KRUT SYN GRYNA

KRUT SYN GRYNA
(rozdział XIV książki Zofii Kossak i Zygmunta Szadkowskiego pt Troja Północy)  0g

Obarczeni bogatymi darami posłowie obodrzyccy nie zdążyli jeszcze wyjechać do Radogoszczy, gdy przyszła wiadomość, że świątynia Swarożyca nie istnieje.
Wiadomość padła jak grom. Czy ziemia się rozstąpiła, czy jezioro wyszło z brzegów, karząc w ten sposób czyjąś zbrodnię lub bluźnierstwo? Nie, nie, po trzykroć nie!
Puszcza rosła jak dawniej, jezioro z trudem uwalniało się od lodu — po prostu Niemcy przyszli, gród spalili, po czym odjechali…
Chciało się potraktować niewiarogodną tę wiadomość jako bajkę, oman rzucony na umysły ludzkie, lecz opowiadający wymieniali dzień, w którym zaszło nieszczęście.
Podawali szczegóły, opisywali męstwo obrony, uprowadzenie świętego ogiera… Należało uwierzyć.
Słuchacze kamienieli ze zgrozy. Każdemu drżało na ustach pytanie: A bóg… Co?…
Spuszczali głowy, dowiadując się z toku powieści, że Swarożyc dał się spalić, jak by był zwykłym pniem drzewa, nie bogiem…01t

Redary i Doleńcy strzegący placówek nad Łabą, posłyszawszy co się stało, rzucili gromadnie stanowiska, nie opowiadając się nikomu i brnęli przez roztopy do domów, by własnymi oczami ujrzeć prawdę, w którą nie mogli uwierzyć.
Na linii obronnej powstawały luki, przez które Sasi mogli łatwo przejść Łabę z powrotem.
Obiór nowego księcia stawał się zatem sprawą palącą.
Wiec nadal obradował w Lubece, rozpatrywał kandydatów z rodu dawnych książąt plemiennych, ale zbyt wielu ich było.
Na każde wymienione imię podnosił się chór sprzeciwu tych, co sami pragnęli zostać wybrani. To skłoniło na koniec wiecowników, by za poradą bawiących tu zimą Ranów ofiarować rządy nad Obodrzycami Krutowi, księciu rańskiemu. Wnet wysłano do niego poselstwo.
Posłowie popłynęli po wzburzonym wiosennie morzu, nie wiedząc, jakie spotka ich przyjęcie.
O Ranach zgodnie mówiono: dobrzy jako sojusznicy, bo pewni i wierni, ale trudno się z nimi przyjaźnić, gdyż nieprzystępni i hardzi Wiec czekał na powrót posłów i biadał.
Przeklinał Goczałkowica Budziwoja, który uciekłszy z Lubeki w dniu śmierci Błusa, udał się wprost do Ordulfa i tam podżegał niedołężnego księcia przeciw własnemu narodowi.
Szpiedzy słowiańscy śledzący jego poczynania opowiadali, jak mu się kłaniał a korzył:

„Wiadomo jest Twojej Jasności, o największy z ludzi, jak wiernie mój ojciec Godszalk poruczone mu rządy w kraju słowiańskim na cześć Boga i dziada twego [Bernarda] sprawował, niczego nie zaniedbując… Ja też chcę naśladować ojca mego pokorę z całą wiernością i oddaniem się, poleceniom saskich książąt będąc posłusznym… Aby mi choć czczy tytuł, a wam owoce pozostać mogły…”
(Helmold, Kronika Słowian).

Słowa wypowiedziane do Ordulfa można było uważać za stracone. Kto na niego rachował, „opierał się jakoby na kiju ze trzciny i do tego połamanym” (Helmold. j. w.), natomiast dorastający syn Ordulfa, Magnus, podobny był z zaborczości i energii do dziada swego Bernarda, którego imię dotąd jeiszcze wspominano wśród Słowian ze zgrozą.
Magnus obiecał wygnańcowi „umysł swój i siły wytężyć, aby ujarzmić buntowniczych Słowian”, (j. w.).
A tu pola obsychały i zbliżał się czas siewów…
Bociany chodziły stadami po zieleniejących, zalanych wodą łęgach, klekotały na zeszłorocznych gniazdach.
Każdego z wiecowników aż rwało do domu, do robót polnych.
Z podwójną zatem niecierpliwością oczekiwano powrotu wysłańców.
Nadpłynęli szybciej, niż się spodziewano, i w zwiększonej liczbie łodzi.
Książę rański, Krut syn Gryna, z półsetką swych wojów, przybył razem z posłami obejmować władzę.
Małomówny, surowy, zgodnie z obyczajem Ranów i własnym imieniem: Krut znaczy tyleż co srogi.
Od słowa Krut pochodzi okrutny, okrucieństwo.
Ani jednego zbędnego dnia nie chciał zatrzymać się w Lubece czy Zwierzynie, ruszając natychmiast nad Łabę do wojska.
Obecność jego była tam wielce potrzebna.
Śmierć Błusa, bezczynność zimowa, a ostatnio grom radogoski, obniżyły wartość bojową słowiańskich szeregów.
— Gdyby Magnus dziś nastąpił, tyle byście go zadzierżyli, co wodę rzeszoto! — złościł się Krut.
Na psa takie wojowanie!
Gniewny objeżdżał stanowiska, sprawdzał uzbrojenie załóg.
Tu, na Łabie, rozstrzygną się losy Obodrzyców.
Ze strony Duńczyków nie groził chwilowo najazd.
Historyk Orderyk Vitalis, autor dzieła Historia Eccle-siastica zapisał pod rokiem 1069:

„W tym czasie Swen, król Duńczyków… wystawił liczną flotę… i wysłał do Anglii… Rozporządzał wielką potęgą, ściągnął wszystkie siły ze swego królestwa, do których dołączył wielkie posiłki z sąsiednich a zaprzyjaźnionych krajów… Także Lucice przysłali na wyprawę angielską oddziały posiłkowe… W ich kraju mieszkał naród liczny, który spętany błędami pogaństwa nie poznał dotąd Boga prawdziwego… Lud ten był doświadczony w walkach na lądzie i morzu…”  0post 8

Zaiste nie było obawy, aby król duński pozbywał się cennych sprzymierzeńców Wieleckich dla obrony praw Goczałkowiców! Co innego Magnus!
Ten rad chwytał powód, by wmieszać się w sprawy słowiańskie. Wiedziano, że udzielił Budziwojowi 600 wyborowych jezdnych, pozwolił zebrać siły Bardów, Holzatów, Sturmarów oraz Tetmarszów i obiecał osobiście nadciągnąć z odsieczą, gdyby tego zaszła potrzeba.
Toteż w niecały rok później Budziwój na czele wojska przekroczył Łabę, wszedł na ziemię Wągrów i obiegł warownię Płońsk (dziś Plon).
Wówczas Krut przemyślnym wybiegiem (Krut znaczy także „kręty”, wykrętny — mawiali później z uznaniem jego poddani) wywiódł po kryjomu załogę z twierdzy, pozwalając nieopatrznemu młodzikowi zająć niebroniony gród.
Gdy Budziwój wprowadził do warowni wszystkie swoje siły, Krut błyskawicznym manewrem otoczył wały wojskiem. Oblegający stali się oblężonymi.
Zapasów w twierdzy nie było.
Magnus nie nadciągał z pomocą.
Nie mógł nadciągnąć, gdyż równocześnie rozgorzała wojna pomiędzy królem Henrykiem IV a księciem Ottonem bawarskim. Króla wspomagał arcybiskup Adalbert.
Przy Ottonie stał syn Ordulfa Magnus.
Sprawa obodrzyckiego książątka zeszła na plan dalszy.

