi, iż był to człowiek wielkiego charakteru, odwagi, silnej woli — można mniemać, że owe trzy lata były dlań bogate w wewnętrzne przeżycia. Czy żałował zbyt szybkiego zniechęcenia i poniżającego odwrotu? Czy ocknęły się w nim duma rodowa i miłość do nieszczęsnego, spustoszonego kraju, poczucie odpowiedzialności za jego losy? Chyba tak, skoro w 1038 r. 22-letni młodzieniec postanawia powrócić do Polski.
Na wykonanie zamiaru nikt nie nalega. Cesarz Konrad II czuje się mniej zagrożony niż poprzednio, gdyż w międzyczasie udało mu się odnowić sojusz z Wieletami. Według Galla zarówno on, jak Rycheza wstrzymują Kazimierza od niebezpiecznej wyprawy. Ten jednak nie ustępuje. Wuj arcybiskup wyprasza dlań u cesarza 500 rycerzy. Z tą siłą wnuk Chrobrego rusza po raz wtóry odzyskiwać swe dziedzictwo.
Wbrew przypuszczeniom czas pracował na jego korzyść. Rozkład społeczny i powszechne zdziczenie stały się w Polsce tak wielkie, że większość narodu wzdycha do władzy, jakiejkolwiek, ale władzy! Nie istnieje nic pewnego, wszystko się chwieje, wydane na łup złośliwej przypadkowości. Wyważono z posad wszystko, nawet święte prawo władzy ojcowskiej, nawet czystość ogniska domowego i obyczajność. Panuje bezrząd, zaprzeczenie ładu, wszelkie zaś stworzenie ludzkie dąży do tego, by żyć w pewnym układzie społecznym czyli ładzie. Nigdy mieszkańcy bezpańskiego kraju nie czuli się tak niewolnymi jak od chwili, gdy się ogłosili wolnymi. Odrzucili prawego pana i wnet każdemu na karku usiadło dziesięciu, stu panków, cisnących go z tej tylko racji, że nieco od niego silniejsi. Przed kilku laty wypędzili Piasta, nie chcieli mieć księcia, monarchii — teraz są gotowi przyjąć każdego, byle zaprowadził prawo. Prawo, choćby surowe, staje się marzeniem. Gdy Brzetysław czeski wracał ze swojej wyprawy na Gniezno, mieszkańcy grodu Giecz wyszli przeciw niemu, błagając, by ich raczył na prawie polskim przesiedlić do siebie, bo tu już wytrzymać nie mogą. I uczynił książę, o co go prosili. (Osada Giedczan w Czechach zachowała długi czas język i obyczaj polski).

Jeszcze dotkliwiej i głębiej doskwierało narodowi uczucie, z którego niechętnie zwierzali się jeden drugiemu, o którym milczał mąż przed żoną, brat przed bratem. Uczucie odstępstwa od Boga. Zrazu, gdy dali się ponieść namowom żerców czy Wieletów, pamiętali tylko dokuczliwe strony wiary. Utrapione dziesięciny, surowość biskupów, obowiązek postu, pokuty kościelne… Niby tęgim chmielem upoili się radością, że to wszystko odrzucone, że tego już nie ma. W zapaleniu głów burzyli kościoły i mordowali księży. Upojenie minęło, zostało poczucie winy, niewytłumaczonego wstydu i żalu. Bo cóż się okazało? Stare bogi nie umiały już zająć miejsca Boga Ukrzyżowanego. Darmo żerca nakładał czapę z brzozowej kory, odziewał się końską skórą i sprawiał wróżby z obgryzionej do czysta łopatki baraniej. Ludzie czekali na coś więcej, poznawszy głębsze wzruszenia. Nauczyli się w lata poprzednie pokładać ufność w Bogu Stworzycielu, silniejszym od Swarożyca. Uwierzyli i poznali, że pod Jego opiecznością można nie znać trwogi. Pomimo tego dali się omamić i sami spod tej opieki umknęli. Bali się teraz, by ich sobie nie przypomniał i surowo nie pokarał…
Te wszystke uczucia składały się na przychylność do wracającego ponownie dziedzica. Stare podanie mówi, że ludność polska wychodziła z majem naprzeciw wracającego księcia Kazimierza, śpiewając: „Witajże nam witaj, miły hospodynie!” A choć z pewnością wielu jeszcze ludzi było zainteresowanych w utrzymaniu panującej anarchii — większość udręczonego ludu opowiedziała się za synem Mieszkowym.

Podobnie jak poprzednio Kazimierz Mnich obrał za swoją siedzibę Kraków. Tu przywrócił pierwsze po zawierusze biskupstwo. A gdy w surowym, niestrojmym wnętrzu starej świątyni odprawiano nabożeństwo — tłumy niedawnych odstępców klęczą przebłagalnie, biją się w piersi ze szlochem, proszą Jezu Krysta, by im niewierność odpuścił. Są winni, są bardzo winni, lecz nigdy więcej Słów Żywota nie zapomną… Kyrie elejson!
Z Krakowa, grodu mającego odtąd być stolicą Polski, Kazimierz cierpliwie, wytrwale, rozszerza zasięg swej władzy. Cierpliwość, wytrwałość, staną się hasłem jego panowania. Trudne, gorzkie panowanie! W kraju głód i nędza. Bezkarne bandy zbójów grasują, jak chcą. Grody popalone, miasta wyludnione ani wojska, ani zasobów. Pomorze stracone. Hula po nim bezkarnie pogaństwo. Śląsk, bohaterską dzielnicę, co tyle razy osłaniała Polskę przed najazdem, zagarnęli Czesi. Mazowsze trwa w buncie. Nie chce należeć do Polski. On sam, Kazimierz, pogrobowiec dawnej chwały, jest lennikiem cesarskim, wasalem. Po śmierci Konrada II jedzie do Niemiec złożyć nowo obranemu panu, Henrykowi III, uroczystą przysięgę wierności… Zaprawdę gorzkie to lata.
Najcięższą przeprawę ma Kazimierz z Mazowszem.

„…był bowiem niejaki Masław, cześnik jego ojca, Mieszki… po tegoż śmierci uczynił się własną perswazją księciem mazowieckiego ludu… W tym czasie było Mazowsze — z powodu, że uciekali tam przedtem Polacy — tak bardzo ludne, że nie dość przestronne stały się pola dla rolników, pastwiska dla bydła, a ziemia dla mieszkańców…” (Gall, Kronika.)
W okresie rewolucji Mazowsze zachowało względny spokój, dlatego było schronieniem uciekinierów. Przyczyna spokoju leżała w zacofaniu tej prowincji, pokrytej nieprzebytymi puszczami, oddzielonej Wisłą od Centralnej Polski. Stosunki społeczne panowały tu te same, co w czasach Mieszka I, a chrześcijaństwo dotychczas się nie przyjęło. Mazowsze, acz ochrzczone, pozostawało pogańskie. Nie było już zatem gruntu dla rewolucji. Trudno burzyć tam, gdzie nic nie zostało wzniesione. Tym silniej jednak grał plemienny separatyzm, który miał ha Mazowszu przetrwać wieki. Niechętne Polsce nastroje wykorzystał Masław. Kto zacz? Gall określa go jako samozwańca: „…uczynił się własną perswazją księciem…” Zuchwałym i odważnym był na pewno. W czasie bezkrólewia nie wysunął wprawdzie żadnej szerszej koncepcji, niemniej był dla Kazimierza groźnym przeciwnikiem. Posiadał to, czego księciu brakło: sojusz z Pomorzem, liczne, wyćwiczone wojsko i nie zniszczony kraj.
W r. 1046 doszło do walnej rozprawy.
„…ów Masław zaufany w odwagę swego wojska, a nadto zaślepiony ambicją… do tak hardej wzniósł się pychy… że odmówił posłuszeństwa Kazimierzowi, a bronią i zasadzkami stawiał mu opór… Lecz Kazimierz oburzony zebrał niewielką garść wojowników… starł się z nim zbrojnie i zabiwszy Masława, osiągnął pokój i zajął cały kraj… Dotychczas pokazywane bywa miejsce walki nad przepaścistym brzegiem rzeki… [Wisły], Tam Kazimierz, osobiście siekąc mieczem, ogromnie się utrudził, ramio- , na i twarz ubroczywszy rozlaną krwią… W owym starciu mieli Mazowszanie 30 sprawionych szyków, Kazimierz zaś posiadał zaledwie 3 pełne szyki, gdyż, jak powiedziałem, cała Polska pustką zaległa    wygrawszy tę walkę Kazimierz ze swą garstką pośpieszył, by zajść drogę wojsku Pomorzan, które, jak go o tym powiadomiono, przybywało na pomoc Masławowi… Dlatego rozumnie rozłożył sobie zadanie, śpiesząc, by najpierw z osobna pobić Mazowszan, a potem dopiero zetrzeć się z Pomorzanami…
…Pomorzanie prowadzili cztery legiony zbrojnych wojowników, Kazimierzowi zaś żołnierze nie dopełniali nawet połowy legionu… Mimo to rozpoczął walkę i wielkie z pomocą Bożą odniósł zwycięstwo…” (j. w.).
Dwadzieścia lat (1038—1058) panowania Kazimierza syna Mieszka, zwanego teraz przez poddanych Odnowicielem — zajęło mozolne podnoszenie ruin, łączenie rozbitych ziem, odbudowa społeczeństwa. Kazimierz jest pierwszym z władców polskich, któremu przypadło to najcięższe z zadań. Bo łatwiej wznieść nowy gmach, niźli spsowany naprawić. W ciągu rozpoczętego wówczas tysiąclecia, wieleż razy naród polski będzie musiał podejmować trud Odnowiciela, dźwigając Ojczyznę z popiołów!

ROZDZIAŁ XI
NA LĄDZIE I MORZU

Lata między 1018 r. a 1029 r. były dla Wielkiego Księstwa Obodrzyców okresem zamętu. Po wygnaniu księcia Mścisława, odepchnięciu Sasów za Labę, wypaleniu i wycięciu śladów chrześcijaństwa, rozpoczęły * się walki wewnętrzne o władzę. W ciągu niepełnego dziesięciolecia kroniki wymieniają kilku książąt panujących równocześnie nad rozbitym na dwie części państwem. Ostatnim z owych panujących był książę Przybigniew, inaczej Udo. Wbrew nastrojom ludności nawiązał znowu stosunki z Sasami, ochrzcił się, syna swego i dziedzica nazwał dziwacznie Goddescalcus — Sługa Boży, (co upraszczano, nazywając chłopca Godszalk lub Goczałk) i oddał go na naukę do klasztoru w Luneburgu. Że ów Przybigniew był chłop śmiały i przyjąwszy wiarę, odrzucił kierownictwo saskie, Niemcy ogłosili, że jest „złym chrześcijaninem” i zamordowali go. Goczałk opuścił klasztor, wrócił do kraju, usiłował pomścić ojca, lecz rychło pokonany, został więźniem Sasów.
W zamąconym, pozbawionym władzy kraju wrócił prastary obyczaj zwoływania wiecu.
Wiec, złożony ze starszyzny obodrzyckiej i wagryjskiej, powołał na tron Racibora, jednego z książąt plemiennych. Był Racibor mężem silnym, walecznym i prawym, starej wierze oddanym, cudzoziemców nienawidzącym. Gdy go obrano, książę saski Bernard syn Bernarda pośpieszył obdarzyć Goczałka wolnością:
„Uważając go za silnego i do broni dzielnego męża, w nadziei, że mu użytecznym będzie, zawarł z nim przymierze i uczciwie obdarowawszy, odejść pozwolił.” (Helmold, Kronika Słowian).
Jeżeli użyteczność Goczałka miała polegać na rozpoczęciu przezeń walki z Raciborem, Bernarda spotkał zawód. Młody dziedzic widząc, że nastroje kraju są przeciwko niemu, nie czuł się na siłach wszczynać wojny.
„…na wolność puszczony udał się do króla duńskiego Kanuta i pozostał u niego przez wiele dni, czy lat, zdobywając sobie sławę męstwa w wielu wojennych wyprawach w kraju Normanów i Anglów. Za to i ręką córki królewskiej uczczony został.” (j. w.).
(Goczałk poślubił Sigridę, córkę Swena Estrydsena, późniejszego króla Danii, wówczas namiestnika).

Ulubione przez starych kronikarzy wyrażenie „przez wiele dni, czy lat” da się w tym wypadku określić konkretną cyfrą lat czternastu. W tym czasie Racibor zjednoczył na nowo rozbite plemiona, przywrócił godność wielkoksiążęcą i zaprowadził w kraju porządek. Przeprowadzenie tego dzieła ułatwiały mu stosunki rodzinne.
„…Racibor, wielki książę Słowian, ma ośmiu synów, książąt słowiańskich.” (Adam z Bremy, Dzieje kościoła hamburskiego).
Stary poganin miał istotnie ośmiu synów. Pięciu to chłopy dojrzałe. Trzej ostatni gołowąsy, lecz nie ustępują starszym w sprawności bojowej. Wszyscy są rośli jak dęby, mają szerokie ramiona, krzepkie dłonie, jasne słowiańskie twarze skore do gniewu lub śmiechu. Z dumą patrzy na nich najszczęśliwsza z obodrzyckich matek, niewiasta księcia Racibora.
Ośmiu synów Racibor postawił nad ośmioma plemionami Księstwa: Wagrowie, Obodrzyce, Połabianie, Glinianie, Stodoranie, Brzeżanie, Smolińcy, Warnowie. Każde plemię ma swojego księcia Raciborowica, każdy zaś książę słucha poleceń ojcowych. Pobrali za żony córki miejscowych książąt plemiennych. W kraju panuje dawno nie widziany ład.
W czternaście lat po objęciu tronu Racibor z zadowoleniem może patrzeć na swe dzieło. Bezpieczne są granice księstwa. Sasi nie ośmielą się przekroczyć Łaby, ze strony Wieletów pokój. Ustały nawet powtarzające się rokrocznie ‚najazdy duńskie na wybrzeża słowiańskie. Wiekowe współzawodnictwo z Danią o posiadanie Bałtyku nie gasło, powodując częste wzajemne najazdy. Poza pustoszeniem miast nadbrzeżnych i portów nie dawały one rezultatu. Siły były równe i żad’nej ze stron nie udało się stworzyć trwałej bazy na terytorium przeciwnika.
Od pewnego czasu na morzu panuje spokój ten sam co na lądzie. Już dawno w portach obodrzyckich czy Wieleckich nie oglądano czerwonych żagli duńskich. (Danowie kochają się w czerwieni. Ulubionego barwnika dostarcza im gród Lund). Co to oznacza? Pragnienie zgody, czy chęć uśpienia czujności?

W Danii panuje teraz Magnus I, syn Olafa II, króla Norwegii. Podobno Goczałk podmawia go przeciw Słowianom. Lepiej mieć się na baczności.
Król Magnus istotnie zbiera siły, sposobi potężną flotę norwesko–duńską; celem najazdu jednak nie będą porty obodrzyckie ani Wieleckie, lecz zuchwały Jomsborg, twierdza zbójów morskich, leżąca na wyspie Wolin.
Założył ją przed niespełna stu laty król duński Harald Sinozęby. Po jego śmierci zdobył warownię Bolesław Chrobry. Potem Jomsborg stał się niezależny. Wolne Bractwo Jomswikingów, raczej Zbójów Morskich. Silni i groźńi, sprzymierzali się, jak popadało, to z Kanutem Wielkim przeciw Anglii, to z Wieletami przeciw Danii lub Norwegii. Grasowali po Bałtyku, rabując okręty kupieckie. Bogaty gród Wolin, tuż obok nich leżący, płacił im stały okup, cenę swego bezpieczeństwa.

Luki w szeregach, spowodowane nieustannymi walkami, zapełniali ochotnicy, miejscowe junaki, żądne przygód i niebezpieczeństwa. Z czasem tylko nazwa twierdzy przypominała jej pierwotny duński charakter. Jomswikingowie stali się Słowianami. Ostatnio, wezwani przez króla Magnusa do posłuszeństwa, odmówili uznania go królem Danii, czym oburzony do żywego postanowił zuchwalców ukarać.
Nie znamy dokładnej liczby statków duńskich użytych do wyprawy w 1043 r. Sakso Gramatyk pisze tylko o „flocie basrdzo wielkiej”. Zapewne kilkaset owych wytrzymałych korabi, pędzonych przez czterdziestu wioślarzy, a przy pomyślnym wietrze wspomaganych żaglem. Sam król kieruje wyprawą. Goczałk mu towarzyszy. Wypływają w maju, gdy wody wiosenne na Zalewie Szczecińskim opadną i osłabnie przeciwny statkom prąd, idący od rzeki ku morzu.
Z trzech ramion Odry koryto Piany zostało pod Wołogoszczą obwarowane przez Wieletów tak silnie, że zdobywanie przejścia oznaczałoby dotkliwą stratę czasu. Środkowa Świna ma nurt zapiaszczony, dostępny tylko dla mniejszych statków przewozowych. Pozostaje Dziwna, nad którą stróżuje stolica księstwa pomorskiego, Kamień.
Podobnie jak Piana, rzeka Dziwna jest silnie umocniona. Bronią przejazdu zagrody, służące w czasie pokoju rybakom, pale wbite w dno, ledwo widoczne pod wodą, na koniec most przerzucony z Kamienia na wyspę Chrząszczewską, a na nim ustawione machiny miotające głazy na statki nieprzyjacielskie. Niełatwa przeprawa. Połowa floty królewskiej zostaje w ujściu rzeki, zabezpieczając powrót, druga połowa przebija się przez umocnienia i płynie w górę. Część wojska nocą Magnus wysadził na ląd, by zaszła twierdzy od tyłu.
Wiele lat ludzie będą mówić dziwy o tej walce. Zaciekłe szturmy, zaciekła obrona trwają przez parę tygodni. Dostaje się przy tym srodze miastu Wolin. Spalone podgrodzia, zrabowane targowe bogactwo, pożar w sercu miasta.
Mimo uporczywej obrony Jomsborg zostaje zdobyty. Załoga cała poległa. Król nakazuje wojsku zrównać twierdzę z ziemią. Co się da, spalić, mury rozebrać. Jomsborg przestaje istnieć. Nazwa warowni zbójów marskich zabrzmi nieraz w literaturze, historii, lecz tylko jako wspomnienie.
Towarzyszący wyprawie skald Arnórr w sadze O walce króla Magnusa ze słowiańskimi korsarzami (Magnusdrapa) śpiewa:
„W nowej strofie posłyszysz, o królu, jak walecznie zaniosłeś tarczę bojową na ziemie słowiańskie; (Fala obmywa okręty)
Słowianie są strwożeni królewskim natarciem: Nigdy liczniejsze zastępy nie żeglowały w ich strony. Szermierzu! miotałeś ogniem w rozbójników, Śmierć z ręki twojej spotkała tam wielu. Poskramiaczu zbójów, rozjaśniłeś łuną południową stronę Jumy, W szerokim wale pogański lud bronił swych siedzib. Drżeli ze strachu przed tobą, o królu, Potężny tam buchał ogień…” „Król Magnus wraz z wielką’ flotą duńską obiegł najbogatszy gród Słowian, Jumę. Klęska była wielka. Magnus rzucił postrach na Wszystkich Słowian…” (Adam z Bremy, Dzieje kościoła hamburskiego). „Wolin, miasto bogate w towary wszystkich narodów, posiadał wszelkie przyjemności i rzadkości… Król duński z ogromną flotą przybywszy to najbogatsze miasto w perzynę obrócił…” (Helmold, Kronika Słowian).

Zwycięski król odpływa, nie wiedząc, że czeka go ciężkie zadanie. Zaledwie bowiem z Kamienia dano znać o najeździe do Wołogoszczy, Strzałowa, Roztoki, Korenicy (stolicy Rany), ruszyły przeciw Duńczykom siły obodrzyckie, Wieleckie i rańskie. Flota króla Magnusa, opędzająca się od atakujących ją z tyłu Pomorzan, wypłynąwszy na pełne morze, widzi przed sobą czekający na nią potrójny łuk statków sprzymierzonych. Okręty duńskie obciążone łupem z targowisk Wolina są mniej zwrotne niż zazwyczaj. Sciągłe, lekkie łodzie rańskie osaczają flotę królewską, jak wilcy łosia wpędzonego na ‚lód. Obodrzyckimi i Wieleckimi statkami dowodzi sam książę Racibor. Aynom kazał zostać doma, strzec granicy zachodniej, by Sasi, posłyszawszy o jego wyjeździe, nie spróbowali najazdu. Przeciwnicy już się zwarli, bitwa trwa zawzięta. Każda z walczących stron dąży do zaczepienia bosakiem burty statku przeciwnika. Wtedy można podciągnąć się blisko i skoczyć na pokład. Nie dopuszczają do tego tarczownicy, stojący rzędem przy burtach. Zza ich osłony łucznicy szyją strzałami. Świszczą w powietrzu oszczepy. Niecierpliwsi woje chwytają linę zwisającą z masztu, odbiwszy się mocno piętami od statku, niby na huśtawce, usiłują przeskoczyć na pokład nieprzyjaciela. Dziesięciu takich spadochroniarzy ginie zarąbanych, jedenastemu uda się powalić sternika i pchnięciem rudla skierować statek ku swoim. Byle sięgli bosakami, wedrą się na pokład. Przeraźliwy zgiełk bije w ciche morze. Kołaczą statki zderzające się bokami, jęczą od uderzeń wręgi, trzeszczą maszty. Rozbrzmiewają wrzaski i przekleństwa ludzi, pod pokładem kwik przerażonych koni, szczęk mieczy. Krew spływa z pomostów w wodę. Flota duńska, mocno poszarpana, przebija się z trudem. Królewski statek prze pierwszy. Nagłym zwrotem zajeżdża mu drogę potężny Tur księcia Obodrzyców. Czterdzieści wioseł; na wysokim dziobie wyrzeźbiony ogromny łeb tura. Turowi podobny jest również stary Racibor, stojący na przedzie, pochyloną głową zdający się bóść przeciwnika. Pozłocista królewska galera jest tuż, tylko patrzeć kiedy na nią Słowianie przeskoczą. Już sięgają bosakami! Już czterech chłopów trzyma w pogotowiu mostek! Groźne to chwile dla Danii. Lecz Duńczykom udaje się uprzedzić tamtych. Główna walka przenosi się na pokład Tura. Tu zmagają się, rycząc, twarz przy twarzy, pierś przy piersi. Tu nagle książę Racibor przebity oszczepem słania się, pada na deski. Król Magnus krzyczy ze swego pokładu, że to jego jeniec, lecz w zgiełku ńikt go nie słyszy. Rozwścieczeni woje duńscy spychają rannego w morze. Obciążone pancerzem, bezwładne ciało idzie jak kamień w głąb.
Śmierć wodza odbiera Obodrzycom wolę walki. Chcą nurkować, wyłowić zwłoki swego księcia. Statki duńskie korzystają z chwilowego zamieszania, by całą siłą pozostających im wioseł odpłynąć w kierunku północnym. Do sagi o królu Magnusie (Magnusdropa) skald Arnórr dodaje jeszcze jedną, dziewiątą strofę:
„Król stoczył bitwę nieopodal brzegów Rugii [Rany] Miecz jego opływał krwią koło wielkiego kraju zachodniego…”
Gdy wieść żałobna dojdzie dp Zwierzyna, najstarszy z synów książęcych, Gniewomir, zwołuje wiec plemion obodrzyckich. Wobec zebranych on i jego bracia przysięgają kolejno, że pomszczą śmierć Wielkiego Księcia Racibora, ich rodzica. Nie w tym rzecz, iż poległ, bo to przeznaczenie woja, lecz że ciało jego strącono do morza, pozbawiając je uczciwego pogrzebu.
Wiec przyznaje słuszność młodym, przysięgając w zamian, że do wypełnienia wróżdy utrzymają w dziedzinach porządek i spokój, jak by stary książę żył.

Po czym wiecownicy wracają do domów, a bracia ruszają w drogę.
Lipiec dobiega końca, kiedy mściciele opuszczają przystań wyszomirską. Najlepsze statki, na nich woje co najprzedniejsi, wioślarze co najtężsi. Najstarszy z synów, Gniewomir, płynie na ojcowym Turze. Szpiedzy, wysłani uprzednio, donoszą, że król Magnus po bitwie zatrzymał się w Aros. Tam dążą.
Pilnie baczą, by się nie zdradzić zawczasu. W dzień ukryci w sobie tylko Znajomych zatokach, płyną nocami. Nocą przemykają się wąską cieśniną pomiędzy Jutlandią a Fionią. Nocą dopływają do głębokiej zatoki, nad którą leży Aros, a po przeciwnej stronie drugi gród Helganes. W mroku majaczą okręty, to część floty króla Magnusa. Zakotwiczone, bez straży. Załoga śpi lub poszła do grodu.
Niebawem statki duńskie płoną jak tyleż pochodni. W obu grodach dzwony biją na trwogę. Panika wśród mieszkańców. Mściciele już są w grodzie. Krzyczą: — Racibor! Racibor! — Rozdzielili się; jedni podpalają Aros, drudzy Helganes. Spotyka ich zawód, bo króla Magnusa nie ma. Odpłynął przed paru dniami do Roskilde. Tym gorzej dla obu miast. Z mieszkańców kto nie zdążył uciec, płaci głową. Napastnicy jeńców ani łupów nie biorą, bo to nie najazd zwykły, lecz wróżda. Mordują tylko i palą.
„…Słowianie, których my w ojczystym języku zwiemy Wenedami, lud pogański, Bogu nieprzyjazny, w lasach żyjący i nieokrzesany, najechał Danię… Z bitew ta była największa: koło Helganos i Aros [dziś Helgenós i Aarhus].” (Mnich Teodoryk, Dzieje królestwa Norwegii).

Od świtu do zmierzchu dość czasu, by dwie kwitnące osady zamienić w pogorzelisko.
Złe wieści rozchodzą się szybko. Szybko król Magnus dowiaduje się, co zaszło. Spieszącemu ńa odsiecz przświeca widoczna z daleka, szeroka łuna. Gniew i wściekłość króla nie dają się
wypowiedzieć. Tym bardziej że napastników już nie zastaje. Odpłynęli, zostawiając po sobie zniszczenie.
Straszno jest patrzeć na wypalone, opustoszałe grody, co jeszcze przed dwoma dniami zamożne były, ludne ^.bezpieczne. W porcie zwęglone 112
kadłuby statków, nad grodami swąd pogorzeli, wzdłuż ulic sterczą okopcone ściany, walające się trupy (tęgo walczyła załoga, chociaż zaskoczona we śnie), płaczące kobiety, snujące się po zgliszczach, niby mary… Taki sam widok w Wolinie budził w patrzącym królu dumę i zadowolenie, tutaj napełnia jego serce grozą i oburzeniem na sprawców. Dognać ich! Zniszczyć! Zatopić! Gdzie są?
Tego nikt nie wie. Wiadomo, że to byli Słowianie. Krzyczeli bez przerwy: — Racibor! Racibor! — Gdzie popłynęli? Pewnie z powrotem do siebie. Na pierwszą wieść o napaści król kazał obsadzić statkami cieśniny, powinni przeto zostać zatrzymani. Gońce rozesłani, jedni lądem inni wodą, przepytują, czy nie widziano gdzie przepływających słowiańskich łotrów. Rano przywiedziono przed króla rybaka. Poprzedniej nocy sprawdzał zastawione sieci. Noc była ciemna, bo miesiąca teraz nie ma. Znienacka wypłynęły z mroku tuż koło niego okręty. Płynęły cichuśko, ledwo, ledwo ruszając wiosłami. Nie gadali nic, raz tylko parsknęły konie. Wiele było tych statków? Nie wiedział. Półżywy ze strachu położył się w czółnie, nie śmiąc odetchnąć aż przeszli…
– Gdzieś zakładał sieci? — pyta chciwie król.
– W zatoce Aalborg…
Łżesz! cóż by tam robili? Jechaliby na północ, nie na południe, do domu?
Rybak na klęczkach klął się, że nie kłamie. Gdzieżby śmiał kłamać? Niebawem ktoś drugi potwierdził wiadomość. Napastnicy popłynęli na północ.
Co to znaczy?! — krzyczał Magnus, waląc z pasją pięścią w stół. — Przecie nie popłynęli do Anglii?! Godescalcus! Znasz swoich pobratymców! Gdzie uciekli?! Mów!
Znam i domyślam się — odparł Goczałk po namyśle. — Posłuchaj mnie, królu… Raciborowice powracali frasobliwi, uważając ślub za nie wykonany, skoro króla Magnusa nie sięgli. Doświadczeńsi towarzyszący im woje zapewniali jednak, że wróżdę spełniono, gdyż zamiast jednego Magnusa pozbawili żywota z półtora tysiąca jego poddanych. Stary książę nieboszczyk został należycie uczczony. Teraz należy myśleć, by cało wrócić do domu.
Od północnego przylądka Jutlandii skręcili ostro na południe i sunęli pod rozwartymi żaglami, trzymając się w takiej odległości od brzegu, by ich nie spostrzeżono. Plan mieli śmiały. Na wysokości grodu Heideby (Dunowie zowią go Szlezwig), blisko granicy duńsko-wagryjskiej, wpłyną w zatokę przy ujściu rzeki Ejdory. Popłyną nią pod prąd aż do miejsca, gdzie wpada do Ejdory Tryna (Treene). Niechając Ejdory udadzą się w górę tej rzeki. Brzegi jej porasta puszcza podmokła, bagna głębokie, osiedli ludzkich nie ma. Spotkasz tam najwyżej bobrowników lub smolarzy. Zimą łowców. Ową Tryną pchać będą statki gęsiego, jeden za drugim, póki się da wiosłami, gdy będzie za wąsko, bosakami, drągami „na pych”. U końca trafią na przewłokę, szmat suchego gruntu dzielącego górny bieg Tryny od krańca zatoki morskiej, którą Duńczycy zwą Schlei. Szlaja, wrzynająca się głęboko w ląd, to jęzor Bałtyku, ich własnego morza! Opły- nąwszy zachodnie wybrzeże Danii, wypłyną od wschodniej strony na Bałtyk, o pół dnia drogi od swoich przystani! Może ich Magnus szukać po duńskich cieśninach… Od Tryny do dwóch połączonych jezior, którymi kończy się Szlaja, będzie pół mili słowiańskiej najwyżej… O przewłoce mało kto wie, oprócz rybaków miejscowych… — No i nas — dodawał z uśmiechem najstarszy z wojów, Miłogost.
Król Magnus z niezadowoleniem mówi do Goczałka:
– Pytałem moich ludzi rodem ze Szlezwigu o przewłokę, którą twoim zdaniem puścili się rozbójnicy. Powiadają, że jest taka, owszem, lecz dostępna tylko dla płaskich łodzi rybackich albo zwykłych czółen… Przeciągnięcie tą drogą okrętów bojowych jest pono niepodobieństwem… Oni to znają, wiedzą… A przecież wasze statki są cięższe od naszych… Choć twoi rodacy to diabły wcielone, tego nie dokonają…
Diabły wcielone oni są… — przyznaje Goczałk. — Ważą się, na co nikt inny się nie odważy… Jestem pewien, że pójdą tamtędy…
Czyń zatem, co chcesz.
Król jest zmęczony i zły. Nieudana pogoń za nieprzyjacielem, zniszczenie dwóch miast i części floty — oto plon ostatnich dni. Teraz ulegając namowom Goczałka, popłynął na południe, jego zdaniem bezcelowo. Z niechęcią widzi, że skręcają w gardziel zatoki Schlei. A może to podstęp? Może wprowadzono go tutaj umyślnie, aby tamci wrócili bezpiecznie do siebie?
Jedno spojrzenie na zawziętą twarz Goczałka rozprasza te obawy.
Flota królewska zostaje na morzu, pilnując wejścia do zatoki. Król z mniejszymi statkami, wypełnionymi wojskiem, posuwa się wąską długą szyją w głąb lądu. Trudno orzec: zatoka to, rzeka, czy łacha? Leniwa, stojąca woda. Płyną po niej dość długo. Na koniec koryto rozlewa się w jezioro, krótka szyja, drugie jezioro szersze i — koniec drogi. Porastający brzegi bór ukazuje w jednym miejscu szczerbę. Znać tam na brzegu zaschłe wyżłobienia, ślady dawnych przeciągań łodzi. Dookoła walają się sczerniałe okrąglaki, w wodzie widnieje pomost z grubych bali — to tu!
Szaleniec tylko próbowałby ciągnąć tędy wielkie statki — zauważa Magnus. Opinię króla potwierdzają jego woje.
Goczałk uśmiecha się blado. Nieporęcznie mu wyjawiać, co z dziecinnych lat dobrze pamięta, że ojciec jego, Przybigniew-Udo, tędy prowadził kiedyś swoje okręty po udanym napadzie na Danię. Ścigano go zapalczywie po obu stronach duńskiego półwyspu. Ponieważ znikł bez śladu, a równocześnie trwała burza na Bałtyku, sądzono, że wicher rozegnał, a fala zatopiła statki… Goczałk słuchał nieraz opowiadania wojów o tym, jak ciągnęli korabie po kłodach. Nagle twarz mu jaśnieje, podnosi dłoń w górę.
– Słyszysz, królu?!
– Nic nie słyszę.
– Ten łoskot?!
– Dzięcioły kują…
– To nie dzięcioły na Boga! To topory!
– Topory? — król nie rozumie.
– To oni! Oni! Rąbią drzewa na podkłady! Przyjechaliśmy na czas!
Nadstawiają wszyscy ucha. Istotnie, w głębi lasu, po zachodniej
stronie, słychać dźwięczne, rytmiczne kucie. Zbyt liczne na stado dzięciołów. Król się rozpogadza.
Znasz, widzę, te strony — mówi do Goczałka — więc zarządź, jak mamy stanąć… Oddaję ci dowodzenie…
Syn Przybigniewa, wygnaniec, gorączkowo wydaje zlecenia. Statki muszą się cofnąć na tylne jezioro, by ich nie dojrzano z przewłoki. Wioślarze i nieco zbrojnych pozostają na okrętach w pogotowiu. Wojownicy wychodzą na ląd. Król z większą częścią sił uda się na wzgórze Osterby po lewej, gdzie przechodzi gościniec wiodący do grodu Heideby. Tam zapadną, czekając. On, Goczałk, z mniejszym oddziałem uda się na prawo. Obstawi wzniesienie w rejonie Szlezwigu. W ten sposób panować będą nad przewłoką z obu stroń. Las zasłania widok, więc oba oddziały rozstawią dobrze ukryte, zmyślne czujki, które będą zawiadamiać o ruchach nieprzyjaciela… Nie wolno się ujawnić, zanim wszystkie słowiańskie okręty nie będą na przewłoce… Gdyby spostrzegli nas wcześniej, cofną się do statków pozostających na rzece i spłyną w dół Tryny z powrotem… Nigdy ich wtedy nie dognamy…
— Rozumnie prawisz — przyznaje Magnus, zupełnie już przekonany.
W milczeniu Duńczycy zajmują wskazane pozycje. Goczałk ma na licach wypieki, w ruchach niepokój. Wydobywa z zanadrza złoty krzyż, całuje go nabożnie. To znów wyjmuje z pochwy miecz i chowa go do niej nazad. Król Magnus śledzi spod oka to zachowanie, różne od zwykłego spokoju Przybigniewicza. Pojmuje targające nim uczucia. Oto za chwilę rozstrzygną się może losy wygnańca? Na dobre czy na złe — któż wie? Na razie ustawia obce szyki przeciw swoim ziomkom…
Król duński, którego dusza zachowała jeszcze młodzieńczą szlachetność, dziękuje w myśli Bogu, że nie potrzebuje walczyć z rodakami.
Goczałk trafnie ocenił łoskot rozlegający się w puszczy. Synowie Racibora byli na przewłoce. Jedni woje idąc brzegiem rzeki poganiali konie holujące statki, innych Gniewomir posłał przodem z toporami, by ścinali proste, śmigłe drzewa, mające utworzyć tor, po którym potoczą się poprzeczne okrąglaki. Jeszcze inni równali drogę, by tor gładko leżał. Idąc, brnęli po pas w jeżynach, paprociach, głogach. Miejscami płoszyli z legowiska dziki, zrywające się z fukaniem. Sójki przelatywały, skrzecząc przeraźliwie. Nie zwracali na nie uwagi, pochłonięci czekającym zadaniem. Najcięższy trud przedstawiało wyciągnięcie statków z wody na ląd. Do każdego po pięćdziesięciu ludzi z jednej strony, tyluż z drugiej. Jedni podsadzali drągi pod stępę i pokrzykiwali rytmicznie: — Eee-Hej! — by wysiłek ich był równy. Za każdym okrzykiem i zgodnym napięciem mięśni ociekających wodą gmach posuwał się w przód parę cali. Inni podtrzymywali kadłub z obu stron bosakami, by się nie przewrócił na bok, reszta ciągnęła wraz z końmi. Konie trzeba było prowadzić przy pysku, bo narowiły się i szarpały. Odetchnęli, wyciągnąwszy Tura na drogę, gdzie podkładane okrąglaki toczyły się, acz opornie, po leżących wzdłuż drzewach. Wprawdzie i to było męką, lecz pocieszali się, że Tur jest najcięższy. Przy tym od połowy drogi grunt schodził cokolwiek w dół. Wreszcie ujrzeli przed sobą jezioro. Woda falowała lekko, widocznie w pobliżu były żeremia bobrowe. Wielkie liście łopianów drżały, snadź przemykał pod nimi wilk lub lis. Z najwyższym wysiłkiem dopchnęli statek do zanurzonego w wodzie pomostu i odprowadzili konie. Ubezpieczywszy okręt po bokach, spuścili go po pochyłych kłodach na jezioro.
Spłynął majestatycznie, z szumem rozcinając wodę. Tur, starego księcia ulubiony statek. Wioślarze i sternik skoczyli na pokład, a pozostali patrzyli z radością z brzegu, rozcierając obolałe ręce i prostując grzbiety. Udało się szczęśliwie z pierwszym — uda się z pozostałymi. Już trzeszcząc i chybocząc nadciągał drugi statek, Żuraw, a za nim trzeci i czwarty. Konie tupały po drzewie podkładów. Ludzie wołali: — Eee…Hej! — Niedługo cała przewłoka pełna będzie statków.

Ci, co przeciągnęli Tura, wskoczyli po dwóch na jednego konia i cwałem wracają ku rzece. Reszta dogania ich pieszo. Czują się bezpieczni, jak by już byli na Trawnie lub Warnawie. Książęta i woje, zrzuciwszy pancerze, prześcigają się z wioślarzami w pracy. A praca czeka jeszcze niemała. Już każdy gnat boli z utrudzenia, dłonie pieką jak od ognia, krew przesłania wzrok, lecz nikt nie ustaje, nie wzywa do odpoczynku. Pomału uczą się sprawniej ciągnąć liny, umiejętniej podsuwać podkłady i dalsze statki zdają się iść lżej niż pierwsze.
Na koniec drugiego dnia ostatnie korabie wyważają z rzeki i roz-babraną drogą ciągną ku jezioru.
…Wtedy nagle las ożył, a ze wszystkich stron posypały się oszczepy i strzały…
…Biada! Biada!..
Zaskoczeni wojownicy szukają swojej broni. Każdy ją złożył na statku, by mieć ręce wolne. Są bezsilni jak raki, kiedy zmieniają skorupę. Tyle, że każdy ma topór za pasem, a poniektóry i oszczep. Wierzyli w swe bezpieczeństwo, nie wystawili nawet straży… Miłogost i inni woje zgrzytają zębami. Nie dziwota, że Raciborowice zaniedbali ostrożności, bo młode to i niedoświadczone, ale oni! Starzy!
Już kilkudziesięciu padło. Myśl goni za myślą. Przebić się do swoich statków na jeziorze! Połowa wojów razem z wioślarzami rzuca się w las, sądząc, że obiegną łukiem, wpław dostaną się na statki. Złudne nadzieje! Wzdłuż całej drogi puszcza obsadzona Duńczykami. A więc przerąbać się od czoła przez nieprzyjaciela! Szyki wrogów sprawia konny rycerz w srebrnej zbroi, w hełmie z opuszczoną przyłbicą. Rzucają się w tę stronę z toporami przeciw oszczepom, mieczom i łukom. Zaprawdę, daremny to trud! Bo oto w wąskiej szyi kończącej jezioro ukazują się czerwone żagle statków duńskich. Nacierają na załogi obodrzyckie. Osaczeni widzą z brzegu, jak ich wioślarze walczą bosakami, odpychają nieprzyjaciela wiosłami, wzywają gestami swych wojów na pomoc — a widząc, że pomoc nadejść nie może, poddają się albo giną…
…Więc zepchnijmy z powrotem na rzekę dwa lub trzy statki ostatnio wyciągnięte z wody! Niestety! Duńczycy zdążyli już zwalić drzewa w poprzek przewłoki. Za ich szańcem stoją gęsto łucznicy i oszczepnicy. Żywa dusza nie dojdzie do rzeki!
W pułapkę nie lada zapędziła się wyprawa.

Od Tryny do końca Szlai bór rozbrzmiewa zgiełkiem walki nierównej lecz zawziętej. Słowianie obwarowują się w statkach stojących na grobli. Każdy korab zamieniony w twierdzę trudną do zdobycia. Duńczycy, nie mając drabin, pną się na gładkie dębowe kadłuby po pękach związanych włóczni. Obrońcy, stojąc przy burtach, strącają ich ciosami toporów. Topór — dobra broń. Miecz, oszczep, włócznia potrzebują miejsca do rozmachu. W śmiertelnej rozprawie, kiedy jedyną ziemską troską woja jest pomszczenie śmierci druhów i własnej — topór to najlepsze narzędzie.
Łucznicy nieprzyjacielscy powyłazili na drzewa wzdłuż drogi, stamtąd zasypują pokłady statków strzałami. Oblężeni ustawiają maszty, rozpinają żagle. Zwisające zgrzebne płachty zatrzymują skutecznie większość pocisków. A topory nie próżnują. Na pomostach okrętowych coraz więcej trupów, lecz nie mniejsza ilość zabitych legła na ziemi wokoło. Rycerz w hełmie z przyłbicą przejeżdża lasem wzdłuż drogi. Wydaje swoim rozkazy i oto Danowie, niechając szturmu, usiłują podkładać ogień pod pudła okrętów. Taszczą smolne chrusty, pęki suchego sitowia, przynoszą żar w garncu… Obrońcy kłują z góry podpalaczy bosakami, odrzucają płonący chrust. Ogień nie chwyta nasiąkłej wodą dębiny. Na razie… Rycerz w srebrnej zbroi pojawia się znowu. Krzyczy, by się oblężeni poddali… Po słowiańsku krzyczy. Przyłbica zniekształca głos, który dudni niby z wiadra. Coś obiecuje, czego nikt nie słucha. W odpowiedzi na wezwanie miotają w jego stronę połamanymi wiosłami. Gest jest wymowny. Rycerz odjeżdża.
Młodych pochłania walka, nie ciekawi ich ów rycerz. Starzy, nie tracąc z oka możliwości rąbnięcia toporem po łbie przeciwnika, snują milcząc dociekania… Przyłbicy nie podniósł?… Wołał w ich języku… Któż to?… W przyłbicy, mimo lipcowego skwaru?… Jak by nie chciał być poznany?… Po naszemu gada…?
Miłogost spogląda na starego Całodruga, ów na swojego brata, Sobie-bora. Nie mówią nic, nie czas na rozmowy, lecz każdy na ustach ma to samo imię i każdy nagle pojmuje, kto ich wprowadził w tę matnię… Przekleństwo na głowę zdrajcy! Bodaj mu krucy oczy wydziobali, a wilcy wątpia rozwlekli!…
Nie zrażeni stratami, Danowie podsycają ogień. Chrust trzeszczy, podnoszą się smużki dymu. Z oblężonych ten lub ów skacze z pomostu na ziemię, zadeptuje żar, rozrzuca daleko chrust i
pada pod ciosami nieprzyjaciół… Rzadko uda się towarzyszom wciągnąć żywego na górę z powrotem. Na innych statkach odrąbują ciężkie wioślarskie ławy, spuszczają je znienacka na głowy oblegających, którzy odskakują z wrzaskiem. Mimo to ogień bierze górę. Duńczycy znoszą naręcze suszu, świer-czyny. Obkładają statki wałem łatwopalnym. Już gęsty dym wypełnia las, zakrywa przewłokę. W dymie rzeźbione wyobrażenia Rysia, Panny, Smoka, czy Łabędzia, zdają się poruszać, odpływać… Gdzie ogień przeżarł sobie drogę do pustego wnętrza kadłuba, tam szaleje, huczy, strzela, tryska w górę otworem masztowym, owija się wokół masztu jak pnące, czerwone ziele, migiem obejmuje żagiel. Zamieniona w płomień płachta rwie się w górę i trzepoce. Ludziom pokład pali stopy. Niektórzy przeskakują na dziób sąsiedniego statku, gdzie ich oczekuje to samo. Większość, obezwładniona żarem, zduszona dymem, ginie na swoim statku jak na stosie.
Nadchodzi czas, że tylko na Łabędziu broni się jeszcze garść Obodrzyców. Wszystkiego pięćdziesięciu paru ludzi, w tej liczbie Gniewomir, ostatni pozostały dotąd przy życiu syn Wielkiego Księcia Racibora. Tamtych siedmiu zginęło.

On i jego towarzysze jeszcze walczą, jeszcze rąbią toporami. Nieprzyjacielowi przyszłoby łatwo podpalić i ten korab, od sąsiedniego pożaru wyschnięty jak słoma. Lecz mając już zwycięstwo w ręku, Duńczycy woleliby zachować piękny statek, miast niszczyć go bez potrzeby. Usiłują więc, jak poprzednio, wedrzeć się na pokład, podsadzając jedni drugich. Zapał ich rośnie wskutek obecności króla.
Król Magnus dotąd przyglądał się bitwie z oddalenia. Teraz dosiadł wierzchowca i podjeżdża bliżej. Błyszczy z dala złocista kapa na koniu i złota zębata opaska na hełmie królewskim.
Na Łabędziu, kruchej baszcie, widok ten budzi niespodziewaną wrzawę. Gniewomir jak błyskawica zsuwa się pierwszy po wygiętej szyi rzeźbionego godła, spada znienacka pomiędzy oblegających, przewraca dwóch, wali toporem na prawo i lewo, robi luz koło siebie, wyrywa się w przód, ryczy ochryple: — Racibor! Racibor! — Za nim zeskoczyła reszta, rąbiąc, prąc się w jego ślady. Zaskoczeni woje duńscy dają się przebić tej garstce. Straszny ich wygląd: Osmalona odzież, twarze czarne od dymu, oczy świecące gorączką, zjeżone wąsy, zęby wyszczerzone — iście szatany, upiory, nie ludzie. Cofają się oszczepnicy przed ich furią. A oni nacierają! Gniewomir ciągle na przedzie. Nim padnie ostatni z Raciborowiców, dopełni ślubu, złożonego razem z braćmi!
Król patrzy, nie rozumiejąc. Podjechał, by straceńcom okazać swą łaskę, obiecać wolność i życie… Miast tego przyjdzie się bronić… Trzyma w pogotowiu miecz…
Lecz Duńczycy już się zwarli. Już otoczyli zuchwalców. Walka trwa w splątanym kłębowisku, ciosy padają na oślep. Atakujący topnieją jak śnieg, gdy przygrzeje słońce.
Już ich zostało zaledwie dwudziestu… piętnastu… dziesięciu… sześciu… trzech… Na koniec jeden… Gniewomir, z ośmiu najstarszy… Pada rozniesiony na mieczach, dwa kroki od króla… Bój na przewłoce pod Heideby skończony.
Niedawny zgiełk bitewny ustępuje miejsca ciszy. Dym włóczy się po lesie. Na drodze dopalają się statki. Pachołcy duńscy szukają w puszczy rozbiegłych koni Słowian. Inni zbierają trupy. Król, nim odjedzie, chce, by swoi i obcy zostali uczciwie pogrzebani w dwóch wielkich mogiłach. Chwali Goczałka za sprawne rozegranie boju. Ten, już bez hełmu, ociera pot z twarzy. Pije chciwie podaną mu wodę i nie mówi nic.

Król ciągnie:
Zginęli twoi rywale, tu masz własne statki. Dajęć wojska, wiele chcesz… Płyń, nie tracąc czasu, objąć dziedzictwo swoje we władanie…
Goczałk kłoni się głęboko z wdzięcznością, lecz milczy nadal. Patrzy na zwłoki pobitych, po czym mówi, jak by składał zobowiązanie:
Uczynię ten lud chrześcijańskim…
„…w wielu źródłach skandynawskich spotykamy wzmianki o bitwie na przewłoce pod Heideby (lub Haithabu, dziś Szlezwig). Słowianie wracający z odwetowej wyprawy zostali napadnięci przez króla Magnusa, korzystającego z rad znającego te szlaki zdrajcy Godszalka… Duńczycy odnieśli zwycięstwo… Politycznym wynikiem bitwy pod Heideby było opanowanie tronu obodrzyckiego przez Godszalka…
Sagi skandynawskie, opiewające tę bitwę, mówią o woju słowiańskim, który wdarł się, rąbiąc toporem, głęboko w szeregi nieprzyjacielskie, dążąc do bezpośredniego starcia się z królem Magnusem…” (Krystyna Pieradzka, Walki Słowian na Bałtyku w X—XII wieku).
Ze strażnicy położonej u samego ujścia Trawny pędzi goniec do Lubeki. Książęta wracają! Nasi wracają! — Dobra nowina porusza całe miasto. Starszyzna grodzka w paradzie schodzi do przystani, by przybywających powitać.
Jakoż niebawem ukazują się maszty sunące między zarosłymi brzegami rzeki. Już można rozpoznać rzeźbione godła zdobiące wysokie dzioby korabi. Pierwszy Tur wielkoksiążęcy, za nim Żuraw i inne w zwykłej kolejności. Znajome statki, lecz…

Jak obco błyszczą pancerze wojów stojących gęsto na pokładzie… Nasi to?! Ciż sami?!… Czy ich odmienili bogowie?!…
Jęk przerażenia polatuje nad świątecznie zebranym tłumem jak poszum nad gajem. Stać czy uciekać? Jąć miecza czy kryć się pod ziemię?…
To nie nasi! To obcy!
Na zamku w Zwierzynie wdowa po księciu Raciborze oczekuje powrotu swoich ośmiu synów. Świadoma powinności mężów wojennych, nie wstrzymywała ich ani jednym słowem od gromadnego uczestnictwa w wyprawie. Nie przedkładała: Puśćcie naprzód starszych, a potem pojadą młodsi… Nie uroniła ani jednej łzy, kiedy wszyscy odpływali. Teraz czeka. By skrócić czekanie, przegląda w pamięci każdego twarz, ruchy, rysy… Czy poniektóry milszy jej od innych? Czy szepcze w duszy: „Byle ten nie zginął?” Niepodobna do niej taka nieuczciwość. Każdego w łonie nosiła jednako.
Niegdyś stara posługaczka zamkowa, pamiętająca czasy księcia Mściwoja, co go Wieleci do spółki z miejscowymi wygnali, opowiadała księżnej o chrześcijańskiej Bogarodzicy, której opieki radziła wzywać przed porodem. Cichcem to mówiła, bojąc się gniewu i kary. Dziwnie brzmiało imię tej bogini: Maryja i dziwne były Jej losy: Jedynego Syna umęczono okrutnie w Jej oczach, a ten Syn to był właśnie Krystus, Bóg potężny i nieśmiertelny… Że był Bogiem, więc zmartwychwstał. Maryja widziała Go żywego i radowała się…
Tak opowiadała stara kobieta, która już dawno nie żyje. Pogańska księżna, zwana „najszczęśliwszą z matek obodrzyckich”, targana niejasnymi przeczuciami, przypomina sobie teraz jej słowa i w trosce matczynej przyzywa tajemnie na pomoc Maryję, Matkę… „…Goczałk wrócił do ziemi ojców swoich… posiadłości swoje i władzę odzyskał. Natychmiast… zaczął się starać, by ludy słowiańskie, które przyjętą już kiedyś religię chrześcijańską miały w zapomnieniu, znowu do łaski nawrócenia przywieść… Po całym kraju Wągrów, Połabian i Obodrzyców odbudowano kościoły, niegdyś obalone; posłano też do wszystkich krajów po księży… którzy by grube umysły pogan nauką wiary oświecić mogli…

Ziemie napełniły się kościołami, kościoły zaś kapłanami… Wszystkie ludy słowiańskie, nad którymi opieka do diecezji aldenburskiej należała, póki żył Goczałk, wiarę chrześcijańską z pobożnością wyznawały. Mąż ten taką miłością ku religii boskiej płonął — że sam w kościele częstokroć miewał nauczające mowy do ludu, chcąc te słowa, które kapłani wymawiali niezrozumiale, oddać jaśniej w mowie słowiańskiej… Gdyby mu dane było dłuższe życie, przyprowadziłby wszystkich pogan do wiary świętej, skoro już nawrócił prawie trzecią część tych, którzy za jego dziada Mściwoja do bałwochwalstwa odpadli.” (Helmold, Kronika Słowian).
Nie ma podstaw wątpić w szczerość usiłowań Goczałka, a jednak siew jego padał na opokę. Ziarno nie kiełkowało, nie zapuszczało korzeni, lud pozostawał wrogi i nieufny. Cierpiano panowanie „zdrajcy spod Heideby”, gdyż stali za nim Sasi i Duńczycy. Wypędzić księcia — znaczyło wszcząć wojnę z dwoma potężnymi sąsiadami naraz. Goczałk, nie ufając swoim, otaczał się cudzoziemcami i to wystarczało, by go znie-nawidzieć… Gdy Kazimierz polski — mówiono — powracał do kraju, wszedł z małym pocztem, niby owca między wilki… I drugi raz był prawie bezbronny, bo kilkuset rycerzy użyczonych przez cesarza nie pomogłoby przeciw całemu ludowi. On nie bał się. Goczałk ciągle o swoim Bogu opowiada, ręczy, że przy Nim włos z głowy nikomu nie spadnie, to po cóż załogę duńską na zamku trzyma, bez duńskich wojów krokiem nie wyjdzie za wały? Ani poddanym nie zawierza, ani swojemu Bogu?
Przy takich nastrojach, Goczałkowe. pouczania nie mogły znaleźć drogi do serc i umysłów. Lud milczał, nie chcąc rozpętywać wojny, lecz milczał do czasu.

ROZDZIAŁ XII
SAMOBÓJSTWO

Pozostawiając Goczałka jego bezpłodnym usiłowaniom, wróćmy do Wieletów. W r. 1045 wyprawili się swoim zwyczajem na Niemców, lecz cesarz Henryk III zebrał wszystkie siły i pobił napastników. Musieli złożyć daninę. Od tego czasu na tej granicy trwa pokój.
Wiemy już, że pokój nie służy Wieletom. Skoro nie mają z kim walczyć, poczynają wadzić się pomiędzy sobą.
Święty Związek Wielecki to cztery główne, bitne plemiona. Okresowo dołączają się do nich inne, jak to: Morzyczanie, Glinianie, Wkrzanie. Łączą się, odpadają, według tego, co im doraźna korzyść dyktuje, lecz tamte cztery to niewzruszony trzon i siła Związku. Najważniejszymi w tej czwórce są Redary, «i to z racji posiadania ośrodka kultu religijnego. W świątyni Swarożyca przechowywane są znaki bojowe Wieletów. Stąd po zasięgnięciu wróżby ruszają wyprawy wojenne. Nie gdzie indziej, lecz w Radogoszczy, z Doleńskiego Jeziora, o wodzie czarnej od cienia obrzeżających ją drzew, w przededniu ważnych wydarzeń, wychodzi wielki odyniec o zapienionych kłach i tarza się w bagnie przy bramie wiodącej na dziedziniec świątynny. Tutaj kapłani odsłaniają przyszłe losy za pośrednictwem białego jak śnieg konia Swarożyca, wszyscy zaś członkowie plemienia obowiązani są do stałych ofiar na rzecz świątyni. Nic więc dziwnego, że Redary poczytują się za pierwszych i najważniejszych w Związku. Związek trwa i zwycięża, ponieważ wsparty jest potęgą Swarożyca. Tak było od wieków i tak pozostanie zawsze, o ile ludzie pozostaną wierni bogom i odmówią posłuchu niepożądanym nowościom. Gdzieś daleko płynie życie, niosące wielkie przemiany, ale puszcza chroni przed nimi skutecznie. W Radogoszczy nic się nie zmienia. Wszystko idzie porządkiem ustalonym przed wiekami. Nie zmienił się ceremoniał świątynny ani kolejność sprawiania wróżb, ani obyczaj od czasów, gdy na zachodzie panował cesarz Karol Wielki.
Jednako szumi puszcza, faluje jezioro i te same prawa rządzą życiem ludzi. Nawet święty biały rumak jest wciąż taki sam, nieśmiertelny jak Swarożyc. Tylko czasami cienkie źrebięce
rżenie, odpowiadające z niewidocznego okólnika na chrapliwy głos ogiera, zdradza, że kapłani hodują tajnie następcę dla starzejącego się wierzchowca Swarożyca.
Do niedawna nimb duchowy otaczający Redarów wzmacniała ich wartość bojowa. Byli najsilniejszym plemieniem w Związku, w walce najgroźniejszym. Otton I Wielki mawiał do swoich margrabiów: — Zgniećcie Redarów, a podbój całej Słowiańszczyzny będzie dokonany. — Ostatnio wyprzedzili ich Czrezpienianie.

W przeciwieństwie do odciętych od świata puszczą i poglądami Redarów — Czrezpienianie oraz Chyżanie siedzą na otwartym szlaku. W rzemiośle żeglarskim współzawodniczą z najlepszymi pławcami Bałtyku — Ranami. Stykają się z Duńczykami, Obodrzycami, Pomorzem i Polską. Oczy mają bystre, uszy czujne, umysły otwarte. Nie gardzą z góry wszelką nowością w uzbrojeniu, budowie łodzi, uprawie, o ile dana nowość okazuje się pożyteczna. Nabierają doświadczenia w odmiennych sposobach walki i dzięki temu wybijają się ponad Redarów. Tamtych żre zazdrość i na wspólnych wiecach coraz częściej przychodzi do sporów. Tajni zausznicy Sasów podsycają je umiejętnie, powtarzając zebranym jadowite plotki. Słowianie wierzą, gdyż sami kłamstwa nie znają. Toteż niejednokrotnie rozłam zda się już wisieć w powietrzu. Przywrócić zagrożoną jedność mogłaby tylko wojenna wyprawa, do której na razie brakuje okazji. Dlatego to pokój nie służy Wieletom.
W r. 1055 cesarz Henryk III bawi w Rzymie wezwany przez papieża Wiktora II na pomoc przeciw Bizantyjczykom i Normanom. Równocześnie we Florencji zasiada synod mający na celu ostateczne potępienie symonii, czyli kupowania dostojeństw kościelnych. Cesarz wspomaga zbrojnie papieża, przywraca pokój (chwilowy) w Apulii, bierze czynny udział w naradach synodu. Jest zwolennikiem projektowanej reformy. Przy nim i przy papieżu opowiada się część biskupów. Tylko część. Większość, w skład której wchodzą biskupi niemieccy, nie chce żadnej zmiany w istniejącym stanie rzeczy. Spór zapowiada się długi i zawiły, gdyż w grę wchodzi tutaj autorytet nie tylko papieski, lecz i cesarski. Zawiłe, trudne, pełne trosk i niebezpieczeństw jest dla władców niemieckich panowanie nad Italią, tym źródłem ciągłych buntów i zamieszek. Italczycy nienawidzą Germanów, uważając ich za barbarzyńców. Germanie gardzą ruchliwym tłumem włoskim, uważając potomków Rzymian za obmierzłych próżniaków. Do tego południowa Italia — istne kłębowisko sprzecznych interesów, papieskich, normańskich, bizantyjskich…
Tak, tak, Italia to zaszczytny, ale dokuczliwy ciężar. Niemniej każdy z panujących niemieckich dałby sobie raczej odciąć rękę, niż zrezygnował z Italii. Wszakże z Rzymem związany jest tytuł cesarza, doczesnego zastępcy Boga, protektora i władcy chrześcijaństwa! Za tytułem idzie prawo senioratu nad całą Europą. Według niepisanego, lecz przez Niemców przestrzeganego, prawa każdy książę chrześcijański winien być z natury rzeczy wasalem niemieckiego cesarza rzymskiego.
I dlatego Henryk III zaniedbuje sprawy swojego kraju, biorąc udział w naradach i sporach synodu.
Przeciągającą się jego nieobecność wykorzystują Wieleci, aby uderzyć na Sasów.
Powodzenie im sprzyja. Przekroczywszy Łabę, mordują tamtejsze załogi, pustoszą kraj, uprowadzają mnóstwo jeńców i wracają zwycięsko do siebie. Margrabia Wilhelm, obecny książę saski, nie posiada się ze złości. Płonie żądzą odwetu. Henryk III, powiadomiony o tym co zaszło, każe mu czekać na swój powrót z Włoch. Lecz margrabia Wilhelm jest młody i czekanie stanowi dlań trudną sztukę. Cesarz może wróci dopiero za parę miesięcy, a może… wcale nie wróci? W całych Niemczech od zaimku do zamku podają sobie wiadomość, że kontrkandydat do tronu cesarskiego, wróg Henryka III, Konrad książę bawarski porozumiał się z najgorętszym przeciwnikiem florenckich uchwał anty-symoniackich, biskupem Gebhardem z Regensburga. Wszystkie przełęcze wiodące z Italii już zostały obsadzone spiskowcami, którzy mają zamordować powracającego cesarza. Głupotą byłoby czekać.

Henryk zginie, a w zamieszaniu, jakie wywoła jego śmierć, ukaranie Wieletów gotowe pójść w zapomnienie.
Margrabia Wilhelm nie waha się dłużej. Ściąga wszystkie siły saskie, zbiera załogi, zwołuje lenników. Na ochotnika spieszą ku niemu z licznymi drużynami rycerze z Turyngii, Bawarii, Szwabii… Każdy jest skory uderzyć na przeklętych pogan słowiańskich. Biada Słowianom! Pod dowództwem Wilhelma zbiera się potężna armia, ufna w niewątpliwe zwycięstwo. Dnja 10 września 1056 r. przekracza Łabę.
W pobliżu grodu Przecława (niektórzy uczeni piszą Przecław, u kronikarzy Prizlawa) czekają siły Związku. Tu, w widłach Haweli (Hoboli) i Łaby, przychodzi do walki wręcz, śmiertelnego starcia w polu. Męstwo i zaciekłość z obu stron jednakie, liczebność równa — zwycięstwo przypada Słowianom…
Otoczeni, zepchnięci ku rzece, Sasi zostają doszczętnie wybici lub zatopieni. Margrabia Wilhelm poległ, polegli wszyscy towarzyszący mu książęta. Mało kto uszedł z życiem z pola bitwy. Przecława to pogrom. To bój na miarę Grunwaldu, obalającego potęgę krzyżacką — na miarę bitwy pod Azincourt, co oddała pół Francji we władanie Anglii, na miarę boju pod Kałką, gdzie upadło państwo ruskie… To punkt, od którego może nastąpić zasadniczy zwrot historii, zmieniony układ sił…
(Dlaczego zatem o tamtych pobojowiskach każdy pamięta i wie, a nazwę Przecława znają tylko historycy? Odpowiedzi na to pytanie udzielą najbliższe karty.)
Brak nam szczegółów o przebiegu bitwy przecławskiej. Kronikarze krótko zbywają ten temat: „Barbarzyńcy, których zwą Lutykami, zadali wielką klęskę chrześcijanom [Niemcom], z których jedni polegli od miecza, inni w ucieczce potonęli. Między nimi zginął Wilhelm, margrabia Marchii Północnej, w pobliżu grodu, który zwą Przecława, położonego nad brzegiem Łaby w miejscu, gdzie wpada do niej rzeka Hawela (Hobola)…” (Annales Sax. r. 1056).
Właściwy rozmiar pogromu daje się poznać po skutkach.

Cesarz Henryk, ostrzeżony w porę, zdołał umknąć zasadzki i uprzedził zamach, uderzając niespodzianie na wojska Konrada bawarskiego i biskupa z Regensburga. Po zaciętej walce zlikwidował spisek, wrócił do Niemiec zwycięski, lecz chory z trudów podróży i zgryzoty. Czekająca nań wieść o klęsce przecławskiej i zaprzepaszczeniu armii saskiej zabija go, jak niegdyś Ottona II wieść o powstaniu Słowian w 983 r. Henryk III jest drugim cesarzem, który umiera na „chorobę słowiańską”, na Słowian. Porażka Sasów, zgon Henryka III, uznanie królem jego ośmioletniego synka Henryka IV, nieudolna regencja cesarzowej, wdowy Agnieszki, rozpoczynają w cesarstwie niemieckim długotrwały okres zaburzeń. Będą to lata walk Henryka IV ze Stolicą Apostolską, Sasami, z własnym synem Henrykiem V, lata znaczone kolejno klątwami papieskimi, Canossą, ucieczką Grzegorza VII z Rzymu, wojnami z Polską, z Czechami, zmaganiami prawych papieży z antypapieżami, cesarza z samozwańczymi pretendentami, biskupów prawnie wyświęconych z pse-udobiskupami. W tych latach nie będzie miejsca na niemiecką agresję w stosunku do Połabian.
Cóż się dzieje w tym czasie w o/bozie zwycięzców? Dzięki bitwie przecławskiej Wieleci stanęli u szczytu potęgi. Otacza ich gloria bojowa dotąd nieznana. Bo co innego przejść niespodziewanie Łabę, spustoszyć kraj, wyrżnąć załogi zaskoczonych napaścią grodów i podpalić osiedla, a co innego stawiać czoła w otwartym polu, jak rów- 128
ny równym, osławionej armii saskiej. Są upojeni zwycięstwem i słusznie. Są bezpieczni, nikt im inie zagraża. Wszystkie drogi leżą przed nimi otwarte. Mogliby teraz zwrócić się bezpośrednio do Rzymu, jak to uczynił niegdyś polski Mieszko, i przyjąć chrzest, omijając biskupów niemieckich, odejmując Sasom raz na zawsze rzekomy powód napaści. Stanąć w jednym rzędzie z państwami chrześcijańskimi. Mogą połączyć slię z Obodrzycami, nawiązać sojusz z Czechami, z polskim Kazimierzem, stworzyć nareszcie owo wielkie państwo słowiańskie, niedoszły zamiar Chrobrego. Mogą uderzyć na Danię albo Norwegię, zhołdować te państwa. Mogą ruszyć w głąb bezsilnego chwilowo cesarstwa… Mogą wykorzystać czas pomyślności i spokoju, by powiększyć flotę, wznosić nowe grody zaćmiewające Szczecin albo Wolin… Wszystko to mogą uczynić… Co wybiorą?

Wybierają — wojnę domową.
Nieomal nazajutrz po świetnym zwycięstwie rozpoczynają się gwałtowne spory między plemionami. Zaznaczone poprzednio różnice potęguje obustronna chęć przypisywania sobie zasługi zwycięstwa. Zdaniem Czrezpienian ich uzbrojenie, ich przemyślny manewr przesądziły losy bitwy. Redary to twierdzenie poczytują za bluźnierstwo. Zwyciężył Swarożyc. Bez niego, boga Redarów, nic by nie zdziałano.
Spór się zaostrza, od sporów dochodzi do walki zbrojnej. Czrezpienianie ogłaszają się za równych Redarom. Redarzy i Doleńcy nie mogą znieść podobnej zniewagi. Na początku 1057 r. wybucha zażarta bratobójcza wojna. Wojna o to, kto lepszy, kto walniej przyczynił się do przecławskiego zwycięstwa. Z jednej strony Redary i Doleńcy. Z drugiej Czrezpienianie i Chyżanie. Pozostałe plemiona nie biorą udziału w tych walkach, jak by się dziś rzekło prestiżowych, nie pretendują bowiem do pierszeństwa w Związku. A Duńczycy i Sasi z nie ukrywaną uciechą patrzą, jak się wyrzynają Słowianie.
Swarożyc uchodził dotąd za boga wszystkich plemion Wieleckich. Obowiązkiem zatem kapłanów radogoskich było zapobieżenie wojnie w łonie Związku. Posiadali dostateczną powagę, by przerwać powszechny obłęd i krzyknąć walczącym: Stój! Wróżby stanowiły w ich ręku znakomity sposób działania na wyobraźnię wyznawców. Miast jednak powstrzymać nieszczęście, okazali się tylko zacietrzewionymi ministrantami lokalnego boga. Podsycają zapalczywość współplemieńców przeciw bluźniercom i wojna trwa. Trwa morderczy szał. Z obu stron ilość zabitych przenosi o wiele liczibę poległych na polu przecławskim.
Bywa, że człowiek, który zjadł szaleju, zadaje rany sam sobie. Chyba w owym strasznym roku wiedźmy całej ziemi zbiegły się do puszcz Wieleckich, by zbierać i warzyć tojady, a dolewać je wojom do kubków? I od tego dur ogarnął głowy mężów, zapaliły się ich wnętrzności, i poczęli bić się sami między sobą.

Czrezpienianie, Chyżanie walczą bohatersko. Męstwem, sprawnością przyświadczają swoje prawo do objęcia kierowniczej roli w Związku. Trzykrotnie rozbijają przeciwników. Wtedy wściekłość zaślepia Redarów. Opętani żądzą postawienia na swoim, nie wahają się wezwać na pomoc sąsiednich władców chrześcijańskich, największych wrogów Wieletów.
Ci sami kronikarze, co tylko półgębkiem napomykają o „klęsce Sasów nad Hobolą”, opisują chętnie te haniebne dzieje:
„…Gdy więc wzburzenie powoli rosło, przyszło do bitwy, w której Ryadurowie [Redary] i Tolenczanie [Doleńcy] pobici zostali. Po raz drugi i trzeci zaczynano wojnę i zawsze ciż sami od tychże zwyciężeni bywali. Wiele tysięcy ludzi z jednej i drugiej strony zginęło.
Cyrcypanie [Czrezpienianie] i Kicynie [Chyżanie], których konieczność tylko do wojny zmusiła, zostali zwycięzcami. Ryadurowie i Tolenczanie, mocno zasmuceni wstydem swej porażki, przywołali na pomoc najmężniejszego króla duńskiego Swena, księcia saskiego Bernarda i Goczałka, księcia obodrzyckiego, każdego z wojskiem i tłumy tak wielkie własnym kosztem przez sześć miesięcy utrzymywali… Wszczęła się wielka wojna przeciw Cyrcypanom i Kicynom, którzy nie mieli dosyć sił, żeby się oprzeć takiej masie, jaka na nich naległa, i wtedy ich mnóstwo zabito, bardzo wielu też w niewolę uprowadzono. Na koniec kupili sobie pokój za 15 tysięcy marek [funtów]. Książęta pieniądze między siebie rozdzielili. O chrześcijaństwie żadnej nie było wzmianki i nie oddali też czci Bogu, który im w wojnie dał zwycięstwo. Stąd poznać można nienasyconą chciwość Sasów, którzy mimo to, że siłą wojenną celują pomiędzy wszystkimi ludami przytykającymi do barbarzyńców [Słowian], zawsze bardziej są skłonni do powiększenia daniny niż do jednania dusz Bogu…” (Helmold, Kronika Słowian).
Rok nie minął od zwycięstwa odniesionego przez Wieletów pod Przecławą, a Święty Związek rozpadł się, by nigdy więcej nie powstać w poprzedniej sile. Zdziesiątkowani, zniszczeni ekonomicznie olbrzymią kontrybucją, Czrezpienianie wraz z Chyżanami, przechodzą do Obodrzyców pod władzę proniemieckiego chrześcijanina, Goczałka; wolą to bowiem niż pozostawać w łączności ze znienawidzonymi Redarami. A Redary? Czy są zadowoleni ze swego pirrusowego zwycięstwa? Czy zazdrośni o swego boga kapłani Swarożyca wierzą, iż słusznie postępowali? Nie wiemy.

Pojmujemy natomiast, dlaczego historia zapomniała o Przecławie.Bitwy, do których przyrównana została powyżej rozprawa Słowian z Sasami, były owocne. Przyniosły zwycięzcom korzystne osiągnięcia. Przecława należy do wypadków, gdy olśniewające zwycięstwo staje się początkiem upadku. Dlatego rapsod boju nad Hobolą w 1056 r. zeszedł na margines dziejów, ustępując miejsca upokarzającej dacie wojny domowej 1057 r. Daty, od której zaczął się koniec Wieletów, a wraz z nimi całej Słowiańszczyzny połabskiej.W tym twierdzeniu nie ma przesady.

Choć ziemie Wieleckie, sięgające od zachodnich brzegów Odry do granicy obodrzyckiej, nie były nadto rozległe, znaczenie tego kraju przekraczało o wiele jego zasięg terytorialny. Od początków naszej ery Lucice-Wieleci wyróżniali się z mrowiska słowiańskich plemion, osiadłych pomiędzy Odrą a Łabą, męstwem, fanatycznym umiłowaniem niepodległości, przywiązaniem do swej wiary, samoistnym ustrojem społecznym. Świadectwo temu dają najstarsze zapiski. Ptolomeusz wymienia jedynie „Weltów” (Wieletów) z „ogromnego mnóstwa ludów Wenedyjskich”. Pisze o nich również Wulfstan w przeróbce Dziejów świata Orosiusa, sporządzonej dla króla angielskiego Alfreda: „Na północ od Starych Sasów leży kraj Obodrzyców, a ku północnemu wschodowi Wieletowie”. Annales Lauresham pod rokiem 789 notują:
„Następnie król Karol ponownie doszedł przez Saksonię aż do Słowian, którzy zwą się Wilti [Wieleci]…”
Ibrahim ibn Jakub pisze:
„Na zachód od Odry mieszkają Lucice… Wojują z Mieszkiem, a ich siła bojowa jest wielka…” Obodrzyce z powodu polityki swoich książąt znajdowali się nieraz w zależności od Niemców.

Wieleci w ciągu blisko pół tysiąca lat utrzymali niepodległość, opierając się zwycięsko germańskiemu najazdowi. Stanowili jądro słowiańskiego oporu, centrum pogańskiej wolnej Słowiańszczyzny. Nienawidzili chrześcijaństwa, bo znali je tylko w wersji niemieckiej… Dla nich Chrystus nie był Słowianinem, lecz Niemcem, przeto jego wyznawców obowiązywało posłuszeństwo Niemcom. A że byli dumni i wolni, słuchać wrogów nie chcieli.Jaskrawy dowód znaczenia Wieletów stanowił sojusz zawarty z nimi przez Henryka II. Na pewno niełatwo przyszło pobożnemu cesarzowi uznawać pogan za równych i czynić z nich sprzymierzeńców. Jeżeli tak postąpił, to w słusznej obawie, że Wieleci, połączeni z Bolesławem Chrobrym, rozwalą jego państwo.
Uszczuplony o połowę Związek jeszcze się trzyma po fatalnym 1057 r. Jeszcze się o nim posłyszy, jeszcze dotkliwie da się we znaki Niemcom. Będzie to już jednak agonia, po której zatarte zostanie nawet imię Luciców-Wieletów. Nie zniszczyła ich powódź lub pożar, nie pokonał wróg zewnętrzny; upadli ponieważ:
„…gdy zajdzie między nimi różnica zdań, nie dojdą do zgody… jako że każdy myśli co innego i żaden nie chce ustąpić drugiemu…” (Cesarz grecki Maurycy [582—602], Taktika).
„…gdyby nie ich niezgoda, żaden lud nie zdołałby im sprostać w sile…” (Ibrahim ibn Jakub, Relacja z podróży do krajów słowiańskich).

ROZDZIAŁ XIII
OKO ZA OKO

Arcybiskupstwo magdeburskie zostało założone przez Ottona I Wielkiego z myślą o podboju Słowian po Wisłę i dalej. Odpowiednik Magdeburga stanowiła metropolia hambursko- bremeńska, z tą różnicą, że rządzić miała obszarami leżącymi na północy: Danią, Norwegią i Szwecją. Wpływy cesarzy niemieckich w Rzymie były tak silne, że choć powyższe kraje przyjęły dawno chrześcijaństwo, nie uzyskały dotychczas własnej metropolii, podlegając zwierzchnictwu saskiemu. W czasie, o którym mowa (połowa XI wieku), arcybiskupstwem hambursko-bremeńskim władał Adalbert zwany Wielkim.

„Ten mąż wysoki i nader silny w państwie, mając za sobą Henryka cesarza [Henryka III] i papieża Leona, którzy we wszystkim z jego wolą się zgadzali, zażywał w Danii, Szwecji i Norwegii władzy arcybiskupiej… Nie zaspokojony tym, chciał dostąpić zaszczytu patriarchatu [niezależnego od Rzymu] w ten sposób mianowicie, że chciał w granicach swojej diecezji ustanowić 12 biskupstw. Rozpowiadać o tym byłoby rzeczą daremną, ludzie mądrzy uważali to za jakieś niedorzeczności i wariacje… [Dla obsadzenia tych miejsc] zwoływał kapłanów i biskupów… dając jednym pewne, innym niepewne stolice… Arystona jakiegoś, z Jerozolimy przybyłego mianował biskupem w Racesburgu, Jana przeznaczył do Mikilinburga. Ten Jan z zamiłowania do podróży opuścił Szwecję i przybył do Saksonii.” (Helmold, Kronika Słowian).
„Niedorzeczne i wariackie” pomysły Adalberta Wielkiego wzburzyły książąt i margrabiów saskich, tworzenie bowiem nowych biskupstw godziło bezpośrednio w ich mienie. I bez tego trwały ciągłe spory między duchownymi i świeckimi władcami podbitych krajów o podział dochodów. Czując się zagrożeni, książęta zażądali od Henryka IV, aby usunął ambitnego Adalberta. Kilkunastoletni król, zgodnie ze zwykłą polityką tronu, opowiedział się za arcybiskupem. Istniejąca już animozja pomiędzy nim a saskimi wielmożami wzrosła, grożąc jawnym buntem.
W r. 1063 umarł stary książę saski, Bernard II, co przez czterdzieści z górą lat trzymał w żelaznej garści słowiańskie pograniczne plemiona. Srogi to był mąż. Inni książęta, Goczałk w tej liczbie, bledli z trwogi, gdy ich zmierzył zimnymi jak stal oczami. Następcą Bernarda został syn jego Ordulf, tak podobny do ojca jak gapa do sępa, lękliwy i niezaradny. Snadź rodzic zbyt surowo się z nim obchodził i młody z tego otępiał. Cieszą się z tej zmiany terroryzowane dotychczas przez zmarłego ludy. Cieszą się i składają bogom dziękczynne ofiary.
Za to Goczałk nie raduje się wcale. Drżał przed Bernardem, to prawda, lecz czuł się za jego plecami bezpieczny. Bezpieczeństwo to ważna rzecz, a co teraz będzie? Na Ordulfa szkoda liczyć. W Danii panuje wprawdzie teść Goczałka, Swen Estrydsen, król silny i władny, lecz tak pochłonięty przygotowaniami do podboju Anglii, że nie wiadomo, czyby ruszył na pomoc zięciowi…
Jak na urągowisko, Goczałk włada obecnie obszarem większym, niż kiedykolwiek posiadali poprzedni książęta. Po włączeniu Czrezpienian i Chyżan państwo obodrzyckie sięga ujścia Odry. Stanowiłoby potęgę, gdyby świeżo przyłączone ludy dały nałożyć sobie uździenice.
Ale one ujarzmić się nie dadzą. Mimo rozbicia i upokorzenia Lucice–Wieleci pozostają ludem wolnym, szanującym władzę wiecu, a nie księcia, i to takiego księcia. Na Goczałka patrzą z nie ukrywaną pogardą. Nie cierpią tego padalca za to, że jest chrześcijaninem, że pośpieszył na wezwanie Redarów i przyczynił się do ich, Czrezpienian, ostatecznego powalenia, że na równi z obcymi złupił z nich skórę, ściągając olbrzymi okup. Niewiasty czrezpieniańskich, chyżańskich wojów musiały oddać wszystkie swe klejnoty! Kabłączki skroniowe, sznury monet greckich czy arabskich, naramienniki, szpile… Każdy wie, co znaczy zabrać niewiastom te ukochane błyskotki. Uprzykrzony babski lament nie ustaje dotychczas. Poza tym Wieleci nie znoszą widoku Duńczyków i Sasów. Owi zaś są tutaj w księstwie nie tylko zadomowieni jak u siebie, lecz przewodzą. Oni rządzą, oni mają pierwszy głos, pierwszy krok… Oni otaczają księcia, który przyjaźni się z nimi, im tylko ufa, z nimi tylko gada… I wy możecie to ścierpieć? — pytają z oburzeniem.
Miejscowi rozkładają bezradnie ręce. Cóż poczniemy?
Wieleci wzruszają ramionami. Oni wiedzieliby, co począć! Bogowie dali Obodrzycom kości z ciasta, a wodę w miejsce krwi. Wszak żywią wśród nich potomkowie dawnych książąt; czyż ci także siedzą jak trusie?
Z książąt jeden tylko stary Błus, powinowaty Raciborowiców, nie ochrzcił się i gada każdemu w oczy, co myśli. Wolno mu więcej niż innym, miał bowiem za żonę siostrę Goczałka, przy tym starszy syn księcia, Budziwój, nawidzi wielce swego wuja. Uchodzą więc staremu rzeczy, jakie drugi przypłaciłby głową.
Strach bywa najgorszym doradcą. Opanowany strachem Goczałk widzi niebezpieczeństwo, nim jeszcze ono nastąpi. Wywołuje wilka z lasu, posyłając ukradkiem Budziwoja do Ordulfa z następującym posłaniem: — Stań z silnym wojskiem na granicy w pogotowiu, bo i ty będziesz zagrożony, jeśli bunt wybuchnie.

Budziwój wyjeżdża i nie powraca. Nie daje znaku życia. Przepadł. Goczałk nie może sobie miejsca znaleźć. Posłyszawszy, że Ordulf bawi tuż za Łabą, wymyka się sam do niego. Lecz poddani go wyśledzili. Przeklęty zgniłek chce Sasów sprowadzić! Osaczony w Łączynie, Goczałk ginie zamordowany.
„Tak poległ mąż pamiętny po wszystkie wieki swą wiernością ku Bogu i książętom [saskim]… Śmierć zaś poniósł ów drugi Machabejczyk w mieście, które Lenzin [Łączyn] się nazywa, dn. 7 czerwca [1066 r.] razem z księdzem Eponem, który u stóp ołtarza zabity został, oraz z innymi świeckimi i duchownymi osobami…” (Helmold, Kronika Słowian).
Wiadomość o zgonie księcia działa na kraj jak pochodnia przytknięta do węgła domu oblanego smołą. W huku pożarów, jęku mordowanych, wybucha powstanie, ogarniające wszystkie plemiona słowiańskie. Trzecie powstanie, straszliwsze od obu poprzedzających. „…książę Godszalk przywrócił chrześcijaństwo w tym kraju. Słowianie nie mogli tego ścierpieć i udusili swego księcia i wymordowali wszystkich chrześcijan, których Godszalk sprowadził, następnie najechali Holsztyn i inne ziemie chrzścijańskie i dopuścili się wielkiej swawoli…”
(Kantzow, Kronika pomorska).
„Takim sposobem wszyscy Słowianie sprzysięgłszy się ze sobą, znowu do bałwochwalstwa powrócili, pozabijawszy tych, którzy w wierze wytrwali… Stolica biskupa w Aldenburgu [Starogardzie] przez lat 84 była nie obsadzona… Córka króla duńskiego [Sigrida, żona Goczałka] została nago wypędzona z Mikilinburga, grodu Obodrzyców…” (Helmold, Kronika Słowian).
Oszalała z trwogi kobieta uciekła z małym synkiem Henrykiem. Ktoś litościwy okrył jej nagość opończą. W tym stroju dotarła do Starogardu, gdzie załogą dowodził krewny jej ojca, króla Swena. Ten odesłał spiesznie matkę i dziecko do Danii. Słusznie uczynił, gdyż w parę dni później Starogard został zdobyty, a wszyscy obrońcy razem z dowódcą polegli. Po całym kraju rozlega się zawołanie: — Bij! Ubij!… Wyżenąć Sasów! — Po raz trzeci grani ten okrzyk na skłonnej do posłuszeństwa ziemi obodrzyckiej, na nieulękłej ziemi Wieleckiej. Straszną siłę ma taki głos, jeśli mu wtóruje kto żyw z ludzi, a zdają się przytwierdzać ziemia, pagóry, obłoki i drzewa. Bij! Ubij! Nim pierwsze chłody jesienne ogołocą z liści drzewa, od Odry do Łaby, od wybrzeża morskiego do południowej granicy, nie masz ani jednego żywego Duńczyka czy Sasa, ani jednego kościoła lub krzyża. Ogarnięci paniką Sasi uciekają tym samym szlakiem, który dwukrotnie przebywali ich ojcowie, szlakiem moszczonym przerażeniem, oświetlonym łuną. Po raz trzeci grzywa ognia nad tymi samymi grodami. Biskupstwo starogardzkie spalone. Adalbert Wielki, niedoszły patriarcha, pierzcha wraz ze swym dworem, porzucając arcybiskupią stolicę w Hamburgu. Towarzyszy mu Ordulf wraz z niedobitkami wojska. Nie ochłoną ze strachu, aż w Bremie. W ucieczce, gdy spojrzą za siebie, widzą dopalający się Hamburg. Tłum zbuntowany szaleje. Goczałk wiele nabudował, więc jest co niszczyć. Niszczą i palą z rozkoszą. Nigdy jeszcze ślady chrześcijaństwa nie były zacierane z podobnie zaciekłym uporem.
„Słowianie zwycięscy cały kraj hammenburski zniszczyli ogniem i mieczem. Sturmarowie i Holzaci [północne plemiona saskie] prawie wszyscy albo pozabijani, albo w niewolę uprowadzeni zostali. Warownia Hammen-burg [Hamburg] zupełnie zniesiona i nawet krzyże na pośmiewisko naszego Zbawiciela połamane zostały.” (j.w.).
W stołecznym Zwierzynie stary Błus, jednomyślnie obwołany wodzem, przypomina wojom, że dotychczas nie została pomszczona śmierć ośmiu synów księcia Racibora, poległych przed dwudziestu trzema laty na przewłoce pod Heideby. Przyczyną ich klęski był niegodziwy zdrajca Goczałk, który już poniósł karę. Nie ponieśli jej natomiast Duńczycy.
„W tymże samym czasie Szlezwig, który inaczej Heidibo się nazywa, miasto Zaelbianów, na granicy królestwa duńskiego leżące, najbogatsze i najludniejsze, znienacka przez barbarzyńców napadnięte, z gruntu zburzone zostało. Spełniły się na nas… prorocze narzekania nad ruiną Jerozolimy. Sprawcą tego nieszczęścia był, jak powiadają, Blusso [Błus], który siostrę Godszalka miał za żonę…” (j.w.).
Na złą dolę sprowadził Adalbert, arcybiskup hamburski, Arystona z Jerozolimy i osadził na biskupstwie w Racesburgu. Został on wraz z opatem Answerem i innymi, ukamienowany. Okropną śmierć poniósł łagodny starzec, Jan ze Szwecji, który — zdaniem Helmolda — lubił podróżować.

Biskup Jan… w Mikilinburgu zachowany został przy życiu dla tryumfu… Naprzód kijami zbity, potem oprowadzany był po różnych grodach słowiańskich na urągowisko, a gdy do wyparcia się imienia Chrystusa przyprowadzonym być nie mógł, ciało jego z odciętymi rękami i nogami wyrzucone zostało na ulicę, głowę zaś barbarzyńcy na włóczni zatknąwszy, bogu swemu Radygostowi [Swarożycowi] na znak tryumfu poświęcili. To się działo w stolicy słowiańskiej w Retrze [Radogoszczy] 10 października [1066 r.].” (j.w.).
Nie byle to triumf ofiarować bałwanowi, o wytrzeszczonych ślepiach i wąsach ze złota, głowę umęczonego biskupa, ustrojoną dla szyderstwa w infułę. Zdaje się poganom, że swemu Swarożycowi samego Boga Krystusa rzucili pod nogi. Że Go zniszczyli, zabili! Upojony tłum depcze okrwawiony kadłub bez rąk i nóg, walający się na dziedzińcu świątyni. Skaczą przezeń, tańczą wokół. Zwyciężyły stare bogi! Litość przerażona opuściła ludzkie serca, zostawiając okrucieństwo.
Radosne wrzaski płoszą wielkiego odyńca-samotnika, co wylegiwał się w bagnie tuż pod częstokołem. Porwał się z groźnym fukiem, strzelając kielcami i pognał w trzemy, aż ziemia zatętniła. Ludzie oniemieli, padli na kolana, zakrywają twarze. Święty Wieprz! Opiekun grodu! Ukazał się Święty Wieprz! Biada! Biada!…
Lecz kapłani uspokajają strwożonych. Wielkie to zdarzenie wróży szczęście i pomyślność. Tłum skwapliwie podejmuje swe tany na nowo.
Wczesna zima skuła bagna, zatrzymała rzeki, otwierając wszystkie drogi. Przestały dawać schronienia ostrowy lub suche kępy na oparzeliskach. Drobne plemiona słowiańskie, siedzące głęboko w lasach, teraz wychynęły z puszcz. Tropią na śniegu ślady ukrywających się zakonników, księży, którzy nie zdołali przedostać się w porę za Łabę. Zabijają ich bez miłosierdzia, bo takie jest hasło: — Jeśli chrześcijanom życie darujesz, jpowrócą. A tego powrotu nikt nie chce.
Na zamku biskupa halberstadzkiego Burkharda (Halberstadt leży ok. 50 km na zachód od Łaby) radzą dostojnicy kościelni. Obok gospodarza, arcybiskup magdeburski, biskupi miśnieński i brandenburski. Rozważają położenie, które, nie ma co ukrywać, jest złe. Słowianie zajęli już kraj Tetmarszów, wyrżnęli Sturmarów i Holzatów. Już doszli do ujścia Łaby. Gdyby Bernard saski żył — stawiłby opór najazdowi. Niedołęga Ordulf uciekł, a wojsko za nim. Król Henryk nie przyjdzie na pomoc, gdyż uwikłał się w wojnę z Rzymem o samowolne obsadzenie przez papieża arcybiskupstwa w Mediolanie. Zresztą wszyscy wiedzą, że król nienawidzi Sasów i, kto wie, może w duchu raduje się z ich upokorzenia?… Jeżeli Słowianie zdobędą ziemie załabskie, co się stanie z cesarstwem? Co się stanie z Kościołem? Śmierć biskupa Jana woła o pomstę do Boga… Ta śmierć męczeńska to ostrzeżenie. Podobny los może stać się udziałem obecnych… Przeklęte diabły pogańskie! Kiedyż ich piekło pochłonie? Tyle lat, tyle wysiłków na marne! Od dwóch wieków krwawią nieustanne misje. Kamień nasiąkłby wiarą, przejął słońce Łaski, a te szatany wciąż równie oporne Słowu Bożemu, jak pierwszego dnia. Nic nie skruszy ich przewrotnych umysłów, zatwardziałych serc… Dwieście lat! Nie było od początku świata równie niegodziwego ludu, równie bezpłodnych wysiłków. Czyż czcigodny książę Goczałk nie starał się, nie zabiegał, usiłując pozyskać plugawe dusze poddanych… I oto jak mu odpłacili synowie Beliala, szczep Amorejczyków, nasienie niegodziwości. Wytępić plemię diabelskie to jedyne rozwiązanie…

Co do tego wszyscy obecni są zgodni. Wierzą w słuszność swych poglądów tak mocno, jak gdyby sam Chrystus Pan siedział pośród nich i przytwierdzał wyrażanym opiniom. Poczucie własnej winy nie przychodzi zadufanym w sobie purpuratom do głowy. Natomiast przyganiają książętom. Wierny wyraziciel zapatrywań ówczesnego duchowieństwa niemieckiego, proboszcz z Bożowa, Helmold, napisze:
„Słowianie zbrojną ręką zrzucili z siebie jarzmo służebnictwa i z taką zawziętością bronili swej wolności, że raczej woleli umrzeć niż znowu do chrześcijaństwa powrócić i daninę książętom saskim opłacać. Tę hańbę sprowadziła na książąt saskich nieszczęśliwa ich chciwość… Takimi daninami obciążyli Słowian, których w mocy swej… trzymali, że ci gorzką koniecznością pobudzeni, oprzeć się prawom Boskim i uległości Sasom zmuszeni zostali.”(jw).
Zgodność poglądów na charakter Słowian nie daje jednak odpowiedzi na zasadnicze pytanie: co czynić? Czekać biernie, aż poganie wpadną tutaj? Wszak wiadomo, że nikt nie przyjdzie z pomocą…
Za zezwoleniem Jego Wielmożności arcybiskupa, gospodarz zabiera głos. Czerwony na twarzy, tęgi, twarde rysy, wielkie pięści. Pięści samym kształtem mówią, że poręczniej im ujmować miecz niż krzyż lub kropidło. I słowami tnie jak mieczem. Krótko, dosadnie. Powiada: — Znam Słowian. Znam ich wojowanie. Pędzą niby żubry, tratujące wszystko po drodze, nie myśląc wcale, co zostawiają za sobą… Jestem pewien, że ściągnęli nad Łabę całe swoje wojsko… Ogołocili kraj… Głowę za to daję. Wystarczy uderzyć na nich od południa, a cofną się szybko z powrotem…
Uderzyć na tyły Wieletów?.. Któż to uczyni? — wzdycha arcybiskup. — Bolesław polski, samozwańczy król, który każe nazywać się Szczodrym? To nasz wróg zawzięty.
Na Włócznię św. Maurycego! Nie myślę o żadnym królu, zwłaszcza polskim. Myślę o nas… My, biskupi, mamy obowiązek ratować Kościół niemiecki… My mamy obowiązek pomścić śmierć konfratra Jana… Nikt tego nie zrobi, jeżeli my nie zrobimy.
Patrzą nań jak na szaleńca. On ciągnie z zapałem:
Wasza Wielmożność! Zwólcie mi tysiąc rycerzy! Tylko tysiąc. Na to, co zamierzam, starczy… Ja powiodę. Ja na tych diabłów uderzę.
– Zginiesz.
– Albo oni zginą.
– Zimą nie przejedziesz.
– Zimą przysposobię ludzi, a ruszę wiosną, zanim grunt rozmarznie.
– Do wiosny Słowianie mogą być nad Renem, a nasze głowy złożone Belialowi na ofiarę…
– Znam Słowian — powtarza Burkhard. — Oni zimą nie wojują. Staną w miejscu i grzać się będą w chatach albo przy ogniskach… Dopiero wiosną ockną się i ruszą… Naprzód albo, jeżeli mój plan się powiedzie, w tył.
W głosie jego brzmi tyle przekonania, że arcybiskup przystaje, obiecując wszelką pomoc i błogosławieństwo. Kończą zebranie, nieco skrzepieni na duchu.
To prawda, że Słowianie nie lubią zimą wojować. Dzień za krótki, noc za długa, koni nie ma gdzie popaść. Zima to pora odpoczynku. Niedźwiedź, wiadomo, mądry zwierz, a całą zimę śpi. Jak słusznie przewidywał biskup halberstadzki, mrozy wstrzymały impet, z jakim Słowianie druzgotali Sasów. Wojska obodrzycko-wieleckie postanawiają zimować na osiągniętych stanowiskach.

Śnieg pada wielkimi płatami, przygina ku ziemi drzewa, zasypuje drogi, ucisza świat. Każdy rad siedzieć spokojnie, a tu książę Błus zwołuje wiec do Lubeki. Wiec o tej porze!? Ważne widać mają się rozstrzygać sprawy. Gońców Błus rozesłał do wszystkich plemion. Trudna rada. Zbierają się w drogę, kto wierzchem, kto saniami, kto na zamarzniętej rzece na łyżwach kościanych. Zbierają się gromadami. Wprawdzie wilki dopiero w lutym niebezpieczne, ale zawsze kupą raźniej.
Na odmiecionym ze śniegu dziedzińcu zamkowym ułożono kołem kłody. Obsiadli je wiecowniey w sutych kożuchach, czapach baranich. Z ust biją obłoki pary, skroplone osiadają soplami na wąsach. Pośrodku kręgu płonie ognisko, pachołkowie dorzucają do niego karpiny, strzelającej skrami, woniejącej żywicą, i dębiny, która daje długotrwały żar. Dym z ogniska i kominów dworca idzie prostym słupem w górę, zapowiadając na jutro mroźną pogodę. Kawki krzyczą, krążąc wokoło wieży strażniczej.
Na kuchennym dziedzińcu służba od świtu do nocy warzy w wielkich kotłach strawę, pieką się cielce i skopy na rożnach. Do niedawna wstęp do tego dworca mieli tylko Duńczycy i Sasi, gdyż Goczałk nikomu innemu nie ufał. Teraz Słowianie tutaj gospodarzą. Zasiedli w krąg i poradzają statecznie.
Nad czym radzą? Błus gruntownie przemyślał rzecz, nim rozesłał gońców. Przed pół rokiem Obodrzyce okrzyknęli go wodzem powstania. Nie mogą narzekać, dobrze poprowadził sprawę… Wojna jest na ukończeniu, Błus rad by (któż by się dziwił) zatrzymać władzę i rządzić jako Wielki Książę, chce jednak, aby obioru dokonał wiec wszystkich plemion. Żeby mu nikt nie zarzucił, iż samowolnie dorwał się do tronu.
Ledwo zaczęto, o tym gadać, wyszła nowa sprawa. Czrezpienianie nastają, by księcia nie było w ogóle. Po wielecku, rządy niech sprawuje wiec. Z obecnych jedni są za tym, drudzy nie. Obodrzyce, przyzwyczajeni słuchać swoich książąt, dowodzą, że co innego Wieleci, a co innego tutejszy kraj pograniczny. W razie saskiego napadu nie czas na wzywanie wiecu, trzeba natychmiast iść w pole. Dlatego bez księcia nijako…
Zdanie Obodrzyców podzielają Ranowie, obecni na wiecu przypadkiem. Przypłynęli do Lubeki jesienią, ofiarowując powstańcom sojusz przeciw Duńczykom, co z wdzięcznością zostało przyjęte. Wczesny mróz uwięził im łodzie. Czekają teraz odwilży, żeby przedostać się na pełne, nie zamarzłe morze.
Ranowie mają wśród Słowian wielkie poważanie, dzięki swemu męstwu i niezrównanej sprawności żeglarskiej. Trzymają się wyniośle, dumni ze swej wyspiarskiej niezależności. Choć na tę wyspę przejedziesz z łatwością zimą ze Strzałowa po lodzie, Ranowie różnią się obyczajem i sposobem bycia od pobratymców lądowych.
Trwający od kilku dni spokojny tok narad przerywa niespodziewane zdarzenie: Stary Błus upoważnił do wejścia na dziedziniec Goczałko-wego syna, Budziwoja. Skąd wylazł ten wilczek? Gdzie się ukrywał od lata, że go dotąd nie ubito? Po co przyszedł? Po śmierć? Ano może ją tu spotkać. Błus zasłania siostrzeńca.
– Ja ręczę za niego — powiada. — Bezbronny jest, niechajcie go. Posłuchajmy, co chce rzec, a potem wróci skąd przyszedł…
Błus jest wodzem, więc obecni przystają, choć niechętnie. Młodzik staje na kłodzie, hardo podnosi głowę. Po co przyszedł? Upomnieć się o swoje prawa. Jest dziedzicem, księstwo do niego należy.
Śmiech rozgłośny bucha, aż kawki się płoszą.
– Uciekaj stąd, wyskrobku, co rychlej, żeby śladu po tobie nie było!
On się upiera. Obiecuje, że chrześcijaństwo odrzuci, z Sasami się nigdy nie zada. Nie słuchają go, nie ufają zapewnieniom. Redary wypominają mu pradziada Mściwoja, co przed Swarożycem podobnie przysięgał, a potem — liszka obmierzła — do Niemców powrócił.

Dość gadania! — krzyczą inni. — Jeżeli zostanie, będzie się mścił śmierci ojca. Budziwój zapewnia, że mścić się nie będzie, na co obecni spluwają ze wzgardą. Jeszcze inni wołają:
„Cóż by nam pomogło, że… zabiliśmy Godszalka?… Ten by nas gorzej od ojca udręczył. Przychyli się do Sasów i nowe sprowadzi na naród nieszczęścia.” (Helmold, Kronika Słowian).
Wrzawa rośnie. Budziwój podnosi głos po książęcemu. Tego już ludziom za wiele. Nie w porę takie panochy, nie w porę! Precz z łajnem! Ktoś rzucił na ziemię kożuch i sunie do księcia, żeby go wyciepać z dziedzińca. Budziwój wyszarpnął z zanadrza saski migocący sztylet. Podła gadzina! Bezbronny był pono. Bij, ubij! Zewleczone kożuchy leżą na śniegu, podnoszą się pięści, maczugi. Zgiełk, kotłowanina. Budziwój się wyrywa, a na ziemię pada Błus trafunkiem uderzony przez łeb pałką jakiegoś gorliwca. Rzucają się wszyscy ku niemu podnosić, cucić, rozcierać. Nic nie pomoże. Ducha od razu wyzionął. Szkoda go, szkoda. Dzielny był, prawy mąż. Przysłużył mu się pociotek…
…Dawajcie tego odmieńca! Oho, już go nie ma. Skorzystał z zamieszania, by zbiec. Szukają go nadaremnie. Zna on dobrze tutejszy dworzec, jego zakamarki, tajemne przejścia, to umknął. Albo przemienił się w gacka, bo chrześcijańskie czary też zna… Niech się powracać nie waży.
Po wielodniowym, szumnym pogrzebie starego woja podjęto narady. Wiecownicy jednomyślnie uchwalają odsunięcie na wiek wieków krwi Goczałkowej od księstwa obodrzyckiego. Bodaj sczezł ten ród tchórzliwych zaprzańców, saskich kłamliwych pachołków, bodajby przepadł na zawsze!
Lecz kogo wybrać? Padają różne imiona, a jedno drugie utrąca. Ra-nowie powiadają, że nie masz dzielniejszego władyki nad Rruta syna Gryna, ze sławnego rodu książąt rańskich. Ten ci byłby księciem wedle serca narodu. Polecenie Ranów zasługuje na uwagę, że jednak nikt z obecnych nie słyszał o synu Grynowym, starszyzna postanawia poruczyć tę sprawę bogom. Gdy tylko lody skruszeją, posłańcy wiecowi popłyną do Radogoszczy, zawożąc sute ofiary i prosząc kapłanów o wróżbę. Do ich powrotu, najstarsi spośród wiecowników zostaną tutaj, aby zawiadywać krajem.
Nigdy zaskoczenie nie było pełniejsze, a przebudzenie straszliwsze.
o pierwszym brzasku świtu zbrojni napastnicy otoczyli radogoskie wały. Wdzierają się ze wszystkich stron naraz. Już się zmagają z nieliczną załogą. Darmo kapłani grzmią w rogi, obrońcy miotają kamienie, niewiasty niosą cebry z wrzącą wodą, już święty gród pełen zbrojnych. Każdy z Redarów toporem rąbie za dziesięciu, kłuje oszczepem, ranny rzucony na ziemię kąsa zębami, jak wilk. Próżna zaciekłość, nie uzyskają przewagi, nie osłonią Swarożyca! Po raz pierwszy, odkąd Radogoszcz istnieje, nieprzyjaciel dotarł tutaj, do serca Wieletów, do niezdobytego grodu. Którędy przeszedł? Dlaczego nikt go nie wstrzymał po drodze? Gdzie siła Świętego Związku, która służyła za tarczę? Już słowiańscy woje wybici do nogi. Bronią się jeszcze w świątyni kapłani. Nie na długo tej obrony! Bramy wywalone, a częstokół płonie.

Na dziedzińcu tłum kobiet i dzieci jęcząc z rozpaczy, wzywa na ratunek bogów. Ogień sięga ścian świątyni jaskrawymi jęzorami. Stare żywiczne drzewo nie stawia oporu. Napastnicy rąbią błagalne gromady, spychają bezbronnych w żar. Płomienie już powiewają niby proporce na dachu, już słupy i belki skręcają się trzeszcząc. Już zajął się posąg Swarożyca. Złota zbroja na nim topi się, wzdyma i pęka, odsłaniając nagie drzewo. Kapłani kołem otoczyli boga. Nie ugaszą ognia, ale zginą wespół z nim. Chciwe ręce napastników rabują skarbiec świątyni, dary nagromadzone wiekami. Puchary, misy, rogi, miecze, tarcze szczerozłote… Dach świątynny zapada się w głąb. Z zabudowań obok skarbca najeźdźcy wyprowadzają białego ogiera. Chrapie wietrząc dym, tuli gniewnie uszy. W wypukłych oczach źrebca odbija się pożar. Z dogorywających obrońców jeden, drugi zamachnął się włócznią, aby zabić zwierzę, zanim je pohańbią, lecz dłoń opadła. Nie starczyło im sił czy odwagi?… Może odezwała się cicha nadzieja, że bóg dosiądzie swojego wierzchowca i wrogów triumfująco powali? Depcząc trupy, świętokradcy wynoszą ze składów siodło i rząd Swarożyca, nigdy przez śmiertelnego nie używane. Kiełznają, poprężą rumaka, który wspina się, miota, usiłuje zębami sięgnąć nieprzyjaciół. Biją go. Biją wróżebnego konia! Biją, a grunt się nie zapada, ziemia ich nie pochłania!…
Napastnikami dowodzi mąż tęgi, w pozłocistym pancerzu na czerwonej sukni. Władczo z siodła wydaje rozkazy, kieruje natarciem, rozgląda się bacznie wokół. Uznawszy dzieło za dokonane, daje hasło do odjazdu. Sam przesiada się na białego ogiera. Koń zbuntowany to staje dęba jak świeca, to kwiczy z gniewu, spuszcza na dół łeb, wierzgając zadem z wściekłością. Lecz mąż w czerwieni jest silny, zdziera wodze, aż wędzidło kaleczy pysk źrebca, długą ostrogą orze jego boki. Krew spływa po białej sierści, którą pokryły już ciemne plamy potu. Nareszcie zwierzę ulega, mąż w czerwieni rusza w skok. Koń przesadza leżące na dziedzińcu trupy i porozrzucane włócznie. Niczyje oczy nie śledzą, którą je nogą przestąpił, bo nie masz, kto by był żywy. Tylko ogień huczy i strzela, obejmując pozostałe budynki świątynne.
To biskup halberstadzki Burkhard uczynił, jak zapowiedział. Zaledwie śnieg nieco zeszedł, ukazując zeszłoroczną rudą trawę i zieleń ozimin, podniósł na nogi hufiec przedniego rycerstwa i ruszył. Bez taboru, bez wozów czy sań, tylko z luzakami, którzy dźwigali nieco żywności i owies. Stogów po drodze nie oszczędzali i na postojach konie stały po kolana w sianie, a ludzie spali przy koniach. Przeprawili się przez Łabę poniżej ujścia Haweli (Hoboli), stamtąd pognali na Kunów i Mirów. Nie napotykali po drodze żadnych sił zbrojnych. Tylko mieszkańcy siół czy grodów wybiegali z domów, patrząc z przestrachem na przejeżdżających. Nie tykano ich, by wieść o wypadzie nie rozeszła się za wcześnie. Okrążyli od południowego wschodu Morzyczańskie Jezioro; (na rozlewiskach zamróz jeszcze dobrze trzymał). Niecały tydzień jechali cd Łaby do Radogoszczy. Powrót potrwa nieco dłużej, będą bowiem pustoszyć i palić po drodze.
Szczęśliwy czuje się Burkhard. Pomścił śmierć biskupa Jana, spalił Swarożyca. Spalił pogańskiego bałwana! Śmieje się w głos i kłując ostrogami zmęczonego źrebca, gna przez pola i łęgi, niby biało-purpu-rowe złowrogie widziadło.
„…Burkhard, biskup halberstadzki, wtargnąwszy, spalił i spustoszył ziemie Luciców, a zabrawszy konia, którego czczą w Radogoszczy jako boga, i dosiadłszy go, wrócił na nim do Saksonii…” (Annales Augusten-ses, anno 1068).

Gdy wieść okropna dojdzie do sąsiednich grodów i zbrojne gromady nadbiegną z odsieczą, po napastnikach nie będzie już śladu. Są tylko trupy, stada wron i zgliszcza. Grzebiąc w popiołach, można by znaleźć pogięty puchar Swarożyca, stopione blachy zbroi, może złote wąsy skręcone i sczerniałe od żaru… To wszystko, co z boga zostało.
Straszno bywa stać nad grobem swojego rodu, swojego grodu, czy swojego kraju, lecz ileż straszniej zobaczyć popioły miejsca, skąd czerpano moc. Miejsca, co było źródłem wiary, dumy, czci i zaufania… Był bóg — nie ma boga. Tu się narodził obyczaj pradawny, wszelkie działanie stąd brało początek. Tu leżał kamień węgielny ich świata. Pokolenia za pokoleniami kłoniły się na tym progu i odchodziły skrzepione. Co mają obecnie czcić, do kogo się modlić? Popiół został, nic tylko popiół… Jak żyć będą teraz Redary?..

ROZDZIAŁ XIV
KRUT SYN GRYNA

Obarczeni bogatymi darami posłowie obodrzycey nie zdążyli jeszcze wyjechać do Radogoszczy, gdy przyszła wiadomość, że świątynia Swarożyca nie istnieje. Wiadomość padła jak grom. Czy ziemia się rozstąpiła, czy jezioro wyszło z brzegów, karząc w ten sposób czyjąś zbrodnię lub bluźnierstwo? Nie, nie, po trzykroć nie! Puszcza rosła jak dawniej, jezioro z trudem uwalniało się od lodu — po prostu Niemcy przyszli, gród spalili, po czym odjechali… Chciało się potraktować niewiarogodną tę wiadomość jako bajkę, oman rzucony na umysły ludzkie, lecz opowiadający wymieniali dzień, w którym zaszło nieszczęście. Podawali szczegóły, opisywali męstwo obrony, uprowadzenie świętego ogiera… Należało uwierzyć. Słuchacze kamienieli ze zgrozy. Każdemu drżało na ustach pytanie: A bóg… Co?… Spuszczali głowy, dowiadując się z toku powieści, że Swarożyc dał się spalić, jak by był zwykłym pniem drzewa, nie bogiem…
Redary i Doleńcy strzegący placówek nad Łabą, posłyszawszy co się stało, rzucili gromadnie stanowiska, nie opowiadając się nikomu i brnęli przez roztopy do domów, by własnymi oczami ujrzeć prawdę, w którą nie mogli uwierzyć. Na linii obronnej powstawały luki, przez które Sasi mogli łatwo przejść Łabę z powrotem. Obiór nowego księcia stawał się zatem sprawą palącą. Wiec nadal obradował w Lubece, rozpatrywał kandydatów z rodu dawnych książąt plemiennych, ale zbyt wielu ich było. Na każde wymienione imię podnosił się chór sprzeciwu tych, co sami pragnęli zostać wybrani. To skłoniło na koniec wiecowni-ków, by za poradą bawiących tu zimą Ranów ofiarować rządy nad Obodrzycami Krutowi, księciu rańskiemu. Wnet wysłano do niego poselstwo. Posłowie popłynęli po wzburzonym wiosennie morzu, nie wiedząc, jakie spotka ich przyjęcie. O Ranach zgodnie mówiono: dobrzy jako sojusznicy, bo pewni i wierni, ale trudno się z nimi przyjaźnić, gdyż nieprzystępni i hardzi Wiec czekał na powrót posłów i biadał. Przeklinał Goczałkowica Budziwoja, który uciekłszy z Lubeki w dniu śmierci Błusa, udał się wprost do Ordulfa i tam podżegał niedołężnego księcia przeciw własnemu narodowi. Szpiedzy słowiańscy śledzący jego poczynania opowiadali, jak mu się kłaniał a korzył:
„Wiadomo jest Twojej Jasności, o największy z ludzi, jak wiernie mój ojciec Godszalk poruczone mu rządy w kraju słowiańskim na cześć Boga i dziada twego [Bernarda] sprawował, niczego nie zaniedbując… Ja też chcę naśladować ojca mego pokorę z całą wiernością i oddaniem się, poleceniom saskich książąt będąc posłusznym… Aby mi choć czczy tytuł, a wam owoce pozostać mogły…” (Helmold, Kronika Słowian).

Słowa wypowiedziane do Ordulfa można było uważać za stracone. Kto na niego rachował, „opierał się jakoby na kiju ze trzciny i do tego połamanym” (Helmold. j. w.), natomiast dorastający syn Ordulfa, Magnus, podobny był z zaborczości i energii do dziada swego Bernarda, którego imię dotąd jeiszcze wspominano wśród Słowian ze zgrozą. Magnus obiecał wygnańcowi „umysł swój i siły wytężyć, aby ujarzmić buntowniczych Słowian”, (j. w.).
A tu pola obsychały i zbliżał się czas siewów… Bociany chodziły stadami po zieleniejących, zalanych wodą łęgach, klekotały na zeszłorocznych gniazdach. Każdego z wiecowników aż rwało do domu, do robót polnych. Z podwójną zatem niecierpliwością oczekiwano powrotu wysłańców.
Nadpłynęli szybciej, niż się spodziewano, i w zwiększonej liczbie łodzi. Książę rański, Krut syn Gryna, z półsetką swych wojów, przybył razem z posłami obejmować władzę. Małomówny, surowy, zgodnie z obyczajem Ranów i własnym imieniem: Krut znaczy tyleż co srogi. Od słowa Krut pochodzi okrutny, okrucieństwo. Ani jednego zbędnego dnia nie chciał zatrzymać się w Lubece czy Zwierzynie, ruszając natychmiast nad Łabę do wojska.
Obecność jego była tam wielce potrzebna. Śmierć Błusa, bezczynność zimowa, a ostatnio grom radogoski, obniżyły wartość bojową słowiańskich szeregów. — Gdyby Magnus dziś nastąpił, tyle byście go zadzierżyli, co wodę rzeszoto! — złościł się Krut. Na psa takie wojowanie! Gniewny objeżdżał stanowiska, sprawdzał uzbrojenie załóg. Tu, na Łabie, rozstrzygną się losy Obodrzyców. Ze strony Duńczyków nie groził chwilowo najazd.
Historyk Orderyk Vitalis, autor dzieła Historia Eccle-siastica zapisał pod rokiem 1069:
„W tym czasie Swen, król Duńczyków… wystawił liczną flotę… i wysłał do Anglii… Rozporządzał wielką potęgą, ściągnął wszystkie siły ze swego królestwa, do których dołączył wielkie posiłki z sąsiednich a zaprzyjaźnionych krajów… Także Lucice przysłali na wyprawę angielską oddziały posiłkowe… W ich kraju mieszkał naród liczny, który spętany błędami pogaństwa nie poznał dotąd Boga prawdziwego… Lud ten był doświadczony w walkach na lądzie i morzu…”
Zaiste nie było obawy, aby król duński pozbywał się cennych sprzymierzeńców Wieleckich dla obrony praw Goczałkowiców! Co innego Magnus! Ten rad chwytał powód, by wmieszać się w sprawy słowiańskie. Wiedziano, że udzielił Budziwojowi 600 wyborowych jezdnych, pozwolił zebrać siły Bardów, Holzatów, Sturmarów oraz Tetmarszów i obiecał osobiście nadciągnąć z odsieczą, gdyby tego zaszła potrzeba.
Toteż w niecały rok później Budziwój na czele wojska przekroczył Łabę, wszedł na ziemię Wągrów i obiegł warownię Płońsk (dziś Plon). Wówczas Krut przemyślnym wybiegiem (Krut znaczy także „kręty”, wykrętny — mawiali później z uznaniem jego poddani) wywiódł po kryjomu załogę z twierdzy, pozwalając nieopatrznemu młodzikowi zająć niebroniony gród. Gdy Budziwój wprowadził do warowni wszystkie swoje siły, Krut błyskawicznym manewrem otoczył wały wojskiem. Oblegający stali się oblężonymi. Zapasów w twierdzy nie było. Magnus nie nadciągał z pomocą. Nie mógł nadciągnąć, gdyż równocześnie rozgorzała wojna pomiędzy królem Henrykiem IV a księciem Ottonem bawarskim. Króla wspomagał arcybiskup Adalbert. Przy Ottonie stał syn Ordulfa Magnus. Sprawa obodrzyckiego książątka zeszła na plan dalszy.

Dnia 8 sierpnia 1071 r. zginął Butue [Budziwój] i cały kwiat Bardów przed warownią Plunę [Płońsk]. Spotężniał Krut i dzieło rąk jego… I otrzymał władzę nad całą ziemią słowiańską, a siły Sasów starte zostały. Oni sami pod władzę Kruta przeszli i dań mu płacili, oni, to jest cały kraj Nordalbingów [północna Saksonia] pomiędzy trzy ludy podzielony, pomiędzy Holzatów, Sturmarów i Tetmarszów. Wszystkie te ludy przez cały czas rządów Kruta znosiły najsroższe jarzmo poddaństwa. …W owych czasach wiele rodzin holzackich powstało i przebywszy rzekę Elbę, poszło bardzo daleko, szukając sobie dogodnych siedzib, gdzie by zawziętości prześladowania uniknąć mogli.” (Helmold, Kronika Słowian).
Teraz dopiero, pokonawszy natrętnego sługę Sasów, Budziwoja, Krut mógł spokojnie rozejrzeć się po swym władztwie. Nowo zwołany wiec wszystkich plemion obwołał go jednomyślnie Wielkim Księciem. Granice obszernego państwa Goczałkowego powiększyły się jeszcze o kraj północnych Sasów. Słusznie pisał kronikarz, że spotężniał Krut. Ludy słowiańskie miały nareszcie księcia oddanego starej wierze, równie jak oni nienawidzącego cudzoziemców, księcia, co bił Sasów, miast im się kłaniać. Szczęśliwy obiór władcy należało dopełnić złożeniem bogom ofiary. Każde plemię, każdy gród posiadał własne bóstwo opiekuńcze, lecz ważność zdarzenia wymagała oddania czci najstarszemu z bogów. Do niedawna za takiego uchodził Swarożyc. Niestety, już go nie było. Nie istniała Radogoszcz. Pozostawały dwa ośrodki wiary pogańskiej równe znaczeniu Rzymu dla chrześcijan. Były nimi świątynia Trzygława w Szczecinie na ziemi Wkrzanów i Arkona na wyspie Ranie. Do tej ostatniej Wielki Książę Obodrzycki, Krut, z rodu książąt rańskich, skierował poselstwo i kosztowne dary.
Położona naprzeciw Strzałowa, Gryfii i Wołogoszczy wyspa Rana (dziś Rugia) posiadała w owym czasie większą powierzchnię niż obecnie i mniej poszarpaną. Nieustanna, dziewięćsetletnia działalność morza usiłującego skruszyć skalistą warownię uczyniła dziś z Rany (Rugii) kilka wysp połączonych między sobą wąskimi smugami lądu. Lecz wtedy Rana była urodzajna, gęsto zaludniona, posiadająca liczne grody i przystanie. Zamieszkiwał ją lud zamożny, zuchwały, skory do bitki. Mawiano na lądzie, że jeśli Ran powie: „Tak chcą bóg i miecz” lepiej zważać na jego pięści niż na gębę. Nie czuli braku ziemi, gdyż większą część życia spędzali na morzu. Morze żywiło i rybaków i korsarzy.
Piękne świadectwo społeczności rańskiej wystawił kronikarz Helmold: „Ranowie… jaśnieją wielu wrodzonymi przymiotami. Odznaczają się gościnnością, a rodzicom okazują winną cześć. Nie ma też u nich ubogich ani żebraków. Skoro bowiem znajdzie się pomiędzy nimi człowiek chory czy zgrzybiały, poruczają go opiece jednego z jego potomków, który jest obowiązany pielęgnować go z całą ludzkością.”
Brakło na Ranie borów; niewielkie laski, zwane stubnicami, stanowiły własność kapłanów lub księcia. Były nietykalne, podobnie jak żyjąca w nich zwierzyna. Z braku opału ludzie palili torfem, obficie znajdującym się w niektórych punktach wyspy, i szczątkami rozbitych, wyrzuconych na brzeg łodzi. Tych również nigdy nie brakło. Prawa łowieckie zastrzeżone były dla księcia. W przyszłości, gdy zginą książęta rańscy, rowi właściciele wyspy ogłoszą, że poddanym wolno posiadać psa tylko o trzech nogach. Przeto każdy, co pragnął mieć stróża zagrody, obcinał szczeniakowi jedną łapę. Za dawnych czasów tego okrutnego zwyczaju nie znano, choć kary za łowiectwo były surowe. Wilki nie trzymały się na wyspie, przechodziły przesmyk zimą po lodzie, lecz nim roztajało, wracały na ląd, przeto zwierzyny była na wyspie obfitość. Jelenie, sarny, zające, wszelki zwierz drobny, i mnogość ptactwa. Głuszce, cietrzewie, jarząbki, słonki, żurawie, łabędzie, dzikie gęsi, dzikie kaczki i różne rodzaje mew.
Żadne gęsi nie mogły równać się co do wielkości i gatunku puchu z tymi, które chowały gospodynie rańskie. Co jesień długi sznur łodzi wiózł biały, pierzasty ładunek na targ do Strzałowa. O tym także znana była gadka na lądzie: „Ogląda się, niby rańską gęś na Strzałów”.
Kiedy Subisław, syn Niebora, przedstawiciel starszyzny obodrzyc-kiej, i Raczek, jeden z wojów rańskich, co przybyli razem z Krutem, wprowadzili łodzie poselstwa do zatoki zwanej Bug, pełno już w niej było licznych statków i czółen. Podobnie działo się w każdej przystani. Las masztów chwiał się naokoło wyspy. Raczek wyjaśnił towarzyszom, że zjazd ten ma związek z świętem jesiennym. O tej porze cała ludność przynosi Swiętowitowi dary plonów ziemi i dziesięcinę ze zbiorów. W tych dniach również każdy z Ranów, czy mężczyzna czy niewiasta, wpłaca jeden pieniążek do skarbca świątyni. Podobnie ze wszelkiego łupu wojennego czy korsarskiego trzecią część składano bogu w dowód wdzięczności za osiągnięte korzyści.

Arkona, gród święty, leżała na północno-zachodnim cyplu półwyspu Witów, a Sakso Gramatyk pozostawił dokładny jej opis:
„Pośrodku obszernego placu stała świątynia drewniana o nadzwyczaj misternej budowie… Zewnętrzne jej ściany… pokrywały płaskorzeźby, wyrażające najrozmaitsze postacie… W świątyni stał ogromny posąg [boga Swiętowita], wielkością przewyższający kształt ludzki, czterema głowami i tyluż karkami wzbudzający zadziwienie. Dwie głowy zdawały się zwracać w stronę piersi, dwie w stronę pleców. W obu parach głów jedna spoglądała wprost przed siebie, a druga na lewo. Brody i włosy miały krótko postrzyżone, tak że widoczny był zamiar rzeźbiarza, aby przedstawić sposób, w jaki noszą się Ranowie. W prawej ręce posąg trzymał wielki róg, wykonany z kosztownego kruszcu… w lewej złoty łuk i strzały…” Swiętowit miał długą szatę sięgającą łydek i stał jak człowiek, stopami na ziemi. Opodal leżało jego uzbrojenie, siodło, rząd i różny sprzęt. Bogactwem i ozdobą wykonania wyróżniał się spośród nich miecz… (Sakso Gramatyk, Gęsta Danorum).
Wiedziony przez Raczka Subisław razem z towarzyszami i służbą, niosącą przywiezione dary, wspięli się po stromym wzgórzu ku bramie grodu, bronnej wieżą, dzisiaj szeroko otwartej. Za bramą cisnął się nieprzeliczony tłum ludzi, którzy nie mogąc pomieścić się na dziedzińcu,
obsiedli wały wkoło gęstym wieńcem. Złożyli już w świątyni dary owoców i zboża; teraz czekali, rychło kapłani ogłoszą rozpoczęcie święta.
Pokryte rzeźbą od zewnątrz, obite złotą blachą od wewnątrz, wrota świątyni, podobnie jak brama, były szeroko otwarte. Czekający ludzie widzieli przez nie uwijającego się w gmachu kapłana, zmiatającego pył z podłogi świątyni i rozwieszającego wieńce. Czynność, acz łatwa, zabierała mu wiele czasu, nie śmiał bowiem odetchnąć w obecności boga. Zaciskał więc usta, a gdy już nie mógł wytrzymać, wybiegał przed wrota, by nabrać w płuca powietrza. Z ciągłego wysiłku wstrzymywania tchu był spocony i na wpół zduszony; surowy rytuał jednak mówił, że lepiej trupem paść niż skazić boga nieczystym ludzkim oddechem. Tylko w przytomności najstarszego z kapłanów, sprawującego ofiary, zakaz ten nie obowiązywał. Nareszcie żerca skończył, odetchnął z radością i zawarł wrota od środka. Znaczyło to, że uroczystość zacznie się nazajutrz o świcie.