„Dnia 8 sierpnia 1071 r. zginął Butue [Budziwój] i cały kwiat Bardów przed warownią Plunę [Płońsk]. Spotężniał Krut i dzieło rąk jego… I otrzymał władzę nad całą ziemią słowiańską, a siły Sasów starte zostały. Oni sami pod władzę Kruta przeszli i dań mu płacili, oni, to jest cały kraj Nordalbingów [północna Saksonia] pomiędzy trzy ludy podzielony, pomiędzy Holzatów, Sturmarów i Tetmarszów. Wszystkie te ludy przez cały czas rządów Kruta znosiły najsroższe jarzmo poddaństwa. …W owych czasach wiele rodzin holzackich powstało i przebywszy rzekę Elbę, poszło bardzo daleko, szukając sobie dogodnych siedzib, gdzie by zawziętości prześladowania uniknąć mogli.” (Helmold, Kronika Słowian).  0wilk

Teraz dopiero, pokonawszy natrętnego sługę Sasów, Budziwoja, Krut mógł spokojnie rozejrzeć się po swym władztwie.
Nowo zwołany wiec wszystkich plemion obwołał go jednomyślnie Wielkim Księciem.
Granice obszernego państwa Goczałkowego powiększyły się jeszcze o kraj północnych Sasów.
Słusznie pisał kronikarz, że spotężniał Krut.
Ludy słowiańskie miały nareszcie księcia oddanego starej wierze, równie jak oni nienawidzącego cudzoziemców, księcia, co bił Sasów, miast im się kłaniać.
Szczęśliwy obiór władcy należało dopełnić złożeniem bogom ofiary. Każde plemię, każdy gród posiadał własne bóstwo opiekuńcze, lecz ważność zdarzenia wymagała oddania czci najstarszemu z bogów.
Do niedawna za takiego uchodził Swarożyc.
Niestety, już go nie było. Nie istniała Radogoszcz.
Pozostawały dwa ośrodki wiary pogańskiej równe znaczeniu Rzymu dla chrześcijan.
Były nimi świątynia Trzygława w Szczecinie na ziemi Wkrzanów i Arkona na wyspie Ranie.
Do tej ostatniej Wielki Książę Obodrzycki, Krut, z rodu książąt rańskich, skierował poselstwo i kosztowne dary.
Położona naprzeciw Strzałowa, Gryfii i Wołogoszczy wyspa Rana (dziś Rugia) posiadała w owym czasie większą powierzchnię niż obecnie i mniej poszarpaną.
Nieustanna, dziewięćsetletnia działalność morza usiłującego skruszyć skalistą warownię uczyniła dziś z Rany (Rugii) kilka wysp połączonych między sobą wąskimi smugami lądu.
Lecz wtedy Rana była urodzajna, gęsto zaludniona, posiadająca liczne grody i przystanie.
Zamieszkiwał ją lud zamożny, zuchwały, skory do bitki. Mawiano na lądzie, że jeśli Ran powie: „Tak chcą bóg i miecz” lepiej zważać na jego pięści niż na gębę.
Nie czuli braku ziemi, gdyż większą część życia spędzali na morzu. Morze żywiło i rybaków i korsarzy.
Piękne świadectwo społeczności rańskiej wystawił kronikarz Helmold:
„Ranowie… jaśnieją wielu wrodzonymi przymiotami. Odznaczają się gościnnością, a rodzicom okazują winną cześć. Nie ma też u nich ubogich ani żebraków. Skoro bowiem znajdzie się pomiędzy nimi człowiek chory czy zgrzybiały, poruczają go opiece jednego z jego potomków, który jest obowiązany pielęgnować go z całą ludzkością.”  arkona szkic

Brakło na Ranie borów; niewielkie laski, zwane stubnicami, stanowiły własność kapłanów lub księcia.
Były nietykalne, podobnie jak żyjąca w nich zwierzyna.
Z braku opału ludzie palili torfem, obficie znajdującym się w niektórych punktach wyspy, i szczątkami rozbitych, wyrzuconych na brzeg łodzi.
Tych również nigdy nie brakło.
Prawa łowieckie zastrzeżone były dla księcia.
W przyszłości, gdy zginą książęta rańscy, nowi właściciele wyspy ogłoszą, że poddanym wolno posiadać psa tylko o trzech nogach.
Przeto każdy, co pragnął mieć stróża zagrody, obcinał szczeniakowi jedną łapę.
Za dawnych czasów tego okrutnego zwyczaju nie znano, choć kary za łowiectwo były surowe.
Wilki nie trzymały się na wyspie, przechodziły przesmyk zimą po lodzie, lecz nim roztajało, wracały na ląd, przeto zwierzyny była na wyspie obfitość.
Jelenie, sarny, zające, wszelki zwierz drobny, i mnogość ptactwa. Głuszce, cietrzewie, jarząbki, słonki, żurawie, łabędzie, dzikie gęsi, dzikie kaczki i różne rodzaje mew. Żadne gęsi nie mogły równać się co do wielkości i gatunku puchu z tymi, które chowały gospodynie rańskie.
Co jesień długi sznur łodzi wiózł biały, pierzasty ładunek na targ do Strzałowa.
O tym także znana była gadka na lądzie: „Ogląda się, niby rańską gęś na Strzałów”.
Kiedy Subisław, syn Niebora, przedstawiciel starszyzny obodrzyckiej, i Raczek, jeden z wojów rańskich, co przybyli razem z Krutem, wprowadzili łodzie poselstwa do zatoki zwanej Bug, pełno już w niej było licznych statków i czółen. Podobnie działo się w każdej przystani.
Las masztów chwiał się naokoło wyspy.
Raczek wyjaśnił towarzyszom, że zjazd ten ma związek z świętem jesiennym. O tej porze cała ludność przynosi Swiętowitowi dary plonów ziemi i dziesięcinę ze zbiorów.
W tych dniach również każdy z Ranów, czy mężczyzna czy niewiasta, wpłaca jeden pieniążek do skarbca świątyni. Podobnie ze wszelkiego łupu wojennego czy korsarskiego trzecią część składano bogu w dowód wdzięczności za osiągnięte korzyści.
Arkona, gród święty, leżała na północno-zachodnim cyplu półwyspu Witów, a Sakso Gramatyk pozostawił dokładny jej opis:
„Pośrodku obszernego placu stała świątynia drewniana o nadzwyczaj misternej budowie… Zewnętrzne jej ściany… pokrywały płaskorzeźby, wyrażające najrozmaitsze postacie… W świątyni stał ogromny posąg [boga Swiętowita], wielkością przewyższający kształt ludzki, czterema głowami i tyluż karkami wzbudzający zadziwienie. Dwie głowy zdawały się zwracać w stronę piersi, dwie w stronę pleców. W obu parach głów jedna spoglądała wprost przed siebie, a druga na lewo. Brody i włosy miały krótko postrzyżone, tak że widoczny był zamiar rzeźbiarza, aby przedstawić sposób, w jaki noszą się Ranowie. W prawej ręce posąg trzymał wielki róg, wykonany z kosztownego kruszcu… w lewej złoty łuk i strzały…” Swiętowit miał długą szatę sięgającą łydek i stał jak człowiek, stopami na ziemi. Opodal leżało jego uzbrojenie, siodło, rząd i różny sprzęt. Bogactwem i ozdobą wykonania wyróżniał się spośród nich miecz… „(Sakso Gramatyk, Gęsta Danorum)  aryan 11

Wiedziony przez Raczka Subisław razem z towarzyszami i służbą, niosącą przywiezione dary, wspięli się po stromym wzgórzu ku bramie grodu, bronnej wieżą, dzisiaj szeroko otwartej.
Za bramą cisnął się nieprzeliczony tłum ludzi, którzy nie mogąc pomieścić się na dziedzińcu, obsiedli wały wkoło gęstym wieńcem.
Złożyli już w świątyni dary owoców i zboża; teraz czekali, rychło kapłani ogłoszą rozpoczęcie święta.
Pokryte rzeźbą od zewnątrz, obite złotą blachą od wewnątrz, wrota świątyni, podobnie jak brama, były szeroko otwarte. Czekający ludzie widzieli przez nie uwijającego się w gmachu kapłana, zmiatającego pył z podłogi świątyni i rozwieszającego wieńce. Czynność, acz łatwa, zabierała mu wiele czasu, nie śmiał bowiem odetchnąć w obecności boga.
Zaciskał więc usta, a gdy już nie mógł wytrzymać, wybiegał przed wrota, by nabrać w płuca powietrza.
Z ciągłego wysiłku wstrzymywania tchu był spocony i na wpół zduszony; surowy rytuał jednak mówił, że lepiej trupem paść niż skazić boga nieczystym ludzkim oddechem.
Tylko w przytomności najstarszego z kapłanów, sprawującego ofiary, zakaz ten nie obowiązywał.
Nareszcie żerca skończył, odetchnął z radością i zawarł wrota od środka.
Znaczyło to, że uroczystość zacznie się nazajutrz o świcie.
Pogodną sierpniową noc spędził każdy tam, gdzie stał.
Noc była chłodna, lecz bliskość wzajemna ciał grzała.
Morze połyskiwało w mroku, bielejąc smugami piany.
Wiatru nie było i tylko woda chlupotała rytmicznie o skały.
Ledwie gwiazdy pobladły, a wąskie skrzydła mew jęły ciąć i rozganiać mrok, zagrzmiały rogi niewidzialnych jeszcze żerców. Brzmiały dojmująco, niosły się daleko po morzu.
Spoza świątyni wyszły pacholęta w bieli, niosące owoce, jarzyny, kłosy, zboża, leszczynowe orzechy, chmielowe szyszki, kiście prosa i makówki.
Za nimi starsi dźwigali półroczne baranki, nieśli drób, prowadzili źróbki, pędzili podświnki i cielęta.
Dziedziniec wypełnił się myczeniem, beczeniem, kwikiem, gdakaniem, rżeniem, zmieszanym z chrapliwym rykiem rogów. Teraz szli żerce.
Jeden z nich dźwigał złoty dzban, wypełniony napojem uwarzonym i ziół i miodu.
Za nim szedł najstarszy kapłan.
Wyróżniały go długie siwe włosy, spływające na ramiona, oraz równie siwa broda.
Kapłani weszli do gmachu i wśród uroczystej ciszy długowłosy żerca wyjął z dłoni posągu drogocenny róg.
Ukazał towarzyszom i stojącemu na zewnątrz ludowi, że jest pełen zeszłorocznego napoju, co samo przez się stanowiło dobrą wróżbę.
Na powierzchni płynu ciemniała warstewka pyłu, pływały po niej muchy i źdźbła ziół przyniesionych z wiatrem, niemniej kapłan wychylił ten kielich do dna z wyrazem lubości.
Podano mu złoty dzban.
Strząchnął z niego parę kropel na ziemię, napełnił róg po brzegi i ostrożnie umieścił z powrotem w prawicy boga.
Teraz tłum się poruszył, rozstąpił.
Przez ciżbę przedzierał się korowód mężów, niosących rumiany obły przedmiot, podobny z dala do wysokiej tarczy.  wends 7