Pogodną sierpniową noc spędził każdy tam, gdzie stał. Noc była chłodna, lecz bliskość wzajemna ciał grzała. Morze połyskiwało w mroku, bielejąc smugami piany. Wiatru nie było i tylko woda chlupotała rytmicznie o skały.
Ledwie gwiazdy pobladły, a wąskie skrzydła mew jęły ciąć i rozganiać mrok, zagrzmiały rogi niewidzialnych jeszcze żerców. Brzmiały dojmująco, niosły się daleko po morzu. Spoza świątyni wyszły pacholęta w bieli, niosące owoce, jarzyny, kłosy, zboża, leszczynowe orzechy, chmielowe szyszki, kiście prosa i makówki. Za nimi starsi dźwigali półroczne baranki, nieśli drób, prowadzili źróbki, pędzili podświnki i cielęta. Dziedziniec wypełnił się myczeniem, beczeniem, kwikiem, gdakaniem, rżeniem, zmieszanym z chrapliwym rykiem rogów. Teraz szli żerce. Jeden z nich dźwigał złoty dzban, wypełniony napojem uwarzonym i ziół i miodu. Za nim szedł najstarszy kapłan. Wyróżniały go długie siwe włosy, spływające na ramiona, oraz równie siwa broda.
Kapłani weszli do gmachu i wśród uroczystej ciszy długowłosy żerca wyjął z dłoni posągu drogocenny róg. Ukazał towarzyszom i stojącemu na zewnątrz ludowi, że jest pełen zeszłorocznego napoju, co samo przez się stanowiło dobrą wróżbę. Na powierzchni płynu ciemniała warstewka pyłu, pływały po niej muchy i źdźbła ziół przyniesionych z wiatrem, niemniej kapłan wychylił ten kielich do dna z wyrazem lubości. Podano mu złoty dzban. Strząchnął z niego parę kropel na ziemię, napełnił róg po brzegi i ostrożnie umieścił z powrotem w prawicy boga. Teraz tłum się poruszył, rozstąpił. Przez ciżbę przedzierał się korowód mężów, niosących rumiany obły przedmiot, podobny z dala do wysokiej tarczy. Z jbliska okazywało się, że to nie jest tarcza, lecz olbrzymich rozmiarów kołacz. Pieczono go w osobnym piecu, jedynie na tę okazję raz do roku używanym, a mieszenie ciasta stanowiło przywilej niewiast z paru najprzedniejszych rodów rańskich. Długowłosy żerca odwrócił się od posągu, a ludzie z plackiem stanęli przed nim twarzami zwróceni do tłumu. Kołacz zasłaniał kapłana, który zza ściany ciasta zawołał: — O ludzie, czy mnie widzicie? — Odpowiedzieli chórem: — Nie widzimy ciebie wcale! — Po trzykroć tak pytał i za każdym razem tysiąc głosów odgrzmiewało: — Nie widzimy ciebie wcale! — Za trzecim razem długowłosy opuścił piernikowy szaniec. Był łaskaw, pogodny. Wróżba wypadła pomyślnie. Urodzaj przyszłoroczny zapowiada się bogaty, a ludzie będą piec chleby wielkie, jak ten kołacz.
Słońce padło przez otwarte wrota do wnętrza świątyni, odbijając się złociście w rogu trzymanym przez Swiętowita. Jeszcze jedna pomyślna wróżba. Obrzędy religijne były zakończone. Teraz zaczynało się swobodne ucztowanie, śpiewy, pląsy i znów ucztowanie, i tak przez kilka dni.
Poselstwo Wielkiego Księcia Obodrzyców przyjęto z należnym szacunkiem. Długowłosy kapłan pochwalił dary i powiódł gości do skarbca, gdzie od wieków gromadzono cermości składane Swiętowitowi, nie tylko przez Ranów, lecz również przez inne plemiona słowiańskie, a nawet ludy skandynawskie. Sława Swiętowita rozchodziła się bowiem szeroko. Nie ukrywając zadowolenia kapłani ukazywali posłom te bogactwa. Największego jednak skarbu świątyni nie odsłaniano nigdy przed nikim. Nie wspominano o nim nawet. Niejasne tylko wieści, krążące między ludem, mówiły o świętym i mocnym Znaku zwanym Stanicą. Sprawiono dla posłów wróżbę za pomocą zakopanych w ziemię losów. Losami nazywano gładkie, małe deszczułki po jednej stronie czyste, po drugiej czernione sadzą. Zakopane, po licznych śpiewach i zaklęciach odkopywano znowu. Długowłosy kapłan rzucał je z rozmachem w górę. Patrzano z biciem serca, którą padną stroną. Stary wróż umiejętnie rzucał. Prawie wszystkie tabliczki świeciły bielą. To wieściło niechybnie panowaniu Kruta odługotrwałą pomyślność i pokój.
Nie byle jaką wiedzę mieli arkońscy kapłani, wróżby ich bowiem ziściły się słowo w słowo. Od dnia złożenia Swiętowitowi darów przez Subisława, syna Niebora, minęło dwadzieścia lat w niezamąconym pokoju. Błogo brzmi to słowo: pokój. Od dawna nie zaznali go Słowianie! Tym bardziej cenili sobie obecny szczęśliwy czas. Nie pustoszył kraju nieprzyjaciel, nie nękały coroczne najazdy tych czy innych wrogów.

Można było chwalić jawnie stare błogi, składać obiaty ubożętom czy zmarłym dziadom, nie kryjąc się z tym po lasach. Ziemia uprawiana bez trwoirego pośpiechu dawała obfite plony. Mnożyły się świnie, rosło piękne bydło, mleczne krowy, silne woły. Komory były pełne. Rolnicy, rybacy, łowcy, bartnicy, wszyscy żyli dostatnio, nie głodno. Nie obawiając się wroga, jęto staranniej budować chaty i chlewy. Rozrosły się grody, wzmógł handel. Młodzież tylko z opowiadań znała grozę wojny. Ludzie cieszyli się życiem, ufali, że tak już na zawsze zostanie. Chwalili bogów i Wielkiego Księcia, któremu zawdzięczają obecną pomyślność. Krut on był, ale tylko Sasom, którzy skwierczeli pod jego żelazną pięścią. Dla swoich był sprawiedliwy, surowy, owszem, nie dopuszczający swawoli, ale sprawiedliwy.
Szanując swego władykę, woleliby może, aby był bardziej ludzki, przyjacielski. Tej cechy jednak Krut syn Gryna nie posiadał. Nikt się z nim nie poufalił, on z nikim się nie przyjaźnił. Uczestniczył, jak przystoi, w ofiarach składanych bogom, lecz nigdy nie brał udziału w świątecznych ucztach czy pląsach. Nie zdarzyło się, by przyszedł popatrzeć na Sobótkę, gdy stosy płoną, a junaki skaczą przez płomienie. Albo jak dziewki puszczają wianki na wodę przy śpiewkach, piskach, wybuchach śmiechu lub płaczu. Kto żyw, przychodził patrzeć na to widowisko, tylko książę pozostawał w swym dworcu. Jedyną jego rozrywkę stanowiły łcwy, ostatnio jednak ociężał i nie kwapił się już gonić za zwierzem jak dawniej.
Domyślali się poddani, że nie tylko wiek, ale nieznane im troski powodują książęcą posępię. Pewnie się frasuje, komu dziedzictwo zostawi. Trzecią już ma żonę, a potomka ani śladu. Na to inni powiadali, że wszak ród Kruta jest liczny. Rodzeni bracia księcia mieszkają na wyspie Ranie. Niechby usynowił bratanka i następcą po sobie naznaczył.
Troski omraczające duszę Kruta syna Gryna były liczniejsze i do rozwiązania trudniejsze, niż to sobie wyobrażali poddani. One sprawiały, że nie będąc jeszcze zbytnio pomkły w latach, postarzał mocno w ciągu ostatnich lat. Choć po dawnemu modłą rańską golił policzki i brodę, strzygł krótko siwe włosy, to jednak kępki szpakowatej szczeci sterczące z nozdrzy i uszu, a także zjeżone brwi czyniły twarz starego księcia podobną do odyńca. Jakoż i z usposobienia przypominał dzika samotnika, co w pojedynkę depcze gniewnie ściółkę leśną, przetrawiając w sobie niechęć ku wszystkiemu stworzeniu. Bardziej niż lata, myśli gorzkie niby piołun przygarbiły jego barczyste plecy i zbruździły czoło.

W (przeciwieństwie do ludu, który przypisywał księciu zasługę panującego w kraju spokoju, Krut wiedział, iż obecne bezpieczeństwo Obodrzyców wynika mniej z jego siły niż ze słabości sąsiadów. Walki cesarza Henryka IV z papiestwem i z własnym narodem nie ustawały, przeciwnie, były coraz zacieklejsze. Cesarstwo nie starało się nawet uwolnić północnej Saksonii spod jego, Kruta, władzy, cóż dopiero myśleć o najeździe na ziemie słowiańskie! Przyjdzie jednak czas, że Niemcy staną się mocne jak dawniej. O tym należy pamiętać. Podobnie z Danią. Na razie pochłonięta jest swoimi wewnętrznymi sprawami, lecz gdy to się zmieni?…
Krut syn Gryna pochodził z rodu władców, budowniczych państw. Umysł miał bystry, patrzący daleko. Pojmował, że udzielonego przez bogów pokoju trzeba użyć dla stworzenia siły zdolnej się oprzeć zakusom niemieckim czy duńskim, czy jednym i drugim razem. Uczynić pokój trwałym, niezależnym od okoliczności. Najprostszą ku temu drogą byłoby zebrać w jedno wszystkie plemiona słowiańskie, wierne starym bogom. Wezwać do wspólnoty Wieletów, co gniją bezsilnie, utraciwszy Swarożyca. Połączyć się w jedno z Ranami i Pomorzanami. Od Wisły po Łabę nie lada byłoby państwo. Potęga, jakiej nikt nie śmiałby zaczepić… Nieraz, gdy o tym myślał, zrywał się z ławy jak młody, gotów natychmiast działać, posłów słać czy samemu jechać… Niebawem zapał ostygał. Wezwać Wieletów czyli Luciców?… A jużci! Przyjdą ci oni?… Od spalenia Radogoszczy gniją rzeczywiście, zgoła niepodobni do dawnych Wieletów… Wiece straciły szacunek, każdy wiec u nich kończy się powszechną bójką. W jednej tylko sprawie zostali twardzi po dawnemu: nienawiści do Chyżan i Czrezpienian. Poczytują ich winnymi spalenia Radogoszczy. Gdyby nie rzucili Świętego Związku — powiadają — niemiecki biskup nie ośmieliłby się napaść…
Że sami na Czrezpienian uderzyli, że wrogów przeciw nim zwołali, nie chcą pamiętać. Znając zawziętość słowiańską, można wnosić, iż żadne namowy nie nakłonią ich do zgody z tamtymi… A Ranowie? Krut znał swych ziomków. Wejdą chętnie do wspólnoty, wnosząc swoje niepospolite zalety, ale wejdą pod warunkiem, że przewodnicwo będzie do nich należało. Żądanie słuszne, gdyż Ranowie górują nad innnymi rozumem i doświadczeniem; lecz żadne z plemion lądowych tej wyższości nie uzna, wyspiarzom się nie podporządkuje… Przeklęte koło! Depcz, depcz, zabiegaj, wracasz do tego samego rozstaju… Bez Wieletów i Ranów, szkoda sięgać do Pomorzan. Chodzą zresztą gadki, że książęta pomorscy są chrześcijanami w tajemnicy przed swoim ludem…
Chrześcijaństwo… Oto była troska najcięższa, ważniejsza nawet niż brak syna i niepewność co do przyszłych losów księstwa. Troska, której nie było z kim dzielić.
Podobne myśli nikogo poza nim nie udręczały. Otaczający go woje i starszyzna uważali jednomyślnie, że ta wiara jest najlepsza, którą wyznawali ojcowie. Co stare to dobre — co nowe to złe. Niemcy mają własną wiarę, nikt im jej nie wzbrania. Słowianie mają swoją. Własna wiara zawsze dobra, a wierność swej wierze stanowi przednią cnotę męską. Przed laty Krut syn Gryna dzielił te poglądy. Obecnie dawne pewniki chwiały się w jego umyśle.
Może dlatego, że był Ranem, Krut spostrzegał więcej niż jego poddani. Pojmował, że wiara chrześcijańska, choć Niemcy głoszą, że należy do nich, nie jest wiarą niemiecką, ale powszechną. Wyznaje ją wiele narodów, a ich liczba ciągle rośnie.

Czy rzeczywiście wszystko, czego ojcowie nie znali, jest złe i szkodliwe, zasługujące na wzgardę? W narożnej komnacie dworca leżały w kącie na kupie księgi, pozostałość po Goczałku. Oprócz ksiąg, karty pergaminu, jedne zapisane, inne czyste. Zazwyczaj w razie pustoszenia klasztorów lub dworców saskich, książki, o ile się tam znajdowały, były przez Słowian z zawziętością palone. Nie przydawały się na nic, a mogły kryć w sobie czary. Te tutaj ocalały, gdyż stary Błus kazał je zostawić. Błus umarł, o księgach zapomniano i leżały w swoim kącie grubo przysypane pyłem. Nie wiadomo, czy tkwiły w nich czary, w każdym bądź razie sam ich widok nawiewał dziwaczne myśli. Patrząc na drewniane, grube okładziny, na skórzane grzbiety, Krut uprzytamniał sobie, że w całym jego państwie, wielkim i szerokim, nie znajdziesz ani jednego człowieka, który by znał tajemnicę drobnych czarnych znaków, kreślonych na tych kartach. A jeżeli żyje taki, to nie przyzna się do swej umiejętności w obawie, że będzie posądzony o sprzyjanie chrześcijaństwu. Słowianom, wystarczały jak niegdyś zwykłe ciosna na drzewach granicznych, te same ciosna ryte w kamieniu, lub klejma do znaczenia barci czy stada. Krut zdawał sobie sprawę z różnicy dzielącej owe pierwotne znaki od pisma. Księża ze swoich czarnych znaczków, zapełniających karty, odczytywali wszystkie sprawy. Umieli, patrząc na nie, powtórzyć, co się działo gdzie indziej, kiedy indziej, jak by tam byli, patrzyli…
Któż może rzec, iż podobna umiejętność jest zła? Jest dobra i pożyteczna. Warto by ją posiąść, ale jak, skąd?… Żaden mnich chrześcijański nie zechce uczyć poganina, ani poganinowi przystoi iść po naukę do mnicha.
Mimo swej rańskiej wyniosłości, Krut raczył nieraz rozmawiać z kupcami, którzy
przyjeżdżali do Lubeki czy Roztoki, przywożąc cenne towary do wymiany na bursztyn, skóry i miód. Wielu z tych cudzoziemców rozumiało mowę słowiańską, jeździli bowiem często wzdłuż wybrzeży bałtyckich. Gdzie oni zresztą nie jeździli! Znali Nowogród, Kijów, grody szwedzkie, norweskie, duńskie, niemieckie, italskie, francuskie… Mieli o czym opowiadać! Z Holandii przyjeżdżali znów łowcy sokołów, które złowione w sieci zawozili do Francji i tam dobrze sprzedawali. Choć przyjeżdżali rokrocznie, za każdym razem otrzymać musieli zezwolenie księcia pana, gdyż sokoły, podobnie jak orły, łabędzie i czaple, zastrzeżone były dla książęcych łowów. Kraju, który zamawiał sokoły, nie nazywali już Galią, jak dawniej, lecz Francją. Przedstawiali ją jako kraj wielki i bogaty. Krut pozwalał sokolnikom holenderskim siadywać przy kominie w wielkiej sieni zamkowej i wypytywał ich, bacząc, by nie zdradzić ciekawości, uchybiającej godności książęcej. Opowiadali chętnie, zwłaszcza o Paryżu, dawnym rzymskim grodzie, zewsząd rzeką oblanym, słynącym teraz z wiedzy. — Są tam — powiadali — szkoły, do których zjeżdżają uczeni całego świata…

Krut kiwał głową ze zrozumieniem. Mnisi kształcą młodych mnichów na swoich następców. To samo czynią kapłani arkońscy. Holender zaprzeczał żywo. Nie o takie szkoły chodzi.
Wielu świeckich z różnych krajów przybywa do Paryża, tam toczą spory, wykazują, czyja mądrość większa… O czym mówią owe „nauki wyzwolone”, owe „filozofie” nie wiedział, sokolnikiem będąc, a nie uczonym. Słyszał tylko nieraz, że są to sprawy dla człowieka najważniejsze… Krut udawał obojętność, lecz gdy Holender milkł, zachęcał go nowym pytaniem. Potem nocą bezsennie przewracał się na swym legowisku suto wymoszczonym skórami. Nawiedzało go wrażenie, coraz częściej wracające w miarę jak się starzał, że on i jego ludzie wpadli w wilczy dół bez wyjścia, z którego dna ledwo skrawek nieba widać, a na powierzchni życie tętni, bieży, dzieją się przeróżne sprawy, o których siedzący w dole pojęcia nie mają ani mieć mogą… Odcięci są, pogrzebani. To znów widziało mu się, że siedzą nie w dole, a w dziupli drzewnej albo na ostrowie. Nie na ostrowie skalistym wyniosłym, jak Rana, lecz płaskiej mieliźnie. Grzbiet mielizny stoi w miejscu, a fale mijają go, pędzą w przód… I to porównanie złe. Kra! Stoją na krze, co płynie i kruszy się, i topnieje… Gdy skruszeje, pójdą na dno. Co począć? Nie ma wyjścia z dołu, czy dziupli, nie ma łodzi, by opuścić ostrów, nie ma gruntu, na którym zatrzymałaby się kra.
Dręczyło uczucie, że była kiedyś stosowna pora włączenia się W nurt, lecz została przeoczona. A teraz?…

On, Krut, ima obowiązek wyprowadzić swój lud ze ślepej zatoki. Gdyby przyjąć chrześcijaństwo, jak to uczynił niegdyś polski Mieszko? Jest dość potężny, by móc zwrócić się wprost do papieża, omijając pośrednictwo Niemców. Papież wojuje z cesarzem, więc będzie sprzyjał Krutowi, jak sprzyjał Bolkowi Śmiałemu, zezwalając na jego koronację…
Krut mógłby też zostać królem. Pochlebcy już go nieraz tak nazywają. Lecz cóż z imienia, jeżeli nikt go nie uzna. Nie powie do niego: „Witaj, królu bracie” król francuski, król duński, polski, choćby z nim byli złączeni przymierzem. Bo według nich tylko papież w Rzymie władny jest rozdawać korony. Byli niegdyś królowie pogańscy, lecz czas ich się przeżył. Królem dzisiaj może być tylko chrześcijanin…
Więc na co czeka? Zaczynać, zaczynać! Nie tracić czasu! Zimny namysł studził rozbudzoną chęć. Naród nigdy nie przystanie! Od czasów Mieszki minęło więcej niźli sto lat. Przez ten czas narosło tyle krzywdy, żalu, oporu, że darmo marzyć, by pójść jego śladem. Jak nakłonić lud, któremu wpojono nienawiść do chrześcijaństwa? Lud, gdzie matki uczą dzieci: Nie ufaj chrześcijaninowi! Albo: kłamie jak chrześcijanin. Gdyby on, Krut, książę mocny, ogłosił przejście na chrześcijaństwo, wezmą go zrazu za szalonego, a potem okrzyczą zdrajcą. Wszyscy jak jeden mąż staną przeciw niemu. Cóż ma wtedy uczynić zagrożony książę? Wzorem Goczałka czy Budziwoja zwrócić się o pomoc do Sasów, Duńczyków albo Bawarów? Śmiał się sam z tej myśli, ponuro jak puszczyk. Nie było wyjścia z dołu.
Do trosk książęcych dołączał się własny niepokój. Przyczyną jego było również chrześcijaństwo. Zaiste, czegokolwiek człowiek myślą dotknął, natykał się na nie. Można było nienawidzić chrześcijan, a zdumiewać się wiarą, jaką wyznawali.
Inni bogowie lubili mieszkać wśród swoich, nie pragnąc innych wyznawców. Jezus Krystus, przeciwnie, chciał wszędzie panować. Wokół Niego kłębiło się od sprzeczności. Krystus był niby pokorny, w stajni się pono narodził (kapłani arkońscy parskali śmiechem, słysząc tę gadkę), a zarazem taki pyszny, że innych bogów koło siebie nie mógł ścierpieć.
Im więcej Krut nad tym myślał, tym osobliwsze sprawy ukazywały się jego oczom. Odkąd biskup niemiecki zniszczył przed laty Radogoszcz, Swarożyca nie ma. Spłonął. Wieleci chodzą do dziś dnia jak bez duszy. Nieliczni żercy ocaleni z pogromu jęli się innej pracy albo służą pomniejszym bogom. Swarożyca już nie ma. A ileż razy Obodrzyce czy Wieleci palili świątynie chrześcijańskiego Boga! Ogień trawił wszystko, ale Bóg uchodził cało. Istniał nadal żywy i wieczny. Jego wyznawcy gadali do Niego, twierdzili, że On wciąż jest przy nich obecny. Co za niepojęte sprawy! Ulatywał z płomieni w powietrze, czy też uciekał chytrze zawczasu, że nie można Go było doścignąć?

Nie dosyć na tym. Sami chrześcijanie czynili, co tylko mogli, by swojego Boga obalić. Acz samotny i milkliwy, Wielki Książę wiedział, co się w świecie dzieje, nie tylko z opowiadań kupców albo holenderskich sokolników. Zdawali mu sprawę z wypadków niemieckich wiernicy, zarządzający w jego imieniu północną Saksonią, rozsyłał swoich zaufanych ludzi do innych dworów, by mu donosili, czy się tam czego przeciw Obodrzycom nie knuje. Od nich wiedział o walkach biskupów niemieckich z papieżem, o gwałtach popełnianych w świętym mieście Rzym, o ustawicznych buntach panów chrześcijańskich przeciw swemu Kościołowi.
O co im chodziło, książę obodrzycki nie zawsze pojmował, widział jednak, że siła była zawsze po stronie króla czy książąt, a zwyciężał papież. Nie dziwneż to?
Mocny był Kościół wbrew swoim wyznawcom. (Ogarnąłby cały świat, gdyby chrześcijanie tak go szanowali jak my Swiętowita — przemykało Krutowi przez głowę.) Bardzo był mocny. W roku według rachuby chrześcijańskiej 1077 papież wyklął cesarza Henryka IV i ten w styczniu w srogą zimę powędrował do Italii przez ogromne góry i śniegi błagać o przebaczenie. Papież był twardy, zamknął się w warowni zwanej Canossą i cesarz niemiecki stał dwa dni boso z odkrytą głową na śniegu i mrozie, aż się papież dał ujednać i cesarzowi przebaczył. Wprawdzie w niecały rok później znów się pogniewali, ale to inna sprawa. Boso na śniegu, jak żebrak… W dumnym księciu rańskim krew się burzyła na samą myśl o podobnym upokorzeniu. Lecz ze słów opowiadających przekonywał się, że ta pokora nie zhańbiła cesarza w oczach poddanych i całego świata. Raczej przeciwnie… Któż by mógł to zrozumieć?…

Przed niewielu laty zaszły wypadki budzące w nim nadzieje, że stara wiara powróci. Sasi rozjątrzeni postępowaniem cesarza Henryka IV rozwalili twierdze, jakie on na ich ziemi postawił, zburzyli jego piękny nowy zamek w Harzburgu i spalili tam kościół z grobami przodków cesarskich. Sasi palący kościoły — było to zaprawdę piękne widowisko! Sądzono po słowiańskiej stronie Łaby, że to sygnał śmiertelnej rozprawy z mnichami i biskupami, ale wypadki potoczyły się inaczej. Sasi zostali pokonani, obłożeni klątwą, przywódcy buntu (wśród nich Magnus, syn Ordulfa) poszli do więzienia, a lud saski musiał pod batem odbudowywać zamki niedawno burzone.
Krut pojął, że chrześcijaństwo przenika wszędzie, czego dowodem był jego własny dwór.
Od pewnego czasu domyślał się, że jego trzecia żona Sławiena (pojął ją dla urody, choć nie pochodziła z książęcego rodu) jest w skrytości chrześcijanką. Zauważył, że są dnie, kiedy przy posiłku nie tknie polewki ani mięsiwa, skubie tylko suchy podpłomyk i popija wodą. — Cóż nie jesz? — pytał z początku. Odpowiadała ze śmiechem, a to, że się już wprzód objadła, a to, że ją brzuch boli, a to iż rzepę woli niż barana… Różne takie przyczyny znajdywała. Niewiasta jak łasica, zawsze się wykręci. Nic nie mówił, ale jął dawać baczenie. Każdego tygodnia dwa dni było tego niejedzenia. Oho, to już wiedział. Nie pytał jednak ani gdzie się tego nauczyła, od kogo, ani po co to czyni, co ją pociągnęło? Sławieny nie było na świecie, gdy krzyże znikły z ziemi obodrzyckiej. Widocznie żyli jeszcze ludzie, co pamiętali…
Nie pytał, wiedząc z góry, że prawdy się nie dowie. Skłamie mu cokolwiek i tyle. Udawał przeto, że niczego się nie domyśla. Lecz drażniło go, że głupia białka zna sprawy jemu obce, sprawy, które nocą nie dają mu zasnąć, zbyt trudne dla męskiego, doświadczonego rozumu. Niezależnie od zgryzot nękających Kruta, w latach tysiąc dziewięćdziesiątych na horyzoncie księstwa obodrzyckiego pojawiła się sprawa brzemienna w następstwa: możliwość powrotu Henryka Goczałkowica.

Małym dzieckiem uniosła go z płonącego grodu matka, królewna duńska, Sigrida, wypędzona nago przez powstańców. Dotarłszy do Danii, rychło zmarła z przebytej trwogi. Chłopiec pozostał na dworze, jako wnuk królewski.
Swen Estrydsen miał czterech synów prawego łoża: Swena, Kanuta, Olafa (ten ostatni był przepaścisty, wiecznie głodny, więc go przezywano Głód), Eryka i piątego z nałożnicy,
Nielsa. Ich krewniak Henryk był szósty, najmłodszy. Chowali się razem. Po śmierci Estrydsena Henryk jął się dopraszać u Kanuta, obecnie króla, pomocy w odzyskaniu dziedzictwa. Takiej pomocy, jaką jego ojcu, Goczałkowi, okazał niegdyś król Magnus o przydomku Dobry. Lecz Kanut, człowiek miłujący zgodę i pokój, (po śmierci uznany został przez Kościół za świętego, pierwszego patrona Danii) nie kwapił się wszczynać wojny z tęgo uzbrojonym sąsiadem obodrzyckim. Dopiero gdy Kanut w piątym roku swego panowania (1806) został zamordowany w kaplicy św. Albana w Odensee za to, iż nakłaniał lud do płacenia dziesięciny Kościołowi, a tron objął Olaf o przydomku Głód, synowi Goczałka zabłysła nadzieja. Olaf udzielił mu statków i ludzi, z którymi Henryk jął nękać -wybrzeża wagryjskie, naprzykrzając się Krutowi.
„…kiedy Krut, książę słowiański, prześladowca imienia chrześcijańskiego, skutkiem starości upadł na siłach, syn Godszalka, Henryk, opuścił Danię… Krut wszelki przed nim przystęp zamknął, przeto on, zebrawszy u Duńczyków… pewną ilość okrętów, napadł na Aldenburg [Starogard] w ziemi Wągrów i ogromne łupy stamtąd uprowadził. Gdy zaś to po raz drugi i trzeci powtórzył… sam Krut nadspodziewanie ułożył się z Henrykiem i dozwoliwszy mu wstępu, dogodne wsie na mieszkanie mu odstąpił.” (Helmold, Kronika Słowian). Wspaniałomyślność Kruta w stosunku do rywala, „nadspodziewana” — zdaniem kronikarza — jest i dla nas trudna do zrozumienia. Dlaczego Wielki Książę Obodrzycki puścił Goczałkowica do kraju? Z poczucia sprawiedliwości, przekonania, że każdy ma prawo wrócić do ziemi swych ojców? Przez lekceważenie niegroźnego przeciwnika? Po to, by go mieć na oku, uprzedzać możliwe zamachy z jego strony? Może, kto wie, chciał poznać bliżej chrześcijanina, otrzymać wyjaśnienie dręczących go wątpliwości? Nie wiomy nic, poza faktem, że nie działał pod przymusem. Któż by śmiał przymuszać Kruta syna Gryna? Był niezależny, potężny, silniejszy niż ówczesna Dania, w której synowie Swena Estrydsena kolejno wyrywali sobie panowanie. Niemcy byli bezsilni, grzęznący w wojnie domowej, Sasi nie śmieli odetchnąć. Z własnej woli Krut wydzielił potomkowi znienawidzonej przez lud dynastii wybrzeże wagryjskie ze znajdującymi się tam grodami i portami.
„Nadspodziewany” postępek zaskoczył wszystkich sąsiadów. Nie pojmując przyczyn, znaleźli najprostszą: Krut odstąpił ten obszar synowi Goczałka, by móc zamordować go sposobną porą.
„Krut nie zrobił tego w szczerych zamiarach…” (j.w.).
„Krut nie czynił tego z dobroci serca…” (Kantzow, Kronika pomorska).
Wobec powszechnej opinii Henryk uwierzył w to również. Niemniej przez kilka pierwszych lat stosunki sąsiedzkie obu książąt, starego i młodszego, acz dalekie od przyjaźni, układały się poprawnie. Henryk odwiedzał Kruta, nieraz przebywał na jego dworze czas dłuższy. Co go
do tego skłaniało, skoro trwał w przekonaniu, że Krut dybie na jego życie?
„Bowiem pani Sławiena, żona Kruta, nieraz go ocaliła uwiadamiając o zasadzkach na jego życie.” (Helmold, Kronika Słowian). „Sławiena, żona Kruta, która była utajoną chrześcijanką… przestrzegała Henryka, by miał się na baczności.” (Kantzow Kronika pomorska).

Paru dobrych duńskich wojów nie odstępowało dniem i nocą swego pana. Toteż Henryk nie tyle obawiał się miecza, co trucizny. Przy biesiadach Sławiena podsuwała mu jadło, wskazując wzrokiem, by brał raczej z tej, nie z tamtej misy. Miodu ani wina nie tykał, pił tylko piwo rozlewane przez służbę wszystkim biesiadnikom z tych samych wielkich dzbanów. Stary książę dostrzegał doskonale te zabiegi i szydził z nich w duchu. Szczupłe ramiona Henryka, jego wąski kark, nienawykłe trudu dłonie, budziły w Krucie nieprzezwyciężoną odrazę. Pieszczoch, królewicz, zatracona jego mać! Boisz się trucizny, chłystku? Trutka — broń tchórzów. Mężowie mordują się mieczami. Gość jesteś! U pogan gości nie trują. Potruł kiedyś graf Gero książąt słowiańskich przy uczcie, ale to był chrześcijanin… He… he…
Czasami drwił okrutnie z żony i Henryka, rzucając przed gościa wybrany przez siebie, odcięty własnym nożem kęs mięsa — Jedz! To dobre… — zachęcał. Sławiena bladła, ręce jej drżały. Henryk zmieszany bełkotał niewyraźnie, że dziękuje, że już syty… Wzgardliwe politowanie brało górę u starego księcia nad gniewem. Odwracał wzrok, udając, że nie spostrzega, jak wybrany przezeń soczysty płat pieczeni znika pod stołem w psim pysku.
Dziwić się będą teraz, że mój ogar nie zdechł — myślał. Czasem patrząc na Goczałkowica żałował, że nie mogą szczerze ze sobą pogadać. Są wrogami, no więc są. Cóż to ma do rzeczy? Czyż wrogowie muszą sobą wzajemnie pogardzać? Jużci nie gadaliby o sukcesji ani sprawach państwa, lecz o wszystkich owych zagadnieniach, odbierających staremu księciu sen nocą. Henryk urodzony w chrześcijaństwie powinien je chyba znać? Lecz jakże gadać otwarcie z głupcem, który przy stole gospodarza węszy w jedzeniu truciznę?
Henryk wyjeżdżał, przepadał w swoich grodach wagryjskich. Prawdopodobnie skarbił sobie przyszłych zwolenników. Krut nie czynił nic, aby temu przeciwdziałać. Sam się sobie dziwił,
że taki jest obojętny. Starcem jeszcze się nie czuł. Niechby kto spróbował najechać ziemie księstwa! Doświadczyłby miecza rańskiego! Czuł, że najwyższy czas rozpocząć działanie, zapewnić po sobie następstwo swojakowi. Zbierał się, by wezwać z Rany jednego ze swych bratanków, utwierdzić jego obiór przez powszechny wiec i odkładał wykonanie tego zamiaru z dnia na dzień. Jak by mu przeczucie podpowiadało, że próżne to są zachody. Przesądzona dola księstwa.

Tymczasem lata mijały. Król duński Olaf o przydomku Głód umarł w roku 1095. Na tron wstąpił brat jego Eryk, zwany później Ejegod, czyli Dobrotliwy. Jeden z braci pojechał w tym czasie do Francji, gdzie papież zwoływał chrześcijan przeciwko poganom. Henryk Goczałkowic towarzyszył wujowi w podróży. Nie było go blisko rok. Mówiono wszędzie o wielkiej wyprawie wojennej, na którą poszły niezliczone wojska. Może Henryk dołączył się do nich i już nie powróci? Niestety, powrócił. Było to jesienią. Siadywano znów w wielkiej sieni przed kominkiem, na którym płonęły smoliste polana. Po jednej stronie księżna Sławiena i jej dworki przędły gorliwie, wrzeciona cicho furczały. Krut i Henryk po drugiej, wraz z przybocznymi wojami. Oboje księstwo i gość mieli poręczowe krzesła z wysdkim oparciem, pozostali siedzieli na zwykłych stołkach lub ławach. Henryk opowiadał o owej wielkiej wyprawie wyruszającej w tym roku z Francji, Italii, Niemiec, na wezwanie papieża Uirbana II odbierać Grób Święty poganom. Opisywał miasto Clermont i wielkie tłumy zebrane, wszystkich nacji, wszystkich stanów… Książęta, królowie, baroni, rycerze, proste woje, mieszczany, biskupi i mnisi, zwykli rolnicy, poddani, nawet żebracy i kaleki. Wszyscy razem! Jedna myśl, jeden głos! Jeden zapał… Bóg tak chce! Czerwone krzyże przypięte na lewym ramieniu… Dla grzeszników przebaczenie, dla więźniów wolność, dla morderców łaska… Uczestnictwo w wyprawie krzyżowej gładzi wszystkie winy. Nie rozróżnisz w tym tłumie, kto z jakiego kraju, wystarczy, że chrześcijanin…
Mówił z zapałem, przesuwając się bezwiednie ze swym krzesłem ku stronie niewieściej. Było to wysoce niewłaściwe, odpowiednie dla grajka czy śpiewaka, lecz nie dbał o to. Jego opowiadanie przeznaczone było dla Sławieny, nie dla pogan.
Księżna słuchała, płonącymi oczami wpatrzona w twarz mówiącego. Wrzeciono wypadało z dłoni, nić się urywała. Zmieszana supłała ją śpiesz-nie, spoglądając spod oka na męża. Nie zwracał na nią uwagi. Zmarszczywszy brwi, zatopiony był w myślach głęboko. I on nie tracił słowa z opowiadania Henryka. Widział pole, wypełnione niezliczonym tłumem, zatarte różnice, jakąś wielką jedność powstającą pomiędzy skłóconymi zazwyczaj narodami, jedność będącą dziełem chrześcijaństwa. Z tej jedności on i jego ludy są wyłączone na zawsze…
Po trzydziestu kilku latach panowania (1105) Wielki Książę Krut do reszty zdziwaczał.
Nabrał nawet zwyczaju mówić głośno sam do siebie.
Księżna Sławiena wzywa tajemnie Henryka.
Strzeż się! — szepce. — Słyszałam, jak powtarzał: — Czas z tym skończyć! Czas z tym skończyć! — Subisława posłał do Korenicy… Nie wiem po co… Boję się…
Czas z tym skończyć — przytwierdził Henryk i poczuł nieomal ulgę. Dziesięć lat ciągnęło się życie zatrute urojonym niebezpieczeństwem. Dłużej nie mógł tego znieść… I ta niewiasta… Czas z tym skończyć…
Sławiena patrzyła na niego z błagalnym oczekiwaniem.
„Zbrzydziwszy sobie na koniec męża jako już starego, zamierzała poślubić Henryka, gdyby to było można.” (Helmold, Kronika Słowian).

Henryk oznajmił Krutowi, że wyjeżdża do Danii. Otrzymał stamtąd wiadomość niedobrą:
Król Eryk Ejegod w drodze powrotnej z pielgrzymki do Ziemi Świętej zmarł na wyspie Cypr.
Towarzysząca mu królowa, jego żona, zmarła wcześniej na Górze Oliwnej i tamże ją pochowano. Po Eryku zostało dwoje pacholąt nieletnich, Karrut i Świętopełk… Nie wiadomo, kto weźmie nad nim opiekę, skoro i matki nie mają? Zapewne Niels, brat przyrodni poprzednich królów, Kanuta, Olafa, Eryka, ale z nieprawego łoża… Mąż to zuchwały i chciwy, toteż oczekiwać można zamieszania w kraju… On, Henryk, jedzie do Danii, upomnieć się o należne mu dziedzictwo po matce, Sigridzie, zanim Niels wszystko roz-grabi. Jak długo zabawi, nie wie… Przed wyjazdem z taką oto przyszedł sprawą: Niemało razy korzystał z gościnności Wielkiego Księcia, rad by się teraz odpłacić ucztą pożegnalną, na którą szczerym umysłem zaprasza…
Krut patrzy na niego w milczeniu. „Szczerym umysłem…” Czemuż gęba nieszczera?
Przeklęte niech będzie kłamstwo!
Henryk czeka na odpowiedź.
W przeciwnym końcu świetlicy błysnęło białe zawicie. Księżna, niespokojna o wynik rozmowy, przyszła niby szukać czegoś w skrzyni z przyodziewkiem. Krut idzie ku niej.
– Chrzęścijankaś czy popaśnica? — pyta obcesowo.
Struchlała, zadygotała, zapłoniła się ze strachu i obelgi.
– Nuże! Nie słyszysz? — nacierał.
Pojęła, że chce wiedzieć, czemu ona sprzyja Henrykowi. Widno nie domyśla się niczego.
Wybierając zło mniejsze, wyjąkała:
– Chrze ścijankam…
Henryk kręcił się niespokojny. Przeklinał swą nierozwagę. Sami byli w tej izbie we troje…
Bał się poruszyć, skrzyknąć swoich wojów. Stary patrzył uporczywie na żonę.
– Chrześcijankaś… Henryk woła mnie na ucztę… Mamże tam pójść?… Wszystka krew uciekła z twarzy Sławieny. Głos jej drży, gdy spuszczając głowę odpowiada:
Przecz nie mielibyście iść do niego, panie?…
„Za Sławieny poradą Henryk zaprosił Kruta na ucztę, a gdy ten ciężki od obfitego jadła i picia, zgarbiony wychodził z domu, pewien Duńczyk na usługach jej będący siekierą go uderzył i jednym cięciem głowę mu odrąbał. Henryk zaś ożenił się ze Sławieną i otrzymał władzę i kraj.” (Helmold, Kronika Słowian).

ROZDZIAŁ XV
W SŁUŻBIE SASKIEJ

Po objęciu wielkoksiążęcego tronu i poślubieniu wiarołomnej, Henryk:
„…udał się zaraz do księcia Magnusa [saskiego]… i złożył mu przysięgę wierności i poddaństwa… Cieszyli się Sturmarowie i Holzatowie i inni Sasi…, że upadł ich największy nieprzyjaciel… [Krut]…” (Helmold, Kronika Słowian).
W kraju zawrzało. Wszystkie plemiona płoną oburzeniem. Skrytobójstwo, powrót odsądzonej od rządów dynastii, a co najgorsze, Goczałkowic poddał się księciu saskiemu! Postąpił gorzej niż jego ojciec! Tamten, jako lennik, wzywał pomocy protektora, będąc zagrożonym, ten z dobra-woli, zawczasu uznał się poddanym. Odtąd ziemie Obodrzyców, Wągrów? Warnów, Połabian, Chyżan, Czrezpienian, wchodzą w skład państwa saskiego. Któż by to zniósł?! Pędzą gońcy od grodu do grodu, od opola do opola, od osiedla do osiedla, wzywając do broni. Nie ma kto by pozostał na to zawołanie obojętny. Zbiera się potężna siła.
„…gdy ludy… słowiańskie… posłyszały, co się stało i że nastał nowy książę, który każe prawom chrześcijańskim podlegać i książętom saskim daninę opłacać, straszliwie się oburzyli i wszyscy jedną myślą, jedną chęcią kierowani postanowili walczyć ‚z Henrykiem… Doniesiono [Henrykowi], że Wojsko słowiańskie wyruszyło, żeby go obalić, więc rozesłał natychmiast gońców prosić o pomoc księcia saskiego Magnusa i najdzielniejszych z plemion Bardów i Tetmarszów, Holzatów i Sturmarów, którzy wszyscy pośpieszyli prędko i ochoczo.
I udali się do ziemi Połabian, na błonie, które się SmiłoWskim Polem nazywa… [dziś Schmilau]” (j.w.).
Kronikarz nie pisze, kto siłami słowiańskimi dowodził. Widocznie dowództwo było podzielone między poszczególne plemiona.

Magnus, widząc, że wojsko słowiańskie jest liczne i dobrze uzbrojone, lękał się potykać [czekając nadejścia posiłków], a tak walka od rana do wieczora przewleczona była”… (j. w.). Przeklęte Pole Smiłowskie! Nie ponowiła się Przecława. Nie pomogło bohaterstwo wojowników „jedną myślą, jedną chęcią kierowanych”.
„Szeregi Słowian zostały złamane i rozproszyły się w ucieczce i śmierć od ostrza miecza poniosły. Sławne się stało i pamięci godne to zwycięstwo Sasów… Ci, których ojcowie w tej bitwie udział brali, powiadają, że blask zachodzącego słońca oślepił oczy Słowian przeciw niemu zwrócone, że przeciw słońcu nic widzieć nie mogli…” (j. w.).
Trudno w powód powyższy uwierzyć. Słońce zachodzące miałoby oślepić ludzi zwyczajnych żyć na powietrzu, obeznanych z każdym rodzajem pogody? Słońce w oczy? Czyż łuczników nie zasłaniali tarczownicy, jak to było we zwyczaju? Czy oczu wojów nie ocieniały wystające brzegi hełmów? Klęskę spowodował zapewne brak jednolitego dowództwa. Słowianie powstali przeciw Henrykowi. Cytowany powyżej Helmold stwierdza spokojnie, że sławne się stało to zwycięstwo Sasów. Henryk się nie liczy. Liczą się jego mocodawcy. I dalej gdy Helmold pisze:
„Od onego dnia wszystkie ludy owych wschodnich Słowian posłuszne były Henrykowi…” rozumieć trzeba: „Posłuszne być musiały książętom saskim…”
Jaki naprawdę jest ten Henryk Goczałkowic? Sądząc po czynach, to przede wszystkim człowiek zatrwożony i upokarzany. Obłąkana z trwogi, odarta z szat matka, uniosła go dzieckiem z płonącego dworu. Przeżytych wówczas uczuć lęku i grozy chłopiec nigdy nie zapomni. Pozostanie mu wstręt do zapamiętanej z owych czasów mowy słowiańskiej, do tutejszych ludzi. Potem młodość sieroca spędzona na dworze króla krewniaka. Lata przeżyte pośród pięciu wojowniczych braci nieboszczki matki, pełne upokorzeń. Te lata uczyniły go chciwym na złoto, gdyż nie posiadał nic swojego, żyjąc z łaski. One sprawiły, że nie cofnął się przed zbrodnią, byle odzyskać księstwo, i stać się kimś znacznym, księciem, a nie rezydentem. I te lata są prawdopodobnie powodem, że Henryk nie będzie nigdy ani mężny, ani prawy.
Natomiast księciem został. Niegdyś brat jego Budziwój mówił do Ordulfa saskiego: — Bodaj mi czczy tytuł przypadł, a dla was owoce! To pragnienie urzeczywistnił teraz Henryk. Dla Magnusa owoce, dla niego czczy tytuł. Wystarczy.
Posiadł księstwo i co szybciej ukorzył się przed Magnusem. Stary książę Krut nie korzył się przed nikim. Nie lękał się nikogo i nikt nie śmiał go zaczepić, pomimo że był poganinem. Ba, Krut miał za sobą cały swój lud. Henryk pojmował, że bardziej jeszcze niż ojciec, Goczałk, może sam istnieć tylko w oparciu o obcą siłę.
Ilekroć myśli służebnego księcia stawały się zbyt gorzkie, krzepił się wspomnieniem Włodzisława Hermana, zmarłego przed paru laty księcia polskiego. On też, objąwszy tron po wspaniałym bracie, królu Bolesławie Śmiałym, odesłał cesarzowi koronę na znak hołdu i uległości. Starczyło mu siły, by popełnić podwójną zbrodnię (nasłanie zbójców na wygnanego brata i otrucie jego syna, Mieszka), a zabrakło, by dźwignąć ciężar odpowiedzialności za losy kraju. Uląkł się jak Henryk, który też doszedł przez zbrodnię do władzy.
Ówże Włodzisław otrzymał w nagrodę rękę siostry cesarskiej, Marii Judyty, wdowy po Salomonie królu węgierskim. Wprawdzie mówiono, że awanturnicza wdowa przyczyniała wiele kłopotu na cesarskim dworze i Henryk IV z radością oddał starzejącą się piękność księciu polskiemu. Mówiono też, że na dworze męża w Płocku stała się powodem jeszcze gorszych zaburzeń pomiędzy „ociężałym i słabym na nogi księciem” (Gall) a jego palatynem Sieciechem i książęcymi synami. W oczach Goczałkowica te usterki nie zaćmiewały chwały, wynikającej z powinowactwa z cesarzem. Gdyby jego spotkał podobny zaszczyt, czułby się prawdziwie szczęśliwy… Lecz on musiał poślubić prostą Słowiankę, z którą skuła go dozgonnie popełniona wspólnie zbrodnia.

W tymże samym roku 1106 umarł książę saski Magnus, zwierzchnik Goczałkowica, a na jego miejsce cesarz Henryk V mianował panem Saksonii Lotara, grafa Suppilenburga. Lotar jest przeciwnikiem cesarza, Henryk V sądzi, że wspaniałym wywyższeniem przejedna jego niechęć, w czym się zasadniczo mylił.
Z tą nominacją na widownię Europy środkowej wkracza wybitna indywidualność. Wyciśnie ona swe piętno na losach Połabian. W stosunku do Słowian Lotar nawraca zdecydowanie do polityki margrabiego Gerona i komesa Billinga. Plugastwo pogańskie rozwielmożniło się nadto. Najwyższy czas je ukrócić!
Pośród licznych domowników dworu nowego księcia saskiego znajduje się młodzieniec, królewicz duński, syn Eryka Ejegoda, Kanut, krewniak Henryka Goczałkowica. Opuścił Danię, lękając się zamachu na swe życie ze strony stryja i opiekuna, obecnego króla, Nielsa. Kanut jest zdolnym, mężnym, powszechnie lubianym rycerzem. Przyjaźni się z drugim podobnym doń wygnańcem, Pomorzaninem Warcisławem, synem Swiętobora, dziedzicem Kołobrzegu, Kamienia, Pyrzyc, Białogardu, pozostającego u Lotara jako zakładnik.
Klęska smiłowska złamała opór Słowian, nie zapewniając jednak pokoju. Jak gospodarz, którego obejście nawiedził pożar, obchodzi pogorzelisko, zadeptując płomienie, strzelające niespodziewanie z pozornie wypalonej głowni — tak Henryk przerzucał się z krańca księstwa w drugi kraniec, otoczony wojskami saskimi (swoim nie ufał), tłumiąc nieustanne lokalne bunty. W czasie jednej z takich wypraw odznaczył się jego syn z pierwszego małżeństwa Mściwoj. Warto przytoczyć opis, dający wyobrażenie o metodach rządzenia Henryka:

„…doniesiono Mściwojowi, że w pobliżu mieszka lud obfitujący w dobro wszelkiego rodzaju, lecz że mieszkańcy są spokojni i o żadną burzliwość nie podejrzani. Słowianie ci nazywają się Glinianie. Wziąwszy ze sobą dwóchset Sasów i trzystu Słowian, wszystkich ludzi doborowych, Mściwoj po dwudniowej podróży przez gęste lasy, trudne do przebycia wody i straszliwe bagna, napadł na mieszkańców wcale nie spodziewających się napaści, więc bezpiecznych, i zabrawszy im niezliczoną zdobycz i ludzi wziąwszy do niewoli, odszedł obciążony łupami…”. (Helmold, Kronika Słowian).
W przeciwieństwie do swego ojca, Goczałka, Henryk nie usiłuje krzewić chrześcijaństwa w swoim kraju. Nie sprowadza księży, nie odbudowuje spalonych lub zburzonych kościołów. Ma jednego kapelana obsługującego kaplicę przy zamku w Lubece. Dość mu na tym. Niech ci obmierzli poganie żyją, jak chcą, niech giną w błędach, oddając ciemne dusze szatanowi. Henryk nie ma zamiaru narażać na los ojca lub dziada siebie oraz Bogu ducha winnych biskupów i księży.
Złośliwi podejrzewają, że w tej obojętności obok tchórzostwa jest także i niechęć do dzielenia dochodów z Kościołem. Być może.
Wkrótce po objęciu tronu Henryk przeżył wielką trwogę: Flota rańska dowodzona przez Raczka, krewniaka zmarłego Kruta, dokonała zuchwałego napadu na Lubekę:
„…wojsko Rugian, czyli Ranów, .podpłynąwszy okrętami rzeką Trawną, opasało znienacka miasto. Ci Ranowie… jest to naród okrutny, w środku morza mieszkający… Wodzą oni rej w całej Słowiańszczyżnie, mają… świątynię najsłynniejszą. Z powodu szczególnej czci, jakiej doznaje świątynia… narzucają swoje jarzmo wielu plemionom, sami go od nikogo nie znosząc. Są bezpieczni dzięki nieprzystępności miejsca… Ci więc… przybyli do Lubeki dla owładnięcia całym krajem Wągrów i Nordalbingów [oraz, niewątpliwie, dla dokonania pomsty rodowej za zabicie Kruta]. Henryk, widząc to nagłe nieszczęście… uszedłszy w nocy z dwoma mężami przybył do ziemi Holzatów o pomoc…” (j. w.).

Napad Ranów był doskonale obmyślony i mało brakowało, a Lubeka wpadłaby w ich ręce. Tylko traf, że napastnicy wzięli nadchodzące posiłki saskie za wojsko własne, schodzące z okrętów, sprawił, że Ranowie ponieśli porażkę.
„Klęski doznali w owym dniu Ranowie i wielu z nich zabitych legło przed warownią lubecką, a liczba w wodzie utopionych nie była mniejsza od zabitych mieczem… I usypano wielką mogiłę, w którą złożono ciała poległych, a na pamiątkę zwycięstwa mogiłę tę Raniberg nazwano i aż do dnia dzisiejszego tak się nazywa…” (j. w.).
Kanut, syn Eryka Ejegoda, postanawia zaufać stryjowi Nielsowi i wrócić do Danii.
Dokuczyło mu bytowanie na obcym dworze w charakterze ni to gościa, ni to książęcego sługi. Do licha, jest królewiczem! Za plecami na pewno drwią z niego, że schronił się tu ze strachu. Henryk Goczałkowic dowiaduje się o zamiarach krewnego z żywym niezadowoleniem. Kanut bystry i życzliwy był mu nie lada pomocą w każdej trudnej sprawie. Jak sobie da radę bez niego?!
Lękliwiec martwiłby się tym bardziej, gdyby przeczuwał, jakie zadanie czeka go w najbliższej przyszłości.
Nie pomszczony dotychczas najazd Ranów na Lubekę nie schodzi z myśli Lotara. Cóż stąd, że zakończył się mogiłą napastników. Nie cieszy zwycięstwo odniesione dzięki omyłce nieprzyjaciela. Zuchwałych wyspiarzy należy złamać i ukorzyć. Podbicie Wągrów, Warnów, Czrezpienian, nie wiele znaczy, póki wolni zostają Ranowie. Wyprawa księcia saskiego na Ranę została postanowiona już przed rokiem.
Ponieważ Lotar nie posiadał floty, uderzenie miało nastąpić zimą, gdy staną cieśniny i można przejść na wyspę po lodzie. Zeszłej jesieni wszystko było gotowe, lecz zima zawiodła. Morze ani na jeden dzień nie zamarzło. W tym roku lód jest mocny, natomiast Lotar zrezygnował z prowadzenia wyprawy, zlecając dowództwo nad wojskiem (zatem i odpowiedzialność!) Henrykowi Goczałkowicowi.
Przyczyny, dla których Pogromca Słowian wolał zostać w domu, są powszechnie znane, choć głośno się o nich nie mówi. Łączą się one z gwałtami, jakich cesarz Henryk V dopuścił się w Rzymie. Pojechał tam orężnie i świetnie dla dokonania aktu koronacji. Tytułowano go już powszechnie cesarzem, bo rzecz była ustalona, brakło jednak najważniejszego: sakry.
Papieżem w tych latach był Paschalis II. Bolejąc nad ówczesnym stanem Kościoła, namawiał cesarza, by odstąpił prawa inwestytury, w zamian za co książęta Kościoła zrzekną się dóbr nadanych im przez państwo. Kościołowi wystarczą dochody z dziesięcin i darowizny, otrzymane od osób prywatnych. Henryk V przyjął układ i zaprzysiągł rezygnację ze swych praw. Lecz gdy w czasie uroczystej ceremonii koronacyjnej odczytano tekst układu, obecni biskupi niemieccy podnieśli gwałtowny sprzeciw, oświadczając, że nań nie przystaną i nie wyrzekną się swych posiadłości. Cesarz zażądał wówczas od papieża, by go zwolnił ze złożonej świeżo obietnicy. Paschalis II, sądząc że biskupów przekona — odmówił.
„Powstał gwałtowny spór i dzieło koronacji przerwane zostało. Zbrojne wojsko niemieckie wpadło w gniew dziki, rzuciło się na duchowieństwo, zdarło z niego świeżą odzież, pastwiło się jak wilki w owczarni. Gdy to ujrzeli Rzymianie, skoczyli do odparcia wrogów, i wszczęła się taka w domu św. Piotra bitwa, o jakiej od dawnych lat nie słyszano. Wojsko cesarskie przemogło i wytępiło Rzymian straszliwymi mordami i nie było różnicy między duchowną osobą a ludem… Dom święty napełnił się zabójstwem i trupem, a strugi krwi płynęły do Tybru i zaczerwieniły się wody tej rzeki… Papież i inni, którzy ocaleli, w niewolę uprowadzeni zostali. Widziałeś wtedy kardynałów, jak ich z powrozami na szyi, nagich, ze związanymi w tył rękoma, oraz wielkie tłumy obywateli zakutych w kajdany, pędzono…” (Helmold, Kronika Słowian).

Zamiast powstrzymać rozżarte wojsko, Henryk V domaga się od papieża dokończenia aktu koronacji, w przeciwnym razie wszyscy więźniowie zostaną ścięci.
„Wtedy Ojciec św. zalany łzami wezwał na świadectwo Boga Wszechmogącego, że wolałby stokroć umrzeć niż ustąpić, lecz kieruje się litością ku skazańcom. I przyrzekł, że króla poświęci, byleby wszyscy więźniowie przedtem uwolnieni byli…” (j. w.).
Ceremonii przerwanej dokonano, lecz synod stu dwudziestu biskupów italskich wymógł na papieżu rzucenie klątwy na Henryka. Zagotowało się w państwie niemieckim, gdyż wyklęcie zwierzchnika zwalniało książąt z przysięgi lenniczej, a przeciwnicy cesarza byli bardzo liczni. Wracały czasy Henryka IV, kiedy rodzony syn powstał przeciw
ojcu. Pamiętny na to Henryk V pozostał w Italii, usiłując przejednać papieża i uzyskać przebaczenie. Sprawa się przewlekała, cały świat chrześcijański zgorszony popełnionymi gwałtami, domagał się kary na grzesznika. Książęta sascy z Lotarem na czele oczekiwali niecierpliwie ostatecznej decyzji Stolicy Apostolskiej i synodu. Jeżeli Henryk pozostanie wyklęty, cała Saksonia skorzysta z tego, by mu wypowiedzieć posłuszeństwo. Tajne ambicje Lotara, których nie zwierzał nikomu, sięgały daleko. I dlatego obecnie, miast ruszać na Ranów, pozostawał w kraju, wyglądając wiadomości od bawiącego w Rzymie biskupa hal- bersztadzkiego, Reingera, markotny zaś Henryk Goczałkowic kopał się sam przez śniegi na czele zbrojnych oddziałów.
„…węższy tam pas morza, który okiem przejrzeć się dało, surowość zimy nader mocnym lodem usłała. Wojsko słowiańskie było bardzo liczne… Henryk jednak nie chciał im się powierzać, jako że ich znał… Za danym więc rozkazem Sasi ruszyli przodem, za nimi zaś dopiero wojsko słowiańskie… Idąc przez cały dzień po lodzie i głębokim śniegu, ukazali się na koniec na ziemi Ranów i natychmiast wieś nadbrzeżną podpalili…” (j. w.).
Póki szli cieśniną (miejscami, gdzie wiatr zwiał śnieg, ciemny, przeźroczysty lód dźwięczał pod kopytami jak skała), zasłaniały ich od północy wysokie wzgórza rańskie i mogli sądzić, że zamieć nieco przycichła. Lecz śnieg nie przestawał padać wielkimi płatami. Śnieg pokrywał całą wyspę, zaścielając grubą warstwą rzeźbę wzgórz, niezliczone rozpadliny i zatoki. Podpalili pierwszą napotkaną osadę rybacką, bez potrzeby, lecz z ochoty. Zasnute śniegiem pod dach chaty płonęły z trudem, skwiercząc. Przerażeni mieszkańcy wyskakiwali z domów, lecz tylko nielicznych zdołano zarąbać, żadnego zaś żywcem schwytać, bo ginęli w oćmie śnieżnej, nie pozwalającej widzieć dalej niż na dwa sięgnięcia ręki. Kiedy z niskiego wybrzeża wspięli się wyżej, poznali, że zamieć nie przycichła wcale. Wręcz przeciwnie. Na górzystej wyspie srożyła się z gwałtownością większą niż na stałym lądzie. Północny wicher dął, tnąc niby nożem.
Tumany śnieżne przelatywały wokół jadących, świszcząc i wirując. Pozbawieni przewodnika, kierowali się na oślep ku środkowi wyspy, darmo wypatrywając śladu gościńca czy drogi. Ludzie zapadali po pas, po pachy, w świeżo spadły puch. Obciążeni rynsztunkiem gramolili się niezdarnie jak muchy w śmietanie. Coraz to któryś z konnych obsuwał się wraz z rumakiem z nawisu śnieżnego w niewidoczne wądoły. Okolica zdawała się pusta. Dalszy pochód nie miał sensu, mógł całe wojsko wprowadzić w zasadzkę. Postanowiono zawrócić, by pod osłoną wybrzeża doczekać zmiany pogody.
Lecz i powrót nie jest łatwy. ślady świeżego przejścia już zdążył zasypać śnieg. Wiatr nie stanowi wskazówki, dmie bowiem ze wszystkich stron naraz. Woje wloką się ponuro, odgarniając z twarzy śnieg sklejający powieki. Nareszcie nozdrza uderza swąd dymu, a niebawem dostrzegają czerwony pobrzask, mętnie prześwitujący przez biel. Z radością schodzą na wybrzeże, ku wznieconemu przed kilku godzinami pogorzelisku. Wieś dogasa, czarne płaty gruntu wyzierają spod stopionego śniegu.
Jakże żałuje Henryk nieostrożnego rozkazu! Gdyby tych chat nie spalono, zziębnięte wojsko miałoby zaciszne schronienie. Stojące przy domach stogi zapewniłyby paszę dla koni. Na razie nie pozostaje im nic innego, jak z niedopalonych węgłów, z rozmarzniętej ziemi, sklecić osłony od wiatru i czekać.
Spalone chaty ogacone były torfem. Brunatne kupy tego dziwnego opału tlą się, puszczając smrodliwy dym, ale jako tako grzejąc. Zgłodniałe konie przetrząsają wargami kłęby niedopalonego siana, zmoczone śniegiem. Z wojów każdy zjadł już zapasy, jakie miał ze sobą, i dzwoni zębami ze złości. Odmiany nie widać. Śnieg przestał padać, lecz wyspę przykryła gęsta mleczna mgła. Wypadnie chyba powracać do domu? Goczałkowic z rozkoszą nakazałby odwrót, lecz myśl o gniewie Lotara odsuwa te chęci.
Trzeciego dnia z mgły dolatuje głos rogów. Czyżby nieprzyjaciel następował? Nie, to przybywa poselstwo od najstarszego z kapłanów Arkony.
Poselstwo! Ranowie chcą układów?! Nie posiadający się z radości Henryk oblekł lica w wyraz nieprzystępnej dumy i wyraził łaskawie zgodę na rozmowy. Wymienili wzajemnie zakładników, szyki sasko–obodrzyckie stanęły w ordynku, udając gotowość do walki. Znowu rozległy się rogi, nadjechał długowłosy, siwobrody żerca, otoczony orszakiem zbrojnych mężów i kapłanów. Trzeci już następca owego wróża, który poselstwu Kruta zapowiadał przed pół wiekiem długie i szczęśliwe lata.
Od trzech dni radzono w Arkonie, co począć? Bogowie zesłali śnieżycę, lecz lada chwila wiatr rozegna mgłę, a wtedy Rana wydana będzie na łup napastników. Siłą Rany jest oblewające ją wokół morze. Ale morze skamieniało. Tylko od północnej strony grzmoci o skały jak zwykle. Obroną Rany jest flota, szańcami owe cieśniny, zatoki, wrzynające się głęboko w ląd, trudne do przekroczenia, łatwe do obrony. Dziś nie istnieją. Obcy żołdak, kiedy mgła opadnie, przebiegnie chyżo z Jasmundu na Witów. Za wszelką cenę trzeba nakłonić napastników do odejścia!
Biała szadź oblepiła kożuch arcykapłana, wysoką baranią czapę, osiadała na brodzie i kudłach, na krzaczastych brwiach. Spod brwi żerca patrzył przenikliwie. Ocenił jednym spojrzeniem wygłodzenie ludzi, zapadłe boki koni. Zauważył też, że na wzgórzu mgła, choć wciąż nieprzenikniona, poczyna zbijać się w ciemniejsze kłęby, co wróży rychłe przetarcie. Jako człowiek nie zwyczajny marnotrawienia słów, zapytał rzeczowo, wiele książę chce okupu w zamian za opuszczenie wyspy?
Henryk w duszy westchnął dziękczynnie i rozpoczęły się długie i uparte targi. Stanęło na sumie 4400 funtów srebra. Olbrzymia suma, ale mgła wyraźnie rzedła… ,
„Henryk wziąwszy zakładników wrócił do ziemi swojej, rozpuścił wojsko do domów. Posłał zaś do ziemi Ranów gońców po przyrzeczone pieniądze. Ranowie monety nie mają i kupując towary pieniędzy nie używają, lecz cokolwiek byś u nich chciał kupić, nabędziesz za płaty płócienne. Złoto i srebro… jakie gdzie zdobędą, do skarbca boga swego znoszą. Henryk więc dla ważenia kruszcu wystawił wagę największego ciężaru. Gdy Ranowie wyczerpali i skarb i wszystko złoto i srebro, jakie u kogo na wyspie znaleźli, wypłacili zaledwie połowę sumy, na wadze bowiem oszukani byli…” (Helmold, Kronika Słowian).

Oszukał i wraca zadowolony do domu. Niebo pojaśniało i szczyty obrzydłej wyspy majaczą w opadającej mgle. Wyprawa się udała. Lotar powinien być zadowolony. Pieniądze zgarnie (nadwyżka wagi zostanie prywatną własnością Henryka), przy tym złożenie okupu przez wyspę świadczy o zależności Ranów od księcia saskiego, a to najważniejszy precedens… Pogodne rozmyślania mąci przypomnienie. — Powinienem był — wyrzuca sobie Henryk — zażądać od nich przyjęcia wiary świętej. Wyszło mi to zupełnie z głowy… Szkoda!
Lotar jest zadowolony, owszem, lecz domaga się reszty okupu i wysyła Henryka na wyspę powtórnie. Śnieg jeszcze leży wszędzie, zamieci nie ma, wiatr wieje potężny, z zachodu. Na przesmyku lód nie dźwięczy skalnie pod nogami, lecz odbrzmiewa tępo, jakby się uginał. Przy brzegach woda wybija się na wierzch, bulgocząc i podbijając niecierpliwie lód od spodu. Tym razem słońce oświeciło wyraźnie zarysy wyspy, jej zębate wzgórza i ciemniejącą w oddali wieżę Arkony.
Henryk pozostawił na wybrzeżu wozy, mające z powrotem wieźć okup, sam z jazdą ruszając ku stolicy Rany, Korenicy. Zrobili połowę drogi, gdy doleciał ich stłumiony stuk, niby grzmotu. Powtórzył się raz i drugi. Mniemali, że to wczesna burza zapowiadająca urodzaj. Niebawem, gdy się wspinali na wzgórze, dognał ich pachołek na spienionym koniu, półprzytomny z przerażenia.
— Lód pęka! — krzyczał. — Lód pęka!
Zawrócili co duchu. Tabor stał już gotowy do drogi, ludzie kręcili się przy wozach niespokojnie, nie śmiąc wyruszać bez księcia. Lód pękał istotnie w długie, białe rysy. Ruszyli natychmiast zdjęci trwogą. Tam, gdzie jeszcze o świcie rozciągała się gładka płaszczyzna lodowa, teraz widniały garby, wypukłości, jak gdyby woda wzdymała skorupę. Pragnęli pędzić, uciekać co tchu, a rozumieli, że pośpieszając tłumnie, mogą spowodować zarwanie się lodu. Wielu pieszych wyrywało biegiem naprzód, tusząc, że jako pierwsi przejdą bezpiecznie. Henryk kazał słać za nimi strzały, by odjąć reszcie ochotę ucieczki. Gdy kilkanaście ciał legło na lodzie, inni dali spokój i szli z tępą rezygnacją. Konni pierwsi (wiadomo, rycerze muszą być pierwsi! — sarkano), próżne wozy i piesi z tyłu. Z trwogi ulegali złudzeniu, że krucha pokrywa, po której zdążali, chwieje się cała i kolebie. Droga zdawała się nie mieć końca. Wiatr wiosenny huczał, a im się zdawało, że to huczą fale. Henryk zlany potem wspominał faraona na Morzu Czerwonym w pościgu za uchodzącym Mojżeszem. Wszyscy przeklinali pogan, których czary sprowadziły za pierwszą wyprawą śnieżycę, a obecnie nagłą odwilż, i modlili się w głos do Boga, błagając o zachowanie im życia. Ostatecznie jednak dotarli do brzegu bez szwanku. Lody na przesmyku ruszyły dopiero nazajutrz.
„…a tak nie ukończywszy dzieła, wrócili i zaledwo morskich niebezpieczeństw uniknąć zdołali…” (Helmold, Kronika).

ROZDZIAŁ XVI
DZIECIĘ MARSA I WILCZYCY

Henryk syn Goczałka w ciężkich chwilach znajdywał pociechę w przykładzie polskiego księcia, Włodzisława Hermana. Jego poddani, przeciwnie, krzepią się rosnącą sławą młodszego Włodzisławowica, Bolka. Ten szczeniak nie przypomina w niczym potulnego ojca. Jako dziewięciolatek brał udział w wyprawie wojennej na Pomorzan. W trzynastym roku życia otrzymał pas rycerski i ostrogi. Przyjaciele zowią go synem Marsa, niechętni, synem wilczycy. Twarz ma szpetną, bo wrzody, na które chorował w dzieciństwie, zniekształciły mu wargi (niebawem wąs zasłoni tę nieforemność, lecz przydomek Krzywousty zostanie przy nim na stałe). Wszystka energia wspaniałego rodu zdaje się skupiać w tym chłopcu. Męstwo i geniusz wojenny Chrobrego, zdolność przewidywania mądrego Mieszki I. Niestety, do tych zalet dołącza się zapalczywość stryja, Bolesława Śmiałego, owa nieszczęsna skłonność do gniewnego szału, w którym ginie sąd, ludzkość, rozwaga. Przez taki gniew można utracić królestwo. Skutki podobnego wybuchu trzeba nieraz opłakiwać całe życie. Bolesław objął tron książęcy po śmierci ojca, w r. 1102, mając lat szesnaście. Panowanie rozpoczął od walki z bratem Zbigniewem i wyprawy na Pomorzan.
Zbigniew był człowiekiem cichym i niczego innego nie pragnął, jak siedzieć spokojnie na dzielnicy, wyznaczonej mu przedśmiertnie przez Włodzisława. Lecz Bolesław należał do typu władców, którzy nie zniosą podziału. Chciał rządzić całą Polską sam. Sam jeden. Walka z bratem zajęła pierwsze lata panowania Krzywoustego, wciągając w rozprawę społeczeństwo polskie z hierarchią kościelną włącznie.
Sprawa Pomorzan przedstawiała się następująco: cały obszar od Wisły po Odrę, przyłączony do Polski przez Bolesława Chrobrego, odpadł po śmierci Mieszka II w czasie tzw. reakcji pogańskiej. Kazimierz Odnowiciel odzyskał zwierzchność, lecz tylko nad Pomorzem Wschodnim (do linii Kołobrzegu). Bolesław Śmiały tuż na początku swego panowania utraci! lekkomyślnie to zwierzchnictwo i pochłonięty później sprawami kijowskimi nie zdążył odrobić błędu przed katastrofą, którą sam wywołał. Tak więc Polska była odcięta od morza, a władzą nad Pomorzem dzieliło się kilku niezależnych książąt. Wprawdzie palatyn (wojewoda) Sieciech, mąż dzielny i mądry, prawa ręka i miecz Włodzisława Hermana (zanim stał się jego wrogiem), wyprawiał się na Pomorzan nieomal każdego roku. Wyprawy te jednak, acz nieraz zwycięskie, miały charakter odwetowy, toczyły się według ustalonego schematu: pustoszenie kraju nieprzyjaciela, uprowadzanie jeńców. Pomorzanie odpłacali tym samym, napadając to na Mazowsze, to na Wielkopolskę. Kiedyś zapuścili się aż w sieradzkie, do Spicymierza, powodując wielkie straty i szerząc zniszczenie.
Wzajemne stosunki były zdecydowanie wrogie. Obok różnic religijnych jątrzyły umysły nieustanne wzajemne najazdy i spory graniczne. Anonim Gall pisząc o Pomorzanach:

…ani mieczem wymowy kaznodziejskiej nie dało się ich oderwać od pogaństwa, ani mieczem zniszczenia nie można było tego pokolenia żmij zupełnie wytępić…” wypowiadał opinię ogółu.
Odmiennie odnosili się teraz Słowianie zaodrzańscy do Polski. Śmiertelnie zagrożeni przez Niemców, walcząc nieustannie z bezlitosnym naporem saskim, tęsknili do oparcia się o siłę, jaką w ich oczach uosabiał niegdyś Chrobry. Dlatego krążące między ludźmi opowieści o poczynaniach „nowego Chrobrego” budziły wśród Czrezpienian, Wkrzanów, Obo-drzyców spontaniczny i gorący oddźwięk.
Niby przez wspólnotę pragnień, wszystkie myśli młodziutkiego księcia kierowały się na północ i zachód ku morzu, ku Pomorzu. W 1102 roku, natychmiast po objęciu władzy, śmiałym wypadem zdobył Białogard nad Parsętą, stolicę jednego z książąt pomorskich.
„…z garstką wybranych wojowników wdarł się w środek ziemi pogan. I gdy przybył do znamienitego… grodu zwanego Białym… gwałtownym szturmem, a w dziwny sposób, zdobył ten gród bogaty i ludny w dniu, w którym przybył. Mówią, że on pierwszy natarł i pierwszy wdarł się na wały grodu…” (Gall, Kronika).
Od tej chwili nie ustaje w usiłowaniach. Zrywa z systemem bezmyślnych wypraw „pustoszących”. Gród za grodem, zdobywa linię Noteci, rzeki granicznej, za której błotnistymi brzegami siedzą bezpiecznie Pomorzanie. Każdy zdobyty gród, Ujście, Wieleń, Czarnków, umacnia, obsadza załogą, uzyskuje trwałą bazę.
W r. 1106 powtarza wypad białogardzki. Tym razem celem jest Kołobrzeg. Lecz starannie ufortyfikowany gród nie daje się zaskoczyć. Konnicą nie zdobędziesz tych murów, tu trzeba machin oblężniczych. Po paru nieudanych szturmach Bolesław wycofuje się z żalem, spaliwszy tylko i zrabowawszy bogate podgrodzia. Rycerze narzekają, że nie ma gdzie koni poić, gdyż strugami w okolicy płynie słona woda, lecz cieszą się, że ujrzeli morze. Mokre zagony, gościniec otwarty na świat… Patrzą, patrzą, nie mogą się napatrzyć. Bolko w duchu przysięga sobie, że wróci i ten brzeg odzyszcze. Anonim Gall kładzie w usta Bolesławo-wych rycerzy pieśń, przez siebie zapewne ułożoną:
„Naszym przodkom wystarczały ryby słone i cuchnące, my po świeże przychodzimy, w oceanie pluskające. Ojcom naszym wystarczało, jeśli grodów dobywali, a nas burza nie odstrasza, ni szum groźny morskiej fali. Nasi ojce na jelenia urządzali polowanie, a my skarby i potwory łowim, skryte w oceanie!”
Ktokolwiek był autorem tych słów, wyrażały one radość i zapał, ożywiające rzeczywiście drużynę Krzywoustego. Powrócą tutaj zwycięsko, powrócą niebawem.
W r. 1109 Zbigniew Włodzisławowic, wygnany ze swej dzielnicy, prześladowany przez brata, ucieka na dwór cesarza Henryka V, prosząc o pomoc w odzyskaniu swoich praw.
Nieszczęsny Zbigniew! Zarówno jego postać, jak tragiczny koniec budzą dlań żywe współczucie, lecz nie można wybaczyć owej (jakże słowiańskiej!) chęci wzywania wroga przeciw bratu. A lepiej by się zrzekł księstwa, osiadł w klasztorze, zamiast sprowadzać na kraj wojnę, a sobie straszny los gotować!

Henryk V przyjmuje mile Włodzisławowica. Stałym nakazem polityki niemieckiej jest popieranie wszelkiego rodzaju pretensji juniorów, pretendentów, zagrożonych dziedziców. Ujmując się za nimi, można podstawić skutecznie nogę władcy danego kraju. W tym wypadku Henryk V ze szczególną przyjemnością upokorzy pychę Bolesława, którego ojciec był przecież posłusznym lennikiem cesarstwa…
Cesarz posyła księciu polskiemu, następujące wezwanie:
„Byłoby niegodnym cesarza rzymskiego i przeciwnym prawu, wkraczać z orężem w ręku w kraj… swego wasala, nie zapytawszy go wprzód, zali chce pokoju czy wojny, a to, by miał czas się przygotować. Dlatego powiadamiam cię: Albo brata swego starszego przyjmiesz, oddając mu połowę królestwa i zobowiążesz się płacić mi rocznie 300 grzywien daniny, względnie tyluż rycerzy dać mi na wyprawę, albo… podzielę twoje państwo”. (Gall, Kronika).
Treść, jak widzimy, majestatyczna i rycerska. Tak przemawia władca pewny swej słuszności, nie chcący słabszego przeciwnika zaskoczyć.
Odpowiedź Bolesława przychodzi natychmiast, a słowa jej brzmią jak cięcia miecza: „…Pieniędzy ani rycerzy polskich nie otrzymasz. Mielibyśmy się za niewiasty nie za mężów, wolności swojej nie broniąc. Do przyjęcia człowieka buntowniczego lub podzielenia z nim państwa nie zmusi mnie żadna przemoc… Bacz, komu grozisz! Chcesz wojować — znajdziesz wojnę!” (j.w.).
Kości zostały rzucone.
Cesarz ściąga co najświetniejsze rycerstwo z całego kraju. Wyprawa, acz przygotowana starannie, robi wrażenie raczej wspaniałej demonstracji, mającej samym wyglądem onieśmielić młodego zuchwalca, tytułującego się bezprawnie „Dux totius Poloniae”, niż rzeczywistej kampanii. Wszyscy sąsiedzi czekają w napięciu rozwoju wypadków. „Miecz cesarza przetnie Polskę na dwoje” — zapewnia Henryk Goczałkowic. To samo przekonanie żywi Niels, król duński.
Pamiętna wojna 1109 roku! Początek zapowiada się pomyślnie dla cesarza. Przeszedł z wojskiem Odrę w innym miejscu, niż oczekiwano i stanął pod nie spodziewającym się napaści Głogowem, w dzień św. Bartłomieja Apostoła, czyli 24 sierpnia. Wziął licznych zakładników, między nimi syna kasztelana grodowego. Mieszczanie wysyłają poselstwo do Bolesława, zapytując, co im czynić rozkaże. Książę nakazuje bronić się do ostatniego, nie zważając nawet na los zakładników.
Posłyszawszy o tym cesarz

Posłyszawszy o tym cesarz
„…kazał budować przyrządy oblężnicze, chwytać za oręż, rozdzielić odpowiednio oddziały, chorążym polecił dąć w trąby i zdobywać gród ze wszystkich stron naraz, żelazem, ogniem i machinami… grodzianie ze swej strony rozdzielili się między poszczególne bramy i wieże, umacniając przedmurza, znosząc kamienie i wodę do bram i wież. Wtedy cesarz sądząc, że umysły mieszczan dadzą się ugiąć litością dla swoich synów i krewnych, polecił znaczniejszych pochodzeniem zakładników oraz syna komesa grodowego przywiązać do machin oblężniczych, oczekując, że zmusi tym gród do otwarcia bram…” (j. w.). Majestatyczny, rycerski był Henryk V, dopóki sądził, że wyprawa będzie uroczystą, a skuteczną demonstracją. Jednak wobec pierwszych niepowodzeń odrzucił maskę wspaniałomyślności. Nie dziwmy się temu my, co w czasie Powstania Warszawskiego widzieliśmy kobiety polskie i dzieci, przywiązane do hitlerowskich czołgów.
Zakładnicy giną na oczach rodziców. Głogów nie poddaje się.
„Ze wszech stron przypuszczono szturm do grodu, zewsząd krzyk potężny podnosząc.
Niemcy nacierają, Polacy się bronią. Zewsząd machiny wyrzucają w powietrze kamienie, kusze dźwięczą, pociski i strzały latają w powietrzu, tarcze przedziurawione pękają, pancerze pryskają, szysziaki idą w drzazgi, trupy padają pokotem, ranni ustępują, a na ich miejsce przychodzą nowi wojownicy. Niemcy nakręcali kusze ręczne, Polacy zaś miachiny z kuszami. Niemcy wypuszczali strzały, zataczali proce z kamieniami, a Polacy kamienie młyńskie i silnie zaostrzone pale. Gdy Niemcy osłonięci przykrywami z desek usiłowali podejść pod wał, Polacy sprawiali im łaźnię wrzącą wodą, zasypując płonącymi głowniami. Niemcy podprowadzali pod wieże żelazne barany [tarany], Polacy zaś staczali na nich z góry koła, zbrojne stalowymi gwiazdami. Niemcy po wzniesionych drabinach pięli się do góry, a Polacy, zaczepiając hakami żelaznymi, porywali ich w powietrze…” (j. w.).

Miasto broni się nieulękle, a tymczasem szturmujący poczynają mieć wrażenie, jak gdyby sami byli oblężeni. To Bolesław niewidzialnie otoczył ich kołem, zamknął drogi zasiekami, przecina dowóz żywności, męczy nieustannym szarpaniem podjazdów i straży. Położenie armii niemieckiej poczyna być groźne. Książęta szemrzą. Świetni rycerze lombardzcy, frankońscy, allemańscy nie kryją zawodu. Przyczyna wyprawy, niefortunny Zbigniew, ręczył cesarzowi, że byle przekroczyli granicę, cała ludność polska opowie się za nim… Tymczasem jest wręcz przeciwnie. Nienawiść do Niemców odwraca od Zbigniewa nawet oddanych mu dawniej stronników. Cesarz przeklina chwilę, w której dał się wciągnąć w tę sprawę i, uprzedzając powszechne niezadowolenie, mogące przemienić się w bunt, przerywa obleganie miasta i rusza na Wrocław. Ufa, że wreszcie dopadną Bolesława i stoczą z nim bitwę decydującą, bitwę w otwartym polu, której domaga się całe rycerstwo.
Lecz Włodzisławowic pozostaje nadal nieuchwytny. W genialny sposób prowadzi swoją akcję nękającą. Oddajmy głos kronikarzowi, naocznemu świadkowi tych zmagań: „Gdziekolwiek się cesarz zwrócił…, postępował za nim Bolesław… Gdy cesarz zwijał obóz, Bolesław był mu nadal nieodstępnym towarzyszem. Ktokolwiek wystąpił z szeregów, nie znalazł powrotnej drogi. Jeżeli większy oddział zaufany w liczbę, w poszukiwaniu żywności lub paszy, oddalił się od obozu, Bolesław wpadał między nich a wojsko cesarskie, odcinając im odwrót i tak ci, którzy wyprawiali się po łupy, stawali się sami łupem Bolesława. W ten sposób wielkie i dobre wojsko [cesarskie] doprowadził do takiego przestrachu, że… nikt nie śmiał wychylić się z obozu. Żaden giermek nie ośmielił się zbierać trawy dla koni, nikt też nie ośmielał się wyjść dla załatwienia swoich naturalnych potrzeb poza linię straży. Obawiano się Bolesława w dzień i w nocy, ostrzegano się wzajem: — Bolesław nie śpi! — Gdy się ukazał gaj albo zarośla, wołano: — Strzeż się, tam czyha Bolesław! — Nie było miejsca, o którym by nie przypuszczano, że może w nim być Bolesław. W ten sposób dręczył ich bez wytchnienia, porywając po kilku, to z czoła pochodu, to z tyłu, innym razem nacierając z boków. Dlatego też wojownicy cesarscy cały dzień szli w pełnym rynsztunku, spodziewając się wszędzie i ciągle napadu Bolesława. W nocy spali wszyscy również w pancerzach lub też stali na stanowiskach, inni odbywali straże, inni wołali: — Czuwajcie!… Strzeżcie się!…
…Codziennie ginęło niemało szlachetnych mężów, których ciała po wy-pruciu wnętrzności nadziewano solą i aromatami, składając je na wozach, na których miał je cesarz wysłać do Bawarii lub Saksonii, jako jedyny haracz wywożony z Polski…

…cesarz widział, że tak liczne wojsko dłużej utrzymać się nie może, ponieważ Bolesław, jak lwica po zabraniu jej szczeniąt łaknąca krwi, krążył dookoła. Konie z głodu padały, ludzie udręczeni byli ciągłym czuwaniem, niewczasem i postem. Do tego nieprzebyte gąszcze leśne, niewysychające bagna, kłujące muchy, ostre strzały zawziętego chłopstwa — to wszystko nie pozwalało na wykonanie zamiaru…” (j. w.).
Poturbowany przez Dawida Goliat chciałby się wycofać z honorem. Sie do polskiego księcia nowe poselstwo:
„Cesarz Bolesławowi księciu polskiemu oświadcza swą łaskę. Poznawszy twą dzielność, przychylam się do rad moich książąt i odebrawszy trzysta grzywien, spokojnie stąd odejdę, poczytując to za wystarczający dowód twojej czci… Jeżeli nie podoba ci się na to przystać, możesz mnie rychło oczekiwać w swojej krakowskiej stolicy.” (j. w.).
Odpowiedź (nadchodzi równie szybka i stanowcza jak poprzednio:
„…Bolesław, książę polski, pragnie pokoju, lecz nie za cenę denarów. Od woli cesarza zależy, czy zawróci już, czy będzie dalej szedł; lecz nie spodziewaj się ode mnie otrzymać ani lichego obola! Wolę stracić państwo, broniąc jego wolności niż zachować je w poddaństwie”, (j.w.).
Podjazdy Bolesławowe ustawicznie napadają wymęczone wojsko cesarskie. Bezsilny wobec zwinnego nieprzyjaciela, pojawiającego się zawsze tam, gdzie go nikt nie oczekuje, Henryk V nakazuje odwrót. Zabalsamowane trupy świetnych urodzeniem i męstwem rycerzy zachodnich, stanowią rzeczywiście, „jedyny haracz, jaki cesarz wywozi z Polski”.
Przerażony Zbigniew ucieka do Czech.

Wrażenie, wywołane w całej Europie klęską cesarza rzymskiego, jest olbrzymie. Cesarz pokonany przez dwudziestoparoletniego księcia polskiego, syna lennika! Książę saski Lotar powraca z tej wyprawy kipiący złością na swego monarchę. Krytykuje otwarcie jego nieostrożność, zadufanie, nieudolność. O, gdyby on, Lotar, był na jego miejscu, inaczej potoczyłaby się cała sprawa!
Najsilniejsze, acz głośno nie ujawniane reakcje na opisywane poprzednio wypadki występują u Obodrzyców, Połabian, Wieletów. Choć Lotar surowo zapowiedział całemu dworowi, by nie ważono się mówić przy Słowianach o niepowodzeniu wyprawy, któż zamknie gębę pachołkom od koni, woźnicom czy ciurom? Niebawem dzieje porażki cesarskiej znane są w całym kraju.
W r. 1110 wybucha wśród Redarów i Doleńców powstanie. Jeszcze raz odżywa wilcza krew Wielecka. Sam Lotar uderza na zbuntowanych. Zdobywa i równa z ziemią 9 grodów.
Ludność morduje lub uprowadza w niewolę. Pomimo to powstanie rośnie, powiększa swój zasięg. Arcybiskup magdeburski Adelgoz śle rozpaczliwe wezwania do całego Zachodu:
„…o szlachetni panowie chrześcijanie, raczcie pokwapić się na ratunek Niemców udręczonych przez ludy pogańskie… Poganie ci są najgorsi, lecz ziemia ich obfituje w mięso, mąkę, miód… a uprawiona, odwzajemnia się wielką ilością plonu… Te słowa potwierdzi każdy, co ją zna… Przeto wy wszyscy, sławni poskromiciele świata, Sasi, Lotaryńczycy, Frankowie, możecie tutaj i dusze wasze zbawić i… uzyskać najlepszą ziemię na mieszkanie!” (Codex Anhalthinus).
Dziwią się postronni, co za bies opętał dzicz pogańską? Któż ją ujarzmi, jeśli nawet surowe wyprawy księcia saskiego nie są w stanie zaprowadzić pokoju?

Tylko Lotar rozumie, o co chodzi, lecz nie dzieli się myślami z nikim. To zwycięstwo Bolesława, to nadzieja, że Polska tu przyjdzie, powodują nieustające rozruchy. W tym leży przyczyna, że zgnieciesz Redarów, burzą się Hobolanie, wytłuczesz Hobolan, powstają Brzeżanie, spławisz ich we krwi, już chwytają za miecze Chyżanie… I tak w koło i tak w koło, aż wyginie przeklęty rodzaj słowiański… Obyż zginął jak najprędzej! Do imienia Lotara już przylgnął przydomek Pogromcy Słowian, z czego jest zadowolony.
Żalu i gniewu przeżytych przed trzema laty, gdy odchodził jak niepyszny spod wałów Kołobrzegu, złożonego wówczas ślubowania, że nad brzeg morski powróci, Bolesław Krzywousty nie zapomniał i nie zapomni. Wszystkie jego myśli krążą nadal wokół morza i Pomorza, jak gdyby go po urodzeniu boginka w słonej wodzie wykąpała.
Ludzie, którzy się całkowicie jednej myśli w poddaństwo oddadzą, rzadko osiągają zrozumienie ze strony otoczenia, skłonnego poczytywać ich wierne pragnienie za nierozsądny i zbyteczny upór. Tak było i z Bolesławem. Dla zahukanego Zbigniewa Pomorzanie przedstawiali jedynie siłę, która mogła dać oparcie przeciw groźnemu bratu. W przekonaniu Skarbimira i reszty rycerstwa ci najdokuczliwsi z sąsiadów istnieli po to, by miecze polskie w pochwach nie rdzewiały, a gotowość wojacka nie stygła. W oczach biskupa krakowskiego, Baldwina, obmierzli poganie uosabiali synów Belzebuba, skazanych wyrokiem Bożym na wieczyste potępienie. Znów kupcy i mieszczanie krakowscy, poznańscy, cenili tylko owoce każdej udanej wyprawy: tęgich młodych jeńców, piękne płótna lniane, bursztyn, oręż i inne łupy, zwożone z grodów pomorskich.
Takie były poglądy ogółu. A Bolesław? Dla niego ziemia przymorska i lud ją zamieszkujący byli celem upragnionym, nad wszystko pożądanym, zarazem nienawistnym i ulubionym. Nienawistnym, gdyż Pomorzanie uparcie odwracali się od niego, lubym — bo bystrym umysłem widział w nich rękojmię wielkości Polski, drogę do odzyskania Chrobrowej potęgi. Widział również, że ludy te zginą niechybnie, jeżeli się z Polską nie złączą. Niby nieopatrzne dzieci upatrują nadal w pogaństwie swobodę i wolność, gdy w rzeczywistości jest ono ich zgubą śmiertelną. Zaodrzańscy już się o tym przekonali, ślą potajemnie posłów na dwór krakowski, przyzywają Bolesława… Za późno…za późno… Przegrali swą sprawę. Tutejsi Pomorzanie, nie zetknąwszy się dotąd bezpośrednio z Niemcami, nie rozumieją tego i rozumieć nie chcą.

O tych sprawach, dlań najbliższych, Bolesław nie miał z kim mówić. Rycerstwo żywiło dla swego wodza ślepe uwielbienie, lecz nie rozumiało jego planów. Biskupi go nie lubili, trzymali stronę Zbigniewa. W ocenie wagi Pomorza był odosobniony. Sam jeden…
Sam jeden?… No nie. Ktoś drugi żywił podobne poglądy, zapatrywał się jednakowo na położenie i równie mocno jak Bolesław postanowił zagarnąć Pomorze. Tym człowiekiem był Lotar z Suppilenburga, książę saski.
Dwaj godni siebie antagoniści. Na szachownicy dziejów tej części Europy oni będą przez najbliższe ćwierćwiecze rozstawiać pionki i przesuwać wieże. Młodszy, zapalczywszy gracz powie kilkakrotnie: Szach
W r. 1108, poprzedzającym najazd na Polskę cesarza Henryka V i jego niesławny odwrót spod Wrocławia, miała miejsce mordercza bitwa pod Nakłem, potężnym grodem („przepotężnym” mówi Gall) — pośród bagien nadnoteckich położonym, stanowiącym wrota do zachodniego Pomorza. Otoczonej przez wojska Bolesława warowni pośpieszyli na pomoc Pomorzanie oraz sprzymierzeni z nimi Prusowie. Niechając oblężenia, książę polski ruszył przeciw tej odsieczy.
„…zaczął wrogów dookoła okrążać, oni zaś skupili się razem i powbijali włócznie swe w ziemię, ostrzem kierując w napadających, tak że nikt nie byłby w stanie w środek ich się przedostać… Byli oni prawie wszyscy piesi i nie uszykowani do bitwy obyczajem chrześcijańskich wojsk, lecz jak wilki zasadzające się na owce, czaili się, przysiadając na zgiętych kolanach na ziemi. I gdy na niestrudzonego Bolesława… zwrócił wróg całą czujność, wtedy Skarbimir upatrzył miejsce pozwalające skoczyć w środek nieprzyjaciół i wdarł się w ich stłoczone klinowe szyki. Rozbici i otoczeni, barbarzyńcy dzielny stawili opór, lecz wreszcie zmuszeni zostali do ucieczki. Padło tam niemało dzielnych rycerzy spośród chrześcijan, lecz z czterdziestu tysięcy pogan uszło z życiem zaledwie dziesięć tysięcy. Świadczę się Bogiem, za którego sprawą — i św. Wawrzyńcem, za którego prośbami, dokonano tego pogromu…” (Gall, Kronika).
Potworna rzeź, nawet uwzględniwszy ewentualną przesadę kronikarską. Tym straszliwsza, że między-słowiańska. — Bodajeś sczezł! — krzyczeli Polacy miotając oszczepy. — Bodajeś zdechł! — odpowiadali nienawistnie Pomorzanie.
Wnet po zakończeniu wojny z Henrykiem V, w tym samym jeszcze roku 1109, niestrudzony Bolesław wyprawił się na Pomorzan, by ich ukarać za to, że sprzyjali cesarzowi… Zdobył i spalił trzy grody. W r. 1110 przyszła kolej na Prusów. Po co wsadzają nosa w polsko- pomorskie sprawy?

…Bolesław zimową porą bynajmniej nie zażywał gnuśnego wczasu, tylko wkroczył do Prus, krainy północnej, lodem pokrytej… Po zamarzłych jeziorach i bagnach przechodził jakby przez most, bo nie ma do owego kraju innego dostępu, jak przez bagna i jeziora…” (j. w.).
Spustoszył nieliczne grody pruskie, nabrał jeńców i łupy — te zwłaszcza w postaci skór kunich i bobrowych, wysoko cenionych.
„…Prusowie… obfitują w futra u nas nieznane, a tych zapach rozlał po naszym świecie jad dymu… Oni je cenią na równi z nawozem, my zaś, na nasze, jak sądzę, potępienie, do odzieży z kun wzdychamy niby do jakiej szczęśliwości…” (Helmold, Kronika Słowian).
Latem tegoż samego roku Bolesław wyruszył znów ‚na Pomorze. Zajął ponownie zdobyte przed kilku laty, a obecnie zbuntowane grody: Ujście, Wieleń, Czarnków. Pan Czarnkowa, zdradziecki Gniewomir, co kłamliwie przyjął już kiedyś chrzest i nieszczerze przysięgał wierność Bolesławowi, daje głowę pod miecz katowski.
Pora skończyć wreszcie z Nakłem. Jesienią 1112 r. Krzywousty otacza je znowu. Spędzona zewsząd ludność rąbie drzewa pod machiny oblężnicze, sypie groble na bagnie. Wyrzucona ziemia odsłania kości wojów poległych tutaj przed czterema laty. W Nakle broni się książę Świętopełk syn Swiętobora, młodszy brat owego Warcisława, który jako zakładnik zostawał na dworze Lotara.
Oblężenie trwa od św. Michała do końca grudnia. Bolesław zraniony strzałą, gdy sam prowadził do szturmu „zapalił się jeszcze większą zawziętością” (Gall). W dniu Bożego Narodzenia Świętopełk kapituluje. Daje syna jako zakładnika, obiecuje przyjąć chrzest i składa lenną przysięgę księciu polskiemu, który uspokojony powraca do kraju zażyć należnego spoczynku.
Lecz Świętopełk jest wiarołomny. Nie ochrzcił się w oznaczonym terminie. Gromadzi podobno siły przeciwko Bolesławowi. Tego nadto dla syna wilczycy i Marsa.
Następnego roku 1113, zdobywszy w ciągu ośmiu dni warowny gród leżący w widłach Wisły i Brdy, po raz trzeci osacza Świętopełka w Nakle.

Zdobył je z większym trudem i większą stratą czasu, ponieważ miejsce było obronniejsze, a wojownicy liczni i dzielni. Polacy przygotowali machiny oblężnicze, a Pomorzanie sporządzili podobnie przyrządy obronne. Polacy wyrównywali doły, znosząc ziemię i drzewo… a Pomorzanie przygotowywali tłuszcze i smolaki, którymi udało im się spalić nagro- 184
madzone drzewo. Trzy razy skrycie zeszedłszy z murów spalili grodzianie wszystkie przyrządy oblężnicze i po trzykroć je znowu wystawiali Polacy. Tak blisko grodu stały drewniane wieże Bolesława, że grodzianie z wałów bronili się przed nimi orężem i ogniem. Wielu z Polaków ranili grodzianie strzałami i kamieniami, jeszcze więcej grodzian zabijali codziennie Polacy. Byli bowiem poganie pewni śmierci, gdyby ich orężnie wzięto w niewolę i dlatego woleli broniąc się, ginąć ze sławą .niż tchórzliwie uchylając karku. Coraz częściej jednak zamyślali zawrzeć układ z Bolesławem i gród poddać. Polacy… także utrudzeni już byli tylu znojami i strażami, lecz mimo to usiłowali bez wypoczynku i opieszałości gród zdobyć… Na koniec grodzianie powzięli postanowienie dla obu stron odpowiednie i po otrzymaniu od księcia poręki, oddali gród, sami odchodząc dokąd im się spodobało.” (j. w.). Anonim Gall nie wspomina nic o dalszych losach Świętopełka. Inne źródła mówią, że umarł w polskim więzieniu, a zarząd wschodnim Pomorzem Bolesław zlecił jego bratu, Bogusławowi.
Warcisław, Bogusław, Świętopełk, Racibor, synowie (?) Swiętobora, książęta pomorscy, byli spokrewnieni z Piastami.
„…gród więc Nakło… pozwolił Bolesław zatrzymać Pomorzaninowi Świętopełkowi… z rodu sobie krewnego…”
— pisał Gall po pierwszym oblężeniu Nakła.
Niektórzy polscy historycy, m.in. Zygmunt Wojciechowski — wyprowadzają dynastię pomorską od Świętopełka, brata przyrodniego Bolesława Chrobrego. Inni, śladem Balzera (Genealogia Piastów) uważają, że pokrewieństwo było „po kądzieli”. Kroniki pomorskie zdają się przyznawać słuszność jednym i drugim:
„…W owym czasie [r. 1112] zapisano w polskiej kronice, że ród Gryfitów na Pomorzu i tenże ród w Polsce są jednym starym rodem… Świętopełk również wywodził się pierwotnie z tego rodu…” (Kantzow, Pomerania). a dalej:
„…polska kronika obwinia tego Świętopełka, że był niestałej natury i niewierny, aczkolwiek, choć rodowity Pomorzanin, pochodzi ze starego polskiego rodu Gryfitów, którzy i teraz Gryfem się pieczętują”.
Tenże sam kronikarz pisze w innym miejscu: „…od tego czasu królowie polscy Piastowie
podpisywali się zawsze jako królowie Polski i Pomorza, z których rodu pochodzą również obecni książęta pomorscy…” (Kantzow, Anhang vom alten Pommerland),
Nakło zdobyte. Od ujścia Wisły do Parsęty z Kołobrzegiem włącznie, cały obszar pomorski należy do Bolesława, lecz to go nie zaspokaja. Parsęta… Cóż to za granica? Jakbyś kołek wbił na polu i nieprzyjacielowi rzekł: — Nie mijaj go! — Prawdziwa granica to dopiero ujście Odry, granica, której warto strzec i bronić.

Pojmował to dobrze pradziad, Mieszko I, dzierżyciel całego pomorskiego kraju. Płacił zeń daninę od Odry do Warty, „Usque in Varta fluvium”, lecz tą ziemią mocno władał. Syn jego Chrobry, zwolniony z trybutu przez cesarza Ottona III, poczytywał również Pomorze za nieodłączną część Polski, równie ważną i cenną jak Śląsk. Bez Pomorza jak bez Śląska, Polska byłaby wiecznie kaleka…
Poczta w owych czasach jeszcze nie istnieje. Nie ma agencji telegraficznych ani radia. Komunikacja wobec obfitości wód i braku mostów bardzo utrudniona. Pomimo to wszelkie ważne wiadomości rozchodzą się po kraju z zadziwiającą szybkością.
Czrezpienianie już wiedzą o postępach Bolesława. W r. 1114 znów podnoszą bunt. Prowadzi ich książę Domamir z dawnych książąt plemiennych. Wnet potem nad środkową Łabą i So Lawą wybucha powstanie Łużyczan i Serbów. Dołączają do nich Stodoranie.
„Burzono zamki, kościoły i grody, niszczono pola, nie przepuszczano nawet żebrakom i pielgrzymom, obyczajem pogańskim obchodząc się z nimi. Mnisi tłumnie uciekając w głąb Niemiec roznosili straszne wieści o wzburzeniu pogan, o czci oddawanej przez nich demonom, o wymordowanych sługach Kościoła i wszelkich nieszczęściach chrześcijan… Bóstwa pogańskie, odzyskawszy dawną moc rządzenia ludem, podżegały jego zapamiętałość przeciw panom chrześcijańskim…” (Abbat Ursbergen-sis, wg Bogusł.)
Trzy lata walczą powstańcy.
Pogromca Słowian, Lotar, nie może ich zmiażdżyć, wszystkie jego siły bowiem pochłania walka z cesarzem.
„…cesarz Henryk V, czując, że cała Saksonia od niego odpada i jad sprzysiężenia coraz bardziej się rozlewa, straszną temu krajowi klęskę zadał, książąt saskich pozabijał lub uwięził… Wówczas ci z książąt saskich, którzy jeszcze pozostali, mianowicie książę Lotar, biskup halbersztadzki Reinger, Fryderyk, grabia na Amesbergu i paru innych, zabiegli ze swymi wojskami cesarzowi drogę pod Welpesholt i pokonali cesarza…
…za długo byłoby opowiadać zamieszki tej epoki, ani nam przystoi się nad nimi rozwodzić… (Helmold, Kronika Słowian).
Bitwa pod Welpesholt, która miała miejsce 1 lutego 1115 r., stanowiła początek zaciekłej wieloletniej wojny domowej między Lotarem a Henrykiem V. Dzięki niej zbuntowane plemiona Łużyczan i Połabian mogły przez trzy lata z bronią w ręku oczekiwać nadejścia księcia polskiego.
Dlaczego Bolesław tego czasu nie wykorzystał?
Uwięziły go w kraju zatargi międzysłowiańskie. Wojna z Czechami, z Rusią i znowu z Czechami, przede wszystkim zaś popełniona w uniesieniu zbrodnia: oślepienie Zbigniewa, który w następstwie egzekucji umarł.
Szalony w gniewie, Bolesław po ochłonięciu szaleje z rozpaczy. Rozpacz jest szczera, skrucha bezgraniczna, załamanie całkowite „…oskarżamy Bolesława, że coś podobnego popełnił, pochwalmy go jednak w tym, że godnej dokonał pokuty i bardzo się upokorzył. Po raz pierwszy widziano takiego męża, tak potężnego księcia, tak lubego młodzieńca, jak poszcząc leżał wytrwale na ziemi w popiele i włosiennicy wśród strumieni łez i łkań, jak wyrzekł się towarzystwa ludzkiego i rozmowy, mając ziemię za stół, trawę za ręcznik, czarny chleb za delicje, a wodę za nektar!.,. (Gall, Kronika)

Niezależnie od tych zewnętrznych oznak żalu, Bolesław obdarowuje kościoły, zamawia liczne Msze św. na intencje zamordowanego brata, odprawia trzy kolejne pielgrzymki do grobu św. Stefana na Węgrzech, do klasztoru benedyktyńskiego św. Idziego (również na Węgrzech) i do relikwii św. Wojciecha w Gnieźnie. Wszystkie te wędrówki odbywa boso w szacie pokutniczej. Straszne przeżycie zostawi w jego duszy głębokie ślady, które się nieraz ujawnią.
Oto powody, dla których połabscy powstańcy oczekiwali na próżno.
Tragedia bratobójstwa, zdobycie Nakła, zajmują ostatnie strony kroniki Anonima Galla. Kronikarz żył prawdopodobnie dłużej, do końca panowania Krzywoustego, o czym zdawałby się świadczyć passus kroniki (ks. I, roz. 19), gdzie pisząc o Połowcach, autor dodaje: że „za panowania Bolesława nie ośmielili się więcej zajrzeć do Polski”, relację swoją jednak urywa na r. 1113. Szukając rozwiązań najprostszych, wolno mniemać, że posiadamy tylko połowę jego dzieła. Reszta musiała ulec zagubieniu lub zniszczeniu, do czego w latach następnych okazji nie brakło.
Zahamowanie działań wojennych, zarówno ze strony Lotara, jak księcia polskiego, otwiera nieoczekiwane możliwości przed Henrykiem Goczałkowicem. Posiada on obszerne księstwo sięgające od Łaby do Odry, nie jest obecnie zagrożony przez nikogo. Mógłby teraz powstać przeciw Sasom, ogłosić się niezależnym. Bezpośrednim lennikiem cesarza, równym w znaczeniu i randze książętom bawarskim, szwabskim i samemu Lotarowi. Mógłby tym krokiem zabezpieczyć raz na zawsze swoje obodrzyckie księstwo przed podbojem saskim. Mógłby. Wszystko temu sprzyja. Skłócony z Lotarem cesarz przyjmie go chętnie pod swoją opiekę. Lecz syn Goczałka to człowiek małego formatu. Nie odważy się na żaden samodzielny krok.
Królewicz Kanut duński odwiedza nieraz krewniaka. Kanut czuje się szczęśliwy, że opuścił dwór Lotara. Stosunki jego ze stryjem Nielsem, królem duńskim, ułożyły się przyjaźnie.

Niedawno król Niels zabrał jarlostwo jarlowi Szlezwigu, Eliwie, który okazał się nieudolny, i oddał je Kanutowi, w zamian za co Kanut zrzekł się ogromnej sumy, należnej mu po ojcu. Kanut jest więc teraz panem Szlezwigu, najbogatszym, najsilniejszym wasalem korony duńskiej. Poddani dali mu przydomek Laward (pan). Kanut Laward ze zwykłą energią obwarowuje swe księstwo. Na południe od zatoki Szlaja, pamiętnej bitwą stoczoną niegdyś na przewłoce, wzniósł nową potężną warownię, Kiel.
— Przestań służyć Sasom — namawia Henryka. — Zawrzemy sojusz…
Goczałkowic trzęsie przecząco głową, Kanuta prosi o jedno: aby poparł u Nielsa jego starania o zwrot sum należnych mu po matce, Sigridzie. By wzbudzić w krewniaku żywsze zajęcie się sprawą, powiada, że chętnie widziałby Lawarda dziedzicem księstwa obodrzyckiego. Kanut wybucha śmiechem: — Długo musiałbym czekać! Masz przecie dwóch synów i wnuka! — Niemniej obiecuje zrobić, co się da, aby Henryk spadek otrzymał.
W wyścigu o ziemie pomorskie i zaodrzańskie kilkuletni, nie zamierzony rozejm dobiega końca. Lotar saski przegrał ostatecznie wojnę z cesarzem. Musiał stać boso na dziedzińcu zamku mogunckiego, błagając o przebaczenie, i za cenę tego upokorzenia utrzymał się na swym księstwie.
Bolesław w r. 1115 zawarł pokój z Czechami, a w r. 1120 z Rusią. Nareszcie ma rozwiązane ręce, zdjęte z nóg pęta i może śpieszyć nad Odrę. Obaj przeciwnicy prawie równocześnie powracają na ten sam plac boju.
Dla Krzywoustego ważną przeszkodę stanowi brak floty. Jakże bez statków sięgać po Szczecin czy Wolin? By temu zaradzić, Bolesław zabiega o sojusz z królem duńskim, Nielsem, który chętnie przyjmuje ofertę. Niepokoi go przyjaźń Lotara z Henrykiem Goczałkowicem i rad by postawić przeciw tamtym dwom sprzymierzone Danię — Polskę. Układ przypieczętuje małżeństwo syna Nielsa, Magnusa, z córką Bolesława, Rychezą, (po polsku Ryksą). Dziewczyna pochodzi z drugiego małżeństwa księcia polskiego. Po śmierci pierwszej żony, Zbysławy, księżniczki ruskiej, Bolesław pojął Salomeę, córkę hrabiego Bergu.


Wprawdzie Rycheza jest całkiem jeszcze małą Ryksią, skończyła dopiero sześć lat, lecz w owych czasach wiek nie stanowił przeszkody. Dwu- i trzyletnie dziewczynki wydawano dla celów politycznych za mąż. Po uroczystej ślubnej ceremonii dziecko chowało się na dworze teściów, by doszedłszy lat 15 wejść w rolę i prawa małżonki.
Rok 1121 będzie rokiem decydującej wyprawy. Niels z silną flotą ruszy na południe, gdy tylko lody spłyną na Zalewie. Nie czekając na to, Bolesław w najsroższe styczniowe mrozy rzuca się z Ujścia, na przełaj przez Pomorze, ku upragnionemu celowi. Spotkane po drodze grody otwierają przed nim bramy, nie próbując nawet oporu. Do niedawna najważniejszy punkt pomorskiego wybrzeża stanowiło miasto Wolin. Wszystkie inne grody, Szczecin w ich liczbie, były mu podporządkowane. Od czasu najazdu Magnusa Dobrego gród woliński podupadł. Czym więcej podupadał, tym skwapliwiej rozrastał się Szczecin. Już nie Wolin, a Szczecin zwano „macierzą grodów pomorskich”.
Zwielmożniało to miasto od czasów, gdy przeważały w nim liche domostwa, plecione z wikliny obrzucanej gliną. Na górującym nad grodem wzgórzu widnieje wspaniała świątynia Trzygława. Od spalenia Radogoszczy urosła w znaczeniu. Nie tylko Wkrzanie, Wolinianie, Pyrzyczanie przynoszą tutaj ofiary, lecz i te plemiona zachodnie, którym do Szczecina bliżej niźli do Arkony. Zamiast białego ogiera, na którym kiedyś odjechał z Radogoszczy biskup niemiecki, wróżby dla nich sprawuje kary koń Trzygława. Na zboczach wzgórza stoją dwory kapłanów i możnych. Pięknością budowy wyróżnia się dwór Domasława, „bogactwem oraz szlachetnością rodu najwybitniejszego wśród Szczecinian” (Herbord). Poniżej mieszkają kupcy, a za nimi rzemieślnicy. Szczecin pośród wód siedzi, z wody żyje, przeto wodne rękodzieło góruje nad innymi. Niektóre działki miejskie wytyczono w kształcie długich, wąskich kiszek, z powodu ciasnoty ciemnych i smrodliwych, ale dogodnych powroźnikom, kręcącym liny okrętowe. Osobne dzielnice nadrzeczne zajmują cieśle, obrabiający spławiane tu z górnej Odry drzewo przeznaczone na kadłuby okrętowe. Opodal gnieżdżą się tkacze robiący płótno na żagle.

Nie tylko spławy drzewa zatrzymywał Szczecin. Miasto skupiało w swym ręku wszystek handel z dorzeczem Odry i Warty. Przekupnie, rybacy, bartnicy, chmielarze, kmiecie wiozący w dół rzeki swoje pożytki, musieli sprzedać je kupcom szczecińskim, względnie płacić wysokie składowe. Naprzeciw grodu na wyspie była Łasztownia. Tam, przy umocnionym palami brzegu, czółna i łodzie czekały, aż panowie rajcowie, nigdy nie śpieszni, raczą przyjść i przywiezione dobro oszacować. Czekając, nie szczędzono między sobą narzekań na kupieckie zdzierstwo. Ludzie książęcy zazdroszczą Szczecinianom, że księcia nad sobą nie mają… Niechby spróbowali. Książę ciężki, wiadomo, ale jest jeden, gdy tu łupiskurów mnogość…
Szczecin rzeczywiście nie podlegał władzy książęcej. Rządziła nim według własnych praw starszyzna miejska, w skład której wchodzili kapłani i możni.
Miejscem szczególnie strzeżonym była przeprawa promem od bram miejskich na prawy, pomorski brzeg Odry. Wylotu przeprawy od strony wschodniej pilnował warowny gródek Dąb, na południowym krańcu jeziora tejże nazwy położony… Ani z góry rzeki, ani od Zalewu żaden statek, żadna łódź nie mogły dotrzeć do przeprawy bez wiedzy i zgody strażników grodzkich. Niegdyś wejścia do szczecińskiego portu broniła sławna kłoda pływająca. Istniała ona nadal, lecz wspierały ją teraz skutecznie nowsze urządzenia, jako to liczne, tylko w razie potrzeby otwierane, zapory na rzece i ustawione na brzegach machiny, miotające ciężkie głazy. Gdzie dostępu nie broniła woda, miasto otaczały wały zbudowane z paru pięter skrzyń drewnianych, do trzydziestu łokci szerokich, wypełnionych ziemią, ziemią obsypanych. Słusznie też Szczecin uchodził za niezdobyty, zarówno od strony rzeki, jak od strony lądu. Weszło nawet w zwyczaj na Pomorzu, gdy się kto chełpił swoim bezpieczeństwem, zapytywać urągliwie: — Miałżebyś wały szczecińskie?
Chwalili się też Szczecinianie, że w całym świecie tylko angielski gród Londyn, także przy ujściu wielkiej rzeki leżący, może 6ię ze Szczecinem równać w bogactwie i obronności. Ku temu grodowi zadufanemu w swoje siły, w styczniu 1121 r., pędził na kształt burzy śniegowej, wichrem wschodnim gnanej, Bolesław, książę polski.
Wyruszył na Pomorze tajnie, tak że Pomorzanie nic o tym nie wiedzieli. Nocą jak wilk podszedł pod Szczecin, gdzie nikt się napadu nie spodziewał… Książę przeszedł wody i rzekę w miejscu nie chronionym, po mocnym lodzie, który mu służył za most. I wszedł znienacka do środka miasta i opańował miasto nie zdobyte… Szczecinianie, którzy nie cierpią Polaków, zgromadzili się wokół wzgórza świątynnego i postanowili tam polec, ale się nie poddać… Rzucili wszystko na los. Na twoje albo na moje… (wg Kantzow, Pomerania).
Nieszczęśni! Nie wiedzą, przeciw komu zamierzają walczyć. To syn Marsa, wódz, który zawsze zwycięża… Znajduje się wewnątrz grodu. Jakaż go siła wyżenie? Raczej wejść od razu w układy, do których zgłasza gotowość.
Szczecinianie, twardy naród, wybierają walkę.
Sami tego chcieli. Bolesław spada jak jastrząb na rzesze mężów i kobiet, gromadzących spiesznie kamienie na szańce, na łuczników czających się za węgłami domów. Wnet bitwa rozszerza się na cały gród. Nie masz uliczki, gdzie by nie walczono. Z obu stron jednakie słowiańskie męstwo i zaciekłość, więc trupy padają gęsto. Wczesny zimowy mrok nadchodzi niepostrzeżenie, nie przerywając zapasów. W ciemni ciasnych podwórek powroźniczych, krętych zaułków, przeciwnicy rąbią się na oślep. Może bije swój swego? Któż rozpozna lica w mroku, rozróżni głos w zgiełku? Krzyki gniewu lub rozpaczy, harkot konających, jęki deptanych, zlewają się w chór nieludzki. W powietrzu czad krwi i dym. Ciemność nocy różowieje. To nie świt, to ogień podłożony w kilku miejscach; ogień stawia tamę walce. Rośnie, huczy, strzela jak tysiące biczy, jaskrawym blaskiem oświeca wąwozy ulic, pożera chciwie miasto.
Zająć gród to nie wszystko. Gród nie może mieć wroga tuż za murami. Bez odpoczynku, błyskawicznym pochodem Bolesław rusza na zachód. Zajmuje całą ziemię Wieletów aż do Piany, obsadza swoimi załogami twierdze Wieleckie, dochodzi do Jeziora Morzyckiego! Równocześnie Lotar ze znacznymi siłami ciągnie na wschód, by dotrzeć do Odry.
Dążący naprzeciw siebie przeciwnicy, czy wiedzą o sobie wzajemnie? Czy dojdzie pomiędzy nimi do śmiertelnego starcia?
Nie dojdzie. Lotar cofa się, zdobywszy Chyżyn, stolicę plemienia Chyżan. Posłyszał o pochodzie Bolesława, a nie jest na razie dość mocny, by się z nim mierzyć. Odkłada rozprawę na później.
Utwierdziwszy swe zdobycze, Krzywousty wraca również. Na wieść o wzięciu Szczecina i ziemi Wieletów, Wolin oraz Kamień poddały się zwycięzcy, nie czekając aż pod mury podejdzie. Tak wielka jest groza jego imienia.
„…wymordował tych, którzy się bronili. Młodzież wziął w niewolę. Rozgłosił, że wszystkim tak uczyni, jeżeli nie przyjmą chrześcijaństwa
1 nie złożą mu okupu… Zabrał osiem tysięcy młodych Pomorzan… aby ich osiedlić w Polsce.” (Kantzow, Pomerania).
…Szczecin uchodzący za niezdobyty… Wolin, przedmiot tylokrotnego próżnego pożądania najeźdźców… Kamień, stolica Wielkiego Księcia Pomorskiego… (niegdyś był nią Białogard, potem Kołobrzeg, obecnie Kamień). Tu, za potężnymi wałami rezyduje Warcisław i jego świetna drużyna wojenna.
Widząc przewagę Bolesława, książęta pomorscy, Warcisław i Racibor, poznali, że nie ma dla Pomorzan innego ratunku jak Woda Chrztu św. i starali się przekonać o tym poddanych swoich, ale daremnie…

Warcisława widzieliśmy na dworze Lotara w roli więźnia, względnie zakładnika, wziętego przed laty w nie znanych nam okolicznościach. Obecnie, po śmierci swego ojca Swiętobora, jest Wielkim Księciem Pomorskim. Lotar wrócił mu wolność, licząc, że zyska w ten sposób sprzymierzeńca przeciw Bolesławowi. Spędziwszy lata na dworze saskim, Warcisław powinien być bliższy Niemcom niż Polakom.
Wzięcie Szczecina miało miejsce, zanim książęta Warcisław i Racibor zebrali swoje wojska. Przekonawszy się, że nie mogą stawić czoła Bolesławowi, wysłali do niego poselstwo, powiadając, jak się rzecz ma, i że lud zawinił przez swoje zacięte pogaństwo, oni zaś włożą całą dobrą wolę, by poddanych do lepszego zrozumienia nakłonić… Wtedy Bolesław odpowiedział, że zadowoli się z ich strony okupem i hołdem, sam zaś przyśle na Pomorze mężów mądrych i uczonych i Bogu oddanych, którzy pouczą lud, czego trzeba. Powiedział też, że zapłaci wszystko, co by ich przybycie kosztowało, wielce bowiem zależy mu na tym, aby lud był chrześcijański… Usłyszawszy to Warcisław i Racibor, przysięgli wierność księciu polskiemu… (wg Kantzow, Pomerania).
Krzywoustemu szczerze zależało na ochrzczeniu ludów pomorskich. Za najlepszą obronę od Niemców uważał odjęcie im powodu do napaści. Niech przestaną zasłaniać się misją apostolską, wyznając otwarcie, że chcą zabrać cudzą ziemię. Niewiele zostałoby z Polski, gdyby pradziad Mieszko chrztu nie przyjął! Taki czas przyszedł, że być chrześcijaninem— mus. Przeciw czasom działać, to jakbyś rzekę grabiami zawracał albo usiłował wiatr zatrzymać drągiem. Anno Domini 1121 upierać się przy pogaństwie to istna ślepota. Chrześcijaństwo jest siłą. Jak zaprawa wapienna wiąże luźne kamienie w mocną ścianę, tak chrześcijaństwo łączy i przytwierdza do gruntu samowolne, nieposłuszne plemiona, zamieniając je w stateczny naród… Mądrze myślał, ale nie było komu jego słów przyjmować. Rycerstwo pomorskie podobnie jak lud wierzgało na samo wspomnienie chrztu. Książęta Warcisław i jego bracia, kryli się z tym, że byli chrześcijanami.

Zwycięski Bolesław rozłożył obóz nad Dziwną. Król duński Niels już przybył, oblegał gród Uznam. Tylko patrzeć, a przypłynie tutaj. Bolesław czekał niecierpliwie przybycia swej córki, narzeczonej królewicza duńskiego. Mrozy zelżały. Jeżeli w Krakowie zamarudzono z wyjazdem,
Rejon koncentracji wojsk     Kierunek uderzenia
Kierunki wyprawy Bolesława Krzywoustego na Szczecin i ziemie Wieletów w r. 1121 13 — Troja Północy
a teraz wczesne roztopy nie pozwolą im przejechać, Niels gotów posądzić księcia polskiego o nieszczerość. Bolesław już wpadał w gniew, na szczęście, zanim król duński uporał się ze zdobyciem Uznamu i ściągnięciem z tego grodu daniny, oczekiwany orszak nadjechał. Setka co najprzedniejszego rycerstwa oraz tabor sań wyładowanych wyprawą księżniczki, darami, zastawą i kosztownościami. Wszak nie byle pachołek wianował swoją córę. Pośrodku, na szerszych, ozdobniejszych saniach, jechała tęga cześnikowa Godziembina, opiekunka księżniczki.
Gdzież Rycheza? — pytał natarczywie Bolesław.
Godziembina ukazała zawinięcie leżące w nogach.
Spi — objaśniła. — Zmorzyło się niebożątko.
Nie słaba zaś?
Uchowaj Boże, zdrowa jak rybka.
Wyciągnięto tłumoczek z sań i wniesiono do izby. Godziemb;na i dwie dworki rozpowijały przyszłą oblubienicę z chust i kożuchów, którymi była omotana. Dziecko zaspane, spocone, przelękłe widokiem obcych, ryknęło płaczem, brudnymi piąstkami rozmazując sobie łzy po twarzy.
Krzywousty patrzył na nią chmurnie. Może po raz pierwszy w życiu przyglądał się swojej córce tak uważnie. Drobna była, wyglądała na lat pięć najwyżej, przy tym, jak widać, płaksiwa. Król duński gotów powiedzieć: — Kurczę mi tu liche dajecie…
Rychtyk do was podobna, miłościwy panie — zauważyła niezawodnym kobiecym instynktem wiedziona cześnikowa.
Do mnie?… To mazgajstwo? — Ano istotnie. Poza tym że usteczka miała proste (choć teraz zgięte w podkówkę), kształt głowy, oczy, czoło, piastowskie były. — Moja krew — przyznał Bolesław i spojrzał nieco przychylniej na zapłakaną Rychezę.
Flota duńska zawinęła do brzegu. Król duński ze swym synem, wyrostkiem o niemiłej twarzy, zeszli na ląd witać sprzymierzeńca. Ryksia, odziana w długą czerwoną sukienkę, w wianku ze
złotych wstążek, przyglądała im się bystrymi oczkami bez lęku. Niels nie miał powodu narzekać. Co do Magnusa widok narzeczonej był mu doskonale obojętny. Prawdziwą radość wzbudziły w nim za to otrzymane od przyszłego teścia dary.
„Bolesław przywiózł swą córkę Ryksę i położono ją obok Magnusa w obozie duńskim…” (Kantzow, Pomerania).

Tzw. „pokładziny” miały w wypadku małżeństw dziecinnych charakter symboliczny. Rzeczywiste zaślubiny Ryksy córki Bolesława z Magnusem synem Nielsa miały miejsce osiem lat później, według jednych kronikarzy w stolicy duńskiej Roskilde, według innych w Ribe.
„Magnus syn Mikołaja [Nielsa] poślubił Rikissę, córkę króla polskiego Bolesława…” (Knytlinga Saga).
„…król Niels obiegł miasto Uznam, zdobył je i wziął wielki okup. Następnie płynąc ku Wolinowi, spotkał Bolesława, leżącego obozem z potężnymi siłami i popłynął z powrotem do Danii…” (Sakso Gramatyk, Gesta Danorum).
„…kiedy król duński odbijał od pomorskiego brzegu… dognał go na łodzi książę Warcisław, by się naradzić, co dalej czynić?… Nim wszedł na pokład królewskiego statku, otrzymał zapewnienie bezpieczeństwa. Skoro się tam znalazł, król z Magnusem i Kanutem Lawardem naradzali się na osobności… Magnus doradzał uwieźć Warcisława ze sobą do Danii, a wtedy inne grody, jak Wołogoszcz i Gryfia, snadno się same poddadzą. Kanut Laward sprzeciwił się temu gwałtownie, powiadając, że byłoby to przeciw czci i prawu… O podobnej niewierności, złamaniu słowa królewskiego, nigdy nie słyszano ani nie czytano… To, co Magnus powiada, okryłoby hańbą ród królewski i koronę…
Jego mowa przekonała umysł króla, który postąpił, jak Kanut przedkładał… Ale w sercu Magnusa, którego radę odrzucono, zrodziła się nienawiść do Kanuta…” (Kantzow, Pomerania).
Na spór rozjątrzonych mężów, gadających w niezrozumiałym dla niej języku, patrzy z trwogą mała polska dziewczynka, okruch ludzki, zagubiony w obcym świecie. Boi się, bo cześnikowa została na drugim końcu pokładu. Jakże przejść do niej, kiedy okręt tak kołysze?… Ryksia boi się poruszyć, a wioślarze na swych ławach śmieją się z jej przerażenia. — Idź do niańki! — woła gniewnie Magnus.
Mała nie rozumie, co on mówi. Bliska jest płaczu. Wtedy Kanut Laward podchodzi. — Nie bój się — powiada po słowiańsku (nauczył się tej mowy, przebywając u Goczałkowica) — ja cię zaprowadzę.
Dziecko z ufnością chwyta jego dłoń. Za chwilę jest w objęciach cześnikowej. Kanut wraca na swe miejsce. Paczyny wioślarzy piórami smagają wodę, statek rozcina fale, wznosi się, opada. W sercu Magnusa nienawiść do Kanuta rośnie.
Zwycięsko powracał do kraju Bolesław na czele swych wojsk. Pchnął Polskę dalej, niż to uczynił pradziad Mieszko, dziad Chrobry. Na Pianie stoi granica państwa polskiego.
Książęta pomorscy są jego, Bolesława, lennikami. Młodszy brat Warcisława, Racibor, jedzie z nim jako zakładnik. Nie cofnie się już Polska z tych ziem. To Lotar cofnął się przed Piastowiczem.
Pomimo słusznej dumy, Bolesław jest skłopotany. Ma dwa orzechy trudne do zgryzienia. Zdobył… Zdobyć to jeszcze nie wszystko. Równie ważne, a nieraz trudniejsze, utrzymać. Zespolić, wchłonąć… Jest panem całego pomorskiego wybrzeża… Od Wisły do Piany. Piękne przystanie, dogodne zatoki, grody nadbrzeżne, bogate porty, to wszystko należy do niego… Stały się polskim piastowskim dziedzictwem… Czy naprawdę? Jeżeli nadpłynie nagle nieprzyjaciel, czym książę polski swoje posiadłości obroni? Co mu ze Szczecina, jeżeli Szczecina nie strzegą okręty polskie? Co mu ze Szczecina, w mury którego mieszczanie, jeśli zechcą, mogą go nie wpuścić? Biada temu, co posiadając wybrzeże, nie posiada silnej floty! Dziś Polska jest w przymierzu z Danią, ale sojusze bywają kruche. Jeśli na Zalewie pojawią się czerwone żagle, co wtedy? Mosty pod Kamieniem i Wołogoszczą? Wielka mi zapora! Most można spalić, zapory przerąbać… Ot teraz: król duński wziął Uznam, ściągnął zeń daninę i jeszcze zamyślał o Gryfii i Wołogoszczy… Te grody należeć powinny do Polski… Więc jakim prawem? Ano takim, że Duńczyk ma statki, a książę polski ich nie ma… Statki! Statki!

Towarzyszył mu w drodze Racibor, zakładnik. Jadąc strzemię w strzemię, gadali o sprawach morskich. Okazało się, że młodziak urodzonym jest żeglarzem; morze miłuje tak, iż wolałby zostać korsarzem jak ci, co na wyspie Wębrze siedzą, łotrując po morzu, niż pozostawać na lądzie« Mimo młodych lat rozumiał się na okrętach, ich rozmiarach, wyposażeniu, ścigłości i mocy. Bo inne są statki bojowe, godzące w bok przeciwnika umieszczoną na dziobie ostrogą, a inne, służące do przewożenia wojska czy żywności, a jeszcze inne do dalekich wypraw na zachód albo na północ… Bolesław słuchał chciwie, otrzymane wiadomości w myślach układał, o dalsze wypytywał. Gdzie są najsprawniejsi cieśle? Posłyszawszy, że dobrych szczecińskich cieśli pognał wśród jeńców do Polski, Krzywousty postanowił zaraz ich z tłumu wyłuskać, w warsztaty zaopatrzyć i do właściwej roboty zasadzić. Niech pracują, niech się starają, a otrzymają nagrodę… Może nawet kiedyś powrócą do domów…
Udał się Bolesławowi Racibor (niebawem da mu za żonę starszą swoją córkę, Przybysławę). Uczyni go dowódcą nowo powstającej floty, bezpośrednio od niego, Bolesława, zależnym. Powiedział to chłopcu, który aż pokraśniał z radości. — Ejże! — wykrzyknął. — To ja będę prawdziwie król morski!
Drugi kłopot Bolesława cięższy był do rozwiązania. Obiecał przysłać na Pomorze mężów światłych, mądrych, Bogu oddanych, co by pouczyli lud pogański o prawdziwej wierze.
Gdzie takich szukać, jak nakłonić, by do słynących z zawziętości pogan jechać zechcieli?
— Zawzięci oni są bardzo — przyznawał Racibor. — Mój brat Warcisław przepowiedział im złe skutki takiego uporu, ale oni nie dbali o strachy. Dobrze, że go nie przegnali za samą radę. Kiedy Bolesław pytał, skąd bierze się taka niechęć do wiary prawdziwej, młody Pomorzanin objaśniał, że po klęsce smiłowskiej schroniło się na Pomorze bardzo wielu wojów, nawet i dawnych książąt, Wieleckich lub obodrzyckich. Oni to, rozpowiadając o niemieckim nawracaniu na chrześcijaństwo, rozbudzili tę srogą nienawiść. „Byłeś dał się wodą polać, już zostałeś sługą” — powiadali…
Przyjechawszy do Gniezna, Bolesław wezwał wszystkich biskupów na radę. Tylko sędziwy arcybiskup Marcin nie stawił się, chorym będąc. Zebranym dostojnikom książę przedstawił w czym rzecz: Pomorze czeka na apostołów, którzy wiarę świętą temu ludowi zaniosą…
Słuchali w niechętnym milczeniu, od słów wymowniejszym. Mieli swoje racje, Bolesław je przewidywał. Większość ówczesnych biskupów polskich była pochodzenia cudzoziemskiego. Rozpowiadać im o znaczeniu Pomorza dla Polski — to byle co głuchym przygrywać… Poza tym szczupła liczba duchownych ledwo wystarczała na potrzeby kraju. — Pójdziemy nawracać kozły — mówili biskupi — a któż ustrzeże wtedy naszych owiec? Najpierwszy nasz obowiązek kierować owczarnią, powierzoną nam przez Pana… Do pogan niech idą ci, co tego obowiązku nie mają. — Co miał książę na to odrzec? Gadali słusznie. Istniała jeszcze przyczyna trzecia: biskupi nie lubili Krzywoustego.
Nie lubili, nie ufali mu. Nadto przypominał swojego stryja, Śmiałego. Nie mogli zapomnieć, że swego czasu czcigodnego arcybiskupa Marcina więził za przychylność okazywaną przezeń Zbigniewowi. Przy tym w kronice pod r. 1105 czytamy:

…przybył do Polski legat Stolicy Rzymskiej Walo, biskup Belwaceński, który za poparciem Bolesława, z umiłowania sprawiedliwości, z tak wielkim rygorem wypełniał przepisy kanoniczne, że dwóch biskupów złożył z godności, przy czym nie pomogła ani prośba żadna, ani zapłata. (Gall, Kronika).
O co chodziło, czym się narazili złożeni z urzędu dostojnicy — nie wiemy. W każdym bądź razie popieranie przez księcia rygorów legata nie mogło przysporzyć mu popularności pośród biskupów miejscowych.
Zarówno z tej narady, jak z dalszych, jasno wynikało, że w Polsce Krzywousty misjonarza dla Pomorza nie znajdzie. Zlił się zatem bezsilnie. Zamierzał wysłać tam swego kapelana, kanonika Wojciecha, człowieka bardzo bystrego. Temu oczy się śmiały do takiego wywyższenia, ale uczciwie ostrzegał, że niska godność zaszkodzi wyprawie. Niewiele znaczy kanonik. Na czele misji winien stać biskup. Infuła i pastorał muszą być.
…Skąd je wziąć?…
Bolesław przypominał sobie wszystkich kapłanów i zakonników, jakich kiedykolwiek znał. Lecz na myśl przychodził tylko jeden. Ach, gdyby on żył…
Tym człowiekiem był Niemiec, ksiądz i nauczyciel, Otto von Mistelbach z rycerskiego, ale ubogiego rodu pochodzący. Przybył niegdyś do Polski, zapewne z jakimś poselstwem, pozostał tutaj, założył szkołę w Poznaniu i wprędce zasłynął z umiejętności nauczania. Po polsku mówił biegle. Sława jego dotarła do Płocka i nieboszczyk książę Włodzi-sław powołał go na swój dwór jako nauczyciela synów, a potem na urząd kanclerza. Zbigniew i Bolesław lubili swojego mistrza, jak wszyscy zresztą. Otto pozyskał sobie mir i posłuch powszechny. Mądry był, dobry, rozsądny. Posiadał wielki wpływ na dworze i na dobre go używał. (Gdyby pozostał — myślał teraz Bolesław — inaczej poszłoby pomiędzy mną a Zbigniewem…) Owże Otto, wysłany kiedyś przez Włodzisława z poselstwem do Niemiec, nie wrócił, zatrzymany przez cesarza Henryka IV. Co się z nim później stało, Bolesław nie wiedział… Zresztą Otto, jeżeli żyje, jest dzisiaj starym człowiekiem. Za czasów płockich już był szpakowaty.
Gryzł się tą sprawą pomorską, gdy pewnego dnia zjawił się na dworze nieznany zakonnik. Biskupowi Baldwinowi (jedynemu, z którym mógł się dogadać) powiedział, że przyszedł wprost z Rzymu, by iść nawracać pogan na Pomorzu. Był Hiszpanem, na imię miał Bernardus; chudy, smagły w podartej opończy, lecz pełen zapału. Dowiedziano się od niego, że poprzednio był pustelnikiem gdzieś w górach italskich. Przyjaciele zapragnęli uczcić go godnością i wezwali Bernardusa z błogiego eremu do Rzymu, gdzie Ojciec św. udzielił mu sakry biskupiej. Lecz kapituła przeznaczonej dlań diecezji wolała mieć innego ordynariusza, i pustelnik zrzekł się dostojeństwa. Równocześnie przez benedyktynów tynieckich przyszła wieść do Rzymu, że książę polski poszukuje męża, który by chętny był pogan nawracać. To usłyszawszy Hiszpan Bernardus wyruszył do Polski, gdyż pragnął męczeństwa. Języka żadnego, poza hiszpańskim i łaciną, nie znał, sądził jednak, że Duch Sw. udzieli mu daru mowy. Chciał go Bolesław zaopatrzyć w szaty, naczynia liturgiczne i cenności na podarki, ale Bernardus odmówił. Wziął ze sobą księdza polskiego, jako tłumacza, i wyruszył do Wolina.
W Wolinie ludzie zebrali się tłumnie na rynku, posłuchać, co przybyły chce rzec. Bemardus wygłosił płomienne kazanie. Słowa jego były z pewnością piękne, lecz nieudolnie przekładane przez tłumacza nie brzmiały przekonywająco.
Kiedy Hiszpan oznajmił, że przychodzi jako poseł Boga potężnego, wszyscy zaczęli się śmiać. Wołali: — To wasz Bóg nie ma lepszego posła, jak tego bosego żebraka?! — Inni posądzali Bernardusa, że przyszedł do nich, by jałmużną wypchać sakwy… Zasmucony zakonnik poszedł do świątyni i zapalił się gniewem na widok bałwana. Chciał go obalić, lecz to jego obalono i sponiewierano. Wypędzili go z bram grodu na brzeg i wsadziwszy razem z tłumaczem do łodzi, odepchnęli na wodę, przykazując, aby nie śmieli powracać, gdyż Wolinianie nie mają czasu słuchać takich głupstw, (wg Kantzow, Pomerania).
Hiszpan stracił ochotę do dalszego apostolstwa, a wróciwszy na dwór Bolesława, przyznawał słuszność tym, którzy twierdzili, że upartego pogaństwa żadna siła nie przekona. Bolesław słuchał zasępiony. Co u licha z tymi Pomorzanami, że trafić im do rozumu nie można? Co prawda — myślał — gdybym był poganinem, a przyszedł do mnie taki cudak i coś po swojemu bełkotał, czybym go posłuchał? Wiera, że nie… Kogo do nich posłać, kogo?…
Pytał potem Bernardusa, co teraz zamierza czynić? Hiszpan odparł, że pójdzie stąd wprost do przezacnego swego przyjaciela, biskupa Ottona z Bambergu…
— Kto zacz ów Otto?! — wykrzyknął Bolesław, poruszony do żywego. 

ROZDZIAŁ XVII
APOSTOŁ POMORZA

 „…król [Henryk II] ukochał od dziecka… swoje miasto we wschodniej Frankonii, Bamberg… Żywił w sercu ciche życzenie, by tam założyć biskupstwo… Ponieważ… kto zaczął, czynu już zdziałał połowę, kazał tam wznieść katedrę o podwójnej krypcie…” (Thietmar, Kronika).
W jakiś czas później, mimo oporu sąsiada, biskupa wiirzburskiego, któremu nowa fundacja miała uszczuplić tereny, biskupstwo w Bambergu zostało założone i choć Henryk II dawno nie żył, cieszyło się nadal faworami dworu. Otrzymanie tego pastorału było wyróżnieniem, rezerwowanym zazwyczaj dla członków rodziny cesarskiej. Toteż wielkie wrażenie wywołało w całym kraju, gdy po śmierci biskupa Ruperta w 1102 r. stolicę bamberską otrzymał człowiek skromnego rodu, Otton, niegdyś nauczyciel synów księcia polskiego Włodzisława Hermana i tegoż księcia sekretarz, później kanclerz i doradca cesarza Henryka IV. Ci, którzy go znali, twierdzili na przekór książętom, że godniejszego nie można było wybrać. Obecny biskup Bambergu posiadał rzadkie przymioty, łącząc prawość i żarliwość z bystrym rozumem i chrześcijańską pokorą. Małego mniemania o sobie, bronił się przed wywyższeniem i dopiero rozkaz cesarski skłonił go do przyjęcia ofiarowanej godności. Osiadłszy w Bambergu nie oddawał się wygodnemu spoczynkowi i choć wiekowy, nie zażywał wczasu. Stary cesarz, potem jego syn, posługiwali się nim nieustannie, jako posłem lub rozjemcą. Biskup Otto usilnie siał zgodę tam, gdzie inni rozsiewali spory i w sądach swych kierował się zawsze sprawiedliwością. W wieloletnich walkach między cesarzami Henrykiem IV, jego następcą, Henrykiem V, a Stolicą Apostolską, Otto, niestrudzony pośrednik, faktor dobrej woli, narażał się przez swą szczerość to jednej, to drugiej stronie, to obydwom naraz. Niemniej jego cierpliwe wysiłki przyniosły uspokojenie. W r. 1121 opracował wraz z innymi biskupami podstawy układu między papieżem a cesarzem i głos jego przyczynił się 200
walnie do zawarcia upragnionego rozejmu. Gdy zapanował pokój w miejsce gorszącego wszystkich chrześcijan sporu, biskup Otto uznał, że dzieła swojego życia dokonał. Czuł się zmęczony i stary. Siódmy krzyżyk obciążał mu barki. Powróciwszy do Bambergu, rzekł do Sefrida, swego sekretarza: — Ostatnia to była moja podróż ziemska. Będę teraz, modląc się, oczekiwał śmierci, którą oby Pan nasz raczył dać szczęśliwą…
Dożywał dni w ciszy i pokoju, otoczony powszechną miłością, odpłacając tym samym uczuciem. Kochał miasto Bamberg, swoją katedrę, jedną z najpiękniejszych w cesarstwie, obszerny dworzec biskupi, mający po jednej stronie wirydarz pełen kwiatów, po drugiej dziedziniec otoczony krytym gankiem, pod którym bracia zakonni rozdawali codziennie ciepłą strawę ubogim… Kochał tutejszych ludzi, uczciwych, spokojnych Bawarów, kochał widok ścielący się z okien dworca na dolinę rzeki Regnicy. Niegdyś, za Karola Wielkiego, ta ziemia aż do Menu była ziemią słowiańską. Nie zostało z tego śladu, oprócz nazw dziwacznie brzmiących dla nie znających języka słowiańskiego.
Ten błogi spokój został raptownie przerwany.

Wczesną wiosną 1124 r. cesarz Henryk V powiadomił Bamberg, że niebawem zjedzie do grodu z książętami szwabskimi i bawarskimi dla omówienia wyprawy na niepoprawnego buntownika, księcia Lotara saskiego…
0 Panie wielki! Zaczyna się znowu! — pomyślał z przerażeniem biskup.
Nim zjazd zapowiedziany nastąpił, przyjechał gość inny, równie nieoczekiwany, ale sercu bliższy. Ojciec Bernardus, Hiszpan, dawny przyjaciel Ottona. Przybywał z Polski i miał list do gospodarza od księcia polskiego Bolesława.
Dawne dzieje… Płock nad wielką rzeką Wisłą… mały Bolko o skrzywionej gębie… orężne czyny, na przemiany chwalebne, to zbrodnicze, których pogłos dolatywał aż tutaj… Wszystko to stanęło biskupowi żywo przed oczyma, kiedy rozrywał pieczęcie.
Swemu Panu i kochającemu Ojcu, Bolesław książę polski… Jeśli to Twojej godności nie uchybi, pragnę odnowić dawną naszą przyjaźń i posłużyć się Twoją pomocą, by chwałę Bożą rozkrzewić… Pogańscy Pomorzanie upokorzeni nie moją, lecz Bożą mocą, gotowi są wejść przez chrzest do wspólnoty Kościoła świętego. Od trzech lat daremnie.szukam osoby duchownej, gotowej podjąć się tego dzieła. Twoja świątobliwość, Ojcze, słynie jako niezmordowana do każdego dobrego uczynku, przeto proszę, byś raczył podjąć się tej pracy. Ja sam, jako wierny sługa, zaopatrzę Cię we wszystko, co potrzebne być może. Dam przewodników, tłumaczy, prezbiterów. Pole zbielało ku żniwu, a żeńców brak. Racz przyjechać, świątobliwy Ojcze! (wg Herbord, Żywot św. Ottona).
Ej, gdyby mi ujęto lat — westchnął biskup i odczytał epistołę przyjacielowi. Ten żachnął się oburzony.
To kłamstwo, że Pomorzanie pragną przyjąć wiarę świętą — zapewniał — to kłamstwo! Książe polski pokonał ich, więc obiecali pod przymusem, ale nie myślą obietnicy dotrzymać… Byłem u nich… wyszydzili mnie… Mało nie zabili…
Opowiedział dzieje swego występu w Wolinie. Otto z trudem wstrzymał uśmiech.
By iść do pogan, trzeba znać ich mowę — rzekł głośno. I ciszej dodał: — Ja ją znam…
Wasza Miłość nie myślisz chyba udawać się do tych barbarzyńców! — wykrzyknął przerażony sekretarz.
Nie myślę, bom niestety za stary — odparł z żalem biskup.
Lecz w ciszy nocnej, gdy wszystko wokoło uśpione, tylko straże na
wałach nawołują się przeciągłym: — Czuwaaasz?… Czuwaaam! myśli Ottona wzięły inny obrót. Znał istotnie Słowian, ich kłótliwe, niestałe umysły, otwarte głowy i łaskawe serca. Sądził zawsze, że nie ma ludu bardziej od Słowian skłonnego do przyjęcia Ewangelii. Czyżby się tak zmienili przez ubiegłe lata, czy też nie umiano do nich przemówić?…
Biskup Otto nie lubił potępiać nikogo, nieraz jednak dziwił się postępowaniu swych konfratrów, saskich biskupów. Czy którykolwiek z nich starał się poznać mowę tego ludu? Czy wniknął w ich życie, w ich dusze? Zaprawdę — myślał — gdybym był młodszy, odpowiedziałbym z radością na wezwanie Bolesława… Alem stary… W kościach mnie łamie na zmianę pogody i męczę się, idąc pod górę… Na konia nie ‚ wsiądę bez stołka… Gdyby nie to, poszedłbym… Nie stracham się tym, co opowiada Bernardus. Szlachetny to mąż, ale brakuje mostu między nim a ludźmi… Cóż zresztą mógł uczynić, języka nie znając? …Czuwaaasz?… Czuwaaam!…
…Czuwam — snuł myśli dalej. — Czuwam, Panie. Czy ukazałeś mi tę drogę po to, bym wszedł na nią?… Czy Opatrzność Twoja poczytuje mnie za zdatnego jeszcze do żniwa?…
W katedrze dzwoniono na prymarię. Biskup się obudził i ze zdziwieniem stwierdził, że już postanowił. Jak gdyby kto inny w czasie jego snu powziął decyzję. Pozostawało tylko obmyślić szczegóły. Zamiaru nie chciał ujawniać nikomu, dopóki nie otrzyma zezwolenia Rzymu i cesarza na podróż misyjną.
Henryk V przybył w oznaczonym czasie. Wyglądał jak człowiek chory, choć nadrabiał miną i usiłował przemawiać z dawną energią. Książęta szeptali między sobą, że cesarz ma raka. Medycy to zdradzili, dlatego Lotar tak zuchwale postępuje…
Henryk V nie miał nic przeciw podróży biskupa Ottona. Pozwolenia udzielił również legat papieski, obecny na zjeździe.
„Kościół zezwolił na wszystko, co było z nim zgodne. Zezwolił i dwór [cesarski], życzący powodzenia w zbożnych wysiłkach.” (Ekkehard, Chronicon).
Teraz już Otto mógł odpisać księciu polskiemu i ogłosić zamiar podróży. Dopieroż zawrzało w Bambergu! Wieści szerzone przez Sasów o dzikości i okrucieństwie Pomorzan przechodziły wyobraźnię ludzką… Pamiętano, co tak niedawno pisał opat z Ursbergu o czci oddawanej przez pogan demonom, o pomordowanych sługach Kościoła. Bernardus, świadek naoczny, potwierdzał straszne relacje. Wszak sam ledwo z życiem uszedł. Nigdy — zapewniał — nie zapomni okrutnych twarzy szyderców…
Nie dziw, że księża i zakonnicy, którzy mieli towarzyszyć biskupowi, truchleli zawczasu, oglądając już siebie pieczonych na ruszcie jak św. Wawrzyniec, kłutych strzałami jak św. Sebastian, obdzieranych żywcem ze skóry jak św. Bartłomiej Apostoł. Najmniej przelękniony zdawał się sam Otto. Zbyt wiele miał na głowie, by się frasować zawczasu.
Jako Bawarczyk niezbyt lubił Sasów i w wątpliwość podawał ich gadki o wszeteczeństwie i niegodziwości Pomorzan. Natomiast wierzył temu, co mówili kupcy przejezdni. Pomorzanie — ich zdaniem — to ludy gospodarne i zamożne, ceniące dostatek. Ubóstwo mają w pogardzie, lubią przepych i wspaniałość.
Biskup Otto ufał Panu bezgranicznie, wierzył jednak, iż człowiek kierować się winien rozumem. Bernardus, choć ożywiony najlepszymi chęciami, postępował nierozumnie, przeto niczego nie mógł dokonać. Gdybym — myślał Otto — poszedł tak jak on, boso, w podartej opończy, nie przysporzę chwały Panu. Niechędogi przyodziewek zakryje przed oczyma pogan wielkość Bożą. Trzeba, przeciwnie, olśnić ich, zachwycić. Trzeba, by Pan nasz objawił im się jak wielmoża, nie żądający niczego, owszem, rozdający dary…
Tak umyśliwszy kazał ładować na wozy swój skarbiec biskupi, ku zgorszonemu przerażeniu całego dworu. — Nie dość żywota narażać,, jeszcze skarby wywozić!

…z właściwą sobie szczodrobliwością polecił zabrać mszały, święte księgi, kielichy, szaty liturgiczne, i wszelkie wyposażenie ołtarzy, wnioskując,, że tych przedmiotów nie będzie można otrzymać w pogańskim kraju. Nie chciał, by mówiono, że niedbały robotnik wyszedł na rolę Pana bez odpowiedniego sprzętu… Wziął również cenne szaty, kosztowne materie i klejnoty na podarki dla tamtejszych dostojników… aby jasne się stało, że nie z ubóstwa głosi Ewangelię i że woli oddać własne dobro nowej roślince, niźli uszczuplić mienie jej przyszłych wyznawców.” (Herbord,. Żywot św. Ottona).
Po odjeździe cesarza biskup pobłogosławił ostatni raz miasto i cały lud, poświęcił dwa nowe kościoły, jeden w Lukenberg, drugi w Volhen-dreze, błagając Pana, by mu pozwolił poświęcić trzeci w Szczecinie, i wyruszył w drogę.
Jechali przez Las Czeski i Złotą Pragę ku polskiej granicy. Od granicy na gród Niemczę, Wrocław, Kalisz do Gniezna.
Krzywousty z rycerstwem i duchowieństwem wyszedł pieszo przed miasto witać apostoła i ze czcią wprowadzić do katedry, następnie na zamek. Nie posiadał się z radości, że nareszcie dopełni danej Pomorzanom obietnicy. Z wdzięcznością spoglądał w ujmującą, czerstwą jeszcze, mimo starości, twarz dawnego mistrza.
Posłyszawszy, jakie bogactwa wiezie misjonarz, nie chciał się okazać mniej hojny i dołożył drugie tyle. Dodał oprócz tego wozów, ludzi, koni, wołów, zapasowego sprzętu i żywności w nadmiarze. Przydzielił biskupowi do boku kanonika Wojciecha, swego kapelana, a na przewodnika, doradcę i opiekuna wyprawy przeznaczył kasztelana santockiego, Pawła, przezywanego Pauliciusem, znanego z prawości, rozwagi i wymowy, świadomego przy tym zwyczajów pomorskich, gdyż od lat w granicznym grodzie Santoku przebywał.
Zanim wszystko zładowano i przysposobiono, biskup Otto spędzał czas, wypytując Bolesława o wszystko, co dotyczyło Pomorzan. Odnawiał też wspomnienia z pobytu swego w Polsce przed trzydziestu blisko laty. Pomnąc, że był bakałarzem pacholąt w Poznaniu, dowiadywał się, jakie teraz są w Polsce szkoły. Bolesław objaśniał, że biskupi przy klasztorach przyuczają kleryków, lecz on się do tego nie wtrąca. Dziwił się stary mistrz, powiadając, że do najpilniejszych obowiązków księcia należy opieka nad szkołami. — Gdzie młodzi polscy biskupi? — pyta. — Gdzie światłe głowy w naukach ćwiczone, mogące posłować na zachód i z tamtejszymi mądralami jak równy z równym gadać?

Wypytywał też biskup księcia o synów, o to, któremu dziedzictwo przekaże (westchnął, myśląc o nieboszczyku Zbigniewie). Chłopaków Bolesław miał czterech. Najmłodsi jeszcze dzieci, najstarszy Włodzisław chłop pod wąsem. Wszyscy drżeli przed ojcem, który, po prawdzie, niewiele o nich umiał powiedzieć, poza tym, że Włodzisława uważał za niedołęgę. Nie podobało się to biskupowi.
Kiedyż mam czas myśleć o dzieciach czy szkołach, z konia nie schodząc! — wykrzykiwał Bolesław, zniecierpliwiony przyganą (od nikogo innego by jej nie zniósł). — Z jednej wyprawy na drugą! Od tej granicy do tamtej! Co rok wojna, a bywały lata, żem jednego roku wiódł dwie.
Za wiele mieczem działacie, a za mało głową — odpowiadał Otto. — Wybaczcie, iż mówię otwarcie: lepszy z was wódz niż polityk… Nieraz więcej dokażesz słowami, naradą, mało ważnym ustępstwem niż mieczem. Lepszy skutek osiągnięty bez krzywdy ludzkiej, jaką niesie każda wojna, sprawiedliwa ona czy niesprawiedliwa…
Mądrze prawił, ale syna Marsa nie przekonał. Dla Krzywoustego miecz stanowił najpewniejsze rozstrzygnięcie, prawdziwie męski argument.
Ot, patrzcie, Ojcze — dowodził — pogany ochrzczą się, a czemu? Bom im tęgiego strachu napędził…
Gadali nieraz długo o tych sprawach, aż wszystkie łuczywa wygasły, a ciemność krótkiej nocy majowej bielała.
Biskup pośpieszał, przeto kasztelan santocki wiódł tabor najkrótszą drogą, szlakiem leśnym skroś puszcz nadnoteckich przerąbanym przed trzema laty, gdy Bolesław szedł na Szczecin. Od tego czasu przesieka nie była używana przez nikogo, chyba przez dziki lub żubry idące do wodopoju, toteż szlak zarósł wikliną, cierniem i malinami. Z każdego pnia ściętych niegdyś gładko drzew wybuchał czub młodych pędów. Rzekoma droga przemieniła się w zagajnik, ścięte drzewa, odciągnięte przez drwali na bok, próchniały, porastały mchem i hubą. Gdzie słońce sięgało, wygrzewały się na nich żmije.
Przedzierając się przez te chaszcze, biskup chwalił przezorność księcia, który doradził zaprząc woły w miejsce koni. Konie szły z tyłu luzem, chrupiąc młode pędy, woły cierpliwie ciągnęły skrzypiące przeraźliwie wozy.
Tabor był liczny, bogaty, słabo uzbrojony. Gdyby w przebywanych puszczach grasowali zbóje, łatwo mogli się pokusić o wiezione dobro.
Lecz w tej głuszy nawet zbójów nie było. Na kogo mieliby czatować, skoro nikt tędy nie jeździł.

Milczący bór przerażał, wyobraźnia powiększała możliwe niebezpieczeństwa. Sefrid, Thieme i Udalryk, kapelani biskupa, opowiadali po powrocie:
„Dotychczas żaden śmiertelnik nie przekroczył tego boru, poza tym, że książę wcześniej, zanim podbił Pomorze, wyrąbał drogę… ścinając i znacząc drzewa. Idąc za tymi znakami, przebyliśmy las z wielkim trudem dopiero po sześciu dniach, a to na skutek spotykanych olbrzymich wężów i dzikich zwierząt, oraz gnieżdżących się na szczytach drzew żurawi, które niepokoiły nas swoim krzykiem i łopotem skrzydeł. Także z powodu bagien, utrudniających przejazd wozów ładownych. Na koniec stanęliśmy obozem nad brzegiem rzeki Warty, która oddzielała Polskę od Pomorza…” (Herbord, Żywot św. Ottona).
Chyża wieść wyprzedziła jadących. Na drugim brzegu granicznej rzeki Warty czekali już woje pomorscy z księciem Warcisławem. Wnet książę i z pół setki wojów przeprawili się łodziami na polską stronę. Książę z biskupem świadczyli sobie grzeczności, po czym wraz z Pauliciusem, kasztelanem, weszli do namiotu. Drużynnicy pomorscy zostali, mierząc ponurym wzrokiem wystraszonych zakonników. Dwóch z nich jęło po niemiecku objaśniać, jakie męki czekają przybyłych. Golone łby złożone będą bogom na ofiarę. Albo zakopani zostaną po szyję, a tonsury wykroją im nożami. Albo skórę z nich żywcem zdzierać będą… Nie wytrzymali braciszkowie i padli na ziemię, płacząc.
„…jeszcze wiele innych rodzajów męczarni zapowiadali, przerażając nas wrzawą i bezwstydnym śmiechem z naszych łez.” (j. w.).
Na koniec z namiotu wyszli biskup i książę, ramionami przyjacielsko objęci. Warcisław trzymał w dłoni cenną laskę ze słoniowej kości, dar biskupa. Wszyscy woje otrzymali również podarki dla uczczenia szczęśliwego dnia i odpłynęli, obiecując nazajutrz przysłać ludzi, którzy zbiją tratwy i przewiozą tabor biskupi na drugi brzeg.
Dopieroż bracia padli Ottonowi do nóg, opowiadając, jakich złośliwości byli ofiarą.
Uśmiechał się z ich pobladłych lic, przygadując, że wobec pogan większego męstwa nie okazali. Wyjaśniał też, że Słowianie skłonni są z natury do żartów.
Mówiąc to, zachowywał twarz pogodną, lecz na sercu nie było mu lekko. Rozmowa z księciem pomorskim przykry miała przebieg. Wszedłszy do namiotu, Warcisław ukląkł przed Ottonem, całując jego ręce i wyznając, że jest chrześcijaninem podobnie jak jego żona i dzieci, lecz trzyma to w tajemnicy, z obawy, że poddani pozbawią go tronu. Gorszyła Ottona taka małoduszność, Warcisław tłumaczył, że wszystko, co mówią o zawziętości Pomorzan, to jeszcze mało. Nic tych pogan nie przekona! Książę radził biskupowi powracać szybko, skąd przybył, gdyż spotka go los Bernardusa, Hiszpana.
— Nie daj Boże, bym zawracał — odpowiedział Otto. Usiłował przekonać Pomorzanina, że niemęska i grzeszna rzecz ukrywać swą wiarę. Niech stanie teraz śmiało przy boku misjonarza i jawnie uczci Chrystusa. Wykręcał się Warcisław, że nie chce rozdarcia w swe państwo wprowadzać. Lud pomorski odrzekłby się ochrzczonego księcia.
Wyczerpawszy słowa, biskup wyciągnął z zanadrza list, jaki Bolesław dał mu na odjezdnym, pieczęcie nietknięte księciu pokazał i podał pismo kasztelanowi santockiemu, aby je głośno odczytał. List był krótki, przeznaczony dla księcia Warcisława i starszyzny wszystkich grodów pomorskich. Treść brzmiała:
„Zła wasza dola, jeśli przysięgi nie dotrzymacie lub uchylać się od niej będziecie… Sam, nie mieszkając przybędę, by z wami pogadać.”
Milczenie zaległo w namiocie, Warcisław targał wąsiska i sapał. Biskup modlił się w duchu, ważąc jak by na dłoniach z jednej strony zbawienie dusz pomorskich i bogate dary, z drugiej zapowiedź rychłej i okrutnej wojny. Gorzko mu było, że sprawy Boże, ogromne i niepojęte, od życia i śmierci większe, stanowią przedmiot dyktowanego obawą sporu i że groźba Bolesława większy wywiera skutek niż obietnica zbawienia. Na koniec Warcisław ustąpił. Obiecał pomoc i poparcie biskupowi. Otrzymał kosztowną laskę w podarku. Wspólnie z kasztelanem jęli układać plan dalszej podróży. Radził Warcisław zacząć misję od ziemi Pyrzyczan, jako najbliższej, oporny, twardy Szczecin zostawiając na sam koniec.

Kraj był piękny i bogaty, wzgórzami pofałdowany. Orszak biskupi ciągnął przez lasy bukowe, gdzie pnie drzew lśniły w cieniu niby odlane ze spiżu. Z pagórków dostrzegali na północy bielejący tuman, i kasztelan objaśnił, że to morze. Jadący przed biskupem brat Sefrid trzymał oburącz wysoki złocisty krzyż i po raz pierwszy święty Znak błyszczał nad pomorskimi szlakami. Ludzie wybiegali z siół i stawali z dala, nie rozumiejąc, jak to się dzieje, że śladem tego Znaku nie idzie pożoga i gdzie jest książę szczeciński, że nie zastępuje onym drogi? Księża polscy z orszaku wołali ku nim, że jadą z Dobrą Nowiną i darami, żeby się niczego nie lękano. Nie wiedzieli ludzie, czy wierzyć tej mowie. W jednym miejscu na polance spotkano gromadę zbieraczy czerwiu, którzy nie zdążyli zbiec. Tych zaraz ochrzczono i obdarowano. Było ich trzydziestu. Radował się Otto, znajdując dobrowróżbną więź między tą liczbą a Trójcą Przenajświętszą i Dziesięciorgiem Przykazań. Także kukułki kukały w lesie na wyścigi, co było pomyślnym znakiem. Warcisław nie towarzyszył jadącym. W ciągu nocy pożałował danego zobowiązania i wczesnym rankiem odjechał pod pozorem rzekomo pilnych spraw państwowych.
Gród Pyrzyce leżał na wzgórzu, otoczonym szeroką polaną, niby szmaragdowe oko pośród borów. Ze źródła na zboczu spływał potoczek. Podobało się to miejsce biskupowi i postanowił zatrzymać się tutaj.
Rycerze pomorscy zostawieni przez księcia ostrzegali, aby tego nie czyniono. Dzisiaj zaczyna się obchód Sobótki. Na odwieczerz przyjdą tu wielkie tłumy z całej ziemi pyrzyckiej. Będą odprawiać całonocne święto, pląsać, ognie palić i ofiary składać. Rokrocznie to czynią. Uchodźcie lepiej co rychlej, gdyż niedobra śmierć może was spotkać, kiedy upoją się śpiewem i chmielem…
— Staniemy ukryci w lesie — postanowił biskup — lecz nie odejdziemy. Skorzystam ze zbiegowiska, by mówić do nich jutro o Panu naszym.
Pozierając z gęstwiny widzieli, jak na polanę schodziły się rzesze. Było ich z parę tysięcy mężów i kobiet. Nieprzystojna wrzawa, śpiewy, pohukiwania biły aż pod niebo. Płonące ogniska oświetlały pląsających.
„Noc spędziliśmy nie śmiąc palić światła w naszym obozie ani nawet rozmawiać głośno, by nie zwrócić na siebie uwagi rozigranego tłumu. Wczesnym rankiem biskup wysłał kasztelana i rycerzy Warcisławowych do starszych zgromadzenia…” (Herbord, Żywot św. Ottona). Ludzie zmęczeni i senni nie zwracali uwagi na narady starszych z książęcymi wojami. Ich to sprawa. Niebawem jednak starsi weszli w środek tłumu, stanęli na niewielkim kopcu, oznajmiając zebranym, że przybył z Polski biskup, który chce do nich przemawiać. — Wolą księcia pana, żebyście go wysłuchali. — Kasztelan santocki dodał, że mąż, który wnet nadejdzie, jest w swej dziedzinie wielce poważany dla rozumu i dostatku. Niczego od was nie żąda — zapewniał — niczego nie potrzebuje. Przygnała go tu troska o dusze wasze, nie chciwość waszego dorobku.
Na polanie wszczął się ruch, przeto Warcisławowi woje okrzyknęli, że kto zbiegnie z polany, zasłuży na gniew księcia pana i rolę postrada.
Zlękli się ludzie i przysiedli. Skoro muszą słuchać, cóż, posłuchają. Niech-ta gada swoje Kyrieelejsony, i tak nie przekona nikogo. Kasztelan wrócił do biskupa z pomyślną wiadomością. Ludzie chcą słuchać, on jednak zaleca ostrożność, bo z barbarzyńcami nigdy nie wiadomo… Póki co, spokojni, a w każdej chwili war im może uderzyć do głowy. —

Wasza Miłość raczy przemawiać z konia, to donośniej i bezpieczniej… Wasza Miłość raczy nie oddalać się od nas, rycerzy, żeby w razie czego była osłona…
Biskup śmiał się z tych przestróg, pachołka prowadzącego podjezdka odprawił i ruszył pieszo. Nakazując wojom dłonią, by zostali w miejscu, wszedł spokojnie między gromady, które zdziwione robiły mu przejście. Wszedł na kopczyk służący już poprzednio za mównicę. Zadyszany z pośpiechu oparł się na kiju i stał tak jak pasterz wśród trzody. Bo też ludzie rozłożeni na trawie, w swoich lnianych przyodziewkach zdali mu się podobni do owiec. Ich liczne szeregi przywiodły też Ottonowi na myśl Górę Ośmiu Błogosławieństw i dziękował w duchu Panu, że raczył go przywieść tutaj.
Wytchnąwszy, przemówił donośnie, zwyczajny kazać do tłumów. Ranek był wczesny, głos szedł po rosie daleko. Mówca pozdrowił zebranych Imieniem Jezusa Chrystusa, a oni zdumieli się, że gada ich mową, słowiańską mową.
Prawił, że słynie tutejszy lud z gościnności i szczerości. Wiek podeszły szanują i gościa szanują. On jest stary, ma już kwiatki cmentarne na głowie, a przyszedł do nich w goście. Niechże mu uczciwość okażą, słuchając…
Zaskoczył ich tymi słowy. Rozdziawiali ze zdziwienia gęby, patrząc w mówiącego. To prawda, że osoba gościa święta jest, ale czy on gość?… Przybysz niemiły… A może gość, skoro tak powiada?
Kiedy biskup zapytał: — Będziecieli słuchać, z czym do was przyszedłem — odpowiedzieli chórem, aż zaszumiało nad polem: — Będziemy.
Wtedy on usiadł wygodnie na kopcu i wodząc wzrokiem po zebranych, zaczął:
Najmilsze dzieci moje…
Tu już nikt uszom nie wierzył. Tyle się nasłuchali, że biskupi ino krzyczą po niemiecku i grożą, a ten do nich jak matka do dzieci…
Otto mówił rzeczywiście jak ojciec lub matka. Objaśniał, skąd się w Pyrzycach wziął. Od księcia polskiego posłyszał, że tutejszy lud, choć dobry i dzielny, prawdziwego Boga dotąd nie zna. Niemile tu wspominacie księcia polskiego, wiem. Nieraz kiedy dziecko opiera się z głupoty, rodzice przymuszają je do tego, co zdrowe i konieczne… Przymusił was i on.
A teraz słuchajcie. Opowiem wam prawdę o Bogu Najwyższym, z którego łaski żyje wszelkie stworzenie. Wasi bogowie są Jego sługami… Cały świat Jemu podlega. On stwarza, rządzi i sądzi ludzkie uczynki… Przed jego wzrokiem nie skryjesz się, choćby pod ziemię, i wy Go chwalicie, nie znając. Chwalą go wasze dobre uczynki, wasza ludzkość, uczciwość, wierność, bo to cnoty Boże, cnoty chrześcijańskie. Poznajcież, komu służycie! Królowi Nieba i ziemi… On niczego od was nie chce… niczego nie potrzebuje, jeno tego, by Go znać, Jego przykazań słuchać i miłować Go… A któż by nie miłował dobrodzieja swego?
Mówił, a oni słuchali, zrazu nieufnie, podejrzliwie (nie wierzcie, nie wierzcie! Omamić nas chce!), potem z zaciekawieniem. Nikt jeszcze nie przemawiał do nich, jak ten siwy człowiek, podobniejszy na swym kopcu do wróża lub gędźcy, którego bajań gromada chętnie słucha. Chwytali każde słowo uważnie. Tak zimową porą głodne sarny lub łanie, ukryte w gąszczu, otaczają niewidocznym kręgiem wabiącego je myśliwca, posuwają się o krok, cofają płochliwie i znowu podchodzą, aż znęcone przyjdą jeść z jego ręki… Podobnie dusze tych pogan skupiły się wokół Ottona.
Słońce wzniosło się wyżej, grzejąc jego siwą głowę. Ludzie przysuwali się, by lepiej słyszeć, otaczali kopczyk ciżbą tak gęstą, że zaniepokojeni rycerze nie mogli już dojrzeć biskupa.
Jemu zaś dał Pan w tej godzinie dar rozumienia dusz. Czytał w umysłach słuchaczy, uprzedzał ich wątpliwości. I za Łaską Bożą stało się, że tegoż dnia cztery tysiące ludzi zgłosiło wolę przyjęcia chrztu św. powiadając:
W tego Boga, o którym mówiłeś, wierzymy.

Natenczas biskup z kapłanami i braćmi zakonnymi przez siedem dni pouczał owych pogan o najważniejszych prawach naszej wiary, po czym zarządził trzydniowy post i kąpiel, by neofici przystąpili do Sakramentu, mając czyste ciała i dusze. W tym czasie wielkie kadzie, dość oddalone od siebie, wkopano w ziemię tak, że górna krawędź sięgała prawie do kolan. Korytami doprowadzono do nich wodę ze źródła. Naokoło wbito słupy, na których rozpięto radna, osłaniając każdą kadź, niby namiotem. Miejsce w namiocie przeznaczone dla kapłana było również oddzielone płachtą. „Wszystko to zarządził biskup, pragnąc, by święty obrządek był sprawowany z największą sumiennością, czystością, poszanowaniem wstydliwości i godności ludzkiej, ażeby żadne głupstwo, czy niestosowność nie mogły mieć miejsca lub co by mogło choćby jednemu z pogan mniej się podobać”. (Herbord, Żywot św. Ottona).
W jednej kadzi sam biskup miał nurzać młodzianków, w drugiej księża chrzcili niewiasty, w trzeciej mężczyzn. Taki był porządek, że poganin wchodził do namiotu pojedynczo w towarzystwie swych rodziców chrzestnych, trzymając świecę woskową i czystą lnianą odzież. Gdy wszedł do kadzi, niewidoczny kapłan wypowiadał święte słowa, nadawał imię, po czyim, uchyliwszy zasłony, zanurzał trzykrotnie głowę neofity w wodzie, namaszczał ją olejem świętym i cofał się za zasłonę. Opuściwszy kadź, nowochrzczeniec oblekał podane przez chrzestnych odzienie i ze świecą w dłoni opuszczał namiot, czyniąc miejsce następnym. Tak się to odbywało w wielkiej ciszy i powadze.
Obrządek sprawiano bez przerwy, a szeregi czekających zdawały się nie zmniejszać. Noc przerwała pracę, kapłani słaniali się z utrudzenia. Biskup również zmęczony przysiadł na wale otaczającym gródek. Z lewej strony polany obozowali poganie, czekający jeszcze chrztu. Nie palili ogni, w milczeniu pojadając placki jęczmienne. Po prawej bielały postacie ochrzczonych. Bracia zakonni uczyli ich śpiewać Kyrie elejson, Kryste elejson, Kyrie elejson. Niezrozumiałe zaklęcie przestało być groźne, odkąd biskup wytłumaczył jego sens, i ludzie przykładali się pilnie, by je należycie wymawiać. Dziwił się Otto śpiewaczej zdolności tego ludu, bo głosy, chociaż nieporadne, brzmiały czysto. Wtórował im cicho, sam mając serce pełne radości, wdzięczności i czci. Nagle w ogarniający dusze błogi spokój wpełzło nawiane skądś przeczucie, że postawił ledwo pierwszy krok, a dalsze kroki będą srogie i ciężkie. Dziś Niedziela Palmowa, a Wielki Tydzień nadejdzie niechybnie, boć każdy chrześcijanin odtwarza swoim życiem Kalwarię. Nie pozwolił tej myśli zamącić swojego szczęścia. Kyrie elejson, Kryste elejson…
Przeczuciami swymi nie dzielił się z nikim, toteż towarzysze Ottona, Sefrid, Udalryk, Thieme i inni, oczarowani łatwym zwycięstwem, zbywszy poprzednich obaw, oddawali się niezmąconej radości. Podziwiali kraj, widoczną na każdym kroku zamożność i dostatek.
Siady tych wrażeń odczytujemy w relacji żywotopisarza.
„Mogłyby tu powstać klasztory, szczególnie świętych naszych czasów, co to wolą uprawiać ziemię urodzajną niż suche skały lub zapuszczone pustkowia… Bo jest tu niewiarogodna obfitość ryb, tak z morza, jak z rzek, jezior i stawów… Za denara otrzymasz wóz świeżych śledzi, a gdybym powiedział, co myślę o ich zapachu i’ tłustości, mógłbym być posądzony o łakomstwo. Jest tu również wielka ilość jeleni, turów, dzikich koni, niedźwiedzi, dzików, wieprzów i wszelkiej dziczyzny. Dla masła z krów i mleka z owiec, tłuszczu jagniąt i skopów, dla obfitości miodu i pszenicy, konopi i maku i wszelkiego rodzaju warzyw i drzew owocowych, gdyby jeszcze posiadała winną jagodę, oliwkę i figę, poczytałbyś tę ziemię za ziemię obiecaną…
…Wina owi nie mają ani go nie szukają, gdyż przyrządzone zabiegliwie miodne napoje i piwo przewyższają wino falernijskie… (j.w.).
Nie mniejsze uznanie budziła w uczestnikach misji słowiańska uczciwość:

…nie znajdziesz między nimi złodziei albo oszustów… Bardzo się dziwili, widząc, że tobołki nasze i skrzynie są pozamykane. Oni odzież swoją, pieniądze i wszelkie cenności trzymają w beczkach lub stągwiach zaledwie przykrytych. Nie obawiają się żadnego podstępu, bo go sami nie uprawiają…” (j.w.).
Z Pyrzyc droga misyjna wiodła do Kamienia, gdzie zastano księcia Warcisława. Ten ostrożnie pokazał się po raz pierwszy od czasu spotkania nad Wartą. Powodzenie Ottona zaskoczyło go i uradowało, nie dowierzał jednak, by dalej szło równie gładko.
W Kamieniu natomiast cała ludność oczekiwała biskupa, a to dzięki staraniu Heili, żony Warcisława, księżniczki saskiej, która w przeciwieństwie do swego małżonka, wiary swej nie kryła, a że miłosierna była i ludziom pomocna, zjednała ich serca dla Boga. Godna ta pani trudne miała życie, Warcisław bowiem trzymał na zamku dla swojej męskiej rozrywki przeszło dwadzieścia popaśnic. Dziewki te fyrtały się po komnatach, zadufałe i krzykliwe. Księżna w dziełach miłosierdzia szukała ukojenia.
„Biskup Otto surowo ganił podobny stan rzeczy, wymową swoją uzyskał od Warcisława obietnicę, że popaśnice odprawi.” (j.w.).
Był koniec lipca, lato burzliwe, upalne. Biskup Otto niestrudzenie chrzcił ludzi tą samą modłą co w Pyrzycach i sam osobiście pouczał katechumenów. Pot ściekał mu z czoła, jego towarzysze niemniej byli wyczerpani. Chciwie łowili w płuca rzeźwy wiatr od morza. Udzieliwszy chrztu św. mieszkańcom Kamienia i wsi okolicznych, w pierwszych dniach września przeprawili się przez Dziwnę, podążając do Wolina.
Warcisław odmówił znów uczestnictwa w wyprawie. — W Wolinie i w Szczecinie — mówił
władzy książęcej nie uznają. Tam rządzą rajcowie miejscy. Moja obecność mogłaby rozdrażnić ten lud nieokrzesany i zuchwały. — W charakterze swego zastępcy przydał biskupowi dzielnego rycerza Domasława z synem.
Mieszkańcy Wolina słynęli jako barbarzyńcy zatwardziali w nienawiści do chrześcijaństwa, przeto biskup za poradą Domasława zatrzymał się wraz z orszakiem w położonym za murami dworcu książęcym, w obręb którego mieszczanie nie mieli dostępu. Lecz barbarzyńcy, posłyszawszy o przybyciu wyprawy misyjnej, nie zlękli się prawa, wyważyli bramy dworca. Paulicius [Pawło] i rycerze pomorscy z narażeniem swego życia zaledwie powstrzymali tłum od zamordowania biskupa i księży. Rozszalała gawiedź zgodziła się darować im życie pod warunkiem, że natychmiast opuszczą wyspę… Biskup Otto w towarzystwie kasztelana san­tockiego i nielicznej straży szedł na czele smutnego pochodu.
Przed paru dniami spadły pierwsze jesienne deszcze i droga była rozmiękła. Biskup wraz ze swoimi dochodzili już do mostu na rzece, lecz napierający ludzie nie mogli swej złości powstrzymać. Jeden z nich drągiem uderzył biskupa, który upadł twarzą w błoto. Powalonego dobiliby niechybnie, gdyby nie Pawło, prawdziwy mąż duchem i ciałem. Przyjmując na siebie pociski przeznaczone dla biskupa, podniósł go z błota, osłonił i wprowadził szczęśliwie na most. Z wielkim trudem udało się orszakowi oderwać od zgrai miotającej kamienie, palice, oszczepy i przejść szczęśliwie mostem na drugi brzeg rzeki (wg Horbord, Żywot św. Ottona).
Nie kłopoczcie się o mnie — pocieszał biskup przerażonych towarzyszy. — Tylko raz upadłem, gdy Pan nasz upadł pod krzyżem trzy razy… Pawło zabrał należne mi porcje. Co za chciwiec z tego Pawła! — Słuchając go, usiłowali się uśmiechać ale przychodziło im to z trudem. Thieme był srodze pobity, Sefrid trząsł się jeszcze z przebytej trwogi, Udalryk jęczał, że ma krzyże przetrącone. Ziemia obiecana zmieniała się w ziemię cierniową. Rycerze pomorscy, zawstydzeni tym co zaszło, tłumaczyli, że kapłani pogańscy podburzali zamieszkującą podgrodzie hołotę bez wiedzy starszyzny miejskiej. Pawło z Domasławem powrócili przeto do Wolina, by przedstawić rajcom skutki, jakie dla miasta wynikną z wtargnięcia na obszar książęcy i znieważenia książęcego przyjaciela. Biskup powierzył kasztelanowi list Krzywoustego jako ostateczny argument.
Pod wpływem listu i wymowy Pawła starszyzna wolińska orzekła wykrętnie, iż pójdzie za przykładem „najprzedniejszego grodu, macierzy miast pomorskich, Szczecina. Jeżeli Szczecin przyjmie chrześcijaństwo, Wolin uczyni to samo.” (j.w.).
W Szczecinie również napotkano nieufność i opór. Świątynia Trzy-gława, liczni i możni kapłani, trzymali władzę nad duszami ludu. Jesień owinęła kraj mgłami, wczesnym mrokiem, wichrem północnym i szarugą, a w położeniu misji żadna zmiana korzystna nie zachodziła. Uszy zamknięte były na słowa Ottona. Jakże odległe zdawały się cudne dnie pyrzyckie! Ujawniała się różnica między prostym, ufnym ludem wiejskim a miejskim żywiołem, związanym wspólnymi interesami z rzeszą kapłanów i sług świątynnych. Kult Trzygława przynosił miastu dochody, któż by się ich dobrowolnie pozbywał? W ciągu dwu miesięcy spędzonych w Szczecinie Otto ochrzcił zaledwie paru chłopaczków, wkrótce jednak przyprowadzili oni potajemnie rówieśników. Kasztelan santocki zniecierpliwiony jechał do Bolesława po wskazówki, co czynić dalej? Dołączyło się do niego kilku ugodowo nastrojonych przedstawicieli miasta.
Bolesław z Bożej łaski książę polski i wróg pogan obiecuje mieszkańcom Szczecina pokój i przyjaźń, jeśli chrześcijaństwo przyjmą, jak się zobowiązali. Ogień, śmierć i wieczną nienawiść w razie oporu. Powinienem ukarać was zaraz, gdyż nie przyjęliście jak należało mojego Pana i Ojca, biskupa bamberskiego Ottona, godnego najwyższej czci. Nie czynię tego, dając wam czas do namysłu, albowiem on wstawiał się za Wami. Na jego prośbę zgadzam się w razie dotrzymania mi wierności zniżenia o połowę daniny i innych ciężarów, jakie ponosić winniście. Rozważcie to sobie, wybierając pokój czy wojnę, (wg Herbord, Żywot św. Ottona).
Taką odpowiedź przywiózł Pawło Szczecinianom. Co do wysłańców grodzkich, Bolesław wcale z nimi mówić nie chciał, ani ich przed swoje oblicze dopuścił. Ta niełaska i treść pisma stały się w grodzie przedmiotem długich i burzliwych narad. Mimo oporu kapłanów i sprawianych w świątyni Trzygława wróżb wieszczących powodzenie, większość starszyzny uznała, że lepiej przyjąć chrzest i płacić połowę daniny niż wszczynać okrutną wojnę. Wszak dotąd jeszcze czerniały wypaleniska i nie zarosłe mogiły z czasu poprzedniej bytności polskiego księcia w Szczecinie.
Dość, że na początku grudnia miasto oznajmiło biskupowi zgodę na przyjęcie wiary chrześcijańskiej, prosząc zarazem, by natychmiast dano o tym znać Bolesławowi. Większość kapłanów opuściła gród, reszta połączyła się z grodzkimi, szukała sobie innego zawodu i chrzest wraz z powszechnością przyjęła.
Były w mieście Szczecinie cztery kąciny, jedna pomiędzy nimi główna, zbudowana z prawdziwą sztuką, wewnątrz i zewnątrz ozdobiona wypukłymi rzeźbami. Były tam wizerunki ludzi, ptaków i dzikich bestii, tak dokładnie według swych właściwości wyrażone, że zdawały się oddychać i żyć. To zaś uważałbym za nadzwyczajność, że barwy rzeźb zewnętrznych przez niepogody śnieżne czy deszczowe, sczernieć ani zatrzeć się nie dały… Do tej świątyni, podług zwyczaju ojców, zdobyte bogactwa i broń nieprzyjacielską i wszystko, co w walkach morskich lub lądowych zyskali, znosili jako dziesiątą część zdobyczy. Dzbany złote i srebrne do wróżb używane, rogi też wielkie dzikich wołów w złoto oprawiane, rogi do grania, miecze i noże…
Był tam posąg, który na jednym kadłubie trzy głowy mając, nazywał się Trzygławem.
Mieli też źrebca wielkiego wzrostu, maści karej bez odmiany i bardzo dzikiego. Poczytywano go za taką świętość, że żaden człowiek nie był godny na nim jeździć. Miał jednego z czterech kapłanów świątyni jako gorliwego dozorcę. Skoro przeciw nieprzyjacielowi lud tej ziemi wyruszyć zamierzał, ogiera pytano o powodzenie wyprawy. W tym celu rozkładano na ziemi dziewięć włóczni na łokieć jedna od drugiej oddalonych, a kapłan, który miał nadzór nad źrebcem, ująwszy za uzdę, po trzykroć go tam i nazad przez włócznie wodził. Jeśli koń przechodząc włóczni nie trącił, ani nie porozrzucał, uważano to za pomyślną wróżbę. W przeciwnym razie odstępowano zamiaru… (j. w.).
W posępnym milczeniu przekazywali Szczecinianie biskupowi skarb świątyni, nagromadzony wiekami. Zdumieli się, gdy Otto, obejrzawszy cenne przedmioty, poświęcił je, a potem oddał ludowi.
Bóg Prawdziwy — rzekł — nie potrzebuje złota. Mnie, Jego słudze, , niepotrzebne ono również. Wasi ojcowie i dziadowie znosili te dary, niechże je wnukowie biorą. I prosił, by wszystkich obdarzono sprawiedliwie.
Wielka była mądrość Ottona. Skutecznie osłodził mieszczanom szczecińskim gorycz odstępstwa, a zarazem obalił powszechne mniemanie, że nie masz gorszych chciwców niż biskupi chrześcijańscy. Z całej wspaniałej świątyni jednej tylko rzeczy zażądał.
„…posąg zabrał biskup dla siebie i po zniszczeniu tułowia trzy głowy razem osadzone posłał do Rzymu, Ojcu św. w darze…” (j. w.).
Na miejscu świątyni wzniesiono kościół pod wezwaniem Sw. Wojciecha, patrona słowiańskiego, i biskup poświęcił go, jak modlił się o to na wyjezdnym z Bambergu. Kanonikowi Wojciechowi i kapelanowi swemu Udalrykowi zlecił Otto dokończenie chrztu Szczecinian (ze względu na porę zimową obrzędu dokonywano w łaźniach), a sam z towarzyszami udał się do Gardźca pełnić dalej swoje dzieło. Misja zatrzymywała się w każdej osadzie. Wszędzie witano przybyszów z gorliwym poddaniem, gdyż wieść o przewrocie, jaki się dokonał w Szczecinie, rozeszła się już szeroko. Nie stawiano więc oporu, rozumiejąc, iż taki czas nadszedł, że stare bogi ustąpić muszą Nowemu. Niezmordowany biskup przemawiał, ośmielał strwożonych i chrzcił.
Uczył nie tylko prawd wiary, lecz i obowiązków chrześcijanina.
„Przedstawiał, jak szpetną jest rzeczą trzymać kilka żon, zamiast jednej poślubionej małżonki, i jak straszny sąd Boży grozi tym, którzy niemowlęta, dzieciaczki rodzone, dlatego że córkami są, wynoszą do lasu bestiom dzikim na pożarcie albo na śmierć z chłodu i głodu.” (Kantzow, Pomerania).

Kto owoc swoich wnętrzności niszczy i życie dane przez Stwórcę uśmierca, równy jest w winie mężobójcy i łotrowi… — groził. — Biada mu, biada po śmierci! — I głos biskupa, zazwyczaj tchnący słodyczą, drżał grozą nad losem zbrodniarzy.
Zima była łaskawa w tym roku. Po ostrych, ale krótkotrwałych mrozach już w styczniu przyszła pogoda, niby przedwiosenna. Lodu na Zalewie nie było i misjonarze przeprawili się łodziami do Lubina, niewielkiego grodu nad Świną położonego.
Tam zastali biskupa skruszeni Wolinianie, wysłańcy niepoczciwego grodu. Padając mu do nóg, powiadali, że chcą przyjąć chrześcijaństwo, że winni zostali srodze ukarani, że starszyzna błaga, by biskup raczył przyjechać, co Otto chętnie obiecał. Ten sam Wolin, gdzie przedtem haniebnie misjonarza przepędzono, witał go teraz bardzo uroczyście. Ponad 22 tysiące ludzi zgłosiło wolę przyjęcia wiary chrześcijańskiej. Gdy Otto szedł przez most, drogą, na której padł wówczas w błoto, objaśniali go rajcy, że niegodziwy sprawca ówczesnego gwałtu został wypędzony z grodu i choć teraz kaja się i błaga o zezwolenie powrotu, nigdy przebaczenia nie uzyska. Obruszył się na to biskup, powiadając, że onemu już przebaczył i żeby go sprowadzili. Opierali się rajcowie, powiadając, że gniew księcia spadnie na całe miasto, na co biskup zaręczył, że książęcy gniew bierze na siebie. A kiedy ów człowiek przyszedł, biskup rozmawiał z nim, pouczał i obiecał go ochrzcić. Wtedy ów poprzedni wróg i gwałtownik podniósł ręce w górę i zawołał: — Bóg dał, iżem cię nie zabił!
— Od tych słów Otto dał mu chrzestne imię Bogdal. Stąd pochodzą Bogdalowie, których ród dotąd mieszka w Woli­”
nie. Przezywają ich urągliwie „oprawcami św. Ottona”. (Kantzow, Pomerania).
Opisując powyższy epizod, kronikarz, nie zdawał sobie zapewne sprawy, jak cenny dokument nam zostawia. Odnośny ustęp bowiem brzmi w oryginale: „…und wie er ihne taufen woli te, hat er seine Hende aufgehoben, und hat auf wendisch gesagt: — Bog dal yzem zia nye zabel.” Pisze dalej Kantzow, że w Wolinie znajdował się złoty posąg Trzy-gława. Przed powtórnym przybyciem Ottona żeree pogańscy wywieźli go w skrzyni do Gryfii. Biskup powiadomiony o tym zabronił poszukiwań. Nie chciał, by myśleli, że zależy mu na złocie posągu. Polecił tylko odjeżdżając, by w razie odnalezienia trójgłowca, stopiono go, przeznaczając kruszec na ozdobę świątyń chrześcijańskich. Kościołów biskup bamberski ufundował w Wolinie dwa. Jeden pod wezwaniem Sw. Wojciecha, drugi Sw. Stanisława. Tę ostatnią informację Kantzowa trzeba uznać za pomyłkę, albo wyprzedzenie faktu. Kanonizacja św. Stanisława nastąpiła znacznie później, a przed kanonizacją patronem kościoła być nie mógł.
Z Wolina droga misyjna wiodła do Kamienia, gdzie książę Warcisław z małżonką wspaniale przyjęli biskupa. Popaśnice znikły z zamku (przynajmniej na ten czas), a oboje księstwo ze szczerym wzruszeniem dziękowali apostołowi. Dwór książęcy był nareszcie jawnie chrześcijański.
Z radością dowiadywał się Otto od księżnej Heili, że wysłano już rozkazy do wszystkich nawróconych miast, „…aby wznoszono kościoły, a przy kościołach zakładano szkoły, oraz zgodnie z nauką chrześcijańską roztoczona została opieka nad ubogimi, chorymi i kalekami.” (j. w).

Chwalił biskup księcia, że słusznie uczynił. Tam, gdzie Chrystus wszedł do dusz, zmienić się winien i zewnętrzny obraz życia. Niech powstaną przytułki dla starców i sierot, niemocnice dla chorych. Niech miłość bliźniego znajdzie wszędy zachętę do owocnego działania…
W Kamieniu biskup otrzymał wezwanie z Bambergu od swego zastępcy. Proszono, by wrócił koniecznie przed Wielkanocą, przyczyny naglenia nie podając.
Skrócił więc Otto pobyt w Kamieniu, pożegnał księcia i jego żonę, ruszył jeszcze ze swym orszakiem do Dobrej. Tam chrzcił i nauczał. Pojechał do Kołobrzegu, gdzie czynił to samo. Przystanął nad zwichrzonym, wiosennym morzem, bijącym wściekle o brzegi. Nowochrzczeńcy pokazywali mu, gdzie stała świątynia, wzniesiona niegdyś przez Bolesława Chrobrego, i w którym miejscu biskup Reinbern ciskał w morze poświęcone kamienie, aby złośliwość fal uśmierzyć i przychylność ich zjednać.
Z Kołobrzegu pojechali jeszcze do Białogardu, wszędzie po drodze chrzcząc ludzi, którzy garnęli się tłumnie. Skoro ochrzczono Szczecin, Wolin, Kamień, Kołobrzeg, kwapili się i oni. Dopiero za Białogardem misjonarze mogli odpocząć, wjechawszy w kraj chrześcijański. „Darzeni czcią, wracaliśmy do domu przez ziemie naszego opiekuna, polskiego księcia. Oby mu Pan Jezus w dniu zapłaty dał samo dobro w nagrodę za wszystko, co dla nas uczynił… Wiele miłości i dobroci okazał nam ten doskonały mąż w czasie naszego zimowego pobytu na Pomorzu. Zaopatrzył biskupa i nas, duchownyh, nawet wojskowych i tarczowników, w ciepłą odzież dobraną do wzrostu każdego. Kiedy ukończyliśmy dzieło, do którego nas powołał, przyjął nas w swym domu w drodze powrotnej, niby drogich synów.” (Herbord, Żywot św. Ottona).
Bolesław, oczekujący misjonarzy w Gnieźnie, przyjął ich rzeczywiście z wielką serdecznością. Doceniał wagę dzieła, jakie zostało dokonane, i przejmowała go głęboka wdzięczność. Pomorze chrześcijańskie! Czekał na to Bóg, czekała Polska, czekał ów kraj, nareszcie z Polską zespolony, którego już nic od niej nie dzieli… Nie było rzeczy, której by Krzywousty odmówił Ottonowi. Nie było poświęcenia, przed którym by się zawahał.
„…dla czci Bożej książę polski uczynił więcej, niż wymagała konieczność… większą wagę przykładał do chwały Pana niż do własnej korzyści, darowując Szczecinowi połowę daniny.” (Kantzow, Pomerania).

Wiele sobie mieli do powiedzenia biskup Otto z dawnym swym uczniem. Nim wszystko obgadali, nadjechał brat zakonny, wysłany przez kapitułę Bambergu.
Niech Wasza Miłość natychmiast powraca. Pan nasz cesarz Henryk umierający. Wyboru następcy należy oczekiwać niebawem. Obecność Waszej Miłości konieczna.
Jutro o świcie ruszamy — rzekł biskup z westchnieniem. Thieme i Sefrid zajęli się przybyłym. Otto odszedł do kaplicy na pacierze. Rozumiał, że dygnitarzem będąc, musi zająć należne miejsce wśród biskupów, biorących udział w obiorze nowego władcy. Ten obowiązek wydał mu się nagle bardzo ciężki. Jak szczęśliwy był w ciągu minionego roku, owej drogi pozornie męczącej, trudnej, nawet niebezpiecznej, która okazała się dla niego lekka i cudowna! Nie troszczył się o politykę i ambicje książąt. Nie dochodziły go ich spory, dyktowane nieodmiennie chciwością lub pychą. Był wolny. Miał przed sobą pogan, ubogich braci, których należało dźwignąć i oświecić, a nad sobą Pana i Zbawcę Chrystusa… Nikogo więcej…
„…książę polski polecił odprowadzić nas do granicy czeskiej. Z powodu pośpiechu biskup Otto nie zdążył omówić sprawy biskupstwa pomorskiego według swojego życzenia i powierzył tę troskę księciu, ufając jego mądrości…
…zgodnie ze swym zamiarem, powrócił biskup przed Niedzielą Palmową do swojej stolicy w Bambergu.” (Herbord, Żywot św. Ottona).


ROZDZIAŁ XVIII

WTÓRA PODRÓŻ BISKUPA OTTONA

Następcą Henryka V miał być wyznaczony przez cesarza jego siostrzeniec, książę Fryderyk szwabski, ożeniony z córką księcia bawarskiego, Judytą. Po śmierci cesarza jednak arcybiskup moguncki, Adalbert, obalił ten wybór. Na równi z Lotarem księciem saskim ganił politykę wygasłej dynastii, a obawiał się, że Fryderyk pójdzie po tej samej linii.
Od czasów Henryka III sprawy rzymskie pochłaniały uwagę cesarzy. Nieustanne walki z papieżem gorszyły całą Europę. Zdaniem arcybiskupa i księcia saskiego nowy władca winien być uległy wobec Kościoła, a zarazem dokonać ostatecznego ujarzmienia Słowian. Udało im się przeciągnąć na swoją stronę księcia bawarskiego, teścia przyszłego króla. Lotar obiecał jego synowi rękę swojej córki, z księstwem saskim jako wianem. Wobec takich pokus Bawarczyk porzucił zięcia na rzecz syna. Sprawa Fryderyka szwabskiego była przegrana. Królem obrano Lotara, zwanego „Pogromcą Słowian”.
Zapiski współczesne wskazują, że ten przydomek odegrał rolę przy obiorze:
„…po śmierci cesarza Henryka V zebrani konsule, prefekci, dyktatorzy i książęta, przystąpili wspólnie do wyboru nowego władcy… Wtedy arcybiskup moguncki podniósł wielkie zalety Lotara, który od wielu lat zwalcza pogańskich Luciców.” (Piotr diakon, Kronika Monte Cassino).
Biskup bamiberski Otto należał do nielicznej grupy, która przeciwstawiała się gwałceniu uznanej poprzednio przez wszystkich, woli zmarłego cesarza. Po złożeniu obediencji elektowi wrócił do Bambergu i tam w spokoju
„pielęgnował swą diecezję, pragnąc uczynić z dusz poddanych miły Bogu ogród” (Herbord, Żywot św. Ottona).
Pierwsze lata panowania Lotara były niepomyślne. W zaczepnej wojnie z Czechami został pobity pod Cieplicami i musiał zadowolić się lenną przysięgą, jaką ponowił przed nim książę Subisław. Równocześnie rozgorzała walka pomiędzy królem a niedoszłym następcą, Fryderykiem Hohenstaufem. Lotar zażądał od niego zwrotu posiadłości, jakie siostrzeńcowi podarował zmarły cesarz. Fryderyk odmówił.
Ten spór zapoczątkował wojnę domową Hohenstaufów z Welfami, mającą trwać sto lat. Jedyne, co Lotar mógł uczynić w tym czasie na wschodzie, było zdynamizowanie arcybiskupstwa magdeburskiego, które według jego opinii spało, zapominając o swym przeznaczeniu. Do tego celu miał służyć nowy, energiczny arcybiskup, którym został Norbert, założyciel zakonu premonstratensów, zwanych też norbertanami.
Norbert pochodził ze szlachetnej rodziny frankońskiej. Od pacholęcia żył na dworze cesarskim, żył hucznie, szumnie, barwnie, świetnie. W 35 roku życia doznał olśnienia, które wywołało przewrót w umyśle i duszy. (Przemiana nierzadka w owych czasach, gdy ludzie nie umieli być letni, lecz oddawali się całkowicie, bądź nałogom, bądź świętości.) Od chwili przełomu Norbert gardzi nie tylko światowością, lecz zwyczajnym pobożnym życiem. Gorszą go klasztory, że zaciszne, życie kanoników i opatów, że wygodne, żąda od siebie i drugich umartwień, umartwień! Zło przenikające świat wynika z grzechu. Od grzechu można się uwolnić tylko przez krańcowe wyrzeczenie. Pod wpływem wizji sennej (kapliczka zrujnowana, którą okrąża procesja biało odzianych mnichów) w miejscu, gdzie śnił, wznosi kaplicę i erem. Miejsce to nazywa Praemonstratum (przepowiedziane), zbiera towarzyszy, wiąże się z nimi surową regułą. Niebawem jest ich czterdziestu. Za cel biorą podniesienie poziomu duchowego ludzi Kościoła. Norbert wędruje po kraju jako kaznodzieja, zakłada nowe zgromadzenia, jest biczem na ospałych księży i leniwych zakonników.
Ten żarliwy asceta zostaje w roku 1126 na prośbę Lotara, popartą poleceniem papieża, arcybiskupem magdeburskim, wnosząc do tej placówki właściwego sobie ducha.
Biskupa Ottona mniej zajmowały walki toczone przez króla niż wszelkie nowiny dochodzące z Pomorza. Dotychczas nie mógł przeboleć, że przynaglony do szybszego, niż zamierzał, przerwania podróży misyjnej, nie dopilnował należycie utwierdzenia w gruncie świeżo zasadzonej latorośli wiary. Czy dobre ziarno nie padło na opokę, nie wydziobały siejby ptaki, nie zagłuszyły jej ciernie? Modlił się codziennie za tamten kraj i jego mieszkańców.
Niepokój ukazał się uzasadniony, gdyż wiadomości, jakie otrzymał w 1127 r., były zasmucające:

Słowianie obchodzili jak co roku na początku lata starodawne święto pogańskie [Sobótki], na które cała ludność zwykła się gromadzić, by jeść, pić, tańczyć i czynić wiele niestosownych rzeczy. W Wolinie świętowano również… Gdy popili i pojedli i rozochocili się, jakiś człowiek ukazał posążek dawnego boga, przypominając, że stare czasy były dobre, że do chrześcijaństwa trudno przywyknąć. Że jest dziwaczne i nic z niego nie można zrozumieć.
Jest surowe i gderliwe. Zabrania ta wiara wszystkiego, na co człowiek ma ochotę, a na co stare bogi pozwalały.
Podobała się ludowi ta mowa, unieśli w górę posąg starego boga i obnieśli wokół grodu… Przegnali księży i kapłanów oraz tych, oo pozostawali im wierni, złorzeczyli Chrystusowi i czynili wielkie swawole i psoty… Podczas gdy zajęci byli swym szaleństwem, wybuchł w mieście pożar, mnóstwo domów spłonęło i duża liczba bluźnierców zamroczonych chmielem znalazła śmierć w płomieniach. Poznali ludzie jawną karę Bożą i padła na nich taka trwoga, że wielu uciekło z miasta. Książę nakazywać musiał, by wracali i odbudowywali spalone domostwa…
Sprawozdanie ze Szczecina nie wypadło lepiej:
…W Szczecinie wybuchło powietrze morowe. Żercy, nie mogąc przeboleć utraty świątyni i swego poprzedniego stanowiska, przekonali grodzian, że to znieważeni bogowie zesłali zarazę. Mór nie ustanie, dopóki stara wiara nie powróci. Podchwycili te słowa wszyscy,którzy byli złymi chrześcijanami, i nakłonili do swego mniemania ludzi niestałych, obawiających się moru… Pospólstwo skwapliwie poszło za onych przykładem… Wynieśli z ukrycia posągi starych bogów i wtargnęli do kościoła Sw. Wojciecha z bardzo złymi zamiarami… Kiedy tam weszli, ogarnął ich dziwny lęk, że nie ośmielili się niszczyć… Żerca kierujący napadem poradził, by oddawano cześć razem obu bogom, na co wszyscy przystali. Zaraz pod chórem kościoła ustawiono posąg Trzygława i tak pozostało… Cześć Chrystusowi Panu i cześć Trzygławowi oddają równocześnie i ludzie bardzo są zadowoleni… (wg Kantzow, Pomerania).
Boże, Boże! — wzdychał biskup słuchając.

W dalszym ciągu posłaniec, którym był jeden z pozostawionych przed czterema laty na Pomorzu kleryków, informował, że książę pomorski Warcisław chciał srogo ukarać oba przeniewiercze miasta, lecz nie starczyło mu czasu, odkąd bowiem Pomorze zostało ochrzczone, Lucice stali się jego wrogami i czynią ciągłe napady. Rozgniewany tym książę pociągnął do kraju Wkrzanów, gdzie zbudował twierdzę Przemysław (dziś Prentzlau), następnie pokonał księcia Choćkowa, Mysława, wziął odeń obietnicę przyjęcia chrześcijaństwa, stamtąd ruszył na Dymin  i tak go ciemiężył, że mieszkańcy musieli dać okup i obiecać, że staną się chrześcijanami… Niebawem książę zamierza iść za Pianę i bić Wieletów (Czrezpienian)…
Cokolwiek się stanie — pomyślał Otto — muszę tam pojechać…
Zaraz też począł układać w głowie plan podróży. Pragnął porozumieć się z Bolesławem, wprzód jednak należało ustalić sprawy miejscowe. Do Rzymu Otto nie potrzebował się zwracać. Pozwolenie otrzymane przed pierwszą podróżą obowiązywało nadal. To samo dotyczyłoby cesarza, gdyby Henryk V żył. Lecz nowy król mógł nie uznać rozporządzeń poprzednika.
Należało również naradzić się z kapitułą, w której nie wszyscy dzielili poglądy biskupa.
Część kanoników żywiła dotychczas nie tajony żal o wydatki związane z pierwszą podróżą misyjną. Owe bogactwa wywiezione i przepadłe, rozdane plugawym poganom lub obrócone na upiększenie kościołów, które dzisiaj — jak się słyszy — służą bożkom pogańskim. Czy znów mamy te same błędy popełniać!? Inni pocieszali się, że nowy król na takie marnotrawstwo nie zezwoli. Najwyższy czas, aby poświęcenie tylu ludzi, ich gorliwość i grożące im niebezpieczeństwa, przyniosły kapitule oraz diecezji korzyść, a nie straty…
Lotar niełaskawie przyjął Ottona, pomny, że biskup bamberski głosował przeciw niemu. Zezwolenia na misję udzielił, lecz opatrzył je szeregiem zastrzeżeń. Wykluczona została podróż przez Polskę i zwracanie się do księcia polskiego o jakąkolwiek pomoc czy opiekę. Opieki udzielą miejscowi książęta, królowi poddani. Podobnie jak członkowie kapituły, Lotar uważał, że w czasie pierwszej podróży misyjnej popełniono szereg ciężkich błędów i przeoczeń. Największym z ruch było pozostawienie jako zastępcy biskupa polskiego kapelana, Wojciecha. Jakim prawem biskup mianował na to stanowisko Polaka?! Obecna misja pojedzie przez Niemcy, pokłoni się po drodze arcybiskupowi magdeburskiemu, prawowitemu panu kościelnemu ziem, do których biskup bamberski zdąża…
Ziemie te należą do metropolii gnieźnieńskiej — zauważył Otton.
Lotar nic nie odpowiedział. Biskup napomknął jeszcze, że droga wymieniona przez króla wiedzie przez ziemie Hobolan, pozostających w pogaństwie, mimo że ich książę, Wirykind, jest lennikiem cesarstwa… Stamtąd zaś przez kraje Wieleckie, nie tylko pogańskie, lecz zajadle wrogie, mogące wzbronić misji przejazdu. Król odparł gniewnie, że Wirykinda uprzedzi, a co do Wieletów, nic misji nie grozi. Jego wojska przejdą tamtędy wcześniej i barbarzyńców uspokoją.

Posłuchanie było skończone. Zaczął się okres przygotowań do podróży. Żaden z żywotopisarzy św. Ottona, ani Ebo, ani Herbord, ani korzystający z relacji tych dwóch, Kantzow, nie zapisali uczuć biskupa w przededniu wyjazdu. Niewątpliwie porównywał obecne okoliczności z poprzednią podróżą przed czterema laty. Bolesław polski żadnych warunków nie stawiał, niczego nie nakazywał.
Jedź i chrzcij w Imię Boże! Wszystko, co będzie ci potrzebne, dam.
Bolesław jest panem Pomorza, książę Warcisław jego wasalem. Jakże jechać do czyjegoś kraju nie powiadomiwszy o tym gospodarza? Taka nieobyczajność oburzyć musi księcia, będącego zarazem przyjacielem i dawnym uczniem. Otto wspominał powitanie z Bolesławem w Gnieźnie po szczęśliwie dokonanej misji. Padli sobie wtedy w objęcia obaj wzruszeni do łez i dziękowali Bogu. Jakżeż go teraz obrażać? Lecz rozkazy króla były wyraźne i biskup musiał im się podporządkować. Było jedno wyjście: udać słabość i poniechać podróży w ogóle. Co lepsze, co gorsze? W Szczecinie posąg Trzygława stoi naprzeciw Chrystusa… W Wolinie chrześcijaństwo wygasło… To samo, być może, dzieje się w pomniejszych grodach. Jakże to zostawić, nie usiłować naprawić…? Otton zdecydował się jechać.
Udalryk i Thieme dopytywali, dlaczego nie pojadą przez Polskę (niepokoiła ich myśl o podróży skroś kraju Wieletów). Biskup opowiadał krótko, że dlatego „by księciu czeskiemu i księciu polskiemu nie zabierać czasu i nie przysparzać wydatków”. (Herbord, Żywot św. Ottona).
Udali się przez Turyngię do bogatego miasta Halle.
„W Halle załadowano na statki żywność, zboże i przeróżne cenne rzeczy odpowiednie na podarki, jak piękne szaty i kosztowne materie… Biskup zakupił to wszystko w mieście Halle i polecił przywieźć statkami wraz ze zbożem do kraju Wieletów, a stamtąd dostarczyć do Dymina, grodu pomorskiego nad Pianą.” (j. w.).
W Halle spotkali wysłańców Hobolan, którzy posłyszawszy od swego księcia Wirykinda o mającym nastąpić przejeździe biskupa, prosili, by się u nich zatrzymał, pouczył ich o wierze i ochrzcił.
„— Nasi chodzili za Odrę — mówili wysłańcy — i wiele słyszeli tam o was, panie, dobrego. Powiadają, że uczycie inaczej niż saskie biskupy… Z twojej ręki przyjmiemy chrzest, a nie z niczyjej innej…” (j. w.).
Zakłopotany Otton obiecał Hobolanom, że spełni ich prośbę, jeżeli arcybiskup magdeburski udzieli mu zezwolenia.
Płynęli teraz wygodnie Salą w dół do Łaby, Łabą ku Magdeburgowi.
W chwili gdy biskup Bambergu stanął w magdeburskiej metropolii, Norbert rządził archidiecezją dopiero od dwu lat, niemniej wpływ jego był już widoczny w porządku i bogactwie nabożeństw, w zachowaniu się księży. Tylko pracą misyjną nie zdążył jeszcze się zająć. Opowiadał Ottonowi, że stan religijny księstwa obodrzyckiego po śmierci Henryka, syna Goczałka, zmarłego przed rokiem, przedstawia się opłakanie. Ani kościołów, ani księży, lud po dawnemu czci gaje i składa ofiary bałwanom…

Oto, jacy są książęta! — rzucał z pogardą. — Na szczęście mam pożytecznego kapłana imieniem Wicelin, przejętego duchem apostolskim. Wyznaczyłem mu miejsce koło Faldery, na granicy holzackiej… Obejrzał miejscowość, znalazł pola zarosłe nieużytecznie, mieszkańców dzikich i nieoświeconych, nie wiedzących nic o wierze chrześcijańskiej. Zamieszkawszy wśród narodu bezbożnego i przewrotnego, w miejscu okropnym i pustym, czuł się wszelkiej pociechy pozbawionym… Niemniej nie ustąpił i — jak powiadają — już zaczyna zbierać żniwo…
Zbierze je obficie — zapewnił Otto — gdyż lud ten jest chętny i podatny na Słowo Boże. Zaprawdę nie pojmuję, dlaczego pozostawiono go w takim opuszczeniu i cieszę się, że Wasza Dostojność stan ten niebawem odmienisz…
Potem wspomniał o prośbie Hobolan, której spełnienie uzależnił od arcybiskupa.
Słusznieście rzekli — odparł Norbert — gdyż ja nie zezwolę. To wykręt z ich strony. Słyną z podobnych chytrości… Powiedzą później, że dziesięciny płacić nie potrzebują, bo przez obcego biskupa zostali ochrzczeni… Obawiam się, że podobnie będzie z obecną podróżą waszą, której wcale nie pochwalam. Należało z nią zaczekać, aż wkroczylibyśmy tam razem, poprzedzając wojska naszego króla, da Bóg, już wtedy cesarza. Jesteśmy misjonarzami z ramienia cesarstwa…
Te ziemie podlegają Gnieznu — zaznaczył uparty Otto.
Asceta zmarszczył się gniewnie.
Usus bezprawny — syknął — usus dopuszczony przez słabość poprzednich cesarzy. Pora z tym skończyć! Znalazłem w tutejszym archiwum starodawne dokumenty, świadczące o prawach Magdeburga aż po rzekę Wisłę. W niedługim czasie przedstawię je Rzymowi…
Powściągliwe, acz pełne szacunku, milczenie Ottona drażniło mówiącego. Norbert, człowiek krańcowy i gwałtowny, innego zdania niż własne nie znosił. Słowian nie cierpiał, gdyż na dworze cesarskim słyszał o nich zawsze źle. Zawierzył tej opinii, nie usiłując jej sprawdzić.
Misja spłynęła Łabą do ujścia Hoboli (Haweli). Wyładowano się przy Hobolinie, stolicy ziemi Hobolan. Tabor misyjny liczył pięćdziesiąt wozów. Książę Wirykind dał silną eskortę, zbędną, gdyż nikt jadących nie zaczepiał. Przeciwnie, ludzie z żalem dowiadywali się, że biskup nauczać nie będzie. Stamtąd wjechali w ziemie Wieleckie Morzyczan. Wojska Lotara istotnie przeszły świeżo tędy, pogorzeliska dymiły, ludność siedziała ukryta po lasach. Ciągnęli, nie wiedząc o tym, szlakiem, jakim przed sześćdziesięciu z górą laty pędził na Radogoszcz biskup halbersztadzki Burkhard. Od Jeziora Morzyckiego poczynał się kraj zdobyty przez Bolesława Krzywoustego i wcielony przezeń do Pomorza. Ludzie Wirykinda zawrócili, a opiekę nad misją przejęła drużyna pomorska. Bez żadnych przeszkód dojechali do Dymina, gdzie rozłożono się w gródku pod miastem. Dowódca grodu objaśnił przybyłych, że poprzedniego dnia książę Warcisław ciągnął tędy z licznym wojskiem na Czrezpienian za Pianą.

…prosił przez wysłannika, aby biskup poczekał jego powrotu. Jakoż koło południa ujrzeliśmy w kraju Wieletów [Czrezpienian] wznoszące się dymy, znak niechybny, że wojsko pali i pustoszy… Wieczorem powrócił książę obładowany bogatym łupem i zadowolony… Na naszych oczach dzielono między swoich zdobycz, pieniądze, odzież, bydło i wiele innych rzeczy, dzielono również jeńców. Nastał płacz i nie kończące się skargi, gdy odłączano żonę od męża, dzieci od rodziców, przyznając ich innym panom. I chociaż oni wszyscy byli poganami, biskup nie mógł wstrzymać się od łez… Na jego prośby książę ułagodził krzywdy, a biskup wykupił wielu jeńców, po czym ochrzcił ich i odprawił… Potem naładowaliśmy w Dyminie wszystko nasze dobro na statki i popłynęliśmy z biegiem rzeki Piany do miasta Uznam… Podróż zajęła nam trzy dni… W mieście Uznam nie mieliśmy żadnych trudności, gdyż gród ten został już przedtem zroszony deszczem świętej nauki.,. Kapelan Adalbert [Wojciech], którego nasz świątobliwy Ojciec zostawił jako swego zastępcę w tym narodzie, nawrócił już w większości mieszkańców tego miasta.” (Herbord, Żywot św. Ottona).
Na dzień Zielonych Świątek, 10 czerwca 1128 r., książę Warcisław zwołał wiec powszechny. Zawczasu rozesłani gońce wezwali księcia Mysława z Choćkowa, starszyznę Dymina, Wołogoszczy, Pazdawilka, Przemysława, Trzebiatowa, Wolina, oraz innych grodów, aby się zeszli w Uznamiu.
„Biskup miał szczególne upodobanie do dnia, w którym Duch Święty zstąpił z Nieba na lubych Apostołów i młodzianków. Pragnął wymodlić wraz z całą powszechnością chrześcijańską w Uznamie ponowne zejście z Niebios Ducha Świętego, który by oświecił i nakłonił pogan do przyjęcia prawdziwej wiary, nie pod nakazem, lecz za powszechną zgodą…” (wg Kantzow, Pomerania).
Rzesze przybyły wielotysięczne, pogan i chrześcijan pospołu, lecz poganie przeważali. Pierwszych przywiodła obawa przed księciem, a po trochu ciekawość; drugich pragnienie ujrzenia swego apostoła, Ottona. Książę Mysław z Choćkowa zjechał z całą rodziną. Był to poganin zawzięty, lecz księciu musiał być posłuszny. Widziano również w tłumie wielu kapłanów pogańskich, dawnych sług Trzygława, Swaro*.yca, Jero-wita i innych bogów pomniejszych, dzisiaj zrównanych w niełasce.
„Książę Warcisław pięknie i długo przemawiał, wyliczając zebranym korzyści płynące z przyjęcia wiary chrześcijańskiej, mianowicie: zbawienie duszy i dobrodziejstwa doczesne.
Oto cały świat chrześcijański, rozległy i potężny, jest wrogiem pogan, ma dla nich pogardę i niechęć. Jeśli przyjmą chrześcijaństwo, stanie się ich protektorem i przyjacielem. Będą zażywać spokoju… Będą wzrastać w dobrych obyczajach, nauce i bogactwie. Światli chrześcijanie przyjdą tutaj jak do równych sobie, będziecie z nimi mieniać towary, a oni podzielą się z wami umiejętnościami swoimi… Potem przypominał karę Bożą, jaka w postaci pożaru spotkała mieszkańców Wolina, a nawróconych wezwał, by wpływali na swoich ziomków, czynami zaś ujawniali wartość chrześcijaństwa… Przeciw temu wnieśli pogańscy żerce wiele sprzeciwów…” (j. w.).

Wystąpił stary żerca, który niegdyś Swarożycowi w Radogoszczy służył i świętego konia obrządzał. Widział, jak świątynia płonęła, a na źrebcu niemiecki biskup odjechał. Teraz siedział w Dyminie u córki wydanej za powroźnika i zarabiał wiązaniem sieci. Inni kapłani dla niepoznaki przystrzygli włosy, bojąc się prześladowania, lecz on nosił się po dawnemu i długie siwe kudły leżały mu na ramionach.
Zwrócił się do księcia, powiadając śmiało, że nie jest tak, jak on mówi. Chrześcijanie nie poczytają Słowian za równych sobie, choć Słowianie przyjmą chrzest. Owszem, uważać ich będą nadal za niewolni-ki, za bydło…
Prawie gada! Prawie gada! — rozległy się głosy Wieletów lub Obodrzyców, którzy aż tutaj przed Sasami zbiegli. Stary ciągnął:
Nie przychodzą oni dzielić się z nami swoją nauką i umem, ale po to, żeby podzielić się naszą ziemią… Mówią o Bogu i zabierają nasz dobytek… Chwalą swoją wiarę i pędzą naszych w niewolę…
Prawie gada! Prawie gada! — aż huczało w tłumie.
Dlatego nie chcemy widzieć onych i nie chcemy wiary chrześcijańskiej. Dobrze było w tej dziedzinie, póki rządziły stare bogi… (głos starego łamał się niby łkaniem). Dobrze było. Każdy co te czasy pamięta, tak powie (tłum gromko przytwierdził). Wszystko złe przyszło z chrześcijaństwem, a wy je nam zachwalacie niby co dobrego!
Książę chciał ostro skarcić starego wróża, lecz biskup go wstrzymał i podniósł się, aby odpowiedzieć. Stali naprzeciw siebie, obaj siwowłosi, kapłani różnych wiar, a tłum słuchał w napięciu ich słów. Biskup tłumaczył, że jeżeli chrześcijanie nie szanują nawróconych pogan jak równych sobie, to dlatego że poganie wiarę przyjęli pod nakazem, ze strachu, nie z dobrawoli. Człowiek nie jest bydlę jarzemne, które idzie, gdzie je pędzą, bo mu Bóg dał wolną wolę. Jeżeli przyjmiecie chrześcijaństwo z własnego wyboru, nie będzie was nikt upokarzał. Patrzcie na Polaków albo Czechów, którzy dawniej wierzyli jak wy, ale wcześniej poznali, gdzie Prawda…
Przerwał mu tumult głosów wołających, że to całkiem inna sprawa. Czyż Chyżan, Hobolan czy Glinian, pytał kto, zali chcą być ochrzczeni? Albo giń, albo cię wodą polejem…
Bracia — rzekł biskup serdecznie — doznaliście srogich krzywd, wiem! Ludzi o to wińcie, a nie chrześcijaństwo. Bo ludzie są różni, a wszyscyśmy grzeszni… Wiem, że nie brak złych chrześcijan. Ciężką ponoszą winę, bo przez swą zbrodnię zasłaniają jaśniejące Oblicze Pana naszego. Nie o ludziach mówmy, ale o Bogu…
Powiadają wszyscy o tobie — podjął stary kudłacz — żeś jest inny niż tamte biskupy… Powiadają, żeś jest Boży człowiek. Sąż dwie wiary chrześcijańskie? Jedna twoja, a druga niemiecka?…
Jedna jest tylko, święta i prawdziwa — odpowiedział biskup z mocą. — Powiadacie, że dawne czasy były lepsze. Nie ganię starodawności, boć ją także Bóg stworzył, a Jezus Chrystus odkupił, ale ona nie powróci. Jest czas snu i pora obudzenia. Kto o świcie chce noc zatrzymać, chociaż słońce wstało, i z zamkniętymi ślepiami chodzi, ten się potyka i głowę rozbije… Tak wy chodzicie po omacku, choć wokoło jasny dzień. Nuże, otwórzcie oczy i spójrzcie na świat!
Gadali pono Woliniacy, rozruch czyniąc, że chrześcijańska wiara jest niezrozumiała. Prawdę rzekli, bo pełno w niej Tajemnic, jakich żaden śmiertelny nie pojmie. Boże to są tajemnice, do których nic człowiekowi. Pojmiem dopiero je kiedyś, gdy zmartwychwstaniemy…

Powiadasz nam dziwne sprawy — przerwał stary. — Zali kto widział człowieka zmartwychwstałego, chyba że upiora lub strzygę, a tych nikt zobaczyć nierad. Dlaczego mamy więcej wierzyć tobie, niż ojcom i dziadom naszym, a twój Bóg w czym lepszy od bogów słowiańskich?
Książę zmarszczył groźnie brwi, lecz biskup odparł spokojnie.
Powiadano mi, że Wagrowie, dotychczas czczący boga Prowe w gajach, wierzą, że jest Bóg inny, większy, którego imienia nie znają, a któren nad wszystkimi bogami panuje… Prawdali to czy nie?
Prawda — przyznał stary z wahaniem.

Sami więc poganie przyznają, że ich bogi pachołkami są Boga Najwyższego. Bo wszelkie stworzenie czuje swego Pana. Pytasz, w czym lepszy Bóg prawdziwy od waszych bałwanów? Bracie! Kłody to bezduszne, którym tylko wiara wasza dodawała blasku. Bezsilne kłody. Powiadali mi, iż w pewnym grodzie okładano kijami posąg boga za to, że prośby ludu nie wysłuchał, a gdzie indziej przywiązano go łańcuchem do ściany, żeby z świątyni nie wyszedł… Prawda to?
Stary niechętnie przytaknął głową.
Spróbujcie uczynić podobnie z Bogiem Prawdziwym, Bogiem, który rządzi światem! Ani ziemia Go nie pomieści, ani morze, ani Niebo. On jest wszędzie, przenika wszystko jak dech, wszystkim włada, wszystko zna i przewiduje. Ano, zwiążcie Go łańcuchem lub uderzcie pałką! Kto sądzi, że Jemu szkodzi, samemu sobie rany zadaje. A kto Mu źle służy, choć wie, czego On żąda od człowieka, węgle żarzące gromadzi na głowę swoją. Słuchajcie, ać o Nim opowiem…
Ucichli, a biskup wspomniawszy, że to dzień Zielonych Świątek, westchnął do Ducha Św.,
prosząc o dusze tych ludzi. Mówił długo w wielkiej ciszy. A kiedy skończył    zarówno
przyjęli chrześcijaństwo ci, co
wcześniej ochrzczeni, odstąpili, jak i poganie. Wszyscy postanowili przyjąć wiarę świętą.” (Herbord, Żywot św. Ottona).
Ochrzcił się tego samego dnia książę Choćkowski Mysław, jego żona i synowie. Przyjęli chrzest starsi przedstawiciele Wolina i pozostałych grodów. Był to dzień wielkiego zwycięstwa.
Lecz biskup nie czuł się tak szczęśliwy, jak niegdyś w Pyrzycach. W myślach stała uparcie postać starego „flamina” (tak kronikarze zwali z łacińska kapłanów pogańskich). Jego zarzuty: „Mówią o Bogu i zabierają nasz dobytek… Chwalą swoją wiarę i pędzą nas w niewolę” — brzmiały mu w uszach. Wiedział Otto, że oskarżenia są prawdziwe. Zdawał sobie też sprawę, że na żadne z pytań starego nie odpowiedział gruntownie. Omijał je, powiadając: Nie mówmy o chrześcijanach, mówmy o Bogu… A czyż ludzie nie sądzą Boga po wyznawcach?

Książę Warcisław po nawróceniu się starszyzny pomorskiej w Uznamiu zapewnił biskupa, że cały kraj leży przed nim otworem i że nikt nie ośmieli się przeciwstawiać jego działalności. ” Biskup Otto postanowił udać się do Wołogoszczy…” (j.w.).
Książę Warcisław miał właściwą wielu władcom skłonność przeceniania swojego autorytetu, gdyż nieco dalej ten sam kronikarz zapisał:
„Kiedy wieść o wyniku zebrania rozeszła się po kraju, powstał wielki sprzeciw ludu z pogańskimi kapłanami na czele… Ludność miasta Wołogoszczy uchwaliła, że gdy biskup lub jego wysłańcy przybędą do grodu, zostaną natychmiast zamordowani…” (j.w.).
Z niemałym lękiem towarzysze biskupa jechali do miasta, tak źle pono do nich usposobionego.
„Trzech duchownych poszło naprzód, a droga im wypadła w pobliżu pięknej i wielkiej świątyni pogańskiej. Stanęli, by ją podziwiać. Tłum przybrał groźną postawę. Dwóch księży wolało wówczas nie kusić Pana Boga i szybko cofnęli się do miejsca, gdzie byli biskup i książę. Opuścili na pastwę gawiedzi swego towarzysza, stojącego tuż u wrót świątyni. Przerażony kleryk Teodoryk wpadł do gmachu i chwycił wielką złotą tarczę przecudnej roboty, stanowiącą własność boga wojny Jerowita, której żaden poganin nie śmiał dotknąć. Zawiesiwszy ją sobie na szyi, lewą ręką ujął uchwyt i całkowicie zasłonięty, wyskoczył na zewnątrz… Kiedy rozgniewani ludzie zobaczyli tarczę, padli na twarze, kleryk zaś, nie tracąc czasu, cisnął puklerz na ziemię i ratował się ucieczką… Książę i biskup weselili się później z apostołów, co uciekali na sam widok tłumu lub osłaniali się tarczą pogańskiego boga…” (j.w.).
Zwracał też biskup uwagę towarzyszom na cześć, jaką poganie żywią dla swoich bałwanów.
U nas — mówił — w sanktuarium Boga Żywego potrafimy zbiega spod ołtarza wyciągnąć i zabić… Uczmy się od pogan — dodał ze smutkiem, bo stary żerca znów mu stanął w oczach. „…pomału, wymową swoją nakłonił biskup Otto mieszkańców Wołogoszczy, że przyjęli chrzest, rozebrali świątynię i postawili kościół, który biskup powierzył prezbiterowi Janowi…” (j.w.).
Następnym etapem misji był Choćków, stolica księcia Mysława. Tu dotarły wozy wysłane z Bambergu ze złotem, srebrem, kosztowną odzieżą i innymi cennościami. Biskup zażądał ich od kapituły, gdyż hojność, z jaką wykupił jeńców Wieleckich w Dyminie, opróżniła jego trzos do cna.
W ślad za tym transportem przybyło nieoczekiwane poselstwo. Silny oddział przedniego rycerstwa saskiego.
„…margrabia Albrecht zwany Niedźwiedź przysłał posłów, aby śledzili poczynania Ottona i zobaczyli, czy nie potrzebuje on pomocy, lub czy nie grozi mu niebezpieczeństwo…” (j.w.).
Nic mi nie grozi — odpowiedział biskup zaskoczony — a co do pomocy, nie widzę, w czym moglibyście mi jej udzielić?
Książę troska się, że Wasza Miłość jest sam wśród barbarzyńców.
Wdzięcznym księciu za troskliwość, ale was nie potrzebuję…
Książę ciekawi się bardzo pracą Waszej Miłości i dziełem dokonanym…
„…Otto pozwolił posłom zostać, by się przyjrzeli jego dziełu.” (j.w.).
Drażnili biskupa ci nieproszeni goście. Butni, aroganccy traktowali pogardliwie miejscowych rycerzy, przeszkadzali misji w pracy, rządzili się, jakby u siebie. Obiecywał sobie, że ich jak najprędzej odprawi.

W tym czasie poświęcono w Choćkowie nowo zbudowany kościół. Otto odprawił uroczystość z wielkim przepychem. Potem kazał o znaczeniu, jakie ma Dom Boży. Wzruszył się książę Mysław i gdy biskup skończył przemówienie, zawołał, iż dla uczczenia tego dnia, zwraca wolność wszystkim jeńcom, jakich ma w niewoli. Zaraz też posłał ludzi do więzienia, aby ich stamtąd wypuszczono. Radowali się wszyscy, radował się biskup i dziękował Bogu… Zdarzyło się atoli, że klerycy, wysłani po sól do poświęcki, posłyszeli dolatujące z loszku jednego z domów książęcych przenikliwe wołanie o ratunek… Zeszli tam i ujrzeli młodzieńca obciążonego łańcuchami… Powróciwszy do kościoła, oznajmili tę rzecz biskupowi… Książę choćkowski rozgniewał się i krzyknął: — Jakeście go wypatrzyli?! Dobrze go przecież schowałem! Biskupowi przedstawił, że chodzi o syna duńskiego rycerza, który winien zapłacić za chłopca okupu 500 funtów srebra… Dlatego ów jeniec jest bardzo strzeżony… i dopraszał się książę choćkowski, żeby biskup pozwolił mu tego jednego człowieka zatrzymać, inaczej straci tak znaczną sumę… Biskup powiedział surowo: — Zali cię zmuszałem, byś wszystkich jeńców wypuścił? Sam z dobrawoli złożyłeś ofiarę, a teraz chcesz Boga oszukać?… — Zląkł się książę i choć bardzo zasmucony, kazał onego Duńczyka zwolnić. Przywiedziono więźnia skutego do kościoła i tutaj zdjęto z niego łańcuchy i puszczono wolno…” (j.w.).
W kilka dni później, gdy biskup w nowym kościele słuchał Mszy Św., odprawianej przez kapelana Udalryka, wbiegli do świątyni przerażeni ludzie, z płaczem, trwogą i lamentem, a za nimi tłoczyli się inni. Kazał im biskup zmilknąć, aż się nabożeństwo skończy, potem dopiero wypytywał, o co chodzi…
„Bolesław, niezwyciężony książę polski, nadciągnął ze swego kraju z wielką siłą i potężnym wojskiem, rozbił obóz nad granicą Pomorza, by ruszyć dalej… Dowiedział się, że zarówno nawrócone przedtem grody, jak te, które wiary prawdziwej jeszcze nie przyjęły, odmawiają mu — panu swemu — daniny, a umocniwszy się, liczą na własne siły… To stało się powodem słusznego gniewu Bolesława i zamierzonej wyprawy…” (j.w.).
Z ciężkim sercem wyjeżdżał Otto do polskiego obozu. Przerażenie ludności, rzucającej zawczasu osiedla, by uciekać w bory, świadczyło, czym jest najście Bolesława, on zaś, Otto, czuł się winny — choć bez winy — gniewu groźnego wojownika. To poczucie sprawiło, że postanowił zobaczyć się z księciem polskim. Może zioła nakłonić go do odwrotu. Sam w to, co prawda, nie wierzył.

Miecza wyciągniętego nie chowa się do pochwy bez krwi.” Tę popularną maksymę rycerstwa słyszał nieraz Otto z ust dawnego ucznia. „Nie chowa się bez krwi.” A jednak trzeba próbować. Modlić się i próbować.
Narazi się na niezadowolenie swojego króla Lotara…? Trudno. Ważniejsze jest zatrzymać wojnę, wiszącą nad głowami świeżo ochrzczonego ludu… Jechał z małym pocztem zaledwie kilku wojów, księży bowiem i kleryków zostawił w Choćkowie, by prowadzili naukę wiary bez przerwy. Towarzyszyli mu za to przedstawiciele starszyzny grodzkiej Szczecina i Wolina, którzy wprosili się sami, by z nim jechać. Chcieli zapewnić Bolesława o swojej wierności i gorliwości chrześcijańskiej. Jeżeli kto księciu powiadał o nich inaczej, szczekał jak pies.
Bodaj zdechł! Sami nie odważyliby się na tę podróż, znając gwałtowność Krzywoustego. Z biskupem zawdy bezpieczniej.
Goniec wysłany wprzód do Bolesława powrócił. Książę polski powiedział, że czeka.
Obóz był rozległy, siły wojskowe znaczne i jak Otto miarkował, gotowe do pochodu. Na spotkanie przyjeżdżających nikt nie wyszedł, nikt gościa nie witał. Goniec wskazywał drogę, bo już ją poznał. Namiot Bolesława stał po drugiej stronie małego strumyka, przez który przerzucona była kładka. Biskup zsiadł z konia, pozostawił tutaj swoich ludzi oraz mieszczan i sam wszedł na mostek. Stąd do namiotu było kilkanaście kroków. Wzdłuż ścieżki stali nieruchomo ramię przy ramieniu rycerze. Gdy biskup ich mijał, schylali głowy w milczącym ukłonie. Otto zobaczył wśród nich kasztelana santockiego i rozradował się. Jakże mu nieraz brakowało Pawła w czasie obecnej wyprawy! Jak tęsknił do jego rozumu, prawości i męstwa. Uśmiechnął się doń, lecz kasztelan nie odwzajemnił mu się uśmiechem, lecz skłonił się tylko sztywno, jak gdyby z przymusem. Ten sam Pawło, który w Wolinie zasłaniał go przed razami! „Chciwiec z tego Pawła” — mówił biskup wtedy… Trudno. Szedł dalej, cierpliwie znosząc upokorzenie. Upokorzony się czuł jako dostojnik Kościoła. Upokorzony jako Niemiec wobec Słowian, upokorzony jako starzec wobec młodych tuzów. Namiot był otwarty, biskup wszedł. Bolesław stał pośrodku sam.
Witam was, panie i ojcze — rzekł ochrypłym głosem.
Witam was, książę.
Umilkli obaj. Bolesław bez słowa wskazał gościowi siedzisko, sam usiadł naprzeciw. I milczeli nadal. Bolesław, bo pasował się z ogarniającym go gniewem, Otto, gdyż się w duchu modlił. Pierwszy przemówił gospodarz. Słowa płynęły z jego krzywych ust gwałtownie jak potok.
Wszystkiego — mówił — byłbym się raniej spodziewał, niż tego, że od Was, od Was spotka mnie nieszczerość! Kto inny za taką sprawkę gardło by dał! Warcisław, ten padalec, co zawsze na dwóch stołkach siada — czyim jest lennikiem, moim czy cesarskim?…
Powiadajcie: Czyim?! Jakim prawem puścił posłów margrabiego na Pomorze, a wy ich gościcie u siebie? Skąd Lotar opiekuje się misją pomorską? Co mu do niej?… Wiem wszystko! Niemcy pomoc chcą dać! „Pomoc”! W moim kraju! Wiem, co to znaczy! Znam myśli tych gadów! Bodaj ich ziemia pochłonęła! Warcisław, kundel przeklęty, wie, gdzie powinien zwracać się o pomoc… Do mnie! Pokażę temu gadowi! Dobrze sobie z Albrechtem ułożyli… Żem słaby po czeskiej wyprawie, że się nie ruszę… Obaczy… Kamienia na kamieniu z jego włości nie zostawię… Spustoszę jak kiedyś… Ano, niech go Lotar broni, a Niedźwiedź osłania… Obaczym… I wy, wy, ojcze, z nimi w zmowie… Śmierci bym się prędzej spodziewał niż tego… Od was!
– Nie byłem z nikim w zmowie, Bóg mi świadkiem. Przyjechałem, bo doszły mnie w Bambergu wieści, że na Pomorzu pogaństwo powraca. Chciałem jechać przez Gniezno, król nie pozwolił. Musiałem go usłuchać albo zostać doma… Prawdą jest, że mogłem zostać doma. Ale żal mi było naszej wspólnej pracy i tego ludu, ludu, który chcecie w złości wytracić…
Bolesław chciał przerwać, lecz biskup ręką dał znak, że teraz on będzie mówił.
Nie wiem, jakie są przewiny margrabiego i księcia pomorskiego, bom daleki od tych spraw. Kapłanem jestem Chrystusowym, a moje dzieło siać Słowo Boże… nic więcej. Siałem je niegdyś z waszą owocną pomocą, teraz idziecie z wojną. Kogo chcecie karać? Warcisława? Margrabiego? Ujdą za Łabę, zanim ich wasz miecz dosięże. Ukarzecie ten lud prosty, który już umiera z trwogi, a wam w niczym nie przewinił? Powiadacie, i słusznie, że to wasze państwo, wasza ziemia. Samego siebie chcecie niszczyć i pustoszyć?… Zali nie ma innego sposobu dochodzić sprawiedliwości niż wojną? Pomnę, jak radowaliśmy się wspólnie, że Pomorze nareszcie chrześcijańskim się stało. Po tylu latach, po tylu staraniach… Teraz sami chcecie swoje dzieło zniszczyć… Wojna… Ogień i miecz, niedola ludzka, głód, nędza… Kościoły świeżo zbudowano, jeszcze drzewo na nich nie sczerniałe, z dymem puścić? Własnymi rękoma wszystko zburzyć?!
Zgłuszona święta nauka, wyrwana z serc wiara, bo jakże nie wrócić do pogaństwa, skoro książę chrześcijański takich się gwałtów dopuszcza?! Wolejbym nigdy z domu nie wyjeżdżał, wolejby oni poganami zostawali, niż żeby przyjąwszy wiarę, odeszli od niej i Chrystusowi blużnili!
Czegóż chcecie ode mnie! — wrzasnął Krzwousty. — Nie ja zaczynałem…
Chcę, byście nie wszczynali wojny.
Nawet gdybym przystał, sprzeciwi się moje rycerstwo. Niełatwo mi przyszło z jednej wyprawy ciągnąć ich na drugą. Obiecałem im łupy.
Ważniejsze u was szemranie rycerstwa czy krzywda Chrystusa?

Ja krzywdzę Chrystusa Pana?! Wolejbym świata nie widział! — wykrzyknął książę tak szczerze, że biskupowi serce roztajało.
Synu, mój synu, daj słowom świadectwo…
Nie mogę uczynić tego, co żądacie!
Przemagali się tak jeszcze dłuższy czas. Chwilami Bolesława gniew porywał znowu. Tupał nogami, krzyczał, że niech biskup gada co chce, on rusza na Pomorze, nie mieszkając… Jeszcze dziś! Na koniec ochłonął i jęli ugadywać spokojniej. Biskup pytał, czego by książę chciał w zamian za cofnięcie wojska z granicy?
Poselstwo margrabiego odprawić natychmiast, precz! — wołał Bolesław.
Natychmiast — zgadzał się biskup.
Warcisław, odmieniec plugawy, przyjedzie do Gniezna, powtórzy przede mną hołd i złoży ofiarę na ołtarzu św. Wojciecha…
Ręczę, że tak uczyni.
Kanonik Wojciech otrzyma z Rzymu potwierdzenie nominacji na biskupa pomorskiego…
Zrobię wszystko, co w mej mocy, aby to się stało.
Teraz posłano po grodzian szczecińskich i wolińskich. Od wejścia padli do nóg księciu, przysięgając, że nie uchybili mu nigdy w wierności. Daninę wypłacą rzetelnie, innego pana nie pragną. Próbowali zwalić winę za opóźnienie daniny na Warcisława, lecz biskup się temu sprzeciwił.
„…chwalił Otto wiarę i uczciwość księcia Warcisława, oraz pomoc, jaką dawał misji w czasie pierwszej oraz obecnej podróży…
..Bolesław przychylił się do prośby Ottona i nakazał wojsku, pomimo że głośno protestowało, zwinąć znaki bojowe i wracać do miejsca zwykłego postoju…” (Herbord, Żywot św. Ottona). Wojsko protestowało istotnie. Do namiotu dolatywały groźne krzyki mężów i nabrzmiały furią głos Krzywoustego. Teraz biskup wiedział, że książę nie zmieni postanowienia, by nie sądzono, że ustąpił wobec oporu drużyny. Zarazem żal go zbierał, że ludziom tak zależy na wojaczce, niszczeniu i łupach. Drżał z wyczerpania i przeżytych wrażeń, po raz pierwszy bodaj, zdając sobie sprawę, jak bardzo jest stary i kruchy. Zapragnął gorąco znaleźć się sam w kościele, paść krzyżem na ziemię i dziękować Bogu za doznaną łaskę.
Kiedy wracał, ludzie wybiegali z niepokojem na drogę. Rzucał im z siodła: — Nie bójcie się, dzieci! Książę polski obiecał nie najechać tego kraju! — Wybuchali chórem dziękczynnym, całowali jego nogi i strzemiona, choć nie pozwalał. — Ojcze nasz! — wołali, on zaś napominał, aby dziękowali nie jemu, lecz Bogu. Po czym znów dumał o tym, jak srogą rzeczą jest wojowanie, a jak błogą pojednanie. — Bóg nasz jest Bogiem pokoju — myślał. — Czemuż chrześcijanom najmilsza jest wojna?… Wszechmocny Boże pokoju, zgładź ze świata wojnę!
Pierwszą czynnością biskupa po powrocie było odprawienie posłów margrabiego. Przyjęli rozkaz z wyraźnym niezadowoleniem.
Możemy być Waszej Miłości użyteczni… W razie wojny…
Wojny nie będzie — odpowiedział Otton stanowczo — a wy odjeżdżajcie bez zwłoki.
Musieli ustąpić. Potem biskup pojechał do księcia Warcisława powtórzyć mu warunki Krzywoustego. Warcisław, przestraszony możliwością najazdu, obiecał solennie wypełnić, co żądano. Bolesław mówiąc o nim, że na dwóch stołkach siada rad, nie mylił się:

Książę pomorski był chwiejnym lennikiem,. Żonę miał Saksonkę, młodość spędził na dworze Lotara… Prawdę mówiąc, przy Bolesławie trzymał go tylko strach. Obaj z biskupem przygotowali pismo do Stolicy Apostolskiej, przedstawiając zasługi kanonika Adalberta (Wojciecha), kandydata na biskupstwo pomorskie. Książę wysłał je zaraz i Otton z ulgą wrócił do swej trzódki, pozostającej w Choćkowie.
Nie spodziewał się, że czekają go tu nowe kłopoty. Jego towarzysze, co przed czterema laty i obecnie przeżyli razem tyle trudnych chwil, nie tracąc nigdy pogody ducha i wzajemnej przyjaźni, byli jak gdyby odmienieni. Dawna harmonia prysła. Otton zaraz po przyjeździe spostrzegł, że chodzą naburmuszeni, krzywo patrząc na siebie wzajemnie. Udalryk, Thieme i Sefrid ubolewali głośno nad wyjazdem dobrych rycerzy niemieckich, inni zaś jawnie cieszyli się, że ich odesłano. Bamberczycy trzymali się osobno. Polacy osobno. Co dziwniejsze,
Otton spostrzegł, że jedni i drudzy mają do niego urazę. O co? Jego Bawarowie o to, że tak bezwzględnie wyprawił posłów margrabiego, pozostali — O to chyba, że zażegnał wojnę? Obie grupy zdawały się gruntownie zapominać o właściwym celu misji. Gdy biskup dziwił się, że w czasie jego nieobecności nie pojechali do Wolina, Udalryk, jego wierny oddany „Udalryk, odparł z niechęcią, że „WoHnianie nie są godni Ewangelii” (Herbord). Dyspozycjom Ottona opierał się nawet gorliwy dotychczas Wojciech, „któremu to wszystko było nie w smak” (j.w.).
Nie rozmawiali między sobą o nawracaniu pogan czy dalszej podróży, lecz wyłącznie o poczynaniach księcia pomorskiego, margrabiego Albrechta, księcia polskiego lub króla Lotara. Kłócili się przy tym zawzięcie. Biskup łamał ręce, widząc, jak łatwo posiać między ludźmi kąkol. W czasie jednej z dyskusji:
„..zarzucili Ottonowi, że wysyłając do pogan, naraża ich na pewną śmierć. Biskup na obronę swoją przytoczył słowa Chrystusa Pana, który wysłał uczniów »jako owce między wilki«. Kto posyła jagnięta między wilki, wie, iż zostaną one przez wilki pożarte, tak jak apostołowie zamordowani zostali przez tyranów… Większą część nocy spędził z nimi, pouczając ich i napominając w sposób rozumny i pełen powagi.” (j.w.).
Nauki, napominania nie przekonały słuchaczy.

„Nazajutrz uczniowie naradzali się, co robić i dokąd się udać… Nie wahali się długo… Jedni powrócili do Dymina, drudzy wyruszyli nauczać w inne miejsca…” (j.w.).
Zatem dwie grupy, obie zbuntowane. Podobne rzeczy nie zdarzały się dotychczas. Bywało owszem, że klerycy i księża płakali z lęku, ze zwykłego ludzkiego strachu, i opierali się, widząc niebezpieczeństwo, niemniej zawsze czuli się misjonarzami. Mieli przed sobą wielki i piękny cel: ochrzcić Pomorze. Gdyby ich wtedy zapytano, dla kogo? — odparliby bez wahania, że dla chwały Bożej. Jakże to się zmieniło! Dziś jedni pragnęli ochrzcić Pomorze dla margrabiego, drudzy dla Bolesława. Prawdziwy cel znikł sprzed oczu. Podrażnieni w swych ambicjach, stali się ospali i niechętni, właśnie teraz, kiedy drogę mieli już utorowaną. Przekleństwo polityki weszło w dzieło Boże, zatruwając jego nurt. Im dalej, tym ślady rozłamu są wyraźniejsze.
„Biskup postanowił udać się ze swymi sługami do Szczecina, aby przez tę odważną decyzję ukarać opornych za ich niegodne odłączenie się od niego. Klerycy, którzy chcieli z nim iść, słyszeli o Szczecinianach jako srogich barbarzyńcach, przeto błagali go, aby tam nie szedł. Kiedy się zbyt naprzykrzali, powiedział: — Widzę, że przyszliśmy tutaj tylko dla przyjemności. Gdy zdarzy się coś ciężkiego, staramy się tego uniknąć… Niech tak będzie. Proszę, jeśli nie chcecie mnie wspierać, nie przeszkadzajcie mi przynajmniej… Każdy ma prawo rozporządzać swoim życiem Jesteście wolni, ale i ja też” (j.w.).
Niezwyczajne słowa w ustach mądrego, łagodnego Ottona.

…odprawił wszystkich i aż do nieszporów spędził czas w samotności na modlitwie… Zaufanemu słudze kazał zamknąć drzwi i nie dopuszczać nikogo…” (j.w.).
Samotność fizyczna była ulgą, samotność duchowa — udręką. Biskup Otton cierpiał w gorzkości serca swego. Wszystko zawiodło. Chciał jak najlepiej, a wyszło opacznie. Chciał sprawiedliwości międzyludzkiej i miłości braterskiej, a wszyscy wokoło są gniewni i poróżnieni. Mniejsza o to, że naraził się królowi i margrabiemu, lecz zawiódł zaufanie Bolesława, Pawła, a co najboleśniejsze, stał się powodem rozterki duchowej swych towarzyszy, swych najwierniejszych przyjaciół… Gdzie tkwił błąd? W czym zawinił, że go porzucili!? Zgnębiony, chciał wołać: Boże, mój Boże! Czemuś mnie opuścił?…
Ilekroć dusza ludzka rzuci ten okrzyk rozpaczy, Pan nie zwleka z odpowiedzią. Nadpłynęła ona i teraz, nie w formie słodkiej pociechy, lecz groźby: — Bóg cię opuścił?! Szalony! Dla jednej duszy, jednej straconej owieczki kazałem trudzić się, wołać i szukać, a tobie dano pozyskać tysiące dusz, nawrócić rzesze i jeszcze ci mało? Jeszcze śmiesz narzekać?! Żalisz się, że cię uczniowie odbiegli, a czyż mnie nie opuścili? Marnotrawisz czas biadając, miast wracać do żniwa?!
— Wybacz mi, Panie… Nie narzekam więcej. Moją powinność kapłańską wypełnię do końca…
„…wdział ubiór podróżny, spakował szaty liturgiczne, księgę i kielich do worka, zarzucił go na plecy i pod osłoną ciemności opuścił miasto, idąc pieszo drogą wiodącą ku przystani… Chwalił Pana za pomyślny początek ucieczki i miał nadzieję przebyć całą drogę w ciągu nocy…
…Gdy pora była na jutrznię, weszli niektórzy księża do izby biskupa, a stwierdziwszy jego nieobecność, przerazili się okropnie… Jedni pieszo, inni konno puścili się w różnych kierunkach na poszukiwanie. Ci, co wybrali drogę wiodącą ku morzu, dopędzili go w chwili, kiedy gotował się wejść na statek, płynący do Szczecina. Ujrzawszy nadjeżdżających, Otton zmartwił się i zawołał: — O Jezu, Synu Dziewicy, spraw, aby oni poszli za mną lub nie utrudnili mi wykonania pracy… — Tymczasem przybyli zeskoczyli z koni i padli przed biskupem na kolana, a on ukląkł również. Oni zaczęli płakać, a on płakał również. Smutek, żal, wstyd, ścisnęły im gardła, że nie byli w stanie słowa przemówić.” (j.w.).
Widok sędziwego mistrza, opiekuna, przewodnika, kroczącego samotnie z workiem na plecach ku możliwemu męczeństwu poruszył ich wnętrzności. Kajali się w prochu, szlochając. Wstrząs był silny, lecz zbawienny.
„…na razie powrócili wspólnie do domu [Uznamu], gdzie towarzysze biskupa przysięgli być mu posłuszni i nigdy go więcej nie opuścić.” (j.w.).

…odprawił wszystkich i aż do nieszporów spędził czas w samotności na modlitwie… Zaufanemu słudze kazał zamknąć drzwi i nie dopuszczać nikogo…” (j.w.).
Samotność fizyczna była ulgą, samotność duchowa — udręką. Biskup Otton cierpiał w gorzkości serca swego. Wszystko zawiodło. Chciał jak najlepiej, a wyszło opacznie. Chciał sprawiedliwości międzyludzkiej i miłości braterskiej, a wszyscy wokoło są gniewni i poróżnieni. Mniejsza o to, że naraził się królowi i margrabiemu, lecz zawiódł zaufanie Bolesława, Pawła, a co najboleśniejsze, stał się powodem rozterki duchowej swych towarzyszy, swych najwierniejszych przyjaciół… Gdzie tkwił błąd? W czym zawinił, że go porzucili!? Zgnębiony, chciał wołać: Boże, mój Boże! Czemuś mnie opuścił?…
Ilekroć dusza ludzka rzuci ten okrzyk rozpaczy, Pan nie zwleka z odpowiedzią. Nadpłynęła ona i teraz, nie w formie słodkiej pociechy, lecz groźby: — Bóg cię opuścił?! Szalony! Dla jednej duszy, jednej straconej owieczki kazałem trudzić się, wołać i szukać, a tobie dano pozyskać tysiące dusz, nawrócić rzesze i jeszcze ci mało? Jeszcze śmiesz narzekać?! Żalisz się, że cię uczniowie odbiegli, a czyż mnie nie opuścili? Marnotrawisz czas biadając, miast wracać do żniwa?!
— Wybacz mi, Panie… Nie narzekam więcej. Moją powinność kapłańską wypełnię do końca…
„…wdział ubiór podróżny, spakował szaty liturgiczne, księgę i kielich do worka, zarzucił go na plecy i pod osłoną ciemności opuścił miasto, idąc pieszo drogą wiodącą ku przystani… Chwalił Pana za pomyślny początek ucieczki i miał nadzieję przebyć całą drogę w ciągu nocy…
…Gdy pora była na jutrznię, weszli niektórzy księża do izby biskupa, a stwierdziwszy jego nieobecność, przerazili się okropnie… Jedni pieszo, inni konno puścili się w różnych kierunkach na poszukiwanie. Ci, co wybrali drogę wiodącą ku morzu, dopędzili go w chwili, kiedy gotował się wejść na statek, płynący do Szczecina. Ujrzawszy nadjeżdżających, Otton zmartwił się i zawołał: — O Jezu, Synu Dziewicy, spraw, aby oni poszli za mną lub nie utrudnili mi wykonania pracy… — Tymczasem przybyli zeskoczyli z koni i padli przed biskupem na kolana, a on ukląkł również. Oni zaczęli płakać, a on płakał również. Smutek, żal, wstyd, ścisnęły im gardła, że nie byli w stanie słowa przemówić.” (j.w.).
Widok sędziwego mistrza, opiekuna, przewodnika, kroczącego samotnie z workiem na plecach ku możliwemu męczeństwu poruszył ich wnętrzności. Kajali się w prochu, szlochając. Wstrząs był silny, lecz zbawienny.
„…na razie powrócili wspólnie do domu [Uznamu], gdzie towarzysze biskupa przysięgli być mu posłuszni i nigdy go więcej nie opuścić.” (j.w.).
Wbrew obawom i najgorszym przewidywaniom misja doznała w Szczecinie dobrego przyjęcia, a nakłonienie mieszkańców grodu do usunięcia z kościoła posągu Trzygława przyszło względnie łatwo. Dopomógł w tym jeden ze znakomitych rajców grodzkich Witczak, który wraz z innymi jeździł z biskupem do obozu Bolesława i widział, jak wiele uczynił Otton dla powstrzymania wojny. Niezależnie od tego sam osobiście „za pośrednictwem biskupa doznał wielkich łask Bożych” (Her-bord), toteż znaczenia, jakie posiadał w grodzie, użył na poparcie misji. Pod jego wpływem mieszkańcy nie bronili się już przeciw uchwale uznamskiej, przyjęli chrzest i bez oporu patrzyli na usuwanie śladów kultu pogańskiego. Szczecinianie słynęli z praktycznych umysłów, prosili więc Ottona, by w zamian za okazaną przez nich dobrą wolę wyjednał u Warcisława skreślenie długów miejskich, co obiecał i otrzymał.