Z bliska okazywało się, że to nie jest tarcza, lecz olbrzymich rozmiarów kołacz.
Pieczono go w osobnym piecu, jedynie na tę okazję raz do roku używanym, a mieszenie ciasta stanowiło przywilej niewiast z paru najprzedniejszych rodów rańskich.
Długowłosy żerca odwrócił się od posągu, a ludzie z plackiem stanęli przed nim twarzami zwróceni do tłumu.
Kołacz zasłaniał kapłana, który zza ściany ciasta zawołał:
— O ludzie, czy mnie widzicie?
— Odpowiedzieli chórem: — Nie widzimy ciebie wcale!
— Po trzykroć tak pytał i za każdym razem tysiąc głosów odgrzmiewało:
— Nie widzimy ciebie wcale!
— Za trzecim razem długowłosy opuścił piernikowy szaniec. Był łaskaw, pogodny.
Wróżba wypadła pomyślnie.
Urodzaj przyszłoroczny zapowiada się bogaty, a ludzie będą piec chleby wielkie, jak ten kołacz.
Słońce padło przez otwarte wrota do wnętrza świątyni, odbijając się złociście w rogu trzymanym przez Świętowita.
Jeszcze jedna pomyślna wróżba.
Obrzędy religijne były zakończone. Teraz zaczynało się swobodne ucztowanie, śpiewy, pląsy i znów ucztowanie, i tak przez kilka dni.
Poselstwo Wielkiego Księcia Obodrzyców przyjęto z należnym szacunkiem.
Długowłosy kapłan pochwalił dary i powiódł gości do skarbca, gdzie od wieków gromadzono cermości składane Świętowitowi, nie tylko przez Ranów, lecz również przez inne plemiona słowiańskie, a nawet ludy skandynawskie.
Sława Swiętowita rozchodziła się bowiem szeroko.
Nie ukrywając zadowolenia kapłani ukazywali posłom te bogactwa.
Największego jednak skarbu świątyni nie odsłaniano nigdy przed nikim. Nie wspominano o nim nawet.
Niejasne tylko wieści, krążące między ludem, mówiły o świętym i mocnym Znaku zwanym Stanicą.
Sprawiono dla posłów wróżbę za pomocą zakopanych w ziemię losów. Losami nazywano gładkie, małe deszczułki po jednej stronie czyste, po drugiej czernione sadzą.
Zakopane, po licznych śpiewach i zaklęciach odkopywano znowu. Długowłosy kapłan rzucał je z rozmachem w górę. Patrzano z biciem serca, którą padną stroną.
Stary wróż umiejętnie rzucał.
Prawie wszystkie tabliczki świeciły bielą.
To wieściło niechybnie panowaniu Kruta odługotrwałą pomyślność i pokój.
Nie byle jaką wiedzę mieli arkońscy kapłani, wróżby ich bowiem ziściły się słowo w słowo.
Od dnia złożenia Swiętowitowi darów przez Subisława, syna Niebora, minęło 20 lat w niezamąconym pokoju.
Błogo brzmi to słowo: pokój. Od dawna nie zaznali go Słowianie!
Tym bardziej cenili sobie obecny szczęśliwy czas.
Nie pustoszył kraju nieprzyjaciel, nie nękały coroczne najazdy tych czy innych wrogów.
Można było chwalić jawnie stare bogi, składać obiaty ubożętom czy zmarłym dziadom, nie kryjąc się z tym po lasach. Ziemia uprawiana bez trwoirego pośpiechu dawała obfite plony.
Mnożyły się świnie, rosło piękne bydło, mleczne krowy, silne woły. Komory były pełne.
Rolnicy, rybacy, łowcy, bartnicy, wszyscy żyli dostatnio, nie głodno. Nie obawiając się wroga, jęto staranniej budować chaty i chlewy. Rozrosły się grody, wzmógł handel.
Młodzież tylko z opowiadań znała grozę wojny.
Ludzie cieszyli się życiem, ufali, że tak już na zawsze zostanie. Chwalili bogów i Wielkiego Księcia, któremu zawdzięczają obecną pomyślność.
Krut on był, ale tylko Sasom, którzy skwierczeli pod jego żelazną pięścią. Dla swoich był sprawiedliwy, surowy, owszem, nie dopuszczający swawoli, ale sprawiedliwy.
Szanując swego władykę, woleliby może, aby był bardziej ludzki, przyjacielski.
Tej cechy jednak Krut syn Gryna nie posiadał.
Nikt się z nim nie poufalił, on z nikim się nie przyjaźnił. Uczestniczył, jak przystoi, w ofiarach składanych bogom, lecz nigdy nie brał udziału w świątecznych ucztach czy pląsach.
Nie zdarzyło się, by przyszedł popatrzeć na Sobótkę, gdy stosy płoną, a junaki skaczą przez płomienie.
Albo jak dziewki puszczają wianki na wodę przy śpiewkach, piskach, wybuchach śmiechu lub płaczu.
Kto żyw, przychodził patrzeć na to widowisko, tylko książę pozostawał w swym dworcu.
Jedyną jego rozrywkę stanowiły łowy, ostatnio jednak ociężał i nie kwapił się już gonić za zwierzem jak dawniej.
Domyślali się poddani, że nie tylko wiek, ale nieznane im troski powodują książęcą posępię.
Pewnie się frasuje, komu dziedzictwo zostawi.
Trzecią już ma żonę, a potomka ani śladu.
Na to inni powiadali, że wszak ród Kruta jest liczny.
Rodzeni bracia księcia mieszkają na wyspie Ranie.
Niechby usynowił bratanka i następcą po sobie naznaczył.
Troski omraczające duszę Kruta syna Gryna były liczniejsze i do rozwiązania trudniejsze, niż to sobie wyobrażali poddani. One sprawiały, że nie będąc jeszcze zbytnio pomkły w latach, postarzał mocno w ciągu ostatnich lat.
Choć po dawnemu modłą rańską golił policzki i brodę, strzygł krótko siwe włosy, to jednak kępki szpakowatej szczeci sterczące z nozdrzy i uszu, a także zjeżone brwi czyniły twarz starego księcia podobną do odyńca.
Jakoż i z usposobienia przypominał dzika samotnika, co w pojedynkę depcze gniewnie ściółkę leśną, przetrawiając w sobie niechęć ku wszystkiemu stworzeniu. Bardziej niż lata, myśli gorzkie niby piołun przygarbiły jego barczyste plecy i zbruździły czoło.  1prof

W przeciwieństwie do ludu, który przypisywał księciu zasługę panującego w kraju spokoju, Krut wiedział, iż obecne bezpieczeństwo Obodrzyców wynika mniej z jego siły niż ze słabości sąsiadów.
Walki cesarza Henryka IV z papiestwem i z własnym narodem nie ustawały, przeciwnie, były coraz zacieklejsze.
Cesarstwo nie starało się nawet uwolnić północnej Saksonii spod jego, Kruta, władzy, cóż dopiero myśleć o najeździe na ziemie słowiańskie!
Przyjdzie jednak czas, że Niemcy staną się mocne jak dawniej. O tym należy pamiętać.
Podobnie z Danią.
Na razie pochłonięta jest swoimi wewnętrznymi sprawami, lecz gdy to się zmieni?…
Krut syn Gryna pochodził z rodu władców, budowniczych państw. Umysł miał bystry, patrzący daleko.
Pojmował, że udzielonego przez bogów pokoju trzeba użyć dla stworzenia siły zdolnej się oprzeć zakusom niemieckim czy duńskim, czy jednym i drugim razem.
Uczynić pokój trwałym, niezależnym od okoliczności. Najprostszą ku temu drogą byłoby zebrać w jedno wszystkie plemiona słowiańskie, wierne starym bogom.
Wezwać do wspólnoty Wieletów, co gniją bezsilnie, utraciwszy Swarożyca. Połączyć się w jedno z Ranami i Pomorzanami.
Od Wisły po Łabę nie lada byłoby państwo.
Potęga, jakiej nikt nie śmiałby zaczepić…
Nieraz, gdy o tym myślał, zrywał się z ławy jak młody, gotów natychmiast działać, posłów słać czy samemu jechać… Niebawem zapał ostygał.
Wezwać Wieletów czyli Luciców?…
A jużci! Przyjdą ci oni?…
Od spalenia Radogoszczy gniją rzeczywiście, zgoła niepodobni do dawnych Wieletów…
Wiece straciły szacunek, każdy wiec u nich kończy się powszechną bójką.
W jednej tylko sprawie zostali twardzi po dawnemu: nienawiści do Chyżan i Czrezpienian.
Poczytują ich winnymi spalenia Radogoszczy.
Gdyby nie rzucili Świętego Związku — powiadają — niemiecki biskup nie ośmieliłby się napaść…
Że sami na Czrezpienian uderzyli, że wrogów przeciw nim zwołali, nie chcą pamiętać.
Znając zawziętość słowiańską, można wnosić, iż żadne namowy nie nakłonią ich do zgody z tamtymi… A Ranowie? Krut znał swych ziomków.
Wejdą chętnie do wspólnoty, wnosząc swoje niepospolite zalety, ale wejdą pod warunkiem, że przewodnicwo będzie do nich należało.
Żądanie słuszne, gdyż Ranowie górują nad innymi rozumem i doświadczeniem; lecz żadne z plemion lądowych tej wyższości nie uzna, wyspiarzom się nie podporządkuje…
Przeklęte koło!
Depcz, depcz, zabiegaj, wracasz do tego samego rozstaju… Bez Wieletów i Ranów, szkoda sięgać do Pomorzan.
Chodzą zresztą gadki, że książęta pomorscy są chrześcijanami w tajemnicy przed swoim ludem…
Chrześcijaństwo…
Oto była troska najcięższa, ważniejsza nawet niż brak syna i niepewność co do przyszłych losów księstwa.
Troska, której nie było z kim dzielić.
Podobne myśli nikogo poza nim nie udręczały.
Otaczający go woje i starszyzna uważali jednomyślnie, że ta wiara jest najlepsza, którą wyznawali ojcowie.
Co stare to dobre — co nowe to złe.
Niemcy mają własną wiarę, nikt im jej nie wzbrania.
Słowianie mają swoją.
Własna wiara zawsze dobra, a wierność swej wierze stanowi przednią cnotę męską.
Przed laty Krut syn Gryna dzielił te poglądy.
Obecnie dawne pewniki chwiały się w jego umyśle.
Może dlatego, że był Ranem, Krut spostrzegał więcej niż jego poddani. Pojmował, że wiara chrześcijańska, choć Niemcy głoszą, że należy do nich, nie jest wiarą niemiecką, ale powszechną.
Wyznaje ją wiele narodów, a ich liczba ciągle rośnie.
Czy rzeczywiście wszystko, czego ojcowie nie znali, jest złe i szkodliwe, zasługujące na wzgardę?
W narożnej komnacie dworca leżały w kącie na kupie księgi, pozostałość po Goczałku.
Oprócz ksiąg, karty pergaminu, jedne zapisane, inne czyste. Zazwyczaj w razie pustoszenia klasztorów lub dworców saskich, książki, o ile się tam znajdowały, były przez Słowian z zawziętością palone.
Nie przydawały się na nic, a mogły kryć w sobie czary.
Te tutaj ocalały, gdyż stary Błus kazał je zostawić.
Błus umarł, o księgach zapomniano i leżały w swoim kącie grubo przysypane pyłem.
Nie wiadomo, czy tkwiły w nich czary, w każdym bądź razie sam ich widok nawiewał dziwaczne myśli.
Patrząc na drewniane, grube okładziny, na skórzane grzbiety, Krut uprzytamniał sobie, że w całym jego państwie, wielkim i szerokim, nie znajdziesz ani jednego człowieka, który by znał tajemnicę drobnych czarnych znaków, kreślonych na tych kartach.
A jeżeli żyje taki, to nie przyzna się do swej umiejętności w obawie, że będzie posądzony o sprzyjanie chrześcijaństwu. Słowianom, wystarczały jak niegdyś zwykłe ciosna na drzewach granicznych, te same ciosna ryte w kamieniu, lub klejma do znaczenia barci czy stada.
Krut zdawał sobie sprawę z różnicy dzielącej owe pierwotne znaki od pisma.
Księża ze swoich czarnych znaczków, zapełniających karty, odczytywali wszystkie sprawy.
Umieli, patrząc na nie, powtórzyć, co się działo gdzie indziej, kiedy indziej, jak by tam byli, patrzyli…