Przeżycia ostatnich miesięcy zmęczyły starego biskupa. W dalszej relacji Herborda pojawiają się wzmianki, że tu lub tam Otton wysłał księży, a „sam pozostał, nie będąc z powodu wieku skłonnym do podróży.” Niemniej, gdy Ranowie, oburzeni przyjęciem przez Szczecinian chrześcijaństwa, zerwali stosunki przyjazne z „macierzą grodów pomorskich” i zadokumentowali zerwanie najazdem, niestrudzony apostoł chce jeszcze udać się na Ranę, próbować nawrócenia tych najtwardszych pogan. Ponieważ wyspa leży w zasięgu metropolii duńskiej w Lund, Otton wysyła prezbitera Iwana do arcybiskupa z prośbą o zezwolenie na misję wśród Ranów. Herbord drobiazgowo opisuje podróż. W Danii zdziwienie Iwana i jego konfratrów wywołują „budowle wyłącznie drewniane, grody otoczone fosą zamiast murów… Mimo widocznego dobrobytu, kraj wygląda z chłopska po słowiańsku… Arcybiskup Adcer, acz uczony, chodzi w prostym kożuchu i mieszka jak chłop, posiada jednak wiele ksiąg… Na zapytanie posłów odpowiada gburowato, że musi naradzić się ze starszyzną, to zaś długo potrwa. Niech zatem posłowie wracają, a on sam przyśle odpowiedź”. Dał im beczkę masła, jako dar dla biskupa.
Wrócili, czekają. Wcześniej niż wiadomość z Lund przychodzą równocześnie prośba od kapituły z Bambergu i rozkaz króla, oba jednobrzmiące: Niech biskup Otto wraca do swojej diecezji!
Tak więc druga wyprawa misyjna na Pomorze była zakończona. Otton z towarzyszami objeżdża ostatni raz wszystkie miejscowości, w których działał, nauczał, chrzcił.[ udzielił chrztu łącznie 22 tysiącom Pomorzan] Serdecznie żegna wszystkich, wie, że więcej już tutaj nie wróci. Inne, niebieskie czekają nań progi. Jest pełen spokoju, gdyż wiara ludu pomorskiego wydaje się dobrze utwierdzona i zabezpieczona. Apostoł może uważać dzieło swoje za spełnione. Wbrew woli Lotara i oczekiwaniom towarzyszy obiera drogę powrotu przez Polskę.
„…odwiedził księcia Bolesława. Swoją pożądaną przez wszystkich obecnością, swoją postacią pełną dobroci i łaski sprawił wiele radości księciu polskiemu i Polakom, których on kochał i od których był kochany…” (j.w.).
Pobyt z konieczności był krótki, a pożegnanie odbywało się wśród łez. Już na odjezdnym biskup zagadnął poufnie Bolesława, czy niezależność metropolii gnieźnieńskiej jest prawnie utwierdzona i Magdeburg nie mógłby jej podważyć? Zaskoczony książę odpowiedział ze śmiechem, że nic jej naruszyć nie może. Gdyby mogli… oho! dawno by podważyli. Dorzucił jeszcze Otto parę słów o potrzebie baczenia na to, co się w świecie, a w szczególności w Rzymie, dzieje, powtórzył zwykłe swoje ostrzeżenie, by nie opierać się tylko na mieczu. Po czym, pobłogosławiwszy księcia i wszystkich przytomnych, odjechał.
W wigilię św. Tomasza (20. XII. 1128) stęsknieni mieszkańcy Bambergu witali radośnie swojego biskupa. Obiecał, że więcej ich nie opuści, a w jakiś czas później tamże świętego żywota dokonał. [Biskup Otto z Bambergu zm. w 1139 r.]
„Nie przystoi zamilczeć, że w owych dniach jaśniał mąż świętością znakomity, Otto biskup bamberski. Przywołany przez księcia polskiego Bolesława, z jego pomocą przedsięwziął podróż, podobającą się Bogu, do ludu słowiańskiego, który się zwie Pomorzanami i mieszka między rzeką Odrą a Polską… Cały ten naród z księciem jego Warcisławem nawrócił do Boga i przetrwały tam owoce chwały boskiej aż do dnia dzisiejszego.” (Helmold, Kronika Słowian).

ROZDZIAŁ XIX
REX OBODRITORUM

Henryk syn Goczałka, „gorliwy zbieracz daniny dla księcia saskiego”, jak go drwiąco określał Kanut Laward, umarł w r. 1126, po dwudziestoletnim blisko panowaniu. Pozostawił swe księstwo w stanie opłakanym, zarówno pod względem materialnym, jak duchowym. Nie wojny zewnętrzne wyniszczyły ziemie nadłabskie, lecz coroczne wyprawy Henryka skroś swojego kraju dla ściągania z własnych poddanych daniny, którą dzielił się z Lotarem. Chrześcijaństwa nie usiłował krzewić, powiadając, że z tak zatwardziałymi poganami jak Słowianie wszelki trud jest daremny. Od dwustu lat książęta sascy czynią, co mogą, by ich nawrócić i jakiż z tego skutek?
(…biskupowi bamberskiemu, Ottonowi, dla ochrzczenia całego Pomorza wystarczyły niecałe dwa lata…)
Trudno orzec, czy Henryk naprawdę sądził, że podlegające mu ludy nie są skłonne do przyjęcia chrześcijaństwa, czy po prostu nie chciał uszczuplać swoich i księcia saskiego dochodów, dzieląc się nimi z Kościołem? By zapobiec podobnym zarzutom, wyposażył hojnie parę istniejących świątyń, m. in. w Bożowie, gdzie proboszczem był kanonik Helmold, tylekroć na tych kartach cytowany. Ten kronikarz, sumienny i pobożny, lecz pozbawiony własnego zdania i sądu, poczytywał naiwnie Goczałkowica za wzór chrześcijańskiego władcy i przy każdej sposobności nie szczędził mu pochwał. W r. 1106 pisał:
„Wszystkie ludy wschodnich Słowian posłuszne były Henrykowi i dań mu płaciły i stał się on bardzo znany u ludów słowiańskich i szlachetną sobie zdobył sławę uczciwością i umocnieniem pokoju. Zalecił on ludowi słowiańskiemu, by każdy mąż swe pole uprawiał i wykonywał pracę użyteczną i właściwą, wytępił też zbójców i włóczęgów z kraju wypędził. Narody Nordalbingów wyszły z twierdz swoich, w których z obawy przed Słowianami były zamknięte, i każdy wrócił do wsi swojej i odbudowały się domy i kościoły… Wszakże w całej Słowiańszczyżnie nie było jeszcze ani kościoła, ani kapłana, z wyjątkiem miasta, które się starą Lubeką nazywa, a to dlatego że Henryk ze swoją rodziną tam przemieszkiwał.”
Ten stan rzeczy nie uległ zmianie, skoro pod datą 1126 czytamy:
„…na tych ziemiach panowało nadal bałwochwalstwo… Prócz świętych gajów, szczególną cześć odbierał bóg Prowe…”
Z czterech synów Henryka Goczałkowica przeżyło ojca dwóch. Wiemy o nich tyle tylko, co zapisał Helmold:
„…synowie Henryka zapalili wojnę domową. Świętopełk bowiem, starszy, chcąc sam jeden panować, wyrządził wiele zniewag swemu bratu Kanutowi i z pomocą Holzatów obiegł go w zamku Płońskim… Kanut wkrótce potem został zabity w Lutilenburgu, a Świętopełk całe księstwo zagarnął… Po niedługim czasie Świętopełk także zginął, zamordowany podstępnie przez jednego Holsztyńczyka, Dazona… Świętopełk zostawił syna nieletniego Swenka, lecz i ten zabity został w Erteneburgu, mieście zaelbiańskim…”
Na wyludnioną scenę wkracza Kanut Laward, książę Szlezwigu, „najpotężniejszy z wasali króla duńskiego”. Nie zmienił się przez ubiegłe lata, jest po dawnemu ludzki, wesoły, hojny. Podwładni go miłują, uwielbia żona, księżniczka kijowska. Niegdyś Henryk Goczałkowic proponował mu sukcesję po sobie, co Kanut przyjął ze śmiechem. — Zbyt długo musiałbym czekać… — odparł wtedy. — Masz przecie synów i wnuka… — Nie minęło dziesięć lat od tego czasu, a dziedzice wytracili się wzajemnie. Pretendentów do tronu po Henryku nie ma, prócz jakichś mało ważnych miejscowych książąt…
Kanut Laward nie namyśla się długo.

Udał się do cesarza Lotara i za ogromne sumy kupił panowanie nad Obodrzycami, mianowicie taką władzę, jaką posiadał Henryk [Goczałkowic]. Cesarz włożył na jego skronie koronę, co go królem Obodrzyców czyniło i uznał swoim lennikiem. Odtąd Kanuta zwano Rex Obodritorum.” (Helmold, Kronika Słowian).
Mimowolny uśmiech budzi snobizm ludzki, nie ulegający zmianie w ciągu wieków. Tytuł królewski uzyskany przez Lawarda nie posiadał większego znaczenia niż tytuły hrabiowskie, nabywane w Wiedniu w XIX wieku przez galicyjskich półpanków. „Władza, jaką posiadał Henryk”, miała wąski zakres. Niemniej Kanut Laward jest uszczęśliwiony.
Krótki przekaz kronikarski nasuwa dalsze refleksje. Dotychczas korona miała charakter sakralny. Król był Pomazańcem. By zostać koronowanym, potrzebna była zgoda Kościoła i prawa, bodaj urojone. W wypadku Kanuta Lawarda, po raz pierwszy, jawnie, cynicznie, rzec można, obcy człowiek ogłasza się królem, nie na podstawie zasługi czy rodu, gwałtu wojennego lub swobodnego obioru, lecz siłą wpłaconej „ogromnej sumy”. Księstwo obodrzyckie zostało kupione.
Fakt ten wywołuje burzę. Połabianie, Wagrowie, Obodrzyci, Warno-wie, Czrezpienianie, acz wyniszczeni i sponiewierani, kryjący się po lasach ze swoją wiarą i resztkami dobytku, poderwani niby smagnięciem bicza stają się dawnym, nieulękłym ludem. Przebrała się miara upokorzeń. Zostali kupieni niby niewolnicy, niby wół na targowisku. Nigdy, przenigdy nie panował nad Obodrzycami książę, którego jedynym prawem do tronu byłoby złoto, wpłacone niemieckiemu cesarzowi… Lennik składa daninę, jeniec okup, chrześcijanin dziesięciny, lecz narodu opłacić nie można!
Nominacja Kanuta Lawarda na króla ma dla nas znaczenie jeszcze z innego powodu: w akcie koronacyjnym bowiem po raz ostatni została oficjalnie użyta nazwa państwa Obodrzyckiego. Rex Obodritorum. Ostatni raz. Odtąd nigdy więcej się nie pojawi. Jest ziemia obodrzycka, grody, rzeki, bory… Żyją Obodrzyci… Państwa obodrzyckiego już nie ma.
„Mało ważni, miejscowi książęta” stanowią większą przeszkodę, niż się Kanutowi zdawało. Pierwszy z nich to Przybysław, syn owego Budziwoja, co spowodował śmierć Błusa, a sam poległ w walce z poganinem Krutem. Przybysław, stary, ale czerstwy rycerz, choć dzieckiem ochrzczony, wrócił do pogaństwa i w pogaństwie życie spędził. — „Chrześcijaństwo nic mi nie dało — mawiał — mimo chrześcijaństwa musiałem całe życie chować się jak liszka w jamie…” Mieszkał przez te lata w puszczy, w kraju Brzeżan, pochodzeniem książęcym się nie chwalił, jako że ród Goczałka nie cieszył się wzięciem wśród ludu, a uwagi Henryka, swego stryja, Przybysław zwracać na siebie ni’e chciał. Panujący na ogół nie lubią ubogich krewnych, szczególnie z linii starszej. Dopiero teraz, gdy wymordowali się Henrykowice, Przybysław zgłosił swe niezaprzeczone prawa.
Drugim antagonistą Lawarda jest Niekłót (kronikarze piszą go po łacinie: Niklot), z książąt rańskich, spokrewniony z rodem Kruta syna Gryna. Ten opiera swe pretensje na starych roszczeniach Ranów do spadku po Krucie.
Niekłót jest tęgim i śmiałym dowódcą. W porozumieniu z Przybysławem podnosi do boju cały kraj.

Niestety, pomimo męstwa, zebrane naprędce oddziały plemienne nie mogą sprostać ćwiczonym drużynom szlezwickim. Powstańcy zostają rozbici, a przywódcy wzięci do niewoli.
„Przybysława, który był krewnym Henryka Goczałkowica, oraz Niekłóta, najstarszego w ziemi Obodrzyców, [Kanut] pojmał i w Szlezwigu do więzienia wtrącił i tam skutych trzymał, dopóki się nie wykupili, płacąc pieniądze, dając zakładników, i uznając jego zwierzchnictwo.” (j-.w.).
Tak więc „król obodrzycki” zwyciężył, przeciwników obezwładnił, niemniej panowanie jego jest wątpliwe. Prawdę mówiąc ogranicza się ono do Wagrii, łatwiejszej dla utrzymania w karbach jako sąsiadującej z Holzatami i Szlezwigiem. Pozostałym obszarem księstwa rządzą zbuntowane plemiona. Wkroczyć tam, znaczyłoby rozpętać uciążliwą, podjazdową wojnę leśną, jakiej rycerstwo nie znosi.
Laward się do tego nie kwapi, wierząc, że nowi lennicy, Przybysław i Niekłót, dopomogą mu z czasem uporządkować kraj. Grunt to działać bez pośpiechu. Na razie Kanut cieszy się jak dziecko koroną królewską. Do tytułu „Rex Obodritorum” dodał samozwańcze „et totius Daciae” (i całej Danii), nie dbając, jak przyjmie tę uzurpację król Niels.
Kanut puszy się przed żoną, której rodzona siostra została wydana za Komnena, członka greckiej rodziny cesarskiej. Niech jego Ingeborga wie, że też nie poszła w lada jakie łoże!
Tam tylko krewniak cesarski, a tu król koronowany!
Ingeborga uśmiecha się blado. Nie zależy jej na tytule, ma inne zmartwienia: dotychczas nie urodziła syna, tylko córki. Będąc znów w ciąży, ciągle się trapi, że i tym razem urodzi dziewczynę, nie chłopca. Modli się do Bogarodzicy Przeczystej, bije pokłony przed Jej złocistą, kijowską ikoną. Mimo szczerej pobożności, gdyby znała czary, próbowałaby również czarów. Nocami miewa złe sny. Mąż żartobliwie nazywa ją z tego powodu snowidną albo widunką. By rozerwać strapioną, opowiada jej o swym ojcu, królu Eryku Ejegodzie, przez wszystkich kochanym, siłaczu dobrotliwym, co kiedyś, mocując się z czterema swymi rycerzami naraz (a wybrano najmocniejszych), wszystkim krzyże niechcący połamał… Z rozpaczy ślubował pąć do Ziemi Świętej. Pojechał z drużyną i żoną, jego, Kanuta, matką, okrętami o żaglach czerwonych, starą drogą Waregów na Nowogród. Z wielkiego miasta Nowogrodu pchali się w górę jednej, potem drugiej rzeki, potem była przewłoka i podkładali koła pod okręty (bo na każdym statku trzymali osie z kołami na wypadek potrzeby…).
Tego u nas nie znali — dziwiła się zasłuchana kobieta.
U was w ogóle okrętów nie mają — śmiał się Laward. — Drużynnicy, co z ojcem jeździli, powiadali, że widzieli same „jednodrewki”… Z tej przewłoki zesunęli się na inną rzekę i teraz płynęli aż do końca w dół… Rzeka była bardzo wielka…
Dniepr… — wyszeptała Ingeborga. — „Put’ iz Warjag w Greki…” Co roku kupcy nowogrodzcy tamtędy do Kijowa przypływali…
Słusznie prawisz, bo i w Kijowie mój ojciec był. Drużyna chwaliła, że piękny gród, a kościoły mają dachy złocone… I znów płynęli, płynęli, rzeka była coraz bystrzejsza, grodziły ją skały, znów trzeba było koła podkładać i brzegiem ciągnąć statki… Aż dopłynęli do morza innego niż nasze…
Zwą je Czarne — podpowiedziała żona.
Kraj tam urodzajny, bogaty, ciepły… Morzem dopłynęli do stolicy cesarza greckiego. Największy to gród na świecie, większy od Rzymu, strasznymi murami otoczony… Cesarz Aleksy nie przyjął wdzięcznie mego ojca… Myślał, ujrzawszy drużynę, że to znów krzyżowcy, a z krzyżowcami wiele miał pono w poprzednich latach kłopotu… Obraził się król Eryk, mój ojciec. Matkę moją na galerze greckiej posłał do Ziemi Świętej, żeby ślubu za niego dopełniła, a sam z drużyną popłynął na jeszcze inne morze, modre i bardzo ciche. Tam wylądowali na wyspie Cypr. Moja matka dojechała do świętego miasta Jerozolimy i przy Grobie Chrystusowym była, ale zachorowała i umarła, na Górze Oliwnej pono…
Dlaczego twoi Słowianie nie są chrześcijanami? — zapytała nagle Ingeborga.
Pytanie zaskoczyło opowiadającego.
Bo ja wiem? Pewnie nie chcą…
Możeli kto nie chcieć znać Bogarodzicy i Pana Jezusa Chrystusa Ukrzyżowanego? — wątpiła. — Bez Nich człowiek żyłby jak w lochu.
Henryk tę sprawę zaniedbał — tłumaczył mąż. — Jużci, trzeba wziąć się do tych pogan… Zabiorę się wnet…
Powiadaj dalej… Matka umarła, a ojciec?
Ojciec, nic nie wiedząc, że żona nie żyje, czekał na owej wyspie, a ciepło tam było i lubo, i wina i wszelkich rozkoszy obfitość, że mięśnie w nim zwiotczały, niemoc go ogarnęła i umarł. Tak oboje umarli…

Tylko drużyna wróciła i co się zdarzyło, opowiadali. Zostaliśmy sierotami ja i mój brat Eryk. Nie rodzony mój brat, tylko z nałożnicy. Lżej mu było niż mnie, bo go nikt za dziedzica nie uważał. Zła dola sieroca… Nie daj Bóg, by moje dzieci były sierotami — dodał z westchnieniem, wspomniawszy tułaczą młodość.
Będziesz długo, długo żył — zapewniała żona, patrząc na męża z zachwytem. Wierzyła w to. Kanut tryskał zdrowiem, siłą, pogodą. Dożyje późnej starości na pewno.
Kanut Laward ma tę słabość, że przepada za ostentacją. Na sejm, zwołany przez swojego stryja, króla Nielsa, wybiera się wspaniale, niby potężny monarcha. Zona, choć w ósmym miesiącu, towarzyszy mu, obawiając się złych przeczuć i dręczących snów.
Rycheza, żona Magnusa syna Nielsa, którą jako małą Ryksię przywieziono niegdyś do ojcowego obozu nad Dziwną, wyrosła na hożą, bystrą białogłowę. Pożycie ma ciężkie z gburowatym, gwałtownym Magnusem, lecz urodziła mu już syna, co wzmocniło jej pozycję na dworze. Nawet wyniosła świekra, Małgorzata Fridkulla, królowa szwedzka, spogląda na synową łaskawie. Ostatecznie pamiętają tutaj, że największym władcą Danii, zdobywcą Anglii, był Kanut Wielki, syn Polki, siostry Bolesława Chrobrego. To przypomnienie budzi szacunek dla piastowskiej krwi.
Ryksę z Ingeborgą wiąże przyjaźń od pierwszego wejrzenia. W izbie niewieściej paplą ze sobą po całych dniach o różnych babskich i dziecinnych sprawach. Może też o ojcowiznach dawno opuszczonych…
Rozpoczęto już narady sejmowe. Zjechali się wszyscy wasale króla duńskiego, ale Kanuta nie ma pośród nich. Odziany w purpurę, w koronie na głowie, siada na tronie przygotowanym naprzeciwko tronu stryja…
„…król stryj ujrzał synowca w królewskim stroju i ten nie powstał… by podejść do niego i powitać, jak to było we zwyczaju… lecz stanął pośrodku i takim sposobem postawił się ze stryjem na równi, co do miejsca i godności… Syn Nielsa, Magnus, biorący udział w tym widowisku razem z matką swoją, wpadł w gniew, matka zaś rzekła do niego: — Patrz, twój krewny już panuje! Jeszcze za życia ojca twego śmie przywłaszczyć sobie tytuł królewski! Pamiętaj, jeżeli go nie uprzedzisz, on ciebie i życia i korony pozbawi…” (Helmold, Kronika Słowian).

Zle, gdy matka podobne słowa kładzie w ucho synowi. Szatani się wtedy radują.
Po naradach sejmowych Magnus obrzuca Kanuta obelgami, na co ten odpowiada drwiną i wzruszeniem ramion. Staremu Nielsowi nie na rękę są te spory:
„…zwołał wszystkich książąt państwa i pracował nad tym, by poróżnionych pojednać. Gdy udało się spór pokojem zakończyć, zgoda przez obie strony zaprzysiężona została. Tej umowy Kanut wiernie dotrzymywał, Magnus zaś o niej zapomniał.” (j. w.). i Snowidną Ingeborgę męczą przywidzenia w miarę, jak jej czas się zbliża. Rada by wracać do domu, lecz Niels chce uroczyście święcić pojednanie. — Jeszcze tylko kilka dni — uspokaja Laward żonę. On czuje się tu doskonale. Właściwym sobie urokiem, wesołością pozyskuje serca. Przy gwarnych ucztach wypytuje Rychezę o jej ojca, przesławnego wojownika Bolesława, to znów przypomina, jak kiedyś na statku bała się przejść przez pokład i trzymała go moono za rękę. Śmieją się wszyscy, tylko Magnus milczy. Zawsze nienawidził urodziwego krewniaka. Zazdrościł mu… Czego? Wszystkiego! Wszystkiego! Teraz aż spęczniał nienawiścią, nienawiść go rozsadza. Od nienawiści jego ślina stała się trująca, krew zapiekła, pot cuchnący, a myśli wężowe.
„Żona Kanuta prosiła męża, żeby nie wychodził, przelękniona snem, jaki zeszłej nocy miała.”
(j. w).
Och, ty widunko — śmieje się ostrzeżony. — Gdybym wierzył w twoje sny, nie śmiałbym uczynić kroku…
‚ Wesoły jak zawsze Laward udaje się na wezwanie Magnusa, pragnącego nagadać z nim na osobności. Królowi obodrzyćkiemu towarzyszy czterech wojów. <
Posłaniec Magnusa to muzykant dworski. Wiodąc króla pomiędzy drzewami, brzdąka po strunach swej gęśli. W pewnej chwili obraca się ku Kanutowi:
Zaśpiewać wam, miłościwy panie?
Śpiewaj — przystaje Kanut, który lubi gędżbę.
Grajek silnym głosem śpiewa o Grimhildzie, co zdradziecko zamordowała braci męża, wprowadziwszy ich w zasadzkę.
Znacie tę pieśń, miłościwy panie? — pyta, dokończywszy strofy.
Znam. To powieść o Zygfrydzie i złym Hagenie. Śpiewaj ją dalej.
Pieśniarz powtarza tę samą zwrotkę co poprzednio!
Nie umiesz więcej? — dziwi słę Laward.
Od dziecka znam, panie, całą tę opowieść, od pierwszej do ostatniej zwrotki…
To czemu w miejscu stanąłeś, jak osioł?

Gędźbiarz nic nie odpowiada, patrzy na króla i znów nuci o zemście Grimhildy.
Niejasne podejrzenie błyska Kanutowi w głowie. Chce pytać, lecz w tej chwili wchodzą na polankę. Naprzeciwko pod drzewem siedzi Magnus, sam jeden, w jedwabnej zielonej szacie. Lica skrzywione czynią go podobnym do złego Hagena. Świta Kanuta zatrzymuje się o parę kroków, by nie przeszkadzać poufnej rozmowie panów,
Zapomniawszy o gędźbiarzu, Laward podchodzi do krewniaka, obejmuje go powitalnie i cofa się o krok.
Dlaczego masz pancerz pod suknią? — pyta zaskoczony.
Magnus wyciągnął już sztylet z zanadrza.
Żeby być pewnym sukcesji! — krzyczy, przebijając pierś Kanuta.
Z zarośli za nim wynurzają się ukryci zbrojni. Otaczają swego księcia szańcem tarcz i włóczni, cofając się z nim w las. Zrozpaczeni, oszołomieni towarzysze zabitego nie mogą uczynić nic więcej, jak podjąć z trawy zwłoki swego króla, prosząc Boga i bogów o zemstę. Niegodziwe morderstwo poruszyło wybrzeża Bałtyku. Wprawdzie ludzie nie cenili wówczas przesadnie życia swych bliźnich i zwyczajem było załatwianie sporów mieczem, lecz zdradziecka zbrodnia, popełniona w parę dni po uroczystym zaprzysiężeniu pokoju, oburza każdego. Poruszenie kraju jest tak żywe, że Niels uznaje za konieczne wyprzeć się publicznie syna. Nie chce go znać, nie chce go na oczy widzieć. Jeżeli wróci, bo przepadł bez śladu, czeka go surowy sąd.
Rycheza, żona Magnusa, płonie oburzeniem szczerszym niż udany gniew Nielsa. Chodzi jak błędna, nie mogąc sobie miejsca znaleźć. Nie śmie zapytywać, co poczyna tragicznie owdowiała Ingeborga. Świekra Małgorzata patrzy wzgardliwie na rozpacz synowej. — Głupia, dopiero teraz będziesz królową — powiada. Rycheza ucieka z izby, bojąc się, że nie zdzierży i ciśnie świekrze w twairz: To ty jesteś winna!! Zresztą wszyscy na dworze wiedzą, że Magnus siedzi ukryty w komnatach matki i tam czeka, aż wrzawa przycichnie.
Wrzawa nie przycichła, przeciwnie rozchodzi się coraz szerzej. Miecz sprawiedliwości podnosi sam król niemiecki, Lotar, obecnie już cesarz rzymski. Opiekun i zwierzchnik zamordowanego króla Obodrzyców, poczuwa się do ukarania zbrodniarza.
„Przyszedł król Lotar z wielkim wojskiem pod miasto Szlezwig do wału, który zowią Dannewirke, by pomścić śmierć najlepszego męża Kanuta Lawarda. Przeciwko niemu pociągnął Magnus z wojskiem duńskim, by bronić swoich granic.” (j. w.).
Jak z powyższego widać, król Niels wobec groźby wojny, wybaczył synowi i oddał mu dowództwo. Zresztą do walki nie dochodzi, gdyż Magnus:
„…otrzymał u cesarza bezkarność, płacąc wielką sumę złota i uznając się jego lennikiem.” (j. w.).
Miecz sprawiedliwości powrócił do pochwy. W tym samym jeszcze roku król Niels za przykładem syna złożył również hołd Lotarowi.
Więc nikt nie pomści śmierci Kanuta Lawarda?
Owszem, cesarz rzymski zadowolił się pieniędzmi, lecz powstaje mściciel dotychczas przez kronikarzy zaledwie zauważany:

Eryk, brat zabitego, z nałożnicy spłodzony… zebrał dużą ilość Duńczyków, złorzeczących bezbożnemu zabójstwu… Eryk zaczął napadami trapić Magnusa, lecz pobity i do ucieczki zmuszony, przezwany został przez swojego przeciwnika, Hazenvoth — Zajęcza Noga… Wygnany z Danii uciekł do Szlezwigu. Mieszkańcy tego grodu pomni na dobro, jakie im świadczył Laward, przyjęli dobrze Eryka, gotowi pójść za nim na śmierć i potępienie.” (j. w.). N;e lekceważ zbytnio Zajęczej Nogi, Magnusie! Gorszym on wodzem od ciebie, lecz jego szeregi ożywia głód sprawiedliwości. Sprawiedliwości, której nie oszukasz złotem, sprawiedliwości, która do upadłego będzie walczyła o swoje…
Wojna się przewleka. Szczęście sprzyja to jednej, to drugiej stronie.
„…w samych bowiem wojnach domowych celują Duńczycy…” (j. w.).
Na koniec w r. 1134, pod Fodewig, w Skonii (Skanii), ma miejsce decydująca bitwa, zaciekła, krwawa, bogata w żniwo zabitych, zakończona klęską Nielsa i Magnusa. Magnus padł w boju, Niels uciekł do Szlezwigu, gdzie go zamordowali wierni zmarłemu Kanutowi mieszkańcy, zaś Eryk Hazenvoth uzyskał nowe, właściwsze miano: Emmune — Godny Pamięci.
Wśród starych podań islandzko-duńskich przechowała się opowieść, że o zmierzchu w dniu bitwy bratobójczej pod Fodewig pasterze islandzcy widzieli duchy poległych, gnane wichrem jak stada żałobnego ptactwa, i z jękiem rozpaczy padające w ognistą czeluść wulkanu Hekla, który jest wrotami piekieł…
Rycheza, córka Bolesława, została wdową. Dopiero teraz mogą obie z Ingeborgą objąć się ramionami jak siostry i wspólnie płakać i wspólnie się trwożyć o przyszłość swych dzieci. Ryksa o losy paroletniego Kanuta (znów Kanut!) syna Magnusa, Ingeborga o swego Włodzimierza Waldeirara, syna Kanuta Lawarda, urodzonego w dziesięć dni po śmierci ojca.
…Ach, czemuż wysłuchane zostały ich prośby, ich modły o synów? Bodajby się im były urodziły córki! Córki należą do matek, świat niewiele o nie stoi… Lecz biada synom królewskim, gdy zginą ojcowie, zostawiając dziedziców w kołyskach! Jak słabe, bezbronne są te niewinne sierotki, jak ciemna przyszłość przed nimi! Czy zdołają je osłonić dłonie macierzyńskie?…

Na tronie Danii zasiada Eryk Emmune. Zaraz po zwycięstwie złożył Lotarowi hołd, nie czekając na wezwanie. Z krwawej kilkuletniej zawieruchy, co kosztowała wiele tysięcy istnień ludzkich, zawieruchy wywołanej próżnością Lawarda i podżeganiem złej matki Magnusa, Małgorzaty Fridkulli, prawdziwym zwycięzcą wyszedł tylko cesarz Lotar.
Z tragedii duńskiej osiągnął same korzyści, nie ponosząc żadnej straty. Złoto Magnusa zasiliło jego skarb. Dania z potencjalnego, a silnego wroga stała się wasalem cesarstwa. Hołd złożony przez króla duńskiego przekreślił zawarte niegdyś przymierze pomiędzy Danią a Polską. (Lennik nie ma prawa utrzymywać innych sojuszów niż te, jakie dyktuje mu zwierzchnik.) W systemie obronnym Krzywoustego zawalił się ważny narożnik.
A księstwo obodrzyckie?
„Gdy zginął król Obodrzyców, Laward, miejsce jego zajęli Przybysław i Niekłót… Pierwszy rządził krajem Wągrów i Połabian, drugi ziemią obodrzycką. Były to dwa straszliwe potwory, okrutni prześladowcy chrześcijaństwa.” (j.w.).
Niech rządzą na razie. Cesarz Lotar nie wątpi, że jego ulubieniec, Albrecht Niedźwiedź, upora się szybko z tymi książętami. Wystarczy pokłócić ich pomiędzy sobą, a ziemia od Laby po Odrę stanie nareszcie otworem dla Sasów.
Bolesław Krzywousty ocenia należycie zdobycze Lotara. Zdaje sobie sprawę, że książę pomorski Warcisław jest niepewnym lennikiem, gotowym pójść za silniejszym. Więc w razie wojny, na Polskę mogą uderzyć połączone siły niemiecko-duńsko-pomorskie. Oby nie dołączyły się do nich czeskie! Z ciężkim sercem książę polski zaczyna czwarte dziesięciolecie swego panowania.

ROZDZIAŁ XX
DZWONY MAGDEBURSKIE

Okres między rokiem 1122 a 1150 zwany bywa w historii Kościoła „czasami Bernarda z Clairvaux”. Wielki ten opat, wielki święty wycisnął na tych latach swe piętno. Życie duchowe, świeckie, zakonne, umysłowe rozwijało się pod jego wpływem. On kształtował obyczajowość, rozcinał wątpliwości teologiczne, kierował polityką królów. Przez trzydzieści blisko lat był wyrocznią, sumieniem i trybunałem całej Europy zachodniej. Natchniony kaznodzieja miał przydomek Melifluus (rniodop)ynny) przydomek niewłaściwy; raczej należało mówić „żarem tchnący”, gdyż z ust jego sypały się gromy i ogień, nie miód. Żywotność i pracowitość tego niezwykłego męża równe były jego geniuszowi. Nieustannie podróżował, wizytując lub zakładając klasztory, godząc po-waśnionych książąt albo rozstrzygając spory. Po wyczerpującej pracy całodziennej, spędzał noce na modlitwie i pisaniu dzieł teologicznych, których głębia myśli zyskała mu zaszczytną nazwę Doktora Kościoła. Tradycja czyni go autorem jednej z najpiękniejszych modlitw chrześcijańskich: „Pomnij o Przenajświętsza Panno Maryjo…”
Syn wysokiego rodu zachował temperament bojowy i niektóre pojęcia swej kasty, co go czyniło bliskim i zrozumiałym rycerstwu.
Wpływ, jaki wywierał, stawał się tym bardziej pożądany, że tron papieski był wciąż przedmiotem walki skłóconych stronnictw. Już w r. 1124 nowa schizma wisiała w powietrzu Z trudem udało się jej uniknąć, nakłaniając jednego z kandydatów, Celestyna II do ustąpienia na rzecz swego przeciwnika, który objął Stolicę Apostolską pod imieniem Honoriusza II. Zażegnana burza wybuchła sześć lat później, gdy po śmierci Honoriusza wystąpiło równocześnie dwóch papieży. Jednym z nich był Grzegorz Papareschi, obrany przez szesnastu kardynałów „w największym pośpiechu”, jak pisze kronikarz, i nazwany Innocentym II. Tegoż samego dnia, w parę godzin później, dwudziestu pozostałych kardynałów wyniosło na Stolicę Apostolską syna bogatej bankierskiej rodziny, kardynała Pierleoni, jako Anakleta II.
Anaklet II, głośny „papież z getta”, jest człowiekiem niepospolitych zdolności, co mu przyznają nawet przeciwnicy, wielkich ambicji i potężnych środków materialnych. Te ostatnie czynią go niezależnym od łaski tego czy owego księcia, pozwalają kaptować stronników i uprawiać szeroką propagandę. Sprawa jego zdaje się już wygrana, Innocenty II, aczkolwiek nie rezygnuje ze swych praw, wyjeżdża do Francji nie czując się dość silnym, by walczyć. Anaklet obejmuje we władanie Rzym, rozsyła posłańców do najdalszych krańców Kościoła z powiadomieniem o swoim obiorze i błogosławieństwem Następcy Rybaka, Namiestnika Chrystusowego.
Posłańcy docierają do Polski. Arcybiskup gnieźnieński należy do tych, co jedni z pierwszych zgłosili nowemu papieżowi swoją obediencję.
Inni, np. król Lotar, jeszcze się wstrzymują. Czekają, co dalej nastąpi. Anaklet II posiada wprawdzie Rzym, lecz sprawę Innocentego II wziął w swe ręce sam gromowładny opat z Clairvaux. On też przyznaje, że wybór Anakleta był prawidłowy, że wyborcy Innocentego popełnili „pewne nieformalności”, lecz przerażają go ambicja i złoto syna Pierleonich.
Dokąd ten człowiek poprowadzi Kościół? Czy łodzi Piotrowej nie grozi niebezpieczeństwo pod zbyt zuchwałym sternikiem? Papareschi, spokojny, sumienny kapłan, daje większe gwarancje pokoju dla Kościoła i przeświadczony o tym Bernard cały swój autorytet rzuca na szalę Innocentego II. Anaklet głuchy na perswazje twardo siedzi w Rzymie, mając w ręku niezdobytą twierdzę, Zamek Św. Anioła, ale dla całej Francji miarodajnym jest głos Bernarda, za Francją idzie Mediolan, za Mediolanem grody północno-italskie.
Czas, by zdecydował się Lotar, jakie miejsce zająć. Jego doradcą w sprawach polityki kościelnej jest Norbert, arcybiskup magdeburski, popierający gorąco Innocentego, z którym przyjaźnił się za dawnych, błogich czasów Premonstratum. Opinia Norberta przeważa.
Wiosną 1131 r. zostaje zawarte porozumienie: Lotar obiecuje wprowadzić Innocentego do Rzymu, w zamian za co Innocenty udzieli mu sakry cesarskiej. Grzegorz Papareschi zwyciężył. Synody biskupów francuskich, italskich, niemieckich, uznają Innocentego prawym papieżem, Anakleta uzurpatorem. Na Bogu ducha winną Polskę spada odium opowiedzenia się za anty-pieżem.

Anaklet nie ustępuje. Zyskał ostatnio silnego sprzymierzeńca. Na złość Lotarowi, by przeszkodzić w zamierzonej koronacji, król normandzki Roger II, władca południowej Italii, ogłasza się stronnikiem Anakleta. Normandzkie drużyny powiększają siły antypapieża.
Lotar wiedzie Innocentego do Rzymu w dwa lata później. Towarzyszą im Norbert z Xanten, arcybiskup magdeburski, oraz Adalberon arcybiskup hambursko-bremeński. Po drodze obaj dostojnicy mają dość czasu, aby przedstawić Innocentemu sprawy, jakie ich przywiodły. Arcybiskup magdeburski okazuje dokument, protest i obediencję prostodusznego Ungera, wyłudzone od biskupa poznańskiego w czasie jego przymusowej bytności w Magdeburgu w 1003 r. Szaleństwo Ottona III, mówi Norbert, zakłóciło na jakiś czas właściwy układ diecezji. Błąd zbyt długo tolerowany należy poprawić.
…Polska… Gniezno, ach, tak… Stronnicy Pierleoniego… Odruchowo Innocenty przychyla się do zdania Norberta. Zresztą ufa przyjacielowi i czuje dlań głęboką wdzięczność za poparcie jego sprawy u Lotara.
Petycja arcybiskupa hambursko-bremeńskiego ma podobną treść: chodzi o przywrócenie metropolii bremeńskiej starodawnego zwierzchnictwa nad kościołami Danii, Szwecji i Norwegii, które od pewnego czasu „uzurpuje” sobie Lund na podstawie zgody Watykanu, udzielonej swego czasu królowi duńskiemu Erykowi o przydomku Ejegod…
Obie prośby gorąco poleca Lotar, wierny syn Kościoła, Lotar, najpotężniejszy stronnik Innocentego II…
Pod murami Rzymu wojska niemieckie staczają zaciętą walkę z Normanami i oddziałami antypapieża Anakleta. Siły obu stron są równe. Z trudem udaje się Lotarowi opanować zaledwie część Wiecznego Miasta. Anaklet pozostaje panem całej dzielnicy leonińskiej, Zamku Sw. Anioła i kościoła Sw. Piotra. Koronacja Lotara ma miejsce na Lateranie.
W tymże samym dniu, 4 czerwca 1133 r., Innocenty II ogłasza bullę poddającą metropolii magdeburskiej niżej wymienione obszary: „pomiędzy Łabą i Odrą, Szczecin i Lubusz, na wschód od Odry właściwą diecezję pomprską, Poznań, Gniezno, Kraków, Wrocław, Kruszwicę, Mazowsze i diecezję włocławską…”
Bulla dla arcybiskupa hambursko-bremeńskiego nosi datę o kilka dni wcześniejszą (27 maja 1133 r.). Wskrzesza ona dawne granice metropolii bremeńskiej, obejmujące kraje skandynawskie.
Polska daleka jest od świadomości tych spraw. Prócz Śląska, trapionego częstymi najazdami
czeskimi, kraj cieszy się spokojem. Oręż Krzywoustego oddalił wrogów od granic. Na ostrowiu w korycie Warty położonym, biskup Bogumił, prekursor Franciszka z Asyżu, rozmawia ze zwierzętami i błogosławi wszelkiej żywinie. Biskupi pasterzują wiernym, a metropolia gnieźnieńska roztacza skrzydła opiekuńcze nad tą Bożą ziemią. Życie w wierze wydaje się ludziom proste jak Dziesięcioro Przykazań, a hierarchia idąca od biskupa do arcybiskupa, od arcybiskupa do Ojca Św., od Ojca św. do Ojca niebieskiego — tak pewna i niezachwiana jak drabina Jakubowa.
Wczesną jesienią 1133 r. w ten spokój i zaufanie pada niby grom posłanie z Magdeburga: odpis wiadomej bulli i wezwanie do biskupów polskich, by przybyli złożyć winny hołd swemu zwierzchnikowi.

Więc Kościół w Polsce ma być Kościołem niemieckim? Więc nie polscy księża, lecz niemieccy obejmą świątynie i będą z ambon głosić słowo Eoże? Więc rządzić będzie wrogi Słowianom arcybiskup magdeburski? Jakim prawem? Kto tak rozkazał? Dlaczego?!…
Gdy sroga wiadomość dojdzie do księcia, Bolesław zrazu nie wierzy. Nie chce wierzyć. Odrzuca z pogardą odpis bulli. — Jakieś łgarstwo — powiada. — Nie nastraszą mnie. Papież nie mógłby czegoś podobnego uczynić…
Zbyte śmiechem ostrzeżenie biskupa Ottona, ostrożne słowa: Zważaj, co się dzieje w Rzymie… stają nagle w pamięci. Otton coś przeczuwał, wiedział… Czyli, że ta brednia może być prawdziwa?… Nie! Niemożliwe!! Bo gdyby to była prawda… Rany Boskie! Gdyby to była prawda…
Na samą myśl ogarniała księcia wściekłość, nie znająca miary. Lata okiełznały dawną popędliwość Włodzisławowica, lecz przypuszczenie, że Magdeburg mógłby zawładnąć Kościołem polskim, budzi w nim furię młodzieńczą. Jeżeli to prawda!?…
Jeżeli to prawda, to żałuje książę, że jest chrześcijaninem, z dziada, pradziada, w piątym już pokoleniu! Bo cóż z tego, że istnieją Bóg Wszechmocny i Nieśmiertelny, Chrystus Odkupiciel i Matka Najświętsza Orędowniczka grzeszników, skoro w Ich Obliczu Niemcy mają zawsze przodek, skoro racja niemiecka będzie zawsze lepsza od racji słowiańskiej, skoro zbój niemiecki uznany zostanie za lepszego chrześcijanina od wiernego, pobożnego Polaka, skoro wbrew wszelkiemu prawu i wbrew uczciwości, metropolia gnieźnieńska po półtora wieku istnienia może być zniesiona, a Polska cała poddana władzy Magdeburga! …Jeżeli to jest prawdą, co należy czynić? Pędzić do Rzymu, tam wykrzyczeć swój żal ł gniew?… Ruszyć zbrojnie na Magdeburg, odebrać bullę i zniszczyć? Bolesław sam rozumiał, że są to szalone pomysły i przygnębiony pojechał do arcybiskupa na naradę.
Arcybiskupem gnieźnieńskim był Jakub ze Żnina, mąż wielkiej wiedzy, doktór Sw. Teologii, znany z uczonych dzieł w całej Europie. Bolesław niezbyt go lubił i spotkania unikał, mając wrażenie, że uczony uważa gó, księcia, za prostaka. Tym razem jednak szedł tu po ratunek i ucieszył się, widząc twarz arcybiskupa chłodną i stanowczą jak zwykle.
Bulla jest prawdziwa — objaśnił tenże — ale oparta na fałszywej podstawie. Wymieniono w niej dokument zawierający rzekomą obediencję czcigodnej pamięci biskupa poznańskiego Ungera, złożoną arcybiskupowi magdeburskiemu Tagino w roku 1003, oraz protest tegoż czcigodnej pamięci biskupa Ungera przeciw nominacji arcybiskupa gnieźnieńskiego Gaudentego… Jedno i drugie kłamstwo oczywiste! Czcigodnej pamięci Unger, biskupem misyjnym będąc, nie miał tytułu ani powodu uznawać zwierzchnictwa kościoła magdeburskiego, gdyż bezpośrednio zależał od Rzymu… To samo dotyczy protestu… Znam dobrze prawo — dotknął od niechcenia księgi w drewnianych okładzinach, noszącej tytuł Excerpta ex Theologia et jure canonico, której był autorem, i ciągnął:

Pośpieszyliśmy się zbytnio z uznaniem kardynała Pierleoni. Prawnikiem będąc, mniemałem, że wybór jego, dokonany większością głosów kardynalskich, jest ważny… Stało się inaczej. Krzywo na nas za to w Lateranie spoglądają, lecz niech jeno spór z antypapieżem przycichnie, potrafimy słuszności naszej dowieść…
A zanim to nastąpi? — trwożył się jeszcze Bolesław.
Uczynimy jak mój uczony konfrater, Asger, arcybiskup z Lund. Jemu też prawa metropolitarne odjęto… Też go wezwano niezwłocznie do Bremy, co więcej dostał przynaglenie z Rzymu. On odpis bulli schował, pismo schował, siedzi w Lund i łaje, jak to ma we zwyczaju… Pisałem do niego. Odpowiedział: Niech mnie spróbują przymusić, żebym tam pojechał, czy którego z biskupów posłał…
Bolesław odetchnął głęboko.
Wasza Dostojność uczynisz podobnie? — zapytał, by się upewnić.
Jużci, co Magdeburga nie uznamy. A gdy pora sposobna nadejdzie, poślemy do Rzymu najpokorniejsze wyjaśnienie. Nie frasujcie się tyle, książę — dodał miękko. — Nie zaprzepaścimy polskiego Kościoła…
Bieda nie chodzi nigdy w pojedynkę. Jak wilk za wilkiem tak za troską sunie troska. Zgryzoty Bolesława nie ograniczały się w tym czasie do sprawy bulli papieskiej (Magdeburg na razie nie ponawiał wezwania, prawdopodobnie na skutek choroby arcybiskupa Norberta). Ale cesarz rzymski Lotar pilnie i umiejętnie tkał nadal swoją sieć. Pozbawiony zdolności wojennych Włodzisławowica, był odeń nieporównanie lepszym politykiem. Za jego sprawą nad środkową Łabą wyrosło, nie wiedziałeś kiedy, nowe wrogie państwo Albrechta Niedźwiedzia. Ten ulubieniec Lotara wstępuje w tych latach na widownię jako chorąży niemieckiego pochodu na wschód.
Ród po mieczu Hermana Billinga, pana Marchii Północnej, co wraz z Ottonem I ustalał plan tego pochodu, wygasł. Istnieją jednak jego potomkowie po kądzieli. Z dwóch wnuczek Hermanna Billinga, Eilika jest matką Albrechta Niedźwiedzia, Wulfildis babką Henryka Lwa, księcia saskiego. W tych latoroślach gra zaborcza krew saska okrutnych wojowników, co stworzyli wielkość Niemiec na popiołach słowiańskich.

Albrecht Niedźwiedź, niezgrabny osiłek, posiadał już znaczne obszary na prawym brzegu Łaby w kraju Hobolan. Ostatnio dołączył do tego dolne Łużyce i konsekwentnie rozszerzał swój zabór wzdłuż Łaby aż pod Magdeburg. W r. 1134, po śmierci margrafa von Plötzke, Lotar oddał Niedźwiedziowi billingowską niegdyś Marchię Północną, z nieograniczonymi prawami podboju sąsiednich Słowian. Korzystając z tego, Albrecht zagarnął ziemię Brzeżan i zajął gród Hobolin (przezwany teraz Hawelberg), mimo że książę Wirykind był lennikiem cesarza. Zbliżył się do granic Polski. Krzywousty nie mógł patrzeć spokojnie na te poczynania, lecz udział w walce o tron węgierski nie pozwalał mu wystąpić czynnie w obronie Słowian zaodrzańskich.
Sprawa węgierska tak się przedstawiała: Przed dwudziestu z górą laty, widząc, że książęta czescy w coraz głębszą popadają zależność od cesarstwa, Bolesław chciał przeciwstawić się spójni niemiecko-czeskiej, zawierając sojusz wieczystej przyjaźni z węgierskim królem Kolomanem. Ten sojusz trwał, mimo że Koloman był okrutnikiem, oślepił swego brata i bratanka (jak ja Zbigniewa… — przemykało nieraz przez głowę Krzywoustemu). Teraz gdy Koloman umarł, a Węgrzy wynieśli na tron owego bratanka, Belę Ślepca, wierność staremu przymierzu skłoniła Bolesława do zbrojnego poparcia syna Kolomanowego, Borysa. Ze znacznymi siłami ruszył na Węgry, wiodąc protegowanego, lecz w międzyczasie Bela Ślepy uznał się wasalem Lotara i wojska Krzywoustego napotkały w wąwozach karpackich potężną armię węgiersko-niemiecko–czeską (książę czeski Sobiesław był’zięciem Beli Ślepego). Krzywousty po raz pierwszy w życiu poniósł klęskę i z dużymi stratami wrócił do domu wraz z niefortunnym pretendentem, którego osadził w Wiślicy. Czeski Sobiesław trzykrotnie najechał Śląsk, po czym on i Bela węgierski padli do nóg Lotarowi, błagając, by cesarz poskromił i ukarał niespokojnego księcia polskiego. Lotar obiecuje im, że tak uczyni i wiosną 1135 roku wzywa Bolesława, by stawił się na sąd przed jego majestat.
Łatwo pojąć uczucia, miotające hardym Piastem, co nie zniósł nigdy myśli o jakiej bądź zależności lub trybucie. Nie onże to, osiemnastolatek, odrzucił wezwanie cesarza Henryka V, mówiąc: — Bacz, komu grozisz! Chcesz wojować, znajdziesz wojnę!
A teraz ma być sądzony! Kto śmie go pozywać? Dlaczego teraz nie odpowie pogróżką jak wtedy?
Dlaczego?…

Od dłuższego czasu Bolesław nie mógł się oprzeć wrażeniu, że jest okrążony, spędzany niby łoś przez wilki na lód. Lekceważył to uczucie, dufając w swe siły, a tymczasem zamknęła się matnia… Spojrzawszy wkoło widział, że Bela węgierski, Sobiesław czeski są lennikami niemieckimi. Tuż Albrecht Niedźwiedź, pożeracz nienasycony… Warcisław pomorski niepewny, Dania zhołdowana również przez Lotara. Polska sama jedna otoczona wieńcem lenników cesarskich, którzy na rozkaz zwierzchnika uderzą. Mimo swej sławy, mimo męstwa drużyn, Bolesław znalazł się w sieci…
Znów spóźnione echo pouczeń Ottona bamberskiego: Nie pokładaj zbytniej ufności w mieczu. Zważaj, co się na świecie dzieje… Rządź więcej rozumem niż siłą… Mówił mu też kiedyś, że jak poszczególne członki ciała są od siebie wzajemnie zależne, co powiedział św. Paweł Apostoł, tak wszystko na świecie pozostaje zrosłe ze sobą. Nawet mała osada puszczańska nie może powiedzieć: Nie dbam, co się gdzie indziej, za przesieką, dzieje… Nic mi do tego… Bo zginie. Cóż dopiero państwo tak wielkie jak Polska…
Otton mówił swoje, on, Bolesław, myślał swoje. Dopiero teraz, poniewczasie, doceniał rady przyjaciela.
Doktor Sw. Teologii, uczony Jakub ze Żnina, podzielał na pewno poglądy Ottona. Może i inni biskupi. Lecz Krzywousty trzymał się z daleka, nigdy ich o radę nie pytał…
Arcybiskup Norbert umarł i Magdeburg nie ponawia wezwania. Niemniej bulla papieska wisi nad Polską jak miecz Damoklesa.
Borys, syn Kolomana, rezydujący na zamku wiślickim, posądzany jest o zdradę. Zaufani woje ostrzegają Bolesława, że Borys znosi się tajemnie z książętami ruskimi. Gońcy biegają z Wiślicy na Ruś i z powrotem. Należałoby gada utrupić, nim biedy napyta, ale to syn sprzymierzeńca, z którym zawarta została niegdyś wieczysta przyjaźń…
Teraz to posłanie Lotara… Wzywa Krzywoustego, jakby Piast był jego wasalem! Bolesław nie jest niczyim wasalem i nie pojedzie za nic. Wysyła poselstwo do cesarza z bogatymi darami. Lotar ceni złoto. Niech je bierze. Niech się nim udławi. Bolesława u swych kolan nie zobaczy.
Posłowie wracają. Cesarz, nie gadając z nimi, odesłał ich nazad. Książę polski ma stawić się sam, osobiście, bez zwłoki… Nie pojadę!…
Musisz pojechać, Bolesławie. Masz pętlę na szyi.
15 sierpnia, Wniebowzięcie Bożej Matki. Z najdalszych okolic procesje zdążają do Merseburga. Cesarz Lotar III w pochodzie wspaniałym kroczy z zamku do katedry. Błyszczy złoto, pali się purpura szat, łopocą chorągwie. Słońce mieni się w strojach wielmożów przybyłych z całego cesarstwa. Nie byle jaka to uroczystość.

…Kto niesie miecz przed Lotarem? Stąpa sztywno, patrzy nie widząc. Oczy zapadłe, konopiasty wąs osłania skrzywione wargi, pot perli skronie. Któż to? Kto? Margrafowie i grafy stają na palcach, by widzieć. Patrzcie! Patrzcie! To Bolesław polski, zwany niegdyś synem Marsa i wilczycy. Przyglądajcie się onemu, który był waszym postrachem!
Magnus, królewicz duński, zięć Bolesławowy, niósł podobnie miecz przed cesarzem Lotarem. Ale Magnus był mordercą. Ceną upokorzenia zapłacił bezkarność… Za co cierpi Bolesław?
Że był zwycięski w boju i nigdy nie złamał wiary?…
Stąpaj prosto, hołdowniku! Jeszcze tylko kilkadziesiąt kroków. Już gorzeje światłem wnętrze katedry. Dawniej zanurzyłbyś się w jej chłodny cień, niby wędrowiec w bezpieczne zacisze. Dziś już nie. Nieszczęsna bulla stanęła pomiędzy księciem polskim i ołtarzem.
Poniżenie Bolesława stanowi szczytowe osiągnięcie cesarza Lotara. Przez trzydzieści lat Krzywousty urągał mocy niemieckiej, aż nareszcie pokonany, musiał ugiąć dumny kark…
 Osiągnąwszy cel Lotar, zbyt mądry, by przeciągać strunę (z szalonymi Polakami nigdy nie wiadomo), stara się księciu polskiemu osłodzić upokorzenie. Traktuje go jak równego sobie, każe oddawać mu honory monarsze, wyróżnia Bolesława spośród innych lenników. To ostatnie jest uzasadnione, gdyż Krzywousty pozostając suwerennym władcą Polski, złożył hołd tylko z Pomorza i z… wyspy Rany. Rany? Chyba to omyłka kronikarza? Wszak Rana nie należy ani do Bolesława, ani do Lotara? Ostrzą sobie na nią zęby Duńczycy, nękają wyspę ciągłymi najazdami, lecz Ranowie, jak dotąd, odpierają te ataki skutecznie. Otóż to nie jest omyłka. To jedno z mistrzowskich posunięć Lotara: Obdarowany książę polski płaci z otrzymanej wyspy Rugii wysoki trybut wiele lat wstecz(!), a pomiędzy Polską i Danią powstaje zarzewie nieuchronnej wojny…
Z woli Lotara następuje pojednanie między Sobiesławem czeskim a Bolesławem. To piękny widok: cesarz rzymski godzi zwaśnionych książąt słowiańskich. Lotar lubuje się w podobnej roli i promienieje łaskawie.
Przed odjazdem, zgodnie z obyczajem, Bolesław odprawia pielgrzymkę do Hildesheim, do grobu św. Godeharda, benedyktyna. Tam, wewnętrznie odrętwiały, odmawia liczne pacierze, składa bogatą ofiarę i otrzymuje relikwie.

Powrotna droga do Polski wiedzie przez Magdeburg. Bolesław chce bez postoju minąć złowieszczą miejscowość, lecz dostrzeżono go z wież, w grodzie biją wszystkie dzwony, z bramy wychodzi procesja z samym arcybiskupem na czele. Dostojnik wita z szacunkiem książęcego pielgrzyma i wiedzie do zamku.
Czy następca Norberta sądzi, że ucieszy tym Bolesława? Przeciwnie, Krzywousty wie, że jak honory okazywane mu w Merseburgu tak i tutejsza parada, są dokuczliwym szyderstwem, Lotarową przebiegłością: Patrzcie, jaki to potężny książę! Wiedzcie, że ten potentat niósł miecz przede mną i chylił się do mych kolan.
Dzwony wciąż biją. Magdeburg wspaniale przyjmuje gościa. Takiej uroczystości nie było od 150 lat, kiedy to biskup Adalbert witał księcia saskiego Hermana Billinga, obejmującego Marchię Północną. Obruszył się na to wówczas cesarz Otton I powiadając, że podobne hołdy należą się tylko monarchom… Obecnie zaś naiwny kronikarz świadek uroczystości nie rozumiejący uczuć Bolesława, dodaje z niechęcią:
„…a przecież książę saski osobistością swą stał wyżej niż ów Słowianin i cudzoziemiec…” (Annales Magdeburgenses anno 1135).
Lotar, dobry psycholog, bał się przeciągnąć strunę, poniżając nad miarę wasala. Podobnie arcybiskup magdeburski, spojrzawszy w twarz księcia polskiego ostatkiem sił dzierżącego się na wodzy, nie porusza sprawy bulli, z dn. 4 czerwca 1133 r. Norbert byłby poruszył. Nie bał się niczego i święcie wierzył w słuszność swych poczynań. Jego następca, ostrożniejszy, milknie.
Nareszcie powrót, nareszcie Polska. Nareszcie można zrzucić maskę kamienną z twarzy. Poczuć się dawnym sobą, jeśli w mocy ludzkiej jest zapomnieć… Tylko odpocząć, przemyśleć zaszłe wypadki nie można, bo nowa zamieszka dymi na wschodniej granicy. Miast o wytchnieniu, trzeba myśleć o wyprawie.
Ci, co ostrzegali Bolesława przed jego pupilem, Borysem, mieli słuszność. Ten kurdupel sprzedał książętom ruskim Wiślicę. Sprzedał za pieniądze ziemię swojego opiekuna i gospodarza! Rusini wpadli w głąb Polski, zajęli Wiślicę i przyległe grody, pustosząc okropnie kraj i mordując ludność.
Podobna zbrodnia nie może ujść bez pomsty. Cały naród domaga się ukarania Borysa i jego wspólników. Na ochotnika ściągają drużyny kmiece z okolic dotkniętych najazdem (Kronika Boguchwała). Choć wypadki, zachodzące równocześnie na Pomorzu, wymagają całej uwagi, a może i obecności Bolesława, książę polski zbiera swe drużyny, aby uderzyć na wschód.
Już jest rok 1136, bogaty w zdarzenia. Wśród nich jedno szczęśliwe i błogosławione: Innocenty II odwołał bullę dotyczącą Kościoła polskiego, jaką sam ogłosił przed trzema laty. Poznawszy właściwy stan rzeczy, papież uznał pretensje magdeburskie, za oszukańcze i mocą swego urzędu oddalił je raz na zawsze.

Władcy świeccy nie lubią odwoływać swych wyroków. Sądzą, że to uchybia ich powadze. Kościół, przeciwnie, nie waha się nigdy przyznać do błędu.
Zamknięty w izbie zamkowej Bolesław płacze z radości. Łzy spłukują narosłe w ciągu trzech lat gorycz i niewiarę. Bóg jest sprawiedliwy! I Kościół jest sprawiedliwy. Z miłością i skruchą Bolesław myśli o Ojcu Św., który pośpieszył naprawić krzywdę mimo woli wyrządzoną… Gniezno, czcigodna stolico! Nikt ci już nie zaprzeczy opiekuństwa nad polskim narodem!
Po’ pierwszym uniesieniu nadchodzą refleksje. Skąd powstała krzywda mimo woli wyrządzona? Papież znał sprawę od strony niemieckiej, nie znał jej od strony polskiej… Nie mógł znać, bo nie było w Rzymie ani jednego człowieka, znającego dzieje zmagań polsko- niemieckich w ciągu minionego półtora wieku… Co by się stało, gdyby zabrakło
mądrego prawnika, Jakuba ze Żnina, cieszącego się powagą, umiejącego wywód prawdy przeprowadzić i słuszności niezbicie dowieść… Strach pomyśleć, co by się stało…
Osobiste doświadczenie Bolesława, nauki Ottona, ostatnie zdarzenia, budzą myśli dawniej Krzywoustemu nieznane, nieprzeczuwane… Gdyby miał czas przed sobą (kończy pięćdziesiąt lat, nie taki znowu wiek, ale ostatnio czuje się czegoś bardzo stary), gdyby miał czas, począłby rządzić inaczej…

ROZDZIAŁ XXI
FALA OBMYWA OKRĘTY

Chromy (kulał od małego, temu zawdzięczał przydomek) był niegdyś cieślą okrętowym w Szczecinie i dobrze mu się wiodło. Na swe nieszczęście pobił raz starszego cieślę, którego dziewierz był kumem jednego z rajców grodzkich. Że cieśli nie brakło, a rajcowie są wielce czuli na obrazę, Chromego wygnano z grodu. Wzruszył ramionami na taką niesprawiedliwość, wziął za pas topór, do worka władował skublicę, czyli dłuto, strugałkę, młot ciężki, drewniany, świder doskonały, i ruszył od Dąbia na wschód, w puszcze bukowe, ciągnące się od Odry do Parsęty. W pobliżu tej rzeki, na pięknej suchej polanie zbudował chatę, wydrążył porządne czółno, pojął córkę bartnika za żonę i żył spokojnie, rad, że mu nikt nie przewodzi. Synów dochował się dwóch; działo się to dawno. W roku 1122 chłopy były już pod wąsem.
Zdarzyło się wtedy, że stare, dobre czółno Chromego zabrała wiosenna woda. Rzeka podniosła się nagle i porwała je wraz z drzewem, do którego było przywiązane. Chromy klął, bez czółna człowiek jak bez ręki. Niewiasta od dawna skwierczała, żeby płynął do Kołobrzegu po sól. Miał też co nieco skórek bobrowych i kunich na zbyciu. Czymże je zawiezie? Trudna rada, trzeba pomyśleć o nowym czółnie. Podczas gdy synkowie obsiewali rolę, on chodził po borze, upatrując stosownego drzewa. Ważna rzecz wybór. Od niego zależą przyszłego czółna chyżość, odporność, stateczność. Musi być dębina prosta, ani sękata, ani wichrowata, ani piorunem osmalona.
Drążono czółna nie tylko w dębowym drzewie. Wtedy wybór był łatwiejszy, robota lekka, bo topór sam szedł jak w masło. Ławki, skrzynie na ryby, dulki na paczyny wyrobione w tym samym pniu. Wszystko z jednego kawałka. Lecz Chromy, z młodości przywykły ciosać dębinę, przytaczał szydliwie przysłowie, że lipowym czółnem dziewkę młodemu wiozą, a jodłowym umarłych na żalnik spławiają. Niby, że lekkie to, poręczne, ale tyle ma właśnie mocy, co dziewka albo umarły. Dębina, choć ciężka, twarda do obróbki, odpłaci czas zmitrężony, bo wszystko wytrzyma, a im łódź starsza, tym lepsza. Jużci co partacz i z dobrego drzewa zrobi czółno chybotliwe, wywrotne, które po wodzie sunie jak świńskie koryto, ale Chromy partaczem nie był.
Natomiast inna pojawiła się przeszkoda. Stary kuśtykał wzdłuż brzegu w górę i w dół, a co który dąb widział mu się samoprawie, nie za gruby, nie za cienki, to na pniu bielało ciosno, a na ciosninie klejmo książęce wypalone. Książęce klejmo! Taki dąb ściąć, to lepiej od razu własną głowę na pieńku położyć… Kiedy tyle drzew nacechowano? Widocznie zimą, gdy od Chromych nikt nad rzekę nie zachodził, byli tu ludzie książęcy i wiernik, który wybierał i znaczył…
Drapał się cieśla markotnie w siwiejące kudły, nie wiedząc co począć. Dalej od rzeki gęstwina była nieprzebyta, a jeszcze dalej, oho… Wszak nie tylko zalety drzewa i dogodne położenie kierowały wyborem. Zachodziły tu sprawy ważniejsze. Chromy, którego nie owionęła jeszcze wiadomość o nowej wierze, oddawał cześć dębom, podobnie jak jego dziady i pradziady. Dęby według pojęć tego ludu bywały siedliskiem bogów. Bogowie ulubili sobie ich wyniosłość i krzepkość, nad które na ziemi nie masz nic trwalszego… Starodawny obyczaj pozwalał ludziom ścinać dęby, rosnące na skraju boru, niezbędne na budowę chaty albo czółna. Lecz rosnące w głębi puszczy, na polanie zieleniejącej niby oko wśród lasów, pojedyncze dęby — mocarze — są święte. O ich chropawy pień jelonek może do woli trzeć odrostki rogów, kiedy go swędzą na wiosnę. Cietrzew niech sobie tokuje między gałęziami, na konarach niech się czai ryś, niech w dziupli nocuje puchacz, niech dziki wokoło ryją murawę, wyjadając zeszłoroczne żołędzie — bogom to nie wadzi. Lecz człowiek niech się nie waży przychodzić tutaj z toporem.

Wiedział o tym cieśla, tym bardziej złościł się i klął, napotykając nad rzeką ciosna na każdym sposobnym drzewie. To już wszystka dębina do księcia należy, a ubogi siedlak nie ma z czego czółna wypalić?
Złość budzi zuchwałość. Któregoś dnia Chromy powiada do synów: — Ani wszystkich drzew nie zrachowali, ani ubytku spostrzegą. Uwiniem się skoro, a zetniem tego dąbczaka.
Starszy syn, po ojcu zwany Chromik, przywtórzył ochoczo. Młodszy ślepia wytrzeszczył i milczał. Dzieckiem lazł na drzewo do barci, zleciał z wysoka i mózg sobie utrząchnął. Odtąd zwano go Niezgułą. Robotny był, ale gapiowaty.
Natrudzili się do ósmego potu, rąbiąc bez wytchnienia, tuż przy samej ziemi. Niezguła pilnował nad rzeką, czy jaka łódź nie nadpływa.
Utrapienie było ze spuszczaniem dębu, żeby padając nadto drzew nie pogniótł, bo połamany gaj zdradzi. Ostatecznie wszystko poszło szczęśliwie. Pnisko ziemią zasypali, konary obcięte sprzątnęli, nie zostawili ani jednego wiórka, ani jednego kłapcia kory. Sam odrąbek pchnęli z wysiłkiem dalej, okrąglaki podłożyli, żeby wilgoci nie ciągnął, na kozłach z drągów daszek nad nim ze świerczyny upletli, od deszczu i śniegu chroniący.
Leżał tam sobie ścięty dąb dostojnie, niby witeź, czy kneź jaki, i przesychał. Powinien tak schnąć w cieniu ze dwa lata, ale Chromemu pilno było do czółna. Postanowił, że rok starczy. Rok minął. Nowe lato już się panoszyło, kiedy stary z chłopcami wziął się do roboty.
Dąb nieźle przesechł, zasypany pień zarósł do niepoznaki odrostkami dębowymi i trawą. Zbyli się lęku. Jeżeli teraz chwyci ich kto przy robocie, powiedzą: Będzie już dwa roki, jak wyłowilim tego dąbka z wody. Powódź go przyniosła. Patrzajcie, że całkiem suchy… Wyciągnęli kłodę z gąszczu, zepchnęli ją na wodę przytrzymując bosakami. Chromik na nią skoczył: kiwała się z boku na bok. Niedobrze. Stary kazał chłopcom przewrócić drzewo na drugą stronę. Teraz choć oba chodzili po kłodzie, uginała się tylko lekko, nie chybocząc wcale. Hej, czółno to będzie, czółno! Chłopcy zeszli na brzeg, ujęli bosaki. Stary zadowolony wlazł na ich miejsce, naraz jak się pochyli i jak nie wrzaśnie: — Lelum! Lelum! — Chyba utopca zobaczył? Gorzej niż utopca: Choć korę zdarli przed rokiem, choć drzewo ściemniało, klejmo wypalone, wodą obmyte, dotąd było widoczne na miazdze. Zamachnął się stary toporem, odłupał płat drzewa z tym znakiem obrzydłym, rzucił Niezgule. — Zniszcz to, a chyżo, żeby śladu nie zostało.

Teraz toporem naznaczył, dokąd się kłoda zanurza i znów ją wy-ciągli na brzeg. Pospieszali z pracą, bo złe nie śpi. Chromy przypuszczał, że książęcy dopiero zimą po lodzie przylecą spuszczać nacechowane drzewa.
Już wypalili całe wnętrze kłody, wyskrobali węgle. Stary skublicą suwał, drążąc kształt właściwy. Chromik według wskazówek ojca dziobał boki, a Niezguła był na posługi. Dobrze im szło, oni kuli, dzięcioły na drzewach kuły, kukułki wróżyły… Oj, niedolę wróżyły, bo któregoś ranka wychynęła zza zakrętu łódź, a w niej czterech zbrojnych. Przybili, aż zaszumiało. Jeden, co był w półpancerzu, wyskoczył pierwszy na brzeg, jak nie praśnie Chromego w zęby, poprawił raz i drugi, stary się zatoczył, padł, ten mu z wrzaskiem tka pod nos namokły strzęp drzewa, na którym… klejmo książęce…
To Niezguła, kiedy ojciec rzekł: Zniszcz, żeby śladu nie było — miast spalić czy zakopać, cisnął strużynę do wody. Przez to, że dzieckiem z barci zleciał i mózg sobie utrząchnął…
Wojak w blasze krzyczy, znęca się nad starym, pozostali biją chłopców, związali ich jak barany, rzucili na ziemię. Stary zamknął oczy, wcisnął okrwawioną gębę w trawę. Rozumiał, co się stało. Płynął ten opółek, płynął w dół, aż ktoś — zaraza, wyłowił i wiernikom książęcym pokazał… Szukały sprawcy, aż znalazły. Chromik zaciął się i milczy, a może go już ubili. Niezguła jęczy i szlocha. Dzięcioły kują, wilgi fiukają. Kukułka znów kuka… Umierać to umierać… Wnet ich powiązanych do wody rzucą albo na gałęzi obwieszą… ot dola… Krzyki jakoś przycichły. Stary zezem spoziera ostrożnie z trawy. Drużynnik w blasze ogląda zaczęte czółno.
Twoja robota? — pyta, kopiąc nogą starego pod żebro.
Moja — odpowiada Chromy.
Nie zapiera się. Ubiją ich, cokolwiek by powiedział.
Cieśla jesteś?
Ano.
Jednodrewkę wydłubać lada kiep potrafi… Łodzi to byś nie zładował?
I okręt zładowałbym! — mamle stary przez wybite zęby.
To czego w boru siedzisz i książęce dobro kradniesz?!
Nie wie stary, co odrzec, więc milczy. A niech już raz powieszą nie dręcząc, i zbyte. Wiernik (bo to wiernik był) medytuje, ciągnąc długie wąsy. Potem bardzo srogo rzecze:

Czółno kończyć chybko. Z książęcego drzewa, do księcia należy. Strażnika zostawię, żeby was pilnował i z czółnem przed księcia na sąd przywiódł… Książęce dobro zrabowałeś, psichwoście! — wrzasnął jeszcze i kopnął Chromego, aż w starym wątpia zagrały. Po czym ruszył do łodzi z dwoma zbrojnymi, a jeden został. Zawrócili w dół rzeki, odpłynęli.
Pobici nie śmieli się ruszyć. Bolała ich każda kość, każde ścięgno, każde włókienko ciała. Ale żyli! Nie utopiono ich, nie obwieszono… Żyli!
Słyszeliśta?! Wstawać i do roboty! — wydzierał się strażnik, od dziś ich dozorca. Rozwiązał ich, podźwignęli się z trudem, spuchnięci i posiniaczeni. On usiadł na ziemi i zażądał jeść. Wyciągnęli z krzaka garniec kwaśnego mleka i bochenek chleba. Wojak cmoknął wargami, wziął garniec między kolana, chleb rozłupał na dwie części, chlebem wybierał mleko i jadł.
Zećpał wszystko, co miało wystarczyć dla trzech na cały dzień. Zjadłszy czknął, uwalił się na trawie i zaraz zachrapał. Muchy łaziły mu po wąsach, wysysając resztki twarogu.
Widząc, że na dobre zasnął, Chromy z Chromikiem podsunęli się do Niezguły i wiele mieli sił, zaczęli go prać. Jego szczęście, ‚że tych sił im brakło. Uchylał łba, jęczał, ale się nie bronił, czując że jest winien. Kiedy osłabli, kazali mu biec do domu, powiedzieć matce, co zaszło, przynieść chleba, mleka, piwa, sera, placków, inaczej oni skapieją, a ten gad zbrojny oszczepem ich żgnie… Choć z nich trzech najgorzej pobity, powlókł się Niezguła, chlipiąc i siąkając nosem. Wojak chrapał. Ojciec z synem układli się również i zasnęli, cierpiący i głodni.
Spieszyli z robotą, choć strażnik nie nalegał wcale. Przeciwnie, chwalił sobie pobyt. Jadł za trzech i spał, nic nie robiąc, a to dla żołnierza najmilsze. Lecz Chromy siebie i syna poganiał, domyślał się, że książę potrzebuje ludzi do obróbki nacechowanego drzewa… Dobremu cieśli daruje winę, kiepskiego obwiesić każe. Przypominał więc sobie wszystko, co umiał, i wycackał, jak mógł, czółno, żeby się księciu udało.
Dnie już były kuse, kiedy spłynęli w dół rzeki: cieśla Chromy, jego syn Chromik i strażnik. Niezguła został przy matce, bo od czasu owego pobicia kwękał i nie mógł wydobrzeć. Nie dopływając do Kołobrzegu, w zakolu rzecznym ujrzeli mrowie robocze. Dziesięć kadłubów okrętowych w budowie stało na brzegu wsparte podporami, a cieśle kręcą się przy nich. Drugie tyle statków już gotowych, tylko jeszcze bez zaopatrzenia, kołysało się na wodzie kołacząc o siebie bokami, kiedy je fala zetknęła. Czekały na wykończenie, na maszt jodłowy, na dziób w piękne godło rzeźbiony, na ławy, ster, na osłony dla wioślarzy w razie bitwy. Opodal kamieniarze obrabiają kotwy. Nie te pospolite z kamienia przebitego otworem na powróz, lecz nowomodne z krzyżaków dębowych obciążonych stożkiem kamiennym, wszystko razem mocno oplątane liną. Robotnicy zwijają się żwawo, bo wiernik książęcy (ten sam, co przydybał Chromych) stoi na belce i patrzy, czy nikt nie próżnuje. Wokół zakola powstała cała osada, a to kołodzieje wyginający dębinę na wręgi, a to Smolarze mieszający smołę z pierzem lub wełną do uszczelniania boków statków, a to powroźnicy, a to tkacze. Całkiem nowe podgrodzie, tyle że od grodu odległe. Są i kowale kujący haki do bosaków. Nic więcej bo do budowy okrętów nie Iza używać żelaza. Woda i drzewo żelazu przeciwne. Do przybijania klepki używa się kołków z miękkiego drzewa, rozklinowanych po wbiciu kawałkiem dębiny.
Strażnik powiódł Chromego z synem do wiernika. Onże poznał ich od razu, fuknął, że zbyt wiele czasu zmarnowali, zeszedł nad rzekę oglądnąć czółno i zaraz posłał obu do roboty przy zaczętym statku. Na odchodnym pogroził im jeszcze księciem i sądem, ale już nie bali się wcale.
Tak oto cieśla Chromy i syn jego przezywany po ojcu Chromikiem zostali wciągnięci bezwolnie w dzieło podjęte przez księcia Racibora na żądanie Bolesława Krzywoustego księcia polskiego, który zapragnął mieć Polskę silną na morzu. Trud mięśni starego i młodego cieśli, zmyślność ich działania, przyczynią się do zrealizowania tej wielkiej sprawy, mającej i dla nich znaczenie, lecz obaj o tym nie wiedzą i nigdy się nie dowiedzą.
Krzywousty nie mówił niczego na wiatr. Pamiętał rozmowę prowadzoną niegdyś z młodym Raciborem, zakładnikiem. Nie zapomniał również uroku, jaki nań rzuciło morze przed laty, gdy pobity odchodził spod Kołobrzegu, przysięgając sobie, że wróci zwycięski. No i dotrzymał. Posiadał Pomorze. Lecz każdy rok utrwalał w nim przekonanie, że Polska nie będzie panią na własnych ziemiach, jeśli nie zawładnie morzem, i począł tworzyć armadę. Doskonałe narzędzie znalazł w Raciborze. Ten rzeki kiedyś żartem o sobie, że zostanie królem morskim i przydomek „król morski” przylgnął do niego na stałe.
Pomimo jednak zapału i środków, jakich nie szczędził Bolesław (Topi miłościwy książę skarb, topi… — wzdychał komornik krakowski), praca posuwała się wolno. Spędziwszy siła ludu, można niezły gródek wybudować w kilka miesięcy. Na stworzenie floty trzeba długiego czasu. Nie pośpieszysz, bo drzewo ścięte powinno wyschnąć, cieśle muszą deski parzyć i naginać, a to mozolna robota. Zresztą nie dosyć mieć okręt. Trzeba go obsadzić dobraną załogą. Rolników lub drwali, bojących się wody, wychować na żeglarzy. Toteż, podczas gdy topory stukały równocześnie w pobliżu ujścia Wisły, Parsęty, Dziwnej, Racibor na statkach wziętych od Warcisława ćwiczył ludzi, uczył ich morza i wszystkich spraw jego, chytrości morskiej i zasadzek. Ochotników zgłaszało się wielu, zwłaszcza zza Piany, gdzie coraz ciężej było ludziom żyć. Racibor wybierał z nich samych najzdatniejszych. Po nauce żeglarsko- wioślarskiej przychodziła kolej na naukę walki. Boć nie do kupieckich wędrówek miały służyć one okręty, ale do boju. I nie minęło parę lat, a Duńczycy, Norwegowie i Szwedzi jęli się uskarżać na zbójeckie napaści korsarzy słowiańskich, atakujących ich statki na morzu lub grody nadbrzeżne. Wszyscy kronikarze skandynawscy piszą o tym z oburzeniem, a to Racibor zaprawiał swoich ludzi do morskiego rzemiosła.
Dziesięć lat minęło od czasu, gdy cieśla Chromy został zagnany do budowy okrętów. Bolesław Krzywousty przeżywał w Merseburgu najgłębsze swe upokorzenie, zaś Racibor syn Swiętóbora, dumny i szczęśliwy, zarządził dla wszystkich swoich pracowników odpoczynek i ucztowanie. Dzieło wieloletnie było zakończone. „Król morski” dowodził flotą złożoną z czterystu wyposażonych w sprzęt i ludzi statków i rozglądał się za sposobnością wypróbowania jej zalet bojowych.
Długo nie czekał. Polityka cesarza Lotara owocowała, ledwo zaszczepiona. Gdy książęta duńscy, obecni na zjeździe merseburskim, powiedzieli swemu królowi Erykowi Emmune o złożeniu przez Bolesława hołdu z wyspy Rany, Eryka mało zła krew nie zalała. Przysiągł, że nie dopuści do wylądowania Polaków na wyspie, do której on tylko ma prawo. Pieniądze wypłacone przez Bolesława jako danina z Rany (za dwanaście lat! Ha! Ha! Ha!) książę polski może uważać za stracone.
Oburzenie króla podziela metropolita Asger. Dania, nie kto inny, posieje Słowo Boże na pogańskiej niwie wyspy. Rana dawno jest włączona do ziem metropolii Lund.
Aby okazać Bolesławowi, kto na morzu panem, Emmune postanawia nie mieszkając uderzyć na wyspę.
Powiadomiony o tym Racibor naradza się z bratem, co czynić? Posyłać do Bolesława po rozkazy? Nim goniec wróci, Duńczycy mogą już być tutaj…
— Czyń, jak chcesz — odpowiada Warcisław zniechęcony. Zatarg Bolesława z Danią na pewno na nim się skrupi. Król duński i tym razem nie zdobędzie Rany, lecz nie omieszka spustoszyć grodów pomorskich… — Pytasz, co począć? Masz statki, czuwaj na morzu!
Racibor, urodzony dowódca, powiada:
Morze — szeroki gościniec, łatwo się na nim rozminąć… Będę strzegł Dziwnej, król zaś pójdzie na Kołobrzeg lub Wołogoszcz… Jeżeli wszędzie zostawię część sił, a Eryk uderzy całą mocą w jedno miejsce, moi nie zdzierżą. Utracę okręty i sławę.
Cóż więc zamierzasz? — pyta Warcisław zaniepokojony, że brat odpłynie z flotą do bezpiecznego Gdańska, zostawiając go samego.
Po mojemu — odparł Racibor — trzeba ich najazd uprzedzić.
W końcu września 1135 r. „król morski” rozbił duńską flotę, płynącą ku wyspie Ranie, wszedł śmiało w cieśninę między Szwecją a Zelandią i spadł jak jastrząb na nie spodziewające się napaści Roskilde. Stolica duńska została doszczętnie zniszczona.
Zuchwały najazd wstrząsnął światem skandynawskim. Dowód tego dają ówczesne kroniki: „Anno 1135 Roskylde devastata est a Sclavis” — piszą Annales Ludenses, „Roskild deuastata a Slauis” — notuje Chronicon Danici pod datą 1135; Anrtales Waldemariani, Annales Nestredienses i Annales Sorami powtarzają: „Roskilde zniszczone zostało przez Słowian. Zburzono również zamek Haralda w Roskilde” (co znaczy, że Pomorzanie zdobyli nie tylko miasto, lecz i gród).

W drodze powrotnej Racibor stoczył parę pomyślnych utarczek z okrętami królewskimi, zdążającymi na odsiecz i powrócił do Kamienia. Bogate łupy zabrane z Roskilde rozdał wojom i załogom na zachętę i dobry początek. Był szczęśliwy. Eryk nierychło pojawi się na naszym wybrzeżu — zapewniał brata, który milczał, jak gdyby odniesione zwycięstwo było dlań rzeczą obojętną. Warcisława trapiły ostatnio złe przeczucia, czy ukryte kłopoty, o których nie mówił nikomu. Otoczenie widziało, że książę od jakiegoś czasu chodzi frasobliwy, ale przyczyny zmartwienia nie znano. Nie poznano jej i później, gdy na początku 1136 roku, książę pomorski Warcisław, mąż w pełni sił, zginął zamordowany we śnie w gródku Słup (Stołp) nad Pianą. Zabójcy nie udało się odnaleźć. Jedni przypisywali zbrodnię pobudkom politycznym, inni osobistej zemście (Warcisław był jurny, lubił popaśnice i na tym tle miewał nieprzyjaciół), kronikarze domyślali się ręki pogańskiej.
„Doznał on niemałego oporu, ze strony tych, co przyjęli Ewangelię z niechęcią i dla pozoru, od nich też został ostatecznie i zdradziecko zamordowany, w czasie snu, we wsi Stołp nad Pianą…” (Kantzow).
Warcisław pozostawił dwóch nieletnich synków, Bogusława i Kazimierza. Starszyzna pomorska ogłosiła Racibora opiekunem małych książąt, co Bolesław Krzywousty jako suweren zatwierdził. Swobodny dotychczas „król morski” został Wielkim Księciem. Krzywousty zmianę na tronie pomorskim poczytywał za korzystną. Warcisławowi nie wierzył, twierdząc uparcie, że ten chytrek zdradzi go, gdy tylko zdarzy się ku temu okazja, Raciborowi zaś ufał. Było to szczególnie ważne obecnie, kiedy w związku z zamierzoną wyprawą ruską zachodnie ziemie Polski znajdą się ogołocone z sił wojskowych. Na Raciborze spocznie obowiązek obrony Polski i własnego księstwa.
Bolesław wezwał zięcia-regenta do Gniezna i uradzali nad położeniem.
Eryk duński, pałający gniewem za zniszczenie Roskilde, zechce niewątpliwie wykorzystać wojnę ruską, by uderzyć na wybrzeże… Do Eryka dołączy się zapewne Albrecht Niedźwiedź… Albrecht, bestia przeklęta!… — Bolesław zwierał pięści z pasją, wzburzony wiadomościami, jakie go ostatnio doszły z Niemiec.
Niestrudzony cesarz Lotar motał tam nadal swe dalekosiężne nici. Jako odszkodowanie dla biskupstwa bamberskiego za straty poniesione wskutek podróży apostolskich biskupa Ottona, ofiarował tamtejszej kapitule dochody z ziem należących (rzekomo) do margrabiego Albrechta. Odnośny dokument brzmiał:

…za zgodą i odstąpieniem swych praw przez naszego wiernego margrabiego Albrechta, którego marchia obejmuje granicami ziemie, których nazwy, na co posiadamy dowody, podobało się nam wymienić, to jest: Groświn wraz z Rochowem, Leszany, Międzyrzec i Sitne, oraz Trzebiatów i przekazać najdroższemu naszemu Ottonowi i przyszłym biskupom bamberskim.” (Hasselbach, Codex Pomeraniae).
Czytelniku, spójrz na załączoną mapę, a pojmiesz wzburzenie prostolinijnego księcia polskiego. Wymienione w powyższym akcie grody i obszary, Trzebiatów, ziemia Rochowska, Leszany, Międzyrzec, Groświn, czyli dziedziny Wkrzanów i Wieletów, nie sąsiadowały zgoła z posiadłościami Albrechta Niedźwiedzia! Od czasów wyprawy Krzywoustego na Odrę, w r. 1121, i późniejszego wypadu Warcisława na ziemię Wieleckie w r. 1128 (gdy to biskup Otton zdjęty litością wykupywał od niego jeńców) — wchodziły one w skład księstwa pomorskiego. Lotar przyjąwszy od Krzywoustego daninę z Pomorza, uznawał tym samym jego prawa posiadacza. Granicę zachodnią Pomorza stanowiła rzeka Piana. I ten sam cesarz, w niecały rok później, oddawał szereg grodów pomorskich biskupstwu bamberskiemu, zaznaczając, że czyni to za zgodą ich właściciela margrabiego Albrechta! Cóż to znaczyło? Złośliwy żart w rodzaju Zagłobowych Niderlandów? Bynajmniej. To były dalekowzroczne plany. Dla margrabiego i cesarza owładnięcie ujściem Odry stanowiło cel jutrzejszego podboju. Niewiarogodny dokument, pozbawiony na razie wszelkiego praktycznego znaczenia, spocznie w archiwum cesarskim i doczeka chwili, gdy czas nada mu szacowność; gdy, w braku zaprzeczenia, stanie się dowodem, iż ofiarowane Bambergowi ziemie stanowiły iście własność margrabiego… Imię szlachetnego, bezinteresownego Ottona, wplecione niby szyderstwo w kłamliwą tkaninę, podkreślało obłudę donacji.
Nie Iza tego ścierpieć! — burzył się Bolesław. — Trza by iść tam i przypomnieć całemu światu, czyje są te ziemie. Albrechtowi odjąć ochotę do łgarstwa! Nie masz pilniejszej nad to sprawy! Cóż pocznę? Kiedyś trzymały mnie Węgry, teraz Ruś… Bodaj niemieckich mataczy piekło pochłonęło!
Racibor uspokajał teścia.
Niech łżą, wiele chcą, prawdy nie odmienią. A pobijecie Ruś, przyjdzie kolej na Albrechta… Póki, dam sobie radę. Albrecht bez Eryka nie uderzy, okrętów nie mając, a Erykowi gdyby się ruszył, przypomnę Roskilde…

W parę miesięcy później poselstwo Ranów przyniosło Raciborowi wiadomość, że Eryk Emmune gromadzi siły morskie duńskie, norweskie i szwedzkie, by zdobyć wyspę i najechać Pomorze. Ranowie ofiarowywali Wielkiemu Księciu przymierze, co Racibór chętnie przyjął. Cnoty bojowe Ranów były znane, a ich ścigłe lekkie statki mogły być cenną pomocą. Wierny swej taktyce wyprzedzania zamysłów nieprzyjaciela, Racibor na czele floty polskiej i rańskiej wyruszył na morze.
Konungahela, wielkie miasto portowe nad ujściem rzeki Gótaelf, na pograniczu Szwecji i Norwegii, przypominało Wolin z czasów największej świetności słowiańskiego grodu. Bogate targowisko międzynarodowe, odwiedzane licznie przez kupców greckich, ruskich, niemieckich, italskich. Przed kilkunastu laty miasto przeżyło okres zabobonnej trwogi. Wściekły wilk, wpadłszy do grodu, pogryzł wiele psów, które wściekły się również, pokąsały swoich panów i ci wściekli się z kolei. Widziano ich biegnących przez miasto z pianą na ustach, krwią w oczach i sztywnym karkiem, rzucających się na każdego spotkanego… Posądzono ich o wilkołactwo i taki strach padł na Konungahelę, że połowa mieszkańców uciekła. Przez dłuższy czas kupcy bali się przyjeżdżać i gród upadł znacznie. Wówczas król norweski Sigurd, zdjęty litością nad tym zubożeniem, wzniósł w mieście kościół pod wezwaniem Sw. Krzyża i obdarzył relikwią, jaką przywiózł z Ziemi Świętej, mianowicie drzazgą Prawdziwego Krzyża oprawiony w złoty relikwiarz. Kościołowi darował również płytę spiżową złoconą, wysadzaną drogimi kamieniami, otrzymaną od greckiego cesarza, i księgę „plenarium” pisaną złotem, dar patriarchy bizantyjskiego.
Z przybyciem relikwii ustąpił zły czar, ciążący nad miastem. Wilkołacy przestali straszyć po nocy mieszkańców. Kto uciekł, powracał tłumnie. Przebyte lęki już nie odsuwały, ale przeciwnie, przyciągały obcych, ciekawych tej opowieści. Miasto w krótkim czasie nie tylko odzyskało dawne bogactwo, ale powiększyło je znacznie. Niestety, niedługo to trwało. Współczesny tym wypadkom kronikarz skandynawski, Snorre Sturla-son, w dziele zatytułowanym Heimskringla (Okrąg świata) pozostawił opis upadku Konungaheli:
„Król duński Eryk oraz arcybiskup Asger przysłali wiadomość, że Słowianie są w drodze z wielką wyprawą, bijąc i odnosząc ciągłe zwycięstwa. Grodzianie bezmyślnie nie zatroszczyli się o to, zapominając tym więcej, że czas upływał…

Tymczasem w dniu św. Wawrzyńca [10 sierpnia 1136 r.] w czasie sumy podpłynął pod Konungahele król słowiański Racibor, wiodąc sześć i pół seciny statków. Na każdej łodzi mieściło się 44 zbrojnych i po dwa konie. Dunimysł nazywał się siostrzeniec króla, Unibor był wojewodą. Ten prowadził ze sobą wielu ludzi. Dwaj wojewodowie wpłynęli we wschodnie ramię rzeki [Gótaelf]… i podeszli pod samo miasto. Reszta stanęła w zachodnim ramieniu rzeki. Przybili do lądu przy palach portowych i wysadziwszy na ląd konnych, kazali im okrążyć miasto od strony Bratsas… Einar zięć Andrzeja [kanonika, proboszcza od Sw. Krzyża] wszedł do kościoła, gdzie naród był zebrany na sumie, i oznajmił, że do miasta zbliża się wojsko na wielu łodziach, a liczna jazda pojawiła się od Bratsas. Ludzie orzekli, że konnicę prowadzi król Eryk, który im zapewni pokój. Wielu jednak pobiegło do miasta pilnować swego dobytku, a uzbroiwszy się zeszli na pomost. Tam spostrzegli, że to nadciągnął wróg z nieustraszoną armią. Przy pomoście stało dziewięć statków kupieckich ze wschodu, naładowanych towarami. Słowianie przybili do nich. Kupcy bronili się dzielnie, zanim ulegli… Mieszczanie, patrzący z pomostu, uciekli do miasta, a stamtąd do grodu.
Ludzie pobrali swe kosztowności… Solweig [żona proboszcza] z córkami oraz inne kobiety zdołały ujść na wieś… Słowianie wysiedli na ląd. Jedni skoczyli do miasta, drudzy rzucili się na statki kupieckie. Wyciągali wszystko, co mogli zabrać ze sobą. Potem spalili statki i podłożyli ogień w mieście… Po czym wszyscy obiegli gród [cytadelę, zamek].
…Solweig przybyła do Solbjargu i opowiedziała, co się dzieje w mieście… Tedy wycięto wojenną strzałę i posłano do Skurbargi, a tam wielu biesiadników siedziało przy uczcie… Olwer o szerokiej gębie wyskoczył, chwycił tarczę, hełm i wielki topór… — Chodźmy na pomoc — wołał — bo zdałoby się haniebne brzuchy tu piwem napełniać, gdy zacni mężowie są w niebezpieczeństwie… Wielu odpowiedziało, że w ten sposób znajdą śmierć, a mieszczanom nie pomogą… Olwer rzekł: Pójdę sam. Pobiegł do miasta… Otoczyli go poganie. Zabił sześciu, a sam pozostał nieruchomy w fosie. Dwu naczelników, Sigurd syn Gyrda i Sigard, nadeszli z sześciuset ludźmi do Skurbargi. Tutaj Sigurd zawróci! z drogi z czterystu ludźmi (mało go później szanowano i niebawem zmarł), Sigard zaś z dwustu udał się do miasta i walczył tam z nieprzyjacielem i poniósł śmierć ze wszystkimi swoimi ludźmi…”
Słowianie, zdobywszy port, obiegli gród, który był bardzo obronny. Całe miasto płonęło, tchnąc na zamek oraz oblegających dymem i żarem. Proboszcz Andrzej zachęcał swoich do mężnej obrony. Przy proboszczu walczył jego wychowanek, Jan Lobston, który następnie, jako naoczny świadek, przekazał kronikarzowi Snorremu przebieg okrutnego najazdu: „Grodzianie bronili się włóczniami, następnie miotali kamienie… Potem rzucali bierwionami, gdyż nieostrożnie wyzbyli się w pierwszej walce strzał i kamieni… zauważywszy, że zmniejsza się zapas bierwion, zaczęli dzielić każde polano na dwoje. Z obu stron wiele było zmęczenia i ran…”
Choć walka zacięta trwa, Unibor zwraca uwagę księcia na rozszczepiane polana, dowodząc, że oblężeni nie mają już broni.

…Król [Racibor] ofiarował oblężonym pokój. Mieli oni zatrzymać swoje obleczenie i wszystko, co zdołają unieść.
…gdy padł Semund Matrona [dowódca załogi], pozostali uradzili… przystać na poddanie grodu. Była to bardzo zła rada, gdyż poganie nie dotrzymali słowa. Wzięli w niewolę wielu mężów i kobiet, wielu też zamordowali… Wdarli się do kościoła Sw. Krzyża i ograbili… Król Racibor oddał proboszczowi Andrzejowi kościół i tabernakulum i Święty Krzyż, płytę carogrodzką z ołtarza i księgę pisaną złotem oraz czterech księży. Poganie mimo to podpalili kościół i domy w grodzie.”
Racibor rozgniewany rozkazał pożar ugasić, lecz gdy zeszedł ze starszyzną do portu, poganie: „…przebili dach kościoła, rzucili do środka płomień i spłonął cały gmach.
…gdy jeńcy zostali wykupieni i wrócili do Norwegii do dobra swojego, mniejszego już zażywali dobrobytu. Wielki port handlowy Konungahela nigdy nie wrócił do takiego stanu, jak przedtem…”
Flota polsko-rańska powraca do kraju. Fale zmywają krew zaschłą na burtach. „Król morski” Racibor, choć zwycięzca, jest markotny. Nie powinien chrześcijanin sprzymierzać się z poganami przeciw chrześcijanom… Nie powinien! On, wódz, obiecał mieszczanom norweskim życie i mienie, a rozwścieczeni Ranowie rzucili się na bezbronną gromadę, jednych zabili, innych wciągnęli na swe statki jako łup… Wstyd! On sam, książęcym mieczem musiał bronić świętej Drzazgi Krzyża przed poganami, znęconymi złotym relikwiarzem… Zabronił tknąć kościoła, a oni weszli przez dach i podpalili wnętrze. Gdy spostrzeżono dym, za późno było ratować. Kościół spłonął. Racibor czuje się rozdarty między pobratymstwo krwi a pobratymstwo wiary. Które ważniejsze?
Różne myśli snują się po głowie wodza, gdy stoi na pokładzie, patrząc w roztocz morską, słuchając gadania fal. Na widnokręgu nie pojawiają się żagle niczyje, od majaczących w dali wysp nie odbijają okręty. Na jak długo starczy postrach, wywołany wkroczeniem nowej morskiej siły? Wiele czasu pokoju zapewni?
Postrach niemały. O zniszczeniu Konungaheli głośno będzie w całym świecie. Zdumieją się grody ruskie, greckie, gdy niedobitki załóg korabi kupieckich powrócą do swoich. Pono nigdy jeszcze cudzoziemska flota nie wdarła się w ujście rzeki Gótaelf… Miejscowe walki skandynawskie toczono tam nieraz, lecz nie było obcej inwazji… Dania przestała być wyłączną panią na Bałtyku. Czerwone żagle osłabną w swej bucie… Przeciwstawiają się im nie korsarze z wyspy Wębry, lecz mocna, książęca flota, która osłoni przed wszelką napaścią słowiańskie wybrzeże…
Mewy, zwiastunki lądu, polatywały, piszcząc nad zmarszczoną tonią. Wioślarze aż kładli się w ławach, radzi dopłynąć co rychlej do brzegu. Racibor cieszy się również. Zobaczy wnet żonę, dzieci… Każdy się cieszy, gdy wraca do domu. Nie powinno się palić domów niczyich. Słowo dom znaczy to samo, co pokój… Pokój? Powiadają, że w lata pokoju przygasa sława rycerska, przeto rycerzowi milsza ma być wojna. Racibor jest rycerzem, a pomimo to nie może się oprzeć myśli, że pokój byłby cenniejszy od sławy… Dziwaczna myśl, naszeptana przez falę, która obmywa okręty…

ROZDZIAŁ XXII
ZMIERZCH POKOLENIA

Bolesław szalał na Rusi, uważając za swój obowiązek przykładnie ukarać najeźdźców. Wprawdzie Połowców, którzy srożyli się w Polsce, nie zastał („…złe sumienie mając, ukryli się wraz ze zwierzętami po lasach i kniejach…” [Kadłubek, Kronika]), lecz zdobył i spalił Włodzimierz, oraz spustoszył kraj. Jego wojsko odpłacało, jak mogło, krzywdy Wiślicy.
„…nie szczędzą miast, grodów, wsi, nie przebaczają nikomu… nie tyle nawet we krwi, ile w wyniszczeniu całej trzody [plemienia] szukając chluby… Mściwy miecz z jednej strony rozwartą pochłania paszczą… z drugiej płomień wszystko chłonący zamienia w perzynę… Na próżno tamujesz bieg strumyka, rzucając pierze, a u zaciekłego miecza daremnie szukasz przebaczenia…” (j.w.).
Oczekująca Krzywoustego po powrocie wiadomość o zwycięskiej wyprawie Racibora na Konungahelę ucieszyła jego serce jako zapowiedź odmiany złej doli, co się go ostatnio czepiła. Odzyskał swój dawny zapał i natychmiast jął snuć plany wyprawy za Odrę, przeciw Niedźwiedziowi.
Nauczony doświadczeniem, Bolesław postanowił działać tym razem ostrożnie i przewidująco. Nim ruszy na zachód, musi upewnić się co do stanowiska Czechów. Pojednanie z księciem Sobiesławem, dokonane w Merseburgu, na żądanie cesarza Lotara, nie wydawało mu się dostateczną rękojmią. Wszczęto wzajemne układy, zakończone szczęśliwie porozumieniem. Czesi zrzekli się nareszcie pretensji do Śląska, starej polskiej dzielnicy, krwawiącej nieustannie od ich najazdów. W r. 1137 w Kłodzku zawarty został pomiędzy Sobiesławem czeskim a Bolesławem polskim sojusz wieczystej, braterskiej przyjaźni. Dość zwad, krwawych wojen, wzajemnych napaści, krótkich okresów miru i przewlekłych swarów, powstających ilekroć zwada pomiędzy Polakiem a Czechem na rękę jest cesarzowi niemieckiemu. Sojusz, którego potrzeby nie dostrzegłby chyba ślepy, sojusz łączący dwa największe państwa słowiańskie, doniosłe to i wielkie zdarzenie.
Lotar, przebiegły mąciciel, nie przeszkodzi już porozumieniu. Pociągnął z potężną armią do Italii przeciw „papieżowi z getta” i Rogerowi normandzkiemu. Jak zwykle, ilekroć przychodzi mu walczyć orężem, a nie chytrością, Lotar ponosi porażkę. Antypapież Anaklet włada w dalszym ciągu połową Rzymu.
Roger II król Normanów połączył w jedno drobne księstewka normandzkie i jako wasal antypapieża włada państwem, sięgającym od Sycylii aż do Rzymu. Pod Salerno w bitwie z Rogerem Lotar traci połowę swych wojsk, a pozostała połowa szemrze. Cesarz decyduje się wracać do Niemiec, omijając Rzym, w którym Anaklet posiada silne stronnictwo. Już na granicy bawarskiej pochód wojsk zostaje wstrzymany, gdyż siedemdziesięcioletni cesarz czuje, że umiera.
Następcą swym mianował towarzyszącego mu zięcia, Henryka Pysznego, saskiego, lecz zjazd książąt zebrany po jego śmierci nie uznał tego wyboru, podobnie jak niegdyś Lotar nie uznał woli Henryka V. Królem obrano Konrada Hohenstaufa, syna odrzuconego wówczas Fryderyka. Będzie panował jako Konrad III.

Pomiędzy Odrą a Łabą zgon Lotara wywołał zrozumiałą radość. Konsekwentny to był prześladowca. Od czasów Ottona I nie miało cesarstwo władcy, który by równie mocno wierzył, że ziemie słowiańskie są przeznaczone na własność niemiecką i wiarę tę czynem popierał. Radość była krótkotrwała, a nadzieja, że śmierć Sasa zmieni cokolwiek w położeniu Słowian — złudna. Lotar umarł, lecz Albrecht Niedźwiedź żyje, a Henryk Lew, syn Henryka Pysznego, dorasta.
Natomiast wśród stronników prawowitego papieża Innocentego II śmierć Lotara budzi szczere przygnębienie. Któż teraz przywróci ład na Stolicy Apostolskiej? Król normandzki i kardynał Pierleoni zdają się być silniejsi niż kiedykolwiek. Nieugięty, płomienny Bernard, opat z Clairvaux, ujmuje sprawę w swoje ręce. On wprowadzi Innocentego II do Rzymu.
Wieczystą przyjaźń polsko-czeską zawartą w Kłodzku przypieczętuje uroczystość rodzinna. Władysław, najstarszy syn Krzywoustego, będzie ojcem chrzestnym syna Sobiesława. Jadą wspaniale do Pragi, Bolesław Włodzisławowic i Władysław Bolesławowic, wioząc bogate dary dla nowo narodzonego i jego rodziców. Władysławowi towarzyszy żona Agnieszka, córka margrabiego Leopolda z Austrii, przyrodnia siostra Konrada Hohenstaufa, świeżo obranego królem. Ta młoda kobieta, dotychczas nijaka, od chwili tego obioru odmieniła się zdumiewająco. Pycha z wywyższenia rodzinnego uderza z każdego jej gestu i mowy. Cedzi słowa wzgardliwie, jak gdyby sama była cesarzową. Polacy są w jej oczach barbarzyńcami, własny los małżonki polskiego księcia godny pożałowania. Wychwala głośno wszystko, co niemieckie, gani wszystko, co słowiańskie. Rycerze polscy i czescy, słuchając, trącają się drwiąco łokciami. Bolesław z trudem hamował gniew, patrząc na potulność Władysława, który ani śmiał poskramiać żonę, ani jej w czymkolwiek zaprzeczyć. — Tfu! mój naślednik… — wzdychał. „Władysław znakomity przywilejem pierworództwa… dumny, pomijając, że wystawny… tym smutniej postępował, czym rozkoszniej żonie ulegał… Niełatwo bowiem nad żoną utrzymać górę, gdy się jej raz panować pozwoli…” (j. w.).
Przez parę niedziel hucznie obchodzono chrzciny. Po powrocie Bolesław nie mógł, jak zamierzał, podjąć wyprawy przeciw Albrechtowi, ponieważ obłożnie zachorzał.
Zrazu lekceważył tę pierwszą w swoim życiu niemoc uważając ją za przemijającą, wynikłą z przydługiego biesiadowania i bezczynności. Choroba się przewlekała; przyszła rozdeszczona jesień. — Niech tę zgniłość ściśnie mróz, a zaraz mnie słabość odejdzie — zapewniał książę swoje otoczenie. Jesienne szarugi minęły, na dziedzińcu usłała się ponowa, mróz iskrzył wybieloną ziemię. Za oknami błyszczały sople lodowe, zwieszające się z dachu. Poprawa w zdrowiu nie nadchodziła. — Byle do wiosny — pocieszał się chory. I tak bym zimą wyprawy nie czynił. Wiosną, ino mnie mokry wiatr owieje, skoczę na konia jak przody… — Wiosna nadeszła, pękały lody na rzekach i pąki na drzewach. Powietrze stało się miękkie, wonne i upajające… Wróble wrzeszczały pod okapem. Na kalenicy dworca zasiadły w swym zeszłorocznym gnieździe bociany i Krzywousty słyszał ze swojej izby ich klekot. Za oknami dawno znikły sople lodowe, za to jaskółki śmigały niby czarne strzałki. Poprawy w zdrowiu nie było. Przeciwnie…
Bolesław nigdy nie spoglądał do zwierciadła, co czynią tylko niewiasty lub dworskie chłystki. Po wzroku odwiedzających domyślał się jednak zmian zaszłych w jego obliczu. Zimową porą komnata była mroczna, Obecnie zalewał ją jasny dzień, ujawniając wyniszczenie chorego, jego żółtą cerę, zapadłe oczy i zaostrzony nos. Zależnie od swych rzeczywistyeh uczuć, przybyli po wyjściu z komnaty płakali lub uśmiechali się ze skrytym zadowoleniem.
Jakaż to niemoc powaliła Bolesława? Współcześni powiadali z przekonaniem: urok. Potwierdzały tę diagnozę objawy choroby i próby w rodzaju rzucania węgli na wodę. Urok nie wiadomo kiedy, nie wiadomo przez kogo zadany, a zatem do odczynienia niemożliwy.
Bo, gdyby znać gada, co zazionął, przywlec, zmusić do odwołania przekleństwa… Hej, porwałby się książę na nogi, zdrów jak był poprzednio… Każdy podobne wypadki widywał, chętnie o nich opowiadał, cóż kiedy brakło najlżejszej poszlaki mogącej na trop winowajcy naprowadzić.
Jak nie urok, to trucizna, jad powolnie działający, na chrzcinach praskich przez któregoś z gości niemieckich zadany… Żelazny organizm Piasta zmagał się z trutką, aż uległ. Co mu było w rzeczywistości, nie wiemy.
Czasem chorego, leżącego na łożu niby na tratwie odbijającej od brzegu, porywało dawne życie. Racibor, zięć ulubiony, siedząc przy wezgłowiu teścia, opowiadał wesoło o świeżej wyprawie Eryka Emmune na Ranę.
Zawzięta sztuka — mówił. — Sądzilim, że ze dwa lata będzie cicho siedział. On zasię znowu zebrał wielką siłę. Powiadają, że miał 1100 okrętów… Wiary temu dać trudno, ale tak ludzie prawią. A cichcem to wszystko zebrał, oporządził, nikt nie wiedział kiedy. Ranowie dobrze się strzegą, a tego nie wy wąchali. Dali mi znać dopiero, kiedy król już wlazł na wyspę, otoczywszy ją ze wszystkich stron. Ruszylim zaraz, Dunimysł cieśniną, od Strzałowa, żeby opłynąć Ranę od zachodu, ja z Uniborem od wschodu troszezylim się, żeby nie umknęli… Aliści suniemy, baczymy, nikogo. Dojeżdżamy do wyspy, Ranowie na brzegu stoją,” za brzuchy się ze śmiechu trzymają. Był król, był — powiadają. Statków, jak mrowieć w lecie, ludzi ćma. Otoczyli Korenicę, Arkonę…
Zdobyli Arkonę? — pytał chory ze zdumieniem. Przygasłe oczy zabłysły po dawnemu. Tak, to życie wołało nań, silnym, męskim głosem.

Miasto zdobyli, bo ludziom wodę odjęli. Przekopali przesmyk między Jasmundem a Witowem. Nie było wody, chyba morska. Wzięli miasto. Grodu ze świątynią — nie! Kto by wziął… Arkona! Trza by mieć skrzydła orłowe, żeby ją zdobyć… Nawet tego nie próbowali, śpiesząc się bardzo. Układy z grodzianami toczyli, a straże tylko na morze patrzyły, czy nie nadpływamy. Powiedzieli ludziom: patrzcie, ilu nas jest. Opór tu daremny. Obiecajcie, że przyjmiecie chrzest Św., a wnet odjedziem… Ranowie obiecali, bo ich dręczyło pragnienie i kwapili się do wody. Był z królem duński biskup, który miał zostać i świętej wiary poganów uczyć… Otworzyli bramy, wojsko się rozstąpiło i ciżba skoczyła do wody, a biskup nad nimi wymawiał święte słowa, na brzegu stojąc… Król zadowolony patrzył. Jesteście już chrześcijanie i moi poddani. Jam wasz pan i władca. Po czym spiesznie odpłynął z całą flotą, zostawiając tylko jedną łódź dla biskupa i paru księży, którzy mieli odjechać później, gdy ludzi wiary świętej nauczą i kościół wzniosą. Cóż, kiedy ledwo królewskie statki zniknęły z oczu, Rany jak żaby wyskoczyły z wody (opili się już do syta) i powiedzieli, że wcale nie są ochrzczeni, tylko kąpieli zażywali, a biskup niech precz odjeżdża, bo go zła śmierć może spotkać… Co miał począć nieborak?… odjechał. Na to my przybylim. Tak się skończyła wyprawa na Ranę. Dobrze teraz pilnuj em, żeby się nie powtórzyła druga niespodzianka. A Ranów trzeba ochrzcić po ludzku, z ich wolą, bo to wstyd, że poganami wciąż są.
Racibor umilkł, gdyż chory zamknął oczy. Zadrzemał czy osłabł? Udana wesołość znikła z twarzy pomorskiego księcia. Wpatrzył się w lica teścia nieledwie z rozpaczą. Taki człowiek, a widać, że śmierć mu do gardła sięga…
Bolesław podniósł z trudem powieki.
Gadaj dalej — prosił. — Powiadałeś, że Ranów trza ochrzcić?…
Jużci co trzeba — podjął książę z ożywieniem. — Ochrzcić i przygarnąć, bo to prawe, dzielne wojaki, tyle że pogany… I nasi są, Słowianie, a nie Duńczyki… Co im do Duńczyków należeć. Ot, gdyby wtedy biskup Otto miast Adcera o zezwolenie pytać, prosto z Dymina na Ranę płynął, pewnie by ich do wiary nakłonił. Trza Ottonowi podobnego męża szukać… Już mówiłem o tym z naszym biskupem, Wojciechem. Ino wyzdrowiejecie, panie teściu, trza to będzie podjąć…
Ino wyzdrowieję, ino wyzdrowieję…
Rok chorował Krzywousty. Rok — to krótki okres czasu, gdy się jest rycerzem, wodzem; gdy na koniu, z wiernym mieczem zwanym „Żurawiem” u boku, przemierza się cwałem dziedzinę od granicy do granicy. Czas mija wtedy szybko jak woda w potoku i zawsze go mało i zawsze go brak, i zawsze człowiek opatruje się ze zdziwieniem, że nie wiedzieć kiedy minęła jedna, a przyszła nowa pora…

Lecz gdy się leży bezsilnie w barłogu, z trudem mogąc unieść głowę, a zarazem umysł pozostaje przytomny, pamięć bystra, jeden rok przedstawia ogrom czasu, rozleglejszy niż pięćdziesiątka przeżyta poprzednio. Czasu, którego było mało, stało się aż nadto. Możesz teraz, Bolesławie, synu Marsa i wilczycy, wspominać dawną twą sławę; w stu bitwach zwycięski, raz tylko jeden poniosłeś klęskę, w wąwozach karpackich. Biłeś Niemców, Duńczyków, Węgrów, Ruś, Czechów, Prusów… Drżeli ludzie na dźwięk twego imienia… Zawsze dumny, raz tylko zostałeś upokorzony…
(…Odchodzącemu ze świata obojętne są słowa i duma, obojętne jak zwleczona szata…)
Więc wspominaj do woli wszystko, coś uczynił, a czegoś zaniedbał, w czym byłeś praw, a w czym winien… Co się stanie z twoim państwem, dziełem twego życia? Jak twoi synowie pokierują ojcowizną?
…Synowie! Wszak przejmą lada dzień z jego dłoni brzemię spraw, zadań, odpowiedzialności, obowiązków, niebezpieczeństw, trudu, które się władaniem Polską nazywa… Czy temu podołają? Czy wiedzą, że to nie radość być księciem, ale ciężka dola, której nie zechciałby oracz spokojny? On, Bolesław, panował 36 lat, dopiero pod koniec pojmując, na czym rządy polegają… A oni?
Skąd mogą wiedzieć? Nie przyuczał ich zawczasu, uważając wciąż za dzieci. Od czasów gdy biskup Otton ganił obojętną surowość, z jaką książę polski, niegdyś jego wychowanek, traktował synów — w ojcowskim stosunku nic się nie zmieniło, choć dzieci wyrosły na mężów. Po dawnemu Bolesławowi brakło na to czasu. Dopiero teraz, kiedy go powaliła przeklęta choroba, po raz pierwszy przyglądał się im uważnie, usiłował rozpoznać każdego. Przychodzili codziennie złożyć mu winny szacunek i stali przy łożu onieśmieleni, przestępując z nogi na nogę, z przyzwyczajenia zastrachani, jak gdyby leżący zdechlak mógł być jeszcze dla kogokolwiek groźny. Dopiero teraz — nie śmieszneż to? — Bolesław wyrabiał sobie o każdym z nich zdanie. Jednego Władysława poznał wcześniej, czasu nieszczęśliwych chrzcin. Przekonał się wówczas, że ów „wystawny” mąż, jest skończonym niedołęgą. Jego uległość żonie maluje człowieka. Tchórz! Niemcy będą rządzili za niego! Wydziedziczyć, przepędzić razem z tą jędzą Agnieszką Leopoldówną! Władysław, najstarszy, to jeden. Drugi Bolko także urodziwy. Czupryna mu się kręci niby wełna na baranie, spada na czoło i ramiona, z racji tych kudłów zwą go Kędzierzawym. Pochlebcy, których już nie brak wokoło młodych dziedziców, mówią o „lwiej grzywie” Bolka… Jaki on lew? Spod kędziorów spoglądają tępe, łagodne oczy wołu, przy tym jest pono leniwy i gnuśny. Dopiero na trzecim z kolei Mieszku wzrok ojca spoczywa z zadowoleniem. Ten ci jest prawy Piast. Bystre oczy, sklepione czoło, mocne szczęki, barczyste ramiona… Czemuż urodził się trzecim?! Temu jednemu powierzyłbym księstwo. Co uczynić, aby ten po mnie panował?… Czwarty, Henryk, uczciwy, rycerski, ale nie stateczny.
Rwie go w świat, między obcych. Po co? Szedłby z krzyżowcami do Ziemi Świętej. Bolesław nie pragnął nigdy opuszczać swego kraju. Ostatni, Kazek, dobre, miłe pacholę. On jeden, witając ojca, garnie się ku niemu serdecznie. Ależ to dzieciuch, co można wiedzieć, jakim byłby księciem…

Synowie stali posłusznie, czekając, aż ojciec odprawi ich ruchem ręki. Kłonili się wtedy głęboko, całowali tę dłoń prawie trupią i z nie tajoną ulgą opuszczali komnatę. A Bolesław zostawał sam, ze swoimi dumaniami. Póki rok temu myślał: gdy wyzdrowieję, uczynię to i tamto… a nawet w jakiś czas później, kiedy mawiał: jeśli wyzdrowieję… — nie żarła go troska o państwo, dopiero gdy pewność, a potem nadzieja, ustąpiły przekonaniu: już nie wyzdrowieję, obawa o przyszłość Polski stała się paląca. Który z dziedziców zadba należycie o całość granic, o morskie wybrzeże, o Pomorze, o Zaodrze? Czemuż nie zabierał tych odrostków ze sobą na wojenne wyprawy… Czemuż nie poznali i nie pokochali morza? Czy sądził, że będzie żył wiecznie? Którego zostawić dziedzicem?
…Jednego chcesz uczynić księciem — pytało sumienie — a reszta? Cóż oni? W mnichy mają pójść czy na wygnanie, czy ich może oślepić każesz? — Wzdryga się chory. W ciemni nocy przed oczyma staje zjawa: braterska twarz… krwawe jamy miast oczu… Milczy… nie skarży się, nie grozi… Brat…
Tyle lat minęło, tyle pokuty odprawionej, łez wylanych. Zbrodnia odpuszczona, winowajca rozgrzeszony, a przecie zapomnieć nie można.
Z ręki Bolesława zginęło niemało ludzi, ale to było w uczciwej rycerskiej walce.
Podobnie, gdy skazywał przestępców lub buntowników na śmierć czy ślepotę, jak ukochanego niegdyś Skarbimira, czuł się surowym, ale sprawiedliwym sędzią. Nie o siebie mu wtedy szło, ale o państwo. Zbigniewa dał katom nie jak sędzia lub wojownik, ale jak człowiek zdradziecki i podły… Więc nie dziw, że wszystko inne wydaje się błahe w porównaniu z tą zjawą męczeńską, okaleczoną z woli i rozkazu brata…
mu wtedy szło, ale o państwo. Zbigniewa dał katom nie jak sędzia lub wojownik, ale jak człowiek zdradziecki i podły… Więc nie dziw, że wszystko inne wydaje się błahe w porównaniu z tą zjawą męczeńską, okaleczoną z woli i rozkazu brata…
…Takież dziedzictwo pozostawia synom?! Już słyszy szepty dworaków, kładących w młode uszy: Wasz ojciec tak właśnie postąpił, a przecież wszyscy go chwalą… Wielkim był księciem… Uczcie się! — Jemu, Bolesławowi, podobnie mówiono… Jeżeli on wówczas posłuchał, czemu nie mieliby usłuchać jego potomkowie? Więc znów to samo? Z pięciu jeden wyróżniony, reszta pokrzywdzona, zawistna… Więc znów bratobójcze walki, wzajemna nienawiść. Nie dopuść tego, Boże Wszechmogący!

Arcybiskup Jakub ze Żnina, z rycerskiego rodu Pałuków, przybywa, wezwany na radę. Codziennie spędza długi czas przy łożu księcia, rozważając wspólnie zawiłość spuścizny. Jak połączyć dobro i jedność państwa ze sprawiedliwością względem członków rodu? Jak zapobiec przyszłym walkom między braćmi? Arcybiskup wykładał uczenie, przy- 284
taczał różne formy rządu, stosowane jeszcze przez starożytnych lub w czasach obecnych. Bolesław wysiłkiem woli podtrzymywał mdlejącą uwagę, słuchając łacińskich wywodów mądrego prawnika.
Wynikiem tych narad stał się testament Krzywoustego.
Testament ten miał połączyć szczęśliwie potęgę państwa, sprawiedliwe wyposażenie dynastów oraz poszanowanie wiecznie odżywających dzielnicowych odrębności. Pozornie wykluczające się cele rozwiązywał jak następuje:
Każdy z czterech Bolesławowiców otrzymał jedną dzielnicę jako własność dziedziczną, nienaruszalną. Władysław — Śląsk i Ziemię Lubuską, Bolko — Mazowsze, Mieszko — Wielkopolskę, Henryk — Sandomierszczyznę i Lubelskie po rzekę Bug. Środkowy obszar Polski, obejmujący ziemię krakowską, sieradzką, łęczycką i część Kujaw, testament wydzielał, uznając tę dzielnicę za podstawę władzy i siły każdorazowego księcia panującego. Tym suwerenem, wielkim księciem, panem feudalnym rządzącym młodszymi braćmi, miał być zawsze najstarszy członek rodu Piastów, czyli senior; stąd cały ustrój nosił nazwę senioratu. Na siedzibę seniora przeznaczono Kraków, który od tej pory stawał się prawną stolicą państwa polskiego. Wobec obcych mocarstw senior występował jako jedyny, niepodzielny władca. Młodzi książęta, zwani juniorami, nie mieli prawa wszczynać na własną rękę wojny z żadnym z sąsiadów, zawierać sojuszów lub odrębnych układów. Stosunek ich do seniora miał być stosunkiem wasali, zaś seniora do juniorów stosunkiem ojcowskim. Pracowicie opracowany schemat, acz nazwany w testamencie „nienaruszalnym i wieczyście trwać mającym”, nie ostał się długo. Były w nim błędy rażące, widoczne od razu. Ustrój nie ograniczał dalszego rozdrabniania dziedzicznych księstewek pomiędzy spadkobierców juniorów. Uznając seniorem najstarszego członka rodu, bez ustalenia pierwszeństwa tej czy tamtej Unii, gotował przyszłe zaciekłe rywalizacje. Zagadkowo wygląda pominięcie piątego syna, Kazimierza. Trudno brać poważnie anegdotki kronikarzy (Kadłubek), jakoby Bolesław zapytany, czemu go wydziedziczył, odparł, że czterej starsi to zaprzęg, Kazimierz zaś będzie woźnicą, lub że miał sen proroczy zwiastujący wielką przyszłość najmłodszego.
Równie zadziwiający jest brak starań o koronę ze strony Krzywoustego. Miał wszelkie prawo, by o nią zabiegać, tak pod względem rodu, siły, jak posiadanego obszaru. Lotar sprzeciwiałby się temu wszelkimi środkami, lecz Bolesław nie był człowiekiem ustępującym z góry przed czyjąś intrygą. Nie posiadamy zaś żadnych śladów, aby w ogóle wszczy­nał staranie w sprawie koronacji. Czy jako realista, obojętny na tytuły, nie doceniał wagi sakry? Czy nie chciał zabiegać o względy hierarchii polskiej, od której aż do ostatnich lat życia trzymał się z daleka? Czy zabobonnie uważał, że korona nie przyniosła szczęścia ani Mieszkowi II, ani Bolesławowi Szczodremu? Jakiekolwiek były przyczyny — pobłądził.

Korona bowiem stanowiłaby jedyny czynnik, mogący zapewnić trwałość opracowanemu przez niego i uczonego Jakuba ze Żnina ustrojowi. Korona wzmogłaby powagę seniora, wyodrębniając go spośród rzeszy krewniaków.
Podpisawszy przytomnie ostatnią swoją wolę, uroczyście zaprzysiężoną przez wszystkich dostojników polskich, duchownych i świeckich, zatwierdzoną przez Ojca św. — Bolesław Krzywousty umarł dnia 28 października 1138 r. i pochowany został w ojcowej katedrze w Płocku. Wyborem miejsca wiecznego spoczynku kierowały zapewne wspomnienia spędzonych tu lat dziecinnych i młodzieńczych.
„…chcesz wiedzieć, kim był Bolesław? Posłuchaj! Był to drugi Aleksander, drugi Kato, drugi Tuliusz. Nie mniejszy od Alcydy, lecz większy Achilles od samego Achillesa…” (Kadłubek, Kronika).
Naiwna frazeologia budzi uśmiech, lecz wyrażane przez nią uczucia żalu i podziwu były szczere, a dzieliło je całe społeczeństwo. Krzywousty jest ostatnim z szeregu wielkich Piastów Zdobywców, ostatni władca Polski, co rozumiał wagę Pomorza i ujścia Odry dla istnienia Polski, ostatni, co troszczył się o Słowian zaodrzańskich.
Z jego śmiercią nad tymi ludami zawarła się również mogiła.
W poprzedzających rozdziałach czytelnik napotykał często powtarzające się imiona osób odgrywających pierwszoplanowe role w opisywanych zdarzeniach. W okresie 1136—1140 dobiegł końca jeden akt wielowiekowej tragedii i aktorzy zeszli ze sceny. Ustąpili miejsca nowym i młodszym zespołom, które niezwłocznie podejmą przerwany dialog.
Tak więc w r. 1136 umarł Warcisław, książę pomorski; rok później szczwany kunktator, cesarz Lotar. Również w tym roku, wkrótce po wyprawie na Ranę, o której opowiadał teściowi Racibor, zginął Eryk Emmune, król duński, zamordowany przez rycerza jutlandzkiego w czasie Landestingu (zjazdu) w Ribe. W 1138 umarł Bolesław Krzywousty „większy Achilles od samego Achillesa”. W tymże 1138 r. zmarł w Rzymie posępny antypapież Anaklet II Pierleoni, silny posiadanym złotem, pokonany ostatecznie przez ubogiego mnicha Bernarda z Clairvaux.
Niebawem poszedł za nim Innocenty II, nie zdążywszy nacieszyć się odzyskaniem stolicy. Nie żyli już św. Otton, Dobry Pasterz, ani arcybiskup magdeburski Norbert, kanonizowany przez Kościół za surowe ascetyczne życie. Wszyscy oni, wypełniwszy zlecone im przez Opatrzność role, odeszli, by nigdy na widownię nie powrócić. Rozgłos wywołany przez ich czyny dobre, mądre, szlachetne lub nędzne, niegodziwe i głupie, trwał czas pewien, niby kręgi rozchodzące się na wodzie po wrzuconym w nią kamieniu, aż osłabł, ucichł i zgasł. Równocześnie z nimi zeszła ze świata niezliczona rzesza ludzi bezimiennych, ubogich, „nieurodzonych”, rzesza będąca właściwą twórczynią wymienionych poprzednio dokonań i zdarzeń. Uprzywilejowani rozkazywali, rzesze wykonywały. Nic nie powstało bez ich cierpliwego trudu, choć nie im przypadała zasługa.

ROZDZIAŁ XXIII
ZIEMIA DRŻAŁA NA ICH WIDOK..

Statut ułożony przez Bolesława Krzywoustego i uczonego Jakuba ze Żnina, określający prawa dziedziczności Piastów, nazwany „wieczystym” ostał się nienaruszony… — trzy lata. Wnet potem wybuchła wojna między najstarszym synem, Władysławem, a jego młodszymi braćmi. Wojna, której uniknięcie było celem owego statutu.
Agnieszka Władysławowa, póty wytykała ulegającemu jej mężowi niezupełność jego władzy, poty szydziła nazywając go:
„…półmężczyzną, półksięciem, dziedzicem na ćwierci morga” (Kadłubek), aż uwierzył jej słowom i zapragnął panować nad braćmi. Nie bez winy była również jego macocha, matka pozostałych książąt, Salomea, hrabianka bergeńska. Świekra i żona, acz obie Niemki, nienawidziły się wzajem i jątrzyły, jak mogły. Dwie jędze potrafią, gdy zechcą, wywołać zamęt nie lada. Wojna rozgorzała, bezlitosna jak wszystkie wojny domowe. Biskupi i większość rycerstwa opowiedziała się za juniorami; Władysław wezwał na pomoc przeciw nim pogańskich Prusów, po czym zwrócił się o ratunek do cesarza. Mimo interwencji tego ostatniego, Władysław, pobity, musiał uciekać z kraju. Oboje z żoną wierzyli, że cesarz ponownie, a skuteczniej, ujmie się za sprawą swej przyrodniej siostry. Konrad obiecywał pomoc szczerze, (jak wszyscy jego poprzednicy chętnie wkraczał w wewnętrzne spory sąsiadów, zaznaczając tym swoje zwierzchnictwo), opóźnił się jednak z wyprawą. Dopiero w sierpniu wojska niemieckie ruszyły na Śląsk, silnie broniony i obwarowany. Bojąc się jesieni, pomny na los Henryka V, Konrad zawrócił, obiecując wygnańcom, że podejmie kroki wojenne następnego roku. Tymczasem jednak wszystkie umysły pochłonęła sprawa większego zasięgu i los Władysława oraz jego zbyt ambitnej i próżnej żony poszedł w zapomnienie.
Wielkim księciem krakowskim został drugi z kolei syn Krzywoustego, Bolesław, zwany Kędzierzawym, uczciwy, lecz pozbawiony rozumu politycznego i umiejętności władania. Rządzili za niego inni. Naruszony przez Władysława statut ojcowy przestał obowiązywać, władza przeszła w ręce biskupów, wielmożów i młodszych książąt. Powiększające się rozbicie dzielnicowe sprzyjało niewygasłym tęsknotom plemiennym poszczególnych ziem. Znaczenie Polski w świecie, jej powaga i moc, podniesione wysoko przez Krzywoustego, runęły, aby nierychło się dźwignąć. Skutki tego stanu rzeczy miały być gorzkie i nieodwracalne.

Przybysław i Niklot… były to dwa straszliwe potwory, chrześcijan prześladowcy. Jeden rządził krajem Wągrów i Połabian, drugi Obodrzyców” — pisał Helmold w roku 1131.
W dwanaście lat później Przybysław już nie żył. Przed śmiercią odstąpił swe ziemie księciu saskiemu Henrykowi Pysznemu. Książę Niekłót trzymał się jeszcze w Zwierzynie, powołując się, jako krewny Kruta, na prawa dynastyczne do księstwa obodrzyckiego.
Pokoju na jego zachodniej granicy nie było.
„…z powodu zajęcia Sasów innymi rzeczami [wojna domowa w Saksonii] wściekłość Słowian zapaliła się, jakby zerwawszy wędzidła… Ziemia Falderska [Holzaci] w pustynię zamieniona została wskutek codziennego zabójstwa i rabunku…
…Henryk… [Pyszny], zebrawszy tajemnie wojsko Holzatów i Szturma-rów, wszedł porą zimową do ziemi słowiańskiej i napadł na tych, co byli jakoby pale w oczy Sasów powbijane, i zadał im wielką klęskę. Mówią tu o ziemi pluńskiej [płońskiej], lutyleńburskiej [lucińskiej], i aldenburskiej [starogardzkiej] i o całym kraju, który się poczyna od rzeki Swale i zamyka się Morzem Bałtyckim i rzeką Trawną [czyli Wagrii].” (Helmold, Kronika Słowian).
W październiku 1139 r. umarł Henryk Pyszny, a dziedzictwo po nim objął małoletni jego syn, Henryk Lew. Opiekunowie chłopca sprzedali zniszczoną Wagrię za wielką sumę pieniędzy hr. Adolfowi holsztyńskiemu, zaś kraj Połabian ze stolicą w Racesburgu ks. Henrykowi z Badewidu.
„…Adolf zaczął odbudowywać zamek Siegeberg i murem go opasał. Że zaś ziemia była spustoszona, rozesłał gońców do wszystkich krajów, do Flandrii, Holandii, Utrechtu, Fryzji i Westfalii, wzywając wszystkich,
którym ziemi do uprawy brakło, żeby przybywali ze swoimi rodzinami i obiecał dać im ziemię wyborną, rozległą, urodzajną, obfitującą w ryby, mięso i dogodne pastwiska. Holzatom zaś oraz Sturmarom powiedział: — Czyście to nie wy podbili ziemię Słowian i nie kupili jej krwią braci i ojców waszych? Bądźcie więc pierwsi, przesiedlajcie się do tej ziemi pożądanej, zamieszkujcie ją, używajcie jej rozkoszy, wam bowiem należy się to, co jest w niej najlepszego… Na ten głos powstały niezliczone tłumy z różnych narodów i zabrawszy swe rodziny i dobytek, przybyły do kraju Wągrów do hrabiego Adolfa, objąć w posiadanie ziemię obiecaną.” (j.w.).
Głodujące na ubogiej i ciasnej ziemi gromady Walonów i Fryzów śpiewały, wędrując na wschód:
„…Nąer Oestland wollen wy ryder, naer Oestland wollen wy mee…”
Jedynie wybrzeże morskie, mniej urodzajne, narażone na ciągłe napady zbójów morskich z wyspy Wębry (dziś Fehmarn) nie pociągało kolonistów, pozostawiających chętnie ten skrawek ziemi Słowianom. Resztki wagryjskiego ludu, „najmężniejszych niegdyś mężów słowiańskich” (Helmold) miały stanowić dla przybyszów ochronę przed korsarzami. „Aldenburg, [Starogard], Lutilenburg [dawny Lucin] oraz inne ziemie do morza przylegające, hrabia [Adolf holsztyński] zostawił Słowianom na mieszkanie i dannikami ich swoimi uczynił…” (j.w.).
W latach 1140—1149 tym wąskim paskiem wybrzeża zarządzał z ramienia Holsztyńczyka poganin Rogala (przez kronikarzy niemieckich zwany Rochel), pochodzący z książąt rańskich.

Adolf holsztyński był spokojnym, ostrożnym człowiekiem; Niekłót zawarł z nim przymierze, dogodne dla obu stron. Dzięki temu układowi Adolf miał granice Wagrii zabezpieczone od napadów słowiańskich, Niekłót zyskiwał uznanie swych praw do ziemi obodrzyckiej.
W Italii i Francji sprawował nadal rząd dusz niespożyty opat z Clair-vaux, Bernard, zwany światłem Europy. Jego autorytet wciąż wzrastał. Nieustraszony, nie liczący się z nikim prócz Boga, Bernard mówił każdemu w oczy prawdę bez ogródek. Piętnował zbytek, wymyślność stroju, obfitość jadła biskupów i opatów; książętom i królom wypominał ich wykroczenia przeciw Prawom Bożym. „Biada tym, co trzymają w ręku klucze władzy i wiedzy!” — wołał, nie wahając się udzielać ostrych napomnień nawet papieżowi. Papieżem był Eugeniusz III, dawny Bernardowy uczeń i jego korny wyznawca, mnich z zakonu cystersów. Pontyfikat tego papieża był trudny, bolesny. Miasto Rzym ogłosiło się niezależną republiką pod kierownictwem Arnolda z Brescji i nie przyjęło Eugeniusza, który odepchnięty od swojej stolicy, rezydował w Viterbo, następnie wyjechał do Francji. Nie to jednak było dla niego najcięższe.
W r. 1144 całym chrześcijaństwem wstrząsnęła wiadomość, że Edessa, klucz do Królestwa Jerozolimskiego, została odebrana krzyżowcom przez muzułmanów.
Od czterdziestu lat ludy chrześcijańskie żyły legendą zwycięskiej wyprawy krzyżowej. Dalekie nazwy: Antiochia, Edessa, Sydon, Akra, stały się znajome, uważano je za wrota do Jerozolimy i świętej wioski Nazaret.
W opowieściach pielgrzymów, wracających z Palestyny, w relacjach rycerzy, którzy brali udział w walkach z niewiernymi, krzyżowcy przedstawiali się jako heroje, ich władztwo jako niewzruszalne, miejsca święte jako cudownie strzeżone. Bogata zdobycz wojenna, świetne zbroje muzułmańskie oraz zwożone • do Europy przez kupców italskich przedziwne wyroby Wschodu potwierdzały te mniemania. Piękną baśń rozbiła brutalnie wiadomość o utraceniu Edessy.
Wiadomość przywiózł do Rzymu biskup syryjski i odsłonił całą prawdę. Królestwo Jerozolimskie nie jest mocne, jest śmiertelnie zagrożone. Toczą je wewnętrzne spory, rywalizacje, nieład i rozpusta. Muzułmanie ochłonęli z dawnego lęku przed Frankami, lekceważą sobie skłóconych baronów. Muzułmanie pod wodzą Nured Dina są silniejsi, niż kiedykolwiek bywali, Latyńcy zaś słabną z każdym rokiem. Jeżeli w najbliższym czasie nie nadejdą z Europy tęgie posiłki wojskowe, Jerozolima zostanie wzięta. Grób święty wpadnie znów w ręce pogan.

Papież, kardynałowie, opat z Clairvaux bledną, słuchając tej straszliwej zapowiedzi. Utracić Miejsca Święte! Na toż je odzyskano nadludzkim wysiłkiem narodów, krwią wielu setek tysięcy chrześcijan? Utrata Ziemi Świętej byłaby ciosem dla Kościoła. Wszystkie siły należy wytężyć, by zebrać nowe zastępy krzyżowców i na ratunek pośpieszyć!
To uczyni Bernard z Clairvaux. Oto zadanie, jakie na niego czekało. Dla tej misji się urodził. Sam Bóg powołał go do tej roli. Z wizją zagrożonej Jerozolimy przed oczami, płomiennousty rusza w świat. Niestrudzenie przemawia, wzywa, nakazuje, gromi, błaga, modli się, porywa. Jego słowa to lawa, nikt się im nie oprze. On sam to płonąca żagiew. Udział w krucjacie przedstawia słuchaczom jako drogę do Nieba, odmowę udziału, jako niezawodne potępienie. Gdzie nie dotrze osobiście, śle listy, memoriały. Każdy postój, izba, komnata, poddasze, czy cela, stają się kwaterą wodza, z której rozsyłane wici sięgają do odległych krajów chrześcijańskich, do Irlandii, Polski… Pod słowem „poganie” Bernard widzi Saracenów, przebiegłych wojowników zagrażających Jelrozolimie, uosabiających w jego pojęciu szatana. Czemuż sam nie może walczyć! Rycerski syn, z rozkoszą chwyciłby za miecz. W uniesieniu traci miarę, wpada w akcenty bliższe Koranu niźli Ewangelii. Cóż, jest dzieckiem swej epoki. Pisze:
„…zabijanie pogan byłoby godne potępienia, gdyby istniał inny sposób usunięcia ich szkaradzieństwa i odjęcia im możności uciskania chrześcijan… w stanie obecnym lepiej wyrżnąć to plemię niż widzieć miecz ich zawieszony nad głowami wiernych… Dobry rycerz, wytracając pogan, pracuje dla Chrystusa. Zabijając ich, nie jest mężobójcą, ale »malicide«, czyli zabójcą zła… Śmierć pogan jest jego chwałą, będąc Chrystusową chwałą…” (De laude novae militiae ad milites Templi).
Argumenty Bernarda trafiają do serc słuchaczy. Coraz liczniejsze rzesze składają śluby krzyżowe. Wszyscy żądają, by opat z Clairvaux stanął na ich czele. Stary zakonnik odrzuca kategorycznie tę myśl.
Nie jemu przystoi oręż. Święte zastępy winni poprowadzić królowie.
W Vezelay we Francji, na wielkim zjeździe całego kraju, zdają się odżywać niezapomniane dni, kiedy w Clermont papież Urban II ogłaszał pierwszą krucjatę, a Piotr z Amiens rozpalał swą wymową serca, jak to dzisiaj czyni Bernard. Są obecni: papież Eugeniusz III, francuscy biskupi i kardynałowie, król Ludwik o przydomku Młody, z królową Eleonorą, wszyscy francuscy książęta, diuki i rycerze. „Biada temu, czyj miecz nie opłynie krwią niewiernych!” — woła Bernard. Papież ogłasza odpust zupełny dla krzyżowców. Na żądanie opata z Clairvaux król Ludwik, przyjąwszy wraz z małżonką krzyż, kasuje wszelkie wyroki i kary. Nawet najwięksi zbrodniarze, złodzieje i nierządnice mogą odkupić swe grzechy, uczestnicząc w wojnie świętej. Płoną głowy i serca. Milczy rozsądek. Atmosfera cudów otacza Bernarda. Cuda rzeczywiste, niewątpliwe tryskają wokoło niego, co nie jest dziwne, bo gdzie wiara, tam są cuda. Prądy nieznanej energii przyśpieszają procesy przyrody, ożywiają zwiędłe tkanki, budzą, co zda się zamarłe. Przeto widzą ślepi, biegną chromi, odzyskują władzę członków paralitycy. Początek drugiej krucjaty otacza cudowność jak obłok, co wiódł Mojżesza. Pozostać obojętny na wezwanie znaczy okazać się złym chrześcijaninem, sługą czarta i nikczemnym tchórzem.
Zapał rośnie, rozsądek nadal milczy. Żaden z przyszłych krzyżowców nie wyciąga nauki z doświadczeń pierwszej krucjaty, mimo że żyją jeszcze ludzie, co brali w niej udział. Nikomu nie przychodzi na myśl zajrzeć do kronik opisujących jej dzieje, zastanowić się bodaj nad wyborem drogi. Bernard, genialny organizator siedemdziesięciu klasztorów, tutaj nie zabiera głosu. Wierzy, że byle wojsko krzyżowe ruszyło, Duch Święty sam je oświeci, co należy czynić.

PZ Vezelay natchniony opat udaje się do Niemiec, by w Spirze spotkać cesarza Konrada. Szczęśliwy, że zakończył nareszcie wojnę z przeciwnikami Hohenstaufów, Konrad nie ma najmniejszej ochoty zostawać krzyżowcem. Któż by się jednak oparł wymowie Bernarda! Wraz z cesarzem biorą krzyż Henryk Lew, Albrecht Niedźwiedź, wielu innych książąt, biskupi i arcybiskupi. Król Roger normandzki zgłasza swój udział i ofiaruje okręty, by przewieźć krzyżowców do Ziemi Świętej. Zgłaszają się królewicze duńscy Swen i Kanut, zgłasza się książę czeski Władysław, oraz smutny wygnaniec, były książę krakowski i śląski, Władysław Bolesławowie.
(Chce być przy cesarzu, by mu przypominać niespełnione obietnice). Na wieść o tym jego bracia Bolesław i Mieszko (zwany później Starym) ślubują również, by nie okazać się gorszymi od brata. Bernard dziękuje Bogu, płacząc z radości. Dokonał zamierzonego dzieła, poruszył Europę. Przez wszystkie kraje chrześcijańskie grzmi stary okrzyk: — Bóg tak chce!! Drżyj, pogański Wschodzie!
Uniesienie powszechne jeszcze nie opadło, a już szatan, wróg wyprawy, daje znać o sobie. W południowych Niemczech nieznany zakonnik Rudolf wzywa ludność do mordowania Żydów jako pogan i wrogów Chrystusa. Podniecone tłumy chętnie podchwytują hasło. Zaczynają się pogromy.
„…w Moguncji spalono w domach półtora tysiąca Żydów… W Wormacii mieszkańcy getta popełnili zbiorowe samobójstwo z obawy przed chrześcijanami. W Trewirze matki izraelskie zabijały własne dzieci, byle je przed przymusowym chrztem uchronić…” (Otto Freisingensis, De gęsta imperatońs Frederici).
Bernard przybiega osobiście na wieść o tych zbrodniach. Potępia publicznie i wygania Rudolfa, broni prześladowanych. Pomimo to:
„…w tym okresie zginęło w Bawarii kilkanaście tysięcy Żydów” (W.A. Maciejewski, Żydzi w Polsce).
Duch Święty opóźnia się z radą i między czołowymi krzyżowcami, królem francuskim i cesarzem niemieckim zaczyna się spór o dowodzenie wyprawą. Ponieważ żaden z nich nie podda się pod rozkazy drugiego, postanawiają prowadzić swe wojska osobno i toczyć walkę według własnego uznania. Przyszłość okaże niebawem, co z tego wyniknie.

Cesarz Konrad odrzuca ze wszech miar dogodną propozycję Rogera, króla normandzkiego, przewiezienia morzem wojsk wprost do Palestyny. Snadź przyjęcie krzyża, choć daje odpust zupełny, nie przekreśla pychy i zadawnionej niechęci.
Książęta sascy, duńscy i westfalscy oraz biskupi ich ziem radzą nad kierunkiem wyprawy. Henryk Lew przedstawia plan bardzo ponętny: Chodzi o walkę z pogaństwem, tą zakałą rodzaju ludzkiego. Po co rycerzom niemieckim jechać na kraj świata, mając obrzydlistwo pogańskie pod bokiem? Zamiast do Ziemi Świętej, ruszajmy za Łabę!
Miła zdała się obecnym ta przemowa. Postanawiają jednogłośnie:
„…sąsiednie ludy pogańskie [słowiańskie] albo wytępić całkowicie, albo zmusić do przyjęcia wiary świętej.” (Otto Freisingensis, De gesta imperatoris Frederici.)
„W dni owe przytrafiły się niesłychane i zdumienie całego świata wzbudzające rzeczy. Za papiestwa bowiem świętego ojca Eugeniusza i za panowania Konrada III cesarza zajaśniał [wielu cudami] Bernard, opat z Clairvaux… Ten święty… zaczął upominać książąt i wiernych, żeby się udawali do Jerozolimy dla pognębienia i prawom chrześcijańskim poddania barbarzyńskich ludów Wschodu… Na jego słowa… tłumy w liczbie do uwierzenia prawie niepodobnej przyniosły śluby odbycia tej podróży, a w liczbie ich byli najprzedniejsi: król Konrad [III], Fryderyk książę szwabski, który potem był cesarzem, książę Welf razem z biskupami i książętami, wojsko zaś ze szlachty i nieszlachty i z ludu prostego złożone było nieprzeliczone… Król -paryski Ludwik i wszyscy co najdzielniejsi Francuzi również do tego celu podążyli… Ani w nowszych czasach, ani dawnych od stworzenia świata, nie słyszano nigdy, żeby się takie wielkie wojsko zebrało, wojsko mówię nader wielkie. Na odzieży i broni wojownicy nosili znak krzyża. Dowódcy wyprawy uznali za rzecz właściwą jedną część wojska przeznaczyć do krajów Wschodu, drugą do Hiszpanii, trzecią do Słowian, którzy w bliskości nas mieszkają.” (Helmold, Kronika Słowian).
W dworcu zwierzyńskim Niekłót z rodu Kruta, nasłuchuje głosów nadchodzącej burzy. Podobny puchaczowi, co w dzień mało widząc obraca wkoło uszatą głową, wyczuwając, skąd nadlatują jastrzębie, lub wilkowi, co stanąwszy na skraju polany, węszy zbliżające się niebezpieczeństwo — tak poganin, Obodrzyc, instynktownie przewiduje zamierzenia wrogów. Ledwo w zeszłym roku zaczęto po świecie mówić o wojnie przeciw poganom, Niekłót spędził wszystką ludność obodrzycką, by odbudowywać a umacniać stary gród Dąbin. Dąbin leżał między północnym krańcem Jeziora Zwierzynieckiego (dziś Schweriner See) a Jeziorem Dąbie (dziś de Döpe). Od grodu Zwierzyn oddzielało Dąbin jezioro oraz liczne rozlewiska, strugi i pomniejsze stawy. Ludzie pracowali przy budowie dniem i nocą na zmianę nie bacząc na wczesnowiosenne chłody i przymrozki. Z wierzchu roztajało, w głębi ziemia była jeszcze zmarznięta i można było ściągać śniaty drzewa, potrzebne na budowę skrzyń, a raczej klatek z bierwion zbijanych, połączonych między sobą, które wkopano w grunt, wypełniono ziemią i ziemią obsypywano. Po czym wznoszono na nich drugi rząd podobnych skrzyń, budując w ten sposób wał trudny do zdobycia. Gdy coraz głośniej mówiono o wojnie, a twierdza była skończona, Niekłót posłał gońców do Adolfa holsztyńskiego, z którym go łączyło przymierze, prosząc o spotkanie z hrabią dla omówienia wypadków. 

…hrabia odmówił, powiadając, że byłoby z jego strony nierozwagą obrażać książąt [niemieckich], na co Niklot odpowiedział przez gońców: — [Miałem strzec], byś przykrości nie doznawał od Słowian, którzy niegdyś ziemię Wągrów posiadali i skarżą się, że ich niesłusznie dziedzictwa ojców pozbawiono… Powstrzymywałem ich rękę… lecz teraz wolno mi… ciebie samego zostawić, wzgardziłeś bowiem swym przyjacielem, zapomniałeś o przymierzu i odmówiłeś mi zobaczenia się z tobą w czasach potrzeby. — Posłowie zaś hrabiego powiedzieli do Niklota: — Pan nasz tym razem z tobą nie mówi, bo mu przeszkadzają okoliczności, o których wiesz [wyprawa krzyżowa], lecz dochowaj przymierza, któreś zawarł 1 gdyby Słowianie wojnę przeciw niemu gotowali, to go ostrzeż” (j.w.).
Uśmiechnął się wzgardliwie poganin i powiedział posłom hrabiego, że owszem, ostrzeże sprzymierzeńca w porę.
„Rzekł wtedy hrabia do mieszkańców swego kraju, jako mają pilnować bydła i majątków swoich od zbójców, co zaś do bezpieczeństwa powszechnego, to do niego należy zaradzić, by niespodziewanie nie zaskoczył ich napad nieprzyjacielski. Ten mądry człowiek sądził, że swym rozumem odwrócił klęski nadchodzącej wojny. Rzeczy jednak inny wzięły obrót”
(jw).
Kiedy oczy i uszy, jakie Niekłót miał na dworze saskim, doniosły mu, że książęta sascy posłali do papieża jednego z biskupów, prosząc, by pozwolił krzyżowcom niemieckim, zamiast płynąć za morze, uderzyć na Słowian, książę obodrzycki pojął, że nie ma chwili czasu do stracenia. Ciż sami wiernicy powiadali mu o gromadzącej się sile: Książęta bawarscy i sascy, biskupi ze swymi wojskami, królowie duńscy z wielką flotą,
nawet pono książęta polscy… Słuchając tego, Niekłót czuł się już nie jak puchacz czy wilk, lecz odyniec osaczony w kniei. Cóż mógł przeciwstawić pancernym, słynnym z bojowej sprawności, rycerzom niemieckim? Dwa oddziały jazdy i ciżbę gołopierśną, uzbrojoną w oszczepy i łuki…
„Ku swej obronie Słowianie mieli tylko rozpacz.” (Michaud, Histoire des Croisades).
Niekłót obracał w swej głowie pomysły, rozważał je i do rzeczywistości przymierzał. Wezwał do Zwierzyna na wiec wszystkich książąt plemiennych, nie tylko podległych mu Obodrzyców, Warnów, Połabian, lecz również Czrezpienian, Chyżan, Redarów i Doleńców. Gdy przybyli, zadziwieni, bo dawno nie zwoływał nikt takiego wiecu, Niekłót przedstawił w czym rzecz. Nie taił grozy położenia, przewagi nieprzyjaciół. Oni, Słowianie, będą otoczeni. Sasi, Duńczycy, Polacy uderzą ze wszystkich stron naraz. Uchodzić nie ma dokąd, chyba na dno morza. Mamyż się poddać? Niewolnikami zostać? Zebrani wzdychają ciężko, przeklinają swoją dolę.
Niekłót przypomina dawne czasy, o których powiadają dziady. Wojenne powstania wszystkich plemion od Odry po Łabę. Palenie niemieckich grodów i klasztorów. Pierzchliwą ucieczkę Sasów… stare przewagi słowiańskie, kiedy cesarstwo bało się Wieletów…
Przestali wzdychać. Podnoszą głowy. Słuchają. Zwierają pięści. Teraz mówca wylicza znane im niemieckie zbrodnie: nieludzkość, wzgardę, wiarołomstwa i rzezie… Poddać się? Po co? By się przed śmiercią pohańbić? Lucice! Zwano was Wilkami! Zginąć to zginąć, ale wpierw wroga pokąsać! Którzy pójdą ze mną? Mówcie!
Powstają jak jeden mąż, ocknięci, odnajdując w sobie męstwo dziadów. Przysięgają na stare bogi, na wodę, ogień i świętą macierz ziemię, że Niekłót ich wodzem, a żaden własnym umem działać nie będzie, jeno zgodnie z Niekłótowym rozkazem postąpi. Dopiero kiedy przysięgli, Niekłót przedstawił im, co sobie umyślił…

W kwietniu roku 1147 cesarz Konrad wezwał do Frankfurtu nad Menem przywódców wojsk krzyżowych, by omówić ostateczne szczegóły wyprawy. Legat papieski przywiózł książętom saskim zezwolenie zamiany Saracenów na Słowian, równie jakoby dzikich pogan i okrutnych. Rycerzom idącym za Łabę przysługiwały te same przywileje, odpusty i nagrody niebieskie, jakich udzielono krzyżowcom, pod warunkiem, by „…żaden z walczących nie przyjmował od pogan okupu, co by mogło ostudzić zapał religijny, a niewiernych w ich błędach umocnić…” (Erben, Regesta).
Krzyżowcy idący na Słowian otrzymali również odrębną odznakę: Tradycyjny krzyż został umieszczony nad krążkiem czerwonego sukna, symbolizującym świat. Oznaczało to obowiązek nie tylko obrony Krzyża, lecz także rozszerzania granic Rzeszy.
Z Frankfurtu cesarz Konrad udał się do Ratyzbony, gdzie czekała jego armia, by spłynąć Dunajem ku granicy węgierskiej. Odrzuciwszy okręty Rogera normandzkiego, obierał najdłuższą, najcięższą drogę lądową, tę samą, na której przed pół wiekiem zginęło tylu Latyńców. Drugi człon armii krzyżowej, złożony z Flamandów, Walonów, Fryzów i Lota- ryńczyków, miał wyruszyć statkami z Bremy do Anglii, połączyć się tam z rycerstwem brytyjskim i popłynąć dalej. Ta grupa uległa zmniejszeniu, gdyż wielu krzyżowców, posłyszawszy o wyprawie na Słowian, wolało się do niej przyłączyć. Dzięki temu siły księcia saskiego i margrabiego Albrechta zwiększyły się znacznie.
Wojska te mają ruszyć z Magdeburga w dniu św. Piotra i Pawła (29 czerwca). Najlepsza to pora, gdyż konie można już paść zestożonym sianem, nie samą trawą, dosyć zaś wczesna, by zdążyć z powrotem przed jesiennymi chłodami. Zresztą wyprawa ta, w przekonaniu książąt, będzie bardziej paradnym pochodem niżli potrzebą wojenną. Otoczeni z trzech stron poganie nie będą mogli nawet próbować oporu. Hydra słowiańska nareszcie zostanie zgładzona.
Ten pogląd dzielą również Duńczycy. Marzy im się (lecz o tym głośno nie mówią) zagarnięcie wybrzeża Bałtyku. Dwaj królewicze, Swen i Kanut, pogodzeni (chwilowo) ze względu na przedsięwzięcie, przybędą do portu Wyszomir z półtora tysiącem statków. Tam po wylądowaniu spotkają armię saską, ciągnącą na Lubekę.
Niespodzianką dla obradujących książąt jest przybycie opata z Korbei, Wibalda, zgłaszającego udział w wyprawie. Dobroduszny, otyły zakonnik, wyjaśnia zdziwionym, że klasztor w Korbei posiada nadanie samego Karola Wielkiego, dotyczące kraju słowiańskiego, który zowią Rana…
Rana to wyspa — prostuje biskup merseburski, Reinhard.
Niech będzie wyspa — zgadza się przybyły. — Dzięki obecnej świętej krucjacie mniemam, iż uda się klasztorowi korbejskiemu wejść w posiadanie tego, co mu się prawnie należy…
Donacja Karola Wielkiego… Czy Wasza Wielebność nie uważa, że pretensje są cokolwiek przedawniane?

Nadanie Karolowe potwierdził jego wnuk, Lotar I. Mamy dokumenty — zapewnia opat Wibald.
Obecni niezbyt chętnie widzą nowego uczestnika przyszłych działów, lecz arcybiskup bremeński Adalbert uspokaja ich:
Starczy dla wszystkich słowiańskiego ścierwa.
A książęta polscy — zapytuje palatyn Fryderyk — co uczynią? Sąż to pewni sojusznicy?
Książę saski uśmiecha się drwiąco:
Jeśli ku nam nie podejdą, pójdziemy do nich, za Odrę… Zagar-niem Pomorze. Z tymi książętami — dodaje wzgardliwie — nie potrzebujemy się liczyć…
Pomorze zostało już pono ochrzczone przez czcigodnego biskupa z Bambergu,
Ottona? Zali nam, jako krzyżowcom, przystoi…
Śmiech obecnych przerywa uwagi biskupa merseburskiego. Pomorze chrześcijańskim?! Czcigodny biskup bamberski bawił na Pomorzu dwa razy, po roku… Miałby w tym czasie trwale nawrócić pogan, nad którymi nasi biskupi pracują usilnie od dwustu lat nie osiągając niczego?… Znamy tych Słowian, dobrze znamy… Ze strachu przed księciem polskim udali, że chrzest przyjmują i natychmiast po odjeździe biskupa bamberskiego wrócili do swoich obrzydliwości..
Margrabia Albrecht Niedźwiedź usuwa się od częstego udziału w krzykliwych naradach. Ma ten milczek własne plany. Równie chciwy i drapieżny jak Henryk Lew (z którym się szczerze nie cierpią), ale sprytniejszy od niego, nie zamierza ciągnąć z Sasami. Niech tamci idą wybrzeżem z Duńczykami, on przejdzie Łabę poniżej ujścia Hoboli (spluwał ze złością, ilekroć przypomniało mu się, że niedaleko tych miejsc leżała Przecława) i ruszy prosto na ziemie Wieleckie. Henryk Lew niech tryka łbem w Obodrzyców i Warnów, on, Albrecht, przetnie mu drogę, ubieży, skręci na północ wzdłuż Odry, opanuje cały kraj aż po morskie wybrzeże. Co raz zajmie, tego ze swych rąk nie wypuści…
Tak wszyscy razem i każdy z osobna snują swoje plany, dzielą zawczasu skórę na żywym jeszcze niedźwiedziu, ukrytym w borach. Rozprawiają, wysuwają swoje prawa, pewni, że zwierz otoczony nie domyśla się niczego. Zresztą woleliby, żeby stawiał opór. Znakomite rycerstwo mogłoby wtedy pochwalić się przed resztą krzyżowców nie tylko zdobyczą, ale i męstwem.
Niekłót zaś wie wszystko, słucha i naciąga łuk. Plemiona słowiańskie, zespolone jak zwykle w obliczu niebezpieczeństwa, są cięciwą w jego dłoni.

Niekłót widząc więc, że zaprzysiężona wyprawa jest nieodwołalna, skrycie przygotował wojsko morskie i przepłynąwszy zatokę, przybył z okrętami do ujścia Trawny, żeby spustoszyć cały kraj Wągrów pierwej, nim by się wojsko saskie na jego ziemię wylało. Posłał też wieczorem gońca do Siegeberga, obiecał bowiem hrabiemu [Adolfowi] ostrzec go, że nadchodzi, lecz poselstwo to było daremne, hrabiego bowiem nie było… Z brzaskiem więc dnia świętych Jana i Pawła [26 czerwca] morskie siły Słowian spuściły się ujściem Trawny [do Lubeki]. Mieszkańcy podgrodzia… wołali do obywateli grodu: — Słyszeliśmy wielki hałas, jakby nadchodzącego tłumu… Posłali na rynek, by oznajmić o grożącym niebezpieczeństwie. Lecz ludzie, ciężcy od wczorajszego obfitego picia, nie dali się poruszyć z łóżek, dopóki nie zostali otoczeni przez nieprzyjaciół…” (Helmold, Kronika Słowian). Spaliwszy miasto i stojące w porcie okręty razem z ładunkiem, Niekłót ruszył dalej.
Wyprawa krzyżowa na Słowian w r. 1147 Grody warowne Słowian
„Dwa oddziały konnicy, przelatując ziemię Wągrów, zburzyły wszystko, co tylko w mieście Siegeberg znalazły. Żupę zaś nazwaną Dargune i wszystko, co tylko poniżej Trawny przez Westfalczyków, Holendrów i inne obce ludy zamieszkane było, pochłonęły płomienie. Pozabijali ludzi mężnych, którzy im opór stawiać chcieli, i uprowadzili żony ich i synów w niewolę. Przepuścili jednak Holzatom, mieszkającym… na zachód od Siegebergu, i zatrzymali się na polach miasta Kuzaliny, dalej posuwać się nie mając zamiaru.” (j.w.).
Podczas gdy zawzięty młodzik, Przybysław syn Niekłóta pustoszył zaludnioną kolonistami Wagrię na czele konnych oddziałów, Niekłót jedzie do swego rodowca Rogali. Na tym pasku nieurodzajnego wybrzeża, zostawionego Słowianom, gdyż koloniści nie chcieli się tu osiedlać, trwa jeszcze żywe pogaństwo i jadący z czułością spogląda na święte dęby szumiące nad morzem. (W kraju Obodrzyców święte gaje zostały wycięte za panowania Henryka Goczałkowicza). Oto świątynia poświęcona bogu Prowe, u stóp którego ojcowie składali wraz z ofiarami swoje prośby, nadzieje i smutki. Przy świątyni długowłosy, siwobrody żerca sprawuje wróżby, jak ongi „…mieszkańcy tej ziemi Prowego jako boga czcili. Imię kapłana będącego naczelnikiem tych zabobonów było Mike [?], książę zaś kraju nazywał się Rochel i ten pochodził z rodu Kruta i był bałwochwalca i wielki rozbójnik.” (j.w.).
Rad by książę obodrzycki zatrzymać się tutaj, przyłożyć spotniałe z upału czoło do chłodnej chropawej kory, zasięgnąć wróżby, lecz czas nagli. Z Rochelem-Rogalą dogadują się w paru słowach. Rodowiec powiadomi Niekłóta o poruszeniach Duńczyków.
Obodrzyce wspomagani przez resztki tutejszych Słowian, szczęśliwych, że mogą się pomścić, wykonują rozkazy wodza skrupulatnie. Koloniści Adolfowi pierzchają z płonących domów z wyciem przerażenia. Najeźdźcy podpalają zabudowania, do studni ciskają padlinę. Święta wodziczka wybaczy, że ją plugawią, bo idzie o wolność. Bydło pędzą ze sobą lub na miejscu rżną. Niech gnije na słońcu, niech rodzi się z niego zaraza. Zboże ścinają na pniu, bo zielone jeszcze, palić się nie chce. Dokonawszy dzieła zniszczenia, wracają z Niekłótem, a czekające oddziały piesze przekopują za nimi gościniec głębokimi rowami, w które wnet podchodzi woda, bo w tej okolicy wielka wód obfitość. Spłaszczają na drogę co największe drzewa, tworząc nieprzebyte zapory. Ludności słowiańskiej każe książę zabierać dobytek i uciekać natychmiast, jak najdalej od tych miejsc. Starcy, kobiety i dzieci niech siedzą z trzodą zaszyci w odległych ostępach, czy na ostrowach, kto zdolny władać toporem, niechaj się zgłasza do niego na służbę.
…W Magdeburgu rycerze krzyżowi już przywdziali zbroje, piją strze-miennego. Służba posiodłała konie…

Niekłót wszystkie swoje wojska ściągnął do Dąbina. Załogę Zwierzyna wzmocnił. Te dwie twierdze, położone po dwu stronach długiego jeziora, wśród rozlewisk i moczarów, czekają na nieprzyjaciela. Jedną i drugą otacza obóz warowny, w którym zgromadzono żywność i zapasy broni. W borach zostały siły starannie ukryte. Te leśne oddziały mają za zadanie nie ukazywać się nieprzyjacielowi, lecz urywać, szarpać go, dowozy przecinać, na tylne straże napadać, otaczać najeźdźców niewidzialną siecią, nękać nieustannie, a najgorzej nocą. To samo uczynią w swym kraju Wieleci. Jak Niekłót w Dąbinie, tak oni obwarowali się w Dyminie nad Pianą.
Jak wspaniałe jest wojsko krzyżowe! Lśniące zady bachmatów, barwi-ste kropierze, wypolerowane zbroje odbijają słońce, niby tyleż zwierciadeł. Szumią pióropusze hełmów. Na każdym płaszczu czerwieni się znak krucjaty: krzyż nad kulą ziemską, symbolem władztwa cesarza rzymskiego. Cóż to za piękna wyprawa przez cieniste bory! Henryk Lew zapewnia, że trakt jest wygodny, osiedla gęste i ludne.
„…z największą okazałością i świetnym wyposażeniem oraz godnym podziwu zapałem wkroczyli na ziemie pogan w poszczególnych oddziałach, aż ziemia drżała na ich widok…” (Annales Magdeburgenses, Pommerliches Urkundenbuch).
Razem z Henrykiem Lwem ciągną: książę Konrad z Zahringen, arcybiskup bremeński Adalbert, arcybiskup hamburski Hartwig, biskup werdeński Dietmar, margrabia z Saltwedele, książę Konrad burgundzki oraz liczna gromada książąt i baronów. Każdy z wymienionych wiedzie swoje wojsko. Ogólną liczbę kronikarze podają na 40 tysięcy zbrojnych.
W tym samym czasie, poniżej ujścia Hoboli, przekracza Łabę Albrecht Niedźwiedź z sześćdziesięciu tysiącami. Towarzyszą mu: Fryderyk Anzelm biskup hoboliński, zarazem legat papieski, arcybiskup magdeburski Fryderyk, biskup halbersztadzki Rudolf, biskup monasterski Werner, biskup merseburski Reinhard, biskup brandenburski Wigger, margrabia miśnieński Konrad z Wettinu, palatyni (pfalcgrafy) Fryderyk i Herman, opat Wibald z Korbei i inni.
Armia saska ks. Henryka Lwa przeprawia się pod Boitzenburgiem przez Łabę. Tuż za rzeką dobiega ich nieprawdopodobna wieść o spaleniu Lubeki. Półprzytomni z trwogi niemieccy mieszkańcy tego grodu, tudzież wagryjscy pogorzelcy dopadają jadących bezładnym zrozpaczonym tłumem, płaczą, łają, przeklinają głośno chwilę, w której dali się skusić namowom hrabiego Adolfa, rzucili własny, ubogi, lecz bezpieczny kraj…
— Kto się ośmielił? Kto?! No, któż by? Słowianie!
W szeregach pomruk wściekłości.
„…po całej Saksonii i Westfalii rozeszła się wieść, że Słowianie napadem swym pierwsi wojnę zaczęli i cała wyprawa godłem krzyża naznaczona pospieszyła do ziemi słowiańskiej, by ich nieprawość ukarać…” (Helmold, Kronika Słowian).
Ruszają w skok, bo według relacji pogorzelców napad miał miejsce przed kilku dniami zaledwie. Dościgną maruderów, obciążonych łupem i krwawo ukarzą zuchwalców. Nie ujdzie żaden z nich żywy! Pędzą, aż stękają konie. Krótki ich bieg. Gościniec przecina zapora zwalonych drzew. Objechać ją? Na prawo i lewo ciągną się zasieki, docierające aż do mokrych łęgów, gdzie nie ma przejazdu.

Henryk Lew dygoce z bezsilnej wściekłości. Zasieka została wzniesiona co ino, liście drzew ściętych zaledwie przywiędły. Nieprzyjaciel musi się znajdować blisko… Na wszystkie moce niebieskie i piekielne, jakże się do niego dostać!?
Ciury gorączkowo pracują nad usunięciem przeszkody. Knechci rozbiegli się po lesie, szukając innego przejścia albo śladów wroga. Spotykają tylko zgliszcza jednej wsi, dalej następnej…
Nareszcie pochód rusza, by wnet stanąć znowu. I tak ciągle. Co mila, co pół mili drogę przegradzają barykady drzew, ciągnące się daleko w obie strony. Nie znający tego kraju Konrad burgundzki doradza zawrócić i pójść inną drogą, na co Henryk z zimną złością cedzi, że sam byłby taki mądry, ale innej drogi nie ma. Jedyny suchy szlak, dzielący wody pojezierza, prowadzi tędy, na Zwierzyn.
Wlecze się wojsko, tracąc czas i siły. Nieprzyjaciela wciąż ani śladu. Ani ludzi, ani bydła, ani trzody. Dymy snują się nad świeżymi zgliszczami osad i grodów. Po kilku dniach takiego marszu krzyżowcy są nie tylko zmęczeni. Zjedli zapasy, jakie każdy miał ze sobą, i zaczynają być głodni.
Rycerze owej epoki są niewrażliwi na zimno, niewczasy i rany, są za to bardzo wrażliwi na głód. Oni oraz ich giermkowie przywykli jeść suto. W obecnej wyprawie (mającej być piękną letnią przechadzką!) panowie i sługi poszczą. Koniom nie brak trawy, ale jeźdźcy mają brzuchy puste.
Bór zdaje się być zieloną pustynią, gdzie nie masz nikogo. Nikogo? Czemuż zatem każdy pachołek czy zbrojny, byle się oddalił od swoich, w nadziei, że ustrzeli z łuku zająca lub kozła, ginie, jakby go ziemia wchłonęła? Wielu tak przepada codziennie. Przeklęty kraj! Na polanach pogorzeliska. W opuszczonych studniach cuchnąca zgniła woda. W zaroślach roje komarów i bąków.
Wojsko utrudzone, jak by odbyło drogę co najmniej do Ziemi Świętej, dociera w końcu do twierdzy Dąbin, gdzie zza wału wita ich grad strzał. A więc tu się schronili obmierzli poganie!
Twierdza mocna. Trzeba rozłożyć się obozem i zaczynać regularne oblężenie.
Nie w smak to rycerstwu, którego siłę stanowi zdruzgotanie przeciwnika w uderzeniu na otwartym polu. Cóż jednak począć? Trzeba budować machiny oblężnicze, których nie przyprowadzono ze sobą, ponieważ miały być zbędne. Kto mógł przypuszczać?
Henryk Lew zagryza wargi. Głośno nazywa Słowian barbarzyńskim bydłem, lecz w duszy czuje podziw dla zmyślności przeciwnika. Co za wódz, co za ludzie, którzy z determinacją zniszczyli własny kraj, byle wrogowi uniemożliwić pochód!

Grząski grunt nie nadaje się do stawiania machin. Głód doskwiera coraz silniej. Oblężonym za to powodzi się dobrze. Dolatujące zza wałów porykiwania, meczenia, kwiki trzody, dowodzą, że żywności nie brak. A rycerze, wielmoże, panowie biskupi o wybrednym podniebieniu, co mają czynić? Gryźć szczaw, gotować polewkę z lebiody, ssać wielkie dudy rosnące nad wodą, zbierać jagody i grzyby? Przekleństwo prawdziwe! Zwierzyna spłoszona obecnością ludzi wyniosła się głębiej w las, spróbuj zaś iść za nią, oho, już nie wrócisz. Ludzie wciąż giną… Chyba czary.
Henryk Lew posłał do Hamburga po żywność, która niebawem powinna nadjechać. Ostrzegł, by konwojowi dano należytą ochronę. Kilkadziesiąt wozów z zapasami mąki, krup, słoniny, wędzonego mięsiwa, serów nadejdzie lada dzień. Wyglądają ich wszyscy z utęsknieniem. Niestety! Zamiast wozów pojawiają się wylękłe niedobitki straży. Te pogańskie diabły — powiadają — spuściły się z drzew nam na głowy. Było ich tyle, spadły jak gacki tak nagle, że nie moglim się bronić. Nikogo nie używili, wykłuli prawie wszystkich, a wozy zabrali…
Siny z gniewu książę saski kazał niefortunnych posłańców powiesić, a głód trwał nadal. Z kiepskiego płonego jadła, ze stojącej wody. Z nadmiaru much i komarów, zaczęły się choroby. Biegunka dręczyła wielmożów i sługi. Wielmożów gorzej, bo niezwyczajni nędzy.
Z rosnącą niecierpliwością oczekiwano Duńczyków, którzy się opóźniali.
Armia margrabiego Albrechta znajdowała się w podobnym położeniu. Tak samo ziemia, którą szli, była wymarła i ogołocona. Tak samo gościńce były zniszczone, a brody na rzekach zawalone pniami. Tak samo rycerstwu dokucźał głód, kąsały ich muchy i bąki. Po drodze napotkali opuszczony gród Malechów.
„…świątynię z bożkami, stojącą przed miastem Malchin, oraz samo miasto spalili” (Annales Magdeburgenses, anno 1147).
Stamtąd wojsko ciągnęło na Dymin, daremnie starając się o spotkanie z nieprzyjacielem. Redary i Doleńcy stosownie do rozkazu Niekłóta wycofali się na północ. Zostawili własny kraj na pastwę wroga, uprowadziwszy zeń wszystkich mieszkańców i spaliwszy wszystko, co się dało spalić. Toteż krzyżowcy nie mieli żywności.
„…napotykali ziemię bezdrożną i podmokłą, a mieszkańcy jej byli nieobecni i rozproszeni i nie można było ich znaleźć.” (Chronicon Peters-hausen, anno 1147).
Dymin to warowny gród, otoczony z trzech stron szeroką pętlą bogatej w wodę rzeki Piany, z czwartej jej dopływem, rzeką Dolenką, wypływającą z Jeziora Doleńskiego. Obwarowania grodu wzmocniono bardzo w ciągu ostatnich miesięcy i stanąwszy przed Dyminem Albrecht Niedźwiedź pojął, że bez floty nie ma co marzyć o zdobyciu tego grodu. Flotę posiadają Duńczycy. Kiedyż, do licha, nadpłyną!?
Trzech synów Krzywoustego bierze udział w tej krucjacie. Najstarszy, Władysław Wygnaniec, pozostawił żonę i dzieci w Altenburgu w Saksonii, sam pojechał do Ziemi Świętej z cesarzem.
„…wśród krzyżowców przybyłych do Nicei znajdowali się władca Czechów i władca Polaków, narodu scytyjskiego…” (Johann Cinemus, Epitome).
Drugi z kolei, Bolesław zwany Kędzierzawym, ślubowawszy przyjęcie krzyża, zebrał znaczne siły i uderzył na Prusów. Kierowała nim zapewne chęć ukarania ich za to, że wspomagali przedtem Władysława. Wyprawa się nie powiodła.

Prowincje Getów [Prusów], choć nie były sztuką obwarowane, ale przyrodzonym położeniem niedostępne. Na wstępie jest gaj zewsząd gęstymi zaroślami zasiany, w którym przepaść trzęsawicy żywicznej pod zieloną ukrywa się murawą. Przewodnicy powiadali, że gaj można przejść, byli bowiem przez nieprzyjaciół podarkami przekupieni…” (Kadłubek, Kronika).
„…brat zaś księcia polskiego [Mieszko] wyruszył z 20 tysiącami zbrojnych. Starszy jego brat [Bolesław Kędzierzawy] z licznym wojskiem pociągnął na Prusów, najsroższych barbarzyńców, i przebywał w ich kraju czas dłuższy.” (Sakso Gramatyk, Gęsta Danorum).
Mieszko zebrał rzeczywiście około 20 tysięcy wojów, nie kwapił się jednak prowadzić ich przeciw poganom. Przewidywał, że krzyżowcy sascy w razie powodzenia nie zatrzymają się na Odrze, ale ruszą na Pomorze. Jeżeli książę pomorski Racibor ulegnie, Wielkopolska mieć będzie Niemców jako bezpośrednich sąsiadów. Uchowaj Boże takiego nieszczęścia! Mieszko rozbił więc obóz nad Odrą, niby gotując się iść na pomoc Niem,-com, niby na coś czekając, w rzeczywistości pilnując granicy. Czy były odnośne umowy między nim a jego dziewierzem Raciborem, dawnym „królem morskim” — nie wiemy. Zważywszy łączące ich powinowactwo, wolno przypuszczać, że działali w porozumieniu.
„Duńczycy płyną na Wyszomir w dwa tysiące okrętów!” — powiadomił Rogala swego rodowca Niekłóta, obleganego w Dąbinie.
„Daj śpiesznie znać o tym Ranom!” — odpowiedział książę Obodrzyców.
Królewicze duńscy Swen, syn Eryka Emmune, i Kanut, syn Magnusa, wnuk Krzywoustego, chwilowo pogodzeni, płynęli rzeczywiście na pomoc Niemcom z olbrzymią siłą Fionów, Zelandów, Holendrów i Skanów, razem około 100 tysięcy zbrojnych. Cyfra ta potwierdzona jest przez paru kronikarzy.
„…obaj królowie duńscy wyruszyli na Dąbin. Król Kanut ze swą flotą zawinął wcześniej do portu wyszomirskiego. Król Swen nadpłynął za nim z Fionami, Holendrami i Zeelandami.” (Scripta historica Islandorum). „Król duński wraz z biskupami, powszechnym wysiłkiem swego narodu zgromadziwszy jak mógł najwięcej oddziałów, zebrał około stutysięczne wojsko.” (Chronographia Saxonica).
„…również król duński ze stutysięczną armią swego kraju…” (Chronicon Montis Sereni, anno 1147).
Duńczycy zakotwiczyli swą flotę w porcie wyszomirskim (dziś Wismar), połowę wojska zostawili na okrętach jako rezerwę i ochronę dla załogi, druga połowa wyruszyła wspomagać krzyżowców, oblegających Zwierzyn i Dąbin. Odległość nie była znaczna, lecz jeziora i rozlewiska nie pozwoliły na połączenie się obu armii. Dopiero teraz okazało się, jak chytrze i przemyślnie wybrał Niekłót miejsce do walki. Sasi i Westfalczycy oblegali twierdzę na południowym krańcu jeziora, Duńczycy zaszli od strony północnej. Widzieli się wzajem, lecz dojść do siebie przez moczary nie mogli. Nieliczni śmiałkowie przechodzili grząskie łęgi na szczudłach, lecz co zrobi pojedynczy pachołek, tego nie dokaże wojsko, Myślano obustronnie o rąbaniu drzew i budowaniu pomostu, nim to jednak uczyniono, zaszły wypadki czyniące pomost zbytecznym. Poganin Rogala wywiązał się z polecenia, a Ranowie na swych lekkich, szybkich statkach otoczyli port Wyszomir.

…Ranowie postanowili dać pomoc oblężonym przez atak na flotę nieprzyjacielską. Zaatakowali Skanów pierwszych w szyku, którzy wszyscy prawie uciekli ku uciesze Jutlandczyków, nie uważających Skanów za towarzyszy… Zaś Asger biskup z Roskilde, któremu król powierzył opiekę nad flotą, opuściwszy znagła przez opieszałość swój statek, podwieziony łodzią kupiecką do brzegu, wysiadł… i tych, których miał przykładem walki zagrzewać do męstwa, zastraszył widokiem niegodnej ucieczki… Skanowie opamiętawszy się, silniej statki wiązaniami łączą… Zaraz jednak zostali zwyciężeni… część od żelaza zginęła, część śmierć sobie przyśpieszyła, rzucając się w fale…” (Sakso Gramatyk, Gęsta Danorum). Równocześnie Niekłót, powiadomiony o bitwie, toczącej się w porcie, śmiałym wypadem z twierdzy rozbił oblegające Dąbin wojsko duńskie.
„…wiele tysięcy Duńczyków zgładził miecz słowiański…” (Anzelm Gem-blacensis, anno 1147).
„…na pomoc im przyjść nie było można, jezioro bowiem ich rozdzielało” (Helmold, Kronika Słowian).
„…oznajmiono Duńczykom, pilnującym oblężenia, że ich flota jest napadnięta. Odwołani tą wieścią, chwycili resztę statków… Królowi Swenowi zabrano statek, na którym przyjechał… Kanut odstąpił mu swój okręt…” (Sakso Gramatyk, Gęsta Danorum).
Marzenia duńskie o zajęciu południowego wybrzeża Bałtyku trzeba było odłożyć na lata późniejsze. Chwilowa zgoda między królewiczami prysła, jako że jeden drugiego czynił odpowiedzialnym za klęskę i ucieczkę z powrotem do Danii.
Po odjeździe Duńczyków położenie wojsk krzyżowych pod Dąbinem uległo dalszemu pogorszeniu. Trzy miesiące mijały, jak obozowano tutaj na mokrych łęgach, głodując i klnąc. Nadchodził październik, wczesny mrok, późny świt, zimno i deszcze. Rankiem mgły otulały świat, że tylko uchem można było dawać baczenie, czy z grodu nie skrada się wycieczka oblężonych. Choroby dziesiątkowały zdemoralizowaną armię. Ukrywający się w lasach Słowianie szarpali coraz śmielej krzyżowców, przecinali dowóz żywności z Saksonii. Jakże różna była rzeczywistość od nadziei. W październiku rozpoczęły się nagminne ucieczki z obozu saskiego.
„…niepokojeni zewsząd, zaniedbując swoje obowiązki i opuszczając obóz, rozchodzili się z nadmiaru trudów…” (Annales Palidenses, anno 1147).
Nie lepiej powodziło się Albrechtowi pod Dyminem. Podobnie jak Sasów, wojsko jego niszczył głód, choroby, trapiła bezcelowość dalszego oblężenia. Opat z Korbei, Wibald, nie ujrzał brzegów upragnionej Rany. Dowiedziawszy się, że dawny opat klasztoru, korzystając z jego nieobecności, najechał i rozgrabił dobra klasztorne, opuścił śpiesznie obóz i już 8 września stanął w Korbei, szczęśliwy, że uchował życie „wśród dniem i nocą grożących niebezpieczeństw w kraju pogańskich Luciców”.
Z Korbei też wysłał do swojego przyjaciela, biskupa hildesheimskiego Bernarda, list, w którym pisze:

…powróciliśmy z wyprawy słowiańskiej, do której skłonił nas wzgląd na dobro chrześcijaństwa oraz sprawa dotycząca naszego klasztoru, a mianowicie odzyskanie kraju, który Niemcy zwą Rujana, Słowianie zaś Rana, a którą czcigodny cesarz Lotar I zapisał jako dar monarszy klasztorowi w Korbei, potwierdzając tym nadaniem darowiznę swego dziada, Karola Wielkiego.” (Hasselbach, Codex).
Znużeni bezczynnością, dwaj biskupi sascy oraz biskup morawski Henryk odłączyli się od głównych sił margrabiego, by uderzyć na nie spodziewający się napadu Szczecin. (Na przeciwnym brzegu Odry stały wytrwale wojska Mieszka Bolesławowica).
„Biskup morawski Henryk, przyjąwszy krzyż dla Imienia Chrystusa, ruszył na Pomorze z biskupami saskimi i licznym wojskiem, aby nawrócić Pomorzan na wiarę chrześcijańską… Przybywszy do ich stolicy, zwanej Szczecin, otoczyli ją zbrojnymi zastępami…” (Wincenty z Pragi, Kronika).
Wówczas przed oczyma oblegających błysnęły krzyże, licznie wyniesione na wały przez
ludność szczecińską, z bram zaś grodu w uroczystej procesji, w stroju liturgicznym wyszedł biskup pomorski Wojciech, niegdyś kapelan Bolesława Krzywoustego, towarzysz św. Ottona, z którym wspólnie dokonywał chrztu Pomorza, i udał się do obozu nieprzyjacielskiego. Zebranym biskupom saskim oświadczył:
„…że Pomorze jest od dwudziestu lat chrześcijańskie, książętom wyrzucał ich gwałty i grabież, powiadając, że jeśli przyszli nawracać, to na próżno, bo nawracanie jest sprawą pokoju, a nie oręża i krwi rozlewu… Jeżeli zaś przyszli dla wojny, otrzymają należytą odprawę.” (j.w.).
(Wojska polskie stróżowały wciąż nad Odrą, zważając pilnie, co się po tej stronie dzieje). „Ponieważ Sasi przywiedli tak liczne wojsko raczej dla zdobycia Pomorza niż dla wiary chrześcijańskiej, biskupi sascy, posłyszawszy mowę Wojciecha, po odbyciu narady z tymi, którzy byli za pokojem, oraz po stracie wielu ludzi, przystąpili wraz ze swoimi książętami do rozmów z księciem Raciborem i biskupem tego kraju, Wojciechem. Trudno było bardzo załatwić pomyślnie sprawę, w której nie zważano na Boga…” (j.w.).
Skończyło się złożeniem przez miasto Szczecin znacznego okupu. Wprawdzie papież Eugeniusz III zabronił pod klątwą przyjmować od Słowian pieniędzy, w tym jednak wypadku zakaz — zdaniem biskupów — nie obowiązywał, dotyczył bowiem pogan, tu zaś byli chrześcijanie…
Suma otrzymana stanowiła jedyny, jakże nikły zysk krucjaty!
W cennej relacji Wincentego, kronikarza praskiego, uderza zdanie: „po stracie wielu ludzi”. Dowodziłoby ono, że Szczecinianie nie ograniczyli się do wyniesienia krzyży na wały, lecz nie czekając na skutek, przystąpili do energicznej obrony, lub że nastąpiło starcie z oddziałami polskimi.

Margrabia Albrecht miał w obozie gościa. Był nim baron Hermann von Waldeck, który jako krzyżowiec ruszył na wiosnę z cesarzem Konradem. Obecnie wraz z paru towarzyszami wrócił z Konstantynopola, przywożąc listy cesarskie do wszystkich książąt i biskupów Rzeszy. Wiadomości jakie podawał źle świadczyły o rozpoczętej krucjacie.
Grzejąc zziębnięte dłonie nad kotlikiem z żarem ustawionym pośrodku namiotu, baron opowiadał zebranym o uciążliwej lądowej drodze, o wrogości chytrego basileusa Manuela Komnena, o łajdactwach greckich… Płacili krzyżowcom fałszywymi pieniędzmi których potem nie chcieli przyjmować, dodawali wapna do mąki z czego wielu ludzi pomarło… Nie puszczali krzyżowców do grodu… Słusznie rozeźlone wojsko jęło swawolić, a gdy zdarzyło się, że jednego z rycerzy zamordowano we śnie na kwaterze, nasi spalili całe przedmieście i mieszkańców wyrżnęli… Nasz pan Konrad — ciągnął von Waldeck — musiał te szkody zapłacić… Dlatego nas wysłał z listami… Chcielibyśmy co rychlej pieniądze zebrać i do naszego cesarza wracać… Zastaniemy go chyba pod Jerozolimą, da Bóg w Jerozolimie, bo w początku września wojsko nareszcie miało się przez Bosfor przeprawiać…
Ode mnie w każdym razie nie dostaniecie ani grosza — oświadczył margrabia. — Po diabła staliście tyle czasu pod tym przeklętym Konstantynopolem?
Statków nam nie dali do przewozu.
Mogliście palić przedmieścia, lepiej było brać zbrojną ręką łodzie…
Wielu z nas myślało podobnie — przyznał wysłaniec. — Jeno, że tamto była swawola żołnierska. Nasz pan Konrad tłumaczył się przed Manuelem, że o niej nie wiedział…
Głupiec! — syknął Albrecht przez zęby. — A co z Brytyjczykami i Flamandami?
O, tamtym się poszczęściło — westchnął zazdrośnie von Waldeck. — Wypłynęli z Bremy w niecałe dwieście okrętów, w Anglii dołączyło do nich drugie tyle… Opłynąwszy Francję wjechali po wodę i żywność w ujście rzeki Tag, tam zaś czekali już na nich posłowie księcia Alfonsa burgundzkiego, powiadający, jako od pół roku oblegają Maurów w nadmorskim grodzie Lacebona (Lizbona), lecz wskórać niczego nie mogą, i błagali o pomoc. Obiecali w imieniu swojego księcia wielkie i bogate łupy, byle im dać tę pomoc… Powiadali, że przecież Maurowie a Saraceni to jedno, oręż zaś mają najpiękniejszy w świecie… Krzyżowcy, słysząc to, chętnie przystali, podpłynęli pod ów gród, a Burgundczyk ze swoimi uderzył silnie od lądu. Po czterech miesiącach zdobyli Lacebonę i Maurów wyrżnęli, a bogactwa były tam prawdziwie wielkie, bo niewierni kochają się w zbytku… Zgodnie z umową, gród dostał się księciu burgundzkiemu, a krzyżowcy zabrali zdobycz i wrócili. Już są pono doma…
Do diabła! Do diabła! — powtarzał ze złością margrabia. Jego gniew był zrozumiały: Fryzy, Flamandy, Brytyjczyki obłowiły się bez tiudu, on zaś poniósł same straty! Wypadnie powracać z niczym. Parokrotnie już, zarówno do niego, jak do Henryka Lwa pod Dąbinem, zwracali się właśni wasale, protestując przeciw dalszemu niszczeniu kraju, który miał być ich własnością.
„…czyż ziemia, którą pustoszymy, nie jest nasza, a lud, z którym walczymy, nie jest naszym poddanym? Dlaczegóż sami swoimi nieprzyjaciółmi jesteśmy i dochody nasze marnujemy? Czyż ta klęska nie odbije się i na panach naszych?…
Od owego też dnia zaczęły się w wojsku robić przewłoki i oblężenie… zelżało…” (Helmold, Kronika Słowian).
Ostrożny Adolf holsztyński już nawiązywał dawne stosunki z Niekłótem, udając, że nie był winien niczemu, co zaszło.

Hrabia zaś nasz [Adolf], chcąc wznowić naruszoną przyjaźń, zawarł pokój z Niklotem i innymi Słowianami… Niezupełnie im jednak dowierzał, pierwsi bowiem przymierze zgwałcili i po ziemi jego straszne rozsieli zniszczenie. Pocieszał swój lud [kolonistów], spustoszeniem nieprzyjacielskim dotknięty, prosząc, by się nie poddawał nieszczęściu, lecz miał przekonanie wewnętrzne, że ludzie nadgraniczni wielką mieć winni cierpliwość i krwi swej nie żałować…
(jw).
Kończyła się wczesna jesień, nadchodziła pora szarugi, błota, przenikliwych wichrów morskich… Oblegające Dąbin wojska saskie, stojące daremnie pod Dyminem wojska margrabiego, musiały odstąpić, by wracać do kraju. Były wyniszczone, zdziesiątkowane chorobami i podjazdami słowiańskimi. Wodzowie pragnęli ratować pozory, by nie wracać z piętnem haniebnej porażki. Niekłót zbyt mądry, by się upajać zwycięstwem, ułatwił im to, ofiarowując pokój, przy czym Słowianie obiecali przyjąć chrzest i wypuścić jeńców duńskich. Warunki te zostały z pośpiechem przyjęte i wojska krzyżowe opuściły ziemie słowiańskie, wracając za Łabę.
„Wielu z nich pozornie chrzest przyjęło, a z zabranych do niewoli [Duńczyków] wypuścili wszystkich starych i niedołęgów, zatrzymując młodszych i do pracy zdatnych. Tak się zakończyła z małym skutkiem ta wielka i szumna wyprawa. Wkrótce bowiem Słowianie stali się jeszcze gorsi, niż przedtem byli.” (j.w.).
W ciągu zimy nadeszły do Europy dalsze relacje o losach krucjaty. Krzyżowcy opuścili Konstantynopol z zapasem żywności obliczonym tylko na trzy dni, gdyż przewodnicy zapewniali, że to aż nadto wystarczy… Z tą szczupłą ilością wywiedziono ich w głąb pustyni gdzie już czekali niewierni „wyjąc jak wilki i ujadając jak psy”. Pozbawieni żywności i wody, otoczeni przez nieprzyjaciela, krzyżowcy usiłowali się bronić. Muzułmanie zasypywali ich rojem strzał nie dając chwili odpoczynku… Głód i pragnienie odbierały chrześcijanom siły do walki. Wspaniała armia cesarza Konrada wyginęła na tej pustyni… Podobny los spotkał w górach laodycejskich korpus księcia szwabskiego Fryderyka…
Nie lepiej się powiodło królowi francuskiemu ciągnącemu osobno (żaden z obu władców nie chciał przejść pod komendę drugiego). Francuzi z głodu zjedli wszystkie konie, tłukli końskie gnaty między kamieniami i żuli tę miazgę. Potem w górach Kadm,us bili się z Saracenami. Przez niedbalstwo dowódcy straży przedniej, rycerza de Rançon, armia francuska trafiła w zasadzkę, z której prawie nikt nie uszedł.
W tych wiadomościach nie było przesady. W jakiś czas później cesarz niemiecki Konrad III i król francuski Ludwik VII wrócili do Europy „bez wojsk i bez sławy”.
Druga krucjata była zakończona. Poczęta w glorii uniesienia, zostawiła w dziejach pamięć najhaniebniejszego epizodu swego wieku.

Co czynią dwaj jedyni prawdziwie wielcy ludzie tego okresu, Bernard, opat z Clairvaux i Niekłót książę obodrzycki? Upokorzony Święty i triumfujący poganin? Słyszeli wzajemnie wiele o sobie, lecz nie zetknęli się nigdy osobiście, obecnie zaś zarówno jeden, jak drugi przeżywa bolesny dramat. Ile przedtem Bernard był uwielbiany i czczony, tyle go teraz spotyka wyrzutów. On winien klęsce, bo on spowodował wyprawę krzyżową. On do niej ludzi zachęcał, namawiał, gorącym słowem przymuszał. On więc ponosi odpowiedzialność za nieudolność wodzów, za pychę, chciwość i kłótliwość baronów, za rozpustnice towarzyszące wojskom, siejące zarazę w obozie francuskim, za perfidię Greków, za trzy tysiące znikczemniałych chrześcijan, co wyrzekli się Chrystusa, przyjmując wiarę Mahometa… On, Bernard.
„…wywiódł chrześcijan na pustynię Wschodu, by tam pomarli, jak gdyby w ich ojczyźnie brakło miejsca na pochowek…” (Odon de Deuil, Bibliothèque des croisades).
Wielbiciele, którzy dawniej rozgłaszali jego rzeczywiste lub zmyślone przez nich cuda, dziś osłupieni, zawiedzeni stają w pierwszym szeregu prześladowców. Nikt nie broni Świętego.
Wprawdzie chłosta opinii nie byłaby zbyt bolesna dla wiernego miłośnika ubiczowanego Chrystusa, lecz ciężką udrękę stanowi niepokój wewnętrzny. Pierwszą reakcją Bożego rycerza na obrót wypadków jest uczucie podobne do buntu:
„Co za wstyd dla nas! Czyż nie spełnialiśmy rozkazów Kościoła? Dlaczego Pan nie wejrzał na nasze umartwienia i modlitwy? Dlaczego słucha cierpliwie bluźnierczych głosów pogan, radujących się, że pozwolił zginąć swoim sługom? Zna chrześcijanin, że wyroki Pana są sprawiedliwe, lecz to, co zaszło, jest taką otchłanią, że szczęśliwy, kto się nią nie zgorszy!” (Applogia św. Bernarda, Michaud, Histoire des Croisades).
Daleki od wszelkiej działalności publicznej, zamknięty w swej celi Płomiennousty rozważa po raz tysiączny sens zdarzeń ostatnich trzech lat. Na jakim zakręcie drogi rozminął się z wolą Bożą? W którym momencie przeoczył głos Pana? Gdy wspomni miesiące poprzedzające krucjatę, rozpierające go wówczas uczucia dumy i pokory — dumy, że takiemu Panu służy, pokory, bo czuje się niegodnym posłem — dziejące się wokół cuda, ryk entuzjastycznych tłumów, widome działanie łaski, przejmująca boleść ściska serce starego opata. Byłożby to wszystko złudą i omamem?
Ach, wiemy, że w nie kończących się dialogach Bernardowej duszy z Bogiem, wypełniających ostatnie lata życia wielkiego opata z Clairvaux, zrozumiał on, w czym popełnił błąd, dlaczego osunął się wznoszony przezeń gmach. „Miłuj bliźniego swego…” A któż jest mój bliźni? „Bernardzie, synu wybrany, zaliś miłował poganów? Głosiłeś: — Wyrżnąć, jeśli się nie chcą nawrócić! Gdybym pragnął ich zagłady, czyż nie zesłałbym jej na nich? Nie miłowałeś pogan, Bernardzie, zapominając, że Ja ich miłuję…”

W Zwierzynie, na zamku o nadkruszonych wałach i dziedzińcem zasłanym śladami niedawnej walki, siedzi zwycięski książę Obodrzyców. Dokonał dzieła pozornie niemożliwego. Przeciw niebronnej krainie słowiańskiej wystąpiły wojska więcej niż dwuset tysięczne, zakute w zbroje, zadufane w swoją moc. Ziemia drżała na ich widok. On je pokonał. On sprawił, że po kilku miesiącach odeszły niesławnie. Prawda, że wyniszczył swój kraj, doprowadził ludność do ruiny, to prawda, że spłonęły osady i grody, ale nieprzyjaciel odszedł. Wszystkie plemiona wynoszą pod niebo sławę Niekłóta. Wszyscy składają mu hołd, wyrażają zaufanie i miłość. Powinien czuć się szczęśliwy.
Mrok gęsty listopadowy pokrywa ziemię. Na dziedzińcu przy ogniskach bezdomni nędzarze weselą się, bo są wolni, bo Sasi odeszli. Krzyczą, hukają na cześć swego wodza, gędźce na poczekaniu układają o nim pieśni. Z dworcowego ganku Niekłót spogląda na nich, nie widząc. Słucha okrzyków i pieśni, nie słysząc. Patrzy na radujących się, niby na dzieci, nie znające swego losu. Z wolna ognie przygasają i milkną okrzyki. Każdy otulił się, w co miał, grzbietem przylgnął do sąsiada, nogami ku ciepłu tlejącemu z resztek ogniska i śpi. Wiatr łomocze o dach dworca, aż skrzypią krokwie. Noc już późna, a książę nie śpi. Chodzi po swej izbie tam i z powrotem i rozmyśla. Myśli zwycięzcy podobniejsze są, o dziwo, do rozpaczy niż do triumfu, a dadzą się streścić w tym jednym słowie: Co dalej? Tego roku się udało. Na przyszły rok nieprzyjaciel wróci. Może i wówczas uda się go odepchnąć, lecz on wróci po trzeci i czwarty, i dziesiąty raz, coraz potężniejszy… Książę obodrzycki zostawi po sobie dwóch Niekłótowiców, walecznych, tęgich chłopów (po prawdzie trzech, lecz o trzecim ojciec nie chce wiedzieć), cóż oni jednak poradzą przeciw nawale? Nikt im nie przyjdzie z pomocą, nikt nie pośpieszy z ratunkiem. Polacy, Czesi w najlepszym wypadku zostaną jak teraz, bezczynni. Powraca uczucie, jakie miewał Krut syn Gryna, że wraz ze swym ludem znalazł się na krze lodowej, rwanej bystrym prądem, topniejącej pod stopami…
Słowianom obce jest pismo, lecz znają dobrze swe dzieje, przekazywane ustnie z pokolenia w pokolenie. Niekłót wie, iż dziadowie obrali kiedyś złą drogę, nie weszli dobrowolnie do wielkiej wspólnoty, a obecnie czas już minął…
Minąłże istotnie? Nie da się zawrócić ze złej drogi? Krut przemyśli-wał nad tym. Bał się, że go lud nie posłucha. Ta przeszkoda dziś odpada, bowiem on, Niekłót, stanął tak wysoko, posiadł wśród swoich posłuch tak ogromny, że cokolwiek by kazał uczynić, uczynią. A zatem?
Chodzi książę po swej izbie, myśli kołaczą mu się w głowie jak gałęzie bezlistnych drzew o ściany dworca. Mógłby… Więc czemu nie czyni? Bo wielki jest wstręt, jakiego prosty, prawy Niekłót nabrał do chrześcijańskiej obłudy, chrześcijańskiej pychy i chciwości. Nie zna Prawdziwego Boga, zna Jego wyznawców. W głębokiej rozterce, zdając sobie sprawę, że odsunął tylko na pewien czas zatonięcie kry, powtarza, co stary żerca rzekł do Ottona biskupa: „Lepsza jest wiara, jaką wyznajemy. Nie chcemy wiary waszej.”
Opata z Clairvaux umiłował Kościół, uniósł wysoko i imię jego zostanie czczone na wieki. Zakotwiczone jest w Panu. Poganina Niekłóta wchłonęła niepamięć. Któż wie o jednym z ostatnich bohaterów Słowiańszczyzny?
„Po upływie siedmiu wieków zniemczeni potomkowie Niekłóta, książęta meklemburscy, wznieśli w dawnej jego stolicy Zwierzynie [dziś Schwerin] na frontonie nowego zamku, konny posąg swego przodka, jako wojewody…” (Sieniawski, Pogląd na dzieje Słowian).
Ten hołd niemiecki jest jedynym śladem po Niekłócie.

ROZDZIAŁ XXIV
GASNĄCY PŁOMIEŃ

Najmłodszy syn Niekłóta, Przecław, którego ojciec nie chciał znać, odmienny był od reszty rodziny, rozmiłowany we wszystkim, co obce. Inaczej myślał, czego innego pragnął niż ojciec i bracia. W tym też różny, że ciągnęło go do niemieckiej wiary. Kiedyś, wyrostkiem będąc, znalazł się w kościele w Lubece. Świątynia ozdobna, nabożeństwo uroczyste, jarzące świece, woń kadzidła, śpiewy łacińskie, stroje celebransa i akolitów sprawiły wielkie na Przecławie wrażenie. Cóż dopiero, gdy mu któryś z kleryków powiedział, że Lubeka to ubóstwo w porównaniu z kamiennymi katedrami niemieckimi albo z Rzymem. Tam dopiero dostojność i piękno! Tam filary w kamieniu rzeźbione stoją jak chojary w lesie, tam procesje biało odzianych dziewic i pacholąt, tam purpura i złoto… Dodawał też, że tam nauka i wiedza, i życie zgoła inne niż puszczańskie… Utkwiły te wspomnienia wyrostkowi w głowie, wciąż o tych rzeczach gadał, aż ojciec zgniewał się i kazał mu milczeć. Przecław przycichł; ale nie na długo. Wciąż do swojego powracał. Rózgi nie pomagały. Mały zawzięty był, postawił się raz hardo ojcu. Ojcu! Niekłót rozgniewany zagroził, że go z domu wypędzi. Otrok na to, że sam sobie pójdzie. I poszedł. Niekłót wściekł się i nieposłusznego wyrodkiem ogłosił.
Bracia boleli, gdyż nawidzili młodszego, nakłaniali go, jak mogli, żeby ojca nie drażnił, uległość okazał, lecz on ani słyszeć nie chciał. Poszedł w świat, a oni nie śmieli wbrew woli ojca dowiadywać się, dokąd. Przecław stał się dla nich bardziej niż umarły. Bo zmarłego można wspominać, o tym zaś ani napomknąć nie było wolno. Przecław zaś tułał się czas jakiś, biedy zaznał, potem z kupcami holenderskimi dostał się do Danii, na dwór biskupa Absalona z Roskilde.
Biskup Absalon należał do tych, o których mówiono, że przez omyłkę wdział suknię
duchowną. Rycerz to był znamienity, którego żywioł stanowiła wojna, bój ulubioną rozrywkę, a rozszerzanie granic Danii najprzedniejszy cel. Przecława zatrzymał chętnie, żeby dopiec Niekłótowi, spodobał mu się przy tym ten śmiały wyrostek. Ochrzcili chłopca, dali mu naukę. Absalon opiekował się szczególnie królewiczem Waldemarem, synem Kanuta Lawarda, dobrał mu teraz do towarzystwa Przecława. Chłopiec pomocny był nieraz ze względu na język słowiański.

Nie tylko sztuki stawiania liter uczono Niekłótowica. Wpajano weń również pogardę dla ciemnoty i barbarzyństwa pogańskiego świata. O jego ojcu mówiono lekceważąco. (Właśnie w owym czasie Niekłót z pomocą Ranów pobił flotę duńską pod Dąbinem). Głupi otrok nie rozumiał, że udana wzgarda pokrywa podziw i lęk, wstydził się swego rodu, wstydził się pogańskiej wiary. Mimo protekcji biskupa, rówieśnicy szydzili zeń w zabawie, że czci drzewa. (O posągach milczeli, bo sami je chwalili w kościołach, a różnicy dzielącej wyobrażenie od uosobienia nie rozumieli). — Patrz, jaki wielki dąb — wołali — pewnie święty… Padaj przed nimi!… — Albo: — Jonatan wyrwał twojemu źrebcowi włosie z ogona na wędkę!… Zabij świętokradcę! — Od takich żartów Przecław nabierał wstrętu do własnej przeszłości. Całą duszą pragnął upodobnić się do Duńczyków czy Niemców, być człowiekiem światłym, któremu nikt nie wypomni barbarzyństwa.
Młodość Przecława mijała pośród zamętu. Po nieudanej wyprawie Swena z Kanutem przeciw Niekłótowi chwilowa zgoda między trzema kandydatami do tronu duńskiego ustąpiła miejsca zawziętej walce. Wojna domowa przenosiła się z wyspy na wyspę. Nareszcie:
„Za pośrednictwem biskupa ribeńskiego Eliasza i panów z obu stronnictw ustalono pokój, a królestwo na trzy części podzielone zostało: Waldemar otrzymał Jutlandię, Kanut —
Zelandię, Swen — Skonię, która, jak wiadomo, była najprzedniejszą częścią kraju, a to z powodu liczby ludzi orężnych. Innymi wyspami podzielili się stosownie do dogodności dla każdego i przymierze stwierdzili przysięgą. Potem Kanut i Waldemar wyprawili znakomitą ucztę na wyspie Zelandii w mieście, które się Roskilde nazywa, i zaprosili Swena dla okazania mu czci, a razem dla pocieszenia go po wszystkich nieszczęściach, jakich doznał za dni niezgody i wojny.”
(Nie należy się dziwić Szekspirowi, iż w Hamlecie wymościł scenę trupami. Źle się działo w państwie duńskim).
„Trzeciego dnia uczty, gdy ciemności nocy już się rozpostarły, na znak Swena przyniesiono miecze i mordercy wpadli na królewiczów, którzy się tego nie spodziewali. Kanuta przebili mieczem. Jeden z nich wymierzył cios w głowę Waldemara, lecz ten gwałtownie porwał się z miejsca, zrzucił światło i… zemknął w ciemnościach, jedną tylko otrzymawszy ranę. Uciekłszy do Jutlandii, poruszył całą Danię. Wtedy Swen zebrawszy wojsko, przepłynął do Jutlandii, by pokonać Waldemara. Ten zaś wyszedł mu na spotkanie z silnym oddziałem. [W bitwie] zabity został Swen i wszyscy jego wojownicy. Waldemar otrzymał królestwo duńskie… Ustały wojny domowe, od których przez wiele lat cierpiała Dania.” (Helmold, Kronika Słowian).
„Racibor był wtedy bardzo starym księciem i wypadało mu już myśleć o innym życiu…” (Kantzow, Kronika pomorska).
Ulubiony zięć Bolesława Krzywoustego, niegdyś „król morski”, pogromca Konungaheli, czuł się już istotnie stary, nie przestawał jednak myśleć o sprawach związanych z życiem doczesnym i z przyszłością swego kraju. Mimo pomyślnego odparcia przed kilku laty najazdu wojsk sasko-niemiecko-duńskich, zowiących się wojskami krzyżowymi, nie przewidywał spokoju. Przywykły od młodości szukać oparcia w Polsce, w związku z Polską budować przyszły rozrost i siłę Pomorza, patrzył z rosnącym niepokojem, jak polska potęga kruszy się niby zwietrzała wapienna skała.
W r. 1151 miało miejsce poświęcenie klasztoru benedyktynów w grodzie Stołb nad Pianą (dziś Stolpe), ufundowanym przez Racibora na -pamiątkę brata Warcisława, który w tym właśnie Stołbie zginął zdradziecko zamordowany. Klasztor ten miał odegrać znaczną rolę w rozwoju kulturalnym Pomorza. Biskup Wojciech nazywał benedyktynów, choć Niemców, swymi pomocnikami.

Na poświęcenie, które odprawiono bardzo uroczyście, przyjechał z Krakowa książę Bolesław Kędzierzawy. Grzywę włosów miał po dawnemu obfitą, choć dobrze już szpakowatą. Nie uległo też zmianie usposobienie tego księcia, unikającego starannie wszelkich kłopotów. „Osiem dni trwało przyjęcie, wymiana kosztownych podarków i zapewnienia przyjaźni.”
(iw).
W przerwach między ucztowaniem Racibor usiłował przejąć szwagra losem polskiej floty. Wspaniałe dzieło jego, Racibora, i Bolesława Krzywoustego, zapewniające wybrzeżu bezpieczeństwo od najazdów duńskich, ostatnio niszczało, stając bezczynnie w porcie gdańskim. Niektóre statki gwałtownie wymagały naprawy, zwisały podarte żagle, reje były połamane… Wstyd patrzeć. Część floty stojąca w Kamieniu, Wołogoszczy, Kołobrzegu, pod bezpośrednią pieczą Racibora zachowywała swą sprawność, lecz czyż mają przepaść tamte?… Utrzymanie okrętów bojowych to ciężar nie lada. Tak wielki koszt ponieść może Polska, samo księstwo pomorskie nie da temu rady żadną, a żadną miarą. Prócz pieniędzy, brakło nad flotą gdańską opieki. Chodziły słuchy, że załogi niektórych statków odpłynęły samowolnie z portu i łotrują po morzu, napadając na galery kupieckie. Niebawem wszyscy tak uczynią — burzył się Racibor — lub zejdą na ląd. Potem lada kiep ogień zaprószy albo je rozbiorą na budowę chałup i wybrzeże zostanie bez żadnej obrony…
Rozmyślnie stary żeglarz przedstawiał w najczarniejszych barwach przyszłość polskiej siły morskiej, by wstrząsnąć Kudłatym, ale nadaremnie.
Cóż ja poradzę? — powtarzał Bolesław markotnie. — Skarbiec mam pusty, a zewsząd mnie szarpią.,. Nastarczyć nie mogę…
Dajesz na odczepne każdemu, co cię nachodzi, potem na konieczne brak. Twój ojciec inaczej poczynał…
Ba, ojciec… — wzdychał Bolesław, dając w tym westchnieniu miarę różnicy, dzielącej go od Krzywoustego, i Racibor zniechęcony milkł.
Próbował jeszcze poruszyć dziewierza groźbą rychłego niebezpieczeństwa. Margrabia, Albrecht Niedźwiedź, równie chciwy i okrutny jak Henryk Lew, ale mądrzejszy, nie ukrywał swych planów zawładnięcia Odrą. Zająwszy ziemię Wkrzanów, przejdzie na nasz brzeg… Zginiem, jeżeli się przedtem wspólnie nie wzmocnim…
Bolesław przerwał te wywody nieoczekiwanym wyznaniem:
Bo też ja nieraz sobie myślę, że najlepsza rzecz cesarskim lennikiem zostać i nareszcie mieć spokój…
Twój rodzic w grobie się przewraca! — wybuchał Racibor, na co Kędzierzawy niezmącenie odpowiadał, że rodzic miał całą Polskę, a on ćwierć.

Lepsze zrozumienie znajdywał Racibor u Mieszka, księcia Wielkopolski, bezpośredniego sąsiada. Ten był twardy i bojowy, gotowy raczej zginąć niż się poddać. Przegadali razem wiele, zjechawszy się na zaślubiny córki Mieszka, Anastazji, z Bogusławem, Raciborowym bratankiem. Cóż stąd jednak, że Mieszko podobny był ojcu, skoro sił nie miał ani miru wśród swoich? Nieszczęsne bunty Władysława, potem miękkie rządy, a raczej bezrządy, Kędzierzawego, przyzwyczaiły polską społeczność rycerską i duchowieństwo do nieliczenia się z władzą książęcą.
Żądający posłuchu Mieszko wydawał się im tyranem, a wiadomo, że bez poparcia poddanych żadąn książę nic nie zdziała.
Racibor przekonywał się z żalem, że Polska nie da obrony, a księstwo pomorskie jest zdane samo na siebie. Z tym gorzkim przekonaniem umarł w r. 1156. Jego żona, Przybysława, córka Krzywoustego, zeszła wnet po nim.
„…przykładne to było i kochające się małżeństwo.” (j.w.).
Racibor rządził Pomorzem w zastępstwie Bogusława i Kazimierza, małoletnich synów swego brata. Sam zostawił również dwu synów, Warcisława i Świętopełka. Młodzi dziedzice nie wymordowali się wzajemnie jak królewicze duńscy.
„…wszyscy czterej podzielili zgodnie księstwo między siebie. Raciborowice dostali ziemię szczecińską i Kaszuby, Warcisławowioe — resztę.” (j.w.).
W kilka lat później zginął książę obodrzycki Niekłót w następujących okolicznościach: „Książę Henryk [Lew] wszedł do ziemi słowiańskiej z silnym wojskiem i spustoszył ją ogniem i mieczem. Niekłót… spalił wszystkie swe zamki, Iłowo, Mikilinburg, Zwierzyn i Dąbin… Jeden tylko zamek sobie zachował, Wurle [Orle] nad rzeką Warnawą, na granicy ziemi Chyżan leżący… Pewnego dnia, kiedy wojsko saskie stało pod Mikilinburgiem, synowie Niekłóta, Przybysław i Warcisław, wyszli dla zrządzenia szkody…” (Helmold, Kronika Słowian).
Racibor rządził Pomorzem w zastępstwie Bogusława i Kazimierza, małoletnich synów swego brata. Sam zostawił również dwu synów, Warcisława i Świętopełka. Młodzi dziedzice nie wymordowali się wzajemnie jak królewicze duńscy.
„…wszyscy czterej podzielili zgodnie księstwo między siebie. Raciborowice dostali ziemię szczecińską i Kaszuby, Warcisławowioe — resztę.” (j.w.).
W kilka lat później zginął książę obodrzycki Niekłót w następujących okolicznościach: „Książę Henryk [Lew] wszedł do ziemi słowiańskiej z silnym wojskiem i spustoszył ją ogniem i mieczem. Niekłót… spalił wszystkie swe zamki, Iłowo, Mikilinburg, Zwierzyn i Dąbin… Jeden tylko zamek sobie zachował, Wurle [Orle] nad rzeką Warnawą, na granicy ziemi Chyżan leżący… Pewnego dnia, kiedy wojsko saskie stało pod Mikilinburgiem, synowie Niekłóta, Przybysław i Warcisław, wyszli dla zrządzenia szkody…” (Helmold, Kronika Słowian).

Wobec nadejścia przeważających sił Słowianie cofnęli się do obozu.
„Niekłót rzekł do synów: — Myślałem, żem mężów wychował, a oni są pierzchliwsi od niewiast. Wyjdę i spróbuję, czy też sam większych nie dokonam rzeczy… Wyszedł więc z małą liczbą rycerzy.” (j.w.).
Wówczas Sasi użyli podstępu: Zbrojni naciągnęli na pancerze odzież pachołków od koni i wyszli, pozorując, że zbierają paszę.
„Tego Niekłót nie spostrzegł. Wpadłszy pomiędzy nich na rączym koniu, zmierzył się kopią do jednego z nich, ale kopia uderzywszy o pancerz chybiła ciosu i odskoczyła. Inni zaś otoczyli go i zabili… Poznano jego głowę i przyniesiono do obozu nie bez podziwienia wielu, że taki człowiek z dopuszczenia Bożego zginął sam jeden za swoich. Synowie posłyszawszy
0 śmierci ojca, spalili Wurle [Orle], a sami ukryli się w lasach. Rodziny swoje wprowadzili na okręty…” (j.w.).
A cóż trzeci syn ?
„Wiadomość o zgonie Niekłóta Przecław otrzymał podczas wieczerzy. Zadumał się chwilę, lecz wnet rzekł spokojnie: — Tak ginąć powinien, kto Bogiem wzgardził… — i dalej spożywał posiłek.” (Sakso Gramatyk, Gęsta Danorum).
Przybysław i Warcisław, załadowawszy żony i dzieci na statek, wyprawili je do Ranów. Na wyspie będą bezpieczne od nieprzyjaciela. Ranowie zgotowali przybyłym serdeczne przyjęcie
i zapewnili opiekę, co zrozumiałe, ponieważ:
„…nie ma ludu bardziej gościnnego jak słowiański. W przyjmowaniu gości wszyscy oni są jednego ducha i zarówno gotowi, tak że o gościnność nikogo prosić nie trzeba. Cokolwiek mają z roli, rybołówstwa lub polowania, wszystko hojnie ofiarują… Jeśliby o kim, co zresztą bardzo rzadko się przytrafia, posłyszano, że gościnności obcemu człowiekowi odmówił, tego dom i’ majątek ogniem spalić jest dozwolono i wszyscy na to jednomyślnie się zgadzają, uważając tego, który by chleba pożałował gościowi, za bezecnego, nikczemnego i na wzgardę zasługującego człowieka.” (Helmold, Kronika Słowian).
Śmierć wielkiego Obodrzyca była ciosem dla Słowian, a szczęśliwym zdarzeniem dla Sasów. Zaraz też Henryk Lew ze znacznymi siłami ruszył na Niekłótowiców, gromadzących w puszczy swe wojska. Do współdziałania wezwał króla duńskiego Waldemara, który przybył na czele floty do Wyszomiru z biskupem Absalonem z Roskilde i dziewierzem Przecławem. Stary stryj Niekłótowiców, Lubomir, rzekł do Przybysława: „— Ludzie, co uciekli z Wyszomiru, powiadają, że na królewskim okręcie przypłynęli razem rycerz Bernard, jeden z tych, co zdradą pokonali twego ojca, i twój brat Przecław. Siadają przy jednym stole.”
W parę dni później nowi zbiegowie donieśli, że król duński polecił Przecławowi przeprowadzić biskupa Absalona do kwatery księcia saskiego. Gdy Przybysław dziwił się, że posyłają królewskiego szwagra tam, gdzie wystarczyłby lada pachołek znający okolicę, objaśniali, że Przecław się chełpi, iż jako na syna Niekłóta nikt na niego w tym kraju ręki nie podniesie, więc biskupa przeprowadzi bezpiecznie. Przybysław posłał zdrajcy przez gońca swój pierścień jako rękojmię, że mu włos z głowy nie spadnie i wezwał na rozmowę ze sobą. Przecław kazał powiedzieć, że przyjdzie.

Dziwaczne było spotkanie braci, co nie widzieli się od wielu lat, a wzrośli razem, w serdecznej przyjaźni. Starszy Przybysław uczył niegdyś tego najmłodszego trzymać łuk, układał mu dłoń na cięciwie. Pamiętał szczupłe, chude palce niedorostka, chwytające łapczywie strunę. Kiedy brał go przed siebie na konia i ruszał cwałem, mały dzierżył się oburącz chmyza i pokrzykiwał z radości. Jego grzywa chłopięca, jeszcze nie strzyżona, uniesiona pędem, biła starszego po brodzie. …Dziś ten sam dzieciuch… Zgiń, przepadnij maro! Stoi przed nim odmieniec, obcy sługa, przeniewierca, wróg… Tfu! I choć Przybysław, uczuciowy jak każdy Słowianin, przyszedł na spotkanie z sercem pełnym tamtych wspomnień
odpycha je, by groźnie i twardo patrzeć na przewodnika biskupa z Roskilde, który przybył na tę ziemię, by pomóc w zgnębieniu Słowian.
…A Przecław? I jego, kiedy szedł tutaj, kołysały rzewne dumki. Przybysław był dla niego w dziecinnych latach wzorem i opiekunem. Ojca bał się, brata najstarszego miłował. Nauczono go gardzić nim jako ciemnym barbarzyńcą, poganinem, lecz gdyby teraz ten posępny wojak uśmiechnął się, zagadał dawnym przyjacielskim głosem, nie zdzierżyłby Przecław i rzucił mu się w ramiona. Lecz Przybysław zachowuje pogardliwy wyraz twarzy, zacięte gniewnie wargi. Tego duma Przecława nie zniesie. Podnosi hardo głowę, zimnym głosem pyta:
Czego chcesz ode mnie?
Czego Przybysław chciał? Całą noc poprzednio nie spał, układając w myśli, co powie. Przedstawi szczerze bratu obecne położenie Słowian, ich niedolę i śmiertelne zagrożenie. Nie będzie się wstydził wyjawić mu ruinę kraju, zniszczenie, spalone grody, ludność głodującą po lasach. Niech on, Przecław, wpłynie na króla duńskiego, by nie przykładał ręki do ich ostatecznej zguby. Nikt Duńczykom nie zabiera prawa do duńskiego kraju. Czemuż oni sprzysięgają się z Niemcami, by wyprzeć Słowian z ziemi słowiańskiej? To chciał powiedzieć, a nawet więcej jeszcze: Że może prawda, iż taki czas nadszedł, że każdy naród musi przyjąć wiarę chrześcijańską. Oni obaj, Przybysław z Warcisławem, przyjęliby chrzest, byle król duński na nich nie nacierał. Bo z samymi Sasami Słowianie dadzą sobie radę, jako już tylekroć bywało, ale dwom wrogom naraz nie podołają…
Tyle chciał rzec, ale nic nie powie. Patrzy z nienawiścią na stojącego przed nim rycerza. „Czego chcesz ode mnie?” — Powiedział to niby po słowiańsku, lecz wymawiając słowa z cudzoziemska. Obcy! Z trudem hamując ogarniający go gniew, Przybysław rzecze:
Dobrego woja obowiązuje pomsta za rodzica. Podobno na jednym statku z tobą przebywa zabójca ojca naszego, a ty zadajesz się z nim?

Wystarczało tonu tych słów, by w Przecławie zagotowała się krew. Odparł jeszcze pogardliwiej:
„— Pomsta mnie nie obowiązuje. Owszem, za dobrodzieja poczytuję tego, co uwolnił świat od bluźniercy.” (Sakso Gramatyk, Gęsta Danorum).
Zbladł Przybysław i warknął:
Rozejdźmy się, a skoro, bo nie strzymam i mieczem cię przeszyję!
Rozejdźmy się — przystał młodszy, lecz nie ruszył się i patrzył wyzywająco. Starszy brat odszedł. Dopieroż odszedł i on.
Nie minęło wiele czasu, a Sasi obiegli gród Orle, znajdujący się znowu w rękach słowiańskich. Książę Warcisław, syn Niekłóta, bronił obleganej warowni, brat jego Przybysław z jazdą stał w puszczy, by stamtąd podjazdami nękać nieprzyjaciela, jak to kazał
czynić ojciec Niekłót pod Dąbi-nem. Henryk Lew, zaprawiony w zdobywaniu obronnych miast italskich, rozpoczął energiczne oblężenie:
„Natychmiast rozkazał z gęstego lasu sprowadzić drzewo i budować machiny wojenne, jakie widział pod Cremoną i Mediolanem… Jedna do łamania murów była piętrowa, druga wyższa, urządzona w kształt wieży, górowała nad zamkiem i przeznaczona była do puszczania strzał i odpędzania tych, którzy na wałach stali. Od dnia, kiedy machiny te postawiono, nikt ze Słowian nie śmiał pokazywać się na wałach. W tymże czasie Warcisław został ciężko strzałą raniony. Doniesiono księciu, że Przybysław z oddziałem jazdy jest niedaleko obozu. Książę wysłał… przeciw niemu hrabiego Adolfa z wyborowym oddziałem, lecz ci przez cały dzień, błąkając się po lasach i bagnach, nikogo nie znaleźli zwiedzeni przez przewodnika, który więcej nieprzyjacielowi, niż naszym sprzyjał. Książę polecił czeladzi nigdzie tego dnia nie wychodzić, by na nieprzyjaciela nie wpadli. Niektórzy Holzaci jako uparci wyszli, nie dbając
0 zakaz, i Przybysław wpadł na niebacznych. Do stu ludzi trupem położył, inni zaś do obozu uciekli. Książę gniewem silniejszym zapalony, gorliwiej poprowadził oblężenie i wstrząsły się warownie zamku, grożąc zawaleniem się wskutek podkopów. Wtedy Warcisław utracił nadzieję lepszego losu…” (Helmold, Kronika Słowian).
Ranny, zdruzgotany techniczną przewagą nieprzyjaciela, postanowił poddać twierdzę. O pośrednictwa w układach prosił Adolfa holsztyńskiego, człowieka rozważnego i spokojnego, z którym Niekłót przed laty trzymał przymierze.
    hrabia udał się do księcia [Henryka Lwa] i objawił tę rzecz tym,
co należeli do rady… Oni zapewnili [w imieniu księcia], że ktokolwiek ze Słowian podda się władzy książęcej, będzie miał zachowane życie i członki, pod tym wszakże warunkiem, by i Przybysław broń złożył. Wtedy pod przewodnictwem hrabiego [Adolfa] wyszli z twierdzy Warcisław i wszyscy panowie słowiańscy i rzucili się do stóp księcia, a każdy miał miecz na karku swoim. I przyjął ich książę i do więzienia wtrącił… Warcisława, księcia słowiańskiego, zabrał ze sobą do Brunświku, na ręce mu pęta żelazne założył, innych zaś po różnych więzieniach porozsadzał… Takim sposobem upokorzeni zostali Słowianie, aby poznali, że »Lew jest najmocniejszy…«” (j.w.).
Zaskoczony losem brata i poddaniem twierdzy, Przybysław rad nierad zaczyna układy.

Póki się to przez posłów odbywało i Przybysławowi dawano lepsze nadzieje, upłynął czas jakiś bez wojny i był pokój w Słowiańszczyźnie od marca aż do lutego następnego [1164] roku…” (j.w.).
„W tym czasie Przybysław za namową swej żony Wojsławy, księżniczki ruskiej, przyjął chrzest św. w Dobraniu, gdzie na miejscu świątyni pogańskiej zbudował kaplicę. Wraz z Przybysławem ochrzcił się jego bratanek Niekłót II, syn uwięzionego Warcisława. Działo się to 29 kwietnia 1163 roku.” (Kantzow, Kronika pomorska).
Henryk Lew, książę saski i bawarski, zdobywca ziem obodrzyckich, rośnie w siłę. Jego pycha nie zna granic, toteż nie cierpią go pozostali książęta Rzeszy. Zbyt potężny wasal drażni również cesarza, którym od śmierci Konrada, niefortunnego krzyżowca, jest niepospolity wojownik, Fryderyk Rudobrody. Arcybiskup magdeburski Wichman, biskup hildesheimski Hermann, landgraf turyngski i inni, zawiązują koalicję przeciwko księciu saskiemu. Uprzedzony o tym Henryk stawia przed swym zamkiem w Brunświku pomnik, przedstawiający rozżartego lwa, co się niczego nie zlęknie — niemniej ma się na baczności. Na rękę mu spokój na granicy wschodniej, toteż przeciąga rokowania, łudząc Przybysława obietnicami.
Temu ostatniemu zwłoka dogadza również. Ukryty w puszczy, zbroi się po cichu. Gromady Obodrzyców, Warnów, Chyżan, wypędzonych ze swych siedzib na rzecz sprowadzanych licznie kolonistów niemieckich, schodzą się do swego księcia, szukając u niego ratunku. Te tłumy zgłodniałe, zrozpaczone, z konieczności łączące się w bandy łupieżcze, Przybysław zamienia w zorganizowane oddziały, które bić się będą nieustraszenie. Lecz oczekiwanie trudne jest do zniesienia uwięzionemu choremu Warcisławowi, który śle do brata rozpaczliwe wezwania:

Otom w kajdany zakuty, a ty tak ozięble postępujesz?… Czego nie możesz osiągnąć drogą układów, wydrzyj z bronią w ręku! Czy nie pamiętasz, że ojciec nasz, Niekłót, w więzieniu w Luneburgu był trzymany, nie mogąc wykupić się prośbą ani pieniędzmi, lecz gdy… roznieśliśmy po grodach pożary i zniszczenie, został uwolniony? — Usłyszawszy te słowa Przybysław zebrał skrycie wojsko i nagle zjawił się przed Mikilinburgiem. Henryk ze Skaten, rządca zamku, był właśnie nieobecny…” (Helmold, Kronika Słowian).
Dzień wybuchu ostatniego słowiańskiego powstania niebo upamiętniło groźnym kataklizmem:
„…w miesiącu lutym dn.16 (r. 1164) wszczęła się straszliwa burza z okropnym wichrem i piorunami, które wiele zabudowań zapaliły. Prócz tego było wezbranie morza, o jakim nigdy nie słyszano. Zalało ono cały nadbrzeżny kraj Fryzji, okolice Elby i Wezery i wszystkich rzek . do oceanu wpadających i pochłonęło wiele tysięcy ludzi, a bydła tyle, że i zliczyć niepodobna. Wielu bogatych i możnych panów wieczorem jeszcze siedziało opływając w rozkoszach, bez żadnej nieszczęść obawy, a tu przyszła nagła klęska i w głąb fal ich porwała.”(jw).
Nieubłaganie i nagle jak piorun, gwałtownie jak fale morskie wzdęte huraganem, oddziały powstańcze opuszczają swe leśne schronienie. Nie straszny im wicher, bo niesie ich burza zemsty. Otaczają żelaznym pierścieniem gród Mikilinburg (stąd niegdyś, niegdyś, książę obodrzycki Mściwoj uprowadził swą siostrę Hodykę). Przybysław na siwym źrebcu podjeżdża pod wały. Cudzoziemska załoga grodu patrzy ze zdumieniem na nieznanego męża, urągającego burzy. On osłoniwszy dłońmi usta krzyczy, przemagając nawałnicę:
Czy słyszycie, co powiadam, ja, książę tej ziemi?
Odpowiadają strwożeni:
Słyszymy.
Moim jest ten gród, dziedzictwem ojcowym, własnością mojego narodu… Zabrano go nam, wy dopełniliście krzywdy nachodząc ten kraj, zajmując miejsce prawych właścicieli… Daję wam do wyboru: życie albo śmierć… Słuchajcie mej mowy uważnie! Jeśli dobrowolnie oddacie mi twierdzę, nie spadnie nikomu włos z głowy… Wyprowadzę was z żonami, dziećmi i dobytkiem aż poza granice kraju. Jeżeliby kto ze Słowian zabrał wam cokolwiek, oddam skrzywdzonemu w dwójnasób… Lecz jeżeli grodu nie zdacie, przysięgam na Imię Boga, że sam go zdobędę i wszystkich was mieczem wytracę…
Gromy głuszą słowa, wicher huczy, ulewa dudni po dachach, z załogi jedni chcą się poddawać natychmiast, inni radzą czekać powrotu dowódcy, Henryka ze Skaten. Piorun uderza blisko z przeraźliwym trzaskiem. Sądząc,” że to runęła brama, Flamandowie trzymający straż na wałach miotają na oślep pociski.
„Wtedy wojsko słowiańskie… wśród straszliwej walki wpadło do warowni i pozabijało w niej wszystkich mężczyzn, nie zostawiając z przybyszów ani jednej duszy żywej, żony ich i dzieci w niewolę uprowadziło i zamek ogniem spaliło.” (j.w.).

Z Mikilinburga przyszli pod Iłowę. Lecz obecny w zamku Guncelin, zaufany Henryka Lwa, kasztelan Zwierzyna, nie dopuścił do kapitulacji. Powstańcy nie chcąc stracić czasu, niechali więc Iłowy, spiesząc pod Kucin i Małachowo. Gdy odeszli, Guncelin „jak głownia z ognia wyrwana” (Helmold) pognał z powrotem do Zwierzyna. Pod Małachową Przybysław znów wołał (burza przycichała):
„Wydajcie mi zamek, który do ojca mego należał, a teraz dziedzictwem mnie przypada. Każę was cało przeprowadzić aż na brzegi Łaby. Gdyby wam co zrabowano, zwrócę podwójnie. Jeśli moją radę odrzucicie, będę walczył z wami. Wspomnicie wtedy na los mieszkańców Mikilinburga, którzy wzgardzili moimi warunkami i na własną zgubę mnie wyzwali… Wtedy żołnierze stanowiący załogę, widząc, że walka była niepodobna, zażądali przeprowadzenia ich za granicę ziemi słowiańskiej. Przybysław zaś zajął zamek.” (j. w.).
Trudno opisać wściekłość Henryka Lwa, gdy się o tych wypadkach dowiedział. Zawarłszy pośpieszny rozejm z nastającymi nań niemieckimi sąsiadami, zbiera ogromne siły, wzywa nienawistnego krewniaka Albrechta Niedźwiedzia,
„wszystkich najmężniejszych rycerzy z całej Saksonii, chcąc odpłacić Słowianom za zło jakie wyrządzili. Waldemara króla duńskiego przywołał także dla niepokojenia ich ze strony morza. Hrabia Adolf pośpieszył z całym ludem Nordalbingów, żeby się połączyć z księciem blisko Małachowy.” (j. w.).
Przybywszy tutaj, rozwścieczony książę saski kazał przed murami grodu powiesić nieszczęsnego Warcisława, syna Niekłótowego, nie pomnąc, że zawarował mu życie i całość członków. Zawisł na szubienicy wraz z rycerzami słowiańskimi Gębą i Przyborem,
Warcisław, mąż prawy a dzielny, i straszne oburzenie wstrząsnęło całym ludem słowiańskim. Myślał Henryk Lew, że ich zastraszy, lecz słuszność miał grabia Adolf nazywając ten postępek „nieszczęsnym pomysłem”. (Helmold). Chęć zemsty i nienawiść ludów uciśnionych wzrosła jeszcze, jeśli to było możliwe.
Książę saski nie mógł się już teraz zasłonić pozorem dbałości o szerzenie wiary chrześcijańskiej, skoro Przybysław był chrześcijaninem. Nie dbał jednak o to, głośno obwieszczając, że wraz z Albrechtem i Waldemarem ujarzmi całą ziemię obodrzycką i Wielecką aż po ujście Odry.

Księżna Wojsława dobrze radziła mężowi. Dotychczas oporni przymierzu z poganinem, stanęli teraz po stronie Przybysława, książęta pomorscy, Bogusław i Kazimierz. Nie oddadzą Sasom ziem leżących pomiędzy Pianą a Odrą, zdobytych niegdyś przez Bolesława Krzywoustego oraz ojca ich Warcisława, stanowiących całość z Pomorzem! Złączeni wspólną sprawą, ci trzej książęta, Przybysław, (obodrzycki) Bogusław i Kazimierz (pomorscy), zalegli w pobliżu Dymina, obwarowawszy swój obóz sprzęgniętymi wozami.
Pomimo potężnych sił Henryk Lew nie spieszy z natarciem, przeciwnie, chętnie wszcząłby układy z Przybysławem i Pomorzanami. Ochłonął z pierwszej pasji i żałuje teraz, że zawezwał Albrechta oraz Waldemara. Będzie musiał dzielić się z nimi zdobyczą… Stąd udana chęć pokoju.
(Rycerze krzyżowi, co byli na wschodzie, opowiadają o szpetnych zwierzach pustynnych, które zowią hienami. Włóczą się one za wojskiem, by nocą na pobojowisku objadać trupy. Gryzą się wtedy o łup. Henryk Lew, Albrecht Niedźwiedź, Waldemar duński podobni są owym hienom, żerującym zawistnie na trupie słowiańskim).
Adolf holsztyński, jedyny człowiek, z którym Słowianie zechcą rozmawiać, otrzymuje od księcia saskiego poufną misję wstrzymania kroków wojennych. Niechaj nie szczędzi obietnic. Dla poparcia słów widokiem siły, Adolfowi towarzyszą oddziały Guncelina ze Zwierzyna, Reinholda, grabiego Tetmarszów, i Chrystiana, grabiego Oldenburga.
Lecz Słowianie nie chcą słyszeć o układach. Zbyt wielkie ich oburzenie i gniew. Szydzą z pośrednika. Na urągowisko ofiarowują mu niewielki okup, który nazajutrz obcinają o połowę.
„Te słowa nie do pokoju zdążają, ale do wojny.” (j. w.).
Nie wiedząc, co począć, Adolf umacnia swój obóz i powiadamia Henryka Lwa o niepowodzeniu misji. Oba wojska, powstańcy i Niemcy, stoją w niewielkiej odległości od siebie, w pobliżu miasta Wierchy (dziś Verchen), dwie mile na południowy zachód od Dymina.

Niebawem w obozie niemieckim zaczyna brakować żywności. Słowianie pilnie strzegą, by nieprzyjaciel nie uczynił żadnego wypadu na zewnątrz. Holsztyńczyk czuje się oblężony. Wysyła silny oddział jazdy, by przedarł się do księcia saskiego, żądając śpiesznej pomocy i nadesłania żywności, gdyż dyscyplina poczyna się rozluźniać. Słowianie przecinają drogę jeździe, zmuszają ją do odwrotu, na karkach żołnierzy wpadają do obozu.
„…w sztuce wojennej biegli, Adolf i Reinhold z Holzatami i Tetmarsza-mi, którzy ze snu zbudzeni wcześniej [od innych] nadbiegli, spotkali nieprzyjaciela na pochyłości góry i pokonali pierwszy oddział Słowian i na bagna ich wpędzili. Lecz w ślad za nimi podążył drugi oddział Słowian i spadł jak góra i wtedy pobici zostali hrabia Adolf i hrabia Reinhold i wszyscy mężni zginęli. Słowianie opanowali obóz Sasów… Guncelin i Chrystian i z nimi przeszło trzystu wojowników zebrani w kupę… nie wiedzieli, co czynić mają. Straszne było potykać się z takim nieprzyjacielem, kiedy wszyscy towarzysze byli zabici lub w ucieczce szukali ocalenia…” (j. w.).
Nadejście Henryka Lwa z wielkimi siłami zmienia całkowicie losy bitwy:
„Książę śpiesznie przybył na obronę swoich i widział klęskę ludu swego i śmierć hrabiemu Adolfowi i wielu najmężniejszym zadaną… Boleść jego złagodziło zwycięstwo i śmierć Słowian, których zabitych 2500 naliczono. Polecił książę ciało hrabiego Adolfa pociąć w kawałki, ogniem zasuszyć i nabalsamować, by go stamtąd zabrać i w grobach przodków pochować…
Słowianie, którzy uszli miecza, przeszli do Dymina i spaliwszy ten najwarowniejszy zamek, cofnęli się w głąb ziemi pomorskiej [za Pianę]… Następnego dnia książę z wojskiem przyszedł tam, a zastawszy Dymin spalonym, pozostawił załogę, by wał zburzyła i z ziemią zrównała… Sam z resztą wojska poszedł na spotkanie króla Waldemara…” (j. w.).
Tymczasem Waldemar zajął warownię pomorską, Wołogoszcz. Usadowił się już więc u ujścia Odry. Dwie armie, niemiecka i duńska, suną teraz ku sobie, niszcząc po drodze wszystko, co spotkają.
„Ponieważ Pomorzanie nie stawali do walki w otwartym polu, wydało się królowi duńskiemu i księciu saskiemu hańbiące, że nie mogą wroga zmusić do układów… i że mając tak wielką
przewagę, nic zdziałać nie są w stanie. Stratę bowiem słomianych bud i zawszonych nędznych kożuchów niewiele sobie Pomorzanie cenili.” (Kantzow, Kronika pomorska).

Te pogardliwe słowa malują dosadnie wyniszczenie kraju. Wszyscy dawni kronikarze, od Ibn Jakuba poczynając, unoszą się nad zamożnością i schludnością wsi słowiańskiej. Łaźnie, barcie, liczne trzody, dostatek… Dziś, na wpół zdziczali, lecz wciąż domagający się prawa do wolności ludzie, nie mają nic swojego, prócz „słomianych bud i zawszonych kożuchów”. „…Król [Waldemar] i książę [Henryk Lew] postanowili zatem przekroczyć rzekę Pianę, wejść w ziemie Wieleckie i posunąć się aż na Pomorze. Aby przeprawić sprzęt wojenny na wschodni brzeg Piany, król kazał opróżnić swoje okręty, ustawić w poprzek rzeki, powiązać i most na nich położyć. Dowiedziawszy się o tym, książęta pomorscy zrozumieli, iż muszą próbować układów, porzucając dalszą walkę. Wysłali posłańców do króla i księcia, którzy zażądali przede wszystkim wydania im Przybysława… Lecz na to książęta nie chcieli się zgodzić, powiadając, że Przybysław jest ich przyjacielem, który im zaufał. Oni udzielali mu zawsze wsparcia i pomocy jako przyjacielowi swojemu, którego szanują i cenią…
Widząc nieustępliwość książąt, Henryk i Waldemar zażądali, aby Pomorzanie odsunęli się od Przybysława. Lecz i na to Kazimierz i Bogusław przystać nie chcieli. Nie będziemy mu udzielać pomocy wojennej — obiecali — gdziekolwiek jednak w naszym kraju Przybysław zechce pozostać, tam otrzyma gościnę i ochronę przed napaścią. I musieli przystać na to król i książę saski, gdyż im samym dokuczyła przeciągająca się wojna. Miasto Wołogoszcz zagarnięte przez króla duńskiego podzielono na trzy części. Duńską, saską i pomorską… Zarządzającym duńską częścią grodu został Przecław syn Niekłóta… dziewierz Waldemara.” (Helmold, Kronika Słowian)
W owym czasie Przybysław z Przecławem spotkali się po raz drugi. I znów na widok brata sercem Przybysława targnęło wzruszenie, w licach jego bowiem niby w odbiciu odnajdywał rysy zmarłych ojca i Warcisława. Przemógł się jednak i obojętnie rzekł:
Jestem chrześcijaninem jako i ty. Nie masz już powodu gardzić mną i nazywać barbarzyńcą. Przyjąłem chrzest myśląc, że może Duńczykom i Sasom prawdziwie chodzi o wytępienie pogaństwa. Wiem teraz, jak ich prawda wygląda… Ani na krok nie wstrzymali swojego pochodu, posłyszawszy, żem chrzest przyjął. Owszem, z jeszcze większą zaciekłością nacierają. Ziemi chcą naszej, niczego innego… Powiada wiara chrześcijańska, że ludzie mają się wzajem miłować… Miłować!… Wszystko to kłamstwo, a ty kłamcom służysz i sam kłamcą jesteś. To tylko ci chciałem rzec…
Zawrócił się Przybysław, a Przecław, zawsze taki hardy, nie podniósł tym razem głowy. Milczał, nie wiedząc, co odpowiedzieć, bo prawda słów Przybysława była oczywista.
Do Brunświku, rezydencji księcia Henryka Lwa, ujednanego z cesarzem, przybyło poselstwo basileusa greckiego, co sprawiło, że książę opuścił ziemię słowiańską, by gości powitać. Przybysław pozostawał u książąt pomorskich, uczciwych i wiernych w przyjaźni, czynił jednak nieraz zbrojne wypady na ziemie obodrzyckie w obronie uciskanej przez Guncelina i innych zarządców ludności słowiańskiej. Nie mogło bowiem serce Przybysława znieść skargi dawnych poddanych, szukających u niego pomocy.
„Guncelin i książę Bernard (syn Henryka Lwa) czynili przeciw niemu zasadzki i staczali częste boje… aż na koniec Przybysław, straciwszy najdzielniejszych ludzi i konie, nie mógł już dalej prowadzić wojny. Naciskani zaś przez księcia saskiego książęta pomorscy rzekli do Przybysława:
Jeśli ci miło żyć z nami i w naszym towarzystwie przebywać, nam jest to równie miłe. Strzeż się jednak zapominać, że jesteśmy wasalami księcia saskiego, któremu sam także obiecałeś posłuszeństwo. Jeżeli nie zaniechasz wypraw przeciw Sasom, odmówimy ci gościny w granicach naszych. — Wówczas Przybysław zaprzestał najazdów.” (j.w.).

Książę saski i król duński cieszyli się, że kwestia słowiańska nareszcie została uporządkowana. W r. 1168 nad rzeką Ejdorą zawarli między sobą układ przyjaźni. Waldemar zapłacił Henrykowi tysiąc funtów srebra w zamian za obietnicę powstrzymywania Słowian od najazdów na wyspy duńskie. W związku z tym Henryk wydał rozkaz:
„…by wszystkie okręty rozbójnicze Słowian przyprowadzone zostały do . Lubeki… Lecz Słowianie ze zwykłej zuchwałości swojej… przyprowadzili kilka tylko okrętów i to bardzo starych, te zaś, które były do wojny przydatne, podstępnie ukryli…
Ci niespokojni ludzie, [Słowianie] do morskich wycieczek zawsze gotowe wyciągali ręce, jedyną swoją nadzieję i największe bogactwo pokładając w okrętach…
Napady Duńczyków za nic sobie wazą, za rozkosz uważając mierzyć się z nimi…” (j. w.). …Niespokojni, nieujarzmieni, ustąpić muszą przemocy:
„Teraz gdy Bóg hojnie księcia naszego [Henryka Lwa] i innych książąt zwycięstwami obdarza, Słowianie wszędzie zostali wytępieni lub wypędzeni, a od granic oceanu [Morza Niemieckiego] sprowadzone zostały ludy silne i niezliczone, które ziemię Słowian posiadły, pobudowały miasta i kościoły, i urosły w niezmierne bogactwa.” (j. w.). „Cały kraj Obodrzyców i ziemie przyległe… przez ciągłe wojny, najbardziej przez tę ostatnią, w zupełną pustynię zamienione zostały, a to za łaską Boga, który prawicy księcia dał moc. Resztki Słowian, jeżeli gdzie ocalały, z powodu braku żywności i spustoszenia pól tak silnie głodem dotknięte były, że tłumami uciekały do Pomorzan albo do Duńczyków, którzy bez żadnej litości sprzedawali ich Polakom, Serbom lub Czechom.” (j. w.).
„Na prośbę swoją otrzymał książę [Henryk Lew] od cesarza pozwolenie zakładania biskupstw, nadawania ich i zatwierdzania w całej ziemi słowiańskiej, którą sam lub jego przodkowie prawem wojennym zdobyli. …otrzymawszy, przywołał biskupów, aldenburskiego Gerolda, racesburskiego Ewermoda, meklemburskiego Bernona, by godności swe z rąk jego przyjęli i złożyli mu przysięgę jako wasalowie, tak jak się to zwykle cesarzowi czyniło… Biskupi, chociaż nakaz ten uważali za uciążliwy, ustąpili dla miłości Tego, który się sam za nas upokorzył, a zarazem, że bali się, by nowy kościół nie doznał jakiego uszczerbku… I dał im książę przywileje na posiadłości i na odbywanie sądów… I powiększyły się dziesięciny w ziemi słowiańskiej. Dlatego też z krajów swoich zbiegać się zaczęli Niemcy, by uprawiać ziemię rozległą, urodzajną, dogodną z powodu obfitości pastwisk.
…Książę saski w tym czasie urósł w potęgę więcej niż kto inny i stał się księciem książąt. Podeptał karki buntowników, poburzył ich twierdze. Wytępił zbójców, uczynił pokój na ziemi słowiańskiej… (j.w.).
Przeciwnicy „księcia książąt” wystąpili jednak przeciw niemu znowu. Byli to jak poprzednio: biskup magdeburski Wichman, Ludwik landgraf turyngski, Adalbert margrabia z Soltwedele z synami, i Otton margrabia hamburski z braćmi. By przed rozprawą z nimi zapewnić sobie spokój na granicy wschodniej, Henryk Lew zawarł pokój z Przybysławem. Za cenę złożenia lennej przysięgi, zwrócił synowi Niekłóta ziemię Obodrzyców z wyjątkiem
ojcowej stolicy Zwierzyna, oddanej już na zawsze Guncelinowi.

Przybysław przyrzekł księciu dochować wiary i być mu posłusznym” (j.w.).
Klęska hr. Adolfa holsztyńskiego pod Wierchami (Verchen) zadana przez ks. obodrzyckiego Przybysława oraz książąt pomorskich Kazimierza i Bogusława w r. 1164 W r. 1168 król duński Waldemar zażądał od Sasów pomocy w zamierzonej wyprawie na Ranę. Henryk Lew nie może wziąć w niej udziału, pochłoniętym będąc walką z koalicją przeciwników. Bojąc się jednak utracić korzyści podboju, rozkazuje swym świeżym lennikom, książętom pomorskim i Przybysławowi, by w jego zastępstwie wspomagali Waldemara „w świętej wojnie przeciwko poganom”.
Hasło walki z poganami odżywa znowu, uprzykrzone, z czci odarte. Nie wierzą w nie, ani ci, którzy je głoszą, ani tamci, co ponoszą jego skutki. Każdy wie, że nie ma podziału na chrześcijan i pogan. Istnieje podział na silnych i słabych, których ojcowiznę silni chcą zagarnąć.
Przybysław wiedział zawczasu, że prawo pozostawania na ziemi ojcowskiej, możność otoczenia opieką resztek swego ludu, opłaci ceną wielkich upokorzeń. Nie przewidział jednak tego, co go obecnie spotyka. Po śmierci ojca, bojąc się o życie rodziny, posłał żonę i dzieci do Ranów. To samo uczynił ze swoimi jego brat Warcisław. Obie niewiasty wraz z potomstwem pozostawały na wyspie czas dłuższy, darzone powszechną życzliwością i opieką. Ranowie dopomogli Niekłótowi do odniesienia zwycięstwa nad krzyżowcami pod Dąbinem,. W każdej potrzebie mogłeś liczyć na Ranów. Rana to ostatnia piędź prawdziwie wolnej ziemi słowiańskiej. Przybysław jest nie tylko pobratymcem Ranów jako Słowianin. Przybysław pochodzi z rodu książąt rańskich. Krut syn Gryna, przybył z Rany wezwany przez lud, by objąć księstwo obodrzyckie. Teraz on ma iść przeciw Ranie w zastępstwie znienawidzonego zaborcy, księcia saskiego… Czy chce, czy nie chce, musi tak uczynić, ponieważ stał się wasalem niemieckim i sługą.

ROZDZIAŁ XXV
JACZO Z KOPANIKA

Na 350 lat przed opisywanymi niżej wypadkami Karol Wielki, monarcha potężny, dotarł w zwycięskim pochodzie do brzegów Łaby, obozował przy ujściu do niej rzeki Ory, podburzał Obodrzyców przeciwko Sasom i wyznaczał sławną swoją Limes Saxonicus, dalej na południe zwaną Limes Sorabicus, mającą na wieczne czasy oddzielać dziedziny słowiańskie od dziedzin niemiecko-frankońskich. Jak wiadomo, linia odcinała od słowiańskiego obszaru plemiona osiadłe na zachodnim brzegu Łaby, były zaś one liczne: Drzewianie, Brdanie, Chełmianie, Lipianie i in. Do dziś dnia ziemia leżąca pomiędzy Łabą, jej zachodnimi dopływami Ilmen i Jeetze, nosi nazwę Wendland — kraj Słowian.
Następcy Karola Wielkiego troskliwie umacniali ziemię graniczną, ciążącą naturalnie ku swojakom zza rzeki. Na wyniosłym brzegu Łaby, naprzeciwko nisko położonego Łączyna, w miejscowości Wysokie Buki wzniesiono silną twierdzę zwaną Hochbuki. Zachodnie pobrzeże Łaby, nazywane przez Słowian Białą Ziemią, otrzymało w IX wieku nazwę Starej Marchii — Altmark. Marchia ta miała się stać bastionem akcji zaborczej, bramą wypadową na Wschód. W r. 1134 cesarz Lotariusz dał Altmark margrabiemu Albrechtowi o przydomku Niedźwiedź udzielając mu zarazem dziedzicznych praw na wszystkie ziemie słowiańskie, jakie by w przyszłości zagarnął. Lotar, zaprzysiężony wróg Słowian, wyczuł w Albrechcie dobrego wykonawcę swych planów i nie zawiódł się.
W r. 1136 margrabia dwukrotnie przekroczył Łabę, zagarnął ziemię Brzeżan i Doszan, leżącą pomiędzy Łabą, Steknicą a Doszą, zdobył gród Hobolin posunął się aż do Jeziora Morzyckiego i źródeł Hoboli. Z tych ziem utworzył nową marchię, którą nazwał Priegnietz Mark lub Vormark (Przednią Marchią) uzyskując w niej silną bazę na wciąż jeszcze słowiańskim, wschodnim brzegu Łaby.
Albrecht był nie tylko zuchwałym zaborcą, lecz przewidującym poli­tykiem. Posuwał się etapami, baczny na to, by szybkim rozrostem nie obudzić niechęci cesarza ani zawiści saskiego Henryka Lwa. Po każdym zaborze oddawał się spokojnie organizowaniu i kolonizowaniu zajętego świeżo obszaru, jak gdyby nie zamierzał posuwać się dalej.
Klęski żywiołowe, jakie między latami 1150—1170 nawiedzały licznie Holandię i Fryzję, sprzyjały wysiłkom kolonizacyjnym Albrechta.
„Potężne wichry jesienne spowodowały wielki zalew morski, sięgający aż pod mury grodów…” (Magna Chronicon Belgiae), „Rzeki wezbrane zagroziły ludziom i zwierzętom wielkim niebezpieczeństwem”. (Chronicon Montis Sereni, anno 1163).
Wybryki przyrody powtarzające się sporadycznie w ciągu kilkudziesięciu lat wywołały ucieczkę ludności z niskich wybrzeży Morza Północnego. Liczbę uciekinierów wędrujących na wschód powiększały gromady pierzchające przed groźbą równą powodzi: zniszczeniem wojennym.
„…na skutek wielkiej wojny między książętami lowańskimi [dzisiejsza Belgia] rolnicy byli ogołoceni ze swego mienia i zmuszeni do ucieczki. Ziemia opuszczona, nieuprawiona, nawiedzana pożarami, pozostawała tak przez dwadzieścia lat…” (Anselm Gemblacensis, anno 1159).