masław

Któż może rzec, iż podobna umiejętność jest zła?
Jest dobra i pożyteczna.
Warto by ją posiąść, ale jak, skąd?…
Żaden mnich chrześcijański nie zechce uczyć poganina, ani poganinowi przystoi iść po naukę do mnicha.
Mimo swej rańskiej wyniosłości, Krut raczył nieraz rozmawiać z kupcami, którzy przyjeżdżali do Lubeki czy Roztoki, przywożąc cenne towary do wymiany na bursztyn, skóry i miód.
Wielu z tych cudzoziemców rozumiało mowę słowiańską, jeździli bowiem często wzdłuż wybrzeży bałtyckich.
Gdzie oni zresztą nie jeździli!
Znali Nowogród, Kijów, grody szwedzkie, norweskie, duńskie, niemieckie, italskie, francuskie…
Mieli o czym opowiadać!
Z Holandii przyjeżdżali znów łowcy sokołów, które złowione w sieci zawozili do Francji i tam dobrze sprzedawali.
Choć przyjeżdżali rokrocznie, za każdym razem otrzymać musieli zezwolenie księcia pana, gdyż sokoły, podobnie jak orły, łabędzie i czaple, zastrzeżone były dla książęcych łowów.
Kraju, który zamawiał sokoły, nie nazywali już Galią, jak dawniej, lecz Francją.
Przedstawiali ją jako kraj wielki i bogaty.
Krut pozwalał sokolnikom holenderskim siadywać przy kominie w wielkiej sieni zamkowej i wypytywał ich, bacząc, by nie zdradzić ciekawości, uchybiającej godności książęcej. Opowiadali chętnie, zwłaszcza o Paryżu, dawnym rzymskim grodzie, zewsząd rzeką oblanym, słynącym teraz z wiedzy.

— Są tam — powiadali — szkoły, do których zjeżdżają uczeni całego świata…
Krut kiwał głową ze zrozumieniem.
Mnisi kształcą młodych mnichów na swoich następców.
To samo czynią kapłani arkońscy.
Holender zaprzeczał żywo.
Nie o takie szkoły chodzi.
Wielu świeckich z różnych krajów przybywa do Paryża, tam toczą spory, wykazują, czyja mądrość większa…
O czym mówią owe „nauki wyzwolone”, owe „filozofie” nie wiedział, sokolnikiem będąc, a nie uczonym.
Słyszał tylko nieraz, że są to sprawy dla człowieka najważniejsze…
Krut udawał obojętność, lecz gdy Holender milkł, zachęcał go nowym pytaniem. Potem nocą bezsennie przewracał się na swym legowisku suto wymoszczonym skórami.
Nawiedzało go wrażenie, coraz częściej wracające w miarę jak się starzał, że on i jego ludzie wpadli w wilczy dół bez wyjścia, z którego dna ledwo skrawek nieba widać, a na powierzchni życie tętni, bieży, dzieją się przeróżne sprawy, o których siedzący w dole pojęcia nie mają ani mieć mogą…
Odcięci są, pogrzebani.
To znów widziało mu się, że siedzą nie w dole, a w dziupli drzewnej albo na ostrowie.
Nie na ostrowie skalistym wyniosłym, jak Rana, lecz płaskiej mieliźnie. Grzbiet mielizny stoi w miejscu, a fale mijają go, pędzą w przód…
I to porównanie złe. Kra!
Stoją na krze, co płynie i kruszy się, i topnieje…
Gdy skruszeje, pójdą na dno.
Co począć?
Nie ma wyjścia z dołu, czy dziupli, nie ma łodzi, by opuścić ostrów, nie ma gruntu, na którym zatrzymałaby się kra.
Dręczyło uczucie, że była kiedyś stosowna pora włączenia się W nurt, lecz została przeoczona.
A teraz?…
On, Krut, ima obowiązek wyprowadzić swój lud ze ślepej zatoki. Gdyby przyjąć chrześcijaństwo, jak to uczynił niegdyś polski Mieszko?
Jest dość potężny, by móc zwrócić się wprost do papieża, omijając pośrednictwo Niemców.
Papież wojuje z cesarzem, więc będzie sprzyjał Krutowi, jak sprzyjał Bolkowi Śmiałemu, zezwalając na jego koronację…
Krut mógłby też zostać królem.
Pochlebcy już go nieraz tak nazywają.
Lecz cóż z imienia, jeżeli nikt go nie uzna.
Nie powie do niego: „Witaj, królu bracie” król francuski, król duński, polski, choćby z nim byli złączeni przymierzem.
Bo według nich tylko papież w Rzymie władny jest rozdawać korony.
Byli niegdyś królowie pogańscy, lecz czas ich się przeżył. Królem dzisiaj może być tylko chrześcijanin…
Więc na co czeka?
Zaczynać, zaczynać! Nie tracić czasu!
Zimny namysł studził rozbudzoną chęć.
Naród nigdy nie przystanie!
Od czasów Mieszki minęło więcej niźli sto lat.
Przez ten czas narosło tyle krzywdy, żalu, oporu, że darmo marzyć, by pójść jego śladem.
Jak nakłonić lud, któremu wpojono nienawiść do chrześcijaństwa?
Lud, gdzie matki uczą dzieci: Nie ufaj chrześcijaninowi!
Albo: kłamie jak chrześcijanin.
Gdyby on, Krut, książę mocny, ogłosił przejście na chrześcijaństwo, wezmą go zrazu za szalonego, a potem okrzyczą zdrajcą.
Wszyscy jak jeden mąż staną przeciw niemu.
Cóż ma wtedy uczynić zagrożony książę?
Wzorem Goczałka czy Budziwoja zwrócić się o pomoc do Sasów, Duńczyków albo Bawarów?
Śmiał się sam z tej myśli, ponuro jak puszczyk.
Nie było wyjścia z dołu.
Do trosk książęcych dołączał się własny niepokój.
Przyczyną jego było również chrześcijaństwo.
Zaiste, czegokolwiek człowiek myślą dotknął, natykał się na nie. Można było nienawidzić chrześcijan, a zdumiewać się wiarą, jaką wyznawali.
Inni bogowie lubili mieszkać wśród swoich, nie pragnąc innych wyznawców.
Jezus Krystus, przeciwnie, chciał wszędzie panować.
Wokół Niego kłębiło się od sprzeczności.
Krystus był niby pokorny, w stajni się pono narodził (kapłani arkońscy parskali śmiechem, słysząc tę gadkę), a zarazem taki pyszny, że innych bogów koło siebie nie mógł ścierpieć.