Na te bezdomne rzesze czekał Albrecht Niedźwiedź. By zachęcić przybyłych i ułatwić im osiedlenie, margrabia odbierał Słowianom ich własne osiedla, rozdając je Holendrom, Zelandom, Flamandom. Gdzie zabudowania były liche, Słowianie musieli stawiać dla przybyłych nowe porządne domostwa. Dawni właściciele niech idą w puszczę, niech tam sobie klecą szałasy. Niech żyją z barci lub połowu ryb. Gdziekolwiek osiądą, znajdzie ich poborca ściągający daninę na rzecz księcia i Kościoła. Biskupi zapewniali Słowian, że kto przyjmie chrześcijaństwo, pozostanie na swej ziemi — w co wielu uwierzyło i chrzest przyjęło. Lecz margrabia nie liczył się z obietnicami biskupów. Dla Słowian, jakiejkolwiek byliby wiary, brakło już miejsca na ziemi słowiańskiej.
„W owym czasie wschodnią Słowiańszczyzną władał margrabia Albrecht z przydomkiem Niedźwiedź, któremu z łaski Bożej poszczęściło się opanować bardzo rozległą przestrzeń ziemi. Ujarzmił on bowiem całą ziemię Brzeżanów, Hobolanów i wielu innych ludów mieszkających nad Hobolą i Łabą, i uśmierzył tych, którzy bunty podnosili. Gdy na koniec Słowianie stopniowo znikać zaczęli, posłał do Utrechtu i w kraje nadreńskie i dalej, do tych, którzy nad oceanem [Morzem Północnym] mieszkali i od gwałtowności morza wiele cierpieć musieli, a mianowicie do Ho- 334
lendrów, Zelandczyków, Flandrów, i sprowadził spośród nich wiele ludu i osadził go w miastach i wsiach słowiańskich. Z tego osiedlenia się przybyszów bardzo się wzmocniło biskupstwo brandenburskie i hawelberskie, liczba bowiem kościołów powiększyła się i dziesięciny nader urosły. Lecz i południowy [zachodni] brzeg Łaby w tymże czasie zamieszkali Holendrzy i posiedli całą ziemię… która się nazywa Belse-merland [Bele-Ziem
lub Biała Ziemia]… z wielu bardzo miastami i wsiami aż do Czeskiego Lasu…” (Helmold, Kronika Słowian).
W tym samym czasie książę polski Bolesław Kędzierzawy zabiegał o sojusz z Albrechtem Niedźwiedziem. Przymierze zawarto, a syn Albrechtowy Otto pojął za żonę księżniczkę polską Judytę. Tak w baśniach oddawano smokowi na pożarcie młode dziewczęta, by okupić spokój
i bezpieczeństwo kraju. Chodziły pogłoski o zamierzonej wyprawie cesarza na Polskę dla restytuowania praw Władysława Wygnańca i tępawy Bolko sądził naiwnie, że sojusz z margrabią osłoni go przed cesarzem.
Niebezpieczeństwo zbrojnej cesarskiej interwencji było rzeczywiście bliskie. Wprawdzie ambitna Agnieszka, Władysławowa żona, już nie żyła. Umarł również jej przyrodni brat, cesarz Konrad III. Sam Władysław postarzał i zniedołężniał. Pozostawali jednak jego synowie, Bolesław Wysoki i Mieczysław, chciwi odzyskania ojcowego dziedzictwa, oraz siostra ich Ryksa, wydana za Alfonsa VII króla Kastylii, świeżo owdowiała. Według kronikarzy niemieckich, ta inteligentna i piękna wnuczka Krzywoustego posiadała znaczne wpływy na cesarskim dworze. Niezależnie zaś od nalegań Władysławowiców Fryderykowi Rudobrodemu podobała się myśl wkroczenia w charakterze rozjemcy do Polski.
Lecz chociaż Polska w ostatnim dziesięcioleciu była obrazem niedołęstwa i chaosu, nimb, jaki roztoczył nad nią Krzywousty, zachowywał tyle blasku, że Rudobrody, sam świetny wojownik, traktował zamierzoną wyprawę poważnie. Pamiętano w Niemczech dzieje Henryka V, „wywożącego z Polski, jako jedyny haracz, zabalsamowane ciała najprzedniejszych rycerzy”. Niezależnie od przysłowiowego już polskiego męstwa, przeszkodę stanowiła również topografia kraju:
„Polska tak jest obwarowana przyrodzeniem i sztuką, że poprzednicy nasi, królowie i cesarze, ledwie do brzegów Odry dochodzili… Odra opasuje Polskę niby wałem, a wszystkich przestrasza głębokością swych nurtów…” (List Fryderyka I do Wibalda, opata z Korbei).

Biorąc te względy pod uwagę, Rudobrody odkłada uderzenie na wschód do chwili zakończenia wojny toczonej przezeń w Italii z energicznym Brytyjczykiem, Mikołajem Breakspear, noszącym jako papież imię Adriana IV. i
Zająwszy Priegnietz Mark, margrabia Albrecht stał się bezpośrednim sąsiadem ziemi Hobolan. Stolicą tego kraju była stara Brenna (od „breń” — błoto), przez kronikarzy niemieckich zwana Brennaburg.
„…za czasów arcybiskupa Ewigera panował w Brennej pewien król, którego po słowiańsku zwano Przybysławem, a który po nawróceniu i przyjęcia chrztu otrzymał imię Henryk.” (Chronicon Luneburgensis Eccardi, anno 1149—1150).
(Wyżej wymienionego księcia nie należy mylić z Przybysławem synem Niekłóta ani z trzecim jeszcze Przybysławem, księciem wagryjskim. Imię Przybysław było wówczas często używane).
Przybysław-Henryk z Brennej miał żonę Pietruszę (Petrussę), chrześcijankę, prawdopodobnie Niemkę, był bezpotomny. Kraj Hobolan po jego śmierci przypadał prawem rodowego dziedzictwa siostrzeńcowi księcia, Jaczy z Kopanika.

Jaczo panuje nad ziemią teltowską, leżącą na wschód od Brennej. Gród Kopanik (dziś Kópenick) wzniesiono nad rzeką Sprewą, naprzeciwko barmińskiego grodu Barlin, (dziś Berlin). Okolica niska, podmokła dała tę nazwę oznaczającą bagniska, barzyny. Prócz wód stojących potężne bory tworzyły skuteczny szaniec wokół księstwa. Choć wąski smug ziemi łużyckiej oddziela ziemię teltowską od Odry, państwo Jaczy jest ważnym punktem strategicznym, tędy bowiem wiedzie dogodny szlak niemieckich wypraw na Polskę.
Toteż Mieszko III wielkopolski, mniej ufny od brata w siłę powinowactwa z margrabią Albrechtem, utrzymuje z Jaczą przyjazne stosunki. Wprawdzie książę Kopaniku jest poganinem, ale przeprawa na Odrze ważniejsza od względów wyznaniowych. Niech wierzy w co chce, byle Niemców nie przepuścił do brodu! W razie potrzeby Mieszko zobowiązuje się dostarczyć Jaczy broni i ćwiczonych wojów.
Jaczo, energiczny władca, posiada w Kopaniku mennicę. Bije w niej własną monetę. Zachowały się srebrne pieniążki z wyobrażeniem męża dzierżącego w jednym ręku miecz, a w drugiej palmę, symbol sprawiedliwości, z napisem w otoku „Iaczo de Copnik”.


Na razie panuje w tych dziedzinach pokój. Albrecht wierny swej taktyce, kolonizuje zdobyte obszary. Cesarz wojuje w Italii z papieżem i Mediolanem. Jaczo mógłby oddawać się spokojnie łowom, gdyby nie obawa o to, co się dzieje w Brennej.
„Wspomniany władca Przybysław-Henryk, który przyjął już wiarę chrześcijańską i nie mógł ścierpieć pogańskiego ducha swego ludu, nie mając bliskiego dziedzica, a nie chcąc po śmierci pozostawić księstwa w stanie pogańskim, naznaczył swoim spadkobiercą margrabiego Albrechta, zwanego Niedźwiedziem… Ponadto podarował jego pierworodnemu synowi, Ottonowi, którego trzymał do chrztu, całą ziemię zwaną Suchą, [dziś Sauche] stanowiącą południową część kraju Hobolan…” (Pulkava, Chronicon).
O tajnym układzie, czyniącym Albrechta dziedzicem kraju Hobolan, Jaczo nie wiedział, natomiast darowizna Suchej rozpętała jego gniew. Ta piękna ziemia oddzielona od ziemi teltowskiej, rzeką Nutą (południowy dopływ Hoboli), w przeciwieństwie do otaczających ją nizin, nie była nigdy zalewana (stąd nazwa). Przednio plonowało na niej zboże. Taką ziemię oddać Niemcom na przepadłe! Wielka była rozpacz ludzi suskich, gdy się dowiedzieli, że idą pod srogą rękę margrabiego, wielka była wściekłość Jaczy, któremu uszczuplono dziedzictwo.
Wściekłość i żal kierowały się przeciw Pietruszy. Wiedziano bowiem powszechnie, że książę Przybysław nie posiada własnej woli i idzie we wszystkim za żoną, jak cielę za krową. Zadawniona nieprzyjaźń między siostrzanem a wujenką, poganinem a wzgardliwą chrześcijanką, zamieniła się w nienawiść. Jaczo obawiał się zjechać w gościnę do wuja, by go ta gadzina nie struła.
Toteż gdy roku Pańskiego 1153 rozeszła się po okolicy pogłoska, że książę Przybysław zachorzał, Jaczo miast pojechać sam, posłał zmyślnego pachołka Dobka, by się księciu panu w jego imieniu pokłonił i o zdrowie zapytał.
Ciężka była droga z Kopanika do Brennej z powodu grząskich grobli. Nawet w lipcu błoto nie wysychało na tym szlaku, bo cień nawisłych drzew słońca nie dopuszczał. Objechać bajora też trudno, ze względu na gęsto leżące wykroty. Bodaj to jechać gościńcem książęcym, wiodącym do Hobolina! Właśnie kiedy pachołek dobijał do celu, z bramy dworca wypadło trzech konnych. Spięli konie i cwałem pognali suchą, pylną drogą. Spojrzawszy za nimi z zazdrością, Dobek pytał bramnego, co za jedni i dokąd tak śpieszą?
– Księżna kajś wysłała swego kapelana — mruknął strażnik.
– Powiadają, że książę pan chory?
– Ano, gadają, że słaby.
Pachołek wjechał, pomógł strażnikowi opuścić ciężką bramę, uwiązał konia, przetarł wiechciem jego zdrożone boki, sam oskrobał się z błota i poszedł do dworu. W kuchni zamkowej natknął się na samą księżnę. Zdała się zafrasowana, trzymała w dłoniach miskę z dymiącą polewką i mięsem.
Pokłonił się jej do stóp, powiadając, skąd jest i z czym przyjechał. Spojrzała nań nieżyczliwie.
– Książę pan — rzekła — słabował, ale już zdrowieje. Za parę dni wstanie, wtenczas sam przyśle po swego siostrzana.
– Mój pan — tłumaczył Dobek — przykazywał, cobym lice w lico księciu panu jego pozdrowienia przekazał…
Zaczerwieniła się z gniewu.
– Nie może to być, bo książę pan nikogo rad nie widzi krom mnie. Sama mu jadło, jako widzisz, noszę. Wracaj doma i powtórz panu, com rzekła!
Widząc wahanie na twarzy chłopca, syknęła:
– Ostawać nie próbuj, bo oćwiczyć każę! Darmozjadów tu nie trzeba! Wracaj!
Odeszła, zostawiając smugę unoszącego się z miski miłego zapachu. Dobek wciągał go z zazdrością w nozdrza i drapał się w głowę. Sam nie wiedział, co teraz robić? Pan mu przykazał kilkakrotnie, żeby z samym księciem rozmawiał… a tu do księcia nie wolno… Tyle drogi zrobił i miałby z niczym powracać?

W kuchni wszyscy byli jacyś osowiali. Dziewki nie mełły ozorami, jak to zwykle bywa, gdy skądś posłaniec przyjedzie. Jeść Dobkowi dali, owszem, nie mógł narzekać, ale radzić nie umieli.
Książę pan — powiadali — zachorzał jeszcze, kiedy nów był… Co mu jest, nie wiadomo, bo księżna nikomu dostępu nie dawała… Na zmianę, albo ona, albo ksiądz, ten Niemiec, przy łożu siedzieli. Ksiądz dziś pojechał. Dokąd i po co, nie wiemy… Teraz ona sama koło księcia pana straż trzyma, sama go obsługuje, powiada, że to on tak chce… Może prawda, a może łgarstwo? Jadło nosi, pomóc sobie nie daje, cięgiem prawi, że księciu panu lepiej, a lepiej… a taka czegoś zazdrosna, że klucz od komnaty przy sobie trzyma… Pytała wczoraj gospodynią, czy wody nie nanieść; albo pościel przetrzepać… fuknęła jak kocica, że nie trzeba. Czary tam chyba nad księciem odprawia? Nic innego, tylko czary…
Księżna Pietrusza szła wolno po schodach, krokiem człowieka, któremu ciężko na sercu. Z niedbale trzymanej miski ściekała na stopnie polewka. Nie zważała na to. Stanąwszy pod drzwiami, postawiła miskę, wyjęła klucz z jałmużniczki wiszącej u pasa, przekręciła zgrzytający zamek. Ruchy miała tak wolne, jak gdyby pragnęła przeciągać każdą z tych czynności możliwie najdłużej. Wyciągnęła klucz z zamku, schowała do woreczka, podniosła miskę pchnęła nogą drzwi. Wszedłszy do izby, miotnęła jadło w popielisko wielkiego komina, drzwi zaryglowała. W półmrocznej komnacie panowała cisza, muchy brzęczały. Powietrze było duszne, przesiąkłe zapachem pleśniejącego jadła rzucanego w popiół snadź od dłuższego już czasu. W głębi izby szczelnie zasunięte opony ze skóry wzorzysto barwionej zakrywały alkowę z łożnicą książęcą. Pietrusza uchyliła okiennicy i wysunąwszy głowę na zewnątrz zapatrzyła się w bielejący trakt hoboliński takim wzrokiem, jakim skazaniec wygląda ratunku. Gościniec był pusty. Odeszła od okna. Liczyła coś na palcach, wstrząsnęła głową z rozpaczą. Najwcześniej za dwa… trzy dni… Nie wydzierżę, nie wydzierżę!…
Stała teraz plecami do okna, twarzą do zamkniętej alkowy. Musiała tak stać, nie spuszczając oczu, bo byle się odwróciła, już słyszała szelest rozsuwanych opon, wyczuwała zbliżające się kroki… To on, jej mąż… jest tuż… Rzucała się wtedy do drzwi oszalała z trwogi, chcąc ludzi zwołać, uciekać, i zastygała w pół kroku, wspomniawszy, co obiecała… Wytrzymać, trzeba wytrzymać… Obiecała… Zali wiedziała, co obiecuje? Przeczuwała ciekawość ludzką i powszechne zgorszenie i własną samotność… Nie przewidziała tego, co najgorsze: strachu. Gdybyż mogła się modlić! Ale nie mogła. Bóg odszedł. Zostały tylko lęk i zasunięta alkowa… Dwa dni kopanicki pachołek pozostawał w Brennej, pilnie zważając, by go pani nie zoczyła, lecz nic nowego nie zaszło. Księżna nadal powtarzała służbie, że mąż ma się lepiej. Jeszcze dzień, jeszcze dwa, a wstanie i dwór do siebie dopuści. Jadło nosiła, klucz komnaty przy sobie trzymała. Sama wyglądała na obłożnie chorą, twarz blada, usta spieczone, ręce drżące niby w zimnicy… Na schodach trwał przykry zaduch jak gdyby padliny. Ludzie bali się, sami niewiedzieli czego. Służba gadała, że w zamku pojawia się upiór. Strażnicy znów dowodzili, że księżna Pietrusza jest strzygą. Dobek, posłyszawszy to, czmychnął z powrotem do Kopanika. Tam jego pan, wysłuchawszy niecierpliwie relacji, wrzepił pachołkowi siarczysty pogębek i sponiewierał go dotkliwie, że tyle czasu zmitrężył daremnie. Jaczo bowiem domyślił się zaraz, w czym rzecz i na czele swej drużyny popędził do Brennej. Lecz choć pośpieszał jak mógł, przyjechał za późno.
„…książę Henryk zmarł na skutek starości i został pochowany uroczyście w mieście Brandenburgu. Żona jego Petrussa, czyniąc bardzo rozumnie, ukrywała przez trzy dni nie pochowane ciało męża, wolała bowiem przekazać księstwo niemieckim chrześcijanom aniżeli wyznawcom bożków pogańskich. Powiadomiła więc księcia Albrechta, by przybył i objął księstwo jej męża.” (Pulkava, Chronicon).
Jaczo nie dawał łatwo za wygraną. Odtrącony od bram Brennej, zowiącej się już odtąd nie Brennaburg, lecz Brandenburg, wrócił do siebie i ściągał posiłki… Niegodziwy postępek Pietruszy, zdradzieckie opanowanie Brennej przez Albrechta oburzyły wszystkie wolne plemiona słowiańskie. Stawili się gromadnie mieszkańcy ziemi barnimskiej, plemiona Sosen i Dębów. Mieszko III dotrzymał obietnicy i przysłał drużyny bojowe tak liczne, że kronikarze nazywają odtąd wojska Jaczy, wojskami polskimi. (Hojność zrozumiała, gdyż cesarz Fryderyk gotuje się już do uderzenia na Polskę). Dzięki tej pomocy:
„…Jaczo, książę polski, siostrzeniec króla Henryka [Przybysława], zebrawszy silne wojsko i przekupiwszy załogę, zdobył gród Brandenburg [Brennę] będący już w posiadaniu Albrechta, który zdążył wypędzić stamtąd pogan i powierzył był obronę załodze, złożonej z bitnych Słowian i Sasów…” (j.w.).
Ten sam autor (Pulkava) podaje inny wariant tego zdarzenia, zaczerpnięty z dawnej kroniki brandenburskiej:
„…wkrótce, po przekupieniu mieszkańców pieniędzmi i wydaniu przez nich miasta, wkroczył doń Jaczo w ciszy nocnej z licznym wojskiem polskim.”
Mniejsza o to czy załoga, czy mieszkańcy otworzyli bramy grodu, jedno pozostaje pewne, że Jaczo miał sprzymierzeńców w mieście. Kronikarze niemieccy upierają się przy przekupstwie. Wiemy jednak, że Słowianie byli raczej obojętni na złoto. O wiele silniejszym bodźcem niż chciwość, musiała być nienawiść rasowa i obawa przed rządami niemieckimi. Zajęta przez Jaczę i silnie umocniona Brenna niełatwa jest do zdobycia. Darmo Albrecht wytęża wszystkie siły, by odebrać gród. Oblężenieprzeciąga się z miesiąca na miesiąc. Cesarz Fryderyk jest zniecierpliwiony. Nieoczekiwana strata czasu krzyżuje mu plany.
Wojna z papieżem została tylko chwilowo zawieszona; z wiosną przyszłego roku rozgorzeje niechybnie na nowo. Ostatnio Fryderyk zażądał od Stolicy Apostolskiej przyznania mu takich praw zwierzchniczych (z mianowaniem papieża włącznie), jakie posiadał Karol Wielki. Przeklęty Anglik, Adrian IV, śmiał odmówić! Równocześnie zuchwały Mediolan ogłasza swą niezawisłość! Górze Italii! Lecz w międzyczasie sejm w Bambergu uchwalił wojnę Polsce. W obozie cesarskim w Halle już zebrali się ze swymi wojskami dostojnicy: arcybiskup magdeburski Wichman, bremeński Hartwig, książę saski Henryk Lew, palatyn Otto z Wittelsbachu, łużycki margrabia Dytrych oraz wielu innych. Wszyscy oni krzywo patrzą na bezużyteczne cesarskie zachcianki italskie, a palą się do marszu za Odrę. To cel właściwy dla oręża niemieckiego! W obozie znajduje się również polski Władysław Wygnaniec, rzekomy powód wyprawy, a od południa ciągnie z silnym wojskiem książę czeski, by się dołączyć po drodze. Nie, tej ekspedycji już cofnąć nie można, a tymczasem czas ucieka… Niecierpliwość cesarza rośnie z każdym dniem. Chce przed jesienią zwycięsko powrócić, by spokojnie przygotować wiosenną wyprawę za Alpy… I w takiej chwili jakiś Jaczo, Jaczo z Kopanika, ośmiela się stawać na drodze mocarza, przeszkadzać w jego ogromnych zamysłach! Albrecht Niedźwiedź nie upora się sam z przebiegłym poganinem, przeto cesarz wysyła posiłki: „Albrecht zwany Niedźwiedź, wsparty pomocą Wichmana arcybiskupa magdeburskiego, oraz innych książąt i panów, zdobył gród, otoczywszy go z trzech stron [z czwartej podpłynięto na korabiach]. Jest pewne, że miało to miejsce w roku 1157 w III Idy czerwca… [11 czerwca].”
Nareszcie droga dla cesarza wolna. Jaczo pobity ucieka w niedostępne puszcze, chroniące ziemię teltowską. Podanie miejscowe mówi, że ścigany, przyparty do brzegów Hoboli, ślubował przyjąć chrzest w razie ocalenia. Skoczył do rzeki i wydostał się na przeciwną stronę szczęśliwie. Wówczas ślub wykonał. Przytoczone podanie nie jest bezzasadne, od tego czasu bowiem, kronikarze nie piszą Jaczo, ale Jaksa (słowiańska wersja imienia Jakub), pieniądze zaś ukazujące się w mennicy kopanickiej mają wyobrażenie męża z chorągwią w prawej ręce, krzyżem w lewej, napis zaś w otoku brzmi: Jakza Kopnik.
Puszcza stanowi najpewniejszą twierdzę. Pod osłoną rodzinnych borów Jaczo-Jaksa zbiera
niedobitki i czeka na pomoc z Polski. Lecz ta pomoc nie nadejdzie. Żuraw, miecz Krzywoustego, nie zalśni już nad granicami ojczystego kraju.
Wojska cesarskie zalały Wielkopolskę. Wbrew zapewnieniom Mistrza Wincentego Kadłubka, że Kędzierzawy jest „mąż chytry, przebiegły”, „walczy bez wojny” itp., potomność daje temu księciu ocenę niedostateczną. Jedyne, na co umiał się zdobyć (pomimo posiłków ruskich, a nawet podobno pruskich), to spalić własne twierdze, Bytom i pamiętny bohaterską obroną Głogów, zniszczyć swój kraj, zamieniając go w pustynię i cofać się przed nieprzyjacielem. W końcu sierpnia tegoż roku pod Poznaniem we wsi Krzyszkowie dochodzi do haniebnego pokoju. Bolesław Kędzierzawy staje przed cesarzem, boso, w śmiertelnej. koszuli, z mieczem zwieszonym nad głową (miecz symbolizuje, że życie księcia polskiego zależy od łaski cesarskiej). W tej postawie syn Krzywoustego uznaje się wasalem i hołdownikiem niemieckim.

Polska jest to wielki kraj słowiański… Kiedyś miała królów, dziś rządzą nią książęta i kraj, równie jak Czechy, podlega władzy cesarskiej.” (Helmold, Kronika Słowian).
Zwycięski powrót wojsk cesarskich zza Odry zostaje zakłócony wojną między Albrechtem Niedźwiedziem i arcybiskupem magdeburskim Wichmanem o posiadanie Brennej. Walczą ze sobą o zdobycz, jak wilki o ścierwo jelenie. Albrecht jest górą i zostaje ostatecznie panem Brandenburga, którego stara nazwa Brenna już nigdy nie wróci.
Zdobytym ziemiom, Mokrej (dziś Hawelland) i Suchej (dziś Sauche) margrabia nadał z początku miano Marchii Średniej, lecz niebawem połączywszy je w jedno z Priegnietz Mark, nazwał cały ten obszar Marchią Brandenburską, ze stolicą w Brandenburgu.
Odtąd tytuł Albrechta Niedźwiedzia, jego następców i potomków tych następców, brzmieć będzie: margrabiowie brandenburscy, książęta Rzeszy Niemieckiej. Rozprzestrzenią swe władztwo na wschód od Odry, utworzą Nową Marchię na ziemiach polskich, wraz z Krzyżakami urosną w złowrogą dla Polski potęgę.
Wpływy pięknej Ryksy, wdowy po królu Kastylii a wnuczki Bolesława Krzywoustego, nie były snadź mocne, gdyż Fryderyk Barbarossa, zadowolony z łatwego zwycięstwa, a pragnący wracać co rychlej do Niemiec — zapomniał o sprawie będącej rzekomo przyczyną wojny, o sprawie Władysława Wygnańca! Dopiero w parę lat po śmierci tego ostatniego, w r. 1163, Rudobrody przypomni sobie niespełnione obietnice i wyprawi do Polski Bolesława Wysokiego, Władysławowica, przy czym: „…już nie groźbą, lecz prośbą, nie bronią, lecz łagodnością, wstawiał się za dziećmi Władysława i nie wymagał dla nich osobnej dzielnicy, a tylko cząstkę jaką ziemi na utrzymanie.” (Kadłubek, Kronika).
Bolesław Kędzierzawy, posłuszny wasal cesarski, odstąpi wtedy synowcom część Śląska. Jaczo-Jaksa, twardy, nieugięty chłop tkwi nadal na ziemi teltowskiej obronnej bagnami.
Prócz Kopanika posiada dwa grody: Ostrów (dziś Wusterhausen), na pograniczu plemienia Dębów, i Chudowinę (dziś Mittelwalde), u skraju ziemi Sosnów (Czossen). Albrecht Niedźwiedź pozwala (do czasu) istnieć kopanickiemu państewku zgodnie ze swoją zasadą powolnego działania. Zresztą wie, że Kopanik nigdzie nie ucieknie, nikt go przed brandenburską łapą nie obroni, margrabia zaś ma chwilowo pilniejszą sprawę na głowie.
Tą pilną sprawą jest dokument wystawiony niegdyś przez cesarza Lotara, dokument, co taki gniew wzbudził w Bolesławie Krzywoustym, a w którym to akcie wymieniono jako własność Albrechta miejscowości leżące pomiędzy Odrą a Pianą, mianowicie: Groswin, Leszany, Trzebiatów i ziemię Rochowską. Zdaniem margrabiego nadszedł czas, by zrobić 2 cennego zapisu użytek i „prawnie” zająć ujście Odry uprzedzając dążącego ku tej rzece saskiego Henryka Lwa. Niedźwiedź okaże się mędrszy niż Lew. Na myśl o wściekłości stałego antagonisty Albrecht wpada w świetny humor. Książę saski będzie skarżył margrabiego przed cesarzem? Niech skarży! Cesarz nie przekreśli aktu swego poprzednika. Zostaje Polska, która uważa te ziemie za własne, lecz Polska nie jest już groźna. Liczyć się z nią nie potrzeba. Rzeczywiście, nie jest groźna.
Tylko zaszyty w swych borach Jaczo-Jaksa wierzy, że jego straż nad Odrą posiada jeszcze znaczenie. To przekonanie przekaże swemu synowi i wnukom. I dopiero około r. 1238 potomkowie Albrechta Niedźwiedzia zagarną ostatecznie ziemię teltowską. W r. 1245 rządzić będzie tym krajem ustanowiony przez margrabiów brandenburskich, nie wymieniony z imienia, „advocatus de Copnik”.

ROZDZIAŁ XXVI
I BEZPIECZNĄ STAŁA SIĘ DROGA…


„Książę książąt”, Henryk Lew, zmagał się z niemniej od niego silną koalicją przeciwników. Cesarz Fryderyk Rudobrody oblegał w Italii Mediolan. W Rzymie po śmierci Adriana IV
było znów dwóch papieży: Wiktor IV, mianowany przez cesarza, i Aleksander III, obrany przez kolegium kardynalskie. Za Aleksandrem opowiadali się zwolennicy słuszności i prawa, m. in. zakon cystersów,
„…na który składają się arcybiskupi, wielu biskupów, przeszło 700 opatów i niezliczona ilość zakonników… Rozgniewany cesarz wydał edykt, by wszyscy cystersi… albo papieża Wiktora uznali, albo uchodzili precz z kraju. Trudno wypowiedzieć, jakie tłumy duchownych… uciekły wtedy do Francji. Mnóstwo też biskupów świętością znakomitych… przemocą… wygnano…” (Helmold, Kronika Słowian).
O tych gorszących i godnych pożałowania zdarzeniach rozmawiali, siedząc przed ogniem płonącym na kominie, gospodarz domu Helmold, proboszcz bożowski, i Gerold, świeżo biskupem aldenburskim (starogardzkimi) mianowany, odbywający pierwszą wizytację swej diecezji w kraju Wągrów.
„…kapłan imieniem Gerold, rodem ze Szwabii, wysokiego rodu, kapelan księcia [saskiego], był do tego stopnia w Piśmie św. ćwiczony, że nie było mu równego w Saksonii. W wątłym ciele miał wielką duszę. Był przytem nauczycielem szkoły w Brunświku i kanonikiem… bardzo poważanym… za swe życie wstrzemięźliwe…” (j. w.).
Na dworze dął mroźny wiatr. Bożowo położone na ostrowiu pośrodku Jeziora Płońskiego było szczególnie narażone na jego podmuchy. Śnieg pokrył świat na dwa łokcie grubo, mimo to izba, w której rozmawiający siedzieli, była ciepła i zaciszna. Słowiański pachołek o lnianej czuprynie dokładał drew do komina. Blask ognia ukazywał w głębi izby stół założony księgami i kartami pergaminu, rzecz niespotykana w innym wnętrzu niż klasztorne, lecz proboszcz bożowski słynął z wiedzy i umiłowania dziejów, sam będąc niepoślednim kronikarzem.
W przeciwieństwie do czerstwej, zażywnej postaci Helmolda, niewiele odeń starszy biskup Gerold, o wątłym istotnie ciele, miał frasobliwe lica. Dotychczasowe jego wrażenia z odbywanego objazdu były przygnębiające.
Proboszcz opowiadał z ożywieniem:
– Podjąłem trud zbyt śmiały w stosunku do moich mizernych sił — opisać wszystkie zdarzenia, jakie się na tej ziemi od starodawnych czasów działy… „W ciemnościach bowiem świata tego, jeżeli pochodnia pisma nie przyświeca, wszystko jest nocą pokryte. Godna nagany zdaje mi się opieszałość wielu dzisiaj żyjących, którzy… zatkali źródła swej wymowy… Postanowiłem przeto… wiernie przy pomocy Boskiej opisać te rzeczy, o których się od starych ludzi czy z ksiąg dowiedziałem, lub sam, naocznym świadkiem byłem…”
– Piękne przedsięwzięcie, któremu błogosławić należy — przyznawał biskup. — Co do ksiąg, korzystasz zapewne mój synu z Dziejów kościoła Hammenburskiego Adama z Bremy?
– Tak jest, Wasza Dostojność. Także z cennych zapisków benedyktyna Widukinda z Korbei. Najtrudniej przychodzi podawać czasy obecne, gdzie z mnóstwa zdarzeń wybrać należy ważniejsze…
Nie zawsze łatwo rozpoznać, co ważne…
– Prawdę przyjąłem za jedyny wskaźnik. Inaczej, przy trudnych warunkach i skażonych obyczajach książąt, mógłbym łatwo zbłądzić, kierując się obawą… Ach, Wasza Dostojność! Jakże wielkiego doświadczenia i biegłości trzeba, by piórem sterować pośród groźnych skał! W sądy się żadne nie wdaję, rozumiejąc, że sąd do mnie nie należy… Krzepię się pewnością, że prawda sama w sobie jest niewzruszona i zmienić się nie da, a kto by ją przeinaczał, okaże się później oszustem…
– Ludzie na ogół unikają prawdy — rzekł z żalem gość.

Gdy chorym oczom światło zda się nienawistne, wiadomo, że w tym nie ma winy światła, tylko chorych oczu” — odparł sentencjonalnie gospodarz. Nalał wina z cynowego dzbana i podał z szacunkiem przełożonemu napełniony kubek. Przez chwilę popijali w milczeniu. Pacholik przyniósł nowe naręcze smolnych szczap i żywszy blask rozświetlił izbę.
Jak dawne jest to biskupstwo? — przerwał Gerold ciszę.
— „Biskupstwo aldenburskie, jedno z sześciu ufundowanych przez chwalebnej pamięci cesarza Ottona I Wielkiego, założone zostało roku Pańskiego 952″ — odparł Helmold, rad że może się popisać wiedzą historyczną.
– Dwieście lat temu! — westchnął biskup. — Dwieście lat! I pomimo to pogaństwo trwa nadal…
– Przyczyna tego — objaśniał kronikarz — leży w niezwyczajnym wstręcie, jaki ten lud żywi do przyjęcia wiary świętej. Ani prośba, ani groźba, nic nie przełamie ich szatańskiego uporu. Snadź Panu naszemu spodobało się pozostawić ich w pogaństwie. Nie brak potwierdzających to znaków… Wasza Dostojność czytałeś zapewne, co żywotopisarz Św.. Kolumbana podaje, że ów wielki święty chciał nawracać Słowian, lecz przed wyruszeniem w podróż miał widzenie. W widzeniu posłyszał, że szkoda jego fatygi, gdyż ci Słowianie nigdy się nie ochrzczą. Natenczas św. Kolumban, zamiast iść za Łabę, zawrócił ku Italii, gdzie założył klasztor znakomity, Bobbio…
– Dwieście lat! — powtarzał Gerold. Przed oczyma stanęła mu wczorajsza droga. Nie opodal Starogardu napotkał dębowy gaj, święty pogański gaj! Wielowiekowe drzewa opasywał rzeźbiony parkan mający dwie bramy. Śnieg zaścielił grubą warstwą ziemię, świadcząc, że nikt dawno tych bram nie otwierał. Widok siedliska pogańskich bożków zagrzał Gerolda niezwykłą energią. Zeskoczył z konia i zwołując służbę, która usłuchała niechętnie, pobrnął przez kopny śnieg ku ogrodzeniu. Przewrócili parkan, co nie było trudne, okazał się bowiem spróchniały, lecz o ścięciu dębów nie mogło być mowy. Siła by do tego trzeba ludzi i z tęgimi toporami. Zadowoliwszy się więc ściągnięciem płotu na kupę i spaleniem, biskup dosiadł z powrotem podjezdka, co służba przyjęła z ulgą. Cały czas bowiem oglądali się niespokojnie na boki, czy tłum uzbrojonych pogan nie naciera…
– Pierwszym biskupem starogardzkim — opowiadał dalej Helmold — był Markon, a cesarz Otton poddał jego władzy cały kraj Obodrzyców, aż do rzeki Piany i grodu Dymin…
– Nie wiedziałem, że już wtedy cesarstwo tak daleko sięgało — przyznał uczony.
Sięgać, nie sięgało, ale miało sięgnąć w przyszłości, o czym wielki cesarz nie wątpił… Po Markonie na stolicy aldenburskiej zasiadał Ekward, po nim Wagon… O tym powiadają, że miał piękną siostrę, którą pojął za żonę Billug książę Obodrzyców, pierwszy, który chrzest przyjął. Córka tegoż Billuga, Hodika, była ksienią klasztoru Panien w Mikilin-burgu. Wszystko zdało się pomyślnie układać dla nowej winnicy Pańskiej, lecz w r. 983 przyszło straszne zaburzenie… Słowianie powstali jak tyleż diabłów wyjących i spalili wszystko i przeszli za Łabę i tam szerzyli zniszczenie.

Krew świętych sowicie skropiła ziemię, a ciała męczenników użyźniły pola… Niewiele czasu minęło, a w roku Pańskim 1018 było drugie zaburzenie, jeszcze sroższe, a w niecałe pięćdziesiąt lat później trzecie, straszliwsze od poprzednich. Jako mówi Pismo św.
0 nawiedzonym przez czarta: i będą ostateczne rzeczy tego człowieka gorsze niż pierwsze… W całej Wagrii nie pozostał ślad wiary świętej. Leżała odłogiem ta ziemia przez 84 lata, aż świątobliwy Wicelin zapragnął obsiać ją na nowo… Czy Wasza Dostojność znasz dzieje świątobliwego Wicelina, poprzednika swego na aldenburskiej stolicy?
– Znam niedokładnie i chętnie posłucham — zapewnił uprzejmie biskup.
Helmold rozpromienił się.
– W takim razie ośmielę się przeczytać Waszej Dostojności rozdział mojej skromnej kroniki, opisujący czyny tego kapłana — rzekł i przysunąwszy się bliżej do ognia otworzył pokaźny foliał:

– Księga I, rozdział 53 — oznajmił uroczyście i czytał:
„Przed znakomitym cesarzem Lotarem… stanął kapłan Wicelin i podał środki do zbawienia dusz ludu słowiańskiego. Uwiadomił go też, że w kraju Wągrów znajduje się góra, na której można by zamek obronny wybudować…”
– Na cóż mu był zamek obronny? — zadziwił się słuchacz.
– Konieczny, Wasza Dostojność, konieczny, ze względu na zażartość pogaństwa. Dość tu mężów pobożnych zginęło, by jeszcze nowych narażać. Tylko silne mury i tęga załoga mogą powstrzymać ten naród…
– Być może… Czytaj więc dalej.
„Cesarz, usłuchawszy rady roztropnego kapłana, posłał zdolnych ludzi dla zbadania, czy góra była do tego dogodna. A gdy oni potwierdzili… polecił całemu ludowi Nordalbingów, by się schodzili dla wybudowania warowni. I książęta słowiańscy okazali się posłuszni cesarzowi 1 musieli się przyłożyć do tego dzieła, choć z wielkim smutkiem, czuli bowiem, że to się tajemnie dla ich uciemiężenia gotuje. Powiedział jeden z tych książąt do drugiego: — Czy widzisz oną silną budowlę?… ta twierdza będzie służyła ku obróceniu w niewolnictwo kraju naszego… Całą ziemię Połabian opanują. Ani kraj Obodrzyców ręki ich nie ujdzie. Na to drugi: — Któż nam tę biedę zgotował? A pierwszy: — Popatrz na tego łysego człowieka stojącego przy królu. On na nas to nieszczęście sprowadził. — I zbudowana została potężna twierdza i liczną załogą obsadzona i nazwano ją Siegeberg…”
– Czy zmiana w usposobieniu ludności nastąpiła szybko? — pytał Gerold.
– Gdzie tam! — odparł szczerze Heknołd, nie spostrzegłszy w pytaniu ironii. — Gdzie tam! Niedługo się ta twierdza ostała… Wieleż razy była przez Słowian burzona i przez naszych książąt znów odbudowywana! Świątobliwy Wicelin mieszkał w Falderze przez trzydzieści lat, żadnych owoców swej pracy nie uzyskując… Srogi jest upór tych pogan! Tak było aż do czasów kiedy arcybiskup hammenburski (hamburski) Hartwig, przedsięwziął odbudować stolice biskupie, które wściekłość barbarzyńców pogańskich niegdyś zburzyła… Proboszcz poślinił palce, przewrócił parę kart drobno zapisanej księgi i czytał dalej: „…arcybiskup wyświęcił czcigodnego Wicelina na biskupa aldenburskiego, choć ten był już w wieku podeszłym… Na biskupstwo mikilen-burskie przeznaczył Emmerharda i… wysłał obu do tej ziemi nędzy i głodu, gdzie jest siedlisko szatana i wszelkiego ducha nieczystego. To się stało bez pytania o zezwolenie księcia naszego [Henryka Lwa], ani naszego hrabiego [Adolfa holsztyńskiego].”

– Pozwól, synu — przerwał z niepokojem biskup. — Powiadali mi w Brunświku, że tu kraj żyzny, bogaty, a ty nazywasz go ziemią nędzy i głodu?! Jakże to jest prawdziwie?
– W Brunświku mówili słusznie — przytwierdził kronikarz. — Kraj to piękny, urodzajny, obfitujący z natury swojej we wszystko. Doszedł teraz do stanu takiego zdziczenia z winy samych Słowian, ich zapalczywości w walce…
– Z kimże walczą, na Boga?! — zakrzyknął biskup.
– No… z księciem… z hrabią… ze wszystkimi, co nad nimi górują..«
– O cóż walczą?
– O wolność — przyznał proboszcz i nierad rozwodzić się dłużej, wrócił śpiesznie do przerwanej lektury:
„Hrabia ściągnął całą dziesięcinę z tego roku i nie pozostawił dla biskupa ani cząsteczki. Biskup Wicelin udał się do księcia, prosząc go o przebaczenie… Książę wtedy rzekł do niego:
– Warto, bym cię ani przywitał, ani przyjął, boś godność otrzymał bez mojego zezwolenia. Ja sam tylko w tej rzeczy rozporządzać winienem… Znając twoją wierność..i zapomnę tej winy, jeżeli inwestyturę z rąk moich przyjmiesz. Pod tym jedynie warunkiem sprawy twoje mogą się obrócić na dobre.”
Proboszcz czytał dalej opis wędrówki Wicelina do arcybiskupa Hartwiga, który pod surową karą zabronił mu przyjmować laski (pastorału) od księcia. Nie wiedząc, co począć, nieszczęsny misjonarz zachorzał. Gdy mu się zdrowie nieco poprawiło, powrócił zrezygnowany do Henryka Lwa.
…Książę rzekł: — Uczynię, co chcesz, jeżeli mi cześć oddasz. — Wice-lin uczynił, co konieczność nakazywała, i przyjął laskę (pastorał) z rąk księcia. Dał wtedy książę biskupowi wieś Dulkanicę i tę wyspę Bożowo, by sobie na niej wybudował dom… I mieszkał Wicelin tu na wyspie pod bukiem, dopóki domu tego nie postawiono… Wiele trosk i udręczeń doznał czcigodny Wicelin. „…arcybiskup bowiem i książę, do których najwyższa władza w tym kraju należała, pobudzani razem nienawiścią i zazdrością, spierali się ze sobą, o to, do kogo władza stawiania biskupów ma należeć, a najpilniej się strzegli, żeby jeden drugiemu w niczym nie ustąpił… Ze zgryzoty Wicelin umarł niebawem, wyjechawszy z Bo-żowa do Faldery. Zgon jego nastąpił dn. 12 grudnia 1154 roku…”

Proboszcz odłożył księgę i popił wina, gdyż zachrypł. Biskup zamyślił się niewesoło. Jego własne losy zapowiadały się podobnie do Wicelinowych. Krewki arcybiskup Hartwig przystąpił do koalicji książąt przeciw Henrykowi Lwu, w odpowiedzi na co wojska saskie nie puściły go z powrotem do Hamburga i musiał przesiedzieć cały rok we wschodniej Saksonii. Henryk Lew, by mu dokuczyć, zabrał swojego kapelana do Rzymu na koronację cesarza i tam od samego Ojca św. Gerold otrzymał sakrę. Hartwig jej nie uznał i teraz mąż uczony sam nie wiedział, czy jest biskupem, czy nie. Przeklinał chwilę, w której uległ namowom pobożnej Klemencji, małżonki księcia Henryka, i rzucił spokojne życie, swe księgi, swą szkołę, by przyjąć uciążliwą godność. Do tego kraj pogański! Uczonemu nie mieściło się w głowie, by w ciągu dwustu lat nie można było zjednać sobie tego ludu. Spojrzał na lnianowłosego chłopca stróżującego przy palenisku. Jego twarz, choć młoda, zdawała się nie znać uśmiechu, a niebieskie oczy patrzyły w ogień z takim wyrazem, jak gdyby pląsające płomienie były pacholęciu jedyną rzeczą w tej izbie znajomą i przyjazną. Na rozmowę panów nie zwracał żadnej uwagi.
– W jakim języku świątobliwy Wicelin nauczał pogan? — zapytał biskup nagle. Proboszcz zdziwił się pytaniem.
– W jedynej właściwej mowie — odparł. — Łacińskiej, tudzież niemieckiej.
– Pojmują ją?
– Gdzie tam! Ani słowa! Przez złą wolę i ociężałość duchową… Gdyby zechcieli, dawno by ją posiedli, gdyż poza tym wcale okazują, się bystrzy. Jak zawsze, złośliwość pogańska i upór!
Gerold spojrzał znów na chłopca, szukając w jego rysach złośliwości i uporu. Zobaczył tylko zadawniony smutek i zwrócił się do proboszcza.
– Ty, mój synu, mieszkając wiele lat w tym kraju, poznałeś mowę słowiańską?
– Ja? — zdziwił się Helmold ponownie. — Nie! Na nic mi ona potrzebna… Tyle słów niemieckich, by pojąć moje rozkazy, służba rozumie…
Łatwiejsze byłoby duszpasterzowanie przy znajomości języka.
Ależ ja nie jestem duszpasterzem! — zaoponował gospodarz. — Ani mam na to czas, kroniką będąc zajęty, ani chętnych do słuchania… Do kogo miałbym mówić kazania? Do wilków, jeleni, borsuków? Toć tu pustka wkoło! Okolica wyludniona…
– Mór przeszedł? — domyślił się gość.
– Uchowaj Boże! Nie było moru. Przez swój wrodzony upór i złość tutejsi ludzie woleli zbiec w puszczę albo na morzu łotrować niż wiarę świętą przyjąć i daninę księciu oraz mnie, proboszczowi, płacić. W Aldenburgu zostało tylko dwóch znaczniejszych Słowian… obaj z dawnych książąt wagryjskich plemiennych… Jeden, Cieszymir, poganin, osiadły człek. Hrabia go nie rusza na razie, bo daniny płaci, przy tym kolonistów łasych na ziemię brak. Jak ich swojego czasu przeklęty Niekłót, ostatni książę obodrzycki, przegnał, nie kwapią się wracać, zwłaszcza że margrabia Albrecht wszystkich do siebie zwołuje… Więc póki co, Cieszymir siedzi… Drugi, Przybysław, ochrzczony, ale od Kościoła stroni… Obaj żadnego znaczenia ani władzy nie posiadają… Ludzie zowią ich kneziami przez pamięć na to, że ojce onych książąt rządziły tym krajem. Wasza Dostojność pragnie ich poznać? Zajedziem do Cieszymira.
– Przyjąłby nas? Poganin?! ,
– Wasza Dostojność nie znasz Słowian! U nich gościnność pierwsza cnota, a osoba gościa święta… Bardzo to oni obserwują… Przyjmie na pewno… A Przybysława obaczym w kaplicy na nabożeństwie z racji uroczystości Trzech Króli.
W niedługi czas później proboszcz bożowski Helmold zapisał w swojej kronice:
„Miasto [Starogard] było zupełnie puste, bez mieszkańców i murów, i miało tylko małą kaplicę przez Wicelina wzniesioną. Tam wśród najostrzejszego zimna, na kupie śniegu odprawiliśmy nabożeństwo. Ze Słowian żadnego słuchacza prócz Przybysława i kilku [jego sług] nie było… Po ukończeniu Świętych Tajemnic Przybysław zaprosił nas [biskupa Gerolda i Helmolda] do swego domu, który się w odległym miejscu znajdował… i ucztę walną wyprawił. Stół zastawiono dwudziestoma potrawami…
U księcia tego pozostaliśmy przez tę noc i jeszcze dzień i noc następną, a potem udaliśmy się dalej w gościnę… do niejakiego… Thessemara [Cieszymira], który [choć poganin] nas do siebie zaprosił”.
Nocując u Cieszymira, na łożu świeżą słomą wymoszczonym, rozważał biskup zawikłane sprawy. Zdało mu się dziwne, że gdy nieraz w chrześcijańskim kraju obawiał się nocą napaści zbójeckiej, tu zasnąć może spokojnie. Znający ten lud proboszcz bożowski zapewnił go, iż w domu Słowianina włos z głowy gościowi nie spadnie… Słowianie brzydzą się kłamstwem i zdradą, a kto im zaufał, nie zawiedzie się na ich wierności… Nie mogą to zatem być źli ludzie – myślał Gerold. — Czemuż się przy pogaństwie upierają? — Czym więcej myślał, tym mocniej dochodził do przekonania, że w stosunku do tych ludzi zachodziła jakaś zasadnicza omyłka, pierworodny błąd, który zagradzał pogańskim duszom drogę do Boga. I bolał nad tym, i chciałby przeszkodę usunąć, a jak to uczynić — nie wiedział.

Nazajutrz wszczął o tym rozmowę z Helmoldem. Pełne goryczy i powagi słowa biskupa przebiły zwykły optymizm kronikarza. Zastanowił się i rzekł:
– „Jeszcze Adam, biskup z Bremy, pisał, iż Słowianie dawno by wiarę przyjęli, gdyby nie chciwość książąt…”
– Nasi biskupi nie lepsi — sarknął Gerold.
– Nie przystoi mi nawet myśleć o tym — zastrzegł się ostrożnie Helmold.
„W następną niedzielę lud okoliczny zebrał się na targ do Lubeki i biskup [Gerold] przybywszy tam nauczał ich, by porzuciwszy bałwany, oddali cześć Bogu Jedynemu a przyjąwszy łaskę chrztu, wyrzekli się złych spraw tj. łupiestwa i mordowania chrześcijan.
Gdy skończył przemowę, książę wagryjski Przybysław rzekł w imieniu swoich: — Słowa twoje, czcigodny biskupie, są to słowa Boże i prowadzą nas ku zbawieniu. Lecz jakże wstąpimy na drogę, jaką wskazujesz, skoro tyle złego nas otacza? Chcąc zrozumieć smutne położenie nasze, cierpliwie słów moich wysłuchaj… Słuszną jest rzeczą, byśmy ci nasz stan przedłożyli, a zapłaczesz nad losem naszym. Książęta nasi [sascy] z taką surowością obchodzą się z nami, że uciemiężeni podatkami i niewolą wolimy śmierć niż takie życie. Oto w tym roku my, mieszkańcy tego biednego zakątka, zapłaciliśmy księciu [Henrykowi Lwu] tysiąc funtów srebra, potem hrabiemu [Adolfowi holsztyńskiemu] drugie tyleż. Jeszcze tego nie dość, codziennie krzywdzą nas i łupią aż do zupełnego zniszczenia. Czyż możemy poświęcić się twojej wierze, budować kościoły i chrzest przyjąć, kiedy nam codziennie przed oczami ucieczka staje? O, gdybyśmy przynajmniej mieli dokąd uciekać! Przejdziemy za Trawnę — i tam podobne nieszczęście, pójdziemy aż nad rzekę Pianę — i tam znajdziemy to samo. Cóż więc nam pozostaje, jeżeli nie porzucić naszą ziemię, przenieść się nad morze i zamieszkać w chatach rybackich?… Będzież to naszą winą, gdy pozbawieni ojczyzny zaniepokoimy morze i zabierzemy od Duńczyków lub kupców żeglujących to, co nam do utrzymania życia jest konieczne? Nie będzież to winą książąt, którzy nas do tego przymuszają?

Potem Przybysław przetłumaczył ludowi, co biskup rzekł, i swoją odpowiedź, a wszyscy zebrani przytwierdzili, że chrzest przyjmą, jeżeli zostaną zrównani z Sasami w daninach i obowiązkach. Wówczas biskup, który miał serce sprawiedliwe, poruszony mocno wszystkim, co widział i słyszał, obiecał, że będzie prosił księcia o folgę nad nimi.
Okazją do tego mógł być sejm w Etenenburgu, dokąd na wezwanie księcia przybyli także niektórzy dawni książęta słowiańscy.
„Na prośbę Gerolda książę miał do nich przemowę o religii chrześcijańskiej, religii miłosierdzia i dobroci, którą czcić należy i szanować. Wówczas spośród Słowian wstał jeden książę i rzekł, śmiejąc się szyderczo: Niechże ten Bóg miłosierny, który jest w Niebiesiech, będzie twoim Bogiem. Nam wystarczy, że ty jesteś bogiem naszym. Oddawaj ty cześć Jemu, a my ją oddamy tobie.” (j.w.).
Zapalił się książę wielkim gniewem na takie słowa bluźniercze.
Nie powiodło się też Geroldowi. Książę mniej dbał teraz o swojego dawnego kapelana, zamierzał bowiem rozwieść się z żoną Klemencją i poślubić Matyldę, córkę Henryka II króla angielskiego. Świetny ten ożenek zależał od otrzymania rozwodu. Za pretekst miało służyć pokrewieństwo, rzekomo dotąd nie zauważone. Henryk Lew, znając sumienność i ścisłość Gerolda,” obawiał się, że ten nie ułatwi mu zadania, przeciwnie gotów utrudnić. Szczególnie, że kanonik godność biskupią otrzymał za poparciem księżnej Klemencji, której był szczerzą oddany.
To wszystko sprawiało, że Henryk Lew kwaśno przyjął wagryjskiego biskupa, a na jego prośbę, by zmniejszył daniny Słowianom, parsknął z wściekłością jak kot.
Dorzucę jeszcze ciężaru tym ścierwom, żebrakom, próżniakom! — krzyczał. — Dorzucę, a nie zmniejszę!
„…co do spraw biskupstwa i kościoła, nic w owym czasie więcej nie zrobiono, książę nasz bowiem tylko co wróciwszy z Italii, cały był zajęty szukaniem pieniędzy, bo skarb był zupełnie próżny.” (j.w.).
Strapiony Gerold usiłował przynajmniej uzyskać coś dla siebie.
„Po cóż wkładaliście na mnie ciężar tytułu i urzędu? — narzekał. — Przyszedłszy do Wagrii, nie mam z czego żyć. Było mi o wiele lepiej przedtem niż teraz.” (j.w.).
By się pozbyć uciążliwego petenta, książę kazał hrabiemu Adolfowi wydzielić z dóbr holsztyńskich przypadające na Kościół trzysta łanów (włók) ziemi, co hrabia obiecał natychmiast uczynić. Lecz kiedy biskup przyjechał i nową posiadłość zobaczył, stwierdził, że wynosi ona najwyżej sto łanów.
natychmiast uczynić. Lecz kiedy biskup przyjechał i nową posiadłość zobaczył, stwierdził, że wynosi ona najwyżej sto łanów.
„…hrabia bowiem zmierzył ziemię krótkim sznurem nie używanym w tym kraju. Sznurem też zmierzył błota i lasy. Takim sposobem naliczył bardzo wielką ilość pól… Wiele pracy kosztowało dochodzenie tych posiadłości i nie dało się ich uzyskać aż do dnia dzisiejszego…”(j.w.).

Tak więc biskup Gerold był przygnębiony podwójnie.
– Nie zdołałem uczynić dla moich pogańskich diecezjan nic z tego, co obiecałem — myślał. — To jedno zrobię, czego mi zabronić nie mogą… I posłał do Starogardu księdza Brunona z Faldery:
„…ksiądz Bruno z żarliwością opowiadał ludowi słowo Boże, wykładając je zrozumiale w języku słowiańskim”, (j.w.).
Grzeszny rozłam w Kościele trwał d przybierał na sile. Rozszerzył się na Anglię, gdzie król Henryk II wbrew opinii swego dawnego kanclerza, obecnie arcybiskupa, Tomasza Becketta, zawarł z Fryderykiem sojusz przeciw prawowitemu papieżowi. W Akwizgranie na rozkaz cesarza arcybiskup koloński ogłosił Karola Wielkiego świętym. Przyjaciel Fryderyka, Rajmund z Dassel, rozgłaszał wszędzie, że nowy Karol Wielki (Fryderyk) posiada prawo mianowania papieży, tak jak mianuje biskupów.
W Italii oręż niemiecki odnosił zwycięstwa.
„Po długim oblężeniu cesarz zdobył Mediolan, wypędził z niego mieszkańców, zburzył wieże, kościoły, mury z ziemią zrównał i całe miasto spustoszył. Wtedy urosło serce cesarza, a wszystkie królestwa ziemi zlękły się sławy jego imienia…” (j.w.).
Rozrost potęgi sprzyja silnej władzy i Fryderyk Rudobrody przymusił niekarnych książąt niemieckich do zaprzestania wojny domowej. Skorzystał z tego Henryk Lew, by zająć się organizowaniem zajętych cbszarów słowiańskich. W Holandii i Flandrii trwały klęski żywiołowe, powodując dalsze emigrowanie mieszkańców z zagrożonego wybrzeża.
„…za owych dni… warownie, jakie książę [Henryk Lew] prawem wojennym posiadał w ziemi Obodrzyców, zaczęły zaludniać się przybyszami, którzy ściągnęli do kraju, aby go posiąść. Rządcą tej ziemi był Guncelin… Henryk z Racesburgu sprowadził tłumy Westfalczyków, by ci osiedlili się w kraju Połabian i rozdzielił pomiędzy nich ziemię podług wymiaru.” (j.w.). Napływ kolonistów spowodował zasadnicze zmiany w strukturze społecznej ziemi obodrzyckiej. Dotychczas pomimo twardego jarzma najeźdźcy, pomimo załóg niemieckich trzymających twierdze i grody, ludność słowiańska rządziła się swoim prastarym obyczajem rodowym, gromadzkim. Przybysze z zachodu ułatwili rozsadzenie tych ram, stając się pełnoprawnym, i wyróżnianym elementem. Zanikły wiece gminne, na których decydowała starszyzna. Zamiast dawnych książąt plemiennych, w imieniu księcia rządzili grafowie niemieccy. Zgodnie z obyczajem feudalnym, dotychczas na tych ziemiach nie znanym, grafowie składali księciu hołd jako wasale, po czym, stając się absolutnymi panami danego terenu, ściągali z ludności podatki, daniny oraz kontyngenty wojskowe.
Czy książę plemienny, słowiański, chrześcijanin mógł być wasalem i w ten sposób pozostać na swej ziemi? Teoretycznie — mógł. W praktyce nigdy się to nie zdarzało. Składanie hołdu bowiem łączyło się ze złożeniem suwerenowi ogromnej daniny, na którą zniszczeni Słowianie nie mogli się zdobyć. Wprowadzone sądy saskie były twarde. Obok ciężaru podatków, Słowianin płacił osobną daninę, jeżeli chciał się ożenić. Słowianka płaciła księciu karę pieniężną, jeżeli jej dziecko umarło. Dawne sądy słowiańskie oparte były na prawdomówności oskarżonego i świadków, gdyż Słowianie nie znali krzywoprzysięstwa. Lecz Niemcy wprowadzili „ordalia”, próby ognia, wody i lemiesza, przerażające lud słowiański swoim okrucieństwem.
Przeobrażenia społeczności nie można dokonać od razu. Toteż dopóki tereny słowiańskie nie były jeszcze całkowicie skolonizowane, cierpiano Słowian jako siłę roboczą i niewolniczą. Jeśli wówczas, tak dumni niegdyś, Obodrzyci próbowali stawiać opór, Henryk Lew stosował najostrzejsze środki, wieszał i zabijał masowo.
„…książę [Henryk Lew] wyjął Słowian spod prawa i rozkazał swoim być gotowymi do wojennej wyprawy czasu żniw…” (j.w.).
…Wyjął spod prawa i kazał uderzyć na nich czasu żniw, by ci, którzy ujdą miecza, wyginęli z głodu!
…Żniwa… Święto urodzaju! Uroczysta pora, gdy zawieszona bywa wszelka waśń, woje odkładają włócznie, a ujmują sierpy. Pokój panuje nad światem, by nic nie przeszkodziło zebraniu nowego plonu. Czym byłby człowiek, gdyby przepadł chleb? Każdy w swej wierze modli się w żniwa o pomoc. Chrześcijanie wzywają Aniołów i Świętych, poganie boginię Łagodę i duchy opiekuńcze pól. W tym momencie książę saski ogłasza na Słowian proskrypcję! Kto chce, może zabić bezkarnie męża, niewiastę czy dziecię… Może podpalić zboże dojrzałe na pniu i ze śmiechem patrzeć, jak chleb płonie. Może kopnięciem zabić bezsilną staruchę lub rozciąć brzuch zgwałconej dziewczynie… Proskrypcja. Wyjęci spod prawa!
Biskup Gerold w Lubece (dokąd przeniósł swą siedzibę ze Starogardu) nie mógł obecnie narzekać na brak wiernych. Koloniści byli chrześcijanami, uczęszczali pilnie do kościoła i brali pobożnie udział w uroczystych procesjach. Biskup i jego pomocnicy mieli pełne ręce roboty. Budowano w kilku miejscach kaplice, rozszerzała się Służba Boża. Pomimo tego biskup źle wyglądał, jakby go żarła nieznana zgryzota. Cieszył się, owszem, obecną owczarnią, lecz nie mógł zapomnieć tamtych, prawych dziedziców tej ziemi, którym światła wiary nie umiał pokazać. Odepchniętych, skazanych nędzarzy. Jawili mu się nocą w postaci lnianowłosego pachołka o twarzy nie znającej uśmiechu. Świadomość ich krzywdy, poczucie własnej bezsilności (ludziom tak okrutnie dręczonym jakże by mógł głosić Ewangelię, nie budząc szyderczego śmiechu szatana?) truły go, że nikł w oczach i w parę lat później życie zakończył.

W przeciwieństwie do zwierzchnika proboszcz bożowski patrzył pogodnie na toczące się wypadki. W ostatnim rozdziale jego nieocenionej kroniki czytamy:
„I bezpieczną stała się droga wiodąca z Danii do ziemi słowiańskiej… Ziemia słowiańska, rozciągająca się od Ejdory pomiędzy Morzem Bałtyckim a rzeką Łabą, przez bardzo długie przestrzenie ciągnąca się aż do Zwierzyna (dziś Schwerin), niegdyś straszna… i pusta, z łaski Boskiej cała prawie w jedną osadę saską zmieniona została. Budują się tam miasta i wsie, powstają kościoły… Przybysław [syn Niekłóta, wytrwały bojownik] — porzuciwszy swe długie i uporczywe bunty, widząc, że nic mu nie pomoże «przeciw ościeniowi wierzgać», pozostał w spokoju, zadowalając się przyznaną mu cząstką, mianowicie grodami Mikilenburg, Iłowo i Roztok. W obrębie tych grodów niedobitki swoich Słowian osadził. Że zaś zbójcy słowiańscy niepokoili Niemców, którzy w Zwierzynie i jego okolicy mieszkali, Guncelin, rządca zamku, mąż dobry i przyjaciel księcia [Henryka Lwa], polecił swoim, by skoro tylko spostrzegą kogo ze Słowian, idących boczną drogą bez usprawiedliwionej przyczyny, aby takich chwytali i natychmiast wieszali. Takim sposobem Słowianie cokolwiek od kradzieży i rozbojów powstrzymani zostali.”

ROZDZIAŁ XXVII
TROJA PÓŁNOCY

Tłum wysypujący się z bram świątyni arkońskiej nie był tak liczny jak dawniej, gdy to przed każdym świętem cieśnina między Strzałowem a Raną pokrywała się łodziami wiozącymi z lądu na wyspę czcicieli Swiętowita. Bóg czworolicy posiadał obecnie tylko swych wyspiarzy. Wróżby wiosenne dzisiaj odprawiane wypadły nader pomyślnie, przeto ludzie opuszczający świątynię byli spokojni i zadowoleni. Kołacz ofiarny wyrósł nad podziw, nie ujrzano zza niego nawet czubka głowy starego Dobiegniewa, kapłana. Rok obecny, według liczby chrześcijańskiej 1168, powinien być dobrym rokiem.
Pogadując o tych sprawach, ludzie siadali na skałkach, rozwijali tobołki z żywnością, pozierali w górę na strome wały, na wieżę zębatą górującą nad otwartą na oścież bramą. Mewy przelatywały nad głowami z piskiem, chciwe rzucanych im w górę okruchów. Słońce grzało, jak by to był koniec kwietnia, a nie marca. Kredowe skały, na których wznosiła się twierdza, zdawały się olśniewająco białe, a woda przy nich czarna. Za cieśniną, oddzielającą świątynny przylądek Witów od całości wyspy, na płaskiej, wystającej z morza mieliźnie paru młodych rybaków zakładało sidła na dzikie gęsi, wracające o tej porze z powrotem na północ. Rozłożyli płasko niewód, spuszczając końce do wody, całą sieć przysypali piaskiem i wrócili na brzeg, by przyjść na zasiadkę wieczorem.
Syn Kanuta Lewarda, Waldemar król duński, i jego prawa ręka biskup z Roskilde, Absalon, postanowili zgodnie uderzyć w tym roku na Ranę. Kieruje nimi chęć ubieżenia Sasów, dawno planujących podbój wyspy, oraz ukaranie zuchwalstwa pogan rańskich. Stare przysłowie powiada „wszyscy wyspiarze są źli”, lecz Ranowie spośród nich na pewno najgorsi. Przed kilku laty Waldemar najechał wybrzeże pomorskie, spustoszył je, naładował okręty zdobyczą,
powracał do domu Ranowie zebrawszy w pośpiechu niewiele statków, zagrodzili Duńczykom drogę na morzu, zatopili część ich okrętów, rozpędzili resztę, tak że król i Absalon zaledwie z siedmioma statkami zdołali uciec…” (Sakso Gramatyk, Gęsta Danorum).
Ta porażka dotąd nie została pomszczona, rok zaś bieżący tym był sposobniejszy, że książę saski Henryk Lew (z którym król duński pozostawał w przymierzu) pochłonięty wojną na zachodzie, nie będzie mógł uczestniczyć w zamierzonej wyprawie, a zatem żądać połowy zdobyczy.

Król duński i biskup z Roskilde starannie omawiają przedsięwzięcie. Gra idzie o wielką stawkę, choć powierzchnia wyspy jest mała. Ileż razy królowie duńscy usiłowali ją zdobyć! Eryk Ejegod, Eryk Emmune, Swen Graathed i on sam, Waldemar! Gromadzili, bywało, do tysiąca statków dobrze obsadzonych, lądowali na wyspie i odpływali, nie mogąc utrzymać się na niej dłużej. Arkona, dusza i serce Rany, Arkona stercząca z morza niby biały kieł, nigdy nie została wzięta.
Absalon znakomity wódz, o którym kronikarz pisze: „był nie mniej korsarzem niż kapłanem” (Sakso Gramatyk) radzi całą siłę pierwszego uderzenia skupić na przylądku Witów. — Jeżeli zdobędziemy Arkonę — powiada — wyspa i tak będzie nasza. — Waldemar przyznaje mu słuszność. Ale jak zdobyć Arkonę?
„…gród ten leży na wysokim wzgórzu, wznoszącym się bezpośrednio z morza, i umocniony jest od wschodu, południa i północy przez samą naturę. Wzgórze to sterczy prostopadle, a tak wyniośle, że strzała wypuszczona nie dosięgnie wierzchu murów warowni” (Sakso Gramatyk).
Świętujące gromady, syte śpiewów i pląsów, rozeszły się już do domów. Noc jest późna. Czuwają tylko strażnicy na wieży. Czuwa najstarszy kapłan Dobiegniew, stojący na ganku świątyni.
Choć Waldemar utrzymuje swe plany w tajemnicy, wieść o zamierzonym najeździe dotarła już na wyspę. Przynieśli nowinę rybacy, którym zwierzyli ją kupcy śledzi, niespokojni, czy da się w tym roku łowić pomiędzy Raną a Chyciną. Zbytniego wrażenia wiadomość jednak nie wywołała. Lud ufa w opiekę swego boga Swiętowita, który nie pierwszy raz przegoni precz nieprzyjaciół. Świeżo odprawione szczęśliwe wróżby utwierdziły te nadzieje. Skoro stary Dobiegniew powiada, że rok będzie dobry, nie ma czego się lękać.
Stary Dobiegniew tak mówi, lecz myśli zgoła inaczej. Od tylu lat kieruje zakopywaniem losów, wodzeniem świętego źrebca przez włócznie, że przestał mniemać, jakoby te obrzędy miały szczególne znaczenie. Czy wierzy w Swiętowita? Oczywiście, wierzy, tak często jednak uprzedzał jego wypowiedź, że zwątpił, by kiedykolwiek bóstwo przemawiało samo z siebie. Nie wie nawet stary żerca, czy zdarzają się prawdziwe znaki, po których można poznać przyszłe losy, jak się poznaje jutrzejszą pogodę po barwie zachodniej zorzy.
W przeciwieństwie do uspokajanych przezeń wiernych Dobiegniew lęka się nadchodzącej wojny. Razem z Duńczykami uderzyć mają na Ranę książęta pomorscy, Bogusław i Kazimierz. Tak mówili kupcy śledzi. Wprawdzie ostatnia rozprawa Ranów z Duńczykami podjęta była w obronie Pomorzan, ale Waldemar znęcił ich obietnicą, że otrzymają z powrotem Wołogoszcz…’ Stary wróż kiwa głową z goryczą. Jest wraz ze swym ludem samotny w obliczu nieba i morza.
Dawniej, patrząc z tego ganku, wyczuwał za wodą bliskość współplemieńców. Byli liczni, silni, hardzi… Jedna mowa, jedna wiara… Dziś nie ma ich… Odmienił się świat. Swoi albo zginęli, albo odstąpili wiary. Rana pozostała sama jedna. Ostatni przybytek bogów…
Ciszę panującą przerywa nagle wrzask ptasi, trzepotanie skrzydeł, łomot razów, krzyki, wołania i pluski. Wzdryga się stary, a to tylko łowcy dzikich gęsi podpełzli cicho pod stado przelotne, śpiące na mieliźnie. Poderwali z nagła sieć z czterech stron, zbiegli się ku sobie, więżąc ptaki w matni. Dobijają je teraz kijami.


Gród Swiętowita z trzech stron oblewa morze.
„…czwarta strona, jedynie dostępna, umocniona jest szerokim wałem, wysokim na więcej niż pięćdziesiąt łokci. Dolną część wału usypano z ziemi i ubitej gliny, górną stanowiły skrzynie połączone między sobą, zbite z belek i śniatów. Skrzynie były wypełnione torfem, a wszystko razem starannie obłożone murawą. Z górnego wału sterczały wykusze, zwane ostrogami. Wewnątrz, wśród skał otaczających świątynię, biło obfite źródło tworzące strumień. Strumień przepływał dziedziniec i uchodził pod wałem na zewnątrz… W wale była potężna brama, zwieńczona stołbem, czyli czworokątną wieżą.” (Sakso Gramatyk).
Załogę twierdzy powiększono do sześciuset ludzi, dobierając co najlepszych wojów. Zgromadzono wewnątrz żywności na rok. Podobnież zapas strzał, bierwion, oszczepów, w ilości wystarczającej na długie oblężenie. Woda była na miejscu, podobnie kamienie.
Za radą Dambora, dowódcy załogi, po zgromadzeniu zapasów i broni, bramę wejściową zawalono od zewnątrz potężnym kopcem ziemi, przypartym do wrót.
Kopiec a raczej odkos wysoki, pokryty darnią. Odtąd jedynym wejściem w obręb twierdzy był kamienny przepust wody pod wałem. Jeżeli na dziedzińcu zastawiono strumień, przepust był suchy i pojedynczy człowiek mógł się przezeń z łatwością przeczołgać. Gdy woda płynęła, przederzeć się pod prąd, nurkując, nie było łatwo. Dwóch ludzi strażujących na dziedzińcu wystarczy, by nie puścić nikogo.
– Skrzydła orłowe musiałby mieć nieprzyjaciel, żeby sięgnąć tutaj — powiada Dambor do starego żercy, obchodząc razem z nim wały. — Mogą przywieźć machiny, mogą taranami trykać w kopiec. Do bramy się nie dostaną, wału nie rozbiorą.
Dambor był wojem doświadczonym i bywałym. Przed paru laty w duńskich oddziałach Jutów wybuchł bunt i zagrożony wojną domową Waldemar chciał zawrzeć pokój z Ranami. Z ramienia księcia rań-skiego Ciesława posłował wtedy Dambor. Zresztą układ nie doszedł do skutku:
„Dambor żądał zawarcia przymierza według starodawnego zwyczaju Ranów. Obie strony rzucają kamienie do morza, mówiąc zaklęcie: — Kto złamie pokój, niech zginie, jak ginie w morzu ten kamień. — Biskup Absalon nie chciał pogańskiej formuły, domagał się zakładników… Dambor rzekł: — Rzeczą mądrą pamiętać czasy przeszłe, rozważyć teraźniejsze i widzieć przyszłe. Niemądrą opierać się tylko na jednym. Mówią, żeś rozumny, a mniemasz, że powodzenie zawsze ci będzie służyło? Cóż, jeżeli w przyszłości Duńczycy poczytaliby za dobry pokój, jaki dziś odrzucasz? — Nie podobała się Absalonowi ta dumna mowa i układu nie zawarto.” (wg Kantzow, Kronika pomorska).

– Czerwone żagle widać! — krzyczeli strażnicy. Wnet ukryte w zatokach i cieśninach statki rańskie ruszyły naprzeciw. Od zamachu wioseł spieniło się morze.
Potężne siły przywiódł ze sobą Waldemar. Z licznym wojskiem przypłynęli książęta pomorscy. Z rozkazu Henryka Lwa nadciągnął również Przybysław, niegdyś książę obodrzycki, obecnie wasal niemiecki, zwany teraz od grodu Mikilinburga księciem meklemburskim. Jak słusznie przewidywał Waldemar, Henryk Lew zajęty wojną na swej zachodniej granicy nie może wziąć udziału w najeździe na Ranę, nie znaczy to jednak, by rezygnował z ewentualnych korzyści. Toteż oprócz Niekłótowica przybył pod Arkonę biskup ze Zwierzyna, Berno, mający być okiem i uchem księcia saskiego.
Po zażartej bitwie morskiej sprzymierzeni wylądowali na przylądku Witów 19 maja, w dzień Zielonych Świątek 1168 roku. Dowództwo objął Absalon.
Na jego rozkaz przekopano smugę lądu, łączącą Witów z Jasnowem. Arkona została odcięta od reszty wyspy. Załoga twierdzy nie może już liczyć na posiłki z Korenicy, gdzie stoją książęta rańscy. Flota duńska stróżuje pilnie, by odsiecz nie przyszła od morza.
Toteż do innej odsieczy odwołują się oblężeni: uroczysta procesja wychodzi na wały. Na przedzie kroczy stary żerca Dobiegniew, wyróżniający się z dala siwą grzywą, siwą brodą. Za nim kapłani i woje. Dmą w krzywe rogi, śpiewają. Procesja dochodzi do wieży, kapłani znikają w jej wnętrzu. Chrześcijanie gapią się z dołu, ciekawi co nastąpi. Widzą, jak ze szczytu wieży wyrasta maszt, na maszcie wiatr rozwija mieniącą się chorągiew. Rogi milkną. Tłum zebrany na wałach z okrzykiem czci upada na twarze. Bo ten sztandar wielobarwny, grający w słońcu połyskiem, to w rzadkich tylko razach wyjmowany ze skarbca, wszechmocny znak Swiętowita.
„Zatknęli wysoko na drewnianej wieży wznoszącej się ponad wrotami chorągiew boga, którą poczytywali za tak potężną i władną, że miała osłonić gród. Wierzyli, że ta chorągiew, którą nazywali „stanicą” [to słowo użyte jest u Kantzowa i innych kronikarzy w brzmieniu słowiańskim] może sprawić, że cały kraj w jedno oka mgnienie przeminie… Wierzyli, że pod osłoną świętej chorągwi, wolno im popełniać wszystko, czego chce żąda zniszczenia, jak gdyby z rozkazu bogów i na ich oczach spełniali zadanie złych duchów.”
(Tak mało wiemy o pogańskiej wierze naszych przodków, że powyższe objaśnienie brzmi zdumiewająco. Jeśli obecność stanicy dawała śmiertelnym uprawnienia duchów złych, jakich sam posąg Swiętowita nie posiadał, znaczyłoby to, że chorągiew była czymś większym od niego?

Ani Sakso Gramatyk, ani korzystający z niego Kantzow, nie podają, niestety, szczegółowo opisu stanicy. Piszą tylko: „wielobarwna”. Czy nosiła wyobrażenie bóstwa? Czy była zeszyta z pasów materii odmiennych kolorów? Od najdawniejszych czasów wybrzeża Bałtyku nawiedzali kupcy rzymscy, greccy, arabscy, wymieniający cenności Wschodu na bursztyn — mógł to więc być zdobyty orężnie, wzorzysty płat złotolity).
Regularne oblężenie trwa przy zwykłej wrzawie, złożonej z przekleństw, okrzyków zapału, bólu czy gniewu, skrzypieniu drabin, hurkotu lecących w dół głazów. Jak słusznie przewidywał Dambor, machiny oblężnicze okazują się nieużyteczne, drabiny za krótkie. Oblegający wiążą po dwie, lecz obrońcy z łatwością odtrącają je z powrotem lub druzgoczą, spuszczając z nagła ciężkie belki. Ze szczytu odciągniętych na bok machin łucznicy duńscy szyją strzałami w stojących na wale, lecz ci tarczami osłaniają się skutecznie. Z obrońców mało kto ranny, gdy oblegający ponieśli już znaczne straty.
Tydzień za tygodniem mija, nie przynosząc żadnej zmiany. Pogoda słoneczna trwa. Święta chorągiew płynie z wiatrem ponad grodem, niby kosa dziwożony. Waldemar żałuje, że uległ namowom biskupa, uderzając naprzód na Arkonę. Należało pokonać książąt Jaromira i Ciesława w Korenicy, zmusić ich do przyjęcia chrztu, a Witów osaczyć i otoczony trzymać, ażby załodze żywności zabrakło. Teraz odstąpić tej przeklętej, twierdzy — wstyd. Kłócą się biskup z królem. Ich gniewne głosy dolatują do obozu.
Tak stoją sprawy, gdy pod koniec czerwca zachodzi nieprzewidziane zdarzenie:
Chrześcijanie oblegający zajęci byli kopaniem dołów i stawianiem chat, a król z powodu gorąca schronił się w namiocie stojącym w cieniu… Pachołcy i swawolni giermkowie podbiegłszy bezpiecznie pod wały, zaczęli rzucać długie liny zakończone pętlą, sądząc, że dosięgną tych, co stali na wale… Ci nie zwracali na to uwagi albo śmieli się z ich wysiłków przedrzeźniając, (wg Kantzow, Kronika pomorska).
Pomorski wyrostek Czuba, księcia Bogusława stajenny, silny i zręczny, zapalił się do tej gry. Sądził, że byle parę cali wyżej rzucił, poganina za szyję ucapi. Okręcając linę, nabierał rozpędu i wbiegał na zbocze przykopca usypanego pod bramą. Spadał natychmiast z powrotem, ale nie ustawał. Raz zarzucił tak wysoko, że strażnik rański wychylił się z ganku wieży, uchwycił bosakiem pętlę, szarpnął chłopca w górę… Wrzasnął przerażony Czuba, linę
puścił, spadł na ziemię, nic sobie nie zrobił, bo go koledzy chwycili, ale snadź stracił ochotę do ćwiczeń, bo uciekł. Śmiano się z jego przygody i na górze, i na dole.
W namiocie księcia Bogusława Czuba opowiada gorączkowo, co zobaczył:
Ziemia i darń na kopcu przywalającym bramę zapadły się w samym wierzchu, tworząc szczelinę dostatecznie wielką, żeby się w niej ukrył człowiek… Przez tę szczelinę widać deski wrót… Strażnicy na wieży ani obrońcy na wale nie mogli tego zobaczyć, bo ganek stołbu zasłania… (j.w.).
Teraz wypadki pędzą szybciej, niż to opowiedzą słowa. Bogusław wysłuchawszy Czuby przerywa królowi drzemkę. Narada krótka. Skończone swawole giermków i pachołków. Trąby wzywają wojów do szturmu. Wzdłuż całego wału rusza gwałtownie natarcie, drabina koło drabiny, tarcza koło tarczy. Gwałtownik Absalon nie może wytrzymać. W hełmie na głowie i puklerzu na czerwonej sukni pnie się z innymi, zagrzewając swym przykładem. Obrońcy mają pełne ręce roboty; zajęci spychaniem atakujących, nie zważają na jedyne miejsce pozornie nie zagrożone, na skarpę pod wieżą… Nikt nie widzi, że Pomorzanie podrzucili tam wysoko pachołka, i że ten chłopiec gdzieś znikł…

Na włóczniach rzucono mu słomy i wypełnił nią zagłębienie, a krzesiwo, hubkę i knot siarkowany miał ze sobą. Nikt też nie widzi, jak i kiedy wyszedł później z zapadliny. Duńczycy, Pomorzanie, wdrapują się na wały niczym koty. Prześcigają jeden drugiego .w zręczności, by zyskać pochwałę królewską. Lecz Waldemar stojący opodal z książętami nie patrzy na nich, patrzy uparcie na zbocze pod wieżą…
…Długo, długo nic nie widać… Sączy się dymek błękitny, niegroźny. Wiatr go zwiał. Zgasło, przepadło?… Nie! Dym pojawił się znowu. A deski obsuszone wytrwałą pogodą, a wszyscy na wałach pochłonięci odpieraniem szturmu…
…Dym gęstnieje, drzewo trzeszczy, chwycił ogień…
Krzyk strażników: — Gore! Gore! — ginie w głosie duńskich trąb, co grzmią na rozkaz króla jak trąby Jerycha. Dopiero gdy płomień ogarnąwszy bramę sięgnął podłogi wieży i buchnął słupem dymu w górę — obrońcy twierdzy spostrzegają nieszczęście.
„Ranowie zbiegli się wokół pożaru, usiłując gasić… Chrześcijanie korzystając z tego wdarli się na wał, miotali kamieniali na gaszących ogień… Książęta pomorscy nie dawali poganom wytchnienia, zabijając obrońców lub spychając ich w płomienie… Ranowie z takim zuchwalstwem stawiali opór, że chwilami walczyli z chrześcijanami jak potępieńcy wśród ognia… Inni tak wytrwale bronili wieży i masztu, że spłonęli razem z nimi…” (Kantzow, Kronika pomorska).
…Stanica!… Stanica!… Na wyprzódy z wojami kapłani rzucają się w ogień, aby ją ratować. Bieleje siwa grzywa Dobiegniewa. Lecz ogień chybciejszy od ludzi, wspina się po słupie…
…Swiętowicie, obudź się! Gdzie twoi chmurnicy, wlokący na powrozach obłoki!? Niech lunie deszcz i zagasi płomień! Gdzie wichry, poświsty, niosące piasek z mielizny? Niech nadlecą i zasypią żar! Gdzie mory i strzygi, którym nieprzeciwny ogień?!
Uniesiona gorącym prądem powietrza, chorągiew rwie się w górę, jak gdyby chciała uciec do nieba. Płomień ją ściga, dopada, pożera…
Ogień przerzucił się z wieży na wały zbudowane ze skrzyń drewnianych, wypełnionych torfem. Szturmy zdarły z nich osłonę ziemi i murawy. Dosuszyło słońce. Torf i drzewo to dobre paliwo. Wprędce pas żaru wieńczy wały, zatrzymując napastników. Ranowie mogliby to wykorzystać, podjąć na nowo walkę i obronę. O, na pewno tak by uczynili, gdyby nie spłonęła chorągiew. Wobec jej straty przestali być sobą. Jedyne, do czego obecnie są zdolni, to zawodzić, niby w „pusty wieczór” po umarłych.
Gdy przed stu laty spłonął w Radogoszczy czczony posąg Swarożyca, okrutnie cierpieli Radary, lecz klęska ich nie była tak druzgocąca. Padł bóg plemienny, zostawały inne. Trzygław królował w Szczecinie, Swiętowit w Arkonie… Mieli gdzie pójść ze swym żalem. Ranom nie zostaje nic.

Noc nadchodzi, rozświetlona blaskiem ognia bijącego ze szczytu Arkony. Podobnej Sobótki nie oglądały jeszcze bałtyckie wybrzeża! Tylko bogowie mogliby przesadzić ten stos. Ludność wyspy, odcięta obozem nieprzyjacielskim od twierdzy, powychodziła na dachy i wzgórza, patrzy ze ściśniętym sercem, nie pojmując co się stało… Załogi rozproszonych po morzu statków rańskich widzą krwawy odblask ognia ścielący się czerwono na wodzie i chcą płynąć na ratunek. Zderzają się ze statkami duńskimi. Flota królewska stróżuje pilnie wybrzeży. Za murem ognia, zaczadzeni torfowym dymem, pogrążeni w najcięższej żałobie, obrońcy twierdzy usiłują ratować przed zagładą świątynię. Zlewają wyniosły dach wodą, gdy wody nie dostaje, mlekiem, którego cebry stoją na dole przygotowane dla ofiar.
Zaskoczeni nadspodziewanie szczęśliwym obrotem zdarzeń, król, biskupi, książęta zastanawiają się, co dalej czynić?… Syn zeelandzkiego chłopa, Absalon, mąż stanu, nie tylko wojownik, doradza wejść z oblężonymi w układy i to natychmiast, nim ochłoną z żalu. — Jeśli pozwolimy płomieniom szaleć — powiada — świątynia spłonie wraz ze skarbcem, zawierającym podobno wielkie bogactwa. Spłonie posąg Swiętowita, przez co jego cześć ujdzie pohańbieniu… Zażądajmy wydania posągu, skarbca, przyjęcia chrześcijaństwa, złożenia królowi daniny i hołdu… Weźmiemy zakładników…
Waldemar uznaje tę radę za słuszną. „Lecz kiedy wojsko posłyszało, że dowództwo chce ofiarować Arkończykom pokój, powstało zbiegowisko i wielkie szemranie przeciw królowi i książętom. Twierdzili, że nigdy nie przystaną, by ich pozbawiono łupów…” (j. w.),
Absalon wyszedł i przemówił do nich:
„…Ranowie wprędce ochłoną z żałości, która im odbiera siły, i będą bronić się dalej. Ogień
powstał z zrządzenia Bożego, nie z ludzkiej mądrości, czy męstwa, więc chełpić się nie ma czym. …Górny wał płonie, ale dolny, z dobrej twardej gliny, jest dość wysoki, by poganie mogli za nim skutecznie się opierać. Słuszne rady bywają poczytywane za złe przez prostaków, ale nie mogę zamilczeć tego, co byłoby najlepsze w tej sprawie…
Książę pomorski Bogusław także zabrał głos, mówiąc:

Wojna ta ma na celu zmuszenie Ranów do przyjęcia chrześcijaństwa. Bóg pozwolił, że teraz można to będzie osiągnąć nie tylko w Ar-konie, lecz na całej wyspie… Natomiast jeśli wojsko zacznie hulać i mordować, oddamy tę ludność nie Bogu, lecz diabłu w rękę, bo pozostali Ranowie wezmą z okrucieństwa przykład.” (j. w.).
Tak mówił książę pomorski, Bogusław, dobry chrześcijanin, a przy tym w sercu Ranom sprzyjający. Niełatwo jednak przyszło uspokoić tumult wzniecony ludzką chciwością. Ostatecznie wojsko ucichło, nie z rozsądku, lecz że sądziło, iż Ranowie postawionych im warunków nie przyjmą. Były bowiem bardzo twarde.
Ale Ranowie warunki przyjęli.
Zażądano wtedy, by załoga ugasiła płonące wciąż skrzynie torfowe i odwaliła kopiec sprzed bramy, by siły duńskie mogły wejść do grodu.
„Nocą… rozległo się głośne wołanie z murów miasta. Ktoś wzywał biskupa Absalona na rozmowę, na co Absalon wyraził zgodę. Był to delegat Arkończyków, Grząca, który prosił, by mu pozwolono iść do Korenicy, skąd jest rodem, powiadomić książąt rańskich o tym, co się stało… Biskup zbudził króla, który dał Grzący jeden dzień czasu na drogę tam i z powrotem. Grząca zastał w Korenicy książąt Ciesława i Jaromira stojących z wojskiem w pogotowiu, czekających na wiadomości… Posłyszawszy, że Arkona padła, a święta stanica spłonęła, zsiedli z koni i w wielkiej rozpaczy rzekli, że nie zostaje im nic innego, jak poddać się również…” (j- w.).
Duńczycy weszli do świątyni boga Ranów. Wnętrze jest pełne dymu nawianego przez otwory okienne. W dymie posąg zda się jeszcze większy i straszliwszy. Każda z czterech głów patrzy na wchodzących surowo. Waldemar rozkazuje posąg obalić, lecz nikt rozkazu nie słucha. Ranowie — gdyż boga swojego czczą, Duńczycy i Pomorzanie — bo się boją. Po wtóre i po trzecie król daje rozkaz, coraz gniewniej — daremnie. Biskup przemawia do chrześcijan, wyrzucając im małoduszność i tchórzostwo. Niech mówi, co chce. Nikt nie śmie dotknąć olbrzyma, górującego wysoko ponad głowami. Na próżno złości się król. Nareszcie przywiedziono jeńców trzymanych przez Ranów w więzach dla okupu. Różne to były obieżyświaty, kupcy ruscy, żeglarze greccy i inni. Nie dbali o bogów słowiańskich, a cieszyli się, że przed odejściem na wolność mogą dokuczyć Ranom. Wyjęli z garści posągu drogocenny róg, chlapnęli napój na ziemię — ostatnia ofiara złożona Swiętowitowi — zdarli z boga złoty pancerz, odpasali miecz. Ranowie łkali, reszta milczała strwożona. Próbowali teraz ci obcy obalić giganta. Nie drgnął, bo choć stopy miał na ziemi, wkopany był głęboko w grunt. Podano jeńcom topory i jęli rąbać posąg po goleniach. Zastygli wszyscy czekając, co teraz nastąpi, ale nic nie nastąpiło i na koniec posąg runął na ziemię z łoskotem.
„…założono potworowi łańcuch na szyję, król kazał arkończykom wywlec go za wały. Odmówili. Niewolnicy kupcy musieli wyciągnąć posąg… W obozie dziwiono się bardzo wielkiemu i szpetnemu bóstwu. Zbiegowisko było takie, że ani król, ani książęta nie mogli się docisnąć… Gdy wszyscy nasycili ciekawość, kucharze przełupali posąg, porąbali na szczapy i ugotowali na nim tego dnia strawę…” (j. w.).
Bogactwa znajdujące się w skarbcu arkońskiej świątyni przeszły świetnością oczekiwania zdobywcy.

Posąg ten [Swiętowita], datkami całej Słowiańszczyzny wzbogacany, również sąsiedni królowie nie bez świętokradztwa obdarzali” (Sakso Gramatyk, Gęsta Danorum).
Waldemar ze zdziwieniem znalazł wrśród klejnotów dar swojego poprzednika:
„…także król duński Sweno uczcił bóstwo pucharem, większą gorliwość okazując dla obcej religii niż dla własnej.” (j. w.).
— Czas było skończyć z tą jaskinią bałwochwalstwa — stwierdził zgorszony odkryciem Absalon.
Waldemar postępuje inaczej niż Henryk Lew. Nie zakuł książąt rańskich Jaromira i Ciesława w kajdany, nie powiesił żadnego z nich, nie wypędził mieszkańców wyspy z ich siedzib… Kazał im przyjąć chrześcijaństwo, oddać dobra kapłanów Kościołowi, ściągnął daninę, odebrał przysięgę lenną, kazał płacić sobie corocznie czterdzieści szelągów od każdego jarzma wołów i naznaczył Jaromira wielkorządcą wyspy. Sprowadzeni przez króla księża wezmą się zaraz do pouczania ludu rańskiego o prawdach wiary chrześcijańskiej. Świątynia arkońska będzie rozebrana, a na jej miejscu zbudowany zostanie kościół.
Książęta pomorscy, Bogusław i Kazimierz, a także Przybysław, niegdyś obodrzycki, dziś meklemburski, bo księstwa obodrzyckiego już nie ma, patrzą ze zdumieniem na dokonany w ciągu doby upadek dumnej wyspy. Gdy biskup Absalon z trzydziestu statkami popłynął do Korenicy, czekali z niepokojem, co nastąpi, pewni, że wojna dopiero teraz rozgorzeje. Wszak książęta rańscy mieli siedem tysięcy zbrojnych, gotowych do walki! Siedem tysięcy Ranów, słynących z odwagi i zaciekłości! Mogli pomścić spalenie chorągwi! Lecz oni się poddali, powiadając, że teraz już im wszystko jedno. Arkony nie ma, więc oni są jak umarli. Zmarły nie ma swojej woli i gdzie go położą, tam leży i gdzie go rzucą, tam zostanie i nie opiera się ani dochodzi swojego…

Trzej książęta rozważają te dziwne wypadki. Figle chłopięce sprawiły, że wielosetletnie państwo, ostatnia siedziba starodawnych bogów runęła… Tak błaha przyczyna, tak doniosły skutek. Z czyjej woli ludzka trwałość zmieniła się w dym i popiół?…
Czy Ranowie postąpili, jak przystoi dobrym wojom? Książęta zgodnie uznają, że tak. Wierność stanowi najpiękniejszą cechę męża. Ranowie pozostali wierni swemu bogu, przeto gdy zginął, nadszedł kres i dla nich.
Mimo woli trzem Słowianom, z których jeden przyjął chrzest niedawno, dwaj zaś są synami nowochrzczeńca Warcisława — błyska krzepiąca świadomość, że dobrze jest złożyć wierność swoją w dłonie Boga Prawdziwego, Który nie zawiedzie, Którego zniszczyć nie mogą ludzie, żywioły, ni czas…

ROZDZIAŁ XXVIII
OSACZONY

Kiedy Anastazja, żona księcia Bogusława pomorskiego, oświadczyła, że będzie towarzyszyć mężowi i szwagrowi w ich podróży do Gniezna — wiedziano na dworze kamieńskim, że darmo byłoby ją od tego zamiaru odwodzić. Była to bowiem kobieta uparta. Wystarczało spojrzeć na jej zaciśnięte wargi, wysuniętą w przód brodę. Z jedenaściorga dzieci Mieszka III, zwanego później Starym, ona była najpodobniejsza do ojca i z twarzy i z charakteru. A przecież to był zamiar szalony: puszczać się w drogę o tej wczesnowiosennej porze z maleńkim Kazkiem przy piersi i starszym od niego o rok Boguskiem, trzymającym się kiecki matczynej! Anastazja kochała tych synków danych przez Opatrzność niemłodemu już małżeństwu, niby w nagrodę za kilkoro starszych zmarłych w czasie zarazy, lecz uważała, że musi być na zjeździe w Gnieźnie obecna. Od wyniku odbytych tam narad zależą losy Pomorza, a córce łatwiej żebrać pomocy u ojca niźli zięciowi u teścia.
To była prawda, której Bogusław nie mógł zaprzeczyć, jako też, że położenie księstwa pomorskiego stawało się coraz groźniejsze. Ziemie zaodrzańskie należące do Kazimierza, Bogusławowego brata, były celem nieustających najazdów margrabiego brandenburskiego Ottona, syna Albrechta Niedźwiedzia. Całe zaś wybrzeże pomorskie stanowiło obiekt wytrwałych ataków Kanuta, króla duńskiego, syna Waldemara. Kanut był młody i niedoświadczony, ale przy jego boku stał żelazny biskup z Roskilde, Absalon. Ten pozostawał wierny pragnieniu zdobycia dla Danii południowych wybrzeży Bałtyku i uważał, że przyszła ku temu odpowiednia pora. Wypadki sprzyjały Danom. Gwiazda ich konkurenta, Henryka Lwa, gasła. „Książę książąt” miał dotychczas przeciw sobie tylko pozostałych książąt niemieckich. Ostatnio do jego wrogów przyłączył się cesarz, któremu Henryk Lew odmówił pomocy w chwili, kiedy Barbarossa był oblężony w Pawii przez wojska lombardzkie, a potem pokonany przez nie pod Legnano. Nieużyta pycha nie opłaciła się księciu saskiemu. Rudobrody wyszedł cało z opałów italskich i z furią natarł na nielojalnego wasala. Zmuszony do rozpaczliwej walki o życie, Henryk Lew nie stanowił już przeszkody dla podbojów duńskich. Nie stawi im również oporu rozbita na części Polska. Upragnione ziemie pomorskie są zdane same na siebie. Ponieważ na horyzoncie pojawił się nowy groźny rywal: margrabia brandenburski ciągnący z południa, Absalon spieszył się z zajęciem wybrzeża.
Jak od wieków tak i teraz, nie brakło na Bałtyku korsarzy łotrujących na morzu, kryjących się w zatokach im tylko znanych. Zazwyczaj Pomorze i Dania tępiły ich zgodnie. Ostatnio ilekroć zbóje morscy zagrabili łódź duńską czy korab, Danowie podnosili krzyk, że to Pomorzanie szukają zaczepki i że ta napaść wymaga odwetu. Ot, już powód do najazdu. Rok w rok, a nieraz dwa razy do roku, czerwone żagle pojawiały się w portach pomorskich. Doprawdy życie stawało się nielube między tymi dwoma wrogami. Oganiaj się nieustannie od jednego i drugiego, a obaj coraz silniejsi. Brandenburczycy oblegali Dymin. Mocna warownia broniła się jeszcze, lecz Kazimierz zamiast pieczętować się jak dawniej „Casimirus Diminensimus et Pomeranorum princeps” używał już tylko tytułu „Pomeranorum princeps”. Jasne było dla każdego, że w tej sytuacji dni księstwa pomorskiego są policzone. Jedyny ratunek i nadzieja leżały w Polsce.
Jeżeli Mieszko III, od niedawna wielki książę krakowski, piszący się ,.dux totius Poloniae”, udzieli Bogusławowi pomocy, do jakiej był zobowiązany wobec pomorskiego lennika, pomocy bodaj takiej, jaką otrzymał swego czasu Jaksa z Kopanika — Pomorze da sobie radę. Jeżeli odmówi, trzeba nieuchronnie ginąć. Wyjazd do Gniezna był zatem konieczny. Oprócz dworzan i piastunek, księstwu mieli towarzyszyć: kasztelan kołobrzeski Bars, rycerze: Sulisław z Przemysławia i Przybysław z Pazdawilka. Z wyjazdem czekano tylko na przyjazd Kazimierza.
Bezdzietny brat Bogusława przeznaczał swe księstwo chrześniakowi, małemu Kazkowi. (Imię Kazimierz, ulubione w rodzie Piastów na równi z Bolkiem i Mieszkiem, stanowiło żywy dowód łączności dynastii pomorskiej z tym domem). Kazimierz Warcisławowic był dziwakiem, miłowanym przez całą ludność, postępującym odmiennie niż inni książęta. Nie brakło na to dowodów. By uczcić pamięć Ottona bamberskiego, który chrzcił niegdyś Pomorze, Kazimierz ofiarował się składać Bambergowi corocznie parę kamieni wosku na świece, mające dzień i noc płonąć przy grobie pomorskiego apostoła. Co roku zatem wysłańcy kapituły bamberskiej zgłaszali się po odbiór tej darowizny. Kiedyś jeden z takich posłów, Krammer, został ostrzeżony, że w drodze powrotnej napadną -nań grabieżcy, woje pomorscy, wielce Niemcom nieżyczliwi.
„…przestraszony Krammer pojechał do Wołogoszczy do księcia Kazimierza, powiadając, co mu grozi i prosząc o eskortę. Książę powiedział: — Sam z tobą pojadę. — Wsiadł z nim na wóz, nałożył kaptur na głowę, a kilku zbrojnym kazał jechać w oddaleniu za wozem. Rzeczywiście rycerze pomorscy czekali na drodze. Na widok jadących wyskoczyli, strącili z kozła woźnicę. Przywódca krzyknął do księcia: — Coś ty za jeden? Zrzuć kaptur! — Książę to uczynił i zapytał: — Nie znasz mnie? — Poznali go od razu i przerażeni uciekli. Książę nie powiedział Krammerowi, którzy to byli, lecz nałożył na nich surowe kary…” (Kantzow, Kronika pomorska).Autor, z którego dzieła powyższy cytat został zaczerpnięty, podaje słowa księcia w następującym brzmieniu: „Nie znas murum?” i wnet objaśnia: Das ist: Kennst du mich nicht?).
Z pięciu synów Bolesława Krzywoustego dwóch już tylko pozostawało przy życiu: Mieszko III i najmłodszy Kazimierz, do niedawna nazywany urągliwie „księciem bez ziemi”, nie posiadał bowiem na własność żadnej dzielnicy. Dopiero brat, Henryk sandomierski, krzyżowiec, zapisał Kazimierzowi przed śmiercią część swojego księstwa, mianowicie ziemię wiślicką, z pięknym starodawnym grodem Wiślicą. Kazimierz, traktowany stale przez braci jako niedorostek, liczył już czterdzieści parę lat. Był łagodny, uprzejmy dla wszystkich, istne przeciwieństwo twardego i dumnego Mieszka. W Gnieźnie przypadli sobie do serca z Kazimierzem pomorskim od razu.

Zjazd był liczny. Wprawdzie i z pięciu synów Mieszka żył tylko jeden, Władysław, dla bocianiej budowy przeżywany Laskonogim, przybyli jednak bratankowie, synowie Władysława Wygnańca, Bolesław Wysoki i Mieczysław. (Tego, że miał stopy do środka, nazywano Plątonogim). Obaj książęta śląscy wyróżniali się obcym strojem i pogardliwym sposobem bycia. „Kubek w kubek nieboszczka Agnieszka” — powiadali starzy, pamiętający walki między braćmi.
Z sześciu córek Mieszka nie przyjechały księżna lotaryńska, ani księżna czeska, obecna za to była, szczególnie przez Anastazję ulubiona, Anna, żona Sobiesława, księcia Pomorza Gdańskiego.
Mieszko wspaniale przyjmował rodzinę. Był to władca w każdym calu, pełen godności monarszej. Od poddanych wymagał posłuchu i moresu. Rządził sprawiedliwie, lecz nieubłaganie. W całym księstwie istnieć mogła tylko jego wola. Prośbę Bogusława i córki przyjął z pełnym zrozumieniem.
— Nie lza Polsce dopuścić do straty Pomorza — mówił. — Pomorze, Wielkopolska a Śląsk to najprzedniejsze dzielnice… Z nimi Polska jest wielka i władna, bez nich jakoby za częstokołem zamkniona… Zapomnieli Danowie o Konungaheli, przypomnimy im to wnet! Za dużo sobie pozwala ksiądz biskup z Roskilde… Lepiej by mówił pacierze… Przyślę ci pieniędzy na nowe statki, przyślę wojska dobrego, moich Wielkopolan parę tysięcy… Przed żniwami powinni już być u was… Nie damy się tym drapieżcom odgonić od morza!
Klepał przyjacielsko Bogusława po ramionach. Pomorzanie promienieli. Radości ich niezdolne były zamącić ostrzegawcze głosy dochodzące z boku.
Kazimierz wiślicki zwierzył się Kazimierzowi pomorskiemu, że zeszłego roku panowie wielkopolscy z rodem Nałęczów na czele, chcieli obalić Mieszka i jego, Kazimierza, obwołać panem. — Odmówiłem — powiadał — nie wierząc w powodzenie szalonego zamiaru, więc przycichli, ale znam Nałęczów, oni się swoich zamysłów nie wyrzekli. Mieszko ani się domyśla, że grunt się pod nim zapada. Nieluby się stał narodowi, bo przy Bolku zakosztowali ludzie swobody, Mieszko zaś panuje, jak by był stryjecznym naszym dziadem Szczodrym. Co uszło wtedy, nie ujdzie dzisiaj… Mieszko płynie pod prąd, a czy długo poradzi tak płynąć?… Mieszko chce wielkiej Polski, takiej jak za ojca była, przecie gdy cały naród przeciw niemu stanie, nic nie uzyska i siebie zatraci…
Podobne obawy kładła w uszy Anastazji Anna, księżna gdańska, ulubiona siostra. Mówiła: — Póki ojciec trzymał w garści tylko Wielkopolskę, nadto się nie buntowano, chociaż po tyrańsku rządzi. Teraz, mając Mazowsze i Krakowskie, nie da sobie rady… A przedłożyć mu nic nie można. Samego arcybiskupa nie posłucha, owszem zamilczeć mu każe…
Nikomu nie jest miło porzucać dobrej nadziei, przeto książęta pomorscy wracając, pocieszali się, że Kazimierz i Anna nadto czarno widzą. Bogusław fuknął nawet na kasztelana kołobrzeskiego, żeby nie krakał, gdy ten takie same wróżby powtarzał, zasłyszane od gnieźnieńskiego rycerstwa.
Żniwa nadeszły, przeszły przy pięknej pogodzie. Posiłki polskie nie nadchodziły, lecz Bogusław daleki był od niepokoju. Wzmacniał obwarowania Dziwnowa, Wyspy Chrząszczewskiej, Kamienia, zagrodził głazami wjazd do Świny, sprawdzał stan sławnych wałów szczecińskich. Wprawdzie termin Mieszkowy dawno minął, ale był doprawdy bardzo krótki. Nie dziw, że dotrzymać się go nie dało. Jesień nadchodzi, a zimą tylko Krzywousty poradził wojować. Niechby Mieszkowe wojska przyszły wczesną wiosną i tak będzie dobrze.

W tym usposobieniu podtrzymywała Bogusława żona. Ojciec nie zawiedzie — twierdziła. — Co obieca, to zawsze dotrzyma. Opóźnia się, widno ma trudności, o jakich mówiła Anna, ale upora się z nimi… Czekajmy!
Czekali zatem.
Zima minęła, z Polski ni wojska, ni żadnej wieści nie było. Natomiast, gdy wiosenny przybór Odry opadł, pojawili się na wybrzeżu Dunowie. Król Kanut z Absalonem uderzyli szeroko na wszystkie porty pomorskie. Z największym wysiłkiem, po zażartych walkach, Pomorzanom udało się ich odeprzeć, ponosząc przy tym znaczne straty w ludziach i okrętach. Duńczycy odpłynęli, zapowiadając, że następną wiosną wrócą.
Bogusław posłał rycerza Przybysława z Pazdawilka do Mieszka III z listem przedstawiającym groźne położenie księstwa, prosząc o przyspieszenie pomocy.
Rycerz z Pazdawilka pojechał i nie powracał. Księżna Anastazja wychodziła codziennie na wały patrzeć, czy nikt z tamtej strony nie nadjeżdża. Wargi jej były jeszcze mocniej zaciśnięte, broda bardziej wystająca. Powtarzała po dawnemu z uporem: Ojciec nie zawiedzie.
Ledwo Pomorze zdołało jako tako odetchnąć po najeździe duńskim, z wielką siłą uderzył na Zaodrze margrabia Otto brandenburski, podobny swemu ojcu Niedźwiedziowi, równie zmyślny i na cudze ziemie pazerny. Zajęli mimo rozpaczliwej obrony Dymin, ziemię Wkrzanów, ziemię rochowską, Groswin, Leszany i Trzebież. Szczecin zagrożony gotuje się do odparcia napastnika. Jest lato 1180 r.
Bogusław w ślad za zaginionym Przybysławem z Pazdawilka posyła kasztelana Unima z Kamienia. Na miłosierdzie Boskie! Pomoc przybędzie czy nie?
Kasztelan Unim pognał i nie wraca. Anastazja gorączkowo chodzi tam i z powrotem po wałach. Już nie mówi nic. Na przemian modli się, to gryzie ręce z gniewu i niecierpliwości. Poseł przybywa, ale nie ten którego oczekiwano. Zza Odry dawny kasztelan dymiński, Jarogniew. Przywozi bardzo złą wieść. Książę Kazimierz zaginął…
Poległ?!
– Nie wiadomo… Zaginął, przepadł… Wojsko i ludność szukają go wszędzie. Nie natrafili na żaden ślad…
– W niewolę popadł — domyśla się Bogusław, przygnębiony okrutną wiadomością.
– My też zrazu tak mniemali, ale gdyby go były złapały brandenburczyki, to by się pochwaliły, że księcia trzymają… Oni zaś dotąd nie wiedzą wcale, że go wśród nas nie ma.
I płacząc, bo zaginionego księcia miłował, stary kasztelan powiada:

Nasz książę rzadko oznaki książęce na siebie kładł. Tylko gdy posłów przyjmował czy na wielkie nabożeństwo paradnie szedł… Zwyczajnie się nosił, po wojacku… Niepotrzebne mu były oznaki, boć go każde dziecko znało. Gdzie ruszył, to wszyscy wołali za nim: — Nasz książę! Nasz Kazimierz! — To się boimy, że go gdzie knechty zdybały jadącego samojeden i zabiły, ani wiedząc kogo… Konia i oręż zabrały, a ciało… — głos mu się załamał — …cisnęły do wody albo je wilki rozwlekły…
Może tak było, może inaczej… — myślał Bogusław. Jedno pewne, że Kazimierza, brata kochanego, wiernego sojusznika, nie ma. Jego strata, sroga dla serca, przyszła w chwili najcięższej dla kraju.
Złe wieści chodzą stadem — powiada przysłowie. Nie zdążono opłakać Kazimierza, powrócili spóźnieni wysłańcy, Przybysław z Pazdawilka i kasztelan Unim z Kamienia. Pomocy nijakiej nie będzie. Już pół roku, jak książę Mieszko został obalony i precz wygnany… Wszystko wojsko go odstąpiło, odstąpił go wszystek naród…
– Trza było bez zwłoki wracać! — złościł się Bogusław.
– Nie moglim wrócić, bo nas panowie wielkopolscy zamknęli, bojąc się, że Mieszkowi pomoc sprowadzimy. My… pomoc!… — roześmiał się Unim gorzko. — Dopieroż od jakichś kupców posłyszały, że Pomorze w niedobrych opałach, to nas puścili, prosząc, żeby urazy nie chować. Tośmy jeszcze do Gdańska do starego księcia doskoczyli, bo on tam u zięcia Sobiesława siedzi. Widzieliśmy go. Gadaliśmy z nim. Twardy jest, taki jak zawsze. — Ano wygnali mnie — powiada — księża i wielmoże, bom chciał ład zaprowadzić. Ale ja jeszcze powrócę… Rzeknijcie waszemu księciu i mojej córce, że wrócę… — Tak powiadał, ale jakże nieborak powróci, skoro cały a cały kraj przeciwko niemu? Teraz wielkim księciem jest Kazimierz… Bardzo podobno dla wszystkich łaskawy, już go Sprawiedliwym nazywają… Nazajutrz Bogusław powiedział do milczącej żony:
Pojadę podjąć pod nogi Kazimierza. Jeśli go słusznie zowią Sprawiedliwym, to musi nam pomoc okazać, bo jest suwerenem moim.
Pojechał z małym pocztem dla pośpiechu. Bars, kasztelan kołobrzeski, dowodził w jego zastępstwie obroną. Aby doczekać powrotu księcia z krakowskimi posiłkami! Aby doczekać! Ze wspaniałej niegdyś floty zostało jeszcze pół tysiąca statków, starych, lecz do boju zdatnych. Mało przeciw Kanutowi, zwłaszcza że Absalon naciera równocześnie na Uznam, Dziwnów, Kołobrzeg…
Bars pędza pomorską flotę tam i nazad, jak psa na łańcuchu, żeby nie zdradzić szczupłości sił… Zagnał do szeregów wszystkich mężczyzn, nawet niedolatków. Niewiasty same żną i sprzątają zboże. Aby doczekać!…
Bogusław wraca. Niepotrzebnie spieszył, zajeżdżając dwa konie po drodze. Kazimierz przyjął go serdecznie, zapłakał nad zaginięciem Kazimierza pomorskiego i rzekł otwarcie, iż pomocy nie da…

– Nie da, bo wojska ma mało, zaledwie tyle co trzeba do walki z Jadźwingami.
– Co zacz Jadźwingi? — pyta Anastazja.
– Czarniawe, dzikie pogany, na Podlasiu siedzące — odrzucił mąż i prawi dalej:
– Syn ojca lepiej nie przyjąłby jak on mnie. Dwór szumny, księcia wszyscy lubią, łaszą się do niego jak kocury. To prawda, że wołają go Sprawiedliwy. Sprawiedliwy, bo od razu trzy ćwierci podatków i danin, co Mieszko z narodu ściągał, darował całkiem. Puścizny po zmarłych biskupach się zrzekł. Kościół go forytuje, pod niebiosa Sprawiedliwego wynosi… A co zostanie w skarbcu? Z czego książę utrzyma wojsko?
Na pasku wielmożów chodzi, oni go obrali i wynieśli. Miarkuję, że za cel sobie wziął, wszystko inaczej czynić niż twój, żono, ojciec czynił. Mieszko był surowy, to on nad miarę łagodny… Mieszko twardy, to on ustępliwy… Też miarkuję, że niedługo kołki mu na głowie ciosać będą! W gębę mu dadzą — nic nie powie ! Mniejsza o to… Najgorsze, że on wcale Pomorza nie potrzebuje, że o Pomorze nie stoi!
– Jakże to…? — Nie rozumieli.
– Nie stoi! Nie stoi! — krzyczał Bogusław, waląc pięścią w stół. — Psi chwost dla niego Pomorze! Sam mi powiedział, że ma dość z Gdańskiem kłopotu! Starczy mu… Czyli, że niech nas Niemcy a Duńczyki zeżrą… Prosiłem wojewodę Zyronia, który tam wszystkim rządzi, prosiłem innych krakowskich panów, żeby księcia nakłonili. Jakbym do głuchych gadał… Jakbym groch o deskę rzucał… Żaden z nich Pomorza nie zna. Powiadają, że to gdzieś bardzo daleko…
Zaległa cisza. Słychać było przyspieszone oddechy obecnych. A więc tak. Polska się od nich
odwraca. Polska Pomorza nie potrzebuje! Za cóż Chrobry poświęcił tej ziemi pół życia? Za cóż tyle krwi przelał Krzywousty? Czemuż Niemcy dobijają się o tę ziemię jak o skarb? Polsce on niepotrzebny?…
Gdyby mój biedny brat żył — westchnął Bogusław — może by się z imiennikiem dogadał. Nawidzili się bardzo… Mnie taki gniew zbierał, żem się bał za wiele rzec…
Nie łudź się, Bogusławie! I Kazimierz nic by nie zdziałał. I nie oskarżaj zanadto księcia krakowskiego. To nie on winien, cały naród winien. Wielkopolska parła wytrwale ku morzu. Odkąd stolicą jest Kraków, okoliczności pchają kraj na wschód… Pomyślne boje z Jadźwingami otworzyły przed Polską żyzną lubelszczyznę… Jadźwingowie są słabi, Niemcy i Duńczycy mocni. Naród, jeżeli nie ma jasnej myśli politycznej, idzie zawsze tam, gdzie trafia na mniejszy opór. Mieszko III myśl taką miał. Chciał ją realizować wbrew wszystkim. Nikt go nie poparł. Ani Kościół, ani wielmoże… I mądra myśl z Mieszkiem odeszła.
Kasztelani wyszli. Małżeństwo zostało samo.
– Co poczniemy teraz? — zapytała Anastazja.
– Już obmyśliłem po drodze. Pojadę do cesarza uznać się jego lennikiem…
– Do cesarza?! — powtórzyła ze zgrozą.
– A cóż mi innego zostaje?…

– Nie zrobisz tego! Nie śmiesz tego zrobić!
– Myślisz, że mi lekko przyjdzie? Pokaż inne wyjście! Co poczniem…? Nóż nam przyłożono do gardła… Nie obronim się przeciw złączonym Brandenburczykom i Danom. Musieli oni wcześniej od nas wiedzieć o wygnaniu twego ojca, dlatego tak śmiało nastają. A może sami rum w kraju czynili, przeciw Mieszce podjudzali… Hej, nie moja wina, że Polski odstąpię… To Polska się nas wyrzekła…
Ze ściśniętym sercem patrzy Bogusław, jak jego żona, uparta, zawzięta Anastazja, co bez łez patrzyła na zgony swych dzieci, zanosi się teraz płaczem.
Księciu pomorskiemu udało się przemknąć między siłami Brandenburczyków i Danów. Cesarza nie musiał szukać w Niemczech, Fryderyk był pod Lubeką. W Lubece broniły się główne siły Henryka Lwa. Samego „księcia książąt” oblegano w położonej na lewym brzegu Łaby twierdzy Stade.
Cesarz przyjął Bogusława i jego prośbę życzliwie, gdyż duńskie podboje drażniły go od dłuższego czasu. Obiecał, że margrabiemu brandenburskiemu każe cofnąć się na swoją granicę i tam pozostać. (Z przykrym zdziwieniem Bogusław posłyszał, że ta granica na podstawie niegdysiejszego aktu Lotarowego obejmuje ziemie Wkrzanów, rochowską, Groswin i Trzebież). Co do Duńczyków, król Kanut, będący sprzymierzeńcem cesarza, zatrzyma dla siebie Wołogoszcz, lecz dalszych napaści zaniecha. Nikt nie będzie śmiał więcej najeżdżać lennika cesarskiego.
Ceremonia hołdu odbyła się uroczyście. Bogusław klęcząc przysięgał wierność cesarzowi i cesarstwu. Słowa z trudem przechodziły mu przez gardło, lecz krzepił się poczuciem, że ratuje swój kraj od zagłady. Barbarossa własnoręcznie podał mu chorągiew z wyobrażeniem gryfa pomorskiego i nadał tytuł hercoga. Od tej chwili Bogusław liczył się księciem Rzeszy równym (teoretycznie) w prawach książętom saskim czy margrabiom brandenburskim.
Po ceremonii obtarł pot z czoła, odetchnął głęboko jak człowiek wyratowany z topieli. Powtarzał sobie w duchu, że rozumnie postąpił. Powtarzał to sobie tak często, jak gdyby potrzebował co do tego upewnienia. Był to rok 1181.
Gońce ponieśli chyżo do Brandenburgii i Danii wiadomość o przyjęciu hołdu nowego lennika i związaną z tym wolą cesarską. Po raz pierwszy od dłuższego czasu Bogusław mógł odpocząć spokojnie. Że nie lekko mu było wracać do domu, zatrzymał się po drodze u Przybysława, syna Niekłóta, księcia meklemburskiego, z którym łączyła go dawna przyjaźń i podobne losy.

Obaj książęta nie widzieli się od czasu wspólnego oblegania Arkony przed trzynastu laty. — Ależ postarzał! — pomyślał jeden o drugim. Arkońską wyprawę wspominali źle, szczególnie Bogusław. Przybysław – musiał iść na nią, czy chciał, czy nie chciał. Bogusław zaś z Kazimierzem poszli z własnej ochoty, złakomieni obietnicą nieboszczyka Waldemara, że w zamian za pomoc zwróci im Wołogoszcz. Nie oddał. Ani myślał oddać. Tylko Henrykowi Lwu udało się wydrzeć królowi duńskiemu część Świętowitowych skarbów. Dla Bogusława jedynym skutkiem, wyprawy (A przecież gdyby nie mój stajenny Czuba, mogli stać pod Arkona do sądnego dnia! — żalił się książę pomorski przyjacielowi) była nienawiść, jaką powziął do Pomorzan Jaromir, lennik duński, książę Rany.
Dobrze się gadało ze starym druhem, popijając w cieniu piwo. Mogli zapomnieć o dręczącym ich całe życie niepokoju. Przybysław miał syna Borzywoja (Niemcy zwali go Borwinem albo Boreviusem), któremu już wcześniej zdał zarząd swego maleńkiego księstwa, istnej oazy słowiańskiej pośród skolonizowanych, niegdyś obodrzyckich, obszarów. Borzywój-Borwin był dzielnym młodzianem o bystrym, Niekłótowym, spojrzeniu, lecz Bogusław ze zdziwieniem zauważył, że mową niemiecką posługiwał się chętniej niż ojcową, słowiańską.
– To dlatego, że pobierał nauki u biskupa zwierzyńskiego — objaśnił przyjaciela Przybysław. — Spędził tam wiele lat i jeszcze niemczyzny nie odwykł…
Borzywój przysiadał się chętnie do starych. Opowiadał z zapałem o zamierzonych przezeń budowlach, o zbliżającym się niechybnie końcu Henryka Lwa. Gdy przyjdzie do podziału jego ziem, będzie można wyprosić u cesarza zwrócenie Meklemburgowi Zwierzyna oraz paru innych grodów…
– Nie chcę Zwierzyna — warknął jego ojciec. — Musielibyśmy z tym grodem wziąć wszystkich Niemców, których tam Guncelin osadził…
Borzywój nic nie odpowiedział. Milczenie przerwał Bogusław, pytając o zbiory.
Jakby wywołany rozmową, przyjechał w gości biskup ze Zwierzyna, Berno. I tego Bogusław nie widział od czasu wyprawy na Ranę, gdzie Berno był okiem i uchem nieobecnego księcia saskiego. Słyszał tylko później, że Waldemar uzyskał w Rzymie poddanie Rany biskupstwu Roskilde, lecz obrotny Berno postarał się wcześniej, by w odnośnej bulli papież Aleksander III zaznaczył, że zwierzchność duńska nie naruszy w niczym praw innych kościołów, jeśliby takie w stosunku do Rany istniały… Nie wiemy, czy opat z Korbei Wibald żył jeszcze i czy wysunął pretensje datujące rzekomo z czasów Karola Wielkiego. Natomiast z realnymi żądaniami wystąpił biskup Berno ze Zwierzyna. W jego interpretacji Zwierzyn miał prawa do Rany. Cesarz Fryderyk poparł gorąco u Stolicy Apostolskiej odnośną prośbę Henryka Lwa, a że to było po świeżo zawartej zgodzie z papieżem, przychylne załatwienie otrzymał.

Patrz, bracie — rzekł do Bogusława Przybysław. — Między cesarzem a Henrykiem była już wtedy nienawiść. Za łby się brali… Pomimo to cesarz gardłował u papieża za sprawą księcia saskiego… Jeśli idzie o korzyść Germanii, Niemcy zapominają o kłótniach…
Biskup Berno był towarzyski i rozmowny. Oświadczył, że posłyszawszy o pobycie Bogusława w Meklemburgu, przyjechał przypomnieć się jego pamięci. Wiedział też, że książę pomorski ma dwóch małych synków i usilnie namawiał, by mu ich oddał do Zwierzyna na wychowanie i naukę.
„…nauczę ich bojaźni Bożej i języka niemieckiego. To, żeby mieli u Niemców większe poważanie niż przedtem” (Kantzow). Przyślesz mi ich, książę, gdy ukończą siedem lat — mówił, jak gdyby Bogusław już wyraził zgodę. — Cesarzowi wielce na tym zależy — dodał z naciskiem. — Księciu meklemburskiemu wychowałem syna w sposób, który, jak mniemam, przyczynia mu dumy?
Przybysław milczał. Borzywój-Borwin uśmiechał się zagadkowo. Bogusław obiecywał miękko, że będzie pamiętał o łaskawej propozycji… Że jeszcze dość czasu… W duszy czuł, że wypadnie ustąpić i z trwogą myślał o oporze Anastazji.
W r. 1182 Mieszko III ujednał się z ustępliwym Kazimierzem, uznał jego władzę i wrócił z wygnania na dawną swoją dzielnicę wielkopolską. Wszelkie stosunki pomiędzy nim a Bogusławem, obecnym księciem Rzeszy, były zerwane. Mieszko poczytywał zięcia za wiarołomcę i zdrajcę.
Henryk Lew na kolanach, boso, wybłagał u cesarza przebaczenie. Zamiast na śmierć, skazany został na wygnanie. Wraz z żoną Matyldą, królewną angielską, osiadł w Normandii, w jednym z zamków swego teścia Henryka II, i czekał odmiany losu.
Z Ziemi Świętej dochodziły złe wieści, budzące żywy niepokój w świecie chrześcijańskim. Sułtan Saladyn zagrażał Jerozolimie. Lada miesiąc Grób Święty dostanie się znów w ręce pogan. Mówiono powszechnie o konieczności trzeciej wyprawy krzyżowej.
W r. 1185 przyjazne stosunki pomiędzy cesarzem Fryderykiem a Kanutem VI królem duńskim uległy pogorszeniu. Cesarz postanowił dać dotkliwą nauczkę sprzymierzeńcowi. Zaledwie jednak rozpoczął wojenne przygotowania, nowy bunt nieugiętych miast lombardzkich odwołał go wraz z wojskiem do Italii. Przewidując, że zabawi tam dłuższy czas, Fryderyk kazał swemu wasalowi, księciu pomorskiemu, uderzyć w jego zastępstwie na Danię.
Niemiły był ten rozkaz Bogusławowi. Cieszył się panującym od czterech lat pokojem, odbudowywał zniszczony kraj i nie miał najmniejszej ochoty wszczynać nowej wojny z kimkolwiek. Zresztą wojska miał mało, statki stare, bez należytej obsady.
– Nie idź na Danów! Niech cesarz idzie sam! Zwróć się do mego ojca! Na pewno przebaczy! Ja sama do niego pojadę… Ojciec tym razem nie zawiedzie… — błagała Anastazja, lecz Bogusław nie chce o tym słyszeć.
– Przysięgałem — odpowiada. — Książęce słowo — nie wiatr.
I acz niechętnie zbiera swych wojów. Nie głupi uderzać na Danię. Kanut posiada najlepszą flotę świata. Mierzyć się z nim byłoby śmieszne.

Bogusław postanawia zaatakować flotę rańską Jaromira. Zaskoczy ją, zniszczy, czym boleśnie dotknie Danię. To cesarza zadowoli.
Łudząc się tą nadzieją, Bogusław gromadzi swoje statki w pobliżu wysepki Kos (dziś Koos) leżącej blisko brzegów, nie opodal Gryfii (dziś Greiswald), skąd wygodny skok na Ranę. Bogusław sądzi, że jego zamiary są nieprzyjacielowi nie znane. Wyruszyć mają przed świtem. W nocy spada na morze gęsta, mleczna mgła. Wobec tego statki stoją nadal na kotwicach, czekając, aż ją wiatr i słońce rozproszą.
Niestety, zarówno Ranowie jak i Duńczycy wiedzą o Bogusławowych planach. Nie darmo król duński ma swoich ludzi na dworze cesarskim.
„Biskup Absalon zebrał w ciągu sześciu dni wszystkie korabie wysp duńskich i ruszył przeciw księciu pomorskiemu. Mgła była bardzo gęsta i nieprzyjaciel nie zobaczył nadpływających. Książę pomorski usłyszał we mgle dobrze mu znaną bojową pieśń Danów, którzy wpłynęli od zachodu do cieśniny dzielącej Ranę od lądu. Towarzyszyła im flota rańska księcia Jaromira… Uderzyli na nieoględnego przeciwnika, a ponieważ jego statki stały na kotwicach, uczynili wielki pogrom… Z całej floty ocalało tylko 35 okrętów, które zdołały schronić się do ujścia Piany, lecz załogi ich, wylądowawszy na przeciwny brzeg, zginęły po większej części z głodu wśród bagnistej i pustej okolicy” (Sakso Gramatyk, Gęsta Danorum). Barbarossa wyjeżdżając do Italii mianował w Niemczech swoim zastępcą syna, późniejszego Henryka VI. Do niego Bogusław śle błaganie o ratunek. Wszak nie z własnej woli, lecz z cesarskiego rozkazu podjął walkę z Danami! Jako lennikowi należy mu się pomoc suwerena! Syn cesarski odpowiada, że nic księciu pomorskiemu pomóc nie może.
Zwycięzcy Danowie zajmują całe wybrzeże, palą osady i grody, pustoszą kraj. Król duński rozłożył obóz w miejscu, gdzie przedtem leżało miasto Wolin. Z okien kamieńskiego zamku widać łuny i obozowe ognie. Kamień jest otoczony. Zrozpaczony Bogusław posyła kasztelana Barsa do Kanuta, błagając o pokój.
Kanut żąda przysięgi lenniczej, takiej jaką składali przed laty książęta rańscy, stałego rocznego trybutu i zakładników.
Co począć? O Boże wielki! Co począć!? Dokąd się udać? Gdzie wzywać pomocy!
W grobowym milczeniu siadają do łodzi Bogusław, Anastazja, ich synkowie, Bogusław i Kazimierz, kasztelani Bars i Unim. Obecności całej rodziny książęcej zażądał król duński. On przysłał po hołdownika tę piękną łódź i liczną straż honorową. Bogusław nie śmie spojrzeć na żonę. Przerażają go jej skamieniałe rysy. Dzieci cieszą się przejażdżką. Woda chlupocze łagodnie. Słowiańska, rodzona rzeka… Słowiańska, swoja Dziwna… Dlaczego innym narodom nikt nie wydziera ich ziemi, tylko Słowianom? Kiedy dobiegnie kresu ta Kalwaria? Co zrobi cesarz, posłyszawszy, ze jego wasal został lennikiem duńskim? Poczyta ten postępek za zdradę, podobnie jak teść Mieszko, i odpowiednio ukarze… W głowie się mąci. Szczęśliwy, po stokroć szczęśliwy Kazimierz, że zginął… Oto już statek królewski. Już przycumowano łódź. Trzeba się podnieść, wejść na pokład, choć nogi są ołowiane…
— Anastazjo… żono… — szepce Bogusław w trwodze, co uczyni ta szalona. Ona spogląda nań z bezlitosną pogardą. Kasztelan kołobrzeski Bars podtrzymuje księcia, który się chwieje („widocznie nadużył wina” — szydzić będzie Sakso Gramatyk, wierny swej niechęci do Słowian).

Król Kanut czeka rozparty w poręczowym krześle. Za nim stoi Absalon, autor jego triumfów. Jakże i ten postarzał! Tylko oczy ma płonące po dawnemu. Dworzanie kładą na deskach pokładu kobierczyk. Książę pomorski ma tutaj uklęknąć i wypowiedzieć przysięgę… Szczęśliwy Kazimierz! Klękał tylko w kościele. Klękać przed Bogiem to zaszczyt… Klękać przed obcymi a silniejszymi — to hańba… Bogusław klęczał już przed cesarzem niemieckim… teraz uklęknie przed królem duńskim…
Kanut widzi mękę na twarzy zwyciężonego i czuje wstyd. On młody, a to stary człowiek… Sam go podnosi. Bogusław na stojąco recytuje formułę przysięgi.
Barbarossa nie wyciągnął konsekwencji z czynu Bogusława, zbyt wiele bowiem spraw zaprzątało go w Italii, potem pochłonięty był zbieraniem stutysięcznej armii na wyprawę krzyżową, (w której przypadkową śmierć znalazł). Zresztą Bogusław nie dożył ani śmierci cesarza, ani triumfalnego powrotu z wygnania Henryka Lwa i jego bojów z Danami. Potrójny lennik, polski, niemiecki, duński, nie mógł znieść nadmiernego upokorzenia. Żona gardziła nim; od czasu zaś, gdy oddał synków na naukę do biskupa ze Zwierzyna, przestała się do niego odzywać w ogóle. Niewesołą była dola księcia pomorskiego. By sprostać czasom, w jakich żył, należało urodzić się orłem lub gromem, on zaś był tylko rozsądnym, uczciwym człowiekiem, miłującym swój kraj i swój naród. Zaprzepaścił jedno i drugie wraz z własną rycerską sławą. Znękany i chory umarł w marcu 1187 roku w Sośnicy. Szczegóły śmierci nieznane. Sakso Gramatyk wspomina, że Bogusław uległ wypadkowi na łowach, lecz współcześni półgębkiem szeptali, że Pomorzanina spotkała zemsta księcia Jaromira za przyspieszenie swego czasu upadku Arkony.
Na Bogusławie nie kończą się dramatyczne dzieje Pomorza Zachodniego, lecz dobiega kresu polski, słowiański epos tych ziem. Zagrzmią tu jeszcze bohaterskie boje, upamiętnią się obrony, po których wały Szczecina zdadzą się porosłe trzciną od mnóstwa tkwiących w nich strzał (Kantzow) — będą walczyć ze sobą Pomorzanie, Brandenburczycy, Danowie, Szwedzi… Nie będzie to już jednak walka o przynależność do Polski, a samo słowo Polska stanie się dalekie.
Taka jest jednak siła, łącząca glebę z wyrosłym na nim plemieniem, że polskość wygnana z tych ziem powróci na nie w siedemset pięćdziesiąt lat później, ożywiając zmarłe przed wiekami prochy.

ROZDZIAŁ XXIX
„PUSTY WIECZÓR”

Przed tysiącem lat z okładem, nad brzegami Łaby, stały naprzeciw siebie dwa wrogie obozy: Od zachodu Sasi, od wschodu plemiona słowiańskie.
Sasi mieli lepsze uzbrojenie i organizację. Słowianie górowali liczbą i sprawnością bojową. Sasi byli zaborcami, Słowianie bronili własnego kraju.
„Plemiona te, nawykłe do wolności, nie dają się w żaden sposób ujarzmić, ani opanować, szczególnie na swojej ziemi…” (cesarz bizantyjski, Maurycy).
Słowianie byli poganami, Sasi już uprzednio zostali przemocą ochrzczeni z rozkazu Karola Wielkiego.
Sasi narzuconą sobie religię obrócili w pretekst podboju pogan, wskutek czego wiara chrześcijańska stała się przez Słowian znienawidzona. Słusznie doradca Karola Wielkiego, mądry mnich Alkuin ostrzegał: „Jak można zmusić człowieka, aby uwierzył, jeżeli nie wierzy?”. W ciągu kilkowiekowych zmagań, których koleje znane już są czytelnikom, szczęście sprzyjało to jednej, to drugiej stronie.
„Słowianie woleli wojnę niż pokój, nad wszystko ceniąc drogą wolność. Jest to bowiem rodzaj ludzi twardy, wytrwały w trudzie… Minęło wiele dni jak wzajemnie walczyli, nasi o wielkie i szerokie państwo, owi o wolność lub podłą zależność…” (Helmold).
„Słowianie… ścigali naszych, uciekających niby pierzchliwe jelenie. Nasze bowiem grzechy dodawały im męstwa, a nam strachu.” (Thietmar). ,.Te ludy z powodu męstwa zwano Lucicami albo Wilkami.” (Adam z Bremy).
„…w tym czasie Lucice, zawsze w złych poczynaniach jednomyślni, natarli z wielką potęgą…” (Thietmar).
Długotrwałe boje zakończyły się ostatecznie zwycięstwem niemieckim i zagładą ludów połabskich oraz nadodrzańskich.
„Słowianie wszędzie zostali wytępieni lub wypędzeni, a od granic oceanu sprowadzone zostały ludy silne i niezliczone, które ziemię Słowian posiadły…” (Helmold). „…niewiarygodnym przemianom uległy religia, mowa i obyczaje tych ludów, jako też ziemi przez nie zamieszkanej… Wszystkie sprawy przyjęły inną postać, odkąd na miejsce Słowian, którzy po większej części wyginęli, nadpłynęli Niemcy i Sasi, którzy stali się od tego czasu bogobojnym i spokojnym ludem…
I chociaż teraz nazwa i samo plemię słowiańskie są przez nas tak pogardzane, że nazwanie kogoś Wendem albo Słowianinem poczytywane jest za obelgę, mniemam, że nie powinniśmy się wstydzić tego pochodzenia. Na całym świecie bowiem nie masz narodu, który by się rozprzestrzenił tak szeroko i dokonał równie wielkich czynów. …dlatego pragniemy poświęcić jeszcze parę słów starym Wendom czyli Słowianom, ukazać ich sztukę i obyczaje w okresie pogaństwa, aby czytając te dzieje, można było łatwiej je zrozumieć…” (Kantzow). Tak pisał na początku szesnastego wieku kronikarz niemiecki, którego dziadowie zwali się zapewne Kończyce, względnie Konicze. Z jego słów przebijają duma i nostalgia. „Nie powinniśmy wstydzić się tego pochodzenia…” Równocześnie jednak lojalność w stosunku do nowej ojczyzny dyktuje mu zaskakującą konkluzję:

Słowianie byli tak niespokojni i wojowniczy, że dokuczyli wszystkim sąsiadom i kiedy nie było temu kresu ani miary, stało się, że całkowicie wyginęli, a kraj ich obcy posiedli…”
Po czym z patosem dodaje: „…przeto niech żaden naród nie polega na własnej sile, lecz niech miłuje pokój i sprawiedliwość, gdyż nawet mimo tego napotka wielkie trudności…”
Na wypadek gdyby ktoś uważał obraz stosunków germańsko słowiańskich, pozostawiony przez starych pisarzy, za przesadzony, sięgnijmy do bliższych nam ocen:
„Poczynając od Karola Wielkiego trwa przez cały okres średniowiecza walka Niemców nad chrystianizacją i germanizacją Słowian. Zdarzają się od czasu do czasu przerwy w tej walce, lecz to wielkie historyczne zadanie podejmowane bywa znowu i pozostaje jednym z najdonioślejszych działań, wynikających z wrodzonej naszemu narodowi mocy. Równocześnie z chrystianizacją niemiecka kultura przenika coraz głębiej na wschód, by wreszcie w XIII wieku osiągnąć dzięki niemieckiemu Zakonowi najdalej wysunięte granice północno-wschodnie.
…Wszystkie plemiona niemieckie wzięły udział w tej wielkiej pracy kulturalnej i wszystkie środki mogące dopomóc w osiągnięciu celu znalazły zastosowanie.
…różnymi drogami chrześcijaństwo i niemiecka kultura wdzierały się w ziemie słowiańskie… W zachodniej części olbrzymiego obszaru słowiańskiego, pomiędzy Łabą a Odrą, walka pogaństwa z chrześcijaństwem, tj. Słowian z Germanami, rozstrzygnięta została ostatecznie siłą orężną, w ciągle powtarzających się zmaganiach prowadzonych z zawziętym uporem…” (Dr Hans Prutz, Przedmowa do Żywota św. Ottona, Herborda, wydanego w roku 1868). Chrystianizacja i germanizacja!… Dr Prutz szczerze wyjawia, że te dwie akcje stanowiły jedno.
„Pusty wieczór” oznaczał u Słowian czuwanie przy zmarłym rodowcu, rozpamiętywanie jego cnót, trudów i bojów. To samo pragnienie oddania czci zmarłym wyraża się dziś w Apelu Poległych.Gdy na ziemiach Słowiańszczyzny zachodniej po kilkowiekowej walce zalega śmiertelne milczenie, godzi się odprawić podobne wspominki, wskrzesić zapomniane postacie i oddać im cześć. Godzi się to uczynić tym bardziej, że gdyby nie ich bohaterski opór, nie byłoby dzisiaj Polski.

Te „powtarzające się ciągle zmagania, prowadzone z zawziętym uporem” (Dr H. Prutz) dały czas plemionom Wielkopolan, Mazowszan, Kujawian, Sieradzan, Łęczycan, Slęzan i innym na osiągnięcie świadomości narodowej. To za murem ich walczących ramion powstawał gmach państwowości polskiej. Nie wiedząc o tym, oni budowali Ojczyznę, której progu nie było im dane przestąpić.
Cisza cmentarna ogarnęła obszary, na których do niedawna żyły wolne ludy. Gdzie siedzieli Obodrzyce, leży należące do cesarstwa księstwo meklemburskie. Ziemie walecznych Luciców-Wieletów, których Ptolomeusz wyróżniał spośród innych plemion, zowią się Brandenburgią. Na miejscu Wągrów znajduje się Holsztyn. Podobnie jak Meklemburgia i te prowincje zaludnione są całkowicie przez kolonistów niemieckich i holenderskich. W XIII wieku prawnuk Przybysława, syna Niekłóta, ks. obodrzyckiego, Jan I, o przydomku Teolog
studiował bowiem w Paryżu — był jeszcze przez prosty lud nazywany „kneziem Janikiem”, lecz sam już mowy słowiańskiej nie rozumiał. Podobny proces zachodził u książąt zachodniopomorskich od czasów księcia Barnima I (XIII w.)
Tylko ubodzy, zaszyci w puszczach Łużyczanie zachowują nadal swój język i swój obyczaj. To najtrwalsze z plemion przechowa się po dziś dzień, jak owad zamknięty w bursztynie. Niby nagrobki, widnieją w dorzeczu Łaby słowiańskie nazwy miejscowości. Ważniejszym grodom zwycięzcy nadali nowe imiona, względnie przerobili dawne. Zwierzyn — Schwerin, Dymin — Demmin, Wyszomir — Wismar itp. Natomiast wielu drobnym przysiółkom i wsiom pozostawiono ich rdzenne nazwania. Tak więc na dawnych ziemiach Obodrzyców, Glinian, Doszan, Morzyczan, znajdujemy na obecnych mapach niemieckich Mirów, Gadów, Wacków, Kraków am Krakower See, Gnojen, Raków, Rawe, Kurów, Grabów, Gniewków, Kruczków, Borzow, Kloskow, Borkow, Tarnów i wiele innych zapisanych prawidłowo poza brakiem„ó”, którego nie zna alfabet niemiecki. Te osady, rozsiane gęsto jak kamienie na dnie rzeki Czasu, świadczą o narodowości swych założycieli. Jakiż Polak wątpiłby, że granice Rakowa, Rawy, Kurowa, Krakowa, Tarnowa, zakreślał kto inny niż jego rodzony brat?
„Pusty wieczór” oprócz wspomnień nasuwa palące pytanie:
Dlaczego, skoro siły i odwaga były równe, Słowianie ulegli Niemcom?
Dlaczego?…
Jak zaznaczono poprzednio, wojownicy, stojący przed tysiącem lat naprzeciw siebie nad Łabą, przedstawiali dwa odmienne światy. Słowianie nie mieli żądzy zaboru, nie byli „imperialistami”. Gdy Henryk IV zachęcał parokrotnie Wieletów, by uderzyli na zbuntowanych przeciw niemu Sasów, odmówili, powiadając, że mając dość własnej ziemi, nie pragną cudzej. Marzęnia o wielkim państwie słowiańskim żywione przez wybitne jednostki, jak Rościsław i Świętopełk wielkomorawscy, polski Bolesław Chrobry, czeski Brzetysław, nawiedzające Krutów i Niekłótów obodrzyckich — dotyczyły scalenia ludów mówiących tą samą mową. Nie zamierzały podbijać obcych narodów.

Zarazem jednak te plemiona uczciwe i prawdomówne, przywiązane gorąco do swej tradycji i wiary, posiadały cechy noszące w sobie zarodek upadku: kłótliwość, niechęć do uznania cudzej słuszności, niestałość w poczynaniach, zawziętość w sporach.
„…gdyby nie ich niezgoda, żaden naród nie sprostałby im w sile.” (Ibrahim ibn Jakub). Przeciwnicy Słowian, Germanie, to szczep zdobywców, karnych, posłusznych wodzowi, konsekwentnych w dążeniu do raz obranego celu.
Żyzne obszary słowiańskie, podzielone między niezależne od siebie plemiona, kuszą ich. Nie zawahają się przed niczym, byle je posiąść.
„…wszystkie środki mogące pomóc w uzyskaniu celu znalazły zastosowanie.” (Dr H. Prutz). W początku X wieku Henryk Ptasznik rozpoczął planowy podbój ziem słowiańskich. Jego następca Otton I Wielki opracował koncepcję zaboru, ustalił granice biskupstw mających w przyszłości sięgać aż do Wisły i dalej. Tym wskazaniom Niemcy pozostaną wierni. Zatrzymają je jako wytyczne na całe tysiąclecie.
Gdy niektórzy cesarze, pochłonięci wojnami w Italii, zaniedbują problem słowiański, inicjatywę na odcinku Łaby przejmują książęta sascy: Herman Billing, Bernard, Henryk Lew; margrabiowie: Gero, Hodo, Teodoryk, Albrecht Niedźwiedź. Zależnie od sytuacji ogólnoeuropejskiej niemieckie parcie na wschód wzmaga się lub słabnie, lecz nigdy nie ustaje.
Panowanie Duńczyków na Pomorzu było krótkotrwałe. Niemcy w XIII wieku znów zajęli te ziemie. Od tej chwili państwo niemieckie graniczy bezpośrednio z Polską. Już nie ma zapory Wieletów, Pomorzan. Agresja germańska szarpie żywe ciało polskiego narodu. Równocześnie na scenie ukazuje się nowa złowroga potęga: Krzyżacy — uosobienie chciwości, obłudy i zbrodni. Rośnie, niebawem staje się silniejsza od rozbitej, dzielnicowej Polski, zagraża jej istnieniu. Miecz Łokietka zahamuje nieco tę ekspansję.

W polityce polskiej owych lat i dalszych widzimy te same błędy, które zgubiły Obodrzyców i Wieletów. Oto Grunwald, druzgoczące zwycięstwo, politycznie nie wykorzystane, bo zapał walczących ostygł po wygranej bitwie. Dopiero po pięćdziesięciu latach Kazimierz Jagiellończyk zbierze owoce Grunwaldu, Wielki Mistrz Konrad Ehrlichhausen będzie się ratował skokiem do łodzi z okna malborskiego zamku, a Gdańsk i wschodnie Pomorze powrócą do Polski. Lecz już syn Jagiellończyka, Zygmunt Stary pozostawi w ręku Niemców zeświecczone państwo krzyżackie, przyjmując w Krakowie na Rynku hołd byłego Wielkiego Mistrza Albrechta Hohenzollerna.
…Hołd pruski! Kilka pokoleń trwało w przekonaniu, że dzień ten był dniem triumfu, apogeum jagiellońskiej wielkości. Sztuka i literatura, krzepiąc serca polskich bezpaństwowców widokiem m,inionej potęgi, utwierdzały je w tym upojeniu. W rzeczywistości nieszczęsna to była data. Według legendy, tylko błazen królewski Stańczyk określił ją należycie. Niezawodnie zaś osądził zdarzenie późniejszy historyk pruski, z ironią wytykając Polsce, że sama zadała sobie cios śmiertelny, „den Todesstoss”. „Wszak — powiada — wzajemny stosunek między Hohenzollernami a Polakami może wyrażać się tylko w słowach: Vita mea — mors tua! Życie moje — śmierć twoja”. (Stenzel, Geschichte des preussischen Staates, 1837).
Jak gdyby tego było mało, w trzydzieści siedem lat później Zygmunt August, prawnuk zwycięzcy spod Grunwaldu, rozszerzył na wypadek bezpotomności hołdownika Albrechta prawa do Prus na jego krewnych Hohenzollernów, margrabiów brandenburskich.
Kto wie, w jakich warunkach i na czyich mogiłach rodziło się państwo brandenburskie, tego dreszcz przejmie na to posunięcie królewskie. Dążenia Albrechta Niedźwiedzia zostają zrealizowane.
Uprzykrzone wady słowiańskie nie giną w narodzie polskim, przeciwnie, rozrastają się jak pasożyty, a zdeterminowane pojęciami ludzkimi wypadki, pchają nieuchronnie potężną Rzeczpospolitą ku końcowej katastrofie w wieku XVIII.
Kto z tego odniesie korzyść? Przede wszystkim Niemcy. Niebawem znane porzekadło określi, że cokolwiek czyni Polska, czyni „pour le roi de Prusse”. Dawna Brandenburgia już jest królestwem. Fryderyk Wielki, wiarołomny sojusznik, sugeruje innym państwom rozbiór Polski.
Cóż stąd, że nieszczęścia budzą naród z ospałości, że Polacy odtąd dokonywać będą cudów odwagi, patriotyzmu, poświęcenia? Za późno przyszło ocknienie. Państwa Polskiego już nie ma.

Bismarck odbiera ziemię Wielkopolanom, zastępując ich kolonistami niemieckimi, tak samo jak przed sześciuset laty robił to na ziemi obodrzyckiej Henryk Lew.
Pierwsza wojna światowa (1914—18) przyniosła Polsce niepodległość i zwrot części zagrabionych przez Niemcy obszarów. Następuje okres względnego pokoju, zwany okresem międzywojennym lub dwudziestoleciem.
Dwudziestoletnia przerwa w natarciu stanowi krótki rozejm w porównaniu z lat tysiącem. W r. 1939 fala germańska powraca ze zdwojoną siłą.
„Asymilować Polaków? Psuć rasę? O nie! Polaków trzeba zetrzeć (ausradieren) z ziemi…”
(A. Hitler, Mein Kampf).
Tak mało znamy historię, że to oświadczenie wydało się społeczeństwu polskiemu
histerycznym wyskokiem, na który nie warto zwracać uwagi. Gdyby pamiętano lepiej dzieje walk toczonych niegdyś za Odrą, pojęto by, iż rzekomy wyskok jest tylko logicznym ciągiem gniewnego okrzyku arcybiskupa mogunckiego Hatto (r. 900):
„Książęta słowiańscy czy chcą, czy nie chcą, karku ugiąć muszą!” — dalszym ciągiem „legionu łotrów” Henryka Ptasznika, trucicielskiej uczty Gerona. Nie zmieniła się zasada, usprawnione zostały metody. Proskrypcję Słowian, ogłoszoną w czasie żniw przez księcia saskiego, zastąpią skuteczniej komory gazowe.
Kilkaset lat zajęło Niemcom wytępienie Obodrzyców, Wieletów i Ranów. Pięć lat okupacji w czasie drugiej wojny światowej wystarczą dla wymordowania sześciu milionów ludności polskiej. Sześć milionów, nie żołnierzy, lecz cywilnych mieszkańców, mężczyzn, kobiet, dzieci…
…Vita mea — mors tua!…
Sprawcy ludobójstwa żyją, sądy zachodnioniemieckie ich uniewinniają. Tłumaczą masowe rzezie stanem wojny. Wszak wojna jest zawsze okrutna. Więc zamiast przypominać obozy śmierci, przytoczmy raczej dokument tym wymowniejszy, że spokojny, pisany bez uniesienia, niemal łagodnie. Akt ten, podpisany przez Himmlera, datowany z 28 maja 1940 roku, nosi tytuł: Einige Gedanken über die Behandlung der Fremdvölkischer in Osten. W r. 1957 (nr 2) ogłosił go kwartalnik Vierteljähres-hefte für Zeitgeschichte skąd z upoważnieniem wydawców (Deutsche Verlagsanstalt g. m. b. H. Stuttgart) przedrukował dokument periodyk: Cahiers Pologne — Allemagne,                  nr 1 z 1959 r. Cytujemy zeń kilka zdań:

…musimy zająć się możliwie największą ilością grup narodowościowych. Nie tylko Polaków i Żydów, lecz również Białorusinów, Ukraińców, Górali, Kaszubów i Łemków… Ważnym jest dla nas nie mieć do czynienia z jednym zespolonym narodem, lecz przeciwnie, w naszym interesie leży, aby składał się on z mnóstwa poszczególnych cząstek.”
„Wewnątrz tych grup nie wolno dopuścić do konsolidacji i kultury narodowej, gdyż celem naszym jest rozproszkowanie ich na niezliczone odłamki… Musimy rozłożyć na miazgę 15 milionów ludności Generalnej Guberni i 8 milionów w naszych prowincjach wschodnich… (Warthegau).
(Społeczeństwo polskie nie zajmowało się procesem wytępienia Słowiańszczyzny zachodniej, lecz Reichsführer S. S. Himmler znał te dzieje na pewno. Uczył się z nich, jak należy postępować i wiedział, jakie znaczenie ma kultura narodowa, czynnik nieodzowny zespolenia społeczeństwa).
…za kilka lat, nie dłużej niż cztery lub pięć, nie powinna istnieć kwestia np. kaszubska, nie pozostanie już bowiem śladu Kaszubów…
To samo dotyczy Mazurów… Spodziewam się, że słowo Żyd zniknie zupełnie, dzięki wywiezieniu wszystkich Żydów do Afryki… W nieco dłuższym czasie powinniśmy również usunąć całkowicie z naszego terytorium wspomnienie nazw takich szczepów jak Ukraińcy czy Górale… To samo w szerszych granicach dotyczyć będzie Polaków.
…Dla ludności innej niż niemiecka nie powinna na ziemiach wschodnich istnieć żadna szkoła wyższa od czteroklasowej. Program takiej szkółki komunalnej zawierałby znajomość liczenia do 500, nie wyżej. Wpajałby również dzieciom zasady nakazane przez Boga (!): posłuszeństwo Niemcom, konieczność pozostawania uczciwym, pracowitym i odważnym.
Nie uważam za potrzebne uczenie ich czytania…
…Poza tym typem szkółek, żadne inne nie mogą istnieć na wschodzie. Rodzice pragnący większego wykształcenia dla swych dzieci będą obowiązani złożyć odpowiednią petycję władzom S. S. lub policji. Jeżeli dziecko wykaże pożądany typ rasowy, zostanie wywiezione na naukę do Niemiec, otrzyma nowe nazwisko i tam pozostanie na zawsze… Rodzice takich dzieci albo muszą się ich zrzec — prawdopodobnie zrezygnują w następstwie z dalszego potomstwa, co usunie niebezpieczeństwo, aby ten naród podludzi mógł sam wytworzyć typy wodzowskie — albo wyjechać do Rzeszy, by zmieniwszy nazwisko, wejść w życie niemieckie, nie wykluczając zresztą ostrożności w stosunku do nich i kontroli…
…po systematycznym działaniu w Generalnej Guberni pozostanie ludność złożona wyłącznie z elementów podrzędnych. Ta masa stanie się surowcem ludzkim przeznaczonym jako pracownicy fizyczni dla robót przedsiębranych w Rzeszy.”
Projektodawca staje się wzniosły i kończy swoje wywody słowami:
„…pozbawieni kultury, pod surowym, konsekwentnym i sprawiedliwym kierownictwem narodu niemieckiego, Polacy będą pomagać przy stwarzaniu wieczystych wartości kulturalnych, mianowicie przy wznoszeniu pomników i wielkich budowli. Co do tych ostatnich, niejednokrotnie umożliwią ich powstanie, dostarczając konieczną ilość siły roboczej…”
Plan przeobrażenia narodu polskiego w stado niewolników analfabetów Himmler zaopatrzył wstępem:
„…w sobotę dn. 25 bm. złożyłem Führerowi mój projekt dotyczący postępowania z elementami obcymi na wschodzie. Führer przeczytawszy uznał go za słuszny i rozsądny… Führer polecił mi wezwać do Berlina Gen. Gubernatora Franką, by mu pokazać mój projekt i powiedzieć, że Führer go aprobuje…” [austriacki żyd, potomek Rotschilda i służącej. Dziś politykę tę realizują jego międzynarodowi pobratymcy].

Wiosna -1940 r. to wczesny okres II wojny światowej. Jeszcze nie ma pewności, jak się potoczą jej koleje. Dalsze powodzenia ośmieliły władców III Rzeszy i program uległ uproszczeniu. Żydów nie wywieziono do Afryki, ale bliżej, do obozów śmierci w Treblince, Oświęcimiu i Majdanku. Miast zawracać sobie głowę tworzeniem specjalnych szkółek, przeinaczaniem dzieci i rodziców na Niemców, obrano drogę łatwiejszą, tę, którą wskazywał Hitler: Polaków — „ausradieren”!
Widmo zagłady stanęło przed narodem polskim, jak niegdyś stało przed Wieletami i Obodrzycami. 
Klęska Hitlera udaremniła realizację ludobójczego programu, lecz społeczeństwo polskie odniosło ciężkie rany i nie dające się opisać straty. [ Został podjęty przez ich pobratymców duchowych: żydów, z którymi tak się szybko dogadali po „zagładzie” – pani Zofio, których tak Pani gorliwie ratowała, a którzy Pani twórczość i imię wymazali z pamięci Polaków! MF]
„Polska jako wał biologiczny przestała istnieć” — brzmiało orzeczenie delegacji szwedzkiego Czerwonego Krzyża, zwiedzającej latem 1945 r. kraj pogorzelisk i mogił. Tak wielkie są jednak siły żywotne i dynamizm narodu polskiego, że w krótkim stosunkowo czasie zielona ruń pokryła popioły.
Pozostały pamięć doznanych przeżyć i czujność, tym żywsze im natrętniej powstają upiory pogrzebanego zda się hitleryzmu (zwanego dziś rewizjonizmem).

Rozlegają się znów stare hasła nienawiści do wszystkiego, co ośmiela się żyć na ziemi pożądanej przez zaborców germańskich i bronić dostępu do niej.
Żyjemy w epoce, gdy cała ludzkość wzdycha do pokoju. Nikt go nie pragnie równie gorąco jak Polska. Trudno jednak zamykać oczy na rzeczywistość.
Ze strony rewizjonistów niemieckich padają pod adresem Polaków zarzuty zawziętości i nieprzejednania, upartego wypominania doznanych krzywd jakoby już wyrównanych. Mylne to zarzuty. Krzywd wyrządzonych Polsce przez Trzecią Rzeszę w okresie 1939—1945 nic nie wyrówna. Można by je tylko wybaczyć. Polskie serca są łaskawe i trudno sobie wyobrazić, by Polak odepchnął winowajcę przychodzącego do niego ze słowami: — Przebacz, bracie!
Nawet Kościół uzależnia rozgrzeszenie od spełnienia koniecznych warunków żalu, skruchy, zadośćuczynienia i chęci poprawy życia. Jakże więc mówić o pojednaniu, skoro w miejsce żalu słyszy się pogróżki, zamiast skruchy zaprzeczanie faktom i pomniejszanie popełnionych zbrodni, a chęć poprawy zmieniła się w dążność do powtórzenia agresji?

Z obowiązku czujności, z osobistych doświadczeń, z pragnienia pokoju, powstała niniejsza praca będąca oskarżeniem i udowodnieniem. Oskarżenie wypowiadane ustami kronikarzy niemieckich dotyczy nie tylko cesarzy i książąt chełpiących się przydomkiem Słowianobójców, lecz również Kościoła niemieckiego będącego w ciągu wieków nacjonalistycznym więcej niż katolickim. To wzgardliwi i zaborczy biskupi sprawili, że ludy słowiańskie mieszkające pomiędzy Odrą a Labą zeszły ze świata w pogaństwie, złorzecząc Imieniu Chrystusa. Do wyjątków należały szlachetne jednostki w rodzaju Brunona z Querfurtu, Ottona z Bambergu, Gerolda ze Starogardu, pracujących bezinteresownie nad zbawieniem dusz pogańskich, nie kładąc znaku równania między chrystianizacją a germanizacją.
Ze smutkiem należy stwierdzić, że akcenty nacjonalistyczne zdarzają się nadal w Kościele niemieckim. Przed paru laty cała Polska katolicka doznała bolesnego wstrząsu posłyszawszy, że niemiecki Episkopat błogosławił emblematy Zakonu Krzyżackiego i wspominał z uznaniem misję tegoż Zakonu na wschodzie. Wiemy, jaki był charakter i owoc tej „misji”. Z tym samym brakiem krytycyzmu można by błogosławić godła SS albo komory gazowe. Naród polski ma dziś mniej niż poprzednio powodów lękania się niemieckiego rewizjonizmu. Nie jest osamotniony, ma i za Odrą przychylnych sąsiadów. Nie powtórzy też błędów Wieletów, gdyż mało dziś jest Polaków nie rozumiejących potrzeby jedności. Każdy wie, iż gwarancją bezpieczeństwa kraju może być tylko niewzruszony blok narodów słowiańskich i innych równie szczerze pragnących pokoju — sojusz zawarty z nieprzymuszonej woli, z wzajemnym poszanowaniem odrębności narodowych i różnic światopoglądowych. Szał odwetowców zagraża dziś przede wszystkim — Niemcom.

08/10/2020

Różne koncepcje pochodzenia Sławian w wiekach XV – XVIII

Aby uzmysłowić sobie jak wiele koncepcji było we wcześniejszych wiekach na temat pochodzenia Sławian zacytuje fragment książki LUBORA NIEDERLE pt. STAROŻYTNOŚCI SŁOWIAŃSKIE T. 1, Z. 1. Warszawa 1907, str 49-56 który to bardzo dobrze opisał :

We Włoszech, Flavius Blondus (1463) wypowiedział się w swej historyi średniowiecznej na rzecz północy, współrzędnie zaś z nim, w samym końcu st. XV, Marek Antonius Coccius »Sabellicus» zwany — głosił już o pochodzeniu Słowian z Sarmacyi, z ziemi Wandalów.
Obaj historycy, zwłaszcza znakomity Blondus, całkiem słusznie za uniwersalnego dziejopisa średniowiecza poczytywany, wywierali wpływ swój nietylko w krajach na południe od Alp położonych, ale i na północy, w Niemczech; nie dziw przeto, źe dzięki ich powadze teorya o północnem pochodzeniu Słowian powszechnie się w Niemczech przyjęła.(….)

Treściwie lecz jasno, na rzecz północnej, scytyjskiej praojczyzny Słowian, wypowiedział się następnie i znakomity Beatus Rhenanus. Największą jednak popularnością cieszyła się w Niemczech teorya, którą wprost nazwać możemy »wandalską«, gdzie pochodzenie północne Słowian było genetycznie połączone z Wandalami starożytnej Germanii.
Powstała ona widocznie dzięki podobieństwu nazw Wendów i Wandalów, czy też skutkiem kombinowania podań longobardzkich głoszących, że Wandalowie mieszkali pierwotnie nad Wisłą oraz źe tam, według dawniejszych i późniejszych współczesnych wieści, mieszkali również pierwotnie Wendowie – Słowianie.

Oba plemiona utożsamia najpierw, o ile mi wiadomo, Adam Bremeński (Gesta hamb. pont. II. 18):

»Sclavonia a Vinnulis in colitur, qui olim dicti sunt Vandali«,
oraz Helmold (Chronica Slav. I. 2): Slavorum provinciam, eorum, qui antiquitis Wandali, nunc autem Winithi sive Winuli appellantur.

Tak samo mniemał i M. Sabellicus, Blondius zaś też dalej nie poszedł. Jest więc to zdanie bardzo dawne, a najzajadlejsze spory za i przeciw spowodował bezwątpienia swą teoryą »wandalską« znany dziejopis A. Krantz (1517), który ją wyłożył w swej »Wandalia, in qua de Wandalorum populis et eorum patrio solo ac in Italiam, Galliam, Hispanias, Aphricam et Dalmatiam migratione etc. Colon. Agr. 1519«, i dowodził szczegółowo tożsamości Słowian z Wandalami, potomkami Tuiscona i Manna, potomków Noego.

W ślad za Krantzem, tę samą teoryę znajdujemy np. u Marschalka, J. Cariona, T. Kantzowa i Sebastiana Münstera.
Jan Aventini uważał Wenedów (qui et Sclavini) za odłam Wandalów, ogół zaś Słowian poczytuje za jedno z czterech głównych plemion germańskich, pochodzących od potomstwa Tuiscona.

W stuleciu XVII i XVIII powtarza się to np. u Bernharda Latomusa, u Piotra E. Kramera, H. Konringiusza, Gaspra Abla.
Pogląd Krantza trafił i do przekonania Słowian, przeważnie w Polsce — gdzie zresztą juź go poprzedziły inne tego rodzaju poglądy — oraz w Słowiańszczyznie południowej.
Z Polaków ile wiem, trzymali się ich Marcin i Joachim Bielscy, Maciej Stryjkowski i Stanisław Sarnicki.
Na południu teoryę tę powtarzają: Orbini, Brankowicz i Raicz, lecz tylko po części, zaliczając jedynie Wandalów do plemion słowiańskich.

Skądinąd wszakże, w liczbie dziejopisów słowiańskich z XVI i XVII stuleciu znalazło się wielu przeciwników Krantza, a nawet powstała wkrótce nowa szkoła z Marcinem Kromerem na czele.
Zresztą, jeszcze przed tem dostrzegamy u Polaków poglądy, że Słowianie wyszli z północy, z Sarmacyi, jak np. u Wapowskiego.
W tymże sensie wypowiedział się w sposób wielce ciekawy episkopat krakowski, przy powitaniu Zygmunta w 1517 r. :
Ruskie wojny króla tego znajdują swe racye wtem, że były skierowane ku zdobyciu dawnej ziemi słowiańskiej w Sarmacyi:

»Nec iniuria, quis enim nephas esse ducat, antiquam repetere patriam, loca prima parentum, vetustas Slavenorum repetere sedes, a qui-bus nos preclaram ducimus originem una cum Bohemis, Bulgaris, Servis, Bosnensibus, Carvatis et aliis, qui citra et ultra Istrum incolunt, Slavis, qui ex illa penitiore Sarmatia desiderio melioris soli in hec loca conmigrarunt…«

Najkategoryczniej wszakże wypowiada zdanie swe Marcin Kromer (1589).
Na początku dzieła »Polonia: sive de origine et rebus gestis Polonorum« umieścił on, znakomity jak na owe czasy, obszerny wykład nowej najszczegółowszej teoryi o pochodzeniu Słowian, który zarazem mieści w sobie krytykę negatywną znanych nam już teoryj dawniejszych, z wandalską włącznie.
Dowodzi (l. c. 4), źe dawni Illyrowie i Dalmaci nie byli Słowianami, ponieważ Słowianie przybyli w te strony dopiero później, i to z Sarmacyi.
Tam też była ich praojczyzna europejska.

Zresztą, nie zdołał jeszcze i Kromer pozbyć się ówczesnych poglądów o przyjściu Słowian z Mezopotamii, oraz pojęć genealogicznych o pochodzeniu ich od Noego przez Sarmata, Joktana i Sema.
Kromer, dzięki powadze udowodnień swoich, oddziałał pod pewnym względem na cały szereg historyków słowiańskich i obcych, jest rzeczą całkiem zrozumiałą.

W Polsce przyjął w zupełności, a następnie bronił poglądu Kromera Aleksander Guagnini, utożsamiając przy tem Słowian z dawnymi Sarmatami rodu jafetowego, którzy, po opuszczeniu Assyryi, osiedli pod wodzą Gomera na Rusi i tu rozpadli się na Germanów i Słowian. To samo powiemy co takich jak Joachim Postorius, biskup Paweł Piasecki, Lcengnich, Stan. Kleczkowski i inni.

W Rossyyi, ten sam pogląd na północne, sarmackie pochodzenie Słowian, przeważył w stuleciu XVII, dzięki głównie wpływowi kroniki Bielskiego, Stryjkowskiego i Kromera oraz pewnych kosmografij zachodnich.
Widzimy to w kronice bezimiennej ze st. XVII i w kronice ihumena Teodozego Safonowicza z 1672, oraz wpierwszem wydaniu kroniki ruskiej, drukowanem w Kijowie, w historyi cerkwi ruskiej Kulczyńskiego w historyi Mankijewa, M. Łomonosowa i w późniejszych.

Jeszcze przed Kromerem, teoryi o sarmackiem pochodzeniu Słowian bronił w Czechach biskup ołomuniecki Jan Dubravius (Hist. regni Boiemiae. Praga 1552 str. II).
Śladami jego poszedł kanonik Tomasz Peeszyna z Czechorodu (Mars moravicus. Praga 1677, »somnia Crantzii fabulantis«), Jan Beckowrsky (Poselkyně st. přiběhů öes., Praga 1700, str. 10), a zwłaszcza słynny profesor Jan Matyaasz z Sudetu w dziele »De origine Bohemorum et Slavorum« (Lipsk 1615), gdzie całkiem jasno odrzuca by naddunajska praojcczyzna dotyczyła Czechów i Polaków zwłaszcza.

Pogląd ten spowodował gorącą polemikę autora z ówczesnym dziekanem praskiego wydziału filozoficznego, Mikołajem Troiłem Hagiochoranosem, przerwaną po pewnym dopiero czasie za wdaniem się władzy. Szczegóły polemiki tej zawiodłyby nas zbyt daleko.

Następnie, przeciw teoryi Krantza wystąpił w Czechach najostrzej Andrzej Stredonius, jezuita (rodem Szlązak),w traktacie »Origines Boemorum seu Czechorum« (Praga 1679);a chociaż polemizuje on z Kromerem, to jednak stara się dowieść pochodzenia Słowian od Mosocha, szóstego syna jafetowego.
Również Balbin (loc. cit. cz. IV, str. 15 i nast., 30, 71), uznaje to samo, przyjmując pogląd Kromera na tożsamość Słowian i Sarmatów, oraz na praojczyznę sarmacką (str. 72 »Slavi et origine Sarmatae sumus omnes«).
Do tejże grupy należy Dobner i jezuita Franz Pubiczka, z którymi zgadza się i gramatyk słowiański Paweł Doleżal, idący w tej kwestyi za Schurzfleischem i ksiądz Jerzy Papanek w »Quinquae Ecclesiis«.

W Niemczech do przeciwników Krantza zalicza się cały szereg historyków, np. W. Lazius, K. Gesner, D. Chytraeus, J. Simonius, S. Neugebauer, J. Micraelius, M. Frenzel, J. Bangert, M. Goldast, Dresser, S. Schurzfleisch, M. Christ. Hartknoch, J. Ayrerus i in.
Znanym jest zwłaszcza rozwój historyczny tej kwestyi z opisu Filipa Cluvera, w dziele jego »Germaniae antiquae libri tres« (Lugdun, Batav. 1616, 1631).
Podawszy na początku rodowód synów Noego do Askenaza, od którego poszli Celtowie »quorum maxima pars Germani« (str. 33—38), opisawszy następnie Germanię i plemiona germańskie w ks. XLIV (str. 681 i nast.), zwraca się Cluver do Wenedów-Sarmatów:
Siedzieli od dawna na wschód od m. Bałtyckiego, jak świadczą nietylko Pliniusz, Tacyt i Ptolemeusz, ale i starsze wieści o bursztynie dowożonym z ziemi Wendów, oraz ślady nazwy tej (Wendów —przyp. tłóm.) w topografii lnflant.
Wendowie ci nie byli wszakże Germanami ani Sarmatami.
Cluver odrzuca również ogólne teorye mieszane o wyjściiu Słowian z Paflagonii. Ojczyzna ich była w Sarmacyi.

Oprócz wzmiankowanego Frenzla, Micraeliusa, Bangerta, Simoniusa, Neugebauera, Goldasta, Dressera — odrzucających słowiańskość Wandalów — zdanie Kromera o pochodzeniu Słowian z Sarmacyi przyjęli w stuleciach XVI—XVIII, w Niemczech i Włoszech, tacy jak J. Curaeus, M. Henelius, J. Laetus, słynny geograf i historyk Krzysztof Cellarius, D. Printz von Buchau, К. Meisner, T. Krüger, J. Assemanniu.

Przekonanie, że praojczyzna Słowian była na północy, miało zawsze przewagę u Słowian południowych nad inną jakąbądź teoryą zapewne dla tego, że się tu długo utrzymała żywa tradycya o tem, w jaki sposób oniż sami przyszli na pół. Bałkański.
Pojęcie o północnej kolebce tkwi już np. w opowieściach o przyjściu Goto-Słowian, które się znajdują w przełożonej przez knezia duklańskiego, lecz zagubionej w oryginale, kronice słowiańskiej, oraz w dowodzeniach Tomasza ze Splitu.
Dominikaninowi dubrownickiemu, L. Krewiczowi, znane są oba poglądy wyszukujące pochodzenia Słowian — jeden w ziemi dalmackiej, drugi w ziemi ruskiej; sam on skłania się na stronę poglądu drugiego.
Widzimy to samo w całym szeregu historyków późniejszych, jak np. u F. Wranczicza, J. Luczicza, A. Bandurego, Du Fresne’a, Farlattiego aż do Brankowicza mnicha Paisijego i Jowana Raicza, którzy powołując się na źródła ruskie, oraz na Orbiniego, trzymają się genealogii biblijnej.

Mavro Orbini zasługuje na wzmiankę osobną (II regno degli Slavi hoggi corrotamente detiti Schiavoni. Pesaro 1601), a to z powrodu, źe europejską praojczyznę całego rodu jafetowego widzi w Skandynawii (officina d^elle genti), skąd, narówno z Germanami, wyszli zdaniem jego i Słowianie najpierw do Sarmacyi, a potem dalej, do swych siedzib historycznych – koniec cytatu z książki Lubora Niederle.

Tak więc jak widzimy, dawno temu było bardzo wiele koncepcji pochodzenia naszych Przodków i różni badacze i historycy mieli na ten temat swoje poglądy ale do czasów Gustafa Kossinny nikt z poważnych badaczy i historyków (nie licząc papieża Piusa II w wieku XV) nie wpadł na to że Sławianie są ludem w Europie nowym, który ujawnił swoje istnienie dopiero w wiekach V-VI i ruszył w łapciach z bagien Prypeci, na południu zeslawizował cały Półwysep Bałkański a na zachodzie doszedł aż za Łabę.

KV.
07 / 09 / 2020

źródełko :
https://rcin.org.pl/dlibra/publication/9579/edition/25076

Królowie Sarmatów są w źródłach rzymskich w przeciwieństwie do „królów Wielkiej Lechii”

Królowie Sarmatów którzy nie mieli nic wspólnego z „królami bieszkowymi” żydowskiej Wielkiej Lechii  którzy nie istnieli bo nie ma ich w żadnych poważnych źródłach. Żydowska Wielka Lechia bo twórcy tej bujdy karzą wierzyć Sławianom Zachodnim w pochodzenie od biblijnych postaci fikcyjnych, ich synów i żydowskich patriarchów takich jak Noe, Jafet czy Jawan którzy też nie istnieli i zostali wymyśleni na wzór mitów sumeryjsko-babilońskich gdzie występuje mit potopu, natomiast w czasach Noe około 3500 pne żadnego potopu nie było więc nie było wielebnego „praojca ludzkości” który rozprawiał z Jahwe (który też nie istnieje, to tylko judeochrześcijański egregor) o Arce.

Skoro nie istniał Noe to nie było też Jafeta, Jawana, Sarmaty i całego biblijnego ścieku bzdur na którym oparty jest bełkot „Prokosza” który napisały dla żartu wyższe sfery pod zaborami w XIX wieku a którego jako kronikarza X-wiecznego też nie było a dziś oparty jest na tych bajeczkach bełkot turbosłowiańskich głupków udających mądrali, którzy niestety istnieją!

Pisałem już to między innymi do Waldka Wrożka – udajcie się do Tyńca turbosłowiańscy pseudo-histerycy do Opactwa Benedyktynów które ma prawie 1000 lat i zapytajcie tam o Prokosza, czy oni go mają w swoich spisach i metrykach?

Nie mają go bo go nie było więc nie mogą go mieć głupki a te Opactwo, usytuowane na wapiennym Wzgórzu Klasztornym nad Wisłą ufundował najprawdopodobniej Kazimierz I Odnowiciel w 1044 r
https://www.wikiwand.com/pl/Opactwo_Benedyktyn%C3%B3w_w_Ty%C5%84cu więc jedźcie do Tyńca i was tam szybko wyśmieją i wyleczą z pseudo-Prokosza który w 936 roku nie napisał tu żadnej „kroniki” bo ten zakon sprowadził do Polski Bolesław Chrobry na początku XI wieku…wtedy będzie można pieprzyć w sieci głupoty że Benedyktyni to może są Chazarowie co? Haha.

Natomiast Królowie Sarmatów są w źródłach rzymskich wymieniani przez Strabona, Pliniusza Starszego czy Tacyta a potem Jordanesa i Zosimusa czy tego chcecie czy nie kłamczuchy i nie mieli nic wspólnego z popłuczynami Bieszka i reszty internetowych mitomanów, którzy mówią prawdę jak się pomylą, niżej ich lista z rosyjskiej wikipedii, zakładka WŁADCY SARMACCY – https://www.wikiwand.com/ru/%D0%A1%D0%B0%D1%80%D0%BC%D0%B0%D1%82%D1%8B

a6e37fbb3e4ba4cce70429f72f24e753_XL

Lista władców sarmackich :

Skopasis – prowadził Savromats w 512 rpne – https://www.wikiwand.com/ru/%D0%A1%D0%BA%D0%BE%D0%BF%D0%B0%D1%81%D0%B8%D1%81

Skopasis (ἐβασίλευε Σκώπασις, προσχωρέειν Σαυρομάτας) – król Sawromatów z VI wieku pne, jeden z królów Wielkiej Scytii , który odegrał znaczącą rolę w pokonaniu sił perskiego króla Dariusza I.
O Scopasisie napisano w „ Historii ” Herodota.
Jej czwarta książka zawiera opowieść o inwazji armii perskiej pod dowództwem cara Dariusza I na Scytię.
Wśród przeciwników Persów Herodot wymienił także Skopasisa, władcę pierwszej z trzech części królestwa scytyjskiego.
Zgodnie z planem zaproponowanym przez Skopasisa, Sauromatowie i Scytowie mieli wycofać się do Tanais wzdłuż Meotidy .
Później część tego oddziału Skopasisa została wysłana do negocjacji z Ionianami, którzy strzegli mostu nad Dunajem.

Oceniając osobowość Skopasis, badacze zauważają, że dowodził on najbardziej mobilną i gotową do walki częścią oddziałów Wielkiej Scytii.
Dariusz I bezpośrednio przed nim przez tygodnie widział dokładnie armię Skopasis, ciągnącą go do Tanais (Don).
Fakt, że temu królowi powierzono wówczas negocjacje z Jończykami nad Dunajem w sprawie zablokowania armii perskiej, również wskazuje na jego cechy dyplomatyczne.
Literatura na temat wojny scytyjsko-perskiej około 514 lub 512 rpne w których Skopasis był aktywnym uczestnikiem, jest obfita.
Według jednej wersji Skopasis był oczywiście królem azowskich scytyjskich koczowników, bezpośrednich sąsiadów Savromatów.
Istnieją przykłady nieufności do danych Herodot , ale argumenty przeciwników rzeczywistości kampanii Dariusza w Scytii zostały w większości usunięte dzięki starannym współczesnym badaniom.

Midossak (Medosak) – król Sarmatów w III wieku pne. B.C., mąż Amagi

Amaga – królowa Sarmatów w III wieku pne – https://www.wikiwand.com/ru/%D0%90%D0%BC%D0%B0%D0%B3%D0%B0_(%D1%81%D0%B0%D1%80%D0%BC%D0%B0%D1%82%D1%81%D0%BA%D0%B0%D1%8F_%D1%86%D0%B0%D1%80%D0%B8%D1%86%D0%B0)

Amaga to królowa Sarmatów u schyłku III lub początku II wieku pne, żona króla Medosaka. Historia Amaga znana jest z Poliena (II wiek).
Amaga rządziła zamiast męża i pomagała Chersonezowi po tym, jak mieszkańcy tego miasta narzekali na najazdy Scytów.
Wraz ze 120 wybranymi wojownikami, z których każdy otrzymał do swojej dyspozycji trzy konie, królowa Sarmatów pokonała dziennie ponad 200 km i nagle pojawiła się w kwaterze głównej Scytów. Amaga zabiła scytyjskiego króla i przekazał władzę swojemu synowi, nakazując mu sprawiedliwe rządzenie i nie dotykanie sąsiadów.
Jej wnuczką była księżniczka Gypsikratia, żona Mitrydatesa VI .
Uważa się, że Amaga jest właścicielem bogatego pochówku sarmackiej królowej lub kapłanki w kurhanie Nogaychinsky w rejonie Nizhnegorsk na Krymie .
Obecnie imie Amaga jest dość powszechna wśród Osetyjczyków.

Gatal – król Sarmatów w I połowie II wieku pne. Znany na podstawie umowy z 179 pne – https://www.wikiwand.com/ru/%D0%93%D0%B0%D1%82%D0%B0%D0%BB

Gatal – król Sarmatów w pierwszej połowie II wieku pne.
Wymieniony w „Historii” Polibiusza wśród europejskich władców, którzy uczestniczyli w zawarciu traktatu pokojowego z 179 rpne.
pontyjskiego króla Farnaces I z wieloma państwami azjatyckimi i europejskimi oraz wspólnotami autonomicznymi.
Wzmianka o królu sarmatów Gatalu wśród suwerennych władców europejskich wskazuje, że jego posiadłości znajdowały się w 179 rpne. na zachód od Donu.
Odpowiada to danym archeologicznym na temat rozmieszczenia zabytków sarmackich na terenie dawnej europejskiej Scytii w II wieku pne.
Obecnie imię króla Gatala zachowało się w postaci nazwisk Gatal, Hatal, Hatala, Gatala, Gatalsky, Gatalo itp.
Osoby o takich nazwiskach zamieszkują przeważnie tereny współczesnej Polski, Niemiec, Białorusi, Ukrainy i Rosji.

Taziy – król Roksolanów pod koniec II – pierwszej połowy I wieku pne – https://www.wikiwand.com/ru/%D0%A2%D0%B0%D0%B7%D0%B8%D0%B9

Taziy/Tazius – król Roksolanów pod koniec II – pierwszej połowy I wieku pne. mi. Znany głównie z opowiedzenia świadectwa Artemidora z Efezu , współczesnego wydarzeń opisanych przez Strabona.
Na początku panowania Taziya Roksolanie byli na czele w północnym regionie Morza Czarnego.
Wasalami Taziya byli królowie Krymskiej Scytii – Skilur i Palak . Podczas konfliktu Scytów z Bosforem i Chersonezem, Roksolanie pod wodzą Taziusa, na prośbę Scytów, bezskutecznie walczyli z pontyjskim dowódcą Diofantem około 108 roku pne.
Klęska militarna doprowadziła do utraty kontroli Roxolans ponad Tavrią, Bosforem, Scytii i Olbia , które zostały podporządkowane do królestwa Pontyjskiego.
Dowodzeni przez Taziusa Roksolanie walczyli z Mitrydatesem VI Eupatorem, pomagając Palakowi w walce z nim.

Spadin – król Aorses w połowie I wieku pne – https://www.wikiwand.com/ru/%D0%A1%D0%BF%D0%B0%D0%B4%D0%B8%D0%BD

Spadin – król Aorses w I wieku pne.
Wzmiankowany przez Strabona (Księga XI.5,8) jako współczesny Pharnacesowi II nad Bosforem.
Podczas wojny w 47 roku pne. dowodził armią Aorsów liczącą 200 tysięcy jeźdźców.
Majątek Spadina znajdował się na stepach północno-kaukaskich, między dolnym biegu Wołgi i Donu .
Etymologia nazwy: Σπαδίνης ze starożytnego Iranu. * Spād-ina (wojownik)

Abeak – król Sirak w połowie I wieku pne – https://www.wikiwand.com/ru/%D0%90%D0%B1%D0%B5%D0%B0%D0%BA

Abeak – król Siraks w Meotid w I wieku pne.
Wzmiankowany przez Strabona (księga XI.5,8) jako współczesny Pharnacesowi II z Bosforu . Podczas wojny w 47 roku pne. mi. dowodził armią liczącą 20 tysięcy jeźdźców. Majątek Abeaka znajdował się na stepach północnokaukaskich.

Avnon – król Aorses w 2. ćwierci I wieku – https://www.wikiwand.com/ru/%D0%AD%D0%B2%D0%BD%D0%BE%D0%BD

Avnon – King of the Aorses w 49 AD e., o którym wspomniał rzymski historyk Tacyt.
Tacyt opisał wystarczająco szczegółowo udział Avnona w wojnie 49 roku po stronie Rzymian przeciwko Sirakom z Zorsin i Dandarom z Mitrydatesem VIII.
Razem, Rzymianie i Aorses pokonali najpierw Dandára i zdobyli jegio stolicę – miasto Sousa , po oblężeniu stolicy Siraces miasta Uspu i dokonali krwawej masakry.
Król Sirak Zorsin skapitulował, a Mitrydates VIII poddał się Avnonowi na łasce zwycięzcy.

Tacyt opisuje to wydarzenie w następujący sposób :

W międzyczasie Mithridates , nie znajdując już wsparcia w broni, zastanawia się, do kogo może się zwrócić. Bał się zaufać swojemu bratu Kotisowi , niegdyś zdrajcy, obecnie wrogowi. Wśród Rzymian nie było nikogo z takim autorytetem, aby jego obietnice można było uznać za wystarczająco ważne. Postanowił zwrócić się do Avnona, który nie żywił wobec niego osobistej wrogości, a niedawno nawiązując z nami przyjaźń, cieszył się wielkim wpływem. Tak więc, zakładając suknię, która podkreślała jego pozycję i nadając twarzy ten sam wyraz, wszedł do komnat króla i padając na kolana Avnona, powiedział: „Przed tobą dobrowolnie pojawił się Mitrydates, który przez tyle lat na lądzie i morzu był prześladowany przez Rzymian; czyń według własnego uznania z potomkiem wielkiego Achemena – tylko ten nie został mi odebrany przez wrogów. Głośne imię tego męża, kontemplacja perypetii ludzkich spraw i jego pełna godności prośba o wsparcie wywarły na Avnonie silne wrażenie, a on, podnosząc Mitrydatesa z kolan, chwali go za poddanie się plemieniu Aorses i osobiście jemu, Avnonowi, tak że wraz z ich pomóż prosić o pojednanie. Avnon wysłał ambasadorów do Cezara i list, w którym powiedziano: „Początek przyjaźni między cesarzami rzymskimi a królami wielkich narodów wynika z podobieństwa ich wysokiej pozycji; ale łączy go także wspólne zwycięstwo z Klaudiuszem. Wynik wojny jest naprawdę chwalebny tylko wtedy, gdy kończy się hojnością wobec pokonanych – więc nie zabrali niczego pokonanemu przez nich Zorsinowi. Jeśli chodzi o Mitrydatesa, który zasługiwał na ostrzejsze traktowanie, to on, Avnon, prosi nie o zachowanie dla niego władzy i królestwa, ale tylko to

Za ważną konsekwencję wojny 49 uważa się likwidację królestwa Siraka.
Należy zauważyć, że po Avnonie, na Wołdze i Północnym Kaukazie, Aorses zostały zastąpione przez Alanów a starożytni autorzy wspominają o samych Aorsach w północnym rejonie Morza Czarnego w pobliżu Roksolanów , z których dochodzą do wniosku, że osłabieni wojną z Siraksami Aorses zostali wypędzeni przez Alanów.

Zorsin jest królem Shiraków, pokonanym przez Avnona – https://www.wikiwand.com/ru/%D0%97%D0%BE%D1%80%D1%81%D0%B8%D0%BD

Zorsin to ostatni król Siraców , znany w roku 40 według zeznań rzymskiego historyka Tacyta. Stolicą Zorsina było miasto Uspa (lokalizacja nie została ustalona). Wspierał bosporańskiego króla Mitrydatesa VIII , obalonego przez Rzymian. W 49 roku został pokonany przez Rzymian i ich sojuszników, Aorses, którzy zaatakowali Uspe.
Po tych wydarzeniach Siraki nie są już wymieniane w źródłach, a Alany pojawiają się na stepach Północnego Kaukazu zamiast Aorses i Siraks .

Umabius jest królem Aorses , wspomnianym w inskrypcji pod 62 pne – https://www.wikiwand.com/ru/%D0%A3%D0%BC%D0%B0%D0%B1%D0%B8%D0%B9

Umabius ( gr. Ουμαφιος ) – król Aorsów w połowie I wieku, znany z epitafium Tyberiusza Plaucjusza Sylvanasa. Prawdopodobnie główny (na czele listy) lider stowarzyszenia „Aorsów”.

W tekście Umabius nazywany jest pierwszym z „największych” królów Aorsii ( gr. Άορσία , inne imiona zaginęły), sprzymierzonych z Cesarstwem Rzymskim.
Do Umabiusa i innych królów udał się w ramach ambasady rzymski polityk Tyberiusz Plaucjusz Silvanus (legat Mezji ), aby negocjować groźby militarne oraz działania Scytów i Sarmatów z Olbii i Cherosones.
Wydarzenia, w związku z którymi wspomniany jest Umabius, datowane są na 62 rok , a posiadłości króla są mniej więcej zlokalizowane w północnym regionie Morza Czarnego.

Farzoy – prawdopodobnie król Aorses lub Roxolans w latach 50 – 70 n.e https://www.wikiwand.com/ru/%D0%A4%D0%B0%D1%80%D0%B7%D0%BE%D0%B9

Farzoy był królem Sarmatów, przypuszczalnie Aorsów i / lub Roxolanów . W latach 60. i 70. kierował znaczącym stowarzyszeniem sarmackim w północnym regionie Morza Czarnego, kontrolował miasto Olvia .
W Olbii wybito monety Farzoi z legendą ΒΑΣΙΛΕΩΣ ΦΑΡΖΟΙΟΥ, portretem króla i jego tamgi (znak osobisty).

Moneta_tsarya_Farzoya
Według obliczeń Karyszkowskiego, Farzoy zaczął bić własne złoto, którego jeszcze nie datował, w połowie, a być może pod koniec lat 50., i zakończył ten numer dwadzieścia lat później w latach 70. (nie później niż 82). Po Farzoyi rządził Inismey .
Obecnie odrzuca się opinię, że w epitafium ku czci legata Mezji Tyberiusza Plaucjusza Sylvanasa (69), „króla Scytów”, oznacza Farza.

Inismey – prawdopodobnie syn Farzoya, w latach 70-80 n.e – https://www.wikiwand.com/ru/%D0%98%D0%BD%D0%B8%D1%81%D0%BC%D0%B5%D0%B9

Inismey jest królem Sarmatów , przypuszczalnie Aorsów i / lub Roxolanów. W latach 70 – 80 n.e kierował znaczącym stowarzyszeniem sarmackim w północnym regionie Morza Czarnego , kontrolującym miasto Olbia .
W Olbii wybito monety Inismey z legendą ΒΑϚΙΛΕΩϚ ΙΝΙϚΜΕΩϚ, portretem króla i jego tamgi (znak osobisty).

Денарій_Інісмея
Zgodnie z formą tamgi zakłada się, że Inismey był synem Farzoya .
Jeden badany kopiec pogrzebu szlachetnego sarmatu koniec 1 wieku w Porogi ( rejon Winnica , Ukraina ) jest identyfikowany z pochówku Inismay: wśród swoich rzeczy osobistych, jego tamga został znaleziony na kilka (w tym mieczem, gryvna, klamry pasa, etc.).

Susag był sojusznikiem Dacji w wojnie z Rzymem w latach 101-102 – https://www.wikiwand.com/ru/%D0%A1%D1%83%D1%81%D0%B0%D0%B3

Susag – król jednego z sarmackich – Alanów plemion około 102 roku. Prawdopodobnie brał udział w wojnie Dacji z Rzymem .
Nazwa Susag występuje w języku osetyjskim w postaci sūsæg / sosæg , co oznacza „sekret”, „ukryty”.
To osetyjskie słowo pochodzi od słowa sūs / sos oznaczającego „ciszę”.

Według Pliniusza Młodszego z listu do rzymskiego cesarza Trajana , Susag spotkał się z dackim królem Decebalusem po nalocie na Dolną Mezję zimą 101/102 r., Dając mu część łupu:

„Apulejusz, Wladyka, żołnierz ze stanowiska nikomedyjskiego, napisał do mnie, że niejaki Callidrome, którego chcieli zatrzymać piekarze Maksyma i Dionizego, rzucił się do Pańskiego pomnika, gdy został przez nich zatrudniony, a kiedy go przywieźli do magistratu, pokazał, że był kiedyś niewolnikiem Laberiusa Maximusa i został schwytany w Mezji przez Susaga i wysłany przez Decebalusa jako dar dla króla Partów Pacorusa, służył przez wiele lat, a potem uciekł i znalazł się w Nikomedii”

Uważa się, że Susag królem Roksolanów. Istnieje jednak przypuszczenie, że był on władcą Alanów znad Donu.

Rasparagan jest królem Roksolanów i Sarmatów po 117 roku. Zmarł i został pochowany w Rzymie – https://www.wikiwand.com/ru/%D0%A0%D0%B0%D1%81%D0%BF%D0%B0%D1%80%D0%B0%D0%B3%D0%B0%D0%BD

Rasparagan ( łac. Publius Aelius Rasparaganus , Iran. * Fra – spara – ka – na „ten, który atakuje”, lub według innej wersji indoarskiej. * Raj – para – g (h) ana „król, który zabija wrogów”) – król Roksolanów i Sarmatów w II wieku naszej ery, za panowania rzymskiego cesarza Hadriana .

Rasparagan jest określany jako Publius Elius Rasparagan (najwyraźniej pierwsze dwa imiona zostały nadane na cześć cesarza Hadriana, którym został również obdarzony jego syn Peregrinus) na dwóch łacińskich inskrypcjach nagrobnych znalezionych w mieście Pola w rzymskiej prowincji Istria (z pierwszej ćwierci II wieku): na jednej inskrypcji jest odnotowany jako król Roksolanów, a na drugiej – Sarmatów.

Po wojnach z Dacją na przełomie I i II wieku. Roksolany otrzymali dotację, aby powstrzymać ich przed najazdem na granice Cesarstwa Rzymskiego.
Jednak w 118 r . płatności wstrzymano, co wywołało niepokoje w Mezji . Te niepokoje zostały wkrótce powstrzymane przez cesarza Hadriana :

„Słysząc o zamieszkach toczonych przez Sarmatów i Roksolan, [Hadrian] rzucił się do Mezji, wysyłając wojska naprzód. Marcius Turbon, który został odznaczony insygniami prefekta po kampanii mauretańskiej, tymczasowo postawił na czele Panonii i Dacji. Z królem Roksolanów, który uskarżał się na zmniejszenie subwencji, załatwiwszy sprawę, zawarł pokój”

Niektórzy badacze porównują tego anonimowego króla Roksolana z Rasparaganem. Przyjmuje się również, że on i jego dzieci trafili do Rzymu jako zakładnicy, aby zapewnić pokój na terenie Dolnego Dunaju , w pobliżu granic Dacji . Istnieje wersja mówiąca o przyjęciu obywatelstwa rzymskiego przez Rasparagana i osiedleniu się z rodziną na terytorium rzymskim.

Ravsimod jest królem azowskich Savromatów (Roxolanów). W 332 roku zaatakował Panonię – https://www.wikiwand.com/ru/%D0%A0%D0%B0%D0%B2%D1%81%D0%B8%D0%BC%D0%BE%D0%B4

Ravsimod jest królem Savromatów ( Sarmatów ), który wędrował po regionie Azow (według wielu historyków Roksolanów ), który w 332 roku zaatakował rzymską prowincję Pannonię, gdzie został pokonany i zabity.

Rzymski autor Zosimus opisał tę kampanię w Księdze II Nowej Historii:

Konstantyn , dowiedziawszy się, że Sauromatowie mieszkający w pobliżu jeziora Meotius przekroczyli Istres na statkachspustoszyli podległą mu ziemię, poprowadzili przeciw nim wojska. Barbarzyńcy przeciwstawili się mu pod przywództwem ich króla Ravsimoda. Najpierw Sauromatowie zaczęli atakować miasto, które zostało wyposażone w wystarczający garnizon; Część ściany, która wznosi się nad ziemią, została zbudowana z kamienia, a górna część była drewniana. Dlatego Savromaty, mając nadzieję na łatwe zajęcie miasta, gdyby spalili drewnianą część muru, zaczęli strzelać i strzelać do tych, którzy stali na murze. Kiedy ci, którzy stali na murze, uderzyli barbarzyńców z góry strzałami i kamieniami i zabili ich, Konstantyn zbliżył się, zaatakował barbarzyńców od tyłu, zabił wielu i zabrał żywcem jeszcze większą liczbę, tak że reszta uciekła. Ravsimod, straciwszy większość swoich hord, wszedł na pokład statków i przekroczył Istrę z zamiarem ponownego zniszczenia regionu rzymskiego. Słysząc o tym, Konstantyn podążył za nim, również przecinając Istrę i zaatakował barbarzyńców, którzy uciekli na jedno wzgórze pokryte gęstym lasem. Zabił wielu, w tym samego Ravsimoda, i wielu wziął żywcem …”

Limes Samatiae

KRÓLOWIE JAZYGÓW (na środkowym Dunaju, w dorzeczu rzeki Cisy ):

Gesandr – przywódca Yazygów w regionie Azow w I wieku (przed przesiedleniem nad Dunaj).
Banadaspus – król Yazygów do 180 roku
Zantiko – druga połowa II wieku.
Zizais – król Sarmatów (Yazygs) około roku 350. Jego wasale: Rumon, Zinafr, Fragimedes.
Bevka (Buka) – do 469

Babay (Banai) – do około 472 – https://www.wikiwand.com/ru/%D0%91%D0%B0%D0%B1%D0%B0%D0%B9_(%D0%BA%D0%BE%D1%80%D0%BE%D0%BB%D1%8C)

Babai ( łac. Babai ; zmarł ok. 472 ) – król Sarmatów lub Jazygów (nie później niż 469 – ok. 472).

Głównym źródłem narracyjnym o Babaiu jest dzieło gockiego historyka Jordanesa z połowy VI wieku „ O pochodzeniu i czynach Getów”

Zgodnie z jego zeznaniami Babaj był królem Sarmatów, choć według współczesnych historyków najprawdopodobniej rządził Yazygami. Babay podzielił władzę nad tym ludem z innym królem, Bevką. Majątek Babaia i Bevka znajdował się na północ od Singidun, w ujściu Dunaju do Cisy. Być może ich władza rozciągnęła się na samo miasto.

Pierwsza dokładnie datowana relacja o Babaiu pochodzi z 469 roku. W tym roku Babai i Bevka dołączyli do dużej koalicji antyostrogockiej , kierowanej przez króla Dunaju Swewów Humimunda.
Oprócz nich do unii weszli również Skirowie, prowadzeni przez Edikę i jego syna Gunulfa , przyjaciele króla Flakkitheusa , Gepidzi i inne plemiona. Cesarz Bizancjum Leo I Makella również zamierzał wspierać wrogów Ostrogotów.
Wszyscy obawiali się rosnącej potęgi Ostrogotów i roszczeń ich władców do hegemonii na Dunaju.

Wyruszywszy na wyprawę przeciwko Ostrogotom, wojska alianckie obozowały nad brzegiem rzeki Bolia.
Najczęściej utożsamiana jest z rzeką Ipel , ale wielu historyków wyraża wątpliwości co do poprawności tej identyfikacji.
Tutaj wrogowie Ostrogoci zostali niespodziewanie zaatakowani przez armię króla Ostrogotów Theodemira i jego brata Widimira I.
W krwawej bitwie, która nastąpiła później, Ostrogoci odnieśli całkowite zwycięstwo.
Zginęło wielu wojowników sojuszników (prawdopodobnie wśród poległych był król Skirów Edika).
Król Babai zdołał uciec. Los jego współwładcy Bevki nie jest znany, gdyż po klęsce w Bolii nie ma o nim informacji w źródłach historycznych.

W ciągu następnych kilku lat Ostrogotom króla Theodemira udało się stać najbardziej wpływową siłą na Dunaju : zaraz po bitwie plemię Skirów rozpadło się, w wyniku nowej kampanii podbili Suevi, a także zawarto porozumienia pokojowe z Bizancjum i Gepidami. Prawdopodobnie przez cały ten czas stosunki między władcami Sarmatów (Jazygów) i Ostrogotów pozostawały wrogie.

Około 472 Babay spustoszył śródziemnomorską Dację i pokonał bizantyjskiego generała Kamunda.
Wkrótce jednak sześciotysięczna armia Ostrogotów pod wodzą Teodoryka Wielkiego najechała jego królestwo….
Sarmaci zostali pokonani w bitwie.
Sam Babay padł na pole bitwy, a jego rodzina, niewolnicy i skarbiec padły ofiarą zwycięzców.
Wkrótce należący do Sarmatów Singidun został schwytany przez Teodoryka. Prawdopodobnie w tym czasie Ostrogoci byli jeszcze z federacjami bizantyjskimi , skoro Teodoryk obiecał przekazać to miasto cesarzowi. Jednak Ostrogoci nie dotrzymali słowa i włączyli Singidun do swojej domeny.

Królowie Alanów i potem Alanii (do XII wieku).

Bazooka – ok. 57 r. Walczył na Kaukazie.
Ambazuk – ok. 57 r. Walczył na Kaukazie.
Barakad to jeden z królów I wieku
Hygian (Datianos) – I wiek.
Kizo – lider (prawdopodobnie król Alan) kampanii przeciwko Partii w 132 roku.
Feros (Peros) – ok. 293 r
Cavtia (Cavtia) – ok. 293 r
Aszchadar – początek IV wieku
Sarosy (Sarodiy) – połowa VI wieku.
Itaz (Itaksis) – na początku VIII wieku walczył z Abchazją.
Urdur – poczatek XI wieku.
Dorgolel (Durgulel) Wielki – XI wiek.
Rosmik – początek XII wieku.
Khuddan – XII wiek.

NA KONIEC PYTANIE DO WAS TURBOSŁOWIAŃSKIE PUSTE ŁBY:

KIM BYLI WYŻEJ WYMIENIENI KRÓLOWIE SARMATÓW, JAZYGÓW I ALANÓW (postacie historyczne, wymieniane w źródłach) WZGLĘDEM TYCH GÓWNIANYCH KRÓLIKÓW KTÓRYCH NIE BYŁO?? – https://fakty.plportal.pl/artykuly/polska-historia-kraj-europa-felietony/poczet-krolow-lechii-jestesmy-starozytnym-antycznym-0

Może ich podwładnymi co? Haha 😀

JESTEŚCIE ZAKAŁĄ i POŚMIEWISKIEM INTERNETU STĄD TE WSZYSTKIE EPITETY i TRZEBA WAS TĘPIĆ Z CAŁĄ MOCĄ JAK INSEKTY PODCZAS DEZYNSEKCJI BO JESTEŚCIE KŁAMCZUCHAMI HISTORYCZNYMI A KSIĄŻKAMI BIESZKA MOŻNA NAPALIĆ W PIECU W ZIMĘ, TYLKO TYLE A WIECIE DLACZEGO?

BO HISTORIE BADAMY NA PODSTAWIE ŹRÓDEŁ i KAŻDY ZDROWY NA UMYŚLE CZŁOWIEK TO WIE, A JEŻELI CZEGOŚ NIE MA W ŹRÓDŁACH TO TEGO NIE BYŁO, A NIE ŻE TO BYŁO!!! NA PODSTAWIE CHOREJ MÓZGOWNICY TEGO CZY INNEGO TURBOSŁOWIAŃSKIEGO „GURU” KTÓRY POWINIEN MIEĆ ZAKAZ KORZYSTANIA Z INTERNETU i POŁAMANE KIJEM NOGI i RĘCE ZA TO ŻEBY NIE OKŁAMYWAŁ WIĘCEJ SŁAWIAN ZACHODNICH i POLAKÓW!!!

CHYBA NIE CHCECIE MI POWIEDZIEĆ ŻE „KRÓLÓW WIELKIEJ LECHII” NIE ZAUWAŻYLI KRONIKARZE CESARSTWA RZYMSKIEGO CO???

ALE WIDZIELI KRÓLÓW SARMATÓW, VANDALÓW, WIZYGOTÓW, OSTROGOTÓW, ALEMANÓW, FRANKÓW, SWEWÓW, HUNÓW i INNYCH BARBARZYŃCÓW…

NAWET SEMNO LUGIÓW ZOSTAŁ ODNOTOWANY PRZEZ ZOSIMUSA i WSPOMNIANY PODCZAS WALK Z CESARZEM PROBUSEM W 277 ROKU 🙂 http://poselska.nazwa.pl/wieczorna2/historia-starozytna/wzmianka-o-krolu-semno-zwiazek-lugijski-276-282-ne

TYLKO PRAWDA A KŁAMCZUCHY DO WORA i NA DNO JEZIORA, TAM WASZE MIEJSCE..NIKT NIGDY NIE PÓJDZIE Z DEBILAMI W JEDNYM KIERUNKU CHYBA ŻE NA SKRAJ PRZEPAŚCI i KOP W DUPĘ Z UŚMIECHEM NA USTACH ZA TO ŻE OKŁAMUJECIE SŁAWIAN SWOIMI FARMAZONAMI!

tabela

17/08/2020

Kamil Vandal

Teksty źródłowe do nauki historii w szkole średniej w 1923 r. z zachowaniem pisowni i słownictwa oryginału…(przedstawił Aleksander Brückner)

Tak uczono historii niecałe 100 lat temu w 1923 roku, licealiści mogą porównać sobie to z dzisiejszym programem nauczania w szkole średniej i wyciągnąć wnioski czy coś się zmieniło na plus czy raczej na minus…jakaś godzina czytania, zapraszam do lektury 🙂

Pełna nazwa :

Teksty źródłowe do nauki historji w szkole średniej
z zachowaniem pisowni i słownictwa oryginału.
Zeszyt 14
Kraków 1923 rok

Nakładem Krakowskiej Spółki Wydawniczej
Druk W. Ł. Anczyca i Spółki w Krakowie.

W świetle źródeł przedstawił
Aleksander Brückner
profesor Uniwersytetu w Berlinie

1537099903_rao2ix_fb_plus

Spis treści

Podania

Słowianie zachodni, Polacy i Czesi, nie mają – przeciwnie niż południowi (bałkańscy, głównie Serbowie i wschodni (Ruś), – żyłki epicznej, nie mają więc pieśni, podań, brak im tradycji dziejowej. U Polaków i Czechów zaczynają się dzieje dopiero z pierwszą zapiską kronikarza, kiedy ich książęta Mieszko i Borzywój, chrzest przyjęli. Ani Polacy, ani Czesi nie znali nawet nazwiska ich ojców-pogan. U obu ludów kołatało się jedynie głuche podanie i pierwotnym chłopskim panującego rodu początku. Gdy arystokratyczno-wojowniczy Germanowie swoich władców od półbogów wywodzili, zepchnęli ich demokratyczno – rolniczy Słowianie zachodni umyślnie między chłopów rolników. Takie podanie, o urzędowej wartości, podstawy wszelkich dalszych dziejów, zapisał pierwszy dziejopis polski „Galenus” to jest „Francuzem” przezywany, bo miał być mnichem z klasztoru św. Egidjusza (Saint Gilles) w Prowansji, Po roku 1110 skreślił dzieje polskie w trzech księgach, dwie z ich wyłącznie Krzywoustemu poświęcając, wedle tego, co mu dostojnicy duchowni na dworze Krzywoustego donosili, włożywszy nań zadanie dziejopisarza narodowego.
Podanie brzmi (tekst wedle Monumenta Poloniae historica):

O księciu Popielu.

Był w grodzie „gnieźnieńskim”, co się po słowiańsku: ”Gniazdem” wykłada, książę nazwiskiem Popiel, mający dwu synów, który według zwyczaju pogaństwa na ich postrzyżyny wielką ucztę zgotował, gdzie zaprosił wielu swych znacznych panów i przyjaciół. Zdarzyło się zaś z ukrytej rady boskiej, że nadeszło tam dwóch obcych gości, których nietylko nie zaproszono na ucztę, ale ich nawet z grodu niepoczciwie odprawiono. Wzdrygnąwszy się natychmiast przed nieludzkością owych grodzian, ustąpili do podgrodzia i dostali się zupełnie przypadkowo przez domek rataja u owego księcia, co to dla synów ucztę urządzał. Ubożuchny ten mąż, serdecznie tkliwy, zaprosił owych gości do swego domku i ubóstwo swe im jak najrychlej zaofiarował. Oni zaś wdzięcznie ku zaproszeniu ubogiego się przychylili i wchodząc pod strzechę gościnną, powiedzieli: „Cieszcie się żywo z naszego przybycia i miejcie z niego obfitość dostatków a część i sławę z potomstwa”.

unnamed (1)

O Piaście, synu Chościska.

Mieszkańcy gospody zaś, zwani on Piastem, synem Chrościska, a żona jego Rzepką, starali się z wielką serdeczną życzliwością wedle sił potrzeba gości usługiwać a widząc ich mądrość, umyślili za ich radą dokonać, jeśliby się co skrytego wypadło. Gdy zaś wedle zwyczaju siedząc rozmawiali o przeróżnem, a pielgrzymi zapytali, czy dostaćby tu jakiegoś napoju, odpowiedział gościnny rataj: „mam wiaderko nakisiałego piwa, com przygotował dla postrzyżyn mego jedynaka, lecz cóż ta drobnostka znaczy? Wypijcie, jeśli raczycie!”. Bo ubogi ten wieśniak postanowił, kiedy pan jego dla synów ucztę przygotowywał – skoro w inny jaki czas dla zbytniego ubóstwa nie było mu to możliwe – jakąś przyprawę na postrzyżyny swego malca wygotować i kilku przyjaciół i ubogich, nie na biesiadę, lecz na przekąskę zaprosić; a karmił i prosiaka, zachowując go do tej usługi. Dziwy opowiem, lecz któż zdoła wielmożności boskiej dociec? Lub któż odważy się o dobrodziejstwa boskie się spierać? Który do czasu i pokorę ubogiego nieraz wywyższa i gościnności nawet pogańskiej nagrody nie odmawia. Pewni swego goście każą mu piwo szynkować, o którem wiedzieli dobrze, że przy piciu nie ubędzie go, lecz się pomnoży; opowiadają bowiem, że tyle tego piwa przybywało, aż wszelkie pożyczone naczynia, nawet te które próżne się stały u wymienionego księcia, nim ponalewano. Rozkazali też i owego (wymienionego wyżej) prosiaka zarżnąć i opowiadają, że, co cud, dziesięć „cebrów” – taka to nazwa słowiańska tych garnków – napełniono. Gdy Piast i Rzepka ujrzeli cuda, co się działy, wyczuli jakąś znaczną wróżbę o chłopcu i już zamierzali zaprosić księcia i jego biesiadników, lecz nie ważyli się tego, nie spytawszy się wprzód o to pielgrzymów. Cóż zwlekać? Za radą i podnietą gości zaprosił rataj Piast własnego księcia i wszystkich jego biesiadników i nie wzgardził książę zajść do wieśniaka swego. Jeszcze nie było bowiem księstwo polskie tak znaczne, ani nadymał się pan tego okręgu takim dumnym przepychem, ani stawiał tak hardych kroków, otoczony takim orszakiem służby. Rozpoczęto wedle zwyczaju biesiadę a wszystkiego nagotowano obficie i ostrzygli owi goście chłopca i nadali mu imię Siemowita z wieszczby przyszłości.

unnamed (2)

O Siemowicie i następcach jego.

Po takiem zdarzeniu rósł chłopiec Siemowit, syn Piasta Chrościskowego, w siły i lata, a z dnia w szlachetność, tak, że król królów i książę książąt jego zgodnie księciem Polski ustanowił a Popiela wraz z potomstwem doszczętnie z państwa wytracił. Dawni bowiem starcy opowiadają, że ów Popiel, wygnany z państwa, takie od myszy prześladowanie ucierpiał, że właśni jego ludzie idący za nim, na wyspę go dlatego przenieśli i tak długo go bronili w wieży drewnianej przed owemi zażartymi zwierzątkami, co za nim przypłynęły, aż go wszyscy opuścili dla smrodu zabitego mnóstwa, morem ziejącego i tak wyzionął ducha Popiel ducha najszkaradniejszą śmiercią, gdy go owe potwory zagryzły. Ale opuśćmyż wyliczanie czynów ludzi, których wspomnienie niepamięć dawnego wieku zgubiła a błąd i bałwochwalstwo zeszpeciły, i zwięźle ich wymieniając, przejdźmy do opowiadania tego, o czem dokładnie wspominanie pamięta. Gdy zaś Siemowit otrzymał panowanie, nie w rozkoszy ani bezmyślnie młodość trawił, lecz ćwiczeniem pracy i wojownictwa zdobył rozgłos zacności i sławę czci i granice panowania swego dalej niż ktokolwiek inny rozszerzył. Na miejsce zmarłego podstąpił Leścik syn jego, co się przyrównał czynami wojennymi zacności i dzielności ojcowej. Po zmarłym Leściku nastąpił syn jego Siemomysł, co pamięć ojców potroił i rodem i dostojeństwem. Ten zaś Siemomysł spłodził wielkiego i pamięci godnego Mieszkę, który wpierw innem nazwiskiem zwany, siedm lat od urodzenia był ślepy. Gdy zaś siódma nawróciła rocznica urodzenia, zwołał ojciec chłopca zwykłym trybem zbór cześników i innych swoich dostojników i obfitą a uroczystą obchodził biesiadę. Pokryjomo zaś z głębi serdecznej pomiędzy potrawami wzdychał z powodu ślepoty chłopca, jakby żalu i wstydu pamiętny. Gdy zaś się inni cieszyli i wedle zwyczaju w dłonie klaskali, jednej radości druga dopełniła, co oznajmiła, że ślepy chłopiec przejrzał. Ale żadnemu, co to zwiastował, ojciec nie uwierzył, aż matka wstawszy od stołu do chłopca weszła. Ona węzeł wątpliwości ojca odcięła i wszystkim wkoło siedzącym, że chłopiec przejrzał, objawiła.

d2bc91133228034903c57487a3368b98

Bajki

Do podania ludowego o Siemowicie, synu chłopskim, dodał „Gall” bajkę – anegdotę o myszach Popielowych. Że panów świętokradców lub ciemiężycieli ludu, z dopuszczenia bożego myszy zagryzły, takie baśni krążyły w Niemczech w dziesiątym wieku i stamtąd do Polski przywędrowały. Tu opowiadano je o jakimś Popielu, co wygnany dla zbrodni z kraju, na straszliwszą jeszcze karę zasłużył. Tego to Popiela wysunął dowolnie Gall a raczej „nauczyciel” jego, na księcia panującego a później go do Kruszwicy i Gopła przenieśli. Podobnych bajek-anegdot krążyło więcej i zapełnił nimi następny dziejopis, mistrz Wincenty (późniejszy biskup krakowski; zmarły w 1223 roku jako Cysters, zakonnik), cała pierwszą księgę dziejów, dopiero „drugą” od „Piasta” poczynając. Ale napuszona wymowa jego poprzestrajała na wzór starożytny owe bajki. Pisarzowi, co bez wahania twierdzi, że Julja, siostra Juljusza Cezara, żona Lestka polskiego (?), założyła i nazwała wedle siebie gród „Lulin”, a druga żona Lestkowa z zazdrości w „Lublin” odmieniła, takiemu pisarzowi nic w księdze pierwszej wierzyć nie wolno. Nawet szczegół, że ów Lestko, pomny i on swego chłopskiego początku, w odzieży chłopskiej deptał szaty książęce, zanim je wkładał, jest tylko odmianką anegdoty historycznej. Więc ze wszystkich bajek Wincentowych powtórzmy tylko jedną, o Kraku i Kraczętach, ponieważ ta właśnie bajka, najniesłuszniej w świecie, prawa obywatelstwa nabyła i jej Wandę poeci od Krasińskiego do Wyspiańskiego coraz inaczej wyczarowali.

O Kraku i Wandzie.

Polska, przez najjaskrawsze powodzenie Kraka powiększona, ustanowiła potomstwo jego jako najgodniejsze następstwa. Cóż, kiedy drugiego z jego synów zbrodnia bratobójstwa zohydziła! Był bowiem w debrach pewnej góry potwór najsroższej dzikości. Smokiem zwali go niektórzy. Jego żarłoczność wymagała pewną ilość bydła co tygodnia wedle dni liczonych. Jeśli ich mieszkańcy niby ofiar jakichś nie dostawiali, karał ich potwór o tyle głów ludzkich. Krak nie znosząc tej zguby, jako syn czulszy ku ojczyźnie niż jako ojciec ku synom, przywołał potajemnie synów i wszedł z nimi w radę a oni zobowiązali się do walki z potworem. Pokusiwszy się napróżno o jawne mężów męstwo czy o gołych sił odwagę, zmuszeni byli wkońcu uciec się do pomocy przemyślności. Skóry bowiem bydlęce pełne gorejącej siarki położyli na zwykłym miejscu zamiast bydła, a gdy smok jaknajłapczywiej je łykał, udusiły go wewnątrz wybuchające płomienie. Młodszy jednak podchodzi i zabija brata, nie jako spólnika, lecz jako zawistnika zwycięstwa i państwa. Zgonowi z łzami krokodylowymi towarzyszy, kłamiąc, że poległ on od potwora, podejmowany od ojca jako zwycięzca z wdzięcznością. Tak nastąpił młodszy Krak w władzy ojcowskiej, dziedzic niecny, lecz dłużej od bratobójstwa skalany, niż władzą świetny. Niebawem bowiem, gdy zdrady się doszło, ukarano do wiecznem wygnaniem. Ależ na górze smoczej założono rychło gród znakomity, od nazwiska Krajka Krakowem zwany, aby Krak żył w wiecznej pamięci i nie prędzej zaprzestano obrzędów pogrzebowych, niż je ukończeniem grodu zawarto. Niektórzy nazywali gród Krakowem od krakania kruków, co się tam nad padliną potwora zleciały. Lecz tak wielka miłość zmarłego księcia przejęła radę panów, całe pospólstwo, że jedyną jego dzieweczkę, Wandą zwaną, na władzę ojcowską wyniesiono. Celowała ona nad wszystkim zarówno pięknością kształtu jak wszelaką wdzięku układnością tak dalece, żeś pomawiał przyrodę, jako w jej wyposażeniu nie szczodrą, lecz rozrzutną, bo i mądrych najdoświadzeńsi jej się radom dziwili i najsrożsi z nieprzyjaciół na jej widok łagodnieli. Gdy więc jeden zwierzchnik Lemanów (Niemców) w celu pustoszenia owej ziemi się rozbijał, jakoby zamierzał opróżnione pochwycić państwo, został pokonany raczej niesłychaną jakąś dzielnością, niż bronią. Skoro bowiem całe jego wojsko królową znaprzeciwka obaczyło, oślepło jakby nagle od jakiegoś promienia słonecznego i wszyscy jakby na rozkaz boski wyzuli myśli wrogie i od walki odstąpili, twierdząc, że od świętokradztwa, nie od walki się uchylają, nie człowieka się boją, lecz nadludzką w człowieku szanują powagę. Król zaś ich, niewiadomo, czy tęsknicą miłości czy oburzenia czy obojga ranny, prawi: „Wanda nad morzem, Wanda nad ziemią, Wanda nad powietrzem niech włada! Niech bogom nieśmiertelnym Wanda ofiarę ze swoich składa, ja zaś moi wielmoże uroczystą podziemiom ofiarę ślubuję, aby tak wasza, jak waszych potomstw pod kobiecą zestarzała się władzą”. Rzekł i ducha „na dobytą wbiwszy się broń, wyzionął”, „życie zaś jego oburzone z jękiem zbiegło do cieni”. (cytat z Wergiljusza!). Od niej miała wyjść nazwa rzeki Wandalus (Wisła), bo środowiskiem jej państwa była, stad Wandalami zwano wszystkich, co jej podlegali rządom. Ponieważ zaś wszelkiemi pogardziła związkami, ba, nad małżeński stan wolny przeniosła, umarła więc bez następcy i długo chromało po niej państwo bez króla. Uwaga: Każdą bajkę wolno następnemu opowiadaczowi dowolnie rozwijać. Korzystali też z tego późniejsi aż do Długosza, ale nie godzi się ich wymysłów powtarzać. Oni to Wandę w Wiśle uśmiercili, o czem się jeszcze mistrzowi Wincentemu ani nie śniło. Także pominęliśmy wszelkie doczepki do bajki Popielowej, o stryjkach jego itp. Z bajek Wincentego jedna da się łatwo wyłuskać. Na „Wawelu” (tj. w „wąwozie”) była jama, niegdyś zamieszkała, o czem kości spożywanych zwierząt świadczyły. Później tłumaczył sobie ludek krakowski, jak każdy inny, te kości jakimś smokiem, co tu ludzi i bydło pożerał i opowiadał szewcu Skubie, co szewskim cudem a poniekąd i biblijnym, Danielowym, owego smoka zgładził. Ale bajki o smokach układa się i inaczej. Zabija go po zaciętej walce rycerz, a niewierny sługa korzysta z jego omdlenia, morduje go i sobie jego zasługę przypisuje lecz zdrada wydaje się i karze. Za takiem opowiadaniem poszedł Wincenty i pozbywał się wygodnie zmyślonych obu synów „Grakchowych” bo tak z łaciny on ojca nazywał, choć Krak, od którego nasz Kraków, jak tyle innych Krakowów na całej Słowiańszczyźnie nazwano, jest tylko inną nazwą „kruka”. Tak się tłumaczy jego bajka „smocza”, ale bajka o Wandzie tak zamotana, że nic z niej nie wywikłać na pewne. Cud to raczej chrześcijański jakiś niż pogański; podobne działa widok św. Wacława na wrogów jego, w walce czy na dworze cesarskim. Tylko samą nazwę Wandy zmyślił Wincenty, bo nigdy żadna Słowianka tak się nie nazywała, u nas dopiero po romansach XVIII wieku tę nazwę sztuczną przyswojono. Umyślił sobie bowiem Wincenty, że Wisła Wandalem a i Polacy od niej Wandalami się nazywali, więc z mniemanej nazwy rzeki odgadł jakąś Wandę, z taka samą pewnością, co z Lublina Julję Cezarową. W podaniu o „Piaście” nazwa Siemowita niczego nie wróżyła, bo od siemja = familja, się wywodzi, (por. Siemiradzki i inne). Piasta (tj. tłuczek), Rzepkę i Chościska (tj. miotłę, od chwosta = ogona), dorobiono mu później jako chłopską rodzinę, jednakże nigdy się do niej ród panujący nie przyznawał, jak czeski do chłopa Przemysła, ślepota Mieszki jest alegorją: on „przejrzał”, ale nie w siódmą rocznicę urodzin, lecz w dzień chrztu świętego, a to jego przejrzenie wytłumaczono dosłownie bajką o ślepocie.

557844900068f_p

Opisy życia słowiańskiego.

  • Źródła greckie

Polska przedchrześcijańska, która spisanych dziejów własnych nie posiada, żyła, zanim ją żelazna ręka Mieszka i Chrobrego do ustroju frankońskiego nie zniewoliła, swoim odwiecznym trybem, tj. słowiańskim. Więc co obce źródła, greckie, ruskie, arabskie, niemieckie, duńskie, o pogańskich Słowianach nad Dunajem, Dnieprem i Odrą opowiadają, wolno poniekąd i do Polski pogańskiej a słowiańskiej stosować. W tych opowiadaniach zajmują jednak Słowianie różnorakie stopnie kultury. Najniżej stali naddunajscy, bo na wyprawach zbójeckich rzuciwszy odwieczne sadyby, nie zająwszy ostatecznie nowych, opadali coraz niżej. Najwyżej wznosili się Słowianie bałtyccy, szczególniej pomorscy w Szczecinie i w grodach okolicznych i na wyspie Rugji, bo wybrzeża osiągają już kulturę, kiedy o niej ląd głęboki ani marzy, jako wystawione na wpływy obce, co wybrzeże najpierw dotykają. Między temi ostatecznościami zajęła Polska pośredni raczej stopień, bliższa Czechom czy Rusi, niż Naddunajcom. O tych właśnie prawią źródła greckie, a mianowicie historyk Prokopjusz, to towarzysz słynnego wodza greckiego Belizara, około połowy VI wieku, i późniejszy o jakieś lat kilkadziesiąt, tzw. Maurycjusz (niesłusznie z cesarzem tegoż samego nazwiska, zmarłym w 602 r., utożsamiany). Dla dawności zajęły ich opowiadania miejsce pierwszorzędnej wagi, chociaż wartość ich bardzo nierówna. Nazywają obaj Naddunajców Słowianami i Antami. Ta druga nazwa później rychło się zgubiła i wiemy tylko, że oznaczała ona tych samych Słowian, ale bardziej na wschód wysuniętych. Otóż Prokopjusz w historji, gdy u rzecz o Słowianach i Antach wypadła, tak ich przedstawił:

Najstarsze wiadomości o Słowianach naddunajskich (przed rokiem 550).

Ludami temi, to jest Słowianami i Antami, nie rządzi jeden mąż, ale żyją oni od starodawna w gminowładztwie i dlatego obchodzą ich wspólne zdarzenia szczęsne i przeciwne a niemal i co do wszystkiego innego równy panuje zwyczaj odwiecznie u obu tych dzikich ludów. Uznają bowiem jednego boga, gromowładcę, jako jednego wszechrzeczy pana i ofiarują jemu bydło i wszelki zwierz ofiarny. Przeznaczenia ani znają ani ogółem dopuszczają, jakoby nad ludźmi władało, ale jeśli im śmierć już przed oczyma, czy to schorzałym, czy przystępującym do walki, ślubują, ze w razie ocalenie bogu natychmiast za duszę ofiarę wniosą a ocalawszy ofiarują. Co przyrzekli, w mniemaniu, że kupili sobie ocalenie za tę ofiarę. Co prawda czczą i rzeki i boginki i wszelakie bóstwa i im wszystkim składają ofiary, a przy ofiarach wróżą. Żyją zaś w nędznych chałupach, znacznie od siebie rozproszeni, często też odmienia każdy miejsce zamieszkania. Wstępując do walki, tłumy pieszo przeciw wrogom ruszają, oszczepy i małe tarcze dzierżąc w ręku, nigdy zaś nie przywdziewają pancerzy. Niektórzy zaś nie noszą ani kabatu ani giermaku, ale tylko spodnie po pas ustroiwszy, tak do utarczki z nieprzyjacielem stawają. Posiadają też oba ludy jedną prawdziwie dziką mowę, ale co do wyglądu niczem się nawzajem nie różnią. Wszyscy bowiem odznaczają się wzrostem i odwagą, a co do ciała i włosów ani są zbyt biali czy blondyni ani im się to bynajmniej w czerń nie odwraca, ale wszyscy a rudawi. Jak Massageci, i oni wiodą sposób życia twardy i zupełnie zaniedbany a brudu u nich, jak u tamtych, stale po same uszy. Źli jednak albo złośliwi bynajmniej nie bywają, lecz w swej prostocie zachowują sposób Hunnów. A nawet nazwę mieli Słowianie i Antowie pierwotnie spólną, gdyż niegdyś obu zwano „Sporami”, dlatego jak mniemam, ze sporadycznie rozmieszczeni kraj zamieszkują. Więc też obsiedli obszerną ziemię, skoro sami najznaczniejszą część przeciwnego brzegu Dunajowego zamieszkiwają. Tak ma się rzecz z tym to narodem[1].

  1.  Nie należy przeceniać doniosłości źródła tego; wedle ogólnego trybu starożytnych daje i Prokop- jusz raczej tylko schemat ogólnikowy, w który Grek wszelkich barbarzyńców, dawnych i nowych, Massagetów (Scytów) i Hunów, stale wciskał; nie umiał tez Prokopjusz nazwać owego praboga, którym „Piorun” kijowski na pewno nie bywał; niezrozumiałe też, co o Sporach jakichś przytacza; nie znali bowiem Słowianie ani nikt inny żadnej takiej nazwy.

66816780_428522217995729_153447963031502848_n

Tzw. „Maurycjusz” w księgach o gotowości wojennej – „Strategikon” (po roku 550)

Jak należy się zachowywać wobec Słowian i Antów i im podobnych.
Ludy Słowian i Antów są jednego sposobu życia i charakteru a swobodne, nie dają się nakłonić ku ujarzmieniu czy panowaniu a już najmniej na własnej ziemi. Ludy są i wytrwałe, znoszą z łatwością upały i mrozy i plute i nagość ciała i środków niedostatek. Względem obcych do nich przybywających są łaskawi i z gotowością dostawiają ich w całości z miejsca na miejsce, dokąd im trzeba. Jeśliby zaś dla niedbałości podejmującego obcy doznał uszczerbku, walkę przeciwko temu zwodzi ten, kto obcego odstawił, pomstę za obcego uważając za świętość. Jeńców zaś własnych nie zatrzymują, jak reszta ludów, w niewoli na czas nieograniczony, ale naznaczywszy im termin pozostawiają ich mniemaniu, czy chcą za pewną opłatą oddalić się do swoich czy pozostawać u nich w swobodzie i miłości. Pod dostatkiem mają wszelakiego bydła i zbiorów, chowanych gromadnie, a najwięcej prosa i bru (? może bobru, może brukwi? – skryba). Kobiety zaś ich żyją zacnie ponad przyrodzenie ludzkie, tak że znaczna ich część zgon własnych mężów uważa za śmierć własną i same się dobrowolnie zaduszają, wdowieństwa za życia nie uważając. Mieszkają zaś w lasach, bagnach i błotach nieprzystępnych, a wyjścia swych osiadłości urządzają wielokrotnie, dla przygód, jakie ich, jak to bywa, trafiają. Własne rzeczy przydatne w tajni zachowują, nic zbędnego na jawi nie posiadając. Pędząc zaś życie zbójnickie z upodobaniem, w gąszczach, wąwozach i skałach na wrogów własnych przewag się podejmują. Zażywają zaś zręcznie dniem i nocą zasadzek, napadów nagłych i zdrad, urządzając je na wszelkie sposoby. We wprawie przebradzania rzek celują wszystkich ludzi i dzielnie trwają w wodzie, tak, że częstokroć gdy bawiąc u siebie, zostaną nagle napadnięci z przygody, zanurzą się w głębi wody, a długie do tego przyrządzone trzciny, całkiem wydrążone, tkwią im w ustach, sięgające aż do powierzchni wody. Leżąc na wznak w głębi, oddychają przez nie i starczy im to na wiele godzin, tak, że żadnego o nich podejrzenia nie bywa, a nawet gdy się przytrafi dojrzeć tych trzcin nazewnątrz, niedoświadczeni za zrosłe z wodą ich uważają. Ci zaś, co o tem doświadczeni, rozeznawszy trzciny wedle ścięcia i układu, albo im niemi usta przebijają, albo je wyciągają i dobywają ich z wody, gdyż nie mogą dalej wytrwać w wodzie. Zbroją się każdy dwoma małemi oszczepami, niektórzy z nich dzielnemi ale ciężkiemi do przenoszenia tarczami. Używają i łuków drewnianych i strzałek, pomazanych jadem przypraw, który działa, jeśli zraniony przezeń nie uprzedzi go piciem dryakwi albo innemi środkami pomocniczemi, znanemi przez lekarzy, albo szybkim wycięciem rany, aby reszty ciała nie przeżarł. Bezrządni zaś i nawzajem zawistni sobie nie znają szyku bojowego ani starają się walczyć ściśnieni, ani pojawiać się na miejscach otwartych i równych. Jeżeli zaś się odważą, to w chwili spotkania z wrzaskiem posuwają się nieco naprzód, i jeśli przeciwnicy cofną się przed ich głosem, raźnie następują. W przeciwnym razie tak samo uciekają, nie kusząc się o ręczne spróbowanie siły swych wrogów. Uciekają zaś do lasów, mając tam wielką pomoc, jako umiejący walczyć swobodnie w gąszczach. Boć często unosząc zdobycz, dla małego popłochu nią wzgardzają i w lasy wbiegają, a kiedy ich napastnicy koło zdobyczy się trudzą, z łatwością przeciw nim powstają i im straty zadają. Toż starają się czynić z rozmysłu i z własnej woli, na przynęcenie wrogów. Na wszelki zaś sposób zdradliwi są i niezgodni w umowach, ustępując raczej dla strachu niż dla darów. Skoro zaś różnica zdań między nimi zawładnie, albo się zgodzą, inni wnet uchwałę przekręcają, gdy z wszyscy przeciw sobie wrogo są usposobieni i żaden drugiemu ustąpić nie chce.
Wyprawy przeciw nim wypada raczej zimową porą przedsiębrać, kiedy to dla obnażonych drzew nie łatwo mogą się ukrywać, ale i śnieg ślady uciekających nawodzi a żywot ich nędzny bywa jakby nago a zresztą i dla mrozu rzeki łatwo przebywać.
Ile możności należy się wystrzegać, aby nie czynić przechodów latem w miejscach nieprzystępnych albo w gąszczu byle jak, nieopatrznie, szczególnie jeśli wróg się skupił, zanim się go nie wypłoszy piechotą lub konnicą. Ponieważ zaś królików u nich wielu a niezgodni z sobą, nie od rzeczy więc będzie, niektórych z nich zjednać sobie czy namowami, czy darami, a najbardziej tych, co bliscy u granic, na drugich zaś napadać, aby wrogość przeciw wszystkim nie sprawiła zjednoczenia czy jednowładztwa. Starannie zaś należy dozorować zbiegów, obiecujących pokazywać drogi lub cos zdradzić. Bo czasem na Romeów przekształceni i zapominając o własnych, wyżej cenią przyjaźń ku wrogom. Należy ich obłaskawiać, gdy się dobrze prowadzą, karać zaś źle czyniących. Zasobów, nabywanych w ziemi, nie należy zaraz bezcelowo tracić, ale starać się przenieść do własnej, czy to bydłem jucznem, czy łodziami, skoroż bowiem ich rzeki do Dunaju wpadają, przeprowadzkę łatwo łodziami uskutecznić.
Ponieważ zaś kraje Słowian i Antów rzędem nad rzekami leżą i wzajem się stykają tak, że niema między nimi uwagi godnego przestworu, powszechnie zaś las i bagna i trzcinowiska ich otaczają, wiec w wyprawach przeciw nim podejmowanych zdarza się, że wraz z napadem na pierwszą ich krainę i gdy cale wojsko tam się zabawia, inni jako sąsiedzi a lasy blisko mając, dostrzegając popłochu jako z bliska, łatwo uprowadzają swe zasoby. Młodzież ich zaś wystraszona przy nadarzającej się sposobności znienacka na nasze wojsko napada, tak, że tam nic znacznego ku szkodzie wroga zdziałać nie mogą, co przeciw nim ciągną.
Przy podobnych wyprawach nie należy pojmować nieprzyjaciół zdolnych do walki, ale wszystkich napotkanych zabijać, dalej spieszyć i nad nimi się nie zabawiać (szczególnej ci, co wyprawą dowodzą) i łowić pomyślną chwilę. Częściowo powtarza to samo inny pisarz bizantyjski, cesarz Leon, zmarły r. 741, w 18 rozdziale swojej „Taktyki”, wedle jego Słowianie swobodę najgoręcej miłujący, szczególnie gdy za Dunajem jeszcze żyli, prosem się głównie żywili, kochając się najbardziej w oszczędnej mierności, niechętnie ponosząc inne mozoły rolnicze przekładając sposób życia lekszy i bez trudów nad zdobywaniem zbytku w potrawach i przyborach, za cenę usilnej pracy.

Uwaga: Sprawozdanie tzw. Maurycjusza jest nierównie cenniejsze niż Prokopjuszowe, bo polega na istotnym znawstwie Słowian, nie na schemacie, jak Prokopjuszowe. Nie brak tu jednak przesady. Doświadczenia dowiodły, że nie można oddychać przez trzciny (czy rury) na większej niż półmetrowej głębokości, tj. przy brzegu tylko i nie dłużej niż kilkanaście minut, chyba, jeśli można co chwila głowę całkiem wychylać i woda nie ma być zbyt zimna i trzciny muszą być bardzo grube. To samo po wiekach u nas z równą przesadą o hajdamakach donoszono, jeśli nie przeniesiono po prostu na nich opowieści Maurycjuszowej.
Ściślej odpowiada natomiast prawdzie, co on o „dobrowolnym” ( w istocie wymuszonym przez obyczaj), samobójstwie wdów prawi. We cztery wieki później opowiadał to samo o Polsce pogańskiej rocznikarz niemiecki Thietmar, a o Słowianach w głębi dzisiejszych Niemiec i Frankonji i innych św. Bonifacy w liście do króla anglosaskiego w roku 744 donosił: „Wenedzi (tj. Słowianie), acz najbrzydszy i najpośledniejszy z rodów ludzkich, tak silnym zapałem małżeńskim miłość spólną uprawiają, że żona uchodzi u nich za chwały godną, co sobie własnoręcznie śmierć zadała, aby na jednym stosie wraz z mężem swoim spłonąć”; wedle Thietmara „za czasów Mieszki, gdy był jeszcze poganem, każda żona towarzyszyła po straceniu pogrzebowi męża swego, w ogniu spalonego”.
O gościnności słowiańskiej porównaj niżej przytoczone świadectwa niemieckie, a już wyżej (punkt 1) czytaliśmy, jak się „Piastowi” gościnność odpłaciła słowiańska i wolno tylko zapytać, czy z cudem wynagrodzonej gościnności, a więc z anegdotą budującą, łączyło się istotnie Siemowitowe panowanie? Że Słowianie znakomicie rzeki w bród przechodzili, wiemy i skąd inąd. Zamilczał jednak Maurycjusz, jak oni w budowlach wodnych (mostach, czółnach), byli znakomicie wyćwiczeni. Korzystali z tego i Awarowie sami.
Inne opowiadania greckie, o Słowianach bałkańskich, Chorwatach i Serbach, w dziele cesarza Konstantyna Porfirogenety (zmarłego r. 957), dotyczącą już wyłącznie rozsiedlenia się ich na półwyspie, wywołało zaś znaczne nieporozumienie co do jakiejś Białochorwacji, niby zakarpackiej (plątano z nią ziemię małopolską) i co do wyjścia rodu panującego w Zecie (tj. Czarnogórze), z nad Wisły – ale druga mniemana jej nazwa, nigdy nie słyszana Diciki czy Liciki, na całe opowiadanie cień rzuca wątpliwości.

Ethnographic_map_of_the_Southern_Slavs,_1913

  • Źródła słowiańskie

Ciekawsze niż greckie bywają źródła ruskie, bo tryska z nich, oprócz domysłów rocznikarskich, bez których się średniowiecze nie obchodziło, żywa tradycja ludowa nieskończenie obfitsza niż polska i czeska, gdyż stosunki na Rusi nie ulegały tak nagłej ani gruntownej przemianie, jak a na zachodzie frankońskie wywoływały rządy i wzory. Z roczników kijowskich, docierających początków XII wieku, a więc współczesnych naszemu „Gallowi”, krążących zaś po utartą nazwą mnicha „Nestora”, przytacza- my według tekstu w wydaniu Miklosicha (1861) ustępu o początkach Słowian i o życiu-bycie ich pogańskim, jak i o pierwszych ich książętach.

O rozgałęzieniu Słowian polskich (Lachów) i o Awarach-Obrach.

Gdy Rzymianie Słowian naddunajskich naszli i zasiadłszy między nimi ich niewolili, jedni Słowianie przyszedłszy usiedli nad Wisłą i przezwali się Lachami, a inni z tych Lachów przewali się Polanami, inni zaś Lachowie Lucicami, inni Mazowszanami, inni Pomorzanami. Tak i ci Słowianie przyszedłszy siedli nad Dnieprem i nazwali się „Polanie”, a drudzy „Drzewianie”, bo w lasach siedzieli, a drudzy siedli między Przypecią a Dźwiną i nazwali się „Dregowiczy”. Inni usiedli nad Dźwiną i nazwali się Połoczanie, od rzeki Połoty, cieknącej do Dźwiny. Słowianie zaś którzy siedli koło jeziora Ilumienia przezwali się własnem swym imieniem (tj. Słowianie) i zbudowali gród i nazwali do Nowym Grodem. A drudzy siedli nad Dziesną, Siemią i Sułą, ci nazwali się „Siewierz”… A od Połoczan są Krzywiczy, co siedzą na wierzchowiskach Wołgi i Dźwiny i Dniepru, których grodem jest Smoleńsk, bo tu siedzą Krzywiczy… Radzimiczy zaś i Wiatyczy (są) od Lachów, bo było u Lachów dwóch braci, Radzim, a drugi Wiatko[1] i przyszedłszy siedli: Radzim nad Sożem i przezwali się Radzimiczy, a Wiatko siadł z rodem swym nad Oką a od niego przezwali się Wiatyczy. Dulebi zaś siedli nad Bugiem, zwali się Bużanie, później zaś Wołynianie. (Za czasów Herakljusza, 610 – 640) byli i Obrzy, którzy nań wojowali i omal go nie jęli. Ci Obrzy wojowali z Słowianami i zniewolili Dulebów – Słowian i kobiety Dulebskie uciskali. Gdy wypadała jazda Obrzynowi, ani konia ani wolu nie raczył zaprzęgać, lecz kazał zaprząc do telegi (wózka) trzy lub cztery lub pięć kobiet i ponieść Obrzyna i tak męczyli ono Dulebów. Bo byli Obrzy wielcy ciałem a bardzi myślą i wytrzebił ich Bóg i wymarli wszyscy i nie pozostał ani jeden Obrzyn i jest do dziś przysłowie na Rusi: „zginęli jak Obrzy” (których niema ani plemienia ni potomstwa).

  1.  Więtko, Więcław = Wacław.

dxKpmWP

Zwyczaje tych plemion.

Mieli zaś (ci polanie, Drzewianie itp.), zwyczaje swoje i ojców swoich oprawo i podanie, każdy swój obyczaj. Bo Polanie mają od ojców swych obyczaj łagodny i skromny i wstydliwość przed swojemi synowemi i siostrami i matkami i rodzicami; prze szwagrami i świekrami (dziewierzami) wielką wstydliwość zachowali. Mieli zaś obyczaj ślubny: nie chodził zięć po synowę, lecz przyprowadzali ją wieczorem, a nazajutrz przynosili, co za nią oddawali. Lecz Drzewianie żyli na sposób zwierzęcy, żyjąc po bydlęcemu; zabijali jeden drugiego i jedli wszystko nieczyste i ślubów nie zachowywali, lecz porywali u wody panny. I Radzimiczy i Wiatyczy i Siewierz, jeden wiedli obyczaj: żyli po lasach jakoby zwierz wszelki, jedząc wszystko nieczyste i przed ojcami i synowemi słów sromotnych używali i nie bywało u nich ślubów, tylko igrzyska między siołami, i schodzili się na te igrzyska i pląsy i wszelakie igrzyska czartowskie i tu porywali sobie żony, jak się z którą kto umówił, miewali zaś po dwie i trzy żony. A jeśli kto umarł, tyznę[1] nad nim czynili, a potem stos wielki czynili i wkładali nieboszczyka na stos i spalali, a potem zebrawszy kości, wkładali w małe naczynie i stawili na słupie przy drogach, co i dziś Wiatycy czynią. Takie same obyczaje zachowywali Krzywiczy i reszta pogan, nie mając zakonu Bożego, lecz sami sobie zakon tworząc. Także i teraz Połowcy zakonu ojców swoich nie dzierżą, krew przelewać i tem się chełpić, jeść padlinę i wszelką nieczystość, susły i chomiki, i żenią się z macochami i szwagrowemi[2] i inne obyczaje ojców zachowują.

  1.  Zabawy obrzędowe.
  2.  Jątrewkami, żonami bratnimi.

ancient-slavs

Dzieje pierwotne Kijowa.

Gdy zaś Polanie żyli osobno i władali swojemi rodami… I było trzech braci, jednemu z nich Kij na imię a drugiemu Szczek, a trzeciemu Choriw, a siostra ich Łybedź. I mieszkał Kij na górze, gdzie był wąwóz Boryczew, a Szczek na górze, co się dziś Szczekowicą zowie, a Choriw na trzeciej górze, od niego Choriwicą przezwanej. I zbudowali gród w imię starszego brata i nazwali imię jego Kijów. I był koło grodu wielki las i bór i łowili zwierzynę, a byli ludzie mądrzy i domyślni i zwali się Polanami, a od nich są Polanie w Kijowie do dziś. Inni zaś nieświadomi twierdzili, jakoby Kij był przewoźnikiem, bo był u Kijowa wtedy przewóz z tamtej strony Dniepra, dlatego mawiano na przewóz Kijowy. Ale jeśli Kij był przewoźnikiem, to nie chodziłby do Carogrodu, lecz ten Kij panował w grodzie swoim. I gdy przychodził do cesarza (greckiego) jak opowiadają, odbierał wielką cześć od cesarza, przy którym przechodził. Gdy zaś wracał, przyszedł ku Dunajowi i podobała mu się miejscowość i zarębał[1] mały gródek i chciał tu zasiąść z rodem swoim, ale nie dopuścili mu tego okoliczni a grodzisko zwią do dziś Dunajcy Kijowcem. Gdy zaś Kij przyszedł do swego grodu, do Kijowa, to żywota dokonał i obaj bracia jego, Szczek i Choriw i siostra ich Łybedź tu poumierali. I po tych braciach ród ich zaczął dzierżeć księstwo śród Polan. Po braci tych śmierci krzywdzili ich Drzewianie i inni okoliczni, a napadli ich, gdy siedzieli po tych górach w lasach, Chozarowie i rzekli Chozarowie płaćcie nam dań. Po naradzie dali im Polanie od dymu[2] po mieczu i nieśli Chozarowie ku swemu księciu i ku starszyźnie i rzekli im: „oto nową dań zdobyliśmy”. Ci rzekli im: „skąd?”. Co zaś rzekli: „w lasach na górach nad rzeką dnieprską”. Oni zaś rzekli: „cóż wam dali?”. Ci zaś pokazali miecz. I rzekli starce chozarscy: „Nie dobraż to dań, o książę! Myśmy się do nich dobrali z orężem ostrym po jednej stronie (tj. z szablami), a tych oręż z obu stron ostry (tj. miecz). Ci będą od nas i od innych ziem dań pobierać.

  1.  Wystawił z drzewa.
  2.  Od chaty.

67070925_428521884662429_8772652396376489984_n

Wzięcie Korostenia.

Roku 946 Olga wraz z synem swoim Świętosławem i licznymi i dzielnymi wojownikami ruszyła na ziemię drzewską. I wyszli Drzewianie naprzeciw, i gdy się oba szyki zetknęły, rzucił Świętosław kopiją na Drzewian. Kopia przeleciała koniowi przez uszy i uderzyła go w nogę, bo był Świętosław chłopięciem. I rzekli Swienald i Asmud: „książę już zaczął, pociągnijcie za księciem, drużyno!”. I przemogli Drzewian. Drzewianie zaś uciekli i zamknęli się w grodach swoich. Olga zaś z synem podążyła przeciw grodowi Korosteniowi, bo ci zabili byli jej męża i z synem obległa gród a Drzewianie zamknęli się w grodzie i walczyli dzielnie z grodu, bo wiedzieli, że sami zabili księcia, więc na co się poddawać? I stała tu Olga przez lato i nie mogła wziąć grodu i tak wymyśliła. Posłała do grodu ze słowami: czego się tu dosiedzicie? Wszystkie wasze grody mnie się poddały i zobowiązały się ku daninie i uprawiają niwy swe i ziemie swe, a wy z głodu umrzecie, jeśli się ku daninie nie zobowiążecie. Drzewianie zaś rzekli: chętnie zobowiązalibyśmy się ku daninie, ależ ty będziesz mściła męża swego. Olga zaś im rzekła: Krzywdę męża swego jam już pomściła, gdy przyszli do Kijowa za wtórym i trzecim razem, kiedym tryznę swemu mężowi wyprawiała, a już nie będę się mściła i wezmę skromną daninę i sprzymierzywszy się z wami, odejdę nazad. Rzekli zaś Drzewianie: czego chcesz od nas? Chętnie dajemy miodem i skórami (futrami). Ona zaś rzekła: teraz nie macie ani miodu ani skór, ale żądam od was niewiele: dajcie mi od każdego domostwa po trzy gołębie i trzy wróble, bo nie włożę na was ciężkiej dani, jak mój mąż. Dlatego żądam od was niewiele, boście w oblężeniu potracili siły. Drzewianie zaś uradowani zebrali od domostwa po trzy gołębie i po trzy wróble i posłali ku Oldze z czołobitnią. Olga zaś rzekła do nich: oto jużeście się ukorzyli przedemną i przed moim dziecięciem. Idźcież do swego grodu i pójdę do własnego. Drzewianie zaś uradowani weszli do grodu i opowiedzieli ludziom i ucieszyli się ludzie w grodzie. Olga zaś rozdała wojownikom każdemu po gołębiu, a innym po wróblu i kazała przywiązywać każdemu gołębiu i każdemu wróblowi siarkę, zawijając ją w drobne szmatki a nitką do każdego z nich przywiązywać, i rozkazała Olga wojownikom swym, gdy zmierzchało, puścić gołębie i wróble. Gołębie zaś i wróble poleciały do gniazd, te w gołębniki, wróble po strzechy i takto zapalały się to gołębniki, to komory, to namioty, to szopy i nie było domostwa, gdzieby się nie paliło, i nie można było gasić, bo wszystkie domostwa się zajęły. I uciekli ludzie z grodu i kazała Olga swym wojownikom ich imać, skoro wzięła gród i go spaliła. Zwierzchnich w grodzie pojmała a z innych jednych pozabijała, drugich swoim ludziom w niewolę oddała, za resztę zostawiła, aby płacili daninę. I nałożyła na nich ciężka daninę. Dwie jej części szły do Kijowa, a trzecia do Wyszogrodu, bo był Wyszogród grodem Olgi i chodziła Olga po ziemni drzewskiej i z synem i z drużyną, stanowiąc ustawy i daniny.

Uwaga: Podobne opowiadania o zdobyciu grodu czy zamku zna epika średniowieczna francuska, a wedle Czecha Dalimiła zajęli w ten sposób Tatarzy Kijów w roku 1241. Olga, sama normanka, należy do kobiet germańskich mściwych, nieubłaganych, jak w podaniu Kriemhilda a w fantazji Słowackiego Gwinona.

Jak Włodzimierz Wielki władzę objął.

(W roku 972 zabili Pieczyngowie powracającego z Bułgarji Świętosława na porohach Dnieprowych. Zostawił on trzech synów, Jaropełka w Kijowie, Olega u Drzewian, Włodzimierza w Nowogrodzie. Swienald wojewoda podpuszczał z zemsty osobistej Jaropełka przeciw Olegowi i wyruszył wkońcu Jaropełk na brata i zwyciężył go).
I uciekł Oleg z wojownikami swymi do grodu zwanego Owrucz, był zaś przez groblę most do wrót grodowych. Cisnąc się, jeden drugiego spychał z grobli, zepchnęli Olega z mostu w bebr i wielu padało a konie zadusiły ludzi. I wszedł Jaropełk do grodu Olegowego i objął władanie jego i posłał szukać brata swego i szukano go, ale nie znaleziono i rzekł jeden Drzewianin: widziałem jak go wczoraj zepchnięto z mostu. I posłał Jaropełk szukać brata i włóczyli trupów z grobli od rana aż do południa i znalazłszy Olega popod trupami wynieśli go i położyli na kobiercu. I przyszedł Jaropełk nadeń i płakał i rzekł do Swienalda: patrz, tegoś ty chciał! I pochowali Olega na miejscu u grobu Owrucza i objął władanie jego Jaropełk. Miał zaś Jaropełk żonę Greczynkę, co była niegdyś zakonnicą, bo przywiódł ją jego ojciec Świętosław i wydał za Jaropełka dla piękności jej lica. Gdy zaś Włodzimierz w Nowogrodzie to usłyszał, że Jaropełk zabił Olega, zląkłszy się uciekł za morze a Jaropełk posadził w Nowogrodzie swoich urzędników i panował jeden na Rusi. Ale roku 980 przyszedł Włodzimierz z Warjagami[1] do Nowogrodu i rzekł urzędnikom Jaropełkowym: idźcie do mego brata i rzeczcie mu: Włodzimierz wyrusza na ciebie, przygotuj się poczciwie do boju. I zasiadł w Nowogrodzie. I posłał do Połocka ku Rogwoldowi mówiąc: chcę córkę twoją pojąć za żonę. On zaś rzekł do swej córki: czy chcesz wyjść za Włodzimierza? Ona zaś rzekła: nie chcę rozzuć syna niewolnicy (był bowiem Włodzimierz synem klucznicy Olgi), ale chcę Jaropełka. I zebrał Włodzimierz liczne wojsko, Warjagów i Słowian, Finów[2] i Krywiczów i wyruszył na Rowgolda. W ten sam czas chciano wydać Rogniedę (córkę ową) za Jaropełka. I przyszedł Włodzimierz na Połock i zabił Rowgolda i dwu jego synów a córkę wziął za żonę i wyruszył na Jaropełka i za zdradą wojewody tegoż, Bluda, zwyciężył i zabił i sam panował na Rusi.

  1.  Normanami.
  2.  Tj. Nowogrodzian.

Pogaństwo Włodzimierza i Rusi.