w11

Im więcej Krut nad tym myślał, tym osobliwsze sprawy ukazywały się jego oczom.
Odkąd biskup niemiecki zniszczył przed laty Radogoszcz, Swarożyca nie ma. Spłonął.
Wieleci chodzą do dziś dnia jak bez duszy.
Nieliczni żercy ocaleni z pogromu jęli się innej pracy albo służą pomniejszym bogom. Swarożyca już nie ma.
A ileż razy Obodrzyce czy Wieleci palili świątynie chrześcijańskiego Boga!
Ogień trawił wszystko, ale Bóg uchodził cało.
Istniał nadal żywy i wieczny.
Jego wyznawcy gadali do Niego, twierdzili, że On wciąż jest przy nich obecny. Co za niepojęte sprawy!
Ulatywał z płomieni w powietrze, czy też uciekał chytrze zawczasu, że nie można Go było doścignąć?
Nie dosyć na tym.
Sami chrześcijanie czynili, co tylko mogli, by swojego Boga obalić. Acz samotny i milkliwy, Wielki Książę wiedział, co się w świecie dzieje, nie tylko z opowiadań kupców albo holenderskich sokolników.
Zdawali mu sprawę z wypadków niemieckich wiernicy, zarządzający w jego imieniu północną Saksonią, rozsyłał swoich zaufanych ludzi do innych dworów, by mu donosili, czy się tam czego przeciw Obodrzycom nie knuje.
Od nich wiedział o walkach biskupów niemieckich z papieżem, o gwałtach popełnianych w świętym mieście Rzym, o ustawicznych buntach panów chrześcijańskich przeciw swemu Kościołowi.
O co im chodziło, książę obodrzycki nie zawsze pojmował, widział jednak, że siła była zawsze po stronie króla czy książąt, a zwyciężał papież. Nie dziwneż to?
Mocny był Kościół wbrew swoim wyznawcom.
(Ogarnąłby cały świat, gdyby chrześcijanie tak go szanowali jak my Swiętowita — przemykało Krutowi przez głowę.)
Bardzo był mocny.
W roku według rachuby chrześcijańskiej 1077 papież wyklął cesarza Henryka IV i ten w styczniu w srogą zimę powędrował do Italii przez ogromne góry i śniegi błagać o przebaczenie. Papież był twardy, zamknął się w warowni zwanej Canossą i cesarz niemiecki stał dwa dni boso z odkrytą głową na śniegu i mrozie, aż się papież dał ujednać i cesarzowi przebaczył. Wprawdzie w niecały rok później znów się pogniewali, ale to inna sprawa. Boso na śniegu, jak żebrak…
W dumnym księciu rańskim krew się burzyła na samą myśl o podobnym upokorzeniu. Lecz ze słów opowiadających przekonywał się, że ta pokora nie zhańbiła cesarza w oczach poddanych i całego świata.
Raczej przeciwnie… Któż by mógł to zrozumieć?…
Przed niewielu laty zaszły wypadki budzące w nim nadzieje, że stara wiara powróci.
Sasi rozjątrzeni postępowaniem cesarza Henryka IV rozwalili twierdze, jakie on na ich ziemi postawił, zburzyli jego piękny nowy zamek w Harzburgu i spalili tam kościół z grobami przodków cesarskich.
Sasi palący kościoły — było to zaprawdę piękne widowisko! Sądzono po słowiańskiej stronie Łaby, że to sygnał śmiertelnej rozprawy z mnichami i biskupami, ale wypadki potoczyły się inaczej. Sasi zostali pokonani, obłożeni klątwą, przywódcy buntu (wśród nich Magnus, syn Ordulfa) poszli do więzienia, a lud saski musiał pod batem odbudowywać zamki niedawno burzone.
Krut pojął, że chrześcijaństwo przenika wszędzie, czego dowodem był jego własny dwór. 

wiedzma 5

Od pewnego czasu domyślał się, że jego trzecia żona Sławiena (pojął ją dla urody, choć nie pochodziła z książęcego rodu) jest w skrytości chrześcijanką.
Zauważył, że są dnie, kiedy przy posiłku nie tknie polewki ani mięsiwa, skubie tylko suchy podpłomyk i popija wodą.
— Cóż nie jesz? — pytał z początku.
Odpowiadała ze śmiechem, a to, że się już wprzód objadła, a to, że ją brzuch boli, a to iż rzepę woli niż barana…
Różne takie przyczyny znajdywała.
Niewiasta jak łasica, zawsze się wykręci.
Nic nie mówił, ale jął dawać baczenie.
Każdego tygodnia dwa dni było tego niejedzenia.
Oho, to już wiedział. Nie pytał jednak ani gdzie się tego nauczyła, od kogo, ani po co to czyni, co ją pociągnęło? Sławieny nie było na świecie, gdy krzyże znikły z ziemi obodrzyckiej. Widocznie żyli jeszcze ludzie, co pamiętali…
Nie pytał, wiedząc z góry, że prawdy się nie dowie.
Skłamie mu cokolwiek i tyle.
Udawał przeto, że niczego się nie domyśla.
Lecz drażniło go, że głupia białka zna sprawy jemu obce, sprawy, które nocą nie dają mu zasnąć, zbyt trudne dla męskiego, doświadczonego rozumu.
Niezależnie od zgryzot nękających Kruta, w latach tysiąc dziewięćdziesiątych na horyzoncie księstwa obodrzyckiego pojawiła się sprawa brzemienna w następstwa: możliwość powrotu Henryka Goczałkowica.
Małym dzieckiem uniosła go z płonącego grodu matka, królewna duńska, Sigrida, wypędzona nago przez powstańców. Dotarłszy do Danii, rychło zmarła z przebytej trwogi.
Chłopiec pozostał na dworze, jako wnuk królewski.
Swen Estrydsen miał 4 synów prawego łoża: Swena, Kanuta, Olafa (ten ostatni był przepaścisty, wiecznie głodny, więc go przezywano Głód), Eryka i piątego z nałożnicy, Nielsa.
Ich krewniak Henryk był szósty, najmłodszy.
Chowali się razem. Po śmierci Estrydsena Henryk jął się dopraszać u Kanuta, obecnie króla, pomocy w odzyskaniu dziedzictwa.

Takiej pomocy, jaką jego ojcu, Goczałkowi, okazał niegdyś król Magnus o przydomku Dobry.
Lecz Kanut, człowiek miłujący zgodę i pokój, (po śmierci uznany został przez Kościół za świętego, pierwszego patrona Danii) nie kwapił się wszczynać wojny z tęgo uzbrojonym sąsiadem obodrzyckim.
Dopiero gdy Kanut w piątym roku swego panowania (1086) został zamordowany w kaplicy św. Albana w Odensee za to, iż nakłaniał lud do płacenia dziesięciny Kościołowi, a tron objął Olaf o przydomku Głód, synowi Goczałka zabłysła nadzieja. Olaf udzielił mu statków i ludzi, z którymi Henryk jął nękać -wybrzeża wagryjskie, naprzykrzając się Krutowi.

„…kiedy Krut, książę słowiański, prześladowca imienia chrześcijańskiego, skutkiem starości upadł na siłach, syn Godszalka, Henryk, opuścił Danię… Krut wszelki przed nim przystęp zamknął, przeto on, zebrawszy u Duńczyków… pewną ilość okrętów, napadł na Aldenburg [Starogard] w ziemi Wągrów i ogromne łupy stamtąd uprowadził. Gdy zaś to po raz drugi i trzeci powtórzył… sam Krut nadspodziewanie ułożył się z Henrykiem i dozwoliwszy mu wstępu, dogodne wsie na mieszkanie mu odstąpił.” (Helmold, Kronika Słowian).

Wspaniałomyślność Kruta w stosunku do rywala, „nadspodziewana” — zdaniem kronikarza — jest i dla nas trudna do zrozumienia.
Dlaczego Wielki Książę Obodrzycki puścił Goczałkowica do kraju? Z poczucia sprawiedliwości, przekonania, że każdy ma prawo wrócić do ziemi swych ojców?
Przez lekceważenie niegroźnego przeciwnika?
Po to, by go mieć na oku, uprzedzać możliwe zamachy z jego strony? Może, kto wie, chciał poznać bliżej chrześcijanina, otrzymać wyjaśnienie dręczących go wątpliwości?
Nie wiemy nic, poza faktem, że nie działał pod przymusem. Któż by śmiał przymuszać Kruta syna Gryna?
Był niezależny, potężny, silniejszy niż ówczesna Dania, w której synowie Swena Estrydsena kolejno wyrywali sobie panowanie. Niemcy byli bezsilni, grzęznący w wojnie domowej, Sasi nie śmieli odetchnąć.
Z własnej woli Krut wydzielił potomkowi znienawidzonej przez lud dynastii wybrzeże wagryjskie ze znajdującymi się tam grodami i portami.
Nadspodziewany postępek zaskoczył wszystkich sąsiadów. Nie pojmując przyczyn, znaleźli najprostszą: Krut odstąpił ten obszar synowi Goczałka, by móc zamordować go sposobną porą.
„Krut nie zrobił tego w szczerych zamiarach…” (j.w.).
„Krut nie czynił tego z dobroci serca…” (Kantzow, Kronika pomorska).
Wobec powszechnej opinii Henryk uwierzył w to również. Niemniej przez kilka pierwszych lat stosunki sąsiedzkie obu książąt, starego i młodszego, acz dalekie od przyjaźni, układały się poprawnie.
Henryk odwiedzał Kruta, nieraz przebywał na jego dworze czas dłuższy. Co go do tego skłaniało, skoro trwał w przekonaniu, że Krut dybie na jego życie?

„Bowiem pani Sławiena, żona Kruta, nieraz go ocaliła uwiadamiając o zasadzkach na jego życie.”
(Helmold, Kronika Słowian).

„Sławiena, żona Kruta, która była utajoną chrześcijanką… przestrzegała Henryka, by miał się na baczności.”
(Kantzow Kronika pomorska)

Paru dobrych duńskich wojów nie odstępowało dniem i nocą swego pana.
Toteż Henryk nie tyle obawiał się miecza, co trucizny.
Przy biesiadach Sławiena podsuwała mu jadło, wskazując wzrokiem, by brał raczej z tej, nie z tamtej misy.
Miodu ani wina nie tykał, pił tylko piwo rozlewane przez służbę wszystkim biesiadnikom z tych samych wielkich dzbanów. Stary książę dostrzegał doskonale te zabiegi i szydził z nich w duchu. Szczupłe ramiona Henryka, jego wąski kark, nienawykłe trudu dłonie, budziły w Krucie nieprzezwyciężoną odrazę. Pieszczoch, królewicz, zatracona jego mać!
Boisz się trucizny, chłystku?
Trutka — broń tchórzów.
Mężowie mordują się mieczami.
Gość jesteś!
U pogan gości nie trują.
Potruł kiedyś graf Gero książąt słowiańskich przy uczcie, ale to był chrześcijanin… He… he…
Czasami drwił okrutnie z żony i Henryka, rzucając przed gościa wybrany przez siebie, odcięty własnym nożem kęs mięsa

— Jedz! To dobre… — zachęcał.
Sławiena bladła, ręce jej drżały. Henryk zmieszany bełkotał niewyraźnie, że dziękuje, że już syty…
Wzgardliwe politowanie brało górę u starego księcia nad gniewem. Odwracał wzrok, udając, że nie spostrzega, jak wybrany przezeń soczysty płat pieczeni znika pod stołem w psim pysku.
Dziwić się będą teraz, że mój ogar nie zdechł — myślał.
Czasem patrząc na Goczałkowica żałował, że nie mogą szczerze ze sobą pogadać.
Są wrogami, no więc są. Cóż to ma do rzeczy?
Czyż wrogowie muszą sobą wzajemnie pogardzać?
Jużci nie gadaliby o sukcesji ani sprawach państwa, lecz o wszystkich owych zagadnieniach, odbierających staremu księciu sen nocą.
Henryk urodzony w chrześcijaństwie powinien je chyba znać? Lecz jakże gadać otwarcie z głupcem, który przy stole gospodarza węszy w jedzeniu truciznę?
Henryk wyjeżdżał, przepadał w swoich grodach wagryjskich. Prawdopodobnie skarbił sobie przyszłych zwolenników.
Krut nie czynił nic, aby temu przeciwdziałać.
Sam się sobie dziwił, że taki jest obojętny.