I postawił (Włodzimierz w Kijowie) bałwanów na pagórku poza podwórcem pałacowym: Peruna z drzewa a głowa jego ze srebra a wąs złoty, i Chorsa, Daćboga, i Striboga i Siema i Rgła i Makosz[1] i ofiarowali im, zowiąc ich bogami i przywodzili syny i córki swoje i ofiarowali czartom i pokalali ziemię ofiarami swemi i pokalała się krwią ziemia ruska i to wzgórze – na tym wzgórzu stoi dziś cerkiew św. Wasyla. Włodzimierz zaś usadowił wuja swego Dobrynię na Nowogrodzie i skoro Dobrynia przyszedł do Nowogrodu, postawił bałwana nad rzeką Wołchowem i ofiarowali mu ludzie nowogrodzcy jak bogu…
Roku 981 ruszył Włodzimierz na Lachów i zajął ich grody, Przemyśl i Czerwień (nad Bugiem) i inne grody, co są pod Rusią do dziś. Roku 983 ruszył Włodzimierz na Jaćwingów i pobił ich i zajął ich ziemię. I poszedł do Kijowa i wraz z ludźmi swymi czynił ofiarę bałwanom. I rzekli starcy i bojarzy rzucimy los o chłopca i dziewczynę, na kogo wypadnie, tego zarzniemy bogom. Był zaś Warjag jeden i miał swój dwór, gdzie jest cerkiew św. Matki Boskiej, zbudowaną przez Włodzimierza. Ten Warjag przyszedł był z Grecji i zachowywał wiarę chrześcijańską i miał syna, pięknego na twarzy i duszy. I padł na niego los, z zawiści szatańskiej i gdy posłani do niego przybyli, rzekli: los padł na twego syna, bo jego sobie bogowie wybrali, ofiarujmyż bogom. I rzekł Warjag, toć to nie bogowie ale drzewo, dziś jest a jutro zgnije, bo ani jędzą ani piją ani mówią, ale uczyniono je rękami w drzewie, a ci bogowie co uczynili? Sami są czynieni, mnie dam syna swego czartom. Oni zaś poszli i powiedzieli mieszczanom. Ci zaś uzbroiwszy się poszli nań i dwór około niego rozbili. On zaś stał w sieni z synem swoim. Rzekli mu: oddaj syna swego, abyśmy go bogom dali. On zaś rzekł: jeśli to bogowie, to poślą jednego boga do mnie, by wzięli syna mego, a czegoż wy żądacie? I okrzyknęli i porąbali sień pod nimi oboma i tak ich zabili i nikt nie wie, gdzie ich położono. Roku 984 ruszył Włodzimierz przeciw Radzimiczom a wojewodą jego był Ogon Wilczy i wysłał go Włodzimierz przed sobą i zetknął się z Radzimiczami Ogon Wilczy nad rzeką Piesczaną i pobił ich, stąd to naśmiewa się Rus z Radzimiczów twierdząc: Piesczańcy przed Ogonem Wilczym uciekają. Byli zaś Radzimiczy z rodu Lachów, przyszedłszy tu się osiedlili i płacą Rusi daninę i podwody wiozą i do dziś. Roku 983 wyruszył Włodzimierz z Dobrynią, wujem swym, na Bułgarów w łodziach a Turków brzegiem przywiódł na koniach i zwyciężył Bułgarów i rzekł Dobrynia do Włodzimierza: oglądałem więźniów, wszyscy mają buty, ci nam daniny płacić nie będą, chodźmy szukać łapciatych. I zawarł Włodzimierz pokój z Bułgarami i przysięgali go sobie i rzekli Bułgarzy: wtedy nie będzie między nami pokoju, jeśli kamień pływać będzie a chmiel tonąć.

  1.  Nestor wymienił na pierwszym miejscu Peruna, co raczej i Thora (= Donner) Warjagów – Normanów, ich głównego bożka, przypomina; nie wymienił wcale najwyższego boga ognia, Swarożyca (zob. niżej punkt 21), ani boga Welesa, na którego Ruś słowiańska się klęła i którego mylnie bogiem bydła obezwano; reszta bogów, oprócz Daćboga-słońca, bliżej nam nieznana.

terraoko-201510041-1

Chrzest Rusi Kijowskiej.

(Gdy się w Korsuniu – Chersonie Włodzimierz w roku 988 ochrzcił) przyszedł sam do Kijowa. Skoro przyszedł, kazał bałwany powywracać, jedne rozsiekać, drugie wydać na ogień. Peruna zaś kazał przywiązać koniowi do ogona i wlec z góry wedle Boryczowa na ruczaj i dwunastu ludziom kazał go ciąć prętami, nie to jakby drzewo to czuło ale czartu na urągowisko, co ludzi tym obrazem zwodził, aby odpłatę przyjął od ludzi. Gdy go zaś po ruczaju wleczono ku Dnieprowi, płakali niewierni jago ludzie, bo jeszcze nie przyjęli byli chrztu świętego. I przywlekszy porzucili go do Dniepru i rozporządził Włodzimierz mówiąc: jeśli gdzie przystanie, odbijajcie go od brzegu, aż minie porohy (Dnieprowe), to wtedy go porzućcie. Oni zaś wypełnili rozkazane. Gdy go opuścili a on porohy przebył, wyrzucił go wiatr na mieliznę i stąd przezwała się „mielizna Perunowa”, jak się i do dziś nazywa. Potem rozesłał Włodzimierz po całym grodzie mówiąc: ktokolwiek czy bogacz, czy żebrak, czy ubogi, czy robotnik zjutra się na rzece nie stawi, niech mi będzie za przeciwnika. Słysząc to ludzie szli z radością, radując się i mówiąc, gdyby to nie było dobre nie przyjęli by tego książę i bojarowie. Nazajutrz wyszedł Włodzimierz nad Dniepr, z popami cesarzówny (jego żony Anny) i chersońskimi i zeszło się ludzi bez liczby. Wleźli w wodę i stali jedni po szyję, drudzy po piersi, maleństwo przy brzegach, inni zaś trzymali maleństwo, dorośli zaś brnęli, popi zaś stali i prawili modlitwy. Gdy się zaś ludzie ochrzcili, szli wszyscy do domów swoich. I kazał Włodzimierz rąbać[1] cerkwie i stawiać je po miejscach, gdzie stały bałwany i wystawił cerkwie św. Wasyla na wzgórzu, gdzie stał bałwan Peruna, i inne, gdzie książę i mieszczanie ofiary czynili. I począł ustawiać po drogach cerkwie i popów i przywozić ludzi po wszystkich drogach i siołach. Posławszy zaś począł w znamienitych familjach dzieci pobierać i oddawać je na naukę pisemną, ale matki tych dzieci płakały za nimi, bo jeszcze nie były umocnione w wierze, ale płakały jakby po nieboszczykach.

Uwaga: Ustęp ten kończy Nestor wyliczaniem synów Włodzimierzowych, co i przedtem uczynił; wymieniał między żonami jego Czeszkę i inne, o Polce nie wspomniał a tymczasem, miedzy nazwami synów jego spotykamy i Stanisława i Pozwida, imię z mniemanej mitologji polskiej znane (zowią bożka polskiego Pogwizdem i Pochwiścielem).Z bożków Nestorowych (i ruskich innych) powtarza się w Polsce, gdzie chrzest nad Warta odbywał się jak ów nad Dnieprem, imię Swarożyca w nazwach miejscowych: Swarożyno (na Pomorzu), Swarzędz, Swaryszew (od swaru-hałasu z jakiem ogień się rozpościera), natomiast Daćboga (słońca) używało się w Polsce dziedzicznie jeszcze w XVII wieku a nazwa Rgła ocalała w miejscowości Rgielsko. Perun, litewski Perkunas, ustąpił na ziemi spólnej Swarożycowi i Daćbogowi, ale na Rusi kijowskiej wypłynął znowu za wzorem Tora, tj. Tonara = Donner Warjagów, ale głównego boga.

  1.  Rąbać tzn. budować z drzewa.

wlodzimierz1

Chrzest poniewolny księcia polskiego.

Z źródeł słowiańskich jedno tylko Polski pogańskiej, a to Małopolski (ziemi Krakowskiej), Wiślan. Dotyczy: żywot św. Metodego, apostoła Słowian morawskich, opowiada w czasie około roku 875.
Była w Metodym i łaska prorocza i sprawdzało się wiele z jego proroctw, z których jedno i drugie opowiemy. Książę pogański, bardzo potężny sród Wiślan (Małopolska), urągał się chrześcijanom (morawskim) i wyrządzał im przykrości. Posłał więc do niego Metody i rzekł: synu, dobrze by było ci ochrzcić się po dobrej woli na własnej ziemi, abyś pojmany w obcej ziemi przymusem nie został ochrzczony i mnie wspomniał, co się też stało. Gdy znowu innym razem Świętopełk wojował z poganami (to już inni, nie Polacy?) i nic nie zyskiwał, a czas tracił, gdy msza, tj. służba św. Piotra się zbliżała, posłał do niego z słowami: jeśli mi obiecasz, że się na święty dzień Piotrów z wojownikami twymi u mnie (nie u księży łacińskich) stawisz, wierzę, że Bóg ich odda rychło w twoje ręce, co się tez stało.

  • Źródła arabskie

Źródła arabskie (i perskie) nie przytaczają żadnych podań, jakie z ruskich poznajemy. Pochodzą od dyplomatów, kupców, geografów, których jedynie położenie kraju, przyroda, kultura zajmowała, ale ich wiadomości sięgają IX wieku, a polegają przeważnie na autopsji: samiż zwiedzali te kraje. Zachowane niemal wyłącznie w późniejszych wyciągach, przeróbkach, odpisach, podają nieraz nazwy ludów i grodów w tak zeszpeconej formie, że każdy arabista inaczej je czyta i tłumaczy. Mieszają też Słowian z innymi „jasnymi” ludami, z Finami czy Niemcami, opowiadają więc o nich i na Kaukazie, gdzie Słowian nigdy nie było! Ich wiadomości dotyczą przeważnie Słowian (kijowskich) i Rusi (normańskiej), ale najobszerniejsze i najciekawsze o zachodnich właśnie, o Czechach, Obodrytach (bałtyckich) i Polakach prawi, więc je całe (z dodatkiem z innego źródła spółczesnego) powtarzamy. Spisał je żyd, z Afryki północnej pochodzący, Abraham, syn Jakóba, handlarz niewolnikami, a tego najkosztowniejszego towaru Słowianie z pomiędzy siebie dostarczali, w takiej obfitości, że nazwa Słowian Sclavus, ogółem na niewolników, Sklave, esclave, przeszła. Kupował np. św. Wacław sam około roku 920 na targu perskim chłopców itp. Plemiona słowiańskie napadając się wzajemnie, zabierały ten plon żywy i odsprzedawały go za złoto i srebro żydom, którzy całą Europę środkową i wschodnią za tym towarem przebiegali. Stąd niektóre uwagi Abrahama co do tego „towaru”. Abraham opisał własną podróż, jaką roku 965 w Czechach i Niemczech odbył. Bul u cesarza Ottona w Magdeburgu czy Marseburgu; cesarz sam opowiadał mu o Amazonkach słowiańskich, umieszczając je na Podlasiu między Jaćwingami (o Amazonkach czeskich napomykał i rocznikarz czeski, Koźma, zwiedzony nazwą grodu Dziewina, nasi rocznikarze o tym milczą). Sprawozdanie jego ocalało w kompilacji Araba hiszpańskiego Al Becri (zmarłego w roku 1094), autora mnóstwa dzieł, między innymi Ksiąg dróg i krajów, z których korzystał i z Abrahama i z dzieł Araba, kupca i podróżnika, Masudiego z połowy X wieku (Złote łąki i inne). Przytaczamy je w tłumaczeniu z krytycznym komentarzem Westberga (po rosyjsku wydanym r. 1903 w Petersburgu), a nawet stawiamy słowa dopełniające albo objaśnienia niezbędne. Niektórych nie kusimy się odtwarzać, np. bajecznego króla słowiańskiego Macha i szczepu Wlinbaba

2111370_original

Zachód słowiański w roku 965.

Słowianie (są) z potomstwa Mazana (tj. Madaja, trzeciego syna) Jafetowego, a siedziby ich (szerzą się) od północy, póki nie dochodzą zachodu. Prawi żyd Abraham syn Jakóbowy: dziedziny Słowian ciągną się od morza syryjskiego ku oceanowi ku północy. I plemiona północy (Normanowie) owładnęli niektórymi z nich i żyją dotąd miedzy nimi. (Składają się Słowianie) z licznych, różnorakich plemion. I skupił ich za dawnych czasów jakiś król a imię (tytuł) jego był Macha (?) i był on z jednego ich plemienia, co się zwało Wlinbaba, i było u nich poważane. Później zaś rozeszli się i ustał ich rząd i plemiona ich pozostały grupami i w każdym ich plemieniu panował król. I mają teraz czterech króli; król Bułgarów i Bolesław, król Pragi, Czech i Krakowa, i Mieszka król północy, i Nakon na krańcowym zachodzie, i graniczy z ziemią Nakona na zachodzie Sasin i część Marman (Normanów?), a ziemia jego, to ziemia z niskimi cenami na zboże, bogata w konie. Stąd wywozi się je i w inne ziemie. Posiadają on i pełne uzbrojenie, pancerze, hełmy, miecze. Od Burga (grodu przy Magdeburgu), do przyległej części (Słowian) mil 10[1], stąd do mostu mil 50, a to most drzewiany, na mile długości[2]. I od mostu do Nakona około mil czterdzieści i zowie się on Azzan, co znaczy w tłumaczeniu „wielki gród”[3] i na południu od Azzana leży gród , wybudowany na jeziorze o słodkiej wodzie. I budują Słowianie większą część swych grodów w ten sposób: wyruszają na niziny, obfite w wodę i gąszcz, i wyznaczają tam miejsce okrągłe lub czworoboczne, wedle kształtu jaki zamierzają nadać grodowi, i wedle jego wielkości, i wykopują około niego rów a ziemię wykopaną zrzucają na wał, wzmocniwszy ją deskami i swajami na podobieństwo ziemi ubitej, aż ściana dojdzie do wymaganej wysokości. I odmierzają się wtedy wrota z byle której strony a do nich przechodzą po moście drewnianym. A od grodu Azzana do oceanu (Bałtyku) mil jedenaście i w ziemię Nakona przenikają wojska tylko z wielkim trudem, bo cała jego ziemia niziny, gąszcze (leśne) i błota.
Co zaś dotyczy ziemi Bolesława, to długość jej od grodu Pragi do grodu Krakowa, droga trzytygodniowa, styka się ona wzdłuż z ziemią Turków (Węgrów). I gród Praga wyniesiony z kamienia i wapna i najbogatszy to z grodów handlowych. I przychodzą do niego z grodu Krakowa Ruś i Słowianie z towarami i przychodzą do nich z ziemi Turków (Węgrów) muzułmani, żydzi i Turcy także z towarami i z sztabami (kruszców drogich) handlowemi i wywożą od nich niewolników, ołów i miedź[4]. Ziemia ich najlepsza z ziem północy i najbogatsza w żywnościowe zapasy. Sprzedaje się u nich pszenica (raczej żyto?) za kuszar[5], tyle ile jednemu człowiekowi wystarczy na miesiąc: a sprzedaje się za kuszar jęczmień, karm jednego konia na dob czterdzieści a sprzedaje się u nich dziesięć kur za jeden kuszar. A w mieście Pradze wyrabiają siodła i uzdy i tarcze skórzane, grube (?) i używane w tej ziemi. A w ziemi czeskiej wyrabiają lekkie płatki z bardzo cienkiej tkaniny, niby siatki, które się do niczego nie godzą. Cena ich u nich stale jeden kuszar za dziesięć płatków. Nimi oni targują się i obliczają się między sobą. Mają całe ich skrzynie i one tworzą u nich bogactwo i kupuje się za nie, co najcenniejsze, pszenica i niewolnicy i konie i złoto i srebro i wszelkie rzeczy. Godne uwagi, że mieszkańcy Czech bruneci i o włosach czarnych a rządcy u nich blondyni. Droga od Magdeburgu (czy Marsenburga?) do ziemi Bolesława. Stąd do grodu Kalbe mil dziesięć, stąd do Nubgarad[6], dwie mile. Gród to wzniesiony z kamienia i wapna i również leży nad rzeką Salą i wpada w nią rzeka Bode, a od grodu Nubgrada do kopalni sól żydowskiej[7], która także leży na rzece Sali, mil trzydzieści, stąd do grodu Nurnhin[8], co nad rzeką Mulde leży, a stąd do krańca lasu mil 25 i od początku lasu do jego końca mil 40 po górach i dzikich miejscach. I od niego do drzewianego mostu[9], około dwie mile. Od końca lasu przechodzi się w gród (ziemicę ?) Pragę.
Co się zaś dotyczy ziemi Mieszki, to ona największa z ich ziem (tj. słowiańskich). Ona obfituje w zboże i mięso i miód i ryby. I podatki jakie on (Mieszko) wybiera, wypłaca się w sztabach handlowych a to stanowi utrzymanie jego ludzi. Co miesiąc ma każdy z nich oznaczoną ich ilość. I ma on trzy tysiące pancerników a to są wojownicy, których secina równa się dziesięciu secinom innych. I daje on tym ludziom i odzież i konie i oręż i wszystko czego potrzebują. I jeśli się któremu z nich dziecko urodzi, to on (Mieszko) natychmiast po urodzeniu dziecięcia każe mu naznaczyć płacę, czy ono płci męskiej czy żeńskiej, a gdy ono dojdzie do pełnoletności, to jeśli to chłopiec to on żeni go i opłaca zań dar ślubny ojcu dziewczyny. Jeśli zaś dziewczynka, to on wydaje ją za mąż i płaci jej ojcu dar ślubny. Dar zaś ślubny u Słowian wcale znaczy i ich obyczaj co do tego podobny do obyczaju Berberów[10]. I urodzą się komu dwie lub trzy córki, to stają się przyczyną jego wzbogacenia, jeśli zaś urodzi się dwu synów, toć oni przyczyną jego zubożenia. I graniczą z Mieszką na wschodzie Ruś a na północy Prusy. Siedziby Prusów u oceanu. A mają oni język osobny, nie rozumieją języków sąsiednich im narodów a sławni są walecznością. Jeśli nachodzi ich wojsko, to żaden z nich nie czeka, żeby się do niego towarzysz przyłączył, lecz występuje, nie troszcząc się o nikogo, a rąbie mieczem, póki nie zginie. I napada na nich Ruś na okrętach z zachodu. I na zachód od Rusi gród kobiet. Władają ziemiami i niewolnikami a rodzą od swoich niewolników, i jeśli z nich która syna urodzi, to go zabija. Jeżdżą zaś konno i osobiście występują do walki i śmiałością i męstwem są nadane. Mówi żyd Abraham Jakóbowic: „Wiadomość o tym grodzie pewna. Opowiedział mi to Otton, król rzymski”. I na zachód od tego grodu (jest) plemię słowiańskie zowiące się narodem Awbaba[11], a żyje ono na błotach na zachód i północ od ziemi Mieszki. Jest u nich gród wielki nad oceanem, co ma dwanaście wrót i przystań a dla przystani używają on i wielkich sztuk drewna rzędami[12].
Co się dotyczy króla Bułgarów, to mówi Abraham Jakóbowic: Nie wchodziłem do jego ziemi, alem widział posłów jego w grodzie Marzburg, gdy przyszli do króla Ottona, nosili szaty wąskie a opasywywali się długiemi pasami. Na nich umocowane guzki złote i srebrne. Król ich wysokiej dostojności, wdziewa koronę na głowę, ma sekretarzy, zawiadowców i urzędników. Rozkazuje i zabrania wedle ustaw i obrzędów, jak królom i wielmożom wypada. I znają on i języki rozmaite i tłumaczą ewangelję na język słowiański; są to chrześcijanie. (Tu następują bajki jak to Bułgarzy przyjęli chrześcijaństwo, niby całkiem jak Włodzimierz Wielki, i opis Carogrodu, Włoch i Adrjatyku. I zapełnili Słowianie oba brzegi (Adrjatyku… na wschód od niego Bułgarzy, a na zachód inni Słowianie (tj. Serbowie i Chorwaci). Ci którzy mieszkają na zachodzie od niego (tj. Serbokroaci) są dzielniejsi i mieszkańcy tej ziemi (Romańscy mieszczanie) proszą o ich ochronę i obawiają się ich siły. A ziemie ich, wysokie góry z mało dostępnymi drogami. I ogółem Słowianie, to ludzie śmieli i napastnicy i gdyby nie było ich rozróżnienia wskutek rozgałęzienia ich pokoleń i gdyby nie rozrzucenie ich plemion, to żaden naród świata w sile by się z nimi nie zmierzył. Zamieszkują oni ziemie, najobfitsze w mieszkania i zapasy żywności. Pracują usilnie nad rolą i dobywaniem sobie pożywienia i celują w tem wszystkie ludy północy. A dochodzą towary ich morzem i lądem do Rusi i do Carogrodu. Najgłówniejsze zaś za szczepów północy mówią po słowiańsku, bo z nimi obcują, jak np. plemiona Niemców i Węgrów i Pieczyngów i Rusi i Chozarów. I we wszystkich ziemiach północy bywa głód, nie wskutek braku deszczu i trwałej posuchy, lecz od obfitości deszczu i trwałej wilgoci. I nie uważają oni posuchy za rzecz zgubną, bo nikt, kogo ona trafi, już się nie obawia dla wilgoci ich ziemi i wielkiego zimna. Sieją oni dwukrotnie do roku latem (oziminę) i wiosną (jare), i sprzątają podwójne żniwa. I większą część ich zbiorów stanowi proso. Mróz dla nich zdrowy, choćby bardzo silny, lecz upał dla nich zgubny. I nie mogą oni podróżować w ziemi Lombardji dla jej gorąca, bo upały w niej bardzo silne, wskutek czego oni giną (tj. niewolnicy Słowianie w karawanach handlarskich). Zdrowie im możliwe tylko wtedy, gdy układ (żywiołów w ciele) twardy (stały), jeśli ten zaś staje lub kipi, schnie ich ciało i śmierć następuje. I spólne im wszystkim dwie choroby. Ledwie znajdzie się między nimi, coby był od nich. Dwojakiego to rodzaju nabrzmienia: wysypki i pryszcze. Oni wstrzymują się od spożywania kurcząt, bo te im szkodzą, jak twierdzą, i wysypki od nich się mnożą, ale jedzą mięso krowie i gęsie i to odpowiada ich potrzebom. Noszą szerokie szaty, ale dolna część rękawów wąska. I króle ich chowają żony pod zamknięciem i trapi ich wielce zazdrość. I miewa jeden mężczyzna żon dwadzieścia i więcej. Większa ilość drzew ich ziemi, to jabłonie, grusze i śliwy (dosłownie „brzoskwinie”). I istnieje u nich czarny ptak z zielonym błyskiem, naśladujący wszelkie glosy ludzi i zwierząt, jakie usłyszy i czasem uda się im go pojmać i polują nań (?), a zowie się po słowiańsku „szpak”. Dalej znachodzi się u nich dzika kura, co się też po słowiańsku „cietrzew” nazywa. Mięso jej smaczne a krzyk jej z wierzchołka drzew słychać na odległość jednego farsanga[13] i więcej. Dwa jej rodzaje, są czarne (głuszce) i pstre, piękniejsze niż pawie. Mają oni też wszelkie narzędzia muzyczne, dęte i strunowe. Jest narzędzie dęte, którego długość ma dwa łokcie, i strunowe a na niem strun ośm, wewnątrz płaskie, nie wypukłe.
(Ostatnie zdanie pochodzi ze „Złotych łąk”, dzieła Mausudiego, jak i te dalsze). Mówi Mausud: dzielą się Słowenie na liczne plemiona (następują wyliczania nazw wcale zepsutych. Wyciągnął Arab między Słowian i Niemców i Sasów). Z tych plemion niektóre wierze chrześcijańskiej o to wedle sekty Jakobitów (znanej na wschodzie), inne zaś nie mają księgi objawionej i nie trzymają się żadnego zakonu religijnego i są poganami, i do tych należy ród króla. Plemię Serbów pali się na stosie, jeśli wódz jego umrze, i spalają także swoje konie a obyczaje ich podobne obyczajom indyjskim. Oni graniczą ze wschodem a dalecy od zachodu. I cieszą się i weselą przy paleniu zmarłego i twierdzą, że radość ich i wesołość z tego, że się Pan nad nim zlitował. Żony zmarłego zaś rzeżą sobie ręce i twarz nożami a jeśli jedna z nich twierdziła, że go kochała, to przymocowuje powróz, wzniesie do niego na stołku, silnie nim sobie szyje okręci, poczem stołek spod jej nóg wyrywają im powieszona, kołysze się aż umrze; poczem ją palą i tak jednoczy się ona z mężem.
Ziemie Słowian bardzo zimne a mróz najsilniejszy jeśli nocy miesięczne a dni jasne. Wtedy zimno się zwiększa a mróz silnieje. I ziemia obraca się wtedy w kamień i wszelkie płyny marzną i studnie i stawy pokrywają się jak gipsem, tak że podobne stają się kamieniu i gdy ludzie wodę z nosa puszczają (niby przy umywaniu się arabskiem , to brody ich pokrywają się warstwami lodu jakby szkło, tak że je łamać trzeba, jeśli się nie rozgrzejesz lub nie wstąpisz do mieszkania. A kiedy nocy ciemne a dni mgliste, wtedy mróz zmniejsza się a zimno folguje i wtenczas kruszą się okręty i giną ci co na nich, bo uderzają na okręty bryły niby góry z lodu rzek tych stron. Czasem udaje się młodzieńcowi albo silnemu mężczyźnie, uchwycić się takiej bryły i na niej ocaleć.
I nie mają oni kąpieli, lecz urządzają sobie dom z drzewa i szczeliny jego zatykają jakąś materją, co się u nich na drzewach tworzy, podobna zielonawym wodnym porostom a nazywają ją mchem. Służy im miasto smoły do ich okrętów. Tworzą potem ognisko z kamieni w jednym z kątów a na wierzchu otwierają naprzeciw ogniska okno dla przechodu dymu. Zamykają je gdy się ognisko rozpali i zapierają drzwi domu, a są w nim naczynia z wodą i tą woda zalewają rozpalone ognisko i podnosi się para. I ma każdy wiązkę suchych liści, którą wzrusza powietrze i je ku sobie ciągnie. I wtedy otwierają się ich pory i wychodzi co zbyteczne z ciał ich i leją się rzeki od nich i na żadnym z nich nie pozostanie śladu wysypki i pryszcza. I dom taki nazywają izbą. I jeżdżą króle ich w wielkich kołyszących się wozach i czterech kołach i nóżkach. W ich węgłach cztery silne podpórki a do nich przywiązany łańcuchami kosz, obity jedwabiem. I dlatego nie trzęsie się siedzący w nim tak jak się wóz trzęsie, a czynią to także dla chorych i rannych. Słowianie wojują z Rzymianami, Frankami i Longobardami i innymi narodami a wojują ze szczęściem odmiennym.

  1.  Mila Abrahama równa jest trzem lub czterem kilometrom.
  2.  Dzisiejszy Bollbrück?. Przez błota Stopnickie do Perleberga w Marchji.
  3.  Maklenburg pod Wismaren; mikil = wielki po niemiecku.
  4.  Inni tłumaczą tu futra bobrowe.
  5.  Moneta bliżej nieznana.
  6.  Nienburg = Nowogród.
  7.  Dürrenberg.
  8.  Nerchau?
  9.  Dziś Brüx. Most niegdyś Gniewin zwany, nad rzeką Białą, dopływem Łaby.
  10.  W północnej Afryce.
  11.  Na Pomorzu, Wolinianie?
  12.  Wolin dzisiejszy.
  13.  Jednej mili.

mariusz-kozik-mieszko-d-001

O Słowianach-poganach.

O więcej niż o cały wiek rychlej, w pierwszej połowie IX wieku, opowiadał inny Arab, którego słowa przytaczamy wedle tłumaczenia Józefa Marquarta – Baltische Monatsschrift, 1913, str. 264 i dalej:
(Ruś tj. normańska, mieszka na wyspach i urządza stąd łowy na Słowian, wodząc ich do stolicy Chazarów, tj. kolo Astrachanu, i do Bułgarji. Dzielnie walczą nie konno lecz z łodzi).
Słowianie hodują świnie, jak inne narody owce, są wszyscy czciciele ognia, uprawiają najwięcej proso. We żniwa rzucają ze dzbana proso na łyżkę, wynoszą ja ku niebu: „O Panie, tyś jest, cos dał nam chleb powszedni, więc dokonaj tego nad nami”. Ich wino z miodu. Paląc zwłoki swoich są w nastroju uroczystym, gdyż twierdzą, że się cieszą, bo „pan jego zmiłował się nam nim[1]”.

  1.  Inne opisy arabskie dorzucają kilka szczegółów. Najważniejszy o królu polskim, że sprawia wesele swych drużynników i opiekuje się nimi, jak ojciec dziećmi. Niektóre z nich mało zrozumiałe, o królu Świt (?) i jego podwładnym, o tem, ze kumys jego napojem, o głównym jego mieście Dżerbab (? nie wiedzą co to) itp. Najważniejsza wzmianka o rudych (jasnych) Słowianach sięga końca VII wieku.
  • Źródła germańskie

Zupełnie odmienne są źródła niemieckie. Walki Niemców ze Słowianami pogranicznemi zaczęły się juz w VII wieku i ciągnęły się, z początku z przerwami znaczemi, później nieustannie niemal, aż po roku 1169 i 1170, gdy ostatecznie Słowiańszczyzna zachodnia upadła. Gdy Araba handel głownie zajmował, drogi i artykuły; gdy Grek z pogardą na Słowian spoglądał i oprócz faktów dziejowej walki np. z Bułgarami, tylko o sposobie wojowania z nim i rozprawiał, Niemiec zaglądał ciekawie do wnętrza ziemi i bytu i dziwy swoim opowiadał. Źródła więc niemieckie zajmują się samem środowiskiem słowiańskim i zamiast nagiego schematu Prokopjuszowego, nie stanowiącego o niczem, dokładne podają dane o wierze i kulcie, o wiecach i zwyczajach, nawet o nazwach i słowach, a co do niemieckich dotyczy również i duńskich źródeł, głównie tzw. Saksona z drugiej polowy XII wieku, czerpiącego wiadomości od biskupa Absalona, co sam zwalił posąg Świętowita w Arkonie na Rugji. Z Niemców najważniejszych wiadomości udziela Widukind, mnich korwejski z drugiej polowy X wieku; Thietmar, biskup marseburski, umiejący nieco po słowiańsku, z początku XI wieku; Adam z Bremy z końca XI wieku; z XII wieku żywociarze św. Ottona, apostoła pomorskiego, przed 1130, i Helmold, proboszcz w holsztyńskim „Bosue”, śród Słowian holsztyńskich osiadły, w drugiej wieku XII połowie. Teksty przytaczamy wedle wydawnictwa Monumenta Germaniae historica. Wyprzedza ich wszystkich „Francuz” Fredegard z VII wieku.

Opowiadanie Fredegarda o Awarach i Samonie.

Roku czterdziestego panowania (króla frankońskiego) Chlotara (tj. w roku 623), mąż nazwiskiem Samo, rodem Frank z powiatu Sens, przybrał sobie więcej kupców i wyruszył z nimi dla handlu do Słowian, zwanych Wenedami. Słowianie zaś poczęli buntować się przeciwko Awarom przezwanych Hunami i ich królowi – Chaganowi. Wenedzi byli już od dawna pomocnikami Hunów, tak że którykolwiek naród Hunowie napadali, wojsko ich stało pod obozem, Wenedzi zaś walczyli. Skoro Wenedzi zwyciężali, wyruszali Hunowie na pobór łupów, jeśli zaś Wenedów zwyciężano, wtedy pomocą Hunów wsparci, siły odzyskiwali. Dlatego nazywali ich Hunowie pomocnikami, bo szli przed nimi w dwojakiem spotkaniu bojowem o chorągwiach wojennych. Hunowie przychodzili co roku do Słowian na leże zimowe, żony i córki Słowian gwałcąc. Oprócz innych ucisków płacili Słowianie dań Hunom. Synowie Hunów, zrodzeni z żon i córek słowiańskich, nie znosząc dłużej tej złości i ucisku, odrzucając władzę Hunów, jak wyżej wspomniałem, poczęli się buntować. Gdy Wenedzi Hunów z wojskiem naszli, kupiec Samo, któregom wyżej wymienił, ruszył z nimi w wojsku i taką im zdobył przewagę nad Hunami, że aż dziw i znaczną ich liczbę zgładził miecz Wenedów. Widząc Wenedzi przewagę Samona jego nad sobą królem go obrali, gdzie szczęśliwie przez 35 lat panował. Pod jego rozkazami zwiedli Wenedzi wiele bojów z Hunami a za jego radą i przewagą Wenedzi zawsze Hunów zwyciężali. Miał Samo dwadzieścia żon z rodu Wenedów a od nich dwudziestu dwu synów i piętnaście córek.

dcfqrqa-71a862ce-f815-466a-941e-12b57bf697bc

Walka Samona z Frankami.

Roku 631 Słowianie, Wenedami przezwani, zabili i złupili w państwie Samona handlarzy franków z niemałym orszakiem, a to był początek niesnasek między Dagobertem a Samonem, królem słowiańskim. Dagobert wysłał posła Sichara do Samona, prosząc aby handlarzom zabitym czy złupionym sprawiedliwe wyrządził powetowanie. Gdy Samo Sichara ani widzieć ani do siebie przypuścić pozwalał, Sichar ze swoimi ubrany na podobieństwo Słowian, doszedł przed oblicze Samona i wszystko co miał zlecone wyprawił jemu, ale wedle trybu pogaństwa i pychy przewrotnych, nie powetował Samo, co jego ludzie zbroili. Chciał tylko wiec zwołać dla wzajemnego wymiaru sprawiedliwości o te i inne spory, co między stronami powstały. Sichar jako poseł niemądry, wyzwiska, jakich mu nie zlecono, i groźby przeciw Samonowi wygłosił, jakoby Samo i lud jego władzy mieli służyć Dagobertowej. Samo, już dotknięty, rzekł w odpowiedzi: i ziemia, jaką posiadam, jest Dagobertowa i ja doń należę, jeśli tylko chce ze mną przyjaźń zachować. Na co Sichar: „niemożliwe aby chrześcijanie i słudzy boscy ze psami mogliby się przyjaźnić”. I odrzekł Samo przeciwnie: „jeśli wy słudzy boscy a my psy boskie, to otrzymaliśmy pozwolenie, abyśmy was ukąszeniami ranili, boć zawsze przeciwko Bogu czynicie”. I wyrzucono Sichara z przed oblicza Samona. Gdy on to Dagobertowi objawił, kazał Dagobert dumnie z całej Austrazji (wschodniej Frankonji wojsko przeciw Samonowi i Wenedom wysłać, gdzie wojsko przeciw Wenedom w trojakich hufach ruszyło. I Longobardowie, na pomoc Dagobertowi, wrogo przeciw Słowianom wystąpili. Słowianie, tu i po innych miejscach, przysposabiali się naprzeciw, ale wojsko Alemanów z wodzem Crodobertem zwyciężyło tam, gdzie wkroczyło. I Longobardowie zwyciężali również i nader liczną liczbę jeńców słowiańskich Alemani (tj. Szwabi dzisiejsi) i Longobardowie, uprowadzili z sobą. Austrazjowie zaś otoczywszy gród Wogastisburg[1], gdzie się huf dzielnych Wenedów obwarował, przez trzy dni walczyli, lecz z wojska Dagobertowego pobito tam niejednego mieczem i wrócili wycieczką do siedzib własnych, wszystkie namioty i cokolwiek mieli pozostawiwszy. Potem wpadli Wenedzi wielokrotnie do Turyngji i innych powiatów w państwo frankońskie na plądrowanie, ależ i Derwan, książę ludu Serbów, co byli z rodu Słowian a do państwa frankońskiego już dawno należeli, oddał się ze swoimi pod władzę Samona. I tego zwycięstwa które Wenedzi przeciwko Frankom odnieśli, nie uzyskała tyle dzielność słowiańska, ile zniechęcenie Austazjów, gdy widzieli, że dla Dagoberta na nienawiść zarobili i stale ich łupiono.

Uwaga: W taki sam sposób łupili i uciskali Słowian przez lat więcej niż tysiąc po kolei Hunowie, Awarowie, Bułgarzy, Madziarzy, Pieczyngowie, Połowcy-Kumani, Tatarzy. Opowiadanie Fredegera dowodzi namacalnie braku wszelkiej tradycji dziejowej u Czechów i Polaków, wobec jej nadzwyczajnej żywotności na Rusi. Awarowie tak długo panowali nad Czechami i Polakami-Wiślanami, że pozostał w tychże języku pan (od żupana awarskiego, urzędnika wybierającego daninę dla chagana-chana) i obr (olbrzym), i dodano u nas nieprawidłowo, zamiast obrzyn, obrzym, jak w czeskim obr. Mimo to nic o nich nasze źródła nie wiedzą. Ruś nie uległa takiemu panowaniu, nie zna ani pana ani obra, mimo to żywą zachowała o nich pamięć! Państwo Samona było chwilowe, przypadek je zlepił, rozleciało się z chwilą jego śmierci. „Francuz” o nim opowiadał dumny z ziomka.

  1.  Nad Egerą w Czechach?

samo-c26f6142-765c-440c-a9b6-3204c2c3a40-resize-750

Bitwa pod Łączną.

Przeskakujemy trzy wieki, bo chociaż Karol Wielki ze Słowianami wojował, jego dziejopisowie nie zatrzymywali się dłużej nad nieprzyjacielem, co dopiero od czasów Henryka Ptasznika i Ottonów saskich splótł się nierozerwalnie z dziejami niemieckiemi. Przytaczamy najpierw z Widukinda opis z jednaj bitwy, jakie niezliczone razy staczano (podobne walczyli Polacy z Pomorzanami) i dalej świadectwa z Thietmara, Adama bremeńskiego, z żywociarzy Ottona bamberskiego, z Helmolda, o życiu, bycie i wierze Słowian nadłabskich i nadodrzańskich, jak i opowiadanie Duńczyka o Świętowicie rugijskim.

(z Widukinda)
Roku 929 odpadli Redarzy[1] i zebrawszy tłum napadli gród Walsleben[2], i zajęli go, pojmawszy i zabiwszy wszystkich jego mieszkańców, ilość niezliczoną, a za tem podniosły się wszystkie ludy barbarzyńskie (słowiańskie), i odważyły się ponownie na bunt. Aby ich dzikość poskromić, zwierzono wojsko z pułkiem Bernardowi, któremu sam kraik Redarów podlegał i dodano mu Tietmara jako towarzysza i rozkazano gród Lenzen[3] oblec. W piąty dzień oblężenia nadeszła straż z doniesieniem, że wojsko barbarzyńskie niedaleko i że w noc następną napaść na obóz zamierza, a gdy kilku to samo potwierdziło, uwierzyli ludzie zgodnym ich słowom. I gdy się zebrali koło namiotu hrabiego, rozkazał w tej chwili, za poleceniem towarzysza swego, aby stali całą noc w pogotowiu, żeby nie nastąpił przypadkiem napad barbarzyńców na obóz. Po ich rozpuszczeniu odmieniały się w obozie radość i smutek, gdy jedni bitwy się żachali, drudzy jej żądali i wedle usposobienia wahali się wojownicy między nadzieją a obawą. Dzień minął tymczasem i nadeszła noc, ciemniejsza niż zwykle z ogromnym deszczem, za skinieniem boskim, aby najgorszej radzie barbarzyńców się przeszkodziło. Wedle rozkazu Sasi całą noc pozostali w zbroi a o pierwszym brzasku na dany znak i po przyjęciu sakramentu najpierw wodzom a potem każdy sobie nawzajem pomoc pod przysięgą do walki obecnej obiecywał. Po wschodzie słońca, bo po deszczu wypogodziło się, wyszli z obozu podniósłszy chorągwie. Rzucił się na barbarzyńców na samym czele hrabia, lecz gdy mała liczba nie przemagała nad niezliczonymi, wrócił do wojska, donosząc, że barbarzyńcy nie mają wielu jeźdźców, ale niezliczone mnóstwo piechoty, co przez ulewę nocną tak zmieszana, że do walki ledwie ruszają, zmuszani przez jeźdźców. Gdy zaś słońce na mokre szaty barbarzyńców padło, parę z nich aż pod niebo podniosło, użyczając ludowi bożemu nadziei i ufności, którego twarz pogoda i jasność oświeciła. Więc na dany znak i gdy hrabia szyki przemową podniecił, z silnym okrzykiem rzucają się na nieprzyjaciół. Dla zbytniego gąszczu droga do przebicia się przez nieprzyjaciół nie otwierała się, więc na prawo i lewo wybiegając żelazem zabijali, kogo od towarzyszów oddzielali. Gdy już walka uciążliwszą się stawała, z obu stron wielu padało, a barbarzyńcy jeszcze szyki trzymali, wezwał hrabia towarzysza, aby pomógł zastępom. Ten zaś pułkownika z pięćdziesięciu uzbrojonymi pchnął w bok wroga i zmieszał jego rzędy i odtąd przez cały dzień wrogów sieczono i goniono. Gdy ich tak po wszystkich polach zabijano, pokusili się o ucieczkę do pobliskiego grodu. Gdy im towarzysz w tem przeszkodził, w najbliższe wleźli jezioro i tak stało się, że całe owe mnóstwo olbrzymie albo od miecza ginęło albo w jeziorze tonęło. I nie ocalał żaden z piechoty, a z jazdy rzadko który i skończyła się walka za upadkiem wszystkich przeciwników. Urosła więc olbrzymia radość z świeżego zwycięstwa, gdy wszyscy wodzów chwalą, każdy zaś z żołnierzy drugiego wynosi, choćby i marnego jak to w takie szczęście zwykło bywać. Na drugi dzień wyruszają przeciw wspomnianemu grodowi. Mieszkańcy broń składają, proszą tylko o zmiłowanie, co też zasłużyli. Bezbronnym kazano wyjść z grodu, lecz do niewoli królewskiej wpadła służba, wszystkie pieniądze, żony, dzieci i wszelki sprzęt domowy. I z naszych padło w owej walce dwu Lotharów (hrabiów, pradziadków biskupa Thietmara) i kilku innych z szlachty. Więc hrabia z kolegą i innymi wielmożami wrócili jako zwycięzcy do Saksonji i przyjął ich król ze czcią i znaczną chwałą, że z drobnemi siłami za łaską sprzyjającą boską znakomitego dokonali zwycięstwa. Twierdzili bowiem niektórzy, ze zabito dwieście tysięcy barbarzyńców[4].

  1.  Redarzy – nazwa szczepu.
  2.  Walsleben – nad dolną Łabą koło Arneburg.
  3.  Nad dolną Łabą, kolo Wittenbergu.
  4.  Inne źródło wcześniejsze prawi o 120 tysiącach a ośmiuset jeńcach. Przy liczbach podobnych należy zawsze co najmniej jedno zero potrącić.

kbmjn-JSHNBQKWCZG-Full-Image_GalleryBackground-en-US-1574723543746._RI_

O wierze i rządach Luciców.

(z Tietmara)
(W roku 1005 łączą się za Szprewą z Niemcami, ciągnącymi przeciw Chrobremu) Lucicy, postępując za poprzedzającymi ich bogami i chociaż wzdrygam się cośkolwiek o nich prawić, przecież opowiem źwięźle marny ich przesąd i rząd marniejszy, co on i zacz i skąd tu przyszli.
Jest gród w kraiku Redarów[1], zwany Radogoszcz, trójkątny i trzy zawierający bramy, otoczony zewsząd gęstym lasem, nietykalnym od tubylców i szanowanym. Dwie bramy otwarte każdemu przechodniowi, trzecia ku wschodowi położona, najmniejsza, wskazuje ścieżkę do pobliskiego, nadto ku widzeniu groźnego jeziora[2]. W grodzie nie ma nic prócz świątyni z drzewa sztucznie zbudowanej, którą zamiast podwalin rogi wszelakiego zwierza podtrzymują (!). Jej ściany zdobią przeróżne bogów i bogiń (!) wizerunki, cudownie, jak patrzącym się zdaje, wydrążone. Wewnątrz zaś stoją rękodzielni bogowie, każdy z wydrążonym nazwiskiem (!), hełmami i pancerzami groźnie odziani, z których pierwszy Swarożycem się zowie i przed innym i od wszystkich pogan bywa czczony i poważany. Nie oddala się też stąd ich chorągwi, chyba że trzeba ich na wyprawę a to przez pieszych wynosić.

Dla ich pilnej ochrony wyznaczeni są od tubylców osobni posługacze. Gdy ci się tu schodzą, aby bałwanom ofiarować albo gniew ich przebłagać, siadają, gdy wszyscy inni obok stoją, i nawzajem skrycie pomrukując, kopią ziemie ze zgrozą, aby rzucaniem losów pewności wątpliwych rzeczy się dopytać. Co ukończywszy, świeżą darnią przykrywając, wprowadzają w kornej uległości konia, największego między innemi i czczonego jako święty, nad groty dwu w ziemi wkopanych a skrzyżowanych włóczni i rzuciwszy losy, któremi przedtem rzecz badali, porze tego niby wieszczka powtóre o nie wróżą. I jeśli w obu tych razach równa ukazuje się wróżba, czynami ją wypełniają. W przeciwnym razie zmartwiony lud rzecz całkiem porzuca. Świadczy też zwiedziona wszelkim obłędem starożytność, że kiedykolwiek im zagraża dzika długiego rozruchu srogość, wychodzi ze wspomnianego jeziora wielki dzik, z białym zębem błyskającym, z pośród fal, i okazuje się wielu ludziom, groźnym tarzaniem ciszący się w swym kalisku.
Ile powiatów w tych stronach, tyleż mają świątyń i czczą niewierni demonów bałwany, ale między nimi wzmiankowany gród dzierży władzę główną. Jego pozdrawiają, śpiesząc na wojnę. Jego czczą należnymi darami, wracając szczęśliwie, i przez losy i konia, jakom wyżej opowiedział, jaka łagodząca ofiarę winni posługacze bogom przedstawić. Niewymowną ich srogość łagodzi krew ludzi i bydła. Ale nad tymi wszystkimi, co ogółem Lucicami się zowią, nie włada żaden osobliwszy panujący. Wszyscy zgadzają się jednozgodną radą w wykonaniu rzeczy, o potrzebach swych na wiecu rozprawiając. Jeżeli zaś na wiecu ktoś ze spółpowierników im się sprzeciwia, biją go kijami, i jeśli i poza wiecem jawnie się spiera, albo swe wszystko mienie traci przez pożar i natychmiastowe złupienie albo w ich przytomności składa wedle swego stanu ilość należną pieniędzy. Sami niewierni i zmienni wymagają od innych niezmienności i znacznej wiary. Utwierdzają pokój, szczyt włosów obstrzygłszy, z trawą, i podawszy prawicę, ale do zerwania jego dadzą się łatwo i pieniędzmi przekupić.

  1.  Dzisiejszy Meklenburg-Strelitz; są to ci sami Rederzy co wyżej.
  2.  Tollense.

kaluga-region-russia-november-slavic-pagan-idols-forest-temple-slavic-pagan-idols-forest-temple-veles-123673966

O początkach chrześcijaństwa.

Boso, biskup marseburski, poprzednik Thietmara, chcąc łatwiej pouczać powierzonych sobie Słowian wypisał słowa słowiańskie i polecał im Kirie eleison śpiewać, wykładając im tegoż pożytek. Ale szaleni obracali to na złe szyderczo, w ukri wolsa, co znaczy w naszej mowie: w krzu (w krzaku) olsza, twierdząc, tak mówił Boso, ależ on mówił inaczej…

(z Adama z Bremy)
(Godszalk syn obodryckiego Utona, wychowywał się w klasztorze w Luneburgu; gdy się dowiedział, że mu ojca zabito – zbieg saski dla okrucieństwa go zgładził) złością i szałem wzniecony, zarzucił naukę i wiarę, chwycił za broń, przepłynął Łabę i złączył się z Wenedami (Słowianami), wrogami bożymi. Z ich pomocą chrześcijan napadał i jak mówią, wiele tysięcy Sasów w zemście za ojca trupami położył. (Pogodziwszy się z Niemcami wreszcie), mąż mądrością i dzielnością wsławiony, ożeniwszy się z córką króla duńskiego tak poskromił Słowian, że bali się jego jakby króla, składając mu daniny i o pokój z poddaństwem prosząc. Obfitowała Słowiańszczyzna w Kościoły i księży i niemal trzecią część tych, co się za czasów dziadka od chrześcijaństwa odpadli, nawrócił. Księża sobie śmiało w sprawach boskich poczynali a ich pomocnik, książę Godszalk, takim płonął zapałem religijnym, ze zapominając o stanie swoim, często w kościele do ludu słowa namowy wygłaszał, aby to, co księża lub biskup mistycznie powiedzieli, słowami słowiańskimi sam zrozumialsze uczynił. Wtedy i po różnych grodach powstawały przybytki kanoników, mnichów i zakonnic, jak świadczą ci, co to widzieli w Lubece, Starogrodzie[1], Łącznej, Raceburgu. W Meklemburgu, słynnym grodzie Obodrytów, jak opowiadają były trzy zbory sług bożych…
(Roku 1066) zabili księcia Godszalka poganie, o których nawrócenie do chrześcijaństwa sam się starał. Nasz Machabejczyk przyjął męczeństwo w grodzie Łącznej, siódmego czerwca, wraz z księdzem Iponem, którego nad ołtarzem zabito, i z innymi świeckimi duchownymi, co wszędzie dla Chrystusa różne ponieśli męki. Mnicha Answera i z nim innych ukamienowano pod Raceburgiem. Opowiadają, że idąc na mękę, prosił pogan aby wprzód ukamienowali towarzyszów, o których odstępstwo się obawiał. Po ich ukoronowaniu (męczeństwem), sam radośnie jak Szczepan padł na kolana. Starca Jana, biskupa wraz z innymi chrześcijanami ujęto w grodzie Meklemburgu i zachowano ku triumfalnego obchodowi. Obitego kijami za wyznawanie Chrystusa i oprowadzanemu na pośmiewisko przez grody słowiańskie, gdy nie można go było odwieść od imienia Chrystusowego, obcięto ręce i nogi a tułów zrzucono na ulicę, obciętą zaś głowę przybiwszy na palu poświęcili poganie na znak zwycięstwa swemu bożkowi Swarożycowi, co się w Radogoszczy, ich metropolji, dziesiątego listopada przydarzyło[2]. Córkę króla duńskiego znaleziono w grodzie obodryckim Meklemburgu i z innymi kobietami nago ją odpuszczono. Zwycięzcy zaś Słowianie cały powiat hamburski ogniem i mieczem zniszczyli. Sturmarów[3] niemal wszystkich zabito albo uprowadzono do niewoli. Gród Hamburg do szczętu wysieczono a na urągowisko Zbawicielowi naszemu nawet krzyże poganie rąbali. Powodem tej klęski był Blus, co siostrę Godszalkową miał za żonę a wróciwszy do domu, sam został zabity. Tak Słowianie wszyscy, podniósłszy bunt ogólny, znowu do pogaństwa odpadli, pozabijawszy tych, co w wierze wytrwali. Nasz (saski) książę Ordulf często z Słowianami napróżno walcząc, nigdy nie mógł przez lat dwanaście, o które ojca przeżył, odnieść zwycięstwa i tylokrotnie od pogan zwyciężonego nawet jego właśni ludzie wyśmiewali.

  1.  Aldenburg (Oldenburg?) w Wagrji-Holsztynie.
  2.  Podobne szczegóły męczeństwa przytoczył Adam Bremeńczyk i pod rokiem 1011; księżom wtedy skórę na głowie na kształt krzyża nadcinano, ze mózg było widać, i tak ich po grodach wleczono.
  3.  Sasów hamburskich.

Matejko_Christianization_of_Poland

Szczecin, cześć Trzygłowa. „Kąciny”.

(z „Żywotu św. Ottona” bamberskiego)
Szczecin, miasto znaczne i większe niż Wolin, w okręgu swoim trzy góry zawierało, których średnia i najwyższa, poświęcona najwyższemu bożkowi pogańskiemu Trzygłowowi, posiadała posąg trójgłowy, siatką złotą usta i oczy zakrywający. Kapłani zaś tych bożków twierdzili, że bóg najwyższy dlatego ma trzy głowy, bo trzema zawiaduje państwami, tj. nieba, ziemni i podziemia, a twarz siatka zasłania, jakby grzechów ludzkich nie widząc ani słysząc, by je przeoczył. Były zaś w mieście Szczecinie trzy kąciny[1], ale jedna z nich najgłówniejsza, zbudowana była dziwnym kunsztem i sztuką, mając wewnątrz i zewnątrz ryciny, wystające ze ścian obrazy ludzi, ptaków, zwierząt, tak dokładnie wyrażone w swoich właściwościach, że zdawało się, oddychały i żyły, a co rzadkością, nazwę barw obrazów zewnętrznych nie mogły żadne burze śniegów czy ulew ściemnić czy zetrzeć, czego sztuka malarska dokazała. Do tego budynku zbierano wedle dawnego zwyczaju ojczystego pod prawem dziesięciennym zdobyte zasoby i broń wrogów i cokolwiek z łupów morskich albo w walce lądowej zdobyto. Tam też powstawiano puhary złote i srebrne, z których wielmoże zwykli byli wróżyć, biesiadować i się napijać, aby je w dni uroczyste jakby je ze świątyni wynoszono. Zachowywali też tam na ozdobę i cześć bogom swoim wielkie dzikich turów rogi, złocone, z wpojonemi perłami, służące do picia i rogi służące do głosu, tasaki i noże, i wiele sprzętów kosztownych, rzadkich i pięknych na wygląd. Chcieli to wszystko po zburzeniu świątyni oddać biskupowi (Ottonowi z Bambergu), ale to ten poświęcił wodą i krzyżem i kazał, aby się sami tym podzielili. Był tam bałwan trójgłowy, bo na jednym tułowiu o trzech głowach, zwany Trzygłowem. To jedno zabrał ze sobą Otton niby trofeę, owe trzy złączone głowy a tułów zniszczył i później posłał do Rzymu na świadectwo nawrócenia Pomorzan. Trzy inne kąciny zażywały mniejszej czci i ozdoby mniej miały. Tylko wewnątrz wystawione były w obwodzie stoły i ławki, bo zwykli tam byli odprawiać wiece i schadzki swoje. Bo czy chcieli biesiadować czy się zabawiać, czy swe ważne sprawować rzeczy, schodzili się do tych budynków w pewne dni i godziny. Był tam też dąb rozrosły a liściasty, a pod nim źródło przepiękne które lud prosty jako siedzibę bóstwa jakiegoś uświęcone uważał i w wielkiej czci miewał. Gdy biskup po zburzeniu kącin i ten dąb wysiec chciał, prosił go lud, by tego nie czynił, obiecując, że nigdy pod pozorem religijnym drzewa i miejsca czcić nie będą, lecz dla cienia i przyjemności i zgodził się biskup na drzewo, ale to jedno żywe bóstwo waszych bóstw musicie znieść z pośród siebie, bo nie godzą się chrześcijanom ni czary ni wróżby. Mieli bowiem rosłego bardzo i otyłego konia, karego, nader bystrego. Ten próżnował sobie rok cały a uchodził za taką świętość, że się nań żaden jeździec nie godził i miał jednego z czterech kapłanów świątyń za najpilniejszego stróża. Kiedy bowiem zamierzali ruszać przeciw wrogom albo na łupy, o wyniku wyprawy w ten sposób zwykli byli się przez niego przeświadczać: kładziono na ziemi dziewięć włóczni, każda o łokieć nawzajem oddalona. Osiodławszy konia i nałożywszy uzdę kapłan, do którego dozór jego należał, trzymanego za uzdę trzykrotnie tam i nazad wpoprzek leżących włóczni przeprowadzał. Jeśli koń przeszedł, nie potknąwszy się ani rozrzuciwszy włóczni, mieli to za znak powodzenia i wyruszali na pewne. W razie przeciwnym zaniechywali. Ten więc rodzaj wróżenia i inne obliczania drewkami, w czem upatrywali wróżbę bitwy morskiej czy łupów, znosił Otto zupełnie mimo silnego sprzeciwianie się niektórych a samego konia owej wróżby poziomej kazał do innej ziemi sprzedać, aby się nie stał sidłem zgorszenia, twierdząc, że on raczej do wozów niż do wróżb zdatny.

  1.  „Gontynami” dziś dowolnie przezywane przybytki.

The-Three-Headed-One-at-the-Crossroad

Świątynia i cześć Świętowita.

(z Saksona Duńczyka)
Środek grodu (Arkony na wyspie Rugji zajął plac, na którym widziałeś wcale piękną bożnicę z drzewa, słynną nie tylko z okazałem służby, ale i dla posągu w niej umieszczonego. Zewnętrzny obwód bożnicy ciekawił rzeźbami i malowidłami rozmaitemi bardzo pierwotnemi. Otworem w nim stało dla przychodniów tylko jedno wejście. Samą świątynię otaczał rząd podwójny: zewnętrzny, ze ścian, o dachu czerwonym; wewnętrzny, tylko o czterech słupach miał zamiast ścian kobierce zawieszone a podzielał z zewnętrznym tylko dach i kilka belek poprzecznych. W świątyni stał olbrzymi posąg, przewyższający wielkością wszelkie wymiary ciała ludzkiego, rażący czteru głowami i tyluż szyjami. Dwie w przód, dwie w tył patrzały, jedna głowa na prawo, druga na lewo. Wąs był tak ogolony a głowa tak przystrojona, że umyślnie wyraził artysta fryzurę u Rugjan zwyczajną. W prawej ręce trzymał róg urobiony z wszelkiego kruszcu, który kapłan świadomy obrzędu dorocznie winem nalewał, aby móc z płynu wróżyć o urodzaju przyszłego roku. Lewe ramie opierało się o bok niby zgięciem. Suknia posągu sięgała goleni, z drzewa innego urobionych, a tak nieznacznie u kolan wpojonych, żeś tylko przy starannych oględzinach dojrzał miejsca znitowania. Nogi spoczywały wprost na ziemi, gdy z sama podstawa była w ziemi ukryta. Obok widziałeś wędzidło, siodło i liczne odznaki. Miecz niezwykłej wielkości powiększał dziw, którego pochwę i rękojeść obok pysznej roboty złoto zalecało. Uroczystość obchodzono w sposób następny. Kapłan, co przeciwko zwykłemu strojowi ziomków długimi wąsami a włosami wyróżniał, umiatał dzień przed uroczystością najstaranniej świątynię, do której sam jeden mógł wstępować, bacząc, aby w niej nie oddychał. Więc ilekroć miał wydychać, tylokrotnie biegł ku wejściu, aby oddech ludzki boga nie owinął a przez to nie pokalał. W dzień następny, gdy lud przed wejściem czekał, brał posągowi puhar z ręki a bacznie obejrzawszy, czy co z wlanego płynu nie ubyło, wieszczył o nieurodzaju przyszłym, a gdy to sprawdził, polecał, aby nowe żniwo na przyszły czas zachować. Jeśli zaś nic nie ubyło, wieszczył o przyszłej obfitości. Na tej to podstawie rozstrzygał o hojniejszym lub oszczędniejszym szafowaniu zasobami. Wylawszy stare wino u stóp posągowych na ofiarę, świeżem puhar napełnił a uczciwszy posąg, jakoby mu dał pić, błagał potem w uroczystej modlitwie najpierw sobie, potem krajowi o wszystko pomyślne, ziomkom zaś o pomnożenie majątku i o nowe zwycięstwa. Po modlitwie przechylił puhar ku ustom i duszkiem go wypił a napełniwszy go znowu winem, włożył go ponownie posągowi w prawicę. Przyniesiono także na ofiarę miodownik okrągły, niemal na wielkość człowieczą. Stawiał go kapłan między sobą a gmin i pytał, czy go za nim widzą. Gdy to potwierdzali, wyrażał życzenie, aby ci sami go po roku dojrzeć nie mogli, lecz nie o śmierć, ani sobie ani ziomkom, upraszał, ale na przyszłe żniwo obfitsze. Potem pozdrawiam zebranych niby od bożka a upomniawszy ich, aby i nadal mu wierni zostali a uroczystość troskliwie obchodzili, obiecywał im zwycięstwo na lądzie i morzu jako najpewniejszą odpłatę. Resztę dni zapełniali dziką wesołością spożywając potrawy ofiarne aż do przesytu, gdyż ofiary bogu ślubowane służyły ich obżarciu. Za czyn bogobojny uchodziło w te gody mierności unikać. Każdy, mężczyzna czy kobieta, rocznie jeden grosz dobrowolnie na cześć bałwana składali. Jemu też ofiarowano trzecią cześć zbroi i zdobyczy nieprzyjacielskiej, jakbyto za jego pomocą rzeczy te zdobyto. Przydzielono dalej temu bogu trzysta koni i tyluż ich jeźdźców. Ci całą zdobycz, zbrojnie czy ukradkiem zdobytą, oddawali kapłanowi. Z tej zdobyczy sporządzał on wszelkie odznaki i ozdoby dla świątyni a składał je do skrzyni pod zamknięciem, gdzie obok mnóstwa pieniędzy złożone były liczne drogie materje, starzyzną odleżałe. Było tam dalej widać mnóstwo podarunków od gmin czy od osób prywatnych, jakie zniosły tu przyrzeczenia tych, co upraszali o jakąś łaskę. A ten bałwan, czczony zabiegami całego Słowiaństwa, i sąsiedni królowie (chrześcijańscy jak duński Sweno) darami swojemi nachodzili.
Po różnych miejscach miał ten bóg jeszcze inne świątynie rządzone przez kapłanów mniejszych godności i znaczenia. Miał oprócz tego własnego wierzchowca białosza, a za grzech uchodziło wyrwać włos z grzywy czy ogona. Tylko kapłan śmiał tego konia paść i jeździć na nim, aby nie zmniejszyła się zwierza boskiego cena, gdyby go częściej zażywano. Wedle wiary Rugjan walczył Świętowit, bo tak się bałwan nazywał, na tym koniu przeciw wrogom swej czci, a dowodziło tego, że koń, acz na noc zamknięty w swej stajni, rano nieraz tak zziajany a ubłocony wyglądał, jakby w powrocie z wyprawy bardzo znaczną przebiegał drogę. Wróżono również tym koniem a to tak: gdy zamierzali podjąć walkę przeciw jakiejś ziemi, rozstawiali kapłani przed świątynią włócznie w trzech rzędach; w każdym z nich dwie włócznie na krzyż, z grotem na dół, były wbite do ziemi a rzędy były w równej od siebie odległości. W czasie przygotowań do wyprawy wyprowadzał kapłan po uroczystej modlitwie konia z przedsionku w uździenicy, a jeśli koń przekraczał te rzędy wpierw prawą niż lewą nogą, uchodziło to za pomyślną wróżbę dla toczenia walki. Jeśli zaś choćby raz tylko lewą pierwej niż prawą przekraczał, zaniechiwano napadu na obcą ziemię. Również nie podejmowano wyprawy morskiej rychlej dopóki nie spostrzeżono trzykrotnego raz po raz przekroczenia dobrej wróżby. Kto zaś miał wyruszać za wszelaką sprawą, sądzili wedle tego, jakie zwierze najpierw potykali, czy życzenie nich spełni się lub nie. Na wróżbę pomyślną radośnie w drogę ruszali, na niepomyślną wracali do domów. I rzucanie losów nie było im obce. Trzy drzewka z jednej strony białe, z drugiej czarne, rzucali do łona zamiast losów. Białe im pomyślność, czarne niepomyślność zmianowały. I kobiety znały się na tem, bo siedząc u ogniska bez rozmysłu w popiele naoślep linje kreśliły. Jeśli się potem liczby parzystej doliczyły, uważały to za wróżbę pomyślną, przy nieparzystej za szpetną…

89da48f175764cd03cc3843a77aa40d2 (1)

Nawrócenie Rugijczyków.

(z Helmolda)
Roku 1168 król duński z pomocą książąt pomorskich Kazimira i Bogusława i Przybysława, księcia obodryckiego, zdobył Rugję i Arkonę i rozkazał starożytnego bałwana Świętowita, czczonego od wszelkich ludów słowiańskich, wywlec, uwiązać na postronki u szyi i środkiem wojska wobec patrzących na to Słowian ciągnąc a posiekawszy na kawałki do ognia wrzucić. Był zaś wtedy księciem rugijskim Jaromir, ochrzczony okazał się stałym w wierze i jej głoszeniu, że ujrzał w nim drugiego Pawła, powołanego przez Chrystusa. Służąc niby za apostoła, ze zwierzęcą srożący się dzikością częścią ciągłym przepowiadaniem wiary, częścią groźbami, nawracał od urodzonej dzikości do religji nowego życie. Świętowita zaś czcili Słowianie, jeszcze za naszych czasów wszystkie powiaty rocznie daninę mu przysyłały, wyznając go jako boga bogów. W porównaniu do kapłana, król był u nich w miernym poważaniu, bo kapłan badał odpowiedzi i wyniki losów; sam zawisł od wskazówki losów, król zaś i lud od jego wskazówki. Między wszelakimi ofiarami zwykł był kapłan czasem chrześcijanina ofiarować, chełpiąc się, że jego krwią nader bożki sobie rozkoszują. Zdarzyło się przed kilku laty, że zebrała się tam wielka rzesza kupców dla rybołostwa, bo w listopadzie przy silnym wietrze znaczny tam połów śledzi i wolny dostęp kupców, skoro wpierw bożkowi ziemi, co należy, opłacą. Był tam przypadkiem ksiądz Godszalk zaproszony, aby śród tak licznej rzeszy sprawą bożą zawiadował. Doszło to niebawem owego kapłana i zwoławszy króla i lud oznajmił, ze bóstwa silnie się oburzyły i nie można ich inaczej przebłagać, niż krwią księdza, co śród nich odważył się na obce nabożeństwo. Zdziwiony lud zwołał rzeszę kupców i upraszał po wydanie księdza, aby swemu bogu ofiarę błagalna oddali. Na zaprzeczenie chrześcijan ofiarują im sto marek w darze a gdy nic nie uzyskali, poczęli się uciekać do przemocy i nazajutrz walkę ogłaszać. Kupcy, mając już okręta naładowane, z połowu w nocy odbili i tak siebie jak księdza przy pomyślnym wietrze z groźnego wydobyli niebezpieczeństwa. Ale chociaż nienawiść imienia chrześcijańskiego i żagiew przesądów u Rugijczyków więcej niż u innych Słowian się wgnieździła, celowali znaczną dobrocią przyrodzoną. Boć obfitowała u nich gościnność i rodzicom okazują cześć słuszną. I nie znaleziono również między nimi żadnego ubogiego czy żebraka, gdyż skoro kogo z pomiędzy nich albo słabość nadwątli, albo wiek, oddaje się go na opiekę dziedziczącego po nim i należy go utrzymywać w pełnej przyzwoitości.
Król duński i Henryk Lew pokłócili się o zdobycz rugijską i Henryk w gniewie wezwał książąt słowiańskich, aby się mścili nad Duńczykami. Ci chętnie usłuchali i okręty rozbójnicze nakierowali na bogate wyspy duńskie i pod długim ogłodzeniu nasycili się Słowianie bogactwami duńskiemi. Słyszałem od opowiadających, że w Meklemburgu w dzień targowy naliczono z niewolników duńskich siedmset dusz, wszystkie na sprzedaż, gdyby kupców starczyło. Duńczycy wyruszyli na ukaranie Słowian, ale gdy odeszli, w ślad ich wstąpili Słowianie, i dziesięciokrotnie straty swe odbili, bo trudno się ustrzec nagłym ich napadom i niedawno jeszcze rozbójnicza ich nawyczka tak się między nimi rozrosła, że po zupełnym zarzuceniu wygód rolnictwa ręce gotowe stale ku wyprawom morskim wyciągają, pokładając w okrętach jedyną nadzieję i szczyt bogactwa. Ależ oni w wystawianiu domostw nie zadają sobie trudu, lecz raczej chaty z krzaków splatają, tylko przeciwko słocie i wichrom potrzebie dogadzając. Ilekroć zaś wrzawa wojenna rozbrzmiewa, całe zboże z plew wybiwszy, złoto, srebro, wszelkie kosztowności chowają po jamach, a żony i dziewice po grodach albo lasach ubezpieczają. I zburzeniu nieprzyjacielskiemu pozostają tylko namioty a ich stratę za nic sobie nie ważą.

O obrządku Słowian.

(Helmold, rozdział 52)
Po śmierci króla Obodrytów Kanuta Lewarda (rok 1131), nastąpili w miejsce jego Przybysław i Niklot w rozdzielonem na dwoje państwie, gdy jeden kraikiem Wagrów (w Holsztynie) i Połabian, drugi Obodrytów (w Meklemburgu) władał. I byli oni obaj okrutnymi zwierzętami, chrześcijanom nader wrodzy. I wzmogły się przez całą Słowiańszczyznę (nadłabską), wszelaka cześć bóstw i błąd przesądów. Bo oprócz gajów i bóstw domowych, w jakie ich niwy i grody obfitowały, pierwsze i najznaczniejsze bóstwa były Prove, bożek ziemi Aldenburskiej (w Holsztynie), Siwa, bogini Połabian: Radigost[1], bóg ziemni Obodrytów. Im poświęceni byli kapłani i wieloraki obchód religijny. Naznaczenie bogom uroczystości obwieszczał kapłan wedle wskazówki losów. Schodzą się mężczyźni i kobiety z dziatwą i bogom swoim ofiary z bydła i owiec rzną, najczęściej i z ludzi chrześcijańskich, bo chełpią się, ze ich krwią bogowie się rozkoszują. Po zarznięciu ofiary kosztuje kapłan jego krwi, aby był sprawniejszy ku powzięciu wróżby, gdyż wielu mniema, jakoby bóstwa łatwiej krwią wabić się dawały. Po ukończeniu ofiar wedle zwyczaju zwraca się lud ku biesiadom i oklaskom. Dziwny zaś jest błąd u Słowian, bo w swoich ucztach i pijatykach obnoszą kielich, nad którym zmawiają słowa nie tak poświęcenia, jak raczej przekleństwa pod nazwą bogów, dobra mianowicie i zła, wyznając, że wszelakiem szczęściem bóg dobry, nieszczęściem – zły rozrządza. Dlatego też zwą w języku swoim boga złego Diabol, albo Czarny Bóg[2]. Między zaś wszelakiemi bóstwami Słowian Świętowit, bożek ziemi rugijskiej, się wyróżnia, jako sprawniejszy w wyroczniach, względem którego resztę niby za półbogów uważali. Dlatego zaś na oznakę czci corocznie chrześcijanina losem wyznaczonego zwykli mu ofiarować, ale i ze wszystkich prowincji słowiańskich przysyłali mu wyznaczone nakłady ofiar. Dziwnem też zajęci są uszanowaniem co do czci świątyń, bo ani w przysięgi łatwo się wdają, ani dozwalają, aby okrąg świątyni choćby dla wroga zgwałcono. Zresztą wrodzone było Słowiańskiemu ludowi okrucieństwo, nienasycone, niespokojne, trapiące okolicę na morzu i lądzie. Trudno wyliczać, ilu sposobami śmierci chrześcijan nawiedzali, bo jednym wnętrzności wydzierali, obwodząc ich około słupa, innych krzyżowali, wyszydzając oznakę naszego zbawienia. Mniemają bowiem, że najgorszych zbrodniarzy na krzyż wbijać należy[3]. Tych zaś, których strzegą dla wykupu pieniężnego, takimi uciskają męczarniami i splotami węzłów, że nieświadomemu ledwie wyobrazić.

  1.  Pomyłka Helmolda. Powinno być „Swarożyc”. Radogoszcz to miejscowość w tych czasach.
  2.  Wiadomości Helmoldowe o pogaństwie słowiańskim wymagają poprawki: wpływ chrześcijaństwa widoczny jest już w nazwach diabol i czarny bóg (to samo „białego boga” nie znali Słowianie przenigdy i wszelaki dualizm, wrogość dobra i zła, był im obcy), i w pojęciu najwyższego boga niebiańskiego. Co dziwniejsze powtarzają się u Długosza między nazwami bogów polskich dwie Helmoldowe (porównaj niżej): Żywia (Siwa), Pogoda (Pogada); może to i nie traf.
  3.  Zwykłą karą śmierci było powieszenie. Bogobojny książę czeski Wacław św. kazał wyrzucać od dawna stojące szubienice w kraju całym.

maxresdefault

O gościnności, o gaju świętym i o bóstwach.

(Helmold, I. 83 i 84)
(Rok 1156) Wrócił biskup (oldenburski Gerold) do Wagrji do Aldenburga, aby dzień uroczysty Trzech Króli w miejscu uczcił katedralnym. Gród był zaś opuszczony zupełnie, bez murów i mieszkańców, stała chyba malutka kapliczka, wzniesiona tamże przez śp. Wicelina. Tam w najsroższy mróz między kupami śniegu mszę odprawialiśmy. Słuchaczy Słowian nie było oprócz (księcia wagrskiego) Przybysława i bardzo niewielu innych. Po ukończeniu mszy św. prosił nas Przybysław, abyśmy udali się do jego domu w dalszym nieco grodzie. I przyjął nas z wielką żywością i sporządził nam obfitą biesiadę. Dwadzieścia posiłków napełniło stół nam zastawiony. Tam z doświadczenia poznałem, com dawniej z głoszonej sławy wiedział, że żaden naród zacniejszy nad Słowian co do gościnności. Bo w podejmowaniu gości wszyscy jakby jednomyślnie są ożywieni, tak że nawet nie trzeba nikomu prosić o gospodę, bo cokolwiek uzyskają z orki, rybołostwa albo myślistwa, wszystko odkładają na rzecz hojności, wychwalając czem rozrzutniejszego, jako tem dzielniejszego. Chciwość takiego okazywania się pobudza wielu z nich do kradzieży lub rozboju, ten bowiem rodzaj występku uchodzi u nich za godny odpuszczenia, bo tłumaczą się pozorem gościnności.
Stosując się bowiem do prawa słowiańskiego, coś w nocy ukradł, za jutra między gości rozdzielisz. Jeśliby zaś, co się niezwykle rzadko wydarza, przeświadczono kogoś, że obcego z gospody wytrącił, to wolno spalić dom i zasoby jego i na to zgadzają się w równej mierze zdania wszystkich i ogłaszają go za bezecnego, za prostaka, za wyszydzanego przez wszystkich, kto nie ulągł się chleba gościowi odmówić.
Zabawiwszy zaś u królika przez ową noc, przez dzień i noc następne, przeszliśmy na dalszy kraj słowiański, aby pogościć u jednego wielmoży, nazwiskiem Cieszymir, bo on nas zaprosił. Wypadło zaś nam w przechodzie wstąpić do gaju, jedynego w tej ziemicy, gdyż cała w płaszczyznę się wydała. Tam widzieliśmy pomiędzy najstarszemi drzewami dęby święte, bogu owej ziemicy Proven, uświęcone, otaczało je podwórze i płot z drzewa ściśle wykonany, zawierający dwie bramy. Bo oprócz bóstw domowych i bożków, w jakie obfitowała każda miejscowość, uchodziło to miejsce za świętość całej ziemicy, dla której wyznaczano kapłana i obchody i wszelkie obrzędy ofiarne. Tam bowiem co poniedziałku lud ziemicy z królikiem i kapłanem zwykli się schodzić dla sądów. Wchód do podwórza był wzbroniony wszystkim, oprócz kapłanowi i tym, co zamierzali ofiary składać, albo którym groziło niebezpieczeństwo śmierci. Tym bowiem nie odmawiano schroniska. Taką bowiem cześć okazują Słowianie swoim świętościom, że obejścia świątyni ani krwią wrogów skalać nie dopuszczą. Przysiąg dopuszczają się jak najtrudniej, bo przysięgać znaczy Słowianom jakby krzywoprzysięgać dla mszczącego gniewu bogów. Mają zaś Słowianie różnoraki tryb bałwochwalczy, gdyż nie zgadzają się wszyscy na ten sam zwyczaj przesądny. Jedne bowiem (bóstwa) swoich świątyń urojone wystawiają kształty, jako pogański bałwan, zwany Podagą. Inne zamieszkuje lasy lub gaje, jak Prowe, bożek oldenburski, które nie posiadają wyraźnych kształtów. Wielu też wydrążają o dwóch lub trzech lub więcej głowach. Pomiędzy zaś wszelakiemi bóstw siłami, którymto przywłaszczają niwy i lasy, smutki i radości, nie przeczą, że jeden bóg na niebiesiach wszystkimi innymi władnie, ale ów wszechmocny tylko o rzeczy dba niebiańskie. Ci zaś obsługując rozdzielone obowiązki, poszli z jego krwi i każdy z nich tem celniejszy, im bliższy owemu bogu bogów. Gdyśmy zaś do tego gaju i miejsca zbeszczeszczenia nadeszli, wezwał nas biskup, abyśmy do zburzenia gaju z siłą przystąpili. Sam też zeskoczył z konia i znamienite czoła bram rozbił palem, my zaś wszedłszy na podwórze, znieśliśmy cały płot podwórza około owych drzew świętych i z kupy drzewa, urzuciwszy ogień, stos całopalny uczyniwszy, chociaż nie bez obawy, aby nas oburzeni tubylcy nie ukamienowali, lecz Bóg nas ochronił. Potem zstąpiliśmy do gospody, gdzie nas Cieszymir z wielką przyjął wystawą. Lecz nie były nam kielichy słowiańskie ani miłe ani przyjemne, bośmy widzieli więzy i rozmaite narzędzia męczeństwa gotowane dla chrześcijan, których z Danji przywieziono. Widzieliśmy tam księży Panam wynędzniałych przez długie w niewoli zajęcie, którym biskup ani gwałtem, ani prośbą nie mógł dopomóc.

86625250_584808689033747_5649450666620354560_o

06/08/2020

ŹRÓDEŁKO – https://kielakowie.pl/mediawiki/index.php?title=14_-_Polska_poga%C5%84ska_i_s%C5%82owia%C5%84ska#cite_note-1

Dynastia Piastów w pigułce.

Niżej nasze zbóje – 25 władców piastowskich (prawie wszyscy mieli słowiańskie imiona), trochę ciekawostek i inne wizerunki władców niż te oficjalne które są na wikipedii.
Piastów trzeba polubić, ta sympatia przychodzi wraz z rosnąca nabywaną wiedzą.
Polscy Sławianie mają tendencje do lubienia tego czego nie było (Wielka Lechia) a nie tego co było (budowa i rozkwit państwa w czasach Piastów i Jagiellonów) i co jest w źródłach dobrze opisane.

Pozatym wszelkie zarzuty względem Piastów odnoszące się do zmiany religii również należy odrzucić bo religia uznana oficjalnie przez rodzące się w bólach państwo polskie i przyjęta głównie przez elitę to polityka, między innymi w celu zneutralizowania zagrożenia ze strony Świętego Cesarstwa Rzymskiego i rozpędzonego Drang Nach Osten który nie przekroczył Odry w czasach wczesnopiastowskich nie licząc trochę później Pomorza, natomiast lud polski był pogański jeszcze bardzo długo po czasach Mieszka I i Bolesława Chrobrego.

Jeszcze w czasach Leszka Czarnego (II połowa XIII wieku) były w Polsce pogańskie święte gaje o których wiedzieli książęta dzielnicowi. Do końca XIV wieku nie było tak naprawdę żadnej katechizacji, ewangelizacji ani zorganizowanej dobrze sieci kościelnej, a msze odbywały się po łacinie której prosty lud nie rozumiał dlatego wciąż mówił Marza czyli Marzanna a nie Maryja, Yesse a nie Jezus etc.

Conajmniej do XV wieku my byliśmy ochrzczonymi Poganami, bo jak zinterpretować kłanianie się Słońcu pod Grunwaldem przez polskie rycerstwo i przymierze z pogańską Litwą (oficjalnie ochrzczoną), Żmudzią i Tatarami w tej bitwie, albo przekazy Długosza który w „Rocznikach” pisał, że obrządki „ludorum” odprawiane ku czci bóstw pogańskich, zachowały się do jego czasów, były więc powtarzane w drugiej połowie XV wieku – powiada – po 500 latach chrześcijaństwa u Polaków.

Na wsi Pogaństwo zniknęło tak naprawdę dopiero w 1918 roku gdy wprowadzono masowo elektryczność po odzyskaniu niepodległości, wcześniej ludzie będąc od dawna ochrzczeni wierzyli np. w domowe duszki czające się za progiem, za piecem, za łóżkiem, na strychu czy w tzw. strefach mroku które były w chałupie, nazywane duszyczkami, bożętami domowymi, domownikami, gospodarzami, sąsiadami, dobrochotami czy żyrownikami.
https://www.wikiwand.com/pl/Duchy_domowe, czczono w domach Łogień czyli kult żywego ognia i dopiero słupy elektryczne te wierzenia „zlikwidowały” a pogański obyczaj palenia Marzanny przetrwał do dziś.

Wszystkie krótkie charakterystyki Piastów i ich wizerunki są ze strony : https://szlakpiastowski.pl/ nie ze wszystkim się do końca zgadzam w szczegółach ale nic nie dodawałem i nie odejmowałem z treści która jest poniżej.

Tyle tytułem wstępu 🙂

***********************************

1) MIESZKO I

ur. 922-945 – zm. 992
okres panowania 960 – 992
rodzice – Siemomysł i NN
rodzina – 2 żony 5 dzieci

mieszko-i_l
Pierwszy władca z rodu Piastów, który pojawił się na kartach kronik. Jego dokonaniami można by obdzielić kilku władców, a i tak każdego z nich uznalibyśmy za wybitnego. Sprawny wódz, poszerzył granice odziedziczonego po przodkach terytorium mniej więcej do granic obecnej Polski. Rozbudował sieć potężnych grodów, stanowiących centra militarne i administracyjne rodzącego się państwa. Zapoczątkował proces chrystianizacji kraju. Dzięki przyjęciu chrztu z niegodnego szacunku barbarzyńcy stał się równy innym władcom chrześcijańskiej Europy, czego potwierdzeniem były małżeństwa z czeską księżniczką Dobrawą i niemiecką szlachcianką wysokiego rodu Odą. Znosząc dawne struktury plemienne i wprowadzając na ich miejsce nowe rozwiązania społeczne, administracyjne i kulturalne, rozpoczął proces wchodzenia dotychczas pogańskiego państwa piastowskiego w krąg cywilizacji chrześcijańskiej opartej na spuściźnie starożytnego Rzymu. Zapewnił też Polsce organizację kościelną zależną jedynie od papieża, czego nie udało się osiągnąć np. znacznie wcześniej schrystianizowanym Czechom. O ile łatwo wymieniać dokonania Mieszka, to o nim samym nie potrafimy wiele powiedzieć. Skoro nie ma wzmianek o jego ułomnościach, co kroniki zazwyczaj odnotowywały, możemy przypuścić, że był zdrowym, zapewne także energicznym mężczyzną. Nie był pyszałkiem, znał swoje miejsce w hierarchii ówczesnej Europy, zaś w swoich poczynaniach kierował się racją stanu. Jeśli interes państwa tego wymagał, potrafił porzucić dotychczasowych sojuszników i wystąpić ramię w ramię z niedawnymi wrogami.

2) BOLESŁAW I CHROBRY

ur. 967 – zm. 1025
okres panowania 992 – 1025
rodzice – Mieszko I i Dobrawa
rodzina – 4 żony 7 dzieci
boleslaw-i-chrobry_l

Był utalentowanym wodzem i politykiem, który potrafił wykorzystać w realizacji swoich planów sprzyjające okoliczności. Odniósł dzięki temu wiele sukcesów, zdobył ogromne bogactwa i zyskał wielką sławę. Zwolennicy określali go jako „Wielkiego” lub „Sławnego”, a wrogowie bali się go, nazywając „lwem ryczącym”, co było ówczesnym określeniem diabła. Był surowym władcą, ostro karzącym poddanych za przewinienia. Nie został wyznaczony przez ojca na jedynego spadkobiercę, więc samodzielną władzę w państwie musiał zdobyć siłą, wypędzając z kraju swoich braci i zajmując odziedziczone przez nich ziemie.  Najważniejsze jego osiągnięcia to doprowadzenie do powołania polskiej metropolii kościelnej – gwarancji samodzielności średniowiecznego państwa – oraz koronowanie się na króla, co uczyniło z Polski ważną europejską monarchię. Bolesław był czterokrotnie żonaty. Wiemy, że miał co najmniej trzech synów i trzy córki. Przydomek „Chrobry”, czyli waleczny, pochodzi przypuszczalnie dopiero z XVI w.

3) Mieszko II Lambert

ur. 990 – zm. 1034
okres panowania 1025 – 1034
rodzice – Bolesław I Chrobry i Emnilda
rodzina – 1 żona 3 dzieci

mieszko-ii-lambert_l

Młodszy syn Bolesława Chrobrego dał się poznać jako dzielny rycerz i hojny fundator kościołów. Był też człowiekiem wykształconym, znał łacinę i grekę. Ożenił się z siostrzenicą cesarza Ottona III, Rychezą, która urodziła mu syna Kazimierza – zwanego później Odnowicielem. Za życia ojca władał dzielnicą krakowską, dowodził też wyprawami wojennymi Bolesława. Zapewne był ukochanym synem króla, gdyż ten wybrał go na następcę tronu, co krzywdziło jednak starszego brata Bezpryma, który nie otrzymał we władanie żadnych ziem. Po śmierci Bolesława, Mieszko koronował się na króla, czemu sprzeciwił się cesarz niemiecki Konrad II. W odpowiedzi polski król najechał ziemie cesarskie, łupiąc je i niszcząc z wielką brutalnością. Cesarz nie pozostał dłużny i również zaatakował. Kilkuletni konflikt wykorzystał Bezprym, który wsparty wojskami ruskimi najechał ziemie Mieszka i objął nad nimi rządy. Król musiał uciekać do Czech. U naszych sąsiadów został zdradziecko pojmany i okaleczony, co było zemstą za okrucieństwa, których dopuścił się kiedyś na Czechach wraz z ojcem. Mieszko nie poddał się jednak, spiskując doprowadził do zabicia Bezpryma, po czym powrócił do osłabionego wojnami i wewnętrznymi konfliktami kraju. Odzyskał władzę, musiał jednak ukorzyć się przed cesarzem i zrzec korony. Dwa lata później zmarł.

4) Bezprym

ur. 986 (87) – zm. 1032
okres panowania 1031 – 1032
rodzice – Bolesław I Chrobry i NN
rodzina – 0 żon O dzieci

bezprym_l

Pierworodny syn Bolesława Chrobrego jest jednym z najbardziej tajemniczych władców Polski. Milczą o nim średniowieczne polskie kroniki. Nie doczekał się wzmianki ani u Galla, ani u Kadłubka czy Długosza. Być może dlatego, że za jego rządów państwo Piastów znalazło się na krawędzi zagłady. Zrodzony z nieudanego związku Chrobrego z węgierską księżniczką, Bezprym nie został przez ojca wyznaczony na następcę tronu. Warto wspomnieć, że według jednej z teorii to Bezprym, a nie Mieszko, był bohaterem opowieści o synu Chrobrego schwytanym i pozbawionym przez Czechów męskości, co mogłoby tłumaczyć decyzję o sukcesji. Możliwe, że pobierał nauki w Rawennie u św. Romualda, co oznaczało wówczas najwyższy poziom edukacji. Po śmierci Chrobrego rządy w państwie przejął Mieszko II. Podejrzewając Bezpryma o spiskowanie przeciw niemu, wypędził go z kraju. Bezprym szukał okazji do rewanżu i ta nadarzyła się. Przy wsparciu wojsk ruskich najechał na Polskę i zmusił króla do ucieczki. Po zdobyciu władzy, w celu zyskania przychylności cesarza, wysłał do Niemiec insygnia koronacyjne, symbolicznie rezygnując w ten sposób z suwerenności swego państwa. Rozpoczął też krwawą rozprawę ze zwolennikami Mieszka. Okrutne rządy i masowy bunt ludności przeciwko świeckim i duchownym możnym, który miał miejsce za rządów Bezpryma, tak przeraziły jego stronników, że postanowili oni zgładzić księcia.

5) Kazimierz I Odnowiciel

ur. 1016 – zm. 1058
okres panowania 1034 – 1058 (z przerwami)
rodzice – Mieszko II Lambert i Rycheza
rodzina – 1 żona 5 dzieci

kazimierz-i-odnowiciel_l

Jedyny syn Mieszka II i księżniczki Rychezy – siostrzenicy cesarza Ottona III – jest jednym z najbardziej cenionych władców w historii Polski. Spadło na niego arcytrudne zadanie podźwignięcia państwa Piastów z upadku i wywiązał się z niego doskonale. Gdy obejmował władzę po śmierci ojca, kraj znajdował się w kryzysie spowodowanym najazdami sąsiadów, buntami poddanych i okrutnymi rządami Bezpryma. Młody książę próbował odbudować autorytet władzy i przywrócić dawny porządek, spotkało się to jednak ze sprzeciwem możnych i doprowadziło wkrótce do wygnania Kazimierza na Węgry. Na domiar złego w 1038 r. pozbawiony centralnej władzy i pogrążony w chaosie kraj najechały i złupiły wojska czeskie odrywając od Polski Śląsk i Małopolskę. Sukces Czechów zaniepokoił cesarstwo niemieckie, co ułatwiło Kazimierzowi powrót do kraju. Przy wsparciu militarnym i finansowym króla niemieckiego Henryka III i księcia ruskiego Jarosława Mądrego, książę przybył do Wielkopolski, skąd rozpoczął bój o przywrócenie panowania nad utraconą ojcowizną. W ciągu dekady odzyskał Małopolskę, Mazowsze, Pomorze Gdańskie i wreszcie – po długich bojach – Śląsk. Sukcesom militarnym towarzyszyła odbudowa fundamentów państwa – organizacji kościelnej i administracji. Kazimierz zreformował przestarzałą organizację wojska opartą na opłacanej z łupów wojennych drużynie, wprowadzając system feudalny polegający na nadawaniu ziemi w zamian za rycerską służbę. W 1041 r. poślubił ruską księżniczkę Dobroniegę, dzięki czemu przypieczętował polsko-ruski sojusz i zasilił pokaźnym posagiem pusty skarbiec państwa. Ze związku z Dobroniegą urodziło mu się czterech synów i jedna córka – Świętosława, która w 1086 r. została pierwszą królową Czech.

6) Bolesław II Śmiały

ur. 1042 – zm. 1081
okres panowania 1058 – 1079
rodzice – Kazimierz I Odnowiciel i Dobroniega
rodzina – 1 żona 1 dziecko

boleslaw-ii-smialy_l

Pierworodny syn Kazimierza Odnowiciela obdarzony był po równi zaletami i wadami charakteru. Był śmiały, waleczny i hojny, ale też niesprawiedliwy, porywczy i próżny. Władzę po ojcu objął już w wieku 16 lat, z zapałem kontynuując dzieło odbudowy potęgi państwa polskiego. Odnowił polską organizację kościelną, przywracając do życia arcybiskupstwo w Gnieźnie i odbudowując gnieźnieńską katedrę. Fundował też klasztory i niezwykle kosztowne księgi liturgiczne, zwane złotymi kodeksami, czym zasłużył na swój drugi przydomek – Szczodry. Prowadził bardzo aktywną politykę zagraniczną, często mieszając się w konflikty wewnętrzne sąsiadów Polski. Najważniejszym kierunkiem jego polityki było jednak uniezależnienie się od władców Niemiec. Bolesław wykorzystał w tym celu spór króla niemieckiego z papieżem i popierając tego drugiego odzyskał dla Polski koronę. Koronacja nastąpiła w Boże Narodzenie 1076 r. Sukces ten nie uratował jednak Bolesława. Sposób w jaki rządził, jego liczne i kosztowne wyprawy wojenne oraz zbyt hojne fundacje na rzecz Kościoła, wzbudzały rosnące niezadowolenie możnych, którzy doprowadzili w końcu do wygnania króla. Przyczynił się do tego również konflikt z biskupem krakowskim Stanisławem, którego król podejrzewał o spiskowanie przeciw niemu. Biskup został przez króla skazany na obcięcie członków, co wywołało powszechne oburzenie. Wygnany król znalazł schronienie na Węgrzech, gdzie po dwóch latach został prawdopodobnie zamordowany.

7) Władysław I Herman

ur. 1042-1044 – zm. 1102
okres panowania 1079 – 1102
rodzice – Kazimierz I Odnowiciel i Dobroniega
rodzina 3 żony 5 dzieci

wladyslaw-i-herman_l

Przypuszcza się, że władający Mazowszem Władysław mógł wspierać spisek możnowładców, który doprowadził do wygnania z kraju jego starszego brata, Bolesława Śmiałego. Obejmując po nim rządy stanął przed poważnymi problemami jak konflikty z potężnymi sąsiadami czy pusty skarbiec. Przez wielu uważany za nieudolnego władcę o słabym charakterze, wykazał się w istocie zręcznością polityczną zapewniając bezpieczeństwo zewnętrzne kraju poprzez zawarcie małżeństw – najpierw z księżniczką czeską, potem z siostrą cesarza niemieckiego. Odmiennie niż brat przyjął postawę ugodową wobec cesarstwa i nie zabiegał o koronę. Cieniem na rządach Władysława kładła się jednak pozycja, jaką w państwie uzyskał palatyn Sieciech (był tak potężny, że bił nawet własną monetę, co było przywilejem władców!). Przyczyn tego faktu upatruje się czasem w chorobie i słabości fizycznej księcia. Wszechwładza wojewody budziła narastający sprzeciw możnowładców, którzy zaangażowali w sprawę synów książęcych. Doszło do wojny domowej i ostatecznie Władysław zmuszony został do oddalenia Sieciecha oraz podziału kraju między siebie i dwóch synów. Niedługo potem książę zmarł. Został pochowany w ulubionym Płocku, który za jego życia pełnił rolę stolicy. Jakkolwiek ocenimy rządy Władysława przyznać trzeba, że był on wielkim mecenasem kultury – fundował klasztory, kościoły i złote kodeksy (m.in. ewangeliarz płocki).

8) Zbigniew

ur. 1070 – zm. 1111 (12)
okres panowania 1102 – 1108
rodzice – Władysław I Herman i NN
rodzina – 0 żon 0 dzieci

zbigniew_l

Książę Zbigniew jawi się nam jako postać tragiczna. Dobrze wykształcony, „dość pokorny i prostoduszny” – jak pisał Gall Anonim, został boleśnie doświadczony przez los. Gdy miał 9 lat, jego matka, pochodząca z rodu rycerskiego, została oddalona z dworu, by ojciec mógł poślubić czeską księżniczkę. Wielu uważało Zbigniewa za dziecko z nieprawego łoża, bez prawa do tronu. Jednak jako pierworodny syn Władysława Hermana mógł stanowić zagrożenie w sprawach sukcesji. Podzielił więc los matki – po narodzinach brata Bolesława młodzieńca wysłano do szkoły w Krakowie, a niedługo potem do klasztoru w Saksonii, gdzie przyjął niższe święcenia kapłańskie. Przekreślono tym samym jego marzenia o karierze rycerskiej. Tymczasem możnowładcy nieprzychylni Sieciechowi przypomnieli sobie o młodym Piaście i sprowadziwszy go do kraju, postawili na czele opozycji. Tak zaczął się wieloletni konflikt o władzę toczony pomiędzy Hermanem, Zbigniewem i Bolesławem. Początkowo bracia zawarli przymierze przeciwko ojcu i uzyskali dzielnice, lecz ich sojusz skończył się w chwili śmierci Władysława. Zbigniew zarządzał wówczas Wielkopolską i Mazowszem, a Bolesław Małopolską i Śląskiem. Zbigniew starał się podporządkować sobie młodszego brata, ten stawił jednak zdecydowany opór. Kilkuletnie zmagania o jedynowładztwo zakończyły się triumfem Bolesława i tragedią Zbigniewa – zaproszony przez brata, otrzymawszy gwarancję bezpieczeństwa, został pojmany i oślepiony. Niedługo potem zmarł.

9) Bolesław III Krzywousty

ur. 1085 – zm. 1138
okres panowania 1102 – 1138
rodzice – Władysław I Herman i Judyta
rodzina – 2 żony 13 dzieci

boleslaw-iii-krzywousty_l

Uważany za jednego z najwybitniejszych Piastów, był władcą ambitnym, mężnym i wytrwałym w dążeniu do celu. Bywał okrutny, ale gdy wymagała tego sytuacja potrafił być również zręcznym dyplomatą. Od najmłodszych lat uczył się sztuki wojennej. Jako małoletni uczestniczył w polowaniach i wyprawach wojennych, podczas których wykazywał się nie lada odwagą. W wieku 8 lat otrzymał we władanie ziemię kłodzką. Wraz z przyrodnim bratem Zbigniewem i możnymi spiskował i niejednokrotnie występował zbrojnie przeciwko ojcu, Władysławowi Hermanowi. Po śmierci ojca zarządzał Małopolską i Śląskiem, a pokonawszy starszego brata w walce o władzę, całym krajem. W latach 1116–1121 Bolesław podbił Pomorze Gdańskie i Zachodnie, a w ostatnich latach panowania zdołał jeszcze obronić Kościół polski przed narzuceniem mu zwierzchnictwa arcybiskupstwa magdeburskiego, uzyskując od papieża Innocentego II słynną bullę potwierdzającą niezależność metropolii gnieźnieńskiej. Bolesław pozostawił Polskę suwerenną, a chcąc zapewnić zgodę między synami wydał ustawę sukcesyjną, wprowadzającą zasadę pryncypatu-senioratu. Odtąd najstarszy z rodu Piastów, władający dzielnicą senioralną (ze stolicą w Krakowie), sprawować miał zwierzchnią władzę nad dzielnicami juniorów. Nadany Bolesławowi w XIII w. przydomek „Krzywousty”, mógł odnosić się do jakiejś deformacji twarzy księcia, możliwe jednak, że był wyrazem pamięci o krzywoprzysięstwie wobec brata.

10) Władysław II Wygnaniec

ur. 1105 – zm. 1159
okres panowania 1138 – 1146
rodzice – Bolesław III Krzywousty i Zbysława
rodzina – 1 żona 4 dzieci

wladyslaw-ii-wygnaniec_l

Pierworodny syn Bolesława Krzywoustego i jego pierwszej żony, Zbysławy. Książęca para zapewne pokładała w nim nadzieje i zaszczepiała ambicje, by w przyszłości był godnym następcą ojca. Niestety, nie miał sprostać tym oczekiwaniom. Miał 8 bądź 9 lat kiedy zmarła jego matka, a niedługo potem ojciec ponownie się ożenił. Narodziny każdego kolejnego przyrodniego brata komplikowały Władysławowi kwestię dziedziczenia władzy. Po śmierci ojca, w myśl statusu sukcesyjnego, jako najstarszy syn, objął władzę senioralną i pierwsze lata jego rządów przebiegły spokojnie. Z czasem jednak ambicja i chęć nawiązania do dokonań ojca pchnęły Władysława do walki o jedynowładztwo. Po kilkuletnim, toczonym ze zmiennym szczęściem, konflikcie z braćmi, pokonany i obłożony klątwą, musiał opuścić kraj – jak się okazało – na zawsze. Schronienie znalazł na dworze władców niemieckich, z którymi skoligacona była jego żona Agnieszka. Mimo ich wsparcia i wieloletnich zabiegów dyplomatycznych Władysława próby odzyskania przez niego tronu nie powiodły się. Książę zmarł na obczyźnie. Możliwe, że przebywając na wygnaniu towarzyszył królowi niemieckiemu Konradowi III w czasie II wyprawy krzyżowej.

11) Bolesław IV Kędzierzawy

ur. 1122 – zm. 1173
okres panowania 1138 – 1173
rodzice – Bolesław III Krzywousty i Salomea
rodzina – 2 żony 3 dzieci

boleslaw-iv-kedzierzawy_l

Syn Bolesława Krzywoustego i Salomei, objął zwierzchnictwo nad Mazowszem, a po wygnaniu Władysława został princepsem. Nie poszedł w ślady brata. Rządy swe opierał na współpracy z juniorami, dając im dużo samodzielności we własnych dzielnicach. Prowadził też początkowo roztropną politykę zagraniczną. Udało mu się powstrzymać interwencję niemiecką i nie dopuścić do powrotu na tron Wygnańca. Pamiętane jest mu wprawdzie ukorzenie się przy tym przed cesarzem niemieckim podczas rozmów pokojowych w Krzyszkowie, lecz zawarta ugoda okazała się korzystna dla Bolesława. Dopiero po śmierci Wygnańca musiał on ulec żądaniom cesarskim i zezwolił na powrót jego synów do dzielnicy śląskiej. W ostatnich latach rządów nastąpiło jednak załamanie pozycji księcia – okrył się niesławą złego wodza po sromotnie przegranej wyprawie na pogańskich Prusów, podczas której zginął Henryk Sandomierski. Wbrew testamentowi brata nie podzielił jego dzielnicy, lecz starał się zachować ją dla siebie, czym sprowokował bunt juniorów. Utracił też kontrolę na Śląsku, gdzie Władysławowice przejęli główne grody, pozostające dotychczas we władzy Kędzierzawego. Niemniej jednak rządy Bolesława to okres względnego spokoju, stabilizacji i rozwoju ekonomicznego kraju.

12) Mieszko III Stary

ur. 1121 – zm. 1202
okres panowania 1138 – 1202
rodzice – Bolesław III Krzywousty i Salomea
rodzina – 2 żony 10 dzieci

mieszko-iii-stary_l

Żył blisko 80 lat, niezwykle długo, jak na ówczesne czasy. Przeżył go tylko jeden syn – Władysław Laskonogi. Przez długie lata rządził Wielkopolską i ściśle współpracował z seniorem, Bolesławem Kędzierzawym. Obejmując po nim rządy miał zarówno doświadczenie polityczne, jak i wojskowe. Był władcą ambitnym, energicznym, surowym, o bystrym umyśle. Znany był z zamiłowania do pieniędzy – nawet kilka razy w roku przeprowadzał przymusową wymianę monet na nowe, o mniejszej zawartości srebra, więc i mniejszej rzeczywistej wartości. Nie wiadomo co bardziej zraziło do niego możnowładców małopolskich: zapełnianie skarbca ich kosztem i autorytarne rządy czy niechęć do wielkopolskiego otoczenia Mieszka, który wbrew statutowi nie przeniósł się do Krakowa. Dość, że księcia odsunięto od władzy na rzecz jego młodszego brata Kazimierza. Mieszko nie zrezygnował jednak ze starań o odzyskanie tronu i dzięki działaniom zbrojnym, a także umiejętności zawierania układów – zasiadał na nim jeszcze trzykrotnie. Ostatecznie zmarł jako princeps. Chęć dorównania wielkim przodkom przejawiała się u Mieszka także w hojnym obdarowywaniu Kościoła. Był fundatorem m.in. opactwa cystersów w Lądzie. Przypuszcza się, że ufundował również słynne Drzwi Gnieźnieńskie.

13) Kazimierz II Sprawiedliwy

ur. 1138 – zm. 1194
okres panowania 1166 – 1194
rodzice – Bolesław III Krzywousty i Salomea
rodzina – 1 żona 4 dzieci

kazimierz-ii-sprawiedliwy_l

Najmłodszy syn Bolesława Krzywoustego otrzymał własną dzielnicę dopiero w wieku dwudziestu ośmiu lat. Sprawował w niej spokojne rządy, a podczas biesiad, przy trunkach, pozyskiwał przychylność świeckich i duchownych dostojników. Dzięki temu, gdy w Krakowie wybuchł konflikt możnych z Mieszkiem III, Kazimierzowi udało się przejąć tron po niepopularnym starszym bracie. Oznaczało to jednak złamanie zasady senioratu. Książę chcąc uzyskać potwierdzenie swojej władzy zwierzchniej przez papieża oraz pragnąc zapewnić synom dziedziczenie tronu, zrzekł się pewnych uprawnień na rzecz duchownych, co zapoczątkowało proces uniezależniania się polskiego Kościoła od władzy świeckiej. Kazimierz w ciągu kilku lat rozszerzył swoje panowanie na wschodnią i centralną Polskę, jedynie Wielkopolska i Śląsk pozostały od jego władzy niezależne. Zabezpieczył też wschodnią granicę zapewniając sobie wpływy w księstwach ruskich. Zmarł nagle, podczas uczty, być może otruty. Z inspiracji księcia Wincenty Kadłubek spisał kronikę historii Polski. W opisie Kazimierza użył określenia „książę sprawiedliwości”, który to przydomek upowszechnił się w XVI w. Wizerunek księcia został uwieczniony na posadzce kolegiaty w Wiślicy.

14) Leszek Biały

ur. 1186 (87) – zm. 1227
okres panowania 1194 – 1227
rodzice – Kazimierz II Sprawiedliwy i Helena
rodzina – 1 żona 2 dzieci

leszek-bialy_l

Po śmierci Kazimierza Sprawiedliwego, jego niepełnoletni wówczas syn Leszek, mając poparcie możnowładców małopolskich, zasiadł na tronie krakowskim i panował z krótkimi przerwami aż do tragicznej śmierci. Rządy sprawował inaczej niż jego poprzednicy, starając się współpracować z pozostałymi książętami piastowskimi, którzy w większości uznawali jego władzę zwierzchnią. Tytułował się nawet „dux Poloniae”. W polityce zagranicznej kontynuował dzieło ojca na wschodzie, zajmowała go również sprawa chrystianizacji Prus. Podobno zobowiązał się wobec papieża do odbycia krucjaty do Ziemi Świętej, ale przeliczywszy koszty, zrezygnował. Anegdota głosi, że innym powodem rezygnacji był brak w Palestynie jego ulubionego trunku – piwa. Leszek podjął pierwszą próbę lokacji Krakowa, popierał rozwój osadnictwa i sprowadzanie górników. Wspierał również rozwój organizacji kościelnej nadając liczne immunitety. Zginął z rąk przeciwników politycznych – prawdopodobnie Władysława Odonica i Świętopełka pomorskiego – podczas zjazdu w Gąsawie w Wielkopolsce. Zaatakowany został w łaźni, skąd zdołał uciec na koniu, ale w pobliskim Marcinkowie najeźdźcy dopadli go i zabili. Jego śmierć zmieniła sytuację polityczną i przekreśliła realną szansę odbudowy królestwa polskiego.

15) Władysław III Laskonogi

ur. 1161-1168 – zm. 1231
okres panowania 1194 – 1231
rodzice – Mieszko III Stary i Eudoksja
rodzina – 1 żona 0 dzieci

wladyslaw-iii-laskonogi_l

Najmłodszy syn Mieszka Starego, po ojcu objął Wielkopolskę, o którą jednak przyszło mu walczyć w późniejszych latach z bratankiem Władysławem Odonicem. Jeszcze za życia ojca angażował się w zdobycie dla niego tronu, a po śmierci Mieszka, przy poparciu Krakowian, objął tron princepsa. Chcąc wzmocnić swą pozycję rządził twardą ręką i był przeciwnikiem nadawania przywilejów Kościołowi. Wzbudził tym niechęć w środowisku krakowskim i szybko został odsunięty od władzy. Nie zarzucił jednak starań o jej odzyskanie. Z Leszkiem Białym zawarł układ o przeżycie zgodnie z którym ten, który przeżyje drugiego odziedziczy po nim władzę. Na mocy tej umowy miał prawo do krakowskiego tronu po śmierci Leszka, dlatego istnieje podejrzenie, że mógł przyczynić się do tragedii podczas zjazdu w Gąsawie, w którym zresztą nie brał udziału. Udało mu się jeszcze zasiąść na tronie krakowskim, ale wiele lat później, na krótko przed śmiercią. Uznawany jest za władcę nieudolnego, kłótliwego, miernego polityka, nie umiejącego zapewnić sobie poparcia możnowładztwa. Wiele lat pozostawał w konflikcie z arcybiskupem gnieźnieńskim, którego wygnał z Wielkopolski, a za swoją postawę wobec Kościoła był dwukrotnie ekskomunikowany. Długosz pisał o nim, że był „rozpustny i wszeteczny”. Zginął prawdopodobnie z rąk dziewczyny, którą napastował. Książę nie miał dzieci, a jego dziedzicem został Henryk Brodaty. Jego przydomek związany był prawdopodobnie z cechą fizyczną – książę był wysoki i miał długie, chude nogi.

16) Mieszko IV Plątonogi

ur. 1131-1146 – zm. 1211
okres panowania 1163 – 1211
rodzice – Władysław II Wygnaniec i Agnieszka
rodzina – 1 żona 5 dzieci

mieszko-iv-platonogi_l

Młodszy syn Władysława Wygnańca. Jego przydomek związany jest prawdopodobnie z chorobą nóg, być może odziedziczoną po pradziadku Władysławie Hermanie. W młodości przebywał wraz z rodziną na wygnaniu w Niemczech, gdzie kształcił się w szkole klasztornej. Po śmierci ojca, w wyniku interwencji cesarza, powrócił wraz ze starszym bratem Bolesławem Wysokim na Śląsk – dzielnicę ich ojca – nad którą, w ciągu kilku lat uzyskali całkowitą kontrolę. Śląsk stał się księstwem udzielnym, niezależnym od władzy princepsa Bolesława Kędzierzawego. Po kilku latach, niezadowolony ze współrządów Mieszko wszedł w otwarty konflikt z bratem i wywalczył sobie własne dziedziczne księstwo, które w następnych latach powiększył. Doprowadził w ten sposób do podziału Śląska na Górny i Dolny. Mieszko był ambitny, inteligentny, umiejętnie wybierał sojuszników. Bił własną monetę i dokonywał fundacji klasztorów. Zwieńczeniem jego ambicji było zastąpienie Leszka Białego na tronie krakowskim, co nastąpiło dzięki bulli papieża przywracającej zasadę senioratu. Za jej wydaniem stały zapewne starania dwóch najstarszych książąt piastowskich: Plątonogiego i Laskonogiego – drugiego co do starszeństwa, mającego nadzieję na szybki zgon starszego krewniaka. Plątonogi rzeczywiście zmarł po kilku miesiącach rządów, lecz do Krakowa, dzięki poparciu kościoła, wrócił Leszek Biały.

17) Henryk I Brodaty

ur. 1165-1170 – zm. 1238
okres panowania 1201 – 1238
rodzice – Bolesław Wysoki i Krystyna
rodzina – 1 żona 6 dzieci

henryk-i-brodaty_l

Najmłodszy syn Bolesława Wysokiego, wnuk Władysława Wygnańca, uważany jest za jednego z najwybitniejszych książąt okresu rozbicia dzielnicowego. Nie stronił od niewyszukanych rozrywek, ale też cechował się skromnością, pozostając pod dużym wpływem żony Jadwigi, przyszłej świętej. Po 20 latach małżeństwa para złożyła śluby czystości i od tej pory Henryk przestał strzyc brodę (stąd przydomek), nosił proste odzienie, a Jadwiga poświęciła się służbie dla ubogich. Podobno chodziła boso, z czego mąż nie był zadowolony, poprosił więc spowiednika, by ten nakazał księżnej noszenie butów. Jadwiga nosiła podarowane przez duchownego buty, ale… przewieszone na sznurku. Henryk uczestniczył w wyprawie zbrojnej na Prusy, jednak bez sukcesów. To prawdopodobnie on zaproponował sprowadzenie do Polski Krzyżaków. Pod rządami Henryka Śląsk stał się przodującą dzielnicą pod względem gospodarczym – książę wspierał osadnictwo, lokował miasta, następował rozwój rzemiosła, handlu, górnictwa. Henryk rozpoczął rządy od małego księstwa śląskiego, by pod koniec życia stać się najpotężniejszym księciem w kraju. Mimo pobożności i hojnym fundacjom zmarł w stanie ekskomuniki, gdyż sprzeciwiał się przywilejom Kościoła. Skupiwszy pod swoją władzą znaczną część ziem polskich miał duże szanse na odbudowę królestwa polskiego. Dzieło jego miał kontynuować syn, Henryk Pobożny.

18) Konrad Mazowiecki

ur. 1187 (88) – zm. 1247
okres panowania 1194 – 1243
rodzice – Kazimierz II Sprawiedliwy i Helena
rodzina – 1 żona 8 dzieci

konrad-mazowiecki_l

Młodszy syn Kazimierza Sprawiedliwego, objął we władanie Mazowsze. Współpracował z bratem, Leszkiem Białym, wspierając go politycznie i wojskowo. Razem próbowali zaradzić uciążliwym najazdom Prusów na dzielnicę Konrada: począwszy od prób chrystianizacji, tworzenia stróż rycerskich, po organizowanie krucjat. Prawdopodobnie Henryk Brodaty zwrócił uwagę Konrada na możliwość wykorzystania do tego zadania zakonu krzyżackiego. Pierwsze lata obecności sprowadzonych przez Konrada zakonników były korzystne – Krzyżacy współdziałali z książętami, odnosili sukcesy w walce z Prusami. Z czasem jednak, uzyskawszy od papieża potwierdzenie sfałszowanego aktu własności ziemi chełmińskiej, uniezależnili się od księcia, by w niedalekiej przyszłości, ale już po śmierci Konrada, stworzyć potężne, zagrażające Polsce państwo zakonne. Oprócz sprawy pruskiej, księcia pochłaniała chęć zdobycia władzy zwierzchniej w Krakowie. Podejmował wielokrotne próby objęcia tronu, a w dążeniu do władzy nie przebierał w środkach: porwał Henryka Brodatego, więził małoletniego bratanka Bolesława i jego matkę w lochu, księżnę podobno pobił. Dopiero po śmierci Henryka Pobożnego na krótko stał się panem Małopolski – jego autorytarne rządy wzbudziły zdecydowany sprzeciw, musiał opuścić Kraków po zbrojnej interwencji opozycji. Z jednej strony porywczy, podstępny, okrutny, słynął z budowy kościołów, był fundatorem dzieł sztuki, sprzyjał rozwojowi mazowieckich miast i wsi, rozbudował i lokował miasto Płock.

19) Henryk II Pobożny

ur. 1196-1204 – zm. 1241
okres panowania 1234 – 1241
rodzice – Henryk I Brodaty i Jadwiga
rodzina – 1 żona 10 dzieci

henryk-ii-pobozny_l

Syn Henryka Brodatego i św. Jadwigi. Ożenił się z księżniczką Anną – potomkinią królów Czech i Węgier, co miało zapewnić mu cennych sojuszników. Matka namawiała małżonków do złożenia ślubów czystości. Ci nie posłuchali, mieli co najmniej dziesięcioro dzieci. Książę sprowadził do Polski franciszkanów z Pragi. Przez wiele lat sprawował władzę razem z ojcem, który powierzył mu rządy w Wielkopolsce. Po śmierci ojca Henryk musiał się uporać z narastającymi przez lata problemami, jak spór z Kościołem i pretensje innych Piastów do znajdujących się w jego władaniu ziem. Sprawnie rozwiązując kolejne konflikty, książę kontynuował również starania o koronę. Niestety, zaledwie po trzech latach samodzielnych rządów nastąpiła katastrofa – najazd Mongołów, któremu pozbawiony wsparcia władca nie mógł sprostać. Henryk zginął w bitwie pod Legnicą, a jego okaleczone ciało, bez głowy, odnalazły matka i żona, rozpoznawszy je po pewnym szczególe – książę miał sześć palców u lewej stopy. Mimo zwycięstwa Mongołowie ponieśli na tyle dotkliwe straty, że wycofali się ze Śląska. Wraz ze śmiercią Pobożnego nastąpił rozpad tzw. monarchii Henryków śląskich.

20) Bolesław V Wstydliwy

ur. 1226 – zm. 1279
okres panowania 1243 – 1279
rodzice – Leszek Biały i Grzymisława
rodzina – 1 żona 0 dzieci

boleslaw-v-wstydliwy_l

W chwili tragicznej śmierci ojca, Leszka Białego, miał półtora roku. Był dziedzicem tronu krakowskiego, książęta piastowscy ubiegali się więc o opiekę nad nim, a Konrad posunął się nawet do uwięzienia bratanka i jego matki. Pojmanym udało się zbiec z pomocą Henryka Brodatego. Bolesław wspominany jest jako łagodny, skromny i roztropny. Pozostawał pod dużym wpływem kobiet – najpierw matki Grzymisławy, potem żony Kingi, córki króla węgierskiego, późniejszej świętej. Przydomek „Wstydliwy” związany jest z dużą pobożnością księcia. Małżonkowie złożyli śluby czystości, a Kinga dodatkowo przysięgę brudu – wyrzekła się mycia twarzy. Wspólnie podjęli zwieńczone sukcesem starania o kanonizację biskupa Stanisława. Bolesław szczególnie wspierał kościół krakowski, nadając mu przywilej immunitetowy zapewniający znaczną niezależność w sprawach ekonomicznych. Pod rządami książęcej pary nastąpił szybki rozwój gospodarczy dzielnicy krakowsko-sandomierskiej: lokowano miasta na prawie niemieckim (w tym Kraków), odkryto złoża soli kamiennej w Bochni i Wieliczce. Na Bolesławie skończyła się małopolska linia Piastów. Jego następcą został wieloletni i oddany sojusznik księcia, Leszek Czarny.

21) Leszek II Czarny

ur. 1240-1242 – zm. 1288
okres panowania 1261 – 1288
rodzice – Kazimierz I Kondrawic i Konstancja
rodzina – 1 żona 0 dzieci

leszek-ii-czarny_l

Wnuk Konrada Mazowieckiego, wymógł na ojcu Kazimierzu wydzielenie dzielnicy – otrzymał biedną i słabo zaludnioną ziemię sieradzką, którą w szybkim czasie skolonizował, lokował miasta i zadbał o rozwój handlu i rzemiosła. Podjął bliską współpracę z sąsiadem Bolesławem Wstydliwym, by po latach objąć po nim rządy w Krakowie. W ciągu dziewięciu lat panowania musiał zmierzyć się z najazdami Tatarów, Jaćwingów, Litwinów i Rusinów, z każdej walki wychodząc zwycięsko i udowadniając, że ma talenty wybitnego dowódcy. Hańbą okryła go żona, ogłosiwszy publicznie po sześciu latach małżeństwa, że jest impotentem. Gryfina odeszła od męża starając się o unieważnienie związku, ale po kilku latach małżonkowie pogodzili się. Leszek miał podobno podjąć leczenie, polegające na spożywaniu węży, jaszczurek i żab, ale chyba nie przyniosło ono efektu, skoro małżeństwo pozostało bezdzietne. Był władcą bezkompromisowym i przez długi czas musiał zmagać się z opozycją, poza tym popadł w konflikt z biskupem krakowskim odmawiając potwierdzenia nadanych za poprzednika przywilejów. Pod koniec panowania udało mu się jeszcze odeprzeć kolejny najazd Tatarów. Niestety zmarł na skutek zarazy.

22) Henryk IV Probus

ur. 1257 (58) – zm. 1290
okres panowania 1266 – 1290
rodzice – Henryk III Biały i Judyta
rodzina – 2 żony 0 dzieci

henryk-iv-probus_l

Wnuk Henryka Pobożnego i księżniczki Anny, córki króla czeskiego Przemysła Otokara I, wychowywał się na dworach niemieckim i czeskim, gdzie otrzymał staranne wykształcenie. Układał nawet miłosne poematy. Przypisywane mu utwory możemy znaleźć we wspaniałym Kodeksie Manesse – księdze poświęconej XIII-wiecznym poetom-rycerzom. Po powrocie do księstwa wrocławskiego prowadził wytworne życie dworskie naśladując królewski dwór w Pradze. Wspierał jednocześnie rozwój swojej dzielnicy lokując miasta i nadając im przywileje, m.in. pierwsze w tej części Europy prawo składu; przeprowadził również reformę skarbową. Na jego rządach cieniem rzucał się wieloletni zatarg z biskupem wrocławskim Tomaszem o prawa własności kilkudziesięciu wsi. W tym gwałtownym sporze, zakończonym wszakże ugodą, oprócz argumentów prawnych, oponenci nie wahali się sięgnąć po klątwę, interdykt i siłę militarną. Jako zręczny polityk i wódz, Henryk szybko podporządkował sobie większą część Śląska, by w latach następnych, zająwszy kolejne tereny, sięgnąć po Kraków, który zdobył po wielomiesięcznych walkach. Stał się wówczas najpotężniejszym księciem w kraju. Wydawało się, że nic nie stanie mu na przeszkodzie w realizacji marzeń o królewskiej koronie. Będąc już blisko celu, książe nagle zmarł – jak się przypuszcza został otruty. W testamencie zapisał ziemię krakowską Przemysłowi II. Łacińskie probus znaczy prawy, uczciwy, ale Henryka trudno ocenić tak jednoznacznie. Zdarzało mu się być również podstępnym i bezwzględnym. Miał też porywczy temperament.

23) Przemysł II

ur. 1257 – zm. 1296
okres panowania 1273 – 1296
rodzice – Przemysł I i Elżbieta
rodzina – 3 żony 1 dziecko

przemysl-ii_l

Urodził się w Poznaniu jako jedyny syn zmarłego kilka miesięcy wcześniej księcia Przemysła I. Od lat chłopięcych wychowywał się na dworze wuja, księcia Bolesława Pobożnego. Był ambitny, odważny, ale też gwałtowny w działaniu. Nie mogąc doczekać się przekazania mu przez wuja rządów w Poznaniu, wystąpił przeciw niemu, co zakończyło się uwięzieniem młodego księcia w gnieźnieńskim zamku. Nie powstrzymało to Przemysła. Uciekł i objął upragnioną dzielnicę poznańską. Wkrótce pogodził się jednak z Bolesławem, a po jego śmierci został księciem całej Wielkopolski. Dzięki sojuszom uzyskał także władzę nad Pomorzem i Małopolską, co umożliwiło mu podjęcie starań o koronę królewską. Zakończyły się one sukcesem i w 1295 r. Przemysł II został królem Polski. Zmobilizowało to do działania jego wrogów, którzy doprowadzili wkrótce do zamordowania króla. Wraz z jego śmiercią wygasła wielkopolska linia rodu Piastów.

24) Władysław Łokietek

ur. 1260 – zm. 1333
okres panowania 1267 – 1333
rodzice – Kazimierz I Kondrawic i Eufrozyna
rodzina – 1 żona 6 dzieci

wladyslaw-lokietek_l

Młody Władysław pozostawał pod silnym wpływem starszego brata, Leszka Czarnego. Po dziadku, Konradzie Mazowieckim, odziedziczył zadziorność i nieustępliwość. Był człowiekiem niezwykle zdeterminowanym w dążeniu do celu, zawsze podnosił się po porażkach, a miał ich w życiu nie mało. Przydomek odnosił się prawdopodobnie do wzrostu Władysława – liczył sobie ok. 2,5 łokcia, czyli nie więcej niż 150 cm. Początkowo był mało znaczącym księciem niewielkiej dzielnicy brzesko-kujawskiej i nic nie wskazywało, że tak wiele osiągnie. Mały książę, który dokonał wielkiej sprawy – po ponad stuletnim rozbiciu dzielnicowym zjednoczył najważniejsze prowincje i przywrócił Polsce status królestwa. Zrealizował tym samym marzenia kilku pokoleń Piastów. Droga ku temu nie była łatwa – ciągła walka z rywalami, zaprzepaszczenie szans na tron w Wielkopolsce po śmierci Przemysła czy walka z królem czeskim Wacławem II i wygnanie z kraju. Ale pomogły szczęśliwe sploty okoliczności, jak choćby śmierć kolejnych konkurentów do tronu. Łokietek jako pierwszy władca koronowany został w Krakowie. Utracił Pomorze Gdańskie, ale uratował Polskę przed całkowitym rozbiorem przez króla czeskiego i Krzyżaków.

25) Kazimierz III Wielki

ur. 1310 – zm. 1370
okres panowania 1333 – 1370
rodzice – Władysław Łokietek i Jadwiga Piastówna
rodzina – 4 żony 5 dzieci

kazimierz-iii-wielki_l

Ostatni król z rodu Piastów, syn Władysława Łokietka, z powodzeniem kontynuował dzieło ojca. W ciągu 37-letniego panowania znacznie powiększył terytorium kraju i dbał o jego rozwój gospodarczy. Wybudował kilkadziesiąt zamków, otoczył miasta murami, czym wzmocnił obronność kraju, unowocześnił siły zbrojne – za jego czasów wprowadzono do uzbrojenia armaty. Przeprowadził również reformę prawa i administracji oraz ujednolicił system monetarny. Był wielkim mecenasem sztuki, przebudował Wawel, fundował kościoły. Krokiem milowym dla polskiej nauki była fundacja słynnej Akademii Krakowskiej – drugiego uniwersytetu w tej części Europy. W polityce zagranicznej udało mu się na drodze dyplomatycznej dojść do porozumienia z Krzyżakami i Czechami. Król Kazimierz miał też słabości. Długosz pisał o nim, że „okazywał skłonność do ucztowania, miłostek i innych rozkoszy”. Szerokim echem na dworach europejskich odbił się skandal obyczajowy z jego udziałem. Był wówczas jeszcze młodym, ale żonatym już księciem. Został wysłany na misję dyplomatyczną na Węgry, na dwór siostry Elżbiety, gdzie uwiódł dwórkę. Oburzony ojciec dziewczyny zaatakował królewską parę i obciął królowej cztery palce, za co został stracony. W późniejszych latach król oddalił drugą żoną, a nie przeprowadziwszy rozwodu, poślubił praską mieszczkę. Natomiast piękna Żydówka Estera miała nakłonić Kazimierza do wystawienia przywileju dla Żydów. Mimo czterech małżeństw nie doczekał się następcy tronu wobec czego zawarł z Andegawenami układ przyznając swojemu siostrzeńcowi Ludwikowi Węgierskiemu prawa do sukcesji. Usynowił też wnuka – Kaźka słupskiego, widząc w nim kolejnego po Ludwiku króla Polski. Zmarł w wyniku komplikacji po złamania nogi na polowaniu. Wraz ze śmiercią króla Kazimierza Wielkiego skończyło się panowanie dynastii Piastów.

 

21/07/2020
KV.