Starcem jeszcze się nie czuł.
Niechby kto spróbował najechać ziemie księstwa! Doświadczyłby miecza rańskiego!
Czuł, że najwyższy czas rozpocząć działanie, zapewnić po sobie następstwo swojakowi.
Zbierał się, by wezwać z Rany jednego ze swych bratanków, utwierdzić jego obiór przez powszechny wiec i odkładał wykonanie tego zamiaru z dnia na dzień.
Jak by mu przeczucie podpowiadało, że próżne to są zachody. Przesądzona dola księstwa.
Tymczasem lata mijały.
Król duński Olaf o przydomku Głód umarł w roku 1095.
Na tron wstąpił brat jego Eryk, zwany później Ejegod, czyli Dobrotliwy. Jeden z braci pojechał w tym czasie do Francji, gdzie papież zwoływał chrześcijan przeciwko poganom. Henryk Goczałkowic towarzyszył wujowi w podróży.
Nie było go blisko rok.
Mówiono wszędzie o wielkiej wyprawie wojennej, na którą poszły niezliczone wojska.
Może Henryk dołączył się do nich i już nie powróci?
Niestety, powrócił. Było to jesienią.
Siadywano znów w wielkiej sieni przed kominkiem, na którym płonęły smoliste polana.
Po jednej stronie księżna Sławiena i jej dworki przędły gorliwie, wrzeciona cicho furczały.
Krut i Henryk po drugiej, wraz z przybocznymi wojami.
Oboje księstwo i gość mieli poręczowe krzesła z wysokim oparciem, pozostali siedzieli na zwykłych stołkach lub ławach. Henryk opowiadał o owej wielkiej wyprawie wyruszającej w tym roku z Francji, Italii, Niemiec, na wezwanie papieża Urbana II odbierać Grób Święty poganom.
Opisywał miasto Clermont i wielkie tłumy zebrane, wszystkich nacji, wszystkich stanów…
Książęta, królowie, baroni, rycerze, proste woje, mieszczany, biskupi i mnisi, zwykli rolnicy, poddani, nawet żebracy i kaleki. Wszyscy razem!
Jedna myśl, jeden głos! Jeden zapał…
Bóg tak chce!
Czerwone krzyże przypięte na lewym ramieniu…viking

Dla grzeszników przebaczenie, dla więźniów wolność, dla morderców łaska…
Uczestnictwo w wyprawie krzyżowej gładzi wszystkie winy.
Nie rozróżnisz w tym tłumie, kto z jakiego kraju, wystarczy, że chrześcijanin…
Mówił z zapałem, przesuwając się bezwiednie ze swym krzesłem ku stronie niewieściej.
Było to wysoce niewłaściwe, odpowiednie dla grajka czy śpiewaka, lecz nie dbał o to.
Jego opowiadanie przeznaczone było dla Sławieny, nie dla pogan.
Księżna słuchała, płonącymi oczami wpatrzona w twarz mówiącego. Wrzeciono wypadało z dłoni, nić się urywała. Zmieszana supłała ją śpiesz-nie, spoglądając spod oka na męża. Nie zwracał na nią uwagi.
Zmarszczywszy brwi, zatopiony był w myślach głęboko.
I on nie tracił słowa z opowiadania Henryka.
Widział pole, wypełnione niezliczonym tłumem, zatarte różnice, jakąś wielką jedność powstającą pomiędzy skłóconymi zazwyczaj narodami, jedność będącą dziełem chrześcijaństwa. Z tej jedności on i jego ludy są wyłączone na zawsze…
Po trzydziestu kilku latach panowania (1105) Wielki Książę Krut do reszty zdziwaczał.
Nabrał nawet zwyczaju mówić głośno sam do siebie.
Księżna Sławiena wzywa tajemnie Henryka.
Strzeż się! — szepce.
— Słyszałam, jak powtarzał:
— Czas z tym skończyć! Czas z tym skończyć!
— Subisława posłał do Korenicy… Nie wiem po co… Boję się…
Czas z tym skończyć — przytwierdził Henryk i poczuł nieomal ulgę. 10 lat ciągnęło się życie zatrute urojonym niebezpieczeństwem.
Dłużej nie mógł tego znieść… I ta niewiasta… Czas z tym skończyć…
Sławiena patrzyła na niego z błagalnym oczekiwaniem.

„Zbrzydziwszy sobie na koniec męża jako już starego, zamierzała poślubić Henryka, gdyby to było można.”
(Helmold, Kronika Słowian).

Henryk oznajmił Krutowi, że wyjeżdża do Danii.
Otrzymał stamtąd wiadomość niedobrą:
Król Eryk Ejegod w drodze powrotnej z pielgrzymki do Ziemi Świętej zmarł na wyspie Cypr.
Towarzysząca mu królowa, jego żona, zmarła wcześniej na Górze Oliwnej i tamże ją pochowano.
Po Eryku zostało dwoje pacholąt nieletnich, Karrut i Świętopełk…
Nie wiadomo, kto weźmie nad nim opiekę, skoro i matki nie mają? Zapewne Niels, brat przyrodni poprzednich królów, Kanuta, Olafa, Eryka, ale z nieprawego łoża…
Mąż to zuchwały i chciwy, toteż oczekiwać można zamieszania w kraju… On, Henryk, jedzie do Danii, upomnieć się o należne mu dziedzictwo po matce, Sigridzie, zanim Niels wszystko rozgrabi. Jak długo zabawi, nie wie…
Przed wyjazdem z taką oto przyszedł sprawą:
Niemało razy korzystał z gościnności Wielkiego Księcia, rad by się teraz odpłacić ucztą pożegnalną, na którą szczerym umysłem zaprasza…
Krut patrzy na niego w milczeniu. „Szczerym umysłem…” Czemuż gęba nieszczera?
Przeklęte niech będzie kłamstwo!
Henryk czeka na odpowiedź.
W przeciwnym końcu świetlicy błysnęło białe zawicie.
Księżna, niespokojna o wynik rozmowy, przyszła niby szukać czegoś w skrzyni z przyodziewkiem.
Krut idzie ku niej.
– Chrześcijankaś czy popaśnica? — pyta obcesowo.
Struchlała, zadygotała, zapłoniła się ze strachu i obelgi.
– Nuże! Nie słyszysz? — nacierał.
Pojęła, że chce wiedzieć, czemu ona sprzyja Henrykowi.
Widno nie domyśla się niczego.
Wybierając zło mniejsze, wyjąkała:
– Chrześcijankam…

Henryk kręcił się niespokojny.
Przeklinał swą nierozwagę.
Sami byli w tej izbie we troje…
Bał się poruszyć, skrzyknąć swoich wojów.
Stary patrzył uporczywie na żonę.
– Chrześcijankaś… Henryk woła mnie na ucztę… Mamże tam pójść?… Wszystka krew uciekła z twarzy Sławieny.
Głos jej drży, gdy spuszczając głowę odpowiada:
Przecz nie mielibyście iść do niego, panie?…

„Za Sławieny poradą Henryk zaprosił Kruta na ucztę, a gdy ten ciężki od obfitego jadła i picia, zgarbiony wychodził z domu, pewien Duńczyk na usługach jej będący siekierą go uderzył i jednym cięciem głowę mu odrąbał. Henryk zaś ożenił się ze Sławieną i otrzymał władzę i kraj.”
(Helmold, Kronika Słowian)  WIKINGOWIE

 

Kamil Vandal Bernard

10.12.2018

https://docer.pl/doc/85v5n5